5
To się dzieje później tego samego dnia. Na swój sposób ziszczają się wszystkie dziwne, niesprecyzowane obawy Cate co do tego miejsca.
Przyjaciółka Georgii, Tilly, została napadnięta kilka chwil po wyjściu z ich mieszkania.
Cate zaproponowała dziewczynie, żeby została na kolację, lecz Tilly powiedziała: "Dziękuję, ale mama na mnie czeka", i Cate przyszło do głowy, że może po prostu nie przepada za curry. Potem, kilka minut po jej wyjściu, ktoś zapukał i zadzwonił do drzwi, a kiedy Cate podeszła je otworzyć, zobaczyła Tilly, z pobladłą twarzą i oczami jak spodki. "Ktoś mnie dotknął. Dotknął mnie", powtarzała w szoku.
Teraz Cate prowadzi ją szybko do kuchni i wysuwa dla niej krzesło, stawia jej szklankę wody i prosi, by opowiedziała, co się stało.
- Przeszłam tylko na drugą stronę ulicy, byłam o tam, przy placu budowy. I ktoś podszedł do mnie od tyłu. I tak mnie złapał. Tutaj. - Wskazuje swoje biodra. - I próbował mnie ciągnąć.
- Gdzie ciągnąć?
- Nigdzie, tak do siebie tylko.
Georgia sadza koleżankę przy stole i chwyta jej dłoń.
- Mój Boże, a widziałaś go? Widziałaś jego twarz?
Tilly drżą ręce.
- W sumie nie. Może trochę. Nie wydaje mi się... Wszystko stało się tak... szybko. Naprawdę bardzo szybko.
- Zrobił ci coś? - pyta Georgia.
- Nie? - odpowiada Tilly z wahaniem, jakby sama się zastanawiała. - Nie - powtarza już pewniejszym głosem. - Nic mi nie jest, tylko... - Spuszcza wzrok na swoje dłonie. - Spanikowałam. On był taki... taki straszny.
- W jakim był wieku? Mniej więcej - dopytuje Cate.
Tilly wzrusza ramionami.
- Nie wiem. - Pociąga nosem. - Miał na głowie kaptur i owinął twarz szalikiem.
- Wzrost?
- Raczej wysoki, chyba. I szczupły.
- Mam zadzwonić na policję? - rzuca Cate i zastanawia się, dlaczego w ogóle pyta szesnastolatkę, która właśnie została napadnięta, czy ma wezwać policję.
- Ja pierdolę, oczywiście, że masz zadzwonić - wypala Georgia i zanim Cate zdąży zareagować, już wybiera numer alarmowy.
Później przyjeżdża radiowóz, pojawia się też mama Tilly i wieczór skręca w miejsce, w którym Cate jeszcze nigdy nie była. W jej kuchni są policjanci i zapłakana matka, której Cate wcześniej nie miała okazji poznać, a ta nerwowa atmosfera nie pozwala jej spać nawet kilka godzin po tym, jak funkcjonariusze wyszli, a Tilly z matką zniknęły w uberze. W domu panuje cisza, jednak Cate wie, że nikt nie może spać w spokoju, bo stało się coś złego, coś, co wiąże się z nimi, wiąże się z tym miejscem i czymś jeszcze, czymś niezidentyfikowanym związanym z nią, jakimś złem, jakimś błędem, który popełniła, bo nie jest dobrym człowiekiem. Tak bardzo się starała przestać myśleć o sobie jak o złym człowieku, ale teraz leży w łóżku nocą i nagła świadomość tego faktu gryzie ją dotkliwie, aż Cate czuje się obdarta ze skóry.
Następnego ranka Cate otwiera oczy tuż przed dźwiękiem budzika, przespawszy zaledwie trzy i pół godziny. Odwraca się i spogląda na Roana, leżącego spokojnie na plecach z rękami schowanymi pod kołdrą. Ten jej mąż to całkiem przystojny mężczyzna. Wypadła mu większość włosów i teraz golił głowę, odsłaniając jej dziwne kontury, o których nie wiedziała, kiedy poznali się trzydzieści lat temu. Zakładała, że jego czaszka jest gładka jak spód ceramicznej urny. Tymczasem okazała się pełna dolin i pagórków, z maleńką pomarszczoną blizną. Na jego skroniach aż do brwi ciągną się wystające żyły. Nos ma duży. Oczy z ciężkimi powiekami. Jest jej mężem. Nienawidzi jej. Ona to wie. To jej wina.
Wymyka się z łóżka i podchodzi do okna wykuszowego wychodzącego na ulicę. Przez gałęzie drzew prześwituje wczesne słońce, omiata promieniami plac budowy naprzeciwko. Wydaje się taki nieszkodliwy. Potem Cate przenosi wzrok bardziej w prawo, na dom z fotelem na podjeździe. Myśli o mieszkającym tam mężczyźnie, tym dziwnym człowieku, który szedł za Georgią od stacji metra, który patrzył na nią i Tilly spode łba zeszłego wieczoru, wyrzucając śmieci - mężczyzna, który pasuje do opisu napastnika.
Cate odszukuje wizytówkę, jaką dostała od policjanta. Inspektor Robert Burdett. Dzwoni na podany numer, lecz Burdett nie odbiera, więc zostawia mu wiadomość.
- Dzwonię w sprawie napaści na Tilly Krasniqi z wczoraj - zaczyna. - Nie wiem, czy to nie fałszywy trop, ale jest taki mężczyzna, mieszka naprzeciwko. Pod numerem dwanaście. Moja córka ostatnio mówiła, że szedł za nią, gdy wracała do domu. Podobno wczoraj dziwnie patrzył na nią i Tilly. Niestety nie znam jego nazwiska. Ma jakieś trzydzieści, czterdzieści lat. Tylko tyle wiem. Przepraszam. Taka mnie naszła myśl. Numer dwanaście. Dziękuję.
- Rozmawiałaś dzisiaj z Tilly? - Cate pyta Georgię, gdy później tego ranka córka kręci się po mieszkaniu, szykując się do wyjścia do szkoły.
- Nie. Nie odpisuje mi na wiadomości i nie odbiera telefonów. Może ma wyłączoną komórkę.
- Boże. - Cate wzdycha. Nie może znieść poczucia winy, bo wydaje jej się, że to ona w jakiś sposób to spowodowała. Wyobraża sobie Georgię, swoją śliczną, szczerą córkę, dotykaną przez nieznajomego w ciemnej uliczce w drodze powrotnej z domu koleżanki. To nie do wytrzymania. Potem wyobraża sobie drobną Tilly, zbyt straumatyzowaną, by napisać do najbliższej przyjaciółki. Szuka numeru, który mama Tilly zapisała jej zeszłego wieczoru w telefonie, i wybiera go.
Za szóstym razem kobieta wreszcie odbiera.
- Och, Elona, cześć, z tej strony Cate. Jak się czuje Tilly?
Na dłuższą chwilę zapada cisza, potem słychać jakieś trzaski i stłumione głosy w tle. W końcu ktoś mówi:
- Halo?
- Elona?
- Nie. To ja, Tilly.
- Ach, Tilly. Witaj, skarbie. Jak się czujesz?
Znowu ta dziwna cisza. Cate słyszy w tle głos Elony, po czym Tilly odzywa się:
- Muszę coś pani powiedzieć.
- Tak?
- Chodzi o wczoraj. O to, co się stało.
- Słucham.
- To się nie stało.
- Jak to?
- Nikt mnie nie dotykał. Tamten mężczyzna po prostu szedł bardzo blisko, a Georgia tak mnie nastraszyła, opowiadając o tym sąsiedzie z naprzeciwka, wie pani, i myślałam, że to on, ale to nie był on, to był ktoś zupełnie inny i... i pobiegłam do was, i...
Słychać jeszcze jakiś szelest, po czym znowu rozlega się głos Elony.
- Przepraszam. Strasznie przepraszam. Kazałam jej powiedzieć to osobiście. Nie rozumiem, dlaczego to zrobiła. Zdaję sobie sprawę, że te dziewczyny mają na co dzień dużo stresu, bo egzaminy, media społecznościowe i tak dalej, wie pani. Ale to jej nie tłumaczy.
Cate mruga powoli.
- Czyli nie było żadnej napaści? - To nadal nie ma sensu. Blada skóra Tilly, jej wielkie oczy, drżące ręce, łzy.
- Nie było żadnej napaści - potwierdza Elona beznamiętnym tonem, a Cate zastanawia się, czy matka Tilly też nie do końca w to wierzy.
Na zewnątrz widać, jak do samochodu zaparkowanego naprzeciwko wsiada inspektor Robert Burdett. Cate przypomina sobie wiadomość zostawioną na automatycznej sekretarce tego ranka, o dziwnym sąsiedzie. Poczucie winy ściska jej żołądek.
- Policja już wie? - pyta Elonę.
- Tak. Oczywiście. Przed chwilą ich informowałam. Nie można pozwolić, by marnowali swój czas. Nie przy tych cięciach kadrowych. Tak czy inaczej, wysyłam ją teraz do szkoły. Z podkulonym ogonem. I jeszcze raz najmocniej przepraszam.
Cate wyłącza telefon i patrzy na tył samochodu inspektora Burdetta, gdy ten dociera do skrzyżowania na końcu ulicy.
Dlaczego Tilly skłamała? To nie miało najmniejszego sensu.
Cate pracuje z domu. Z zawodu jest fizjoterapeutką, ale porzuciła praktykę piętnaście lat temu, kiedy urodziła się Georgia, i nigdy nie wróciła do przyjmowania pacjentów. Teraz od czasu do czasu pisze o fizjoterapii dla czasopism medycznych i branżowych, a bywa, że wynajmuje gabinet u kolegi w St Johns Wood, żeby przyjmować znajomych, jednak większość czasu spędza w domu, pracując jako freelancerka (albo "kura domowa z laptopem", jak to mawia Georgia). W Kilburn ma małe biuro na antresoli, ale w domu tymczasowym pisze przy stole kuchennym; jej papiery leżą na tacce przy laptopie i trudno jej wszystko zorganizować, powstrzymać rzeczy związane z pracą przed wymieszaniem się z tymi domowymi. Nigdy nie może znaleźć długopisu, a domownicy robią różne zapiski z tyłu jej korespondencji; kolejna sprawa, której nie przemyślała przed przeprowadzką do małego mieszkania.
Cate wygląda znowu przez okno. Potem wraca do laptopa i googluje dom naprzeciwko.
Okazuje się, że mieszkanie pod numerem dwanaście ostatni raz sprzedano dziesięć lat temu, co w tak wyjątkowej okolicy jest niezwykłe. Właścicielem całego budynku jest szkocka firma BG Properties. Cate nie udaje się znaleźć żadnych innych informacji na temat tego adresu i mieszkańców. Dochodzi do wniosku, że to dom tajemnic, gdzie ludzie wprowadzają się i nigdy się z niego nie wyprowadzają, gdzie wieszają grube zasłony i nigdy ich nie odsłaniają, a na podjeździe zostawiają meble, by zgniły.
Potem wyszukuje ley lines[1] pod tym adresem. Nie do końca wie, co to w ogóle jest, ale uznaje, że akurat w tym miejscu mogą być jakieś dziwne; w tym miejscu, gdzie późnym wieczorem nie słychać żadnych ludzi, gdzie puste działki pozostają niezagospodarowane, gdzie każdej nocy krzyczą lisy, gdzie śledzi się i napada nastolatki. W tym miejscu, gdzie Cate czuje się niekomfortowo, gdzie czuje się obco.
[1] Teoretyczne linie łączące różne ważne punkty, leżące w miejscu dawnych ścieżek; przypisuje się im magiczne właściwości (przyp. tłum.).