Wstęp
Zawsze marzyłem o tym, żeby rozpocząć pisanie książki pierwszego stycznia. No i się udało. Niestety nie udało się równo rok później skończyć, ale... może kiedyś. Fakt faktem, ta opowiastka nieźle mnie przeczołgała - zarówno emocjonalnie, jak i warsztatowo. Długo by zresztą o tym gadać. W tej chwili najbardziej liczy się to, że po postawieniu ostatniej kropki wszelkie trudności zawsze tracą znaczenie, a wspomnienia o nich wyparowują. Zajmijmy się więc czymś innym.
Otóż więc... Jest to już trzecia moja powieść po Spełnieniu i Drugim przykazaniu, w której poniekąd zabawiłem się w skrojoną na własną miarę wersję Flauberta. Mam tu na myśli jego słynne, a w każdym razie przypisywane mu, zdanie "Pani Bovary to ja". Nikt do końca nie wie, co ono znaczy. Jedni uważają, że Flaubert chciał w ten sposób wskazać na to, iż w bohaterce swojej najgłośniejszej powieści zawarł coś z siebie. Inni twierdzą, że ukrył się za fabułą, by poprzez nią wyrazić swoje poglądy na rzeczywistość.
Skłaniam się ku tej drugiej opcji. I to nie tylko w kwestii domniemanych intencji Flauberta, ale również swoich własnych, gdy sięgam po woal fikcji. Owszem, poza samą historią staram się w moich powieściach i opowiadaniach przekazać jakieś głębsze treści, własny punkt widzenia na tematy, które podejmuję.
O tym, o czym właściwie jest Nieuniknione i co chciałem za jego pośrednictwem przekazać, mógłbym się tutaj bardzo długo rozwodzić. Po części robiłem to już na blogu i w mediach społecznościowych. Tak, to jest książka o moim - zdecydowanie negatywnym i krytycznym - stosunku do tego, co niektórzy nazywają pandemią Covid-19, a ja - po prostu koronaświrozą. Bo po prostu uważam, że w 2020 roku świat oszalał i, niestety, jest to jedna z najważniejszych cezur w naszej nowożytnej historii. Cezur, po której - jakże to banalnie brzmi! - nic już nie będzie takie samo. Było życie "przed" i jest życie "po". Niestety.
Nawet, a może wręcz tym bardziej, jeśli owo "po" w coraz większym stopniu przypomina "przed", a odpowiedzialni nie dość, że nie ponoszą żadnych prawnych konsekwencji swoich decyzji, to jeszcze jak jeden mąż udają, że właściwie nic się nie stało. Ba, niekiedy można odnieść wrażenie, że wielu ludzi - zarówno polityków czy podtrzymujących koronawirusową paranoję dziennikarzy, jak i tych zwykłych, którzy padli ofiarą ich działań - najchętniej przykryłoby lata 2020-2022 i wszystko, co się w tym okresie wydarzyło, mgłą amnezji.
Wydawałoby się, że tak doniosłe dla całego globu zjawisko powinno wygenerować ożywione dyskusje, spory, analizy, o biorących się z nim za bary tekstach kultury nie mówiąc. Tymczasem wokół "pandemii" panuje dziwna, nieco przerażająca cisza. Cisza złowieszczo podobna do tej, która zalegała na ulicach naszych miast, kiedy zabroniono nam wychodzić, a o szczęściu mogli mówić posiadacze psów, którym żaden obrotowy "ekspert" - jednego dnia klarujący, że wirus nie stanowi większego zagrożenia, a następnego wykrzykujący, że trzeba wprowadzić bezwzględny reżim sanitarny, bo inaczej wszyscy umrzemy - nie wytłumaczy, że muszą się załatwiać do sedesu.
W pewnym sensie więc opowieść, którą za chwilę przeczytasz, jest moją autorską próbą wypełnienia tej pustki. A co za tym idzie - czymś w rodzaju alegorii lub paraboli. Nie takiej typowej, skrojonej według podręcznikowych reguł tego gatunku - uproszczona fabuła, ostentacyjnie sztuczni bohaterowie, będący bardziej nośnikami ważnych dla autora idei niż postaciami z krwi i kości, świat pozbawiony elementów wskazujących na konkretne realia oraz czas akcji itp. - ale jednak.
Przyznam, że zanim usiadłem do Nieuniknionego, próbowałem wyrazić, co myślę o koronaświrozie, w konwencji niefikcyjnej: czymś w rodzaju połączenia publicystycznego eseju z osobistym pamiętnikiem. Pierwsze przymiarki robiłem już kilka miesięcy po ogłoszeniu pandemii, równocześnie pracując nad Spełnieniem, które było dla mnie przede wszystkim ucieczką od ponurej rzeczywistości za oknami, ale poniosłem klęskę i po kilku próbach w końcu się poddałem.
Stało się tak chyba głównie dlatego, że za bardzo spalały mnie emocje. A po drugie... po drugie, by móc coś miarodajnie opisać, dokonać jakiejś syntezy, trzeba zyskać trochę dystansu - bynajmniej nie społecznego (ten niech idzie do diabła). Ponadto okazało się, że kostium fikcji paradoksalnie sprawdza się w niektórych wypadkach o wiele skuteczniej niż bezpośrednie odwoływanie się do własnych doświadczeń.
Co więcej, sztafaż grozy i thrillera, który zazwyczaj wybieram, kiedy udaję się do krainy fikcji, sam w sobie, poprzez swoją quasi-baśniową strukturę, stanowi doskonałe narzędzie do budowania parabol bez konieczności uciekania się do typowych dla nich, wymienionych powyżej, chwytów. Pozwala tworzyć metaforyczne konstrukcje, a zarazem nie tracić nic z pełnokrwistości fabuły i występujących w niej postaci. Pozwala też czasem o pewnych rzeczach powiedzieć wprost o wiele skuteczniej niż w innych gatunkach.
Zatem Nieuniknione jak najbardziej jest tym wszystkim. Ale jest też historią samą przez się. Historią, w której bohaterowie przeżywają własne dramaty i dylematy - zawsze jakoś tam związane z naszkicowanym powyżej głównym przesłaniem i krążące wokół niego, lecz nie podporządkowane mu arbitralnie. A jakby i tego nie było dosyć, również ono nie zostało podane wprost. Odwołanie do wiadomej sytuacji co prawda pojawia się już w pierwszym rozdziale, niemniej trzon akcji wcale nie rozgrywa się w korona-świecie, a kolejne wyraziste nawiązanie do niego pojawia się dopiero dwadzieścia rozdziałów później.
I tu dochodzimy do drugiego piętra mojego flaubertyzmu: samego świata, w którym rozgrywa się historia. Tak jak w dwóch poprzednich wypadkach są to Stany Zjednoczone, czy raczej - jak lubię podkreślać - coś w rodzaju ich fantomowej imitacji, posklejanej z popkulturowych klisz, a nie rzeczywisty kraj, w którym nigdy nie byłem i o którym na dobrą sprawę nie mam przecież zielonego pojęcia. Niemniej właśnie ta proteza pozwala mi - tak jak Flaubertowi kostium historii o prowincjonalnym lekarzu i jego nieszczęśliwej żonie - zyskać niezbędny bufor.
Ale poza miejscem równie istotną, a nawet ważniejszą, rolę w Nieuniknionym odgrywa czas. Główny czas akcji przypadający na końcówkę lat osiemdziesiątych, jak też czas jako taki, stanowiący jeden z kluczowych motywów i koło zamachowe zdarzeń. Mógłbym napisać o nim oraz jego symbolice znacznie więcej, ale nie chcę spojlerować czy narzucać zbyt ciasnych ram interpretacyjnych.
Osobny wstęp mógłbym też poświęcić źródłom i inspiracjom - zarówno literackim, jak i filmowym, które, podobnie jak działo się to w moich poprzednich "amerykańskich" powieściach, pomogły mi zbudować fabułę. Oko wprawnego czytelnika na pewno je wychwyci. Wspomnę tutaj zaledwie o kilku.
Przede wszystkim więc Czerwony smok Thomasa Harrisa i jego pierwsza, chyba raczej niedoceniana, adaptacja pt. Łowca w reżyserii Michaela Manna. Ja też dosyć długo nie mogłem przekonać się do jej z lekka psychodelicznego, a przecież tak ikonicznego dla ducha lat osiemdziesiątych, klimatu. W Nieuniknionym zawarłem kilka scen bezpośrednio nawiązujących do tego obrazu. Mogę ponadto przyznać się, że opisując wygląd mojego głównego bohatera, miałem przed oczami Williama Petersena, fantastycznie kreującego w tym filmie postać agenta Grahama.
No i oczywiście W paszczy szaleństwa Johna Carpentera. To z niego wziąłem, a następnie na własne potrzeby zmodyfikowałem, cały motyw detektywa, który zostaje wynajęty przez wydawcę do znalezienia zaginionego pisarza. Nazwa miasteczka, do którego tropem tegoż pisarza udaje się Jake i asystująca mu redaktorka z Domu Wodnika, też bynajmniej nie jest w tym kontekście przypadkowa. Podobnie jak i narastająca z każdą chwilą atmosfera ni to carpenterowskiego, ni lovecraftowskiego rozpadania się rzeczywistości.
Swoją cegiełkę dołożył też Dean Koontz - a zwłaszcza jego genialna powieść Intensywność, którą przeczytałem tuż przed rozpoczęciem pracy nad Nieuniknionym. Wiele szczegółów dotyczących farmy Delgado to kalka z upiornego domostwa Vessa. Dosłownym mrugnięciem do niego jest nazwisko i osobowość czarnego charakteru z przeszłości Jake'a. A także... stanowiąca jeden z filarów mojej powieści koncepcja ludzkich cyklonów, którą obaj z Koontzem bezsprzecznie zaczerpnęliśmy od Friedricha Nietzschego. Czy raczej, by być precyzyjnym, Martina Heideggera, który, jak wiadomo, dokonał adaptacji filozofii Nietzschego do powszechnie dziś obowiązującej formuły.
A skoro już o filozofii - i ogólnie piśmiennictwie dyskursywnym - mowa, to do inspiracyjnego pakietu niewątpliwie wypadałoby dorzucić Francisa Fukuyamę z jego tyleż legendarnym, co w dzisiejszej sytuacji całkowicie - także zresztą za sprawą koronaświrozy - skompromitowanym Końcem historii i ostatnim człowiekiem. Zawarte w tej książce tezy o ostatecznym triumfie liberalnej demokracji i kresie wielkich ideologii, które przez setki, a nawet tysiące lat rozpierniczały ludziom życie, stanowią mocny fundament znaczeniowej warstwy Nieuniknionego.
I skoro już do tego punktu wróciliśmy, chciałbym na jedną rzecz położyć szczególny nacisk. Otóż niezależnie od tego, co mogłoby wynikać z tego, co napisałem na początku, moja książka nie stanowi wyrazu utkwienia w antycovidowym resentymencie. Wręcz przeciwnie, jest: a) próbą pokonania go; b) ma ambicje uniwersalistyczne i przez ten przykład, traktowany jako alegorię, chce opowiadać o walce człowieka ze złem jako takim. Na dodatek chce to robić z ważnej dla mnie perspektywy chrześcijańskiej.
A zmierzając do konkluzji... przypomina mi się mail, który napisał do mnie pewien znajomy na samym początku całego bajzlu. Dywagował w nim, jak to świat, który dotąd znaliśmy, błyskawicznie się kończy i za miesiąc-dwa obudzimy się już w zupełnie innym - podobnym do tego dawnego, ale odmiennym. "Dobry temat na powieść, co?" - dorzucił niby mimochodem. Ja się na to zjeżyłem i odpisałem, że jeśli chce, może śmiało się za nią brać, bo mnie takie wielkie kwantyfikatory nie jarają.
Tymczasem okazuje się, że jednak jarają. Na dodatek zrodziła się z tego powieść. Powieść, którą niniejszym oddaję w Twoje ręce.
Rozdział 3
Jego bose stopy zapadały się w drobnym, ciepłym piasku plaży. Na sobie miał tylko szorty i przewieszony przez szyję ręcznik. Po lewej łagodnie marszczył się ocean, a zachodzące słońce sprawiało, że czesana przedwieczorną bryzą woda wyglądała jak roztopione złote szkło. Nieliczne rozpryśnięte po szafirowym niebie cumulusy barwił delikatny, czysty róż.
Widział je nadchodzące z przeciwka. Kim w żółtych szortach i wzdymającej się niczym żagiel białej trykotowej bluzce bez rękawów, a obok jej niemal idealna kopia w pomniejszeniu. Obie cudownie opalone, promieniejące i uśmiechnięte. Ich włosami, tak samo wełnistymi, bawił się wiatr. Dziewczynka - bo to zawsze miała być dziewczynka, wiedzieli to od pierwszej chwili - miała na imię Sadie. Zaraz wpadną w jego objęcia i całą trójką pójdą sprawdzić, jak sobie radzą żółwiki, które właśnie się wykluły.
Sadie martwiła się, że psy mogą w nocy wygrzebać jaja, więc zrobił siatkowe ogrodzenie, które wkopał głęboko w piach, zapewniając ją, że są bezpieczne. Sadie kazała mu obiecać. Uczynił to bez wahania.
Nie było żadnego tonięcia w jeziorze. Tuż po narodzinach Sadie zamienili forda na rodzinnego dodge'a kombi. Niedługo potem zapakowali do niego cały swój dobytek - wcale nie tak duży, jak początkowo sądzili - i na zawsze opuścili brudne, zadymione Detroit. Oboje zgodnie doszli do wniosku, że to nie miejsce do wychowywania dzieci - zwłaszcza gdy jest się policjantem w wydziale narkotyków i każda szumowina zamieszana w obrót białym śmiercionośnym proszkiem marzy o wyrównaniu z tobą rachunków. Odznakę oddał bez żalu.
Uznali, że mogą pojechać dokądkolwiek. Choćby i na Florydę. Choćby do którejś z tych turystycznych mieścin w rodzaju Marathon czy St. Pond. Jake zatrudni się w biurze szeryfa. Z takim przebiegiem służby przyjmą go z pocałowaniem ręki. Z czasem może sam zostanie szeryfem. Albo... do licha, albo zajmie się naprawianiem łodzi! Wszystko jedno. Tak czy siak, najpoważniejszym problemem, z jakim przyjdzie im się mierzyć, będą podpite wyrostki szpanujące swoimi podrasowanymi brykami w sobotnią noc.
Jake oczywiście wiedział o jeziorze. Doskonale pamiętał wszystko, co się zdarzyło - nawet tę dziwną wizję o mieście przyszłości i ludziach pozbawionych twarzy, którą z niewiadomych powodów wyprodukował jego niedotleniony mózg. Ale wiedział też, że to stało się w innej, równoległej wersji rzeczywistości.
Kiedyś chyba o tym czytał. A może słyszał w telewizji? Nieważne. W każdym razie naukowcy uważali, że takie rzeczy są możliwe. Nazywali to równoległymi wszechświatami czy jakoś w ten deseń. Jedni twierdzili, że każda rzecz naprawdę wydarza się w nieskończonej ilości swoich wariantów i każdy z nich stanowi rzeczywistość w którymś z tych wszechświatów (a może wymiarów? nieważne - chrzanić wymuskane słówka), inni zaś - że dzieje się tylko to, co sami wybierzemy, a alternatywne możliwości pozostają co najwyżej niewykorzystanymi potencjalnościami. Nie znał się na tym i nie zamierzał się w tym babrać. Miał ciekawsze zajęcia.
Liczyło się tylko to, że dokonał właściwego wyboru. Kim i Sadie żyły, a jeśli nawet w innej wersji rzeczywistości sprawy potoczyły się odmiennym torem i przybrały tragiczny obrót, dla niego nie miało to znaczenia. Uszczęśliwiony tą myślą zaczął biec w ich kierunku.
Ich radosne, promienne twarze coraz bardziej wypełniały mu pole widzenia. I gdy już wydawało się, że zasłonią sobą cały świat, że staną się nim, zaczęły się rozmywać. Zupełnie jak obraz w kamerze wideo, kiedy zrobi się zbyt gwałtowne zbliżenie. Wkrótce były już tylko poruszającymi się rytmicznie kolorowymi bohomazami.
Poderwał głowę, jednocześnie zdając sobie sprawę, że po policzkach ciekną mu łzy. Siedział w wypełnionym najwyżej do połowy samolocie, a z fotela po przeciwnej stronie przejścia bezczelnie gapiła się na niego otyła, obsypana piegami dziesięciolatka, której matka pogrążona była w lekturze magazynu pokładowego. Otarł oczy i poprawił marynarkę. Na opuszczonym plastikowym stoliku przed nim leżały rozłożone notatki, które przeglądał, zanim zmorzyła go drzemka. Wciąż był roztrzęsiony snem, a pod powiekami czuł zawstydzające pieczenie.
Skupił spojrzenie na papierach. Pokrywało je jego niedbałe pismo upstrzone licznymi skreśleniami i dopiskami między linijkami lub na marginesach. Na samym wierzchu, przypięta spinaczem do pliku kartek, spoczywała fotografia uśmiechniętej szatynki w granatowej bluzce z białym, zaokrąglonym na rogach kołnierzykiem. Dziewczyna, o ile jeszcze żyła - a Jake był tego pewien w niemal dziewięćdziesięciu procentach, choć oczywiście musiał założyć margines błędu - miała w tej chwili dwadzieścia sześć lat. Zaginęła pół roku temu. Nazywała się Mary Schwartz.
Przed dwoma miesiącami jej odnalezienie, lub przynajmniej ustalenie, co mogło się z nią stać, zlecili Jake'owi jej rodzice. Richard Schwartz - weteran z Korei, który po opuszczeniu armii dorobił się małej fortunki na dostarczaniu wojsku systemów informatycznych - nie należał do ludzi przyzwyczajonych do tego, iż cokolwiek mogłoby pozostawać poza ich kontrolą. Kiepsko znosił bezradność policji wobec zaginięcia jego córki, a sama myśl, że miałby być zdany na łaskę prywatnego detektywa, do tego eks-gliniarza, który porzucił służbę z tak błahego powodu jak śmierć żony, budziła w nim ledwie skrywaną furię. Mimo to nie szczędził funduszy. A sprawa Mary pochłaniała ich sporo.
- On w ten sposób kamufluje strach, panie Andros, ukrywa go przede wszystkim przed samym sobą - usprawiedliwiała męża Cynthia Schwartz, kobieta niegdyś zapewne wytworna i głodna życia, a obecnie stłamszona wewnętrznie niczym dzika klacz, którą zdołał ujarzmić treser koni.
To między innymi dla takich kobiet Beverly Knox wystukiwała na swoim buczącym ustrojstwie z bulwiastym ekranem te wszystkie bajki o szarych myszkach, które nagle, najczęściej dzięki spotkanemu przypadkiem czułemu przystojniakowi, potrafiącemu docenić ich niedostrzegane przez świat zalety, odkrywają w sobie lwice i krzeszą siłę do walki o marzenia.
Resztki tej dawnej dzikości - tym bardziej dojmującej, że podsycanej bezradnością i rozpaczą - skrzyły w ciemnozielonych oczach Cynthii Schwartz na myśl o losie córki. To ona dała Jake'owi zdjęcie, które teraz miał przed sobą, i od niej dowiedział się wszystkiego, czego potrzebował na początek. Richard podczas całej rozmowy siedział w ciasnym biurze Jake'a jak spętany buchaj, który tylko czeka, aż ktoś podejdzie dostatecznie blisko, by mógł zdzielić go rogami. Jake wysunął zdjęcie spod spinacza i popatrzył na znajdującą się pod nim kartkę w linie, na której w punktach wynotował to, co powiedziała mu Cynthia.
Mary Schwartz najwidoczniej nie odpowiadał ani cieplarniany klimat, w którym mogłaby się pławić dzięki rodzinnym pieniądzom, ani despotyczny charakter ojca. Dwa lata przed zniknięciem ukończyła pedagogikę, ale nie, jak można by się spodziewać po kimś z jej sfery, w Berkeley czy Los Angeles, tylko na stanowym uniwerku w Oregonie. Czesne opłacała, dorabiając jako kelnerka.
- Mary zawsze była ambitna, pod absolutnie każdym względem - zaznaczyła jej matka, a Richard na te słowa jeszcze bardziej się zaperzył. - Chciała pracować z niepełnosprawnymi dziećmi. Zaraz po obronie dyplomu dostała pracę we Fremont. Wie pan, w tej szkole dla niewidomych. Zorganizowała tam sobie całe życie.
Niewerbalna część informacji, którą Jake bez trudu odczytał z min ich obojga, brzmiała: wstydziła się nas, a może nawet nami pogardzała; chciała być inna od nas tak bardzo, jak tylko się dało, i postanowiła zrobić wszystko, żeby zerwać jakiekolwiek więzi. Wiele prowadzonych przez niego spraw opierało się na podobnym schemacie. Ludzie zazwyczaj znikali, bo chcieli rozpocząć nowe życie, a kiedy w końcu ich znajdował, błagali go, by nie zdradzał zdesperowanym współmałżonkom - bo najczęściej chodziło właśnie o małżeństwa - miejsca ich obecnego pobytu. Prosili jedynie o przekazanie, że żyją i są zdrowi. Chyba że akurat byli martwi.
O tym, że Mary zaginęła, Schwartzowie dowiedzieli się od jej najlepszej przyjaciółki Beth. Mary miała spędzić Wielkanoc z Beth i jej rodziną w Napa Valley - tu niewerbalny komunikat też był nadzwyczaj klarowny: wolała obcych od nas - ale kiedy w czwartek przed świątecznym weekendem Beth przyjechała po nią do jej mieszkania, nie zastała jej tam. Mary nie zostawiła wiadomości ani nie skontaktowała się z Beth przez całe święta. Beth, choć rozżalona, nie podejrzewała niczego złego. Zaniepokoiła się dopiero, gdy Mary po świętach nie zjawiła się w pracy.
W ciągu minionych ośmiu tygodni Jake poznał życie Mary lepiej, niż kiedykolwiek będzie to dane jej rodzicom. Prześwietlił trzech mężczyzn, z którymi spotykała się od czasu ukończenia studiów - ostatni był menadżerem w 7-Eleven, miał trzydzieści pięć lat, piwny kałdun, żonę i trójkę dzieci. Przyciśnięty przez Jake'a przyznał, że zerwała z nim, gdy rozwiał jej złudzenia co do rozwodu. To było niecałe dwa tygodnie przed Wielkanocą. Tak czy siak, żaden z nich nie miał możliwości - ani, szczerze mówiąc, jaj - by w jakikolwiek sposób przyczynić się do jej zniknięcia. Poza tym żadnych rewelacji: nudne i przewidywalne w każdym calu życie nauczycielki, która jakoś nie miała passy do facetów.
Dowiedział się także kilku innych rzeczy, które swoimi krętymi meandrami doprowadziły go do tego pustawego samolotu. Na myśl o tym, co prawdopodobnie czeka go w Montanie, przeniknął go zimny dreszcz. Oczywiście cały czas istniał cień szansy, że trop okaże się mylny, a Jake bezustannie - nawet teraz, przeglądając po raz tysięczny notatki, by się upewnić, że niczego nie pominął - wmawiał sobie, że tak naprawdę leci do Bozeman po to, żeby go sprawdzić i wykluczyć, a nie po to, by potwierdzić to, co w sposób nieunikniony wyłaniało się z zawiłego arrasu śladów, którymi podążał przez ostatnie tygodnie.
Cień szansy jak trzepot skrzydełek ćmy, którą może zdmuchnąć każde gwałtowniejsze poruszenie powietrza.
Ponownie włożył fotografię w spinacz. Mary Schwartz szczerzyła do niego równe, choć nie najbielsze zęby świadczące, że wlewa w siebie zbyt dużo kofeiny i używa raczej tańszych niż droższych past. Dla jej uczniów stan jej uzębienia i tak nie miał żadnego znaczenia. Jake byłby gotów obstawiać u bukmachera, że do tej bluzki założyła szarą spódnicę do połowy łydek i proste pantofle na niskim obcasie. A oczy? Oczy miała po matce. Po ojcu za to odziedziczyła wysokie, łukowato sklepione czoło.
Ale, jak na ironię, również nieustępliwy charakter. Choć postanowiła nadać mu krańcowo przeciwny wektor. Z równą determinacją, z jaką Richard Schwartz budował swoją pozycję, ona dążyła do unieważnienia i zatarcia w sobie wszystkiego, co reprezentował. Gdyby była w stanie, zapewne zmieniłaby też kształt czoła. W Bozeman ta naturalna charyzma mogła jej w równej mierze napytać biedy, jak i pozwolić przetrwać. Gdyby Jake w coś wierzył, modliłby się teraz o to drugie. Modliłby się cholernie żarliwie.
Popatrzył na przesuwające się za oknem zwały perłowo szarych chmur. Czuł na całej skórze i we włosach dziwne mrowienie. Zbliżał się nieubłaganie do czegoś, z czym za żadne skarby nie chciał się konfrontować, a zarazem próbował siłą woli przyspieszyć czas - zupełnie jak wtedy, gdy był dzieckiem i nie mógł się doczekać kolejnego odcinka Jeźdźca znikąd. Czas. Czas jest tu kluczowy. Oby Mary jeszcze go miała.
Niecierpliwie zabębnił palcami o krawędź stolika, jakby grał na niewidzialnym fortepianie. Szybciej, na litość boską! Ląduj wreszcie! Niech ma to już za sobą. Kiedy (jeśli) trop okaże się ślepą uliczką, pojedzie do hotelu, w którym Doris na wszelki wypadek zarezerwowała mu pokój, a jutro wróci do San Diego i na nowo podejmie poszukiwania, łudząc się, że Mary po prostu postanowiła rzucić wszystko w diabły, a on w końcu znajdzie ją, całą i zdrową, w jakiejś dziurze w Wisconsin czy Minnesocie. Palnie jej umoralniającą mówkę, że nie warto tak okrutnie karać bliskich, weźmie od niej zdawkowy list, do napisania którego uda mu się ją w końcu namówić, i zamknie sprawę.
A potem rzeczywiście zajmie się tym całym jasnowidzem, tym... jak mu tam? Batermanem. Dlaczego nie. To może być nawet zabawne.
Chyba że to, co skierowało jego instynkt ku Bozeman, jednak okaże się prawdą.
- Tamten facet wyprowadził w pole wszystkich. Wszystkich poza panem. Pan jakimś cudem wiedział. Prawie zupełnie jakby... - Usłyszał głos Rogersa tak wyraźnie, jakby założyciel Domu Wodnika siedział tuż obok niego.
Odpowiedział mu, nie bez odcienia dumy, którą zawsze mimowolnie odczuwał, podbijając swoje kwalifikacje przed klientami, że był gliną, jakby to wszystko wyjaśniało. Owszem, implikowało bardzo określone skojarzenia: znajomość profesjonalnych technik śledczych, ułatwiony dostęp do informacji, do których nie każdy prywatny detektyw potrafi dotrzeć równie skutecznie, umiejętność radzenia sobie w sytuacjach stresowych i tak dalej. I właściwie było z grubsza prawdą. Nawet bez szerokich uprawnień, jakie dawała odznaka, radził sobie wyśmienicie.
Oczywiście w tej robocie równie ważny jak umiejętności jest nos, intuicja, zdolność niestandardowego łączenia faktów i odwaga, by czasem postawić wszystko na jedną kartę. Jako detektyw mógł pod tym względem szarżować w nieco szerszym zakresie niż wówczas, gdy obowiązywały go sztywne policyjne procedury. Mógł i robił to. Tak zagrał w sprawie Redwood i jeszcze w kilku innych - na przykład podążając śladem niezrównoważonego psychicznie i skrajnie zdesperowanego ojca, który uprowadził swoją dziewięcioletnią córkę prosto spod szkoły i uciekł z nią do Puerto Vallarta.
W tamtej sprawie zagrał podwójnie. Gość, choć szalony, był na swój sposób sprytny. Potrafił dobrze zacierać ślady i szansa trafienia z miejscem była jak, powiedzmy, jeden do stu. A jednak Jake wycelował bez pudła. Sporo ryzykował też, decydując się na otwartą konfrontację z tamtym. Chociaż facet bezsprzecznie kochał małą, Jake ani przez sekundę nie wątpił, że gdyby coś poszło nie tak, byłby w stanie strzelić jej w skroń, a potem ukatrupić siebie. A mimo to znów zaryzykował i ponownie wygrał. Prawie zupełnie jakby...
Nie myśl o tym, do licha! Nie teraz. Wyrzuć tych poławiaczy duchów z głowy. A jednak nie mógł. Nie mógł, bo...
Gdyby jego zleceniodawcy domyślali się, jak często idzie na żywioł - na ślepo, jak orzekłby jego ojciec, sumienny księgowy, który całe życie przepracował w oddziale Northern Trust w Grand Rapids - od dawna miałby zszarganą reputację. Chroniło go jednak to cholerne alibi pod tytułem byłem gliną. Dowiadywali się o tym - od niego samego lub pocztą pantoflową - i nie drążyli. Wierzyli, że skrupulatnie analizuje każdą wskazówkę, korzysta z jakichś magicznych kontaktów i inne takie. I, do licha, na ogół robił to.
Tylko że czasem, gdy opór materii stawał się zbyt duży, wykonywał skok, uruchamiał koło fortuny, stawiał na czarną trzynastkę i...
W przypadku Bozeman też się do tego posunął. I niech go szlag, jeśli potrafił uczciwie rozsądzić, czy bardziej przeraża go perspektywa, że tym razem mógł przelicytować, czy ta, że kulka ponownie zatrzyma się na trzynastce. Obydwie możliwości stały teraz przed nim otworem jak ziejące kosmicznym mrokiem pieczary.
Bzdura. Doskonale wiesz, jak będzie, i właśnie to cię przeraża.
Rozdział 9
Wciąż oddychał z trudem, kiedy wcisnął się w przejście między rozwaloną ścianą działową i schodami. Tylne pomieszczenie, które powstało w wyniku przegrodzenia nią ogromnej parterowej izby, było wąskie i długie - przypominało raczej korytarz niż pełnowymiarowy pokój. Miało trzy okna, ale ponieważ po tej stronie podwórza panowała już noc, niemal całkowicie tonęło w mroku. Niemal, bo wśród zlewających się cieni jarzyła się nikła zielono-żółta poświata z ustawionego na przylegającej do ściany etażerce stereo.
Pęknięcie biegło tuż obok. Jake wyobraził sobie, jak Delgado włącza muzykę, po czym, wziąwszy niewielki rozpęd, całym impetem swojego zwalistego cielska taranuje cienką gipsową płytę, dodatkowo torując sobie drogę lufą strzelby. Odpowiedni efekt to podstawa. Musiał ich jakoś zaskoczyć, żeby nie zdążyli zorientować się w sytuacji i nie zaczęli się skutecznie bronić.
Znajdował się tam też okrągły stół z podstawą wykonaną z nieokorowanego sosnowego pnia. Jake był gotów iść o zakład, że to właśnie z jego blatu Delgado wziął strzelbę. Nie wiedział, skąd to wie, ale podskórnie czuł, że dokładnie tak to wyglądało. Delgado zapewne miał gdzieś stojak na broń, ale kiedy prowadzi się takie życie jak on, trzeba być zawsze gotowym na konfrontację z intruzem. Zupełnie jakby przeczuwał, że prędzej czy później ktoś się zjawi. Zresztą co najmniej kilka sztuk broni prawdopodobnie ukrył jeszcze w kilku innych zakamarkach, do których w razie nagłego zagrożenia mógłby łatwo dopaść.
To Jake również wiedział. A raczej... przeczuwał.
Tak jak przeczuwałeś, że znajdziesz tu Mary Schwartz? - parsknął sardonicznie jakiś głos w głębi jego umysłu. - Nie sądzisz, że cholernie dużo postawiłeś na szali jak na zwykły przebłysk intuicji? A jeśli masz wątpliwości, jak dużo, wróć do salonu i przypomnij sobie, co za sprawą twoich tak zwanych przeczuć zostało z głowy Toma Angstroma. Biedna Foczka. Nikt nie montuje takiej akcji pod wpływem zwykłego przeczucia. Zwłaszcza jeśli jest eks-gliną i zdaje sobie sprawę z potencjalnego ryzyka. No chyba że...
Wiedział, czyj to głos. Słyszał go dziś rano i to, że nie od razu był w stanie go zidentyfikować, wynikało z prostego faktu, iż wobec wszystkiego, co się wydarzyło w ciągu ostatnich godzin, spotkanie w Domu Wodnika zmieniło się w jego wspomnieniach w element zamierzchłej przeszłości. Tak bardzo zamierzchłej, że ledwie przypomniał sobie nazwisko Julie Sands. Ale ów głos bezsprzecznie należał do niej. A z chwilą, gdy to sobie uświadomił, dołączył do niego inny, należący do jej ekscentrycznego szefa. Plótł coś o Redwood. "Tamten facet wyprowadził w pole wszystkich. Wszystkich poza panem. Pan jakimś cudem wiedział. Prawie zupełnie jakby..."
A Jake odwinął się, że żadne zjawiska paranormalne nie mają z tym nic wspólnego. Zupełnie nic. Ot, żmudna gliniarska robota poparta odrobiną niezbędnej w tym fachu intuicji. Tak samo jak w przypadku tamtego uzbrojonego po zęby świra w Puerto Vallarta i jeszcze paru innych, przy których Jake'owi po prostu się poszczęściło. W tym fachu po prostu czasem trzeba zagrać va banque, a to wiąże się z postawieniem na przeczucie. Dokładnie tak, jak postąpił w sprawie Mary. A postąpił tak, bo...
Bo nie miał innego wyjścia. Bo trop z Bozeman po prostu wydawał się jedynym sensownym.
Podszedł do etażerki. Na zestaw psychopatycznego melomana składał się stereofoniczny gramofon i deck magnetofonowy marki Sony. Kable łączące go z kolumnami były dyskretnie wpuszczone w listwę przypodłogową. Szpulki tkwiącej w decku kasety wciąż się obracały. Jake nacisnął STOP. Taśma posłusznie zamarła. W tej samej chwili otaczająca go cisza stała się jeszcze bardziej przeszywająca, wręcz grobowa. Nic dziwnego, w końcu ten dom był jednym wielkim cmentarzyskiem. Pytanie tylko, jak wielkim. Ile ciał ofiar Delgado - lub ich szczątków - rzeczywiście się tutaj znajdowało? I co ważniejsze: czy oprócz Jake'a był tu jeszcze ktoś żywy?
- Mary?! - zawołał ponownie w mrok. Gardło piekło go jak wszyscy diabli. Pomasował sobie szyję.
Musiał znaleźć telefon. Teraz to było najważniejsze. Wyprawa do samochodu wciąż była obarczona sporym ryzykiem. Pies co prawda zwiał, a gdy to robił, nie był skory do ataku, lecz mógł się już pozbierać. Jake nie sądził, by po tym, co spotkało jego kumpli, miał na tyle ikry, aby ponownie szturmować wnętrze domu, ale na otwartej przestrzeni - licho jedno wie. Delgado dobrze je wyszkolił.