Nietykalna - Piotr Górski

Reflow text when sidebars are open.
To był ich pierwszy dzień na Mazurach. Siedzieli pod parasolami w kawiarni niedaleko zejścia do jeziora, z nieba lał się żar, pili chłodne piwo i humory mieli świetne. Robert obserwował przechodzących deptakiem ludzi i uparł się, że Marta powinna zrobić sobie tatuaż. Sam nie miał żadnego, ale dla niej wymyślił małą różę nad kostką prawej nogi.
- Dlaczego prawa noga? - spytała, oglądając odsłoniętą stopę. Uważała, że nogi ma ładne i nie potrzebuje ich dodatkowo upiększać.
- Może być i lewa - odparł, bo lubił się z nią zgadzać.
- To nie dla mnie.
- Wiele kobiet robi sobie teraz tatuaże.
- Dla mnie nawet przekłucie uszu było przełomową decyzją i zrobiłam to dopiero w ogólniaku.
Obdarzył ją spojrzeniem pełnym ciekawości. Oboje studiowali w Poznaniu. On prawo, ona lingwistykę, ale pojawił się kiedyś jako wolny słuchacz na zajęciach z kognitywistyki i od tej pory zaczęli się spotykać. Byli ze sobą siedem miesięcy i w gruncie rzeczy niewiele o sobie wiedzieli.
- Mój ojciec jest konserwatywny - wyjaśniła.
Niedaleko spacerowała kobieta z dwoma małymi chłopcami. Miała wytatuowane ramiona i łydki. Twarz nosiła ślady operacji plastycznych. Podeszła do pobliskiej fontanny, a maluchy wyciągnęły ręce, aby uchwycić kropelki wody.
- Jedyne, na co pozwala sobie moja matka - dodała - to henna i farbowanie włosów.
Jej matka przeżyła z ojcem dwadzieścia jeden lat. Udało im się to mimo ciężkiego charakteru ojca, jego pracy i częstych nieobecności. Udało im się to mimo samotności matki. Tę samotność Marta dostrzegła dopiero niedawno. Od dwóch lat, odkąd zaczęła studiować w innym mieście, a do domu przyjeżdżała jedynie na niektóre weekendy, ferie i wakacje, nauczyła się zwracać uwagę na rzeczy, które kiedyś jej umykały. Tak, jej matka była samotna.
Zastanowiła się, czy chciałaby żyć w takim związku jak ona. Może. Chyba tak. Jej rodzice wciąż się kochali, bardzo pragnęła w to wierzyć, a nie można mieć w życiu wszystkiego.
- Opowiesz mi, jak przekłułaś uszy? - poprosił Robert.
- Tygodniami biłam się z myślami, wybierałam studio. A gdy tam przyszłam i usiadłam przerażona wizją malutkiej dziurki w uchu, otoczyły mnie dziewczyny przekłuwające sobie nosy, usta, sutki i wargi sromowe. Poczułam się jak boże jagniątko, taka niewinna i czysta.
Robert dotknął kolczyków w jej uszach. Miały formę drobnych łez, Marta dostała je od niego na urodziny.
- Ale przekłucie uszu to coś innego niż tatuaż - rzekła. - Nie chcę go.
Mówiąc to, uświadomiła sobie, że kłamie. Kłamie Robertowi, ale przede wszystkim samej sobie. Pomysł niewielkiego, delikatnego tatuażu całkiem jej się podobał i rozważała go dużo wcześniej. Zawsze go jednak odrzucała. Była już dorosła, ale wciąż bała się reakcji ojca.
- W takim razie róża nad kostką przechodzi do historii - stwierdził Robert.
To w nim kochała: że bezmyślnie nie upierał się przy swoim. I poczuła żal za tatuażem, którego sobie nie zrobi.
- Może to i dobrze. - Ruchem głowy skierował jej uwagę na tę wytatuowaną kobietę z dziećmi, która zawróciła sprzed fontanny i cała trójka ponownie przedefilowała przed ich stolikiem. Marta widziała teraz kobietę z innej strony. Jej cała prawa ręka była w tatuażach. - Przynajmniej nie ma niebezpieczeństwa, że przesadzisz jak ta pani.
Marta znieruchomiała, bo do kobiety podszedł mężczyzna. W ustach miał wykałaczkę, którą niedbale przygryzał. Był od niej starszy, ale silnie zbudowany, nosił jasną koszulkę i miał krótkie, wciąż czarne włosy. Powiedział coś do maluchów, trzymając je za ręce, a one pokiwały głowami, ochoczo powtarzając:
- Tak, tato.
- Marta? - Robert nachylił się do niej. - Coś się stało?
Odepchnęła go, żeby nie zasłaniał jej tych ludzi.
- Powiedzcie mamie, co ustaliliśmy - odezwał się mężczyzna, wypluwając wykałaczkę na deptak.
- Będziemy się kąpać w jeziorze i będziemy ostrożni... - zaczęli mówić jeden przez drugiego.
Bo ostrożność to nasza dewiza nad wodą, dokończyła w myślach Marta.
- ...bo ostrożność to nasza dewiza nad wodą - wyrecytowali chłopcy.
Marta nie mogła oderwać od mężczyzny wzroku. Ale te dzieci mówiły do niego "tato", a on nazywał tę kobietę ich mamą.
W pierwszej chwili chciała wstać i go zawołać. W drugiej ogarnęła ją panika. Nagle zapragnęła się ukryć, żeby przypadkiem jej nie zauważył. Żeby nie musiała z nim rozmawiać.
Tymczasem on się odwrócił i ruszył z chłopcami w dół deptaka. Wytatuowana kobieta została jeszcze chwilę, po czym także odeszła.
Marta nie wiedziała, jak się zachować. Znowu zapragnęła go zawołać, biec za nimi, zmusić go, by jej to wszystko wyjaśnił, jednak nie ruszyła się z miejsca.
Tłum zasłonił tamtych ludzi przed wzrokiem Marty. Nagle cała ta sytuacja wydała jej się nierealna. Inna kobieta. Inne dzieci.
Pomyślała, że musiała się pomylić, i przez krótką chwilę czuła się uspokojona.
Lipcowe noce zaczynały się późno, ale dawno zapadł już zmrok, gdy komisarz Jakub Biały odebrał telefon. Jego nieoznakowany radiowóz stał na światłach na skrzyżowaniu Kartuskiej z Łostowicką, a on szukał dla siebie usprawiedliwienia, aby wjechać w Jaśkową Dolinę, która była mu nie po drodze. Mieszkała tam Joanna i z ulicy dało się spojrzeć w okna jej mieszkania.
Rozstali się dwa dni temu. Tym razem miało to być ostateczne pożegnanie. A mimo to, jakkolwiek głupie to było, Biały był ciekawy, czy już śpi, czy też w jej oknach palić się będą światła. Bywało, że gdy przejeżdżał nocą w pobliżu jej apartamentowca, w oddali widział jej sylwetkę na tle rozświetlonego pokoju.
W pierwszej chwili pomyślał, że to ona dzwoniła, że będzie to jeszcze jedno z tych rozstań, które uświadamiały im, że nie mogą bez siebie żyć i że wszelkie próby zakończenia związku skazane są na porażkę.
Ale to nie była Joanna.
Dzwoniła Blanka Brylska, ale nie ze swojego aparatu. Na ekranie smartfona widniał ten drugi numer. Telefonu, który jej podarował.
- To dziś, przywieźli mnie już na miejsce - powiedziała.
Biały mocniej ścisnął aparat w dłoni.
- Miałaś dać znać, jak tylko się dowiesz.
- Od razu zabrali mi mój prywatny telefon. Przez cały czas nie spuszczali mnie z oka. Wieźli mnie jakieś dwadzieścia minut z zasłoniętym oczami, nie mam pojęcia, gdzie jestem. To jakaś rudera, cuchnie stęchlizną. Dopiero teraz zostawili mnie samą, ale w tym pokoju okna wychodzą na starą stodołę czy coś.
Światła zmieniły się na zielone i Biały ruszył.
- Klient już jest?
- Jeszcze nie, czekają na niego. Siedziałam z uchem przy drzwiach i słyszałam, jak Kokos nazwał go "popierdoleńcem z urzędu" i że idzie przygotować sprzęt. Boję się. Powiedziałeś, że nie będę musiała tego robić. Że od razu wejdziecie.
Do diabła, jak miał dotrzymać słowa, skoro Blanka dopiero teraz do niego dzwoni.
- Słuchaj, rozłączę się i cię namierzę. Jeśli będą chcieli zacząć, zanim tam dotrzemy, powiedz, że się wycofujesz.
- Za późno. - W jej głosie był strach. - Wzięłam pieniądze, nie pozwolą mi się wycofać.
Biały przyśpieszył. Wjechał w ulicę Rakoczego, po prawej płonęły neony Galerii Morena.
- Kokos cię przywiózł? - spytał.
- Tak. Jest także Gaman.
- Widziałaś Okulskiego?
- Nie.
- Nic ci nie grozi. Dziewczyny dyscyplinuje Okulski.
Minął McDonalda i już wjeżdżał w Jaśkową Dolinę. Uświadomił sobie, że właśnie namawiał kobietę do prostytucji. Jeszcze przyśpieszył, a na rondzie zjechał w dół. Nagle dostał dobry powód, aby właśnie tędy pojechać.
- Powiedz to Lidce - rzekła Brylska.
Nie przekonał jej. Słyszał, że jej strach tylko się pogłębia.
Skręcił i po chwili mijał już apartamentowiec, w którym mieszkał Okulski. Blok był elegancki i luksusowy, ale miał jedną wadę: Okulski i jego żona mieli tam tylko jedno podziemne miejsce parkingowe, na którym najczęściej parkowała ona.
- Spokojnie - powiedział do aparatu. - Jestem pod blokiem Okulskiego. Stoi tu jego samochód. Okulski musi być u siebie w mieszkaniu. Graj na czas, w razie potrzeby postaw się i czekaj na nas.
Zatrzymał się i patrzył w okna Okulskich. Miał stąd widok na kuchenne i balkonowe. Rolety jak zwykle nie były zaciągnięte, ale nie zobaczył ani Okulskiego, ani jego żony.
- Nie chcę tego robić, rozumiesz? - powiedziała. - I co robisz o tej godzinie pod domem Okulskiego?
- Rozłączam się - rzekł. - Będę tak szybko, jak się da.
- Żałuję, że dałam ci się w to wrobić.
To ona się rozłączyła. Biały odpalił w swoim smartfonie aplikację kontrolującą telefon, jaki dał Bryle. Jej aparat wysyłał sygnały gdzieś z okolic Straszyna. Nawigacja wskazywała, że w obecnych warunkach drogowych Biały potrzebował aż dwudziestu siedmiu minut, żeby tam dotrzeć. Wszystko przez remont węzła Gdańsk Południe, który łączył obwodnicę Trójmiasta z krajową Siódemką.
Wybrał numer naczelnik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku, Olgi Kareckiej.
Odebrała po trzecim sygnale, ale jej głos zdradzał, że wyrwał ją ze snu. Było dopiero wpół do jedenastej, a ona już się położyła?
- Ta dziewczyna, o której ci mówiłem - rzekł. - Ta, nad którą ostatnio pracuję. Odezwała się. Wywieźli ją pod Gdańsk, czeka na klienta, to może być nasz człowiek.
- Mówiłeś, że datę poznamy z wyprzedzeniem. Mówiłeś, że dostaniesz zeznanie na papier.
- Wszystko się zesrało. Musimy się ruszać, prześlę ci adres. Zgodziła się wziąć to zlecenie, ale dałem jej gwarancję, że nie pozwolimy, by facet jej choćby dotknął. To sadysta.
- Rozumiem - powiedziała Karecka. - Działam.
Biały wysłał jej SMS-a ze współrzędnymi, ruszył spod apartamentowca i wyjechał z powrotem na Jaśkową Dolinę.
Niepokoił się tym, że informację dostaje tak późno. Starał się uwierzyć w słowa, którymi próbował uspokoić Brylską, i uznał, że miały sens. Blance nic nie groziło. A jednak nie uśmierzyło to jego niepokoju. Był cholernie wymowny, kiedy roztaczał przed nią obietnice, ale prawda była taka, że dopiero zaczynał organizować akcję.
Uderzył pięścią w kierownicę.
Oddzwoniła naczelnik Karecka. Wysyłała mu wsparcie.
- Ta dziewczyna nie jest funkcjonariuszem - rzekła Karecka, a kiedy zaczynała przypominać rzeczy oczywiste, znaczyło to, że jest zdenerwowana. - Ta dziewczyna to cywil. Nie możemy pozwolić, aby podczas naszej akcji cywilowi stała się krzywda. Wiesz o tym, prawda?
Rozłączyła się, a Biały przycisnął pedał gazu.
Biały sunął obwodnicą w kierunku Straszyna. Martwił się. Brylska ryzykowała. On ryzykował. Karecka lojalnie nazwała to wszystko "naszą akcją", ale Biały wiedział, że akcja była jego i jeśli coś pójdzie nie tak, to on będzie za to odpowiedzialny. Możliwe, że i Karecka dostanie rykoszetem, ale nie sądził.
Do diabła z nim i Karecką. Brylska ryzykowała najwięcej.
Wszystko zaczęło się w marcu tego roku, kiedy w lesie pod Stężycą na Kaszubach znaleziono zwłoki kobiety. Jak później oszacowali biegli, musiała tam leżeć od pierwszych mrozów i leżałaby dłużej, gdyby nie lisy, które po ustąpieniu zimy zaczęły rozkopywać płytki grób. Zwłoki odnalazł mieszkaniec Gołubia, który spacerował z psem po lesie. Choć przy zmarłej nie znaleziono dokumentów, opuszki palców były wciąż w na tyle dobrym stanie, że technikom kryminalistycznym z Kościerzyny udało się pobrać post mortem ślady jej linii papilarnych.
Okazało się, że zmarła była zamieszkałą w Gdańsku prostytutką znaną z drobnych oszustw na szkodę klientów, a jej odciski znajdowały się w bazie AFiS. Nazywała się Lidia Gryficka i w chwili śmierci miała dwadzieścia dwa lata.
Sekcja zwłok nie należała do najprostszych, ale mróz w dużym stopniu opóźnił ich rozkład. Na ciele i twarzy znaleziono liczne rany tłuczone tkanek miękkich i stwierdzono uszkodzone kości klatki piersiowej. Zidentyfikowano ślady po przypalaniu, w skórę brzucha kobieta miała wbitych kilkanaście agrafek, skórę szyi mocno otartą, miejscowo z cechami bruzdy wisielczej, a w zagłębieniach rany - ślady konopnego sznura. Prawdopodobnie zmarła została na tym sznurze podwieszona jeszcze za życia.
Na brzuchu ujawniono ślady spermy. Udało się pobrać DNA.
Za przyczynę śmierci uznano zatrzymanie akcji serca. Toksykologia wykazała obecność substancji psychoaktywnych. Narkotyki, w połączeniu z silnym stresem fizjologicznym wywołanym przez obrażenia ciała, mogły doprowadzić do zgonu.
Nie wykluczono przestępnego i zamierzonego spowodowania śmierci, a przynajmniej umyślnego spowodowania obrażeń ciała, które mogły stać się przyczyną śmierci spowodowanej nieumyślnie.
Prokurator Daniel Ruicki z Prokuratury Rejonowej w Gdańsku, do której trafiła z Kościerzyny ta sprawa, wybrał to, co mu pasowało, wpisał do papierów odpowiednie artykuły oraz paragrafy i rozpoczęto śledztwo, które powierzono KMP w Gdańsku, a konkretnie komisarzowi Jakubowi Białemu.
Biały ustalił, że Gryficka pracowała jako masażystka w Salonie Masażu Bizancjum w dzielnicy Ujeścisko. Tam jednak nie widziano jej od miesięcy. Nie przyszła do pracy na początku grudnia zeszłego roku i od tamtej pory nie dała znaku życia.
Była miłą dziewczyną, tak przynajmniej mówiono komisarzowi. Mieszkała z ponurym typem nadużywającym narkotyków. Po kilku tygodniach jej nieobecności facet uznał, że jego partnerka już nie wróci, więc sprzedał jej rzeczy i zaprosił do wspólnego mieszkania inną kobietę.
Nie przyszło mu na myśl, żeby złożyć zawiadomienie o zaginięciu. Podobnie jak nikomu z tych wszystkich ludzi, którzy ją znali. Wielu deklarowało, że naprawdę ją lubili, ale gdy Gryficka zniknęła z ich życia, po prostu o niej zapomnieli.
To właśnie ten fakt szczególnie uderzył Białego. Chyba z tego powodu komisarz pewnego wiosennego dnia, wracając z Bytowa, gdzie wysłano go w innej sprawie, zajechał do podstężyckiego lasu. Zapamiętał z tamtego dnia zimny wiatr, który przenikał do kości, gdy stał między drzewami w miejscu, gdzie ją odkopano. Biały w gruncie rzeczy nie miał tam nic do roboty. Teren uprzednio gruntownie przeczesano i nie liczył na to, by znaleźć tam coś nowego.
A jednak zadał sobie trud, żeby się tam udać, i nie żałował. W pobliżu miejsca, gdzie odkopano dziewczynę, znalazł wykałaczkę. Nie miał pewności, czy miała związek ze sprawą, być może zostawił ją nawet któryś z uczestniczących w czynnościach policjantów, ale Biały i tak ją zabezpieczył.
Na wykałaczce nie pozostały żadne ślady biologiczne zapewne dlatego, że długo leżała na powierzchni, gdzie zmarzlina ustąpiła najwcześniej. A jednak to właśnie wizyta w lesie sprawiła, że Biały zaangażował się mocniej. Poczuł, jakie to niesprawiedliwe, że ta dziewczyna została tam przywieziona i zakopana. Ten, kto to zrobił, musiał już walczyć z przymrozkami, ziemia była pewnie częściowo zmarznięta, dlatego nie zdołał wykopać głębokiego grobu i tylko dzięki temu ciało tak szybko znaleziono.
Biały wykonał wszystkie czynności śledcze, jakie należało wykonać, niczego nie odpuścił, ale na próżno. Trzy miesiące później prokuratura umorzyła śledztwo ze względu na niewykrycie sprawcy, a Biały nie mógł nic na to poradzić. Błąkał się jeszcze wokół Bizancjum, tego salonu masażu, o którym każdy wiedział, że był słabo zakamuflowaną agencją towarzyską. Niepokoił związanych z nią ludzi, coraz mocniej ich irytując. Zaczął nawet mocno chodzić za współwłaścicielem agencji, Karolem Okulskim, bo facet miał zwyczaj międlenia wykałaczki w kąciku ust, niczym Marion Cobretti z filmu z Sylvestrem Stallone z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku.
Tylko że wykałaczka w gębie to żaden dowód.
Tak było do zeszłego tygodnia, kiedy już całkiem stracił nadzieję, że znajdzie punkt zaczepienia. Skontaktowała się z nim Blanka Brylska, inna pracownica Bizancjum. Nie chciała przychodzić na komendę. Spotkali się w małej kawiarni w Głównym Mieście. Z jakiegoś powodu zwrócił uwagę na to, że zamówiła wtedy tylko wodę mineralną.
Miała włosy ścięte na pazia, duże ciemne oczy i wąskie usta. Była raczej chuda, może nawet za bardzo. Utkwiła w nim wzrok i przypatrywała mu się przez kilka długich minut.
Biały jej nie ponaglał. Doświadczenie nauczyło go, że pośpiech nie sprawdzał się w takich wypadkach. Poza tym kawiarnia była przyjemna. Przez okna czyste jak morskie powietrze można było patrzeć na fasady kamienic i tłumy turystów z całego świata.
- Zależy ci - odezwała się w końcu, jakby całe to patrzenie doprowadziło ją do właśnie takiego wniosku.
- O czym mówisz?
- O Lidce. Wciąż się wokół nas kręcisz, a Gaman, nasza wysportowana burdelmama, rzuca po cichu kurwami, jak tylko cię widzi. Dlaczego ci zależy? Lidia to tylko dziwka. Dziwkom przytrafiają się różne rzeczy.
Sama też była dziwką, nawet jeśli na swój użytek nazywała to inaczej. Wiedział, że to pytanie było ważne, bo pytała o tamtą, ale myślała o sobie.
- Nie spodobało mi się to, co jej zrobiono.
- Policja uważa, że jak coś przytrafi się dziwce, to jest to jej wina. Nikt się wtedy specjalnie nie stara, bo pewnie nie warto.
- Ja uważam, że warto.
- Warto, bo co?
- Nie podoba mi się, że ten, kto jej to zrobił, chodzi bezkarnie po mieście.
Odpowiedź ją rozczarowała. Odchyliła się na krześle, zwiększając dystans. Nie wiedział, co ją skłoniło, by przyszła, ale widział, że właśnie ją traci.
- Gdy jej popieprzony facet - rzekł - ledwo się trzymając na nogach, dał mi jej kilka zdjęć, zobaczyłem po na nich prostu młodą dziewczynę. - Urwał, oceniając reakcję. - Moja żona była w jej wieku, gdy się pobieraliśmy. To głupie, ale jakoś mnie to uderzyło.
Skłamał. Miał nadzieję, że przekonująco, ale czuł się rozgrzeszony, skoro prawda nie działała.
- Masz zdjęcie żony?
Zawahał się, ale wyciągnął portfel i otworzył go, aby mogła popatrzyć na fotografię Sabiny.
- Masz też córeczkę - powiedziała w zachwycie, bo obok znajdowało się zdjęcie Gabrysi.
Pozwolił jej się przyglądać do woli. Schował portfel dopiero wtedy, gdy odwróciła wzrok i przeniosła go za okno. Dzień był słoneczny, ale wysokie kamienice i wąskie uliczki sprawiały, że wyjście z kawiarni było zacienione.
- Kochasz ją?
- Kogo?
- Żonę.
- Bardzo.
- Zdradzasz ją?
Zaskoczyło go, że można na jednym wydechu zadać to pytanie tuż po tym, jaką się dostało odpowiedź na poprzednie.
Twarz miała skupioną, rysy ściągnięte i Biały upewnił się w tym, co właściwie wiedział od samego początku, że bierze udział w teście. Ta kobieta sprawdzała, jakie miał motywy, i upewniała się, że można mu zaufać.
- Tak.
Własna odpowiedź go zadziwiła, bo wyznał jej prawdę, jakby starał się tym wynagrodzić poprzednie nieistotne kłamstwo.
- Mam wielu klientów, którzy bardzo kochają żony, a i tak przychodzą do mnie po miłość. Czasem myślę, że pragnienie miłości to taka otchłań, której się nie da wypełnić.
Powiedziała to śmiertelnie poważnie.
A Biały, który nigdy nikomu nie przyznałby się do zdrady, przed nią zrobił to tak po prostu.
- Nie mówiłam nic do tej pory, bo myślałam, że nie warto. To ryzyko i uznałam, że się nie opłaca. Ale gdy tak przychodziłeś i przychodziłeś, pomyślałam, że ci zaufam.
Skinął głową i mruknął jakieś podziękowanie. Szybko okazało się, że było za co dziękować. To, co mu wtedy powiedziała, ustawiło kierunek jego działań.
- Lidia dostała propozycję od Gaman - rzekła Brylska. - Poufną. Czekały ją poważne konsekwencje, gdyby coś komuś pisnęła. Zagroził jej tym Okulski.
- A jednak tobie się zwierzyła? - spytał Biały.
- Tak. Nie wiem dlaczego, ale ludzie mówią mi rzeczy, które trzymają w sekrecie przed całym światem.
Biały nie mógł się nie uśmiechnąć, kiedy to usłyszał.
Anna Gaman zaproponowała Lidii zajęcie się specjalnym klientem. Był kimś ważnym, tak go określiła, i miał niecodzienne upodobania. Delikatne sado-maso. Za jedną noc w pokoju tortur Lidia miała otrzymać dziesięć tysięcy do ręki.
Lidię zaniepokoiła ta kwota, bo zrozumiała, że za takie pieniądze może nie być tak delikatnie, jak przekonywała Gaman, ale rozpaczliwie potrzebowała środków do życia. Zamierzała odejść od swojego faceta, chciała sama wynająć mieszkanie. Zwierzyła się Bryle, że Kokos, facet na posyłki Gaman, miał po nią przyjechać za dwa dni i zabrać w jakieś ustronne miejsce, gdzie stworzono pokój tortur i wszystko to się odbędzie.
Od tamtej rozmowy się nie widziały, więc Brylska nie miała żadnej pewności, że spotkanie z klientem doszło do skutku. Lidia zniknęła i nie było wiadomo, co się z nią dzieje. Aż do momentu, gdy kilka miesięcy później Brylska przeczytała o niej na internetowych portalach, a policja zaczęła zadawać pytania.
- Przeczytałam w internecie opis obrażeń - powiedziała na koniec Brylska. - Lidia z własnej woli nigdy by się na coś takiego nie zgodziła. Boję się.
- Dlaczego?
- Wczoraj dostałam taką samą propozycję. Gaman zapytała mnie, czy może chcę szybko i dobrze zarobić. Pokój tortur, ważny klient, duże pieniądze. Bezpiecznie i dyskretnie. A mnie ogarnęły wyrzuty sumienia. I przyszedł strach, boję się odmówić Ani, bo ona źle znosi odmowę. I jeszcze większy strach, że to może być ten sam człowiek, do którego miała iść Lidka. I pomyślałam, że przyjdę do ciebie.
Biały wciąż myślał o tamtym spotkaniu z Brylską, gdy zjeżdżał z obwodnicy. Zabrzęczał smartfon.
Spojrzał na wyświetlacz. Dzwoniła Joanna z telefonu, który jej ofiarował. Był przeznaczony tylko do kontaktu z nim. W kontaktach z kochanką wykorzystywał te same metody, jakich używał w pracy.
Dzwoniła, choć obiecali sobie, że więcej nie będą się kontaktować. Joanna miała wyrzucić telefon, a o nim zapomnieć.
A więc to nie było ostateczne rozstanie, tylko kolejne z tych, jakich przeżyli już wiele. Biały czekał, aż sygnał umilknie. To nie był czas na rozmowy o miłości, zwłaszcza gdy obok niej kręcił się jej mąż.
Po telefon sięgnął dopiero wtedy, gdy ekran zgasł. Nie zatrzymując się, odpalił aplikację lokalizacyjną, aby się upewnić, że Brylska wciąż jest pod wskazanym adresem.
Sygnał jej telefonu zniknął. Aplikacja informowała, że stało się to dwie minuty temu.
Do Straszyna pozostało kilka kilometrów. Serce Białego biło szybciej.
Nie wiedział, czy powodem był zanik sygnału, czy telefon od Joanny.
Biały powoli wjechał między zabudowania Straszyna i przejechał przez całą miejscowość. Wkrótce Straszyn zniknął mu z oczu, a przed sobą miał pola, na których nie rosło zboże, i budynki gospodarcze zgrupowane w dwóch miejscach oddalonych od siebie o jakieś sto metrów. Ze wskazań nawigacji wynikało, że Blanka dzwoniła z tej drugiej nieruchomości.
Zatrzymał się, nie wyłączając silnika. Myślał. Sygnał zniknął, co oznaczało, że aparat wyłączono, a było pewne, że nie wyłączyła go Brylska. Nie zrobiłaby tego, nie z własnej woli, więc aparat musiał wyłączyć ktoś inny. Oznaczało to, że Brylska została zdemaskowana, Biały nie widział innego wytłumaczenia.
Podjechał pod prowizoryczne ogrodzenie, za którym majaczył podupadający jednokondygnacyjny dom mieszkalny z dwuspadowym dachem krytym eternitem, a za nim coś większego, co mogło być stodołą. Było cicho. Okna domu straszyły głęboką czernią.
Albo wewnątrz nie paliło się żadne światło, albo okna zostały zaciemnione.
Znowu zadzwoniła Karecka.
- Wsparcie dotrze do ciebie za siedemnaście minut - powiedziała.
- Sygnał zniknął.
- Cholera.
Była zmartwiona. Słyszał to w jej głosie, była kurewsko zmartwiona.
- Nie mogę czekać - rzekł.
Cisza w aparacie.
- Uważaj na siebie - powiedziała po chwili.
- Jasne.
Włożył telefon do kieszeni marynarki. Zgasił silnik i wysiadł z samochodu. Zatrzasnął drzwi, nie siląc się na zachowanie ciszy. Jeśli ktoś był w domu, z pewnością go obserwował. Lewą ręką rozpiął kaburę przy pasku i delikatnie musnął palcami rękojeść pistoletu, zapamiętując jej położenie.
Pierwotny zamysł był prosty: wejść tam, gdzie odbywać się będzie seksualna sesja z klientem, pod jakimkolwiek pozorem, choćby otrzymania anonimowego telefonu z informacją, że w tym miejscu komuś dzieje się krzywda. Zaskoczyć uczestników spotkania, przerwać je, zapewniając w ten sposób bezpieczeństwo Blance, oraz zidentyfikować klienta. Mając jego dane personalne, można potem pomyśleć o sposobach pobrania DNA do weryfikacji.
Ten plan był spalony. Biały nikogo już nie zaskoczy. Klienta, którego chciał nakryć, dzisiaj tu nie będzie. Albo już odjechał, albo zawrócono go z drogi. Istniała szansa, że przeszukanie pomieszczeń w jakiś sposób przysłuży się śledztwu, jednak Białego przestało to obchodzić.
Jego cel zawęził się dramatycznie. Było nim odnalezienie Brylskiej, bezpieczne zapakowanie do nieoznakowanego radiowozu i odwiezienie do domu.
Stanął przy furtce i czekał, wpatrując się w okna domu. Biały nie miał wątpliwości, że już przewidziano zjawienie się policji w tym miejscu, i cokolwiek zrobi, niczego swoim działaniem nie zmieni.
Nacisnął klamkę przy furtce. Cicho zaskrzypiała. Zamknięta. Koniec wahania. Przeskoczył przez płot i pobiegł pod drzwi. Dopiero gdy znalazł się na ganku, dostrzegł, że były uchylone. Zamki nosiły ślady ingerencji, a futryna została wykrzywiona.
- Gówno - szepnął do siebie z wściekłością. - Gówno prawda.
Ponownie dotarło do niego, że nikogo w tym domu nie znajdzie. Zawahał się, wyjął pistolet i łokciem przesunął skrzydło drzwiowe, otwierając je szerzej.
- Policja! - krzyknął w ciemność.
Nic się nie stało. Wymacał dłonią przełącznik światła i nacisnął. Znowu nic się nie stało. Jej tu nie ma, pomyślał. Wchodząc sam kilka minut wcześniej, w niczym jej nie pomożesz. Co najwyżej idąc po omacku, zatrzesz ewentualne ślady.
Ale właściwie ślady czego?
Cofnął się i obszedł dom dookoła. Nie było drugich drzwi. Biały zawrócił do samochodu i wyjął latarkę, taką zwykłą, małą latarkę taktyczną o mocy trzech tysięcy lumenów.
W głowie niczym film przesuwały się myśli o tym, co zaniedbał i jakie błędy popełnił. A potem przyszła myśl, że prawdopodobnie nic się nie stało. Spotkanie z klientem zostało odwołane, Brylska wraca do siebie i zadzwoni do niego, gdy zostanie sama.
Mogło tak być. Chciał, żeby tak było.
Gówno. Współpracowała z policją w sprawie o zabójstwo Lidii Gryfickiej. Wystąpiła przeciw Bizancjum i Annie Gaman.
Stał, czekał, mijały minuty jedna za drugą. A gdy tak stał, z natłoku myśli zaczęła wybijać się jedna: co, jeśli Brylska jest jednak w środku i potrzebuje pomocy? Spojrzał na zegarek. Do przyjazdu ludzi, których przysyłała mu Karecka, pozostało kilka minut. Z oddali dobiegał szum samochodów na węźle Gdańsk Południe.
Biały cicho wszedł do budynku.
Mała chińska latarka dawała tak jasne światło, że Biały widział wszystko jak w dzień. Szybko przemierzył wiatrołap, przecisnął się przez wąski przedpokój, ostrożnie stąpając po brunatnej terakocie. Dalej było jedno większe pomieszczenie z syntetycznym grubym dywanem na podłodze i dwiema bijącymi w oczy dużymi kanapami. Blanka miała rację, cuchnęło stęchlizną. Obrzucił światłem latarki mniejszy pokój z dużym łóżkiem zasłanym kolorową narzutą. I ten najmniejszy, także z wielkim łóżkiem, którego okna wychodziły na stodołę. Wszystko tu było stare, tylko łóżka nowe.
Biały sprawdził jeszcze łazienkę z obłupaną wanną i kuchnię.
Wszędzie pusto. Zajrzał do kotłowni z piecem węglowym. Wypatrzył, gdzie jest wejście na strych, ale tam nie wszedł.
Odszukał skrzynkę elektryczną, a gdy włączył korki, rozbłysło światło z tanich żyrandoli pod sufitami, jednak w domu nie zrobiło się przez to ładniej. Zgasił latarkę i przemierzył ponownie kondygnację, oglądając pomieszczenia w lepszym świetle.
Nic mu w tym miejscu nie pasowało. Blanka została tu przywieziona jako zabawka dla sadysty. Lidia Gryficka, ta prostytutka znaleziona w lesie, miała na ciele obrażenia, które wymagały określonego sprzętu, aby mogły zostać zadane. Taki sprzęt musiał zostać gdzieś zgromadzony. Blanka słyszała, że Kokos szedł go przygotować.
Pomyślał o przekłuciu na wylot skóry na karku Gryfickiej. Jeśli była gdzieś podwieszana, a takie ślady znaleziono, to potrzebny był jakiś hak czy pierścień do umocowania liny.
Takie miejsce zwykle posiadało specjalną oprawę. Gaman nazywała to i w rozmowie z Gryficką, i z Brylską pokojem tortur. W tym domu nie było pomieszczenia, które mogłoby pełnić taką funkcję.
Przed budynek zajechały dwa radiowozy. Biały wyszedł i przywitał się z umundurowanymi funkcjonariuszami.
- Alarm odwołany.
Było ich czterech i wyglądali na rozczarowanych. Dwóm Biały kazał zajrzeć do stodoły, a dwóm innym wejść na strych. Zadzwonił do Kareckiej.
- Pusto - rzekł.
- Jest pokój tortur?
- Jeszcze się rozglądamy.
Wspomniał o uszkodzonych drzwiach. O tym, że Blanka mówiła, że w tym domu są Gaman i Kokosiński.
- Co to twoim zdaniem oznacza? - spytała Karecka.
- Zdemaskowali dziewczynę, wyłączyli jej telefon, wynieśli się stąd, ale przedtem uszkodzili drzwi. Ktokolwiek jest właścicielem tego domu, będzie rżnął głupa, że miał włamanie i nie wie, co się tu dzisiaj działo.
- Myślisz? - Karecka, kiedy nie była do czegoś przekonana, unosiła brwi. Biały niemal słyszał, jak zaskrzypiały.
- Są podstawy, aby próbować zebrać jakieś ślady w tym domu? - spytał.
- Mamy zabójstwo na Morenie. Dałam je Chaberowi. Parny i ten drugi technik też tam zaraz jadą.
- Poczekamy, jak będzie trzeba.
- A mamy podstawy, by sądzić, że Blance coś się stało? Cienkie to wszystko.
- Dzwoniła do mnie. Bała się o swoje zdrowie i życie. Dzwoniła, bo potrzebowała pomocy policji.
Usłyszał westchnienie w aparacie.
- Mamy ten telefon od niej i mamy prawdopodobne włamanie. Dobra, może prokurator coś wymyśli. Zostaw tam jednego człowieka, żeby pilnował domu. Parny przyjedzie, jak skończy. Pewnie dopiero jutro. I pewnie dopiero jak się wyśpi po nocy.
- A co z Blanką?
Biały wymusił na Kareckiej, żeby ktoś rozejrzał się pod Bizancjum i pod restauracją Gaman na Długim Pobrzeżu, a także zajrzał do mieszkania Blanki, w razie gdyby wróciła do siebie. Owszem, były to pozorowane działania, ale co więcej mogli zrobić? Karecka miała rację, wszystko to było cienkie.
Zakończyli rozmowę i Biały wybrał numer Anny Gaman. Używała kilku aparatów, ale tylko jeden był zarejestrowany na nią. Zmieniała zarówno telefony, jak i numery tak często, jak bieliznę, a o higienę dbała rygorystycznie. Ten jeden, jej oficjalny aparat, zawsze leżał w Bizancjum lub w jej domu. Nigdy nie bywał w bardziej podejrzanych miejscach.
Biały zadzwonił właśnie na ten numer. Sygnał był miarowy, łagodny, uspokajający, ale Białego nie uspokoił. Nie odebrała.
Komisarz sprawdził jeszcze, czy telefon Brylskiej nie ożył.
Wrócili funkcjonariusze. Stodoła była pusta. Żadnych podejrzanych przyrządów. Strych nie krył niespodzianek.
Odjeżdżając, Biały miał poczucie winy. Powinien pojechać do siebie i położyć się spać. Życie nauczyło go, że trzeba spać. W jego robocie kto za bardzo się martwił i nie potrafił zasnąć, szybko przestawał spać w ogóle. A niewyspany policjant to policjant wolniejszy, głupszy i mniej efektywny.
Gdy jednak podjechał na Pułaskiego, gdzie mieszkał, wciąż był zbyt nakręcony. Zaparkował, ale nie poszedł do domu. Jego blok znajdował się blisko plaży. Biały poszedł nad morze.
Noc była ciepła, co najmniej szesnaście stopni, i choć był środek nocy, na plaży wciąż siedzieli ludzie. W oddali woda zatoki odbijała światła sopockiego molo. Usiadł na piasku, wpatrując się w drobne błyski na horyzoncie zwiastujące obecność statków. Przez krótką chwilę poczuł ulgę i wszystko przestało go obchodzić. Potem myśli wróciły, uderzając ze zwielokrotnią mocą.
Sprawdził, czy nie wzbudził się telefon Brylskiej, ale on zgasł na dobre.
Myślał o wielu rzeczach, choć starał się nie myśleć o niczym. Myślał o swojej żonie Sabinie, której obiecał, że wcześniej wróci dziś z pracy i wszyscy troje: ona, Gabrysia i on pójdą jak szczęśliwa rodzina na spacer.
Naprawdę miał taki zamiar. Zakończył sekretny romans, rozstał się z Joanną, aby definitywnie zmienić swoje życie i więcej czasu spędzać z rodziną. Brzmiało to jak banał, ale dla niego było ważne. Chciał ogarnąć najważniejsze rzeczy na komendzie, a potem wrócić do żony i córki.
Tylko że sprawy jak zawsze się piętrzyły i gdy wreszcie zadzwonił, by powiedzieć, że jedzie, okazało się, że zniecierpliwiona Sabina zabrała małą i pojechały do jej przyjaciółki Elwiry do Matemblewa. Zamierzały wrócić późnym wieczorem, więc Biały powiedział żonie, że tego dnia popracuje jeszcze do oporu, aby w sobotę od rana mogli pójść razem na plażę.
Zapytała, czy jest tego pewien i czy może powiedzieć o tym Gabrysi. Mała się bardzo ucieszy. Odparł, żeby koniecznie jej to powiedziała.
Przypomniał sobie o wieczornym telefonie od Joanny i ucieszył się, że nie odebrał. Ten związek nie miał przyszłości, należało go zakończyć. Tak postanowili oboje i powinni się tego trzymać. Takie sprawy powinny trwać krótko, aby można było wmówić sobie, że nic nie znaczyły, i próbować zapomnieć.
Potem znowu myślał o żonie, jak to będzie, czy poczuje w nim zmianę, bo coś się skończyło. Czy w ogóle niczego nie poczuje tak jak wtedy, gdy to się zaczynało. I czy przez to, że to się kończy, będzie mógł być dla niej lepszym mężem i lepszym ojcem dla Gabi. Bardzo by tego chciał i zamierzał zrobić wszystko, aby tak się stało, ale bał się, że będzie gorszym, bo stanie się mniej szczęśliwy.
Mijał czas, a on po prostu garbił się na piasku, odwlekając chwilę, kiedy wstanie.
Niedaleko usiadła dziewczyna z chłopakiem. Nie widział ich twarzy, za to słyszał roztrzęsiony głos dziewczyny:
- Mówiłam ci, żebyś w takie rzeczy nie wchodził. Nie nadajesz się.
- Musiałem.
- Nic nie musiałeś, mogłeś wszystko załatwić inaczej. Miałeś dziś dużo szczęścia.
- Nie mogę nawet o tym myśleć. - Głos chłopaka też zdradzał zdenerwowanie. - Skąd tam nagle tyle policji? Andree mówił, że policja się tam nie czepia.
- Wycofasz się z tego - powiedziała - oddasz towar Andree i nigdy go więcej nie dotkniesz.
- Wiesz, że to niemożliwe.
- Gdzie ty właściwie to masz?
- W bucie.
- W bucie? Jak zamierzałeś sprzedawać z buta?
- Chciałem wyjąć w łazience, ale nie mogłem się zdecydować.
- I słusznie. Nalot policji to znak, żebyś więcej się w takie rzeczy nie mieszał. Udało ci się, ale takie szczęście ma się tylko raz.
- Tak myślisz?
- I jak to sobie wyobrażałeś? Że wyjmiesz to z buta, będziesz zaczepiał obcych ludzi i im proponował?
- No.
- Rany. To nie sprzedaż gazetki studenckiej. Trzeba mi było powiedzieć wcześniej, wybiłabym ci to z głowy.
- Teraz mówię.
- Dlatego mnie dziś zaprosiłeś do tej dyskoteki? Powinnam być wściekła. - Przez chwilę nikt z nich nic nie mówił. - I jestem.
Biały miał ochotę zignorować to i odejść od nich jak najdalej. Na resztę nocy nie chciał już być policjantem. Skończył z tym. Chciał mieć od tego wolne choć przez parę godzin, zanim słońce wstanie.
Zamiast tego powoli się podniósł i powlókł do młodych ludzi.
- Dobry wieczór - powiedział, wyciągając legitymację służbową. - Komisarz Jakub Biały, Komenda Miejska Policji w Gdańsku.
W mroku ledwie widział ich twarze. Tym bardziej oni nie widzieli, co trzymał w dłoni. Dziewczyna wykazała się bystrością umysłu, zapaliła latarkę w komórce i oświetliła jego legitymację.
- Niech pani zgasi - powiedział, gdy to się przedłużało.
Zgasiła. Rezultat był taki, że oczy Białego, oślepione światłem, musiały na nowo przyzwyczajać się do ciemności i przez chwilę widział jeszcze mniej. Chłopak zamarł. Miał na sobie marynarkę, a pod nią jasną koszulę. Siedział nieruchomy, mając może nadzieję, że jak nadal nie będzie się ruszał, to policjant uzna go za kamień i przeoczy.
- Pan pójdzie ze mną - rzekł Biały. - Przejdziemy się na komendę, gdzie zostanie pan przeszukany pod kątem posiadania substancji odurzających.
- To koniec - odezwał się chłopak spokojnie. - Wpadłem, zanim wyjąłem to gówno z buta. Wpadłem, bo z tobą gadałem, Kaśka.
Kaśka milczała.
- Proszę wstać - powiedział Biały.
Chłopak wstawał powoli, każdy fragment ciała podnosił po kolei i osobno. Ruszał się ociężale, ospale, jak człowiek dużo starszy niż student, którym wedle oceny Białego był.
I nagle rzucił się do ucieczki.
Udało mu się wykonać jeden krok, bo Biały był na to przygotowany. Podcięcie, chłopak wyrżnął twarzą w piasek. Dziewczyna krzyknęła cicho i zaczęła płakać. Policjant pochylił się nad chłopakiem i lekko przydusił. Pobieżnie go przeszukał, zachowując ostrożność, ale młody od razu stracił wolę walki.
Biały postawił go do pionu.
- Zapomnę o tym, ale niech pan więcej tego nie robi i nie pogarsza sytuacji - powiedział. - Już zapomniałem.
- Proszę, niech pan go puści - odezwała się dziewczyna przez łzy. - To głupek. Naiwniak, któremu kazali sprzedać kilka działek, żeby spłacił dług. On się na tym nie zna. Cały czas siedzi w pokoju i się uczy. Nawet nie chodzi na imprezy, dziś pierwszy raz poszedł do dyskoteki. Zamiast tego wkuwa kodeksy. Kiedyś chce być prawnikiem.
- No to zna procedurę i wie, co go czeka.
Dziewczyna wciąż płakała. Biały nie mógł znieść tego płaczu. Joanna też płakała, gdy się rozstawali, choć decyzja była wspólna.
- Prokurator weźmie to pod uwagę - mruknął, żeby jakoś zagłuszyć w głowie ten płacz.
Ogarnęły go żal i tęsknota. Minęły ledwo dwie doby, a już żałował rozstania. Był jak nałogowiec uzależniony od silnej używki, a tą używką była Joanna.
Wyszli na tę część plaży, gdzie latarnie rozświetlały przestrzeń i można już było więcej zobaczyć. Dziewczyna miała subtelną urodę. Chłopak był blady.
- To moja wina - powiedziała. - Gdybyśmy o tym nie rozmawiali, nic by się nie stało. Po prostu wrócilibyśmy do domów, a ty pozbyłbyś się tego szajsu i zapomnielibyśmy o tym. To byłoby tak, jakby tego nie było. Przecież nie zrobiłeś nic złego.
Biały potrząsnął głową. Czemu one zawsze się obwiniają? Chłopak spieprzył sprawę, a ona będzie się tym zamartwiać. Czemu mu nie powie: "Spierdoliłeś i poniesiesz konsekwencje. Gdy to się skończy, możesz przyjść. Będę na ciebie czekała lub nie".
Pociągnął chłopaka za ramię i wszyscy się zatrzymali.
- Wyciągaj to z buta - powiedział.
- Tutaj?
- Wolisz komendę?
Chłopak pochylił się, żeby zdjąć but. Ugiął nogi. Zdaniem Białego jego pozycja za bardzo przypominała pozycję startową do biegu.
- Siadaj na piasku - rozkazał, bo naprawdę nie miał zamiaru się z nim ścigać.
Chłopak posłuchał, zdjął prawy sportowy but i wyciągnął z niego sporą torebkę, w której było kilkanaście mniejszych torebek wypełnionych białym proszkiem. Biały zważył to w dłoni i pokiwał głową z uznaniem. Wsadził torebkę do tylnej kieszeni spodni. Zabrał chłopakowi but i sprawdził, czy nie było w nim czegoś jeszcze. Rzucił but na piasek.
- Drugi.
Biały sprawdził, poczekał, aż chłopak znowu włoży buty i wstanie.
- Wynoście się - powiedział Biały. - Do domów.
Chłopak nie poruszył się, jakby nie wierzył. Dziewczyna otarła łzy i pociągnęła go za rękę.
- Chodź - powiedziała.
Oddalili się pośpiesznie. Biały stał i patrzył za nimi.
Dureń, przemknęło mu przez głowę. Ale nie myślał o chłopaku. Myślał o sobie. Tyle lat w policji, a wciąż nabierał się na babskie łzy.
Choć w głębi duszy wiedział, że nie o to chodzi. Odwrócił się w stronę ciemnego morza. Był zmęczony.
Znowu usiadł na piasku. Otworzył telefon i uruchomił aplikację, która monitorowała telefon Brylskiej. I poczuł nagły skok adrenaliny. Siedem minut wcześniej telefon ożył, a po dwóch minutach znowu umilkł.
Sprawdził lokalizację. Okolice Pasłęka, wskaźnik pokazywał brzeg Jeziora Zakrzewko.
- Gówno - powiedział cicho do siebie. - Gówno prawda.
Mimo to zerwał się z piasku i pobiegł do samochodu, po drodze nawiązując połączenie z Karecką. Zdawał sobie sprawę, że wyrwie ją ze snu.
W domu Biały zjawił się po czwartej rano. Usiadł na kanapie, aby poczekać na informacje z Pasłęka, i zasnął.
Pasłęk odezwał się o ósmej rano. Policjanci z tamtejszego komisariatu pojechali w miejsce, z którego dawała sygnał komórka Blanki Brylskiej, ale niczego nie znaleźli. Pusty trawiasty i zadeptany setkami stóp brzeg, cisza, wschód słońca na jeziorem. Żadnych świadków. Żadnych śladów.
Biały rozważał, co dalej zrobić. Jeśli Annie Gaman się wydawało, że Biały wezwie nurków i będą tracić czas, przeszukując dno jeziora, to miał zamiar sprawić jej zawód.
Zwlókł się z kanapy.
Gabrysia jeszcze spała, za to Sabina stała już w kuchni w nocnej koszuli i w lekkim szlafroku. Ze świstem gotowała się woda w czajniku, tosty tkwiły w tosterze, a na kuchence stały gotowe do smażenia jajka.
Biały pocałował ją w policzek.
- Zjesz coś? - spytała.
Była przyzwyczajona do jego powrotów o dzikich porach i do złamanych obietnic.
- Najpierw prysznic.
Gdy wrócił, żona zgarniała właśnie jajka z patelni i postawiła przed nim parujący talerz. Wydała mu się blada i zmęczona.
- Późno wróciłyście? - spytał.
Skinęła głową. Też usiadła przy stole z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Patrzyła na niego wielkimi brązowymi oczami. Wyglądała bardzo ładnie. Miała trzydzieści pięć lat, a wyglądała na trzydzieści. Długie rudobrązowe włosy układały się w pierścienie na ramionach okrytych szlafrokiem.
- Mała nie mogła zasnąć do drugiej. Musiałam opowiadać jej bajki o złych czarownicach, z jakiegoś powodu to ją uspokaja. Pytała, gdzie jesteś.
- Zaraz muszę wracać do pracy. Przepraszam.
- Dlaczego?
- Mam problemy. Zaginął nam informator. To ostatni raz, kiedy nawalam. Jak już opanuję tę sprawę, będę wracał wcześniej. Obiecuję.
Blask słońca wlewał się przez kuchenne okno. Było jasno, czysto, przyjemnie. Sabina pogrążyła się w tym blasku, zamyślona. Nie wiedział, czy słyszała, co powiedział. Oczywiście, że słyszała, tak jak słyszała takie rzeczy wiele razy i nigdy z jego zapewnień nic nie wychodziło. Jeszcze nie wiedziała, że teraz będzie inaczej.
Że będzie inaczej już zawsze.
Jadł i pomimo niewyspania było mu dobrze. Tu był jego dom, za ścianą spała jego córka, a jego żona była piękna. Czego szukał poza nim?
Cokolwiek to było, z tym koniec. Nocny żal, który wynikał z rozstania z Joanną, wyparował wraz z pierwszymi promieniami słońca.
- Nie powiedziałam małej, że pojedziemy dziś razem na plażę - odezwała się.
Była mądra. Miał mądrą żonę. I przez jakiś czas, przez ostatnie miesiące, wydawało mu się, że nie kochał jej tak jak dawniej. Teraz wiedział, że to było tylko takie wrażenie.
- Zmienię sposób pracy - powiedział. - Wiem, że mi nie wierzysz, ale naprawdę to zmienię. - Gdy nic nie powiedziała, spytał: - Nie wierzysz mi?
- Gdy ta sprawa się skończy, pojawi się następna. Znowu będziesz dzwonić, że jednak musisz zostać. Albo zapomnisz zadzwonić.
- Uwierz mi.
- Dlaczego dziś mam ci wierzyć? Czym dziś różni się od innych dni?
Co miał jej powiedzieć? Że zerwał z inną kobietą? Odłożył widelec i ukrył jej ciepłą dłoń w swoich. Trzymał ją tak chwilę, po czym pocałował.
- Zobaczysz, że będzie inaczej. Obiecuję.
Uśmiechnęła się lekko.
- Obiecałeś. A więc dobrze, będzie inaczej.
- Wierzysz mi?
- Nie - powiedziała spokojnie, prawie niedbale. - Ale będę udawała, że wierzę, bo chcę ci sprawić przyjemność.
- Przysięgam.
Pokręciła głową nagle zalękniona.
- Nie powinieneś przysięgać.
Zrobił to, bo pragnął, by mu uwierzyła. Nie chciał, by cierpiała. Chciał znowu ją kochać i nie kochać Joanny.
Nie kochać kogoś nie może być przecież bardzo trudne.
Zadzwonił jego telefon. Przymknął oczy, bo moment był najgorszy z możliwych. Nie dotknął aparatu. Patrzył tylko na ekran, na którym widniało imię i nazwisko: Olga Karecka.
- Odbierz - powiedziała Sabina i wstała.
Odebrał.
- Czekam na ciebie - rzekła naczelnik. - Włączyłam w sprawę Ruickiego.
Roman Ruicki był wysoki, chudy, siwy, a twarz miał zasępioną. Skończył czytać notatkę służbową, którą Karecka kazała napisać Białemu. Komisarz opisywał w niej okoliczności, w jakich doszło do wczorajszej realizacji, a także wskazywał powiązania z Anną Gaman i Bizancjum.
Ruicki posłał Białemu spojrzenie, którym mógłby zmrozić krople letniego deszczu i zamienić je w grad. Karecka, dla odmiany, była zadziwiająco spokojna.
- Dlaczego nie przyszliście z tym do mnie? - spytał Ruicki.
Zaczyna się, pomyślał Biały. Nie czuł niewyspania. Niosła go adrenalina.
- Maja nie chciała dać zeznań na papier.
- Maja?
- Blanka Brylska. Taką ma ksywę.
Prokurator z westchnieniem odłożył notatkę Białego na biurko. Papier zaszeleścił.
- Od czego ta ksywa?
- Że pracowita jak pszczółka. Pszczółka Maja.
- A gdzie ona tak pilnie pracuje?
Biały zamrugał, bo prokurator nie mógł zrozumieć najprostszych rzeczy.
- No, wie pan.
Ruicki chyba nie wiedział. Patrzył pytająco.
Nagle to do niego dotarło.
- Do diabła - mruknął. - Absurd świata nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. A więc nie chciała złożyć zeznań do protokołu? - Gdy Biały milczał, bo nie lubił się powtarzać, prokurator doprecyzował pytanie: - Ona nie chciała czy pan nie chciał, żeby to zrobiła?
- Nie rozumiem.
- Mógł pan uważać, że ja, kierując się obowiązkiem procesowym niezwłocznego przesłuchania świadków i przeszukania pomieszczeń Bizancjum, utrudnię panu lub wręcz uniemożliwię działania operacyjne.
Biały znów milczał. Ruicki był inteligentny.
- Nic pan nie powie? - ponaglił go prokurator.
- To było pytanie?
- Nie, ale zrobię z tego pytanie. Uważał pan tak czy nie uważał?
- W Bizancjum niczego pan nie znajdzie. Według tego, co Lidia Gryficka powiedziała Bryle, spotkanie z tym sadystą miało się odbyć w jakiejś sekretnej miejscówce, której adresu nie znamy. A Gaman będzie milczeć jak grób. Jest cwana.
- Uważał pan, że pański pomysł był lepszy?
- Miał pewien potencjał.
- Proszę mnie o tym przekonać.
- Bryle zaproponowano to samo, co Gryfickiej. Potajemną sesję sado-maso z ważnym klientem poza Bizancjum.
- Jakie miał pan podstawy sądzić, że to będzie ten sam klient? - Gdy Biały tylko wzruszył ramionami, Ruicki rzekł twardo: - Jakie pan miał podstawy sądzić, że Maja, tfu, jaka Maja, że Blanka Brylska trafi w to samo miejsce, w które trafiła Gryficka?
Biały nie odpowiedział.
- Jak pan myśli, czy ten dom, do którego w nocy weszliście, mógł być miejscem, do którego mogła wcześniej trafić Gryficka? - Prokurator zachowywał się tak, jakby postawił sobie za cel zmiażdżyć Białego niczym robaka.
- Technicy wciąż nie zaczęli tam pracy. Jak zaczną, może coś znajdą.
- Pytałem o pańskie zdanie.
- Obawiam się, że to nie jest to samo miejsce.
- A więc podjął pan działania operacyjne, ryzykując bezpieczeństwo osoby, która nie jest funkcjonariuszem, choć szanse, że te działania przyniosą postęp w śledztwie, były minimalne?
- Nawet nie zdążyłem podjąć właściwych działań. Wszystko za szybko się potoczyło. Chciałem zidentyfikować klienta, tego sadystę, i doprowadzić do porównania jego DNA z DNA ze spermy znalezionej na zwłokach Gryfickiej.
- Schował pan przede mną świadka. Jedynego świadka, który mógł złożyć ważne dla sprawy zeznania. I stracił go pan.
Zapadło ciężkie milczenie. Biały czuł się pognębiony. To, co zrobił, zostałoby mu wybaczone, gdyby odniósł sukces, ale on poniósł porażkę.
Ruickiemu wciąż było mało:
- Jeśli pan sądzi, że działania, które ja bym podjął w obawie o zacieranie śladów i utratę śladów przestępstwa, byłyby nieskuteczne, to niech pan przyjmie do wiadomości, że przynajmniej nie ryzykowałbym bezpieczeństwa tej dziewczyny.
To był jeden krok za daleko. Ruicki jednak nie wiedział, kiedy powinien się zatrzymać.
- Serio? Wydaje się panu, że złożenie przez Brylską zeznań ucieszyłoby Gaman? I że nie zrobiłaby nic, aby te zeznania wycofać, gdyby jej to miało naprawdę zaszkodzić? Nie wie pan, co to za kobieta?
- Panowie - odezwała się Karecka. - Jesteście po tej samej stronie, pamiętajcie o tym.
Ruicki w zamyśleniu pokiwał głową.
- Sprawdziliśmy już, że to gospodarstwo pod Straszynem należy do Anny Gaman.
Prokurator nie tracił czasu, ale ta informacja nikogo nie mogłaby zaskoczyć.
- Mamy podstawy sądzić - dodał Ruicki, potrząsając notatką Białego - że bezpieczeństwo Blanki Brylskiej było i jest zagrożone. Wczoraj działał pan w stanie wyższej konieczności i miał pan do czynienia z sytuacją niecierpiącą zwłoki. Uważam też, że mamy teraz podstawę, aby wejść do tego salonu masażu i wywrócić go do góry nogami, przesłuchać Gaman i jej ludzi, a już zwłaszcza Kokosa. Sytuacja się zmieniła i chyba nie ma pan już nic przeciwko temu?
Biały nie odpowiedział.
- Zbierzcie ludzi - powiedział Ruicki. - Przygotuję kwity.
Wstał i wyszedł, nie żegnając się z żadnym z nich.
- Nie prowokuj go - powiedziała Karecka. - To, co zrobiłeś, można uznać za zaniechanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji