Niewidzialna klatka - Aga Szóstek
48.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
W GiGi zwalniało się ludzi we wtorkowe popołudnia, zaraz po lunchu. Dlatego też we wtorki całe biuro wypełniało nieuchwytne uczucie niepokoju. Głosy były ściszone, a klikanie głośniejsze niż jakiegokolwiek innego dnia. Jakby każdy starał się udowodnić swoją nieodzowność.
Tego dnia wydawało się, że wreszcie nadeszła wiosna. Słońce oślepiało wszystkich, którzy dochrapali się miejsca przy oknie. Pozostali siedzieli w dalszych rzędach równo ustawionych białych stołów. Dzięki temu mieli lepszy widok na kolejne ofiary korporacyjnej gilotyny odbywające swój "marsz wstydu". Tak nieoficjalnie nazywano tę ostatnią wędrówkę przez biuro.
Roma właśnie kończyła raport dotyczący zachowań zakupowych panujących wśród mam pokolenia Z, kiedy usłyszała ciche kroki na plamoodpornej szaroniebieskiej wykładzinie. Jako dyrektorka zespołu projektowego chciała dać przykład względnej obojętności, ale ciekawość wzięła górę. Zerknęła w stronę wejścia i zamarła.
Jej szef Marek brnął korytarzem ze wzrokiem wbitym w podłogę. Biała koszula w kilku miejscach wyślizgnęła się spod paska w jego wąskich szarych spodniach. Pożółkłe plamy potu zaznaczały swoje terytorium pod pachami, a zwykle misterna konstrukcja blond włosów wyglądała jak zmokłe uszy spaniela.
Roma niespecjalnie polubiła Marka, kiedy ten pojawił się w firmie rok wcześniej tryskając pewnością siebie, typową dla nowo mianowanych członków zarządu pochodzących z tej czy innej stajni Wielkiej Czwórki konsultingu. Z czasem jednak odkryła, że jego potrzeba bycia w centrum uwagi dawała zespołowi szansę na pokazanie swoich pomysłów przed zarządem i sprawiała, że niektóre z nich stawały się rzeczywistością. Jak na przykład oznaczenie w sklepie internetowym artykułów wyprodukowanych w Polsce.
Roma wstrzymała oddech, ukradkiem obserwując, jak Marek, potykając się, dotarł do swojego biurka. Zaciskając i rozprostowując palce, patrzyła, jak strażnik wręcza mu brązowe kartonowe pudło, a Marek zaczyna wrzucać do niego nieliczne rzeczy, które przyniósł ze sobą dwanaście miesięcy temu. Mogłaby przysiąc, że spojrzał na nią, ale siedziała zbyt daleko, żeby mieć pewność. I tak nie wiedziałaby, co powiedzieć.
Marek ponownie spuścił głowę i rozpoczął ostatni odcinek "marszu wstydu". Strażnik niemalże deptał mu po piętach, jakby starał się zmusić go do szybszego przebierania nogami. Usłyszała jeszcze, jak zamykają się za nimi drzwi od korytarza.
Pomyślała, że może jednak ma szczęście, że nigdy nie została awansowana do zarządu, choć kiedyś bolało ją, że nie była nawet rozważana jako kandydatka.
- Roma, czy mogłabyś dołączyć do nas?
Roma podniosła głowę. Obok jej biurka stała Anka, dyrektorka HR, ubrana w jasnoszary garnitur i płaskie buty w miedzianym odcieniu. Ramiona otulał jej szal w kolorach rudości i brązu. Jej wąskie usta wyglądały jak krwista kreska oddzielająca podbródek od małego, prostego nosa. Piwne oczy o kształcie okrągłych paciorków uważnie skanowały twarz Romy. Nie było w nich nawet cienia uśmiechu. Znowu wygląda jak kobra przyglądająca się swojej ofierze na chwilę przed atakiem. - Roma nie wiedziała, co myśleć o tej jedynej kobiecie w zarządzie. Anka wydawała się miła, lecz pod tą pozorną uprzejmością krył się wyraźny dystans i chłód.
- O-oczywiście - zająknęła się.
- Kiedy tylko będziesz gotowa. - Anka odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia.
Roma szybko wstała zza biurka, obciągnęła koszulę w drobną zieloną kratkę, przygładziła proste włosy w odcieniu starego koniaku i pospiesznie ruszyła za nią.
Odprowadził ją szmer podekscytowanych głosów.
Roma czekała na Cezara w ich mieszkaniu na Młocinach, najdalej wysuniętej na północ lewobrzeżnej dzielnicy Warszawy. Przed nią na stoliku kawowym stała otwarta butelka pachnącego agrestem białego wina, a ona sama przeglądała wiosenny katalog ubrań Patagonii. "Życie w zgodzie ze sobą jest jak wrzód na tyłku" - głosił napis na pierwszej stronie.
Roma od zawsze podziwiała tę firmę. Było niesamowitym to, że ktoś, kto operował w przemyśle uznawanym za trzeci najbardziej szkodliwy na świecie, chciał i umiał działać w zgodzie ze środowiskiem. Kiedyś przeczytała, że czterdzieści dziewięć procent materiałów w produktach Patagonii pochodzi z recyklingu i źródeł odnawialnych.
Kiedy zatrudniała się w firmie, GiGi miała ambicje nie mniejsze od Patagonii. Tylko że wtedy była jeszcze małym biznesem młodego przedsiębiorczego małżeństwa, które chciało - z myślą o przyszłości dwójki swoich dzieci - przynajmniej nie szkodzić środowisku.
W pierwszym okresie działalności sprowadzali produkty z Chin i jedynie pakowali je w Polsce. Ale kiedy biznes zaczął się kręcić, ambicją właścicieli stało się przeniesienie produkcji do krajów Europy Wschodniej i zadbanie między innymi o to, żeby sprzedawane przez nich ubranka i zabawki miały certyfikaty Fair Trade. To właśnie kilkanaście lat temu skusiło Romę, żeby przyjąć ich ofertę pracy. Pięć lat później właściciele sprzedali większość swoich udziałów dwóm grupom inwestorskim. Choć pierwotne założenia wciąż stanowiły fundament wizji firmy, Roma miała wrażenie, że zysk stopniowo stawał się ważniejszy niż świadome podejście do środowiska.
Cezar, jej partner od prawie dwudziestu lat, zdecydowanie bardziej krytycznie niż ona patrzył na zmiany zachodzące w GiGi. Podśmiewał się z niej od czasu do czasu, że jest tak dużą idealistką, że nie widzi, co się wokół dzieje. Cieszyła się jednak, że już za chwilę powie mu o swoim awansie. Pierwsza kobieta w zarządzie niebędąca szefową HR. Ktoś, kto będzie na nowo mógł przywrócić początkowe wartości firmy do życia. To było to, czego oczekiwał od niej prezes. Tak właśnie powiedział jej w trakcie ich wcześniejszego spotkania.
Oczywiście zdawała sobie sprawę, że nigdy nie dostałaby tego awansu, gdyby nie fakt, że firma przygotowywała się do wejścia na giełdę. Ryzyko wzięcia kolejnego wilczka z tej czy innej firmy konsultingowej było zbyt duże, szczególnie po niefortunnej przygodzie z Markiem. Łatwiej było wypromować kogoś ze środka, a zwiększenie liczby kobiet w zarządzie poprawiało wizerunek firmy w oczach potencjalnych inwestorów.
Zazgrzytał klucz w zamku. Roma podniosła głowę. Wysoki blondyn z krótkimi zmierzwionymi włosami wpadł do salonu, niedbale zsuwając ze stóp sportowe buty. Miał na sobie biały wyciągnięty T-shirt i poplamione gliną dżinsy. Na nadgarstku widniała skórzana zapinka, a na nosie czarne kwadratowe okulary, przesłaniające pełne inteligencji zielone oczy.
- Świętujemy? - Cezar rzucił szarą bluzę z kapturem na szeroką kanapę w kolorze przybrudzonej zieleni.
- Świętujemy. - Roma z szerokim uśmiechem nalała wina do stojących przed nią kieliszków i podała mu jeden z nich.
- What's up? - Cezar opadł na kanapę obok niej.
- Wchodzę na miejsce Marka jako dyrektorka produktu - wyrzuciła z siebie jednym tchem Roma.
Cezar odstawił kieliszek. Zamigotało w nim światło wiszącej nad stolikiem rattanowej lampy.
- Przyjęłaś? - zapytał.
Roma nie mogła opanować podekscytowania.
- No pewnie, że przyjęłam! - Rzuciła mu szybkie spojrzenie i zmarszczyła brwi. - Spodziewałeś się czegoś innego?
Cezar przez chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu.
- Tak szczerze to miałem nadzieję, że, o ile taka sytuacja się wydarzy, jednak... odmówisz - powiedział w końcu.
Roma gwałtownie spoważniała. Odstawiła kieliszek na stół.
Cezar zaczął raz jeszcze.
- Romek... - (Mówił tak do niej odkąd się poznali). - Ten awans należy ci się jak nikomu innemu. Ale czy na pewno go chcesz?
Roma z niedowierzaniem pokręciła głową.
- Jakbym go nie chciała, tobym go nie przyjęła, prawda? - odpowiedziała. Ją samą zaskoczyło to, jak ostro zabrzmiały te słowa.
Cezar przygryzł usta.
- Po co ci ten awans? - miękko zapytał.
- Jak to po co?
Cezar potarł niegoloną od kilku dni brodę. Zachrzęścił lekko zarost.
- Naprawdę uważasz, że GiGi ma szansę się zmienić? Że będziesz miała na to wpływ?
Roma popatrzyła na Cezara pełnym niedowierzania wzrokiem. Rozumiała, że był szczery, ale nie przypuszczała, że jego słowa mogą zabrzmieć aż tak twardo. Jej usta drgnęły, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć. Jednak żadne słowa nie wybrzmiały. Zamiast tego wstała i ruszyła do przedpokoju. Ręce jej drżały, kiedy zdejmowała z wieszaka puchową kurtkę. Otworzyła drzwi wejściowe mając nadzieję, że Cezar jeszcze coś powie. Te cicho zaskrzypiały. Jej dłoń zatrzymała się na framudze, a przez twarz przemknął cień smutku. Zamknęła je bezgłośnie za sobą. Zeszła po schodach i wyszła na zewnątrz. Natychmiast ogarnął ją wieczorny chłód.
Przecięła ulicę Wóycickiego i weszła pomiędzy smukłe sosny, nadal jeszcze nie wycięte w procesie niepowstrzymanego rozpychania się miasta w kierunku Puszczy Kampinoskiej. Odetchnęła głębiej. Od zawsze przecież wiedziała, że dla Cezara stała praca w jakiejkolwiek firmie była jak więzienie. Jego natura nie pozwoliłaby mu wytrwać w takim miejscu jak GiGi nawet miesiąca. Zresztą kiedyś spróbował. Nie skończyło się to dobrze, choć na pewno zabawnie. Jego szef nie był w stanie zrozumieć, że Cezar nie da się ograniczyć ustawowymi godzinami pracy. Co z tego, że robota była zrobiona świetnie. Godziny to godziny i po tym, jak Cezar przez kolejny tydzień odmówił stawiania się na dziewiątą w biurze, wyleciał z hukiem. Ale gdyby nie wyleciał, to niewątpliwie sam by się spakował i zwiał gdzie pieprz rośnie.
Wtedy rozbawiło to Romę do łez. Dziś to samo wspomnienie sprawiło, że coś ścisnęło ją w środku. Dlaczego ona nigdy nie pozwoliła sobie na taką wolność? Czy dlatego, że matka od zawsze wbijała jej do głowy, że stała praca to bezpieczeństwo? Czy może dlatego, że na studiach Roma chronicznie cierpiała na brak gotówki? Czy to właśnie sprawiło, że dziś przyjęła ofertę zarządu praktycznie bez zastanowienia?
Roma zatrzęsła się od marcowego chłodu. Rozejrzała się, nie bardzo wiedząc, gdzie jest. Zapadający zmrok nie pomagał w orientacji. Uświadomiła sobie, że musiała zejść z którejś po wielokroć wydeptanych przez nich ścieżek i niechcący zapuścić się na tereny mniej znane. Nie budziło to w niej specjalnego niepokoju. Z jednej strony las zamykał gigantyczny Cmentarz Północny, z drugiej centrum handlowe Łomianki, a z trzeciej Wisłostrada. Trudno byłoby się tu zgubić.
Sięgnęła do kieszeni po telefon. Oczywiście, został w domu. Zaczęła się rozglądać, szukając jakichś punktów odniesienia. Otaczający ją las przypominał bardziej nadmorskie tereny niż środkowonizinną puszczę. Gdzieniegdzie połyskiwały pozostałe po ostatnich opadach przybrudzone placki śniegu. Połamane przez wiatry, bielące się w półmroku pnie brzóz sprawiały wrażenie porozrzucanych dookoła kości. Nad tym wszystkim różowiła się miękka łuna miejskich świateł. Nigdzie nie dostrzegła ani betonowego płotu cmentarza, ani nie słyszała szumu ulicy.
Przez chwilę deliberowała, w którą stronę ruszyć. Intuicja podpowiadała jej, żeby zawrócić. Już miała to zrobić, kiedy coś niespodziewanego przykuło jej wzrok. Przyjrzała się dokładniej. Między sosnami majaczył nieruchomy kształt.
Koń?
Brązowa sierść współgrała ze rdzawym kolorem opadłych jeszcze na jesieni liści i szarością porośniętych mchem pni. Stworzenie wydawało się być integralną częścią tego miejsca, ucieleśnieniem spokoju pośród układającego się do snu lasu.
Ale skąd tu koń? - Roma drgnęła. Zwierzę też. Majestatycznym krokiem ruszyło w jej kierunku. Olbrzymie poroże lekko zakołysało się w rytm jego chodu. - Ależ to nie koń! - Romie mocniej zabiło serce. Naprzeciw niej stąpał olbrzymi łoś ze złamaną łopatą. Słyszała o nim, jednym z najstarszych rezydentów Puszczy Kampinoskiej, który od czasu do czasu zapuszczał się w tutejsze okolice. Długie chude nogi unosiły krępe ciało z masywnymi barkami i charakterystycznym garbem.
Zwierzę podeszło na kilka metrów i zatrzymało się. Łyżkowate uszy znieruchomiały, a wypukłe oczy zmierzyły ją czujnym wzrokiem. Smukłe pnie sosen zwieńczone zielonymi grzywami długich igieł wyglądały jak gwardia przyboczna prężąca się przed swoim władcą. Wokół panowała przewiercająca uszy cisza. Nawet wiatr ucichł, potęgując wrażenie, jakby wszystko wokół było raczej namalowane niż rzeczywiste. W środku tego obrazu trwała Roma i stojący przed nią łoś.
Choć w nadciągającej nieubłaganie nocy wszystkie kształty coraz bardziej się zamazywały, Roma wciąż była w stanie dostrzec na pysku zwierzęcia ślady wygranych i przegranych walk znaczących kolejne lata życia w naturze. Jego wzrok nieruchomo wbity w jej oczy niespodziewanie napełnił ją poczuciem spokoju - spokoju wynikającego z myśli, że przecież ma wybór. Jeśli nie będzie chciała być członkinią zarządu, to zawsze może zrezygnować. Poruszona tą myślą, cofnęła się o krok. Pod stopą sucho trzasnęła złamana gałąź. Na ten dźwięk łoś bez pośpiechu odwrócił się, jakby przypomniawszy sobie o kontynuowaniu podróży. Rzucił jej jeszcze ostatnie spojrzenie i po chwili zniknął w ciemnościach.
Cezarowi było głupio. Informacja o tym cholernym awansie po prostu go zaskoczyła. I zdecydowanie nie ucieszyła. Potarł mocno twarz i nalał sobie jeszcze wina. Stojąca obok lampa, jedna z jego nie do końca udanych rzeźb, rzucała przyjemne żółte światło, dyskretnie oświetlając kawałek wolnej przestrzeni między kuchnią a salonem. Na blacie masywnej drewnianej wyspy srebrzył się stalowy ekspres do kawy. Było to królestwo Cezara, który, odkąd pamiętał, (jeśli tylko był w domu), przygotowywał dla nich obojga poranną kawę. Dla siebie flat white. Dla Romy przedłużone espresso.
Nabył ten ekspres po tym, kiedy pewien biznesman zakupił pierwszą z jego rzeźb. Do dziś pamiętał dumę z tej sprzedaży i to nieśmiałe poczucie, że ze sztuki da się żyć.
Dlaczego, u licha, nie możemy po prostu cieszyć się tym, co mamy? - pomyślał, obserwując, jak cień lampy lekko drży na drewnianej podłodze.
Po studiach przecież pomieszkiwali w dwupokojowym mieszkaniu na dziesiątym piętrze w postkomunistycznym bloku na warszawskiej Woli. Mieszkanie należało do jego przyszywanej ciotki. Planowała je sprzedać, ale na szczęście nie bardzo jej się spieszyło, więc jedynie za opłaty mieszkali tam przez kolejne trzy lata. Z mniejszego pokoju, który rozmiarami przypominał dużą szafę, Cezar zrobił sobie pracownię. Ich wspólnym królestwem był przestronny salon z dużym balkonem, gdzie ze starych sosnowych desek, wystawionych przez któregoś z sąsiadów pod śmietnik, zbudowali szerokie siedzisko i stół. Jak tylko robiło się wystarczająco ciepło, spędzali tam długie wieczorne godziny obserwując mieniące się kolorami zachody słońca nad miastem. Różowe z odcieniami zieleni wiosną. Krwistoczerwone latem. Pomarańczowo-żółte jesienią.
W tamtych czasach Roma pracowała w butikowej agencji, gdzie zarabiała minimalną pensję. Ale nie narzekali na brak pieniędzy, bo kolejne prace Cezara sprzedawały się zawsze wtedy, kiedy potrzebowali dopływu gotówki. Potem Roma dostała pracę w GiGi i z roku na rok Cezar widział, jak zmienia się w trybik korporacyjnej machiny skupiony na nieustannym dowożeniu fikcyjnych celów.
Cezar nie do końca rozumiał, dlaczego Roma to robi. Oczywiście zdawał sobie sprawę z jej nieposkromionej potrzeby bezpieczeństwa. Ale miał też wrażenie, że im bardziej zasobne było jej konto, tym mniej tego bezpieczeństwa odczuwała. Jakby sam fakt posiadania pieniędzy budził w niej strach przed ich utratą.
Pewnie dlatego wzięła ten cholerny awans.
Nie był jej potrzebny do nadmuchania ego czy zaspokojenia zawodowej satysfakcji. Podstawowym powodem była jeszcze większa stabilizacja.
Dla Cezara dowolny awans był, po prawdzie, odwrotnością stabilizacji. Wysokie stanowisko w firmie takiej jak GiGi oznaczało jedynie, że jeśli się z niej wyleci, jak Marek, to pula opcji, wśród których można przebierać, nie raniąc poczucia własnej wartości, będzie mikroskopijna, a konkurencja coraz bardziej zacięta. Bo ilu dyrektorów produktu jest potrzebnych w całym kraju? Widział wśród znajomych Romy, że opcja wzięcia stanowiska o niższym prestiżu zwykle nie wchodziła w rachubę. To powodowało albo łamanie własnych zasad w imię utrzymania się na stołku, albo nieuniknione wypalenie.
Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że jego działalność artystyczna rozwijała się bez żadnych ograniczeń właśnie dlatego, że Roma zapewniała im finansowe bezpieczeństwo. Dzięki temu mógł tworzyć, nie musząc jednocześnie dorabiać na Uberze czy przy rozwożeniu pizzy.
Czego ja od niej, do cholery, chcę? - To pytanie przeszyło go jak szpilka wbita w palec.
W tym momencie stuknęły drzwi, zwiastując powrót Romy.
Cezar natychmiast odstawił kieliszek, wstał i ruszył do holu pomalowanego na ciepły liliowy kolor. Farbę do jego pomalowania przygotował sam, opierając się na recepturach starych renesansowych barwników.
Roma właśnie odwieszała kurtkę.
- Romek, przepraszam - cicho powiedział, badając wyraz jej twarzy. - Nie chciałem cię urazić. Bezwzględnie zasłużyłaś na ten awans.
Roma w milczeniu ściągnęła buty i spodnie, a następnie wycelowała w niego mokrymi skarpetkami.
- No, to, co powiedziałeś, nie było najprzyjemniejsze... - Przewróciła oczami i uśmiechnęła się. - Ale to fakt, że czasem widzisz rzeczywistość o wiele wyraźniej niż ja.
Odbywało się właśnie cotygodniowe spotkanie zarządu. Bernard rozparł swoje niedźwiedzie ciało na wyściełanym niebieskim pluszem fotelu, opierając łokcie na wypolerowanej powierzchni stołu konferencyjnego. Jednym uchem przysłuchiwał się Romie opowiadającej o zachowaniach zakupowych mam pokolenia Z.
- Młode mamy stawiają przede wszystkim na zdrowie swoich rodzin. Można to zaobserwować w zwiększonym popycie na żywność ekologiczną, witaminy i suplementy.
Bernard nie był specjalnie zadowolony, że to ona została wybrana na następczynię Marka. O wiele bardziej wolałby zobaczyć tam kolejnego konsultanta, kolesia z wystarczająco nabrzmiałym ego, żeby mógł go kontrolować.
- Rośnie również świadomość młodych rodziców na temat wpływu ich zakupów na środowisko - przekonywała dalej Roma. - Poszukują ekologicznych produktów, w tym organicznej odzieży dziecięcej. To wydaje się być obiecującym kierunkiem rozwoju dla GiGi.
Bernard nie mógł być mniej zainteresowany tym, co cenili sobie młodzi rodzice. Po raz kolejny przeżywał zwolnienie Marka. Marek zachwycał prezentacjami pełnymi kolorowych słupków, wykresów i liczb. Bernard te liczby skrupulatnie zbierał w arkuszu kalkulacyjnym, specjalnie przygotowanym w tym celu i zaszyfrowanym za pomocą klucza dostępu na jego twardym dysku. Kiedy w końcu znalazł zależność między decyzją podjętą w oparciu na prezentowanych przez Marka danych a biznesową wpadką, wiedział już, że ma go w garści. Jak długo Marek działał zgodnie z instrukcjami Bernarda, tak długo był bezpieczny. Ale kiedy zaczął się buntować, Bernard bezlitośnie pokazał kompromitujące liczby zarządowi. A zarząd nie mógł przecież pozwolić na nic, co mogłoby negatywnie wpłynąć na wycenę GiGi na giełdzie. Od tej wyceny zależały bonusy wszystkich osób znajdujących się teraz w sali, a ich drażliwość co do wysokości tejże sumy była duża.
- Naszym największym wyzwaniem jest dziś styl komunikacji. Zbyt formalny dla młodych klientów, zwłaszcza kobiet. - Nowa członkini zarządu wyraźnie zmierzała do końca prezentacji. - Jest to coś, co można łatwo naprawić bez angażowania dużego budżetu i zasobów IT.
Bernard zdawał sobie sprawę, że z Romą nie będzie mógł pogrywać tak, jak z jej poprzednikami. Zbyt dobrze operowała liczbami i logicznie myślała. Do tego zdawała sobie sprawę z taktyki Bernarda. Jakiś czas temu na noworocznej gali poczuł się wyjątkowo dumny z uknutego przez siebie planu wyrzucenia jednego z dyrektorów IT i po kilku kielichach nieopatrznie opowiedział o tym Romie.
- Rozegrałem go na cacy - przechwalał się.
Nie spodziewał się wtedy, że ta niezwracająca na siebie uwagi kobieta doczeka się awansu, który ustawi ją na równi z nim. A może mógłby wykorzystać Romę do przejęcia prezesowskiego fotela...? Ta myśl zaprzątała Bernarda, odkąd właściciele firmy zadeklarowali, że chcą wprowadzić GiGi na giełdę.
Roma zakończyła prezentację.
- Macie może jakieś pytania? - zapytała.
Bernard pochylił się do przodu.
- Świetna prezentacja, Roma. Jakaż to odmiana po tych wszystkich ściemach Marka. Widać, że wreszcie objął to stanowisko ktoś, kto zna się na rzeczy.
Roma przekręciła głowę w jego kierunku i lekko się uśmiechnęła.
- Dzięki, Bernard. Takie słowa w twoich ustach wiele znaczą. - Ton jej głosu był ciepły, ale powściągliwy.
Bernard zesztywniał i rzucił jej uważne spojrzenie.
- Bardzo na ciebie liczymy - dodał. - Mam jednak nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że jeżeli twoje propozycje nie dowiozą oczekiwanych wyników, to wszystko będzie twoja wina.
Zaśmiał się, jakby te ostatnie słowa miały być żartem. Z satysfakcją dostrzegł, że teraz to ona zesztywniała.
Tomek rysował kolejne ekrany czarnym mazakiem na szklanej tablicy w salce konferencyjnej na czwartym piętrze, zupełnie nie zwracając uwagi na rozentuzjazmowane głosy wokół niego. Był jak zwykle ubrany w obcisłe spodnie, eleganckie trampki oraz czarną koszulkę.
Romie zawsze wydawało się, że kiedy Tomek zaczynał projektować, przenosił się do równoległej rzeczywistości. Ten brodaty grafik był pierwszą osobą, którą zatrudniła do swojego zespołu, ochrzczonego przez innych w firmie mianem Starej Gwardii. Była to piątka jej najstarszych i najbardziej zaufanych współpracowników i współpracowniczek, ekipa, za którą poszłaby w ogień, i która poszłaby w ogień za nią. Z czasem każde z nich zostało szefem własnego zespołu, ale zawsze trzymali się razem, wiedząc, że mogą sobie wzajemnie ufać. Wspólnie odpowiedzialni byli w firmie za wszystko to, co dotyczyło interakcji z klientami - od strony internetowej i sklepu, po obsługę zakupową i pozakupową, do opakowań i komunikacji.
Salka konferencyjna, którą właśnie zajmowali, o wdzięcznej nazwie Acapulco, w niczym nie przypominała pozostałych sterylnych przestrzeni GiGi. Jej ściany były pomalowane w kolorowe pasy inspirowane wzorami tradycyjnych meksykańskich sarapes. Gruba dywanowa wykładzina była jak pluszowe morze głębokiego szafiru. Na środku stał okrągły stół, przykład skandynawskiego designu, wszechobecnego w całym biurze. Sięgające do podłogi okna w ciągu dnia wpuszczały naturalne światło, a wieczorami migające na zielono i pomarańczowo odblaski ruchliwej ulicy poniżej.
Tomek, który emanował aurą znudzonego stulatka, został polecony Romie przez jej byłą profesorkę. Geniusz w swoim fachu, spokojny i opanowany, wywierał korzystny wpływ na cały zespół, swoją beznamiętnością rozpraszając żar bardziej rozognionych debat. Teraz w skupieniu próbował naszkicować nowy sposób prezentacji asortymentu GiGi - ubranek i zabawek dla dzieci.
- Tomek, czy ty rysujesz coś dla dzieciaków, czy dla siebie? - Oliwier pstryknął palcami, jakby chciał wyrwać kolegę z transu. - Przecież żadna młoda mama nie podchodzi do wyboru ubranek jak do szycia garnituru na miarę.
Oli był chodzącą encyklopedią informacji o klientach. Czytał z danych jak z fusów i był w stanie wyciągnąć z nich najbardziej nieoczywiste wnioski.
Prywatnie przyjaźnił się z Tomkiem, którego był wizualnym przeciwieństwem. Podczas gdy Tomek był zawsze schludny, Oli był wiecznie rozmemłany. Jego ciemne kręcone włosy były permanentnie potargane, jakby nigdy nie spotkały na swojej drodze grzebienia. Pasiaste koszule naciągnięte na lekko zaokrągloną sylwetkę nieustannie wysnuwały się ze spranych dżinsów podtrzymywanych brązowym paskiem. Romie zawsze kojarzył się z najbardziej znaną podobizną Einsteina, tylko bez siwizny i wąsów.
- Maja, pamiętasz takie papierowe laleczki z naszego dzieciństwa? Te, które miały papierowe ubranka? - nieśmiało zapytała Róża najnowszy nabytek w Starej Gwardii. Bardzo wysoka i bardzo szczupła, przyciągała wzrok swoimi czarnymi włosami sięgającymi do połowy pleców, a nosy kolegów łaskotała zapachem grejpfrutowych perfum.
Maja podskoczyła na krześle z szarej nylonowej siatki, które od tego gwałtownego ruchu lekko zajęczało.
- No pewnie, że pamiętam! - Pokiwała z entuzjazmem głową. - Róża, to jest genialna myśl. Zróbmy takie laleczki w wersji cyfrowej i papierowej. Jak je jeszcze obrandujemy logo GiGi, to mamy darmową reklamę.
Tomek oderwał się od tablicy i z ponurą miną popatrzył na koleżanki. Ta jego mina oznaczała, że intensywnie myśli. Maja nadal podskakiwała na miarowo pojękującym krześle, potrząsając dredami i dzwoniąc bransoletkami. Wyglądała jak wyjęta ze starego obrazu bohemka, która wskutek niezrozumiałego zbiegu okoliczności znalazła się w sterylnym biurze dużej korporacji, zamiast przy ognisku w lesie.
Roma uwielbiała z nią pracować. Maja była utalentowaną programistką, której znudziło się tworzenie systemowych podstaw biznesu GiGi i postanowiła przekwalifikować się na firmową hakerkę. W kilka godzin była w stanie przełożyć szkice Tomka na działający prototyp. Do tego była niezastąpioną bronią Romy w niekończących się dyskusjach z działem IT o dostępnych zasobach. Maja zawsze miała bezwzględnie trafione argumenty na to, jak coś, co według kolegów deweloperów miałoby trwać dwa tygodnie, zrobić w dwa dni.
- Może moglibyśmy z tego zrobić wizualną ankietę? - Róża uśmiechnęła się szeroko.
- Dobry pomysł. Moglibyśmy dawać po trzy wybory i na tej bazie przygotować ministylizacje dla maluchów skonstruowane z naszej oferty - dodał Tomek.
Roma lekko stuknęła w ramię swoją zastępczynię Klaudię.
- Jesteś dziś jakaś cicha. Coś się dzieje?
Klaudia, roztrzepana i jednocześnie mocno stąpająca po ziemi, była swoistą przeciwwagą dla poukładanego idealizmu swojej szefowej.
Roma nie mogła uwierzyć, jak daleko obie zaszły. Pamiętała moment, kiedy Klaudia przyszła na rozmowę kwalifikacyjną. Zrobiła na niej wrażenie wolnego ptaka, który nie da się ujarzmić żadnej korporacji. W sumie to trochę przypominała jej swoim zachowaniem Cezara. Roma już była gotowa jej podziękować, kiedy zobaczyła, w jak nieoczywisty sposób Klaudia rozwiązała zadanie domowe, które dostawał każdy starający się o pracę kandydat. Postanowiła dać jej szansę.
Pierwsze tygodnie były trudne. Bardzo trudne. Klaudia nie stosowała żadnego filtra pomiędzy tym, co myśli, a tym, co mówi. Już pierwszego dnia krytycznie odniosła się do świeżo zakończonego projektu, nie zdając sobie sprawy z kompromisów, na które musieli pójść. Ten jeden raz Roma widziała, jak poniosło Tomka. W prostych żołnierskich słowach wyłuszczył on nowej koleżance, co myśli o jej opiniach i sugestiach. Ku zaskoczeniu wszystkich zamiast się obrazić, Klaudia roześmiała się w głos i przeprosiła za swój komentarz, tłumacząc się niewyparzonym językiem. To zaskarbiło jej sympatię zespołu, ale nie Romy.
Przez następne tygodnie co rusz była gotowa zwolnić Klaudię za kolejne niekontrolowane wypowiedzi. Aż Cezar zwrócił jej uwagę na to, że tak naprawdę Klaudia widzi rzeczy, na które ona, Roma, jest ślepa. Choć niechętnie, to jednak musiała przyznać mu rację. Zacisnęła zęby i postanowiła nauczyć się, jak współpracować z Klaudią tak, żeby obie to przetrwały bez ran na duszy i ciele.
Nigdy tego nie pożałowała. Klaudia okazała się niezawodną koleżanką w pracy. A do tego przyjaciółką, na którą mogła liczyć o każdej porze dnia i nocy.
Zwykle pogodna i energetyczna, Klaudia dziś emanowała rzadką u niej apatią.
- Tak, tak, fajny pomysł. Zróbmy to - rzuciła nieobecnym tonem w stronę reszty zespołu. - Trudny wieczór - wyszeptała do Romy.
Klaudia miała dwie córki - siedemnastoletnią Pati i trzynastoletnią Ingę. Obie przechodziły okres nastoletniego buntu i od dłuższego czasu fundowały swoim rodzicom coraz to nowe wyzwania wychowawcze.
Roma wysłała jej pełen współczucia uśmiech, po czym zwróciła się w stronę zamkniętych w kolorowej salce osób.
- Pomysł jest faktycznie super. Tylko że mamy niecałe cztery tygodnie, żeby go przetestować... - W jej głosie brzmiało wahanie.
- Chcesz zrobić coś bezpieczniejszego? - Klaudia natychmiast odczytała intencję szefowej.
Roma podrapała się po głowie i lekko zmarszczyła twarz.
- Nie, tak właściwie to nie chcę... - W jej głosie nadal wybrzmiewała niepewność. Rzuciła okiem na rysunki Tomka. To ma sens - pomyślała.
Klaudia wbiła w nią wzrok.
- Coś cię chyba jeszcze niepokoi... - skomentowała jej wahanie.
- Bo możemy ... - wyrwała się Róża, zanim Roma zdążyła odpowiedzieć.
- Tsss... - Klaudia uciszyła ją machnięciem ręki.
Roma zamknęła oczy i skupiła się na tym, co czuła. Pomysł bardzo jej się podobał. Ale był radykalny. Czy aby nie za radykalny? Z drugiej strony, jeśli miała spróbować czegoś nowego, to kiedy, jak nie na początku? Taki projekt pokaże, jak chce podchodzić do kolejnych rozwiązań. Raz kozie śmierć - uśmiechnęła się w duchu.
- Właściwie to nic mnie nie niepokoi. - Była już pewna swojej decyzji. - Jest moc! Robimy to!
Oli przybił piątkę z Mają tak mocno, że aż głośny plask rozszedł się hukiem po salce. Róża radośnie potrząsnęła pięściami, a Tomek kiwnął głową.
- Oby tylko zarząd to kupił... - wyszeptała Roma. Choć skierowała te słowa wyłącznie do swojej zastępczyni, ewidentnie wszyscy je usłyszeli, bo zamarli na swoich miejscach.
Klaudia przyłożyła dłoń do ust, jakby chciała uchronić swoje słowa przed niepożądanymi uszami.
- Szefowo, damy radę - teatralnym szeptem odpowiedziała. - Jak nie my, to kto?
Wszyscy się roześmiali, a Roma pomyślała, że z tym zespołem wszystko jest możliwe. Nawet w takiej firmie jak GiGi.
Dalsza część w wersji pełnej