Prolog
15 grudnia 1864
Polowy szpital konfederatów, nieopodal linii walk
Nashville, Tennessee
Eleonora Braddock aż podskoczyła, gdy jakiś żołnierz chwycił jej dłoń. Jego uścisk był zadziwiająco mocny, a dłoń wilgotna od krwi i potu. Zaciskając powieki, przylgnął do niej, jakby była ostatnim człowiekiem na ziemi. Bo w zasadzie była... dla niego.
Odruchowo zerknęła na lewą kieszeń żołnierskiego munduru, żeby odczytać nazwisko, ale materiał - szara, przesiąknięta krwią tkanina - był rozerwany na strzępy przez pocisk z armaty, podobnie jak reszta jego ciała. Dobrze, że jeszcze przed chwilą był nieprzytomny, kiedy badał go lekarz. Przynajmniej oszczędzono mu tego widoku, gdy doktor tylko lakonicznie pokręcił głową.
- Siostro...
Szukał wzrokiem jej oczu. Słysząc w oddali grad wystrzałów z karabinów i armat, Eleonora gotowa była już na to pytanie, które miało nadejść. Niezależnie od tego, jak wiele razy musiała na nie odpowiadać, za każdym razem było jej tak samo trudno powiedzieć człowiekowi, że zaraz umrze.
Równie trudno, jak na to patrzeć.
- Tak? - zapytała łagodnie. Nawet nie poprawiała jego błędu w kwestii jej medycznego wykształcenia, a w zasadzie braku takowego.
- Czy może... mi siostra powiedzieć... - Zakaszlał. Jego zarośnięta szczęka zadrżała z zimna lub bólu. Albo z obu naraz. Z jego gardła dobył się jakiś bulgot. - Czy... zdobyliśmy wzgórze?
Zaskoczona, że mężczyzna pyta o przebieg bitwy, a nie o swoje życie, i poruszona tą pełną napięcia nadzieją, jaka kryła się za jego pytaniem, Eleonora poczuła, że w gardle narasta jej gula.
- Tak - odpowiedziała bez wahania, chociaż nie miała bladego pojęcia, która ze stron ma przewagę w bitwie. Teraz wiedziała jedynie, że niedaleko stąd mordowano niezliczone zastępy mężczyzn - ojców, synów, mężów... braci. A ten człowiek zasługiwał, żeby umrzeć w pokoju, wierząc, że jego życie nie poszło na marne. - Tak... zdobyliście. - Próbowała się uśmiechnąć. - Generał Lee będzie bardzo zadowolony.
W oczach żołnierza błysnął ślad dumy, ale przede wszystkim ulgi. Opuścił powieki. Z trudem próbował wziąć oddech i widać było, że wiele go to kosztowało. Eleonora modliła się w duchu, by jego zmagania szybko się skończyły. Widywała jednak mężczyzn, którzy z podobnymi ranami konali przez długie godziny, raz popadając, raz wychodząc z agonii.
Nie był taki młody - na pewno po trzydziestce. Stopy wystawały mu trochę poza łóżko polowe. Oba buty miał przetarte na palcach. W jego głosie słyszała nietutejszą nutę. Jakąś odległą, która zawsze jej się podobała.
Przyglądnęła mu się uważnie, zastanawiając się, jakie wiódł życie przed wojną i jak to się stało, że znalazł się na tym niewesołym polu bitwy gdzieś w Tennessee. Z zapadłych policzków wyróżniały się szczególnie wystające kości policzkowe i Eleonora żałowała, że nie ma już bulionu wołowego, który gotowała wczoraj dla walczących, tak jak to czyniła codziennie wieczorem. Nawet pomimo tego, że go rozwadniała, jak tylko to możliwe, mężczyźni i tak szybko wypili go ze smakiem.
- Od wielu miesięcy nie pilim niczego tak dobrego - mówili, opróżniając garnuszki.
Zawsze lubiła gotować. A widok pacjentów jedzących, choćby tak skromne porcje, sprawiał, że robiło jej się lepiej na sercu. Nigdy wcześniej, zanim zaczęła służyć rannym i umierającym, nie znała tego uczucia.
Podniosła się i w tej samej chwili uścisk żołnierza stał się mocniejszy.
Mężczyzna skrzywił się i zacisnął zęby, jęknąwszy, jakby bardzo starał się powstrzymać i nie płakać jak inni.
Eleonora spojrzała na puste buteleczki po laudanum stojące na pobliskim stoliku. Żałowała, że nie ma już mu co podać. Ostatnie leki przeciwbólowe, w tym także morfina, chloroform i eter, zostały wydzielone dzisiaj rano, zanim dowiedzieli się, że spodziewana dostawa lekarstw nie dotrze... dzięki Armii Unii. Potrafiłaby zrozumieć przechwycenie dostaw amunicji czy pieniędzy, może zapasów żywności... ale dostawy leków? Nawet wojna powinna rządzić się jakimiś prawami.
W oddali rozległ się huk wybuchu armatniego. Wnętrze namiotu szpitala polowego przeciął lodowaty wiatr. Dało się słyszeć jęki oraz krzyki rannych i umierających. Eleonorę przeszył dreszcz. Choć to absurdalne, była pewna, że czuje, jak ziemia warczy i napręża się pod jej stopami. Zastanawiała się, jak długo jeszcze będzie się ciągnąć ten obłęd. Z pewnością tak właśnie wygląda piekło... A jednak, gdy tylko pomyślała o potwornościach, które rozgrywały się na wzgórzu, uświadomiła sobie, że ona tu, w tych namiotach, doświadcza tylko przedsionka piekła.
Jak to możliwe, że przeżyła dwadzieścia sześć lat, nie zdając sobie sprawy z tego, jak cenne i delikatne jest życie? I jak wątła jest granica pokoju. Nigdy do tej pory nie zastanawiała się, czy nie zdarzało jej się trwonić swoich dni. Kiedy jednak porównywała własne doświadczenie z tym, co widziała i uczyniła w tych ostatnich miesiącach... trwonienie wydawało się aż do bólu właściwym określeniem.
Przesunęła wzrokiem po rzędach żołnierzy ułożonych po obu stronach namiotu. Ilu jeszcze musi umrzeć, zanim te dwie wrogie sobie strony uznają, że została wylana wystarczająca ilość krwi?
Gdy pierwszy raz przeczytała w gazecie lokalnej Murfreesboro ogłoszenie zachęcające "przeciętne z wyglądu kobiety w wieku pomiędzy 35 a 50 rokiem życia" do pracy w ramach wolontariatu w szpitalach polowych i namiotach operacyjnych, zastanawiała się, czy jej wiek nie stanie się przeszkodą. Ale zapotrzebowanie na wolontariuszki było tak wielkie, a pierwszy warunek spełniała bez dwóch zdań, więc szybko ją przyjęto. Jedyne, co ją zdziwiło, to zdanie o tym, że "niewymagane jest żadne specjalistyczne szkolenie medyczne ani doświadczenie". Wkrótce jednak zrozumiała dlaczego i uświadomiła sobie, że nie doceniła powagi zadania, do jakiego się zgłosiła.
Po tym, jak jej brat zaciągnął się, tak jak większość jej rówieśników i przyjaciół, wiedziała, że ona nie może tak po prostu siedzieć w domu i nic nie robić. Szczególnie że jej podeszły już wiekiem ojciec był takim zagorzałym zwolennikiem Konfederacji.
Zamknęła na chwilę oczy. Zmęczenie i troski dawały się we znaki. Nad wyraz dobrze potrafiła sobie wyobrazić, że jej młodszy brat leży gdzieś na polu bitwy, ranny, zmarznięty i samotny, a jego cenna krew leje się strumieniami. Przeszył ją niemiły dreszcz.
Nie wiedziała, czy umiałaby znieść, jeśli cokolwiek stałoby się Teddy'emu. Ani czy jej ojciec udźwignąłby ciężar takiej straty. Fizycznie posiadał siłę dwa razy młodszego od siebie mężczyzny. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt, co stanowiło tylko dziesięć centymetrów więcej od niej. Potrafił stać wyprostowany jak struna, a jednak jego umysł słabł. Śmierć matki prawie dziesięć lat temu, Panie, świeć nad jej duszą, była szczególnie trudnym doświadczeniem dla ojca. Bardzo długo przeżywał żałobę, opłakując odejście żony. Ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy Eleonora zauważyła wyraźną zmianę w jego pamięci i zdolności przypominania sobie ostatnich szczegółów.
Do namiotu wdarł się nagły podmuch wiatru i kobieta przez chwilę obawiała się, że jego siła wyrwie paliki.
Z dalekiego gwaru bitwy dało się wyłuskać tętent i skrzypienie kół, zwiastujące przyjazd kolejnego ambulansu. Pozostałe dwie wolontariuszki przeszły na koniec namiotu, żeby pomóc wyładowywać rannych mężczyzn. Eleonora wiedziała, że powinna zrobić to samo i że dostanie reprymendę od doktora Rankina za to, że zbyt dużo czasu poświęca jednemu pacjentowi. Jednak gdy myślała o Teddym, o tym, że może on jest gdzieś tak przerażony, ranny i samotny... nie potrafiła się zmusić, by odejść od tego żołnierza. O ile w ogóle puściłby jej dłoń, a wcale się na to nie zanosiło.
"Pamiętaj, Eleonoro, większość naszych obaw nigdy się nie ziści". Usłyszała w głowie radę ojca sprzed lat i wiedziała, że gdyby tu był, powiedziałby jej, aby się nie martwiła wytworami wyobraźni. "Umysł potrafi być zdradziecki. Musisz być, córeczko, wyczulona, żeby nie poddać się pełnej niepokoju naturze, która często jest udziałem kobiet. Skup się na tym, co widzisz, a nie na tym, co podsuwa ci wyobraźnia".
Wiedziała z doświadczenia, że ojciec miał rację, ale czasem jej wytwory wyobraźni były tak przekonujące, że trudno było się im oprzeć. Jej troski podsycał fakt, iż w pewnym stopniu obawy te rzeczywiście się realizowały. Najlepszym dowodem na to był ten prowizoryczny oddział szpitalny.
- Doktor... - rozległ się chrypliwy szept.
Zobaczyła, że żołnierz znów na nią patrzy.
- Wie pani może, kie... - Zacisnął zęby, a jego blade policzki stały się jeszcze bledsze. Dopiero po chwili podjął: - Kiedy będzie... obchód?
Eleonora nienawidziła tej bezsilności, ale zmusiła się, aby odpowiedzieć pewnym głosem. Szkolenie, które otrzymała wraz z innymi kobietami z zespołu, było krótkie, ale jednoznaczne, szczególnie w przypadku umierających: "Nie zasypujcie żołnierzy pytaniami, gdy ich koniec jest już bliski. Jesteście tam, by nieść pociechę. I przede wszystkim, jeśli zapyta o swój stan, zawsze mówcie prawdę". Eleonora z całego serca zgadzała się z tą ostatnią regułą... teoretycznie. Ale teoria i praktyka to zupełnie różne rzeczy.
- W zasadzie... - Starała się ubrać to w łagodne słowa. - Doktor już u pana był. - Uścisnęła jego dłoń. - Tak mi przykro, ale... nie da się już nic zrobić.
Żołnierz powoli zmrużył oczy. Następnie z wysiłkiem i błyskiem niedowierzania w oczach, uniósł głowę i spojrzał na swoje poturbowane ciało. Rzeczywistość odebrała mu dech. Eleonora delikatnie położyła jego głowę na posłaniu. Z kącika jego oka popłynęła pojedyncza łza, a ramiona zaczęły się trząść. A jednak nie wydał z siebie ani jednego dźwięku.
Chciała mu powiedzieć, że może płakać, że to nie wstyd. Ale coś ją powstrzymywało, mówiło jej, że gdyby wyszeptała mu to do ucha, wcale by go nie pocieszyła. A chciała nieść pocieszenie.
Gdyby tylko miała co mu podać, aby ulżyć śmiertelnym cierpieniom, coś co mogłoby zatrzymać...
Jej uwagę przyciągnął dzban wody i blaszany kubek na tacy obok pustych buteleczek po lekach. Nagle wpadła na pomysł. Szybko, zanim uznałaby, że to bez sensu albo odczułaby wyrzuty sumienia, wysunęła dłoń z jego uścisku, nalała do kubka trochę wody i przechyliła buteleczkę laudanum nad krawędzią, jakby dodawała lekarstwo. Zrobiła to wszystko tak, żeby żołnierz mógł ją widzieć, mając nadzieję, że nikt poza nim nie zauważy, a następnie zamieszała zawartość w kubku i przystawiła do jego ust.
- Proszę - wyszeptała powściągliwym tonem. - Ale tylko trochę. To bardzo mocne.
Aż ścisnęło się jej serce, gdy patrzyła, jak mężczyzna walczył, aby przełknąć. Łapiąc z trudem powietrze, wypił wszystko do ostatniej kropli. Jednak zrobił to zbyt szybko i kaszląc, wypluł trochę. Otarła mu usta i brodę. Chusteczka była zakrwawiona.
- Och, dziękuję pani. Dziękuję - szeptał w kółko to samo, jakby podała mu eliksir życia.
Przez dłuższy czas patrzył w górę. Ciężko oddychał, a jego ciałem wstrząsały dreszcze. Eleonora stała blisko mężczyzny, czekając na ten charakterystyczny błysk w oku, gdy dotrze do niego, co zrobiła. Albo co przynajmniej próbowała zrobić. Zaraz jednak, stopniowo, jego napięte rysy twarzy zaczęły łagodnieć i ku jej zaskoczeniu oraz niedowierzaniu całe ciało się rozluźniło. Ojciec miał rację - umysł potrafi być zdradziecki.
Żołnierz wziął wdech, trzymając rękę na piersi, i w jego spojrzeniu widać było wyraźne poruszenie.
- Żałuję, że nie poradziłem sobie lepiej - wycedził przez zęby. - Ż-żałuję, że... - Urwał w pół zdania i sięgnął ponownie po jej dłoń.
- Ciii... - Eleonora przysunęła się bliżej. - Będzie dobrze.
- Nie... - Mięśnie jego szyi wyraźnie nabrzmiały. - Muszę to powiedzieć... póki oddycham.
Zamilkła, by dać mu szansę skończyć, i tylko odgarnęła włosy z jego czoła w taki sposób, który jeszcze kilka miesięcy temu wydawałby jej się zbyt poufały. Ale wojna zmieniała wymogi etykiety.
- Żałuję... - Łzy płynęły mu strużkami po skroniach. Jego twarz wyrażała teraz jeszcze większe skupienie i determinację. - Żałuję, że... że nie uczyniłem dla ciebie... tego, co ci obiecywałem, moja Mary. Tak jak obiecałem... przed odjazdem. - W jego westchnieniu czuć było tęsknotę. - Każdego dnia... w głowie układałem sobie...
Przejął go dławiący szloch i żołnierz wyciągnął rękę, jak gdyby próbował dotknąć jej twarzy, ale Eleonora wiedziała, że to nie ją teraz widział. Ujęła w dłonie jego dłoń i z oczu mężczyzny popłynęły na nowo łzy.
- Co takiego? - zachęcała go delikatnie. Widziała ból w wyrazie jego twarzy i podejrzewała, że jeśli wypowie na głos swój żal, to mu pomoże.
Zaczął szukać czegoś przy krawędzi swojego płaszcza i Eleonora zrozumiała, co chciał uczynić. Pomogła mu wyciągnąć małe zawiniątko z kieszeni, po czym ostrożnie je rozpakowała.
Haftowana chusteczka przesiąknięta krwią. A w jej zagięciu zasuszona róża.
- Nosiłem to przy sobie, moja słodka Mary - wyszeptał. - Tak jak prosiłaś. - Jego wargi drżały, a w niebieskich oczach błysnął uśmiech. - Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś moja, najdroższa. Że powiedziałaś "tak"... takiemu jak ja.
Eleonora zamrugała szybko i dopiero wtedy poczuła, że ma łzy pod rzęsami. Nigdy nie zrażał jej widok krwi. Asystowała w namiocie chirurgicznym przy operacjach, gdzie wielki drewniany stół był przez wiele dni czerwony, i widziała, jak powoli wytacza się ciężki wóz pełen amputowanych kończyn. Ale to...
Słuchając tego ostatniego wyznania, tego, co ten człowiek szeptem wylewał wprost z serca wobec obcej osoby... nie potrafiła powstrzymać płaczu. Kimkolwiek jest ta kobieta - ta jego Mary - Eleonora modliła się, by wiedziała, jak bardzo jest kochana. Albo... była kochana.
Ani przez chwilę się nie wahając, pochyliła się nad mężczyzną, aby mógł ją dobrze słyszeć.
- Jestem dumna z tego, że jestem twoja. I zawsze byłam - rzekła, starając się wyobrazić sobie, jakby to było być tak kochaną. Ale nie potrafiła.
Spojrzała ponownie na chusteczkę i pomyślała o tym, jak krótkie jest życie, i o tym wszystkim, czego jeszcze nie zrobiła... Nikt nigdy jej nie pocałował, nie wyszła za mąż ani nie miała dzieci. Nigdy nie wyjechała poza Tennessee ani nie widziała fal oceanu. Gdy dorastała, nigdy nie trzymała za rękę żadnego chłopaka poza Teddym i nigdy nie leżała całą noc pod rozgwieżdżonym niebem, czekając, aż słońce zacznie swoją wędrówkę. W głowie kłębiły jej się liczne rzeczy, które się nie wydarzyły, a jednak... jakże odległe i mało istotne wydawały się teraz w zestawieniu z tym światem, który ją otaczał.
- Jesteś dumna z tego, że jesteś moja - wyszeptał, jakby chciał się dodatkowo nacieszyć tą myślą, choć trudno mu było ją przyjąć. - Jest już za późno, moja Mary, wiem o tym, ale... - Jego czoło przecięły głębokie zmarszczki. - Gdybym mógł, to... - Skrzywił się i ze świstem zaczerpnął powietrza.
Eleonora czuła w piersi ciężar żalu tego człowieka. Włożyła chusteczkę w jego dłoń.
- To co? - wyszeptała, ściskając jego rękę i czując, jak mężczyzna odchodzi. - Co byś zrobił?
Spojrzał jej prosto w oczy.
- Och, moja najdroższa Mary... Zrobiłbym, co ci obiecałem i...
Podmuch zimna poruszył ścianami namiotu. Tym razem jednak Eleonora poczuła też, że ziemia trzęsie się pod jej stopami, i wiedziała, że to nie był wiatr.
- Panno Braddock!
Odwróciła się i zobaczyła, że w jej stronę biegnie doktor Rankin. Za nim panował chaos.
- Szybko! - zawołał. - Do ambulansów! Wojska federalne zdobyły wzgórze!
Powietrze przeszył piskliwy świst i w kolejnej chwili... świat wybuchł. Doktor Rankin chwycił ją za ramię, by nie upadła. Namiot wypełnił się dymem. Zrobiło się gęsto od gryzącego zapachu prochu.
- Już, panno Braddock! Wszystkie wolontariuszki do ambulansów. Natychmiast!
- Ale... nie możemy zostawić ludzi!
- Zabieramy tych, których się da. - Odwrócił się. - Jeśli zaraz nie uciekniemy, będziemy tu razem z nimi martwi!
Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że... żołnierz puścił jej dłoń. Spojrzała na niego i zobaczyła nieruchome usta, a w jego wyrazie twarzy jakiś niespotykany spokój...
Usłyszała znów serię wystrzałów i w pośpiechu dotknęła policzka mężczyzny, mając nadzieję, że ten niewysłowiony żal dotyczący czegoś, czego nie zdołał zrobić w tym życiu, zostanie jakoś zrekompensowany w przyszłym. Już się odwróciła, aby odejść... Gdy nagle sobie przypomniała.
Rozpaczliwie szukała chusteczki w dłoni żołnierza. Wzdrygnęła się, słysząc kolejne wystrzały. Nie było jej. Pragnienie, by zatrzymać ten kawałek materiału, nie miało sensu, ale Eleonora wiedziała, jak wiele to dla niego znaczyło, i wydawało jej się, że nie może pozwolić, by ją podeptano i zapomniano.
W końcu dostrzegła zakrwawioną chusteczkę na podłodze i natychmiast ją chwyciła. Brakowało jednak róży. Kobieta nigdy nie przepadała za kwiatami i odruchowo chciała zlekceważyć jej brak, ale szybko wspomniała na żołnierza, który niósł ze sobą do walki tę różę od jego Mary.
Serce waliło jej nieznośnie. Słyszała wybuchy armatnie na zewnątrz, ale uklęknęła na ziemi i choć czuła się głupio, i sama sobie mówiła, że to bez sensu, szukała róży. Na pewno gdzieś tu... Jest! Zamknęła w dłoni delikatny, zasuszony kwiat, którego płatki zaczęły się rozpadać od jej uścisku. Włożyła go ostrożnie do chusteczki, a potem do kieszeni. Kiedy odwróciła się do wyjścia, zobaczyła w namiocie pozostałych rannych. Tak wielu...
Dostrzegła żołnierza, który próbował wstać. To był mężczyzna, którego doktor Rankin wyznaczył do operacji. Zbierając w sobie jakieś siły, o które nawet by się nie podejrzewała, Eleonora pomogła mu stanąć i zarzuciła sobie jego rękę na ramiona, a potem na wpół go niosąc, a na wpół wlekąc za sobą, pomogła mu dostać się do ambulansu. Ktoś z tyłu podciągnął ją w górę i wsadził na wóz, akurat w tej chwili, gdy ponad ich głowami rozległ się kolejny przenikliwy pisk.
Eleonora zasłoniła rękami głowę i przygotowała się na uderzenie. Myślała tylko o Teddym i modliła się, by nie okazało się, że jest już martwy. Obiecywała sobie, że jeśli wyjdzie z tego żywa, jak tylko ta przeklęta wojna się skończy, będzie się starała trzymać możliwie najdalej od śmierci i umierania. Postara się żyć lepiej, niż to robiła do tej pory. Sprawi, że jej życie będzie się liczyło. I odnajdzie żonę tego żołnierza, jego Mary, kimkolwiek ona jest. I powie jej, co mówił, oraz zapyta ją, o co mu chodziło.
1
2 września 1868
Nashville, Tennessee
Eleonora była w głębi serca przekonana, że to, co robi, jest dobre... Dlaczego więc jej serce stawiało opór właśnie teraz, kiedy w końcu nadszedł ten dzień.
Siedzący naprzeciw niej w powozie ojciec patrzył przez okno. Był poważny. Ręce miał złożone na kolanach. Jeszcze przed chwilą, gdy wjechali do Nashville, sprawiał zupełnie inne wrażenie. Kiedy kareta wiozła ich przez centrum miasta, przypominał pełne entuzjazmu dziecko.
Poprosiła stangreta, by zatrzymał się najpierw przed pocztą. Powinno jej to zająć tylko chwilę. Wolała już mieć podpisaną umowę w dłoni przed spotkaniem, jakie czekało ją dziś po południu. A właściciel budynku, z którym wymieniała korespondencję w ciągu minionych tygodni, oświadczył, że zostawi jej tu dokument.
- Jadę tam, żeby odpocząć - stwierdził cicho ojciec, ale w jego tonie dało się słyszeć raczej powątpiewanie niż pewność.
Eleonora od razu zrozumiała, o czym mówi, więc tylko skinęła.
- Tak... Tato, tak. I tylko na jakiś czas. - Zmusiła się do uśmiechu, żeby jej słowa brzmiały pewniej. Modliła się w duchu, aby przewidywania lekarza się sprawdziły.
Sama nie potrafiła powiedzieć, w którym momencie jej rola córki zmieniła się w rolę opiekunki. Kiedy jednak patrzyła na siedzącego po drugiej stronie karety potężnego mężczyznę, którego prawdopodobnie ubóstwiała dużo bardziej niż powinna, coś w środku niej tęskniło, by mogła znów być tą małą dziewczynką, która, patrząc w serdeczne brązowe oczy ojca, wie, że wszystko będzie dobrze. I że jest bezpieczna. I że życie ma sens. Ale nie było już tej małej dziewczynki. Ani tamtego ojca.
Powóz zwolnił i Eleonora dostrzegła przed sobą pocztę.
- Tato, muszę szybko coś załatwić. Zaraz wrócę.
Wyjrzał przez okno.
- Może powinienem z tobą pójść. Mógłbym pomóc...
- Nie ma takiej potrzeby - odparła, chyba trochę zbyt prędko, i od razu tego pożałowała. Sięgnęła po jego książkę. - Może poczekasz tu i poczytasz od tego miejsca, gdzie razem skończyliśmy. A potem omówimy ten fragment, gdy już ruszymy dalej.
Nie wyglądał na przekonanego, gdy przyglądał się książce włożonej mu w dłonie, ale w końcu pokiwał głową.
- Ale wrócisz... prawda?
- Oczywiście, że wrócę, tato. - Uścisnęła jego dłoń na potwierdzenie. Mimo to poczucie winy, które lekko ją prześladowało, teraz uderzyło z całą mocą.
Stangret otworzył drzwi powozu i Eleonora wyszła pospiesznie na pocztę. Przystanęła zaraz za drzwiami i oglądnęła się za siebie, sprawdzając, czy ojciec czyta, czemu zawsze towarzyszył ruch warg. Nie chciała ryzykować, że pójdzie za nią, przede wszystkim dlatego, że bała się tych ataków, które ostatnio pojawiały się coraz częściej. Miał tak nieprzewidywalny temperament.
Tłum klientów był większy, niż się spodziewała, i kolejka sięgała prawie do samych drzwi. Zerknęła na zegarek zawieszony przy sukni na szatelence [1]. Miała jeszcze trochę czasu do umówionego spotkania ojca i tak bardzo potrzebowała zdobyć tę umowę.
Jak na jej gust kolejka przesuwała się dużo za wolno. Po jakiejś chwili wyjrzała przez główne okno w stronę karety i zamarła, bo nie dostrzegła w niej ojca.
Wyciągnęła mocniej szyję, aby lepiej widzieć. Może po prostu się przesiadł. Podczas podróży z Murfreesboro dwukrotnie się uparł, by to uczynić, tłumacząc, że jazda w jednym kierunku przez cały czas przynosi pecha. Zaraz jednak zobaczyła drzwi. Uchylone!
Wybiegła z powrotem na zewnątrz i zastała stangreta na górze powozu... pustego powozu. Ojca nigdzie nie było widać.
- Armsteadzie! - zawołała do stangreta. - Mój ojciec! Zniknął!
Mężczyzna stanął tuż obok niej zdumiony.
- Przepraszam, panno Braddock. Jeszcze przed chwilą tu był.
- Proszę iść w tamtą stronę - powiedziała, wskazując kierunek. - I jeśli się znajdzie... proszę go nie denerwować. Nie chcemy wywoływać skandalu.
- Dobrze, proszę pani!
Eleonora ruszyła w przeciwnym kierunku, zaglądając do środka sklepów i firm, które mijała. Starała się nawet nie myśleć o ostatnich wybrykach ojca ani o tym, co mogłoby się stać, jeśli ktoś stawiłby mu czoła i ojciec by się zdenerwował.
Najpierw jej uwagę przyciągnął przenikliwy, wysoki śmiech. Zaraz potem go zobaczyła. Po drugiej stronie ulicy. Wpatrującego się w witrynę pasmanterii.
Przemykając przed wozem z towarami i jakąś karetą, udało jej się przejść przez jezdnię. Jednak tuż przedtem ojciec zdążył wejść do sklepu i wziąć szpulę wstążki z półki oraz parę nożyczek.
Zauważył córkę.
- Eleonoro! Zobacz, czyż nie jest piękna? Pomyślałem, że ci się spodoba. Ty tak lubisz wpinać wstążki we włosy.
Udało jej się wyjąć mu nożyczki z ręki, ale ojciec zdążył już włożyć szpulę do kieszeni.
- Tato, jest piękna, ale... ja już nie noszę wstążek, pamiętasz?
Eleonora wyjęła szpulę i odłożyła na miejsce na półce. Zaraz potem dostrzegła mężczyznę, zapewne właściciela sklepu, który szedł w ich stronę. Na jego twarzy malowała się konsternacja.
Spojrzał ostro najpierw na ojca, a potem na nią.
- W czym mogę pomóc?
Eleonora starała się ukryć swoje zażenowanie.
- My tylko się rozglądaliśmy, sir. A teraz... - Ujęła ojca za ramię. - Jeśli pan wybaczy...
Czując uważny wzrok właściciela na swoich plecach, kobieta wyszła szybko na zewnątrz. Z ulgą zauważyła, że w ich stronę zmierza już Armstead. Z jego pomocą udało jej się usadowić ojca z powrotem w karecie, unikając kolejnych incydentów.
- Tym razem będę go miał na oku, panno Braddock - zapewnił stangret. - Proszę iść na pocztę, jeśli pani chce.
Mając na uwadze to, co czekało ją tego popołudnia, Eleonora czuła, że nie ma zbyt wielkiego wyboru.
Marcus Geoffrey westchnął ciężko. Spieszył się i kolejny raz nie mógł zrozumieć, dlaczego tak bardzo zależało mu wcześniej na tym doświadczeniu życia normalnych ludzi. Kolejka na poczcie sięgała prawie samego wejścia i ocenił, że to co najmniej dziesięć minut stania. Wyglądało na to, że musi się nauczyć cierpliwości.
Drzwi na pocztę za jego plecami otworzyły się i do środka niepewnym krokiem weszła lekko przygarbiona starsza kobieta. W tej samej chwili wiatr szarpnął drzwiami. Kobieta chciała sięgnąć po klamkę... i potknęła się. Marcus złapał ją i zdążył zatrzymać drzwi, zanim uderzyły w ścianę.
- Och, dziękuję panu. - Położyła dłoń na jego ręce, którą trzymał na jej ramieniu, i złapała równowagę. - Nie jestem już taka dziarska jak dawniej.
- A kto z nas jest, proszę pani?
Posłała mu wdzięczne spojrzenie i Marcus, myśląc o własnej, matce, która tak wcześnie odeszła, wskazał skinieniem głowy, by starsza pani stanęła przed nim w kolejce, po czym wyciągnął notes i pióro z kieszeni marynarki. Postanowił wykorzystać ten czas, aby naszkicować plan składu remontowanego przez jego ekipę. Wpadł na pewien pomysł dzisiaj rano, ale nie miał czasu, żeby...
- Tak, zgadza się. Ten pan powiedział, że mi to tu zostawi - powiedziała kobieta gdzieś przed nim. - Czy mógłby pan jeszcze raz sprawdzić?
Marcus powoli uniósł głowę, ciekawy osoby, do której należał ten urzekający głos.
- Tak, proszę pana - mówiła dalej. - Przynajmniej tak to zrozumiałam.
Marcus popatrzył w stronę okienka i zauważył kobietę - albo raczej orgię różu, pod którą ginęła ta dama - rozmawiającą z urzędnikiem pocztowym. Miała akcent charakterystyczny dla ludzi z Nashville, ale oprócz tego było też w nim coś miłego dla ucha, wręcz zmysłowego. Ale ten jej strój... Żakiet i spódnica były nieźle skrojone, jednak wyróżniały się mocno w porównaniu do odcieni czerni, szarości i granatów noszonych przez większość pozostałych klientów.
- Przykro mi, proszę pani, ale tu nie ma nic takiego do pani. Nie odnotowaliśmy także, by coś podobnego było wysyłane ostatnio do Belmont.
Westchnęła i przygarbiła się lekko.
Nawet patrząc na nią jedynie z tyłu i bez tego zaszczytu, aby ją mu przedstawiano, Marcus wiedział, kim była. Prawie codziennie osobiste interesy sprowadzały go do majątku jej ciotki i podsłyszał któregoś razu, gdy pani Adelicia Acklen Cheatham mówiła o przyjeździe tej damy, wyrażając żarliwe pragnienie, by nawiązała kontakty ze wszystkimi w Belmont.
On jednak spotkał już wystarczająco dużo bogatych pań pochodzących z dobrych domów, nad wyraz gorliwych w poszukiwaniu męża - nawet jeśli ta wyróżniała się wzrostem od całej reszty i była bratanicą najzamożniejszej kobiety w Ameryce. Nie miał więc ochoty zabiegać o takie znajomości ani tym bardziej ich utrzymywać. Stwierdził, że jeśli owa dama będzie się starała zdobyć jego zainteresowanie, zachowa się życzliwie, a nawet przyjaźnie, głównie ze względu na to, że Adelicia Acklen okazała się dla niego swego rodzaju dobrodziejką. Ale zdecydowanie, choć z wyczuciem, odrzuci wszelkie próby flirtu ze strony tej młodej kobiety.
W tym momencie odwróciła się i ruszyła prosto na niego.
Przywołał swą dobrze wyćwiczoną nonszalancką minę, a w głowie przewijało mu się tylko... "zdecydowanie, choć z wyczuciem".
Kobieta ledwie na niego spojrzała i minęła go.
Marcus, postawiony od razu do pionu - co nie było zbyt miłym uczuciem - patrzył, jak dama opuszcza urząd pocztowy. Nie był przyzwyczajony do tego, by go lekceważono. Jej uwaga była wyraźnie skupiona gdzie indziej. Przyglądał się jej, gdy szła w stronę czekającej na nią karety. Stangret czekał już przy drzwiach.
Ta wysoka blondynka w niczym nie przypominała swojej ciotki - drobnej brunetki. Nawet po osiągnięciu dojrzałego wieku Adelicia Acklen Cheatham była niesamowitą, ciemnowłosą pięknością. Jej bratanica z kolei, choć niezupełnie nieatrakcyjna, nie miała tak wspaniałych rysów, przynajmniej z pewnością nie tak delikatnych. W jej twarzy widać było więcej siły. Ktoś mógłby nawet określić ją przystojną. No i podejrzewał, że była starsza, niż mu się na początku wydawało...
- Proszę pana?
Marcus się odwrócił.
Starsza kobieta, której wcześniej pomógł, stała jakiś metr przed nim w kolejce. Uśmiechnęła się i zaprosiła go gestem, by podszedł.
Czując się nieco nieswojo, Marcus ruszył przed siebie, ale zerknął jeszcze raz przez okno, akurat w momencie, gdy różowa dama wsiadała do oczekującej na nią karety.
Już dawno nie zdarzyło mu się spotkać kobiety, która, będąc tak blisko, nie odwzajemniała jego zainteresowania. Oczywiście w ogóle o to nie zabiegał. Tłumaczył sobie, że gdyby tylko się postarał, na pewno by zauważyła. Przecież to wcale nic dla niego nie znaczyło. W końcu i tak miał już dość tego typu kobiet. A tej, która była obecnie jego kobietą, wcale nie chciał. Ale... Wypuścił powoli powietrze z płuc. Nic, cokolwiek by zrobił, nie mogło tego zmienić.
Kilka minut później dotarł do okienka.
- Dzień dobry, panie Geoffrey - przywitał go urzędnik pocztowy, wstając. - Mamy coś dla pana. Przyjechało dzisiaj rano.
Marcus czekał z zadowoleniem. Kiedy jednak dostrzegł kopertę zamiast pudła albo skrzyni, jego zadowolenie zniknęło.
- Nic poza tym? - zapytał.
Urzędnik zaprzeczył ruchem głowy.
- Tylko tyle. Przykro mi, proszę pana.
Marcus zmusił się do miłej odpowiedzi i odszedł na bok, bawiąc się w palcach listem. Stempel zdradził mu pochodzenie przesyłki, jeszcze zanim zdołał odczytać adres zwrotny. Rozdarł kopertę i w środku znalazł kolejną. Kiedy ujrzał królewską pieczęć odciśniętą w wosku, od razu ukrył list, jakby poczuł niewidzialny stryczek zaciskający się na jego szyi.
Wuj Franz nigdy do tej pory nie pisał do niego i Marcus aż nazbyt dobrze przeczuwał, kto go do tego nakłonił. Już miał schować list, żeby przeczytać go później, ale pomyślał o wątłym zdrowiu swojego ojca i zmienił zdanie. Przeszedł w ustronne miejsce ruchliwego urzędu pocztowego i otworzył kopertę.
Jego wzrok padł na pozdrowienie i pierwsze zdanie. Od razu uświadomił sobie, że stan ojca wcale nie jest tu główną kwestią. List dotyczył czegoś innego.
Do Arcyksięcia Gerharda Marcusa Gottfrieda von Habsburga...
Formalne adresowanie ze strony wuja i użycie oficjalnego tytułu wcale nie zapowiadały nic dobrego. W tym momencie Marcus poczuł jeszcze większą radość z faktu, że obecnie od tego, co zostawił za sobą, dzielił go cały ocean.
Skierował wzrok niżej, na to, co następowało po oficjalnym zwrocie.
Z nadejściem czerwca, Gerhardzie, kończy się okres łaski, jaki Ci został przyznany. Zgodnie z naszą umową do tego czasu stawisz się w domu, by wypełnić swoje obowiązki wobec korony i ojczyzny. Ci, którzy urodzili się z przywilejami, muszą wypełniać obowiązki z prawym sercem i honorem, nie zważając na własne uczucia i swoje...
Marcus złożył z powrotem list i wsunął go do koperty. Żałował, że nie potrafi równie łatwo zlekceważyć opinii swojego wuja - cesarza Austrii - podczas osobistej konfrontacji. Znał już na pamięć te przemowy. Słyszał je wielokrotnie jako chłopiec, gdy był trzeci w kolejce do austriackiego tronu, tuż za swoim ojcem i starszym bratem. A w ostatnich tygodniach przed wyjazdem do Ameryki, kiedy austriackie gazety rozpisywały się o tym, że nagle stał się drugi wskutek "wyjątkowych okoliczności", słyszał je jeszcze częściej.
Nigdy nie zależało mu na tronie i nawet nie brał pod uwagę tego, że pewnego dnia mógłby na nim zasiąść. Nadal w to nie wierzył. Jego wuj był zdrowy, silny i wciąż starał się o syna. Marcus miał nadzieję, a czasem nawet modlił się o to, żeby Wszechmogący Bóg wynagrodził mu owocnie te królewskie wysiłki.
Trudno mu było uwierzyć, że minął już prawie rok, od kiedy wyjechał z ojczyzny. Wciąż był trochę zaskoczony, że wuj i ojciec pozwolili na ten wyjazd do Ameryki. Ale po śmierci Rutgera... wszystko się zmieniło. I on się zmienił.
Zarówno wuj, jak i ojciec zgodzili się, że pewien dystans będzie dla niego wskazany. Dla niego i dla domu Habsburgów ze względu na plotki, które krążyły wokół śmierci Rutgera. "Lepiej, żeby nie widywano cię przez jakiś czas publicznie, Gerhardzie" - radził wuj Franz. "Niech skandal ucichnie, a potem zniknie, tak jak się to zwykle dzieje dzięki upływowi czasu i jeszcze czemuś, co zajmie opinię publiczną. I przede wszystkim... jeśli musisz się wyszumieć, rób to dyskretnie. Ostatnie, czego nam potrzeba, to jakiś dodatkowy amerykański skandal".
Ostatni list od ojca potwierdzał, że przewidywania wuja Franza się sprawdziły. Plotki cichły, ludzie zapominali o tym, co się wydarzyło. Ale Marcus nigdy nie będzie umiał zapomnieć.
Gdyby w kraju panowały jakieś zawirowania polityczne, jego wuj i ojciec w życiu nie zgodziliby się, aby wyjechał z Europy. Ale niestabilne lata wojny mieli już za sobą, a rok wcześniej przyjęto Kompromis, który zapoczątkował istnienie dualistycznej monarchii z Węgrami i okres pokoju dla cesarstwa. Sprawy państwa wypłynęły na spokojne wody, więc wuj zadecydował o wyjeździe bratanka.
Marcus zerknął na list. A jednak... wuj Franz wciąż najwyraźniej odczuwał potrzebę, by przypominać mu o jego obowiązkach. Jakby w ogóle mógł o nich nie pamiętać. Kochał swój kraj, swoją rodzinę, choć przeżarta była chciwością i ambicją. To nie z powodu braku miłości lub honoru wymigiwał się od korony. On po prostu nie pragnął rządzić tym krajem. Poznał dobrze tę stronę życia. A teraz chciał zobaczyć tę drugą.
Po wyjściu z poczty Marcus nabrał w płuca świeżego powietrza, w którym dało się wyczuć nutkę jesieni. Rozejrzał się po głównej ulicy za karetą... i bratanicą pani Cheatham, przypominając sobie jej afront i zaczęło go to bawić. Być może tracił już swój wpływ na kobiety.
Albo raczej bratanica Adelicii była do niej bardziej podobna, niż mu się na początku wydawało. Uśmiechnął się. Adelicia Cheatham to wyjątkowa kobieta. Widywał ją wcześniej w mieście. Szła z wysoko uniesioną głową, nie rozglądając się ani na prawo, ani na lewo. Była nieczuła na naciski społeczne.
Po swoim spotkaniu Marcus miał jechać do Belmont, aby sprawdzić rośliny w oranżerii. Być może, kiedy tam będzie, nadarzy się okazja, żeby poznać się z jej bratanicą. Oczywiście jedynie na gruncie towarzyskim. Można by rzec, jako nawiązanie relacji międzynarodowych.
Wstąpił jeszcze do swojego pokoju, który wynajmował w pensjonacie, i schował list od wuja w cedrowej skrzyni stojącej u stóp łóżka. Kiedy zamykał wieko, zatrzymał dłonie na misternym ornamencie. Z oczywistych względów nie przywiózł z Austrii wielu elementów wyposażenia, ale nie wyobrażał sobie, że miałby zostawić tę skrzynię.
Jego dziadek ze strony matki - skromny, spokojny człowiek - miał niesamowity talent do rzeźbienia. To coś, czego Marcus niestety nie odziedziczył. Przesunął dłonią wzdłuż krawędzi skrzyni, z łatwością odróżniając mistrzowską pracę od mniej udanych prób dziewięcioletniego chłopca. Pieczołowicie przechowywał pamięć o tym człowieku, który bardziej cenił sobie czas spędzony z wnukiem niż perfekcjonizm.
Wstał, ciesząc się, że przywiózł ze sobą tę pamiątkę. Bardzo tu pasowała. Przyzwyczaił się, a nawet zaczął sobie chwalić skromne wyposażenie swojego obecnego mieszkania, któremu daleko było do pałacu i prywatnych rezydencji jego rodziny. Po przyjeździe do Nashville mógł wynająć albo nawet kupić cały dom. Ale wtedy sprzeciwiłby się własnej decyzji, którą podjął, zanim tu przyjechał... Chciał doświadczyć tego, jak żyją normalni ludzie, i w trakcie tego eksperymentu wiele się o sobie dowiadywał. I nie wszystko wprawiało go w zadowolenie.
Wuj przestrzegał go, by nie wywoływał skandalu w tym kraju, ale to była ostatnia rzecz, o jaką mógłby się martwić. Marcus skończył z tym etapem swojego życia. Koniec zdobywania kobiet i koniec z trunkami... przynajmniej z ich nadmiarem. Koniec z marnowaniem życia, bo wreszcie do niego dotarło, co naprawdę robił.
Zamknął ten temat rozważań i ruszył w stronę budynku administracji miasta. Czuł z tyłu głowy nadchodzące bolesne pulsowanie. Może to przeciążenie pracą. Miał nadzieję, że jego ekipa, która zajmowała się renowacją składu bławatnego po drugiej stronie miasta, utrzyma tempo prac. Mieli już tygodniowe wyprzedzenie w stosunku do planu i chciał, by to się nie zmniejszyło.
Szedł spacerowym krokiem, zapatrzony w niekończący się błękit bezchmurnego nieba. Następnie jego wzrok spoczął na bujnie porośniętych wzgórzach otaczających miasto, ale oczami wyobraźni zobaczył pokryte śniegiem szczyty ojczystych Alp.
Gdy patrzył wstecz na swoje życie, uświadamiał sobie, jak wiele czasu zmarnował i jak długo żył pod dyktando innych. Dorastał wśród przywilejów, to prawda, i miał wiele możliwości nauki i kształcenia. Ale miał też obowiązki. Zawsze te obowiązki!
Nawet sobie nie wyobrażał, że południe Ameryki będzie aż tak zniszczone przez wojnę oraz okres powojenny. Ale mógł wykorzystać tu swoje talenty. To było tak odmienne i wyzwalające doświadczenie, że chwilami zapominał prawie o tym życiu, jakie za sobą zostawił. Kiedy był jeszcze małym chłopcem, chciał już wtedy przyjechać do Ameryki. Zapragnął tego od chwili, gdy z ust swojego nauczyciela po raz pierwszy usłyszał o "trzynastu dzielnych, małych koloniach". Ale dopiero kiedy jego najlepszy nauczyciel zaznajomił go z publikacjami Luthera Burbanka, a potem Marcus mógł poznać botanika osobiście i jeszcze później sam odwiedził szkółkę gromadzącą tysiące roślin - jego marzenie zaczęło się realizować. Jakkolwiek krótkoterminowe by ono nie było.
2
Wiesz, Eleonoro...
Kobieta obserwowała ojca siedzącego naprzeciw w karecie. Pochylił się bliżej niej. Już nie złościła się na niego, ale z powodu umowy. Miała nadzieję, że brak tego ostatniego kroku ze strony właściciela budynku nie zwiastował niczego złego dla ich porozumienia.
- Myślę, że to właściwa decyzja - kontynuował ojciec. - Tak jak mówiłaś, będę miał okazję wypocząć, a ty... - Dostrzegła wątły uśmiech znad jego białosiwej brody, którą przystrzygła dziś rano. - Będziesz mogła korzystać z możliwości, których potrzebuje taka młoda kobieta jak ty.
Eleonora miała ochotę się roześmiać. "Taka młoda kobieta jak ty". Miała dwadzieścia dziewięć lat i na palcach jednej ręki mogła policzyć miesiące, jakie jej zostały do trzydziestych urodzin. Mało kto mógłby już ją określić jako młodą. Ani też tak się nie czuła.
Uwaga ojca przypomniała jej o tym, co pani Hodges, krawcowa, miała odwagę powiedzieć na głos kilka dni wcześniej. Eleonora musnęła rękaw nowego żakietu, a potem przesunęła dłonią po spódnicy. Wciąż trochę się tego wstydziła i czuła się bardzo rozdrażniona sytuacją, jaka wyniknęła z ich wymiany zdań... oraz z tego wtrącania się pani Hodges.
- Ta kolacja, którą nam przygotowałaś na początku tego tygodnia, była naprawdę pyszna - podjął ojciec. - Jednak nadal nie podoba mi się to, że musisz gotować. - Skrzywił się. - Bernice nie powinna była nas zostawić dla innej rodziny. Jestem mocno rozczarowany jej postępowaniem. Mogła przynajmniej dać nam wcześniej znać.
Eleonorze przykro było słyszeć, że ojciec odczuwa niechęć wobec ich byłej gospodyni i kucharki. Szczególnie z tego względu, że to ona sama była odpowiedzialna za odejście Bernice. Ale wyjaśnianie mu prawdziwego powodu, dla którego tak się stało, jeszcze bardziej by go przygnębiło.
Starając się więc wykrzesać z siebie pogodny ton, na który wcale nie miała ochoty, skierowała rozmowę na inne tory. W ostatnich miesiącach musiała dobrze opanować tę umiejętność.
- Nie miej wyrzutów sumienia, że gotuję, ojcze. Tak jak ci już mówiłam... lubię to. A poza tym lepiej jadasz ostatnio. Dopisuje ci apetyt.
Uniósł brwi w odpowiedzi.
- A jakżeby miało być inaczej z tym... jak ty to nazywasz? Tym wymyślnym daniem z jajka, które przygotowujesz?
- Omlet. Myślę, że w końcu udało mi się dobrać odpowiednią proporcję składników.
- Z całego serca się zgadzam. Mam nadzieję, że zanotowałaś dokładnie, co tam dodałaś. Chętnie zjadłbym to jeszcze kiedyś.
- Tak. - Zapisywała skrupulatnie wszystkie swoje przepisy, zarówno te, które przekazała jej ukochana matka, jak i te, które sama wymyśliła... i to nie bez powodu, jeśli wziąć pod uwagę obecne okoliczności.
Większość jej przepisów to były potrawy na słono, ale lubiła też słodkości. Kiedy przejeżdżali przez Nashville, zauważyła piekarnię, która pyszniła się afiszem: "Najlepsze pączki w mieście". Nie mogła się już doczekać, by przekonać się o prawdziwości tych słów. A jednocześnie chciała zrobić rozpoznanie w kwestii swojej potencjalnej "konkurencji". Ale ta niewielka piekarnia mogłaby stanowić jej konkurencję tylko wtedy, jeśli udałoby jej się przeforsować własne plany.
Nagle do niej dotarło, że... Jej ojciec mówił bardzo do rzeczy, jakby znów był dawnym sobą. Spojrzała na niego, po raz kolejny zastanawiając się, czy rzeczywiście dobrze robi. A może jednak podejmuje przedwczesne kroki... Zazwyczaj ojciec nie potrafił sobie przypomnieć, co jadł pięć minut wcześniej, nie mówiąc nawet o kilku dniach wstecz. A jednocześnie z zaskakującą szczegółowością potrafił wspominać wydarzenia z dzieciństwa lub początków małżeństwa.
- Żałuję jedynie - rzekł z zamyśleniem na twarzy - że Teddy nie mógł być z nami podczas tej kolacji.
Coś tknęło Eleonorę na wspomnienie imienia jej brata i tę tęsknotę widoczną na obliczu ojca.
- Będzie mu smakować ten omlet, córeczko. Mam nadzieję, że trochę dla niego odłożyłaś. - Unosząc brwi, dodał konspiracyjnym tonem: - I te małe babeczki z dżemem. Zawsze lubił słodycze, sama wiesz.
W tej chwili Eleonora potrafiła jedynie utrzymać z nim kontakt wzrokowy, bo w środku pękało jej serce.
- Tak - wyszeptała. - Wiem.
- Czy mówiłem ci już, co pisał w ostatnim liście? - Ojciec pomacał się po lewej kieszeni na piersi swojego płaszcza, a następnie po prawej. - Świetnie sobie radzi. Zresztą, ja zawsze wiedziałem, że tak będzie.
A zatem otrzymała niezbyt miłe potwierdzenie słuszności swojego wyboru. Patrzyła przez okno, gdy ojciec szukał listu, którego nie miał przy sobie. Choć wciąż dzielił ich jeszcze pewien dystans, z oddali widać było już rozległy, czterokondygnacyjny, ceglany budynek. Stangret zwolnił konie, by wejść w zakręt i długi wąski podjazd. Wstyd przyznać, ale cieszyła się, że nie było widać w okolicy żadnych innych powozów.
Kiedy kilka miesięcy temu wypytywała tu o miejsce, placówka była pełna i zostawało wpisać się na listę rezerwową. Wiedziała więc dobrze, iż fakt, że teraz mieli wolne, był zasługą wpływów jej ciotki albo raczej męża ciotki. Teraz już emerytowany, ale przez wiele lat był dyrektorem tej instytucji.
Zapewniano ją o dyskrecji i była pewna, że sprawowali dobrą opiekę, ale jeśli ktokolwiek dowiedziałby się, że jej ojciec - Garrison Theodore Braddock, niegdyś jeden z najbardziej poważanych prawników w Tennessee, przebywał tutaj, ta marna resztka honoru i szacunku, jaka jeszcze została nazwisku Braddocków, zniknęłaby w mgnieniu oka.
Zgodnie z tym, jak poinstruował ją lekarz, ojciec wiedział tylko, że "udaje się do miłego miejsca, żeby należycie odpocząć". Wskazała więc na przeciwległe okno, nie chcąc, żeby widział znak przy wjeździe.
- Popatrz, tato. Zawsze lubiłeś kardynały.
Wspaniały czerwony ptak z wyraźną czarną łatą wokół dzioba siedział na gałęzi, jakby same niebiosa zsyłały jej taką okazję do oderwania uwagi ojca. Gdyby tylko wierzyła, że to prawda. Ale niebiosa, tak jak i Stwórca, jeszcze nigdy nie wydawały się równie odległe. Ani tak głuche na jej wołania.
Wytwornie wykończona karoca, w której podróżowali, była dużo ładniejsza od jakiejkolwiek, na jaką jej rodzina mogłaby sobie pozwolić, brnęła przez gruntowy podjazd i Eleonora zacisnęła mocniej dłonie na torebce, gdy nerwy kolejny raz zawiązały jej żołądek na supeł.
W ostatnich dniach udało jej się sprzedać ich rodzinny dom. Ten, w którym spędziła całe swoje życie i w którym wychowywał się jej ojciec. Dom wraz z większością mebli. Zachowała jedynie kilka przedmiotów, które miały być dostarczone w ciągu najbliższego tygodnia albo tu, dla jej ojca, albo do jej "nowego domu"... o ile w ogóle mogła go tak nazwać. Nie planowała pozostawać tam długo.
Stan ich domu pogorszył się w ciągu minionych lat i skromne fundusze, jakie uzyskała ze sprzedaży, poszły w większości na spłatę pożyczki, którą wiele lat temu zaciągnął jej ojciec. Reszta została przeznaczona głównie na opłacenie leczenia taty. Placówka wymagała, by pokryć z góry koszt pobytu za sześć miesięcy, uwzględniając częściowy zwrot, jeśli pobyt pacjenta będzie krótszy. Miała nadzieję, że jej ojciec znajdzie się właśnie w tej grupie, ale tak czy siak, zamierzała wykorzystać tę nieznaczną kwotę, jaka jej pozostała, tak owocnie, jak to tylko możliwe.
Bernice, która była ich gospodynią i kucharką przez dwanaście lat, rozumiała, dlaczego została po cichu zwolniona ze służby... Po prostu nie mieli środków, by dłużej jej płacić, gdyż kancelaria prawnicza - firma, którą ojciec założył i której przewodził przez ponad dwadzieścia pięć lat - została po wojnie zmuszona, by zamknąć swoją działalność.
Eleonora nie potrafiła się zebrać, by przyznać się przed ojcem do ich bankructwa. Gdyby tylko wiedział, w jak tragicznej sytuacji byli, z pewnością by go to dobiło.
- Może odpisałabyś Teddy'emu dzisiaj wieczorem, Eleonoro - rzekł ojciec, kiwając głową, jakby to był wyborny pomysł. - Moglibyśmy razem ułożyć odpowiedź po kolacji. Na pewno zastanawia się, dlaczego nie piszemy. Tylko... - Zwrócił się w stronę torby leżącej na siedzeniu obok. - Gdzie jest ten list?! - Coraz zapalczywiej grzebał w środku. - Gdzieś tu musi być.
Czując narastającą frustrację ojca, Eleonora wiedziała, że lepiej się z nim nie kłócić. Minęły już prawie cztery lata od śmierci jej brata na wojnie, ale nadal ból bywał tak potworny, jakby dowiedzieli się o tym dopiero wczoraj. Szczególnie gdy ojciec mówił o nim, jakby nadal żył.
Działo się tak coraz częściej, co poddawało w wątpliwość nadzieję, jaką dawali jej lekarze co do jego powrotu do dawnej kondycji umysłowej. Już jakiś czas temu przestała poprawiać pomyłki ojca. Robił się nerwowy, a nawet wzburzony, gdy to robiła. Czasami zdarzało się, że jego zachowanie graniczyło z agresją, i Eleonora zaczynała się obawiać, iż mógłby jej wyrządzić jakąś krzywdę, nawet nieumyślnie. Mimo że była wysoka i silna - albo raczej "dobrze zbudowana", jak to kiedyś powiedziała jej babcia, poklepując ją po nodze - nie miałaby z nim szans.
Nagle ojciec zamarł. Spojrzał na nią. Zmrużył powieki, jakby czytał jej w myślach, i Eleonora przygotowała się już na to, co zaraz miało nastąpić.
- Theodore - wyszeptał. - Och, mój najdroższy syn... - Jego oczy zrobiły się mokre, a podbródek zaczął się trząść. - Dlaczego, Eleonoro? Dlaczego oni zabili mojego synka? Oni... - Głos mu się łamał. - Nie mieli prawa zabijać mojego jedynego syna!
Eleonora pokiwała powoli głową, a jej oddech przyspieszył.
- Wiem, tato. Wiem... - Z każdą łzą, która niknęła w ojcowskiej brodzie, wyczuwała, że mężczyzna po raz kolejny traci opanowanie... i siebie samego. To dla jego dobra - powtarzała sobie w kółko. I z rekomendacji lekarza. A jednak nie mogła odegnać poczucia winy, które napierało na nią z każdej strony.
Kareta zwolniła. Eleonora sprawdziła zegarek przypięty na szatelence do gorsetu. Pierwsza. Dokładnie tak, jak zapowiedziała się dyrektorowi.
Wyjrzała przez okno i zobaczyła kobietę oraz dwóch mężczyzn schodzących po schodach budynku naprzeciw. Sądząc po ich ubiorze - kobieta miała ciemną suknię i wykrochmalony biały fartuch, a mężczyźni czarne spodnie i białe koszule - domyśliła się, że są pracownikami placówki.
Ojciec również spojrzał przez okno, a potem znów na nią. Powoli na jego twarzy ból zmienił się w lęk.
- Gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce?
Wyciągnęła do niego uspokajająco dłoń, ale w jego spojrzeniu widziała już podejrzliwość.
- Tato, wszystko będzie dobrze. Pamiętasz, co doktor mówił, żeby pojechać w jakieś miejsce, gdzie mógłbyś odpocząć. To jest...
- Nie... - Cofnął się, kręcąc głową. - Nie chcę tu być. Chcę do domu.
- Tato - rzekła cicho, starając się zachować stanowczy, ale łagodny ton. - Posłuchaj mnie.
Wyraz jego twarzy stał się surowy.
- Masz mnie zabrać do domu, Eleonoro!
- Rozmawialiśmy już o tym - mówiła dalej. - I powiedziałeś, że uważasz, iż to dobry...
- Halo! Proszę pana! - zawołał do stangreta, uderzając pięścią w bok karety. - Proszę nas zawieźć do domu. Natychmiast!
Sięgnął do klamki na drzwiach, choć powóz dalej jechał. Jednak Eleonora zdążyła go wyprzedzić i jego dłoń zacisnęła się boleśnie na jej ręce.
- Zabierz... mnie... do... domu! - powiedział przyciszonym głosem, prostując się i spoglądając na nią z góry.
Czuła jego miażdżący uścisk i oczy wypełniły się jej łzami, zarówno z żalu, jak i fizycznego bólu.
Kareta zatrzymała się i podeszło dwóch mężczyzn. Choć nie byli wysocy, wyglądali na silnych, sądząc po budowie ciała. Ich sposób bycia nie miał w sobie nic z miłego powitania. Zaraz dołączył do nich doktor Crawford, dyrektor, z którym rozmawiała kilka tygodni wcześniej, gdy oprowadzano ją po obiekcie... albo przynajmniej po tych częściach, które były dostępne dla członków rodziny.
Spojrzała na nich i pokręciła głową, próbując ich powstrzymać. Ból dłoni stawał się nieznośny. Gdyby tylko dali jej chwilę, żeby mogła sama uspokoić ojca. Nie chciała, by tak zaczął się jego pobyt tutaj.
- Tato... ci ludzie tu chcą ci pomóc. - Starała się wyciągnąć dłoń spod jego ręki, ale nie mogła. - Proszę, puść. Boli mnie!
- Zupełnie o mnie nie dbasz, Eleonoro. - W każdym słowie słychać było ciężar oskarżenia, a jego twarz zrobiła się czerwona z gniewu. - Gdyby było inaczej, nie zrobiłabyś mi tego.
Jeszcze przez chwilę utrzymywał bolesny uścisk i w końcu puścił jej dłoń. Drzwi otworzyły się z hukiem i ojciec wyskoczył z karety.
3
Eleonora nie miała nawet jak interweniować, więc po prostu patrzyła, jak jej ojciec, wyższy o trzydzieści centymetrów od tych dwóch mężczyzn, okazał się bezsilny wobec ich połączonych sił. Gdy widziała, jak wykręcili mu ręce do tyłu, zmuszając tym samym do uległości, i słyszała jego wściekłe krzyki, a potem płacz, jej serce się rozdzierało. Serce i sumienie.
Armstead zsiadł z kozła karety i stał z szeroko otwartymi oczami koło drzwi. Widać było, że nie wie, co ma dalej robić.
Eleonora nadal czuła bolesne pulsowanie dłoni. Wyszła z powozu i w tej samej chwili obok niej zjawił się doktor Crawford.
- Tak mi przykro, panno Braddock. - Lekarz uniósł ostrzegawczo dłoń. - W zaistniałych okolicznościach nie będzie pani mogła towarzyszyć dziś ojcu.
- Ale... - Eleonora zerknęła za niego i dostrzegła, jak tamci mężczyźni prowadzą, a w zasadzie praktycznie ciągną, jej ojca w górę schodów, do imponujących podwójnych drzwi frontowych. Ojciec walczył z każdym krokiem, wołając ją po imieniu. Zmusiła się, by odwrócić wzrok, i powiedziała do lekarza: - Mówił pan, że będę mile widziana w każdym momencie, doktorze Crawford.
- I tak jest - zapewnił ją, rzucając spojrzenie młodej kobiecie, która stała za jego plecami. - Ale pani obecność dzisiaj... - Pokręcił głową. - Mogłaby tylko wzmóc wzburzenie pani ojca. Podamy mu od razu łagodne środki uspokajające i...
- Środki uspokajające?
Pokiwał głową.
- Jest bardzo pobudzony.
- Czy to konieczne? Zwykle uspokaja się po krótkim czasie.
Doktor Crawford obdarzył ją wymownym spojrzeniem i przypomniały jej się szczegóły, które zdradziła mu podczas ostatniej rozmowy. Szybko odwróciła wzrok i zobaczyła, że Armstead odszedł, aby zająć się końmi.
- Czasem potrzeba godziny - dodała ciszej. - Albo i więcej.
- Panno Braddock... - W głosie doktora Crawforda słychać było współczucie. - To szlachetne, co pani robiła... że tak się pani zajmowała ojcem. I wiem - dodał szybko - że są takie chwile, gdy wydaje się całkiem normalny. Ale, jak sama pani powiedziała, te chwile stają się coraz rzadsze. Jak już zauważyłem podczas naszego wstępnego spotkania, musimy koniecznie umieścić pani ojca w starannie kontrolowanym środowisku, tak by zminimalizować konfrontacje i scysje. Wnioskując z tego, co mi pani mówiła i... szczerze powiedziawszy, z tego, co sam właśnie zaobserwowałem, wydaje mi się, że lepiej będzie dla was obojga, jeśli pozwolicie nam działać tak, jak pani zalecałem.
Eleonora przeniosła wzrok z osoby lekarza na imponujące podwójne drzwi frontowe, a potem z powrotem na niego. Wcale nie miała ochoty się zgadzać i naprawdę nie wiedziała, co było najlepszym rozwiązaniem.
- Jeśli mamy pomóc pani ojcu... - mówił dalej. - Jeśli można mu pomóc... - Przerwał i wydawało się, że pauza ta trwa całą wieczność. - To teraz jest ten czas, panno Braddock, zanim utrata pamięci posunie się dalej. I... byłoby najlepiej, jeśli dałaby nam pani kilka dni i dopiero wtedy przyjechała. Poślę słowo, jak tylko pani ojciec będzie gotowy na spotkanie.
Wszystko się w niej buntowało przeciw pomysłowi, by zostawić tu ojca samego i to w takim rozpaczliwym stanie, a tym bardziej na kilka dni. A jednak, jakkolwiek by się nie starała, nie potrafiła wymyślić ani jednego argumentu, aby udowodnić temu lekarzowi, że jego zalecenia są mylne. Jej ojciec obwiniał ją za to, że go tu sprowadziła, i nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie się na nią gniewał.
Kiedy zdarzyło się raz, że ojciec zapalił lampę oliwną, a następnie położył wciąż palącą się zapałkę na gazecie i potem Eleonora skonfiskowała wszystkie zapałki w domu, nie odzywał się do niej przez tydzień. A wtedy chodziło tylko o zapałki.
W końcu skinęła nieznacznie głową.
- Bardzo dobrze - odparł doktor Crawford z nutą ulgi w głosie. - Zapewniam panią, panno Braddock, że to najlepszy wybór.
Eleonora zerknęła znów na budynek. Podczas pierwszej wizyty miała wrażenie, że jest tak dostojny i królewski. Teraz wyglądał raczej na sterylny i odludny, a nawet złowieszczy. Niezupełnie jak miejsce, gdzie się leczy, raczej jak takie... gdzie się więzi.
- Panno Braddock, zanim pani pojedzie... - Lekarz wskazał gestem na stojącą za nim kobietę. - Proszę pozwolić, że przedstawię pielęgniarkę, która będzie opiekować się pani ojcem podczas jego pobytu u nas. - Pielęgniarka podeszła bliżej, a doktor Crawford mówił dalej: - Panna Smith dopiero niedawno przyjechała do naszego pięknego miasta, ale ma znakomite referencje.
Postawa tej młodej kobiety była co najmniej osobliwa. Jednak jej turkusowe oczy zdawały się szczere i życzliwe.
- To dla mnie naprawdę wielki zaszczyt panią poznać, panno Braddock. - Panna Smith dygnęła wytwornie. Jej czysty brytyjski akcent bardzo do niej pasował.
Eleonora uniosła brew miło zaskoczona tak wylewnym powitaniem.
- Miło mi, panno Smith. Ale cała przyjemność po mojej stronie. - Odwzajemniła ukłon. - Proszę pozwolić, że wyciągnę torbę ojca z powozu. Została na siedzeniu...
- Och, nie, proszę pani! - Panna Smith niemalże rzuciła się do drzwi karety. - Z radością panią wyręczę. - Wzięła bagaż i zaraz potem wyszła z powozu, przyglądając się mu trochę zbyt długo pełnym podziwu wzrokiem.
Dopiero wtedy Eleonora zrozumiała... Czyżby ta kobieta myślała, że to do niej należy ta wspaniała karoca? Że była tak bogata, wysoko postawiona i wpływowa? To było śmiechu warte, ale Eleonora się nie śmiała. Wskazała na książkę w bocznej kieszeni torby.
- Zaznaczyłam w każdej z książek mojego ojca te miejsca, w których skończyliśmy lekturę. Czytam mu każdego wieczoru przed pójściem do łóżka. A czasem też po południu. To go uspokaja.
- Zatem ja też będę tak czynić, panno Braddock. - Skłoniwszy się na pożegnanie, panna Smith odwróciła się i zniknęła we wnętrzu budynku.
Eleonora pomyślała o tej jednej książce, której nie włożyła do torby taty. To była jej książka, ale oboje kochali ją i często ją czytali. Niejednokrotnie przepytywała go z treści, licząc, że ten zwyczaj wyostrzy jego pamięć. Nie sądziła, żeby miał tęsknić za tym niewielkim woluminem, ale wiedziała, że jej by bardzo brakowało tej pozycji, gdyby pozostawiła ją ojcu.
Przyjęła pomoc doktora Crawforda i wsiadła do karety, walcząc w duchu z powracającym poczuciem winy.
- Panno Braddock...
Odwróciła się i ku swemu zaskoczeniu dostrzegła, że lekarz się uśmiecha. Nie przypominała sobie, by widziała go takiego wcześniej. Uśmiech odejmował mu lat. Wydawało się, że nie chce puścić jej dłoni.
- Niech pani pozwoli, że jeszcze raz podziękuję za zaufanie. Zapewniam panią, że ja wraz z moimi współpracownikami zrobimy dla pani ojca wszystko, co tylko możliwe. Proszę więc... - Uścisnął jej rękę delikatnie. - By się pani nie martwiła.
Skinąwszy po lekarsku, a nawet, można by rzec, po ojcowsku, puścił jej dłoń.
- Dziękuję panu, doktorze. Choć trudno mi obiecać, że nie będę się martwić o mojego ojca, mogę pana zapewnić, że ufam pańskiej ocenie sytuacji. I postaram się być dobrej myśli co do wyników leczenia.
- Dobrze to pani ujęła, panno Braddock. A także szczerze i bezpośrednio. - Doktor Crawford pokiwał głową i zrobił krok do tyłu. - Ośmielę się rzec, że podobnie jak pani szanowna ciotka.
Eleonora poczuła ukłucie złości po tych ostatnich słowach. Jednak jakiś błysk humoru w jego oczach mówił jej, że to miał być komplement. Udało jej się uśmiechnąć, po czym zajęła miejsce w powozie, a zaraz potem Armstead wspiął się na kozioł i rzucił koniom komendę. Od razu przypomniały jej się lata w Żeńskiej Akademii w Nashville i to, jak męczyły ją podobne porównania czynione przez profesorów. "Pani ciotka również zdobywała najwyższe noty z arytmetyki, panno Braddock. Podobnie jak z francuskiego i niemieckiego, tak jak pani. Jednakże pani talent do recytacji nie może się równać z jej zdolnościami, ale mamy jeszcze czas. Trzeba przyznać, że ona była wyjątkowo uzdolniona".
Armstead zawrócił do wyjazdu i Eleonora, westchnąwszy, zamknęła oczy. Chciała zapomnieć o tym, co się tu stało, i zamiast tego zebrać w sobie rozwagę i przygotować się na kolejne wyzwanie - spotkanie ze swoją szanowną ciotką.
Z Adelicią Acklen - teraz już Cheatham po mężu, gdyż ciotka w zeszłym roku wzięła ponownie ślub - widziała się ostatnio jesienią 1860 roku. Jeszcze przed wojną i tym wszystkim, co ze sobą przyniosła i zabrała. Zanim zmarł Joseph, drugi mąż ciotki Adelicii i najbliższy kuzyn taty.
Eleonora zerknęła w dół, na siebie, licząc, że jej ubiór - najlepszy, choć w najmniej lubianym, różowym kolorze - będzie wystarczający. Od czasu wojny nie kupowała nic poza codziennymi sukniami. Nie miała takiej potrzeby, aż do teraz.
Marszcząc brwi na widok jarmarcznej jaskrawości tkaniny, przypomniała sobie tamtą rozmowę z krawcową:
- Kobieta taka jak pani, panno Braddock, powinna nosić więcej kolorów. To pomaga... - Tu starsza pani machnęła w powietrzu rękami. - ...uwydatnić zalety. A pani, moja droga, jeśli mogę coś rzec... przydałoby się trochę uwydatniania.
Pani Hodges... zawsze szczera do bólu. Ale to przecież nic złego. Eleonora też taka była.
- Może i tak, pani Hodges, ale ja nigdy nie lubiłam różowego. Wolę sjenę [2] albo ciemny brąz. Te kolory są dużo bardziej praktyczne. I odpowiednie, biorąc pod uwagę, jak wielu naszych znajomych i członków rodziny wciąż nosi żałobę.
- Tak, tak... - Pani Hodges westchnęła i zacisnęła usta. - Każdy kogoś stracił na wojnie, moja droga. Często nawet niejedną osobę - powiedziała łagodnie, odwracając wzrok. - Naszyłam się tyle czarnych sukni, że do końca życia mi to wystarczy, panno Braddock. Jednak minęły już trzy lata i powrót do normalności w życiu i w sercu... - Wzięła głęboki wdech. - ...zależy w pewnej mierze od tego, jak będziemy się ubierać. A ja zawsze mówiłam, że im mniej atrakcyjna kobieta, tym więcej koloru powinna...
Eleonora uniosła dłoń.
- Sjenę, proszę, pani Hodges. Albo ciemny brąz.
Pani Hodges, wieloletnia przyjaciółka rodziny, tylko na nią spojrzała, nadal zaciskając wargi. Potem wymamrotała coś szeptem. Eleonora nie zwróciła na to wtedy uwagi, jednak gdy kilka dni później wróciła do zakładu krawieckiego na przymiarkę kostiumu, pożałowała tego.
- Nie miałam wystarczająco tkaniny w kolorze sjeny czy brązu, panno Braddock. Więc policzę pani tylko połowę umówionej kwoty. A teraz, spójrzmy... - powiedziała pani Hodges, gdy Eleonora wyszła zza zasłony przebieralni. - Czyż to nie piękne! I od razu wygląda pani na młodszą o kilka lat, moja droga. Tak jak się spodziewałam! Niechybnie przyciągnie pani jakieś męskie spojrzenia.
Dudnienie powozu przywróciło Eleonorę do rzeczywistości. Jeszcze raz zerknęła na spódnicę i żakiet. Czuła się jak lukier truskawkowy na torcie i wiedziała, że prędzej karoca rozwinie skrzydła i przeleci te dziesięć kilometrów z powrotem do miasta, niż ona przyciągnie jakieś męskie spojrzenia.
Choć nadal była poirytowana na panią Hodges za takie wtrącanie się, musiała przyznać, że obniżona cena znacznie to wynagradzała... szczególnie w jej trudnej sytuacji finansowej.
I co jeszcze bardziej ją niepokoiło, to fakt, że akurat teraz zamartwiała się o coś takiego jak strój. Jakże trywialne wydawały się jej takie niuanse w tych latach po wojnie.
A jednak... Potrzebowała pomocy ciotki, a co za tym idzie, jej aprobaty... którą, o ile nic się nie zmieniło, wcale nie będzie łatwo uzyskać. Dla jej ciotki bardzo się liczyło to, jak ktoś jest ubrany, więc dla niej również. Szczególnie dzisiaj.
Trema ją paraliżowała. Eleonora poprawiła się na siedzeniu, gdy Armstead poderwał konie do szybszego tempa. Wróciła myślami do propozycji biznesowej, jaką przygotowała, by przekonać do siebie ciotkę Adelicię. Ten plan nie miał nic wspólnego z wojną, śmiercią czy umieraniem. Dzięki niemu, kiedy tylko ojciec wydobrzeje, będą się mogli znów sami utrzymywać.
Pomyślała o umowie, którą zawarła z właścicielem budynku. Miała nadzieję, że to silne przekonanie, jakie jej towarzyszyło, nie pchnęło jej w stronę kosztownej omyłki, której by później żałowała.
Eleonora odchyliła głowę na oparcie wyłożonego aksamitem siedzenia. Tak wiele się wydarzyło, odkąd widziała się z ciotką po raz ostatni. Czuła się w środku zupełnie inną osobą. A jednak na zewnątrz... Nadal była raczej taka sama. Pospolita i wysoka. Nie, nawet wyższa.
Spodziewała się, że ciotka Adelicia wciąż jest olśniewająca, niewiarygodnie bogata i niezmiennie łaskawie panująca w Belmont, najbardziej wytwornej rezydencji w całym Tennessee, a może nawet w całej Ameryce, o ile artykuł, który Eleonora ostatnio przeczytała w gazecie, mówił prawdę.
Jednak określenie, którego użył dziennikarz, by opisać jej ciotkę - "amerykańska królowa" - wydawało się przesadzone. Prychnęła drwiąco. Była wdzięczna ciotce za szczodrość, ale żeby od razu królowa? Raczej nie. Ale co, jeśli jej ciotka stała się jak ci rozpuszczeni europejscy książęta i księżne, o których czytała w tygodniku Harper's Weekly? Ci, którzy uważają się za wyżej postawionych i lepszych od reszty... plebsu. Eleonora pokręciła głową. Broń Boże...
Gdy powóz podskakiwał na długiej, wąskiej drodze, Eleonora wpatrywała się w pustą ławkę po przeciwnej stronie. Prawie namacalnie czuła naganę sumienia. Kiedy to po raz ostatni opuściła ojca na jakiś dłuższy czas? Nie mówiąc o tym, w jaki sposób... W głębi serca nadal nie mogła uwierzyć, że to zrobiła.
Mimowolnie wsunęła dłoń do kieszeni spódnicy i wyjęła chusteczkę - tę, którą nosiła przez ostatnie kilka lat. Czuła pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym delikatną, jedwabistą tkaninę. Ten dobrze znany przedmiot oraz związana z nim historia niosły jej niewytłumaczalne pocieszenie.
Przesunęła palcem po haftowanych kwiatach, które z czasem i po wielokrotnych praniach wyblakły. Mimo wszelkich jej starań na samym początku, by usunąć ślady krwi, wciąż widać było cień zabrudzeń.
Próbowała ją znaleźć... ukochaną Mary tego żołnierza. Szukała przez dwa lata po wojnie. Jednak jej wysiłki przypominały raczej próbę przelania oceanu przy użyciu naparstka. Gdziekolwiek by się nie rozglądała, widziała kolejne fale bezkresnego morza wdów i sierot tonących w żalu. Nie rozumiała nawet, dlaczego niegdyś sądziła, iż znajdzie tę kobietę. Wierzyła, bo tak podpowiadała jej nadzieja. Kiedyś wydawało się jej, że to Bóg chce, by ją znalazła, by powiedziała, że jej mąż nie zmarł w samotności i że kochał ją do samego końca. Potem przekazałaby jej, co mówił, a może nawet dowiedziałaby się, co miał na myśli. To wszystko jednak okazało się naiwnymi i romantycznymi mrzonkami.
Mądrość polega na tym, aby rozpoznać moment, w którym należy odpuścić marzenia albo nawet bardziej, by wiedzieć, kiedy one opuszczają człowieka.
To dziwne, a może nawet niewłaściwe - Eleonora sama nie była pewna - ale nadal nosiła w sobie to ziarno miłości, które wyszło z ust żołnierza tuż przed śmiercią. Ono trwało w niej i tętniło życiem. Chwilami słabiej, a chwilami mocniej.
Lecz to nie było pocieszające. Wręcz przeciwnie. Przez tamto wydarzenie cieszyła się, że nigdy nie oddała swego serca żadnemu mężczyźnie. Doszła do wniosku, że miała wiele szczęścia, bo uniknęła żalu utraty miłości. Rozmawiała z wieloma wdowami, słuchała tak podobnych, ściskających serce historii. W przeciwieństwie do tego, co napisał Tennyson w swojej elegii, którą tak lubił cytować jej ojciec, uznała, że w rzeczywistości lepiej było nigdy w ogóle nie kochać.
Gdy kareta dotarła do głównej drogi, Eleonora przechyliła się bliżej okna, by zaczerpnąć świeżego powietrza i zauważyła znak przy wjeździe. "Zakład dla obłąkanych w Tennessee". Wzdrygnęła się. Napis był wyryty okazałymi literami w płycie z wapienia, a skała, na której umieszczono tę płytę, wyglądała tak dumnie. Nie umknęła jej ironia całej tej sytuacji. Tak jak i fakt, że najmądrzejszy, najbardziej dowcipny, życzliwy i praktyczny człowiek, jakiego kiedykolwiek znała, znalazł teraz swoje miejsce pośród ścian zakładu dla obłąkanych.
Poczuła w piersi ucisk, który coraz bardziej narastał. Wyprostowała się na siedzeniu, przypominając sobie, co obiecała doktorowi Crawfordowi, jeśli chodzi o bycie dobrej myśli co do wyników leczenia ojca. Licząc na jakikolwiek znak, wychyliła się przez okno i przyjrzała się drzewom. Łudziła się, że może znów ujrzy kardynała... Ale ogołocone z liści gałęzie były puste.
Marcus napotkał nieśmiały wzrok mężczyzny i spojrzał na niego wyzywająco, bo wyczuwał, że ten coś skrywa. Niewątpliwie z polecenia swojego przełożonego, znamienitego burmistrza Nashville, Augustusa E. Adlera - mężczyzny, od którego niestety Marcus był zależny, a któremu, co gorsza, był podległy.
Pan Barrett, nerwowy, niepozorny zastępca burmistrza, pochylił się w przód, kładąc ciasno splecione dłonie przed sobą, na biurku - podróbce stylu empire i to raczej dosyć kiepskiej.
- Jeśli pan pozwoli, że wyjaśnię, H-Herr [3]... Geoffrey...
Barrett zająknął się, nie wiedząc, jak się ma do niego zwracać. Jego południowy akcent sprawił, że jedno słowo rozciągnęło się na dwie dziwnie połączone sylaby zamiast jednej. Cierpliwość Marcusa, wystawiona już wcześniej na próbę, jeszcze bardziej się skurczyła. Zawsze, gdy ludzie - tacy jak pan Barrett - słyszeli w jego głosie pewną "europejskość", jak to określali, od razu sięgali po ten swój "południowoamerykański niemiecki".
- "Pan Geoffrey" wystarczy, panie Barrett - odparł Marcus, starając się nadać swojej wypowiedzi serdeczny ton. - Proszę mówić dalej.
- Och... dziękuję, panie Geoffrey. To miło z pana strony, sir.
Bolesne pulsowanie w głębi głowy Marcusa jeszcze się nasiliło na widok egzaltowanego uśmiechu urzędnika.
- Proszę pozwolić, panie Geoffrey... - I znów ten uśmiech. - ...iż powiem, że pański angielski jest doskonały. Zastanawiam się, sir, jak pan to robi, że mówi z taką...
- Panie Barrett... - Marcus wychylił się do przodu na krześle i w tej samej chwili usłyszał w głowie echo upomnienia, które często otrzymywał w dzieciństwie: "W wymowie angielskiej nie ma tej gardłowości, co w naszym języku, Ekscelencjo. Pańskie zachowanie może być... opacznie zrozumiane przy takiej ekspresji. A teraz, proszę, jeszcze raz. I tym razem bardziej dystyngowanie". Marcus zrobił głęboki wdech i wydech. - Chciałbym tylko, panie Barrett, żeby powiedział mi pan, czy burmistrz Adler podjął już decyzję w kwestii tego projektu. W zeszłym tygodniu obiecał mi oraz trzem pozostałym oferentom, że do dzisiaj dokona wyboru.
Przez kilka sekund usta Barretta poruszały się, ale urzędnik nie wydał z siebie ani jednego dźwięku.
- Ja... ja wszystko wyjaśnię, sir. - Zrobił się czerwony. - Burmistrz zamierzał właśnie to uczynić i zadecydować, komu przydzieli ten kontrakt. Jednak niestety... - Barrett wziął wdech, jakby rozpaczliwie brakowało mu powietrza. - Burmistrz Adler nadal jeszcze przegląda różne plany, łącznie z... - Skrzywił się. - ...piątą ofertą, którą przedstawiono mu w ostatnim momencie.
- Piątą ofertą?! - Marcus zmarszczył brwi i nawet z odległości metra słyszał, jak Barrett głośno przełyka ślinę. - Kto ją przedstawił?
- Pewna... lokalna firma, sir.
Marcus zmierzył go wzrokiem, a pulsowanie w głowie przeszło w mocne dudnienie. Gdyby ten człowiek wiedział, z kim ma do czynienia!
- A czy ta lokalna firma ma jakąś nazwę, panie Barrett?
- Z pewnością tak. - Urzędnik uniknął spojrzenia na swego rozmówcę. - Ale nie posiadam takich informacji, panie Geoffrey. Daję panu słowo, sir.
Cisza przedłużała się i Marcus celowo się nie odzywał. Nie ufał burmistrzowi Adlerowi już od chwili, gdy przyłapał go na bezczelnym kłamstwie podczas ich pierwszego spotkania. Zwrócił mu na to uwagę i od tamtego czasu słono za to płacił. Adler dał mu wyraźnie do zrozumienia, że "nie przepada za Europejczykami", co uwzględniając pochodzenie większości Amerykanów, w zasadzie rozbawiło Marcusa.
Architekt rzucił okiem na boczne drzwi prowadzące do gabinetu burmistrza. Zastanawiał się, czy Adler rzeczywiście był obecnie poza miastem. Kusiło go, żeby wtargnąć do środka i udowodnić kłamstwo... lub prawdziwość tego stwierdzenia. Jednak podjęcie takiego kroku wcale nie przybliżyłoby go do wybudowania najwspanialszej w Nashville, a może i nawet w całej Ameryce, opery. Nie przysporzyłoby też sławy jego nazwisku - nazwisku, które nie byłoby znane ze względu na dynastię czy też osiągnięcia jego ojca lub wuja, ale z powodu jego własnej ciężkiej pracy i pomysłowości. W Europie nigdy nie mógłby osiągnąć czegoś takiego. Jednak czas i okoliczności mu nie sprzyjały i najwyraźniej ta możliwość w Nashville też się coraz bardziej od niego oddalała.
Ich uwagę zwróciło pukanie do drzwi. Do pomieszczenia weszła kobieta.
- Panie Barrett, przyniosłam panu herbatę - rzekła z fałszywą skromnością w głosie. Drobna brunetka posłała Marcusowi przeciągłe spojrzenie. Następnie zerknęła na Barretta i dodała szybko: - Dla obu panów.
- Dziękuję, pani Thornton. - Barrett skinął dłonią.
Widać było, że ulżyło mu, iż ktoś im przerwał.
Młoda kobieta postawiła serwis herbaciany na brzegu biurka obok Marcusa i powoli nalewała napar. Trochę zbyt powoli w ocenie Marcusa. Ale nieprzerwana uwaga, jaką go darzyła, mówiła mu, że wcale nie zamierzała robić tego szybko. Była filigranowa i śliczna. I co ważniejsze, wiedziała o tym. Sam obdarzony wysokim wzrostem po rodzicach, podejrzewał, że nie sięgałaby mu do połowy piersi, nawet gdyby stanęła na palcach. Była krucha i wyglądała na delikatną, trochę jak misterna porcelanowa filiżanka, którą mu właśnie podawała. I zbyt mocno przypominała baronessę Marię Elsebeth Albertine von Haas.
Na samo wspomnienie baronessy i ich... związku, jak mógłby to ktoś określić, oraz na ten los, jaki czekał go po powrocie do Austrii, od razu popsuł mu się humor. Poszerzanie cesarstwa przez małżeństwo było dawną tradycją rodzinną Habsburgów i w głowie słyszał niemalże, jak jego wuj wytycza już na nowo granice.
Marcus uniósł filiżankę i upił łyk, żałując, że to nie jest nic mocniejszego niż herbata... nawet porządna kawa byłaby lepsza.
Już od młodości przyzwyczaił się do tego, że kobiety się nim interesują. Na początku fascynowało go to, jak kłębią się wokół niego. I to bez jakichś szczególnych wysiłków z jego strony. Z czasem ta fascynacja zmieniła się w rozrywkę, a nawet sport. "Sygnał do polowania", jak to kiedyś określił jeden z jego znajomych. Ale po tym, co się stało z Rutgerem...
Marcus tak wyraźnie widział w pamięci twarz brata. Przełknął ciężko, poskramiając emocje. To życie, jakie wiódł przed "wypadkiem", wydawało mu się teraz zupełnie obce. A jednak nie potrafił zapomnieć. I oby Bóg miał go w opiece... o ile Bóg nadal go słuchał, o ile Bóg dawał ludziom takim jak on drugą szansę...
Spuścił wzrok, starając się nie robić nic, co mogłoby dodatkowo wzbudzić zainteresowanie stojącej obok kobiety.
W końcu przeszła w stronę drzwi i zamknęła je cicho za sobą.
- Jestem pewien - podjął Barrett - że burmistrz ogłosi decyzję najpóźniej za tydzień.
- Chciałbym podzielać pańską pewność, panie Barrett.
Marcus odłożył pustą filiżankę na tacę i wstał. Był poirytowany opóźnieniem burmistrza i miał już ochotę znaleźć się daleko stąd.
- Kiedy burmistrz Adler ma wrócić do miasta?
- Najpóźniej w poniedziałek, sir. - Na twarzy Barretta błysnął wyraz poczucia ulgi i urzędnik również się podniósł. - Gdy tylko burmistrz wysiądzie z pociągu, od razu poinformuję go, że był pan tutaj. I przekażę mu również, że pytał pan o ofertę swojej firmy.
Marcus przeszedł do drzwi.
- Gdyby mógł pan także powiedzieć burmistrzowi, że ja oraz pozostałe trzy firmy, które złożyły stosowną ofertę w stosownym czasie, będziemy oczekiwać na potwierdzenie, że ten... anonimowy piąty oferent również spełnił te warunki.
Barrett zamrugał szybko.
- Tak jest, proszę pana, oczywiście. Przekażę to burmistrzowi Adlerowi. I chciałbym również szczerze zapewnić, panie Geoffrey, że burmistrz Adler na pewno pragnąłby, żebym powtórzył, iż jego urząd chętnie służy panu pomocą, jeśli...
- Miłego dnia życzę, panie Barrett.
Marcus zamknął za sobą drzwi gabinetu, nawet nie słuchając już tych nieszczerości rzucanych mu na pożegnanie przez urzędnika.
Niedługo potem, gdy przechodził koło urzędu pocztowego, kierując się do Belmont, znowu z żalem pomyślał o tym, że jego znajomy z Bostonu, Luther Burbank, nie dopełnił obietnicy i nie przesłał mu paczki. Nie przypuszczał, by Burbank próbował go wykluczyć ze współpracy. Jednak biorąc pod uwagę to, nad czym pracowali, zawsze istniała taka możliwość.
- Jest panienka pewna, żebym tu panienkę wysadził, panno Braddock? To daleko do głównej rezydencji. I w większości pod górkę.
- Tak, jestem pewna, Armsteadzie. Dziękuję.
Eleonora przyjęła pomoc stangreta przy wysiadaniu. Sprawdziła już godzinę i wiedziała, że pomimo wycieczki przez miasto i okolice przybyła na miejsce wcześniej, niż powinna. Zamierzała zostać w zakładzie dla obłąkanych, aby pomóc ojcu się zadomowić, ale ponieważ nie doszło do tego...
- Pani Cheatham jeszcze przez jakiś czas się mnie nie spodziewa. A po tej długiej jeździe chętnie się przejdę.
Nie zamierzała tak wcześnie stawiać się na spotkanie z ciotką, szczególnie na to pierwsze po tylu latach. Nawet jeśli Armstead nie był świadomy, ona dobrze wiedziała, jak ważna dla Adelicii Acklen Cheatham była punktualność. Chociaż, widząc wnikliwe spojrzenie Armsteada, domyślała się, że on może to świetnie rozumieć.
- Spacer dobry dla zdrowia - odparł i słychać było w jego głosie, że się uśmiecha.
Nagle tak ją naszło, żartobliwie rozejrzała się na boki, jakby bała się, że ktoś usłyszy, i dodała:
- Choć nie było mnie tu od lat, to jeszcze pamiętam, jak bardzo dla mojej ciotki liczy się punktualność. Nie chciałabym zjawić się w Belmont ani godzinę wcześniej, ani minutę później.
- Tak, proszę panienki. - Jego twarz rozciągnęła się w znaczącym uśmiechu. - Lady lubi, coby wszysko było jak w zegarku. To jasne jak słońce. Ma swój plan i lepij, cobyśmy się go trzymali.
Eleonora się uśmiechnęła, czując nieoczekiwaną więź z tym człowiekiem. Szczególnie po tym, czego świadkiem stał się wcześniej.
- Pozwiedzam chwilę oranżerię, a potem pójdę do rezydencji.
- Dobrze, proszę panienki.
- I, Armsteadzie...
Stangret odwrócił się.
- Dziękuję za zrozumienie, jakie Armstead wykazał wobec tego, co stało się z moim ojcem. I za... dyskrecję.
Skinął głową, nie spiesząc się z odpowiedzią.
- Każdy ma swoją drogę w życiu, proszę panienki. I nie wszystkie są zawsze piękne.
- Nie, nie są...
Uchylił kapelusz na pożegnanie, ale jeszcze się wstrzymał.
- A może poczekam, aż dotrze panienka do domu, i dopiero wtedy wniosę bagaż. Coby wszysko wyglądało właściwie.
- Byłabym bardzo wdzięczna, Armsteadzie. - Uśmiechnęła się.
Gdy kareta ruszyła, Eleonora objęła wzrokiem rozległe tereny wokół rezydencji, by na końcu skupić spojrzenie na stojącym na szczycie wzgórza domu. Ogromna willa skąpana była w ciepłym świetle popołudniowego słońca, które sprawiało, że z daleka wydawała się mieć rumiany odcień różu. Ciotka słusznie nadała temu miejscu nazwę Belmont, Belle Monte po francusku. "Piękna góra"...
Eleonora przesunęła wzrok w dół wzgórza i przyglądała się bujnym ogrodom francuskim rozciągającym się z przodu rezydencji. Miały kształt trzech okręgów - największy z nich usytuowany był najbliżej domu, a jego mniejsze repliki rozmieszczone były kolejno coraz niżej na zboczu. Marmurowe rzeźby umiejscowiono w nierównomiernych odstępach - czasem obok żeliwnych altan, czasem oddzielnie. Stały jak niemi wartownicy pilnujący swoich włości. Liczne klomby wypełnione kwiatami tworzyły paletę niknących już letnich szkarłatów, szafranów, fioletów i różu. Tutaj róż prezentował się dużo lepiej niż na niej.
Popatrzyła na rzędy krzewów, wyglądając jednej szczególnej rośliny, tej, którą mieli w swoim rodzinnym ogrodzie. Ale nigdzie jej nie widziała. Jej kwiaty, tak pospolite z wyglądu, nie były zapewne wystarczająco eleganckie jak na Belmont, jednak Eleonora bardzo lubiła ich zapach...
Trochę dalej, na zachód od rezydencji, rozciągały się puste tereny. Eleonora mogłaby przysiąc, że wiele lat temu stał tam jakiś inny budynek, chyba galeria sztuki, o ile dobrze pamiętała. Ale z jakiegoś powodu zniknęła stamtąd. Po wschodniej stronie wzniesiono nowy budynek. Ceglany, o długości dwukrotnie większej niż jego szerokość i równie wspaniały jak reszta Belmont.
Majątek był jeszcze bardziej okazały, niż Eleonora pamiętała. Czując się malutka i zupełnie nie na miejscu, westchnęła i odwróciła się, by spojrzeć za siebie.
Przeszklona oranżeria zwieńczona kopułą, mieszcząca należącą do ciotki Adelicii wielokrotnie nagradzaną kolekcję kwiatów, drzew, krzewów i ziół, była chyba dwa razy większa od rodzinnego domu Eleonory, który właśnie sprzedali. Nie wspominając nawet o różnorodności roślin i ich wartości.
Ruszyła ścieżką prowadzącą do głównego wejścia oranżerii. Zanim jednak przekroczyła próg, przystanęła i spojrzała na pobliską wieżę ciśnień. Ceglany budynek, mierzący jak na jej oko dobrze ponad trzydzieści metrów, sięgał do samego błękitu nieba. Przesunęła wzrok ku szczytowi, gdzie obracał się wiatrak.
Pomimo całego piękna Belmont miała nadzieję, że pozostanie tu krótko.
Pomyślała o swojej propozycji, jaką zamierzała złożyć ciotce, a której akceptacja będzie dla niej i jej ojca oznaczała zyskanie sposobu na życie, skromne, ale samodzielne. Jednak ta myśl zasiała w niej niepokój, który podcinał skrzydła jej pewności siebie. To niecodzienne uczucie, bowiem zwykle niełatwo ją było speszyć.
Ale jeśli chodziło o Adelicię Acklen Cheatham albo Belmont, nie było tu nic ze zwyczajności. Kiedy Eleonora odwiedzała dawniej ciotkę, nigdy nie czuła się jak u siebie. Ale w wypadku tego majątku to chyba nic dziwnego. To miejsce było jak ze snu... przynajmniej w porównaniu do tego świata, w którym sama żyła.
Otworzyła drzwi oranżerii i powitał ją powiew ciepłego powietrza. To zrozumiałe, biorąc pod uwagę szklany dach i pełne wrześniowe słońce. Niemal w tym samym momencie otoczył ją zapach róż i Eleonora - zaskoczona tym, co dostrzegła - puściła drzwi, które zamknęły się z lekkim, głuchym stuknięciem.
Róże! Donice za donicami pełne róż. Stoły za stołami i rzędy za rzędami. Niektóre z nich były całkiem wysokie, tak iż zasłaniały jej widok kolejnego przejścia. A kwiaty miały wszystkie odcienie, jakie można było sobie wyobrazić - od głębokich pąsowych po śnieżnobiałe, od złotożółtych po bladoróżowe. Niektóre odmiany, niższe i krzewiaste, rosły stłoczone jak zaprzyjaźnieni sąsiedzi przy płocie. Inne zaś wydawały się wznosić głowy z dumą, jakby uważały się za królewski szczep.
Tę część oranżerii wypełniały setki, a może tysiące kwiatów. Niewątpliwie ta kolekcja mogła konkurować z ogrodem rajskim.
A mimo to... chociaż Eleonora kochała przyrodę i lubiła spędzać czas na łonie natury, a nawet pomagała niegdyś ojcu zajmować się warzywnikiem, nigdy jakoś szczególnie nie ceniła kwiatów. Z pewnością były piękne, ale jednocześnie błahe i ekstrawaganckie. Jaki był z nich pożytek, poza tym, że wyglądały pięknie? Nabrała w płuca powietrza przesyconego wonią kwiatów. Musiała jednak przyznać, że zapach był co najmniej uroczy.
Dotarła do końca pierwszej alejki, a potem zakręciła, by wejść w kolejną, kiedy usłyszała jakieś głosy i znieruchomiała. Przechyliła głowę na bok, żeby lepiej się wsłuchać, ale... nic. Była pewna, że coś słyszała, więc cofnęła się o krok i zerknęła w głąb przejścia, którym tu przyszła. Ale i tym razem... nie było nikogo.
Obejrzała szybko pozostałe zbiory róż, ostatecznie omijając dwa najdalsze rzędy. Następnie ruszyła przez otwarte przejście do innej części szklarni. Mieściły się tu rośliny tropikalne, jednak jej uwagę natychmiast przykuło niewielkie skupisko roślin oddzielonych na stoliku w kącie. To były najbrzydsze rośliny, jakie kiedykolwiek widziała.
Jeśli dobrze zgadywała, należały do rodziny kaktusów. Niezgrabnie podłużne i walcowate, bez żadnego kwiatu. Zobaczyła karteczkę przyczepioną z boku stolika i pochyliła się nad nią. Selenicereus grandiflorus. Jej ograniczona wiedza z łaciny, połączona z właściwie brakiem praktyki w posługiwaniu się tym językiem od czasu ukończenia szkoły, umożliwiła jej wymowę tych słów, ale na tym się skończyło. Nie miała pojęcia, co to znaczy ani jaka jest popularna nazwa tej rośliny.
Za to pamiętała profesora od łaciny, i to całkiem dobrze. Doktor Carlton Adessa. Och, jakże dziewczęta w szkole go uwielbiały. Za plecami nazywały go "doktor Adonis", na pamiątkę boga piękna z mitologii greckiej. Nadal wydawało jej się, że to niesprawiedliwe, że mężczyzna mógł być taki... piękny. Ciemnooki i o smagłej cerze. Miał w sobie taką pewność siebie, która nieustannie mu towarzyszyła. Wszystko w tym mężczyźnie było pociągające. Przynajmniej z pozoru.
Z przejmującą bólem wyrazistością potrafiła sobie przypomnieć ten dzień, gdy doktor Adessa mijał ją w korytarzu. Właśnie wróciła z przechadzki, a był wietrzny dzień, więc przystanęła przy lustrze, by poprawić włosy. Podszedł do niej z uśmiechem i zaczęła się już nerwowo zastanawiać, czy będzie pamiętał jej imię, skoro otrzymała najwyższą notę na ostatnim egzaminie. Układając z przejęciem niesforne kosmyki włosów, uśmiechnęła się, a on, przechodząc obok niej, powiedział:
- I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu, panno Braddock. Proszę się pospieszyć, lekcja zaraz się zaczyna.
Eleonora zaśmiała się ponuro na to wspomnienie. Pamiętała dokładnie, jak w jej oczach nagle zbladła jego atrakcyjność. I to, jak tamto wydarzenie wpłynęło na jej obraz samej siebie.
Gdy dorastała, często określano ją mocną, dobrze zbudowaną, a raz nawet przystojną. Ale nikt nigdy nie nazwał jej ładną. Jeśli patrzeć osobno na każdą cechę, jej wygląd nie był zupełnie bez wartości. Miała oczy o dużo ciemniejszym odcieniu brązu niż inni. Jej jasne włosy były długie, choć cienkie, więc splatała je nisko na karku w kok. Najlepszy miała chyba nos - mówiono jej, że podobny do tego Wenus z Milo.
Oczywiście była też prawie tak wysoka jak rzeźba Wenus, co delikatnie mówiąc, skutecznie przyćmiewało wszelkie pozostałe atuty.
Westchnęła. Nie miała odwagi, by wtedy się odciąć doktorowi Adessie. Jako młoda kobieta zbyt mocno chciała się podobać innym i zdobyć ich akceptację. Ale gdzieś na przestrzeni lat i to się zmieniło. Może dlatego, że w końcu się nauczyła, iż nie da się zyskać aprobaty każdego człowieka, szczególnie jeśli wymagania tego świata były tak różne od jej własnych.
Zwróciła znów uwagę na kaktusy i zaczęła się zastanawiać, dlaczego ciotka chciała mieć takie okazy w swojej kolekcji. Choć wiedziała, że nie powinna, nie mogła się powstrzymać i delikatnie dotknęła jednego z kolców, a potem krzywiąc się, cofnęła szybko dłoń. Był ostrzejszy, niż sobie wyobrażała. Włożyła opuszek palca do ust, by złagodzić ukłucie. Jej szacunek wobec dziwnej rośliny wzrósł nieco. Choć nie była piękna, nadrabiała to siłą i tym, że potrafiła się bronić.
Eleonora ponownie sprawdziła godzinę. Wciąż miała mnóstwo czasu do umówionego spotkania w domu, więc zwróciła się ku roślinom tropikalnym. Na środku, pod kopułą, stały drzewa tak olbrzymie, iż potrzeba byłoby wielu mężczyzn, by je ruszyć, jeśli w ogóle to możliwe. Idąc dalej, minęła żeliwną fontannę zwieńczoną także żeliwną zwiniętą kobrą, gotową do skoku.
Zaintrygowało ją przejście po lewej stronie, za którym widziała prowadzące w dół schody. Jednak było zbyt ciemno, więc je minęła. Może i perspektywa zwiedzania podziemi wydawała jej się interesująca, jednak możliwość pojawienia się przed ciotką Adelicią po kostki w błocie nie była już tak atrakcyjna.
Wpatrując się przed siebie, zauważyła kolejne pomieszczenie. Westchnęła i pokręciła głową. Ta oranżeria ciągnęła się w nieskończoność, podobnie jak sama rezydencja, z tego, co Eleonora pamiętała. Cóż za przepych...
Niczym kontrast od razu zobaczyła w pamięci dawny warzywnik ojca. Doglądanie tego niewielkiego kawałka ziemi dawało mu tyle radości i wytchnienia. Z zadumą musnęła woskowaty liść jakiegoś krzewu. Może w tym zakładzie pozwolą mu uprawiać sobie jakieś pomidory albo kabaczki. A może też zieloną fasolkę. Uwielbiał je.
Znowu spojrzała na zegarek przypięty do gorsetu. Jeszcze parę minut i będzie musiała zacząć wspinaczkę w stronę rezydencji.
Nagle poczuła znany zapach i przystanęła. Przymknęła oczy i wzięła głębszy wdech. W myślach przeniosła się do tych ciepłych, letnich nocy, gdy jako mała dziewczynka sypiała przy otwartym oknie, a uderzająca do głowy, ciężka woń lilii napełniała jej pokój... i marzenia. Czas wielkiej prostoty. Bardzo jej tego brakowało.
Gdy otworzyła oczy, wspomnienie uleciało. Pozostała jedynie samotność - głęboka, ostra i wcale nie taka mało znana. Kiedy tylko myślała o ojcu, o tym, co kryła dla niego - dla nich - przyszłość, zaczynała się zastanawiać, czy to poczucie zagubienia, a nawet osierocenia, kiedykolwiek ją opuści. Wiedziała, co powiedziałby jej ojciec, gdyby tu był, więc instynktownie się wyprostowała.
- Myśl praktycznie - wyszeptała. - Zachowaj rozsądek. Skup się na tym, co widzisz, Eleonoro, a nie na tym, co podsuwa ci wyobraźnia.
To działało automatycznie. Wymówienie tego na głos pomogło jej odsunąć od siebie pustkę. Była świadoma, że nie likwidowało jej na zawsze, ale odcinało od niej... przynajmniej na razie.
Odwróciła się, by już wracać, ale jej uwagę zwróciły drzwi tuż obok... albo raczej to, co było za nimi. Podeszła bliżej, nasłuchując jakiegoś ruchu po drugiej stronie. Potem zapukała. Zawiasy zaskrzypiały, gdy uchyliła przeszklone skrzydło o kilka centymetrów.
- Halo? - Pytanie brzmiało nazbyt głośno w tej ciszy.
Jej wzrok spoczął na skraju stolika, na czymś, co wyglądało jak skalpel chirurgiczny.
Czekała... Nikt nie odpowiadał.
Zaniepokojona, ale jeszcze bardziej zaintrygowana, pchnęła mocniej drzwi i weszła do środka. Od razu zaczęła się zastanawiać, czy ogrodnicy ciotki Adelicii zajmowali się uprawą roślin... czy medycyną.
Rośliny wyglądały jakby je... pobandażowano. Ich korzenie owinięte były wstęgami gazy. Stały poustawiane całymi seriami na stołach wzdłuż przeciwległej ściany. Za nimi dostrzegła doniczki z ziemią, jakby ktoś dopiero co je zostawił i miał wkrótce wrócić. Podobne wrażenie sprawiały rzędy zakorkowanych szklanych butelek poustawianych obok siebie na półkach. Każda wypełniona płynem i podpisana po łacinie. Na czystej tkaninie leżały równo poukładane błyszczące skalpele, a nawet strzykawki.
Zmarszczyła brwi. Cóż za ogrodnik potrzebowałby tego...
- Prosiłem o zwilżenie u podstaw korzeni, jeśli zachodziłaby taka konieczność, a nie o zalanie ich!
Eleonora poczuła, jakby jej serce wyskoczyło z piersi na niespodziewany dźwięk głosu. Obróciła się i dostrzegła dwóch mężczyzn idących powoli przejściem w jej stronę. W pierwszym odruchu chciała się schować. Ale nie miała gdzie. Nie zamierzała ukrywać się w tej... infirmerii [4]. A gdyby przeszła tuż przed nimi, na pewno by ją zauważyli.
- Jestem przekonany, że nic im nie będzie, panie Geoffrey. Zrobiłem to, co uważałem za najlepsze. Zresztą, to ja jestem nad...
Wyższy z mężczyzn, choć nadal był oddalony o kilka metrów, zatrzymał się gwałtownie i odwrócił, stając plecami do niej.
- Wiem, kim pan jest, panie Gray. I jestem świadom, jakie stanowisko pan tu piastuje. - Wypuścił powietrze z płuc.
Czując się jak dziecko, które nabroiło i zaraz zostanie przyłapane, Eleonora starała się najlepiej, jak umiała, wtopić w zieleń. Gdyby tylko miała na sobie cokolwiek innego niż ten róż. Nie śmiała się nawet poruszyć, by nie zdradził jej szmer sukni.
- Następnym razem... - mówił dalej wyższy mężczyzna. Jakiś obcy akcent nadawał jego słowom pewnej ostrości. - Proszę zrobić tak, jak zalecę, a nie tak, jak się panu wydaje najlepiej. I proszę zrezygnować z butelki. To będzie lepsze. - Potem powiedział coś niezrozumiałego. - Zresztą, nieważne. Nie będzie następnego razu. Nie chciałbym, żeby dotykał pan jakichkolwiek roślin w...
Mężczyzna stojący na wprost niej nagle podniósł dłoń i Eleonorę przeszył dreszcz, gdy uświadomiła sobie, że patrzył prosto na nią.
4
Wyższy mężczyzna odwrócił się przodem do niej. Przechylił głowę, jak gdyby próbował sobie przypomnieć, czy już się wcześniej spotkali, choć oczywiście wcale do tego nie doszło. Nagle, jakby czas zawrócił, i to w okrutny sposób, Eleonora poczuła, że znów stoi w tamtym korytarzu Żeńskiej Akademii w Nashville pod okiem doktora Adonisa. Tylko że przy tym mężczyźnie jej dawny profesor wyglądał jak jego pulchny daleki kuzyn i to nierealny. Stwierdzenie, że ów człowiek był przystojny, było jak...
Zamrugała, nie chcąc, by wyglądało na to, że się gapi, choć to robiła. Mimo że bardzo się starała, nie potrafiła wymyślić odpowiedniego porównania. Ale jedno szybko pojęła... nie tylko ze sposobu, w jaki zwracał się do pana Graya, ale sądząc po tym, jak na nią spojrzał. On i doktor Adessa byli utkani z tej samej aroganckiej materii.
Przesunął wzrokiem przez nią na otwarte drzwi, a następnie z powrotem na jej osobę. W jego oczach można było dostrzec władczość.
- Czy mogę jakoś pani pomóc?
Jego ton tak formalny, tak wyważony, był już odpowiedzią na to, do kogo należy ta pracownia, w której się znajdują. Potwierdzał także jej pierwsze wrażenie na jego temat. Ten akcent, z jakim mówił - wydawało jej się, że niemiecki - mógł również przyczynić się częściowo do tego wrażenia. To nie byli ludzie znani z serdeczności i żywiołowości.
- Tak... - Eleonora kiwnęła głową, mając nadzieję, że wyraz jej twarzy nie zdradza tego, co myśli. - Byłoby mi bardzo miło, sir. Dziękuję. - Objęła również wdzięcznym wzrokiem drugiego mężczyznę. - Szukam wyjścia z oranżerii, a te drzwi. - Wskazała gestem za siebie, z zadowoleniem zauważając swój pewny ton. - Bez dwóch zdań nie spełniły moich oczekiwań.
Błękitne oczy mężczyzny zwęziły się odrobinę. Na jego ustach pojawił się nieznaczny cień uśmiechu. Na pewno doskonale wiedział, że tu myszkowała.
- Bardzo mi przykro, szanowna pani, że... pani oczekiwania nie zostały spełnione w tak kłopotliwej kwestii. Drzwi, których pani szuka, to jedne z tych siedmiu na północnej ścianie budynku. - Wskazał dłonią w tamtą stronę, ani na chwilę nie spuszczając z niej wzroku.
Tym razem już bez wątpienia dało się słyszeć w jego głosie rozbawienie i wyraźną insynuację. Gdyby nie była winna tych niewypowiedzianych zarzutów, mogłaby się czuć obrażona. Ale w obecnej sytuacji...
- Och, na miłość... - sapnął z rozbawieniem drugi mężczyzna, rzucając temu pierwszemu lekceważące spojrzenie. Wyszedł zza niego z uśmiechem. Teraz dopiero widać było różnicę w ich zachowaniu. - Henry Gray, do pani usług - rzekł, nadrabiając serdecznością braki swojego towarzysza. - Nadogrodnik w rezydencji Belmont. A pani to zapewne panna Braddock.
Eleonora się zawahała.
- Ależ... tak, zgadza się, sir. Ale skąd pan...
- Pani Cheatham poinformowała nas, że jej ulubiona bratanica przyjeżdża dzisiaj, co znaczy, że mamy się jak najlepiej zaprezentować. - Na co pan Gray wyprostował się i poprawił szybko klapy marynarki. - Pani pozwoli, że powitam panią w Belmont, panno Braddock. I proszę... - Rzucił okiem za siebie. - Proszę wybaczyć naszemu panu Geoffreyowi. - Mrugnął okiem. - Jest dzisiaj nie w humorze. Tak mu się zdarza, jak ktoś się wtrąca w jego eksperymenty. Choć w zasadzie... jest nie w humorze prawie codziennie. Więc najlepiej, jakby się pani w ogóle nim nie przejmowała.
Figlarny ton pana Graya zdradzał, że sobie żartuje. Mimo to pan Geoffrey na chwilę się skrzywił. Gdy tylko Eleonora to spostrzegła, uśmiechnęła się. Patrzyła to na jednego, to na drugiego mężczyznę, wciąż próbując ich rozgryźć. To pan Gray był nadogrodnikiem, a jednak ton pana Geoffreya podczas ich rozmowy daleki był od poważania. Dziwne zachowanie jak na podogrodnika. I choć niezbyt polubiła pana Geoffreya, od razu poczuła sympatię do pana Graya. Gdyby tylko nie to, że musiała mocno spoglądać w dół, by patrzeć mu w oczy.
- Rozumiem, że pani ojciec dołączy do nas nieco później, panno Braddock.
Pytanie nadogrodnika całkiem ją zaskoczyło i Eleonora nie wiedziała, co odpowiedzieć.
- Ach... tak. I znowu ma pan rację, panie Gray. - Jak miała zareagować na taką uwagę bez ujawniania prawdy? Albo uciekania się do rażącego kłamstwa. - Mój ojciec... On...
- Dogląda rodzinnych spraw, jak mniemam - zasugerował pan Gray z niewinnym wyrazem twarzy, czy to z powodu nieświadomości, czy chęci ukrycia prawdy.
Odetchnęła z ulgą. Najwyraźniej ciotka Adelicia przewidziała to i wyprzedziła pojawienie się tematu jej ojca, w związku z czym Eleonora poczuła wobec niej szczególną wdzięczność.
- Tak. Właśnie tak. - Wyczuła, że pan Geoffrey ją obserwuje, ale skupiła wzrok na jego przełożonym. - Mój ojciec dołączy do mnie, gdy tylko to będzie możliwe.
Niewątpliwie niektórzy ze służących w Belmont na pewno pamiętają sprzed lat wybitnego adwokata Garrisona Braddocka. Byłaby naiwna, gdyby zakładała, że nikt w Nashville nie dowiedział się o ich trudnej sytuacji finansowej albo o tym, że stracili dom. Takie złe wieści niosą się nawet szybciej niż te dobre. Jednak powinna być przygotowana na następny raz, kiedy ktoś zapyta o jej ojca.
- Panie Gray, sir!
Za plecami Eleonory rozległy się pospieszne kroki i gdy się odwróciła, dostrzegła młodego czarnoskórego chłopca, który biegł alejką chyba najszybciej, jak umiał. Wyhamował raptownie pół metra przed nią. Zziajany, trzymał się za bok.
- Panie Gray... - Chłopiec gwałtownie złapał oddech. - Pan Thatcher... chce z panem porozmawiać, sir. I to szybko. W... - Kolejny haust powietrza. - ...nowej sali bilardowej. Chodzi coś o... te długie okna, co to je pan montował.
Marszcząc czoło, Henry Gray wymienił spojrzenia z panem Geoffreyem, którego wyraz twarzy zmienił się teraz nieznacznie.
- Dziękuję ci, Zeke'u. - Nadogrodnik skinął głową w stronę chłopca. - Powiedz mu, że już idę.
Zeke skłonił głowę w jego stronę, a następnie, ku zaskoczeniu Eleonory, na odchodne uśmiechnął się do niej szeroko.
- Pani to panna Braddock, bratanica lady.
Kobieta się uśmiechnęła, słysząc pewność w jego głosie.
- Zgadza się, to ja. A ty jesteś zapewne Zeke.
W brązowych oczach chłopca pojawił się błysk.
- Ta jest, psze pani! Jeśli będzie pani potrzebowała konia albo kucyka, albo karocy... - Zerknął za siebie, a potem znów na nią. - Albo czegokolwiek w Belmont, starczy, że da mi pani znać. Wiem tu prawie wszystko i chętnie pomogem.
Eleonora się zaśmiała, ale zaraz sobie uświadomiła, jak dziwnie może wyglądać taka odpowiedź.
- Dziękuję ci, Zeke'u. Zapamiętam sobie.
Kobieta ośmieliła się spojrzeć w stronę pana Geoffreya i od razu zauważyła, że "Adonis" gapi się prosto na nią. Jego oczy były jak kawałki błękitnego szkła, zza których przeświecało słońce. Ten mężczyzna był niewiarygodnie przystojny. Ale wyczuła, że on sobie z tego doskonale zdaje sprawę, co natychmiast ujęło mu uroku. Przynajmniej trochę.
- To dla mnie zaszczyt panią poznać, panno Braddock - rzekł pan Gray. - I chociaż muszę się tak nagle pożegnać, proszę pozwolić, że zostawię panią z zaproszeniem, by odwiedziła pani oranżerię, gdy tylko będzie pani miała ochotę. Pan Geoffrey z przyjemnością odprowadzi panią do wyjścia. A także na pewno do rezydencji, jeśli tylko pani zechce.
- Och, nie - odparła pospiesznie Eleonora, widząc, jak wyższy mężczyzna spogląda na swojego przełożonego, a następnie znów na nią. - Nie będzie takiej konieczności.
- Nonsens, panno Braddock. Będę zaszczycony. - Głęboki głos pana Geoffreya brzmiał miło, ale w jego oczach Eleonora wyczytała jedynie poczucie obowiązku i formalną uprzejmość. A żadnego z tych nie pragnęła.
- Och i jeszcze jedno, panie Geoffrey... - W połowie przejścia pan Gray odwrócił się, a jego głos brzmiał niemal protekcjonalnie. - Proszę nie zapominać, że pani Cheatham chciałaby być powiadomiona o wynikach pańskiej... współpracy.
Pan Geoffrey zmarszczył brwi.
- Ależ ja już...
- Jutro z samego rana, proszę, panie Geoffrey. Stanowczo nalegała. - Unosząc brwi, pan Gray spojrzał wymownie na mężczyznę, by dać mu do zrozumienia, iż lepiej, żeby nie dyskutował. Następnie ruszył szybko przed siebie.
Eleonora chciała równie prędko stąd zniknąć, więc zaniepokoiła się, gdy dostrzegła, że pan Geoffrey podaje jej ramię, wskazując przeciwny kierunek.
- Panie Geoffrey, z pewnością dam sobie sama radę i znajdę wyjście. Dziękuję za pańską szlachetną propozycję pomocy.
Minęła go zamaszystym krokiem, odczuwając jednocześnie satysfakcję ze swojej małej zemsty. Uczucie to jednak szybko minęło, bo on zaraz dołączył do niej. Trochę ją tym zirytował, ale postanowiła, że go zignoruje, więc przyspieszyła kroku. Halki jej krynoliny kłębiły się pod suknią, gdy przeciskała się pomiędzy stolikami, starając się nie myśleć o tym, że on idzie tuż za jej plecami. Na nic się jednak nie zdały jej wysiłki.
- Nie musi mnie pan odprowadzać, panie Geoffrey.
- Ale to dla mnie zaszczyt, panno Braddock. W końcu nie mogę pozwolić na to, by ulubiona bratanica pani Cheatham zgubiła się w oranżerii pierwszego dnia. Aż drżę na myśl, jakie byłyby konsekwencje takiego wydarzenia.
Eleonora ledwo zdołała się powstrzymać, aby nie wywrócić oczami.
Widząc przed sobą żeliwną fontannę pod kopułą szklarni, odtworzyła w głowie drogę, jaką się tu dostała.
- Musi pani skręcić tam w lewo - powiedział - a następnie w prawo w trzecią...
- Wiem, gdzie mam iść, panie Geoffrey.
- Och... niech mi pani wybaczy. Miałem wrażenie, że zgubiła pani drogę.
Eleonora zacisnęła usta. Nie zamierzała się dać sprowokować temu mężczyźnie. Widać było, że ma wyjątkowo wysokie mniemanie o sobie. I celowo starał się ją rozdrażnić... to było oczywiste.
Nie było w tym nic złego, że oglądała "roślinną infirmerię". Niczego nie dotykała ani nie przestawiała. Była po prostu ciekawa, a ciekawość to doskonałe narzędzie rozwijania intelektu. Pomijając fakt, że niejednokrotnie też wpędzała ją w liczne kłopoty.
- Gdyby jednak pani zagubiła się gdzieś tutaj... - mówił dalej, najwyraźniej czerpiąc większą radość ze słuchania własnego głosu niż ona. - Albo też gdzieś pośród araukarii lub tropikalnych palm... albo, powiedzmy, zostanie pani zwabiona przez krwiożercze kamelie, proszę pamiętać, że od razu zorganizujemy ekipę poszukiwaczy.
Wypuściła głośno powietrze z płuc.
- Mam nadzieję, że z racami. - Gdy tylko to rzekła, od razu pożałowała własnych słów i jeszcze przyspieszyła kroku.
On uczynił to samo.
- Tak naprawdę to nie. Jak się pani zapewne domyśla, raczej nie byłoby wskazane wystrzeliwać rac w budynku takim jak ten. O ile oczywiście nie zamierza pani unicestwić wszystkiego, co żyje pośród tych szklanych ścian, a także zniszczyć samego zabudowania. Jeśli jednak taki byłby pani zamiar, domyślam się, że wystrzelenie racy sytuowałoby się wysoko na liście środków służących do osiągnięcia takiego celu.
Słysząc nutkę humoru w jego głosie, była pewna, choć dopiero poznała tego człowieka, że uśmiech zniknąłby z jego ust, gdyby tylko się obejrzała. Czego oczywiście nie uczyniła.
Ale chwileczkę... Zwolniła kroku, rozglądając się wokół siebie, a zaraz potem stanęła. Gdzie była ta alejka z...
- Przegapiła pani zakręt, jaśnie pani - wyszeptał zza jej pleców. Nie spodziewała się, że jest tak blisko niej. - Jakieś cztery i pół metra za panią. Być może wcale nie zna pani drogi tak dobrze, jak się pani wydawało...
Poczuła z zażenowania mocne uderzenie ciepła, a potem zalała ją fala zimna. Mógł się do tego przyczynić również jego niski głos... i choć wcale nie chciała, musiała przyznać, że także ten akcent. Zawsze uwielbiała mężczyzn z akcentem. Jednak w tej sytuacji była pewna, co ma myśleć. Bo nawet wiedząc o nim tak niewiele, wiedziała już dość. I właśnie taki był jej stosunek do niego. Miała go dość!
Zrobiła krok w przód, a następnie obróciła się i zmierzyła go wzrokiem.
- Już pan swoje powiedział, panie Geoffrey. I to wystarczająco dobitnie. Przyznaję, przyłapał mnie pan wcześniej na myszkowaniu i...
Jak to możliwe, że ktoś ma aż tak błękitne oczy? I - czy to w ogóle sprawiedliwe?! - takie gęste, ciemne rzęsy. Starając się nie myśleć o własnych, bladych, wróciła do rzeczywistości.
- Proszę przyjąć moje przeprosiny. Sama nie rozumiem, dlaczego wydawało mi się, że powinnam ukrywać swoje wcześniejsze postępowanie. Nie ruszałam niczego w tamtym pomieszczeniu, daję panu moje słowo. Byłam po prostu zaciekawiona tym, co zobaczyłam. Więc... - Skinęła raz głową. - ...to by było na tyle.
Powoli, jakby wykonywał ten gest pierwszy raz w życiu, mężczyzna wygiął usta w uśmiechu. Jego mina zmieniła się całkowicie i wrażenie było upajające. Trochę jak wcześniejszy zapach róż.
- Przeprosiny przyjęte.
Kiwnęła głową.
- Dzięku...
- Pod jednym warunkiem.
Zmarszczyła brwi.
- Nie można przyjąć przeprosin, a potem stawiać warunków. Jeśli zamierzał pan przyjąć je warunkowo, należało wyłuszczyć swoje wymagania na początku.
Przyjrzał się jej.
- W takim razie unieważniam przyjęcie.
- Nie można unieważnić ustnej umowy, która miała moc rozstrzygającą. Przez słowo "rozstrzygająca" rozumiem...
- Wiem, co znaczy to słowo, panno Braddock. - Zmrużył nieznacznie oczy. - Niech zgadnę... Pani ojciec jest prawnikiem.
- Tak, był. - Uniosła podbródek. - Jednym z bardziej szanowanych i poważanych w stanie Tennessee. Przynajmniej... w swoim czasie - dorzuciła, natychmiast jednak tego żałując. Zerknęła znowu na zegarek i wzdrygnęła się, widząc, że minutnik zbliża się niebezpiecznie do dwunastej. Jeśli spóźni się na spotkanie z ciotką przez te głupoty... - Musi mi pan wybaczyć, panie Geoffrey. Naprawdę powinnam już iść.
Rozejrzała się wokół i ruszyła. Po raz kolejny usłyszała za plecami jego głos.
- Zajmuję się szczepieniem roślin.
Zerknęła za siebie, nie rozumiejąc.
- To, co widziała pani w tamtym pomieszczeniu... Mówiła pani, że ją to zaciekawiło. To właśnie to, nad czym pracuję. Szczepię rośliny, żeby były silniejsze oraz by stworzyć piękniejsze kwiaty. I po to, aby wprowadzać kolory, jakich wcześniej nie było.
- Och... to interesujące - odparła przez ramię, zaraz jednak usłyszała, jak on śmieje się pod nosem.
- I to właśnie mówią ci, których to wcale nie interesuje, ale chcą wydawać się zainteresowani.
Eleonora dostrzegła drzwi, przez które weszła do oranżerii, więc przystanęła i jeszcze się odwróciła.
- Nie chciałabym być niemiła, panie Geoffrey, ale... - Rozejrzała się wokół. - Nigdy zbytnio nie przepadałam za kwiatami. Po prostu nie dostrzegam ich wartości.
Na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie, więc Eleonora tylko wzruszyła ramionami.
- Ale jestem pewna, że niezależnie od tego, co pan robi, moja ciotka musi być panu bardzo wdzięczna za te usługi. A posada podogrodnika tu, w rezydencji Belmont... cóż, to już samo w sobie niemałe osiągnięcie.
- Podogrodnika... - powtórzył za nią, a w jego oczach widać było jakiś cień speszenia. - Tak, bycie podogrodnikiem to bardzo przyzwoita posada.
- W rzeczy samej, tak jest.
- Jest pani osobą, która wysoce ceni logikę, nieprawdaż, panno Braddock? I jest też pani dość bezpośrednia... to znaczy, jak na kobietę.
Eleonora spojrzała na niego spod przymrużonych powiek.
- Przepraszam?
- Nie, nie... - Zmarszczył brwi. - To miał być komplement... jaśnie pani.
Westchnęła. Wcale nie podobał jej się ten głupi tytuł, jakim się do niej zwracał.
- W takim razie powinien pan popracować nad komplementami, panie Geoffrey. Podobnie jak nad tym pańskim Selenicereusem grandiflorusem. - Z zadowoleniem wskazała dłonią na kaktusy, które wcześniej oglądała, i zauważywszy zaskoczenie w jego oczach, ruszyła dalej w stronę drzwi, rzucając jeszcze zza ramienia: - Jeśli założył sobie pan, że będzie upiększał rośliny, może pan zacząć od tej.
Otworzyła pchnięciem drzwi i obejrzała się za siebie tylko po to, by dostrzec, jak on się na nią patrzy. Ku jej zaskoczeniu skłonił się nisko.
- Zaiste to dla mnie zaszczyt, panno Braddock.
Nagle nie potrafiła go sobie wyobrazić inaczej niż w czarnym fraku z długimi połami, wraz z dopasowaną kamizelką i spodniami, które podkreślałyby jego smukłą sylwetkę. Była zdziwiona, jak naturalnie wyglądałby w tym wyimaginowanym stroju. I jak mocno ją poruszyła ta wizja.
Zamrugała, aby przepędzić wytwory wyobraźni. Musiała się z nim jakoś rozprawić.
- I wzajemnie, panie Geoffrey. - Puściła za sobą drzwi. Zaraz potem ruszyła, niemal biegnąc całą drogę do rezydencji.
5
Kiedy Eleonora wspięła się po stopniach frontowych schodów i dotarła do drzwi, była już zasapana i spocona.
Ochmistrzyni z kamiennym wyrazem twarzy zaprosiła ją do środka i Eleonora weszła, po czym się przedstawiła. Pani Routh, ochmistrzyni, z mocnym akcentem na "och", zlustrowała ją uważnym spojrzeniem, z którego łatwo było wywnioskować jej zdanie na temat różu. Eleonora była jej jednak wdzięczna, że w żaden sposób nie skomentowała tego stroju, a tylko wskazała jej gestem, by za nią poszła.
Wnętrze rezydencji było w rzeczywistości jeszcze piękniejsze niż w pamięci Eleonory. Tuż po lewej stronie, pod ogromnym portretem Adelicii i jednej z jej córek, stała piękna figura dwójki śpiących dzieci. Rzeźba wyglądała jak żywa i zachwycała precyzją szczegółów. Eleonora nie przypominała sobie, by widziała ją wcześniej.
Poza tym - zwolniła i wytrzeszczyła oczy - znajdowało się tam jeszcze jedno dzieło, którego z pewnością nie było podczas jej ostatniej wizyty. Na pewno by je zapamiętała. Na środku wejściowego holu, przed marmurowym kominkiem, stała niezwykle sugestywna rzeźba, stanowiąca dość odważne powitanie. Eleonora nie potrafiła przejść obok niej bez gapienia się. Dzieło przedstawiało klęczącą kobietę ze snopkiem zboża na ręce. Ale najbardziej uwagę przykuwało artystyczne przedstawienie jej odzienia. Suknia kobiety zsunęła się z jej ramienia, ukazując - każdemu, kto wchodził do rezydencji Belmont - kształtną pierś. Z pewnością ciekawe posunięcie ze strony artysty, ale jeszcze bardziej interesujące było to, że ciotka Adelicia zdecydowała się umieścić tę figurę w wejściowym holu.
Wzrok Eleonory przeniósł się na zegar na kominku. Zacisnęła mocno powieki. Wzięła głęboki wdech, starając się uspokoić nagły przypływ nerwów, a następnie wygładziła przód spódnicy. Nie powinna była zatrzymywać się w oranżerii. Żałowała, że nie mogła ukręcić muskularnego karku pewnemu podogrodnikowi.
Dogoniła panią Routh, która była już o kilka kroków przed nią.
Gdzie by nie spojrzała - czy to na bogato ornamentowane tapety, pełne przepychu draperie, kwiecisty angielski dywan typu Wilton, pokrywający całą powierzchnię podłogi, czy wspaniały odlany z brązu żyrandol lampy gazowej - wszędzie królowało piękno. Niemal każdą płaszczyznę ścian zdobiły obrazy. Eleonora żałowała, że nie ma więcej czasu, by się im dokładnie przyjrzeć. Teraz jednak nie pozostawało jej nic innego, jak pospieszyć się i znów dogonić ochmistrzynię.
Pani Routh zapukała lekko w szklane drzwi saloniku, a następnie przekręciła gałkę drzwiową.
- Pani bratanica przyjechała, pani Cheatham.
Starając się zignorować dokuczliwą nutę w głosie pani Routh, Eleonora zerknęła na krewną siedzącą nieruchomo na kanapie. Ciemne włosy ciotki Adelicii - bez śladu siwizny, z tego, co zauważyła - były zebrane i upięte w luźne loki. Niezależnie od upływu lat Adelicia Acklen Cheatham wciąż była olśniewająca. Tak jak Eleonora się spodziewała.
Spotkała się wzrokiem z ciotką i nagle poczuła nieoczekiwany przypływ emocji, gdy przypomniała sobie ostatni raz, kiedy była w Belmont... z matką, ojcem i Teddym. Teraz już wszyscy, nie wyłączając wuja Josepha, odeszli. Albo... prawie wszyscy.
- Ciociu Adelicio... - Eleonora dygnęła. - Wspaniale znów ciocię widzieć po tylu latach. Dziękuję, że pozwoliła mi ciocia przyjechać i zamieszkać u siebie. Jednakże mam nadzieję, że nie na długo. Nie chciałabym być ciężarem. Będę się bardzo o to starać.
Uświadomiwszy sobie, że zbyt wiele mówi, Eleonora dosłownie ugryzła się w język.
Ciotka Adelicia podniosła się z kanapy z wdziękiem i elegancją zwykle przypisywaną osobom... królewskim. Eleonora nie mogła zaprzeczyć prawdzie. Ciotka była drobna, a jej ruchy tak delikatne i pełne kobiecego uroku... choć jednocześnie nie można jej było odmówić siły. Nagle Eleonora uświadomiła sobie, że chciałaby być właśnie taka, a mniej podobna... do siebie samej.
Adelicia skłoniła głowę, nie przestając ani na chwilę promiennie się uśmiechać.
- Witaj w Belmont, moja droga Eleonoro. Spóźniłaś się.
Wciąż przeżywając lekkie ukłucie z powodu grzecznie sformułowanej nagany ciotki Adelicii, Eleonora wzięła kolejny kęs purée z batatów, tak lekkiego i puszystego, jakiego jeszcze nigdy nie miała w ustach, i obserwowała relacje w rodzinie przy stole Cheathamów. Sześcioro dzieci w wieku od ośmiu do osiemnastu lat, łącznie z nastoletnią córką i synem doktora Cheathama, rozmawiało przyjaźnie między sobą, a doktor Cheatham i ciotka Adelicia raz po raz włączali się do ich konwersacji. Pełno było śmiechów, tematów do omówienia i wspaniałych potraw. Eleonora patrzyła na czworo swoich młodszych kuzynów, którzy wydawali się zachwyceni nowymi siostrą i bratem. Widać było wyraźnie, że połączenie rodzin w wyniku trzeciego małżeństwa ciotki Adelicii okazało się prawdziwym sukcesem.
Pomimo wszelkiej serdeczności i ogólnej wesołości, nie wspominając nawet o wytwornej ornamentowanej porcelanie i kryształowych kielichach wypełnionych po brzegi lodem i świeżo wyciśniętą lemoniadą - cóż za luksus! - Eleonora nie potrafiła rozpędzić tego tkwiącego gdzieś w głębi niej poczucia samotności. Ta rodzinna scena sprawiała, że jeszcze bardziej tęskniła za ojcem. Zastanawiała się, jak się miewał i czy przystosował się do nowych warunków. Czy zjadł kolację? Bywało tak, że musiała go trochę namawiać, by jadł. Proszę, Boże, daj, by było mu lepiej - pomyślała, zaciskając mocno powieki.
Cieszyła się tym czasem, który wcześniej spędziła z ciotką. Chociaż nie miała zbyt wiele do opowiadania, jeśli chodziło o wymianę uprzejmości, to chętnie słuchała o tym, co działo się w rodzinie Cheathamów. Co by nie mówić o Adelicii Cheatham, nie dało się zaprzeczyć, że była oddaną matką.
Eleonora miała nadzieję, że nadejdzie odpowiedni moment, by mogła przedstawić ciotce swój pomysł, ale do tej pory nie było okazji. Zatem gdy kolacja dobiegła już końca, postanowiła, że podejmie jeszcze jedną próbę. Przeszła z ciotką i doktorem Cheathamem do małego gabinetu i wielce się zdziwiła, gdy Pauline, która z dumą ogłosiła podczas posiku, że już niedługo skończy dziewięć lat, przytuliła się do niej na kanapie.
Eleonora po raz ostatni widziała się z Pauline, kiedy ta była malutka, miała może roczek. To było w Alabamie, na spotkaniu rodzinnym Acklenów, po tym, jak jej matka zmarła, ale jeszcze przed wojną. Pamiętała, jak nosiła dziewczynkę na rękach i męczyło ją ogromne pragnienie, by mieć własne dzieci. Porzuciła tę nadzieję już wiele lat temu albo przynajmniej tak sobie lubiła to tłumaczyć. Jednak w takich chwilach jak ta jakieś odległe bicie serca matki, którą mogłaby zostać, stawało się bliższe i dawało o sobie znać falą ciepła.
Pauline podniosła wzrok i wzięła Eleonorę pod ramię.
- A gdzie są twoje dzieci?
- Pauline! - zganiła ją łagodnie ciotka Adelicia. - Nie można zadawać takiego pytania kobiecie... w jakimkolwiek by nie była wieku.
Z nachmurzoną miną dziewczynka spuściła głowę, ale Eleonora musiała się uśmiechnąć. Rysy twarzy i karnację miała jota w jotę po ciotce Adelicii, tak samo jak i śmiałość... choć może brakowało jej jeszcze pewnej ogłady.
- W porządku, ciociu Adelicio. Nie gniewam się. - Eleonora popatrzyła w dół i pogładziła ciemne włosy dziewczynki. - Zapytałaś mnie o to, bo pomyślałaś, że mam wystarczająco lat, bym mogła być matką, prawda?
Pauline posłała ciotce Adelicii pełne rezerwy spojrzenie, a następnie skinęła twierdząco głową.
- Cóż, masz rację - mówiła dalej Eleonora. - Mam już tyle lat, że mogłabym mieć dzieci. Ale nie stało się tak dlatego, że nigdy nie wyszłam za mąż.
Widząc już, że w głowie dziewczynki rodzi się kolejne pytanie, kobieta miała tylko nadzieję, że będzie mogła na nie odpowiedzieć w mieszanym towarzystwie.
- A dlaczego nie wyszłaś za mąż?
- Pauline! - Tym razem w naganie wybrzmiało zakłopotanie.
Jednak Eleonora, wiedząc, że to pytanie dziewczynki wynika jedynie z niewinnej ciekawości, nie miała jej tego za złe. Nie mogła, bo przecież sama nosiła w sobie podobną cechę. Od razu przypomniało jej się, gdzie jej własna ciekawość, choć nieco mniej niewinna, doprowadziła ją wcześniej tego samego dnia.
Wycelowała wzrok na ciotkę i doktora Cheathama, w milczeniu prosząc o ich zgodę na dalsze prowadzenie tej rozmowy. Doktor Cheatham, który najwyraźniej coraz bardziej przegrywał batalię o to, by powstrzymać uśmiech, rzucił okiem na żonę, która z kolei skinęła z wyraźnym grymasem niezadowolenia.
- Nie wyszłam za mąż, Pauline, dlatego że... nigdy nie spotkałam mężczyzny, którego mogłam chcieć poślubić. - Nawet jeśli to była prawda, krył się za tym jeszcze inny wyraźny powód. I teraz zdawał się wisieć w powietrzu, czekając na wypowiedzenie. - Także częściowo z tego względu, że... - Eleonora się zdziwiła, czując, jak jej policzki robią się ciepłe, i zauważając, jak trudno jej wypowiedzieć na głos kolejne słowa. - Nigdy żaden mężczyzna nie poprosił mnie o rękę.
Ciemne brwi Pauline ściągnęły się mocno i Eleonora próbowała sobie wyobrazić, jakie będzie kolejne pytanie.
- A więc... - Dziewczynka zacisnęła na chwilę wargi. - To mężczyzna musi poprosić?
Ciesząc się, że zeszły z osobistych pytań, Eleonora uścisnęła rękę swojej małej kuzynki.
- Zwyczajowo tak. Ale większość par zwykle to wcześniej omawia, przynajmniej do pewnego stopnia, zanim dżentelmen poczyni odpowiednie kroki i poprosi damę. Zatem, kiedy nadejdzie twój czas... - Musnęła w pocałunku czoło Pauline, puszczając oko do ciotki. - ...i jakiś młody mężczyzna, którego będziesz bardzo kochać, poprosi cię o rękę, nie powinnaś być zaskoczona.
A jednak mówiąc to, Eleonora wiedziała, że wpajała jej wizję, która nie dla każdego dziewczęcia okazywała się prawdziwa. Szczególnie w powojennych czasach, gdy było tak niewielu zdatnych do małżeństwa mężczyzn. Ale to na pewno nie będzie dotyczyło Pauline Acklen - pięknej, żywiołowej i pochodzącej z niezmiernie bogatej rodziny. Przyjdzie dzień, kiedy dziewczyna będzie otoczona wianuszkiem adoratorów.
Najwidoczniej usatysfakcjonowana odpowiedzią Pauline zeskoczyła z kanapy, pobiegła do drzwi, po czym odwróciła się i dodała:
- Jak dorosnę - oświadczyła z dłonią opartą na biodrze - i poznam mężczyznę, którego będę chciała poślubić, to jeśli on nie poprosi mnie pierwszy, ja go poproszę.
Zamknęła drzwi ze stukiem, a jej młodzieńcza deklaracja zawisła w pełnym zaskoczenia milczeniu. Dopiero cichy śmiech doktora Cheathama je rozproszył.
- Twoja córka z każdym dniem wyrasta na coraz bardziej podobną tobie, moja droga.
Eleonora się uśmiechnęła, widząc zabawne spojrzenie, jakie posłała mu ciotka Adelicia.
- Na pewno doskonale wiesz, doktorze Cheatham, że jestem kobietą, która mocno wspiera tradycję i...
Wsłuchując się nadal w ich rozmowę, Eleonora zwróciła uwagę na otwarte okno. Chociaż zmierzch okrył świat fioletowawym odcieniem, na zewnątrz wciąż było widno. Zauważyła więc pana Graya i jakiegoś mężczyznę, którego nie znała, gdy przechadzali się ogrodami z przodu. Dopiero po chwili złapała się na tym, że przeczesuje wzrokiem pozostałe tereny, i uświadomiła sobie, kogo wypatruje... Natychmiast przestała.
Rozległo się krótkie pukanie i do środka weszła Cordina, główna kucharka w Belmont. Przyniosła srebrny serwis kawowy. Eleonora zapamiętała jej imię, ponieważ nie mogła się już doczekać, by wypytać ją o te potrawy, którymi tak się delektowała podczas kolacji - jedwabiste bataty, kruchą, choć wcale nie papkowatą fasolę półksiężycowatą oraz pieczeń wieprzową. Mięso rozpływało się w ustach.
- Przyniosłam wieczorną kawę, pani Cheatham. Oczywiście do tego moje bułeczki z rodzynkami.
- Dziękuję ci, Cordino. - Ciotka Adelicia odsunęła książkę ze stołu. - I jeszcze raz powtórzę, że kolacja dzisiaj była wyśmienita.
- Tak - dodała Eleonora. - Jak najbardziej. Jeśli miałabyś chwilę, Cordino, chętnie dowiedziałabym się, jak to robisz, że twoja pieczeń wieprzowa jest tak krucha.
Kucharka rozpromieniła się w uśmiechu, kładąc obładowaną srebrną tacę na stoliku kawowym.
- Och, toć to żadyn sekret, panienko Braddock. Wystarczy dopilnować, coby mięso poleżało chwilę w przyprawach, nim się je upiecze. A potem piec długo i powoli. Z pośpiechu robi się twarde.
Eleonora żałowała, że nie ma pod ręką kartki i pióra.
- Jakich przypraw...
- Cordino... - Ciotka Adelicia wychyliła się w przód. - Byłaś dziś bardzo zapracowana. Myślę, że obsłużymy się dzisiaj wieczorem sami.
Uśmiechając się, Cordina spuściła głowę.
- Tak, proszę pani. Dziękuję, proszę pani.
Kiedy zamknęła za sobą drzwi, Eleonora nie mogła odeprzeć wrażenia, że w jakiś sposób zaszkodziła Cordinie. Chyba nie przez zagadanie do niej? Choć stoczono wojnę i konfederaci ją przegrali, głównie w kwestii niewolnictwa, wiedziała, że niektórzy nadal woleli, żeby było tak jak na "dawnym Południu". Jednak nawet przez te kilka godzin spędzonych w Belmont, widziała, że ciotka rozmawia normalnie ze służącymi - zarówno białymi, jak i czarnymi, więc nie wydawało jej się, by to było problemem.
Ciotka Adelicia nalała najpierw kawy doktorowi Cheathamowi, a następnie napełniła filiżankę Eleonory.
- Śmietanki, cukru, moja droga?
- Nie, dziękuję. Wolę czarną.
Sącząc kawę, Eleonora w myślach ćwiczyła, jak najlepiej zacząć temat swoich planów. Wolałaby, żeby doktora Cheathama tu wtedy nie było. Jednak cokolwiek miała powiedzieć, musiała przekazać to pewnym i zdecydowanym tonem, w przeciwnym przypadku ciotka Adelicia nigdy się nie zgodzi, by sfinansować to przedsięwzięcie. A ona potrzebowała finansowania. Pożyczki. Zamierzała spłacić wszystko do ostatniego centa. I wiedziała, że to będzie tego warte, bo w końcu nada swojemu życiu jakieś znaczenie. Będzie mieć pracę, dzięki której stanie się niezależna i znów będzie miała dom. Dla siebie i dla ojca.
- A więc, proszę mi powiedzieć, panno Braddock... - Doktor Cheatham spojrzał znad filiżanki przez unoszącą się nad nią parę. - Czy jest pani gotowa na przygody, jakie zaplanowała dla pani moja żona?
Zerkając to na nią, to na niego, Eleonora odpowiedziała uniesieniem brwi.
- To zapewne będzie zależało od tego, z czym związane są te przygody.
- Och, nie słuchaj go, Eleonoro. Próbuje tylko namieszać. - Ciotka Adelicia się uśmiechnęła i upiła łyk kawy, unosząc pod idealnym kątem mały palec, gdy przechylała filiżankę. - Ale to prawda, mam pewne pomysły, które chciałabym z tobą omówić. Gdy tylko będziemy miały chwilkę.
Czując, że między małżonkami nastąpiło jakieś porozumienie, Eleonora poczuła się jak mały żuczek, którego zaraz zamierzano przypiąć do deseczki.
- Hm - rzekł doktor Cheatham, podnosząc się z miejsca. - Zdaje się, że na mnie już czas, jak to mówią. - Puścił oko w stronę Eleonory. - Żeby nie było, że pani nie ostrzegałem, panno Braddock. I tak jak rzekłem podczas kolacji... - Zmarszczki koło jego oczu zarysowały się teraz mocniej w serdecznym wyrazie. - Witamy w naszym domu. Cieszymy się, że jest pani z nami.
- Dziękuję, doktorze Cheatham. - Eleonora odstawiła filiżankę na bok. - I dziękuję za to wszystko, co robi pan dla mojego ojca. - Spojrzała na ciotkę. - Dziękuję wam obojgu. Wiem, że to dzięki waszym koneksjom i wpływom znalazło się tam dla niego miejsce. - Na nowo zobaczyła w pamięci tę scenę, gdy jej ojciec wybiegł z karety, i poczuła niemiły ucisk w gardle. - I mam nadzieję na jego rychły powrót do zdrowia.
Po raz kolejny wyczuła jakieś porozumienie między nimi.
- Panno Braddock, jestem pewien, że doktor Crawford zapewnił panią, że zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby pomóc pani ojcu... A ja już z niecierpliwością czekam na tę chwilę, gdy w przyszłym tygodniu tam pojadę i sam się z nim zobaczę. Na wypadek gdyby doktor Crawford nie omawiał tego z panią... chciałem poinformować, że na początku będzie miał podawane leki o działaniu uspokajającym.
Eleonora pokiwała głową.
- Wspominał o tym.
- To świetnie. Mniej więcej po pierwszym tygodniu, zależnie od postępów aklimatyzacji pacjenta, dawki leków są stopniowo zmniejszane i pani ojciec będzie mógł być bardziej aktywny. Może więc się pani zastanowić, jakie zajęcia mogłyby go zainteresować. Coś, co dawałoby mu poczucie celu i było jednocześnie ćwiczeniem.
- Zawsze lubił uprawiać warzywa. Podczas pobytu tam nie widziałam nigdzie śladu ogrodu, ale może mogłabym mu pomóc założyć jakiś mały ogródek zielny na parapecie okna w jego pokoju - odparła po chwili zastanowienia, a potem dodała jeszcze: - O ile w jego pokoju są okna.
- Oczywiście, że są - wtrąciła ciotka. - To wspaniały pomysł!
- Rzeczywiście, wspaniały. - W uśmiechu doktora Cheathama kryło się współczucie i łagodna przestroga. - Nie powinna pani wiązać zbyt mocnych nadziei z jego pełnym powrotem do zdrowia, panno Braddock. Kiedy pojawiają się pierwsze objawy demencji, o ile to jest właśnie to, zmiany w mózgu rzadko okazują się odwracalne.
Eleonora czuła, jak mocno bije jej serce, ale tylko skinęła głową, doceniając jego szczerość i pełną współczucia postawę, choć tak naprawdę te słowa dotykały ją do żywego.
Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń.
- Musimy żyć dzień po dniu, moja droga - rzekł już ciszej. - Tylko to nam zostało. A czasem... - Jego twarz spochmurniała. - ...nawet to trzeba dzielić na godziny. I minuty.
Uścisnął jej dłoń, a ona odwzajemniła to, czerpiąc pocieszenie z tego mocnego gestu. Nagle uświadomiła sobie, jak dawno nikogo nie dotykała w ten sposób - celowo trzymając dłoń albo tuląc. Podobnie jak nikt nie czynił tego wobec niej. Nawet dzisiaj, witając się z ciotką, jedynie dygnęła. A jej ojciec nigdy nie był zbyt wylewnym człowiekiem.
Tymczasem Teddy... Czuła, jakby ktoś wbił jej nóż w serce, gdy tylko nachodziły ją wspomnienia związane z młodszym bratem. Teddy potrafił przytulić. Czegóż by nie dała, aby móc się znów znaleźć w jego ramionach!
Starając się wzniecić w sobie resztki opanowania, ponownie podziękowała doktorowi Cheathamowi uśmiechem, bo bała się, że głos ją zdradzi.
Ledwie mężczyzna otworzył drzwi, a w wejściu pojawili się Richard i William. Dwójka trzynastoletnich chłopców - teraz, od czasu ślubu, braci, znających się na wylot - chwyciła go pod ręce, domagając się głośno, by poszedł z nimi do pokoju bilardowego.
Rzucając pożegnalne spojrzenie, doktor Cheatham popatrzył do gabinetu, udając, że jest przerażony tym porwaniem. Ciotka Adelicia uśmiechnęła się tylko i machnęła dłonią.
Eleonora odetchnęła, częściowo z ulgą, częściowo z zachwytem. Nigdy nie doświadczyła w domu takiej energii młodości.
- Zdaje się, że tu nigdy nie jest nudno.
- O, nie. - Ciotka Adelicia się roześmiała. - Szczególnie od czasu, gdy umieściliśmy nowy stół bilardowy obok wielkiego salonu. Tylko tymczasowo, aż zostaną ukończone prace nad nową salą bilardową - wyjaśniła. - Chłopcy są zachwyceni. Przenieśliśmy salę lekcyjną dla Claude'a i Pauline na górę. Oczywiście starsze dzieci wkrótce wyjadą do swoich szkół, ale teraz, kiedy są tu wszyscy, dom tętni życiem. I za nic bym tego nie zamieniła. - Jej twarz złagodniała w wyrazie wdzięczności. - Nie ma nic piękniejszego niż rodzina, harmonia i szczere uczucia.
Uświadamiając sobie, że dokładnie to samo pomyślała chwilę temu, tylko że z zupełnie innej perspektywy, Eleonora wstała, by nalać sobie kolejną filiżankę kawy. Zaproponowała najpierw ciotce, ale ta odmówiła.
Stwierdziwszy, że będzie lepiej, jeśli podczas tej rozmowy będzie siedzieć przodem do krewnej, Eleonora zajęła miejsce naprzeciw niej. Dopiero wtedy zauważyła na stoliku w kącie wazon pełen ciętych róż. Płatki kwiatów były w najczystszym odcieniu bieli i tylko same ich brzegi wyglądały, jakby ktoś je pomalował farbą w bladym odcieniu różu. Niczym wschód słońca. Nigdy nie widziała czegoś podobnego i nie musiała się długo zastanawiać skąd, a raczej od kogo, one pochodziły. Przypomniała sobie, jak pan Geoffrey po królewsku się przed nią skłonił. Ten gest wydawał się tak naturalny, jakby wrodzony. Dziwne jak na człowieka o jego pozycji... Wspomnienie to wzbudziło w niej takie uczucia, z którymi nie do końca wiedziała, co zrobić. Jednego była pewna, że lepiej ich nie ruszać.
Zebrała myśli i spojrzała przed siebie. Wiedziała, że to jest ten moment, na który czekała.
- Ciociu Adelicio...
- Moja droga Eleonoro...
Odezwały się równocześnie i zaraz się obie roześmiały.
Eleonora wskazała na ciotkę dłonią.
- Proszę... - Choć tak naprawdę wolałaby jako pierwsza uporać się ze swoją kwestią.
Ciotka Adelicia kiwnęła z akceptacją głową.
- Eleonoro, moja droga... tak jak doktor Cheatham już powiedział, bardzo się cieszymy, że przyjechałaś, by u nas zamieszkać, i chcielibyśmy, żebyś czuła się tu jak u siebie. Belmont będzie ci domem, dopóki tylko będziesz tego chciała.
Eleonora była za to wdzięczna i miała nadzieję, że widać to po jej minie.
- Zresztą, twój ojciec i mój były mąż... - Głos ciotki Adelicii zaczął się łamać, więc zacisnęła na chwilę usta. - Twój ojciec i mój były mąż byli sobie najdroższymi kuzynami - dokończyła trochę ciszej. - Joseph zawsze bardzo pochlebnie się o nim wyrażał. - Zaśmiała się cicho, a melancholia na jej obliczu zaczęła powoli ustępować. - Wielokrotnie opowiadał mi o tych wszystkich tarapatach, w jakie wpędzał go twój ojciec, gdy byli młodsi.
Eleonora uśmiechnęła się, sącząc kawę.
- Ja także wiele razy słyszałam te historie. I za każdym razem były coraz groźniejsze.
- A kary coraz surowsze - dodała ciotka Adelicia. Westchnęła, uwalniając się z ciężaru wspomnień. - Dobrze zrobiłaś, Eleonoro. Mam na myśli sprawę twojego ojca. I to zajmowanie się domem... cała ta odpowiedzialność spoczywała tylko na twoich ramionach. Rozumiem, że te minione lata były dla ciebie trudne.
Eleonora przesunęła palcem po delikatnym uchu filiżanki.
- Chwilami... bywało ciężko. - Wiedziała dobrze, że jej ciotka także, pomimo obecnej świetności i szczęścia, musiała przez wiele lat radzić sobie z własnym bagażem żalu i odpowiedzialności.
Adelicia wpatrywała się w nią.
- Znam cię, odkąd miałaś jedenaście lat. Zawsze byłaś dojrzała ponad swój wiek. Wiesz dobrze o tym, prawda? Taka się już urodziłaś, Eleonoro. Od razu to w tobie dostrzegłam, ponieważ ja też taka jestem.
Bratanica skłoniła głowę.
- Zdawałam sobie z tego sprawę już od dawna. Może nawet od czasów dzieciństwa. - Uniosła ramię, po czym je opuściła. - Nigdy jednak nie przypuszczałam, że ktoś inny też to widzi.
- Często upominałam Josepha za to, że nazywał cię małą Ellie. Zwłaszcza kiedy byłaś już nastolatką.
Eleonora wypuściła powietrze ze śmiechem.
- Wtedy byłam już jego wzrostu.
- Zawsze uważał to za miły zwrot. Mam nadzieję, że to wiesz.
- Tak. Tak samo jak wtedy, gdy mój ojciec do mnie tak mówił. Tylko że... tata od lat już mnie tak nie nazywa. Choć to w zasadzie chyba dobrze. - Eleonora się uśmiechnęła, bardziej z poczucia obowiązku niż humoru.
Upiła trochę z filiżanki. Kawa zdążyła wystygnąć.
Ciotka Adelicia wyprostowała się na siedzeniu.
- Dość tych wspomnień. Niektóre wzbudzają wdzięczność, ale zbyt wiele rodzi rozgoryczenie. - Sięgnęła po coś, co leżało na stoliku za nią. - A więc... Jestem szczególnie zachwycona, że właśnie dzisiaj przyjechałaś, ponieważ jest pewna szanowna grupa pań, z którymi chciałabym cię zapoznać. Spotykamy się raz w tygodniu na kawę i pogaduszki, a także zwykle robimy coś wyjątkowego. A jutro mamy spotkanie właśnie tutaj! Już im o tobie opowiadałam. Zobaczysz, spodobasz im się, a one tobie.
Eleonora starała się wyglądać na uradowaną tą perspektywą, ale widząc, co ciotka Adelicia trzyma w dłoni, nie było jej łatwo. Nie mówiąc o tym, że nigdy nie lubiła pogaduszek. Szczególnie z ludźmi, których nie znała.
- Jutro przyjdzie tu ktoś, kto będzie nas uczył, jak wykonywać takie kwiatowe saszetki. - Ciotka powąchała pachnący woreczek trzymany w dłoniach, a następnie podsunęła go bratanicy, by ta uczyniła to samo.
Mocny zapach sprawił, że Eleonorze do oczu napłynęły łzy.
- Czyż to nie piękne? - zapytała ciotka Adelicia z promiennym uśmiechem. - Robi się je z suszonych płatków kwiatów. A za dwa tygodnie przyjedzie tu pewna kobieta z Anglii, która nauczy nas, jak wykonywać papierowe kwiaty. Przesłała mi już jakiś czas temu przykładowe okazy pocztą.
Ciotka podała jej saszetkę, a sama wyjęła długie, wąskie pudełko z szuflady biurka i wyciągnęła z niego kwiat, chyba chryzantemę, a potem z dumnym spojrzeniem wręczyła ją Eleonorze.
Trzymając w jednej dłoni saszetkę, a w drugiej kwiat, Eleonora obracała łodyżkę między palcem wskazującym a kciukiem. Nie rozumiała, po co ktoś miałby się tak męczyć, by zrobić z papieru coś, co można naprawdę zerwać paręnaście metrów dalej w ogrodzie.
Ciotka podeszła i stanęła u jej boku.
- Czyż te detale nie są piękne?
- Tak. To... robi wrażenie.
Ciotka Adelicia przesunęła palcem po opadającej w dół szkarłatnej wstążce, którą przewiązana była góra saszetki.
- Te wstążki to ręcznie przędzony jedwab z Francji.
Mając w perspektywie życie, które godzina za godziną byłoby wypełnione przygotowywaniem pachnących saszetek, papierowych kwiatów i pogaduszkami, Eleonora żałowała, że nie ma wystarczająco dużo jedwabnej wstążki, by owinąć ją sobie kilka razy wokół szyi... a potem pociągnąć.
- Oczywiście nasza grupa pań bierze udział także w innych przedsięwzięciach. Uczestniczymy w koncertach i chodzimy do opery. Och, i na balet od czasu do czasu. To takie wspaniałe! Mamy nawet reprezentację - Liga Kobiet w Nashville - która spotyka się w mieście. Jest w tej grupie kilka pań w twoim wieku, więc byłoby to dla ciebie z pożytkiem. Udzielają się w...
Słuchając niekończących się działań, w które angażowała się ciotka Adelicia i jej znajome, nie wspominając nawet o "Lidze", Eleonora czuła, jak szybko wznosi się wokół niej mur. Wszystkie znajome ciotki były bogatymi mężatkami, sądząc po ilości wolnego czasu i sposobach spędzania go. To tak inne od jej własnej sytuacji. Znowu przypomniało jej się określenie "królowa" i stwierdziła, że musi ustąpić... Dziennikarz, który napisał tamten artykuł, rzeczywiście miał rację. Jej ciotka i jej znajome wiodły cudowne życie i teraz Adelicia Cheatham zapraszała do tego także ją. Ale Eleonora nie potrafiła tego przyjąć.
Zapachowa saszetka przytłaczająca swym aromatem powietrze wokół niej, ale również świadomość tego, jak bardzo nieustępliwa potrafiła być jej ciotka co do tego, co sobie zaplanuje, sprawiły, że Eleonorze trudno było oddychać. Czuła się tak, jakby ktoś zbyt mocno zasznurował jej gorset.
- ...a w zeszłym roku zawiozłam wszystkie panie do Nowego Orleanu, gdzie uczestniczyłyśmy w uroczystościach miejskich, po których pojechałyśmy do moich...
Eleonora wstała gwałtownie, a w jej głowie ścierały się różne myśli. Odłożyła obie rzeczy na stolik kawowy.
- Niech mi ciocia wybaczy, że przerywam. Wiem, że miała ciocia dobre zamiary, ale... - Wzięła głęboki oddech na odwagę. Jak miała powiedzieć, co myśli, i nie zranić uczuć? - Ale to... - Wskazała dłonią na saszetkę i kwiat. - Przepraszam, ale... ja do tego nie pasuję.
Zaskoczenie widoczne na twarzy ciotki Adelicii powoli zmieniło się we współczucie.
- Och, moja droga... rozumiem. - Uścisnęła ramię bratanicy. - Po tym wszystkim, co musiałaś znosić, nie miałaś po prostu podobnych okazji w życiu. Ale proszę, nie czuj się onieśmielona...
- Nie. - Eleonora pokręciła głową. - To nie o to chodzi. Ja...
Czekała na odpowiedni moment, ćwiczyła to, a teraz, kiedy ten moment nadszedł, nic nie szło tak, jak to sobie wyobrażała. Już po starannie przygotowanej przemowie. Widząc niepewność na twarzy krewnej, modliła się w duchu o właściwe słowa.
- Doceniam to, co ciocia próbuje dla mnie zrobić. I mówię to szczerze. Ale tak naprawdę... żadne z tych zajęć mnie nie pociąga. - Och, gdzież się podziały te właściwe słowa, które sprawiłyby, że ciotka zrozumie? - Chciałabym zrobić w życiu coś pożytecznego, ciociu Adelicio. Coś, co miałoby znaczenie, dzięki czemu mogłabym pomóc innym. I jeśli mi ciocia pozwoli, mam pewien plan, który chciałabym...
Jedna z brązowych brwi ciotki uniosła się i Eleonora uświadomiła sobie - trochę za późno - jak musiały zabrzmieć jej słowa. Oblicze ciotki Adelicii spochmurniało i bratanica przygotowała się już na burzę.