I
To był ładny dzień. Naprawdę ładny. Dlatego mogłem mieć uzasadnione pretensje do kogoś, kto mi go spieprzył swoim przyjściem. Nawet jeśli tą osobą był mój dobry kolega, któremu sporo zawdzięczałem. Bo tego dnia jego przyjście nie miało nic wspólnego z tym, że był moim dobrym kolegą. Tego dnia, tego pięknego dnia, który mi spieprzył, przyszedł służbowo, a może półsłużbowo, zadał mi kilka dziwnych pytań, na które nie znałem odpowiedzi, a potem zostawił mnie samego z pustką w głowie. Naprawdę czułem się, jakby po jego wyjściu została w niej wyłącznie ta pustka. I, oczywiście, pocisk kalibru 9 mm Parabellum, czy raczej zniekształcony kawałek metalu, który nim kiedyś był.
To rzecz jasna skrócony opis tego dnia, jego zgryźliwe podsumowanie dokonane przez nieco zgorzkniałego faceta tuż po pięćdziesiątce, inwalidę egzystującego samotnie w altanie na małej działce, jednej z kilkuset skupionych w bartoszewskim ROD. W rzeczywistości i dzień, i rozmowa z Jackiem Mołczunem wyglądały nieco inaczej. Zgadzała się tylko ta pustka w głowie, która po nich została...
* * *
Od czasu postrzału, jaki otrzymałem w głowę, i od zabójstwa mojej żony i córki minęło półtora roku. Półtora roku życia w żalu z powodu ich śmierci i półtora roku życia w rozżaleniu z powodu tego, że ja przeżyłem, a one nie. Półtora roku w smutku z powodu ich braku i półtora roku niepewności, którą przynosił tkwiący w mózgu kawałek metalu. Półtora roku... Ponad pół tysiąca gorzkich dni i tyle samo jeszcze gorszych nocy.
Bóle głowy nie były zwykle dokuczliwe, po prostu co jakiś czas dawały o sobie znać lekkim, przypominającym migrenową aurę szumem, przechodzącym w jednostajne pulsowanie nad brwią. Pomagał ketonal, czasem kilka piw albo coś mocniejszego, ale jeśli przegapiłem ten szum, tę aurę, miałem naprawdę ciężki dzień. Wciąż również doskwierały mi lekkie kłopoty z pamięcią, ale wyłącznie tą dotyczącą mojego życia przed postrzałem. Co jakiś czas coś sobie przypominałem, jakieś zapomniane zdarzenie, starałem się wtedy chłonąć te wspomnienia wszystkimi zmysłami, jakbym bał się, że znów uciekną w mrok niepamięci, zanim zdążę zapisać je w swojej głowie na nowo. Ale nie uciekały. Zostawały, wpasowywały się jak klastry we właściwe miejsca i tkwiły już tam, oby na zawsze. Tylko ten szajs pod czaszką... Wciąż śmiertelnie niebezpieczny i nieprzewidywalny.
Po kilku miesiącach przestałem na siebie uważać. Być może to efekt sesji terapeutycznych, a być może przekonałem sam siebie; wmówiłem to sobie, żeby przestać wreszcie żyć jak płochliwa mysz, w strachu i poczuciu wszechobecnego zagrożenia. Przestałem ostrożnie stawiać każdy krok, unikać stromych schodów czy rozglądać się na wszystkie strony przed wejściem gdziekolwiek w poszukiwaniu pułapek, które czyhałyby na moją głowę: niskich stropów, rur i przewodów czy słupów stojących tam, gdzie teoretycznie nie powinny stać. Przestałem się bać i zacząłem wreszcie żyć w miarę normalnie. Pozbierałem się jakoś, co nie oznacza, że nie myślałem czasem o tym, żeby skończyć ze sobą. Nie w odruchu buntu przeciw niesprawiedliwości losu, który mnie zostawił przy życiu, a zabrał Jolę i Agnieszkę. To nie tak. Po prostu chciałem skończyć życie, które nie miało za bardzo sensu. Samotne, puste, jałowe. Bez rodziny, bez pracy, choć nie bez pieniędzy. Tam na parkingu nieopodal Bernau, na którym to wszystko się najpierw zaczęło, a kilka miesięcy później skończyło, zdecydowałem wreszcie, że zostaję. Zostaję przez szacunek dla życia. Za dużo widziałem i przeżyłem, żebym mógł odebrać komuś jeszcze jedno życie, nawet jeśli jest moje, należy wyłącznie do mnie i mogę z nim zrobić, co chcę.
Nawet je zakończyć.
Zaoszczędzoną ze "Streli" część euro zachowałem na czarną godzinę, pieniądze z policyjnej renty w zupełności zaspokajały moje niewielkie potrzeby. Sprzedałem mieszkanie, w którym spędziłem sporą część swojego życia. Spędziłem je tam z Jolą i z Agnieszką i w związku z tym byłem w jakiś sposób mocno związany z tymi kilkoma pomieszczeniami, w których mieszkaliśmy, spaliśmy, jedliśmy i kochaliśmy się. Sprzedałem je, te kilka pomieszczeń, już pustych i zimnych, bezosobowych i obcych, i kupiłem okazjonalnie altanę w Rodzinnych Ogrodach Działkowych w Bartoszewie, maleńkiej wiosce ukrytej w lasach Puszczy Wkrzańskiej, gdzieś między podszczecińskim Pilchowem a Tanowem. Kilka domów, restauracja i karczma, sklep u "Pomidora", małe jeziorko i te ogrody. Mijam główne, w zasadzie jedyne skrzyżowanie, jadę kilkadziesiąt metrów w stronę Sławoszewa, a potem skręcam w lewo, w nieutwardzoną ścieżkę i sto metrów dalej, niedaleko lasu, na skraju Ogrodów stoi mój dom. W nim mieszkam i w nim żyję. Spokojnie. Marzenia o domku nad jeziorem gdzieś na Pojezierzu Drawskim zrealizowałem w wersji oszczędnościowej. Ale nie żałowałem. Nie byłem może szczęśliwy, ale pogodzony ze sobą. W miarę.
A na pewno bardziej niż rok temu.
Rozpocząłem całkiem nowe życie i kto wie, być może nawet trochę zdziwaczałem. Żyłem sam, z dala od miasta i jego zgiełku, zostawiając je w tyle, nie tęskniąc za nim i unikając w nim za częstych wizyt. Bywałem tam wyłącznie z powodu okazjonalnych zakupów w hipermarkecie i wizyt na cmentarzu. Do Szczecina ściągały mnie wyłącznie głód i tęsknota za Jolą i Agnieszką. I to wszystko. Zżyłem się za to z kilkoma sąsiadami z działek, przeważnie takimi samymi dziwakami jak ja, czasem pokiereszowanymi przez życie, a czasem po prostu chcącymi od niego wyłącznie świętego spokoju, który znaleźli właśnie tu. Tak jak ja. Chyba pasowaliśmy do siebie.
* * *
Kiedy tego dnia przyszedł Jacek Mołczun, byłem pewien, że do drzwi puka właśnie któryś z sąsiadów. Waldek, któremu skończył się gaz w butli. Józek, który chce pożyczyć piwo (piwo, nie na piwo). Albo Aśka pytająca, czy nie przyszedł do mnie na żebry któryś z jej czterech kotów. Kotów, które jak to koty, znikały często i wracały raz na kilka dni, zregenerować siły, podjeść i pospać w ciepłej pościeli, a potem znów zdradzić i pójść w cholerę, żeby móc znów wrócić, przeprosić, pobyć i znowu zniknąć, i tak w kółko. Ale tym razem to nie było żadne z nich; ani Józek, ani Waldek, ani Aśka. Ani żaden z jej kotów obszarpańców.
To był Jacek.
- Wejdź - powiedziałem, otworzywszy mu drzwi, i wróciłem do kuchni.
Byłem zdziwiony tą wizytą, nawet bardzo, ale nie widziałem powodu, żeby to okazywać. Zostawiłem Jacka przy drzwiach, bo był dorosły i nie musiałem mu pomagać w rozbieraniu się. Poza tym, mimo że był tu pierwszy raz, uznałem, że może czuć się jak u siebie i nie potrzebuje asysty. I choć widywaliśmy się rzadko, był w końcu moim dobrym kolegą i byłem więcej niż pewien, że on czuje to w ten sam sposób.
Mój pies, wielki golden retriever, pobiegł przywitać gościa, choć zważywszy na rozmiar domu, nie miał nawet jak i gdzie się rozpędzić.
- Promo! - zawołałem. - Do mnie!
Tupnąłem mocno, żeby poczuł wibracje drewnianej podłogi. Odwrócił się z pretensją w oczach i wystającym spod fafli jęzorem, wyglądającym jak soczysty kawał polędwicy. Jego wielkie łapy były już na piersi Mołczuna. Klepnąłem się w udo, dając wyraźny sygnał, czego od niego chcę.
- Dobra, zostaw go - powiedział Jacek, czochrając Promo po łbie. - Daj się kundlowi przywitać...
Dałem. Chwilę później pies przybiegł do mnie i położył się obok kanapy. Dobre psisko. Gdyby ludzie charakterem przypominali psy, ten świat byłby o wiele lepszy.
- Promo? - zapytał Jacek, zdejmując marynarkę.
Na zewnątrz było gorąco jak w dżungli, a on chodził w garniturze. Ja już nie musiałem. Jeden z niewielu plusów bycia na rencie: przez cały dzień można chodzić w krótkich gaciach. Albo i bez, jeśli sobie tylko życzysz.
- W zeszłym roku byłem na grzybach pod Dobieszczynem - wyjaśniłem Jackowi. - To były żniwa; żałowałem, że zamiast noża nie wziąłem kosy. Zapełniłem oba koszyki, reklamówkę i koszulę. A na koniec znalazłem to wielkie bydlę, przywiązane do drzewa przez inne bydlę, tylko dwunożne. Wróciłem razem z nim, zostawiając pod drzewem reklamówkę, bo nie miałem ręki. Wysypałem też grzyby z koszuli, podarłem ją na pasy i zrobiłem smycz z obrożą. Jak wróciliśmy do domu, to sąsiad śmiał się, że pies to dodatek do grzybów, w promocji... Jest już stary, weterynarz oszacował jego wiek na jakieś dziesięć lat. No i głuchy jak pień.
- Fajnie mieszkasz. - Jacek rozejrzał się po wnętrzu. - Las, cisza, spokój... Trochę ci płot zarósł, jak zamek Śpiącej Królewny.
- Żywopłoty na granicy działki, będącej również granicą ROD, nie mogą mieć powyżej dwóch metrów wysokości i muszą być prowadzone w ten sposób, żeby nie przerastały poza ogrodzenie ROD - wyrecytowałem. - Tak stanowi regulamin uchwalony przez Krajową Radę Polskiego Związku Działkowców w dniu pierwszym października dwa tysiące piętnastego roku. Obowiązuje od pierwszego stycznia tego roku. A mój żywopłot rośnie sobie do środka. Bujnie, przyznaję, ale do środka.
- Chciałeś mi zaimponować znajomością regulaminu? - mruknął Jacek.
- Nie - też mruknąłem. - Chciałem dać ci do zrozumienia, że jako rencista nie mam zbyt wielu rozrywek. To z nudów studiuję regulamin. Trochę ścinamy się z zarządem działek w niektórych kwestiach, więc chcę mieć pewność, że to ja mam rację, a nie oni. Jak mnie znalazłeś?
- Ptaszki ćwierkały, że wyniosłeś się z miasta. - Uśmiechnął się, a skóra wokół oczu pomarszczyła się mu jak stary pergamin.
Pamiętałem tę twarz sprzed wielu lat, jeszcze bez tylu zmarszczek, jeszcze nie poszarzałą od zmartwień, i to było w jakiś dziwny sposób miłe - widzieć przez ten cały czas znajomości z Jackiem nie tyle, jak jego twarz się starzeje, ile, jak moja starzeje się razem z nią. To uczucie trudno zdefiniować, ale czułem to właśnie w ten sposób. Mołczun był mi naprawdę bliski, ja jemu pewnie też, choć nigdy sobie tego nie powiedzieliśmy. Widocznie nie było takiej potrzeby.
- Gadatliwe te ptaszki - zauważyłem zgryźliwie. - I nie pilnują własnych spraw.
- No. - Jacek wyjrzał przez okno. - Nie boisz się, że pewnego dnia na te działki wparuje nadzór budowlany i wyda nakazy rozbiórki? Że to miejsce rozjeżdżą wywrotki wywożące gruz, w który zmienią się te wszystkie... pałacyki i wille, zwane skromnie altanami?
- A ty nie boisz się, że przylecą obcy i skolonizują Ziemię?
- Niezbyt trafne porównanie - zauważył.
W oczach miał lekki wyrzut, jakby spodziewał się po mnie czegoś na wyższym poziomie i jakbym te oczekiwania zawiódł.
- Mylisz się - powiedziałem spokojnie. - Jest bardzo trafne. Bo stopień prawdopodobieństwa wystąpienia tych zdarzeń szacuję mniej więcej na równo. A nawet jeśli... - machnąłem ręką - ...to mój dom został wybudowany przed dziewięćdziesiątym piątym.
- No i?
- Prawo nie działa wstecz. Wtedy nie było przepisów budowlanych, które regulowałyby tę kwestię, tak jak regulują ją dziś. Więc płacę jedynie podatek od nieruchomości za każdy dodatkowy metr przekraczający wartość dopuszczalną i śpię spokojnie.
- Aha.
- Więc co cię do mnie sprowadza? - Spojrzałem na Jacka, a on na mnie, i tak patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Dwóch kumpli, których łączyło tak wiele. Widywaliśmy się naprawdę rzadko, rozmawialiśmy tylko trochę częściej, niż się widywaliśmy, każdy z nas miał swoje problemy: Jacek chorą żonę, ja brak żony. Ale mogliśmy na siebie liczyć i udowodniliśmy to sobie nawzajem, raz czy pięć, w ciągu ostatnich kilkunastu lat; po raz pierwszy, kiedy nasze twarze były jeszcze w miarę gładkie.
- Jerzy Lichota. - Jacek usiadł na kanapie, odlepiając koszulę od spoconej piersi. - Znasz to nazwisko?
Promo, który nie usłyszał Mołczuna, tylko poczuł wibracje wysłużonych sprężyn kanapy, o którą opierał się grzbietem, podniósł łeb. Po chwili, uspokojony, znów położył go na podłodze i zamknął oczy.
Jerzy "Lichy" Lichota. Były podoficer Legii Cudzoziemskiej, bandyta i goryl Jarosława Leśniewskiego, "Malechy", jednego z bardziej znanych w mieście ludzi "interesu". Podobno "interesy" ostatnio kulały, tak słyszałem, choć nie miałem z tymi ludźmi za wiele do czynienia, żeby wiedzieć to na pewno. Tak ćwierkały ptaszki.
- Znam to nazwisko - potwierdziłem. - Ale jeśli zapytasz, czy znam gościa osobiście, to odpowiem ci, że nie. Spotkałem go raz, ponad rok temu i nie wspominam tego miło. On chyba też nie, o ile dobrze pamiętam. Widzieliśmy się mniej więcej przez dziesięć minut, więc raczej nie można powiedzieć, że go znam.
- Tylko raz?
- Tylko raz. Ostrzegał, co prawda, że się jeszcze spotkamy, ale wygląda na to, że zmienił zdanie. A przynajmniej tak jest do tej pory. - Uśmiechnąłem się.
A potem przypomniałem sobie dokładnie, co stało się wtedy pod "Kafe Tango" i w mercedesie Leśniewskiego, a mój uśmiech zastygł na twarzy, zmieniając się zapewne w grymas lekkiego niesmaku.
- To już cię chyba nie odwiedzi - powiedział Jacek dość beztroskim tonem.
- Nie?
- Nie. Nie da rady.
- Czemu tak sądzisz? - zapytałem, choć już domyślałem się, co Jacek mi zaraz oznajmi.
- Bo nie żyje - odparł, potwierdzając moje przypuszczenie.
Pochylił się i podrapał Promo za uchem, a kiedy wciąż nic nie mówiłem, spojrzał na mnie lekko podejrzliwym wzrokiem i zapytał:
- Nie jesteś zdziwiony?
- Nie. Dlaczego miałbym być?
- No, wiesz... - Pies nie zareagował, więc Jacek dał mu spokój.
- No, właśnie nie wiem.
- Z reguły wiadomość o czyjejś śmierci raczej człowieka dziwi. W jakiś sposób go, bo ja wiem... Porusza?
- Owszem - przyznałem. - Ćwiczyłem to w wersji hard.
Jacek niedostrzegalnie skrzywił usta, patrząc gdzieś w bok, więc uznałem to za sygnał, że nie chce do pewnych spraw wracać. Ja też nie chciałem wracać do śmierci swojej żony i córki. Było dopiero południe, a robiłem to z reguły dopiero wieczorem. Wtedy zaczynałem, a kończyłem późno w nocy. Minęło półtora roku od ich śmierci, a ja myślałem o nich częściej niż za ich życia.
- Wiesz, o co mi chodzi - bąknął.
- Wiem - odpuściłem mu, bo wyraźnie go to męczyło. - Ale ja nie jestem ani zdziwiony, ani w żaden sposób poruszony śmiercią Jerzego Lichoty. Wcale.
- Wyjaśnisz mi dlaczego?
- Oczywiście. Bo po pierwsze to skurwiel, więc w ogóle mi go nie żal. I to dlatego nie jestem jego śmiercią poruszony, jak to ładnie określiłeś. A po drugie, tacy jak Lichota prędzej czy później kończą w ten sposób. Takie jest moje skromne zdanie. Po prostu kwestia czasu, zwykle niedługiego. I to dlatego nie jestem zdziwiony. Widać dla Lichoty nadszedł właśnie ten czas. Niech mu ziemia ciężką będzie. Amen.
- Mówiłeś, że go nie znałeś osobiście. To skąd wiesz, że był...
- Skurwielem - pomogłem Jackowi, bo od zawsze miał problem z tym, żeby sobie swobodnie rzucić mięsem.
- Właśnie. - Chrząknął. - Skąd to wiesz?
Przewróciłem oczami.
- Po prostu wiem. Po tym jednym spotkaniu nabrałem co do tego absolutnej pewności. Rozumiesz? Dał mi naprawdę poważne powody, żeby mieć o nim takie zdanie, i musiałbym być Matką Teresą z Kalkuty albo idiotą, żeby je zignorować i uważać go za supergościa, który ma tylko taki nietypowy sposób bycia.
Mołczun mruknął coś pod nosem.
- Jak zginął? - zapytałem. - Bo skoro tu jesteś i mnie o tym informujesz, to oznacza, że odszedł raczej w sposób niespodziewany i gwałtowny, a ty z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu postanowiłeś podzielić się tą wieścią akurat ze mną. Mylę się?
- Nie mylisz się. - Pokręcił głową i powtórzył: - Nie mylisz się. Został zastrzelony. Przedwczoraj.
- No widzisz. - Uśmiechnąłem się tryumfalnie. - I co, nie zgodzisz się teraz ze mną?
- W jakiej kwestii?
- Chodzi o moją koncepcję, że ludzie pokroju Lichoty na ogół kończą gwałtowną śmiercią. Zwłaszcza śmiercią tego rodzaju. Ludzie wykonujący niewdzięczny zawód bandyty odchodzą zwykle z hukiem, Jacek. Hukiem wystrzału albo eksplodującego pod ich samochodem ładunku wybuchowego. "Pershing", "Kiełbasa" i masa innych.
- Z hukiem... Możliwe, możliwe... Więc mówisz, że się nie znaliście?
- Tak mówię. I jeśli zapytasz mnie o to jeszcze raz, moja odpowiedź będzie dokładnie taka sama. Więc nie pytaj więcej, bo to się mija z celem.
- To zdradź mi, Darek, proszę, jedną rzecz. Po co Lichota dzwonił do ciebie na chwilę przed śmiercią?
- Eee... Słucham?
- W jego komórce zapisało się połączenie z twoim numerem. Trwało dwie sekundy. Godzina dwunasta siedem. Masz jakieś wytłumaczenie?
Wstałem i podszedłem do blatu rozdzielającego mikroskopijną kuchenkę od "salonu", który był wielkości kuchni w moim poprzednim mieszkaniu. Wziąłem komórkę i wróciłem do Jacka. Zajrzałem do historii połączeń.
- Przedwczoraj? - upewniłem się.
- Przedwczoraj...
Faktycznie, w telefonie zapisało się połączenie z nieznanego mi numeru, rzeczywiście zaczęło się o dwunastej siedem i trwało dwie sekundy, ale ja w ogóle nie pamiętałem tej rozmowy. O ile w ciągu dwóch sekund można przeprowadzić jakąkolwiek rozmowę. Pokazałem Jackowi numer, on poprawił okulary na nosie, spojrzał i skinął głową.
- Co mogę powiedzieć... - zacząłem.
- Właśnie chciałbym to usłyszeć. Co możesz powiedzieć, Darek.
- Mogę ci powiedzieć, że kompletnie nie mam pojęcia po pierwsze: skąd Lichota miał mój numer, a po drugie: po cholerę do mnie zadzwonił w godzinie swej śmierci, że użyję poetyckiej przenośni. Przecież, kurwa, nie dzwonił po pomoc, no nie?
Podejrzewam, że nawet jeśli Lichota leżałby obok mnie, a ja miałbym mu pomóc, to z pewnością znalazłaby się nagle jakaś wyjątkowo pilna rzecz, którą musiałbym niezwłocznie załatwić. Cóż, nigdy nie twierdziłem, że jestem fajny, choć na pewno nie byłem aż takim skurwielem jak Lichota.
Zerknąłem na wyświetlacz, na numer telefonu "Lichego", który dla mnie był zwykłym ciągiem dziewięciu cyfr, i zapytałem Jacka:
- Miał mnie w kontaktach?
- Nie. Po prostu wybrał twój numer z klawiatury.
- To już w ogóle nie rozumiem.
- Może dałeś mu numer podczas tego spotkania, o którym wspomniałeś, ale tego nie pamiętasz?
To prawda. Dałem mu wtedy swoją wizytówkę, ale on jej nie chciał. Teoretycznie mógł zapamiętać numer, ale to nie miało znaczenia. To był numer mojej służbowej komórki, którą zdałem razem z bronią i dokumentami z sejfu, kiedy odchodziłem z komendy.
- Spotkanie z Leśniewskim i Lichotą odbyło już po śmierci Joli i Agi, po postrzale - powiedziałem, dotykając głowy i krzywiąc się. - Pamiętam wszystko, co zdarzyło się potem. Kłopoty mam tylko z tym, co było przedtem.
- Ale o tej rozmowie z przedwczoraj zapomniałeś.
- Jacek. - Westchnąłem. - Czy ty pamiętasz każde niemające znaczenia dwusekundowe wydarzenie ze swojego życia? To jedna z tych rzeczy, do których nie przywiązujesz żadnej wagi. Po cholerę zaśmiecać sobie czymś takim pamięć?
- Nie oddzwoniłeś?
- Widać nie. Zresztą po co miałbym oddzwaniać?
- Z ciekawości. Ja bym oddzwonił.
- A ja nie. Jak ktoś ma interes, to zadzwoni później. A jak nie ma, to niech spierdala i nie zawraca mi dupy.
- Zgorzkniałeś. - Jacek podrapał się w powiekę, lekko unosząc okulary knykciem.
Poprawił je odruchowo palcem, a potem zdjął, chuchnął na szkło, starł z niego odcisk za pomocą krawata i założył z powrotem na nos.
- Wiem - potwierdziłem, i to raczej beztrosko. - Takie życie. Jestem już starszym panem, w zeszłym miesiącu stuknęła mi pięćdziesiątka. To zobowiązuje.
- Uhm. Wszystkiego najlepszego, przy okazji.
- A, dziękuję.
- Spóźnione, ale szczere.
- Nie wątpię. Nie musisz się tłumaczyć, nie mam ci za złe, sam prawie zapomniałem.
- Powiedziałeś przed chwilą, że wszystko pamiętasz.
- Wszystko, ale nie o wszystkim. Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, to taka subtelna różnica. Poza tym "prawie" zapomniałem. A "prawie" robi różnicę.
Kiedy sobie już przypomniałem, wypiłem tyle, że ledwo doczołgałem się do kanapy. Prawie litr na dwóch, przy czym na mojej urodzinowej imprezie był wyłącznie Promo. Jak większość psów odmówił spożycia alkoholu, więc musiał zadowolić się kiełbasą.
- Wiadomo, kto go zastrzelił? - Moje pytanie było naturalną kontynuacją wątku.
Jacek nic nie mówił. Zauważyłem, że ma taki zwyczaj. Zanim oznajmi coś, co zwykle wywraca ludziom życie do góry nogami albo chociaż przestawia je o co najmniej dziewięćdziesiąt stopni, milczy długą chwilę. Kilka razy zastanawiałem się, po co to robi, ale koniec końców nigdy go o to nie zapytałem. Formułuje w myślach to, co chce za chwilę powiedzieć, żeby adresat wypowiedzi nie poczuł, jakby dostał deską w twarz? A może napawa się tym? Czy po prostu obserwuje i wyciąga wnioski? Wypadałoby go o to wreszcie zapytać.
- Nie podoba mi się twoje milczenie, Jacek - powiedziałem ostrożnie. - Znam również osobę, która go zabiła, tak? Również dlatego tu jesteś, a nie tylko z powodu tego, że Lichota do mnie dzwonił?
Spojrzał na mnie z jakimś smutkiem w oczach.
- Domyślny jesteś - odparł z tym samym smutkiem w głosie.
- Wiem - odparłem tonem pełnym rezygnacji. - Więc go znam...
- Tak. - Zabrzmiało to jak szczeknięcie - krótkie i ostre.
Promo, wiedziony jakimś psim szóstym zmysłem, bo przecież nie słuchem, podniósł łeb i zastrzygł uchem, spojrzał na Jacka z wyrzutem w psich oczach, mlasnął i wrócił do krainy snów.
- Jeezu... A jak dobrze go znam? Lepiej niż Lichotę? - Zacząłem gorączkowo przetrząsać w myślach niezbyt obszerny katalog znajomych w poszukiwaniu ewentualnych i prawdopodobnych kandydatów.
- Nie: jego, tylko: ją.
- Zastrzel mnie. - Westchnąłem, szykując się na zimny prysznic.
Teraz już nikt nie przychodził mi do głowy. Z wyjątkiem Marty Kielan, ale to było niemożliwe. Miałem nadzieję, że to niemożliwe.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że to Marta? - nie wytrzymałem.
- Nie, no coś ty, skąd ci to przyszło do głowy?
- Nie wiem. - Wzruszyłem ramionami. - Wiem tylko, że na wiele ją stać, udowodniła to niejednokrotnie, co? Może uciekła z pierdla?
Moja była współpracownica i kochanka, zleceniodawczyni zabójstwa mojej rodziny i kilku innych osób odsiadywała dożywocie w zakładzie karnym w Lublińcu. Jej wspólnik, Marcin Bogutowicz, nawiasem mówiąc kochanek mojej córki i jej zabójca, przebywał w Sztumie, chyba najcięższym więzieniu w Polsce. Z takim samym wyrokiem jak Marta. Podobno wciąż kulał i nie wyglądało na to, żeby ten stan miał się kiedykolwiek zmienić.
- Nic mi o tym nie wiadomo, żeby uciekła z więzienia. - Jacek, kiedy to mówił, miał na twarzy wyraz lekkiego obrzydzenia.
- Dobra, więc kto?
- Milena Korcz.