Nieudana rewolucja. Nieudana restauracja. Polska w latach 2005-2010 - Marek Migalski


Reflow text when sidebars are open.
Książka została ukończona na kilka dni przed tragedią smoleńską. Obecne słowa piszę w tydzień po wyborach prezydenckich. Dlaczego? Bo katastrofa samolotu z prezydentem Kaczyńskim i pozostałymi dziewięćdziesięcioma pięcioma osobami oraz późniejsze wydarzenia poważnie zmieniły sytuację polityczną w kraju. Warto o tym wspomnieć i zastanowić się nad ich konsekwencjami dla przyszłości państwa.
Wygrana Bronisława Komorowskiego znacząco wpływa na kształt sceny politycznej i jej rozwój w przyszłości. Poprzednie bowiem wybory prezydenckie oznaczały de facto koniec postkomunizmu w Polsce, obecne - jego reaktywację. Wygrana Lecha Kaczyńskiego, PiS-u i PO w 2005 roku mogły świadczyć o tym, że to, co określaliśmy jako postkomunizm, zniknie na zawsze z polskiego życia społecznego i przestanie osłabiać państwo polskie. I po części tak się działo - choć nie doszło do zawarcia koalicji PO-PiS, to jednak rządy najpierw Kaczyńskiego, a potem Tuska wydawały się powoli unicestwiać postkomunizm. Wydawało się, że choć nie nazbyt szybko, ale jednak systematycznie, że jego rudymenty są eliminowane z systemu politycznego i gospodarczego, że staje się on coraz słabszy, że państwo odzyskuje swoją siłę, sterowność, podmiotowość. Jednak wydarzenia ostatnich tygodni pozwalają postawić tezę, iż proces ten został wyhamowany i na powrót mamy do czynienia z narastaniem warunków ku reaktywacji postkomunizmu w zniuansowanej, być może, postaci.
Przy Komorowskim stanęła cała elita postkomunizmu - Kwaśniewski, Wałęsa, Jaruzelski, Cimoszewicz, Urban, Belka i wielu, wielu innych. Charakterystyczne było wyznanie generała Dukaczewskiego, że jak wygra Komorowski, to on otworzy szampana z radości. Kampania wyborcza pokazała, że wokół kandydata PO zgromadziło się mnóstwo osób charakterystycznych dla Polski lat 1989 - 2005: w nim widzieli jedyną szansę na zachowanie swoich przywilejów, na pomyślny rozwój Polski, na uchronienie kraju przed tym, co określali jako największe zagrożenie - powrotem PiS-u do władzy. Zobaczyliśmy cały korowód postaci kojarzących się ze szczęsnymi latami 90-tymi, tabuny "autorytetów", te tuziny "samych swoich". Wszystko, co najbardziej reprezentatywne dla Polski okresu postkomunizmu, stanęło przy Komorowskim i rękami oraz nogami wspierało swego kandydata.
A kandydat szybko to zrozumiał i skwapliwie skorzystał z zaproszenia i ochrony, którą daje tego typu parasol. Wydawało się, że już owego parasola nie ma, że został zniszczony, że zaginął - jednak on w mig został odnaleziony i zreperowany na Czerskiej i w innych miejscach, w których z nostalgią i łezką w oku wspomina się stare, dobre czasy sojuszu tiary i korony, czyli "Gazety Wyborczej" i Unii Wolności. Komorowski wszedł bardzo łatwo w ten azyl i dzięki niemu w dużej mierze wygrał. Dopiero w czasie kampanii wyborczej wielu przypomniało sobie, że przecież był on przez wiele lat politykiem UW, częścią tamtego zaginionego - wydawać się mogło - świata. Jednak nadspodziewanie szybko ów świat się odrestaurował, reinkarnował. I dzisiaj to właśnie Komorowski jest inkarnacją postkomunizmu, choć zabrzmi to dziwnie, bo był on przecież swego czasu znanym antykomunistą i działaczem przedsierpniowej jeszcze opozycji. Lecz dziś to w nim ulokowały swoje nadzieje siły, które wydawały się zniszczone na zawsze. Zadziwiające, jak rychło i snadno potrafiły się one odrodzić i na powrót znaleźć swoją polityczną reprezentację.
Państwo w wizji, ale jeszcze bardziej w praktyce rządów nowego prezydenta będzie słabe na zewnątrz i do wewnątrz. Niedawno, jeszcze przed wyborami, pisałem o tym tak: "(...) Trzeba wiary, że Platformie, Tuskowi i Komorowskiemu naprawdę chodzi o udaną, skuteczną, przyspieszoną modernizację Polski i że są oni w stanie za to zbożne dzieło zapłacić polityczną cenę. Ja takiej wiary nie mam i prawie trzy lata rządów PO dostarcza wystarczająco wiele empirycznych dowodów na prawdziwość tezy odwrotnej - że temu środowisku nie zależy na szybkim i zrównoważonym rozwoju kraju, na podniesieniu jego siły wewnętrznej i zewnętrznej, na skutecznym przeciwstawieniu się patologiom w życiu społecznym i gospodarczym. Że Tuskowi i jego ludziom chodzi w istocie o utrzymywanie władzy, o jej sprawowanie, o zabawianie się nią niźli o jej skuteczne używanie do wzmacniania Polski. Tylko najbardziej zagorzali i fanatyczni miłośnicy PO wciąż żyją w przekonaniu, że Tusk nie może się doczekać, by po obsadzeniu przez jego partię stanowiska prezydenta rzucić się do ciężkiej pracy i zaryzykować wszystko, by dokonać skoku cywilizacyjnego. Tę niechęć do podejmowania trudnych i niezbędnych reform obnażył w swej słodkiej szczerości Palikot, który - będąc bardzo blisko premiera, a jeszcze bliżej marszałka - napisał, że Tusk jest pierwszym politykiem, który nie chce przejść do historii jako autor jakiejkolwiek reformy czy dzieła. On po prostu chce władać. Zwycięstwo Komorowskiego utrwali jedynie ten stan inercji, ten dryf, którego jesteśmy świadkami od 2007 roku, tę imitację modernizacji, namiastkę i ersatz reform. Gdybyśmy byli Królestwem Norwegii lub Księstwem Monaco, to tego typu zarządzanie rzeczami, jak pisał Marks, a nie rządzenie, byłoby być może nawet wskazane, ale Polska - niestety - nie znajduje się w stanie takiej błogiej nirwany jak wspomniane kraje. Jest krajem na dorobku, państwem w trakcie transformacji, stojącym przed masą wyzwań. Słodkie drzemki, popołudniowe sjesty są dla nas zabójcze. A w taką właśnie drzemkę popadliśmy na początku rządów PO. Komorowski jako prezydent kraju jeszcze pogłębiłby stan owej głębokiej narkozy, z której być może już nigdy byśmy się nie wybudzili.
Ale zwycięstwo marszałka byłoby groźne dla rozwoju naszego kraju nie tylko ze względu na zahamowanie procesów modernizacyjnych. Na marginesie - PO jest partią imitacji, fałszywej jedynie nowoczesności, pozornej westernizacji, powierzchownego unowocześniania i Komorowski jest świetną tego egzemplifikacją. Jego sposób bycia, poglądy, zachowania, zwyczaje i język doskonale obrazują anachroniczność tej formacji, jej pasywność, niezrozumienie współczesnego świata, jego skomplikowanych struktur i mechanizmów. Nikt tak bardzo jak Komorowski nie obnażył imitacyjnego charakteru Platformy jako partii nowoczesnej. Ale - jako się rzekło - jego zwycięstwo oznaczać będzie nie tylko zahamowanie unowocześniania Polski. To będzie także początek procesów osłabiania naszego kraju w wymiarze zewnętrznym i wewnętrznym.
W tym pierwszym przypadku chodzi mi o osłabianie naszej pozycji na arenie międzynarodowej. Bolesnym faktem jest, że rząd Donalda Tuska bardzo słabo walczy o polskie interesy narodowe. Zamiast realnych zysków i namacalnych zwycięstw zadawala się perkalikami i świecidełkami w postaci nic nieznaczących stanowisk dla Polaków, gestami bez realnego znaczenia, słowami, ciepłymi i kurtuazyjnymi wizytami. Od trzech lat nasza pozycja w Unii i na świecie słabnie, a nie rośnie - odbywa się to jednak przy akompaniamencie wzajemnych duserów i komplementów. Jesteśmy chwaleni przez naszych zachodnich i wschodnich partnerów, jesteśmy miło opisywani przez zagraniczną prasę - właśnie dlatego, że abdykowaliśmy z prowadzenia samodzielnej i asertywnej polityki zagranicznej. Przykładów na to są setki - ostatnim z nich jest rezygnacja z prowadzenia przez stronę polską śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Rzeczpospolita zrzekła się do tego prawa, bo - jak wyjaśniali czołowi politycy PO - "zostałoby to bardzo źle odebrane przez naszych rosyjskich przyjaciół". I rzeczywiście - tak mogłoby się stać, ale czy w polityce chodzi o to, by inni byli z nas zadowoleni, czy też żebyśmy my sami byli z siebie zadowoleni? Dobre relacje z Moskwą zostały więc kupione przez rezygnację z naszych interesów. Jeśli jeszcze, jak chce tego Komorowski, chronić będziemy swój krajobraz przez odrzucenie planów wydobycia w Polsce gazu łupkowego, nasze relacje z Rosją będą prawie idealne. Jak Kraju Priwislanskiego z caratem.
Ironizuję i kpię, ale to pokazuje, kim jest Komorowski i jak rozumie polską rację stanu. Dla obecnego marszałka dobre relacje z sąsiadami warte są rezygnacji z podstawowych polskich interesów narodowych. Czy ktoś ma odwagę nazwać to po imieniu? Ja na razie nie. Ale to tak, jakbyśmy w imię poprawnych relacji z sąsiadem zza ściany, któremu przeszkadza, że my używamy telewizora, pralki i lodówki, postanowili, że nie będziemy już więcej oglądać TV, zrezygnujemy z prania ubrań, a stołować się będziemy tylko na zewnątrz. Czy kogoś takiego nazwalibyśmy dobrym gospodarzem? No i co o nas pomyślałby ów sąsiad? Czy zasługiwalibyśmy na jego i swój szacunek?
Wybór Komorowskiego na szefa państwa to także osłabienie owego państwa w wymiarze wewnętrznym - PO wielokrotnie pokazała, że ma odwagę na walkę z PiS-em, ale nie ze świetnie zorganizowanymi i wpływowymi środowiskami. Za cenę spokoju wewnętrznego i zawieszenia broni z naukowcami, lekarzami, prawnikami, notariuszami, biznesmenami, mediami komercyjnymi, filmowcami, artystami - gotowa jest całkowicie zrezygnować z walki o prawa ludzi słabiej zorganizowanych i niemających możliwości tak skutecznego wpływania na procesy polityczne. Platforma jest w istocie bardzo słaba - brak jej woli, ale także umiejętności zarządzania państwem i jego skomplikowanym mechanizmem. Preferuje raczej wycofanie się i oddanie prawdziwych procesów politycznych we władanie najsilniejszych. Ten swoisty darwinizm, wynikający z braków w wiedzy i politycznych możliwości, przykrywany jest rzekomym liberalizmem. Ale to nie liberalizm, to raczej objaw bezradności i braku rozeznania. Wejście w spór z dobrze zorganizowanymi grupami i środowiskami wywołałoby niepotrzebne spory i mogłoby obnażyć słabość i niekompetencje obecnej ekipy rządzącej. A to mogłoby odbić się na jej popularności, co - jak wiemy - jest dla niej kryterium kluczowym.
Komorowski wydaje się niechętny do jakiejkolwiek walki, która wymagałaby wysiłku i odwagi. Jest otorbiony nie tylko służbami specjalnymi, ale także interesami i lobbystami, i nie ma woli do sprzeciwiania się im i stanowczej obrony przed nimi polskiego państwa. Jego prezydentura byłaby więc podobna w tym względzie zarówno do prezydentury Wałęsy, jak i Kwaśniewskiego. Okazałoby się zatem, że Belweder był miejscem walki o suwerenność wewnętrzną i podmiotowość wobec silnych i zorganizowanych grup społecznych jedynie w latach 2005 - 2010. Byłaby to bardzo smutna i symboliczna restauracja zwyczajów i obyczajów okresu postkomunizmu.
I last but not least, Polska pod rządami Komorowskiego będzie mniej demokratyczna niż pod rządami Kaczyńskiego. Dla tych, którzy uwierzyli, że w latach 2005 - 2007 mieliśmy rządy Stasi i Securitate, tak twierdził był ongiś Paweł Graś, konstatacja to bardzo śmiała. Ale należy chyba powoli weryfikować te głupoty o autorytarnych rządach PiS-u, bo kolejne śledztwa przeciwko politykom PiS-u są umarzane i coraz bardziej widać śmieszność ówczesnej histerii, której uległy znaczące postaci polskiego dziennikarstwa (na przykład Tomasz Lis w przeddzień wyborów 2007 roku, w wywiadzie dla Konrada Piaseckiego grzmiał: "Stawką jest wolność słowa w Polsce i prawdziwa demokracja, i to jest stawka w tych wyborach. Dzisiaj nikt mi nie powie, że podważam czyjąś niezależność i obiektywizm stacji. Głosujecie na PiS, głosujecie na koniec demokracji w Polsce"). Prawdziwym zagrożeniem dla demokracji jest monopol władzy - jak pisał lord Acton: "Władza deprawuje, władza absolutna deprawuje absolutnie". Jeśli PO przejmie ośrodek prezydencki, oznaczać to będzie, że przejmuje w istocie całość władzy w naszym kraju. Ma premiera, marszałka Senatu i Sejmu, za kilka tygodni przejmie władzę w mediach publicznych (w TVN, jak z uroczą szczerością deklarował Wajda, ma swoich przyjaciół - zresztą w tej drugiej telewizji też). Obsadzi też funkcje w NBP, IPN-ie, wybierze swojego rzecznika praw obywatelskich, a szefem "Rzepy" wreszcie zostanie Tomasz Wołek. Służby specjalne już są pod kontrolą PO. Coś jeszcze? Chyba wystarczy. Przy oszczędzaniu stosuje się zasadę niewkładania wszystkich jajek do jednego koszyka. Do wyborów politycznych powinniśmy zastosować tę samą zdrową zasadę."
Dzisiaj, już po wyborach, mogę jedynie powtórzyć tamte słowa i skonstatować, że prezydentura Komorowskiego cofa nas do czasów sprzed 2005 roku. Że o ile Tusk starał się grać z postkomunizmem, być jego partnerem, a czasem nawet stać się jego panem, o tyle nowy prezydent jest owego postkomunizmu zakładnikiem i nie ma zamiaru z nim walczyć. Jego wybór oznacza de facto zaprzeczenie ostatniego pięciolecia - rządów Kaczyńskiego, ale i po części rządów Tuska. Ten pierwszy świadomie i konsekwentnie walczył z systemem osłabiającym polskie państwo, imitującym demokrację i kapitalizm, zamykającym kanały komunikacji i awansu, czyniącym z Polski słabego gracza na arenie międzynarodowej i w wymiarze wewnętrznym; ten drugi z owym systemem grał, flirtował, czasami się mu poddawał, czasami coś wygrywał dla siebie i swojej formacji. W porównaniu z Tuskiem i Kaczyńskim Komorowski jest postkomunizmu więźniem, zakładnikiem, a może nawet więcej - jego eksponentem, szpiegiem, funkcjonariuszem. Jego wizja Rzeczypospolitej jest dokładną kalką tego, co działo się z nami przed tym, nim Matyja i Śpiewak wpadli na koncept IV RP i nim PO oraz PiS wygrały wybory, by zmieniać Polskę i uwalniać ją od balastu owego połączenia udawanej demokracji z podróbką wolnego rynku.
Aż trudno uwierzyć, z jaką siłą i żywotnością odrodziły się wszystkie zjawiska, które wydawały się wymarłe wraz z aferą Rywina i zwycięstwem PO i PiS-u w 2005 roku. Jakby ktoś wybudził z pięcioletniego zaledwie snu wszystkie potwory i szkarady, które grasowały po gościńcach i duktach Polski po 1989 roku. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wskrzeszono zapomniane stwory i strzygi utrudniające życie Polakom i niepozwalające Polsce na prawdziwą modernizację i prawdziwy rozwój. Ktoś wyciągnął z piersi postkomunizmu osikowy kołek, wyjął z jego serca srebrną, umoczoną w święconej wodzie kulę i nagle ów - zdawałoby się - martwy na wieki wieków potwór ożył i postanowił uśmiercić swoich prześladowców.
Na pierwszy ogień pójdą zapewne nie politycy PiS-u, ale ludzie posądzani o sprzyjanie bądź sympatyzowanie z nim. A może to być każdy, kto nie toczył piany z ust na dźwięk słowa "Kaczyński", kto nie uznawał, że Lech Kaczyński był najgorszym prezydentem w historii Polski, kto stawiał odważne pytania o sprawność i rzetelność rządów PO. Każdy, komu udowodni się tego rodzaju "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne", każdy, kto nie oddawał wiernopoddańczych hołdów gabinetowi Tuska, kto nie potrafił, mimo zachęt jakże licznych profesorów Pimko, zachwycać się władzą PO-PSL, będzie za to srodze ukarany. Dotyczy to zapewne w pierwszym rzędzie publicystów i dziennikarzy, w drugiej kolejności osób publicznych, które wyraziły swoje poparcie dla obozu PiS-u. Dopiero na koniec przyjdzie pora na dobranie się do samej partii i jej ludzi. Część zostanie niesłusznie oskarżona i przez lata będzie snuć się po korytarzach sądowych, część będzie ośmieszona i zagoniona do narożnika zaściankowości i nieestetyczności, pozostała będzie po prostu przemilczana na śmierć.
Sprzyjać temu będzie całkowite przejęcie władzy przez PO. Nie tylko polityczne, ale także świadomościowe. Dzisiaj Platforma ma swojego prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu. Służby specjalne oraz wojsko są w rękach ludzi PO. "Odzyskano" Urząd Rzecznika Praw Obywatelskich, wkrótce przejmie się także IPN. W całym kraju nie pozostanie żadna polityczna instytucja wolna od wpływów PO. Ale ważniejsze jest jeszcze coś innego - opanowanie kanałów komunikacji przez ludzi Platformy. Partia ta ma swoich przyjaciół, cytując znowu nieocenionego Wajdę, w TVN i Polsacie. Wszystkie trzy tygodniki opinii są jej przychylne ("Polityka" najbardziej, "Newsweek" chyba najmniej), tabloidy zostaną spacyfikowane i zamienią się w kronikę towarzyską z życia wyższych sfer, "Gazeta Wyborcza" piórami swych najwybitniejszych publicystów już teraz nawołuje do dorżnięcia watahy i nie ustanie w swym "deratyzacyjnym" zapale, póki choć jeden PiS-owiec będzie śmiał głosić swoje poglądy. Już wkrótce także media publiczne zostaną przejęte przez PO, o czym mogą świadczyć pierwsze nominacje nowego prezydenta. W chwili obecnej pozostaje jedynie kilka ośrodków, które nie są pośrednio lub bezpośrednio podporządkowane PO. Oznacza to w istocie powrót do lat 90-tych, w których to dyskurs publiczny był całkowicie zdominowany przez ludzi i środowiska zbliżone do SLD i UW. Dzisiaj zostały one inkorporowane przez Platformę i są na służbie tej właśnie partii. Implikacją tego stanu rzeczy będzie ograniczenie demokratycznej i publicznej debaty, a co za tym idzie - ograniczenie demokracji. Tym razem na poważnie, bo szepty i krzyki o tym, że demokracja była gwałcona i najbardziej zagrożona w czasach rządów PiS-u, można już powoli uznawać za objawy zbiorowej histerii, w którą popadło wielu komentatorów życia społecznego oraz miliony Polaków w 2007 roku. Wchodzimy właśnie w smugę demokracji nieliberalnej, kierowanej, sterowanej, manipulowanej, w sferę miękkiego autokratyzmu. Brzmi to zupełnie kuriozalnie dla kogoś przekonanego, że jedynym zagrożeniem dla wolności i swobód obywatelskich było PiS, ale system, w którego kierunku zmierzamy, nie ma nic wspólnego z poliarchią Dahla, z demokracją definiowaną przez Sartoriego, Fukuyamę czy Huntingtona. System, w którym wszystkie ośrodki władzy są opanowane przez jedną partię, a wszystkie bez mała ośrodki komunikacji społecznej są opanowane przez przyjaciół i adherentów tej partii, nie jest już systemem demokratycznym. Dożynanie watahy rozpoczyna się dopiero teraz i trwać będzie przy akompaniamencie śmiechów na Czerskiej, wystrzałów korków od szampanów w domu generała Dukaczewskiego i sarkastycznych komentarzy w TVN24.
Czy zatem nie ma ratunku dla Polski, nie wspominając o smutnych losach obecnej opozycji? Niekoniecznie. W historii upadały nie takie imperia jak imperium PO. Nawet w najnowszej historii Polski w XXI wieku widzieliśmy spektakularny upadek formacji, której potęga kazała wielu komentatorom przewidywać jej co najmniej ośmioletnie rządy. SLD, bo o nim tu oczywiście mowa, zapadł się pod wpływem właśnie swojej potęgi. Miał wszystko - media publiczne w twardej ręce "brunatnego Roberta", przyjaciół - a jakże - w mediach prywatnych, swojego premiera i swojego prezydenta. A jednak formacja ta dzisiaj, w dekadę po swych spektakularnych zwycięstwach w 2000 i 2001 roku, błąka się na marginesie polskiego życia publicznego, a 14-procentowy wynik jej lidera w ostatniej elekcji prezydenckiej uznawany był powszechnie za sukces. Pisałem już o przyczynach rozpadu SLD w latach 2001 - 2005: główną była kłótnia w obozie władzy, wywołana sporem o podział łupów i poczuciem bezkarności. Podobnie może być i dzisiaj w przypadku PO - już widać pewne pęknięcia pomiędzy Tuskiem a Komorowskim. I nawet jeśli po części są one celowo wyolbrzymiane, by podkreślić niesubstytutywny charakter nowego prezydenta, to i tak można oczekiwać, że pęknięcia na linii duży i mały pałac będą się pogłębiać. Ma na to oczywiście wpływ czynnik ludzki - ambicje poszczególnych polityków, upokorzenia doznane przez Komorowskiego ze strony Tuska i jego ludzi, specyfika otoczenia obu polityków. Ale ten podział będzie się także pogłębiał ze względu na dynamikę procesów politycznych.
Na czym ta dynamika ma polegać? W naturalny sposób wokół nowego prezydenta skupi się część polityków obecnego obozu władzy, która niechętna jest Tuskowi lub czuje się przez niego marginalizowana. To oni mogą stać się początkiem środowiska, które będzie się emancypować wokół Komorowskiego i stanowić niejaką alternatywę wobec PO. Co więcej, znajdą oni w Pałacu Prezydenckim dobre narzędzia do uprawiania niezależnej od rządu polityki, w postaci stanowisk, finansów, dostępu do mediów itp. Infrastruktura zapewniana przez ten urząd daje naturalne i pożyteczne instrumenty do kreowania nowego ośrodka władzy. Ten ośrodek może zresztą być dla świata biznesu i mediów o wiele bardziej atrakcyjny politycznie i ideologicznie niż pozostająca przy delikatnym konserwatyzmie Platforma. Część mass mediów i część najbogatszych Polaków może właśnie w Komorowskim dostrzec najlepszego wyraziciela swych interesów i światopoglądów. Bo nowy prezydent i jego nowe otoczenie polityczne będzie sytuowane na lewo od obecnej PO, czyli znajdzie się pomiędzy swoją macierzystą partią a SLD. Przy słabości tego ostatniego podmiotu może to oznaczać, że z czasem przy prezydencie zacznie się gromadzić środowisko przypominające jako żywo połączenie Unii Wolności i "Gazety Wyborczej".
Oznaczałoby to, po pierwsze, reaktywację tej formacji ideowej i jej odrodzenie po latach dominacji prawicy (tej spod znaku PiS-u, ale także tej spod znaku PO). Po drugie, zanik partii postkomunistycznej, bowiem byłaby ona wypierana na zupełny margines przez tę nową, socjalliberalną formację. Po trzecie, problemy dla PO, bo znalazłaby się ona pomiędzy konserwatywnym czy też chadeckim PiS-em a owym nowym podmiotem (złożonym przecież po części także z ludzi Platformy, a tym samym - pasożytującym na jej dotychczasowym elektoracie). Po czwarte, zajęcie przez PO pozycji partii obrotowej, bowiem mogłaby ona zawierać sojusze i koalicje rządowe zarówno z ową nową partią, jak i - o dziwo - z PiS-em!
Gdyby scenariusz utworzenia wokół Komorowskiego nowej partii politycznej potwierdził się w rzeczywistości, przekształcałoby to w dużej mierze obecny system partyjny - SLD by się marginalizował, PSL znikało, PO kurczyła (ale zajmowała za to centralną pozycję w owym systemie), PiS utwierdzałoby się na pozycjach konserwatywnych (być może podszczypywane przez jakiś nowy prawicowy podmiot). To zaś otwierałoby całkowicie na nowo problem możliwości zawierania koalicji rządowych - od gabinetu Nowej UW z SLD czy z PO, po wspólny rząd PiS-u i postkomunistów. Wszystko w takim układzie partyjnym byłoby możliwe - nawet koalicja... PO-PiS! To zaś oznaczałoby jedno - po wyborach parlamentarnych 2011 roku wszelakie rządy byłyby możliwe - od reaktywującej postkomunizm koalicji UW-bis z SLD i PSL-em, przez impregnujący obecny stan inercji rząd UW-bis z PO lub PiS-SLD, po walczący z postkomunizmem gabinet PO-PiS. Gdyby doszło do tego ostatniego scenariusza, można by się pokusić o sformułowanie następującej myśli - o ile zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego w 2005 roku pogrzebało, niechcący, szanse na wspólny rząd Platformy oraz Prawa i Sprawiedliwości, o tyle zwycięstwo Bronisława Komorowskiego w 2010 roku otworzyło, niechcący, na powrót szansę na zawarcie tej koalicji.
To jednak tylko scenariusze na przyszłość, zawierające zresztą ogromne ryzyko błędu, bowiem nie wiemy, jak będzie kształtować się dynamika sporu w nadchodzących miesiącach. W pięć lat po wygranych wyborach w 2005 roku PiS znajduje się w bardzo ciężkiej sytuacji - zamiast czerpać premię z bycia opozycją wobec słabego rządu i niemrawej Platformy, zamiast spokojnie zyskiwać poparcie w punktowaniu nieruchawego gabinetu Donalda Tuska, przechodzi kolejne wewnętrzne zawirowania i nie potrafi skutecznie odebrać władzy nieudolnej ekipie obecnego premiera. Co więcej, przegrywa kolejne wybory, nawet z tak słabym przeciwnikiem jak Bronisław Komorowski. Ten ostatni, co wydaje się jeszcze gorsze, zaczyna uosabiać sobą wszystkie najgorsze cechy postkomunizmu. Zarówno grupa osób, które się wokół niego zebrały, jak i zespół idei i haseł, którym zdaje się on hołdować, jako żywo przypominają wszystko to, z czym Prawo i Sprawiedliwość, ale także Platforma Obywatelska, chciały walczyć jeszcze w 2005 roku. W Pałacu Prezydenckim zasiadł więc przedstawiciel systemu, któremu PO i PiS wypowiadały wojnę przed paru laty i dla którego zwalczenia dostały silny mandat w wyborach parlamentarnych 2005 roku. W pięć zaledwie lat po wspaniałym zwycięstwie partii głoszących hasła IV RP idea ta jest zupełnie prawie ośmieszona i osierocona - PO walczy z nią otwarcie, a PiS wstydliwie się do niej nie przyznaje. Pod Smoleńskiem zginął Lech Kaczyński, który był uosobieniem ideałów nowej, sprawiedliwszej, bezpieczniejszej i bardziej szanowanej na świecie Rzeczypospolitej. Prezydentem została osoba od zawsze kontestująca IV RP i otwarcie sprzeciwiająca się implementacji jej głównych instytucji i punktów programowych. W otoczeniu nowej głowy państwa znajdują się ludzie uosabiający III RP z jej wszelkimi patologiami i wynaturzeniami. Postkomunistyczny establishment znalazł w Komorowskim swojego reprezentanta i zaczyna lokować w nim nadzieje na ochronę swoich interesów. Kaczyński i Tusk, którzy jeszcze pięć lat temu wydawali się panami sytuacji, przed którymi rysowała się perspektywa zaistnienia w historii Polski jako wielcy reformatorzy, przeprowadzający nasz kraj do modelu nowoczesnej, ale jednocześnie szanującej swoją tradycję, zasobnej demokracji - dziś są albo bezideowymi więźniami macherów od PR (to Tusk), albo rozgoryczonymi strażnikami odchodzących imponderabiliów (to Kaczyński). Róg, który wypadł im z rąk, jest kopany przez ich ideowych przeciwników - przez Komorowskiego i ludzi, którzy powrócili do życia publicznego dzięki jego wiktorii. Przez pierwsze dwa lata po 2005 roku Kaczyński dął weń z całej siły, ale wydawał dźwięki słabe i często fałszywe, melodia była nie ta, towarzysze zawodzili smętnie. Przez następne ponad dwa lata Tusk co prawda rogu nie wyrzucił, ale i go nie używał - grał na innych instrumentach, a i to tak, jak mu podpowiadali specjaliści od utrzymywania się na liście przebojów, a nie ci, dla których ważna była melodia rogu. I wreszcie przyszedł Komorowski - ten od razu wyrzucił róg na śmietnik historii, a na pozostałym sznurze, który się mu jeno ostał, ma zamiar powywieszać wszystkich tych, którzy kiedyś wierzyli, że zagra on melodię mogącą pobudzić naród i państwo do modernizacyjnego wyścigu. Wchodzimy w sferę mroku, zastoju, słabości, małej stabilizacji, inercji i drzemki. Nic nie wskazuje na to, by dwóch polityków, którzy mogliby wyrwać nas z tego chocholego tańca niemocy, zdecydowało się na to. Pierwszy, czyli Tusk, nie chce, drugi - Kaczyński - nie potrafi. Obaj są tak naprawdę pokonani - premier przez swoją słabość, tchórzostwo i uzależnienie od chęci sprawowania władzy dla samej władzy, prezes PiS-u przez siłę Tuska, swoje ograniczenia mentalnościowe, model partii, którą stworzył, i moc tych, którym słusznie wypowiedział wojnę. Skrzecząca rzeczywistość śmieje się nam w oczy, postkomunizm inkarnuje się w osobie nowego prezydenta, IV RP jest systematycznie likwidowana. Nic nie jest przesądzone, nic nie jest jeszcze zdecydowane, ale coraz bardziej widać, jak niewiele zostało zrobione przez ostatnie pięć lat i jak niedaleko uciekliśmy od miejsca, w którym Rywin przychodzi do Michnika, Polska chce zgadzać się być brzydką, ale za to sympatyczną panną na wydaniu, pułkownik Lesiak inwigiluje partie opozycyjne, a wielki oligarcha ma grupę własnych posłów na posyłki. Kiedy porówna się to, co mogło być, z tym co się stało - chce się płakać. Kiedy jednak porówna się to, co się stało, z tym, co się dzieje - chce się wyć. Ale może kiedy jednak porównamy to, co się dzieje, z tym, co się może stać - jest nadzieja.
Książka, która znajduje się w Państwa rękach, jest próbą refleksji nad tym, co stało się w polskiej polityce w ciągu ostatnich pięciu lat. Ideą przewodnią jest przekonanie, że w 2005 roku doszło do ważnego splotu niezależnych od siebie uwarunkowań, które zaowocowały powstaniem "momentu rewolucyjnego" mogącego spowodować trwałą i pożądaną zmianę systemu politycznego i gospodarczego. Nie stało się tak, dlatego że kalkulacje politycznych liderów (zwłaszcza Platformy Obywatelskiej) znajdowały się w sprzeczności z interesem państwa. Dwie partie polityczne czerpiące profity z upadku postkomunizmu nie potrafiły, a po części nie chciały wykorzystać "momentu rewolucyjnego" na dogłębną zmianę ustrojową, polityczną, społeczną i gospodarczą. Było to niekorzystne dla państwa, ale bardzo owocne dla nich samych. O ile niezbędne zmiany, mające na celu dobro wspólne, dokonywały się wolno i z bólem, o tyle zmiany wzmacniające same partie dokonywały się szybko i gwałtownie. Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość stały się hegemonami na polskiej scenie partyjnej i na długo, jak na polskie warunki, zdominowały polski krajobraz partyjny. Na początku prawie nierozróżnialne, traktowane jako potencjalni i naturalni partnerzy, stawały się z czasem największymi antagonistami i absorbowały uwagę zarówno mediów, jak i wyborców. Podzieliły się władzą nad umysłami Polaków, poszukując każdej możliwej różnicy i celowo wchodząc na każdy teren, na którym mogły podzielić się rolami i zogniskować na swoim sporze uwagę publiczną. PiS i PO zmajoryzowały scenę polityczną, zagospodarowały całą prawie świadomość społeczną, wytworzyły nastrój wojny domowej. Działo się to z pożytkiem dla nich samych i ze szkodą dla państwa. Najpierw PiS powolnie i z mozołem budowało podstawy tego, co określamy jako projekt IV RP (było to kalekie budowanie przede wszystkim ze względu na jakość swoich koalicjantów). A potem PO zaczęła z takim samym mozołem odchodzić od tego projektu i restaurować III RP.
Poniższy esej jest zapisem tych procesów i osobistą refleksją nad nimi - nad destrukcją potencjalnej koalicji PO-PiS, nieudaną (?) próbą budowania IV RP przez PiS, i nieudaną (?) próbą restauracji III RP przez Platformę. Ma być także oceną tego, co - mimo wszystko - zostało osiągnięte, oraz procesów, które do tego doprowadziły i które temu przeciwdziałały.
Komunizm na świecie i w Polsce załamał się pod wpływem własnej słabości, postkomunizm pod wpływem swojej siły. Lata 80-te ubiegłego wieku to spektakularny upadek systemu komunistycznego na całym świecie. Ta największa tragedia ubiegłego stulecia (jak określił rozpad Związku Radzieckiego były prezydent Władimir Putin) dokonała się z nie do końca wiadomych przyczyn, ale na pewno po części była konsekwencją słabości samego systemu. Odwrotnie było z załamaniem się postkomunizmu w naszym kraju - tutaj mieliśmy do czynienia z procesem wektorowo odmiennym. Na początku XXI wieku postkomunizm święcił w Polsce triumfy, a formacja będąca jego wytworem (czyli Sojusz Lewicy Demokratycznej) niepodzielnie panowała w polskim krajobrazie politycznym. Prezydentem był Aleksander Kwaśniewski - egzemplifikacja cnót i zalet działacza epoki postkomunizmu. Cieszył się on wówczas ogromną sympatią społeczną, królował w pismach kolorowych, był przyjmowany przez media informacyjne z nabożną czcią. Panował w sferze medialnej nie tylko dlatego, że znalazł klucz do dusz i umysłów ówczesnych Polaków, ale także dlatego, że jego macierzysta formacja miała w rękach media publiczne. Szefem telewizji publicznej był Robert Kwiatkowski, twardo trzymający za twarz najważniejsze medium w Polsce.
Także w świecie biznesu formacja postkomunistyczna była "poukładana". Cieszyła się dosyć powszechną sympatią zarówno ze względu na to, że duża część poważnych przedsiębiorców miała swoje korzenie w PZPR-ze, ZSP czy ZSMP, jak i ze względu na to, że SLD reprezentował stosunkowo liberalne nastawienie wobec gospodarki. Biznesmeni, i to z najwyższej półki, byli więc powiązani z ugrupowaniem reprezentującym polski postkomunizm w dwojaki sposób - "genetycznie" i ideowo (genetycznie, bo znacząca liczba przedsiębiorców była w przeszłości aktywistami różnego rodzaju organizacji komunistycznych; ideowo - bo wbrew swemu deklarowanemu socjaldemokratyzmowi była to partia sprzyjająca rozwiązaniom liberalnym w tworzeniu ładu gospodarczego).
Dodatkowym czynnikiem wzmacniającym więzi między światem biznesu a SLD było także i to, że partia ta znana była z predylekcji do takiego budowania systemu ekonomicznego, żeby ułatwiać niektórym podmiotom udział w podziale tortu budżetowego. Owe "niektóre podmioty" potrafiły się wielokrotnie "odwdzięczać" partii rządzącej za jej przychylność. To budowało swoistą symbiozę między Sojuszem a "oligarchami".
Podsumowując - po 2001 roku postkomunizm miał się w Polsce wyśmienicie. W Pałacu Prezydenckim zasiadał jego znamienity przedstawiciel, cieszący się powszechnym i wysokim poparciem. Media były zdominowane przez sposób myślenia charakterystyczny dla tej formacji, a niektóre z nich po prostu opanowane były bezpośrednio przez funkcjonariuszy SLD lub jej poputczików. Biznes - zwłaszcza wielki - żył w symbiozie ze znaczącymi reprezentantami postkomunizmu. Słowem - pełna kontrola procesów politycznych, ekonomicznych i medialnych.
Dlaczego więc stan ten uległ załamaniu? Dlaczego w kilka lat potem SLD błąkał się po marginesie polskiego życia partyjnego, Aleksander Kwaśniewski stracił polityczny sexapil, biznes ulokował swoje sympatie w Platformie Obywatelskiej, a debata polityczna zdominowała szeroko rozumianą prawicowość?
Szczegółowe odpowiedzi na te pytania wykraczają poza ramy tego eseju, ale - przynajmniej na marginesie - warto zauważyć, że główną przyczyną była "implozja" systemu postkomunistycznego. Dokonała się pod wpływem jego potęgi, a nie słabości. Postkomunizm był tak silny, tak wszechstronny i akceptowany, że jego znamienici przedstawiciele oraz grupy interesu lokujące się wewnątrz niego zaczęły bezwzględną wojnę między sobą o udział w podziale łupów. Trochę przypominało to beztroskę elit solidarnościowych w początku lat 90-tych ubiegłego wieku, które przekonane o tym, że rząd dusz został im oddany na długie dziesięciolecia, rozpoczęły brutalną walkę w ramach swojej rodziny, bez oglądania się na ugrupowania post-PRL-owskie. Rychło zakończyło się to powrotem postkomunistów do władzy w 1993 roku i zwycięstwem Aleksandra Kwaśniewskiego dwa lata później.
Podobny mechanizm dotknął elity postkomunistyczne - one także po przejęciu całkowitej władzy w kraju po 2001 roku (wówczas to w wyborach parlamentarnych koalicja SLD-UP uzyskała niebotyczny wynik 41,04 % głosów) rozpoczęły bezwzględną, bratobójczą i - jak się okazało - eksterminacyjną wojnę domową. Czołowymi przedstawicielami dwóch zwalczających się obozów byli urzędujący premier i prezydent. Doprowadziło to w krótkim czasie do totalnego konfliktu w obozie postkomunistycznym i złamania obowiązujących dotychczas formuł i zasad rozwiązywania konfliktów - to znaczy bez informowania o tym opinii publicznej i podmiotów zewnętrznych. Obie zwalczające się strony musiały - by zwiększyć swoje szanse na wygraną wewnątrz własnej formacji - odwołać się do graczy stojących do tej pory na zewnątrz lub, mówiąc bardziej precyzyjnie, na uboczu owego obozu. To otworzyło możliwość zajrzenia za kulisy tej formacji.
Najbardziej spektakularną egzemplifikacją owego "zajrzenia" były obrady komisji rywinowskiej. Pokazały one w całej bezwstydności i nagości mechanizmy rządzące życiem politycznym i społecznym w państwie polskim po 1989 roku. I chociaż wiedza ta nie była zarezerwowana jedynie dla wybranych, pojawiała się często w różnego rodzaju publikatorach, to jednak wielomiesięczny spektakl medialny z udziałem polityków PO i PiS-u w rolach głównych zaowocował zapoczątkowaniem procesów społecznych - to znaczy takich, które miały swoje realne konsekwencje dla życia społecznego. Codziennym doświadczeniem milionów Polaków było przypatrywanie się w wieczornych serwisach informacyjnych patologiom życia społecznego, które ukryte były za zasłoną pięknych słów, wzniosłych zaklęć, niekwestionowanych autorytetów, szlachetnych instytucji i wiarygodnych mechanizmów. Okazywało się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, że dobrze znany i traktowany jako realny świat III RP był jedynie ułudą, matrixem, parawanem ukrywającym brutalną rzeczywistość, w której ci do niedawna wydający się nosicielami wszystkiego, co piękne, okazywali się jedynie Dorianami Grayami, fałszywymi prorokami, małymi kombinatorami. Zza kurtyny ozdobionej brokatem i złotem jęła wyłaniać się scena, na której czołowe miejsca zajęli alfonsi i prostytutki, kombinatorzy i sutenerzy, zdrajcy i szalbierze. W rysach ich twarzy trudno było dostrzec te piękne oblicza, jakie prezentowali zdumionej widowni do tej pory. Nic nie było takie, jakim zdawało się przez piętnaście lat.
Korzystać zaczęli z tego ci, którzy ową kurtynę powoli podnosili. W sensie personalnym - Jan Rokita i Zbigniew Ziobro. Ten pierwszy był wcześniej jednym z wielu niespełnionych polityków w PO bez specjalnego znaczenia. Więzień swego intelektu, pogardzający głupszymi od siebie (a za takich uważał - niezupełnie niesłusznie - większość otaczających go bliźnich). Osoba niepotrafiąca, a mówiąc bardziej precyzyjnie - niechcąca budować wokół siebie zespołu. Genialny retor, ale słaby polityk, błyskotliwy umysł, ale kiepski partyjniak. Nagle wszystkie jego wady stały się podczas obrad owej komisji zaletami.
I ten drugi - młody, zdeterminowany, zapiekły w sobie i wobec swych przeciwników. Jednowymiarowy - bawiąc się określeniem Marcusego - bo skoncentrowany na jednej dziedzinie życia społecznego (to znaczy na problematyce wymiaru sprawiedliwości). O słabej wówczas pozycji w partii, ale dużych ambicjach i planach. I znowu - jak w przypadku Rokity - jego wady stały się jego zaletami jako posła śledczego, bo potrafił drążyć przesłuchiwanych i odnajdywać w ich relacjach sprzeczności i kłamstwa. Może nie tak błyskotliwie jak późniejszy "premier z Krakowa", ale jednak skutecznie i konsekwentnie podciągał ową udrapowaną we wszelakie kosztowności kurtynę i pokazywał antyszambrujących na salonach władzy Michnika, Sulika, Brauna i innych. Wespół z Rokitą odsłaniał kawałek po kawałku odstręczający obraz zblatowanego z postkomunistami "salonu", który układał się z każdym, z kim tylko było można. I to nie na chwałę Bożą i Rzeczypospolitej, ale dla siebie i swych środowisk politycznych i towarzyskich.
Profity z tego procesu zdzierania masek III RP czerpała nie tylko jednak ta dwójka polityków, ale nade wszystko ich macierzyste partie. Z każdym tygodniem prac komisji rywinowskiej rosły notowania PO i PiS-u, a spadały SLD. Był także czas, w 2004 roku, gdy nagle - do prawie 30% - podskoczyły notowania Samoobrony, ale to jednak właśnie ugrupowania Ziobry i Rokity ostatecznie skonsumowały spektakularny upadek postkomunizmu i związanej z nim formacji politycznej. To właśnie partie Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska stały się beneficjentami procesu rozkładu III RP i to one starły się w 2005 roku w walce o to, kto winien być prawdziwym dziedzicem tradycji solidarnościowej i antykomunistycznej. Obie miały wówczas do tego równe prawa, bowiem gromadziły w swoich ramach wybitnych działaczy antykomunistycznych z okresu realnego socjalizmu i obie też wydawały się być zdeterminowane w walce z wynaturzeniami i patologiami postkomunizmu, czyli III RP. Warto jednak być w tym miejscu precyzyjnym, bo to ważny moment tej książki - obie formacje nie tyle chciały walczyć z wynaturzeniami i patologiami postkomunizmu, czyli III RP, jak napisałem powyżej. One chciały walczyć z III RP, bo uznawały ją za emanację i kwintesencję postkomunizmu.
Oczywiście - Platforma była w tej krytyce o wiele bardziej wstrzemięźliwa i wyważona. Zarówno w diagnozach, jak i zalecanej terapii była nieco bardziej umiarkowana niż Prawo i Sprawiedliwość. Nie artykułowała tak mocno potrzeby zmiany i rezygnacji z języka, mitologii, ornamentyki, pedagogiki, ekonomiki i polityki III RP. Ale w apelu o gwałtowną zmianę paradygmatów politycznych, społecznych i ekonomicznych obowiązujących po 1989 roku była konsekwentna i stanowcza. Mniej w niej było co prawda antyestablishmentowości charakterystycznej dla PiS-u, mniej zadziorności i szczerości w głoszeniu swojego krytycznego wobec standardów III RP apelu, ale i tak nie pozostawała ona daleko w tyle za partią Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli porównamy wypowiedzi liderów PO z tamtego czasu, ale także niektóre dokumenty programowe, możemy być dziś zdziwieni, jak bardzo była to wówczas formacja opowiadająca się za formułą gwałtownego zerwania z ciągłością polityczną po 1989 roku, jak zbliżała się w swojej retoryce do partii protestu, partii resentymentu i potrzeby rozliczeń. PO była wówczas ugrupowaniem prolustracyjnym, "pronicejskim", opowiadającym się za zaostrzeniem kodeksu karnego i polityki penitencjarnej, za uderzeniem w wielkie grupy interesu i głęboką reformą służb specjalnych. Nawet jej program gospodarczy był w istocie rewolucyjny, nastawiony na wywrócenie dotychczasowego konsensusu wokół sposobu redystrybucji dóbr w budżecie.
Tak więc w 2005 roku obie formacje postsolidarnościowe były zbieżne zarówno w diagnozie zagrożeń i niebezpieczeństw dla modernizacyjnego rozwoju Polski, jak i wyborze środków zaradczych. Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość były przed pięcioma laty formacjami bliźniaczymi, skazanymi na współpracę i podobnie opisującymi schyłek postkomunizmu. I właśnie dlatego dokonały na przestrzeni ostatnich lat tak ogromnego ze sobą rozbratu. Nie mylili się więc ci, którzy w latach 2004 - 2005 pisali i mówili o PiS-ie i PO jako o ugrupowaniach podobnych, tożsamych i bliźniaczych. Nie mylili się politycy obu formacji, nazywając się "przyjaciółmi". Nie mylili się ci, którzy widzieli we wspólnych rządach obu partii naturalną konsekwencję ich pobratymstwa w opowiadaniu o rzeczywistości po 1989 roku i prognozie niezbędnych reform.
Ale nie mylą się dziś także i ci, którzy w obu partiach Anno Domini 2010 widzą największych antagonistów, dwie zwalczające się formacje o zupełnie innych celach i środkach, dwa wrogie sobie obozy polityczno-mentalno-aksjologiczne. Oba twierdzenia są poprawne - to opisujące PiS i PO w 2005 roku jako ugrupowania bliźniacze, i to opisujące PiS i PO w 2010 roku jako zaciekłych protagonistów i diametralnie odmienne i wykluczające się "światy przedstawione" w normach i zasadach. Widać więc wyraźnie, że na przestrzeni zaledwie jednej pięciolatki doszło do niemal całkowitego rozejścia się obu tych partii i ich środowisk polityczno-intelektualnych, że dziś między tymi obozami wykopany jest rów trudny do przeskoczenia. Co więcej, że do owego rowu spychani są z największą satysfakcją właśnie ci, którzy stali obok niego najbliżej - Ujazdowski, Polaczek, Dorn, Marcinkiewicz, Rokita... To politycy, którzy z powodzeniem mogli być w "partii bliźniaczej" i trochę przez przypadek i biografię odnajdywali się bądź to w PiS-ie, bądź to w PO. I na przestrzeni ostatnich kilku lat byli wtrącani do owego rowu, po czym słuch o nich ginął.
Niektórym udawało się przeskoczyć ów rów, gdy jeszcze nie był on tak głęboki, ale nade wszystko szeroki. Sikorski, Zalewski, Borusewicz, Mężydło, Religa, Sośnierz, Gęsicka czy Gilowska - to najbardziej znane osoby, które w latach 2006 - 2007 przeskoczyły powiększający się rów i na trwałe związały się z tą drugą partią. A metafora rowu jest o tyle lepsza i bardziej trafna niż na przykład szczeliny czy rozpadliny, że przywodzi na myśl coś sztucznie dokonanego przez człowieka. O ile rozpadlina, wąwóz, szczelina, kanion są wytworem natury, o tyle rów zazwyczaj jest planowym dziełem ludzi, służącym jakiemuś celowi. I tak właśnie było w tym wypadku.
Pogłębianie i poszerzanie rowu było celowym dziełem obu stron politycznego sporu. Na początku nieśmiało, z pewnym wstydem, liderzy obu ugrupowań zaczynali zaznaczać dzielące ich różnice. Wciąż podkreślając wspólne pochodzenie i wspólne wartości, zaczęli eksponować odmienności, które przecież były w programach obu formacji. Osoby i komentatorzy niechętni obu partiom mówili o nich już w kampanii wyborczej 2005 roku, wspominając nawet, że mogą one doprowadzić do problemów z zawarciem koalicji rządowej. W tym kontekście zwłaszcza podkreślano sferę ekonomiczną, mniej aksjologiczną. Było to mało zauważane przez naukowców i publicystów przyznających się do sympatii wobec PiS-u lub PO. Argumentowano, że przecież tworzono koalicyjne gabinety z partii, które były jeszcze bardziej podzielone w wielu kwestiach niż ugrupowania Kaczyńskiego i Tuska.
I to właśnie oni mieli rację, choć nie z tych powodów, o których myśleli, i nie w logice, której używali. Gdyby wybory prezydenckie i parlamentarne wygrała Platforma, czyli gdyby stało się tak, jak zapowiadały to wszystkie badania opinii publicznej, do utworzenia rządu PO-PiS doszłoby prawie na pewno. Jednak stała się rzecz nieprzewidywalna - obie te elekcje wygrało PiS. Nastąpił moment nieprzewidywany prawie przez nikogo. Obie strony wydawały się tym faktem zaskoczone (z całą pewnością jednak Platforma była dodatkowo zszokowana swoją podwójną porażką).
W tej sytuacji przystąpiono do rozmów nad utworzeniem wspólnego rządu. Na początku były one podporządkowane wciąż toczącej się walce o prezydenturę, a potem kalkulacji obu liderów. Nie jest to dobre miejsce do szczegółowych analiz fiaska owych negocjacji, ale wydaje się oczywiste, że było ono spowodowane dwoma błędnymi założeniami Kaczyńskiego i Tuska. Ten pierwszy liczył na to, że odsunięcie PO od tworzenia wspólnego rządu spowoduje w krótkim czasie pęknięcie wewnątrz Platformy i wyjście z niej na tyle dużej części posłów, by móc wraz z nimi stworzyć większościowy rząd ze zdecydowaną dominacją jego partii. Sądził także, że może dojść w samej PO do rozliczeń powyborczych i odsunięcia od władzy Donalda Tuska. Otworzyłoby to możliwość do tworzenia gabinetu z politykami chętniej patrzącymi na alians z PiS-em. Ta kalkulacja okazała się całkowicie błędna. Kaczyński miał też nadzieję, że jeśli nie zawrze z PO porozumienia na jesieni 2005 roku, to w kilka miesięcy później i tak dojdzie do zawarcia koalicji PO-PiS, ale na o wiele korzystniejszych dla tej drugiej partii warunkach, bowiem czołowi działacze Platformy uświadomią sobie do tego czasu, że są skazani na współpracę rządową z PiS-em.
Tak samo błędna okazała się kalkulacja Tuska, który liczył, że jeśli nie wejdzie do rządu Kaczyńskiego, ten będzie musiał i tak za parę miesięcy, po okresie mordowania się w formule rządu mniejszościowego, przy poparciu tak nielojalnych podmiotów jak Samoobrona i LPR, ponowić propozycję dla PO, ale na warunkach podyktowanych już przez Platformę właśnie.
Jak pokazała przyszłość, rachuby obu polityków okazały się błędne - Platforma się nie rozpadła, Tusk nie stracił w niej władzy. Było wprost przeciwnie - lider PO utrzymał swoje przywództwo, a nawet je wzmocnił. Ale i rachuby Tuska nie zrealizowały się - Kaczyński nie tylko potrafił rządzić przez następne dwa lata. Co więcej, robił to od maja 2006 roku w formule rządu większościowego (po trzymiesięcznym funkcjonowaniu w ramach "paktu stabilizacyjnego"). Tak więc kalkulacje obu liderów okazały się nietrafne, obaj się pomylili co do siły swoich przeciwników. Te błędne rachuby nie powstrzymały jednak rozchodzenia się obu formacji. Lata 2006 - 2007 pokazały więc, że obie partie, które jeszcze dwa lata wcześniej wydawały się skazane na współpracę, zaczęły pełnić rolę największej formacji koalicji rządzącej i największej formacji opozycji. Ten proces zaś zaczął mieć własną dynamikę.
Na czym owa dynamika polegała? W skrócie można ją ująć w aforyzmie - w polityce gdzie dwóch się bije, tam obaj korzystają. Ten przypadkowy w istocie spór zaczął bowiem pompować obie partie jako reprezentantów dwóch zwaśnionych ze sobą stron. Implikowało to napływ do obu formacji sympatyków. Potwierdziły to przedterminowe wybory w 2007 roku, o których jeszcze będzie mowa. Wówczas to oba ugrupowania znacząco zwiększyły swoje poparcie - PiS o ponad 5% w ciągu dwóch lat, a PO aż o 17%! Dzięki większej niż w 2005 roku frekwencji oznaczało to napływ do PiS-u dwóch milionów nowych wyborców, a do PO ponad czterech milionów! Paradoksalnym efektem "wojny polsko-polskiej" było właśnie zwiększenie popularności obu stron biorących w tej wojnie udział.
W tamtym czasie opisywałem w "Rzeczpospolitej" przyczyny tego fenomenu, który ująłem w aforyzm, iż gdzie dwóch się bije, tam obaj korzystają. Pisałem, że w polityce doceniane są jedynie te partie, które uczestniczą we wszelkich sporach i które same te spory inicjują. Natomiast ugrupowania stojące na uboczu głównych pól bitewnych, stroniące od udziału w słownych i programowych przepychankach są niedostrzegane przez wyborców, nieszanowane, nieobdarzane poparciem społecznym. Dlaczego się tak dzieje? Po pierwsze, związane to jest z wizerunkiem partii - jeśli unika ona ostrych sporów, to zaczyna być postrzegana przez elektorat jako strachliwa, nieskuteczna, niepotrzebna. Po drugie, spór - z natury rzeczy - przyciąga uwagę mediów. Im ostrzejsza wymiana ciosów, tym więcej relacji z niej znajdzie się w wieczornych serwisach. W czasach dzisiejszych, gdy demokracja zamieniana jest w telekrację, kto nie potrafi przebić się do mediów elektronicznych, ten nie trafi do wyborców. Po trzecie wreszcie, udział w wyborczych bijatykach popłaca również dlatego, że za ich pomocą można polaryzować scenę polityczną, dowolnie ją sobie podzielić i samemu obwołać się reprezentantem jednej ze stron. Dlatego doszło do absolutnej dominacji PO i PiS-u. Stałe walki, insynuacje, pomówienia i obrzucanie się wzajemnie najgorszymi epitetami pomiędzy działaczami Platformy i PiS-u tak wypełniły nasze debaty publiczne, że nie było już miejsca na głos innych partii.
Czy można jednak wskazać winnego zapoczątkowania tego procesu? Czy któraś z partii całkowicie odpowiada za ten stan rzeczy, w którym obie te formacje mają się naprawdę nieźle, ale - nie mogąc współpracować - w istocie hamują rozwój Polski bądź - będąc bardziej precyzyjnym - dokonują go w sposób niezadawalający? Czy zatem można wskazać punkt zero, punkt, w którym dokonały się to pęknięcie obozu IV RP i degrengolada wzajemnej wojny? I czy można którąś z owych partii obarczyć za to odpowiedzialnością? Wreszcie - czy ktoś konkretnie, osobiście za to odpowiada?
Odpowiedź na pytanie, kiedy nastąpił decydujący moment, w którym doszło do rozpadu obozu mającego ambicję sanacji Rzeczypospolitej, jest stosunkowo łatwa - dokonało się to na jesieni 2005 roku, po fiasku rozmów na temat utworzenia koalicyjnego rządu PO-PiS. To od tamtego czasu datujemy początek wojny wyniszczającej i totalnej między obu ugrupowaniami. O wiele trudniej jednak jest odpowiedzieć na pytanie o to, która ze stron była bardziej zdecydowana na rozpoczęcie tej konfrontacji i śmierć, przynajmniej na jakiś czas, idei wspólnego rządu. Wydaje się jednak, że to Platforma Obywatelska jest w tej sprawie głównym, choć podkreślmy - nie jedynym, winowajcą. Bo to właśnie ze strony polityków tej partii widać było opór przed wejściem do koalicyjnego gabinetu. Kulisy tamtych rozmów objęte były aurą tajności - choć warto przypomnieć kuriozalny pomysł Jana Rokity, by prowadzić je przed kamerami. Kaczyński musiał się wówczas na to zgodzić, by nie wyjść na kogoś, kto ma coś do ukrycia, ale prowadzone wtedy negocjacje ekscytujące były jedynie, w momencie gdy debatowano, kto jest gospodarzem spotkania oraz kto jest właścicielem stojących na stole paluszków i wody mineralnej. Potem rozmowy były prowadzone - jak to jest zwyczajem w państwach demokratycznych - za zamkniętymi drzwiami, ale wiemy dziś co nieco z ich przebiegu. Platformie zaoferowano połowę miejsc w rządzie oraz stanowisko marszałka Sejmu. To jednak nie zadowoliło Tuska i jego kolegów. Jak donosi wiele źródeł, punktem niezgody było stanowisko szefa MSWiA, o które ubiegały się obie partie. Był to wyraz nieufności wobec swoich partnerów i ostatecznie strony nie znalazły możliwości zawarcia kompromisu.
Oferta złożona przez PiS była nad wyraz szczodra - oferowano bowiem stronie pokonanej, słabszej, równy podział tek w rządzie oraz niezwykle istotne w procesie legislacyjnym stanowisko marszałka izby niższej. Jest on nie tylko formalnie drugą osobą w państwie według konstytucji, ale faktycznie odgrywa ważną rolę w funkcjonowaniu państwa, zwłaszcza jego uprawnienia w blokowaniu procesu legislacyjnego są ogromne. Mimo tej oferty PO nie zdecydowała się na wejście do wspólnego rządu z PiS-em, wybierając pozostawanie w opozycji i uderzanie w gabinety Kazimierza Marcinkiewicza oraz Jarosława Kaczyńskiego za sprzeniewierzanie się ideałom "rewolucji semantycznej" oraz za sojusz z populistami.
Niełatwo jest także udzielić odpowiedzi na pytanie, kto personalnie ponosi winę za niepowstanie koalicji PO-PiS. W grę wchodzą jedynie dwa nazwiska - Kaczyńskiego i Tuska. Na zasadzie logicznego rozumowania należy przyjąć, że jeśli winą za brak porozumienia między partiami winniśmy obarczyć PO, to personalnie odpowiedzialnym za to musi być lider tej formacji. Nie przepadam za dywagacjami psychologicznymi, bo ani nie jestem doktorem psychologii, ani nie zawsze są one przydatne. Ale warto postawić kwestię nie tyle samopoczucia Donalda Tuska po podwójnej przegranej w 2005 roku (prezydenckiej i parlamentarnej), ile problem kalkulacji politycznej samego lidera, jak i całej formacji. Liderzy PO byli przygotowani do zwycięstwa w obu elekcjach i musieli być srodze zawiedzeni faktem podwójnej przegranej. I nie tylko o reakcje psychologiczne tu idzie, ale także o przeformułowanie strategii. Musieliby bowiem wejść do rządu jako partner słabszy, a ponadto liczyć się z tym, że w Pałacu Prezydenckim zasiada osoba sympatyzująca z ich partnerami koalicyjnymi. Sytuacja ta nie była, mówiąc delikatnie, komfortowa dla formacji przygotowującej się przez wiele miesięcy do objęcia władzy. Sondaże bowiem były dla PO niezwykle korzystne jeszcze kilka tygodni przed samymi wyborami.
Wydaje się więc wysoce prawdopodobne, że to osobiście Donald Tusk podjął decyzję o pozostaniu w opozycji i recenzowaniu mniejszościowego rządu. Być może jeszcze w tym momencie nie myślał on o wypowiedzeniu wojny PiS-owi i odejściu od ideałów IV RP. Być może tylko kalkulował politycznie i liczył, że w rządzie, który ma szanse powstać po kolejnych problemach PiS-u, rządzie z udziałem właśnie PO i PiS-u, jego partia będzie odgrywała bardziej znaczącą rolę i że to właśnie ona będzie nosicielem wartości "momentu rewolucyjnego" i że to na nią spadnie splendor budowy prawdziwej IV RP. Jest mało prawdopodobne, że Tusk już wówczas kalkulował, że pozostanie obrońcą ancien régime'u, że będzie się mu to bardziej opłacało. Że przejście na stronę obrońców i czcicieli III RP ustawi go w roli ulubieńca mediów, wielkiego biznesu i służb specjalnych. Tego typu ocena Donalda Tuska na jesieni 2005 roku byłaby chyba niesprawiedliwa. Było prawdopodobnie dokładnie odwrotnie - w tamtym czasie zajmował pozycję osoby oskarżającej PiS o odchodzenie od ideałów, które przyświecały obu partiom jeszcze w czasie kampanii wyborczej. I właśnie za zdradę owych wartości pomstował na Kaczyńskiego, gdy ten wchodził w alianse z partią postkomunistyczną (czyli z Samoobroną) oraz formacją postendecką (czyli z LPR-em).
Na marginesie rozważań o fiasku koalicji PO-PiS warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt, który dziś może wydawać się zaskakujący. O ile słusznym jest obciążanie nade wszystko Donalda Tuska odpowiedzialnością za porażkę rozmów z PiS-em, to warto także zasygnalizować wątek obciążający po części także Jarosława Kaczyńskiego. Obciążenie to zasadza się na przypomnieniu prostej, choć dziś trudnej do uwierzenia prawdy, że w 2005 roku to PiS, a nie PO, miało większy potencjał koalicyjny, jak to się naukowo w politologii określa. Otóż o ile partia Tuska mogła utworzyć wspólny rząd co najwyżej z PiS-em i ewentualnie PSL-em, o tyle formacja Kaczyńskiego mogła współtworzyć gabinet z PO, ale także z PSL-em oraz LPR-em i Samoobroną. To aż trudne do uwierzenia w pięć lat po tamtych wydarzeniach, ale w owym czasie PiS było najbardziej pożądanym koalicjantem dla wszystkich oprócz postkomunistów (i działo się tak nie dlatego, że było największą partią). PO była w o wiele gorszej sytuacji i zarówno Tusk, jak i Kaczyński o tym wiedzieli. To utrudniało rozmowy, bowiem okazywało się, co podkreślał lider PiS-u, że koalicja obu partii nie jest konieczna do stworzenia większościowego rządu. Miało to działać na szefa PO ostudzająco w jego zapędach w negocjacjach na temat podziału tek w gabinecie PO-PiS. Ostatecznie było jedną z wielu przyczyn niezawiązania tej koalicji. Z tej perspektywy można by się pokusić o aforyzm, że do zawarcia koalicji obu formacji nie doszło, bo nie musiało dojść. I tutaj większa odpowiedzialność ciąży na tym, który to wykorzystywał i tym grał. Groźba przekształciła się w rzeczywistość, straszak okazał się bytem realnym. Kaczyński miał możliwość zawarcia innej niż z PO koalicji rządowej. Kiedy ma się młotek, wszystkie problemy wyglądają jak gwoździe.
Można więc zaryzykować tezę, że to podwójna wygrana PiS-u i Lecha Kaczyńskiego oraz reakcja na to Donalda Tuska pogrzebały szanse na powstanie wielkiego obozu trwałej zmiany i wykorzystanie "momentu rewolucyjnego". Że gdyby w wyborach 2005 roku wygrała Platforma, a Donald Tusk został wówczas prezydentem, to rząd Jana Rokity i wicepremiera Kaczyńskiego dokonałby w ciągu czterech lat przewrotu politycznego, semantycznego, psychologicznego i ekonomicznego na miarę przemian pierwszych rządów solidarnościowych początku lat 90-tych. Że byłby w tych staraniach wspierany przez odważnego prezydenta Tuska, mówiącego bez strachu o asertywnej polityce zagranicznej, walczącego z układami postkomunistycznymi w służbach specjalnych, z wielkim biznesem, patologiami na styku państwo - rynek. To niepopularny pogląd wśród tych, którzy od samego początku widzieli w liderze PO przedstawiciela establishmentu postkomunistycznego, imitatora i speca jedynie od PR, zakładnika różnorakich lobby, klienta w polityce zagranicznej.
Tusk dojrzewał przez całe lata 90-te do roli polityka poważnego i odważnego. Zaczynał jako więzień doktryny liberalnej z jednej strony i zabawowy przedstawiciel "japiszonów" z drugiej, uroczy chłopiec z niechęcią do ciężkiej państwowej pracy. Skończył w 2005 roku jako dojrzały polityk o konserwatywnym zabarwieniu, z zacięciem do widzenia spraw publicznych w bardziej złożony i skomplikowany sposób niż autorzy "liberalnych summ", widzący wszystko przez pryzmat jednej, wszechogarniającej doktryny. Szczególnie lata 2001 - 2005 uczyniły z niego polityka skutecznego i twardego. Sukcesem zakończyła się, niełatwa wszak, operacja wyjścia z UW i założenia własnej formacji. Potem przejęcia w niej władzy. A następnie formowania jej programu i taktyki w opozycji do porządku postkomunistycznego. Donald Tusk roku 2005 był osobą zdeterminowaną do zaistnienia w historii Polski jako ten, który zada śmiertelny cios formacji post-PRL-owskiej i postkomunistycznym porządkom. Miał ku temu i narzędzia, i wolę. Jego wypowiedzi z tamtego kresu pokazują polityka rozumiejącego skomplikowany i brutalny świat zdeprawowanej Polski Kwaśniewskiego i Millera, ale także surowy świat polityki zagranicznej, z jej interesami i układami. Poparcie przez niego wówczas i szerokiej lustracji, i obrony Nicei jest symbolicznym obrazem przynależności tego polityka do obozu IV RP, do obozu ludzi chcących uciec z oparów systemu zbudowanego przy Okrągłym Stole, obozu zwolenników przełomu moralnego i politycznego. On naprawdę wówczas szczerze wierzył w to, co głosił sam i co głosiła jego partia. Był naprawdę politykiem, który przeczuwał moc i wagę tego, co się wtedy działo, co zapoczątkowała komisja rywinowska, co Matyja i Śpiewak określali jako budowę nowej Rzeczypospolitej (dopiero z tej perspektywy widać, co stało się z tym politykiem przez ostatnie lata i jak niekorzystną przeszedł ewolucję od 2005 roku).
I wówczas przyszła owa podwójna klęska wyborcza. Dynamika sporu, ale i sami aktorzy tamtej sceny politycznej zdecydowali, że Tusk i PO zaczęli przechodzić na stronę obrońców III RP, a Kaczyński i PiS zaczęli budować pokraczną, bo stwarzaną z ludźmi przypadkowymi IV RP. Nikt nie kierował tym procesem, a jego protagoniści nie do końca panowali nad tworzeniem się owej nowej konfiguracji politycznej. Owszem, szybko skonstatowali, że im się to opłaca, że zagospodarowują całą scenę polityczną, połykając coraz to nowsze sektory polskiego elektoratu (PiS zjadało wyborców LPR-u i Samoobrony, PO przyduszała na poziomie około 10% obóz lewicy). Owszem, obie wielkie formacje postsolidarnościowe czerpały profity z tej sytuacji, zawłaszczały całą scenę polityczną, dominowały w mediach i świadomości społecznej, ale było to raczej konstatowanie post factum, a nie świadoma od początku gra na podzielenie tortu tylko dla dwóch. To raczej warunki zewnętrzne określały charakter coraz to nowych konfliktów i sporów, zmuszały do coraz wyraźniejszej polaryzacji, do zapełniania coraz to nowych pól politycznej rywalizacji.
Na przełomie 2005 i 2006 roku oba wielkie obozy walczyły o miano prawdziwego dziedzica idei IV RP. PiS nieudolnie budowało nowe państwo, a PO za ową nieudolność właśnie krytykowała rząd. Bo sama chciała uchodzić za właściwego nosiciela wartości mitycznej IV Rzeczypospolitej. I gdyby wybory odbyły się wiosną 2006 roku, jak to się mogło wydarzyć, ale z woli PiS-u do tego nie doszło, to odbyłyby się one jako konkurs, kto jest prawowitym synem hasła Matyi. Notabene - wówczas jeszcze ten konkurs na pewno wygrałaby partia Kaczyńskiego, Tusk doznałby trzeciej z kolei porażki. Doszłoby prawdopodobnie do jego obalenia z funkcji szefa partii lub do wyjścia z klubu PO kilkudziesięciu posłów pod przywództwem Rokity. Rząd zostałby zbudowany właśnie przez zwycięski PiS i secesjonistów z PO, co zupełnie zmieniłoby obraz sceny politycznej (ale to tylko próbka "politologii probabilistycznej", "historii alternatywnej" - fascynującego zajęcia, ale niepodlegającego falsyfikacji, czyli - posługując się Popperem - nienaukowego).
Przez pierwsze kilka miesięcy rządów Kazimierza Marcinkiewicza Platforma była wciąż mocno związana z ideą IV RP i w wielu kluczowych sprawach głosowała ramię w ramię z PiS-em. Wsparcie dla powołania do życia CBA, rozwiązania WSI nie były tylko marketingowymi sztuczkami i wynikiem politycznej kalkulacji. W tamtym okresie działacze i liderzy PO tak po prostu uważali, takie mieli poglądy. Chcieli nie tylko obalać ancien régime, ale także w tym obalaniu być bardziej skutecznymi i zdecydowanymi niż rządzące PiS. Lustracja według PO miała być ostrzejsza, a nie miększa niż lustracja według PiS-u i Lecha Kaczyńskiego. Dopiero po pewnym czasie, najprawdopodobniej na przestrzeni całego 2006 roku, Tusk zaczął rozumieć, że ściganie się z PiS-em w prawicowości i radykalizmie budowy nowego porządku zupełnie mu się nie opłaca. Że co więcej - korzystniej będzie stanąć po stronie tych, których odsunięcia do życia publicznego jeszcze niedawno żądał. Że o wiele bardziej politycznie opłacalna będzie obrona III RP, a nie budowanie IV RP.
Powtórzmy raz jeszcze wniosek paradoksalny, ale prawdziwy - gdyby PO i Tusk wygrali wybory 2005 roku, doszłoby prawdopodobnie do powołania rządu PO-PiS i trwałego ufundowania obozu IV RP. Takie było wówczas pragnienie i Tuska, i Kaczyńskiego. Wyborcy zdecydowali jednak inaczej, co spowodowało na początku adhokratyczne, a potem stałe rozejście się obu formacji politycznych. PiS zajęło się kalekim budowaniem fundamentów IV RP, a PO - po około półrocznym ściganiu się w tym dziele z Kaczyńskim, przeszła na pozycję obrońcy status quo ante. Ta postawa wydawała się rozumna zarówno ze względów taktycznych, jak i politycznych. Szarpany wewnętrznymi konfliktami rząd Marcinkiewicza, a potem Kaczyńskiego, atakowany z zewnątrz, poddawany ostrej i w większości histerycznej i niesprawiedliwej krytyce, był dla PO doskonałym obiektem ataku. Widząc, jak bardzo skutecznie i bezwzględnie obóz PiS-u jest osaczany przez środowiska opiniotwórcze, wielki biznes, nielegalne i półprzestępcze lobby, Tusk zdecydował o przyłączeniu się do nich i stanięciu na ich czele. Z obrońcy IV RP stał się jej największym przeciwnikiem, z wroga postkomunizmu stał się owego postkomunizmu niemal zakładnikiem, z konserwatysty stał się populistą. Gdyby wygrał wybory prezydenckie 2005 roku, byłby prawdopodobnie najlepszym budowniczym IV RP. Przegrał jednak i z powodów koniunkturalnych, osobistych, ale także pod wrażeniem skuteczności i żywotności środowisk związanych z dotychczasowym establishmentem, przeszedł na pozycję ich strażnika. Słynne już "Tusku, musisz" było najbardziej charakterystycznym wyrazem owego "nowego przymierza", które ten polityk zawarł z obozem III RP. Ten symbiotyczny układ zaczął się właśnie w 2006 roku i trwa do dzisiaj - zapewnia on środowiskom Okrągłego Stołu gwarancję, że Kaczyński nie powróci do władzy i nie dokona się zamach na dotychczasowy sposób dystrybucji prestiżu i dóbr materialnych, a w zamian Tusk może być pewnym, że ma swoisty kokon medialny i publiczny, chroniący go przed zbytnim spadkiem notowań.
Jednak Tusk zdecydował się być liderem III RP znacznie później, niż się powszechnie sądzi.
PiS zdecydowało się najpierw na zawarcie z Samoobroną i LPR-em "paktu stabilizacyjnego", a następnie - w maju 2006 roku - na utworzenie wspólnego gabinetu z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem jako wicepremierami. Wiosna 2006 roku jest również momentem kluczowym w metamorfozie Donalda Tuska ze zwolennika IV RP w restauratora jej poprzedniczki. Do tego bowiem okresu trwa między nim a Kaczyńskim konkurs na lidera obozu walki w patologiami III RP. Obaj politycy chcą przedstawić się społeczeństwu jako prawdziwi realizatorzy idei Śpiewaka i Matyi, jako właściwi i prawi dziedzice koncepcji IV RP. Obaj walczą o miano głównego i najwierniejszego dowódcy tego obozu. Jeden jako jego realizator w ramach gabinetu Marcinkiewicza, drugi jako lider opozycji. I choć stosunki między nimi i ich formacjami politycznymi są coraz bardziej wrogie, to jednak stoją wciąż po tej samej stronie ideowej barykady. Wciąż są głównymi kontestatorami postkomunistycznego status quo, nadal widzą podobnie główne zagrożenia dla modernizacji kraju i konieczne remedia. A barykada budowana pomiędzy nimi wciąż jest mniejsza i niższa niż ta, która oddziela ich od formacji postkomunistycznych - na przykład SLD czy Samoobrony. Widać to zresztą po wynikach głosowania - PO bardzo często głosuje tak jak posłowie mniejszościowego rządu PiS-u. Także, a może - nade wszystko - w istotnych głosowaniach, jak te nad powstaniem Centralnego Biura Antykorupcyjnego czy rozwiązaniem Wojskowych Służb Informacyjnych. To nadal jest obóz IV RP, tyle że porozsadzany zarówno w ławach opozycji, jak i rządu.
Dlaczego tak się dzieje? Przede wszystkim dlatego, że po prostu obaj liderzy i ich żołnierze szczerze wierzą w te same ideały, które wypisywali na sztandarach w latach 2004 - 2005. Wciąż sądzą, że państwo nie tyle wymaga dekoracyjnych poprawek, co radykalnej zmiany, szarpnięcia cuglami, gruntownej przebudowy. Nadal są przekonani, iż są uczestnikami czegoś ważnego, są świadkami "momentu rewolucyjnego", przełamywania się historii. Wciąż żyją nadzieją na dokonanie czegoś wielkiego i dobrego dla Polski, czegoś, co pozostawi ich nazwiska w pamięci ludzkiej. Są przekonani, że dokonuje się "chwalebna rewolucja", a oni są jej uczestnikami. Kaczyński i Tusk zaś czują się Cromwellami.
Drugi powód, dla którego ci politycy i ich formacje polityczne trwają w okopach IV RP, to polityczna kalkulacja, o której już wspominałem, ale teraz warto przyjrzeć się jej bliżej. Na jesieni 2005 roku, w czasie negocjacji na temat wspólnego rządu, Tusk i Kaczyński są przekonani, że czas będzie działał na ich korzyść. Ten pierwszy kalkuluje następująco - niewejście do rządu zdominowanego przez Kaczyńskiego pozostawi PiS na łaskę i niełaskę PO. Bo przecież Kaczyński nie zdecyduje się na koalicję z populistami, obawiając się kompromitacji i spadku notowań społecznych. Nie zdecyduje się także na wcześniejsze wybory, bo oznaczałyby one w istocie nieudolność zwycięskiej partii w dziele budowania większościowego rządu. Należy więc spokojnie czekać na moment, gdy upokorzone PiS przyjdzie na kolanach prosić o zawarcie koalicji z nami na naszych, tym razem, warunkach. Im dłużej Kaczyński szarpać się będzie w formule rządu mniejszościowego, tym bardziej zrażony będzie do mezaliansu z Giertychem i Lepperem, im dotkliwiej wystraszony będzie perspektywą przedwczesnych wyborów, tym bardziej prawdopodobne będzie zawarcie z nami, czyli z PO, gabinetu większościowego. Ale w takiej sytuacji to my będziemy dyktować warunki "nowego przymierza".
Kaczyński także kalkuluje - sądzi, że upokorzona i pozostająca w opozycji Platforma zacznie się dzielić, a przynajmniej kruszeć. Pierwsze zwiastuny tego procesu widać już na przełomie 2005 i 2006 roku - z klubu PO odchodzi na przykład Andrzej Sośnierz, ważny polityk Platformy odpowiedzialny za istotną materię ochrony służby zdrowia. Kilka prowincjonalnych kół Platformy rozwiązuje się i albo rezygnuje z dalszej działalności, albo przystępuje do PiS-u. Magnesem na tych wszystkich, którzy mają predylekcję do secesji z PO, są Zbigniew Religa, Grażyna Gęsicka i Zyta Gilowska, pozyskani do rządu jeszcze rok wcześniej jako twarze PO (zresztą sam premier Marcinkiewicz był także pomyślany jako najbardziej "platformerski" z PiS-owców i mógł działać pozytywnie na tych, którzy rozważali porzucenie PO i związanie się z takim liberalnym, mainstreamowym i "sympatycznym" PiS-em). Ich poglądy oraz osobowości mają sprzyjać "sośnierzykom", jak się wówczas - błędnie - opisuje proces stopniowego i, jak się wydaje, nieuchronnego kruszenia się Platformy. W tamtym czasie jednak nawet badania opinii publicznej obrazują ten proces - na początku 2006 roku 8% wyborców PO zmienia swoje sympatie polityczne i obdarza swoim zaufaniem partię Kaczyńskiego. Ten zaś triumfuje - rządzi, wprowadza program swojej partii, znajduje do tego poparcie z Sejmie bądź to LPR-u i Samoobrony, bądź to PO, pozyskuje nowych wyborców. Jeszcze trochę, jeszcze chwila, a spełni się jego scenariusz - Platforma albo zmieni swojego lidera, albo podzieli się na tyle znacząco, że z rebeliantów i być może wespół z PSL-em uda się stworzyć większościowy rząd. Zawarcie "paktu stabilizacyjnego" wydaje się dobijać PO, bo pokazuje jej liderom, działaczom i wyborcom, że PiS będzie zdolne do rządzenia, a formacja Tuska na cztery lata pozostanie w głębokiej opozycji. To wygląda na ostatni gwóźdź wbity do trumny PO i jej marzeń o stworzeniu rządu z PiS-em.
Jest to też być może ostatni moment, gdy "wielka koalicja IV RP" jest jeszcze możliwa. Kaczyński prawdopodobnie bez mrugnięcia okiem zerwałby pakt z populistami, jeśli tylko otrzymałby ofertę ze strony upokorzonej PO na dopięcie wspólnej koalicji rządowej. Przyjąłby ją zresztą tym bardziej ochoczo, że do tego nowego porozumienia obozu antykomunistycznego doszłoby na jego, Kaczyńskiego, warunkach. To PiS by triumfowało, miało lepszą pozycję w rządzie, postrzegane by było jako podmiot dominujący. Platforma zaś byłaby postrzegana przez opinię społeczną jako partner słabszy, przeczołgany, upokorzony, łasy jedynie na stanowiska. To zaś pozwoliłoby w krótkim czasie na marginalizację PO i zbudowanie roli PiS-u jako największego i najbardziej wiarygodnego ośrodka na prawicy. Elementem dodatkowym w tym procesie byłoby niewątpliwie posiadanie "własnego" prezydenta, bo też pewne jest, że Lech Kaczyński wspierałby partię swojego brata, a nie swojego rywala z niedawnych wyborów prezydenckich.
Z tych zapewne powodów Donald Tusk nie zdecydował się na wejście do rządu z PiS-em. Zawarcie "paktu stabilizacyjnego" było zapewne dla niego bolesne, bo upostaciowiona została perspektywa trwałego pozostawania PO w opozycji, ale na szczęście dla Tuska proces kruszenia jego partii został zahamowany. Być może efekt sojuszu PiS-u z LPR-em i Samoobroną był odwrotny do zamierzonego - wystraszył potencjalnych secesjonistów w PO od przenosin do obozu Kaczyńskiego, bo to oznaczało już od tej chwili alians z populistami. Nawet wśród wyborców PiS-u to małżeństwo z rozsądku nie budziło entuzjazmu, nietrudno więc sobie wyobrazić, jak na tę perspektywę musieli patrzeć wyborcy i działacze o wiele bardziej liberalnej Platformy. Dla nich widmo wspólnych działań i wspólnych rządów z ludźmi Leppera czy Giertycha było trudniejsze do zaakceptowania.
Lider PO zdołał więc najpierw, krótko po przegranych przez siebie, i to w sposób podwójny, wyborach, utrzymać swoją władzę w partii, a następnie utrzymać jej (czyli partii) integralność. Powstrzymana została "sośnierzyca", zahamowany proces kruszenia się klubu i ugrupowania, stłumiony został wewnętrzny bunt. Paradoksalnie - pomogło mu w tym zawarcie "paktu stabilizacyjnego". W planach Kaczyńskiego ów pakt miał uświadomić Tuskowi konieczność zawarcia z nim koalicji (poprzez pokazanie, że szef PiS-u ma alternatywę w postaci rządzenia z LPR-em i Samoobroną - pomijam tu oczywisty cel, także przyświecający Kaczyńskiemu, jak najszybszego wprowadzania słusznych - w jego, i w mojej, opinii - reform dla kraju). Jednak efekt był odwrotny do zamierzonego - Tusk dzięki niemu umocnił swoją władzę w partii, utrzymał jej jedność, zastraszył wewnątrzpartyjną opozycję.
Widmo rządów PiS-u z populistami otworzyło nową perspektywę dla Platformy. Do wiosny 2006 roku była jedynie nieudaną podróbką PiS-u, formacją loserów, nieudolnych naśladowców zwycięskiego i rewolucyjnego ugrupowania Kaczyńskiego. Ta ostatnia partia wydawała się bardziej wiarygodna w głoszeniu i realizacji haseł IV RP, była postrzegana w społeczeństwie jako prawdziwa alternatywa dla znienawidzonego i skompromitowanego postkomunizmu. Kaczyński brzmiał wiarygodnie, kiedy zapowiadał "rewolucję moralną", rozliczenie z nieprawościami, patologiami życia społecznego i gospodarczego po 1989 roku. Był prawdziwszy niż Tusk w głoszeniu haseł "nowego początku", wielkiej przemiany, nowego języka (chociażby dlatego że głosił te same hasła od 1989 roku, podczas gdy Tusk powoli do nich dojrzewał). Ponadto był liderem triumfującym, zwycięskim, rządzącym, podczas gdy Tusk lizał rany po bolesnej i dotkliwej porażce wyborczej 2005 roku.
Wszystko to się zmieniło po podpisaniu "paktu stabilizacyjnego" z LPR-em i Samoobroną - od tego czasu ton wydawany z trąb PiS-u był już jednak trochę fałszywy. Bo jakże to wprowadzać "rewolucję moralną" z chłopakami z Młodzieży Wszechpolskiej przyłapywanymi na hailowaniu? Jak rzetelnie głosić walkę z postkomunizmem, rządząc przy poparciu "brudnej wycieraczki SLD", jak uroczo i obrazowo wyraził się był o Samoobronie swego czasu Ludwik Dorn? Jak budować nowy, wspaniały świat bez korupcji i patologii, gdy ma się za partnerów działaczy pokroju Łyżwińskiego, Filipka czy Beger? "Pakt stabilizacyjny" był błogosławieństwem dla Tuska, pozwolił mu na nabranie oddechu, na złapanie równowagi.
Ale najważniejsze - ów pakt uświadomił liderowi PO, że budowanie IV RP już mu się nie opłaca, że termin ten zacznie być utożsamiany z Lepperem i Giertychem, że zostanie wkrótce splugawiony i ośmieszony, że przestaje być politycznie nośny, że traci swoją moc i czystość. Słowem, że nie będzie już przynosił mu korzyści politycznych i sondażowych. Co więcej, zrozumiał, że opowiedzenie się przeciwko tej idei, przeciwko obozowi IV RP, tak jak został on uformowany w kształcie sojuszu PiS-LPR-Samoobrona, będzie mu się bardziej opłacało. Lider Platformy dostrzegł bardzo szybko, iż pozostawanie w opozycji wobec takiej koalicji parlamentarnej uczyni go ulubieńcem wszystkich znaczących sił w kraju. Jego rachuby okazały się zresztą trafne.
Wiosna 2006 roku wydaje się więc kluczowa w ewolucji ideowej zarówno PiS-u, jak i - i to w stopniu znacznie istotniejszym - Platformy. Zawarcie "paktu stabilizacyjnego" jest powszechnie już dziś uznawane za krok wykonany przez Kaczyńskiego mający oswoić perspektywę nieuchronnej koalicji z LPR-em i Samoobroną. W takiej optyce ów lutowy dokument miał za zadanie przygotować polityków PiS-u, ale nade wszystko jej wyborców, do zawarcia egzotycznego aliansu z populistami. Podpisanie zwyczajnej umowy koalicyjnej i utworzenie wspólnego gabinetu było jeszcze - wedle tej logiki - zbyt szokujące dla elektoratu PiS-u i dlatego jego lider zdecydował się na podpisanie "paktu", żeby oswajać swoich wyborców na przyszłość, i kiedy upłynął już kilkumiesięczny okres, Kaczyński zaproponował wejście do rządu Giertychowi i Lepperowi oraz jego ludziom. Z tej perspektywy szef Prawa i Sprawiedliwości od początku, a na pewno od stycznia/lutego 2006 roku planował tę dziwną koalicję i chciał budować IV RP właśnie z politykami Ligi i Samoobrony.
W moim przekonaniu sprawy miały się jednak inaczej (choć nie uważam powyższej perspektywy za zupełnie bezzasadną) - "pakt stabilizacyjny" był w istocie ostatnim sygnałem wysłanym do PO, ostatnim ostrzeżeniem, pokazaniem, że jest alternatywa dla rządu PO-PiS i że Kaczyński może rządzić bez pomocy Platformy. Ale to właśnie Platforma była adresatem owego paktu, to jej szef miał zobaczyć jasno i dobitnie, że jeśli nie posypie głowy popiołem i nie wróci do stołu rokowań w sprawie powołania wspólnego z Kaczyńskim gabinetu, pozostanie na długie cztery lata w opozycji. Lutowy pakt był więc z tej perspektywy sygnałem wysłanym do PO jako do potencjalnego koalicjanta. Kaczyński złapał za głowy Giertycha i Leppera, podniósł za włosy i potrząsał nimi, pokazując Tuskowi: "Popatrz, jak nie przyjdziesz do mnie, jak nie spokorniejesz, to z tymi typkami będę budował to, co miałem tworzyć z tobą. A ty będziesz gryzł palce w ławach opozycji razem z postkomunistami i zazdrośnie patrzył, jak staję na czele obozu IV RP". Należałoby zatem interpretować "pakt stabilizacyjny" jako ostatni sygnał wysłany przez jednego lidera obozu IV RP do innego lidera tego samego obozu z propozycją współpracy. Oczywiście, ta współpraca miałaby się odbywać według scenariusza napisanego przez Kaczyńskiego i PiS, i może dlatego propozycja ta została odrzucona, albo - mówiąc bardziej precyzyjnie - przemilczana. Platforma nie odpowiedziała na tę ofertę, nie wysłała sygnału do PiS-u, że jest gotowa do kolejnej rundy rozmów, do wejścia do wspólnego z PiS-em gabinetu. Co więcej, zaczynała się powoli rozkręcać kampania wyborcza do samorządów i spór pomiędzy PiS-em i PO zaczynał po raz pierwszy być kluczowym kryterium identyfikacji wyborców, a oś walki pomiędzy partiami stała się podstawowym kryterium podziałów politycznych.
Kaczyński miał więc do wyboru - albo podać się do dymisji z braku możliwości utworzenia większościowego rządu, albo trwać w formule gabinetu mniejszościowego, albo poprosić PO expressis verbis o wejście do jego rządu. Ostatnia możliwość była psychologicznie i politycznie niemożliwa - Kaczyński nie ma zwyczaju prosić, zwłaszcza wiedząc, że jego prośba będzie rozpatrzona negatywnie i narazi go na ataki oraz oskarżenia o słabość. Wyjście drugie - wytrwanie w formule rządu mniejszościowego nie miało na dłuższą metę sensu, bowiem wcześniej czy później jego (rządu) słabość i nieskuteczność zaczęłaby uderzać w wizerunek Prawa i Sprawiedliwości jako partii skutecznej i stanowczej. Nie pozwalałaby także na realizację programu tej partii. Możliwość pierwsza - podanie się gabinetu do dymisji - także nie wchodziło w grę, bowiem taką okazję przegapiono na początku roku. Wtedy rozwiązanie Sejmu było łatwe, bo prezydent mógł tego dokonać z powodu nieuchwalenia przez Sejm budżetu na rok 2006. Ale wówczas nie zdecydowano się na to - tym dziwniejsza byłaby próba rozwiązania obu Izb w drodze podania się rządu do dymisji (jest to procedura dłuższa i bardziej skomplikowana). Pozostawało więc jedynie skonsumowanie "paktu stabilizacyjnego" i utworzenie gabinetu z LPR-em i Samoobroną.
To właśnie w tym momencie kończy się budowanie IV RP, tak jak ją rozumiano jeszcze w kampanii 2005 roku. To ważne - niedojście do powstania rządu PO-PiS lub PiS-PO spowodowało, że obie partie zaczęły się rozjeżdżać - PiS poszło w ryzykowny mezalians z populizmem, a PO zawarła nieformalny sojusz z postkomunizmem. Obie formacje zaczęły okopywać się na swoich pozycjach i uzasadniać swój wybór, usprawiedliwiać swoich nowych partnerów, bronić ich racji i... odbierać im wyborców. Powtórzmy - PiS weszło w smugę populizmu, PO w smugę postkomunizmu. To zdeterminowało politykę i taktykę obu formacji na następne lata - obie partie świadomie lub nieświadomie rozeszły się wiosną 2006 roku. Obie zresztą zaczęły czerpać z tego korzyści polityczne, obsługiwały ogromne części polskiego elektoratu, rosły w siłę, a ich liderom zaczęło się żyć dostatnio.
Dlaczego? Bo odwoływały się do istniejących i ważnych dla wielu Polaków toposów i mitów. PiS, wchodząc w sojusz z LPR-em i Samoobroną, zaczęło mitologizować swój egalitaryzm i antyestablishmentowość. Nie żeby te elementy nie występowały wcześniej w programie i działalności tej formacji, ale jednak współpraca z populistami wyostrzyła ten element. Kaczyński nie mógł pozwolić, by Giertych i Lepper obeszli go właśnie z tej egalitarystycznej flanki. Jeśli pozwolił na zajęcie środka sceny politycznej przez PO, to nie mógł dopuścić do odepchnięcia go od "ludzi prostych". Stąd tak popularne stało się w PiS-ie hasło "Na prawo od nas nie ma niczego", stąd flirt z ojcem Rydzykiem i środowiskiem Radia Maryja, stąd coraz ostrzejszy język i coraz brutalniejsze ataki na elity kraju. Kaczyński musiał ścigać się z Lepperem i Giertychem w populizmie, w brutalności języka, w symplifikacji komunikatu politycznego. Musiał zdominować w tej konkurencji swoich koalicjantów. Dlatego też powoli, ale systematycznie, z PiS-u zaczęli odchodzić lub byli wyrzucani kolejni politycy, którzy nie pasowali do tego obrazu partii siermiężnej, partii prowincjonalnej, partii przedmieść. Ujazdowski, Marcinkiewicz, Dorn, Polaczek, Sellin, Zalewski i inni - odchodzili bądź byli wyrzucani także dlatego, że nie zgadzali się z tą linią swojej formacji (osobnym i oczywistym powodem ich konfliktu z prezesem były także względy ambicjonalne, nie tylko programowe). Kaczyński halsował w stronę populizmu i ci, którzy tego nie akceptowali, nie rozumieli lub się do tego nie nadawali, byli wyrzucani ze statku. Szef PiS-u cumował w porcie o nazwie "populizm" i bunt na pokładzie był mu zupełnie niepotrzebny - stłumił go na pełnym morzu, rebeliantów powywieszał na masztach, maruderów wyrzucił wprost do morza.
Co więcej - dokonał abordażu na okręty koalicjantów. Jak pokazały wybory 2007 roku, PiS przejęło gros elektoratu LPR-u i Samoobrony, wyssało im wyborców, wycisnęło jak cytrynę. Dorn, wówczas jeszcze członek PiS-u, krótko po elekcji 2007 roku nazwał Giertycha "użytecznym elementem" i taki właśnie był stosunek PiS-u do swych partnerów. To było klasyczne "wrogie przejęcie", zamordowanie przez współpracę, zaduszenie przez kooperację. Kaczyński tak bardzo upodobnił się do Leppera i Giertycha, że w opinii publicznej ich zastąpił. Bracia mniejsi okazali się niepotrzebni, kiedy tylko wyborcy mieli okazję głosowania na ich protektora.
I to się udało - w 2007 roku był juz rozpoznawany jako główny wyraziciel Polski B, Polaków gorzej sytuowanych i poszkodowanych w procesie transformacji, gorzej wykształconych i mniej zasobnych. Ale to nie było łatwe zadanie - wystarczyło popatrzeć, jak Kaczyński czuje się w Telewizji Trwam, jak znosi towarzystwo chamów z Samoobrony i chuliganów politycznych z Ligi, jak dalece musi się gimnastykować, by znieść współpracę z tego typu ludźmi. Jego polityczna i estetyczna ekwilibrystyka mogła budzić podziw - nie miał bowiem żadnych złudzeń co do jakości osób, z którymi przyszło mu prowadzić sprawy państwowe, ich moralnych i merytorycznych kwalifikacji, ich wykształcenia i przygotowania do pełnionych funkcji. Uznawał jednak, że gra warta jest świeczki, że należy wykorzystać szansę na budowę przynajmniej rudymentów IV RP, a przy okazji stać się panem polskiego populizmu. Wiedząc chyba, że twór budowany z takimi konfratrami będzie ułomny i kaleki, podjął się jednak tego zadania - po pierwsze dlatego że nie miał innego wyjścia (jak to już było opisane). Po drugie, bo mógł na tym coś ugrać politycznie, mógł stać się hegemonem na polskiej prawicy i na długie lata osadzić się tam ze swoją partią (okazało się to zresztą prawdą). Po trzecie wreszcie, last but not least, uznał, że to jednak będzie lepsze dla kraju niż oddanie władzy w ręce Platformy, która coraz bardziej wyraźnie ześlizgiwała się w objęcia postkomunizmu.
Ewolucji PO z partii protestu wobec porządków III RP ku restauratorce owych porządków poświęcona będzie duża część drugiej połowy tej książki, dlatego w tym miejscu warto jedynie pokrótce zaznaczyć, że Tusk stosunkowo szybko porzucił zbroję rycerza nowej Polski i łatwo wszedł w szaty obrońcy porządków pookrągłostołowych - ze wszystkimi wynikającymi z tego patologiami, z nadaktywnością służb specjalnych, z osłabianiem państwa przez wielki biznes itp. PO dostrzegła bardzo szybko szansę, jaką dało jej romansowanie PiS-u z LPR-em i Samoobroną - przesuwanie się Kaczyńskiego w prawo, ku populistycznej flance, otworzyło dla Platformy nowe pola penetracji politycznej. Wiele środowisk i grup społecznych krytycznie postrzegających Tuska jeszcze w 2005 i na początku 2006 roku, zobaczyło w nim jedynego obrońcę swych praw i interesów. W PO zaczęto upatrywać nadziei na zatrzymanie politycznej aktywności rządów PiS-u, z PO wiązano nadzieje na ograniczenie znaczenia wpływów braci Kaczyńskich, o PO zaczęto mówić jako o ostatniej ostoi normalności i praworządności. Znalazło to swój najbardziej widoczny wyraz w czasie kryzysu związanego z tzw. "aferą Renaty Beger" oraz w czasie kampanii wyborczej 2007 roku. W tym pierwszym przypadku środowiska będące egzemplifikacją porządków po 1989 roku nawoływały Donalda Tuska do zawarcia koalicji rządowej z... Samoobroną i Ligą, byleby tylko odsunąć PiS od władzy. Widać więc było, że tym środowiskom nie przeszkadzają populiści u władzy, ale PiS. W tym drugim przypadku bezwstydnie i zupełnie otwarcie takie media, jak "Polityka" czy "Gazeta Wyborcza" wspierały Tuska i jego partię w czasie kampanii parlamentarnej.
Szef PO w lot to zrozumiał i już w 2006 roku pozwalał się traktować jako protektor tych środowisk i wyraziciel ich interesów. Jego problemem było to, że ci, których objął politycznym patronatem, to reprezentanci postkomunizmu. W ten oto sposób drogi Donalda Tuska i postkomunizmu zeszły się ponownie. Piszę "ponownie", bowiem na początku lat 90-tych (ale także na ich końcu) był on jako polityk Kongresu Liberalno-Demokratycznego pozytywnie ustosunkowany do środowisk i idei składających się na pojęcie polskiej wersji postkomunizmu. Wydarzenia z czerwca 1992 roku były tego najbardziej spektakularną egzemplifikacją, ale także inne wydarzenia z lat 90-tych pozwalały na postawienie tezy, że Donald Tusk żył w symbiozie z liderami tego nurtu ideowego i politycznego (zbadanie tej kooperacji przekracza ramy tej książki, ale wystarczy przypomnieć sobie, że był on jednym z liderów Unii Wolności, by uznać, że nieprawdziwą tezą byłaby ta udowadniająca, że Tusk cały czas w wolnej Polsce walczył z postkomunizmem). Po fiasku idei rządu PO-PiS porzucił idee IV RP i przeszedł na pozycje jej zaciekłego krytyka - i nie była to tylko krytyka realizacji owej idei przez koalicję PiS-LPR-Samoobrona, ale także krytyka samych założeń, tak jak zarówno PiS, jak i PO definiowały je w latach 2004 - 2005.
Utworzenie więc wspólnego gabinetu przez Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera było w rzeczywistości końcem IV RP, a nie jej początkiem. W maju 2006 roku na dobre doszło do rozbratu między PO a PiS-em, a bez ich współpracy - jak miała pokazać przyszłość - nie było mowy o rzetelnym, trwałym budowaniu IV RP. Kaczyński podjął próbę tworzenia jej rudymentów w towarzystwie polityków, z którymi nie należało nawet państwem administrować, nie mówiąc nawet o chęci jego dogłębnej reformy. Tusk natomiast stawał się więźniem elit III RP. Żaden z nich tego nie wybierał, nie planował - obaj byli od tego czasu pasywnymi elementami owego procesu. Jedynie robili dobre miny do złej gry - Kaczyński udawał, że koleżeństwo z Lepperem i Giertychem go nie uwiera, a Tusk dzielnie zaciskał zęby, głosując ramię w ramię z partią Millera. Zresztą po pewnym czasie naprawdę zaczęło im to nie wadzić, a ze zdziwieniem chyba zaczęli konstatować, iż cała sprawa zaczyna im się politycznie opłacać. Opłacać w sensie sondażowym - bo jak się okazało, wbrew powszechnym opiniom publicystów i komentatorów politycznych, wojna między PO i PiS-em zamiast odstraszać od nich wyborców, spowodowała ich gwałtowny napływ do obu formacji. Trwanie w ciągłym zwarciu napędzało elektorat obu ugrupowaniom, wzmacniając je i marginalizując każdą - potencjalną lub realnie istniejącą - alternatywę. Platforma dusiła SLD i nie pozwalała mu na odzyskanie swoich wyborców, PiS dusiło swoich koalicjantów i odbierało im elektorat. Na pierwszy rzut oka było to zjawisko kuriozalne i niezrozumiałe, przy głębszej analizie można było jednak zrozumieć, dlaczego dwie wielkie formacje stają się coraz większe, a partie mniejsze karleją lub przynajmniej nie rozwijają się. Bo trudno było dociec, jak na przykład postsolidarnościowe Prawo i Sprawiedliwość może konsumować postkomunistyczną Samoobronę, jak postsolidarnościowa Platforma może odbierać wyborców postkomunistycznemu SLD.
W tym miejscu należy rozprawić się z dwoma mitami - po pierwsze, że to wynik złego charakteru Tuska i Kaczyńskiego zadecydował o fiasku koalicji. Po drugie, że wszystko to było zaplanowane od samego początku i zapowiedzi wspólnego rządu to były jedynie zabawy wizerunkowe. Co do pierwszego z mitów - po wejściu do czynnej polityki jednym z najbardziej zaskakujących spostrzeżeń, a jednocześnie najsilniejszych wrażeń, jest dostrzeżenie wagi kwestii personalnych. I nie chodzi tu tylko o to, że politycy niezwykle dużo uwagi przywiązują do przetasowań personalnych, ale o to, że osobowości uczestników gry znacząco wpływają na procesy polityczne. Analiza politologiczna pozbawiona tej perspektywy jest i będzie zawsze ułomna, kaleka, niewystarczająca. Charaktery liderów, osobowości uczestników procesów politycznych, ich indywidualne cechy odgrywają znakomitą rolę w politycznym "dzianiu się". To czynnik, który bardzo często umyka w syntezach wychodzących spod piór socjologów i politologów.
Ale tłumaczenie z kolei wszystkiego tym właśnie elementem jest tak samo zwodnicze, jak jego nieuwzględnianie. I właśnie w tym przypadku mamy do czynienia z takim przecenianiem konfliktu charakterów Tuska i Kaczyńskiego. To nie ich zła natura, wredne osobowości, ułomności duszy były przyczyną niedojścia do powołania rządu PO i PiS-u. To było wynikiem racjonalnej kalkulacji i politycznych rachub. Tusk chciał takich zabezpieczeń dla wejścia swojej partii do owego gabinetu, które były nie do przyjęcia dla Kaczyńskiego. Ten ostatni zwykł mawiać w tamtym czasie, że Platforma chce zmienić wyniki demokratycznych wyborów, bowiem ich żądania w sprawie podziału tek w przyszłym rządzie były - w jego przekonaniu - zbyt wygórowane i przesadne. Tusk jednak racjonalnie grał na zabezpieczenie swojej pozycji i pozycji swojej partii. To nie w wyniku starcia złych ludzi nie doszło do powołania rządu PO-PiS, to był wynik kalkulacji politycznych, w których czynnik emocjonalny grał nieznaczną rolę.
Nie oznacza to, co oczywiste, że fakt, iż obaj liderzy czuli do siebie coraz większą niechęć i antypatię, nie miał żadnego znaczenia. Tak nie było, bo kampania wyborcza mocno naruszyła ich wzajemne relacje. Szczególnie odnosiło się to do Donalda Tuska, który w podwójny sposób odczuwał jej skutki - po pierwsze, dlatego że w czasie kampanii użyto do walki politycznej historii jego rodziny (słynny dziadek z Wehrmachtu, notabene - argument prawdziwy), po drugie, dlatego że cały czas lider PO był przygotowany na zwycięstwo zarówno w wyborach prezydenckich, jak i parlamentarnych. W czasie prowadzenia negocjacji nad powołaniem wspólnego gabinetu nie był więc w najlepszej formie psychicznej, ale jeszcze raz warto podkreślić, że nie tłumaczy to jego wyraźnej niechęci do podjęcia decyzji o wejściu Platformy do rządu z PiS-em. Był to raczej wynik jego politycznego planu na uzyskanie przewagi nad ugrupowaniem Kaczyńskiego i niedopuszczenie do majoryzacji polskiej prawicy przez PiS.
Drugi z mitów obecnych w polskiej debacie publicznej na temat ówczesnych negocjacji opiera się na przekonaniu, że tak naprawdę od samego początku, jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wyborczej, wiadomo było, że do zawarcia koalicji PO-PiS nie dojdzie, a obie partie używały tej wizji jedynie w celach marketingowych. Najczęściej tego typu rozumowanie bazuje na wyszukiwaniu różnic programowych obu formacji i wskazywaniu na znaczące różnice. Po pierwsze, jak już próbowałem to wykazywać, te różnice nie były w tamtym czasie tak ogromne, jak są obecnie, i można mówić zasadnie o PO i PiS-ie w tamtym czasie jako o partiach bliźniaczych. Różnice w programach wyborczych obu ugrupowań oczywiście istniały, ale zarówno PiS, jak i PO można było wówczas postrzegać i opisywać jak partie dążące do tego samego celu, przy różnych być może receptach na metody i drogi do osiągania owych celów. Tym celem była głęboka zmiana strukturalna i ustrojowa państwa polskiego, zasadzająca się na uczynieniu go konserwatywnym aksjologicznie i zmodernizowanym ekonomicznie.
Po drugie, koalicje rządowe po 1989 roku były zawierane przez partie różniące się programowo o wiele bardziej niż PO i PiS. Jeśli przyjrzymy się rządom Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Hanny Suchockiej czy Jerzego Buzka, łatwo się przekonamy, że różnice między tworzącymi je podmiotami były o wiele głębsze i bardziej zasadniczej natury niźli te dzielące partie Tuska i Kaczyńskiego. Dlatego z owych istniejących przecież odmienności w programach obu ugrupowań nie można wyciągać wniosków co do niemożności zawarcia przez nie wspólnego rządu.
Innym argumentem na prawdziwość owego drugiego mitu, czyli mitu o planowanym już przed wyborami rozwaleniu perspektywy rządu PO-PiS, jest przekonanie o tym, iż zarówno Kaczyński, jak i Tusk nie chcieli stworzenia wspólnego gabinetu, bo na wiele miesięcy przed elekcjami 2005 roku postrzegali się jako wrogowie i eksponenci zwalczających się obozów. Lider PiS-u miał być uznawany przez szefa PO za niebezpiecznego populistę, homofoba, anty-Europejczyka, socjalistę ekonomicznego i groźnego antydemokratę, zaś Tusk miał być postrzegany przez Kaczyńskiego jako eksponent "układu", zakładnik różnego rodzaju lobby, sługus postkomunizmu. Jedną z ważniejszych tez tej książki jest właśnie to, że tak było jedynie w niewielkiej części, że co prawda obaj panowie mieli do siebie ograniczone zaufanie (jak to zwykle w polityce), ale że dopiero dynamika procesu politycznego od jesieni 2005 roku doprowadziła obu liderów i ich obozy polityczne na antypody polskiej sceny politycznej i pospychała ich do narożników populizmu i postkomunizmu (skąd walczyli o zagospodarowanie całego ringu politycznego). Tak stać się nie musiało, PO-PiS i budowanie IV RP mogło się udać, wejście Platformy w rolę eksponenta elit postkomunizmu nie musiało się dokonać, nie musiała ona po 2007 roku (o czym będzie mowa w drugiej części książki) aksamitnie, a czasami brutalnie restaurować III RP.
Wszystko zaczęło się - jak się rzekło - od tego, że wybory 2005 roku wygrała nie ta partia, której zwycięstwa się spodziewano. Prawdopodobnie gdyby prezydentem został Tusk, a PO byłaby zwycięzcą elekcji parlamentarnej, do powstania koalicji PO-PiS by doszło. Wszyscy byli przygotowani na ten scenariusz - nawet bracia Kaczyńscy. Wyborcy jednak zdecydowali inaczej, o co oczywiście nie można mieć do nich pretensji. Tak samo jak nie można mieć pretensji do liderów Prawa i Sprawiedliwości o to, że chcieli i potrafili wygrać obie elekcje. Ale to, co się po tym stało, w dużej mierze było już niezależne od nich.
Na zakończenie tego wątku warto jeszcze pokusić się o przeanalizowanie zarzutów stawianych Kaczyńskiemu za zawarcie koalicji z LPR-em i Samoobroną. Wielokrotnie był on za to krytykowany. W moim przekonaniu niesłusznie. Argumenty były wielorakie, często ze sobą sprzeczne.
Pierwszy był natury estetycznej - że to brzydcy panowie i brzydkie są ich partie. Na głupie zarzuty odpowiedzi mogą też być tylko głupie, więc nie warto zbyt długo poświęcać uwagi na falsyfikację tego typu argumentacji. Można jedynie ograniczyć się do konstatacji, że tego typu argumentacja była aż do wyborów 2007 roku bardzo często stosowana w dyskusji publicystycznej i ulegali jej także komentatorzy ze świata nauki. Że nie ma ona nic wspólnego z analizą politologiczną, że jest wyrazem bezsiły, że w istocie jest ustosunkowaniem się do quasi-rzeczywistości, a nie analizą "rzeczywistości realnej" (by posłużyć się pleonazmem), to oczywiste. Zastanawiające jest jedynie, jak popularna i jak często stosowana była to metoda przez dwa lata rządów PiS-u. Jak ochoczo ulegali jej nie tylko politycy, publicyści i komentatorzy, ale także wyborcy. Okazało się, że kryterium estetyczne odgrywało znaczącą rolę w tym okresie. Dopiero w 2009 roku Rafał Ziemkiewicz i ja (w krótszym i mniej znaczącym tekście) opisaliśmy ten mechanizm jako istotny dla części polskiego elektoratu mechanizm fałszywego awansu społecznego poprzez proces popierania partii, które uznawane są za mainstreamowe i wzgardy dla formacji postrzeganych jako obciachowe. Dotyczyło to zwłaszcza klasy średniej, dorabiającej się, niezakorzenionej, a to znaczy poszukującej swojego miejsca i owego miejsca w hierarchii społecznej żądającej. Estetyczne odrzucenie koalicji PiS-LPR-Samoobrona było dla tej części polskiego społeczeństwa szansą na awans, uzyskanie potrzebnego jej prestiżu, uznania swoich dotychczasowych zdobyczy. Snobowanie się na zwolenników Platformy i publiczne wyrażanie pogardy estetycznej dla gabinetu Kaczyńskiego było dla tych ludzi drogą potwierdzania swojego nowego statusu społecznego, swojej pozycji, utwierdzeniem się i utwierdzaniem zarazem innych w poczuciu bycia po stronie wygranych, po stronie ludzi sukcesu. PO zaczęła odgrywać rolę, którą w latach 90-tych pełniła Unia Demokratyczna, a potem jej sukcesorka Unia Wolności. W latach 2005 - 2007 kryterium estetyczne było bardzo często wykorzystywane przeciwko koalicji rządzącej, ale właśnie dlatego, że znajdowało realny rezonans w znaczącej części polskiego społeczeństwa, i to w dodatku w tej części, która jest bardzo opiniotwórcza.
Drugim argumentem przeciwko sensowności zawarcia tej koalicji był argument natury już nie estetycznej, ale kalkulacyjnej. I ten uznać należy za zasadny. Gdyby wybory odbyły się na wiosnę 2006 roku, konieczność wciągnięcia populistów do władzy wykonawczej nie nastąpiłaby. Przypomnijmy, Sejm nie uchwalił budżetu i istniała możliwość rozwiązania parlamentu przez prezydenta. Przy ówczesnych notowaniach partii w sondażach popularności wielce prawdopodobne wydawało się, że PiS wybory parlamentarne wiosną 2006 roku wygrałoby znaczącą przewagą głosów. Wówczas mogło dojść albo do zmiany na stanowisku szefa PO po trzeciej już przegranej Tuska na przestrzeni zaledwie pół roku, albo - co jest bardziej prawdopodobne - do odejścia z kluby poselskiego PO kilkudziesięciu posłów. To otworzyłoby możliwości zbudowania z nimi większościowego gabinetu bez konieczności wprowadzania do rządu ludzi Leppera i Giertycha. Jednak ten moment i ta szansa została zmarnowana przez kierownictwo PiS-u oraz prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którzy - po części słusznie - obawiali się ewentualnych zawirowań w czasie kampanii wyborczej. Czym innym bowiem sprzyjające sondaże, a czym innym realny wynik wyborczy w prawdziwej elekcji. Wydaje się jednak zasadne twierdzenie, że wówczas zwycięstwo należałoby do PiS-u. Argument zatem, że można było uniknąć koalicji z populistami poprzez pójście na nowe wybory, był sensowny, ale po decyzji o nierozwiązywaniu Sejmu stał się po prostu nieaktualny.
Trzeci sposób wnioskowania mający uzasadnić, że stworzenie wspólnego rządu z LPR-em i Samoobroną było błędem, zasadzał się na przekonaniu, że z tymi partiami nie da się realizować programu IV RP. O ile pierwszy wymienny sposób argumentowania przeciw powstaniu rządu PiS-LPR-Samoobrona był często autorstwa przeciwników planów budowy IV RP, o tyle drugi i - zwłaszcza - trzeci był często wypowiadany przez zwolenników tej idei. Podnoszono - także po części słusznie - że z takimi partnerami nie da się zrealizować zasadniczych zrębów nowego państwa, że są to ludzie i środowiska niewiarygodne, niedoświadczone, podejrzane. Po części były to uwagi słuszne - zwłaszcza wobec działaczy Samoobrony. Od początku było wiadomo, że jest to krąg ludzi co najmniej niekompetentnych, ale także - co gorsza - o niejasnych powiązaniach biznesowych, otoczonych funkcjonariuszami dawnych służb specjalnych. Posłowie wprowadzeni do Sejmu z list Samoobrony byli zazwyczaj źle przygotowani do pełnienia swoich ról, niewykształceni, źle zorientowani z zawiłościach prawa polskiego. Za nimi ciągnęli się biznesmeni podejrzanej konduity, szemrani przedsiębiorcy. Ponadto wielu z nich było w przeszłości działaczami i funkcjonariuszami PZPR-u. Wszystko to sprawiało wrażenie "niekompatybilności" z PiS-em - zarówno jeśli chodzi o rodowód polityczny, jak i po prostu o zwykłą ludzka postawę moralną i przygotowanie do pełnienia zawodu polityka.
Z LPR-em sytuacja była nieco inna - to często byli ideowi młodzi ludzie z niezłym wykształceniem, o wyraziście antykomunistycznych poglądach i przekonaniach. Roman Giertych był zresztą także człowiekiem o szerokich horyzontach myślowych, o silnie ideowej formacji antykomunistycznej, o dobrym wykształceniu. Wydawał się naturalnym prawicowym wsparciem dla rządów PiS-u. Chociaż często podejrzewany był o cynizm, to jednak było swoiste iunctim pomiędzy ideowymi założeniami LPR-u i PiS-u. Chociaż więc Giertych łatwo popadał w populizm, to jednak koalicja z nim nie wydawała się jakimś politycznym mezaliansem i czymś niewyobrażalnym. Wchodzenie z nim w alianse nie było zatem czymś ekstraordynaryjnym i nagannym - co więcej, mogło nawet wydawać się naturalnym etapem budowy wielkiej formacji prawicowej, w której LPR odgrywałby rolę konserwatywnej CSU wobec chadeckiego PiS-u (odgrywającego rolę CDU).
Czwartym argumentem używanym jako sposób udowodnienia, że Kaczyński nie powinien był wchodzić w sojusz rządowy z Samoobroną i LPR-em, był ten, że nie powinno się wprowadzać partii populistycznych do organów władzy wykonawczej. Okazało się, że jest dokładnie odwrotnie: że wejście do rządu ugrupowań określanych jako populistyczne jest dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Że to nie demokracja i instytucje państwa liberalnego na tym cierpią, ale że jest to pułapka założona na formacje tego typu. Mechanizm bowiem demokratycznej kontroli władzy i partycypacji społecznej niszczy populistów wówczas, gdy dochodzą do władzy i owej władzy sprawowaniem się kompromitują. Nie tylko dlatego, że zazwyczaj gromadzą osoby niekompetentne - chociaż to zrozumiały mechanizm, że osoby kontestujące panujący reżim polityczny (rozumiany jako ustrój, nie jako forma dyktatury) nie miały wcześniej doświadczenia w sprawowaniu władzy. Nie potrafią więc sprawnie odnajdywać się w zakamarkach i niuansach maszynerii nowoczesnego państwa. Nie mając wcześniejszych doświadczeń w sprawowaniu władzy, stosunkowo szybko kompromitują się lub... wchodzą w system i nie chcąc go kontestować, wchodzą z nim w swoistą symbiozę. Za wejście do systemu otrzymują kontrybucje z jego strony i mogą dowolnie czerpać z tego korzyści materialne i pozamaterialne. To relatywnie rychło demoralizuje przedstawicieli tego typu partii i wciąga ich do systemu demokratycznego, czyniąc z nich jego część. Tak więc następuje inkorporacja działaczy ugrupowań populistycznych do systemu i wypłukanie ich (owych ugrupowań) z ideowości oraz z aktywistów chcących nieść sztandar antyestablishmentowości.
Ale istnieje także i inny powód, dla którego wpuszczenie populistów do władzy powoduje ich stopniowe osłabienie. Chodzi tu o proces odwracania się od tego typu partii ich naturalnych wyborców. Wyrażają oni swoje poparcie dla różnego rodzaju formacji populistycznych dopóty, dopóki są one kontestatorami systemu i tym samym postrzegane są przez swój lektorat jako jego naturalni reprezentanci. Zazwyczaj ugrupowania populistyczne opierają się na wyborcach gorzej sytuowanych, słabiej wykształconych, poszkodowanych socjalnie. I oni szukają swoich przedstawicieli w podobnych do siebie politykach. Jeśli widzą w nich samych siebie, ufają im i chętnie oddają im swój głos. Zmiana następuje, z chwilą gdy wyborcy widzą swoich przedstawicieli w rządzie. O ile na początku wierzą, że ich wejście do systemu będzie już wkrótce służyło im, że ich reprezentanci rychło zrealizują swoje hasła wyborcze, że spełnią obietnice składane w czasie kampanii, dzięki którym uzyskali poparcie swoich wyborców, to już po pewnym czasie okazuje się, że realizacja programu tych partii jest po prostu niemożliwa. Implikuje to stopniowy spadek zaufania do owych partii i odwracanie się od nich elektoratu - brak spełnienia przedwyborczych obietnic i haseł w naturalny sposób skutkuje spadkiem notowań. Jest on o tyle szybszy w przypadku formacji populistycznych, że po pierwsze, ich program jest zazwyczaj maksymalistyczny, a obietnice zdecydowanie na wyrost. To zaś znajduje swój wyraz w ogromnym rozczarowaniu wyborców.
Po drugie, elektorat partii populistycznych jest, jako się rzekło, słabiej wykształcony, a to znaczy, że nie rozumie uwarunkowań, które powodują, że każda partia rządząca nie jest w stanie spełnić wszystkich swoich obietnic. To rodzi frustrację i odwraca sympatię społeczną od owej "partii zdrajców". Po trzecie, o ile wyborcy partii mainstreamowych przywykli do mechanizmu, który określić można jako "obietnice wyborcze - brak ich realizacji w czasie rządzenia", o tyle dla wyborców ugrupowań populistycznych jest to sytuacja nowa. Brak pełnej materializacji haseł wyborczych traktują oni jak zdradę i porzucają swoje sympatie. Elektorat partii od wielu już lat przechodzących tę cykliczność "obietnice - brak ich całkowitej realizacji" jest bardziej "cyniczny" - wie, że jedynie część haseł wyborczych znajduje swoje spełnienie w czasie rządów. Po prostu jest bardziej doświadczony i nie oczekuje od swoich reprezentantów cudów. W przeciwieństwie do nich elektorat partii populistycznych oczekuje spełnienia swoich zadań hinc et nunc. Co więcej, widząc swoich reprezentantów w limuzynach rządowych, ubranych w drogie garnitury, konsumujących niedostępne dla nich dobra, zaczyna postrzegać ich - słusznie zresztą - jako inkorporowanych do systemu.
Z tych wszystkich powodów wciągnięcie LPR-u i Samoobrony nie było złym posunięciem. Skorzystał z tego PiS, ale i system demokratyczny, bowiem jak pokazała przyszłość, populiści zostali wchłonięci przez partię Kaczyńskiego. Podobnie, choć nie tak spektakularnie, skończył się dla Partii Wolności Joerga Haidera udział w rządzie krajowym Austrii. Populiści polscy nie tylko nie zniszczyli systemu demokratycznego, ale sami zostali przez ten system zniszczeni. Ponadroczny udział w rządzie wespół z PiS-em zakończył się dla nich całkowitą marginalizacją - wyborcy się od nich odwrócili, w większości wchodząc w posiadanie ugrupowania Kaczyńskiego. Stworzenie więc z nimi koalicji w maju 2006 roku nie tylko nie było błędem, biorąc pod uwagę dobro kraju i trwałość systemu demokratyczno-liberalnego, ale nawet przyczyniło się do jego wzmocnienia. Wyborcy populistyczni znaleźli swojego reprezentanta w przewidywalnym i prosystemowym PiS-ie, liderzy LPR-u i Samoobrony zostali skompromitowani co najmniej na kilka lat, a zagrożenie wzrostem ich popularności zostało zażegnane. Kaczyński zabił polski populizm, wchodząc z nim w sojusz rządowy i dokonując "wrogiego przejęcia" jego wyborców i zwolenników. Skutkowało to co prawda pewną populizacją samego PiS-u, ale stanowiło o końcu, przynajmniej na jakiś czas, popularności ugrupowań populistycznych w polskim systemie partyjnym. Zatem wciągnięcia populistów do rządu nie tylko nie należało oceniać jako rzeczy niedopuszczalnej, ale nawet trzeba by było je uznać za pożyteczne dla petryfikacji demokracji w Polsce.