Nieustanna gra pozorów - Natalia K. Palonek

Kup ebooka

44.90 zł
34.57 zł (31,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W zę­bach trzy­mał ka­wa­łek ma­te­riału, któ­rego dru­gim koń­cem owi­nął rękę tuż nad łok­ciem. Prze­su­nął głowę, tym sa­mym po­cią­ga­jąc za szmatkę, dzięki czemu moc­nej się za­ci­snęła, a żyły uwi­docz­niły. Spen­cer pa­trzył na strzy­kawkę wy­peł­nioną mik­sturą, którą przed chwilą przy­rzą­dził. Na­prawdę był na do­brej dro­dze; jesz­cze nie tak dawno wie­rzył, że nar­ko­tyki ma za sobą. "Ży­cie bywa prze­wrotne" - stwier­dził i par­sk­nął pod no­sem.

Wbił igłę w skórę i wy­pluł koń­cówkę pro­wi­zo­rycz­nej opa­ski uci­sko­wej. Pa­trzył, jak sub­stan­cja ze strzy­kawki wpływa pro­sto do jego żył. Czuł, jak po­woli roz­cho­dzi się po jego or­ga­ni­zmie, i przy­po­mniał so­bie zna­jome uczu­cie. Na­dal pa­mię­tał, ja­kie to zba­wienne. Rzu­cił pu­stą strzy­kawkę, po czym opadł na łóżko, cze­ka­jąc na błogą falę za­po­mnie­nia i uko­je­nia.

Spen­cer nie miał za­miaru roz­pa­mię­ty­wać tego, co się stało, choć zo­stał oszu­kany przez naj­bliż­szych. Naj­pierw jego oj­ciec, który za­tu­szo­wał mor­der­stwo nie­wy­god­nej mu osoby, a rów­no­cze­śnie pierw­szej mi­ło­ści syna. Po­tem Alice, która pod przy­krywką asy­stentki tak na­prawdę grała na jego uczu­ciach i ro­biła wszystko dla wła­snego zy­sku. Mark, przy­ja­ciel, który do­pu­ścił się mo­le­sto­wa­nia na oso­bie nie­let­niej i jesz­cze agent Je­remi, który po­mógł za­mieść sprawę pod dy­wan i po­zbył się osób, które mo­głyby pu­ścić parę z ust. Brzmiało to jak bar­dzo tan­detny film. Dla­tego też Spen­cer nie wi­dział sensu po­zo­sta­nia w tym miej­scu - wszy­scy byli przy nim dla wła­snego do­bra, i to tego ma­te­rial­nego, nie dla przy­jaźni, mi­ło­ści czy tro­ski. Gdy do­wie­dział się prawdy, w jego gło­wie zro­biło się na­prawdę mrocz­nie. Ży­cie dla tych lu­dzi i na tej pla­ne­cie nie miało sensu. Nic dziw­nego, że zde­cy­do­wał się za­dzwo­nić do osoby, która ni­gdy nie za­wio­dła go w po­trze­bie, czyli swo­jego di­lera.

Uśmiech­nął się do sie­bie pod no­sem, gdy nar­ko­tyki spra­wiły, że ból od­szedł. Od­dech zwol­nił, na­gle wszystko stało się zu­peł­nie inne. Łza spły­nęła mu po po­liczku, nie czuł już prze­ra­że­nia ani smutku, lecz ra­dość, uko­je­nie i spo­kój. Wszystko wo­kół niego się wy­ci­szyło. Po­zo­stał sam z pu­stymi my­ślami, ale o to mu wła­śnie cho­dziło - o wy­czysz­cze­nie swo­jej pa­mięci. Za­głu­szył ten dra­mat, któ­rym było jego ży­cie. Wresz­cie po­ja­wiło się uczu­cie re­laksu. Wzrok wszedł w inny wy­miar, ko­lory na­gle wy­bla­kły, po­kój ro­bił się co­raz cia­śniej­szy, jakby ściany nie­bez­piecz­nie zbli­żały się do niego, a łóżko, na któ­rym le­żał, za­częło go wsy­sać. Na­stała nie­bez­pieczna ciem­ność. Czy się jej bał? Może tylko przez chwilę. Wie­dział, co robi, kiedy zde­cy­do­wał się na wstrzyk­nię­cie ta­kiej ilo­ści sub­stan­cji. Uko­je­nie na­de­szło, a wraz z nim święty spo­kój.

SPEN­CER

Gdy otwo­rzył oczy, wszystko w po­miesz­cze­niu było roz­ma­zane. Przez dłuż­szą chwilę mru­gał, by zła­pać ostrość. Po­my­ślał, że je­śli to kac, to chyba w ży­ciu ta­kiego nie miał. Do jego uszu za­częły do­cie­rać różne szmery i dziwne od­głosy, któ­rych nie roz­po­zna­wał, choć brzmiały tro­chę zna­jomo. Po kilku se­kun­dach za­czął w końcu wi­dzieć wy­raź­niej, po­czuł też ogromny ból w żo­łądku. Prze­chy­lił się na bok i zwy­mio­to­wał na pod­łogę. Gdy z po­wro­tem po­ło­żył się na ple­cach, w gło­wie za­częło mu wi­ro­wać. Co jest, do cho­lery? Ma­szyny pisz­czały co­raz gło­śniej, a Spen­cer miał wra­że­nie, że głowa za­raz mu eks­plo­duje od tego głu­piego dźwięku... Pik, pik, pik.

- Po­kój B34! - Usły­szał z od­dali.

Gdzie ja, kurwa, je­stem?

Pró­bo­wał coś po­wie­dzieć, ale udało mu się wy­du­sić tylko ja­kieś znie­kształ­cone słowa. Prze­ra­ził się, zwłasz­cza że sys­te­ma­tyczne "pik, pik, pik" zmie­niło się na­gle w jed­no­stajne, prze­raź­liwe pisz­cze­nie. Ktoś do­tknął jego dłoni.

- Spo­koj­nie, Spen­cer, po­damy ci środki uspa­ka­ja­jące.

Co? Ja­kie środki?

I znowu nie­zro­zu­miałe słowo wy­szło z jego ust. Ktoś wstrzyk­nął mu do żyły ja­kąś sub­stan­cję - czuł, jak cie­pło wę­druje we­wnątrz jego ręki, a na­stęp­nie roz­pływa się po ca­łym ciele. Ogar­nęło go przy­jemne uczu­cie, a za­raz po nim sen­ność.

Nie umiał okre­ślić, jak długo spał lub był nie­przy­tomny, ale gdy po­now­nie otwo­rzył oczy, wi­dział ostrzej. Pierw­sze, co zo­ba­czył, to biały su­fit i zro­zu­miał, że nie jest u sie­bie w domu. De­li­kat­nie prze­krę­cił głowę w prawą stronę i spoj­rzał na kro­plówkę, która wi­siała przy jego łóżku. Zmarsz­czył brwi, nie ro­zu­mie­jąc, co tak wła­ści­wie się dzieje. Wolną dło­nią do­tknął koł­dry; zde­cy­do­wa­nie nie była to ta, pod którą sy­piał we wła­snym łóżku. Pod­parł się na łok­ciach, a jego ciało prze­szył ból. Za­wył, na­wet nie zda­jąc so­bie sprawy, że krzy­czy.

- Spen­cer, do­brze mieć cię tu po­now­nie - oznaj­mił miły, lecz nie­znany mu głos.

- Prze­cież ni­g­dzie się nie wy­bie­ra­łem - od­parł Trem­blay sar­ka­stycz­nie.

Po­woli so­bie uświa­da­miał, że jest w szpi­talu. Do­piero gdy od­wró­cił głowę, do­strzegł młodą pie­lę­gniarkę, która na­le­wała mu wody.

- Czemu je­stem w szpi­talu?

Za­czy­nał się de­ner­wo­wać, a ma­szyna wy­da­jąca iry­tu­jące dźwięki znowu dała o so­bie znać.

- Pro­szę, po­łóż się, za­wo­łam le­ka­rza - ode­zwała się ko­bieta, po czym wy­szła z po­miesz­cze­nia.

Spen­cer ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu te­le­fonu. Mu­siał skon­tak­to­wać się z Alice i za­py­tać, co się stało. Czy do­szło do ja­kie­goś wy­padku i dla­czego jej tu nie ma, prze­cież jest jego asy­stentką.

- Ja pier­dolę, co to za ból?

Wy­krzy­wił się, mam­ro­cząc pod no­sem. Po chwili za­sko­czył go głos le­ka­rza wcho­dzą­cego do po­miesz­cze­nia.

- Dzień do­bry, je­stem dok­tor El­liot Joy. Do­brze znów cię wi­dzieć.

O co im wszyst­kim cho­dziło? Prze­cież był tu­taj cały czas.

- Gdzie są moi lu­dzie, co się wy­da­rzyło? Mogę od­piąć to pisz­czące coś? Do szału mnie do­pro­wa­dza!

- Fak­tycz­nie cha­rak­terny, tak jak pi­szą w me­diach - za­śmiał się le­karz do pie­lę­gniarki sto­ją­cej obok. - Spo­koj­nie, Spen­cer, wszystko ci wy­tłu­ma­czymy. Naj­pierw, pro­szę, po­zwól nam prze­pro­wa­dzić nie­zbędne ba­da­nia.

Dok­tor na­chy­lił się ku pa­cjen­towi, pa­trząc w jego oczy, jakby był no­wym eks­pe­ry­men­tem me­dycz­nym. Wy­cią­gnął dłu­go­pis i ka­zał sku­pić na nim wzrok.

- Czy dłu­go­pis jest da­lej w twoim polu wi­dze­nia?

- Prze­cież go od­su­ną­łeś, więc już go nie wi­dzę. - Spen­cer był mocno ura­żony, a męż­czy­zna w bia­łym far­tu­chu coś za­no­to­wał.

- Wi­dzisz moje palce?

Jego dłoń prze­su­wała się po­woli, a za nią po­dą­żał wzrok Trem­blaya, jed­nak w pew­nym mo­men­cie dłoń me­dyka roz­ma­zała się. Spen­cer zdał so­bie sprawę, że jego wzrok się po­gor­szył.

- Od­ma­wiam dal­szych eks­pe­ry­men­tów na mnie! Czy ktoś ła­ska­wie po­wie mi, co ja tu­taj ro­bię?!

I znów po­ja­wił się ten prze­szy­wa­jący ból. Spen­cer na­krył dło­nią usta, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać nad­cią­ga­jące wy­mioty, jed­nak mu się nie udało. Pie­lę­gniarka we­zwała ko­goś do po­sprzą­ta­nia ba­ła­ganu, który zro­bił.

- Wi­tamy w świe­cie ży­wych - ode­zwał się ktoś sto­jący z boku.

Spen­cer roz­po­znał głos Je­re­miego Smi­tha. Uniósł wzrok, jed­nak na­dal trwał w prze­chy­lo­nej po­zy­cji, w ra­zie gdyby znów miały go do­paść wy­mioty.

- O co wam wszyst­kim, kurwa, cho­dzi? - wy­mam­ro­tał.

- Czy pan dok­tor może wró­cić póź­niej? Uspo­koję nieco pa­cjenta - za­żar­to­wał Je­remi, cie­sząc się z tego, że Spen­cer, mimo przedaw­ko­wa­nia, wciąż bywa sar­ka­styczny.

- Pro­szę do­zo­wać in­for­ma­cje, jest jesz­cze w szoku - po­in­for­mo­wał le­karz, po czym wy­szedł z po­miesz­cze­nia.

Je­remi był ubrany jak za­wsze - w do­pa­so­wany, szyty na miarę ele­gancki gar­ni­tur. Usiadł na­prze­ciwko Spen­cera na ma­łym pla­sti­ko­wym krze­śle, wła­ści­wie roz­siadł się w roz­kroku i prze­cze­sał dło­nią ide­al­nie uło­żone włosy. Trem­blay nie kwa­pił się do tego, by ko­lejny raz za­dać to samo py­ta­nie. Uniósł tylko py­ta­jąco brwi i cze­kał na wy­ja­śnie­nia.

- Jak się czu­jesz? - za­py­tał agent.

- A jak my­ślisz? - Spen­cer spoj­rzał w miej­sce, w któ­rym wcze­śniej były jego wy­mio­ciny.

Po twa­rzy Je­re­miego prze­biegł uśmiech.

- Wra­casz do zdro­wia, są­dząc po two­ich tek­stach.

- Może ja­kieś kon­krety? - Trem­blay za­czy­nał się iry­to­wać. - Co się stało?

- Nic nie pa­mię­tasz? - Agent zmru­żył oczy.

- Czy gdy­bym pa­mię­tał, to bym py­tał? - Spen­cer prze­wró­cił oczami, po czym opadł na po­duszkę, a ból przy­po­mniał mu o jego eg­zy­sten­cji.

- Przedaw­ko­wa­łeś - stwier­dził Je­remi krótko i do­sad­nie.

Spen­cer onie­miał. Przez chwilę krę­cił prze­cząco głową.

- Nie­moż­liwe, nie biorę tego gówna od prze­szło dwóch lat - wy­rzu­cił z sie­bie aro­gancko.

- Spójrz na sie­bie.

W tych sło­wach czuć było smu­tek. Spen­cer wy­ko­nał za­tem po­le­ce­nie, ro­zej­rzał się też po po­miesz­cze­niu. Fakt, że znaj­do­wał się w szpi­talu, po­now­nie za­czął do niego do­cie­rać, tak jakby wcze­śniej trak­to­wał to tylko jak zły sen. Za­pa­dła nie­zręczna ci­sza.

- Gdzie Alice? Mu­szę z nią po­roz­ma­wiać - po­wie­dział po chwili.

- Zwol­ni­łem ją - oznaj­mił krótko jego agent, wier­cąc się na krze­śle.

- Jak to ją zwol­ni­łeś? - Pod­opieczny spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Miała nie do­pu­ścić do tego, co się wy­da­rzyło.

- A co się tak wła­ści­wie wy­da­rzyło?!

- Do­bre py­ta­nie. Spen­cer, co się wy­da­rzyło? Wy­sze­dłeś z pre­miery, mó­wiąc, że czu­jesz ból brzu­cha. Całe szczę­ście, że Alice była na tyle uparta, by za tobą po­je­chać. Gdyby zna­la­zła cię kilka mi­nut póź­niej, to nie spo­tka­li­by­śmy się tu, tylko na twoim po­grze­bie.

Usta otwarły mu się z nie­do­wie­rza­nia. To brzmiało tak nie­wia­ry­god­nie.

- Ścią­gnij ją tu! Mu­szę z nią pil­nie po­roz­ma­wiać!

- Nie wiem, czy to do­bry po­mysł...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

ALICE

- Za­bi­łaś go... - Usły­szała szept, a po jej skó­rze prze­szedł dreszcz.

- To twoja wina... - drwił z niej inny głos.

- Halo! Czy jest tu ktoś!? - za­wo­łała i od­wró­ciła się spa­ni­ko­wana.

Nic nie wi­działa, ota­czała ją ciem­ność. Wie­działa jed­nak, że w po­miesz­cze­niu nie jest sama. Coś szturch­nęło ją w bark, przez co upa­dła na ko­lana. Czuła, jak ręce jej drżą, gdy pró­bo­wała się pod­nieść. Znów coś ją pchnęło, ale tym ra­zem nie mo­gła wstać.

- Usma­żysz się w pie­kle. - Głos cią­gle jej to­wa­rzy­szył.

Na­gle po­czuła, że nie może od­dy­chać. Chwy­ciła się za gar­dło, pró­bu­jąc zdjąć z szyi coś nie­wi­docz­nego.

- Je­steś na­stępna - wy­szy­dził ko­lejny głos.

Alice Cran­ston otwo­rzyła oczy, od­dy­cha­jąc ciężko. Była prze­ra­żona, a po ple­cach i po czole spły­wał jej pot. Gdy uświa­do­miła so­bie, że scena sprzed chwili to tylko zły sen, opa­dła do tyłu i pod­parła się na łok­ciach. Pró­bo­wała się uspo­koić. Kosz­mary stały się jej co­dzien­no­ścią; wie­działa, że to drę­czące ją wy­rzuty su­mie­nia zwią­zane z tym, co miało miej­sce po pre­mie­rze se­rialu.

Wstała z łóżka i po­kie­ro­wała się do ła­zienki. Małe lampki przy pod­ło­dze, rzu­ca­jąc de­li­katną po­światę, wska­zy­wały jej kie­ru­nek. Nie po­tra­fiła już spać w ciem­no­ści, bo sny, które ją co noc na­wie­dzały, spra­wiły, że ciem­ność stała się jej głów­nym lę­kiem. Od­krę­ciła wodę i za­nu­rzyła dło­nie w lo­do­wa­tym stru­mie­niu, a po­tem przy­ło­żyła je do twa­rzy. Spoj­rzała w lu­stro. Sine wory pod oczami tylko przy­po­mi­nały jej, że ma pro­blem ze snem i naj­wyż­sza pora coś z tym zro­bić. Ko­lejny przy­pływ uczu­cia bez­sil­no­ści spra­wił, że osu­nęła się na pod­łogę i za­częła pła­kać. Sie­działa tak sku­lona dłuż­szą chwilę, uświa­da­mia­jąc so­bie, w jak bar­dzo złym jest po­ło­że­niu, aż z za­my­śle­nia wy­rwał ją dźwięk te­le­fonu. Ze­rwała się na równe nogi i po­mknęła do sy­pialni, gdzie w łóżku cze­kał na nią smart­fon. Alice usta­wiła prze­glą­darkę w taki spo­sób, żeby wy­ła­py­wała słowa klu­czowe i sy­gna­li­zo­wała od razu, gdy w sieci po­jawi się ja­ki­kol­wiek prze­ciek o Spen­ce­rze, choćby naj­drob­niej­sza in­for­ma­cja. Klik­nęła w link pro­wa­dzący do ar­ty­kułu, któ­rego ty­tuł brzmiał: "Do­bre wia­do­mo­ści o sta­nie Spen­cera Trem­blaya".

Po pra­wie dwóch ty­go­dniach od fe­ler­nego przedaw­ko­wa­nia ze szpi­tala Mar­tina Lu­thera Kinga nad­cią­gają do­bre wie­ści. Syn osca­ro­wego ak­tora wy­bu­dził się ze śpiączki far­ma­ko­lo­gicz­nej. Szcze­góły nie są nam jesz­cze znane, ale dla mło­dego Trem­blaya to na pewno do­bry znak. Jedno jest pewne: czeka go długa droga do zdro­wia.

Alice od­ru­chowo spoj­rzała na ko­men­ta­rze pod ar­ty­ku­łem. Wy­le­wała się z nich sama nie­na­wiść, lu­dzie ży­czyli Spen­ce­rowi śmierci, pi­sząc, że jest ko­lejną roz­ka­pry­szoną gwiazdką. Jesz­cze pół roku temu, czy­ta­jąc ten ar­ty­kuł, pew­nie po­my­śla­łaby po­dob­nie. Prze­cież ten chło­pak ma wszystko, nu­dzi się, że bawi się nar­ko­ty­kami? Te­raz jed­nak wie­działa, iż prawda jest zu­peł­nie inna. Spen­cera zła­mały różne wy­da­rze­nia, ale naj­bar­dziej skrzyw­dzili go oj­ciec i jego wła­sny agent.