Konwój
Zima roku 1964 przywitała warszawiaków wyjątkowo punktualnie. Pierwsze
jesienne mrozy i przelotne opady śniegu pojawiły się już w październiku.
Ale dopiero w przeddzień kalendarzowej zimy nad Polskę nadciągnął
chłodny front niżowy. Temperatura spadła poniżej zera, a opady śniegu
wypędziły warszawskich dozorców i gospodarzy domów z ciepłych kantorków.
Cztery centymetry śniegu to niby niewiele. Nie wszędzie jednak da się
uprzątnąć pobielone chodniki. Centrum stolicy wciąż jest jednym wielkim
placem budowy. Bez przerwy coś się wyburza, remontuje albo buduje. Toteż
mróz jest wyczekiwanym zbawieniem. Tonące w błocie uliczki dają chwilową
ulgę. Nie trzeba brnąć po kostki w przepastnych kałużach. Należy wszakże
uważać, bo na przechodniów czyhają zamarznięte wyboje i zdradliwe
ślizgawki. Lekarze z pogotowia na Hożej mają ręce pełne roboty. Od rana
zużyto już sto kilogramów gipsu.
Do świąt pozostały tylko dwa dni. Mimo późnej pory po ulicach wciąż
kręci się sporo ludzi. Miasto ogarnęła gorączka zakupów. Jedni szukają
czegoś na wigilijny stół, inni przeczesują sklepy, rozglądając się za
prezentami. Najbardziej obleganym miejscem jest Centralny Dom Towarowy.
Warszawski cedet to już legenda. Od 22 lipca 1951 roku gmach u zbiegu
Alei Jerozolimskich i Kruczej jest handlową wizytówką stolicy. Sto
trzydzieści stoisk odwiedza każdego dnia blisko pięćdziesiąt tysięcy
klientów. W grudniu liczba szturmujących rośnie, sięgając nawet stu
tysięcy dziennie. Połowa z nich coś kupuje - a jest w czym wybierać.
Zaopatrzenie jest tu najlepsze nie tylko w stolicy, ale i w kraju. Cedet
oferuje osiemdziesiąt tysięcy najróżniejszych artykułów. Wszyscy jednak
wiedzą, że aby upolować naprawdę atrakcyjne towary, trzeba mieć w cedecie kogoś znajomego. Kogoś, kto powie kiedy i na które stoisko rzucą
poszukiwane, trudno dostępne dobra. Jedna trzecia najlepszych okazji nie
trafia nawet do sprzedaży. Roztapia się gdzieś w mrokach magazynów,
oczywiście za wyższą cenę. To, co zostanie, wykupują klienci
"łańcuszkowi", którzy całymi dniami koczują przy zamontowanych wzdłuż
okien kaloryferach. Czekają na dostawę zagranicznych dywanów,
turystycznych radioodbiorników, włoskich pantofli czy angielskich
płaszczy. Kupują wszystko na handel. Zwykłym klientom pozostaje liczyć
tylko na łut szczęścia.
Dodatkowym magnesem przyciągającym do Centralnego Domu Towarowego są
godziny otwarcia. Sześciokondygnacyjna świątynia handlu pracuje siedem
dni w tygodniu. I to po dwanaście godzin. To o wiele dłużej niż inne
sklepy. W niedzielę otwiera się tylko pedet na Woli, gallux z wyborem
ekskluzywnej odzieży, salon futrzarski i wybrane sklepy delikatesowe,
należące do Warszawskiej Spółdzielni Spożywców (WSS).
O godzinie 8:30 rano portierzy otwierają wejścia, które Leopold Tyrmand
porównywał do pomp ssąco-tłoczących, bez przerwy przepychających potoki
ludzkie. Z głośników w cedecie płynie miły kobiecy głos. Witając,
informuje, kto dzisiaj obchodzi imieniny, klientom życzy udanych
zakupów, a pracownikom miłej pracy. Obsługa włącza ruchome schody
łączące kolejne piętra. Choć są one ruchome tylko z nazwy. Od chwili
otwarcia nie ma dnia, by któryś z radzieckich eskalatorów nie był w naprawie. Stefan Wiechecki, słynny Wiech, pisze o nich w felietonach, że
są "schodami nieruchomymi". A mimo to zostały uznane za jeszcze jedną,
wyjątkową atrakcję, szczególnie lubianą przez dzieci.
Jeszcze wcześniej, bo o 7:00 rano otwierają się drzwi mieszczących się
na parterze delikatesów. Marokańskie sardynki w puszkach, włoska oliwa z oliwek, indyjska herbata i południowoafrykańska kawa, ananasy w puszkach, tunezyjskie daktyle i algierskie figi. Wszystko w ciągłej
sprzedaży. Stoisko monopolowe oferuje prawdziwe francuskie szampany i oryginalne koniaki. Jest też bułgarska pliska, włoska grappa, greckie
uzo i egzotyczne trunki z najdalszych zakątków świata. Przed świętami w delikatesach pojawiają się nawet pomarańcze i cytryny. Jest drogo, ale
nikt nie kręci nosem. Gdzie indziej można tylko pomarzyć o takich
frykasach. Tłum kupujących meandruje alejkami, łapiąc do koszyków
luksusowe wiktuały. Kasy stojące przy wyjściu z samoobsługowej sali bez
przerwy terkocą i podzwaniają wesoło dzwonkami po każdym podsumowaniu
rachunku.
Na ostatniej, szóstej kondygnacji cedetu pieści podniebienie i dostarcza
rozrywek restauracja kategorii pierwszej o swojskiej nazwie "Stolica".
Ogromna przeszklona sala z tarasem widokowym może pomieścić dwustu
pięćdziesięciu gości. Dzięki oddzielnej klatce schodowej i windzie
dancing przy akompaniamencie zespołu muzycznego kończy się tu o 4:00 nad
ranem.
Na pierwszym piętrze wytchnienie oferuje klientom, i nie tylko,
kawiarnia "Antresola". Nazywana przez bywalców "kawiarnią na półce".
Półkę ową stanowi wąski taras zewnętrzny, wiszący nad wejściem od strony
Alei Jerozolimskich. I drugi wewnętrzny, posadowiony nad westybulem przy
wejściu. W kawiarni chętnie odpoczywają umęczeni eleganccy panowie,
którzy często muszą znosić kilkugodzinne przymiarki na stoisku salonu
mody. Jest to również popularne miejsce spotkań warszawskiej młodzieży,
wagarowiczów i bohemy artystycznej. "Na półce" można spotkać literatów i aktorów. Zaglądają tu też panie trudniące się najstarszym zawodem
świata. Wpadają na chwilę, po drodze do "Polonii" czy "Bristolu".
O bajońskich utargach cedetu z dumą pisze prasa. W okresie
przedświątecznym sięgają one trzech milionów złotych dziennie. W ostatnią niedzielę handlową padł nowy rekord. W dzisiejszym wydaniu
"Express Wieczorny" na pierwszej stronie tryumfalnie zawiadamia o wynikach "złotej niedzieli" i przebiciu ubiegłorocznego rekordu aż o dwieście tysięcy. Do kasy trafiły cztery miliony osiemset tysięcy.
O 16:00 do gabinetu dyrektora cedetu, towarzysza Albina Kostrzewskiego,
wchodzi dowódca straży przemysłowej Czesław Jarek. Kładzie na biurku
plan wieczornego konwoju, który odwiezie utarg do banku. Wraz z nim
upoważnienie do wydania broni. Jeszcze przed paru laty pieniądze
konwojowała milicja. Jednak w komendzie ktoś doszedł do wniosku, że
milicja nie jest od tego i odwożeniem pieniędzy zajęła się umundurowana
straż zakładowa. Z tej okazji dziesięciu strażnikom przydzielono jeden
pistolet PW (skrót od: pistolet wojskowy), kaliber 7,62. To w zupełności
wystarcza, bo broń jest pobierana z depozytu wyłącznie podczas wyjazdów
do banku. Ma ją jeden ze strażników - ten, który zostaje wyznaczony na
dowódcę konwoju. Drugi dźwiga worek wypchany pieniędzmi. Jest co
dźwigać, gdyż waży on zwykle kilkanaście kilogramów.
Dyrektor Kostrzewski podpisuje dokument i wraca do swoich spraw. Tego
dnia w konwoju pojadą Stanisław Piętka i Zdzisław Skoczek. Skoczek
pracuje ledwie od roku, rzadko pełni funkcję dowódcy. Piętka jest od
niego starszy, pracuje dłużej, już ponad dwa lata. Wiele razy jeździł do
banku z utargiem. Toteż zgodnie z regulaminem spisanym przez komendanta
straży przemysłowej Jana Mikę to on zostaje wyznaczony na dowódcę
wieczornego konwoju. Od 14:00 pełni służbę na piątym piętrze. Po 19:00
pojedzie do banku, a pracę skończy po 22:00, asystując przy komisyjnym
zamykaniu i plombowaniu stoisk.
Przed 18:00 w wartowni straży pojawia się Skoczek. Mówi, że odbierze
broń dla Piętki. Czesław Jarek kiwa twierdząco głową. W cedecie panuje
koleżeńska atmosfera. Strażnicy dobrze się znają i gdy jeden jest czymś
zajęty, inny wyręcza go w obowiązkach. Takie sytuacje często się
zdarzają. Jarek otwiera szafę pancerną i wydaje Skoczkowi kaburę z pistoletem i dodatkowym magazynkiem. Ten kwituje odbiór i wychodzi.
Zaraz za drzwiami spotyka Piętkę, który idzie akurat odebrać broń.
Wyjaśnia mu, że już pobrał pistolet, bo Jarek zmienił decyzję i to on ma
być dziś dowódcą. Piętka wzrusza tylko ramionami, przyjmując do
wiadomości tłumaczenie. Jest mu wszystko jedno, kto będzie miał broń, a kto poniesie worek.
W tym samym czasie w specjalnym pomieszczeniu w podziemiach
kasjerki-liczarki kończą zliczanie gotówki. Jest tego siedemset
trzynaście tysięcy w banknotach pięćsetzłotowych, sześćset dwa tysiące
dziewięćset złotych w stuzłotówkach, osiemnaście tysięcy siedemset
złotych w pięćdziesiątkach i tysiąc dziewięćset złotych w dwudziestkach.
Łącznie milion trzysta trzydzieści sześć tysięcy pięćset złotych.
Pieniądze trafiają do worka, który główna kasjerka Jadwiga Michałowska
zawiązuje drutem, przyczepia "chorągiewkę" z wypisaną kwotą i zaciska
ołowianą plombę. Ośmiokilogramowy worek wkłada do kasy pancernej, którą
następnie zamyka na klucz zawieszony na łańcuszku na szyi.
Kierowca Władysław Bogdalski pracę rozpoczął o 14:00. Jeździ tego dnia
zieloną warszawą o numerach WE 2653. Na drugiej zmianie jest jedynym
kierowcą. Popołudniami to wystarcza, bo wyjazdy rzadko się zdarzają.
Dyrektor jest zazwyczaj na miejscu, a bieżące sprawy zaopatrzeniowe
załatwia się rankami. W grafiku, co prawda, nie zapisuje się takich
szczegółów, ale kierowca wie, że wieczorem będzie musiał jechać z pieniędzmi do NBP przy Jasnej. To niedaleko, ledwie parę ulic od cedetu.
Jechania raptem kilka minut, później jeszcze jakieś pół godziny czekania
przed bankiem, aż kasjerka przekaże pieniądze do skarbca. Z powrotem do
cedetu i fajrant.
Parę minut przed 18:00 Bogdalski idzie do pomieszczeń skarbca.
- Jest już Michałowska? - pyta pilnującego drzwi Franciszka Mirosa.
- A co cię to obchodzi? - odpowiada obcesowo strażnik.
Bogdalski dopiero od niedawna pracuje w cedecie i nie wgryzł się jeszcze
w panujące tu układy.
- Spieszy mi się - usprawiedliwia się pojednawczo. - Na pociąg muszę
zdążyć. W styczniu się żenię i w domu robota. A jeszcze święta.
Miros mierzy go surowym wzrokiem. Poprawia czapkę, robiąc groźną minę,
po czym lekko się uśmiecha.
- Podjeżdżaj pod rampę, zaraz tu będą. - To mówiąc, wskazuje głową w stronę wejścia i daje Bogdalskiemu do zrozumienia, że nic więcej nie
powie.
Bogdalski wybiega na zewnątrz. Wóz stoi z tyłu budynku, gdzie są miejsca
zarezerwowane dla cedetu. Zapuszcza motor i zjeżdża wolno pochylnią do
podziemi. Ustawia warszawę przy rampie numer dwa. Powinien zaparkować
przy rampie pierwszej. Takie zalecenie wydał niedawno dyrektor. Ale do
rampy numer dwa jest bliżej. Stoją tu, co prawda, dwie ciężarówki, ale
mimo to łatwiej podjechać.
O 18:20 strażnicy Skoczek i Piętka wchodzą do pomieszczenia kasy. Widząc
ich, Michałowska chwyta słuchawkę telefonu i wykręca numer wartowni.
Zdenerwowanym głosem żąda od Czesława Jarka, aby natychmiast przysłał
uzbrojonego strażnika. Speszony Skoczek wypada w tym czasie z pokoju. Po
chwili jest z powrotem, przypinając do pasa kaburę. Bąka coś pod nosem,
że przez nieuwagę zostawił broń w szatni. Michałowska uspokaja się.
Otwiera szafę i każe Piętce zabrać worek.
Bogdalski czeka przy wozie, patrząc, jak magazynierzy rozładowują
dostawę z ciężarówek. Przenoszą pudła i skrzynie na wózki i wciągają je
w przepastne trzewia cedetu. W pobliżu kręcą się też elektrycy usuwający
usterkę transformatora. Na rampie jest kilkanaście osób. Po niespełna
półgodzinie pojawia się kasjerka i dwóch strażników. Bogdalski, nie
czekając, wsiada za kierownicę i kopie starter. Wysłużony "dolniak" z pierwszych lat produkcji zaskakuje od dotknięcia. Zawory grają, przez
chwilę terkocąc. Gdy pompa olejowa łapie ciśnienie, silnik uspokaja się
i wyrównuje obroty. Wóz ma już zrobione dwieście tysięcy kilometrów, ale
trzyma się całkiem dobrze. Dotąd ani razu nie zawiódł.
Michałowska, widząc zaparkowaną przy rampie warszawę, oddycha z ulgą.
Nie lubi jeździć do banku żukiem. W osobowym aucie czuje się pewniej.
Szyby z tyłu są zamalowane do połowy zieloną farbą. Dzięki temu nie
widać, czy poza kierowcą i pasażerem ktoś jeszcze siedzi w wozie. W oszklonym żuku jest jak w akwarium, wszyscy są na widoku. Wciąż ma
wrażenie, że idący ulicą ludzie bez przerwy im się przyglądają. Powtarza
sobie, że jest przewrażliwiona. Pracuje w cedecie od początku, a od
siedmiu lat jest główną kasjerką. Nigdy nic złego się jak dotąd nie
stało. Cedetowskie auta często się kręcą po mieście. Skąd ktoś ma
wiedzieć, że akurat tym razem wiozą pieniądze? Raz czy dwa wydało się
jej, że ktoś faktycznie ich obserwuje. Nikomu o tym nie mówiła, bo się
bała, że wyjdzie na histeryczkę. Ale poprosiła dyrektora o wysyłanie do
banku tylko warszawy. Dyrektor nie pytał dlaczego. Może uznał, że woli
jeździć osobowym autem, bo tak jest wygodniej. Wydał zalecenie, choć nie
zawsze jest ono przestrzegane.
Skoczek jako dowódca konwoju siada z przodu. Miejsca z tyłu zajmują
Piętka i Michałowska. Strażnik sadowi się za kierowcą, a kasjerka za
Skoczkiem. Worek z pieniędzmi leży pomiędzy nimi.
Bogdalski wolno rusza. Warszawa z wysiłkiem gramoli się po mokrej
pochylni. Na szczęście posypano ją solą i padający niedawno śnieg nie
przymarzł. Konserwatorzy pilnują, aby do tego nie doszło, ponieważ do
podziemi każdego dnia zjeżdża kilkadziesiąt ciężarówek z dostawami.
Na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Kruczej jest jak zawsze sporo
samochodów. Z boku cedetu ustawiono stoisko, na którym sprzedaje się
żywe karpie. Na placyku od tyłu parkuje kilka ciężarówek z choinkami. Po
obu stronach kłębi się tłum ludzi.
Bogdalski przepuszcza jadące samochody i włącza się do ruchu. W kierunku
placu Zwycięstwa ciągnie masa narodu. Tu zawsze jest ruch. Na Kruczej i Szpitalnej gnieździ się sporo małych sklepików, komisów, warsztatów
szewskich, punktów naprawy parasolek, wiecznych piór i maszyn do
pisania. Przechodnie niosą siatki, które szarpią się, jakby były żywe.
Widać udało im się zdobyć upragnioną rybę. Teraz spieszą, bo na karpie
czeka wanna wypełniona wodą. Jeszcze inni ledwie wystają spod zielonych
iglastych drzewek.
Na twarzach obładowanych zakupami ludzi widać uśmiechy. Niewątpliwą
przyczyną radości są pomarańcze i cytryny rzucone po południu do
cedetowskich delikatesów. Cytrusy to wciąż rzadki rarytas. Na jednej z partyjnych operatywek w Fabryce Samochodów Osobowych (FSO) robotnikom
narzekającym na brak cytryn odpowiedział sam Władysław Gomułka, pierwszy
sekretarz Komitetu Centralnego i zgodnie z proletariackim zwyczajem
członek zakładowej komórki partyjnej.
- Sok z kiszonej kapusty ma, towarzysze, więcej witaminy C niż cytryny!
- grzmiał z mównicy.
Na co odpowiedział mu zwykły robotnik, pytając, czy towarzysz sekretarz
pije herbatę z sokiem z kapusty. Sala ryknęła śmiechem. Prasa ani słowem
nie wspomniała o kwaśnej ripoście. Ale prędko pojawiły się notki o tysiącach ton cytrusów rozładowywanych w gdańskim porcie. Była to ledwie
kropla w morzu potrzeb. Nie wystarczyła do uradowania się całej Polski.
Ale wystarczyła do zadowolenia w przedświątecznym okresie przynajmniej
warszawiaków.
Wóz przecina placyk, na którym Krucza przechodzi w Bracką, by już po
kilkudziesięciu metrach zmienić się w Szpitalną. Na skrzyżowaniu z Chmielną wciąż widać wojenne zniszczenia. Kwartał po lewej wygląda jak
oszpecona, bezzębna twarz. Przez pojedyncze budynki i rumowiska widać
nawet dom "Pod Orłami", do którego zmierza konwój. Ale tą drogą
przejechać się nie da, bo Chmielna jest jednokierunkowa. Kawałek dalej
kierowca powinien skręcić w lewo, w niewielką uliczkę Przeskok. Stąd do
banku jest zaledwie sto metrów. Bogdalski jednak mija skrzyżowanie i wciąż jedzie prosto.
- Jak pan jedzie?! - krzyczy zaskoczony zmianą trasy Skoczek.
- Jadę dalej, bo przez Przeskok przejazd jest zamknięty - wyjaśnia
spokojnie Bogdalski.
- Co to pana obchodzi? - wtrąca się do rozmowy rozdrażniona Michałowska.
- Kierowca wie, gdzie mu wolno jechać.
Skoczek jeszcze bąka pod nosem, że to on jest dowódcą i to on tu rządzi.
Michałowska odpowiada, że również ma tu coś do powiedzenia. Tylko Piętka
siedzi cicho. Jemu jest wszystko jedno, którędy jadą.
Auto pokonuje niewielki odcinek, co chwila przystając, by przepuścić
tłum pieszych. W końcu dojeżdża do placu Powstańców. Tu też ruch jest
ogromny, bo mimo późnej pory wciąż czynne są kasy Obsługi Ratalnej
Sprzedaży (ORS), Polresu, Polskich Linii Lotniczych LOT i Biura Podróży
Orbis. Jedni załatwiają ostatnie zakupy na raty. Inni próbują kupić
bilety. Lotnicze są drogie, ale i tak nie brakuje na nie chętnych, bo
przed świętami kupienie miejscówki czy kuszetki na nocny pociąg graniczy
z cudem. Poza tym "LOT-em bliżej", jak głosi przedwojenne hasło
reklamowe, wymyślone przez Melchiora Wańkowicza.
Warszawa przejeżdża obok pawilonu meblowego vis a vis skrzyżowania z Boduena. Ta wąska uliczka prowadzi prosto do banku, ale jest
jednokierunkowa i w nią również nie można skręcić. Bogdalski jedzie więc
prosto, wzdłuż Domu Chłopa, i wreszcie przecina plac, by za gmachem
Ministerstwa Handlu Wewnętrznego skręcić w Moniuszki. Mija postój
taksówek i powoli przeciska się między samochodami i słabnącym potokiem
przechodniów zdążających w stronę Marszałkowskiej. Na kolejnym
skrzyżowaniu ponownie skręca w lewo. Tym razem w ulicę Jasną. Zgodnie z nazwą jest tu nad wyraz jasno. Od błyszczącego asfaltu, pokrytego cienką
warstwą lodu, odbijają się wesoło mrugające neony i światła ulicznych
latarni.
Ostatni odcinek dwustu metrów idzie już gładko. Skręt w prawo i Bogdalski zatrzymuje wóz tuż przed wejściem do banku. Stoi tu znak
zakazu zatrzymywania, ale jego nie obowiązuje. Motor wozu milknie.
Na placyku przed bankiem o tej porze kręci się niewielu przechodniów. Na
środku stoi kilkanaście samochodów. Tu również jest dość jasno. Po
przeciwnej stronie placu, w budynku redakcji "Kuriera Polskiego",
światła świecą na wszystkich piętrach. Stojące na ulicy latarnie
zalewają plac białym światłem sączącym się ze sterczących jak kocie wąsy
opraw jarzeniówek. Świetlista poświata pada też z wielkich okien
umieszczonych w fasadzie domu "Pod Orłami". Gdyby nie zimowy chłód,
można by odnieść wrażenie, że to środek letniego dnia.
Pierwszy z wozu wysiada Skoczek. Zatrzymuje się mniej więcej w połowie
chodnika dzielącego ulicę od drzwi banku. Stoi plecami w stronę placyku
i ulicy Hibnera (dziś Zgody). Michałowska po wyjściu z auta przystaje na
chwilę, by przepuścić niosącego worek Piętkę.
- To ja lecę przodem! - rzuca przez ramię strażnik do kasjerki i rusza
biegiem.
Michałowska widzi idącego wzdłuż ściany mężczyznę w płaszczu. Musiał
wyjść zza rogu Jasnej, gdy wysiadali z wozu.
"Pewnie to klient idący do banku" - myśli i zatrzymuje wzrok na niosącym
pieniądze Piętce, który jednym susem przeskakuje pierwszy schodek.
Jednak idący wzdłuż ściany mężczyzna ponownie zwraca jej uwagę.
Przyspieszył kroku i za chwilę zderzy się w drzwiach ze strażnikiem,
który niemalże łapie za klamkę. Rozlega się huk wystrzału, a po chwili
drugi i trzeci.
Piętka upada. Mężczyzna w płaszczu wyrywa mu worek z pieniędzmi i zaczyna uciekać w stronę ulicy Hibnera. W tej samej chwili gdzieś z tyłu
po lewej słychać dwa kolejne strzały. Kasjerka odwraca głowę i widzi, że
drugi strażnik pada na pierwszym stopniu. Jakiś mężczyzna robi w jego
stronę kilka kroków i strzela dwa razy do leżącego. Słychać brzęk
metalowych łusek odbijających się od betonowych płyt trotuaru.
W momencie gdy rozbrzmiewa odgłos pierwszego wystrzału, Bogdalski schyla
się do schowka, aby wyjąć kartę drogową. Huk go podrywa, ale nadal nie
wie, co się dzieje. Sądzi, że to wystrzał tłumika któregoś z parkujących
na placu aut. Widzi jednak coś, co wydaje się niemożliwe. Oto stojący
bokiem do niego wysoki mężczyzna trzyma w wyciągniętej ręce pistolet.
Pada kolejny strzał. Bogdalski jak w zwolnionym tempie widzi błysk
wyplutego z lufy ognia i łuskę, która zataczając łuk, odbija się od
karoserii samochodu. Jednocześnie kątem oka dostrzega upadającego
strażnika. Jego czapka toczy się po chodniku. Jakiś człowiek biegnie w stronę ulicy Hibnera, dźwigając worek z pieniędzmi. Piętka, który jest
już przy drzwiach, podnosi się i znika wewnątrz banku.
"To napad" - dociera do Bogdalskiego to, w co nadal nie może uwierzyć.
Łokciem naciska umieszczoną na środku kierownicy jasną, okrągłą tarczę
ze znaczkiem FSO.
Powietrze rozdziera niski, natrętnie buczący dźwięk klaksonu warszawy.
Odbijając się echem od ścian budynków, przypomina syrenę statku
ostrzegającą przy wejściu do portu - uwaga, tu jestem!
- Bandyci! Milicja! Milicja! - krzyczy Michałowska, uciekając za
samochód. Kuca za autem jak za barykadą oddzielającą ją od atakujących.
Bogdalski widzi napastnika, który wycofując się w stronę Hibnera,
odwraca się i celuje w jego stronę. Odruchowo schyla głowę, nie
przestając trąbić. Echem odbijają się wewnątrz wozu dwa głuche,
metaliczne uderzenia. To go otrzeźwia. Puszcza klakson. I nagle na
ułamek sekundy robi się całkiem cicho. Wydaje się, że świat stanął w miejscu. Po czym ze wszystkich stron docierają potężniejące głosy.
Podnosi się i widzi nadbiegających ludzi. W oknach redakcji "Kuriera
Polskiego" odcinają się na tle jasnego światła przyciśnięte do szyb
sylwetki. Widać ręce osłaniające oczy przed światłem, tak aby zobaczyć,
co dzieje się na zewnątrz.
Plutonowy Leon Krupski jest na służbie od 16:00. Patroluje okolice placu
Powstańców i przyległych ulic. Co pół godziny melduje się u dyżurnego
Komendy Dzielnicowej Stare Miasto. Telefonuje z kasy ORS-u, recepcji
Domu Chłopa - jednego z największych hoteli w stolicy - albo banku przy
Jasnej. W rejonie jest spokój. We wtorek, na dwa dni przed świętami,
ludzie myślą tylko o zakupach. Nawet pijacy i chuligani mają ważniejsze
rzeczy do roboty niż zakłócanie porządku. Krupski skręca w niewielką
uliczkę Boduena, łączącą Szpitalną z Jasną. Jej wylot znajduje się u zbiegu Jasnej z Hibnera; przebiega przez placyk przed bankiem. Słyszy
jakiś hałas: rytmiczne puknięcia odbijające się echem od ścian budynków.
Nie jest pewien, czy to strzały, ale widząc biegnących ludzi, rusza za
nimi. Do rogu z Jasną ma ledwie pięćdziesiąt metrów. Długi zimowy
płaszcz mocno utrudnia bieg. Gdy wpada na plac, przy wejściu do banku
jest już zbiegowisko. Roztrąca ludzi. Na środku chodnika w kałuży krwi
leży umundurowany strażnik. Nieopodal na stopniu zatrzymała się jego
czapka. Wszędzie ślady krwi, również przy drzwiach.
Milicjant nachyla się nad leżącym i sprawdza puls. Mężczyzna nie żyje.
Otrzymał dwa postrzały w głowę. Nie ma na co czekać. Wchodzi do banku.
Po prawej w portierni dostrzega dwóch wystraszonych strażników
bankowych. Obaj trzymają w rękach pistolety. Widząc milicjanta,
oddychają z ulgą, otwierają drzwi i wpuszczają Krupskiego do portierni.
Ten chwyta słuchawkę i wykręca na tarczy kolejne cyfry. Osiem, jeden,
sześć, trzy, zero. To bezpośredni numer do dyżurnego Komendy
Dzielnicowej Stare Miasto. Plutonowy melduje, co się stało. Już wiedzą o napadzie, ktoś już dzwonił.
Krupski wybiega na zewnątrz. Natychmiast otacza go gromada ludzi. Jeden
przez drugiego gorączkowo wykrzykują coś o napadzie i o strzałach.
Wciskają mu do rąk zebrane na chodniku łuski. Pokazują, w którą stronę
uciekli bandyci. W tym harmidrze udaje mu się ustalić dwie osoby, będące
bezpośrednimi świadkami. Nakazuje wszystkim stanąć z boku i czekać. Po
chwili od ścian kamienic odbijają się echem syreny radiowozów
nadciągających ze wszystkich stron.
Akcja 500
Jest 18:40. Na pulpicie oficera dyżurnego Komendy Miasta dzwoni telefon.
Major Jerzy Tobolski podnosi słuchawkę.
- Halo, milicja!? - krzyczy zdenerwowanym głosem mężczyzna.
- Tak, słucham.
- Dzwonię z redakcji "Kuriera". Jest jakaś strzelanina przed bankiem na
Jasnej, "Pod Orłami".
- Halo, jaka strzelanina? Jak się nazywacie, obywatelu?
- Andrzej Olszewski, jestem redaktorem "Kuriera Polskiego". Naprzeciwko
redakcji przed bankiem "Pod Orłami" jest strzelanina. To chyba napad na
bank albo na konwój. Ktoś leży na chodniku, są ranni, a może nawet
zabici.
- Dziękuję wam, zaraz się tym zajmiemy.
Milicjant przez chwilę zastanawia się, czy dobrze usłyszał. Telefon
dzwoni ponownie. Tym razem telefonuje dyżurny z Komendy Dzielnicowej
Stare Miasto. On także dostał meldunek o strzelaninie przed bankiem. Nie
ma na co czekać. Major Tobolski włącza przycisk na pulpicie i zaczyna
szybko mówić do mikrofonu.
- Uwaga, wszystkie patrole! Zarządzam Akcję 500! Powtarzam: Akcja 500!
Kryptonim "Akcja 500" oznacza napad na bank. Dyżurny błyskawicznie
wydaje polecenia. Służbę pełni w tej chwili blisko tysiąc milicjantów.
Wszyscy przerywają normalne obowiązki i kierują się do działań
poszukiwawczych. Spośród sześćdziesięciu radiowozów w mieście w rejon
napadu Tobolski kieruje jedenaście. Kolejnych osiem jedzie na punkty
zaporowe na mostach oraz na lewobrzeżnej stronie Warszawy. Swojemu
zastępcy, kapitanowi Makiełce, rozkazuje zabrać grupę dochodzeniową i ambulans śledczy z ekipą do zabezpieczania śladów, a potem jechać na
Jasną. Sam zaczyna powiadamiać komendy dzielnicowe, komisariaty kolejowe
i Komendę Ruchu Drogowego.
Dyżurni wiedzą, co oznacza sygnał alarmowy "Akcja 500". Nikt nie pyta o szczegóły. Na to przyjdzie czas. W każdej komendzie jest przygotowany
plan alarmowy. Zgodnie z nim trzeba jak najszybciej zablokować ważne
punkty komunikacyjne w sąsiednich rejonach. I ściągnąć z domów
wszystkich funkcjonariuszy.
Tobolski dzwoni także do Komendy Wojewódzkiej MO, prosząc o zablokowanie
tras wylotowych z miasta w powiatach podwarszawskich. Oficer dyżurny,
kapitan Ulrich, już wydał rozkaz blokady. Kilka minut wcześniej został
powiadomiony o napadzie przez dyżurnego Komendy Głównej, do której także
dotarł sygnał o strzelaninie pod bankiem. Tobolski nie wypuszcza z rąk
słuchawki. Raz po raz kręci tarczą. Dzwoni na numer domowy zastępcy
komendanta miasta, pułkownika Janickiego, oraz do dowódcy
Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej (ZOMO), pułkownika
Wierzbickiego. W jednostce rozlegają się dzwonki alarmowe. Milicjanci w biegu chwytają broń długą i wskakują do samochodów. Przez radio
dowiadują się, dokąd mają jechać. W rejon napadu kierują się dwa plutony
alarmowe, trzynaście radiowozów z czterdziestoma milicjantami oraz
przewodnik z psem tropiącym.
Po kilku minutach wiadomość zostaje przekazana również Służbie
Bezpieczeństwa. W mieście kręci się pięćdziesiąt siedem cywilnych
radiowozów Biura "B". Zajmują się obserwacją figurantów, czyli osób,
wobec których prowadzone są sprawy operacyjne. Działania natychmiast
zostają przerwane, a esbecy blokują skrzyżowania i zaczynają kontrolować
samochody.
W dyżurce Komendy Miasta pojawia się Janicki, zastępca komendanta
miasta. Przejmuje dowodzenie, choć dyspozycje i tak wciąż wydaje oficer
dyżurny. Komendant musi odbierać telefony z wyższego szczebla. Dzwonią z Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). W rozmowie z towarzyszem Władysławem Wichą melduje, że trwają energiczne
działania, zarządzono "Akcję 500", a na miejsce napadu pojechał już szef
Oddziału Służby Kryminalnej KGMO, pułkownik Stanisław Górnicki. W drodze
jest także kierownik Zakładu Kryminalistyki, pułkownik Zelwiański, i jego zastępca, major Adamczak. Będą osobiście nadzorować pościg i koordynować działania. Na Jasną udał się też komendant miasta, pułkownik
Tadeusz Kozłowski, i jego drugi zastępca, pułkownik Płaska. Na nogi
postawiono całą milicję i Służbę Bezpieczeństwa. Do pracy ściągani są
funkcjonariusze ze wszystkich wydziałów. Janicki zapewnia, że w tej
sytuacji wszystko jest pod kontrolą, a ujęcie sprawców jest tylko
kwestią czasu.
Trudno opisać chaos tuż po napadzie. Po placyku biegali ludzie, trąbiły
klaksony aut. Z okien redakcji "Kuriera Polskiego" wychylali się
pracownicy, wskazywali, wołając: "Tam uciekli!". Grupki ludzi biegały
wokół banku, szukając bandytów. Po kwadransie milicjanci otoczyli placyk
i zaczęli zaprowadzać porządek.
Tak następnego dnia wydarzenia zrelacjonuje "Sztandar Młodych". Jednakże
próba zapanowania nad chaosem potrwa o wiele dłużej niż kwadrans. Zanim
jeszcze na miejsce dotrą radiowozy, przed bank podjeżdżają karetki. Z pogotowia na Hożej mają blisko. Jedna zabiera ciało martwego Skoczka,
druga ciężko rannego Piętkę. Strażnik jest w szoku. Po postrzale uciekł
aż na drugie piętro banku. Dopiero tam stracił przytomność. Musi jak
najszybciej trafić na salę operacyjną.
Z minuty na minutę przybywa kolejnych radiowozów. Niestety, nikt nie
zatrzymuje samochodów, które w chwili napadu parkowały na placu. Po
prostu odjeżdżają. Milicjantom udaje się tylko z tłumu przechodniów
wyłapać kolejne piętnaście osób, które widziały strzelaninę. Czas ma
decydujące znaczenie. Dlatego świadkowie są przesłuchiwani na gorąco, od
razu na ulicy. Wśród mundurowych wybuchają nerwowe sprzeczki. Ci z dochodzeniówki muszą poznać przebieg wydarzeń, a technicy kryminalni
chcą jak najszybciej narysować portrety pamięciowe. Skutkiem tego
pierwsze rysopisy są mało precyzyjne. Do dyżurnego dociera komunikat, że
jeden był wyższy, a drugi niższy. Uciekli ulicą Hibnera i prawdopodobnie
skręcili w Moniuszki, a dalej w stronę Marszałkowskiej. W tym kierunku
rusza pies tropiący, ale ślad gubi już po kilkudziesięciu metrach.
Nie czekając na rozwój wypadków, pułkownik Płaska zwołuje grupę zomowców
i zaczyna przeczesywać cały kwartał miasta. Milicjanci sprawdzają klatki
schodowe, piwnice, strychy, przejścia pomiędzy budynkami. Nie jest to
proste, bo na zachód od miejsca napadu, wzdłuż Marszałkowskiej, trwa
budowa Domów Towarowych Centrum. Rosną szkielety "Warsa", "Sawy" i "Juniora". Teren przecinają płoty. Ulice i chodniki zlały się w jedną
całość, tworząc grzęzawiska i wertepy. Okolica tonie w mroku; kończący
się wzdłuż Hibnera plac budowy pochłonął część jezdni i trotuar, a wraz
z nim i latarnie. Dalej na pustym placu po zburzonej kamienicy przy
Sienkiewicza też nie ma ani jednej latarni. W ciemny, wąski zaułek
prowadzący do Moniuszki po zmroku mało kto się zapuszcza.
Milicjanci przeszukują plac budowy oraz budynki przy Kniewskiego,
Rutkowskiego i Hibnera, Jasnej, Moniuszki, Sienkiewicza i Boduena. Nie
zwracają uwagi na późną porę. Nie pytają o zgodę. Wchodzą do mieszkań
bez nakazu i sprawdzają, czy bandyci się gdzieś nie ukryli. Zamiast nich
udaje im się odnaleźć kolejnych trzydziestu świadków, którzy w trakcie
napadu byli nieopodal. Niektórzy nawet widzieli złodziei.
Najcenniejsze okazują się zeznania Jerzego Wiemana. Uciekający bandyta
wpadł na niego i strącił mu kapelusz. Zatrzymał się, podniósł, otrzepał
i oddał, przepraszając. Następnie pobiegł w kierunku wąskiego przejścia
między budynkami, łączącego ulice Moniuszki i Sienkiewicza. Ta krótka
chwila wystarcza do tego, by jeszcze tej samej nocy portret pamięciowy
napastnika trafił do wszystkich funkcjonariuszy w Warszawie.
Pościg
Dopiero po godzinie teren otacza szczelny kordon posterunków. Przejść
mogą tylko mieszkańcy. Budynek redakcji "Kuriera Polskiego" zostaje
zamknięty. Nikt nie może wejść ani wyjść. Na piątym piętrze milicja
zajmuje pokój działu personalnego i kilka pokoi redakcyjnych. Trwają w nich przesłuchania świadków i pracowników, którzy w chwili napadu
obserwowali wydarzenia przez okna.
Technicy rozpoczynają zabezpieczanie śladów. W sumie nie bardzo jest co
zabezpieczać, bo tłum ludzi i milicjantów wszystko zadeptał. Tylko plamy
krwi wskazują miejsce, w którym upadł Skoczek. Gdy był zabierany, nie
zaznaczono ułożenia ciała. Ani nie oznaczono miejsc, w których
znajdowano łuski. To ważne, bo dzięki temu można by było ustalić, skąd
padały strzały.
Kilka osób mówi o samochodzie marki warszawa, od kształtu karoserii
nazywanej potocznie "garbatą". Tuż po godzinie 18:00 auto zaparkowało
przed bramą budynku przy Hibnera 12. To przewężenie ulicy, zaraz za
rogiem banku, wzdłuż trasy, którą uciekali bandyci. Gdy padły pierwsze
strzały, wóz wyjechał na ulicę, skręcił w Sienkiewicza, a później w Marszałkowską. Jedna z kobiet widziała, jak do podobnego samochodu na
Marszałkowskiej wsiadał mężczyzna z workiem. Inni świadkowie
zapamiętali, że warszawa była szara albo jasnoniebieska. Na tablicach
rejestracyjnych widniały litery TB, oznaczające województwo stołeczne.
Niektórzy wspominali coś o cyfrze 1 i 1 lub 1 i 7. Według innych
natomiast jedynka miała być ostatnią cyfrą numeru. Przepytanie lokatorów
nie potwierdza, by samochodem przyjechał ktoś z odwiedzających ten
budynek. To pozwala założyć, że złodzieje mają wspólnika i samochód.
Informacja o poszukiwanej warszawie szybko trafia do stanowiska
dowodzenia Komendy Stołecznej. Z powodu zakłóceń oficer dyżurny słyszy
TP zamiast TB. I taką informację przekazuje patrolom. Cała milicja
zaczyna szukać garbatej warszawy z numerem rejestracyjnym TP. Dopiero po
półgodzinie błąd zostaje naprawiony. Ten czas może mieć jednak
decydujące znaczenie. Bandyci mogą być już daleko.
W Warszawie trwa akcja na niespotykaną dotąd skalę. W nocy milicjanci,
nie bacząc na przepisy, bez nakazu wchodzą do siedmiuset melin i mieszkań recydywistów. Przeprowadzają sześćdziesiąt rewizji i organizują
osiemnaście zasadzek. Sprawdzają ponad dwa tysiące osób, które miały
jakiekolwiek konflikty z prawem. Kilkadziesiąt zatrzymują prewencyjnie
na czterdzieści osiem godzin. Podobnie traktują sto siedemdziesiąt osiem
innych, które nie spodobały się podczas rutynowych kontroli na ulicach.
Wystarczy być wysokiego wzrostu, by trafić do aresztu. Do rana
sprawdzają tysiąc siedemset kart meldunkowych w hotelach. Nie jest to
trudne, bo w Warszawie jest ich tylko dwanaście. Niestety, sprawdzenie
kwater prywatnych nie jest takie proste. Tylko nieliczni zgłaszają
wynajem do biura rezerwacji hotelowych, które wydaje przyjezdnym
skierowania również do kwater prywatnych. Pokątne usługi noclegowe to
powszechna praktyka. Oczywiście dzielnicowi wiedzą, kto się tym zajmuje.
Ale na sprawdzenie potrzeba czasu.
Każdy, kto przyjechał do stolicy 21 lub 22 grudnia, zostaje przepytany i musi przedstawić alibi. Przy okazji milicjanci prowadzą rozmowy z pracownikami hoteli i lokali gastronomicznych. Wypytują kelnerów,
szatniarzy, a nawet babcie klozetowe. Rozmawiają z kierowcami taksówek
państwowych, spółdzielczych i prywatnych oraz z motorniczymi tramwajów,
kierowcami autobusów i konduktorami. Biuro "B" rozpoczyna ciągłą
obserwację pięćdziesięciu restauracji i barów. Działania przynoszą
czterysta siedemdziesiąt informacji, które należy sprawdzić. Do ósmej
rano udaje się zweryfikować ponad dwieście.
W sześciu podwarszawskich powiatach milicja wystawia sto
dziewięćdziesiąt sześć posterunków, a w teren rusza pięćset
osiemdziesiąt patroli. Skutkiem tak szeroko zakrojonej akcji jest
zatrzymanie na gorącym uczynku trzynastu bandytów, stu siedemdziesięciu
czterech włamywaczy i stu dziewięćdziesięciu chuliganów. Stu milicjantów
ze szkoły oficerskiej i czterystu pięćdziesięciu żołnierzy Korpusu
Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) przeczesuje tereny leśne wokół
głównych tras wylotowych z miasta. Jak się później okaże, raporty z pierwszych godzin akcji pozostały tylko pobożnymi życzeniami.
W środku nocy rozpoczyna się akcja "Samochód". Natychmiast sprawdzono
kartoteki wydziałów komunikacji. Tablice TB są wydawane nie tylko w Warszawie, ale również w wielu podwarszawskich powiatach. Z dokumentów
wynika, że w województwie jest osiemset osiemdziesiąt jeden garbatych
warszaw z tablicami rejestracyjnymi TB. Do rana milicja sprawdza niemal
wszystkie. Bez skutku.
Najważniejszej informacji dostarczają łuski znalezione przed bankiem na
Jasnej. Pięć zebrali przechodnie, bezpowrotnie zacierając mogące się na
nich znajdować ślady. Trzy kolejne później odnaleźli technicy. Dwie
leżały pod samochodem, a jedna wpadła w pryzmę śniegu. Ale i na nich nie
ma odbitek palców. Widać sprawcy pomyśleli o tym zawczasu, ładując broń
w rękawiczkach. Nie wszystkie ślady mogli jednak zatrzeć. Każdy pistolet
pozostawia na łusce niepowtarzalne rysy. To coś na kształt linii
papilarnych. Ślad ten podsuwa pierwsze, jak się za kilka godzin okaże,
trafne przypuszczenie - broni tego samego kalibru użyto w kilku innych
napadach dokonanych w Warszawie.
Biegli z Centralnego Laboratorium Kryminalistyki porównują łuski z tymi,
które mają w kartotece. Trzy pochodzą z pistoletu użytego podczas ataku
na kasjerkę sklepu obuwniczego "Chełmek". Pozostałe pięć z broni
zrabowanej zamordowanemu milicjantowi. Z tych samych pistoletów
strzelano także do konwojentów przed Urzędem Pocztowym nr 57 w Warszawie. Nie ma wątpliwości, że przed bankiem "Pod Orłami" zaatakowali
ci sami ludzie.
Dawaj pieniądze!
Henryk Jasiński od niecałych dwóch miesięcy jest kierownikiem sklepu
obuwniczego przy alei Wyzwolenia w Warszawie. Wcześniej pracował jako
zastępca kierownika w jednym ze sklepów należących do Miejskiego Handlu
Detalicznego (MHD). Był zaskoczony, gdy go wezwano do dyrekcji i zaproponowano przejście do nowego sklepu fabrycznego Zakładów
Obuwniczych "Chełmek". We wrześniu fabryka przejęła go od MHD w atmosferze skandalu. W "Słowie Powszechnym" pisano o gigantycznym manku.
Poprzedniego kierownika aresztowano i zwolniono niemal wszystkich
pracowników.
Przed sklepem "Chełmka" codziennie od rana stoją kolejki. To najlepiej
zaopatrzona placówka w stolicy. Jasiński nie zastanawiał się ani chwili.
Takiej szansy nie mógł przepuścić. W gospodarce socjalistycznej
kierownicze stanowisko w handlu daje ogromne możliwości. Buty są
artykułem pierwszej potrzeby. Tylko trudno jest zdobyć modne fasony.
Ludzie pracujący w handlu wiedzą, jak to wykorzystać.
W środę, 4 grudnia 1957 roku, Jasiński o 19:00 zamyka drzwi sklepu.
Czeka chwilę na wyjście ostatnich klientów. Kilka minut później w pośpiechu wychodzą pracownicy. Wiadomo, każdemu spieszy się do domu.
Jasińskiemu również, ale on jako kierownik ma dodatkowe obowiązki. Robi
obchód, sprawdza zaplecze, magazyn i toalety, gasi światła. Zamienia
jeszcze kilka słów z kasjerką Krystyną Wawerek, która podlicza
całodzienny utarg. Dziewczyna podobnie jak Jasiński pracuje w "Chełmku"
niespełna dwa miesiące. To dopiero jej druga posada i bardzo się
wszystkim przejmuje. Uważa, by nie popełnić błędu. Dwa razy przelicza
pieniądze i wpisuje do zestawienia sumy nominałów banknotów. Dzisiejszy
utarg to sto osiemnaście tysięcy. Sporo. Ale zdarza się, że po całym
dniu w kasie bywało i sto pięćdziesiąt tysięcy. Rekord padł w ubiegłym
tygodniu. 30 listopada Wawerek odniosła do banku ćwierć miliona.
Pieniądze ledwie zmieściły się do portfela bankowego.
Jasiński powinien razem z kasjerką odnieść utarg do trezora bankowego,
wrzutni nocnej zainstalowanej przy drugim oddziale NBP na ulicy
Bagatela. Ale dzisiaj do Wawerek do pracy przyszedł jej przyjaciel -
Wolski. Właściwie adorator, nie przyjaciel. Poznali się, pracując w Centralnej Hurtowni Wyrobów Jubilerskich. Jasiński widzi, że mężczyźnie
bardzo zależy na młodszej o szesnaście lat dziewczynie. Często wpadał
niby to przypadkiem przed zamknięciem i proponował odprowadzenie do
domu. Już parę razy przy okazji odnosili razem pieniądze do trezora. W tej sytuacji - myśli Jasiński - moja asysta nie jest im potrzebna.
Rezygnuje z towarzyszenia Wawerek i pierwszy wychodzi, usprawiedliwiając
się jakimś kłamstewkiem.
Dziewczyna kończy rachunki i wkłada pieniądze do portfela z nr 191.
Dodatkowo zawija go w biały papier, tak by nie rzucał się w oczy.
Pakunek oddaje Wolskiemu. Sama gasi światło w kantorku, po czym wychodzą
tylnym wyjściem na klatkę schodową. Wawerek zamyka drzwi na klucz.
Zawsze opuszczają sklep przez zaplecze, tak by nie wychodzić wprost na
ulicę. Przemierzają podwórko, przechodzą przez bramę i wydostają się
wprost na ruchliwą ulicę Marszałkowską z położonego przy niej budynku nr
28. Potem już prosto do placu Unii Lubelskiej. Bo trezor bankowy
znajduje się tuż przy wejściu głównym, od strony placu.
Marszałkowska i plac Zbawiciela wyznaczają zachodni kraniec osiedla
"Latawiec". Wysokie, sześciokondygnacyjne kamienice w socrealistycznym
stylu oddano do użytku dwa lata temu. Od frontu prezentują się bez
zarzutu. Ale za plecami okazałych budynków wzdłuż Marszałkowskiej,
Wyzwolenia i placu Zbawiciela wciąż jest plac budowy. W oficynie dopiero
teraz zabrano się do tynkowania elewacji. Ściany szczelnie oplata
misterna pajęczyna rusztowań. To jednak niejedyne prace budowlane w tym
miejscu. Pomiędzy ulicami Marszałkowską a Nowonatolińską (obecnie
Stefanii Sempołowskiej) wciśnięto budynek kina "Luna". Powinno być ono
gotowe z chwilą oddania osiedla, ale jak to w socjalistycznej gospodarce
bywa, musi poczekać na swoją kolej.
Na podwórku panuje mrok. Świeci ledwie jedna żarówka, rzucając wątłe
światło wokół wejścia do klatki schodowej. O tej porze na placu budowy
nie ma już robotników. Na środku stoi kilka barakowozów i sklecona z desek, prowizoryczna budka stróża, w której siedzi emeryt Antoni Klimek.
Pilnuje, choć zasadniczo jego rola kończy się na tym, że po prostu jest.
Gdyby coś się działo, nie ma nawet jak wszcząć alarmu.
Sklep firmowy "Chełmek"
Wawerek i Wolski doskonale znają labirynt wytyczony pryzmami piachu,
niebezpiecznymi dołami z wapnem i porzuconymi przez robotników
betoniarkami, kastrami, wiadrami i narzędziami. Kluczą przez chwilę,
kierując się do przechodniej bramy, której kształt rysuje świecąca
wewnątrz lampa. Gdy są nieopodal stróżówki, z mroku wyłania się dwóch
mężczyzn. Ich twarzy nie widać, ale w słabym świetle padającym z budki
da się dostrzec, w co są ubrani.
Niższy w szarej jesionce i jasnej samodziałowej cyklistówce celuje do
Wolskiego z pistoletu.
- Dwaj pieniądze, bo będę strzelał! - mówi zdecydowanie.
Drugi mężczyzna, wysoki, szczupły, w przewiązanej w pasie kurtce trzy
czwarte i wysokich butach z cholewami, skacze do przodu. Chwyta pakunek
i próbuje go wyszarpnąć.
Zaczyna się szamotanina. Wolski nie zamierza oddać portfela z pieniędzmi. Próbuje odepchnąć napastnika.
- Ratunku! Milicja! Bandyci! - krzyczy przerażona Wawerek.
Pada strzał. Wolski puszcza pakunek, który teraz jest już w rękach
bandyty. Napastnicy rzucają się do ucieczki. Ten z pistoletem przebiega
podwórko, sprawnie klucząc między przeszkodami i kierując się do
przejścia w bryle ciągu kamienic, znika na ulicy Nowonatolińskiej.
Mężczyzna z pieniędzmi ucieka w przeciwną stronę. Przecina plac budowy i wskakuje do tylnej bramy kamienicy przy placu Zbawiciela 2. Wolski
próbuje go gonić. Przebiega przez bramę i widzi, że rabuś skręca w prawo
w aleję Wyzwolenia.
Wolski jest kilkanaście kroków za nim. Bandyta mija główne wejście
sklepu i ucieka w stronę Nowonatolińskiej, jakby chciał dołączyć do
kompana.
Do ścigającego przestępcę Wolskiego przyłącza się jakiś przypadkowy
przechodzień. Uciekający nagle zmienia zamiar i zawraca. W paru krokach
przeskakuje na drugą stronę ulicy, kierując się z powrotem w stronę
placu Zbawiciela, po czym wpada do kamienicy numer 14/16/18, vis a vis
sklepu. Wolski poddaje się. Ma obawy przed wejściem w ciemną bramę.
Napad na kasjerkę "Chełmka" to nic nadzwyczajnego. Prasa nawet nie
wspomina o tym wydarzeniu. W Warszawie do podobnych ataków dochodzi
kilka razy w roku. Uzbrojeni bandyci często rabują sklepy WSS i napadają
na mieszkania prywatne. W mieście grasuje kilkanaście band. W każdej
dzielnicy krążą co najmniej dwie-trzy uzbrojone grupy. Broń jest wciąż
dostępna. Ludzie trzymają jej sporo w schowkach. Można ją też zwinąć
milicjantowi w przepełnionym tramwaju. Napady na funkcjonariuszy MO czy
żołnierzy nie należą do rzadkości.
Przestępczość w Warszawie jest wciąż spora. Ale i wykrywalność nie
najgorsza. Bandyci prędzej czy później wpadają podczas jakiegoś skoku
albo po paru dniach, gdy próbują upłynnić fanty. Czasem któryś z chuliganów wsypuje kumpli lub konkurencję, licząc na niższy wyrok.
Dlatego po napadzie na kasjerkę "Chełmka" milicja wszczyna tylko
rutynowe śledztwo. Sprawa z pewnością się wyjaśni.
Sprawcy pozostawili tylko jeden ślad. Technicy zabezpieczają łuskę
naboju kaliber 7,62 milimetra. Pocisku nie udaje się odnaleźć. Wawerek i Wolski nie potrafią nawet powiedzieć, czy strzał oddano w ich stronę,
czy w powietrze, na postrach. Twarze ledwie widzieli i w nerwach
zapomnieli wielu szczegółów. Opisują tylko sylwetki i ubiór. Wolski,
który szamotał się z napastnikiem, zapamiętał, że wyglądał na
inteligentnego młodego człowieka. W każdym razie nie była to twarz
typowego warszawskiego chuligana.
Stróż budowy, Antoni Klimek, też niewiele wie. Gdy usłyszał krzyki i strzał, bał się wyjść z budy. Drzwi otworzył dopiero, gdy wszystko
ucichło. Zeznaje, że już o wpół do siódmej widział dwóch mężczyzn,
którzy palili za barakiem papierosy. Było ciemno, nie ma pojęcia, jak
wyglądali. We wskazanym przez niego miejscu milicjanci odnajdują kilka
niedopałków papierosów Nysa.
Interesującym szczegółem jest trasa ucieczki. Tylne drzwi do korytarza
kamienicy przy placu Zbawiciela 2 są zawsze zamknięte. Lokatorzy nie
wychodzą tędy, bo i po co. A dozorca pilnuje ich zamykania, bo
budowlańcy, przechodząc przez klatkę, brudzili.
Technicy sprawdzają zamek. Ktoś go otworzył na pasówkę i zabezpieczył
zapadkę kawałkiem tektury, tak by się nie zatrzasnął. A to oznacza, że
drogę ucieczki wcześniej przygotowano.
Dozorca domu widział poprzedniego dnia dwóch obcych mężczyzn kręcących
się na klatce schodowej. Jeden wyższy, 176-180 centymetrów wzrostu,
włosy ciemny blond, szczupły, wiek 20-25 lat. Ubrany w popielatą
jesionkę trzy czwarte, jasna czapka samodziałowa, na nogach buty z cholewami. Drugi niższy, około 168 centymetrów, szczupły, o młodzieńczym
wyglądzie twarzy. Ubrany w szarą długą jesionkę, czapka cyklistówka.
Opis pasuje do wyglądu sprawców, jaki podali Wolski i Wawerek.
Według opinii Zakładu Kryminalistyki KGMO strzał oddano z pistoletu PW
wzór 33, produkowanej w Radomiu licencyjnej wersji radzieckiego
pistoletu TT. Za to nabój był produkcji radzieckiej. Pochodził z 1943
roku. W kartotece nie odnaleziono łusek, które mogłyby wskazywać, że tej
broni użyto podczas innego napadu.
Milicja przepytuje pracowników okolicznych sklepów, kawiarń i restauracji. Przesłuchuje dozorców, listonoszy i inkasentów. Nikt nie
kojarzy, by podobni osobnicy kręcili się tu w ostatnim czasie. Rutynowe
działania nie przynoszą efektu. Śledztwo zostaje zamknięte.
Strzał na Mariensztacie
We wtorek, 7 kwietnia 1959 roku, w południe w Warszawie było ledwie plus
dziesięć stopni. Ale z zachodu nadciąga już niż polarnomorski. W Bydgoszczy padał nawet śnieg. Po zmroku stolicę przykrywa szczelna
warstwa nisko zawieszonych chmur. Zapowiadane są przymrozki.
Jest już całkiem ciemno, gdy plutonowy Zygmunt Kiełczykowski wychodzi na
nocną służbę. W Warszawie mieszka od sześciu lat. Po skończeniu siódmej
klasy pracował w rodzinnym gospodarstwie we wsi Trzciniec pod Siedlcami.
Pewnego dnia do wioski zawitali "werbusi", werbownicy, którzy zachęcają
młodych chłopców do wstępowania w szeregi Związku Młodzieży Polskiej
(ZMP) i pracy przy odbudowie stolicy. Obiecują lepsze życie. Na początek
hotel robotniczy, pracę i możliwość dalszej nauki. Ci, którzy będą się
starać, mają szanse na własne mieszkanie.
I tak Kiełczykowski został zetempowcem. Przyjechał do Warszawy w 1951
roku. Przez dziesięć miesięcy pracował na budowie, jednocześnie ucząc
się na studiach przygotowawczych na politechnice. To wystarczyło do
objęcia funkcji majstra w Zjednoczeniu Przemysłu Budowlanego nr 2, które
budowało Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową (MDM). Takich jak on było
jednak wielu i jako zwykły robotnik nie miał szans na szybki przydział
mieszkania. Dlatego w 1954 roku wstąpił do milicji. Kilka miesięcy
spędził na kursie w szkole milicyjnej. A po powrocie czekało na niego
służbowe lokum.
Pokój z małą kuchenką w kamienicy przy Bednarskiej 23 nie pachniał
świeżym tynkiem i drewnianymi parkietami, tak jak mieszkania na MDM-ie.
Nie było to też małe mieszkanko na Mariensztacie z piosenki o takim
tytule, śpiewanej w spektaklu Wodewil Warszawski. Raczej ciasna klitka
bez wygód. Mieściła się w budynku wzniesionym przez karmelitów bosych
pod koniec XVIII wieku. Wtedy była to przyzwoita czynszówka na
eleganckiej ulicy, na której krótko potem jak grzyby po deszczu
otwierały się drogie hotele. W międzywojniu uczono tu felczerów i akuszerki. A po wojnie nieruchomość przejęła Komenda Dzielnicowa Stare
Miasto. Gdy milicja w 1955 roku przeniosła się do nowego lokum, stare
przeznaczono na mieszkania. Dla Kiełczykowskiego, jego żony i dwójki
małych dzieci było to mimo wszystko spełnienie marzeń.
Kiełczykowski pracuje w Komendzie Dzielnicowej Stare Miasto, która teraz
urzęduje przy ulicy Waliców 15. Po wyjściu z domu musi dotrzeć do tunelu
przy trasie W-Z i podjechać kilka przystanków tramwajem. Plutonowy
przechodzi na drugą stronę ulicy i po pokonaniu bramy kamienicy przy
Bednarskiej 26, wychodzi na skarpę mariensztacką. Stąd ma do tunelu
kilka minut pieszo. Mija śmietniki i idzie wzdłuż muru pałacu
Kazanowskich. Przy dobrej pogodzie to przyjemny spacer.
Plutonowy Zygmunt Kiełczykowski
Jest ciemno, bo jedyna latarnia na tym odcinku nie świeci. Gdy
Kiełczykowski mija rozciągające się po prawej zarośla, wyskakuje z nich
trzech ludzi. Jeden chwyta milicjanta od tyłu, drugi zadaje mu ciosy
jakimś ostrym narzędziem, trzeci szarpie przypiętą do pasa broń.
Plutonowy próbuje się bronić. Sięga ręką do kabury i chce wyjąć pistolet
TT. Słychać huk wystrzału. Milicjant upada. Jeden z napastników
wyszarpuje tetetkę i zabiera zapasowy magazynek. Wszyscy trzej uciekają
w stronę Bednarskiej. Przebiegają przez bramę i znikają.
Krzyki i strzał alarmują mieszkańców. Ktoś po chwili odnajduje ciężko
rannego Kiełczykowskiego. Zostaje powiadomiona milicja i pogotowie.
Plutonowy żyje. Jest ciężko ranny, został postrzelony w głowę. Zabiera
go karetka. Trafia do Szpitala Miejskiego nr 8 na Solcu. Godzinę później
umiera na stole operacyjnym.
Około północy lekarz dyżurny szpitala na Solcu odbiera telefon. Nieznany
mężczyzna mówi, że dzwoni z Komendy Miejskiej. Dopytuje, czy do tego
szpitala przywieziono rannego milicjanta i jaki jest jego stan. Lekarz
odpowiada, że nie udzieli informacji, bo na miejscu są już milicjanci i znają stan zdrowia rannego.
Dwa dni później "Słowo Powszechne" informuje w ledwie trzyzdaniowej
notatce o skrytobójczym mordzie funkcjonariusza MO. Równie krótka
wzmianka ukazuje się w "Expressie Wieczornym". "Życie Warszawy" podaje
więcej szczegółów. Postrzelony milicjant zmarł w szpitalu. Osierocił
dwoje małych dzieci. Bandyci skradli broń. Prokuratura prowadzi
energiczne śledztwo.
Dla prasy napad na milicjanta i kradzież broni nie jest ciekawym
wydarzeniem. Do podobnych sytuacji dochodzi w Warszawie często. Od
zakończenia wojny w stolicy zamordowano kilkunastu funkcjonariuszy.
Większości z tych spraw nigdy nie wyjaśniono. W 1953 roku milicjanta
zamordowano tuż przed wejściem do hotelu "Polonia". W samym centrum
miasta. Powodem zabójstwa była kradzież broni. Sprawców nie schwytano.
Ze względów propagandowych władze nie chcą, by prasa pisała o takich
wypadkach. I poza krótkimi notkami informacyjnymi, gazety nie piszą o śmierci Kiełczykowskiego już nic.
Plutonowy Kiełczykowski był dobrym milicjantem. Miał wyniki. Udaremnił
napad na urząd pocztowy przy ulicy Sowiej. Kilka dni przed atakiem
zwierzył się jednemu z kolegów milicjantów, że jest chyba obserwowany.
Podejrzewał, że muszą być to kompani tamtych rabusiów szukający okazji
do zemsty. Raz podczas patrolu próbował wylegitymować trzech młodych
mężczyzn, którzy wydali mu się podejrzani. Przyglądali mu się, stojąc w bramie kamienicy przy Bednarskiej 26, a gdy ruszył w ich stronę, uciekli
na skarpę mariensztacką. Właśnie tam, gdzie został później napadnięty.
To, że Kiełczykowski zwrócił uwagę na młodych ludzi stojących w bramie
przy Bednarskiej 26, nie było przypadkiem. To miejsce wiąże się z innym
zabójstwem, które służba kryminalna wciąż próbuje wyjaśnić. To może być
trop łączący obie sprawy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki