Niewiarygodne przygody Marka Piegusa - Edmund Niziurski

Reflow text when sidebars are open.
Na naszej ulicy mieszkał obywatel trzynastoletni. Znajomi chłopcy powiedzieli mi, że nazywa się Marek Piegus i że chodzi do szóstej klasy. Chłopiec ten już dawno wpadł mi w oko. Może dlatego, że był niesamowicie piegowaty w sposób urągający wszelkim rozsądnym normom, a może dlatego, że miał zawsze strutą minę.
Początkowo myślałem, że jego struta mina jest skutkiem jakiegoś przypadkowego niepowodzenia czy dolegliwości. No, bo przecież zawsze może się coś przykrego przytrafić nawet najweselszemu chłopcu. Może go na przykład boleć ząb albo brzuch, albo zgubił wieczne pióro, albo mu młodsza siostra podarła zeszyt, albo podarł ubranie o gwóźdź, albo go matka skrzyczała, albo mu ojciec nie chce kupić roweru, albo mu kupili płaszcz na wyrost do samej ziemi jak sutannę, a do tego z trąbiastymi rękawami i każą mu tak chodzić, a on się wstydzi, albo mu nie dali pieniędzy na mecz, albo dostał dwójkę, albo puszczał latawca, a latawiec nie chciał latać i wyśmiano go szyderczo, albo go obraził jakiś fąfel ze starszej klasy, powiedziawszy na przykład: "Te, mały, spłyń" i wystarczyło, bo to przecież obraza tak powiedzieć do mężczyzny, który ma bądź co bądź swoje trzynaście lat, albo go zagięli, a on nie mógł się odgiąć i chodzi zagięty.
Dużo może być zmartwień, które potrafią zatruć człowieka jak strychnina i wytrącić go z równowagi życiowej na cały dzień albo na pół dnia.
Więc ja też, proszę was, myślałem, że ten Piegus tak samo... Że spotkało go jedno z wyszczególnionych wyżej niepowodzeń życiowych, jakiś zawód, zadra, zguba czy tym podobna przykrość i dlatego taki struty i zamyślony. Ale patrzę dzień, drugi, tydzień, dwa tygodnie, a on stale taki sam. Ile razy go spotykam - wciąż ta sama mina, a do tego niemożliwie piegowaty, w sposób urągający przyjętym normom.
Postanowiłem rzecz zbadać. Przy najbliższej okazji, kiedy go spotkałem, mówię:
- Czemu masz wiecznie taką minę?
- Jaką minę? - udał, że nie rozumie.
- Zamyśloną i strutą, mój chłopcze.
Wzruszył ramionami.
- To moja zwyczajna mina. Ja zawsze jestem taki.
- Nie opowiadaj głupstw, Marku - powiedziałem. - Chłopiec w twoim wieku nie może być wiecznie struty. Skąd to u ciebie? Masz rodziców, kolegów, rower...
- Mam rower i rodziców - zgodził się.
- Może dlatego, że masz piegi?
- E, skąd. Do piegów to się już przyzwyczaiłem.
- Jesteś zdrowy, silny - mówię - widziałem, jak położyłeś na łopatki boksera Bubę I, który jest najsilniejszym chłopcem na naszej ulicy.
- Widział pan? - Marek spojrzał na mnie ciężko.
- Widziałem.
- Był osłabiony po grypie, ale to prawda, jestem silny - przyznał. Mimo to minę miał wciąż jak przedtem, to znaczy w ogóle ponurą.
- Wiem także - ciągnąłem - że przeprowadzasz udane próby z jakąś nieznaną bronią i że udało ci się spowodować wybuch, który zatruł na dwie godziny atmosferę naszej ulicy. Przypuszczam, że na szczęście nie był to pył radioaktywny.
- Myśli pan? - Marek filozoficznie wytarł nos, ale jego oblicze pozostało niezmiennie ponure.
- Więc dlaczego, Marku?...
- Po co mnie pan pyta? I tak pan nie zrozumie i będzie się pan tylko dziwił.
- No, no, to się okaże.
- Co mam panu powiedzieć. Pan myśli, że jak tego... tam... rower, że jak położyłem na łopatki Bubę i jak przeprowadziłem próbę... Ale to są, proszę pana, rzeczy naskórkowe. Pan zaledwie muska powierzchnię zjawisk. To wszystko jest detal, rzeczy pospolite. A mnie, proszę pana, w najgłupszych sprawach stale zdarzają się rzeczy nadzwyczajne i nieprzyjemne. Stale mnie spotyka, proszę pana, coś strasznego.
- Pewnie, przyjacielu, sam szukasz guza.
- Słowo daję, że nie.
- Więc jakże to... Dlaczego?
- Właśnie, dlaczego? - Wzruszył ramionami. - Po prostu pech lub, jeśli pan woli, okoliczności. Wszystko wygląda na to, że ja mam jakiegoś zasadniczego pecha.
- Pecha? Wyglądasz na chłopca bardzo inteligentnego. Czy chłopiec inteligentny może w coś takiego wierzyć?
- Pan nic nie wie. Pan nie wyobraża sobie nawet, jakie ja mam niesamowite przygody.
- I dlatego się martwisz? Przypuszczam, że inni chłopcy cieszyliby się z przygód.
- Wątpię - odpowiedział Marek. - To nie są takie przygody, o jakich pan myśli. To są straszne przygody.
- Jakież ty możesz mieć straszne przygody? O ile wiem, nie polujesz na tygrysy w Burmie ani nie zdobywasz Antarktydy.
- To właśnie jest straszne. Nie zdobywam Antarktydy ani nie poluję na tygrysy, proszę pana, w ogóle nie robię nic, a mimo to stale przydarza mi się coś okropnego. Ja mam straszne przygody z byle czego.
- No wiesz - powiedziałem z powątpiewaniem - trudno mi sobie wyobrazić, żebyś mógł przeżyć coś naprawdę strasznego w domu albo w szkole.
Marek uśmiechnął się, jak mi się zdawało, z odrobiną politowania.
- Ja myślę - powiedział - że panu trudno sobie wyobrazić. Przecież mówiłem panu - to są rzeczy niewiarygodne. To nikogo nie spotyka, tylko mnie.
- Cóż na przykład takiego?
- Teraz nie mogę panu powiedzieć... śpieszę się do szkoły, zresztą i tak pan nie uwierzy.
Chrząknąłem urażony.
- Kiedy indziej panu opowiem, ale musi mi pan przyrzec, że nie będzie się pan śmiał ani dziwił, ani prawił mi kazań. Czy pan to może przyrzec?
- Ależ oczywiście, Marku.
- No to do zobaczenia.
"Dziwny chłopiec - pomyślałem - ale nie wydaje się głupi".
Tydzień od tamtej rozmowy spotkałem Marka najniespodziewaniej w Lasku Bielańskim, dokąd chodzę codziennie o dwunastej dla rozluźnienia nerwów. Siedział na ławce pod słoniem z dykty zawinięty w koc i jadł jabłko ze zwykłą, strutą miną.
- Dzień dobry, Marku! - powiedziałem. - Wciąż jeszcze masz strutą minę?
- Jak pan widzi.
- Znów cię spotkało coś strasznego?
- Oczywiście, proszę pana.
- Cóż takiego?
- Odrabiałem lekcje.
Spojrzałem na niego podejrzliwie. Znów mi się zdawało, że żartuje ze mnie.
- Odrabiałeś lekcje - powtórzyłem - i to było takie straszne?
- Opowiem panu, ale pamięta pan, co mi pan przyrzekł?
- Pamiętam.
- No to niech pan posłucha. Mam trochę czasu, zanim mnie ojciec znajdzie, i mogę panu opowiedzieć.
- Ojciec?
- Uciekłem z domu, proszę pana. Wczoraj wieczorem o ósmej. Czesiek Pajkert dał mi te koce i obozowałem tutaj w tym teatrzyku na deskach.
- Co ty opowiadasz?
- Niech pan się nie przejmuje. Zaraz mnie tutaj znajdą.
- I siedzisz tak spokojnie?
- Boli mnie noga. Zresztą znudziło mi się już uciekać. Miałem z początku zamiar popłynąć czółnem w dół Wisły, ale rano spotkałem tutaj Cześka Pajkerta z kolegą. Oni chodzą do budy na drugą zmianę i przyszli tu z tyczką poćwiczyć. Więc ćwiczyliśmy skok o tyczce, proszę pana, a potem założyli się ze mną, czy skoczę z dachu teatrzyku. I wtedy skręciłem sobie nogę. Wobec tego kalectwa, proszę pana, stałem się skłonny do pertraktacji i Czesiek Pajkert pobiegł się dowiedzieć, jak wygląda sytuacja w domu i w szkole. Okazało się, że sytuacja wygląda pomyślnie, bo wszyscy się martwią o mnie, a ojciec wyznaczył nagrodę - sto złotych dla chłopca, który powie, co się ze mną stało. Więc Czesiek się zapytał, czy gdybym wrócił, to czy mnie przyjmą z otwartymi rękami i nie będą stosować środków. A ojciec mu odpowiedział, że przyjmie mnie z otwartymi rękami i bez środków. Więc Czesiek przybiegł opowiedzieć mi o tym i zapytał, czy dalej prowadzić pertraktacje. Powiedziałem, że tak. No i Czesiek pobiegł powiedzieć, że jestem w Lasku Bielańskim pod słoniem z dykty i żeby przynieśli z sobą jakiś wózek, rower albo nosze, bo skręciłem sobie nogę. A poza tym Czesiek zainkasuje od ojca te sto złotych.
- Jak to, Marku! - krzyknąłem wzburzony. - Więc w dodatku wyłudzicie od ojca sto złotych?
Marek spojrzał na mnie urażony.
Kto powie, co się stało z MARKIEM, dostanie sto złotych. Ojciec
- No, wie pan! Chyba nam się uczciwie należy nagroda. Zresztą niech pan nie myśli, że skorzystamy z tych pieniędzy. Czesiek każe je przekazać na komitet rodzicielski, proszę pana, z zaleceniem, żeby kupiono za nie dwadzieścia obiadów dla anemicznych dziewczynek z naszej klasy i nakarmiono je dodatkowo, nadprogramowo i przymusowo.
- Dlaczego dla dziewczynek? - zdziwiłem się.
- Widzi pan, te obiady nie są zbyt smaczne, a nasze dziewczynki są okropne i zasłużyły sobie, żeby je nakarmić dodatkowo.
- Więc chcesz przy sposobności dokuczyć dziewczynkom? Podstępną prowadzicie politykę.
- Przecież nic na tym nie stracą, proszę pana, to chyba dobrze, że chcemy je nakarmić. To nawet będzie chyba dobry uczynek.
- Ale intencje! Intencje, Marku! Twoje intencje są złośliwe.
- Musimy coś robić dziewczynkom - westchnął Marek - a pan mi obiecał przecież nie prawić kazań.
- Trudno, żebym pochwalił twoje postępki.
- Może pan nie chwalić, ale niech pan nie mówi tego głośno. Może pan przecież to sobie mówić w duchu. Inaczej nic nie będę mógł panu opowiedzieć, chyba pan rozumie.
Siedziałem oszołomiony.
- No, dobrze, ale może powiesz mi wreszcie, dlaczego uciekłeś z domu?
- A to po tych wypadkach, proszę pana, już nie mogłem dłużej... Niesamowite rzeczy się działy.
- Niesamowite?
- No, przecież mówiłem panu.
- To prawda, mówiłeś mi, ale przyznam ci się, Marku, że nie bardzo rozumiem... cóż może się niesamowitego przydarzyć podczas odrabiania lekcji.
- Niech pan tylko posłucha... Ale może ja najpierw panu opowiem, jak u nas jest. Więc u nas to jest tak. W tym pokoju, gdzie ja śpię, śpi jeszcze pan Surma, co występuje w kabarecie, i kuzyn Alek, sportowiec. Dlatego ten pokój trochę dziwnie wygląda, proszę pana, bo w jednym kącie wisi worek treningowy do boksu i rękawice, a cała ściana nad łóżkiem wytapetowana jest fotografiami z zawodów, a w drugim kącie stoi na podłodze saksofon i wiolonczela, a na krzesełkach leży porozkładane ubranie kowbojskie pana Surmy, w którym pan Surma występuje na scenie.
- Tak, to rzeczywiście trochę dziwnie wygląda - powiedziałem - ale czy musisz w tym pokoju odrabiać lekcje?
- Muszę, proszę pana. Mamy wprawdzie drugi pokój, ale w tym drugim pokoju jest jeszcze gorzej, bo tam odrabiają lekcje Jadźka i Kryśka, a ja z dziewczynkami nie mogę. One są takie krzykliwe, ciągle się kłócą i od razu boli mnie głowa. Więc ojciec powiedział, żebym odrabiał lekcje w tym dziwnym pokoju, bo tam jest spokój. Bo po południu kuzyn Alek trenuje w klubie, a pan Surma zakłada na uszy nauszniki, żeby nic nie słyszeć, i kładzie się spać. Więc ojciec mówi, że mogę spokojnie odrabiać lekcje. Ale to wcale nie jest takie proste, słowo daję, zwłaszcza jak się ma takiego pecha i od razu musi się człowiekowi przytrafić cała masa michałków.
- Przepraszam cię, czego?
- Michałków, proszę pana, to znaczy głupstw. Inni to odrabiają lekcje byle gdzie, nawet w ogóle nie mają pokoju, a odrabiają, i nic... a mnie to od razu musi spotkać coś takiego, że płakać się chce. Taki Korniszon, proszę pana, to w ogóle nie ma się gdzie podziać z książką, bo u niego w mieszkaniu to spelunka. Wciąż grają w karty i piją. Więc chodzi po kolegach z lekcjami, a w ostateczności to, proszę pana, jeździ tam i nazad autobusem, bo ma bilet miesięczny, i w autobusie wkuwa...
- Jak to, Marku... a świetlica szkolna? Nie może w świetlicy?
- Teraz już nie, proszę pana. Bo teraz w świetlicy po lekcjach strażacy uczą grać chłopców na trąbach. Bo strażacy roztoczyli nad nami opiekę i chcą nas czymś zająć, żeby się u nas z nudów chuligaństwo nie lęgło. Więc uczą chłopaków grać na puzonach.
- To bardzo ładnie z ich strony.
- Wszyscy tak mówią, ale przez to nie ma gdzie odrabiać lekcji. Inne chłopaki sobie jakoś radzą, nawet taki Gnypkowski, proszę pana, co mieszka w jednej izbie z czworgiem złośliwych pętaków, co się stale drą jak najęte, a do tego ma za sublokatora Cygana, proszę pana. Jeszcze byłoby pół biedy, żeby ten Cygan nic nie robił, ale on tam, proszę pana, robi patelnie i od rana do nocy tłucze się jak Marek po piekle. I on, ten Gnypkowski, proszę pana, też jakoś odrabia lekcje, i nic, a u mnie, proszę pana, chociaż niby spokój i nie mamy ani pędraków, ani karciarzy, ani Cygana i sami porządni ludzie ze mną mieszkają, to jak tylko zacznę odrabiać lekcje, od razu się zaczyna. No, a wczoraj to już były takie niesamowite michałki, że nie wytrzymałem. Ale ja panu opowiem po kolei...
*
Tego dnia pan Surma skończył rzępolić trochę później, tak że była już szósta, jak odstawił saksofon, rozebrał się, założył sobie nauszniki i poszedł spać. Wsunąłem się do pokoju i siadłem przy stole. Wtedy wszedł ojciec. Musiał się gdzieś wybierać, bo zapinał palto. Wszedł i znów to swoje:
- Marku, czy odrobiłeś lekcje?
- Jak mogłem odrobić - powiedziałem zły - kiedy pan Surma ćwiczył na saksofonie. Tatuś myśli, że w takim hałasie to można, jak on wciąż tra-ta-ta.
- Trzeba było sobie zatkać uszy watą - powiedział ojciec.
- Wata swędzi i nie mogę się skupić. Nawet pan Surma nie używa waty, tylko nauszników.
- Więc trzeba było sobie założyć nauszniki. Miałeś sobie kupić nauszniki.
Wzruszyłem ramionami. Ojciec to czasami jakby był z księżyca, proszę pana.
- Skąd w maju wezmę nauszniki? O tej porze nigdzie nie sprzedają nauszników.
- No, to trzeba było pożyczyć od pana Surmy - zasapał ojciec. - Pan Surma na pewno ma zapasowe.
Potrząsnąłem głową.
- Pan Surma nikomu nic nie pożycza - ani nauszników, ani nawet wiolonczeli. Bo mówi, że wiolonczela to jego żona.
Ile razy przyjdzie do niego jakiś kolega i chce pożyczyć, to pan Surma mówi, że zepsuta. Dzisiaj to nawet mnie prosił, że jak przyjdzie pan Cedur pożyczyć wiolonczelę, to żeby go spławić i powiedzieć, że pan Surma jest chory na tyfus i że... - chciałem to ojcu wszystko dokładnie wytłumaczyć, ale ojciec tylko zdenerwował się i powiedział:
- Dobrze, już dobrze. Bierz się lepiej do lekcji. Wrócę o ósmej i sprawdzę. Od dzisiaj stale będę sprawdzał. Matka za bardzo cię rozpuściła, ale ja się wezmę za ciebie, mój drogi. Nie będę więcej świecił oczami na wywiadówkach. Cztery dwóje na okres. To przechodzi pojęcie. Przez ciebie matka musiała pojechać do sanatorium.
Oburzyłem się.
- To nie przeze mnie, to przez ciocię Dorę. Mama mówiła, że ciocia Dora struła ją jakimiś pigułkami.
Ojciec chrząknął zmieszany i powiedział:
- Mniejsza z tym. W każdym razie wezmę cię do galopu. Skończyła się laba. Rozumiesz?
- Rozumiem, tatusiu - jęknąłem.
- No, to zapamiętaj sobie! - Ojciec pogroził mi i wyszedł.
Wybiła szósta. Nie wiem dlaczego, proszę pana, ale mi się spać zachciało. Ziewnąłem raz i drugi i bez zapału zacząłem przeglądać książki. Nagle rozległ się dzwonek. Usłyszałem głośne kroki, śmiechy i rozmowę za drzwiami. Do pokoju wpadło czterech chłopaków z piłką.
- Cześć, Marek! - mówią. - Cześć! Cześć! Co, nie idziesz na piłkę? No, zbieraj się!
- Nigdzie nie idę - mruknąłem zły - muszę odrobić matmę.
- Patrzcie, wariat, będzie odrabiał matmę! - zaczęli wykrzykiwać jeden przez drugiego.
Strasznie byli krzykliwi.
- Ciszej - syknąłem - obudzicie pana Surmę i będzie się wściekał. - Dopiero teraz zauważyli, że u mnie ktoś leży, i podeszli na palcach do pana Surmy.
- Co to za facet na łóżku? - pyta mnie Długi Janek.
- To jest pan Surma, nasz nowy sublokator - odpowiedziałem.
- A dlaczego on śpi? - pytają.
- A kiedy ma spać? - mówię. - W nocy gra w kabarecie, a rano ćwiczy na wiolonczeli.
- Artysta jakiś?
- Artysta.
- Ty, a co to za szczoteczki? - zachichotał Długi Janek i podniósł z krzesła w dwu palcach wąsy pana Surmy. Wyrwałem mu je zdenerwowany.
- Zostaw. To nie są żadne szczoteczki. To są wąsy pana Surmy - powiedziałem.
- Wąsy? - Spojrzeli po sobie zdziwieni.
- Pan Surma występuje w kabarecie jako Meksykanin i musi mieć czarne wąsy...
- I taki kapelusz? - Długi Janek założył sobie na głowę sombrero pana Surmy i zaczął przeglądać się w lusterku.
- Tak - odpowiedziałem, siląc się na spokój - to się nazywa sombrero, taki kapelusz z szerokim rondem, żeby ocieniał twarz od południowego słońca, bo "sombra" to po hiszpańsku "cień".
- Aha - mruknął Długi Janek - niczego sobie. Widziałem taki kapelusz w jednym filmie. Ty, Marek, a dlaczego ten Surma śpi w nausznikach, czy to też po hiszpańsku?
- Głupi jesteś. On śpi w nausznikach, żeby nic nie słyszeć. Inaczej nie mógłby spać.
- Taki wrażliwy - zdziwili się.
- Tak, on jest bardzo wrażliwy - westchnąłem. - No, idźcie już.
W odpowiedzi ten drań, Długi Janek, porwał saksofon i zatrąbił przeraźliwie panu Surmie do ucha. Pan Surma usiadł nieprzytomnie na łóżku i padł z powrotem jak kłoda.
- Łobuzy - krzyknąłem - wynoście się!
Na szczęście nie potrzebowałem ich przepędzać, bo sami się przestraszyli i zwiali. Usiadłem z powrotem do lekcji, ale ledwie napisałem datę w zeszycie, usłyszałem kwakanie za oknem. Domyśliłem się, że to Czesiek i Grzesiek, bo oni zawsze tak mnie wywołują, ale mówię sobie, niech kwakają do śmierci. Nie ruszę się. Muszę przecież odrobić tę matmę. Patrzę, a tu oni pakują się z kopytami przez okno. Siedzę nieruchomo, się nie ruszam. Czesiek podszedł do mnie zdziwiony i pyta:
- Cóż ty tak siedzisz, Marek, ogłuchłeś?
- Spływajcie - zasapałem. - Nie mam czasu. Odrabiam matmę.
- Nie udawaj głupka - śmieje się Grzesiek - przynieśliśmy te pchły, co to wiesz...
- Pchły? - udaję, że nie rozumiem.
- No te, co to jutro mamy wpuścić siódmakom do klasy. Zapomniałeś?
Gdzie tam zapomniałem. To prawda, była taka umowa. Siódmacy napuścili nam wczoraj chrabąszczy na arytmetyce i była awantura, bo pani myślała, że to my, więc postanowiliśmy się zrewanżować pchłami. Ale udałem, że sobie nie przypominam.
- Wyiskaliśmy wszystkie psy na podwórzu - zasapał Grzesiek. - Mamy sto pięć pcheł w probówce. Więcej się nie dało. Myślisz, że wystarczy? - Podetkał mi pod nos szklaną, zakorkowaną rurkę.
- Chy... chyba wystarczy - wyjąkałem.
- Jak myślisz, nie zdechną do jutra? - Czesiek miał wątpliwości.
- Czemu miałyby zdechnąć? - wykrztusiłem.
- No, z głodu.
- E, pchły są wytrzymałe.
- I myślisz, że się nie uduszą?
- A czym je zatkałeś?
- Korkiem.
- Lepiej było watą - powiedziałem - wata przepuszcza powietrze.
- Masz rację - odrzekł Czesiek - dawaj watę. A ty, Grzesiek, wyjmuj korek, tylko żeby ci nie uciekły.
Co było robić. Wyciągnąłem z apteczki watę i podałem Cześkowi. Tymczasem Grzesiek na próżno siłował się z korkiem.
- Nie chce drań wyjść, za mocno zakorkowałeś.
- Daj - Czesiek odebrał mu probówkę. - Marek, masz korkociąg?
Zrezygnowany podałem mu korkociąg. Czesiek z energią usiłował zagłębić go w korek i wtedy stała się rzecz straszna. Probówka pękła, szkło rozprysło się po podłodze. Odskoczyliśmy przerażeni. Sto pięć pcheł zaczęło skakać po pokoju.
- Idioto! Co zrobiłeś? - krzyknął Grzesiek. - Łap je teraz.
- Całe mieszkanie zapchlone - jęknąłem - o rany, już mnie gryzą!
- I mnie - miauknął żałośnie Grzesiek.
Zaczęliśmy się drapać nerwowo, lecz bezskutecznie. Sto pięć pcheł to nie żarty. Jeden Czesiek nie stracił zimnej krwi.
- Przestańcie się drapać, do licha. Co wam to pomoże? Lepiej spróbujmy je wyłapać jakoś.
Rzuciliśmy się na kolana i na klęczkach usiłowaliśmy wyłapać pchły skaczące po podłodze.
- Żeby was pokręciło z tymi pchłami - zakląłem - co za idioci!
- To był przecież twój pomysł - zauważył bezczelnie Grzesiek.
- Mój? - znieruchomiałem z oburzenia. - To przecież Czesiek...
- Ja? Ja radziłem mrówki - wypierał się bezwstydnie Czesiek - to wyście się uparli, że muszą być pchły.
- Ja żartowałem tylko - uśmiechnął się Grzesiek.
- Tak, żartowałeś. A kto mi dał probówkę? Może się zaprzesz!
Nie wiem, czym by się to wszystko skończyło, bo byliśmy zupełnie wyprowadzeni z równowagi, i pewnie w następnej chwili chwycilibyśmy się za łby, gdyby nagle nie zadźwięczał przeraźliwie dzwonek.
- Ktoś idzie - podniósł głowę Czesiek.
- To ciocia Dora - powiedziałem. - Ciocia Dora dzwoni zawsze, jakby się paliło. Ja wam radzę, spływajcie, póki czas - dodałem - z ciocią nie ma żartów.
Czesiek i Grzesiek, którzy słyszeli już przedtem cośkolwiek o cioci Dorze, zerwali się jak oparzeni i skoczyli do wyjścia. W drzwiach zderzyli się z ciocią. Ciocia Dora zmierzyła ich groźnym spojrzeniem i nie spuszczając z nich hipnotyzującego wzroku, pod którego wpływem skurczyli się aż do ziemi, powiedziała:
- Jak się masz, Marku, drogie dziecko?
- Tak sobie, ciociu.
Pocałowałem ją w rękę.
- Cóż to za szkaradne indywidua? Znów jacyś ulicznicy u ciebie. Ile razy przyjdę, zawsze te wstrętne indywidua. - To mówiąc, zamierzyła się na Cześka i Grześka parasolem. - No, czego jeszcze stoicie! Przez was dziecko nie może się uczyć.
Czesiek i Grzesiek dali rozpaczliwego nura w drzwi, a ciocia, oczyściwszy pole operacyjne, znowu zwróciła się do mnie:
- Zawsze dziwiłam się twojej matce, że pozwala ci się zadawać z takimi indywiduami. A gdzież to rodzice?
- Tatuś wyszedł, proszę cioci, a mamusia wyjechała.
- Wyjechała? - zdziwiła się ciotka. - Co ty mówisz, drogie dziecko. Nic o tym nie wiem.
- Mamusia wyjechała leczyć się do sanatorium.
- Co też ty mówisz, Mareczku. Do sanatorium! Biedaczka! Ach, ci dzisiejsi lekarze. Do czego ją doprowadzili. Wiedziałam, że to się tak skończy. Gdyby mnie, biedaczka, słuchała. Ale ta twoja matka... Ty też coś mi źle wyglądasz, moje dziecko. - Przyjrzała mi się uważnie i przyciągnęła do siebie.
- Chodź no tutaj, dziecko.
Cofnąłem się z przestrachem.
- Nie, nic mi nie jest, ciociu, zdaje się cioci - wykrztusiłem.
Ale widziałem, że już się nie wywinę. Ciotka przyparła mnie do ściany i wyciągnęła z torebki łyżeczkę.
- Nie bój się, moje dziecko, pokaż język... Powiedz: a a a...
- AAA...
Ciotka wpakowała mi łyżkę do gardła. Oczy wyszły mi na wierzch. Zakrztusiłem się.
- No tak! - pokiwała głową ciotka. - Migdały znów powiększone. To u was rodzinne, moje dziecko. Wszyscy jesteście zdechlakami.
Ale ja nie słuchałem jej dłużej. Pchły znów zaczęły mnie kąsać i nie mogłem powstrzymać się od drapania. Ciotka zauważyła to na nieszczęście.
- Czemu się tak drapiesz, moje dziecko? - zapytała mnie troskliwie. - Swędzi cię? Gdzie? Pokaż!
- Nie... nic mi nie jest - wykrztusiłem przerażony.
- Ściągaj koszulę!
- Ciociu, ja mam lekcje - jęknąłem.
- Najważniejsze jest zdrowie, Mareczku. Rozbieraj się - rozkazała ciotka i nie zważając na moje protesty, ściągnęła mi koszulę.
- A to co? - Założyła okulary i przyglądała się ciekawie. - Jakaś brzydka wysypka i zaczerwienienie. Połóż no się, drogie dziecko.
Zrezygnowany położyłem się na łóżku, a ciocia zaczęła mi gnieść brzuch. Zrazu odczuwałem tylko łaskotki i zachichotałem ze dwa razy, ale potem gniecenie stawało się coraz dokuczliwsze.
- Aj, boli - wykrztusiłem, wijąc się - nie tak mocno, ciociu.
- A widzisz - ucieszyła się ciotka - boli cię. To na pewno będzie wyrostek. To jest u was rodzinne, Mareczku. Tylko skąd ta brzydka wysypka. Dziwna komplikacja, moje dziecko. - To mówiąc, wyciągnęła z torebki pastylkę i włożyła mi do ust. - Zażyj to na wszelki wypadek. Zaraz zmierzymy temperaturę.
Rozsiadła się wygodnie, wyjęła termometr i wpakowała mi pod pachę. Czekając, aż naciągnie, rozglądała się krytycznie po mieszkaniu, zerkając raz po raz na zegarek.
- Jak wy mieszkacie... jak wy mieszkacie, drogie dziecko - westchnęła. Nagle wzrok jej padł na śpiącego pana Surmę. Założyła okulary i przyglądała mu się przez moment podejrzliwie. - Cóż to za nowe indywiduum tam na łóżku?
- To sublokator, pan Surma - odpowiedziałem.
- Klown jakiś czy muzykant? - Ciocia patrzyła na niego z obrzydzeniem.
- Artysta, ciociu.
- Artysta! - Ciotka pokiwała z politowaniem głową. - Niechlujnie mi jakoś wygląda. Wszyscy artyści to brudasy. Czy on się chociaż myje, moje dziecko?
- Myje się, ciociu.
- Wygląda mi na chorego - mruknęła ciotka. - Na wszelki wypadek dam ci pastylkę.
Zaczęła grzebać w torebce i wtedy stało się z nią coś dziwnego. Zerwała się nagle z miejsca ze słabym okrzykiem i zaczęła kręcić się w kółko. Wytrzeszczyłem oczy zdumiony.
- Co się cioci stało?
- Coś się ze mną dzieje, drogie dziecko - wykrztusiła słabym głosem ciotka. - Coś okropnego, Mareczku. Pewnie zaraziłam się tą wysypką... och, czuję dziwne sensacje po całym ciele, och, to nie do wytrzymania... Przepraszam cię, drogie dziecko, ale chyba będę musiała wyjść... och...
Zrozumiałem.
- Gryzą już ciocię? - zapytałem rzeczowo.
- Co ty mówisz, Mareczku?
- Mówię, że pewnie ciocię oblazły pchły - wyjaśniłem - bo u nas jest sto pięć pcheł.
- Co takiego? - wykrzyknęła przerażona ciotka.
- To ten bałwan Czesiek przyniósł pchły i mu się rozsypały.
- Pchły! - Ciotka wydała rozpaczliwy okrzyk. - Och... ratunku!
I ze słowami: "Jestem zapchlona" osunęła się na krzesło.
Zerwałem się z łóżka, rzuciłem termometr i wyplułem pastylkę, a potem zacząłem bębnić pięściami do drzwi drugiego pokoju, do moich sióstr.
- Jadźka! Kryśka! Ratujcie ciocię Dorę!
W drzwiach stanęły moje kochane siostrzyczki.
- Co się stało? - Patrzyły to na mnie, to na ciotkę wystraszone.
- Nie widzicie? Ciocia Dora zemdlała!
- Och, ciociu! Co cioci? - rzuciły się do niej i próbowały ją podnieść. - Marek, biegnij po wodę i walerianę.
Kiedy wróciłem z wodą i walerianą, wyprowadzały właśnie słaniającą się ciotkę.
Odetchnąłem i z ulgą zasiadłem do lekcji. Napisałem treść zadania i zaczynałem się głowić nad rozwiązaniem, gdy nagle usłyszałem dzwonek. Zanim podniosłem się z krzesła, do pokoju wmaszerowało gęsiego trzech bokserów z rękawicami przewieszonymi przez ramię. Poznałem w nich juniorów Bubę I z bratem i "muchę" Czopka.
- Sie masz, Marek - powiedział Buba I - pan Alek zaprosił nas na trening.
- Kuzyna Alka nie ma - warknąłem.
- To nic, potrenujemy sami - powiedział "mucha" Czopek i jakby nigdy nic zaczęli ściągać dresy. A ich ruchy wskazywały, że rozpiera ich wola walki.
Zanim zdążyłem zaprotestować, Buba II uderzył w worek treningowy z takim rozmachem, że worek grzmotnął mnie w głowę. Czułem tylko, że przewracam się z krzesłem w jakąś przepaść ciemną i bez dna. Kiedy przyszedłem do siebie, zauważyłem pochylone nade mną ciekawie twarze Buby I, Buby II i "muchy" Czopka.
- Zamroczyło go trochę - mówił Buba I. - Wyszedł ci ten prosty. - Poklepał z uznaniem Bubę II rękawicą po plecach.
- Dajcie no wody - powiedział "mucha" Czopek.
Buba I poczłapał do stołu i podał "musze" Czopkowi flakon z kwiatami. "Mucha" Czopek wyrzucił kwiaty, a wodę wylał mi na głowę. Zerwałem się jak oparzony i otrząsnąłem z wody.
- Dranie! - wrzasnąłem. - Wynoście się zaraz, bo jak was!
- No, no, spokojnie, tylko bez nerw, koleś. - Buba I pogłaskał mnie po twarzy rękawicą.
Odepchnąłem go wściekły.
- No, ty, rączka przy sobie, bo cię trzasnę!
- Spróbuj tylko, pętaku - wycedził Buba I, a Buba II splunął przez zęby.
Doprowadzili mnie do ostateczności.
- Masz! - Zamierzyłem się solidnie i trzasnąłem Bubę I w nos.
Buba I zatoczył się od ciosu, odbił od ściany i ruszył do ataku. Udało mu się na moment przyprzeć mnie do ściany, ale to mnie tylko jeszcze bardziej rozjuszyło. Zagrała we mnie krew przodków spod Grunwaldu i Racławic, proszę pana. Ruszyłem do kontrataku i mój sierpowy wylądował na szczęce Buby. Buba zachwiał się jak pijany, zatoczył i rąbnął całym ciężarem ciała w wiolonczelę, gruchocząc ją straszliwie.
Pan Surma siadł z zamkniętymi oczyma na łóżku i wybełkotał przez sen:
- Perkusja, milczeć. Pianissimo, proszę - po czym nieszczęsny opadł bezwładnie na poduszkę i spał dalej.
Znieruchomieliśmy i przerażeni patrzyliśmy na strzaskaną wiolonczelę. Pierwszy oprzytomniał "mucha" Czopek. Pochylił się nad instrumentem i oglądał go ze strachem.
- Wszystko w drzazgach.
- Szmelc - mruknął Buba II.
- Dranie - wykrztusiłem, czując, że zbiera mi się na płacz - on nam tego nie daruje. To cały jego majątek i... i... - patrzyłem na nich zrozpaczony - i... i... w ogóle... on mówił, że wiolonczela to jego żona.
- Nie bój się nic - jęknął Buba I - u nas mieszka jeden stolarz, to on sklei.
- Myślisz, że potrafi? - Miałem poważne wątpliwości.
- No pewnie - pocieszył mnie Buba I - on nawet fortepiany klei. Zabiorę to pudło i dam mu do sklejenia.
- I zdążysz, zanim się pan Surma obudzi? - zapytałem.
Lecz zanim Buba zdążył odpowiedzieć, rozległ się dzwonek. Zastygliśmy w przerażeniu.
- Ktoś idzie - szepnął Buba II.
- Wiać, panowie! - syknął Buba I.
Porwawszy instrument razem z Bubą II, wyskoczyli przez okno. "Mucha" Czopek nie zdążył. Chwilę rozglądał się po pokoju, wreszcie z rozpaczliwą determinacją schował się do futerału po wiolonczeli.
Rozległy się kroki w przedpokoju i ujrzałem na progu pana Cedura, kolegę pana Surmy, przystojnego, eleganckiego mężczyznę o bujnej czuprynie.
- Jak się masz, piccolo1?- Machnął mi ręką przyjaźnie i rozglądał się po pokoju. - Gdzież to mistrz Surma... Ach, sen zmorzył mistrza. Hej, Anatolu! - Sprężystym krokiem skierował się w stronę łóżka. - Cóż to, widzę cię w objęciach Morfeusza? Wstawaj, Apollinie łysy!
1 Mały
W ostatniej chwili zatrzymałem go rozpaczliwie.
- Niech pan go nie budzi. Nie wolno. Pan Surma zachorował na tyfus plamisty.
- Co, na tyfus? - zdumiał się pan Cedur. - Żartujesz chyba, mój bambino2. Taki kowboj, na tyfus? Puść mnie, chłopcze, muszę z nim zamienić słów parę w sprawie niecierpiącej zwłoki lub, wyrażając się ściśle, w sprawie artystycznej konieczności.
2 Chłopczyku
- Wiem - powiedziałem, cały czas powstrzymując pana Cedura od zbliżenia się do pana Surmy - pan pewnie przyszedł po wiolonczelę.
- Zgadłeś, bambino mio - uśmiechnął się pan Cedur, usiłując z wdziękiem wyswobodzić się z mojego uchwytu - ta sprawa właśnie sprowadza mnie w wasze progi.
- Nic z tego - odpowiedziałem brutalnie. - Wiolonczeli nie ma.
- Jak to: nie ma? - Pan Cedur uniósł brwi do góry.
- No nie ma - wykrztusiłem - bo... bo pan Surma oddał ją do sklejenia.
- Do sklejenia? - Pan Cedur ośmiał się. - Co ty mi tu za michałki pleciesz, piccolo bambino?
- Tak, oddał do sklejenia - łgałem już na całego - bo wiolonczela pękła wzdłuż i w poprzek też.
- Jak to, przecież tu stoi... - Pan Cedur wyrwał mi się i skoczył do futerału instrumentu. - Powiedz swojemu maestro doloroso3, że oddam, jak wyzdrowieje. Tyfuśnicy nie grają na instrumentach.
3 Mistrzowi cierpiącemu
- Niech pan nie rusza! - warknąłem groźnie. - Pan Surma powiedział, żeby panu nic nie pożyczać, bo pan mu zapluł ustnik w saksofonie.
- Tak powiedział, łysy diavolo4. Nic nie szkodzi. Instrument jest rzeczą służebną dla artysty. Mistrz Paganini trzy razy strzaskał skrzypce w napadzie twórczego szału. Cóż wobec tego znaczy zaplucie ustnika!
4 Diabeł
Przemawiając w ten sposób, kręcił się łakomie koło futerału i nagle niespodziewanie, zanim mogłem mu przeszkodzić, podniósł go do góry. Podniósł i jęknął:
- Co, u diabła, osłabłem widać!
Chwilę stał zadumany nad ciężarem futerału, potem próbował go sobie zarzucić na plecy i stęknął z wysiłku.
- O per Bacco5!
5 Na Bachusa!
Futerał opadł z głuchym stukiem na ziemię. Jednocześnie dał się słyszeć przeraźliwy krzyk "muchy" Czopka zamkniętego w środku:
- O rany... ratunku!
Pan Cedur przestraszony odskoczył spiesznie od futerału.
- Co to było? Słyszałeś coś, bambino mio?
Chwilę nadsłuchiwał podejrzliwie, a potem zbliżył się do pudła i uchylił lękliwie wieko. Z pudła wyskoczył "mucha" Czopek i wrzeszcząc jak opętany: "Rany... o rany... moja noga!...", czmychnął przez okno.
Pan Cedur patrzył zrazu na to zjawisko, poruszając bezgłośnie szeroko otwartymi ustami, a potem otarł czoło chusteczką.
- Co to za żarty? Wypraszam sobie. To jakiś brzydki kawał Anatola. Czekaj, fratello mio6, ja też umiem płatać psoty.
6 Bracie mój
To mówiąc, dopadł do telefonu i nakręcił numer.
- Halo, pogotowie?!... Ciężki wypadek tyfusu... Anatol Surma, sakso-wiolonczelista, ulica Lipowa dwanaście... w domu niejakich Piegusów... Tak, dur plamisty. Kompletne odurzenie z atakiem niepoczytalności. Kto wzywa? Cezary Cedur - muzyk.
Trzasnął słuchawką o widełki i pogroził panu Surmie.
- Będziesz się teraz tłumaczyć przed pogotowiem, Apollonku łysy! A ciebie biorę na świadka - krzyknął do mnie i wybiegł z pokoju.
Opadłem na krzesło i nawet nie próbowałem już otworzyć książki, tylko czekałem na nowy dzwonek. I co pan powie? Nie minęła minuta - zadźwięczał. Spojrzałem wolim wzrokiem, kogo znów licho przyniesie. Tym razem było ich dwóch. Znajomi z modelarni. Niejaki Teoś z kolegą w długim płaszczu.
Wpadli jak bomby.
- Marek, widziałeś, co mamy, pokaż mu, Torbacz!
Osobnik zwany Torbaczem uchylił poły płaszcza. Błysnęło coś metalicznie. Milczałem i udałem, że nie patrzę. Ale to ich bynajmniej nie zniechęciło.
- Zmajstrowaliśmy bombę - powiedział ten w długim płaszczu zwany Torbaczem. - Nie wierzysz? Zobacz. - Wyciągnął okrągły przedmiot podobny do manierki. - Prawdziwa bomba, bracie. Konstrukcja prosta. Powłoka z aluminiowej manierki, a w środku pirohektatrotyl. Rozwala najgrubsze ściany. Dawaj lont, Teoś.
- Już się robi! - Teoś z zapałem sięgnął do kieszeni i wyciągnął jakiś ciemny przewód.
Torbacz pochwycił go gorączkowo i zaczął przymocowywać do manierki.
Tego już było za wiele. Zerwałem się z krzesła.
- Co chcecie robić?
- Nie bój się nic! - mruknął zaaferowany Torbacz. - Musimy wypróbować.
- Tutaj?
- Wybraliśmy ciebie - oświadczył Teoś - bo u ciebie są najgrubsze mury. Staroświecka budowa.
- Zwariowaliście! - Schwyciłem go za kołnierz.
- Nie bój się nic - mruknął Torbacz. - Musisz się poświęcić, bracie. Einstein dla nauki ostatnie spodnie sprzedał. A to jest epokowy wynalazek.
- Wynoście się! - krzyknąłem. - Ja nie chcę się poświęcać...
- Przypalaj lont, Teoś! - wycedził z zimną krwią osobnik w długim płaszczu.
Skoczyłem, ale było za późno, lont zaskwierczał i iskra zaczęła się posuwać. Chciałem się rzucić na nią, ale mnie powstrzymali żelaznym chwytem pod ręce. Szarpnąłem się i charknąłem:
- Zgaście, wariaci... Ratujcie... Ra...
Wpakowali mi knebel z chusteczki do ust. Na wszystko widać byli przygotowani.
- Nie rzucaj się, już za późno... licz, Teoś - mruknął Torbacz. - Jak będzie siedem, damy nura. Jak będzie dziesięć, wybuchnie.
- Wariaci... tam jest człowiek na łóżku - bełkotałem, ale z powodu knebla nic nie mogli zrozumieć.
Wpatrzeni w iskrę, liczyli:
- Trzy... cztery... pięć... sześć...
Na "siedem" pchnęli mnie do drzwi tak nieszczęśliwie, że zawadziłem nogą o chodnik i wyciągnąłem się jak długi. Teoś i Torbacz zwalili się na mnie.
- Dziewięć... dziesięć... rany Julek, nie zdążymy! - zawył Teoś.
Spojrzałem bez tchu. Lont dopalił się do końca i nagle... z bomby zaczął wypływać jakiś biały płyn.
Teoś i Torbacz patrzyli po sobie oniemiali.
- Co jest... nie wybuchło - wymamrotał, białymi jeszcze ze strachu wargami, Teoś.
- Ty, patrz, coś cieknie! - sapał Torbacz. Zbliżyli się ostrożnie do bomby.
- Coś białego. - Torbacz umaczał palce w kałuży, powąchał i oblizał. - Spróbuj! - Podetkał palce Teosiowi.
- Ma smak mleka - mruknął Teoś.
Torbacz wytrzeszczył oczy i pocierał w osłupieniu czoło.
- O raju! - wybełkotał.
- Co ci jest? - zaniepokoił się Teoś.
- O rany! - Torbacz zerwał się jak szalony z podłogi. - Nieszczęście! Zamieniłem manierki. To jest manierka ojca. Z mlekiem na drugie śniadanie.
- A ojciec wziął pewnie naszą bombę i poszedł z nią do fabryki... - wyszeptał Teoś.
- Chyba tak - jęknął Torbacz i krzycząc: - Rany boskie! - rzucił się do drzwi.
- Gdzie lecisz?!
- Do fabryki! Ojciec grzeje mleko na piecu. Co będzie, jak wybuchnie?
Wybiegli obaj jak wariaci.
Siadłem przy stole, dysząc ciężko i podparłem głowę rękami. Nie wiem, jak długo tak siedziałem. Oprzytomniałem, dopiero gdy rozległo się pukanie do drzwi. Ale nie ruszyłem się z miejsca. Pukanie się powtórzyło, po czym drzwi uchyliły się pomału i do pokoju wsunął się najpierw cienki, długi pręt bambusowy wędziska, a za nim mały grubasek w gumowych butach z wiaderkiem w ręku.
- Czy można? - zapytał mnie uprzejmie.
- Nie... Nie! - wrzasnąłem, zrywając się z krzesła.
Uprzejmy grubasek widać mnie nie zrozumiał, bo odwrócony tyłem zaczął zamykać delikatnie za sobą drzwi, mrucząc:
- Odrabiasz lekcje... Nie przeszkadzaj sobie, chłopczyku.
Jednocześnie niechcący przejechał mnie boleśnie po twarzy końcem wędki, którą trzymał pod pachą. Odchyliłem się gwałtownie i zacząłem rozcierać sobie podrapaną twarz.
- Jest tatuś? - zapytał mnie łagodnie. - Mieliśmy się umówić na ryby na niedzielę...
Zacisnąwszy usta, potrząsnąłem przecząco głową.
- A... jeszcze nie wrócił - zasapał grubasek - to nic, zaczekam. Nie przeszkadzaj sobie, chłopczyku.
Usiadłem przy stole nad książkami. Tymczasem wędkarz sięgnął po krzesło, żeby spocząć, jednocześnie zaś końcem wędki zawadził o firankę w oknie i rozdarł ją na dwoje. Zmartwiony zaczął poprawiać firankę i jednocześnie drugim końcem wędki potrącił saksofon, który przewrócił się z brzękiem. Rzuciłem się, żeby go podnieść, ale poczciwiec powstrzymał mnie łagodnie:
- Nie przeszkadzaj sobie, chłopczyku.
Podniósł saksofon, ale schylając się, stłukł wędziskiem kryształy i talerze na kredensie.
Zatrząsłem się, widząc to spustoszenie.
- Może pan lepiej postawi gdzieś tę wędkę - jęknąłem rozpaczliwie.
- Masz rację, chłopczyku - zgodził się dobrotliwie poczciwiec - postawię ją pod ścianą.
Ruszył dziarsko pod ścianę, ale po drodze zawadził wędką o żyrandol i stłukł żarówkę.
- Co pan zrobił? - krzyknąłem.
- Nie przeszkadzaj sobie, chłopczyku - zasapał mały wędkarz - zaraz zmienię żarówkę.
Wykręcił żarówkę z lampki nocnej przy łóżku pana Surmy i przystawił sobie krzesełko.
- Niech pan zostawi! - krzyknąłem pełen złych przeczuć. - Ja sam wkręcę.
- Nie przeszkadzaj sobie, chłopczyku - uśmiechnął się poczciwiec.
Wskoczył z małpią zręcznością na krzesło. Siedzenie krzesła załamało się pod nim, a on sam wpadł do środka. Podniósł się zaraz, aczkolwiek z obręczą od krzesła na ramionach. Chciałem go wyjąć z krzesła, ale zaprotestował uprzejmie:
- Masz lekcje. Nie przeszkadzaj sobie, chłopczyku.
Sapiąc, wygramolił się ze szczątków krzesła i przystawił drugie. Nim mu zdołałem przeszkodzić, już był na górze, wspiął się na palce i czepiając się żyrandola, usiłował wykręcić żarówkę. Żyrandol zakołysał się niebezpiecznie i runął. Rozległ się straszny rumor i trzask. Przez chwilę widziałem nogi grubaska przebierające bezradnie w powietrzu, a potem wszystko się uspokoiło i zapanowała śmiertelna cisza.
Rzuciłem się na pomoc, potrącając przy tym stół i rozlewając atrament na książki i zeszyty.
Poczciwiec leżał nieruchomo, przygnieciony ciężkim żyrandolem. Dopadłem do niego, szarpnąłem go rozpaczliwie za rękę. Otworzył oczy i wymamrotał:
- Nie przeszkadzaj sobie, chłopczyku.
Nie wiedziałem, co robić. Na szczęście zadźwięczał dzwonek. Do pokoju weszli dwaj sanitariusze z noszami.
- Tu jest gdzieś chory. Był telefon na pogotowie.
- Tak - wykrztusiłem - właśnie tego pana przygniótł żyrandol.
- Miał być jakiś z tyfusem? - zauważył drugi.
- Nie, tylko jest ten jeden - powiedziałem - błagam, zabierzcie go, panowie!
- Miał być jakiś z tyfusem - upierał się drugi sanitariusz.
Ale pierwszy machnął ręką i powiedział:
- Ładuj klienta, Walery. Nam bez różnicy, byle norma była.
I wynieśli wędkarza.
Siadłem na żyrandolu, otarłem czoło i nic mi się już nie chciało, proszę pana. Nagle zaczął bić zegar. Ósma. Chwilę trwałem w bezruchu, a potem usłyszałem dzwonek. Wtedy zerwałem się wystraszony i wyskoczyłem przez okno. Teraz pan już wie wszystko.
- Żartujesz chyba, Marku - powiedziałem. - Naprawdę zdarzyło ci się to wszystko?
- Więc jednak pan się dziwi. A przecież obiecał pan, że się nie będzie dziwił.
- To prawda! - westchnąłem ciężko.
Tego dnia spotkałem Marka Piegusa pod szkołą. Stał przy parkanie i w skupieniu przeglądał się w kieszonkowym lusterku.
- Cóż tak badasz swoją fizjonomię? - zapytałem.
- Nie badam fizjonomii, proszę pana, patrzę tylko, czy nie mam siwych włosów - odrzekł, nie przerywając czynności.
- Co ty wygadujesz? - zaśmiałem się. - W twoim wieku siwe włosy!
- Tatuś mówi, że człowiek siwieje od zmartwień. Więc ja też już mogłem osiwieć, proszę pana. Pan wie, jakie mam trudne życie. A dzisiejszy dzień to już był chyba najstraszniejszy. Wszystko się na mnie zwaliło: i dyżur, i imieniny naszej pani, i przerośnięci, i oczywiście miałem niesamowitego pecha. Wszystko się obróciło przeciwko mnie.
- Przerośnięci? Któż to są ci przerośnięci?
- To są dryblasy, proszę pana, opóźnieni w nauce, którzy powinni chodzić do dziewiątej, a może nawet do dziesiątej klasy, a chodzą z nami do szóstej. Oni są strasznie silni, głupi i złośliwi, rozumie pan?
- Rozumiem, ale opowiedz po kolei.
*
Rano byłem bardzo wesoły. Ja zawsze rano, póki się wszystko na nowo nie zacznie, jestem jeszcze wesoły, proszę pana, to znaczy optymistycznie nastrojony, jak mówi pan Surma. Ale gdy wpadłem do klasy, optymistycznie wywijając workiem z pantoflami, od razu zauważyłem, że Zuza, Lula i Grzesiek rozprawiają o czymś po cichu. Podszedłem do nich.
- Co to za spiski?
- Marek, mamy zmartwienie - powiedziała Zuza.
- O co chodzi? - zapytałem wciąż jeszcze optymistycznie, proszę pana.
- Zapomnieliśmy, że dzisiaj są imieniny pani Okulusowej.
- Nie mamy żadnego prezentu ani kwiatów, ani nawet bibuły do przystrojenia klasy - dodał Grzesiek.
- Zapomnieliśmy wszyscy na śmierć - jęknęła Zuza.
- "Wszyscy" to mała przesada. - Uśmiechnąłem się zwycięsko. - Ja nie zapomniałem!
- Naprawdę! - wykrzyknęła Zuza.
- Mam nawet prezent - powiedziałem.
- Bujasz?
- Pokaż!
- Gdzie masz?
Obskoczyli mnie ciekawie.
- Tu mam. - Pokazałem na worek.
- W worku? - zdziwili się.
- Tak, w worku. Patrzcie! - Otworzyłem worek i wyjąłem małego pieska z kokardą.
Cała klasa otoczyła mnie podniecona.
- Och, jaki śmieszny!
- Śliczny!
- Pokaż!
- Jak się nazywa?
- Nazywa się Ciapuś - odpowiedziałem z dumą - Ciapuś, Ciapuś!
- Jaki on miły.
- Jakiej rasy?
- To jest mały buldog - powiedziałem - ma dopiero dwa tygodnie i trzeba go karmić z butelki.
- Daj mi potrzymać.
- I mnie!
- Mnie!
Zaczęli sobie wyrywać psiaka. Ciapuś skorzystał z tego i uciekł. Zaczął ganiać po klasie. Dzieci za nim. Wreszcie Grzesiek go złapał.
- Daj, schowam go - powiedziałem - bo jeszcze zginie albo napsoci. On jest strasznie wścibski.
Schowałem Ciapusia do worka.
- Udusi się - ostrzegła mnie Lula.
- Spokojna głowa - powiedziałem - to jest dziurawy worek!
Podszedłem do mojej ławki i schowałem worek pod pulpitem.
Tymczasem do klasy wpadł Czesiek, z czerwoną opaską dyżurnego na rękawie. Niósł dwa wielkie rulony bibuły. Wszyscy powitali go radosnym wrzaskiem:
- Są bibuły! Bibuły!
Niby wszystko zapowiadało się jak najlepiej. Był prezent i bibuła do przystrojenia klasy, ale mój pech już zaczął działać, proszę pana.
- Gdzie jest Marek? - zapytał Czesiek.
Podszedłem do niego.
- Marek, dzisiaj twój dyżur - powiedział - i tak jeden dzień byłem za długo. Trzymaj opaskę.
Założyłem opaskę z niewyraźną miną. Miałem złe przeczucia. Tak, mój pech zaczął już działać, proszę pana. No, bo jak wytłumaczyć, że mój dyżur wypadł akurat w dzień imienin pani. Czesiek zauważył, że czuję się niepewnie, i poklepał mnie po łopatkach.
- Nie przejmuj się! To tylko tydzień! Jakoś zleci.
- Tak, ale te imieniny.
- Pestka - machnął ręką Czesiek. - Przyniosłeś tego pieska?
- Przyniosłem.
- Gdzie go masz?
- W worku pod ławką.
- To dobrze! Pilnuj tylko, żeby nie uciekł. Przy twoim pechu może ci uciec.
- Będę pilnował.
- No to uszy do góry! Prezent jest, przystroimy klasę bibułą i po zmartwieniu. Nie myśl tylko o pechu. Najlepiej nie myśleć o pechu. Jak będziesz myślał, to zapeszysz.
- Tak - westchnąłem - ale wiesz, jaka jest klasa. A ja... ja mam poślizgi na równej drodze. Z byle czego. I ci przerośnięci. Wiesz, do czego oni są zdolni.
- Nie bój się - pocieszył mnie Czesiek - wszyscy lubią naszą panią. Nawet przerośnięci. Pani Okulusowa jest morowa i żadnej chryi nie będzie. Grunt, żeby przebrnąć przez pierwszą lekcję z Pitagorasem, potem to już Kolorado. Nie zadzieraj tylko z przerośniętymi. To dranie. No, to już chyba wszystko... Aha, byłbym zapomniał, uważaj na Papkiewicza, on je kredę. A teraz wyrzuć bractwo z klasy! Zrobimy dekoracje. Tu masz klej i nożyczki. - Wyciągnął z teczki narzędzia. - Trzeba pociąć bibułę na takie paski... na dwa palce szerokie, rozumiesz. Potem skleimy, skręcimy i będą girlandy jak na balu.
- Czy to konieczne, te... gir... girlandy? - zapytałem, pociągając nosem.
- Obowiązkowe. W siódmej zawsze są girlandy. Nie możemy być gorsi. Grunt to girlandy. To robi wrażenie.
- Dobrze, niech będą girlandy - powiedziałem z rezygnacją i zabrałem się do opróżniania klasy. Na szczęście Czesiek pomógł i wszystko poszło gładko. Wkrótce klasa została pusta.
- A teraz do roboty! - zasapał Czesiek. - Skoczę tylko do woźnego po gwoździe i młotek. Zuza i Lula nam pomogą.
Wybiegł z klasy, a ja zabrałem się do cięcia bibuły.
Nie zdążyłem jednak wykroić ani jednego paska, bo do klasy wszedł przerośnięty Zdeb. Jedną rękę trzymał w kieszeni, drugą gładził się z dziwnym uśmieszkiem po brodzie.
- Czego chcesz? - zapytałem ostro.
- Ty, uważaj, bo ci zrobię syfona - nastroszył się Zdeb. - Mówi się do mnie "proszę kolegi", szczeniaku.
Nie chciałem z nim zadzierać.
- Przepraszam, zapomniałem - przygryzłem wargi. - Kolega tak rzadko teraz przychodzi do klasy.
- Ciepło jest - ziewnął Zdeb - i nudzi mi się między smarkaczami. Moje miejsce jest w dziesiątej, rozumiesz mały.
- Rozumiem - odpowiedziałem grzecznie - to straszne, że kolega w swoim poważnym wieku musi jeszcze chodzić do naszej klasy.
- To przez złośliwość Pitagorasa i dyra - zgrzytnął zębami Zdeb. - Zawsze pytają mnie akurat z tego, czego się nie nauczyłem. Ale dosyć. Nie mam zwyczaju spoufalać się ze smarkaczami. Ty jesteś nowym dyżurnym?
- Tak, proszę kolegi.
- Golić umiesz?
- Golić? - Wytrzeszczyłem oczy.
- Dzisiaj są imieniny pani Okulusowej i muszę być ogolony, rozumiesz?
- To... to kolega chce, żebym go ogolił? - wykrztusiłem.
- Dyżurni zawsze mnie golą - wzruszył ramionami Zdeb. - To należy do ich obowiązków. Nie wiedziałeś o tym?
- Nie! Czesiek mi nic nie mówił. Czy on też kolegę golił?
- Oczywiście, że golił! - huknął Zdeb. - Robił to nawet z dużą wprawą. No, prędzej, nie ma czasu, na co czekasz.
Zdeb rozsiadł się wygodnie na krześle za katedrą i rozłożył "Panoramę".
- Dobrze... - bąknąłem - ale czym kolegę ogolić?
- Przybory są w szufladzie w katedrze - mruknął Zdeb. - Woda może być z flakonu, byle tylko nie za stara. No, jazda. Pośpiesz się.
Oszołomiony wyjąłem z szuflady brzytwę, mydło, miseczkę i ręcznik i stanąłem bezradnie przed Zdebem.
- No, gazem - popędził mnie Zdeb - zawiąż mi ręcznik!
Zawiązałem.
- Nie tak mocno! Udusisz mnie! - zakrztusił się Zdeb.
Poprawiłem.
- Woda!
Nalałem wody z flakonu do miseczki.
- Mydło!
Namydliłem.
- Brzytwa!
Porwałem brzytwę i zacząłem go skrobać.
- Przerwij!
Przerwałem.
- Na co się gapisz? - krzyknął Zdeb. - Nie czujesz, że tępa? Naostrz!
Obejrzałem brzytwę bezradnie.
- Jak naostrzyć?
- O pasek! Masz chyba pasek przy spodniach?
Ściągnąłem pasek z nieszczęśliwą miną, bo czułem, że spodnie mi opadają. Podciągnąłem je. Znów mi opadły. Zdjąłem je zrozpaczony, przywiązałem pasek do klamki, tak jak tatuś robi, i zacząłem ostrzyć brzytwę.
Zdeb rzucał na mnie niecierpliwe spojrzenia zza "Panoramy", wreszcie zakomenderował:
- Dosyć! Gol!
Wciągnąłem pośpiesznie spodnie i zacząłem manipulować brzytwą po brodzie Zdeba. Nagle Zdeb podskoczył na krześle.
- Oszalałeś!
- Co się stało?
- Jak to: co! Zaciąłeś mnie, smarkaczu! Znów dostanę pryszczy albo liszajów! Rany boskie... ile krwi! Na co czekasz? Wata! Opatrunek! Ja... wykrwawię się! - jęczał przerażony.
Pobiegłem do apteczki, wyjąłem butelkę jodyny i watę.
- Zaraz opatrzę kolegę - wyjąkałem.
- Dostanę pryszczy - jęczał Zdeb.
Umoczyłem kawałek waty w jodynie i przylepiłem mu do brody. Zdeb wrzasnął przeraźliwie i zerwał się z krzesła.
- Oj, moja broda! Coś ty mi zrobił, łobuzie!
- Za... zajodynowałem.
- Co? Jodyna... O złośliwy smarkaczu, czekaj, porachuję się z tobą... O moja broda... moja broda!
Jęcząc i odgrażając się na przemian, wybiegł z klasy, trzymając się za brodę.
Otarłem rękawem czoło i odetchnąłem. Ale nie na długo. Oto bowiem otworzyły się z trzaskiem drzwi i do klasy wbiegła przerośnięta Buba. Jest to siostra znanych w naszej szkole bokserów, Buby I i Buby II, wielka, muskularna dziewczyna, proszę pana, wyższa ode mnie o głowę i pozująca na gwiazdę filmową. Serce we mnie zamarło, patrzyłem na nią przerażony, a ona zbliżyła się do mnie pomału, z filmowym uśmiechem, i wzięła mnie pieszczotliwie pod brodę.
Zaczerwieniłem się, ale nie śmiałem się ruszyć.
- Ty jesteś dzisiaj dyżurnym, Mareczku? - zapytała mnie łagodnie. Cofnąłem się odruchowo.
- Tak. A czego chcesz?
- A jak myślisz?
- Nie wiem - cofnąłem się znów o krok.
Przerośnięta Buba założyła ręce i przybrała pozę umierającego łabędzia.
- Mareczek zrobi małemu Bubasowi manicure na paluszkach - zaszczebiotała.
Spojrzałem na nią osłupiały.
- Ja, manicure? Oszalałaś? Idź do dziewczyn.
- Mareczek jest niedobry dla małego Bubasa. A jak mały Bubas Mareczka bardzo poprosi?
Nachyliła się nade mną i chciała mnie pocałować.
- Idź, nie wygłupiaj się - odepchnąłem ją z niesmakiem. - Też masz pomysły.
- No, no, mały, nie stawiaj się - Buba wyprężyła się obrażona - bo ci zrobię syfona. Dzisiaj są imieniny pani Okulusowej i muszę wyglądać szałowo.
- Przecież wiesz, że pani Okulusowa nie pozwala lakierować paznokci - próbowałem się bronić.
- Nie lakieruję sobie na czerwono i błyszcząco - wzruszyła ramionami Buba. - To niemodne. Ja lakieruję sobie na perłowo. Nie widać nawet... To zresztą nie twoja rzecz. Siadaj i rób, co każę. Dyżurni zawsze lakierują mi paznokcie. To należy do ich obowiązków.
- Ale ja nie będę! - zawołałem. - Zmiataj, bo musimy robić dekoracje. No, rozumiesz? Zmiataj!
- Co takiego? - zmarszczyła brwi Buba. - Ach, ty smarkaczu!
Wykręciła mi ręce. Krzyknąłem z bólu. Ale Buba mnie nie wypuściła. Popchnęła mnie do ławki.
- Siadaj!
Usiadłem posłusznie. Buba wyjęła spod ławki nożyczki, pilnik i lakier, siadła na pulpicie i wyciągnęła rękę.
- Jazda!
Wziąłem nożyczki i zacząłem obcinać jej paznokieć drżącą ręką. Buba zerwała się z krzykiem i uderzyła mnie pięścią.
- Ach, ty brutalu! Obciąłeś mi palec. Czekaj, już ja cię przećwiczę.
Chciałem dać nogę za drzwi, ale w tej samej chwili do klasy wszedł ciężkim krokiem Pumeks II z rękawicami bokserskimi. Obrzucił bawolim wzrokiem mnie i Bubę i powiedział:
- Buba, spłyń!
Powiedział to bardzo nosowym głosem, który nie wróżył nic dobrego.
- Nie widzisz, że robię sobie manicure - uśmiechnęła się niepewnie Buba.
- Buba, spłyń - powtórzył Pumeks II, nie patrząc na nią, jeszcze bardziej nosowym głosem, który już naprawdę nie wróżył nic dobrego.
Buba przygryzła wargi, zabrała instrumenty do manicure i wyszła leniwym krokiem. W drzwiach obróciła się i pokazała Pumeksowi II język. Ale na Pumeksie II nie zrobiło to żadnego wrażenia. Stanął przede mną i zmierzył mnie zimnym wzrokiem od stóp do głów.
- Nowy dyżurny?
- Tak jest, proszę kolegi.
- Nie wyglądasz mi zbyt mądrze - wycedził. - Wiesz, kto ja jestem? - zapytał groźnie.
- Ko... kolega jest przerośniętym Pumeksem, wyczynowcem - odrzekłem, czując, że nogi uginają się pode mną.
- Nieścisłe. Jestem Pumeksem Drugim - wbił we mnie bawoli wzrok. - Jestem Pumeksem Drugim i w ten sposób odróżniam się od mojego brata z jedenastej, Pumeksa Pierwszego, który zresztą nie dorasta mi do pięt. Powtórz!
- Kolega jest Pumeksem Drugim. W ten sposób kolega odróżnia się od swojego brata, Pumeksa Pierwszego, z jedenastej, który zresztą nie dorasta koledze do pięt.
- Dobrze! Podpowiadać umiesz?
- Tak, ale...
- Pytam, czy umiesz podpowiadać szyfrem fizjologicznym!
- Logicznym... Nie... nie słyszałem o czymś takim, proszę kolegi. - Przełknąłem ślinę przez ściśnięte gardło.
- No, to uważaj! - Pumeks II przeszywał mnie swym bawolim wzrokiem. - Musisz się tego nauczyć. Dyżurni zawsze podpowiadają mi moim specjalnym szyfrem fizjologicznym. Zapamiętaj sygnały. Dotknąć czoła znaczy "jeden", dotknąć nosa - "dwa", dotknąć brody - "trzy", dotknąć ucha - "cztery", nadąć policzki - "pięć", zrobić ryjek - "sześć", zęby wyszczerzyć - "siedem", język pokazać - "osiem", kaszlnąć - "dziewięć", ziewnąć - "zero", drapać się jedną ręką - "odjąć", drapać się dwoma rękami - "dodać", pięść pokazać - "pomnożyć", dwie pięści pokazać - "podzielić"...
- Kolega żartuje! Ja mam to wszystko robić? - wybełkotałem.
- A kto? Duch Święty? - zmarszczył się Pumeks II. - A teraz powtórz! Chcę sprawdzić, czy zapamiętałeś.
- Zrobić ryjek - "sześć"... zrobić ryjek - "sześć" - powtarzałem ogłupiały.
- Tylko o ryjku zapamiętałeś - rozzłościł się Pumeks II - co za cymbał! Uważaj, nadaję sygnał!
Nadął policzki, podrapał się w głowę dwoma rękami, a potem wyszczerzył zęby.
- No, co ja zrobiłem? - zapytał.
- Małpę.
- Ech, ty idioto, zrobiłem działanie.
- Tak jest, działanie - powtórzyłem szybko.
Pumeks II spojrzał na mnie ciężkim wzrokiem.
- Od razu zauważyłem, że nie jesteś zbyt inteligentny. Ale to nic. - Sięgnął do kieszeni i wręczył mi kartkę papieru. - Tu jest spis sygnałów. Przepiszesz sobie i wkujesz na przerwie. Jak mnie Pitagoras weźmie do tablicy, będziesz sygnalizował z ławki. Ale pamiętaj, jak się omylisz, zostanie z ciebie mokra plama, rozumiesz?
- Ro... rozumiem!
- No, to pamiętaj! - powtórzył rozwlekle bardzo nosowym głosem, który nie wróżył nic dobrego, i dla zachęty obdarzył mnie małym kuksańcem pod żebro. Zatoczyłem się aż do ściany.
Kiedy się podniosłem, Pumeksa nie było już, a do klasy zaglądały Zuza i Lula.
- No, Marek, jak ci idzie, bo zaraz dzwonek. Co, jeszcze nic nie zrobiłeś?
- Jak miałem robić, kiedy ci przerośnięci... - Spojrzałem z rozpaczą na niepociętą bibułę.
Na szczęście w tej samej chwili wpadli Czesiek i Grzesiek. W rękach trzymali zwoje wstążek nawiniętych na patyki.
- Popatrz, co mamy! - zawołał Czesiek. - Gotowe wstęgi!
- Skąd je wytrzasnąłeś?
- Pożyczyliśmy od siódmaków. Oni też mieli przedwczoraj imieniny. Mówiłem ci przecież... A teraz jazda. Zabieramy się do roboty, bo już niedługo dzwonek. Powiem wam, jak zrobimy, chodźcie. - Czesiek pociągnął nas do okna i pokazał na pelargonie w doniczkach. - Okręcimy doniczki kolorową bibułą, a od każdej doniczki przeciągniemy wstęgę aż do drzwi wysoko. Będzie baldachim jak ta lala. Dobre, co? No więc do roboty! Zawijajcie doniczki.
Rzucili się do roboty z zapałem, ja jeden miałem wątpliwości.
- Myślisz, że to się spodoba pani? - zapytałem Cześka.
- No pewnie! Takich dekoracji jeszcze nigdzie nie było. Sama poezja, jak mamę kocham. Zobaczysz, że Okulusowa osłupieje.
- Mnie się to wydaje trochę dziwne - powiedziałem. - Dziwne, a nawet dziwaczne. Dlaczego wstęgi mają biec od drzwi do pelargonii?
- Głupi, nic nie rozumiesz - uśmiechnął się pobłażliwie Czesiek - to znaczy, że z serca pani Okulusowej, kiedy wchodzi do klasy, wybiegają promienie jak ze słońca, a my, to znaczy pelargonie, rozwijamy się w tych promieniach. To jest poezja i głębia, bracie.
- Wiesz, ty jesteś wspaniały! - Zuza spojrzała na niego z podziwem.
- Genialny pomysł!
- No, to się wi - zaśmiał się zadowolony Czesiek i postawił ostatnią doniczkę na parapecie. - Gotowe, proszę państwa. A teraz cały pęk wstążek przeciągniemy przez klasę i uczepimy nad drzwiami.
To mówiąc, wręczył mi patyki z nawiniętymi wstążkami.
- No, na co czekasz? Smaruj do drzwi! - krzyknął.
Oszołomiony ruszyłem biegiem do drzwi. Nagle poczułem, że wstążki naprężyły mi się w ręce. Rozległ się głuchy stuk i przeraźliwy krzyk dziewczynek. Obejrzałem się. Doniczki leżały rozbite na podłodze.
- Coś ty zrobił, idioto! - krzyknął zrozpaczony Czesiek.
- Przecież kazałeś mi biec!
- Ale trzeba było rozwijać po drodze! Przecież wstążki były okręcone drugim końcem naokoło doniczek. Szarpnąłeś i strąciłeś pelargonie. Osioł jesteś czy wół! Taki pomysł zmarnować!
- Co teraz będzie? - zmartwiłem się szczerze.
- Zgarnij jakoś ziemię i skorupy z doniczek. Przykryjemy gazetą.
Sapiąc, zgarnąłem smutne szczątki pelargonii na kupę i otarłem czoło.
- A co zrobić ze wstążkami? - zapytałem.
- Zawiesimy je nad drzwiami i przeciągniemy po jednej do każdego okna - odpowiedział bez namysłu Czesiek.
- Po co?
- Głupi, to znaczy, że serce pani Okulusowej wysyła promienie na cały świat.
- Aha... - Spojrzałem na niego z podziwem. - Ja bym nigdy czegoś takiego nie wymyślił.
Pobiegliśmy ze wstęgami do drzwi.
- Czekaj, podsadzimy cię - powiedział do mnie Czesiek. - Dawajcie młotek i gwoździe. Tylko szybko, bo zaraz dzwonek.
Podsadzili mnie pośpiesznie, a ja zacząłem przybijać wstęgi. Co się natłukłem po palcach z tego zdenerwowania, to już nieważne, bo stała się gorsza rzecz, proszę pana. Nagle zadźwięczał dzwonek i od razu, niech pan powie, czy to nie pech, otworzyły się drzwi. Te ciamajdy od razu w nogi, jak ich te drzwi odepchnęły, a ja... no, a ja... pan wie, co się mogło stać ze mną. Spadłem na łeb, na szyję, a do tego zaplątałem się we wstążki i nie mogłem się wyplątać.
Do klasy wszedł Pitagoras. Wszedł i osłupiał na mój widok. Potem włożył okulary i pochylił się nade mną.
- A cóż to takiego? Kto ty jesteś, chłopaczku?
- Ja... ja jestem dyżurnym - wykrztusiłem, obdzierając się ze wstążek.
- Czy tak wygląda dyżurny? - Pitagoras wyjął lusterko i pokazał mi w nim moją twarz. Byłem usmarowany czarną ziemią z doniczki, a we włosach miałem resztki kolorowej bibuły.
- A w ogóle - rozejrzał się po klasie Pitagoras - cóż to za maskarada?
- To... to na imieniny pani Okulusowej - wyjąkałem. - Właśnie chcieliśmy... bo... bo serce pani Okulusowej wysyła promienie, a my... my rozwijamy się w tych promieniach i dlatego... girlandy...
- Co ty pleciesz? - podniósł brwi Pitagoras. - Smaruj na miejsce!
Pognałem na miejsce, a Pitagoras sprawdził obecność i wezwał do tablicy Grześka.
- Pisz, chłopaczku - powiedział. - Do zbiornika wpuszczono tysiąc osiemdziesiąt litrów ropy...
Grzesiek zaczął rozglądać się za kredą, ale kredy nie było.
- Dlaczego nie piszesz, chłopaczku? - nastroszył się Pitagoras.
- Nie ma kredy, panie profesorze - powiedział Grzesiek.
- Co to za porządki! - krzyknął Pitagoras. - Dyżurny, do mnie!
Podbiegłem. Pitagoras założył okulary i przyglądał mi się z niesmakiem.
- No tak... Po takim dyżurnym należało się spodziewać... gdzie jest kreda, chłopaczku?
- Nie wiem - powiedziałem przestraszony - była przed lekcją. Widocznie... widocznie Papkiewicz znów zjadł.
- Co ty mi tu wygadujesz, chłopaczku. Czy ktoś może jeść kredę?
- Papkiewicz je, panie profesorze.
- Papkiewicz, do mnie - zasapał Pitagoras. - Czy to prawda, że spałaszowałeś kredę, chłopaczku?
- Spałaszowałem, panie profesorze - przyznał ze skruchą Papkiewicz.
Pitagoras spojrzał na niego z osłupieniem.
- Niesłychane! Dlaczego to zrobiłeś?
- Dyżurny Piegus dał mi do zjedzenia, panie profesorze. Jego to bawi, jak ja jem.
- To nieprawda - poczerwieniałem - on kłamie... ja...
- Będziesz się tłumaczył później, chłopaczku - przerwał mi Pitagoras, patrząc na mnie z niesmakiem. A potem obrócił się do Papkiewicza. - Więc mówisz, że Piegus ci dał, a ty zjadłeś posłusznie?
- Nie mogłem się powstrzymać, panie profesorze. Kiedy ktoś mi daje kredę, nie mogę się powstrzymać i jem.
- Ależ to jest chorobliwe! - wykrzyknął Pitagoras. - Papkiewicz, udasz się do lekarza.
- Tak jest, panie profesorze. - Papkiewicz skłonił się i wyszedł.
- Dyżurny Piegus! - zagrzmiał Pitagoras. - Czy masz zapasową kredę?
- Mam w kieszeni, panie profesorze.
Zacząłem szukać zdenerwowany, wywracając kieszenie. Z kieszeni wypadła mi brzytwa Zdeba i pędzel do golenia. Pitagoras wyciągnął ciekawie szyję.
- Pokaż no to, chłopaczku!
- To... to jest pędzel i brzytwa, panie profesorze - wyjąkałem. Pitagoras zmarszczył brwi.
- Więc ty się golisz, chłopaczku?
- Ja nie... ja tylko...
- Więc skąd u ciebie takie instrumenty, chłopaczku?
Chciałem powiedzieć prawdę, ale pochwyciłem groźne spojrzenie Zdeba i straciłem głowę.
- Ja... ja się uczę fryzjerki, panie profesorze - wykrztusiłem.
- Ach tak - uśmiechnął się szyderczo Pitagoras - i zaprawiasz się na kolegach pewnie... Czy możesz mi powiedzieć, kogo goliłeś, chłopaczku?
Obejrzałem się rozpaczliwie.
- Go... goliłem kolegę Zdeba.
- Zdeb, do mnie! - zagrzmiał Pitagoras.
Zdeb podszedł do katedry z ponurą, obandażowaną twarzą.
- Czy dyżurny Piegus golił cię dzisiaj? - zapytał go Pitagoras.
- Golił mnie, panie psorze.
- Jak mógł cię golić, kiedy masz twarz w bandażu?
- To właśnie od golenia, panie psorze.
- Pokaleczył cię brzytwą?
- Tak, panie psorze.
- Niesłychane. Przecież wy się pozarzynacie. Brzytwa w rękach szaleńców - sapał przerażony Pitagoras. - Więc ten czwororęczny cię golił, a ty, stary byk, pozwoliłeś się golić?
Zdeb wzruszył ramionami.
- On przychodzi z brzytwą i goli. Czy kto chce, czy nie, panie psorze, on goli.
- Dyżurny Piegus! - wykrzyknął wzburzony Pitagoras.
- To nieprawda - zawołałem rozpaczliwie - on sam chciał... on mi kazał!
- To są niespotykane, karygodne praktyki - huczał Pitagoras. - Golą się w szóstej klasie. No, ja się tym zajmę. To wam nie ujdzie na sucho. Zabieram te instrumenty i przekażę waszej pani... A teraz wszyscy na miejsca. Do tablicy przyjdzie Pumeks.
Pumeks II wyszedł z ławki. Mijając mnie, ścisnął boleśnie i znacząco moje ramię.
- Pumeks, rozwiążesz zadanie dziewiąte z podręcznika. - Pitagoras wręczył mu książkę.
Pumeks II przeczytał, stanął bezradnie i zaczął mrugać na mnie swoim bawolim okiem. Udałem, że nie widzę, ale Czesiek trącił mnie łokciem. Zacząłem więc podpowiadać fizjologicznie. Dotknąłem czoła, nosa, brody, pokazałem język, pokazałem pięść, zrobiłem ryjek, wyszczerzyłem zęby.
Pitagoras patrzył na mnie z osłupieniem, założył okulary, jakby jeszcze nie dowierzał, wreszcie wybiegł zza katedry.
- Dyżurny Piegus! Co się z tobą dzieje?
Wstałem gwałtownie.
- Twój dzienniczek!
Roztrzęsiony sięgnąłem pod pulpit. Worek z Ciapą spadł na podłogę. Zrozpaczony zauważyłem, że Ciapa wyłazi z worka.
- Dyżurny Piegus, co to wszystko ma znaczyć? Ty chyba jesteś nienormalny, chłopaczku?
Chciałem wyjaśnić, wytłumaczyć, ale w tej samej chwili poczułem, że coś łaskocze mnie w nogę. Zacząłem wiercić się w miejscu, przerażony, ale nie mogłem wytrzymać... i zacząłem się śmiać dziwnym, podobnym do rżenia chichotem.
- Uspokój się... co ty wyrabiasz... na miłość boską! - Pitagoras patrzył na mnie z przestrachem.
Ale ja nie mogłem się powstrzymać i śmiałem się coraz głośniej i coraz rozpaczliwiej, bo Ciapa pod ławką lizał mnie w gołą łydkę, a ja jestem bardzo wrażliwy na łaskotki. Na próżno oganiałem się nogą. Wstrętny psiak ani myślał zostawić mnie w spokoju.
- Piegus, marsz za drzwi! Dosyć tego! Rozumiesz? Zabieraj książki i za drzwi! Zameldujesz się u lekarza! - krzyczał Pitagoras.
Chichocząc, schyliłem się po książki, ale Ciapa mnie uprzedził. Złapał zębami za zwisający rzemień i wciągnął tornister pod ławki. Rzuciłem się za nim i na czworakach zacząłem go gonić pod ławkami.
- Piegus, gdzie jesteś? Co się stało z Piegusem? Gdzie on znikł? - usłyszałem głos Pitagorasa.
- Tutaj jestem, panie psorze - zasapałem, wynurzając się w drugim końcu klasy.
Tymczasem Ciapa był już przed katedrą. Pitagoras zrobił wielkie oczy.
- Co to ma znaczyć? Skąd się tutaj wziął ten czworonóg? Łapcie go! - krzyknął i popędził do katedry.
Wszyscy zerwali się z ławek i zaczęli chwytać psiaka.
- To są niedopuszczalne wybryki - sapał Pitagoras. - Ja ciebie wpiszę do dziennika, chłopaczku!
Zagłębił pióro w kałamarzu, ale wyciągnął stamtąd tylko kawałek tasiemki, a może sznurowadła.
- Co to za żarty! Gdzie jest atrament? - rozzłościł się.
Czesiek podał mi butlę atramentu. Porwałem ją i rzuciłem się do katedry. I wtedy na domiar wszystkiego wypłoszony Ciapa wpadł mi prosto pod nogi. Przewróciłem się i stłukłem butelkę.
Zanim zdążyłem się pozbierać, do klasy wbiegł dyrektor, a za nim pani Okulusowa.
- Co to za krzyki? - zawołał. - Co tu się wyrabia?
- W klasie jest chłopiec nienormalny, kolego dyrektorze - zasapał Pitagoras - nie mogłem prowadzić lekcji... zupełnie niesłychane historie... Dyżurny Piegus, wytłumacz się.
Podniosłem się, nieszczęśliwy, z podłogi. Byłem usmarowany atramentem... na pewno usmarowany atramentem, bo z moich oczu kapały czarne łzy. Dyr popatrzył na mnie ze zgrozą.
- Coś takiego! Jak ty wyglądasz, mój chłopcze?
Pani Okulusowa załamała ręce zrozpaczona.
- Marku, co z tobą?
Chciałem wszystko wyjaśnić. Chciałem powiedzieć, że to nie moja wina, że ją bardzo kocham, ale że życie jest trudne i w ogóle. Chciałem to wszystko wyjaśnić, ale słowa ugrzęzły mi gdzieś w ściśniętym gardle.
- I to dyżurny - usłyszałem głos dyrektora. - Wstyd! Tak się zachować w dniu imienin waszej pani. Oddaj mi, chłopcze, opaskę.
Zabrał mi opaskę dyżurnego i powiedział, że jutro mam przyjść z rodzicami.
Marek spuścił głowę.
- No i widzi pan teraz. Czy to wszystko nie straszne?
- Straszne, Marku - odpowiedziałem zdumiony - i wprost niewiarygodne.
- Wiedziałem, że pan nie uwierzy - westchnął, poprawił tornister na plecach i powlókł się do domu.
Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
JAK POZNAŁEM CHŁOPCA MARKA PIEGUSA,
KTÓRY MIAŁ PRZYGODY Z BYLE CZEGO
PRZYGODA PIERWSZA,
CZYLI NIESAMOWITE I NIEWIARYGODNE OKOLICZNOŚCI, KTÓRE SPRAWIŁY, ŻE MAREK PIEGUS NIE ODROBIŁ LEKCJI
PRZYGODA DRUGA,
CZYLI NIESAMOWITE I NIEWIARYGODNE UDRĘKI, KTÓRE NAWIEDZIŁY MARKA PIEGUSA W KLASIE
PRZYGODA TRZECIA I NAJWIĘKSZA,
CZYLI NIEWIARYGODNE SKUTKI WAGARÓW POSPOLITYCH, CZYLI ZNIKNIĘCIE MARKA PIEGUSA
ROZDZIAŁ I
Na początku były wagary pospolite. Dziwny chłystek i paralitycy. Człowiek o twarzy konia. Co za cuda z tornistrem
ROZDZIAŁ II
Makabryczny sen Marka. Nocne krzyki pana Anatola. Milicja nie ma zaufania do człowieka z kabaretu. Pożałowania godne zasłabnięcie kaprala Oremusa w czasie pełnienia obowiązków służbowych
ROZDZIAŁ III
Człowiek o ptasiej twarzy. Roztargniony Wacio zwraca tornister. Wycieczka do Młocin. Gdzie się zapodział Marek? Telefony szpitalne. Pan Anatol Surma przechodzi od słów do czynów
ROZDZIAŁ IV
Czarny rower nad Wisłą. Hipoteza porucznika Prota. Detektyw Hippollit Kwass. Kto manipulował wytrychami? Tajemnica waleriany. Do czego przyznał się Alek?
ROZDZIAŁ V
Kabaret "Arizona". Alek nie wraca do domu... Na tropie Wieńczysława Nieszczególnego. Stalowa pułapka
ROZDZIAŁ VI
Klatki śmierci. W oczekiwaniu na apetyt lwów. Wiatr się zmienia. Bohaterskie natarcie pana Cedura, czyli rozpylacz w akcji. Noście przy sobie zawsze wodę kwiatową "Siedem czarów" ze spółdzielni pracy "Przodownik". Chłopcy z lustrami
ROZDZIAŁ VII
Teodor. List od detektywa Kwassa. Co odkrył konik szachowy? Flaszka i placek
ROZDZIAŁ VIII
Ekspert Celestyn wyjaśnia. Pirydion w akcji. Trzech typów pod kościołem św. Bazylego. Sezamie, otwórz się!
ROZDZIAŁ IX
W katakumbach. Makabryczny kawał Nudysa i co z tego wynikło. Tajemnica pustego sarkofagu
ROZDZIAŁ X
Krew na zeszycie. Centralna melina. Ludzie z garnkiem grochówki. Teofil Bosmann. Veracoco
ROZDZIAŁ XI
Zamach Teodora i bohaterski Pikolo. Detektyw Kwass dziękuje, lecz jest głodny
ROZDZIAŁ XII
Zarys działalności szajki Alberta Flasza. Jak nakarmiono Chryzostoma Cherlawego i co z tego wynikło? Los Marka
ROZDZIAŁ XIII
"Poddajcie się - widzimy was". Pod obstrzałem. Tajemniczy głos z tyłu. Marek Piegus. Zamknięci w lochu. Sekret białego tynku
ROZDZIAŁ XIV
Niesamowite zjawisko, które przerwało sen doktora Ildefonsa Stułbi w miedzianej wannie numer czterdzieści dziewięć. Sceny szaleństwa w łaźni. Murzyni pod prysznicem. Ostatnie życzenie Teodora
Okładka