Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne - Bartłomiej Dobroczyński


Reflow text when sidebars are open.
Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
1 Ta finezyjna i nieprzekładalna gra słów pochodzi z płyty sformowanej ad hoc grupy New York Gong About Time z 1980 roku. Daevid Allen, nieżyjący już australijski muzyk specjalizujący się w tzw. rocku kosmicznym, był współzałożycielem legendarnych zespołów lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, między innymi brytyjskiego Soft Machine oraz francuskiego Gongu. Poeta i dziennikarz muzyczny Steve Turner (Znak wydał jego książkę Głód niebios. Rock'n'roll w poszukiwaniu zbawienia, przeł. Tomasz Bieroń, Kraków 1997) wyraził się o nim w 1971 roku następująco: "Mam wyraźne poczucie, że Daevid Allen jest jednym z niewielu prawdziwych geniuszy, których wypromowały rockowe media... To Dylan Thomas innej epoki". Gong, Camembert Electrique, Bandcamp, https://bygrecords.bandcamp.com/album/camembert-electrique, dostęp: 26.05.2026.
2 K. Danziger, Confessions of a Marginal Psychologist, w: History of Psychology in Autobiography, ed. L.P. Mos, Dordrecht-Heidelberg-London-New York 2009, s. 127. Wszystkie obcojęzyczne cytaty, jeśli nie zaznaczono inaczej, w moim własnym tłumaczeniu.
3 Tamże.
4 T.D. Wilson, Strangers to Ourselves: Discovering the Adaptive Unconscious, Cambridge, MA - London 2002.
5 O Abramowskim napisałem pracę magisterską, a w tym roku ukazało się obszerne omówienie jego najważniejszej koncepcji sporządzone specjalnie dla czytelników zagranicznych: B. Dobroczyński, A. Gruszka i A. Mysona, Mare tenebrarum, cryptomnesia, and experimental metaphysics: The normal subconscious according to Edward Abramowski (1868-1918), "History of Psychology" 2026, 29(2), s. 128-151, https://doi.org/10.1037/hop0000296.
6 Piszę "w zasadzie", ponieważ istnieją stanowiska epistemologiczne, według których cudze życie psychiczne jest nam dostępne w bezpośrednim doświadczeniu. Takie poglądy głosił u nas np. Roman Ingarden. Patrz: tenże, Książeczka o człowieku, Kraków 1972. Z drugiej strony, w profesjonalnych kręgach coraz bardziej rozpowszechnione jest przekonanie, że bezpośredni, uprzywilejowany dostęp do naszej świadomości za pomocą introspekcji, uznawany przez lata za oczywisty, jest jednak niczym innym jak długotrwałym i dobrze utrwalonym złudzeniem. Patrz: W. Lyons, The Disappearance of Introspection, Cambridge, MA, 1986.
7 J.F. Kihlstrom, T.M. Barnhardt, D.J. Tataryn, The Psychological Unconscious: Found, Lost, Regained, "American Psychologist" 1992, vol. 47, no. 6, s. 788-791.
8 Tamże, s. 788.
9 L.L. Whyte, The Unconscious Before Freud, New York 1962, s. 57.
10 J. Weinberger, V. Stoycheva, The Unconscious: Theory, Research, and Clinical Implications, New York 2020.
11 Autorzy definiują normatywne procesy nieświadome jako takie, "które nie są konfliktowe lub motywowane jak dynamiczna nieświadomość postulowana przez teorie psychoanalityczne; lecz przeciwnie, są uniwersalne i działają niezależnie od wypartego materiału, mechanizmów obronnych lub doświadczeń deprywacji". Tamże, s. 321.
12 Z psychoanalizą włącznie, wypada dodać. Tamże, s. 302.
13 Tamże, s. 307. ("It is ironic that the study of unconscious processes began with consciousness as a given and unconsciousness as questionable, whereas now unconsciousness is a given and consciousness is mysterious and questionable").
14 T.D. Wilson, dz. cyt.
15 Tamże, s. 6.
16 Porównanie to zaczęło zyskiwać popularność po katastrofie Titanica w 1912 roku, kiedy to wiedza o górach lodowych przedostała się do opinii publicznej dzięki artykułom zamieszczanym w gazetach codziennych. Dziś wiadomo tylko tyle, że metafora ta po raz pierwszy pojawiła się już pod koniec XIX wieku w tekstach jednego z ojców amerykańskiej psychologii, Granville'a Stanleya Halla, w których jej autorstwo przypisał właśnie Fechnerowi. Dlaczego tak zrobił, pozostaje zagadką, gdyż dokładna analiza pism Fechnera nie wykazała istnienia w nich takiego czy choćby podobnego ujęcia naszej architektury umysłowej. Kto zatem wymyślił to określenie, nadal nie zostało rozstrzygnięte. Patrz: C.D. Green, Where Did Freud's Iceberg Metaphor of Mind Come From?, "History of Psychology" 2019, vol. 22, no. 4, s. 369-372.
17 T.D. Wilson, dz. cyt., s. 7.
18 S. Žižek, Z języczkiem czy po jajach?, "Krytyka Polityczna", 26 kwietnia 2023, https://krytykapolityczna.pl/swiat/zizek-dalajlama-tradycja-i-konsensualnosc/, dostęp: 26.05.2026.
19 W tłumaczeniu Stanisława Barańczaka.
20 W dosłownym brzmieniu: "ja nie jest panem w swoim własnym domu" ("das Ich nicht Herr sei in seinem eigenen Haus"). Jest to konkluzja, którą Freud wyprowadza po stwierdzeniu, że naszego instynktownego życia seksualnego nie da się w pełni okiełznać, procesy psychiczne zaś są z natury nieświadome i dostępne dla ego za sprawą niepełnej i zawodnej percepcji. S. Freud, Eine Schwierigkeit der Psychoanalyse, "Imago" 1917, Bd. 5, H. 1, s. 1-7. W oryginale: s. 7.
21 J. Weinberger, V. Stoycheva, dz. cyt., s. 303. Wyróżnienie moje - B.D.
22 R. Kurzban, C.A. Aktipis, Modularity and the Social Mind: Are Psychologists Too Self-Ish?, "Personality and Social Psychology Review" 2007, vol. 11, no. 2, 131-149. doi: 10.1177/1088868306294906. PMID: 18453459.
23 T.D. Wilson, dz. cyt., s. 47.
24 D.M. Wegner, Précis of the Illusion of Conscious Will, "Behavioral and Brain Science" 2004, vol. 27, no. 5, s. 659. doi: 10.1017/s0140525x04000159.
25 Sporo na ten temat pisali choćby Yuval N. Harari (Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości, przeł. J. Hunia, Warszawa 2014), Byung-Chul Han (Duch nadziei i inne eseje, przeł. R. Pokrywka, Warszawa 2025) czy Jonathan Lear (Nadzieja radykalna. Etyka w obliczu spustoszenia kulturowego, przeł. M. Rychter, wstęp P. Nowak, Warszawa 2013).
26 W ramach tego "podrasowywania" nierzadko korzystałem z fragmentów swoich innych jeszcze tekstów, w związku z czym ostateczna całość jest czymś w rodzaju kolażu czy też patchworku. Dzięki temu jednak udało mi się scalić większość moich najważniejszych pomysłów w jednym miejscu.
27 Cyt. za: S. Shamdasani, Kultowe fikcje. Carl Gustav Jung i jego projekt psychologii analitycznej, przeł. J. Korpanty, Kraków 2023, s. 98-99.
28 A. Gramsci, Passato e presente: I Quaderni del Carcere, Roma 1996, s. 48. ("La crisi consiste appunto nel fatto che il vecchio muore e il nuovo non pu? nascere: in questo interregno si verificano i fenomeni morbosi pi? svariati").
29 S. Žižek, Porzućcie wszelką nadzieję. I załóżcie nową partię (albo nie), "Krytyka Polityczna", 20 sierpnia 2025, https://krytykapolityczna.pl/swiat/polikryzys-sytuwcja-bez-wyjscia-zizek/, dostęp: 26.05.2026.
30 Z. Baumann, Walter Benjamin - intelektualista, w: W. Benjamin, Pasaże, red. R. Tiedemann, przeł. I. Kania, posł. Z. Bauman, Kraków 2005, s. 1156.
31 Teresa od Jezusa (z Ávili), Dzieła, przeł. H.P. Kossowski, przejrzał i uzupełnił Bernard od Matki Bożej (Smyrak), Kraków 1962, t. 1, s. 209.
32 Tekst ten pierwotnie został zamówiony do innej publikacji wieloautorskiej, jednak po dwóch latach od jego wysłania prace nad nią najwyraźniej zostały wstrzymane, więc po raz pierwszy ukaże się w tym zbiorze. Stanowi symboliczne domknięcie wątków, które rozpocząłem dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych, najpierw artykułem dla miesięcznika "Znak" (Proteuszowe oblicze Wodnika. Co to jest New Age?, "Znak" 1991, nr 7, s. 71-91), a potem książką (New Age, Kraków 1997), która także ukazała się we Włoszech (New Age. Il pensiero di una 'nuova era', trad. Mauro Martini, Napoli 1997).
33 Wystawa fotografii W oczekiwaniu/On Anticipation odbyła się w dniach 3-23 marca 2023 roku, jej organizatorami byli pracownicy i pracownice Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Na stronie wydarzenia można przeczytać, że jej autorzy "próbują zmierzyć się z syndromami schyłkowości, interpretując coraz bardziej wyraźne kryzysy społeczne, polityczne, klimatyczne, pandemiczne czy religijne". https://www.uken.krakow.pl/uniwersytet/nadchodzace-wydarzenia/712-wystawa-o-wyczekiwaniu, dostęp: 26.05.2026.
34 W swej wyjściowej postaci była to nagrana na dyktafon i w zasadzie improwizowana wypowiedź, którą następnie poddałem zgrubnej redakcji. Mimo to nadal cechuje się ona niejaką surowością i kanciastością.
35 17. Festiwal Conrada, Nadzieja radykalna, https://www.tygodnikpowszechny.pl/sites/default/files/attachment/2025-10/17-festiwal-conrada-nadzieja-radykalna.pdf, dostęp: 26.05.2026.
36 A.O. Lovejoy, Wielki łańcuch bytu. Studium historii pewnej idei, przeł. A. Przybysławski, Gdańsk 2009, s. 6.
37 Tamże.
38 M. Foucault, Żywoty ludzi niegodziwych, przeł. P. Pieniążek, w: tegoż, Szaleństwo i literatura. Powiedziane, napisane, wybór i oprac. T. Komendant, przeł. B. Banasiak i in., posł. M.P. Markowski, Warszawa 1999, s. 275.
czyli o fundamentach na marginesie
I am a Freud, I am no longer very Jung.
Daevid Allen1
Kurt Danziger, wybitny psycholog kanadyjski urodzony we Wrocławiu, znany przede wszystkim jako wnikliwy i nowatorski badacz dziejów swojej dyscypliny, zakończył szkic autobiograficzny zaskakującym wyznaniem, że najbardziej szczęśliwy czuje się w miejscu, w którym zazwyczaj się znajduje, a mianowicie na marginesie2. Co więcej, oświadczenie to stanowi swego rodzaju klamrę, zamyka bowiem cały tekst, który jest równie nieoczekiwanie - zważywszy niekwestionowaną pozycję tego badacza w środowisku naukowym - zatytułowany "Wyznania marginalnego psychologa"3.
Taka diagnoza własnej tożsamości zawodowej, po uporaniu się z zakłopotaniem, w które mnie zrazu wprawiła, stała się mi nader bliska i od dłuższego czasu współbrzmię z nią i mocno się identyfikuję. Chociaż wolę ją chyba w wersji "marginalny historyk psychologii", a nawet lepiej - żeby nie drażnić profesjonalnych specjalistów od przeszłości - "marginalny badacz dziejów myśli psychologicznej". Jest to aktywność, którą się najczęściej trudnię i uważam za sedno swojej praktyki akademickiej.
Na swój własny użytek rozumiem tę dyscyplinę w bardzo prosty sposób - jako przyglądanie się temu, jak w różnych czasach przedstawiał się stan refleksji człowieka nad sobą samym. A więc zajmowanie się tym, co ludzie dawniej o sobie myśleli, jak się rozumieli i oceniali, jak wyobrażali sobie swoje kwalifikacje intelektualne, moralne albo emocjonalne. I czy sądzili, że są wolni i rozporządzalni, samoświadomi i dla siebie przejrzyści, czy wręcz przeciwnie, zniewoleni przez rozmaite siły i ograniczenia, zagubieni i wręcz "obcy samym sobie", jak głosi tytuł znanej, niedawno wydanej książki4. Nadal zaś najbardziej intryguje mnie to - wyrażając się nieco metaforycznie - czy spodziewali się w swoich mentalnych wnętrzach natrafić na groźną puszkę Pandory pełną zagrożeń i nieczystości, czy też uważali, że jest w nich ukryty róg kozy Amaltei, sowicie zaopatrzony we wszelakie dobra.
Problematyka ta pociągła mnie od zamierzchłych czasów - niebagatelną rolę w wyborze studiów psychologicznych odegrała licealna fascynacja myślą i dziełami Ericha Fromma (trwająca do dziś) oraz Carla Gustava Junga (która przerodziła się w zaprawioną melancholią ambiwalencję) - a wszystkie moje akademickie prace na tzw. stopień, poczynając od magisterium, a na habilitacji kończąc, traktowały właśnie o przeszłości psychologii.
W miarę rozwijania intelektualnej aktywności w tym obszarze okazało się, że pewne rzeczy pozostały w niej trwałe. Przede wszystkim to, że z dwoma najważniejszymi autorami, którzy bardzo wcześnie mnie zainteresowali i zadecydowali o moim naukowym losie, jestem intelektualnie związany do dzisiaj, a co więcej, różne aspekty ich twórczości i spuścizny nadal stanowią przedmiot moich książek i artykułów. Te postaci to Edward Abramowski5 i Sigmund Freud, najistotniejszą zaś z mojej perspektywy ich wspólną cechą okazał się obiekt, którym (podobnie zresztą jak Fromm i Jung) niezależnie od wszelkich różnic zajmowali się przez całe życie, a mianowicie nieświadomość czy też nieświadome, w polskiej literaturze pięknej i naukowej chętnie określane mianem podświadomości.
Nieświadomość z punktu widzenia historii myśli psychologicznej, ale też wszelkiej antropologii, a nawet filozofii nauki, jest przedmiotem szczególnym, jeśli rozpatrywać ją pod kątem dostępności dla naszego poznania. Od czasów, kiedy psychologia w XIX wieku konstytuowała się jako osobna dyscyplina wiedzy, której ambicją było zerwanie z teoretycznymi spekulacjami i metafizyką, już nawet tak oczywista - jak mogłoby się na pozór wydawać - świadomość nastręczała niemałych kłopotów jako jej główny obiekt zainteresowania. Standardowy argument pozytywistów, którzy od czasów Auguste'a Comte'a wzięli na siebie rolę swego rodzaju arbitra scientiarum, głosił z imperatywną pewnością, że na miano nauki zasługuje tylko takie poznanie, którego przedmiot jest intersubiektywnie dostępny oraz intersubiektywnie komunikowalny. Mówiąc prościej, oznacza to obiekt lub proces dostępny naszym zmysłom bezpośrednio bądź pośrednio, z pomocą takich narzędzi jak teleskop czy mikroskop - jednak uwaga: więcej niż jednemu obserwatorowi. W ten sposób świadomość znalazła się niemal natychmiast na ławie oskarżonych, ponieważ powszechnie uważano wtedy - i to się w zasadzie do dzisiaj nie zmieniło - że bezpośrednio dostępna jest jedynie "od wewnątrz" i tylko jednej osobie, a mianowicie swojej właścicielce bądź właścicielowi6.
Cóż zatem w takiej sytuacji zrobić z nieświadomością, która w swoich najbardziej radykalnych ujęciach i koncepcjach uchodzi za szeroko rozumiany obiekt/przedmiot/proces, w żaden sposób niedostępny dla nikogo? Już w punkcie wyjścia trudność sprawiało nie tyle nawet znalezienie do niej wiarygodnej poznawczej drogi, ile wykazanie, że należy poważnie potraktować samo tylko przypuszczenie, iż ona w ogóle istnieje! Jak sobie dawano radę z tym problemem, będzie przedmiotem rozmaitych rozważań przewijających się na kartach tej książki, w tym miejscu warto jednak zwrócić uwagę na coś innego, a przy tym co najmniej równie interesującego.
Chodzi o to, że nieświadomość zaliczyła dość dramatyczną trajektorię w swojej wędrówce przez dzieje psychologii: począwszy od entuzjastycznego wręcz odkrycia, poprzez mniej lub bardziej radykalne odrzucenie, które kulminowało w całkowitej jej negacji, aby w końcu zostać pasowana na miejsce centralne, wręcz fundamentalne. Znakomicie oddaje to triada z tytułu artykułu znanych badaczy, głosząca, że została ona najpierw odnaleziona, następnie utracona, a w końcu odzyskana7. Jego autorzy oświadczają z imperatywną pewnością, że "po stu latach lekceważenia, podejrzeń i frustracji procesy nieświadome zawładnęły obecnie zbiorowym umysłem psychologów"8, co oznacza, iż międzynarodowa społeczność uczonych niemal zgodnie uznała tezę, którą już w latach sześćdziesiątych głosił Lancelot Law Whyte, twierdząc, że idea nieświadomości jest "nieuniknionym wnioskiem płynącym z doświadczenia"9.
Ma to oczywiście swoje niebanalne konsekwencje. Jeśli bowiem jest prawdą - a wiele na to wskazuje - że, jak piszą w swojej ostatniej książce na ten temat Joel Weinberger i Valentina Stoycheva10, normatywne procesy nieświadome11 są "ważniejsze i bardziej centralne dla naszego funkcjonowania, niż nauczała lub uważała jakakolwiek szkoła psychologiczna"12, to kwestie ukrytej sfery naszej psychiki i jej działania są jednymi z najpoważniejszych problemów nie tylko wielu nauk traktujących o człowieku, ale także i naszego życia codziennego, choć na początku wcale nie było to takie oczywiste. Jak zauważają Weinberger i Stoycheva: "zakrawa na ironię, że badania nieświadomości rozpoczęto, kiedy świadomość była pewnikiem, a nieświadomość czymś spornym, podczas gdy obecnie to nieświadomość jest oczywista, świadomość zaś jest tajemnicza i wątpliwa"13.
Co więcej, jeśli zgodzić się z powyższą konstatacją, to tym większe wrażenie musi wywierać postulowana przez współczesną naukę sama rozległość ukrytych przed nami nieświadomych operacji umysłowych. Timothy D. Wilson w swojej wspomnianej książce14 porusza to zagadnienie w rozdziale zatytułowanym znamiennie Geniusz Freuda, krótkowzroczność Freuda. Według tego autora pogląd ojca psychoanalizy na rozmiary naszej nieświadomości, rozpatrywany ze współczesnej perspektywy, jawi się jako stanowczo nazbyt ograniczony, a wręcz naiwny. Kiedy bowiem Freud twierdził,
że świadomość jest wystającym ponad powierzchnię wierzchołkiem umysłowej góry lodowej, to nie trafiał w sedno, gdyż jej rzeczywisty rozmiar byłby bliższy wielkości śnieżnej kuli na jej szczycie. Umysł działa bowiem najbardziej skutecznie dzięki temu, że pozostawia sporą część wyrafinowanych i wysoko zorganizowanych procesów myślowych na nieświadomym poziomie, podobnie jak nowoczesny jumbo jet jest w stanie lecieć na automatycznym pilocie, z niewielkim bądź zerowym udziałem ludzkiego, "świadomego" pilota15.
Wilson posługuje się tu oczywiście pewnym skrótem myślowym. Chodzi mu o słynną metaforę niesłusznie przypisywaną najpierw Freudowi, a później Gustavowi T. Fechnerowi, że umysł przypomina górę lodową, w której 1/8 znajduje się nad powierzchnią oceanu i jest widoczna (świadomość), podczas gdy 7/8 znajduje się pod wodą i jest ukryte przed wzrokiem obserwatora (nieświadomość)16.
Wedle tego współczesnego poglądu nieświadomość nie jest pojedynczym bytem obdarzonym własną wolą i intencjonalnością, ale raczej należy ją sobie wyobrażać jako zestaw rozmaitych modułów, które ewoluowały przez setki tysięcy lat i działają całkowicie poza naszą świadomością. Wilson sugeruje, że nieświadomość adaptacyjną najlepiej sobie przedstawić jako zbiór państw-miast, które potrafią robić bardzo różne rzeczy, np. jeden nieświadomy procesor pozwala nam opanować język i swobodnie się nim posługiwać, inny, niezależny od niego, umożliwia nam szybkie rozpoznawanie twarzy, a jeszcze inny pozwala błyskawicznie oceniać, czy stan środowiska jest dla nas w danym momencie przyjazny czy zagrażający17.
Jeśli jednak diagnoza Wilsona jest prawdziwa, to ogromna część naszego funkcjonowania, znacznie rozleglejsza, niż to sobie ktokolwiek może wyobrazić, jest zarządzana przez skomplikowane, a przy tym niesłychanie skuteczne procesy psychiczne (intelektualne, emocjonalne, decyzyjne), które przeprowadzają nas przez życie niejako bez naszej wiedzy, bądź w najlepszym wypadku na jej marginesie.
Samo istnienie takiego przypuszczenia oznacza równocześnie, że nieświadomość jest obiektem ważnym i fascynującym z powodów daleko wykraczających poza samą psychologię. Dzieje się tak dlatego, że w świetle dotychczasowej wiedzy na jej temat łączy się ona z niemal każdym istotnym aspektem ludzkiej egzystencji. Wszystko wskazuje na to, że jest powiązana z fundamentalnymi kwestiami moralności, edukacji i wychowania, dotyczy jawnych i ukrytych motywów ludzkiego postępowania, naszych możliwości samopoznania i samokontroli, a także - podkreślanych przez kolejne inkarnacje psychoanalizy i jakże ważnych z życiowego punktu widzenia - kwestii seksualności i agresywności, które mimo niewątpliwych postępów ludzkości w wielu rozmaitych dziedzinach nadal sprawiają nam problemy niemal tak samo dolegliwe jak w odległych czasach, kiedy ze względu na wczesne etapy ewolucji wydawały się bardziej zrozumiałe czy na miejscu. Jak to brawurowo i wbrew krytykom Freuda ujął Slavoj Žižek: "dopiero teraz nadszedł czas psychoanalizy, tylko ona bowiem jest w stanie ukazać naszym oczom ten gigantyczny, niekonsekwentny bałagan, który nazywamy "seksualnością""18. Poetycką wizję naszej skłonności do zła i przemocy doskonale zaś obrazuje fragment wiersza Emily Dickinson Nie trzeba być Komnatą:
Własne Ja - gdy się zaczai
Za Samym Sobą -
Przerazi bardziej niż Morderca
W pokoju obok19.
Zdanie sobie sprawy z wyjątkowej pozycji nieświadomości w obrębie uprawianej od lat dyscypliny wiedzy doprowadziło mnie do odkrycia intrygującego paradoksu. Polega on na tym, że chociaż zajmuję się marginalnymi sprawami w kontekście współczesnej psychologii - jej dzieje nie są bowiem zwykle podstawowym obiektem zainteresowania ani badaczek i badaczy, ani adeptek i adeptów wstępujących w mury uniwersyteckie na studia psychologiczne - to jednak dzięki temu znalazłem się w samym środku jednego z najważniejszych problemów ludzkości. Można go najlepiej przybliżyć poprzez odwołanie się do znanej myśli Freuda i przedstawić w formie pytania o to, czy człowiek jest panem we własnym domu20. Innymi słowy, czy nasza ludzka natura i konstytucja są ukształtowane w taki sposób, że z "okrutną logiką" zmierzamy w niewiadomym kierunku, popychani przez nieznane nam siły, czy też jesteśmy w stanie wyjść poza nasze uwarunkowania i wziąć własny los w swoje ręce? Doniosłość tego pytania jest dodatkowo wzmocniona przez fakt, że wielu badaczy, którzy w przeszłości ukazywali te ukryte siły sterujące naszymi działaniami, podkreślało ich niszczycielski potencjał i charakter zarówno w odniesieniu do egzystencji jednostek, jak i całych społeczeństw, a nawet ludzkości jako takiej. Thomas Hobbes, Arthur Schopenhauer, Sigmund Freud, René Girard, Erich Fromm - to pierwsze z brzegu przykłady znanych autorów, prezentujących w swoich licznych tekstach niepokojącą wizję człowieczeństwa, w której rozmaite czynniki biologicznego i kulturowego pochodzenia z ukrycia wywierają na nas przemożny wpływ i uruchamiają najgorsze strony ludzkiej natury, co w efekcie prowadzi do przemocy, destrukcji, obłędu i cierpienia. W świetle aktualnej wiedzy o świecie trudno ich opinie lekceważyć czy przejść nad nimi do porządku dziennego.
Współczesna psychologia akademicka nie podziela w pełni pesymistycznego rozumienia nieświadomości, jakie znajdziemy choćby u klasyków psychoanalizy, jednak nawet jeśli przyjmie się jej perspektywę, to i tak musimy dojść do niepokojącego wniosku. Warto go poprzedzić nieco dłuższym cytatem, w którym autorzy zastanawiają się, na czym polega codzienna aktywność ukrytej części naszej psychiki:
A czym zajmuje się przetwarzanie nieświadome? Koncentruje się na tym, co jest dla danej osoby istotne. Uczy się poprzez doświadczenie, ale w sposób bezkrytyczny, dosłownie empiryczny. Cokolwiek jest istotne i przypadkowo współzmienne z doświadczeniem, staje się z nim skojarzone i przyswojone (w pewnych granicach). To asocjacyjne uczenie się wpływa na nasze rozumienie i reakcję na doświadczenie. Im bardziej niejednoznaczna sytuacja, tym bardziej prawdopodobne jest, że nieświadome procesy uczenia się doprowadzą do osobliwego (idiosyncratic) jej rozumienia. Za każdym razem gdy doświadczamy jej ponownie, sieć asocjacyjna, z którą jest ona powiązana (to, czego się nauczyliśmy), również zostaje uruchomiona. To ustanowione rozumienie zostaje następnie "zablokowane" (locked in), z czego już sobie sprawy nie zdajemy. A zatem pojmowanie naszego doświadczenia oraz reagowanie na nie może być trafne, nieco chybione, stronnicze, a nawet spektakularnie błędne. To, co się stanie, zależy od sieci asocjacyjnych powiązanych z tymi doświadczeniami, które z kolei zależą od tego, co było istotne, a zatem powiązane z doświadczeniem w danym momencie. Kiedy zaś nie jest dostępny jawny związek między zachowaniem a powodami, dla których je podejmujemy, wkracza interpretator Gazzanigi, SCI Kurzbana i Aktipis i wówczas coś zmyślamy (czyli racjonalizujemy)21.
Przy tym ostatnim sformułowaniu warto się na chwilę zatrzymać. Mamy tu bowiem pewien istotny punkt styczny między wieloma ważnymi autorami współczesności a klasycznymi pomysłami ojca psychoanalizy. Otóż zarówno Freud, jak i oni - oprócz wymienionych w cytacie, można by jeszcze dodać Richarda E. Nisbetta i Timothy'ego D. Wilsona czy Daniela M. Wegnera, autora znanej książki o złudzeniu świadomej woli - zgodziliby się przynajmniej w jednej kwestii (choć wskazywaliby odmienne mechanizmy, które stoją za tym fenomenem). Chodzi o to, że w znacznie większej liczbie sytuacji, niżbyśmy byli w stanie to sobie wyobrazić, nie mamy dostępu do rzeczywistych powodów naszego myślenia, odczuwania i postępowania. Kiedy jednak jesteśmy zmuszeni do tego, żeby je sobie uprzytomnić lub wyjawić przed innymi, to stwarzamy opowieść, która nie musi mieć wiele wspólnego z prawdą, wystarczy bowiem, że jawi się jako wiarygodna w naszych własnych oczach i tak samo ocenią ją nasi interlokutorzy. Robert Kurzban i C. Athena Aktipis22 nazywają ten mentalny narząd odpowiedzialny za taki stan rzeczy interfejsem społeczno-poznawczym (social cognitive interface, SCI), Michael S. Gazzaniga interpretatorem, Freud zaś nadał tej procedurze miano racjonalizacji. Współcześnie używa się też czasem pojęcia rzecznika prasowego (press secretary)23, aby podkreślić, że chodzi o sytuację, w której to jedna instancja (świadome "ja") uzasadnia wybory i działania, których autorem jest ktoś inny - stoi bowiem za nimi ukryty "prawdziwy prezydent", czyli nieznane nam nieświadome procesy decyzyjne.
Daniel M. Wegner poruszał inny ciekawy aspekt tego zagadnienia, przedstawiając teorię pozornej przyczynowości psychicznej, zgodnie z którą nasze poczucie, że jesteśmy autorami, a więc sprawcami jakiegoś naszego działania, należy uznać za sytuację, w której umysł interpretuje i wyjaśnia sam siebie, a nie za dowód na to, że to właśnie my spowodowaliśmy to działanie. W jego ujęciu odczucie tzw. świadomej woli to nic innego jak tylko subiektywne (i zwykle fałszywe) przekonanie, że spowodowaliśmy jakieś działanie. Jest ono w istocie poznawczą iluzją, która nie ma wiele wspólnego z uchwyceniem rzeczywistych przyczyn wywołania danego działania. A zatem, według Wegnera:
Ludzie odczuwają wolę w odniesieniu do działań, których nie spowodowali, i nie odczuwają woli wobec działań, które ewidentnie spowodowali. Fundamentalne oderwanie uczucia od działania sugeruje, że uczucie świadomej woli wynika z mechanizmów psychicznych, które nie są tożsame z mechanizmami psychicznymi rzeczywiście powodującymi działanie24.
W świetle powyższych poglądów nasuwa się przeto podejrzenie, że w życiu codziennym o wiele częściej, niżbyśmy chcieli i zdawali sobie z tego sprawę, przypada nam rola porównywalna do tej, jaką odgrywa chór w greckiej tragedii, który tylko komentuje wydarzenia rozgrywające się poza jego kontrolą, bez jego udziału, a co więcej bez możliwości wywierania na nie istotnego wpływu. Nie trzeba chyba specjalnie podkreślać, że jest to wniosek, obok którego nie sposób przejść obojętnie.
Równocześnie zyskuje on dodatkowe znaczenie w kontekście podzielanego przez wielu autorów przekonania, że jednym z najważniejszych zakotwiczeń naszego funkcjonowania, które w bezprecedensowy sposób decyduje o jego jakości i większości podstawowych aspektów, jest osobista i kulturowa narracja, w jakiej jesteśmy "zanurzeni". To właśnie ona, rozumiana jako opowieść (czasem kilka mniej lub bardziej przystających do siebie opowieści), porządkuje i wpływa na nasze codzienne, te zwykłe i te niezwyczajne, bardziej odświętne, aktywności na wiele sposobów, z których zdajemy sobie sprawę, i na jeszcze większą liczbę sposobów, z których już sobie nie zdajemy sprawy. Co więcej, są one - owe osobiste i kulturowe narracje - w pewnym sensie niezastąpione. Bez nich w ogóle nie bylibyśmy w stanie żyć ani funkcjonować albo też byłaby to egzystencja o charakterze wegetacji, nastawiona tylko na przetrwanie, pozbawiona jakiegokolwiek pociągającego aspektu25.
Opowieści te konstruujemy indywidualnie i zbiorowo - w rodzinach, w szkole, w kręgach przyjaciół i bliskich, ale też na poziomie narodu, wspólnoty intelektualnej, artystycznej, religijnej czy politycznej. Na większość z nich natykamy się na kolejnych etapach naszego życia, są one zwykle czymś zastanym, przynależą do tzw. kulturowego dorobku ludzkości. Natrafiamy na nie w książkach i artykułach, ale także w mediach społecznościowych, telewizji i kinie, na platformach internetowych oraz w codziennych społecznych relacjach z ludźmi bliskimi i obcymi. Od pewnego czasu wiele takich opowieści może podsuwać nam AI - sztuczna inteligencja. Innych dostarczają nam boty i farmy trolli, które działają w interesie różnych podmiotów: korporacji, rządów obcych krajów, partii politycznych, agentów wpływu etc. Sporą część nich budujemy jednak w miarę samodzielnie, niczym collage, czy wręcz bricollage, z "tego, co mamy pod ręką", co zapewnia nam nasze życie wraz z jego wyzwaniami, zerwaniami ciągłości i załamaniami, przemianami oraz osiągnięciami. Po pewnym czasie, co doskonale wiedzą terapeuci, psychoanalityczki, ale i politycy czy liderzy opinii, tracimy z oczu źródło, które dostarczyło nam opowieści, staje się ono (często wraz z różnymi fundamentalnymi jej fragmentami) nieświadome, ukryte przed naszą samowiedzą, my sami zaś traktujemy opowieść, w którą wierzymy, jako naszą własność, częstą cenną i wartą obrony, wręcz niezbywalną część naszego stanu posiadania.
Opowieści te mają jednak swoją ciemną stronę. Nie rzuca się ona od razu w oczy, na plan pierwszy bowiem wysuwają się zwykle ich zalety - pełnią one funkcję map, kompasów i przewodników, dzięki którym możemy nawigować przez nasze życie i jako tako orientować się w nieznanym terenie. Bywają pomocne także dlatego, że często doradzają nam, co mamy zrobić w konkretnej sytuacji, w jakim kierunku się udać, czego bronić i przeciwko czemu się opowiadać. A co chyba najważniejsze, mówią nam o tym, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, z czego możemy być dumni, a czego powinniśmy się wstydzić. Jednak gdy patrzy się na nie z tej ciemnej strony, widać wyraźnie, że równie często bywają naszymi mentalnymi barierami, miejscami odosobnienia, punktami alienacji, a wręcz więzieniami, których mury ograniczają nasze perspektywy widokowe, zasłaniają nam inne światy, inne możliwości, inne wartości, inne racje. A jeśli nawet niekoniecznie zasłaniają, to - co niekiedy nawet bardziej niebezpieczne i nieobliczalne - wykrzywiają nasze spostrzeganie, niczym lustra w owych słynnych gabinetach śmiechu, stanowiących jeszcze nie tak dawno temu atrakcję wesołych miasteczek i parków rozrywki. Przy czym przeglądanie się w takim lustrze zwykle wywołuje w nas samych rozbawienie, natomiast postawienie wykrzywiającego zwierciadła przed Innym lub Innymi, co chętnie i często robimy, zwykle wiąże się z emocjami negatywnymi, staje się okazją do okazania wyższości, niechęci czy pogardy, a w najgorszym razie - bodźcem uruchamiającym spiralę przemocy.
Z takich i podobnych refleksji wyrosła ta książka, która nie oferuje jednak żadnych przepisów na to, jak poradzić sobie z naszą rozległą nieświadomością. Co więcej, jej ogólny wydźwięk, o czym trzeba od razu wyraźnie powiedzieć, jest w najlepszym razie podszyty melancholią, a dominująca tonacja raczej minorowa, żeby nie powiedzieć pesymistyczna. Jednak z tej racji ma ona (mam taką nadzieję) pewną wartość dodaną, gdyż przynajmniej część zawartych w niej tekstów stanowi próbę pokazania, "na czym stoimy", w jakim miejscu jesteśmy. W przeważającej mierze są to teksty, które już zostały opublikowane w rozproszonych wydawnictwach, gdzie gubiły się pośród wielu innych i niejako rozpuszczały swoje przesłanie. Po ponownej ich lekturze uznałem, że warto byłoby je rozszerzyć, uzupełnić i nieco "podrasować"26, a następnie przedstawić zebrane razem. Łączy je bowiem pewien wspólny mianownik, powtarzający się motyw przewodni, który spaja je w jedną całość. Wyraża się on w trzech pojęciach czy też filarach, które dla tej książki stanowią "nieświadomość", "psychoanaliza" i "rzeczy ostateczne".
O pierwszym składniku już było sporo powiedziane, a jeszcze więcej znajdzie się w kolejnych rozdziałach. Teraz warto skupić się na psychoanalizie, która będzie rozumiana nieco inaczej niż zwyczajowo, choć, oczywiście, z tym źródłowym jej sensem będzie miała sporo wspólnego. Kategoria ta pojawia się tutaj bowiem jako swoiste wezwanie do samopoznania, które ma w naszej śródziemnomorskiej kulturze specjalne zakotwiczenie w postaci słynnej frazy - gn?thi seauton, z akcentem na ostatnią sylabę, wyrytej na ścianie świątyni w Delfach, a zacytowanej przez Freuda w 1901 roku w Psychopatologii życia codziennego i uważanej za swego rodzaju hasło wywoławcze psychoanalizy. Traktuję ją przede wszystkim jako zachętę do tego, aby zmierzyć się z indywidualnym i zbiorowym "mrocznym lasem" (selva oscura) naszych umysłów, o którym pisał Dante w Boskiej komedii, w przeciwnym bowiem razie - czyli w przypadku zaniechania tej czynności i poprzestania na dotychczasowej, a przy tym wielce iluzorycznej, jak wszystko na to wskazuje, samowiedzy - jesteśmy wręcz skazani na syzyfowe powtarzanie w nieskończoność nieprzepracowanej przeszłości. Nie tylko zresztą jako jednostki, ale też jako zbiorowości, w tym narody. Oczywiście psychoanaliza była jednym z pierwszych kierunków, który eksplorował, z różnym zresztą powodzeniem, ciemne i niechciane aspekty naszej egzystencji. Nie jest jednak moim zamiarem eksponowanie jej w sensie konfesyjnym, jako przede wszystkim określonego podejścia i dziedzictwa autora Objaśniania marzeń sennych. Chodzi mi raczej o uruchomienie pewnego poziomu refleksji i metarefleksji, który skłoni do udania się w podróż przez mentalne ciemności po to, aby stały się widzialne i można było zobaczyć, co też tam w nas tkwi, na co się natkniemy w swoich nieznanych dotychczas wnętrzach. Kusi, żeby przytoczyć Junga:
W tym sensie analiza nie jest metodą, na którą monopol ma medycyna, lecz także rodzajem sztuki, techniki czy też nauki życia psychologicznego, którą powinien on [pacjent] dalej praktykować również po zakończeniu leczenia dla swojego własnego dobra oraz dla dobra swoich bliźnich. Jeśli będzie on rozumował w ten sposób, nigdy nie uzna się za psychoanalitycznego proroka czy reformatora ludzkości, lecz, dysponując prawdziwym zrozumieniem dobra powszechnego, będzie po zakończeniu analizy korzystał z wiedzy zdobytej w trakcie leczenia. A przy tym jego wpływ na innych będzie polegał bardziej na dawaniu przykładu swoim własnym życiem niż na toczeniu uczonych dysput czy głoszeniu misjonarskiej propagandy27.
Jest to o tyle naglące, że być może rzeczywiście - i tu jest miejsce na ów trzeci filar - nasze czasy, z większą łatwością niż inne, mogą pretendować do miana ostatecznych, przynajmniej w takim sensie, że znaleźliśmy się w kryzysie, który dotyka nas globalnie, a przy okazji produkuje niesłychanie dolegliwe konsekwencje i skutki uboczne. Jak to bowiem zgrabnie ujął w swoim czasie Antonio Gramsci: "Kryzys polega na tym właśnie, że to, co stare, umiera, podczas gdy nowe jeszcze się nie narodziło; w takim okresie bezkrólewia pojawiają się najprzeróżniejsze zjawiska chorobowe"28. Nie dziwi zatem, że w coraz większej liczbie współczesnych narracji atmosfera apokaliptyczna stanowi tło dominujące i niepodlegające wątpliwości, nierzadko zaś towarzyszy jej otwarcie wyrażana bezradność (można by wiele pisać na ten temat, ale w tym miejscu niech wystarczy lakoniczna wypowiedź modnego słoweńskiego filozofa, przytaczającego innego, równie modnego myśliciela: "W jednym ze swoich późniejszych tekstów na pytanie "co teraz?" Adorno udziela jasnej odpowiedzi: "Nie wiem""29).
Na koniec tego wprowadzenia pozostało mi jeszcze tylko nieco bardziej szczegółowo przedstawić zawartość kolejnych rozdziałów. Być może dzięki temu powiązania pomiędzy nimi staną się bardziej wyraźne i zrozumiałe.
Otwierający ten zbiór tekst jest próbą zmierzenia się z dziedzictwem psychoanalizy po ponad stu latach jej istnienia, co oczywiście samo w sobie jest przedsięwzięciem ryzykownym, żeby nie powiedzieć samobójczym, zważywszy na istniejący, jakże przytłaczający ogrom literatury na ten temat. Mimo to wydaje mi się on wart prezentacji, lokuje bowiem freudowską narrację w kontekstach, które - przynajmniej na naszym rodzimym gruncie - nie były zbyt często uruchamiane, gdyż eksponuje przewrotność i subwersywny humor skrywające się za psychoanalizą, muzykę jako ekwiwalent nieświadomości, a wreszcie indywidualizm i etykę. Mam wrażenie, że prezentuje on dość wyważoną i udokumentowaną ocenę "Ambiwalentnego Elizjum" według projektu Freuda, co w sytuacji, w której samo wywołanie jego nazwiska zwykle prowadzi do skrajnej polaryzacji w opiniach, stanowić może niejaką zaletę.
Drugi tekst, który wydaje mi się szczególnie ważny w tym zbiorze, dotyczy rodzimego podwórka, a jego tytułowa zbitka - polskie zmory - nieprzypadkowo kojarzy się zarówno z kontrowersyjną powieścią Emila Zegadłowicza, jak i ludowymi wierzeniami o tajemniczych nocnych istotach, które, jak dawniej wierzono, mogą zakłócić spokój naszego snu. Traktuje on bowiem o tym, jak nasza własna nieświadomość hamowała nas w przeszłości i nadal hamuje przed zmierzeniem się z kolektywnymi demonami polskiej duszy oraz nie pozwala na przezwyciężenie zadawnionych traum, historycznych uwarunkowań oraz utrwalonych, a wielce szkodliwych przyzwyczajeń. Wszystko wskazuje, że cały czas nie chcemy przeprowadzić tej operacji na sobie, przez co skazujemy się na los wiecznego dziecięcia, które - niczym Oskar Matzerath z Blaszanego bębenka Güntera Grassa - z uporem odmawia wzrostu i dalszego rozwoju, hołduje bowiem infantylnemu, "dawnemu" poglądowi na świat i duszę ludzką. W rezultacie jednak owo zagubione dziecię nazbyt często bywa bezbronne nie tylko wobec świata, ale też wobec siebie i pędzi życie pełne frustracji i rozczarowań. Lepiej więc późno niż wcale wykonać tę pracę i odrobić lekcję płynącą z naszej nieudanej przeszłości, po to by mieć szansę podmienić ją na inną, lepszą, taką, jakiej pragniemy i jaka mogłaby być naszym udziałem. Myśl taka, choć może na pierwszy rzut oka wydawać się kompletnie absurdalna, ma jednak swoich rzeczników. Zygmunt Bauman w posłowiu do Pasaży Waltera Benjamina wyraża ją w następujący sposób:
Moc wyobraźni jest wystarczająco potężna dla odzyskania minionych możliwości i odzyskania ich w takim trybie, jaki nawet wcześniej nie był ich udziałem: w samoświadomym trybie für sich, którego nigdy nie doświadczyły za życia. Do tego radosnego zadania wyobraźni należało (...) zaprowadzenie kroniki zwycięstw, które można było odnieść tam, gdzie doszło do porażek, przeżyć na nowo przeszłość tak, jak mogłaby przebiegać - to jest inaczej, niż przebiegała, w sposób, który unieważnia teraźniejszość wykreowaną przez porażki30.
Gdyby ten rozdział choć w minimalnym stopniu zachęcił do takiego spojrzenia na naszą zbiorową nieświadomość (także w sensie ignorancji i niewiedzy), to odegrałby swoją rolę w sposób, o jakim mogę tylko pomarzyć.
Trzeci i czwarty tekst są ze sobą powiązane, choć na pozór nie jest to wcale oczywiste. Pierwszy z nich traktuje o romantycznej koncepcji nieświadomości, w której twórca widział swoisty rezerwuar doskonałości, a wręcz sui generis inkarnację Absolutu. Intrygującą opowieść niemieckiego filozofa, malarza i lekarza o nieświadomości można potraktować zatem jako świecką próbę wyrażenia prawdy znanej z pism mistycznych, których autorzy wierzyli, że - mówiąc słowami Teresy z Ávili - "w najgłębszym wnętrzu jej, jakby w głębi jakiejś bezdennej (...) mieszka z nią [duszą - B.D.] to boskie towarzystwo"31. W języku filozofii romantycznej mniej się mówi o bogu, a więcej o niemal nadnaturalnych prerogatywach owej głębi duszy, jej nieomylności, mądrości, wysokim poziomie etycznym, w przeciwieństwie do świadomości, co może wydać się tylko końcowymi podrygami pewnej formacji intelektualnej, która z powodu triumfu scjentystycznie ukierunkowanej mentalności musiała odejść w niebyt. Jednak w XX wieku pojawiło się sporo koncepcji, które do tego sposobu myślenia nawiązywały w mniej lub bardziej otwarty sposób (William James, Carl Gustav Jung, Aldous Huxley, tzw. Ruch Ludzkiego Potencjału, psychologia archetypowa i psychologia wieczysta), co z pewnością przyczyniło się do powstania zaskakującej świeckiej religii, która swe początki miała wprawdzie już w osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej ezoteryce, lecz najbardziej znaną i powszechną formę przybrała po drugiej wojnie światowej. Jest ona znana jako religia New Age (New Age religion) i o niej traktuje rozdział czwarty32. Choć na pozór wydaje się, że jej najlepsze czasy dawno przeminęły, to jednak staram się pokazać, iż najważniejsze składniki tego fenomenu kulturowego okazały się bardzo żywotne i towarzyszą nam w codziennym życiu w sposób, z którego zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy. Religia ta, czy też swego rodzaju luźna ideologia, jest bardzo interesującą próbą odzyskania "zaczarowanego świata współuczestnictwa", w którym moglibyśmy się czuć jak w domu, a który nie tylko został unicestwiony wraz z postępami nauki, kolejnymi rewolucjami technologicznymi i koncepcją ewolucji, ale do jego ustąpienia przyczyniły się także - co dla niektórych może być zaskakujące - religie monoteistyczne, z chrześcijaństwem na czele.
Piąty tekst jest poświęcony przygnębiającym losom polsko-żydowskiej uczonej i lekarki. Pokazuje, jak sączone w naszą nieświadomość poglądy nieprzyjaznego otoczenia mogą nas doprowadzić do stanu, w którym zaczynamy być pomysłowymi wrogami tego, kim sami jesteśmy.
Przedostatni tekst (który pierwotnie miał być ostatnim) jest dość brutalną, a przy tym hiperboliczną diagnozą sytuacji bez wyjścia, w jakiej się znaleźliśmy - także z powodu tego, jak działają nasze umysły - i mówi o tym, że właściwie pędzimy ku samozagładzie. Jego ostateczna wymowa może być złagodzona przez to, że sam tekst miał już w punkcie wyjścia specyficzny charakter, był bowiem zamówiony jako komentarz do przedsięwzięcia o artystycznym charakterze33, stanowiąc przy tym swoisty kontrapunkt do innego eseju eksponującego jaśniejsze strony nadchodzącej przyszłości. Można więc go potraktować z pewną dozą rezerwy - cum grano salis - gdyż jego nader mocne tezy34 mają ostentacyjnie prowokacyjny charakter i z pewnością da się z nimi polemizować. Z drugiej jednak strony powstawał tuż przed pandemią i wojną w Ukrainie, więc w momencie kiedy się ukazał - i obie te rzeczywistości zawładnęły naszymi umysłami w przemożny sposób - jego aktualność już wydawała się trudna do podważenia. Dzisiaj sprawia wrażenie aktualnego w jeszcze większym stopniu, co oczywiście jest nader niepokojące, z czego nie jestem wcale zadowolony i pragnąłbym z całego serca, aby okazał się on profetyczną klęską.
Żeby jednak nie poprzestać na tej kasandrycznej diagnozie, po wewnętrznej i dość burzliwej walce postanowiłem specjalnie do tej książki dopisać jeszcze jeden rozdział, który w zamyśle miał nieść pewną nadzieję. W decyzji tej pomogło mi zaproszenie na wystąpienie wraz z Oliwią Bosomtwe podczas Festiwalu Conrada, który - prowadzony esejem Olgi Drendy Nadzieja radykalna, czyli przetrwanie to za mało35 - ukierunkowany był na próby poszukiwania jaśniejszych momentów naszej przyszłej egzystencji. Jako że książka niedawno zmarłego amerykańskiego filozofa i psychoanalityka Jonathana Leara, której tytuł i zawartość były inspiracją dla całego festiwalu i eseju Olgi, jest mi bardzo bliska, ba, uważam ją wręcz za jedną z najważniejszych lektur całego mojego życia, to postanowiłem skorzystać z tej okazji i bazując na jej zawartości, ale też odwołując się do własnych doświadczeń i przemyśleń, napisałem bardziej osobisty tekst, w którym próbuję pokazać, jak nadzieja operuje w moim własnym życiu. Czy efekt jest satysfakcjonujący intelektualnie i egzystencjalnie, pozostawiam ocenie czytelniczek i czytelników.
Na koniec pozostały mi jeszcze dwie kwestie do wyjaśnienia. Pierwsza dotyczy mojego trwałego upodobania do cytowania omawianych autorów i autorek, często bardzo obszernego (widocznego zresztą już w tym wprowadzeniu). Wielokrotnie spotkałem się z opinią, że jest to praktyka w najlepszym razie niezbyt chlubna, a w najgorszym wręcz naganna. Że powinno się własnymi słowami oddawać referowane treści, najlepiej w taki sposób, żeby równocześnie wykazać się dobrym zmysłem syntezy oraz sporymi umiejętnościami hermeneutycznymi. Odkąd pamiętam, takie podejście wydawało mi się jednak zawsze trochę naciągane, wolałem pracę przy otwartej kurtynie, to znaczy interpretowanie i analizowanie myśli, która jest dostępna dla wszystkich czytelników, gdyż mają ją niejako tuż "przed oczami". Nie raz i nie dwa zdarzało mi się przecież czytać omówienia rozmaitych koncepcji owymi "własnymi słowami", po czym okazywało się, że po konfrontacji z oryginałami powstawało nieodparte wrażenie dysonansu, nadmiaru fałszywych tonów, wręcz niezrozumienia. Innymi słowy, streszczenia narracji różnych autorów rozmijały się z ich intencjami w zauważalnym, a nierzadko wręcz znacznym stopniu. Żeby więc wreszcie rozprawić się z tym zarzutem raz na zawsze, pozwolę sobie na przytoczenie odpowiedniego fragmentu z tekstu, który jest uważany za jeden z kamieni węgielnych historii idei, a więc dyscypliny wielce cenionej w kręgach humanistycznych i cieszącej się szeroką akceptacją. Oto Arthur O. Lovejoy w Wielkim łańcuchu bytu składa na wstępie podziękowania komisji Harvard University Press za umożliwienie znacznego rozszerzenia jego książki "głównie za sprawą dodania ilustrujących cytatów"36 i uprzedzając nieprzychylną reakcję czytelników, wyjaśnia swoje stanowisko następująco:
Mnie jednak w lekturach tego typu prac drażnił często fakt, że tam, gdzie oczekiwałem autentycznych słów autorów omawianych idei, znajdowałem jedynie precis lub omówienie; moją regułą zatem stało się przytaczanie fragmentów odpowiednich tekstów w takich objętościach, które nie przeczą rozsądnej zwięzłości37.
Odkąd pamiętam, podzielałem intuicyjnie przekonanie, że tak właśnie należy postępować, zwłaszcza w odniesieniu do najbardziej newralgicznych i kluczowych aspektów analizowanych koncepcji, ale dopiero dzięki Lovejoyowi uzyskałem dodatkowy argument, uzupełniający zwykle używany przeze mnie zwrot Michela Foucaulta, mówiący o "powściągliwym liryzmie cytowania"38. Oczywiście brzmiał on efektownie z literackiego punktu widzenia, jednak akcentował powody estetyczne, a nie intelektualne, które zdają mi się w tej materii znacznie ważniejsze.
Druga sprawa, która domaga się wyjaśnienia, to kwestia nieuchronnych powtórzeń, które w tej książce pojawiają się i mogą stanowić pewien problem. Starałem się w ostatecznej redakcji zmniejszyć ich ilość do niezbędnego minimum. Jednak mimo wszystko są one do pewnego stopnia nieuniknione z racji genezy i natury tekstów, składających się na ten zbiór. Poświęcone są one bowiem bliskim sobie, pokrewnym zagadnieniom, w obliczu których trudno uniknąć przywoływania tych samych nazwisk, podawania podobnych przykładów, odwoływania się do tych samych danych. Co więcej, w sytuacji pojedynczych tekstów będących częścią wieloautorskich zbiorów - jakimi były one pierwotnie - racjonalne było założyć, że wśród czytających osób wiele będzie takich, które nie znają innych opracowań na ten temat i muszą zostać wprowadzone w być może całkiem dla nich nowy kontekst niemal od podstaw. To znowu wymaga, choćby w szkicowej postaci, przywołania najważniejszych faktów, wydarzeń i prawidłowości, a więc powtórzeń...
Poza wszystkim jednak, co wyznaję jako wykładowca akademicki z grubo ponad czterdziestoletnim stażem, powtórzenia mają trudną do zlekceważenia zaletę. Otóż ponawianie kontaktu nawet z taką wiedzą, którą się wedle własnego mniemania dość dobrze opanowało, często przynosi nieoczekiwane, a przy tym niezwykle pożądane rezultaty. Mają one charakter głębokiego, choć dla postronnych osób niekiedy bardzo zaskakującego wglądu. Jego istota została doskonale uchwycona w znanej anegdocie, opisującej podobno autentyczną sytuację, w której to światowej sławy fizyk po zajęciach ze studentami wpada do pokoju i podekscytowany objawia kolegom: "po raz czwarty wykładam tym nieukom teorię względności - i wreszcie sam ją zrozumiałem...". Mówiąc szczerze, doświadczyłem w swoim życiu olśnień tego rodzaju wiele razy. I życzę ich wszystkim z całego serca.
Dalsza część w wersji pełnej