Nietutejsi - Jolanta Jonaszko

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Niebieskietulipany

Mówisię, że pierwsze wrażenie zostaje z tobą na zawsze, ale po niejmam tylko ostatnie. Wstyd przyznać, ale tego dnia, kiedy siępoznałyśmy, za dużo się działo, żeby jeszcze jakoś specjalniezwracać uwagę na obcego człowieka. W końcu to my byliśmyoceniani, nie ona. To nam zależało na wynajęciu nowego mieszkania.Niby prosta rzecz, ale tutaj granicząca z cudem. Mieszkań w Hesjinie przybywało, a takich jak my, dorabiających się cudzoziemcówalbo Niemców z biedniejszych landów, którzy dostali pracę w jednym z tutejszych koncernów, było coraz więcej.

Miałamświadomość, że szanse są nikłe i denerwowałam się. Zwracałamuwagę na szczegóły, które mogły mieć jakieś znaczenie, naodległość do najbliższego marketu i na powietrze, które miałotu być czystsze niż kilka kilometrów dalej, bo to już KurortAuerbach, a ona mi w tym wszystkim umknęła. W pamięci zostałotylko kilka scen.

- Dobrądzielnicę sobie upatrzyliście...

Jejton był pełen podziwu i niedowierzania jednocześnie. Zrobiłapauzę, zastanawiając się pewnie, jak szybko, ponad blatemmasywnego drewnianego stołu, wytłumaczyć nietutejszym, żeznajdują się nie tylko z dala od torów kolejowych, ale i bliskogór, w ich chłodnym, drogim cieniu. Na geograficznym i społecznymwzniesieniu. Że wille wkoło to więcej niż nieruchomości zamilion euro, to jest sztuka, którą przyjeżdżają oglądać tylkowtajemniczeni niemieccy turyści. Że kupić taką posiadłość w dzisiejszych czasach jest trudno i mało kto tu wynajmuje. Tu siędziedziczy, a potem pracuje do zmroku, żeby te mury utrzymać.

Gdywjeżdżaliśmy pod stromą górkę, kierując się w stronęobrośniętych winnicami wzgórz, uliczki stawały się coraz węższe,a ja przylepiłam nos do szyby i próbowałam objąć wzrokiem niższekondygnacje rezydencji po obu stronach drogi. Pewne siebie i dostojne, jakby były dziełami samej góry, nic mi nie mówiłyoprócz tego, że to chyba nie jest miejsce dla nas. Dopiero onawyjaśniła nam, że to projekty Metzendorfa i że nie ma się czegobać, bo wszystko jest dla ludzi, ale to powiedziała dużo później.

Tegopierwszego dnia otuchy dodała nam mgła, która zamazywała kontury,sprawiając, że klimat tej dzielnicy wydawał się baśniowy.Zapraszał, dawał nadzieję, bo nic tu nie wyglądało do końcarealnie - ani porośnięte mchem cegły, ani skrzypiące okiennicezawieszone na gotyckich wieżyczkach, ani nasza tutaj obecność. Wemgle wszystko zdawało się możliwe.

Budynek,przed którym zaparkowaliśmy, różnił się od reszty. Nowoczesny,dwupiętrowy, z płaskim dachem. Ściany gładkie, otynkowane, białe.Mieszkanie, które mieliśmy obejrzeć, znajdowało się na parterze.Przed domem nie było ani muru, ani płotu z furtką, którazatrzeszczałaby, a potem nas wpuściła. Nawet żywopłotu nie było,nic. Wille, które mijaliśmy, otaczały mury albo siatki wypełnionebiałymi kamyczkami, a tu tylko szerokie, może dwumetrowe pasmotrawnika oddzielające budynek od chodnika. Dom był lekko wycofany,zupełnie jak ona.

Naganku, tuż przed drzwiami wejściowymi, leżał martwy szczur z nadgryzionym gardłem, z którego sączyła się krew. Bałam siępodejść bliżej, więc zostałam z tyłu, a mąż wyciągnął rękęnad zwierzem i zadzwonił do drzwi, po czym też się cofnął.

Gdyotworzyła drzwi, najpierw spojrzała w dół, potem na nas i rzekła:

- Tosprawka Kiary, przepraszam państwa, już to zabieram.

Z czymś w rodzaju czułości wzięła szczura do ręki i wyniosła godo ogrodu.

- Toja już ręki nie podaję. Ten szczur to prezent od Kiary. Poluje i mi je przynosi, a ja odnoszę na kompost. Nigdy ich nie zjada -dodała, nie wiadomo po co.

Późniejprzedstawiła się imieniem i nazwiskiem. Zaproponowała nawet,żebyśmy przeszli na ty, ale jakoś się to nie przyjęło. Dla naspozostała panią Gabel. Dostojną, nie do końca serdeczną paniąGabel. Wiał od niej chłód jak od niektórych willi, któremijaliśmy.

- Jacywy jesteście młodzi - powiedziała z nutą pobłażliwości, jużw środku mieszkania, które mieliśmy oglądać. Jakby ten wiek byłnaszą zasługą.

Pomyślałam,że start od zera jest dla niej pewnie równie egzotyczny jak dla nasta cała dzielnica, o której istnieniu dotąd nie wiedzieliśmy.Albo nie wierzyła, że nas w ogóle na to mieszkanie stać, przecieżwidziała, że nie jesteśmy stąd, i nie chciała marnować na nasczasu.

Możewłaśnie wtedy przestałam jej ufać, a może nigdy nie zaczęłam.

* * *

Jeździliśmydo pracy ulicami równoległymi do naszej, ale trzy poziomy niżej,do centrum, z którego czasem spoglądaliśmy w stronę winnicwijących się nad nami i całym pasmem miasteczek od Darmstadt ażpo Heidelberg. Ten pas nazywał się Bergstrasse, choć niektórzywoleli bardziej swojskie Weinstrasse - oba określenia sięzgadzały, bo nie brakowało tu ani gór, ani lokalnych win. Dla naste wzgórza były tylko częścią horyzontu. Nawet nie sądziłam,że można tak wysoko mieszkać. No, może jeśli się jest uznanymprawnikiem, wybitnym psychoterapeutą albo doradcą podatkowym

Możliwośćwynajęcia mieszkania w tej okolicy spadła nam jak z nieba. Siostrakolegi męża akurat się wyprowadzała i powiedziała o tym bratu,zanim pani Gabel zamieściła ogłoszenie w gazecie i w ten sposóbdostaliśmy jej numer. Gdy dopytywaliśmy byłą lokatorkę, dlaczegosię wyprowadza, powiedziała, że nie czuje się komfortowo,mieszkając bezpośrednio pod właścicielką, która nie pozwala jejpalić na tarasie.

- Naglezaczął jej dym przeszkadzać. - Wzruszyła ramionami. - Dym!Jakbym wcześniej e-papierosy paliła, czy co!

Powiedziałateż, że właścicielka nie lubi głośnej muzyki, a ona mapiętnastoletniego syna, który akurat wchodzi w hałaśliwy okres, i że pani Gabel nie mogła mieć dzieci, więc nie wie, co to znaczy.Ponoć z mężem budowali ten dom właśnie dla potomstwa, a terazzmuszeni są wynajmować parter obcym. Dodała, że nie pasowały jejteż kwiaty na balkonie, bo "zakłócały estetykę domu", i niejednokrotnie się o to sprzeczały.

Mynie mieliśmy dzieci, więc nie powinno być problemu, a i kwiaty sąmi zupełnie obojętne. Musiałam jednak już wtedy stworzyć sobie w głowie jej pierwszy obraz - damy w domu na wzgórzu, dla którejważniejsze są rzeczy niż ludzie. Nam na szczęście do zarzuceniamiała niewiele, pomogła nawet umeblować mieszkanie, wybrałakanapę, skróciła firany, "żeby nie zbierały kurzu".Byłam jej za to wdzięczna, ale co z tego, skoro myśli ułożyłysię już po swojemu? Pierwsze wrażenie ciężko zmienić.

Pamiętamteż, że w trakcie pierwszej rozmowy zapytała nas o dzieci, a dokładniej o Familienplanung,czyli planowanie rodziny. Nie do końca wiedziałam, co odpowiedzieć.Myślałam, że może sprawdza, czy istnieje ryzyko hałasu, ale mimoto powiedziałam, że dzieci nie są wykluczone. Pokrętnie, z podwójnym zaprzeczeniem, jakby to miało coś zmienić. Ku mojemuzdziwieniu uśmiechnęła się wtedy szerzej niż do szczura i to byłchyba najserdeczniejszy moment tej całej rozmowy.

Spoglądałapotem od czasu do czasu na nas z nostalgią albo zadumą. Myślałam,że to może przez te nienarodzone dzieci, ich albo nasze, alestarałam się koncentrować na pilniejszych sprawach: na umowie,która leżała przed nami, i na obowiązkach spisanych jejkaligraficznym pismem na ostatniej stronie. Dała nam tydzień donamysłu, a my kalkulowaliśmy, czy stać nas na czynsz. W końcupodpisaliśmy, a ja poczułam ulgę, że decyzja została podjęta.

* * *

Wyglądałazawsze tak samo i przez to, chcąc nie chcąc, utrwaliła swój obrazw mojej głowie. Pocieniowane, lekko pofalowane włosy opadające naramiona, kosmyk za kosmykiem podkręcone na szczotce. Skóra o zdrowym, brązowym odcieniu. Okulary z czarną prostokątną oprawąi czerwona szminka na ustach. Chodziła w obcisłych spodniach i aksamitnej bluzce pod dobrze skrojonym żakietem, który podkreślałjej smukłą talię. Zdziwiło mnie, gdy kilka lat późniejzobaczyłam, jak schodzi po schodach o lasce. Powiedziała tylko, żecoś się dzieje z jej biodrem, a ja pomyślałam, że to nieprawda.

Dbałao siebie, chodziła wyprostowana, łopatki miała spięte z tyłujakąś niewidzialną klamrą. Tylko przy pracy w ogrodzie garbiłasię i wkładała płaskie buty. Czasami schylała się też doszczurów lub jej szarej, kościstej kotki. Latem, gdy wyrywałachwasty i przekopywała grządki ze stokrotkami, pot spływał jej poskroniach. Gdy przechodziliśmy, podnosiła się, ocierała okularyrękawem i mówiła coś w stylu:

- Trzebaje teraz przekopać, żeby ziemia lepiej oddychała.

Pewniechciała nas do tej ziemi przekonać, ale na darmo. Przecież mytylko wynajmowaliśmy. Według umowy trawę mieliśmy kosić naprzemian, ale o plewieniu nie było mowy, nie mówiąc już o miłości.

Czasem,gdy wyjeżdżali, karmiliśmy kota, ale poza tym rzadko byliśmypotrzebni. Zwykle prosili o pomoc sąsiadów z naprzeciwka, którychupodobała sobie ich kotka. Szklarza i nauczycielkę z domu z okiennicami, które ledwo trzymały się w zawiasach, i z sadem jaktajemniczy ogród - zarośniętym tak obficie, że niewiele byłowidać zza furtki, która jęczała przy każdym ruchu. Myślę, żeto ten sad ich tu trzymał, albo pamięć o jakichś zamożnychprzodkach z lepszych, świeżo powojennych czasów. Tak czy siak,szklarz i nauczycielka nie chcieli się stąd wyprowadzać, mimo żebyli raczej tymi, którzy w tej okolicy walczyli o przetrwanie.

PaniGabel o nic nie walczyła, tak mi się przynajmniej wydawało, miałaza to do ziemi przed swoim domem i rękę, i serce. Wzdłuż chodnikado drzwi wejściowych posadziła tulipany zgrupowane w kwadraty.Żółte, różowe i niebieskie kwiaty obracały się do słońcatak, że ludzie przechadzający się po chodniku myśleli, że to donich. Gdy te ostatnie, niebieskie, otwierały się, ich odcieńwpadał w fiolet. Były wtedy nieziemskie. Może dlatego więdłyszybciej niż reszta.

Niewidywaliśmy się często. Niby jeden dom, ale różne rytmy. Mążpani Gabel przechodził chodnikiem wzdłuż tulipanów już o siódmejrano, wsiadał do czarnego mercedesa zaparkowanego pod dębem podrugiej stronie ulicy i jechał do swojego biura podatkowego. Zawszemachał jej na do widzenia, tym samym niepewnym, dyskretnym ruchem,jakby się dopiero poznali. Ona zostawała w domu, a ja dziwiłamsię, że nie pracuje, bo wyglądała na czterdzieści pięć lat i ztego co słyszałam, miała wysoką pozycję w koncerniefarmaceutycznym. Pomyślałam, że może nie musi, jej mąż zarabiałpewnie wystarczająco dużo. W końcu biuro nazwane jego imieniemzatrudniało koło trzydziestu osób, a z podatkami jak z zębami -zawsze jest coś do zrobienia.

W południe przyjeżdżał do domu na lunch, więc gdy o jedenastejsłyszałam kroki, wiedziałam już, że pani Gabel zaczyna krzątaćsię po kuchni. Pojawiał się punkt dwunasta, a o wpół dopierwszej szli na półgodzinny spacer. Znikali na prawo od domu i wracali z lewej strony - robili pętlę. Czasem szli pod rękę,czasem po prostu blisko siebie, jedno ramię ledwo muskało drugie.Potem on wsiadał do samochodu, ona wracała do domu, a ja patrzyłamna nich przez szybę i myślałam, że to najszczęśliwsi ludzie naświecie.

Jednaściana klatki schodowej, na której czasem się mijałyśmy,zasłonięta była regałami z książkami. Od wykafelkowanej podłogiaż po biały sufit ciągnęły się opowiadania i sztuki Czechowa,Kafka w różnych wydaniach, literatura angielska, Maugham, Conrad,ale też mniej znani autorzy. Sporo prozy psychologicznej. Odniektórych tytułów wiało spirytualizmem i ezoteryką, a pozłacaneoprawy dawały tej prostej, białej przestrzeni trochę połysku. Niesądziłam wtedy, że pani Gabel dużo czyta, wydawało mi się, żeksiążki są raczej ozdobą, na którą można rzucić okiem i tyle.Miałam wrażenie, że jeśli wyjęłoby się jedną książkę, tocała konstrukcja przewróciłaby się jak domino, nigdy więc ichnie dotykałam.

Naprzeciwnej ścianie wisiały czarno-białe fotografie z PablemPicasso w jakimś słabo oświetlonym kubańskim klubie, z fajką w ręku i przenikliwym spojrzeniem. Pablo mrużył oczy i o czymśintensywnie myślał. Może o pani Gabel i o tym, czego ja nie byłamświadoma? Dopiero gdy już nie mogła sama schodzić po schodach i opierała się o ramię męża, zaczęłam coś podejrzewać. Wtedypo raz pierwszy pomyślałam, że coś tu jest nie tak i todostatnie, spokojne i szczęśliwe życie, które podziwiałam, jestbardziej złożone.

Tegoroku wyjątkowo nie pojechali też do swojego domku w Kanadzie, niezostawili Kiary na pastwę szklarza, a trawy na naszą. Nie wrócilize zdjęciami i opowiadaniami o widoku na niedźwiedzie albo nazalew, w którym pluskały się delfiny. O powietrzu, które jest tamczystsze niż w jakimkolwiek niemieckim Kurort.O ludziach, którzy są otwarci, serdeczni, uprzejmi i z klasą, bo"jedno nie wyklucza przecież drugiego".

Kiedymi o tym opowiadała, miałam wrażenie, że za oceanem pani Gabelstawała się inna. Myślałam, że znaleźli tam swój raj na ziemi,w którym spędzali każdego roku około miesiąca. Do czasu.

wserii piętnastkaukazały się:

Andrzej Ballo "Albowiem","Bodajże"

HenrykBereza"Względy", "Zgłoski", "Zgrzyty"

KazimierzBrakoniecki"Dziennik berliński"

ZbigniewChojnowski"Tarcze z pajęczyny"

MaciejCisło"Błędnik"

WojciechCzaplewski"Książeczka rodzaju", "Książeczka wyjścia"

MarekCzuku"Róbta, co chceta", "Stany zjednoczone"

JanDrzeżdżon"Łąka wiecznego istnienia"

AnnaFrajlich"Czesław Miłosz. Lekcje", "Laboratorium"

PawełGorszewski"Niecierpiące zwłoki", "Uczulenia"

MałgorzataGwiazda-Elmerych"Czy Bóg tutaj"

TomaszHrynacz"Noc czerwi"

LechM. Jakób"Ćwiczenia z nieobecności", "Do góry nogami", "Poradnikgrafomana", "Poradnik złych manier", "Rzeczy",

PawełJakubowski"Kopuła"

ZbigniewJasina"Drzewo oliwne", "Inaczej przemijam"

JolantaJonaszko"Bez dziadka. Pamiętnik żałoby", "Nietutejsi", "Portrety"

GabrielLeonard Kamiński"Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)"

Piotr Kępiński "Po Rzymie.Szkice włoskie"

BogusławKierc"Cię-mność", "Płomiennie obojętny (o chłopcu, którychciał być Bogiem)"

KazimierzKyrcz Jr"Punk Ogito"

ArturDaniel Liskowacki"Brzuch Niny Conti", "Capcarap", "Cukiernica pani Kirsch","Kronika powrotu", "Ulice Szczecina", "Ulice Szczecina(ciąg bliższy)"

KrzysztofLisowski"Czarnenotesy (o niekonieczności)", "Motyl Wisławy. I inne podróże"

KrzysztofMaciejewski"Dziewięćdziesiąt dziewięć", "Osiem"

TomaszMajzel"Opowiadaniaw liczbie pojedynczej", "Treny Echa Tropy"

PiotrMichałowski"Cisza na planie"

MirosławMrozek"Odpowiedź retoryczna"

EwaElżbieta Nowakowska"Merton Linneusz Artaud"

HalszkaOlsińska"Bliskie spotkania", "Małostki", "Złota żyła"

PawełOrzeł"Cudzesłowa"

MirosławaPiaskowska-Majzel"(Po)między"

KarolSamsel"Jonestown", "Prawdziwie noc", "Więdnice"

BartoszSawicki"Krucha wieczność"

EugeniuszSobol"Killer"

EwaSonnenberg"Wiersze dla jednego człowieka"

WojciechStamm"Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste"

GrzegorzStrumyk"Re _ le rutki"

LeszekSzaruga"Kanibale lubią ludzi"

WiesławSzymański"Skrawki"

MichałTabaczyński"Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane"

PawełTański"Glinna", "Kreska"

MariaTowiańska-Michalska"Akrazja", "Engram", "Z Ameryką w tle"

AndrzejTurczyński"Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze"

MiłoszWaligórski"Długopis"

HenrykWaniek"Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)", "Notatnik i modlitewnik drogowy II (1994-2004)"

SławomirWernikowski"Partita","Passacaglia"

AlexWieseltier"Krzywe zwierciadło"

Leszek Żuliński "Suche łany"