Nieugięte. Jakie naprawdę były wiejskie kobiety - Aneta Godynia

-
Proszę czekać

Przypisy

Rozdział 1. Ojciec dzieci utrzymuje, matka pielęgnuje

1 Austriacki Kodeks cywilny (ABGB) z 1811 r., §166: "Także dziec­ko nieślubne ma prawo żądać od swoich rodziców stosownego do ich majątku utrzymania, wychowania i zaopatrzenia [...]. Do utrzymania jest głównie zobowiązany ojciec [...]".

2 Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. 29/1027/5072.

3 J. Słomka, Pamiętniki włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych, Kraków 1929, s. 305.

4 Ustawa karna austriacka o zbrodniach, występkach i przekroczeniach z 27 maja 1852 r.

5 Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. 29/1027/5314.

6 Suche dni to czas postu w Kościele rzymsko-katolickim, przypadający na początku każdej z czterech pór roku. Suche dni obejmowały środę, piątek i sobotę. Zimą po wspomnieniu św. Łucji, wiosną po pierwszej niedzieli Wielkiego Postu, latem po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, a jesienią po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego.

7 Emil Steinsberg, pochodzący z Nowego Targu syn Josefa i Sali, dopiero przed czterema laty przyjechał z Wiednia do Krakowa, gdzie właśnie w 1912 roku otworzył kancelarię przy Rynku Głównym 6, w Szarej Kamienicy. Wcześniej bywał w Krakowie - w 1905 roku zdobył tytuł doktora na Uniwersytecie Jagiel­lońskim. W 1922 roku ożenił się z urodzoną w 1896 roku w Wiedniu, ale mieszkającą w Warszawie Anielą-Zofią Berliner. Aniela była jedną z pierwszych w Polsce adwokatek, ukończyła studia na Uniwersytecie Warszawskim. Krakowska izba adwokacka nie pozwalała kobietom na pełnienie funkcji adwokata, dlatego Aniela została wpisana na ich listę dopiero w 1931 roku. Od 1932 roku małżonkowie wspólnie prowadzili kancelarię przy ul. Basztowej 8. Emil jako jeden z pierwszych adwokatów w mieście przyjmował na aplikację kobiety. Mieli poglądy lewicowe, działali w Polskiej Partii Socjalistycznej. Podczas II wojny światowej wyjechali w 1941 roku do Warszawy, gdzie w 1943 roku Emil został aresztowany w trakcie łapanki. Ges­tapo zabrało go na przesłuchanie i wtedy ślad po nim zaginął. Aniela przeżyła wojnę, w 1954 wróciła do pracy adwokatki. Rok później wystąpiła z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i wraz z Władysławem Winawerem reprezentowała Kazimierza Moczarskiego, doprowadzając do jego zwolnienia i rehabilitacji. W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej działała na rzecz opozycji. Współzałożycielka Komitetu Obrony Robotników, zmarła w 1988 roku.

8 Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. 29/1027/5314.

9 "Nowa Reforma", R. 32, nr 131, 19 marca 1913, s. 5.

10 Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. 29/1027/5387.

11 Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. 29/1027/5471.

12 "Nowa Reforma", R. 32, nr 139, 26 marca 1913, s. 6.

13 "Nowa Reforma", R. 32, nr 574, 13 grudnia 1913, s. 6.

Rozdział 1

Ojciec dzieci utrzymuje, matka pielęgnuje

Mogłoby się wydawać, że alimenty na dzieci i obowiązek partycypowania ojców w kosztach wychowania to zdobycze dopiero XX wieku. Otóż nie. Już w XIX stuleciu kobiety, także te ze wsi, walczyły o to, by ojcowie ich dzieci ponosili odpowiedzialność za własne czyny. Domagały się wsparcia od mężów, którzy porzucili rodzinę, od ojców dzieci nieślubnych próbujących uchylić się od powinności, i od tych, którzy zapominali, że dziecko to zobo­wiązanie nie tylko kobiety, ale też mężczyzny. Opowiem o losach chłopek, które stawały przed obliczem cesarsko-królewskich sądów w Galicji, przed sądami w Królestwie Polskim, a później przed sądami II Rzeczypospolitej. Walczyły o uznanie ojcostwa dzieci spoza małżeństwa, o alimenty dla potomstwa1, o należne wsparcie dla siebie i swoich rodzin. Każda taka sprawa jest również fragmentem większej opowieści o tym, jak kobiety egzekwowały swoje prawa w warunkach, w których miały przecież ograniczone możliwości do działania. A jednak dawały sobie radę. To, co tu pokazuję, to jedynie wycinek, kilka przykładów spośród tysięcy podobnych historii. Historii kobiet, które nie czekały biernie na łaskę od losu.

Marianna, która nie rozumie, co się do niej mówi

W 1911 roku przed cesarsko-królewskim sądem powiatowym w Liszkach rozpoczyna się historia związana z pozwem o uznanie Wincentego ojcem nieślubnego dziecka, Michała - syna Marianny2. Marianna ma dwadzieścia trzy lata, mieszka z rodzicami w Liszkach i jako panna zaszła w ciążę. Podczas rozprawy, która odbywa się z końcem stycznia, zeznaje, że raz jeden tylko obcowała cieleśnie z Wincentym, w 1910 roku. Nie potrafi jednak podać dokładnie, w jakim miesiącu miało to miejsce. W protokole zapisano, że do stosunku doszło w marcu albo kwietniu. Dziewczyna swoje zeznanie powtarza co do joty pod przysięgą. Protokół z rozprawy, która skończyła się bardzo szybko - bo już o godzinie dziewiątej - podpisują własnoręcznie i starannie: świeżo uznany za ojca Wincenty, pełnomocnik małego Michała oraz Jan, prawny opiekun chłopca. Wincenty, którego sąd na podstawie zeznań Marianny uznał za ojca naturalnego jej nieślubnego dziec­ka, jest zobowiązany do zapłaty 5 koron miesięcznie tytułem utrzymania syna do ukończenia przez niego czternastu lat: "Obowiązek alimentacji dziecka ograniczono w zasadzie do ukończenia 14 lat życia, albowiem w wieku tym dziecko wieśniaków, zadośćuczyniwszy obowiązkowi szkolnemu, zwyczajnie samo na siebie zapracować potrafi". Czy 5 koron miesięcznie to dużo? Dla porównania roczna suma tych alimentów (czyli 60 koron) odpowiada mniej więcej jednej czwartej rocznego wynagrodzenia wójta3.

Wysokość tej kwoty nie wzięła się znikąd. Co prawda nie ma żadnej instrukcji nakazującej przyznania alimentów w określonej wysokości, ale istnieje wymóg, by kwota taka została zawsze dostosowana do stanu majątkowego ojca. A ponieważ Wincenty posiada jedynie ćwierć morgi gruntu (jedna morga w Galicji to niewiele ponad pół hektara, odpowiadała w przybliżeniu powierzchni boiska piłkarskiego), nie może być obciążony zbyt wysokim zobowiązaniem. Ponadto sąd zaznacza, że również matka jest zobowiązana do utrzymania dziecka. Półtora miesiąca później Wincenty składa apelację od wyroku. Tak właściwie to nawet nie on sam to robi, a jego matka Franciszka. Ich adwokatem zostaje Rudolf Reiner, a to, że Wincenty nie występuje tutaj sam, a razem z mamą, oznacza, że jest niepełnoletni. W Galicji pełnoletność osiąga się dopiero w wieku dwudziestu czterech lat. Franciszka podważa cały wyrok. Adwokat młodego ojca i jego matki pisze, że kardynalnym błędem było uznanie przez sąd, że do obcowania cielesnego z Wincentym doszło w 1910 roku jedynie na podstawie zeznań Marianny. Bez wnikliwego zbadania, kiedy dokładnie odbyli stosunek: "[...] wieczorem pewnego dnia i to tylko jeden raz, ale absolutnie stwierdzić tego matka dziecięcia nie mogła, w którym to było miesiącu". Bez wskazania konkretnego miesiąca nie można przecież ustalić, czy zdarzenie to miało miejsce w czasie wymaganym przepisami. Ponadto miano zignorować prośby Wincentego o przesłuchanie świadków, których zeznania miały go oczyścić "z zarzutów". Wincentemu bardzo zależało na tym, by wysłuchano tych dwóch mężczyzn, bo według jego wiedzy Marianna współżyła z nimi niejedno­krotnie. Nigdzie nie odnotowano też tego, że wedle słów Wincentego Marianna "[...] jest dziewczyną co najmniej umysłowo niedołężną i że za taką uchodzi w całych Liszkach, że ją za głupkowatą uważają". Według Franciszki są to fakty, które mogą mieć niebagatelny wpływ na obrót sprawy, co skutkować by mogło odrzuceniem przez sąd zeznań Marianny. Interesy małego Michała reprezentował od czerwca adwokat Leopold Bader. Odpierając wszystkie zarzuty podniesione w apelacji, Bader odniósł się także do kwestii, dlaczego Marianna nie potrafiła podać dokładnej daty stosunku cielesnego z Wincentym: "Marianna [...] dziewczyna wiejska - przy swoim przesłuchaniu nie umiała wprawdzie ściśle podać daty dnia oraz miesiąca, w którym pozwany z nią cieleśnie obcował, a to dlatego, bo Marianna [...] w ogóle nie zna nazw dwunastu miesięcy w roku". Bader zaznaczył jednak, że Marianna była w stanie precyzyjnie określić porę roku i okoliczności zdarzenia: "[...] pozwany obcował z nią cieleśnie na wiosnę 1910, że pozwany ją wtedy porwał, wlókł do pola, przewrócił ją i zgwałcił, cieleśnie z nią obcował, a było to na wiosnę 1910, że wówczas ziemniaki już były zasadzone, zaś ozimina, tj. żyto wówczas już było trochę podrosłe i stało już zielone [...]". A konkretną datę będzie mógł wskazać Alfred, jeśli jego zeznania zostaną przez sąd dopuszczone.

Krakowianki z LiszekMuzeum Historyczne Miasta Krakowa

Szczególnie uderzający jest fakt, że jeszcze nieco ponad 100 lat temu nie tylko Marianna, ale zapewne wiele osób z jej wsi mogło normalnie funkcjonować, nie znając nazw miesięcy. W ich świecie upływ czasu nie był mierzony datami w kalendarzu, lecz cyklem prac polowych i zmianami w przyrodzie. Rok dzielił się nie na dwanaście jednostek nazwanych i zapisanych w urzędowych dokumentach, ale na etapy: czas siewu, wzrostu zbóż, kwitnienia drzew owocowych, sianokosów, żniw czy wykopków. Pojęcia "wiosna", "czas sadzenia ziemniaków" czy "kiedy wzrasta ozime" miały w ich codziennym życiu większe znaczenie praktyczne niż "kwiecień" albo "maj". Wiedza o miesiącach była potrzebna urzędnikom, nauczycielom czy kupcom, lecz dla osób skupionych wyłącznie na pracy w gospodarstwie, szczególnie tych starszej daty, pozostawała często abstrakcyjna. Trudno nam to dziś w pełni pojąć, bo żyjemy w świecie, w którym każda czynność i każdy plan jest podporządkowany dacie i godzinie, a kalendarz - papierowy czy w telefonie - pozostaje nieodłącznym narzędziem codzienności. Możemy nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że nasi przodkowie postrzegali czas zupełnie inaczej. W ich realiach to nie kartka z zapisanym miesiącem decydowała o porządku dnia, ale wschód i zachód słońca, kolejność prac w polu, zmiana pogody czy dojrzewanie plonów. Czas był wtopiony w rytm natury, co dobitnie widzimy w zeznaniach Marianny.

Jako świadków Bader zaproponował Mariannę oraz Alfreda. Był to z jego strony swoisty wybieg, bo Wincenty i jego matka wskazali Alfreda jako jednego z dwóch mężczyzn, którzy rzekomo utrzymywali stosunki cielesne z dziewczyną, co oznaczało, że podejrzewali go o ojcostwo. W tej sytuacji rozprawa ma zostać przeprowadzona ponownie. We wrześniu sąd wysłuchuje kilku świadków, w tym właśnie Alfreda, który zeznaje, że o ile dobrze pamięta, to w marcu lub kwietniu 1910 roku widział Mariannę obcującą cieleśnie z Wincentym w polu na łące pod kasztanami. Mówi, że gdy tylko go zobaczyli, "rozlecieli się każde w inną stronę". Pozostali świadkowie utrzymują, że widzieli co prawda, jak Marianna leżała w polu z jeszcze innym mężczyzną - Wawrzyńcem, ale nikt nie zauważył, by robili coś zdrożnego. Każdy z zeznających przyznaje, że widział, jak po upływie krótkiej chwili Marianna i Wawrzyniec wstali i zaczęli gonić krowy do domu. Sprawa zapętla się niemiłosiernie, gdy wychodzi na jaw, że zarówno Alfred, jak i Wincenty zostali wcześniej oskarżeni na podstawie paragrafu 516 Ustawy karnej4 za naruszenie obyczajności "sprośnymi czynami". Co prawda Wincentego uwolniono od zarzutów, ale Alfreda skazano. Kolorytu tej historii dodaje sprawa karna przeciwko Wincentemu wszczęta z powództwa Marianny. Dziewczyna twierdziła, że Wincenty wbrew jej woli zmusił ją do odbycia stosunku cielesnego. Jak tylko wyszło to na jaw, sąd nie mógł już poważnie traktować wcześniejszych zeznań Marianny. Mając na uwadze zeznania świadków oraz fizyczne upośledzenie Marianny, sąd uznał przedstawioną przez nią wersję wydarzeń za niewiarygodną i niespójną i na tej postawie ostatecznie oddalił jej pozew:

[...] Sąd tutejszy [nabrał] przekonania, że do zeznań świadka Marianny [...] matki małoletniego powoda, absolutnie żadnej wagi przywiązywać nie można, ta bowiem jest fizycznie upośledzoną, a w szczególności ma mowę bardzo niewyraźną tak, że częstokroć nie można zrozumieć, co właściwie mówi, przy czym ma znacznie słuch przytępiony i nie rozumie, co się do niej mówi. W takim stanie sprawy Sąd tutejszy nie mógł uznać za dostateczne oparcie faktycznego stanu sprawy na zeznaniach [...] tejże matki [...].

W lutym 1912 roku sprawa ponownie trafia na wokandę, tym razem w atmosferze jeszcze większego zamieszania niż wcześniej. Do akt zaczynają spływać kolejne wzajemne oskarżenia, świadkowie zmieniają swoje zeznania, a pojawiające się nowe okoliczności, w tym informacje o tym, że Wincenty miał umawiać się z Alfredem "przy wódce" co do treści jego wyjaśnień, potęgują poczucie chaosu. Odnosi się wrażenie, że wszystko rozgrywa się ponad głowami matki i dziecka, a ich interesy stają się w procesie najmniej istotne. Coraz wyraźniej widać, że sprawa zamienia się w pojedynek dorosłych mężczyzn, adwokatów i świadków, w którym matka - dziewczyna upośledzona fizycznie - i jej dziecko są jedynie tłem. Ich interesy i dobro przestają być w centrum postępowania, a cała uwaga skupia się na wzajemnym podważaniu zeznań i przepychankach słownych. W tym gąszczu oskarżeń trudno już ustalić, kto najprawdopodobniej jest ojcem dziecka. Z akt sprawy wynika dalej, że Marianna została zmuszona do złożenia określonych zeznań i to przez własnego ojca: "[...] na pytanie pozwanego, kto jej to zrobił (że jest w ciąży), odpowiedziała, że przecie nie ty, tylko Frydek, tj. Alfred [...], za co ją ojciec paskiem wybił". Ojciec jakby jedynie mimochodem wspomina moment, gdy usłyszał od córki, co przytrafiło jej się ze strony Wincentego na przełomie marca i kwietnia dwa lata wcześniej: "[...] że ją przedtem wywlókł z domu, że mu się broniła po drodze, chwytając się płotu, lecz on jej ręce odrywał, że nie krzyczała, bo jej usta ręką zatykał, że nie jest prawdą, jakoby zeznający z obawy, by córka jego nie wygadała się o tym, że ojciec powoda jest niepozwany [...] zbił ją paskiem, lecz zbił ją paskiem istotnie, ale dlatego, że z pozwanym wtedy rozmawiała". Już sam opis tego, co powiedziała Marianna, nie budzi wątpliwości - mamy tu siłowe wyciągnięcie z domu, próbę ucieczki i chwytania się płotu, przemoc fizyczną, zatykanie ust, by uniemożliwić wołanie o pomoc. Wszystko to wprost wskazuje na gwałt, czyn dokonany ewidentnie wbrew jej woli, w sytuacji, w której była całkowicie pozbawiona możliwości obrony. Najgorsze jednak jest to, że Marianna, zamiast znaleźć w ojcu obrońcę, doświadcza od niego przemocy. Ten smutny obraz dopełnia presja ze strony rodziciela, by córka składała fałszywe zeznania. Wszystkie te okoliczności razem wzięte pokazują, jak bardzo ta młoda kobieta jest pozbawiona sprawczości. Jak bardzo jest poniżana, kontrolowana, karana i zmuszana do milczenia. To, co przebija z akt, to podwójne uwikłanie ofiary: w przemoc seksualną i w mechanizm społeczny, który tę przemoc ukrywał. Jej głos nie jest słyszany wprost, dociera do sądu przefiltrowany przez relacje innych osób. Trudno się dziwić, że sąd nie daje wiary jej zeznaniom, jeśli wziąć pod uwagę, w jakiej sytuacji znajduje się Marianna. Z pewnością, ze względu na swoją fizyczną ułomność, ma trudności z wypowiadaniem się i jasnym formułowaniem myśli. Do tego dochodzi presja otoczenia. Każdy chce od niej czegoś innego, wymaga potwierdzenia określonej, własnej wersji wydarzeń. Nic więc dziwnego, że dziewczyna gubi się w szczegółach, miesza daty i kolejność zdarzeń. Jej zeznania nie są wolnym, swobodnym opisem własnych doświadczeń, lecz próbą pogodzenia sprzecznych oczekiwań i wywieranych na nią nacisków. To jedyna spośród dziesiątek spraw o uznanie ojcostwa i przyznanie alimentów, których akta czytałam, a w której przez kilkanaście stron dokumentów nie znalazło się ani jedno zdanie o dziecku. A przecież mały Michał był jedyną osobą, której interesu ta sprawa w istocie rzeczy w największym stopniu dotyczyła. Dokumenty koncentrują się na wzajemnych oskarżeniach, podważaniu wiarygodności stron i szczegółach obyczajowych, podczas gdy los dziecka pozostaje w tle, niemal całkowicie niewidoczny. Sprawa jest przy tym tak zagmatwana, pełna pobocznych wątków i równolegle toczących się postępowań karnych, że rozeznanie się w niej wymagało dużej uwagi. Śledziłam ją, mając dostęp do materiału dowodowego i mogąc wracać do wcześniejszych fragmentów wedle potrzeby, a mimo to zrozumienie wszystkich powiązań okazało się bardzo czasochłonne. Marianna, będąc w samym środku tego chaosu, zapewne nic nie rozumiała z tego, co się dookoła niej dzieje. Ta his­toria przedstawiona została jako pierwsza, mimo że zakończyła się fiaskiem, jeśli chodzi o ustalenie ojcostwa i pozyskanie alimentów. Ma ona na celu pokazanie, że powodzenie takich spraw zależało przede wszystkim od determinacji samej matki. Mimo że matka nie była stroną - bo formalnie to dziecko dochodziło swoich praw. U Marianny tej determinacji zabrakło. Dziewczyna zmagała się bowiem z ogromnymi jak na tamte czasy ograniczeniami, z których wynikała jej beznadziejna wręcz pozycja - zarówno w rodzinie, jak i we wsi. Poznanie jej losów tym bardziej uwydatni siłę kobiet, o których opowiem dalej.

Krakowianka z CzernichowaMuzeum Historyczne Miasta Krakowa

Cecylia zwana gońculą

We wrześniu 1912 roku przed sądem w Liszkach staje Cecylia z pozwem o uznanie Walentego z Kaszowa za ojca jej nieślubnej córki Marianny, która urodziła się cztery miesiące wcześniej5. Zarówno Cecylia, jak i Walenty nie walczą sami, na sali rozpraw towarzyszą im adwokaci. Kobieta twierdzi, że Walenty wzbraniał się przed dobrowolnym uznaniem ojcostwa i wywiązaniem się z wynikających z tego obowiązków. Koszty utrzymania dziecka ponosi więc sama, dlatego zdecydowała się wystąpić do sądu o pomoc, by ten ustalił ojcostwo i przyznał małej Mariannie alimenty. Walenty zaprzecza jednak, jakoby w ogóle kiedykolwiek utrzymywał z Cecylią stosunki cielesne. Wskazuje na innego mężczyznę jako możliwego ojca. Według niego ma to być Grzegorz. Przesłuchano zatem i Grzegorza, ale ten pod przysięgą również oświadczał, że nigdy nie miał z Cecy­lią żadnych kontaktów intymnych. Co na to sama zainteresowana? Cecylia zeznaje, że we wrześniu 1911 roku, dokładnie w pierwszej połowie miesiąca, przed tzw. suchymi dniami6, Walenty miał często ją odwiedzać, a przez dwie kolejne niedziele nawet z nią sypiał. Według jej relacji obiecywał również małżeństwo, a jego matka, traktując ją niemal jak przyszłą synową, pożyczyła od niej 300 koron "na poczet przyszłej żeniaczki". Zeznania te powtarza pod przysięgą. Sąd uznaje wersję Cecylii za wiarygodną i orzeka, że Walenty jest ojcem małej Marianny. Przychyla się także do wnioskowanych przez matkę kwot alimentów, po 8 koron miesięcznie do ukończenia przez dziecko sześciu lat, a następnie po 12 koron miesięcznie aż do czternastego roku życia dziewczynki. Sędzia podkreśla, że Cecylia nie zażądała wygórowanych sum, że są one zupełnie rozsądne i dostosowane do możliwości finansowych Walentego. Czy Walenty odwołał się od wyroku? Tak. Nie przyznał się do ojcostwa w pierwszej instancji, miał zatem cień szansy podczas apelacji. Na tę okoliczność Walenty zmienił pełnomocnika. Tym razem został nim doktor Emil Steins­berg7, adwokat w Krakowie.

W bardzo rzetelnie przygotowanym piśmie Steinsberg opisuje Walentego jako skromnego, lękliwego, bardzo uczciwego i skromnego chłopaka, a Cecylię jako kobietę o złej sławie. Według słów adwokata nie dość, że Cecylia nie cieszy się poważaniem, to jeszcze powszechnie uważa się, że źle się prowadzi moralnie - we wsi rzekomo nazy­wają ją "gońculą", co oznacza, że ugania się za chłopami - i ma tendencję do mijania się z prawdą. Co więcej, Cecy­lia ma już przecież dwadzieścia dziewięć lat, więc nie jest możliwe, by w całym swoim życiu odbyła jedynie dwa stosunki płciowe z jednym tylko mężczyzną. Adwokat stara się w ten sposób odwołać do zdrowego rozsądku sędziego i znajomości realiów wiejskiego życia, by ten nie dał wiary zeznaniom powódki. Walenty w swojej obronie przytacza dokładniej okoliczności, w których rzekomo miał spłodzić dziecko, wyjaśniając, że nie zaistniały nawet ku temu żadne sprzyjające okoliczności. Zaczyna od wskazania rozbieżności między tym, co w imieniu Cecylii zostało napisane w pozwie (tj. że do stosunku doszło jeden tylko raz we wrześniu 1911 roku), a tym, co zeznawała podczas rozprawy, kiedy zmieniła swoją pierwotną wersję i powiedziała na sali, że spółkowali dwukrotnie. Miała to być jej reakcja na złożone przez Walentego wyjaśnienia, że owszem, był u niej raz, ale był pijany i zasnął na ławie, z której zabrali go jego przyjaciele. Znalazł się w domu Cecylii tylko dlatego, że po weselu został tam - jak sam określa - zaciągnięty przez krewniaka dziewczyny. Pod­kreś­la, że po pierwsze, nigdy nawet na chwilę nie był z Cecy­lią sam na sam, nie mieli wobec tego dogodnych warunków do odbycia stosunku seksualnego. Po drugie, Cecylia na pytanie, kto jest ojcem, zadane jej w czasie, kiedy była w ciąży, przez jedną z sąsiadek, odparła, że to się jeszcze okaże. Po trzecie, najbliższa sąsiadka Cecylii, często ją odwiedzająca, przyznała, że jesienią 1911 roku wielokrotnie widziała u dziewczyny innego mężczyznę, Jana. A to raz "leżącego w bieliźnie razem z powódką u niej w łóżku", a to później, kiedy Jan pukał w okno domu Cecylii, a gdy sąsiadka odeszła, "powódka po odejściu jej cichaczem go do siebie wpuściła". Na niekorzyść dziewczyny miał też przemawiać fakt, że mieszkała zupełnie sama, bez rodziny, w domu odziedziczonym po ojcu. Kto wie, co się tam mogło wyprawiać, gdy żadnej kontroli rodzicielskiej nad nią nie było. Adwokat Steinsberg przywołuje zeznania kolejnych świadków. Najpierw sąsiadki, która w trosce o Cecy­lię leżącą w połogu próbowała się dowiedzieć, kto jest ojcem noworodka, bo "trzeba będzie przysięgać na tego, kogo pozwie", na co dziewczyna odpowiedziała jej podobno: "[...] wolę nie skarżyć, bo nie wiem, na kogo zegnać". Potem sąsiada, któremu Cecylia przyznała się do stosunku z Janem. Aż wreszcie i ciotki dziewczyny, której to Cecylia miała się radzić, co może jej grozić, jeśli złoży fałszywe zeznania przed sądem (ciotka zapewniła, że Cecylia wówczas by rychło umarła). Steinsberg przywołuje jeszcze nazwiska kolejnych trzech mężczyzn z Kaszowa, którzy potwierdzą, że w tak zwanym czasie krytycznym, jak również wcześniej, odbywali stosunki cielesne z Cecylią. Na koniec adwokat zostawia najmocniejszy argument: "[...] ojciec powódki, który zmarł przed 2 laty, opowiadał Annie, że jednego dnia wypędził 2 Żydów, z którymi powódka na strychu się zabawiała, zaś sama powódka przyznała się przed tąż Anną, że skoro popadła w złą sławę z Janem i Grzegorzem, to ich już musi do siebie wpuszczać, gdy przyjdą"8.

Na koniec okazuje się, że do udzielenia pożyczki Annie, matce pozwanego, doszło w zupełnie innym czasie, niż zeznała Cecylia. Steinsberg dołożył wszelkich starań, aby przygotować apelację Walentego w sposób, który nie po­zostawiałby sędziom ani odrobiny pola do interpretacji faktów na niekorzyść jego klienta. Jego strategia była modelowym przykładem obrony w tego typu procesach. Adwokat odnalazł i powołał licznych świadków, skrzętnie dobranych tak, aby ich relacje ukazywały Cecylię jako osobę zmienną w zeznaniach i prowadzącą się w sposób, który w ówczesnych realiach można było uznać za niemoralny. Przytoczył zeznania, które jego zdaniem jasno dowodziły, że powódka modyfikowała swoją wersję wydarzeń, a więc nie była godna zaufania. Nie poprzestał jednak na tym - sięgnął nawet po słowa jej ojca, zmarłego kilka lat wcześniej, wykorzystując je, aby wzbudzić wątpliwości co do reputacji Cecylii. Sugerowanie rozwiązłości, sprzeczności w relacjach czy powiązań z innymi mężczyznami miało na celu nie tylko podważenie wiarygodności powódki przed sądem, lecz także odwrócenie uwagi od meritum sprawy, czyli od odpowiedzialności Walentego. W rezultacie proces, który formalnie miał rozstrzygać o ojcostwie i obowiązkach finansowych wobec dziecka, zamieniał się w publiczny sąd nad prywatnym życiem kobiety. Być może w oczach sądu i lokalnej społeczności Cecylia sama dostarczała powodów, by wątpić w jej prawdomówność. Dlaczego to było tak istotne? Ponieważ głównie na zeznaniach kobiety opierała się ocena sądu. Bezpośredni "atak" na kobietę, matkę dochodzącą praw dla dziecka, zwiększał szanse na odrzucenie jej żądań przez sąd. A Cecylia jeszcze w połogu miała powiedzieć sąsiadce, że nie wie, kto jest ojcem dziecka, i wolałaby w ogóle nie wytaczać pozwu o ustalenie ojcostwa. Fakt, że pytała własną ciotkę, jakie konsekwencje mogą jej grozić za składanie fałszywych zeznań, również nie stawiał jej w dobrym świetle przed wymiarem sprawiedliwości.

Patrząc jednak na tę sytuację w szerszym kontekście, można dostrzec, że pozycja Cecylii w wiejskiej społeczności była wyjątkowo słaba. Mieszkała sama, nie miała wsparcia ani ojca, ani matki, nigdy nie wyszła za mąż, a w wieku dwudziestu dziewięciu lat uchodziła w ówczesnych realiach za "starą pannę". Na wsi początku XX wieku skutkowało to często zepchnięciem na margines lokalnej wspólnoty, kobieta zostawała bez męskiego opiekuna, bez silnych więzi rodzinnych, a więc pozbawiona zarówno ochrony, jak i autorytetu, jaki zapewniało małżeństwo. W oczach otoczenia łatwo było jej przypisać "niemoralność" czy kwestionować jej prawdomówność, a to, co mówiła - nawet jeśli miało solidne podstawy - nierzadko odczytywano przez pryzmat negatywnego stereotypu "starej panny". Kobieta, która w wieku blisko trzydziestu lat pozostawała niezamężna, bez wątpienia znajdowała się w trudnym społecznie położeniu. Pytanie, czy Cecylia świadomie wybrała samotność, pozostaje otwarte. Fakty wskazują, że jej sytuacja materialna była wyjątkowo dobra jak na realia wsi początku XX wieku. Miała własny dom, odziedziczony po ojcu, co już samo w sobie dawało jej stabilność i niezależność. Potrafiła też pożyczyć matce Walentego 300 koron, sumę znaczną w tamtych czasach, która mogła stanowić równowartość kosztów rocznego utrzymania ubogiej rodziny. Była zatem kobietą samotną, ale z pewnością nie ubogą. W takich okolicznościach, w typowej wiejskiej hierarchii, majątek i posiadanie domu czyniłyby z niej atrakcyjną "partię", pannę na wydaniu o wysokim statusie. Dlatego nasuwa się intrygujące pyta­nie: czy faktycznie, jak sugerowały zeznania świadków, jej rzekomo "rozwiązłe" życie prywatne zepchnęło ją na margines społeczny? A może sam fakt, że żyła samotnie, pozostawiał tak duże pole do plotek i wręcz zazdrości, że w rezultacie przełożyło się to na nadinterpretację jej zachowań i niektórych sytuacji? Może jej niezależność finansowa, która pozwalała na funkcjonowanie poza standardowym scenariuszem małżeństwa, obróciła się przeciwko niej? Tego dziś nie rozstrzygniemy. Z akt sądowych wynika, że początkowo Cecylia wcale nie chce składać wniosku o ustalenie ojcostwa. Być może nawet nie musi tego robić. Jak już ustaliliśmy, jest kobietą jak na tamte czasy i okoliczności stabilną finansowo, posiadającą dom i środki, które pozwoliłyby jej samodzielnie wychowywać dziecko. Kilka miesięcy po porodzie mogła przeżywać trudny okres emocjonalny, przechodząc przez silne zmiany hormonalne, a to czyniło ją podatną na wpływy otoczenia. Niewykluczone, że decyzja o skierowaniu sprawy do sądu była więc podyktowana namowami ze strony bliskich lub sąsiadów - rad, które mogły być udzielane w dobrej wierze, z przekonaniem, że dziecku należy "zapewnić ojca", choćby tylko na papierze. Nie chodzi tu o tłumaczenie Cecylii, lecz o próbę zrozumienia, co skłoniło ją do podjęcia kroków sądowych w sytuacji, która wcale nie była dla niej dramatyczna pod względem materialnym. Złożenie pozwu o ojcostwo i alimenty z pewnością nie można w jej przypadku uznać za typowe "być albo nie być". Równie dobrze mogła to być próba obrony dobrego imienia. Na zarzuty podniesione przez Walentego Cecylia odpowiada w sposób wyważony, koncentrując się na istocie sprawy. Jej adwokat świadomie ogranicza się do odparcia tylko tych zarzutów, które mogą mieć realny wpływ na rozstrzygnięcie o ojcostwie. Pomija szczegóły mające na celu jedynie podważenie moralności jego klientki. Nie wdaje się w spory o jej reputację, uznaje, że nie mają one znaczenia dla meritum postępowania. Podkreśla, że sam Walenty w różnych momentach procesu przedstawia sprzeczne wersje - raz obarcza ojcostwem Grzegorza, innym razem Jana, a jeszcze później wskazuje trzech kolejnych mężczyzn. Takie zmienne i wielo­krotne oskarżenia wyglądają na próbę celowego zagmatwania sprawy. W maju 1913 roku sąd orzeka w imieniu "Jego Cesarskiej Mości", że Walenty jest ojcem nieślubnej Marianny. Trzech sędziów nakazuje mu zwrócić Cecylii koszty utrzymania dziecka od dnia jego urodzenia do momentu wniesienia pozwu, w wysokości 8 koron miesięcznie, a w przyszłości płacić tę samą kwotę aż do ukończenia przez córkę sześciu lat. Następnie, do osiągnięcia przez nią czternastego roku życia, alimenty mają wzrosnąć do 12 koron miesięcznie. Sędziowie nie przychylają się do argumentu Walentego, że wskazane przez Cecylię kwoty są zbyt wysokie. Przeciwnie, uznają je za "minimum egzys­tencji dla małoletniego dziecka". Trudno się im dziwić, w tamtym czasie na przykład jajko kosztowało 30 halerzy (korona dzieliła się na 100 halerzy), 100 kilogramów ziemniaków 6 koron, a za pięciokilogramową paczkę masła trzeba było zapłacić ponad 13 koron9. Wszystkie próby osłabienia wiarygodności Cecylii okazują się bezskuteczne, zwłaszcza gdy na jaw wychodzi, że Walenty przyznał, iż "w stanie podchmielonym przespał się w domu powódki". Dla sądu ostatecznie pozostało też bez znaczenia, czy w tym czasie w domu przebywały inne osoby, czy nie. Jak podkreślili sędziowie, "obecność drugiej osoby - zwłaszcza w nocy - nie wyklucza faktu spółkowania z powódką". Tym samym apelacja Walentego została oddalona, a wyrok pierwszej instancji utrzymany w mocy.

Sprawa Cecylii pokazuje, że mimo prób podważenia jej reputacji, odwoływania się do rzekomej, wieloletniej niemoralności i mnożenia potencjalnych "ojców", ostatecznie dla sędziów liczyła się przede wszystkim spójność zeznań kobiety. W tej sprawie kluczowe okazało się to, że sąd nie uznał reputacyjnych ataków za decydujące. Jednocześnie historia ta przypomina, że dla samotnej kobiety, nawet takiej mającej silniejszą pozycją ekonomiczną, jak Cecylia, proces o ojcostwo był sposobem na formalne zabezpieczenie dziecka, co w oczach społeczności miało znaczenie równe, a może i większe niż same pieniądze. Cecylii zdecydowanie nie zależało na finansowym wkładzie Walentego, skoro nawet sąd apelacyjny uznał, że żądała ona minimum egzystencjalnego dla dziecka. Widzimy tu, jak istotną rolę odgrywało w tamtych czasach choćby wyłącznie formalne uznanie ojcostwa dla dziecka z nieprawego łoża, nie tylko w wymiarze prawnym, ale i społecznym. Warto też zauważyć, że Cecylia nie pozostała samotna na zawsze, kilka lat po zakończeniu procesu wyszła za mąż.

Helena, która łatwo się nie poddała

Rok po procesie Cecylii, w kwietniu 1913 roku, Helena z Czułowa wnosi pozew o uznanie Kazimierza za ojca jej nieślubnej córki Stefanii10. Pozew zostaje złożony na ręce Sebastiana, ojca Kazimierza, bo chłopak jest małoletni - nie skończył jeszcze dwudziestu czterech lat. To Sebastian, jako niepiśmienny, składa podpis, stawiając zwyczajowo krzyżyk, pod udzielonym adwokatowi pełno­mocnictwem do reprezentowania jego syna. Helena występuje z pozwem spisanym na specjalnie w tym celu przygotowanym urzędowym formularzu, w którym matka ma jedynie uzupełnić kilka brakujących danych, jak na przykład imię i nazwisko mężczyzny, który "wzbrania się uznać, że jest ojcem, i spełnić ciążące na nim powinności, wskutek czego zmuszoną byłam odnośne koszta na jego rachunek opłacać", datę, kiedy doszło do stosunku cieles­nego, w wyniku którego przyszło na świat ich dziecko, i wysokość wnioskowanych kwot tytułem alimentów. Takie gotowe formularze z pewnością ułatwiały składanie pozwów, eliminując konieczność ich odręcznego i czasochłonnego przygotowywania.

Stefania jest małym dzieckiem, w dniu składania pozwu ma zaledwie półtora roku. Dlatego też Helena, zgodnie z przyjętą powszechnie procedurą, wnioskuje o alimenty w dwóch różnych wysokościach - uzależnionych od wieku potomka. Dopóki zatem Stefcia nie ukończy sześciu lat, ojciec powinien według Heleny łożyć na jej utrzymanie po 7 (w pierwotnej wersji wpisano 12) koron miesięcznie. Potem - do skończenia przez dziewczynkę czternastu lat - po 10 (najpierw matka żądała 16) koron miesięcznie. Jak już wspomniano, w tamtych czasach powszechnie uznawało się, że w wieku czternastu lat dzieci mogą już same na siebie zarabiać, i nie oczekiwano od ojca, by wspierał je finansowo. Wyjątek stanowiła sytuacja, gdy dziecko miało wady fizyczne lub umysłowe, uniemożliwiające mu pracę na własne utrzymanie. Wówczas ojciec był zobowiązany do dalszego wspierania swojego dziecka. Przepis ten wyraźnie pokazuje, jak postrzegano pracę dzieci i ich drogę do samodzielności w społecznościach wiejskich. W ówczesnej Galicji, a później w II Rzeczypospolitej, przyjmowano, że czternasty rok życia jest momentem, w którym dziecko może zakończyć edukację - czyli na poziomie szkoły ludowej (w międzywojniu była to szkoła powszechna). Uważano, że taki poziom wykształcenia w zupełności wystarczy, by młody człowiek mógł radzić sobie w życiu. Z dzisiejszej perspektywy szczególnie wymowny jest fakt, że nawet jeśli nieślubne dziecko chciało kontynuować naukę lub rozwijać swoje umiejętności, często napotykało na barierę ekonomiczną. Jeżeli nie miało jak połączyć dalszej edukacji z pracą zarobkową, zwyczajnie brakowało mu środków do życia. Jeśli matka lub jej rodzina nie mogły zapewnić dziecku wsparcia finansowego, dalsza nauka stawała się po prostu niemożliwa.

Krakowianki z CzułowaMuzeum Historyczne Miasta Krakowa

Kazimierz rzecz jasna zaprzecza słowom Heleny, by miał współżyć z nią na początku lutego 1911 roku. Tym samym kwestionuje więc bycie ojcem urodzonej w listopadzie tego samego roku Stefanii. Przyznaje co prawda, że utrzymywał z Hele­ną stosunki cielesne, ale było to zdecydowanie wcześniej niż w lutym 1911 roku, a już na pewno dużo więcej niż dziesięć miesięcy przed dniem urodzenia się rzekomo jego dziecka. Zeznaje, że doskonale wie, iż Paweł z pobliskiej Rybnej uznał się dobrowolnie (ale nieformalnie) za ojca Stefanii i zobowiązał się przed Heleną, że będzie dziecko utrzymywać. Helena natomiast świetnie pamięta datę lutowego stosunku cielesnego z Kazimierzem - był to dokładnie szósty lutego, w czwartek. Ta data zapadła jej w pamięć, ponieważ zbiegła się z ważnym wydarzeniem we wsi, jakim było wesele Józefa Zabłockiego. Po tym weselu utrzymywali kontakty intymne jeszcze przez około dwa miesiące. W ogóle zimą 1911 roku Kazimierz często ją odwiedzał i sypiali ze sobą regularnie. Zapytana o informacje dotyczące rzekomego przyznania się Pawła do ojcostwa dziecka, Helena opowiada, że w okresie, o którym mowa, Paweł przebywał w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Utrzymywali wówczas kontakt listowny. W korespondencji Paweł pisał, że zobowiązuje się do utrzymywania Stefanii. Miał również nakłaniać Helenę do wyjazdu do Ameryki i wyrażać chęć ożenienia się z nią. To stąd miała wynikać jego deklaracja pomocy finansowej dla dziecka. Paweł miał wiedzieć, kto jest ojcem Stefanii, bo w liście napisał, "że zrobi z nim porządek". Helena przyznaje jednak, że nie może przedstawić dowodu w postaci listu, ponieważ go spaliła. Jej słowa wskazują, że deklaracje Pawła miały dla niej znaczenie zarówno emocjonalne, jak i praktyczne, gdyż wiązały się z obietnicą wsparcia materialnego i małżeństwa. Przed sądem staje jeszcze w roli świadka inna mieszkanka wsi, Jadwiga. Potwierdza słowa Heleny: podczas wesela Zabłockiego w lutym 1911 roku widziała Kazimierza w sieni. To dość istotne zeznanie, jeśli wziąć pod uwagę, że Kazimierz wypiera się przed sądem, jakoby w ogóle brał udział w tym wydarzeniu. Młody mężczyzna utrzymuje, że ani przez chwilę nie było go w domu Zabłockiego podczas przyjęcia weselnego, bo wcześniej dotkliwie go pobito i z tego powodu nie mógł uczestniczyć w weselu. Zapada wyrok. Kazimierz, na podstawie słów Heleny i zeznań świadków, zostaje uznany za ojca Stefanii. Sędzia nie odrzuca proponowanych przez Helenę kwot alimentów. Stwierdza, że wsparcie finansowe, o które się ubiega, jest adekwatne.

Sprawa Heleny przeciwko Kazimierzowi pokazuje, że w Galicji początków XX wieku mężczyźni, którzy próbowali uniknąć odpowiedzialności za nieślubne dzieci, musieli liczyć się z tym, że sąd nie zawsze przyjmie ich linię obrony. Bo choć patriarchalne normy społeczne sprzyjały mężczyznom, to jednak galicyjscy sędziowie nie byli łatwym audytorium dla prostych zaprzeczeń. Liczy­ły się dobro dziecka i odpowiedzialność mężczyzny. Kazi­mierz przyjął typową strategię obrony: kwestionował datę stosunku cielesnego, przesuwając ją w czasie tak, by wykluczyć swoje ojcostwo, i wskazywał innego mężczyz­nę - Pawła - jako faktycznego ojca. Ewidentnie powołał się na zasłyszaną gdzieś plotkę, bo nawet nie zadał sobie trudu, by ustalić, że Paweł przebywał wówczas w Stanach Zjednoczonych. Podobne linie obrony często opierały się na braku dokumentów czy osób poświadczających wersję matki. W tej sprawie wystarczyło, że Helena przedstawiła spójną relację, potwierdzoną przez świadka, a sędzia uznał jej wersję za prawdopodobną. Kazimierz przegrał mimo prób zdyskredytowania kobiety i podważenia chronologii wydarzeń. Maluje się nam w ten sposób przed oczami inny wymiar patriarchatu - choć system prawny i społeczny stawiał kobiety w trudnej pozycji dowodowej, to jednak mężczyźni nie mieli pełnej swobody w unikaniu zobowiązań alimentacyjnych. W praktyce sądy galicyjskie bywały bardziej pragmatyczne niż obyczajowe, kierowały się raczej okolicznościami i dowodami, a nie utrwaloną tradycją czy lokalnymi zwyczajami. Jeśli kobieta zdołała przekonać sędziego swoją historią i wesprzeć ją choćby minimalnym świadectwem, to "męska linia obrony" często okazywała się nieskuteczna. Patriarchat zapisany na kartach akt sądowych to nie tylko dominacja i przewaga mężczyzn, o której często mówi się współcześnie. To także, przynajmniej w teorii, obowiązek ponoszenia konsekwencji własnych czynów. Gdy po drugiej stronie stawała kobieta samotnie wychowująca nieślubne dziecko, ówczesny system - choć w wielu aspektach krzywdzący zarówno matkę, jak i potomstwo z nieprawego łoża - potrafił pociągnąć ojca do odpowiedzialności, nakazując mu finansowe utrzymanie dziecka, aby odciążyć matkę. Tak właśnie postrzegano obowiązek mężczyzny w tamtym czasie.

Józefa, której kochanek jest tylko prostym chłopem

Jesienią tego samego roku Józefa wraz z dwunastoletnim synem Józefem i jego opiekunem prawnym Janem Żelaz­nym z Cholerzyna składają do sądu w Liszkach wniosek o ustalenie ojcostwa i zapłatę alimentów. Ojcem Józka ma być Jan, gospodarz z Mnikowa11. O Janie kobieta mówi, że jest człowiekiem "młodym i zdrowym, ma pół morgi gruntu i konia". Dotychczas Józefa utrzymywała syna sama, wydając na niego co najmniej 14 koron miesięcznie. Powódka własnoręcznie podpisuje się pod pełnomocnictwem dla adwokata reprezentującego interesy jej syna. Na rozprawie osobiście stawiają się zarówno Józefa, jak i Jan, który "uznaje, że jest ojcem małoletniego Józefa, gdyż w czasie krytycznym spółkował z powódką". Co istotne dla dalszego rozwoju wypadków, Józef przychodzi na rozprawę sam, bez prawnika. Jedyne, na co zwraca szczególną uwagę, to to, że wysokość rat alimentacyjnych, o jakie wnosi Józefa, jest zbyt wygórowana oraz że wcale nie posiada pół morgi gruntu, a jedynie ćwierć. Jan odmawia podpisania protokołu z rozprawy, nie podając powodu. Jeszcze tego samego dnia sąd uznaje go za ojca Józefa i nakazuje zapłacić matce 140 koron tytułem zaległych kosztów utrzymania dziecka. Ustala przy tym, że od tej pory Jan ma łożyć na utrzymanie swojego syna 7 koron miesięcznie do czasu bliżej nieokreślonego. Sąd wyjątkowo nie wskazał wieku granicznego dziecka, kiedy ojciec może przestać płacić alimenty. Zaznaczył jedynie, że dziecko ma być wspierane przez ojca do czasu, "kiedy małoletni powód sam się wyżywić będzie w stanie". Sąd bez dyskusji przyznaje matce Józefa pełną kwotę, o którą wnioskowała, gdyż uznaje ją za wielce umiarkowaną - zażądała tylko 140 koron, gdy sama przez dwanaście lat wyłożyła na utrzymanie dziec­ka ponad 1800 koron. Wydaje się natomiast, że 7 koron miesięcznie to dla Józefa kwota bardzo mała. W tamtym czasie 5 kilogramów kapusty kosztowało prawie 3 korony12, za kilogram szynki trzeba było zapłacić niemal 2 korony, a za poduszkę wypełnioną tylko pierzem 3 korony (cena za taką wypełnioną puchem wynosiła już 4 korony)13. Czym kieruje się sąd, wydając taki wyrok? Uzasadnia swoją decyzję wiekiem Józefa, pisząc, że "jako 13-letni chłopak wiejski zdoła w części zapracować na swe wyżywienie". Pozew zostaje złożony w październiku, rozprawa odbywa się ledwo miesiąc później, Jan bez problemu przyznaje się do ojcostwa i żąda jedynie zmniejszenia kwoty alimentów, na co sąd przystaje - można pomyśleć, że to niemal książkowy przykład rozprawy alimentacyjnej. Ale oczywiście następuje zwrot akcji. Pod koniec listopada Jan, już przez adwokata (przypomnijmy, że do tej pory występował w sądzie sam), składa odwołanie do wyroku z początku listopada. Dlaczego? Według Jana sąd mylnie zrozumiał jego słowa i uznał, że ten potwierdził swoje ojcostwo. A on oświadczył wówczas jedynie, że obcował cieleśnie z Józefą w czasie, w którym - według sądu - mog­ło dojść do poczęcia dziecka. Dla sądu było to przyznanie się do ojcostwa, ale w pojęciu Jana wcale nie. Przecież kwestionując tylko wysokość alimentów, a nie w ogóle zasadność ich zasądzenia, nie zaprzeczył, że jest ojcem dwunastoletniego Józefa. A wręcz to potwierdził. Jak adwokat tłumaczy Jana? Tym, że mężczyzna nie zrozumiał, co się wokół niego działo na sali sądowej: "Pozwany jest prostym chłopem, a nie prawnikiem, i nie wie, co to jest wy­raz "krytyczny", wyrazu tego nigdy nie użył i tego nigdy w Sądzie nie mówił". Według prawa, by Jan mógł zostać uznany za ojca nieślubnego dziecka, musiałby odbyć stosunek cielesny z Józefą w czasie od dziesięciu do sześciu miesięcy przed datą urodzenia dziecka, to jest przed lutym 1901 roku. Adwokat Jana pisze, że sąd nie wskazał Janowi dokładnych dat ani nie poprosił go o potwierdzenie, czy w tym okresie współżył z Józefą, a jedynie zapytał o "czas krytyczny". A tych słów Jan jako prosty włościanin nie zrozumiał. Powiedział tylko, "że miał raz stosunek z powódką w czasie, gdy się znajdowała w ciąży widocznej". To jest znacząca okoliczność, która została poruszona dopiero teraz, wcześniej jej nie odnotowano. Czy Jan naprawdę wspominał o tym na pierwszej rozprawie? Nikt go nie wysłuchał? Nie spisano jego słów? Został zignorowany przez sąd? Ciężko w to uwierzyć. Nasuwa się pytanie, czy wypowiedzi Jana były zmanipulowane, czy raczej dopiero po czasie, namowach rodziny i naradach, z ewidentnie zbyt późno zatrudnionym adwokatem wymyślił linię obrony. Czy to możliwe, że mówił o tym, że Józefa była ciężarna, ale sąd tak usilnie stał po stronie matki, że nawet nie zadał pytania, z kim miałaby być w tej "wysokiej ciąży"? Tego nigdy się nie dowiemy. Natomiast na światło dzienne wychodzą nieznane dotąd okoliczności. Otóż okazuje się, że Józefa miała jeszcze troje innych nieślubnych dzieci. Kiedyś, gdy Jan odbył z nią stosunek - jak podkreśla "raz jeden w życiu" - jedno z tych dzieci urodziło się i zmarło. Jan zaznacza, że przed przyjściem na świat Józefa kobieta miała jeszcze dwoje nieślubnych dzieci, które zmarły. Fakt ten mają poświadczyć dwie mieszkanki Cholerzyna. Co więcej, Józefa wyszła niedawno za mąż, a wcześniej, będąc panną, nie chciała od Jana pieniędzy. Dlatego Jan uznaje, że do złożenia pozwu przeciwko niemu zachęcił ją jej obecny mąż. Między słowami można wyczytać, że Jan domyśla się, iż mąż Józefy wymyślił sobie, że na jego krzywdzie pozyska środki na utrzymanie pasierba. Znamienne jest to, że adwokat nagminnie myli płeć dziecka, którego dotyczy sprawa, zarzucając przy tym sądowi niedokładność w przeprowadzeniu rozprawy. Adwokat Józefy odpowiada kilka dni później, że Jan w trakcie procesu nie tylko sam uznał się za ojca Józefa, ale też mówił, "że ile razy spojrzy się na to "dziecko", to mu się serce kraje, że nie ma funduszów na jego utrzymanie". Słowa te mieli słyszeć wszyscy obecni na sali. W tej sytuacji sąd odwołania nie uwzględnia. Nie mogło być inaczej, Jan przecież wprost przyznał się do bycia ojcem podczas pierwszej rozprawy, a to w ówczesnym prawie było zupełnie wystarczające i nieodwołalne.

Pytanie, dlaczego Jan zmienił stanowisko po powrocie do domu, pozostaje otwarte. Na pierwszej rozprawie stawił się sam, bez żadnego wsparcia prawnego, co mog­ło sprawić, że kierował się przede wszystkim emocjami, a nie kalkulacją prawną czy finansową. Widok syna oraz świadomość jego trudnej sytuacji mogły skłonić Jana do szczerego przyznania się do ojcostwa i wyrażenia chęci pomocy, tym bardziej, że wypowiedział wówczas poruszające słowa o tym, że "serce mu się kraje", gdy patrzy na dziecko, którego nie jest w stanie utrzymać. Być może dopiero po powrocie do domu, po rozmowach z krewnymi, a może też pod wpływem opinii sąsiadów czy znajomych ze wsi, zaczął postrzegać sprawę inaczej. Niewykluczone, że właśnie za namową rodziny zdecydował się zatrudnić prawnika z Krakowa, który przedstawił mu możliwość podważenia wcześniejszego przyznania się. Adwokat Jana zastosował wówczas taktykę, która powtarza się w wielu podobnych sprawach - atak na matkę nieślubnego dziecka poprzez zakwestionowanie jej wiarygodności i reputacji. Wskazując, że Józefa miała już wcześniej kilkoro nieślubnych dzieci, próbował zbudować obraz kobiety "rozwiązłej", żeby zasugerować, że ojcem może być ktokolwiek z wielu, a wybór padł pechowo akurat na jego klienta. W ten sposób linia obrony przenosiła ciężar uwagi z faktów i wcześniejszego dobrowolnego przyznania się Jana do ojcostwa na podważanie moralności i inten­cji powódki.

Dalsza część w wersji pełnej

Nieugięte

Tak można nazwać kobiety, które 100 i więcej lat temu żyły na polskiej wsi, z dala od wielkiego świata, ale blisko rodziny, ziemi i codziennej walki o przetrwanie. Nieugięte wobec biedy i przeciwności, wobec męskich hierarchii i społecznych oczekiwań. Gospodarzyły, pisały testamenty, prowadziły procesy w sądach, broniły swoich dzieci, swojej ziemi i godności. Przez długie dekady ich historie kryły się w cieniu, w archiwach, w zapiskach notariuszy, w sądowych dokumentach, które przechodziły z rąk do rąk. Tam, gdzie historia widziała głównie mężczyzn - właścicieli, dziedziców, gospodarzy - one również były obecne: jako zaradne spadkobierczynie, odważne uczestniczki sporów, kobiety, które miały świadomość własnych praw i nie wahały się o nie walczyć. Choć często bez formalnego wykształcenia, często nieumiejące pisać ani czytać, ale potrafiące zadbać o to, co dla nich najważniejsze - planujące i myślące dalekosiężnie. Każda na swój sposób.

Ta książka przywraca im głos. Pokazuje, że wiejska kobieta przełomu wieków to nie tylko gospodyni przy piecu, matka nad kołyską czy wyrobnica w polu. To opowieść o sile, która rodziła się z codziennych zmagań, z ciężkiej pracy i potrzeby zaradności budzącej determinację. To dzięki ich wytrwałości i waleczności żyjemy dzisiaj my. Spadkobiercy ich wyborów, ich sukcesów i porażek. To w nich tkwi źródło naszej codzienności: z jej cieniami i światłami, z tym, co trudne, ale i z tym, co budujące. Jeśli chcemy zrozumieć przeszłość w całym bogactwie, nie możemy jej malować jedynie w dwóch kolorach - czerni i bieli. Historie ludzkie, co widać chociażby w losach jednej rodziny, są zawsze pełne różnych barw, odcieni i półtonów. Nieugięte mają pomóc dostrzec właśnie tę wielowymiarowość. Życie kobiet, które były przed nami i które swoim uporem, swoją troską i swoim nieprzejednaniem ukształtowały świat, w jakim żyjemy.

To w tych opowieściach tkwi sens. W odkrywaniu, że nikt z nas nie pochodzi z pustki, że jesteśmy dziedzicami tysięcy małych decyzji, wyborów i poświęceń. Te historie ukryte w archiwach są jak mozaika: pojedynczo wydają się drobne, ale razem układają się w pełen, wielobarwny obraz naszego wspólnego dziedzictwa. I właśnie tam, pośród z pozoru nieciekawych, zakurzonych, starych papierów, odnalazłam je - kobiety, które mimo wszystko stawały do walki. Kobiety, które były nieugięte.

Młode kobiety pod obeliskiem w MichałowicachNarodowe Archiwum Cyfrowe

Nasi przodkowie nie są tłem historii

To, co wiemy o życiu minionych pokoleń, zależy od tego, jakie ślady po sobie zostawiły. A jakie ślady mogli zostawić po sobie niepiśmienni chłopi i chłopki, którzy - ponieważ stanowili większość polskiego społeczeństwa - w ogromnej mierze są naszymi przodkami? Wiedza o przeszłości rodzin opiera się najczęściej na źródłach, które porządkują daty i nazwiska, ale niewiele mówią o codziennym życiu. W metrykach odnotowywano narodziny, śluby i zgony. To po nie sięga się w pierwszej kolejności podczas pracy nad historią rodu. Rejestrują wiek, zawód, miejsce zamieszkania. Są niezbędne, lecz tylko budują ramy dla mikrohistorii. Żeby zbliżyć się do realnego doświadczenia życia, trzeba zejść głębiej, wykraczając poza najbardziej oczywiste dokumenty. Testamenty, umowy, zapisy sporów sąsiedzkich i rodzinnych to zwierciadła codzienności dawnych czasów. W zeznaniach świadków i pytaniach sędziów kryje się obraz rzeczywistości, jakiego nie znajdziemy w pamiętnikach czy wspomnieniach.

Tamten świat, mający swe odbicie w protokołach sądowych, każe też zadać pytania, które burzą proste wyobrażenia o przeszłości, zwłaszcza o życiu kobiet. Czy obyczaj naprawdę nakazywał im cierpieć w milczeniu? Czy mówienie o przemocy, konfliktach małżeńskich, sprawach intymnych zawsze stanowiło tabu? Zebrane historie pokazują coś innego. Spory małżeńskie rzadko były sprawą wyłącznie dwóch osób. Do sądów wzywano dziesiątki świadków: sąsiadów, krewnych, mieszkańców rodzinnej wsi, a czasem także okolicznych miejscowości. Wieś wiedziała. Widziała ślady przemocy, słyszała krzyki, znała kulisy domowych sporów. Czasem interweniowała, czasem próbowała mediować, czasem tylko patrzyła. Biernie, ale nie w niewiedzy.

Obraz kobiety cierpiącej w zupełnej samotności okazuje się więc złudny. Czy zawsze była z góry skazana na przegraną? Dokumenty dowodzą, że nie. W wielu sprawach to właśnie kobieta budziła współczucie i odruch solidarności otoczenia. To jej wierzono, gdy mówiła o biciu, głodzeniu, odbieraniu majątku. Również w sądzie mężczyzna nie zawsze był stroną uprzywilejowaną. Ten, który według uproszczonych wyobrażeń miał niepodzielnie rządzić, sam podlegał ocenie społeczności. A ta, znająca realia życia swoich mieszkańców lepiej niż ktokolwiek z zewnątrz, potrafiła jasno wskazać, gdzie leżała wina.

Ta książka oddaje głos właśnie tym historiom. Opowiada dzieje kobiet widziane z nowej, nieeksplorowanej dotąd perspektywy, zapisanej nie w przefiltrowanych wspomnieniach, lecz w konkretnych doświadczeniach codziennego życia. To opowieść o przodkach, którzy nie byli tłem his­torii, lecz jej pełnoprawnymi uczestnikami.

Co istotne, te historie nie są opowiedziane jednym głosem. W przeciwieństwie do pamiętników czy wspomnień, które zawsze nakładają na rzeczywistość filtr wrażliwości autora, akta sądowe pozostają źródłami wielogłosowymi, a przy tym niewykorzystanymi. Okazuje się, że na pozór nudne, czysto urzędowe zapisy kryją w sobie bogate świadectwo życia minionych pokoleń. Sięgnęłam po te dokumenty z myślą o odczytaniu ich właśnie w ten sposób: nie jako suchych akt spraw, lecz jako zapisu ludzkich doświadczeń.

Każda sprawa sądowa to mozaika relacji: stron sporu, świadków, sąsiadów, krewnych. Zachowały się w nich ich własne słowa, to, kim byli, jak postrzegali siebie nawzajem, jak widziała ich rodzina i lokalna społeczność. Każdy głos wnosi swój fragment opowieści, swoje emocje, interesy i swoją pamięć. Dzięki temu uzyskujemy wyjątkowy wgląd w dawny mikrokosmos: świat codziennych konfliktów, lęków, drobnych radości i nadziei, uchwycony z wielu perspektyw jednocześnie. Właśnie to czyni dokumenty sądowe jednym z najcenniejszych, a zarazem najbardziej niedocenianych źródeł wiedzy o życiu zwykłych ludzi, tych, o których historia w innych okolicznościach milczałaby zupełnie.

Choć język tych zapisów bywa trudny, przesycony prawniczą terminologią i urzędowymi formułami, to właśnie one pozwalają nam zajrzeć najgłębiej w realne życie - zobaczyć, co naprawdę miało znaczenie dla ludzi w danej epoce. Przekładam ten formalny żargon sal sądowych na opowieść zrozumiałą dla współczesnego czytelnika: wydobywam sens ukrytych pod sztywną formą znaczeń i odkrywam emocje, które kryją się w protokołach. Spory o ziemię, posag, alimenty czy prawo do separacji pokazują, wokół czego toczyła się codzienność i jak definiowano sprawiedliwość. Warto pamiętać, że decyzja o wejściu na drogę sądową nigdy nie była łatwa. Pociągała za sobą koszty - finansowe, czasowe i emocjonalne. A jednak ludzie decydowali się na ten krok, gotowi przez lata walczyć o swoje prawa. To dowód, jak ważne były dla nich sprawy, z którymi stawali przed sądem. W tych dokumentach zapisały się nie tylko konflikty, ale i hierarchia wartości, troska o rodzinę, o honor, o byt dzieci. Dlatego procesy sprzed 100 i więcej lat nie są jedynie suchym zapisem prawnych procedur. To żywe świadectwo, jak w soczewce skupiające realia epoki, a przy tym najbliższe temu, w jaki sposób naprawdę wyglądało życie naszych przodków.

Prawdy równoległe

Dla mnie, jako genealożki, są to źródła wręcz bezcenne. Pozwalają mi nie tylko odtworzyć suche fakty, lecz także zobaczyć historię rodziny w całym jej ludzkim wymiarze. Od lat badam dzieje rodzin, wykorzystując zarówno podstawowe źródła genealogiczne, takie jak metryki urodzeń, małżeństw i zgonów, jak i szeroki zasób dokumentów pozametrykalnych. Sięgam po akta notarialne, sądowe, cechowe, podatkowe, hipoteczne i administracyjne, które umożliwiają osadzenie poszczególnych osób w realnym kontekście.

Akta sądowe zajmują w moich badaniach miejsce szczególne. Są opisowe, szczegółowe i wyjątkowe pod jednym zasadniczym względem: zachowały słowa, które ci ludzie naprawdę wypowiedzieli. Nawet jeśli zostały zapisane cudzym piórem, w języku urzędowym, wciąż niosą autentyczny głos świadków i stron postępowania. Praca z tak szerokim wachlarzem dokumentów nadaje moim badaniom inny wymiar, pozwala mi wyjść poza schematyczne drzewa genealogiczne i opowiadać losy rodzin jako żywą, wielowątkową historię o relacjach, wyborach i doświadczeniach, które kształtowały ich codzienność. Z kart akt wyłaniają się animozje panujące w rodzinach i we wsiach, napięcia narastające latami, dawne urazy i konflikty, po których nigdzie indziej nie ma śladu. W zeznaniach można dostrzec wyraźne sympatie. To, kto staje po czyjej stronie, kto mówi z przekonaniem, a kto z widocznym dys­tansem lub niechęcią. Dokumenty te traktują o zatargach sąsiedzkich, o sporach między krewnymi, o niechęci mas­kowanej uprzejmymi formułkami i o jawnych oskarżeniach, które w innych okolicznościach nigdy nie zostałyby wypowiedziane na głos. Sąd był miejscem, w którym to, co prywatne, zostawało wyrażone słowami i zapisane.

Przede wszystkim jednak akta sądowe pokazują, jak jedna ludzka historia może być postrzegana na zupełnie różne sposoby. Ta sama osoba w jednych zeznaniach jawi się jako ofiara, w innych jako sprawca; jako człowiek spokojny albo niebezpieczny; jako matka dbająca o dzieci lub kobieta oskarżana o zaniedbania. Każdy świadek przynosi do sądu własne doświadczenie, własną pamięć i własne emocje, a zapis tych relacji tworzy kompozycję, w której nie ma jednej, prostej prawdy.

Właśnie ta wielogłosowość czyni dokumenty sądowe tak cennymi. Nie oferują gotowych ocen, lecz zmuszają do uważnego czytania, porównywania relacji i dostrzegania sprzeczności. Pozwalają zobaczyć, że przeszłość nie była jednolita ani jednoznaczna. Była przeżywana, oceniana i zapamiętywana różnie przez każdego z uczestników wydarzeń.

W czasach, gdy znaczna część społeczeństwa nie potrafiła ani pisać, ani czytać, fakt, że protokolant sądowy zapisał ich historie na kartach akt, jest prawdziwym skarbem. Ci ludzie nie prowadzili pamiętników, nie pisali listów z myślą o potomnych. Ich doświadczenie nie miało szansy przetrwać inaczej niż poprzez dokumenty wytworzone przez instytucje państwa. Sąd czy notariusz stawali się więc mimowolnymi kronikarzami ich życia.

Z dokumentów metrykalnych dowiemy się, kiedy się urodzili, ile mieli lat, kim byli z zawodu i gdzie mieszkali. Ale metryki milczą o tym, jak mieszkali, w jakich warunkach, ile zarabiali, czy byli chorzy, głodni, zadłużeni albo zmuszeni do życia na cudzym. To możemy wyczytać właśnie z akt sądowych. One przemawiają innym językiem i wymagają innego sposobu lektury. Trzeba nie tylko do nich dotrzeć, lecz także umieć je czytać wbrew ich oficjalnej formie, wydobywać sens, porównywać fragmenty, łączyć rozproszone ślady w spójną opowieść. To tam pojawiają się informacje o stanie zdrowia, o braku jedzenia, o długach, o przemocy, o pracy ponad siły. To w sądzie ludzie mówili o swoim życiu najpełniej, bo musieli je wytłumaczyć, uzasadnić, obronić.

Sens ukryty w szczegółach

Jako genealożka nie szukam sensacji, nie zależy mi na znalezieniu dokumentów przełomowych dla historii ogólnej. Sprawiam, że nasi przodkowie przestają być anonimowymi punktami na osi czasu, a zaczynają być kimś bliskim, zrozumiałym, bardziej ludzkim. Od lat badam historie rodzin i nigdy nie trafiłam na taką, która byłaby prosta, łatwa i jednoliniowa. Każda opowieść, nawet ta pozornie podobna do innych, przy bliższym spojrzeniu rozpada się na wiele odcieni, sprzeczności i nieoczywistych wyborów. Dlatego nie generalizuję. Każdego dnia widzę, że uproszczenia w niczym nie pomagają. Przeciwnie, prowadzą w ślepy zaułek i zniekształcają odbiór dawnej rzeczywistości.

Nigdy nie powiem, że "wszyscy tak żyli". Tak żyła jedna konkretna osoba, w określonym miejscu i czasie, wśród konkretnych ludzi i uwarunkowań. Inna, choćby mieszkająca w tej samej chałupie, mogła mieć zupełnie odmienne doświadczenia. Dopiero dostrzeżenie takiej różnorodności pozwala naprawdę zrozumieć przeszłość. To ona burzy schematy. Czyni historię bliższą, bardziej ludzką i prawdziwszą.

Te mikrohistorie nadają poprzednim pokoleniom ko­loryt. Sprawiają, że przodkowie przestają być czarno-białymi postaciami z drzew genealogicznych, zredukowanymi do dat i lakonicznych określeń. Dzięki nim zyskują głębię - stają się ludźmi uwikłanymi w relacje, emocje i wybory, które nie zawsze były proste i jednoznaczne. Mikrohistorie wypełniają luki pomiędzy suchymi faktami. Pokazują złość, strach, nadzieję, lojalność i rozpacz. Ujawniają chwile słabości i momenty odwagi, codzienne konflikty i drobne gesty solidarności. Dzięki nim można zobaczyć nie tylko, co się wydarzyło, ale także jak to było przeżywane. To właśnie emocje zapisane w zeznaniach, skargach i odpowiedziach powodują, że przeszłość ożywa. Słowa wypowiedziane przed sądem, nawet jeśli zapisane urzędowym językiem, niosą w sobie napięcie chwili, drżenie głosu, gniew lub bezradność. Przodkowie stają się bliżsi, bardziej ludzcy, zrozumiali w swoich decyzjach. Dzięki tym drobnym, jednostkowym historiom dawne pokolenia wychodzą z cienia. To właśnie te mikroopowieści sprawiają, że przeszłość przestaje być martwa, a zaczyna mówić ludzkim głosem. Trzeba jednak pamiętać, że wiele spraw na zawsze pozostało pod strzechą, a wiele dramatów nigdy nie wykroczyło poza ściany domów. To, co dziś odnajdujemy w aktach, jest świadectwem niezwykłej odwagi, na którą nie każdą kobietę było stać. Wiele drobnych his­torii nie zostało zapisanych i nigdy nie zostanie opowiedzianych. Akta sądowe pozwalają usłyszeć niektóre głosy przeszłości, ale zarazem przypominają o tych, które na zawsze pozostaną niesłyszane.

Co więcej, ludzie ci nie mówią o sobie w odniesieniu do wielkiej historii, do przełomowych wydarzeń politycznych czy społecznych. Innymi słowy, wszystko, o czym uczono nas jako o kluczowych momentach epoki, pozostaje w tle lub nie pojawia się wcale. Nie one kształtują narrację o ich życiu, nie one ich definiują. W aktach sądowych ludzie występują przede wszystkim jako oni sami. Jako mężowie i żony, matki i ojcowie, sąsiedzi, rodzeństwo. Mówią o tym, co dla nich najważniejsze "tu i teraz". O krowie sprzedanej bez zgody, o pieniądzach, których zabrakło na utrzymanie dzieci. Ich świat nie jest abstrakcyjny ani symboliczny. Okazuje się do bólu konkretny, osadzony w codzienności mierzonej kawałkiem chleba i morgą ziemi. Ich tożsamość buduje się wokół relacji i zwykłych doświadczeń, a nie wokół dat ani wydarzeń znanych nam z podręczników.

Dzięki temu te źródła są tak wyjątkowe. Pozwalają zobaczyć przeszłość bez historycznego patosu. Ludzie występujący w aktach sądowych nie próbują wpisywać swojego życia w wielkie narracje. Nie tłumaczą się historią, nie odwołują się do ideologii ani do "czasów, w jakich przyszło im żyć". Opowiadają o sobie bez pośredników. Dzięki temu zyskują niezwykłą autentyczność. Przestają być elementem tła dla wielkich wydarzeń, a stają się centrum własnej opowieści. Ich doświadczenie nie jest ilustracją historii, jest historią samą w sobie.