- Jesteś kallikanzarosem - oznajmiła nagle.
Przewróciłem się na lewy bok i uśmiechnąłem w mroku.
- Ale kopyta i rogi zostawiłem w Biurze.
- Słyszałeś tę legendę!
- I nazywam się Nomikos.
Sięgnąłem do niej, odnalazłem ją...
- Czy tym razem uda ci się zniszczyć świat?
Zaśmiałem się i przyciągnąłem ją do siebie.
- Zastanowię się. Jeśli tak oto kruszy się Ziemia...
- Wiesz, że dzieci, które rodzą się tutaj w Boże Narodzenie, mają
kallikanzaryjską krew - powiedziała. - A sam mi kiedyś mówiłeś, że twoje
urodziny...
- Dobrze, dobrze.
Dotarło do mnie wtedy, że tylko częściowo żartuje. Wiedząc, co można
czasem spotkać w Miejscach Dawnych, Miejscach Gorących, bez większego
trudu da się niemal uwierzyć w mity - takie jak legenda o tych
Panopodobnych chochlikach, które zbierają się każdej wiosny i przez
dziesięć dni piłują Drzewo Świata tylko po to, żeby w ostatniej chwili
dać się spłoszyć głosowi wielkanocnych dzwonów. (Bim bom dzwony,
zgrzyt zgrzyt zęby, stuku stuk kopytka i tak dalej). Kasandra i ja
zwykle nie rozmawiamy w łóżku o religii, polityce czy egejskim
folklorze, ale że przyszedłem na świat w tych krainach, wspomnienia
nadal były żywe.
- Trochę mnie to zabolało - powiedziałem, też tylko częściowo żartując.
- Mnie też boli...
Rozluźniłem się.
Po pewnym czasie wyjaśniłem:
- Kiedy jeszcze byłem mały, inni chłopcy trochę się ze mnie nabijali i wołali "Konstantin Kallikanzaros". Kiedy stałem się większy i paskudniejszy, przestali. Przynajmniej nie mówili mi tego w twarz...
- Konstantin? Tak miałeś na imię? Zastanawiałam się...
- Teraz jestem Conrad, więc nie ma o czym gadać.
- Ale mi się podoba. Wolałabym nazywać cię Konstantinem niż Conradem.
- Jeśli ci zależy...
Księżyc wysunął swą pooraną twarz powyżej parapetu, żeby drwić ze mnie.
Nie mogłem dosięgnąć księżyca ani nawet tego parapetu, więc odwróciłem
głowę. Noc była chłodna, była wilgotna, była mglista - jak zwykle tutaj.
- Komisarz Sztuki, Pomników i Archiwów planety Ziemia raczej nie będzie
piłował Drzewa Świata - wychrypiałem.
- Mój kallikanzarosie - odpowiedziała zbyt szybko. - Nie powiedziałam
tego. Ale co roku rozbrzmiewa mniej dzwonów i nie zawsze tylko
pragnienie się liczy. Mam takie przeczucie, że jakoś spowodujesz zmiany.
Może...
- Jesteś w błędzie, Kasandro.
- Jestem też wystraszona i zmarznięta...
Była też piękna w ciemności, więc trzymałem ją w ramionach, żeby tak
jakby osłonić przed tą mglistą mgiełką.
***
Próbując odtworzyć wydarzenia tych ostatnich sześciu miesięcy,
uświadamiam sobie, że kiedy wznosiliśmy mury namiętności wokół naszego
października i wyspy Kos, Ziemia wpadła już w ręce tych potęg, które
miażdżą wszystkie październiki. Dowodzone z zewnątrz i od środka siły
ostatecznego rozpadu już wtedy maszerowały defiladowym krokiem pośród
ruin - anonimowe, nieuchronne, równo unoszące ramiona. Cort Myshtigo
wylądował w Port au Prince w antycznym Solbusie Dziewięć, który
przyniósł go tu z Tytana wraz z ładunkiem koszul i butów, bielizny,
skarpet, rozmaitych win, materiałów medycznych i najnowszych taśm
cywilizacji. Był bogatym i wpływowym galakto reporterem. Jak bardzo
bogatym, dowiedzieliśmy się dopiero po wielu tygodniach. Jak bardzo
wpływowym, odkryłem ledwie pięć dni temu.
Kiedy wędrowaliśmy między gajami zdziczałych oliwek, ostrożnie
wybieraliśmy drogę przez ruiny frankońskiego zamku, czy przeplataliśmy
nasze ścieżki z hieroglifami śladów mew na mokrym piasku plaż Kos,
zabijaliśmy tylko czas, czekając na okup, który nie mógł nadejść,
którego tak naprawdę nigdy nie powinniśmy się spodziewać.
Włosy Kasandry są koloru oliwek kalamati i lśniące. Dłonie ma miękkie,
palce krótkie, z delikatną błoną, oczy bardzo ciemne. Jest o jakieś
dziesięć centymetrów niższa ode mnie, przez co gracja jej ruchów to
niezłe osiągnięcie, bo ja mam sporo powyżej metra osiemdziesiąt.
Oczywiście, każda kobieta wydaje się pełna gracji, wdzięku i uroku,
kiedy idzie obok mnie, ponieważ ja jestem tych cech całkowicie
pozbawiony: mój lewy policzek przypomina mapę Afryki wyrysowaną w odcieniach fioletu - z powodu zmutowanego grzyba, którym się zaraziłem
od zapleśniałego płótna, kiedy odgrzebywałem Muzeum Guggenheima dla
Trasy Nowojorskiej; linia włosów schodzi na grubość palca od brwi; oczy
się różnią (spoglądam groźnie tym zimnym i niebieskim po prawej, jeśli
chcę kogoś onieśmielić; to brązowe służy Spojrzeniom Szczerym i Serdecznym). Noszę wzmocniony but, bo prawą nogę mam krótszą.
Właściwie Kasandra nie potrzebuje kontrastu. Jest piękna.
Spotkałem ją przypadkiem, ścigałem desperacko, poślubiłem wbrew własnej
woli (to ostatnie sama sobie wymyśliła). Nie zastanawiałem się nad tym -
nawet tego dnia, kiedy wprowadziłem moją kaiki do zatoki i zobaczyłem
tam Kasandrę niczym syrenę leżącą na słońcu pod platanem Hipokratesa, i stwierdziłem, że jej pragnę. Kallikanzaroi nie są stworzeniami
rodzinnymi. Po prostu znów mi coś nie wyszło.
Poranek nastał piękny. Zaczynaliśmy trzeci wspólny miesiąc. To był mój
ostatni dzień na Kos - z powodu telefonu, jaki odebrałem wczorajszego
wieczoru. Wszystko było jeszcze mokre po nocnym deszczu, a my
siedzieliśmy na patio, piliśmy kawę po turecku i jedliśmy pomarańcze.
Dzień zaczynał właśnie wciskać się do świata. Wilgotne podmuchy bryzy
powodowały gęsią skórkę pod czarną masą naszych swetrów i porywały parę
znad kawy.
- Rodos dactylos Auora... - powiedziała, wskazując palcem.
- Tak. - Pokiwałem głową. - Prawdziwie różanopalca i miła.
- Podziwiajmy ją.
- Oczywiście. Przepraszam.
Skończyliśmy kawę, zapaliliśmy.
- Paskudnie się czuję - stwierdziłem.
- Wiem - odparła. - To przestań.
- Nic nie poradzę. Muszę jechać i cię zostawić. To paskudne.
- Może tylko na parę tygodni. Sam mówiłeś. Potem wrócisz.
- Mam nadzieję. Ale gdyby to potrwało dłużej, przyślę po ciebie. Nie
wiem jeszcze, gdzie wtedy będę.
- Kto to jest Cort Myshtigo?
- Wegański aktor i dziennikarz. Ważny. Chce napisać o tym, co zostało z Ziemi. Więc muszę mu to pokazać. Ja. Osobiście. Szlag...
- Ktoś, kto robi sobie dziesięciomiesięczne wakacje, żeby popływać na
żaglach, nie może raczej narzekać na nadmiar obowiązków.
- Ja mogę... i będę. Moje stanowisko miało być synekurą. Przez dwadzieścia
lat ciężko pracowałem, żeby Sztukę, Pomniki i Archiwa zrobić tym, czym
są teraz. I dziesięć lat temu doszedłem do punktu, gdzie mój personel
potrafi sobie poradzić właściwie ze wszystkim. Wysłałem się na urlop i tylko czasami wracałem, żeby podpisać dokumenty. A poza tym robiłem, na
co tylko mi przyszła ochota. A teraz to... to podlizywanie się... że
komisarz osobiście zabierze wegańskiego pismaka na wycieczkę, którą
mógłby poprowadzić dowolny wykwalifikowany przewodnik! Weganie to nie
bogowie!
- Zaczekaj chwilkę, dobrze? - przerwała mi. - Dwadzieścia lat? Dziesięć
lat?
Poczułem się, jakbym tonął.
- Przecież nie masz nawet trzydziestu.
Zatonąłem głębiej. Odczekałem. Wynurzyłem się.
- Wiesz, jest taka sprawa, o której... w swoim milkliwym stylu... tak jakby
nie zebrałem się, żeby ci powiedzieć. Właściwie to ile masz lat,
Kasandro?
- Dwadzieścia.
- Aha... No bo wiesz... Jestem mniej więcej cztery razy starszy.
- Nie rozumiem.
- Ja też nie. Ani lekarze. Tak jakby zatrzymałem się gdzieś między
dwudziestką a trzydziestką i taki już zostałem. To pewnie rodzaj... no...
element mojej szczególnej mutacji, chyba. To jakaś różnica?
- Nie wiem... Tak.
- Nie przeszkadza ci, że utykam, że wiecznie jestem rozczochrany... nawet
moja twarz. Dlaczego wiek miałby ci przeszkadzać? Jestem młody pod
każdym wymaganym względem.
- To nie to samo - odparła z niepodlegającym dyskusji przekonaniem. - A jeśli nigdy się nie zestarzejesz?
Przygryzłem wargę.
- W końcu na pewno, prędzej czy później.
- A jeśli później? Kocham cię. Nie chcę być przy tobie staruszką.
- Dożyjesz stu pięćdziesięciu lat. Są kuracje S S. Dostaniesz je.
- Ale i tak nie pozostanę młoda. W przeciwieństwie do ciebie.
- Nie jestem naprawdę młody. Urodziłem się stary.
To też nie pomogło. Rozpłakała się.
- Przed nami jeszcze długie, długie lata - powiedziałem. - Kto wie, co
się przez ten czas wydarzy?
Rozpłakała się jeszcze bardziej.
Zawsze byłem impulsywny. Na ogół całkiem sprawnie radzę sobie z myśleniem, ale zwykle następuje ono dopiero po mówieniu - czyli wtedy,
kiedy zniszczę wszelkie podstawy dla dalszej konwersacji. To jeden z powodów, dla których mam kompetentny personel, dobre radio i przez
większość czasu jestem na wakacjach. Są jednak sprawy, których nie można
nikomu zlecić.
- Słuchaj - powiedziałem zatem. - Ty też masz w sobie trochę Gorącej
Materii. Potrzebowałem czterdziestu lat, żeby zdać sobie sprawę z tego,
że nie mam czterdziestu lat. Może z tobą będzie tak samo. W końcu jestem
tylko zwykłym chłopakiem z sąsiedztwa...
- A znasz jakieś inne przypadki takie jak twój?
- No...
- Nie znasz.
- Nie, nie znam.
Pamiętam, zapragnąłem wtedy, by znów być na mojej łodzi, starej łajbie
"Golden Vanitie", stojącej teraz w zatoce. Pamiętam, jak pragnąłem, by
na nowo wpływać do portu, widzieć tam Kasandrę ten olśniewający pierwszy
raz i móc zacząć wszystko od nowa - albo powiedzieć jej o tym od razu,
albo przesunąć się do tego mojego wyjazdu i trzymać język za zębami w kwestii wieku.
To był przyjemny sen, ale trudno, do diabła, miodowy miesiąc dobiegł
końca.
Odczekałem, aż przestała płakać, i znów poczułem na sobie jej wzrok.
- Już dobrze? - spytałem.
- Lepiej, dziękuję.
Znalazłem i ująłem jej bezwładną dłoń; uniosłem do ust.
- Rodos dactylos - szepnąłem.
- Może to dobry pomysł - odpowiedziała - żebyś teraz wyjechał...
przynajmniej na jakiś czas....
A bryza, która zwiewała parę, powróciła wilgotna, przywołała gęsią
skórkę, sprawiła, że albo zadrżała jej dłoń, albo moja, nie jestem
pewien. Potrząsnęła też liśćmi, które zrzuciły nam na głowy krople wody.
- Przesadziłeś ze swoim wiekiem? - spytała. - Choć trochę?
Ton jej głosu sugerował, że potwierdzenie będzie najrozsądniejszą
odpowiedzią.
A zatem...
- Tak - przyznałem szczerze.
Uśmiechnęła się wtedy, jakby upewniona o moim człowieczeństwie.
Ha!
Siedzieliśmy tak, trzymając się za ręce i przyglądając się porankowi. Po
chwili zaczęła nucić. To była smutna piosenka sprzed wieków. Ballada.
Opowiadała historię młodego zapaśnika Temoklesa, który nigdy nie został
pokonany. Zaczął więc uważać się za najlepszego zapaśnika wśród
żyjących. W końcu wykrzyczał swoje wyzwanie ze szczytu góry, a że było
to zbyt blisko domu, bogowie zareagowali szybko: następnego dnia do
miasteczka wjechał kulawy chłopiec na okrytym pancerzem grzbiecie
wielkiego dzikiego psa. Walczyli potem, Temokles i chłopiec, przez trzy
dni i trzy noce, aż czwartego dnia chłopiec złamał przeciwnikowi kark i zostawił go na polu. Gdzie tylko spadła kropla krwi Temoklesa, tam
rozkwitły striga fleur, jak je nazywa Emmet, kwiat pijący krew, który
nocą pełza bez korzeni, we krwi swych ofiar szukając ducha pokonanego
mistrza. Ale duch Temoklesa uleciał z Ziemi, więc kwiaty muszą przez
wieczność go poszukiwać. Historia prostsza niż u Ajschylosa, ale też
jesteśmy prostszym ludem niż kiedyś, zwłaszcza ci z kontynentu. Poza tym
nie tak się to odbyło.
- Czemu płaczesz? - spytała mnie nagle.
- Myślę o obrazie na tarczy Achilleusa - odpowiedziałem. - I jaka to
straszna rzecz być wykształconym zwierzęciem. I nie płaczę. Kapie na
mnie z liści.
- Zrobię jeszcze kawy.
Wypłukałem kubki, kiedy się tym zajmowała. Poprosiłem, żeby
przypilnowała "Vanitie", kiedy wyjadę, a gdybym po nią przysłał, żeby
wyciągnęła łódź na brzeg. Obiecała, że to zrobi.
Słońce przewędrowało wyżej na niebie, a po pewnym czasie dobiegł do nas
odgłos uderzeń młotka z warsztatu starego Aldonesa, wytwórcy trumien.
Rozbudziły się cyklameny i bryza niosła nam przez pola ich aromat.
Wysoko nad nami, niczym zły omen, nietopająk szybował po niebie w stronę
lądu. Zapragnąłem nagle zacisnąć palce na kolbie 30 06, narobić huku i przyglądać się, jak stwór spada. Ale jedyna broń palna, o jakiej
wiedziałem, była teraz na pokładzie "Vanitie", więc tylko patrzyłem, jak
bestia znika za horyzontem.
- Podobno nie pochodzą z Ziemi - zauważyła, też spoglądając w tamtą
stronę. - Podobno sprowadzili je z Tytana do ogrodów zoologicznych i tak
dalej.
- Zgadza się.
- I wyrwały się na wolność podczas Trzech Dni, zdziczały i urosły
większe niż kiedykolwiek na swoim świecie.
- Kiedyś widziałem takiego ze skrzydłami o rozpiętości prawie dziesięciu
metrów.
- Brat dziadka opowiadał mi historię, którą słyszał w Atenach -
powiedziała. - O człowieku, który zabił takiego, chociaż nie miał żadnej
broni. Bestia porwała go z pomostu, na którym stał... w Pireusie. No i ten
człowiek gołymi rękami złamał jej kark. Spadli z trzydziestu metrów do
wody. Człowiek przeżył.
- To było dawno temu. - Przypomniałem sobie. - Zanim jeszcze Biuro
rozpoczęło kampanię, żeby je wytępić. Wtedy było ich więcej i były
bardziej zuchwałe. Dzisiaj unikają miast.
- O ile dobrze pamiętam, ten człowiek miał na imię Konstantin. Czyżbyś
to był ty?
- Nazywał się Karagiozis.
- Jesteś Karagiozisem?
- Jeśli chcesz, żebym był... A dlaczego?
- Ponieważ on później pomagał zakładać returnistyczny Radpol w Atenach,
a ty masz bardzo silne ręce.
- Jesteś returnistką?
- Tak. A ty?
- Pracuję dla Biura. Nie mam żadnych politycznych opinii.
- Karagiozis podkładał bomby w kurortach.
- To prawda.
- Żałujesz, że to robił?
- Nie.
- Tak naprawdę nic o tobie nie wiem, prawda?
- Wiesz o mnie co tylko chcesz. Wystarczy zapytać. Tak naprawdę jestem
całkiem prostym człowiekiem... Moja powietrzna taksówka już leci.
- Nic nie słyszę.
- Zaraz usłyszysz.
Po chwili pojazd spłynął z nieba nad Kos, kierując się na nadajnik,
który ustawiłem na końcu patio. Wstałem i przyciągnąłem ją, kiedy
zabrzęczał nisko: śmigacz Radsona, sześciometrowa muszla odbić i przejrzystości, płaskodenna i tęponosa.
- Coś jeszcze chcesz ze sobą zabrać? - spytała.
- Wiesz co. Ale nie mogę.
Śmigacz wylądował i otworzył właz. Pilot w goglach obejrzał się.
- Mam przeczucie - powiedziała - że zmierzasz ku jakiemuś zagrożeniu.
- Nie sądzę, Kasandro.
Ani nacisk, ani osmoza nie przywrócą Adamowi straconego żebra, dzięki
Bogu.
- Do zobaczenia, Kasandro.
- Do zobaczenia, mój kallikanzarosie.
Wsiadłem do śmigacza i skoczyłem w niebo, szepcząc modlitwę do Afrodyty.
W dole Kasandra machała mi na pożegnanie. Za mną słońce zaciskało swą
sieć promieni. Pędziliśmy na zachód, i to dobre miejsce, żeby płynnie
przejść do dalszego ciągu, ale nie ma żadnego. Lot z Kos do Port au
Prince trwał cztery godziny: szare wody, blade gwiazdy i ja, wściekły,
patrzący na kolorowe światełka...
***
W holu roili się ludzie, a wielki tropikalny księżyc świecił jasno,
jakby miał się rozpęknąć. A widziałem jedno i drugie dlatego, że w końcu
udało mi się wywabić Ellen Emmet na balkon, którego drzwi utrzymywały w pozycji otwartej magnetyczne klamry.
- Znowu wróciłeś z martwych - powitała mnie z lekkim uśmiechem. - Nie
było cię prawie rok i z Cejlonu nie przysłałeś mi nawet życzeń powrotu
do zdrowia.
- A chorowałaś?
- Mogłam.
Była drobna i - jak wszyscy nienawidzący dnia - jasnoskóra pod
symkolorem. Przypominała mi skomplikowaną ruchomą lalę z uszkodzonym
mechanizmem: zimna gracja i skłonność do kopania ludzi po kostkach,
kiedy najmniej się tego spodziewają. Miała masę, masę
brązowopomarańczowych włosów, splecionych w gordyjski węzeł fryzury,
budzący we mnie frustrację, kiedy w myślach próbowałem go rozplątać.
Nosiła taką barwę oczu, jaka odpowiadała bóstwu wybranemu przez nią na
ten konkretny dzień - dzisiaj już zapominam, ale gdzieś w głębi zawsze
były niebieskie. Miała na sobie coś brunatnozielonego, z takiej ilości
materiału, że mogłaby owinąć się parę razy, i w czym wyglądała jak
bezkształtne zielsko, co było największym krawieckim oszustwem na
świecie - chyba że była w ciąży, ale nie sądzę.
- No to wracaj do zdrowia - powiedziałem. - Jeśli potrzebujesz. Nie
dotarłem na Cejlon. Większość czasu tkwiłem na Morzu Śródziemnym.
W sali zabrzmiały oklaski. Byłem zadowolony, że stoję na zewnątrz.
Aktorzy właśnie skończyli Masque of Demeter Grabera, którą napisał w pentametrze i dla uhonorowania naszego wegańskiego gościa, a utwór był
dwugodzinny i zły. Phil to człowiek dobrze wykształcony i łysiejący,
więc dobrze wypadał w swojej roli, ale tamtego dnia, kiedy go
wybraliśmy, naprawdę trudno nam było znaleźć jakiegoś laureata. Miewał
napady zachwytu nad Rabindranathem Tagore i Chrisem Isherwoodem, pisania
przeraźliwie długich metafizycznych traktatów, opowiadania o Oświeceniu
i codziennych ćwiczeń oddechowych na plaży. Poza tym był całkiem
przyzwoitym gościem.
Oklaski ucichły. Usłyszałem szkliste brząkania telinstry i budzące się
głosy.
Ellen oparła się o balustradę.
- Słyszałam, że jesteś ostatnio tak jakby żonaty.
- To prawda - potwierdziłem. - A także tak jakby zabiegany. Po co mnie
wezwali?
- Spytaj swojego szefa.
- Spytałem. Powiedział, że mam być przewodnikiem. Chciałbym jednak
wiedzieć dlaczego. Poznać ten prawdziwy powód. Zastanawiałem się i coraz
mniej rozumiem.
- Więc skąd ja mam wiedzieć?
- Ty wiesz wszystko.
- Przeceniasz mnie, skarbie. Jaka ona jest?
Wzruszyłem ramionami.
- Jak syrena, może. Dlaczego?
Potrząsnęła głową.
- Po prostu jestem ciekawa. A kiedy mówisz o mnie, to że jestem jak co?
- Nie mówię, że jesteś jak cokolwiek.
- Czuję się urażona. Muszę być jak coś... chyba że jestem wyjątkowa.
- Zgadza się. Jesteś wyjątkowa.
- W takim razie dlaczego nie zabrałeś mnie ze sobą w zeszłym roku?
- Bo jesteś osobą towarzyską i potrzebujesz miasta wokół siebie. Możesz
być szczęśliwa tylko tutaj, w Port.
- Ale nie jestem szczęśliwa tutaj, w Port.
- Tutaj w Port jesteś mniej nieszczęśliwa niż gdziekolwiek indziej na
tej planecie.
- Mogliśmy chociaż spróbować - odpowiedziała, odwracając się do mnie
plecami, by spojrzeć na zbocze, w stronę świateł dzielnicy portowej.
- Wiesz - odezwała się po długiej chwili - jesteś tak piekielnie
brzydki, że aż atrakcyjny. To na pewno to.
Moja wyciągnięta ręka znieruchomiała parę centymetrów od jej ramienia.
- Wiesz... - ciągnęła monotonnym głosem, całkiem wypranym z emocji -
jesteś koszmarem, który chodzi jak człowiek.
Opuściłem rękę i zachichotałem.
- Wiem - odparłem. - Pięknych snów.
Zacząłem się odwracać, ale chwyciła mnie za rękaw.
- Zaczekaj!
Spojrzałem na jej rękę, potem w oczy i znów na rękę. Puściła mnie.
- Wiesz, że nigdy nie mówię prawdy - powiedziała. I zaśmiała się lekko,
delikatnie. - I przyszło mi do głowy, że powinieneś coś wiedzieć o tej
wyprawie. Donald Dos Santos tu jest i myślę, że też się wybierze.
- Dos Santos? To śmieszne.
- Jest teraz w bibliotece na górze, z George'em i jakimś wielkim Arabem.
Spojrzałem poza nią, na dzielnicę portową, obserwując, jak cienie suną
wzdłuż mrocznych uliczek, ciemne i powolne, tak podobne do moich myśli.
- Wielki Arab? - powtórzyłem po chwili. - Blizny na rękach? Żółte oczy?
Ma na imię Hasan?
- Tak, zgadza się. Znasz go?
- Kiedyś dla mnie pracował - przyznałem.
I uśmiechnąłem się, chociaż krew mi zastygła, bo wolę, żeby ludzie nie
wiedzieli, co myślę.
- Uśmiechasz się - zauważyła. - O czym myślisz?
Taka właśnie jest.
- Myślę, że traktujesz sprawy o wiele poważniej, niż sądziłem.
- Bzdura. Często ci powtarzałam, że jestem straszną kłamczuchą.
Właściwie to parę sekund temu... a chodziło mi tylko o niewielką potyczkę
w wielkiej wojnie. I masz rację, że tutaj jestem mniej nieszczęśliwa niż
gdziekolwiek na Ziemi. Więc może pogadałbyś z George'em, namówił go,
żeby przyjął pracę na Talerze albo Bakabie? Co?
- Jasne - zgodziłem się. - Pewnie. Nie ma sprawy. Tak po prostu... choć ty
próbujesz od dziesięciu lat. A jak się miewa jego kolekcja chrząszczy?
Uśmiechnęła się, tak jakby.
- Rośnie - odparła. - W szybkim tempie. Brzęczy i pełza. Niektóre z tych
pełzających są radioaktywne. Mówię mu: George, czemu się nie uganiasz za
innymi kobietami, zamiast cały czas siedzieć wśród tych robali? Ale on
tylko kręci głową i wygląda na entuzjastę. Więc mówię: George, któregoś
dnia jakiś robal cię ukąsi i zostaniesz impotentem; co wtedy? A on mi
tłumaczy, że to niemożliwe, i urządza wykład o toksynach owadów. Może
tak naprawdę sam jest chrząszczem w przebraniu? Podejrzewam, że doznaje
jakiejś seksualnej rozkoszy od patrzenia, jak roją się w tych swoich
zbiornikach. Nie mam innego wyjaśnienia...
Odwróciłem się wtedy i zajrzałem na salę, bo twarz Vellen nie była już
taka sama. Kiedy po chwili usłyszałem jej śmiech, stanąłem przodem do
niej i ścisnąłem ją za ramię.
- Dobrze, wiem teraz więcej niż poprzednio. Dzięki. Zobaczymy się jakoś
niedługo.
- Powinnam czekać?
- Nie. Dobranoc.
- Dobrej nocy, Conradzie.
I odszedłem.
Przejście przez salę może być przedsięwzięciem nerwowym i czasochłonnym,
jeśli jest pełna ludzi, jeśli ci ludzie cię znają, jeśli trzymają w rękach kieliszki i jeśli masz choćby lekką tendencję do utykania.
Była, znali, trzymali i miałem. A więc...
Myśląc niepozorne myśli, przesuwałem się ostrożnie pod ścianą, na
peryferiach człowieczeństwa, aż jakieś sześć metrów dalej dotarłem do
enklawy młodych dam, które zawsze krążyły wokół tego starego kawalera.
Miał cofnięty, prawie nieistniejący podbródek, prawie nieistniejące
wargi i przestającą istnieć fryzurę. Charakter, widoczny niegdyś w owym
okrywającym czaszkę ciele, wycofał się w ciemność jego oczu, i w oczach
tych, kiedy mnie dostrzegły, pojawił się nowy wyraz: uśmiech
nadciągającego gniewu.
- Phil... - Skinąłem mu głową. - Nie każdy potrafiłby napisać taką masque.
Niektórzy mówią, że to ginąca sztuka, ale teraz wiem, że to nieprawda.
- Nadal żyjesz - odpowiedział głosem o siedemdziesiąt lat młodszym niż
cała reszta. - I jak zwykle się spóźniłeś.
- Korzę się ze skruchą - odparłem. - Ale zatrzymało mnie przyjęcie
urodzinowe pewnej damy w wieku siedmiu lat w domu starego przyjaciela...
(Co było prawdą, ale nie ma żadnego związku z tą historią).
- Wszyscy twoi przyjaciele są starymi przyjaciółmi, prawda? - zapytał.
To był cios poniżej pasa, tylko dlatego, że znałem jego ledwie
pamiętanych rodziców i zabrałem ich na południową stronę Erechtejonu, by
pokazać Ganek Kor i żeby zobaczyli, co lord Elgin zrobił z resztą. I przez cały czas niosłem na ramionach dzieciaka z błyszczącymi oczami,
opowiadając mu historie, które były stare, kiedy budowano tę świątynię.
- I potrzebuję twojej pomocy - ciągnąłem, ignorując tę złośliwość, a równocześnie delikatnie przeciskałem się przez miękki i pachnący krąg
kobiecości. - Całą noc zajmie mi przejście przez tę salkę do miejsca,
gdzie Sands towarzysko bryluje z Weganinem... przepraszam bardzo,
panienko... a nie mam na to całej nocy... Pani wybaczy... Więc chciałbym, byś
jakoś mnie tam przeprowadził.
- To pan Nomikos - szepnęła jakaś ślicznotka, wpatrując się w mój
policzek. - Zawsze chciałam...
Chwyciłem jej dłoń, przycisnąłem do warg, zauważyłem, że na jej palcu
jarzy się różowo pierścionek Camille.
- Ale Kismet nie sprzyja, co? - przerwałem i puściłem jej rękę.
- I co na to powiesz? - spytałem Grabera. - Wyciągnij mnie stąd w możliwie krótkim czasie, w swoim typowym dworskim stylu, prowadząc
rozmowę, której nikt nie ośmieli się przerwać. Zgoda? To chodźmy.
Szorstko skinął głową.
- Wybaczcie, moje panie, niedługo wracam.
Ruszyliśmy przez salę, sunąc między rzędami ludzi. Wysoko nad nami
dryfowały żyrandole, obracając się jak wielościenne lodowe satelity.
Telinstra była inteligentną eolską harfą, rzucającą okruchy swej pieśni
w powietrzne ozdoby z barwionego szkła. Ludzie brzęczeli i kręcili się
jak niektóre z owadów George'a Emmeta, a unikaliśmy ich rojów, stawiając
jedną stopę przed drugą bez żadnej przerwy i wydając własne odgłosy. Nie
stanęliśmy na nikim, kogo moglibyśmy rozdeptać.
Noc była ciepła, większość mężczyzn miała na sobie lekkie jak piórko
czarne galowe mundury, które zgodnie z protokołem nosi przy takich
okazjach personel. Ci, którzy ich nie mieli, nie należeli do personelu.
Niewygodne, mimo swej lekkości, galowe czarne mundury spinają się
magnetycznie po bokach, pozostawiając gładki przód, na którym wysoko na
lewej piersi umieszczone są zielono błekitno-szare insygnia Ziemi,
średnicy około ośmiu centymetrów; poniżej nosi się symbol departamentu,
a pod nim oznakę rangi. Na prawą pierś trafiają najrozmaitsze błyszczące
śmieci, jakie można wymyślić, żeby sugerowały godność - stworzone przez
obdarzone bogatą wyobraźnią Biura Nadań, Insygniów, Medali, Orderów,
Transferów i Awansów (w skrócie NIMOTA - jego pierwszy dyrektor doceniał
swoje stanowisko). Kołnierzyk już po dziesięciu minutach ma tendencję do
przemiany w garotę - przynajmniej mój.
Panie nosiły - albo nie - cokolwiek chciały. Zwykle jaskrawe albo
uzupełnione pastelowym symkolorem - chyba że należały do personelu, bo w tym przypadku chodziły ciasno opakowane w Galową Czerń z krótkimi
spódniczkami, choć z możliwymi do wytrzymania kołnierzykami. Pozwalało
to łatwiej odróżnić pilnowanych od pilnujących.
- Słyszałem, że zjawił się tu Dos Santos - powiedziałem.
- To prawda.
- Po co?
- Nie mam pojęcia i nic mnie to nie obchodzi.
- Coś takiego. Gdzie się podziała twoja słynna świadomość polityczna?
Wydział Krytyki Literackiej zawsze ją u ciebie wychwalał.
- W moim wieku zapach śmierci staje się bardziej niepokojący za każdym
razem, kiedy go wyczuwam.
- I Dos Santos tak pachnie?
- Raczej cuchnie.
- Słyszałem, że zatrudnił naszego dawnego współpracownika, jeszcze z czasów Sprawy Madagaskarskiej.
Phil przechylił głowę i rzucił mi zdziwione spojrzenie.
- Wieści szybko do ciebie docierają... No ale w końcu jesteś przyjacielem
Ellen. Tak, Hasan tu jest. Siedzi na górze z Donem.
- Czyjemu karmicznemu brzemieniu zechce ulżyć?
- Jak już mówiłem, nie mam pojęcia i niezbyt mnie to interesuje.
- Chciałbyś spróbować zgadnąć?
- Niespecjalnie.
Gąszcz ludzi zaczął się przerzedzać i zatrzymałem się, żeby wziąć rum z czymśtam z latającego barku, który podążał za nami natrętnie, aż nie
mogłem już znieść tej jego gorliwości i w końcu nacisnąłem żołądź
wiszący mu na końcu ogona. Wtedy obniżył się posłusznie i uśmiechnął
szeroko, odsłaniając skarby chłodzonego wnętrza.
- Och, cudownie. Postawić ci drinka, Phil?
- Myślałem, że się śpieszysz.
- To prawda, ale chcę najpierw przeanalizować sytuację.
- W porządku. Wezmę symcolę.
Zmrużyłem oczy i podałem mu napój. Potem, kiedy się odwrócił, podążyłem
wzrokiem za jego spojrzeniem w stronę foteli ustawionych we wnęce
utworzonej z dwóch stron przez północno wschodni narożnik sali, a z trzeciej przez ciężką bryłę telinstry. Na telinstrze grała jakaś starsza
dama o rozmarzonych oczach. Dyrektor Ziemi, Lorel Sands, palił fajkę...
Ta fajka to jeden z ciekawszych elementów osobowości Lorela. Prawdziwa
morska pianka - niewiele takich już zostało na świecie. Co do reszty
jego cech, to pełni funkcję jak gdyby antykomputera: karmi się go
starannie gromadzonymi faktami, liczbami i danymi, a on tłumaczy je na
bełkot. Bystre ciemne oczy, przenikliwie wpatrzone w rozmówcę, i powolny
dudniący głos. Rzadko gestykuluje, ale jeśli już, czyni to bardzo
stanowczo, rozcinając powietrze szerokim gestem prawej dłoni albo
szturchając wyimaginowane damy swoją fajką... Włosy ma siwe na skroniach,
ale wyżej ciemne, wysokie kości policzkowe i cerę pasującą do jego
tweedów - konsek wentnie unika Galowej Czerni. Do tego wciąż stara się
wypychać dolną szczękę do przodu nieco dalej, niż wydaje się to wygodne.
Został mianowany przez rząd Ziemi na Talerze z powodów głównie
politycznych, ale traktuje swoją pracę całkiem poważnie, demonstrując
oddanie okresowymi atakami wrzodów żołądka. Nie jest
najinteligentniejszym człowiekiem na Ziemi. Jest moim szefem. I jednym z moich najlepszych przyjaciół.
Obok siedział Cort Myshtigo. Wyczuwałem niemal nienawiść Phila do niego
- od bladoniebieskich podeszew sześciopalczastych stóp po różową farbę
pasa włosów od skroni do skroni, oznakę wyższej kasty. Nienawidził go
nie dlatego, że był sobą, ale dlatego, miałem pewność, że był
najbliższym dostępnym krewnym - wnukiem - Tatrama Myshtigo, który
czterdzieści lat wcześniej zaczął wykazywać, że najwybitniejszym żyjącym
twórcą literatury anglojęzycznej jest Weganin. Staruszek nadal się tym
zajmuje i nie sądzę, by Phil mu kiedyś wybaczył.
Kątem oka (tego niebieskiego) spostrzegłem, że Ellen schodzi po
szerokich, bogato zdobionych schodach na drugim końcu sali. Kątem
drugiego oka zauważyłem, że Lorel spogląda w moją stronę.
- Właśnie - rzekłem - zostałem wypatrzony i muszę złożyć wyrazy szacunku
talerskiemu Williamowi Seabrookowi. Idziesz ze mną?
- No... No dobrze - zgodził się Phil. - Cierpienie rozwija ducha.
Przeszliśmy do wnęki i stanęliśmy przed dwoma fotelami, pomiędzy muzyką
i gwarem, w ośrodku władzy. Lorel wstał powoli i podał nam rękę.
Myshtigo wstał jeszcze wolniej i nie podał. Przyglądał się tylko
bursztynowymi oczami w nieruchomej twarzy, kiedy zostaliśmy mu
przedstawieni. Jego luźna pomarańczowa koszula falowała bezustannie,
kiedy przelotowe płuca wypychały powietrze w wiecznym wydechu z przednich nozdrzy u podstawy szerokiej klatki piersiowej. Skinął lekko
głową, powtarzając moje nazwisko. Potem z czymś zbliżonym do uśmiechu
zwrócił się do Phila.
- Czy chciałby pan, żebym przetłumaczył pańską masque na angielski? -
zapytał głosem brzmiącym jak konający kamerton.
Phil odwrócił się na pięcie i odszedł.
Przez moment miałem wtedy wrażenie, że Weganin umiera, póki sobie nie
przypomniałem, że ich śmiech brzmi trochę jak dławienie się kozła.
Staram się trzymać z daleka od Wegan, unikając kurortów.
- Siadaj - zaprosił mnie Lorel, trochę zakłopotany.
Przysunąłem sobie fotel i usiadłem naprzeciw nich.
- Jasne.
- Cort zamierza napisać książkę - oznajmił Lorel.
- Tak, mówiłeś.
- O Ziemi.
Przytaknąłem.
- Wyraził też pragnienie, żebyś był jego przewodnikiem w wyprawie do
pewnych Dawnych Miejsc...
- Jestem zaszczycony - odparłem dość sztywno. - A także ciekawy, co
wpłynęło na ten wybór.
- A jeszcze ciekawszy, co on może o panu wiedzieć, prawda? - odezwał się
Weganin.
- Owszem, to prawda - przyznałem. - O kilkaset procent ciekawszy.
- Zapytałem maszyny.
- Świetnie. Teraz już wiem.
Oparłem się wygodnie i dopiłem drinka.
- Kiedy taki pomysł przyszedł mi do głowy, zacząłem od sprawdzenia
Rejestru Statystyk Ludności dla Ziemi, po prostu dla poznania ogólnych
ludzkich danych. Kiedy trafiłem na coś interesującego, próbowałem w aktach personelu Biura Ziemi...
- Mhm.. - wymruczałem.
- ...i bardziej mnie zdziwiło to, czego o panu nie mówią, niż to, co
mówią.
Wzruszyłem ramionami.
- W pańskiej karierze zawodowej są liczne luki. Nawet teraz nikt
właściwie nie wie, co pan robi przez większość czasu. A przy okazji,
kiedy się pan urodził?
- Nie wiem. To była maleńka grecka wioska i w tamtym roku skończyły im
się kalendarze. Ale podobno w Boże Narodzenie.
- Według pańskich danych osobowych ma pan siedemdziesiąt siedem lat.
Według Statystyk Ludności albo sto jedenaście, albo sto trzydzieści.
- Skłamałem co do wieku, żeby dostać pracę. Trwała depresja.
- Stworzyłem więc profil Nomikosa, dość przecież nietypowy, i ustawiłem
Statystyki Ludności na wyszukiwanie fizycznych odpowiedników do poziomu
0,001 we wszystkich bankach danych, łącznie z tymi zamkniętymi.
- Niektórzy zbierają stare monety, inni budują modele rakiet...
- Odkryłem, że mógł pan być trzema, czterema czy pięcioma innymi
osobami; wszystkie to Grecy, a jedna z nich naprawdę niezwykła. Ale
oczywiście Konstantin Korones, jeden ze starszych, urodził się dwieście
trzydzieści cztery lata temu. W Boże Narodzenie. Niebieskie oko, brązowe
oko. Prawa noga krótsza. Ta sama linia włosów w wieku dwudziestu trzech
lat. Ten sam wzrost, te same dane systemu Bertilliona.
- Te same odciski palców? Wzór siatkówki?
- Wiele starszych wpisów w Rejestrze ich nie zawiera. Może wtedy byli
bardziej niedbali? A może nie pilnowali dokładnie, kto ma dostęp do
publicznych danych.
- Zdaje pan sobie sprawę, że w tej chwili na planecie żyją ponad cztery
miliony osobników. Przeszukując dane na trzysta czy czterysta lat
wstecz, można znaleźć bliźniaków, a może nawet trojaczki dla znacznej
liczby z nich. Co z tego?
- Te odkrycia sprawiły, że stał się pan intrygujący, to wszystko. Niemal
jak duch tego miejsca... i jest pan dziwnie okaleczony, tak jak ono. Z pewnością nigdy nie osiągnę pańskiego wieku, jaki by nie był, więc byłem
ciekaw, jaki rodzaj wrażliwości rozwija w sobie człowiek, który ma do
dyspozycji tyle czasu, zwłaszcza przy pańskiej pozycji jako nadzorcy
historii i sztuki tego świata. Dlatego poprosiłem o pańskie usługi -
zakończył.
- A teraz, kiedy już mnie pan poznał takiego okaleczonego i w ogóle,
mogę iść do domu?
- Conrad! - Zaatakowała mnie fajka.
- Nie, panie Nomikos, istnieją też pewne względy praktyczne. To
niebezpieczny świat, a pan ma wysoki potencjał przeżywalności. Chcę mieć
pana przy sobie, ponieważ chcę przeżyć.
Wzruszyłem ramionami.
- No dobrze, to ustaliliśmy. Co teraz?
Parsknął.
- Dostrzegam, że mnie pan nie lubi.
- Skąd to panu przyszło do głowy? Tylko dlatego, że obraził pan mojego
przyjaciela, zadawał mi impertynenckie pytania i dla kaprysu zmusił mnie
do służenia panu...
- ...wykorzystywał pańskich rodaków, zamienił pański świat w burdel i wykazał absolutną prowincjonalność ludzkiej rasy w porównaniu do
galaktycznej kultury, starszej o całe eony...
- Nie mówię tu o pańskiej rasie i mojej rasie. To sprawa czysto
osobista. Powtórzę więc: obraził pan mojego przyjaciela, zadawał mi
impertynenckie pytania i dla kaprysu zmusił mnie do służby...
- (Dyszenie kozła) Jest obrazą dla duchów Homera i Dantego, żeby taki
człowiek tworzył pieśni dla ludzkiej rasy.
- W tej chwili jest najlepszy, jakiego mamy.
- W takim razie powinniście sami sobie radzić.
- To nie jest powód, by traktować go tak, jak pan przed chwilą.
- Myślę, że jest, inaczej bym tego nie zrobił. Po drugie, zadaję takie
pytania, jakie mam ochotę, a pańskim prawem jest odpowiadać na nie lub
nie, jak pan uzna za stosowne. Co pan właśnie uczynił. I wreszcie, nikt
pana do niczego nie zmuszał. Jest pan urzędnikiem państwowym. Otrzymał
pan polecenie. Proszę się kłócić ze swoim Biurem, nie ze mną. Dodam też,
po chwili namysłu, że wątpię, by posiadał pan dostateczne dane
pozwalające używać określenia "kaprys" tak swobodnie, jak pan to czyni.
Sądząc po minie Lorela, jego wrzód milcząco skomentował sytuację, gdy
odpowiedziałem:
- Więc niech pan nazywa swoją nieuprzejmość szczerością, jeśli pan chce,
albo produktem odmiennej kultury; niech pan swoje wpływy usprawiedliwia
sofistyką, a po namyśle sądzi, na co panu przyjdzie ochota. I jak
najbardziej proszę wygłaszać wszelkiego rodzaju nieuprawnione osądy, bym
i ja w odpowiedzi mógł osądzać pana. Zachowuje się pan jak
Przedstawiciel Króla w Kolonii Korony Brytyjskiej - oświadczyłem,
wyraźnie akcentując wielkie litery. - I to mi się nie podoba. Czytałem
wszystkie pańskie książki. Czytałem też książki pańskiego dziada, na
przykład Lament ziemskiej nierządnicy, i nigdy nie będzie pan kimś
takim jak on. On miał coś, co nazywamy współczuciem. Pan nie. Wszystko,
co pan sądzi o starym Philu, pana dotyczy w dwójnasób w mojej opinii.
Ten kawałek o dziadku musiał trafić w czułe miejsce, bo aż drgnął, kiedy
padło na niego moje błękitne spojrzenie.
- No więc cmoknij mnie w łokieć - dodałem albo jakoś podobnie po
wegańsku.
Sands nie zna veggy tak dobrze, żeby to wyłapać, ale zaczął wydawać
uspokajające dźwięki. Rozglądał się nerwowo, niepewny, czy ktoś nas nie
usłyszał.
- Proszę cię, Conradzie, może znajdź swoje profesjonalne podejście i zacznij je stosować. Srin Shtigo, może wróćmy do planowania?
Myshtigo rzucił mu swój niebieskozielony uśmiech.
- I zmniejszymy dzielące nas różnice? - spytał. - Bardzo dobrze.
- Przejdźmy w takim razie do biblioteki. Tam jest ciszej i możemy używać
mapy ekranowej.
- Świetnie.
Wstając, czułem się tak, jakbym miał dostać wsparcie, bo na górze był
Dos Santos, a on nienawidzi Wegan; poza tym, gdziekolwiek jest Dos
Santos, jest też Diane, dziewczyna w rudej peruce, która nienawidzi
wszystkich. Wiedziałem również, że na górze jest George Emmet i Ellen
także, a George przy obcych jest zimny jak ryba (zresztą przy znajomych
też), i może Phil zajrzy później i też ostrzela ten Fort Sumter. No i Hasan - niewiele mówi, siedzi tylko i z nieprzeniknioną miną pali to
swoje zielsko, ale gdyby stanąć zbyt blisko i odetchnąć głęboko parę
razy, człowiek przestałby się przejmować, co takiego powiedział Weganom...
i ludziom też.
***
Miałem nadzieję, że pamięć Hasana znajdzie się na lodzie albo gdzieś tam
w górze, pośród chmur.
Nadzieja umarła, kiedy weszliśmy do biblioteki. Siedział wyprostowany i sączył lemoniadę.
Miał osiemdziesiąt czy dziewięćdziesiąt lat, może więcej, wyglądał na
czterdzieści, ale wciąż potrafił się poruszać jak trzydziestolatek.
Kuracja Sprunga Samsera trafiła na przedmiot wysoce responsywny. To nie
zdarza się często. Prawdę mówiąc, prawie nigdy. U niektórych bez żadnego
rozsądnego powodu wywołuje przyśpieszony wstrząs anafilaktyczny i nawet
dosercowa dawka adrenaliny nie potrafi ich z tego wyciągnąć; inni,
większość, zastygają na sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu latach. Ale
w pewnych rzadkich przypadkach po przyjęciu serii dawek rzeczywiście
młodnieją - mniej więcej jeden na sto tysięcy.
Wydało mi się dość dziwne, że na wielkiej strzelnicy przeznaczenia
akurat jemu udało się trafić, i to w taki sposób.
Minęło ponad pięćdziesiąt lat od Sprawy Madagaskarskiej, w której Hasan
został zatrudniony przez Radpol w ich wendetcie przeciwko Talerytom.
Dostawał pieniądze od (niech spoczywa w pokoju) wielkiego K. w Atenach,
który posłał go, żeby zeszlifował Rządową Agencję Nieruchomości. I to
zrobił. Bardzo sprawnie. Jednym zestawem jądrowym. Bum. Natychmiastowe
tereny pod zabudowę. Nazywany Hasanem Asasynem przez Nielicznych, jest
ostatnim najemnikiem na Ziemi.
A także, poza Philem (który nie zawsze nosił bezklingowy miecz bez
rękojeści), Hasan należał do tych Bardzo Nielicznych, którzy pamiętali
dawnego Karaghiosa.
A zatem uszy do góry i grzybem naprzód, spróbowałem pierwszym
spojrzeniem przyćmić mu umysł. I albo działały tam jakieś prastare i tajemnicze moce, w co wątpiłem, albo był na większym haju, niż mi się
wydawało, co jest możliwe, albo zapomniał mojej twarzy, co pewnie byłoby
możliwe, choć mało prawdopodobne, albo też działał zgodnie z zawodową
etyką lub prymitywną zwierzęcą przebiegłością (posiadał jedno i drugie,
w różnych proporcjach, jednak z przewagą zwierzęcej przebiegłości). W każdym razie nic nie dał po sobie poznać, kiedy nas przedstawiono.
- To mój ochroniarz Hasan - powiedział Dos Santos z uśmiechem
jaśniejącym jak flara magnezjowa.
Potrząsnąłem ręką, która kiedyś potrząsnęła światem, że tak powiem. I wciąż była to bardzo silna ręka.
- Conrad Nomikos - rzucił Hasan, mrużąc oczy, jakby odczytywał to ze
zwoju.
Znałem wszystkich pozostałych w pokoju, więc przeszedłem na miejsce jak
najdalsze od Hasana, a drugi drink starałem się trzymać przed twarzą, na
wszelki wypadek.
Diane pod Rudą Peruką stała niedaleko. Powiedziała:
- Dzień dobry, panie Nomikos.
Skinąłem jej drinkiem.
- Dobry wieczór, Diane.
Wysoka, szczupła, ubrana w większości na biało, stała obok Dos Santosa
niczym świeca. Wiem, że nosi perukę, bo kiedyś widziałem, że zsunęła jej
się w górę, odsłaniając fragment interesującej i brzydkiej blizny,
zwykle schowanej pod niską linią włosów. Często zastanawiałem się nad tą
blizną - czasem, kiedy stałem na kotwicy i patrzyłem w górę na fragmenty
konstelacji za chmurami, czasem, kiedy odkopywałem uszkodzone posągi.
Jej wargi są fioletowe - myślę, że wytatuowane - i nigdy nie widziałem
ich w uśmiechu; mięśnie szczęki zawsze wypukłe jak powrozy, ponieważ
ciągle za ciska zęby; między oczami ma nieduże odwrócone "v", skutek
ciągłego marszczenia czoła, a podbródek jest nieduży, wyzywająco
uniesiony. Prawie nie otwiera ust, kiedy mówi tym swoim ostrym, cierpkim
tonem. Nie podjąłbym się zgadywania, ile ma lat. Tyle że ponad
trzydzieści.
Ona i Don tworzą ciekawą parę. On jest smagły, gadatliwy, pali bez
przerwy, nie potrafi usiedzieć spokojnie dłużej niż dwie minuty. Ona
jest wyższa o paręnaście centymetrów, spokojna i opanowana. Wciąż nie
poznałem całej jej historii. Pewnie nigdy nie poznam.
Podeszła i stanęła przy moim fotelu, kiedy Lorel przedstawiał Corta Dos
Santosowi.
- Pan... - powiedziała.
- Ja - odparłem.
- ...poprowadzi wycieczkę.
- Wszyscy jakoś o tym wiedzą oprócz mnie - zauważyłem. - Pewnie nie
zechce pani podzielić się skrawkiem swej wiedzy w tej kwestii?
- Nie ma wiedzy, nie ma kwestii.
- Mówi pani jak Phil.
- Nie chciałam.
- Ale tak było. Więc dlaczego?
- Dlaczego co?
- Dlaczego pani? Don? Tutaj? Dzisiaj?
Dotknęła językiem górnej wargi, a potem nacisnęła mocno, jakby chciała
wycisnąć sok z winogrona albo powstrzymać słowa. Obejrzała się na Dona,
ale stał za daleko, żeby coś usłyszeć. Zresztą i tak patrzył w inną
stronę - zajęty był nalewaniem Myshtigo prawdziwej coca coli z dzbanka w barku dla ważnych gości. Formuła coca coli była archeologicznym
odkryciem stulecia, przynajmniej zdaniem Wegan. Zaginęła podczas Trzech
Dni i odzyskano ją jakieś dziesięć lat temu. Na rynku było sporo
symcoli, ale żadna nie działała na metabolizm Wegan tak, jak prawdziwa.
"Drugi największy wkład Ziemi w kulturę galaktyczną", jak to nazwał
któryś z ich współczesnych historyków. Pierwszym największym wkładem był
oczywiście bardzo delikatny problem społeczny takiego rodzaju, za jakim
znużeni wegańscy filozofowie tęsknili od pokoleń.
Diana znowu zwróciła się do mnie.
- Jeszcze nie wiem - oświadczyła. - Niech pan spyta Dona.
- Tak zrobię.
I rzeczywiście zapytałem. Ale później. I nie byłem rozczarowany, jako że
niczego nie oczekiwałem.
Kiedy jednak siedziałem tam i z całych sił starałem się coś podsłuchać,
nagle doznałem wizji przesłaniającej pole widzenia, czegoś takiego, co
psychiatra nazwał kiedyś pseudotelepatyczną realizacją życzeniową.
Działa tak: chcę wiedzieć, co się dzieje w jakimś miejscu. Mam prawie
dostateczną informację, by się domyślić. I to robię. Tylko że trafia to
do mnie, jakbym wszystko widział i słyszał poprzez oczy i uszy którejś z zaangażowanych osób. Chociaż to nie jest prawdziwa telepatia, tak myślę,
bo czasami może się mylić. Ale wizja na pewno wydaje się rzeczywista.
Psychiatra potrafił mi wytłumaczyć wszystko z wyjątkiem przyczyny. W każdym razie stałem teraz na środku pokoju, patrzyłem na Myshtigo, byłem
Dos Santosem, mówiłem:
- Pojadę z wami, dla pańskiego bezpieczeństwa. Nie jako sekretarz
Radpolu, ale jako prywatny obywatel.
- Nie prosiłem o pańską ochronę - odpowiedział Weganin. - Jednakże
dziękuję. Przyjmę pańską ofertę, by uniknąć śmierci z rąk pańskich
towarzyszy... - uśmiechał się, gdy to mówił - gdyby spróbowali do niej
doprowadzić w czasie naszych podróży. Wątpię, by chcieli, ale byłbym
głupcem, gdybym odrzucił tarczę Dos Santosa.
- Jest pan rozsądny - stwierdziliśmy z lekkim ukłonem.
- To prawda - zgodził się Cort. - Proszę mi teraz powiedzieć... - Skinął
głową w stronę Ellen, która właśnie skończyła kłócić się z George'em o cokolwiek i odchodziła gniewnie. - Kto to jest?
- Ellen Emmet, żona George'a Emmeta, dyrektora Wydziału Ochrony
Przyrody.
- Jaka jest jej cena?
- Nie słyszałem, by ostatnio jakąś wyznaczała.
- W takim razie jaka była wcześniej?
- Nigdy nie miała ceny.
- Wszystko na Ziemi ma swoją cenę.
- W takim razie sądzę, że sam musi pan się tego dowiedzieć.
- Tak uczynię - zapewnił Weganin.
Ziemskie kobiety zawsze były dla Wegan zaskakująco atrakcyjne. Jakiś
Veggy zdradził mi kiedyś, że czuje się przy nich trochę jak zoofil. Co
jest dość interesujące, ponieważ któraś z dziewcząt do towarzystwa z kurortu na Côte d'Or powiedziała mi, chichocząc przy tym, że przy
Weganach czuje się trochę jak une zoophiliste. Podejrzewam, że te
strugi powietrza muszą łaskotać czy co i pobudzać obie strony.
- A przy okazji - rzuciliśmy jeszcze - czy przestał pan ostatnio bić
swoją żonę?
- Którą? - zapytał Myshtigo.
Zamglenie - i znów siedziałem w fotelu.
- I co... - pytał właśnie George Emmet - ...o tym myślisz?
Przyjrzałem mu się. Jeszcze sekundę temu go tu nie było. Pojawił się
nagle i przysiadł na szerokiej poręczy mojego fotela.
- Mógłbyś powtórzyć? Chyba się zamyśliłem.
- Mówiłem, że pokonałem nietopająka. Wystarczy jedno lato. I co ty na
to?
- To się rymuje - zauważyłem. - Ale wyjaśnij mi, jak pokonałeś
nietopająka.
On jednak się roześmiał. Jest jednym z tych gości, u których śmiech to
zjawisko całkiem nieprzewidywalne. Może całymi dniami chodzić z kwaśną
miną, a potem nagle jakiś drobiazg doprowadza go do wybuchu radości.
Zachłystuje się trochę, kiedy się śmieje, całkiem jak małe dziecko, a wrażenie to pogłębiają jeszcze różowa zwiotczała skóra i rzadkie włosy.
No więc czekałem. Ellen odeszła drażnić Lorela, a Diane odwróciła się,
by czytać tytuły książek na półkach.
Wreszcie...
- Udało mi się stworzyć nowy szczep slishi - wysapał z dumą.
- No, świetnie! - I po chwili spytałem: - Co to są slishi?
- Slish to bakabijski pasożyt - wyjaśnił. - Coś w rodzaju wielkiego
kleszcza. Moje mają prawie centymetr długości - dodał z dumą. - Wgryzają
się głęboko w ciało i wydalają silnie trujące odchody.
- Śmiertelnie?
- Moje tak.
- Mógłbyś mi jakiegoś pożyczyć? - spytałem.
- Po co?
- Chętnie rzuciłbym komuś na kark. Chociaż po namyśle wolałbym kilka
tuzinów. Mam wielu przyjaciół.
- Moje nie szkodzą ludziom, tylko nietopająkom. Ludzi dyskryminują.
Ludzie by zatruli moje slishi. - (To "moje slishi" powiedział
niezwykle zaborczym tonem). - Nosiciel musi mieć metabolizm oparty na
miedzi, nie na żelazie - wytłumaczył. - A nietopająki należą do tej
kategorii. Dlatego właśnie chcę z tobą jechać na tę wyprawę.
- Chcesz, żebym złapał nietopająka i przytrzymał go, kiedy wpakujesz na
niego slishi? To właśnie próbujesz mi powiedzieć?
- Wiesz, chciałbym mieć parę nietopająków... te moje zużyłem w zeszłym
miesiącu... ale jestem praktycznie pewien, że slishi się sprawdzą. Chcę
z wami jechać, żeby wywołać zarazę.
- Jaką zarazę?
- Wśród nietopająków. W ziemskich warunkach slishi mnożą się szybko,
jeśli tylko trafią na odpowiedniego nosiciela. I powinny być bardzo
zaraźliwe, o ile zaczną w odpowiedniej porze roku. Myślałem o późnym
okresie godowym nietopająków południowo zachodnich. Zacznie się za sześć
do ośmiu tygodni na terytorium Kalifornii, w Dawnym Miejscu, choć nie
jest już Gorące... Nazywa się Capistrano. Jak rozumiem, trasa waszej
wyprawy doprowadzi was tam mniej więcej w tym czasie. Kiedy nietopająki
wrócą do Capistrano, chcę już tam na nie czekać ze slishi. Poza tym
przydadzą mi się wakacje.
- Aha... Rozmawiałeś o tym z Lorelem?
- Tak i uważa, że to świetny pomysł. Prawdę mówiąc, chce się tam z nami
spotkać i robić zdjęcia. Może już nie być zbyt wielu okazji, żeby je
zobaczyć... przesłaniające niebo w przelocie, zakładające gniazda w ruinach, jak to zwykle robią, pożerające dzikie świnie i zostawiające
zielone odchody na ulicach... Wiesz, to naprawdę piękne obrazy.
- No tak, jak na Halloween. A co się stanie z tymi dzikimi świniami,
jeśli wytrujemy nietopająki?
- Och, pewnie będzie ich więcej. Ale pumy raczej dopilnują, żeby nie
rozmnożyły się jak australijskie króliki. Zresztą i tak chyba lepiej
mieć nadmiar świń niż nietopająków.
- Prawdę mówiąc, nie przepadam za jednymi ani drugimi, ale teraz, kiedy
się nad tym zastanawiam, to chyba naprawdę wolałbym świnie. No dobrze.
Jasne, możesz z nami jechać.
- Dziękuję - powiedział. - Byłem pewien, że pomożesz.
- Nie ma o czym mówić.
Mniej więcej wtedy Lorel wydał z głębi krtani przepraszający dźwięk.
Stanął pośrodku pokoju przy dużym biurku, przed którym właśnie opuszczał
się wolno szeroki ekran projekcyjny. Był to gruby transparer z symulacją
głębi, więc nikt nie musiał się przesuwać, by zająć lepsze miejsce.
Lorel wcisnął klawisz z boku biurka i światła lekko przygasły.
- Ehm... Za chwilę pokażę wam kilka map - zaczął. - Jeśli tylko to synchro
cośtam... O, mam. Już działa.
Pojawiła się północna część Afryki i większość krajów śródziemnomorskich
w pastelowych kolorach.
- Czy to tam chciał pan wyruszyć najpierw? - zapytał Myshtigo.
- Tam... w końcu - odparł wysoki Weganin, przerywając ściszoną rozmowę z Ellen, którą osaczył we wnęce Historii Francji, pod popiersiem
Voltaire'a.
Światła przygasły bardziej, a Myshtigo podszedł do biurka. Spojrzał na
mapę, a potem na nikogo konkretnego.
- Planuję odwiedzić pewne kluczowe miejsca, które z tych czy innych
względów są ważne dla historii tego świata - wyjaśnił. - Zamierzam
zacząć od Egiptu, Grecji i Rzymu. Potem chciałbym szybko zobaczyć
Madryt, Paryż i Londyn. - Mapy zmieniały się, gdy mówił, choć nie dość
szybko, by dotrzymać mu tempa. - Potem chcę się cofnąć do Berlina,
zahaczyć o Brukselę, odwiedzić Sankt Petersburg i Moskwę, przeskoczyć
Atlantyk i zrobić przystanki w Bostonie, Nowym Jorku, DC i Chicago. -
(Lorel zaczynał się już pocić). - Potem zjechać na Jukatan i skoczyć z powrotem na terytorium Kalifornii.
- W takiej kolejności? - spytałem.
- Właściwie tak.
- A czego brakuje Indiom albo Bliskiemu Wschodowi? Czy też Dalekiemu
Wschodowi, jeśli już o tym mowa? - zapytał jakiś głos, który rozpoznałem
jako należący do Phila. Wszedł tu, kiedy światła były już przygaszone.
- Niczego - przyznał Myshtigo. - Tyle że to głównie błoto, piasek i gorąco. I w żaden sposób nie pomoże mi w tym, czego szukam.
- A czego pan szuka?
- Opowieści.
- Jakiego rodzaju opowieści?
- Przyślę panu egzemplarz z autografem.
- Dziękuję.
- Będzie miło.
- Kiedy chce pan wyruszyć? - zainteresowałem się.
- Pojutrze.
- W porządku.
- Poleciłem przygotować dla pana szczegółowe mapy konkretnych
lokalizacji. Lorel zapewnił mnie, że dziś po południu dostarczono je do
pańskiego biura.
- Też w porządku. Ale jest coś, z czego może nie w pełni zdaje pan sobie
sprawę. Dotyczy to faktu, że wszystkie miejsca, które pan wymienił, leżą
na kontynencie. Obecnie jesteśmy kulturą głównie wyspiarską i są po temu
powody. Podczas Trzech Dni tereny kontynentalne solidnie oberwały i większość wspomnianych okolic wciąż jest dość gorąca. W dodatku nie
tylko z tego powodu uznawane są za niebezpieczne...
- Wasza historia nie jest mi obca i jestem świadom środków ochrony przed
promieniowaniem - przerwał mi. - Wiem również o rozmaitych zmutowanych
formach życia zamieszkujących Dawne Miejsca. Jestem ostrożny, ale nie
wystraszony.
Wzruszyłem ramionami w sztucznym zmierzchu.
- Jeśli o mnie chodzi, może być...
- To dobrze. - Wypił jeszcze łyk coli. - W takim razie daj mi więcej
światła, Lorel.
- Robi się, Srin.
Zrobiło się widno.
Kiedy ekran znikał w suficie za jego plecami, Myshtigo zwrócił się do
mnie.
- Czy to prawda, że wśród znajomych tutaj, w Port, ma pan kilkoro
mambo i hounganów?
- To prawda - zgodziłem się. - A dlaczego?
Podszedł do mojego fotela.
- Jak rozumiem - rzekł konwersacyjnym tonem - voodoo, czy też vodoun,
przetrwało wieki w praktycznie niezmienionej formie.
- Możliwe. Nie byłem przy jego początkach, więc nie mam takiej pewności.
- Rozumiem też, że uczestnicy nie lubią obecności obcych...
- To także prawda. Ale pokażą panu dobre przedstawienie, jeśli wybierze
pan odpowiedni hounfor i odwiedzi ich z paroma prezentami.
- Jednakże bardzo mi zależy, by być świadkiem prawdziwej ceremonii.
Gdybym wziął w takiej udział z kimś, kto dla uczestników nie jest obcy,
może mógłbym liczyć na autentyczny rytuał.
- A czemu panu zależy? Chorobliwe zaciekawienie barbarzyńskimi
obyczajami?
- Nie. Studiuję religioznawstwo porównawcze.
Ja studiowałem jego twarz, ale niczego z niej nie wyczytałem.
Minęło trochę czasu od mojej ostatniej wizyty u Mamy Julie i Papy Joego
czy kogokolwiek z pozostałych, a hounfor nie był daleko. Nie
wiedziałem jednak, jak zareagują, jeśli przyjdę z Weganinem. Oczywiście
nigdy nie protestowali, kiedy przyprowadzałem ludzi.
- No więc... - zacząłem.
- Chcę tylko popatrzeć - zapewnił. - Nie będę przeszkadzał. Nawet nie
zauważą, że tam jestem.
Pomruczałem chwilę, ale w końcu ustąpiłem. Dobrze znałem Mamę Julie i nie sądziłem, by w jakiś sposób mogło to zaszkodzić. A więc...
- No dobrze - zgodziłem się. - Zabiorę pana do hounforu. Jeszcze dziś
wieczorem, jeśli pan chce.
Przystał na moją propozycję, podziękował i poszedł po następną colę.
George, który nie oddalił się od poręczy mojego fotela, pochylił się i zauważył cicho, że sekcja Weganina byłaby bardzo ciekawa. Przyznałem mu
rację.
Kiedy Myshtigo wrócił, towarzyszył mu Dos Santos.
- Co to za gadanie, że podobno zabiera pan pana Myshtigo na pogańską
ceremonię? - zapytał. Rozszerzone nozdrza falowały mu odrobinę.
- To prawda - powiedziałem. - Zabieram go.
- Nie, bez ochrony to wykluczone.
Rozłożyłem ręce.
- Potrafię rozwiązać każdy problem, jaki by się pojawił.
- Hasan i ja pójdziemy z wami.
Już miałem zaprotestować, kiedy między nich wcisnęła się Ellen.
- Ja też chcę iść - oświadczyła. - Nigdy czegoś takiego nie widziałam.
Wzruszyłem ramionami. Jeśli pójdzie Dos Santos, to pójdzie też Diane, co
dawało już sporą grupę. W takim razie jeden więcej nie będzie miał
znaczenia, nie powinien mieć znaczenia. Wszystko się posypało, zanim się
zaczęło.
- Czemu nie? - mruknąłem.
***
Hounfor znajdował się w dzielnicy portowej, może dlatego, że był
poświęcony Ague Woyo, bogowi morza. Choć raczej dlatego, że rodzina Mamy
Julie zawszy trzymała się portów. Ague Woyo nie jest bogiem zazdrosnym,
więc na ścianach uwiecznione zostały liczne inne bóstwa w jaskrawych
kolorach. Dalej w głębi wyspy można znaleźć bardziej wyszukane
hounfory, ale są raczej komercyjnej natury.
Wielka ognista łódź Ague była niebieska, pomarańczowa, zielona, żółta i czarna i nie wyglądała na specjalnie zdolną do żeglugi. Damballa Wedo w karmazynie wił się i owijał swym ciałem większą część przeciwległej
ściany. Papa Joe gładził rytmicznie kilka dużych bębnów rada na wprost
i trochę na prawo od drzwi, przez które weszliśmy - jedynych drzwi.
Rozmaici chrześcijańscy święci zza swych niezgłebionych twarzy
spoglądali na kolorowe serca, koguty i cmentarne krzyże, proporczyki,
maczety i krzyżowe desenie wiszące dookoła nich na każdym wolnym skrawku
ściany - zastygłe w posthuraganowym surrealizmie amfoterycznych barw
Tytana - i nie dało się stwierdzić, czy święci aprobowali to, czy nie:
spoglądali tylko przez swoje tanie ramki, jakby to były okna do obcego
świata.
Na małym ołtarzyku stały liczne butelki z napojami alkoholowymi, tykwy,
święte naczynia na duchy loa, amulety, fajki, chorągiewki, zdjęcia
stereo nieznanych mi osób oraz, między innymi przedmiotami, paczka
papierosów dla Papy Legby.
Nabożeństwo już trwało, kiedy młody hounsi Luis wprowadził nas do
środka. Sala miała osiem metrów długości na pięć szerokości, wysoki
strop i klepisko zamiast podłogi. Tancerze okrążali centralny słup
powolnymi, dumnymi krokami. Ich skóra była ciemna i lśniła w blasku
antycznych lamp naftowych. Po naszym wejściu w sali zrobiło się tłoczno.
Mama Julie wzięła mnie za rękę, uśmiechnęła się i poprowadziła do
miejsca obok ołtarza.
- Erzulie była łaskawa - powiedziała.
Przytaknąłem.
- Lubi cię, Nomiko. Żyjesz długo, wiele podróżujesz i wracasz.
- Zawsze - przyznałem.
- Ci ludzie...? - Spojrzeniem ciemnych oczu wskazała moich towarzyszy.
- Przyjaciele. Nie będą przeszkadzać...
Zaśmiała się, gdy to powiedziałem. Ja też.
- Jeśli pozwolisz nam zostać, przypilnuję, żeby nie wchodzili w drogę.
Będziemy się trzymać cieni po bokach sali. Kiedy powiesz, że mam ich
zabrać, posłucham. Widzę, że tańczyliście już długo, opróżniliście wiele
butelek...
- Zostań - pozwoliła. - Przyjdź kiedyś porozmawiać ze mną za dnia.
- Przyjdę.
Odeszła wtedy, a tancerze zrobili dla niej miejsce w swoim kręgu. Była
spora, choć głos miała raczej cienki. Poruszała się jak dmuchana lalka,
nie bez swoistej gracji stawiając stopy w rytm monotonnego łoskotu
bębnów Papy Joego. Po jakimś czasie ten dźwięk wypełnił wszystko: moją
głowę, ziemię, powietrze... Może takim właśnie wydawało się na wpół
strawionemu Jonaszowi dudnienie serca wieloryba. Przyglądałem się
tancerzom. I przyglądałem się tym, którzy się przyglądali tancerzom.
Wypiłem kufel rumu, próbując nadrobić opóźnienie, ale nie mogłem.
Myshtigo co chwila pociągał łyk z butelki coli, którą ze sobą przyniósł.
Nikt nie zauważył, że jest niebieski, ale też przyszliśmy dość późno i sprawy mocno się już posunęły tam, gdzie zmierzały.
Ruda Peruka stała w kącie, trochę wyniosła i trochę wystraszona. Miała
przy boku butelkę. Myshtigo miał przy boku Ellen. Dos Santos stał przy
drzwiach i obserwował wszystkich, nawet mnie. Hasan przykucnął przy
prawej ścianie; palił fajkę z długim ustnikiem i małą główką. Wydawał
się absolutnie spokojny.
Mama Julie... tak, chyba ona... zaczęła śpiewać. Dołączyły inne głosy:
Papa Legba, ouvri bayé!
Papa Legba, Attibon Legba, ouvri bayé pou pou passé!
Papa Legba...
Tak to trwało i trwało. Zaczęła mnie ogarniać senność. Wypiłem więcej
rumu, poczułem większe pragnienie i wypiłem jeszcze więcej rumu.
Nie jestem pewien, jak długo już tam byliśmy, kiedy to się stało.
Tancerze całowali słup, śpiewali, grzechotali tykwami i wylewali wodę,
dwaj hounsi zachowywali się jak opętani i paplali coś niezrozumiale,
wzór z mączki na klepisku się rozmazał, a powietrze wypełniło się dymem.
Stałem oparty o ścianę i podejrzewam, że musiałem na minutę czy dwie
zamknąć oczy.
Głos dobiegł z niespodziewanego kierunku.
Hasan wrzasnął.
To było długie wycie, które poderwało mnie do przodu; potem oszołomiony
straciłem równowagę i znów głucho uderzyłem plecami o ścianę.
Bębny huczały dalej, nie gubiąc rytmu. Jednak niektórzy z tancerzy
przystanęli i obejrzeli się.
Hasan wstał na równe nogi. Zęby miał wyszczerzone, oczy jak szparki, na
twarzy garby i doliny wysiłku pod lśniącą warstwą potu.
Jego broda była niczym płomienny grot.
Płaszcz, zaczepiony o jakąś ozdobę na ścianie, był jak czarne skrzydła.
Ręce, w hipnotycznie powolnych ruchach, dusiły niewidzialnego człowieka.
Zwierzęce odgłosy wydobywały się z krtani.
I ciągle dusił nikogo.
Wreszcie zachichotał krótko i rozsunął dłonie.
Dos Santos znalazł się przy nim niemal natychmiast; mówił coś, ale w tej
chwili zamieszkiwali dwa różne światy.
Któryś z tancerzy zaczął cicho jęczeć. Kolejny się do niego przyłączył,
potem następni.
Mama Julie wysunęła się z kręgu i zbliżyła do mnie - akurat kiedy Hasan
zaczął cały pokaz od początku, tym razem bardziej ekspresyjnie.
Bęben wciąż wybijał swój jednostajny, rytmiczny komentarz. Papa Joe
nawet nie uniósł wzroku.
- Zły znak - oświadczyła Mama Julie. - Co wiesz o tym człowieku?
- Mnóstwo - odparłem, aktem woli oczyszczając umysł.
- Angelsou - stwierdziła.
- Co?
- Angelsou - powtórzyła. - To mroczny bóg. Trzeba się go obawiać. Twój
przyjaciel został opętany przez Angelsou.
- Wytłumacz, proszę.
- Rzadko przybywa do naszego hounforu. Nie jest tu mile widziany. Ci,
których opęta, stają się mordercami.
- Sądzę, że Hasan próbował nowej mieszanki fajkowej, zmutowanej ambrozji
czy jeszcze czegoś innego.
- Angelsou - powtórzyła z uporem. - Twój przyjaciel stanie się zabójcą,
gdyż Angelsou jest bogiem śmierci i odwiedza tylko swoich.
- Mamo Julie - powiedziałem. - Hasan jest zabójcą. Gdybyś dostawała
kawałek gumy za każdego człowieka, którego zabił, i spróbowała żuć ją
całą, wyglądałabyś jak chomik. Jest zawodowym zabójcą, oczywiście w granicach prawa, na ogół. Ponieważ na Kontynencie obowiązuje Kodeks
Duello, większą część swojej pracy wykonuje tutaj. Chodzą słuchy, że
niekiedy dokonuje nielegalnych zabójstw, ale nigdy nie udało się nic
udowodnić. Powiedz zatem - dodałem na koniec - czy Angelsou jest bogiem
zabójców, czy bogiem morderców? Bo powinna być jakaś różnica między
nimi, prawda?
- Nie dla Angelsou - stwierdziła.
Dos Santos wyraźnie chciał przerwać spektakl i chwycił Hasana za
nadgarstki. Usiłował rozsunąć mu ręce, ale... może spróbujcie kiedyś
rozgiąć pręty kraty w swojej celi, to sobie wyobrazicie, jak to
wyglądało.
Przeszedłem przez salę, podobnie jak kilku innych. Co okazało się
szczęśliwym zbiegiem okoliczności, ponieważ Hasan w końcu zauważył, że
ktoś przed nim stoi, i opuścił ręce, wyrywając je z uchwytu Dos Santosa.
A potem wyjął spod płaszcza długi sztylet.
Czy użyłby go wobec Dos Santosa lub kogokolwiek innego, jest kwestią
raczej akademicką, ponieważ w tej właśnie chwili Myshtigo zatkał
kciukiem butelkę i uderzył nią Hasana za uchem. Hasan padł do przodu,
Dos Santos pochwycił go, ja wyciągnąłem mu klingę z palców, a Myshtigo
dokończył swoją colę.
- Interesująca ceremonia - zauważył. - Nigdy bym nie przypuszczał, że
ten wielki gość żywi tak silne uczucia religijne.
- To tylko dowodzi, że nigdy nie można być całkiem pewnym, prawda?
- Owszem. - Gestem wskazał gapiów wokół nas. - Oni wszyscy są
panteistami, prawda?
Pokręciłem głową.
- Raczej prymitywnymi animistami.
- Jaka to różnica?
- No więc ta butelka coli, którą pan właśnie opróżnił, znajdzie się na
ołtarzu, czy też pé, jak go nazywają, jako naczynie dla Angelsou,
ponieważ przez chwilę pozostawała w bliskim kontakcie z bogiem. Tak na
to patrzą animiści. Z kolei panteista mógłby nieco się zirytować faktem,
że ktoś przychodzi na jego ceremonię bez zaproszenia i powoduje
zamieszanie, tak jak my przed chwilą. Panteista mógłby zatem spróbować
złożyć intruzów w ofierze Ague Woyo, bogu morza, tłukąc ich po głowach w podobnie ceremonialnym stylu, a potem zrzucając z końca nabrzeża. A zatem nie będę musiał tłumaczyć Mamie Julie, że wszyscy ci ludzie,
którzy stoją dookoła i gapią się na nas ponuro, są tak naprawdę
animistami. Przepraszam na chwilę.
Prawdę mówiąc, nie było aż tak źle, ale chciałem trochę nim wstrząsnąć.
Chyba mi się udało.
Kiedy przeprosiłem i pożegnałem się, podniosłem Hasana z podłogi. Był
nieprzytomny, a ja jako jedyny byłem dość wielki, by go ponieść.
Ulica była całkiem pusta, poza nami, a wielka ognista łódź Ague Woyo
rozcinała fale gdzieś tuż poniżej wschodniej krawędzi świata,
zachlapując niebo jego ulubionymi kolorami.
Dos Santos szedł obok mnie.
- Może miał pan rację. Może rzeczywiście nie powinniśmy przychodzić.
Uznałem, że nie warto mu odpowiadać. Jednak Ellen, która szła z przodu
razem z Myshtigo, zatrzymała się i odwróciła.
- Nonsens - stwierdziła. - Gdybyśmy nie przyszli, stracilibyśmy
wspaniały dramatyczny monolog budowniczego namiotów.
Tymczasem znalazłem się blisko, więc nagle wyciągnęła ręce i chwyciła
mnie za gardło. Nie zaciskała palców, ale wykrzywiła się przerażająco i rzuciła:
- Ur! Mm! Ugh! Opętał mnie Angelsou, więc już po tobie!
I wybuchnęła śmiechem.
- Puść moje gardło, bo rzucę w ciebie Arabem - odparłem, porównując
pomarańczowo brązowy kolor jej włosów z pomarańczową i różową barwą
nieba za jej plecami. I uśmiechnąłem się. - A jest ciężki - dodałem.
I wtedy, sekundę przed cofnięciem dłoni, lekko zacisnęła palce... lekko,
ale jednak trochę za mocno jak na zabawę. I zaraz potem znowu trzymała
Myshtigo pod ramię i wszyscy szliśmy dalej. Cóż, kobiety nigdy nie
próbują dać mi w twarz, bo od razu nadstawiam drugi policzek i boją się
grzybicy. Domyślam się zatem, że takie szybkie podduszenie to jedyna
alternatywa.
- Strasznie ciekawe - stwierdziła Ruda Peruka. - Dziwnie się czułam.
Jakby coś wewnątrz mnie tańczyło razem z nimi. Niezwykłe wrażenie. Tak
naprawdę nie lubię tańca, żadnego.
- Jaki ma pani akcent? - przerwałem jej. - Staram się go jakoś
umiejscowić.
- Sama nie wiem - odparła. - Pochodzenie mam irlandzko francuskie.
Mieszkałam na Hybrydach, a także w Australii i w Japonii, dopóki nie
skończyłam dziewiętnastu lat...
Hasan jęknął i napiął mięśnie, a ja poczułem ostry ból w ramieniu.
Posadziłem go na jakimś stopniu i przeszukałem. Znalazłem dwa noże do
rzutów, jeszcze jeden sztylet, ładny nóż grawitacyjny i myśliwski z zębatym ostrzem, linki do duszenia i małe metalowe pudełko zawierające
rozmaite proszki i fiolki płynów, którym wolałem się zbyt dokładnie nie
przyglądać. Nóż grawitacyjny spodobał mi się, więc go sobie zatrzymałem.
To był Coricama, bardzo ładny.
***
Następnego dnia dość późno - powiedzmy, że był to wieczór - porwałem
starego Phila, bo uznałem, że wykorzystam go jako opłatę za wejście do
apartamentu Dos Santosa w Royalu. Radpol nadal uważa Phila za swego
rodzaju returnistycznego Toma Paine'a, choć zaczął głosić swoją
niewinność w tej kwestii jakieś pół wieku temu, kiedy wziął się za
mistycyzm i zyskiwanie szacunku. Co prawda jego Zew Ziemi to chyba
najlepszy kawałek, jaki w życiu napisał, ale nakreślił też Dogmaty
Powrotu, które pomogły rozbudzić niepokoje, które chciałem rozbudzić.
Obecnie może się zapierać, ale wtedy był z niego niezły wichrzyciel.
Jestem pewien, że nadal kolekcjonuje te wszystkie zachwycone spojrzenia
i piękne słowa, jakie dzięki nim zyskuje, wyjmuje je od czasu do czasu,
odkurza, a potem przygląda się im z czymś w rodzaju przyjemności.
Oprócz Phila miałem też pretekst - chciałem sprawdzić, jak się czuje
Hasan po tym pożałowania godnym ciosie, jaki zarobił w hounforze. Tak
naprawdę to zależało mi na okazji, żeby z nim pogadać i sprawdzić, co
takiego - o ile w ogóle cokolwiek - byłby skłonny mi zdradzić na temat
swojego najnowszego zlecenia.
Tak więc Phil i ja poszliśmy tam piechotą. Z kompleksu Biura do Royala
nie było daleko - jakieś siedem minut spacerkiem.
- Skończyłeś już moją elegię? - spytałem.
- Ciągle nad nią pracuję.
- Mówisz to już od dwudziestu lat. Chciałbym, żebyś się pośpieszył i żebym mógł ją przeczytać.
- Mógłbym ci pokazać kilka naprawdę świetnych... Lorela, George'a, nawet
tę dla Dos Santosa. Mam też w papierach różne rodzaje pustych formularzy
do wypełnienia dla pomniejszych notabli. Ale twoja to pewien problem.
- A to czemu?
- Muszę ją stale aktualizować. Nie chcesz przestać, tylko żyjesz sobie
beztrosko i ciągle coś robisz.
- Nie podoba ci się to?
- Większość ludzi ma dość przyzwoitości, żeby działać aktywnie przez pół
wieku, a potem odpuścić. Ich elegie nie nastręczają problemów. Mam ich
pełne szuflady. Ale obawiam się, że twoją zamknę w ostatniej chwili i zakończę dysonansowo. Nie lubię tak pracować. Wolę rozważać wszystko
przez lata, wartościować czyjeś życie starannie i bez presji. Niepokoją
mnie tacy jak ty, którzy swoje życie przeżywają niczym w ludowych
balladach. Próbujesz mnie zmusić, żebym napisał ci epos, a na to już
jestem za stary. Czasem przysypiam.
- Myślę, że jesteś niesprawiedliwy - stwierdziłem. - Inni mogą
przeczytać swoje elegie, a mnie wystarczyłoby choćby parę niezłych
limeryków.
- Prawdę mówiąc, mam przeczucie, że i twoja będzie zakończona już
niedługo - stwierdził. - Postaram się dostarczyć ci tekst na czas.
- Och... A skąd bierze się to przeczucie?
- Któż potrafi wskazać źródło inspiracji?
- Ja mam to wiedzieć?
- Przyszło mi to do głowy podczas medytacji. Układałem właśnie elegię
dla Weganina, oczywiście tylko jako ćwiczenie... i nagle pomyślałem:
"Niedługo skończę też tę dla Greka". - Zastanowił się chwilę. - Spróbuj
to sobie wyobrazić: ty sam jako dwóch ludzi, a każdy z nich wyższy od
tego drugiego.
- Można by to zrobić, gdybym stanął przed lustrem i przestępował z nogi
na nogę. Wiesz, jedną mam krótszą. No więc wyobraziłem sobie. Co teraz?
- Nic. Nie podchodzisz do tego we właściwy sposób.
- To kulturowa tradycja, na którą nigdy się skutecznie nie uodporniłem.
Taka jak węzły czy konie... Gordion, Troja... No wiesz. Chytrość to nasza
cecha.
Milczeliśmy przez kolejne dziesięć kroków.
- Wybierasz pierze czy ołów? - spytałem.
- Słucham?
- To zagadka kallikanzarosa. Wybierz coś.
- Pierze?
- Nie trafiłeś.
- A gdybym powiedział "ołów"?
- Nie, nie... Masz tylko jedną szansę. Prawidłowa odpowiedź jest taka,
jaką kallikanzaros zechce, żeby była. Przegrałeś.
- Wydaje się to dość arbitralne.
- Kallikanzaroi takie są. To raczej grecka niż orientalna subtelność. A przy tym nie tak nieodgadniona. Ponieważ często od odpowiedzi zależy
twoje życie, a kallikanzaros na ogół chce, byś przegrał.
- Dlaczego tak?
- Zapytaj najbliższego kallikanzarosa, jakiego spotkasz, jeśli będziesz
miał taką możliwość. To złośliwe duchy.
Dotarliśmy do właściwej przecznicy i skręciliśmy.
- Dlaczego nagle znowu przejmujesz się Radpolem? - zapytał. - Już dawno
od nich odszedłeś.
- Odszedłem we właściwym momencie i teraz interesuje mnie tylko, czy
Radpol wraca do życia taki jak za dawnych dni. Hasan jest kosztowny, bo
zawsze dostarcza to, co obiecał. A ja chciałbym wiedzieć, co jest w tym
pakiecie.
- Martwisz się, że cię znaleźli?
- Nie. To może być niewygodne, ale raczej mnie nie obezwładni.
Royal wyrósł w końcu przed nami i weszliśmy. Skierowaliśmy się wprost do
apartamentu. I kiedy przecinaliśmy wyłożony dywanami hol, na Phila
spłynęło zrozumienie.
- Znowu mam odwracać uwagę - stwierdził.
- Mniej więcej o to chodzi.
- No dobrze. Jeden do dziesięciu, że niczego nie uzyskasz.
- Nie będę się zakładał. Zapewne masz rację.
Zapukałem do drzwi z ciemnego drewna.
- No cześć - powiedziałem, kiedy się otworzyły.
- Wejdźcie, wejdźcie.
I ruszyliśmy.
Potrzebowałem dziesięciu minut, żeby skierować rozmowę na odebrany przez
Beduina i pożałowania godny łomot, jako że Ruda Peruka rozpraszała moją
uwagę tym, że była obecna i że była rozpraszająca.
- Dzień dobry - powiedziała.
- Dobry wieczór.
- Coś ciekawego dzieje się w Sztuce?
- Nie.
- W Pomnikach?
- Nie.
- W Archiwach?
- Nie.
- Ależ ciekawą musi pan mieć pracę!
- Och, jest przereklamowana i przesadnie gloryfikowana przez kilku
romantyków z Biura Informacji. Tak naprawdę tylko lokalizujemy,
restaurujemy i chronimy zapisy oraz dzieła, jakie ludzkość zostawiła
porozrzucane po całej Ziemi.
- Coś w rodzaju zbieraczy kulturowego śmiecia?
- Mhm... Tak, chyba dobrze to pani ujęła.
- No a dlaczego?
- Dlaczego co?
- Dlaczego pan to robi?
- Ktoś musi, bo to kulturowe śmiecie. Co czyni je wartymi zbierania. A ja znam swoje śmieci lepiej niż ktokolwiek na Ziemi.
- Jest pan nie tylko oddany swej pracy, ale i skromny. To dobrze.
- Poza tym nie było zbyt wielu kandydatów, kiedy starałem się o tę
pracę. I wiedziałem, gdzie sporo tego śmiecia jest pochowane.
Podała mi drinka, wypiła połowę swojego i spytała:
- Czy naprawdę wciąż tutaj są?
- Kto? - zapytałem.
- Spółka Akcyjna Boskość. Dawni bogowie. Jak Angelsou. Myślałam, że
wszyscy opuścili Ziemię.
- Nie, wcale nie. To, że wyglądają jak my, nie znaczy przecież, że tak
samo się zachowują. Kiedy człowiek stąd odszedł, nie zaproponował, że
ich zabierze ze sobą, a bogowie też mają swoją dumę. A może też i tak by
musieli zostać... Jest coś, co nazywamy ananke, przeznaczeniem śmierci.
Nikt go nie pokona.
- Jak postępu?
- Tak. A skoro już o postępie mowa, to jak postępuje rehabilitacja
Hasana? Kiedy ostatnio go widziałem, był całkiem wyłączony.
- Doszedł do siebie. Solidny guz. Gruba czaszka. Nic mu nie będzie.
- A gdzie jest teraz?
- W głębi korytarza, po lewej stronie. Sala gier.
- Może osobiście wyrażę mu współczucie. Wybaczy pani?
- Wybaczam. - Skinęła mi i odeszła, by posłuchać rozmowy Dos Santosa z Philem. Oczywiście Phil był wdzięczny za to dodatkowe towarzystwo.
Żadne z nich nie obejrzało się nawet, kiedy wychodziłem.
Sala gier była na drugim końcu długiego korytarza. Kiedy się zbliżałem,
usłyszałem głośny stuk, po nim ciszę, a po niej następny stuk.
Otworzyłem i zajrzałem do środka.
Był tam jedynym gościem. Stał plecami do drzwi, ale usłyszał, że je
otwieram, i odwrócił się szybko. Miał na sobie długi fioletowy szlafrok,
a w prawej dłoni balansował nożem. Z tyłu głowy widziałem grubą warstwę
plastrunku.
- Dobry wieczór, Hasan.
Obok niego stała taca z nożami, a tarczę powiesił na przeciwległej
ścianie. Tkwiły w niej dwa noże - jeden w środku, drugi jakieś
piętnaście centymetrów w bok, na dziewiątej.
- Dobry wieczór - odpowiedział powoli. Potem po chwili zastanowienia
dodał: - Co u ciebie?
- Wszystko dobrze. Przyszedłem zapytać cię o to samo. Jak twoja głowa?
- Ból jest wielki, ale minie.
Zamknąłem za sobą drzwi.
- Wczoraj musiały cię nawiedzić całkiem realne sny na jawie.
- Tak. Pan Dos Santos mówił mi, że walczyłem z duchami. Nie pamiętam
tego.
- Nie paliłeś tego, co gruby doktor Emmet nazwałby Cannabis saytiva,
to jasne.
- Nie, Karagee. Paliłem striga fleur, który pił ludzką krew. Znalazłem
go niedaleko Dawnego Miejsca Konstantynopolu i bardzo starannie
wysuszyłem jego płatki. Pewna stara kobieta powiedziała, że pozwoli mi
to spojrzeć w przyszłość. Kłamała.
- A wampirza krew pobudza do przemocy? To coś nowego. Przy okazji,
nazwałeś mnie Karagee. Wolałbym, żebyś tego nie robił. Nazywam się
Nomikos, Conrad Nomikos.
- Dobrze, Karagee. Zdziwiłem się, kiedy cię zobaczyłem. Myślałem, że
umarłeś dawno temu, kiedy twoja ognista łódź rozbiła się w zatoce.
- Karagee zginął wtedy. Nie wspominałeś nikomu, że jestem do niego
podobny, mam nadzieję?
- Nie. Nie lubię niepotrzebnego gadania.
- To dobry zwyczaj.
Podszedłem do niego, wybrałem jeden z noży, zważyłem w dłoni i rzuciłem.
Trafiłem dwadzieścia parę centymetrów na prawo od środka.
- Od dawna pracujesz dla pana Dos Santosa? - spytałem.
- Przez okres około miesiąca - odparł.
Rzucił; jego nóż wbił się kilkanaście centymetrów poniżej środka.
- Jako jego ochroniarz, tak?
- To prawda. Strzegę też niebieskiego.
- Don mówił, że obawia się zamachu na Myshtigo. Czy to realna groźba,
czy po prostu jest ostrożny?
- Jedno i drugie jest możliwe, Karagee. Nie wiem tego. Płaci mi tylko za
ochronę.
- A gdybym zapłacił ci więcej, zdradziłbyś, na kogo otrzymałeś zlecenie
zabójstwa?
- Zostałem wynajęty tylko do ochrony, ale nie powiedziałbym ci, nawet
gdyby było inaczej.
- Nie spodziewałem się. Chodźmy po noże.
Podeszliśmy do tarczy i wyrwaliśmy je.
- No więc gdyby tak się złożyło, że to ja, co jest możliwe - rzekłem -
to czemu by nie rozwiązać sprawy od razu? Obaj trzymamy po dwie klingi.
Ten, który wyjdzie z tej sali, powie, że ten drugi go zaatakował i była
to kwestia samoobrony. Nie ma świadków. I obu nas zeszłej nocy widziano
nietrzeźwych i zakłócających porządek.
- Nie, Karagee.
- Nie co? Nie, to nie ja? Czy nie, nie chcesz tego załatwić w taki
sposób?
- Mógłbym powiedzieć, że nie, to nie ty. Ale nie wiedziałbyś, czy
powiedziałem prawdę, czy nie.
- To fakt.
- Mógłbym powiedzieć, że nie chcę robić tego w taki sposób.
- Czy to prawda?
- Tego nie twierdzę. Ale żeby dać ci satysfakcję z odpowiedzi, powiem
tyle: gdybym chciał cię zabić, nie robiłbym tego z nożem w ręku, nie
próbowałbym też boksu ani zapasów.
- Dlaczego?
- Ponieważ wiele lat temu, kiedy byłem chłopcem, pracowałem w ośrodku
wypoczynkowym w Kerczu, obsługując stoliki bogatych Wegan. Nie znałeś
mnie wtedy. Dopiero co przyjechałem z dalekich miejsc w Pamirze.
Zjawiłeś się w Kerczu ze swoim przyjacielem poetą.
- Teraz pamiętam. Tak... Rodzice Phila zmarli tamtego roku, a byli moimi
dobrymi przyjaciółmi. Miałem zawieźć Phila na uniwersytet. Ale był taki
Weganin, który odebrał mu jego pierwszą kobietę i zabrał ją do Kerczu.
Tak... Jakiś aktor czy cyrkowiec... Zapomniałem, jak się nazywał.
- To był Thrilpai Ligo, bokser shajadpa. Wyglądał jak góra na krańcu
wielkiej równiny: wysoki, niewzruszony. Boksował z wegańskimi cesti,
owijającymi całą dłoń skórzanymi pasami z dziesięcioma ostrymi ćwiekami.
Otwartymi dłońmi.
- Tak, pamiętam...
- Nigdy wcześniej nie boksowałeś z shajadpa, ale pobiłeś się z nim o dziewczynę. Zebrał się wielki tłum Wegan i ziemskich dziewcząt, a ja
stanąłem na stole, żeby widzieć. Po minucie całą twarz miałeś we krwi.
Starał się, żeby zalała ci oczy, a ty ciągle potrząsałeś głową. Miałem
wtedy piętnaście lat i zabiłem dotąd zaledwie trzech ludzi; myślałem, że
zginiesz tam, bo nawet go nie dotknąłeś. A potem twoja prawa pięść
przebiła się do niego jak ciśnięty młot, tak szybko! Trafiłeś go w środek tej podwójnej kości, jaką niebiescy mają w piersi... a są tam
twardsi od nas. I zgniotłeś go jak skorupkę jajka. Ja bym tego nigdy nie
dokonał, to pewne, i dlatego właśnie boję się twoich dłoni i twoich rąk.
Później dowiedziałem się, że zabiłeś też nietopająka. Nie, Karagee,
gdybym musiał, zabiłbym cię z daleka.
- To było dawno temu. Nie sądziłem, że ktoś jeszcze pamięta.
- Wygrałeś tę dziewczynę.
- Tak. Zapomniałem już, jak miała na imię.
- Ale nie zwróciłeś jej poecie. Zatrzymałeś dla siebie. I za to
prawdopodobnie cię nienawidzi.
- Phil? Przez tę dziewczynę? Nie pamiętam nawet, jak wyglądała.
- On nie zapomniał. Dlatego myślę, że cię nienawidzi. Umiem wyczuć
nienawiść, wytropić jej źródło. Odebrałeś mu jego pierwszą kobietę.
Byłem tam.
- To był jej pomysł.
- I on się starzeje, a ty wciąż jesteś młody. To smutne, Karagee, kiedy
przyjaciel ma powody, żeby nienawidzić przyjaciela.
- Fakt.
- I nie odpowiedziałem na twoje pytania.
- Jest możliwe, że zostałeś wynajęty, żeby zabić Weganina?
- Jest to możliwe.
- Dlaczego?
- Powiedziałem tylko, że to możliwe, a nie że jest to faktem.
- W takim razie zadam ci jeszcze tylko jedno pytanie i na tym skończę.
Co dobrego przyniesie śmieć Weganina? Jego książka może bardzo dobrze
wpłynąć na relacje wegańsko ludzkie.
- Nie wiem, co dobrego albo złego mogłaby przynieść, Karagee. Porzucajmy
jeszcze.
Tak zrobiliśmy. Teraz wyczułem już dystans i wyważenie noży i wbiłem dwa
w sam środek tarczy. Potem Hasan wcisnął dwa swoje obok nich, ten drugi
wydał z siebie ostry jęk cierpiącego metalu, kiedy klinga, wibrując,
otarła się o jeden z moich.
- Muszę cię uprzedzić - powiedziałem, kiedy znów wyrwaliśmy je z tarczy.
- To ja kieruję wyprawą i jestem odpowiedzialny za bezpieczeństwo jej
uczestników. Będę także pilnował Weganina.
- To bardzo dobra decyzja, Karagee. Potrzebuje ochrony.
Odłożyłem noże na tacę i skierowałem się do drzwi.
- Ruszamy jutro o dziewiątej rano, jak wiesz. Zamówię konwój śmigaczy na
pierwszym lądowisku w kompleksie Biura.
- Tak. Dobrej nocy, Karagee.
- I mów mi Conrad.
- Tak.
Trzymał w dłoni nóż, gotów do rzutu do tarczy. Zamknąłem za sobą drzwi i skręciłem w korytarz. Odchodząc, usłyszałem kolejne stuknięcie i wydawało się o wiele bliższe niż te wcześniejsze. Odbiło się echem wokół
mnie na korytarzu.
***
Kiedy sześć dużych śmigaczy pędziło przez oceany w stronę Egiptu,
skierowałem swe myśli najpierw do Kosu i Kasandry, potem z pewną
trudnością wróciłem do chwili bieżącej, a następnie sięgnąłem naprzód,
do krainy piasków, do Nilu, zmutowanych krokodyli i paru faraonów,
których spokój zakłócał już jeden z moich projektów ("Śmierć na
skrzydłach chyżych przybywa do tych, co śmieją bezcześcić..." i tak
dalej). Pomyślałem też o ludzkości wegetującej na Stacji Tytan,
pracującej w Biurze Ziemi, upokarzającej się na Talerze i Bakabie,
radzącej sobie na Marsie i żyjącej jako tako na Rylpahu, Divbah, Litanie
i kilkudziesięciu innych światach Konsorcjum Wegańskiego. I w końcu
pomyślałem o Weganach.
Niebieskoskóry lud ze śmiesznymi imionami i z dołkami na policzkach
przypominającymi dzioby po ospie przyjął nas, kiedy byliśmy zziębnięci,
nakarmił nas, kiedy byliśmy głodni. Tak jest. Zrozumieli, co wycierpiały
nasze kolonie na Tytanie i Marsie po niemal stu latach nagłej
samowystarczalności - po incydencie Trzech Dni - i zanim powstał
działający pojazd międzygwiezdny. Jak chrząszcze, zwane kwieciakami (tak
mi powiedział Emmet), szukaliśmy nowego domu, ponieważ całkiem zużyliśmy
ten, który mieliśmy wcześniej. Czy Weganie sięgnęli po środek
owadobójczy? Nie. Jako rasa mądrzejsza i starsza, bo są nią, pozwolili
nam osiedlić się na swoich planetach, żyć i pracować w swoich miastach
lądowych i morskich. Ponieważ nawet kultura tak rozwinięta jak wegańska
potrzebuje niekiedy pracy rąk z odmiany dysponującej przeciwstawnymi
kciukami. Dobra służba domowa nie da się zastąpić przez maszyny,
podobnie jak nadzorcy maszyn, dobrzy ogrodnicy, rybacy słonowodni,
wykonawcy niebezpiecznych robót podwodnych i podziemnych, obcy
dostarczyciele etnicznej rozrywki. Owszem, obecność ludzkich siedzib
obniżała wartość sąsiednich nieruchomości wegańskich, ale za to sami
ludzie wyrównywali te straty, przyczyniając się do większego dobrobytu.
To z kolei sprowadziło mnie z powrotem na Ziemię. Weganie nigdy
wcześniej nie widzieli całkowicie zrujnowanej cywilizacji, więc byli
zafascynowani naszą ojczystą planetą. Dostatecznie zafascynowani, by
tolerować na Talerze nasz rząd na uchodźstwie. Dostatecznie, by kupować
bilety Ziemskich Wypraw i podziwiać nasze ruiny. Dostatecznie nawet, by
kupować u nas tereny i budować kurorty. Istnieje swoisty rodzaj
fascynacji planetą, która funkcjonuje jako muzeum. (Co takiego James
Joyce mówił o Rzymie?). W każdym razie każdego wegańskiego roku
finansowego martwa Ziemia nadal daje swym żyjącym wnukom niewielkie, ale
znaczące przychody. I właśnie dlatego Biuro, Lorel, George, Phil i to
wszystko.
Może nawet dlatego ja.
Daleko w dole morze było jak błękitnoszary dywan, wyciągnięty nagle spod
nas, gdy zastąpił je ciemny kontynent. Pędziliśmy do Nowego Kairu.
Wylądowaliśmy zaraz pod miastem. Nie ma tam normalnego pasa, po prostu
opuściliśmy te sześć śmigaczy na pustym polu, które służyło nam za
lotnisko, i postawiliśmy George'a na straży.
Stary Kair wciąż jest gorący, ale ludzie, z którymi można robić
interesy, żyją głównie w Nowym Kairze, więc sprawy były w zasadzie
przygotowane do wycieczki. Myshtigo chciał obejrzeć w Mieście Umarłych
meczet Kajtbaja, który przetrwał Trzy Dni; zgodził się jednak, żebym
zabrał go tam śmigaczem i zatoczył niskie, powolne kręgi, gdy on zrobi
zdjęcia i trochę się pogapi. Jeśli chodzi o zabytki, to tak naprawdę
zależało mu na piramidach i Luksorze, Karnaku, Dolinie Królów i Dolinie
Królowych.
Bardzo dobrze, że oglądaliśmy meczet z powietrza. Ciemne kształty
przemykały w dole, zatrzymując się tylko po to, żeby ciskać w nas
kamieniami.
- Co to za jedni? - zapytał Myshtigo.
- To Gorący. Napromieniowani - wyjaśniłem. - Tak jakby ludzie. Różnią
się między sobą rozmiarami, kształtem i złośliwością.
Krążyliśmy przez jakiś czas, aż wreszcie Myshtigo uznał, że jest
zadowolony, więc wróciliśmy na pole.
I tak po wylądowaniu po raz drugi zabezpieczyliśmy ostatni śmigacz i wysiedliśmy, maszerując przez piasek i popękany bruk w równych
proporcjach - dwóch przewodników, ja, Myshtigo, Dos Santos z Rudą
Peruką, Hasan i Ellen, która w ostatniej chwili postanowiła towarzyszyć
mężowi w wyprawie. Po obu stronach drogi rozciągały się pola wysokiej,
lśniącej trzciny cukrowej. Po chwili zostawiliśmy je za sobą i weszliśmy
w niską zabudowę przedmieść. Droga się poszerzyła. Para dzieciaków z wielkimi brązowymi oczami przyglądała się nam, kiedy przechodziliśmy.
Pilnowały znużonego sześcionogiego wołu, obracającego koło sakieh - w tej krainie woły od zawsze napędzały koła sakieh, tyle że ten
zostawiał więcej śladów.
Mój kierownik regionalny, Rameses Smith, spotkał się z nami w zajeździe.
Był potężnym mężczyzną, a delikatna sieć zmarszczek gęsto oplatała jego
smagłą twarz. Miał typowo smutne oczy, ale co chwila parskał śmiechem,
co szybko równoważyło ich efekt. Siedzieliśmy w głównej sali i popijaliśmy piwo, czekając na George'a. Miejscowi strażnicy poszli, żeby
go zluzować.
- Praca posuwa się szybko - poinformował mnie Rameses.
- To dobrze - odparłem, dosyć zadowolony, że nikt nie spytał, co to za
"praca". Chciałem ich zaskoczyć.
- Jak twoja żona i dzieci?
- Zdrowi - zapewnił.
- To nowe też?
- Przeżyło, bez żadnych defektów - oznajmił z dumą. - Wysłałem żonę na
Korsykę. Była tam do porodu. To jego zdjęcie.
Udałem, że przyglądam się uważnie, wydając oczekiwane odgłosy uznania. I po chwili:
- A skoro o zdjęciach mowa - powiedziałem - nie potrzebujecie
dodatkowego sprzętu filmującego?
- Nie, jesteśmy dobrze wyekwipowani. Wszystko idzie dobrze. Kiedy chcesz
obejrzeć prace?
- Jak tylko coś zjemy.
- Jesteś muzułmaninem? - wtrącił Myshtigo.
- Jestem wyznania koptyjskiego - odparł bez uśmiechu Rameses.
- Naprawdę? To była herezja monofizycka, prawda?
- Nie uważamy się za heretyków.
Siedziałem tam i zastanawiałem się, czy Grecy słusznie postąpili,
wypuszczając logikę w ten nieszczęsny świat, gdy tymczasem Myshtigo
opisywał cały zabawny (dla niego) katalog chrześcijańskich herezji. W chwili irytacji faktem, że zostałem przewodnikiem tej wycieczki,
zarejestrowałem je wszystkie w Dzienniku Wyprawy. Lorel powiedział mi
później, że był to porządny, dobrze zredagowany dokument. Co tylko
dowodzi, jak paskudnie musiałem się czuć w owej chwili. Włączyłem nawet
ten fragment o przypadkowej kanonizacji Buddy jako świętego Jozafata w szesnastym wieku. W końcu, kiedy Myshtigo siedział tak i drwił z nas
sobie, dotarło do mnie, że muszę albo go zabić, albo zmienić temat. Sam
nie jestem chrześcijaninem, więc ta jego teologiczna komedia omyłek nie
szturchała mnie mocno w splot religijny. Oczywiście byłem trochę
zirytowany, że przedstawiciel innej rasy tyle trudu poświęcił badaniom,
w których wychodziliśmy na bandę idiotów.
Kiedy dzisiaj to wspominam, pojmuję, że się wtedy myliłem. Sukces taśmy
wideo, którą wtedy nagrywałem (to te "prace", o których wspominał
Rameses), potwierdza moją nowszą hipotezę na temat Wegan. Byli tak
znudzeni sobą, a my byliśmy dla nich taką nowością, że natychmiast
zajęli się naszymi zawsze popularnymi problemami, naszymi klasycznymi
problemami, a także problemami, jakie stanowiliśmy osobiście. Z wielkim
zapałem zaangażowali się w spekulacje, kto naprawdę napisał sztuki
Shakespeare'a, czy Napoleon rzeczywiście zmarł na Wyspie św. Heleny, kim
byli pierwsi Europejczycy, którzy dotarli do Ameryki, albo czy książki
Charlesa Forta sugerują, że Ziemię odwiedziła nieznana im inteligentna
rasa. I tak dalej. Wyższa warstwa wegańskiego społeczeństwa rzuciła się
także na nasze średniowieczne debaty teologiczne. Zabawne.
- Co do pańskiej książki, Srin Shtigo... - przerwałem mu.
Użycie formalnego tytułu zaintrygowało go.
- Tak? - odpowiedział.
- Odniosłem wrażenie - rzekłem - że w tej chwili nie ma pan ochoty zbyt
wiele o niej mówić. Szanuję to uczucie, naturalnie, jednak stawia mnie
to, jako kierownika tej wyprawy, w dość niezręcznej sytuacji.
Obaj wiedzieliśmy, że powinienem porozmawiać z nim na osobności,
zwłaszcza po tym, co na przyjęciu powiedział Philowi, ale nabrałem
ochoty na zaczepki, chciałem mu to okazać, a także skierować rozmowę na
inne tory.
- Ciekaw jestem - mówiłem - czy będzie to po prostu dziennik podróży i opisy miejsc, które odwiedzimy, czy życzyłby pan sobie mojej pomocy i zwrócenia uwagi na specyficzne lokalne warunki dowolnego rodzaju...
Powiedzmy, politykę czy bieżące wydarzenia kulturalne.
- Przede wszystkim zamierzam opisać naszą wyprawę - wyjaśnił. - Ale w drodze będę wdzięczny za pańskie komentarze. Miałem wrażenie, że na tym
polega pańska praca. W tej chwili dysponuję ogólną wiedzą o ziemskich
tradycjach i sprawach bieżących i niespecjalnie mnie one interesują.
Dos Santos, który spacerował i palił, czekając, aż przygotują nam
posiłek, zatrzymał się nagle w pół kroku.
- A co pan sądzi, Srin Shtigo, o ruchu returnistycznym? - zapytał. - Czy
wspiera pan nasze cele? Czy też uważa pan tę sprawę za przegraną?
- Tak - odparł Myshtigo. - To drugie. Uważam, że kiedy coś jest martwe,
zobowiązane jest jedynie, by dać konsumentowi satysfakcję. Szanuję wasze
cele, ale nie rozumiem, skąd w ogóle nadzieja, że uda się je
zrealizować. Dlaczego wasz lud miałby zrezygnować z bezpieczeństwa,
jakie obecnie posiada, by powrócić do tego miejsca? Większa część
obecnego pokolenia nawet nie widziała Ziemi, najwyżej na nagraniach, a musi pan przyznać, że nie są to dokumenty zachęcające do powrotu.
- Nie zgadzam się z panem - oświadczył Dos Santos. - A pańską postawę
uważam za wyjątkowo protekcjonalną.
- Tak właśnie być powinno - zgodził się Myshtigo.
George i jedzenie pojawili się praktycznie równocześnie. Kelnerzy
zaczęli podawać do stołu.
- Chciałbym zjeść przy małym stoliku, całkiem sam - polecił Dos Santos
kelnerowi.
- Jesteś tutaj, ponieważ sam prosiłeś, by tu być - powiedziałem.
Zatrzymał się i dyskretnie zerknął na Rudą Perukę, która przypadkiem
usiadła po mojej prawej ręce. Wydawało mi się, że zauważyłem jej niemal
niedostrzegalne poruszenie głową, najpierw w lewo, potem w prawo.
Dos Santos uspokoił się z trudem i uśmiechnął lekko.
- Wybaczcie mój latynoski temperament - powiedział. - Nie powinienem się
spodziewać, że w pięć minut nawrócę kogoś na returnizm. A nigdy nie
potrafiłem ukrywać swoich uczuć.
- To akurat jest dość oczywiste.
- Jestem głodny - oznajmiłem.
Usiadł przy stole naprzeciwko nas, obok George'a.
- Podziwiajcie Sfinksa - odezwała się Ruda Peruka, wskazując wiszącą na
ścianie akwafortę. - Jego mowa to na przemian długie okresy milczenia i tylko niekiedy jakaś zagadka. Stary jak czas. Wielce szanowany.
Niewątpliwie zgrzybiały. Trzyma usta zamknięte i czeka. Na co? Któż to
wie. Czy pańskie gusta artystyczne obejmują też monolity, Srin Shtigo?
- Niekiedy - odparł, z lewej strony.
Dos Santos raz tylko zerknął szybko przez ramię, a potem znów spojrzał
na Diane. Nie odezwał się.
Poprosiłem Rudą Perukę o sól i podała mi. Tak naprawdę miałem ochotę
posypać ją, żeby przestała się ruszać, a wtedy mógłbym przyglądać się
jej do woli, ale zamiast tego użyłem tej soli do ziemniaków.
Podziwiajcie Sfinksa, akurat...
***
Słońce wysoko, krótkie cienie i upał - tak to wyglądało. Nie chciałem,
żeby jakieś piaskosanie czy śmigacze popsuły scenę, więc kazałem
wszystkim iść piechotą. Nie było daleko, a wybrałem nieco okrężną drogę,
by uzyskać oczekiwany efekt.
Przeszliśmy milę z hakiem, trochę do góry, trochę w dół. Skonfiskowałem
George'owi siatkę na motyle, żeby uniknąć irytujących postojów przy
kilku leżących na szlaku polach koniczyny.
To było jak wędrówka wstecz przez czas, tak się zdawało - przy
przemykających w górze ptakach (Ćwierk! Ćwierk!) i parą wielbłądów na
tle dalekiego horyzontu, pojawiających się, kiedy tylko pokonywaliśmy
jakieś wzniesienie. (Właściwie to tylko nakreślone węglem sylwetki
wielbłądów, ale to całkiem wystarczy. Kto się przejmuje minami
wielbłądów? Nawet wielbłądy nie, nie tak naprawdę. Paskudne zwierzaki...).
Niska smagła kobieta przeszła obok nas, niosąc wysoki dzban na głowie.
Myshtigo skomentował ten fakt w swoim kieszonkowym notatniku. Skinąłem
kobiecie głową i pozdrowiłem ją. Odpowiedziała na pozdrowienie, ale
oczywiście nie pochyliła głowy. Ellen, mokra już od potu, wachlowała się
wielkim trójkątem z zielonych piór; Ruda Peruka szła wyprostowana,
maleńkie kropelki potu zdobiły jej górną wargę, oczy skrywała za
okularami, które pociemniały tak bardzo, jak tylko mogły.
Wreszcie byliśmy na miejscu. Pokonaliśmy ostatni niewysoki wzgórek.
- Patrzcie - rzekł Rameses.
- Madre de Dios! - zawołał Dos Santos.
Hasan burknął coś.
Ruda Peruka spojrzała na mnie szybko, po czym odwróciła głowę. Przez te
ciemne okulary nie mogłem odczytać wyrazu jej twarzy. Ellen wciąż się
wachlowała.
- Co oni robią? - spytał Myshtigo.
Po raz pierwszy widziałem, że jest szczerze zaskoczony.
- No przecież rozbierają wielką piramidę Cheopsa - odparłem.
Po chwili Ruda Peruka zadała oczywiste pytanie.
- Dlaczego?
- Prawdę mówiąc - wyjaśniłem - trochę w tej okolicy brakuje materiałów
budowlanych, no bo towar ze Starego Kairu jest radioaktywny, więc
pozyskują je z rozbijania na kawałki tej stereometrycznej bryły.
- To bezczeszczenie pomnika dawnej chwały ludzkości! - wykrzyknęła.
- Nic nie jest tańsze od dawnej chwały - zauważyłem. - Nas interesuje
teraźniejszość. A oni teraz potrzebują materiałów budowlanych.
- Jak długo to już trwa? - spytał Myshtigo. W pośpiechu mówił
niewyraźnie.
- Od trzech dni - wyjaśnił Rameses. - Wtedy zaczęliśmy rozbiórkę.
- Kto dał wam prawo, żeby robić coś takiego?
- Uzyskałem zgodę z Wydziału Sztuki, Pomników i Archiwów, Srin.
Myshtigo zwrócił się do mnie. Jego żółte oczy rozjarzyły się dziwnie.
- Pan! - rzekł.
- Ja - przyznałem. - Jestem komisarzem tego wydziału, to prawda.
- Dlaczego nikt nie wiedział o tych działaniach?
- Ponieważ bardzo niewielu ludzi tu przyjeżdża. To zresztą kolejny dobry
argument za rozbiórką. Ostatnio mało kto nawet ją ogląda. Mam prawo
zezwalać na takie operacje.
- Przyleciałem z innego świata, żeby ją zobaczyć!
- Więc proszę się przyglądać - poradziłem. - Szybko znika.
Odwrócił się i spojrzał.
- Najwyraźniej nie ma pan pojęcia o jej historycznej wartości. A nawet
jeśli...
- Przeciwnie. Doskonale wiem, ile jest warta.
- I te nieszczęsne istoty, które zmusza pan tam do pracy... - Uniósł głos,
obserwując całą scenę. - Pod gorącymi promieniami waszego brzydkiego
słońca... Harują tam w całkowicie prymitywnych warunkach. Nigdy pan nie
słyszał o maszynach budowlanych?
- Oczywiście. Są kosztowne.
- A nadzorcy trzymają baty. Jak może pan w ten sposób traktować swój
własny lud? To perwersja!
- Wszyscy ci ludzie sami zgłosili się do tej pracy za symboliczne
honoraria. Poza tym Związek Aktorów nie pozwala na użycie batów, choć
ludzie za tym głosowali. Wolno nam tylko strzelać z nich w powietrzu,
nad robotnikami.
- Związek Aktorów?
- Ich organizacja zawodowa. Chce pan zobaczyć nowocześniejszy sprzęt? -
Wyciągnąłem rękę. - Proszę spojrzeć na tamto wzgórze.
Tak zrobił.
- Co się tam dzieje?
- Nagrywamy wszystko na wideotaśmach.
- W jakim celu?
- Kiedy już skończymy, przemontujemy nagrania do rozsądnej długości i odtworzymy od tyłu. Nazwiemy to "Budowa Wielkiej Piramidy". Film
powinien dostarczyć sporo zabawy... i zysków. Odkąd się dowiedzieli o jej
istnieniu, wasi historycy zastanawiają się, jak powstała. Myślę, że
teraz będą bardziej zadowoleni. Uznałem, że operacja BSTI uda się
najlepiej.
- BSTI?
- Brutalna Siła i Totalna Ignorancja. Proszę spojrzeć, jacy są gorliwi:
łażą za kamerą, kładą się na ziemię, a kiedy skieruje się obiektyw w ich
stronę, szybko wstają. W końcowej wersji będą wszędzie padali jak muchy.
Ale to przecież pierwszy ziemski film od lat. Są naprawdę przejęci.
Dos Santos dostrzegł wyszczerzone zęby i zaciśnięte mięśnie twarzy Rudej
Peruki. Spojrzał ponuro na piramidę.
- Jesteś szaleńcem - oświadczył.
- Nie - sprzeciwiłem się. - Brak pomnika na swój sposób sam może być
pomnikiem.
- Pomnikiem Conrada Nomikosa...
- Nie - wtrąciła wtedy Ruda Peruka. - To oczywiste, że istnieje sztuka
destruktywna, tak samo jak sztuka kreatywna. Mam wrażenie, że on czegoś
takiego próbuje. Odgrywa Kaligulę. Być może nawet rozumiem dlaczego.
- Dziękuję.
- Nie ma powodu. Powiedziałam: "może". Artysta czyni to z miłością.
- Miłość to odwrotna forma nienawiści.
- "Umieram, Egipcie, umieram" - powiedziała Ellen.
Myshtigo zaśmiał się.
- Jest pan twardszy, niż myślałem, Nomikos - przyznał. - Ale nie jest
pan niezastąpiony.
- Proszę spróbować zwolnić pracownika służby cywilnej. Zwłaszcza mnie.
- To może się okazać łatwiejsze, niż pan sądzi.
- Przekonamy się.
- Być może.
Znowu zwróciliśmy się w stronę wielkich dziewięćdziesięciu procent
piramidy Cheopsa/Chufu. Myshtigo znów zaczął robić notatki.
- Wolałbym, żebyście przyglądali się stąd, na razie - powiedziałem. -
Naszą obecnością zmarnowalibyśmy cenne nagrania. Jesteśmy anachronizmem.
Możemy tam zejść podczas przerwy na kawę.
- Zgadzam się - oświadczył Myshtigo. - A jestem pewien, że potrafiłbym
rozpoznać anachronizm. Tutaj jednak zobaczyłem już wszystko, na czym mi
zależało. Wracajmy do gospody. Chcę porozmawiać z miejscowymi. -
Zastanowił się. - W tej sytuacji obejrzę Sakkarę szybciej, niż
zamierzałem. Nie zaczął pan rozbiórki monumentów w Luksorze, Karnaku i w Dolinie Królów, prawda?
- Nie, jeszcze nie.
- To dobrze. Obejrzymy je więc przed planowanym czasem.
- Nie stójmy tutaj - odezwała się Ellen. - Ten upał jest zabójczy.
Ruszyliśmy więc z powrotem.
- Naprawdę mówiłeś to wszystko poważnie? - spytała po drodze Diane.
- Na swój sposób.
- Jak możesz myśleć o takich rzeczach?
- Po grecku, naturalnie. Potem tłumaczę je na angielski. Naprawdę dobrze
mi to wychodzi.
- Kim ty jesteś?
- Jestem Ozymandias. Mocarze, patrzcie na moje dzieła i przed moją
chwałą gińcie z rozpaczy.
- Nie jestem mocarzem.
- Zastanawiam się... - powiedziałem.
I tę część jej twarzy, którą mogłem obserwować, pozostawiłem na resztę
drogi z dość zabawną miną.
***
- Opowiem panu o boadylu - powiedziałem.
Nasza feluka sunęła wolno wzdłuż tej oślepiającej drogi wodnej, jaka
wypala swą ścieżkę przed wielkimi szarymi kolumnadami Luksoru. Myshtigo
stał odwrócony do mnie plecami, oglądał te kolumny i od czasu do czasu
dyktował jakąś notatkę.
- Kiedy przybijemy do brzegu? - zapytał.
- Za jakieś półtora kilometra. Może lepiej jednak opowiem panu o boadylu.
- Wiem, czym jest boadyl. Mówiłem przecież, że czytałem o waszym
świecie.
- Hm... Czytanie o nich to jedno...
- Poza tym widziałem boadyle. W ziemskim ogrodzie na Talerze są cztery.
- ...a oglądanie w basenie to drugie.
- Z panem i Hasanem stanowimy prawdziwy pływający arsenał. Zauważyłem,
że ma pan u pasa trzy granaty, a on cztery.
- Nie może pan użyć granatu, kiedy jakiś się na pana rzuci... o ile nie
chce pan podważyć sensu samoobrony. A jeśli jest dalej, nie trafi go
pan. Są za szybkie.
W końcu się odwrócił.
- Więc czego pan używa?
Sięgnąłem pod galabiję (ubierałem się jak miejscowi) i wyjąłem broń,
którą zawsze staram się mieć pod ręką, kiedy trafię w te strony.
Obejrzał ją z zaciekawieniem.
- Co to?
- Pistolet maszynowy. Wystrzeliwuje pociski z metacyjankiem. Trafiając,
uderzają z siłą jednej tony. Niezbyt precyzyjny, ale to niekonieczne.
Konstrukcja wzorowana na dwudziestowiecznej broni ręcznej o nazwie
Schmeisser.
- Wydaje się nieporęczny. Powstrzyma boadyla?
- Jeśli się ma szczęście. Mam jeszcze parę sztuk w bagażu. Chce pan
jedną?
- Nie, dziękuję. - Zastanowił się. - Ale może mi pan powiedzieć coś
więcej o boadylu. Wtedy widziałem je tylko przelotnie i były w zasadzie
zanurzone.
- No więc... łeb ma trochę jak krokodyl, ale jest większy, koło dwunastu
metrów długości. Potrafi się zwinąć w taką wielką plażową piłkę z zębami. Szybki na lądzie i w wodzie.... Ma piekielnie dużo małych nóżek z obu boków...
- Ile tych nóżek? - przerwał mi.
- Hm... Muszę szczerze przyznać, że nigdy nie liczyłem. Chwileczkę... Hej,
George! - zawołałem w stronę drzemiącego w cieniu żagla czołowego
ziemskiego biologa. - Ile nóg ma taki boadyl?
- Co? - Odwrócił głowę.
- Pytałem, ile nóg ma taki boadyl.
Podniósł się, przeciągnął i podszedł do nas.
- Boadyle... - mruknął. Wsadził palec do ucha, jakby kartkował ukryte tam
dokumenty. - Stanowczo należą do gromady gadów, tego jesteśmy pewni. Czy
należą do rzędu krokodyli, czy tworzą własny podrząd, czy są z rzędu
łuskoskórych, podrzędu jaszczurek, rodziny neopodów, jak na wpół
poważnie sugerował mój kolega z Taleru... tutaj nie ma pewności. Moim
zdaniem przypominają znane sprzed Trzech Dni fotoreprodukcje
artystycznych koncepcji mezozoicznych fytozaurów, plus oczywiście mają
nadliczbowe nogi i zdolność ściskania. Dlatego osobiście popieram
teorię rzędu krokodyli.
Oparł się o reling i spojrzał na migoczącą powierzchnię wody.
Zrozumiałem, że nie zamierza powiedzieć nic więcej.
- No więc ile one mają nóg? - zapytałem ponownie.
- Co? Nóg? Nigdy nie liczyłem. Ale jeśli będziemy mieli szczęście, może
trafi się okazja. W tej okolicy żyje ich sporo... Ten młody, którego
miałem u siebie, nie przetrwał długo.
- A co się z nim stało? - zainteresował się Myshtigo.
- Mój megadontodziobak go zjadł.
- Megadontodziobak?
- Taki jakby dziobak, ale z zębami - wyjaśniłem. - I wysoki na jakieś
trzy metry. Proszę to sobie wyobrazić. O ile wiemy, były widziane tylko
trzy, może cztery razy. W Australii. Naszego zdobyliśmy wskutek
szczęśliwego przypadku. Prawdopodobnie nie przetrwają... w takim sensie, w jakim przetrwają boadyle. To jajorodne ssaki, a ich jaja są za wielkie,
żeby wygłodniały świat pozwolił na kontynuację gatunku... o ile to
rzeczywiście gatunek. Może tylko jakieś izolowane mutanty.
- Może. - George skinął głową z mądrą miną. - A może jednak nie.
Myshtigo odwrócił się, potrząsając głową.
Hasan częściowo rozpakował swojego golema rolema i majstrował przy
panelu sterowania. Ellen wreszcie zrezygnowała z symikoloryzacji,
położyła się na słońcu i przypalała ze wszystkich stron. Ruda Peruka i Dos Santos knuli coś na drugim końcu pokładu. Tych dwoje nigdy się tak
po prostu nie spotyka - zawsze mają zadania. Nasza feluka sunęła wolno
wzdłuż tej oślepiającej drogi wodnej, jaka wypala swą ścieżkę przed
wielkimi szarymi kolumnadami Luksoru, a ja uznałem, że czas już
skierować się do brzegu i sprawdzić, co nowego słychać wśród grobowców i zrujnowanych świątyń.
***
Kolejne sześć dni okazało się mocno obfitującymi w wydarzenia, raczej
niezapomnianymi i wybitnie aktywnymi. Były jakby brzydko piękne, jak
czasem kwiat, kiedy płatki wciąż są zdrowe, ale w samym środku ma
czarną, wilgotną plamę zgnilizny. A było tak...
Myshtigo oglądał chyba każdy kamienny słup wzdłuż sześciu kilometrów
Drogi do Karnaku. W oślepiającym świetle dnia i w blasku pochodni
wędrowaliśmy po ruinach, strasząc nietoperze, szczury, węże i owady,
słuchając Weganina monotonnie dyktującego uwagi w swoim monotonnym
języku. Nocą rozbijaliśmy obóz na piasku; rozwijaliśmy systemy
ostrzegawcze na dwustumetrowym perymetrze i wystawialiśmy dwóch
wartowników. Boadyle są zimnokrwiste, a noce były chłodne, więc z zewnątrz niewiele mogło nam zagrozić.
Wielkie ogniska rozświetlały noc w każdym miejscu, gdzie się
zatrzymywaliśmy, ponieważ Weganin chciał zachować prymitywny styl -
zapewne dla nastroju. Nasze śmigacze zostały dalej, na południu.
Dolecieliśmy nimi do miejsca, które znałem, i zostawiliśmy pod opieką
Biura, po czym wynajęliśmy felukę na dalszą drogę, biegnącą trasą
podróży Boga Króla z Karnaku do Luksoru. Myshtigo tak sobie życzył.
Nocami Hasan albo ćwiczył z assagajem, który kupił od wielkiego
Nubijczyka, albo rozbierał się do pasa i całymi godzinami walczył ze
swym niestrudzonym rolemem.
Rolem był doprawdy godnym przeciwnikiem. Hasan zaprogramował go na
dwukrotność statystycznie przeciętnej siły człowieka i o pięćdziesiąt
procent podwyższył refleks. "Pamięć" rolema zawierała setki chwytów
zapaśniczych, a układ kierujący teoretycznie nie pozwalał mu zabić czy
okaleczyć przeciwnika - dzięki serii chemoelektrycznych analogonów
nerwów czuciowych, dzięki którym co do grama mógł ocenić nacisk
konieczny do złamania kości czy zerwania ścięgna. Rolem był wysoki na
jakiś metr sześćdziesiąt pięć, a ważył koło stu piętnastu kilo.
Wyprodukowany na Bakabie był dość kosztowny, jasnożółty, z karykaturalną
twarzą i mózgiem umieszczonym trochę poniżej miejsca, gdzie był pępek -
gdyby rolemy miały pępki - dla ochrony aparatury myślącej przed
grekoromańskimi uderzeniami. Ale i tak zdarzały się wypadki. Ludzie
ginęli z rąk rolemów, kiedy coś szwankowało w mózgu czy nerwach, albo
dlatego, że oni sami potykali się czy próbowali wyrwać, generując te
konieczne dodatkowe gramy obciążeń. Miałem kiedyś takiego prawie przez
rok, zaprogramowanego do boksu. Każdego popołudnia spędzałem z nim
kwadrans czy coś koło tego. Zacząłem o nim myśleć prawie jak o człowieku. Aż pewnego dnia zaatakował nieczysto, więc tłukłem go ponad
godzinę i w końcu strąciłem mu głowę. A on boksował dalej i wtedy
przestał być dla mnie przyjaznym sparingpartnerem. Wiecie, to dziwne
uczucie boksować się z bezgłowym rolemem. Tak jakby człowiek obudził się
z przyjemnego snu i zobaczył przyczajony koło łóżka koszmar. Rolem tak
naprawdę nie "widzi" przeciwnika tymi sztucznymi oczami; cały pokryty
jest piezoelektryczną radarową błoną, taką jakby krezką, i "patrzy"
wszystkimi powierzchniami. Mimo to śmierć iluzji zwykle odbiera spokój
ducha; wyłączyłem go i nigdy już nie włączałem. Sprzedałem go
handlarzowi wielbłądów za całkiem niezłą cenę. Nie wiem nawet, czy
zamontował mu głowę z powrotem. Ale był Turkiem, więc kogo to obchodzi?
W każdym razie Hasan siłował się z rolemem i obaj błyszczeli w świetle
ognia, a my siedzieliśmy na kocach i przyglądaliśmy się im. Od czasu do
czasu przelatywały nisko nietoperze jak wielkie i szybkie płaty popiołu,
a wyblakłe chmury niczym woalka przesłaniały księżyc, a potem płynęły
dalej.
To samo działo się też trzeciej nocy, kiedy dostałem szału.
Pamiętam to tylko w taki sposób, w jaki pamięta się mijany krajobraz,
oglądany w czasie letniej wieczornej burzy - jako ciąg odizolowanych,
rozjaśnionych błyskawicą nieruchomych ujęć...
Rozmawiałem z Kasandrą prawie godzinę i zakończyłem obietnicą, że
następnego dnia wezmę śmigacz i spędzę noc na Kos. Przypominam sobie
nasze ostatnie słowa.
- Uważaj na siebie, Konstantinie. Miałam ostatnio złe sny.
- Daj spokój, Kasandro. Dobrej nocy.
I kto wie, czy te jej złe sny nie były efektem temporalnej fali
uderzeniowej, sunącej wstecz od odczytu 9,6 w skali Richtera?
Z błyskiem jakby okrucieństwa w oczach Dos Santos zaklaskał, kiedy Hasan
z gromkim hukiem cisnął rolema na ziemię. Jednak to konkretne drżenie
gruntu trwało nadal, choć rolem podniósł się na nogi i przykucnął znowu,
rękami wykonując w stronę Araba wężowe zygzaki. A ziemia trzęsła się i trzęsła.
- Co za moc! Ciągle to czuję! - zawołał Dos Santos. - Olé!
- To wstrząsy sejsmiczne - stwierdził George. - Co prawda nie jestem
geologiem...
- Trzęsienie ziemi! - krzyknęła jego żona, upuszczając niepasteryzowaną
figę, którą karmiła Myshtigo.
Nie mieliśmy powodu, by uciekać, nie mieliśmy dokąd. W pobliżu nie było
niczego, co mogłoby się na nas zawalić. Teren był płaski i nagi. No więc
siedzieliśmy na miejscu, podrzucani i potrząsani, a nawet kilka razy
przewróceni. Ognie wyczyniały rzeczy niezwykłe.
Czas działania trzęsienia dobiegł końca i rolem zesztywniał; Hasan
podszedł i usiadł z George'em i ze mną. Wstrząsy trwały jeszcze ponad
pół godziny, a potem wiele razy powracały nocą, już słabsze. Kiedy
minęło pierwsze zaskoczenie, nawiązaliśmy kontakt z Portem. Instrumenty
wskazywały, że centrum trzęsienia znajdowało się w sporej odległości na
północ od nas.
W niedobrej odległości, prawdę mówiąc.
Na Morzu Śródziemnym.
A dokładniej: na Egejskim.
Poczułem się słabo. Nagle opuściły mnie siły.
Spróbowałem połączyć się z Kos.
Nic.
Moja Kasandra, moja piękna pani, moja księżniczka... Gdzie się podziewała?
Przez dwie godziny starałem się to ustalić. A potem odebrałem rozmowę z Portu.
To był głos Lorela, nie jakiegoś przypadkowego operatora na dyżurze.
- Um... Nie wiem, Conradzie, jak ci powiedzieć, co się stało...
- Po prostu mów - rzuciłem. - I przestań, kiedy już skończysz.
- Satelita obserwacyjny przeleciał nad wami jakieś dwanaście minut temu
- zatrzeszczał jego głos na radiowych łączach. - I niektórych egejskich
wysepek nie było na zdjęciach, które nam przekazał...
- Nie - powiedziałem.
- Obawiam się, że jedną z nich jest Kos.
- Nie.
- Przykro mi - zapewnił. - Ale tak to widzimy. Nie wiem, co jeszcze
mógłbym dodać...
- To wystarczy - przerwałem mu. - To wszystko. Koniec. Żegnam. Pogadamy
później. Nie! Chyba... Nie!
- Zaczekaj! Conrad!
Wokół mnie krążyły wytrząśnięte spośród nocy nietoperze. Uderzyłem prawą
ręką i zabiłem jednego, który pędził w moją stronę. Odczekałem kilka
sekund i zabiłem drugiego. Potem uniosłem oburącz wielki kamień i już
miałem roztrzaskać nim radio, kiedy George położył mi dłoń na ramieniu,
a ja rzuciłem ten kamień, strąciłem jego rękę i trzepnąłem go grzbietem
dłoni w usta. Nie wiem, co się potem z nim stało, ale kiedy się
schyliłem, by znów podnieść ten kamień, usłyszałem za sobą kroki.
Opadłem na kolano i zakręciłem się na nim, zbierając przy tym garść
piasku, żeby cisnąć go komuś w oczy. Byli tam wszyscy: Myshtigo, Ruda
Peruka, Dos Santos, Rameses, Ellen, trójka miejscowych urzędników i Hasan. Zbliżali się całą grupą.
- Rozproszyć się! - krzyknął ktoś, widząc moją twarz.
Rozstawili się w tyralierę.
I wtedy stali się każdym, kogo nienawidziłem. Czułem to. Widziałem inne
twarze, słyszałem inne głosy. Każdy, kogo znałem, nienawidziłem,
chciałem pobić, pobiłem - wszyscy stali tak wskrzeszeni przed ogniskiem
i tylko ich białe zęby błyskały w cieniach osłaniających twarze, kiedy
uśmiechali się i podchodzili, niosąc w rękach zgubę, a na ustach łagodne
słowa perswazji... Cisnąłem więc piaskiem w najbliższego i zaatakowałem.
Hak w podbródek odrzucił go do tyłu, a potem dwóch Egipcjan rzuciło się
na mnie z obu stron.
Strząsnąłem ich z siebie, a kątem chłodniejszego oka dostrzegłem
wielkiego Araba z jakby czarnym awokado w dłoni. Zamachnął się, celując
tym w moją głowę, więc uchyliłem się. Podchodził do mnie, ale udało mi
się trafić go w brzuch i więcej niż tylko odepchnąć, więc usiadł ciężko
na ziemi. Dwóch ludzi, których wcześniej odrzuciłem, znów próbowało mnie
złapać. Gdzieś dalej krzyczała kobieta, chociaż nie widziałem żadnych
kobiet.
Wyrwałem prawą rękę i przyłożyłem nią komuś, aż padł, a ktoś inny zajął
jego miejsce. Stojący z przodu niebieski człowiek rzucił kamieniem,
który trafił mnie w ramię i tylko bardziej rozwścieczył. Podniosłem w powietrze szarpiące się ciało i cisnąłem nim w inne, po czym walnąłem
kogoś pięścią. Otrząsnąłem się. Moja galabija była podarta i brudna,
więc zerwałem ją z siebie do końca i odrzuciłem.
Rozejrzałem się. Przestali się do mnie zbliżać, co nie było w porządku -
nie w porządku, że się zatrzymali, kiedy tak bardzo chciałem coś
połamać. No więc podniosłem człowieka, który leżał u moich stóp, i znów
go rzuciłem. I znowu podniosłem, ale wtedy ktoś zawołał:
- Hej, Karagiozis!
I zaczął rzucać wyzwiskami w łamanej grece.
Opuściłem leżącego na ziemię i odwróciłem się.
Przed ogniskiem stało ich dwóch: jeden wysoki i brodaty, drugi krępy,
ciężki, bezwłosy, ulepiony z mieszaniny kitu i ziemi.
- Mój kolega twierdzi, że cię załatwi, Greku! - zawołał ten wysoki i zrobił coś na karku tego drugiego.
Ruszyłem ku nim, a człowiek z kitu i błota skoczył na mnie.
Podciął mnie, ale poderwałem się szybko, chwyciłem go pod pachy i rzuciłem w bok. Odzyskał równowagę tak samo błyskawicznie jak ja,
podszedł i jedną ręką złapał mnie za kark. Zrobiłem to samo,
równocześnie łapiąc go za łokieć, i tak stanęliśmy w zwarciu. Mocny był.
A ponieważ był mocny, ciągle zmieniałem chwyty, testując jego siłę. Był
też szybki i kontrował każdy mój ruch prawie natychmiast, gdy tylko o nim pomyślałem.
Wepchnąłem swoje ręce między jego i odstąpiłem na mojej wzmocnionej
nodze. Uwolnieni na moment krążyliśmy dookoła siebie, szukając możliwego
otwarcia.
Ze względu na jego niewielki wzrost trzymałem ręce nisko i mocno się
pochylałem. Przez moment przysunąłem łokcie za blisko ciała, a on ruszył
tak szybko, jak jeszcze nikt, kogo widziałem, nigdy. Złapał mnie w uchwyt, który wycisnął ogromne kwiaty potu z porów skóry i sprawił
wielki ból z boków.
I ciągle zaciskał ręce. Wiedziałem, że za chwilę mnie przełamie, jeżeli
nie zdołam zerwać jego chwytu.
Zacisnąłem dłonie w pięści, oparłem o jego brzuch i pchnąłem. Ścisnął
mocniej. Zrobiłem krok do tyłu i naparłem oburącz. Ręce wsunęły się
wyżej między nas, objąłem lewą dłonią prawą pięść i całą siłą ramion
zacząłem pchać je w przód i w górę. W głowie mi się kręciło, gdy
uniosłem ręce, a nerki stały w ogniu. Wreszcie napiąłem mięśnie pleców i ramion, poczułem, jak moc przepływa przez ręce do dłoni, i uderzyłem
nimi ku niebu, a jego podbródek znalazł się na ich drodze, ale ich nie
zatrzymał.
Ręce wystrzeliły mi nad głowę, a on padł na plecy.
Powinna złamać mu kark moc tego trzasku, który się rozległ, kiedy moje
dłonie uderzyły go w podbródek i mógł sobie obejrzeć własne pięty od
tyłu.
Ale poderwał się natychmiast i zrozumiałem, że nie jest to śmiertelny
zapaśnik, ale jedna z tych istot nie z kobiety zrodzonych, ale raczej,
na podobieństwo Anteusza, wyrwanych z łona samej Ziemi.
Mocno opuściłem pięści na jego ramiona, a on opadł na kolana. Chwyciłem
go dźwignią za gardło, przesunąłem się na jego prawą stronę i ustawiłem
lewe kolano pod dolną częścią pleców. Pochyliłem się i naciskając na
jego uda i barki, próbowałem go przełamać.
Ale nie mogłem. Wyginał się, aż głową dotknął ziemi, i nie mogłem
napierać dalej.
Żaden kręgosłup nie może tak się wygiąć i nie pęknąć, ale jego to
potrafił.
Pchnąłem w górę kolanem i puściłem go, a on rzucił się na mnie znowu -
błyskawicznie.
Spróbowałem go zadusić. Miałem o wiele dłuższe ramiona, więc oburącz
chwyciłem go za gardło, mocno naciskając kciukami tchawicę. On jednak
zdołał położyć ręce na moich, od środka, na wysokości łokci, i zaczął
odciągać je w dół i na zewnątrz. Nacis kałem z całych sił, czekając, aż
twarz mu zsinieje i oczy wyjdą na wierzch. Łokcie zaczęły mi się uginać
pod jego naporem.
I wtedy nagle przesunął ręce i złapał mnie za gardło.
Staliśmy tak i dusiliśmy się nawzajem. Tylko że jego nie dało się
zadławić.
Jego kciuki były niczym dwa kolce wbijające się w mięśnie mojej szyi.
Czułem, jak czerwienieje mi twarz. W skroniach dudniła krew. Z oddali
usłyszałem krzyk:
- Zatrzymaj go, Hasan! Przecież nie powinien tak robić!
Brzmiało to jak głos Rudej Peruki. W każdym razie to imię zaświtało mi w głowie: Ruda Peruka. Co oznaczało, że Dos Santos był gdzieś blisko. A ona wołała "Hasan" - imię wypisane na kolejnym portrecie, który nagle
stał się wyraźny.
A to znaczy, że jestem Conradem, jestem w Egipcie, a zatem ta pływająca
przede mną obojętna twarz należy do golema zapaśnika, rolema,
stworzenia, które można nastawić na pięciokrotną siłę człowieka - i prawdopodobnie tak zostało nastawione - stworzenia, któremu można nadać
refleksy kota na adrenalinie - i niewątpliwie takie właśnie teraz w nim
działały.
Tyle że rolem nie powinien zabijać... chyba że przypadkiem. A ten wyraźnie
próbował mnie zabić.
A to oznaczało, że układ kierujący nie działa.
Przerwałem duszenie, widząc, że nie jest skuteczne, umieściłem prawą
dłoń pod jego lewym łokciem, sięgnąłem ponad ramionami i lewą złapałem
go za nadgarstek. Przykucnąłem tak nisko, jak tylko potrafiłem, pchnąłem
jego łokieć w górę i szarpnąłem za przegub.
Stracił równowagę i przechylił się w lewo. Zerwał swój chwyt, a ja nadal
trzymałem nadgarstek, przekręcając go, aż łokieć skierował się ku górze.
Usztywniłem lewą rękę, zamachnąłem się od ucha i z całej siły uderzyłem
w staw łokciowy.
Nic. Nie usłyszałem trzasku. Ręka ustąpiła po prostu i wygięła się w tył
pod nienaturalnym kątem.
Puściłem nadgarstek i opadłem na jedno kolano. On wstał znowu, szybko, a równocześnie jego ręka wyprostowała się, a potem zgięła w przód,
wracając do normalnej pozycji.
Jeśli dobrze poznałem umysł Hasana, to zegar rolema ustawił na maksimum
- dwie godziny. A to bardzo długo, biorąc wszystko pod uwagę.
Ale teraz wiedziałem już, kim jestem i co robię... Wiedziałem także, co
wprowadzono do konstrukcji golema. Był golemem zapaś niczym. A zatem nie
umiał boksować.
Rzuciłem okiem przez ramię, w stronę miejsca, gdzie się znajdowałem,
kiedy cały ten atak się zaczął - przy namiocie z radiostacją. Stał
jakieś piętnaście metrów ode mnie.
Wtedy prawie mnie załatwił. W tym ułamku sekundy, kiedy patrzyłem za
siebie, jedną ręką złapał mnie za kark, a drugą za podbródek.
Mógłby skręcić mi kark, gdyby pociągnął atak do końca, ale w tej właśnie
chwili nastąpił kolejny wstrząs, całkiem silny. Obu nas rzucił na
ziemię, a ja zerwałem jego chwyt.
Skoczyłem na nogi kilka sekund później, a grunt ciągle dygotał. Rolem
także się podniósł i stanął przede mną. Byliśmy jak dwóch pijanych
marynarzy, walczących na pokładzie miotanego sztormem statku...
Ruszył na mnie, a ja się cofnąłem.
Uderzyłem go lewym prostym, a kiedy próbował mnie chwycić za rękę,
zadałem cios w żołądek. Potem odskoczyłem.
Znów natarł, a ja wyprowadzałem kolejne ciosy. Boks był dla niego tym,
czym dla mnie czwarty wymiar - zwyczajnie go nie widział. Napierał na
mnie, otrząsając się po uderzeniach, ja wycofywałem się w stronę
radiostacji, ziemia drżała, gdzieś wrzeszczała kobieta i usłyszałem
głośne "Olé!", kiedy trafiłem prawym poniżej pasa. Miałem nadzieję, że
potrząsnę trochę jego mózgiem.
A potem byliśmy u celu i zobaczyłem to, czego szukałem - ten wielki
głaz, którym zamierzałem cisnąć w radio. Zrobiłem zwód lewą, potem
chwyciłem go za bark i udo i podniosłem wysoko nad głową.
Odchyliłem się do tyłu, napiąłem mięśnie i rzuciłem go prosto na głaz.
Trafił żołądkiem.
Potem znów zaczął się podnosić, ale wolniej niż poprzednio, więc trzy
razy kopnąłem go w brzuch moim ciężkim wzmocnionym butem. I patrzyłem,
jak znów się osuwa.
Jakiś dziwny turkot rozległ się w jego tułowiu.
Ziemia znowu zadrżała. Rolem zgiął się, rozciągnął i jedynym, co się
jeszcze w nim poruszało, były palce lewej dłoni. Zaciskał je i prostował, co dziwnie przywodziło mi na myśl palce Hasana tamtej nocy w hounforze.
Odwróciłem się powoli, a oni stali tam wszyscy: Myshtigo i Ellen, Dos
Santos ze spuchniętym policzkiem, Ruda Peruka, George, Rameses i Hasan
oraz trzej oplastrowani Egipcjanie. Zrobiłem krok w ich stronę i zaczęli
się rozstępować, a na ich twarzach pojawił się strach. Pokręciłem głową.
- Nie, już wszystko w porządku - uspokoiłem ich. - Ale zostawcie mnie
samego. Idę wykąpać się w rzece.
Przeszedłem siedem kroków, a potem ktoś musiał wyciągnąć korek, bo
zabulgotałem, wszystko zawirowało i cały świat spłynął do ścieku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki