zaproszenie
Nieśmiertelny diament prawdziwego "ja"
Fakt, że życie i śmierć to "nie dwa", jest dla większości ludzi niezwykle trudny do pojęcia, a trudność ta polega nie tyle na zawiłości, ile na prostocie problemu 1.
Ken Wilber
Jedność życia i śmierci wymyka nam się w chwili, gdy zaczynamy o niej myśleć naszym trywialnym umysłem.
Kathleen Dowling Singh
W pierwotnym, urwanym zakończeniu Ewangelii według św. Marka - najstarszej spośród Ewangelii - pojawia się rozczarowujący (i dlatego wiarygodny) obraz: "One wyszły i uciekły od grobu; ogarnęło je bowiem zdumienie i przestrach. Nikomu też nic nie oznajmiły, bo się bały" (Mk 16, 5-8) 2. Cóż to za osobliwa reakcja na słowa anioła, który właśnie przybyłym do grobu kobietom powiedział, by nie czuły lęku!
Taka właśnie ucieczka od zmartwychwstania stanowi w historii chrześcijaństwa - i w dziejach większości religii - swoiste proroctwo, poświadczone w przytoczonej wyżej, wczesnej wersji Pisma Świętego. Widzę w niej przejaw pokusy negacji oraz ucieczki nie tylko od obecności Boga, lecz także od naszego prawdziwego "ja" - od naszej duszy, od ukrytego w naszych wnętrzach przeznaczenia, od naszej rzeczywistej tożsamości. Nasze prawdziwe "ja" jest tą częścią nas samych, która - w dużej mierze nieświadomie - wie, kim jesteśmy i do kogo należymy. Naszym fałszywym "ja" jest to, czym jesteśmy w swoim przekonaniu; nasze przekonanie nie sprawia, że coś staje się prawdziwe.
Jesteśmy stworzeni do transcendencji; naszym przeznaczeniem są bezkresne horyzonty, jednak na przeszkodzie staje nam nasze małe ego, o ile wcześniej nie zdamy sobie sprawy z banalności jego dążeń i nie zaczniemy szukać głębszych prawd. Nasza droga przypomina pracę w kopalni diamentów. Musimy drążyć głęboko; ociągamy się jednak, wręcz czujemy strach. Zauważmy, że nawet w ostatecznym, dodanym później zakończeniu Ewangelii według św. Marka trzy razy mowa jest o tym, że uczniowie nie uwierzyli w zmartwychwstanie (Mk 16, 11-15). Jezus zaś "wyrzucał im brak wiary i upór" (Mk 16, 14). Nie świadczy to o nich najlepiej; nie stanowi też szczęśliwego zwieńczenia historii, która miała stanowić początek nowej religii. Pierwsi uczniowie sami nie mieli owej "prawdziwej wiary", do której my dziś aspirujemy. Wzmianki o ich niedowiarstwie potwierdzają zapewne historyczną prawdziwość relacji ewangelicznej, w przeciwnym bowiem razie nie chwalono by się taką postawą. (Mogą również poświadczać, że prawdziwej wierze nieodłącznie towarzyszy wątpienie).
I my stawiamy dziś pytanie, które zadają trzy kobiety w obliczu domniemanego faktu zmartwychwstania: "Kto nam odsunie kamień od wejścia do grobu?" (Mk 16, 3). Kto pomoże nam drążyć szyb, na dnie którego znajdziemy nasze prawdziwe "ja"? Ile nas to będzie kosztowało? Wreszcie skąd wiemy, że pod kamieniem naszego ego, życiowych doświadczeń, naszej kultury, rzeczywiście kryje się "nieśmiertelny diament"? Dla nikogo nie było nazbyt kosztowne zadowalanie się - co czyniono do tej pory - intelektualnym uzasadnianiem i wyznawaniem tezy, że fizyczne ciało Jezusa rzeczywiście mogło "zmartwychwstać". Takie postawienie sprawy zdejmowało z nas ciężar dorastania, ciężar autentycznego wysiłku poszukiwania naszego prawdziwego "ja".
Liczni świadkowie "wieczystej tradycji" zaświadczają na rozmaite sposoby, że nawet właściwe postępowanie "fałszywej osoby" przynosi złe owoce 3. Natomiast "prawdziwa osoba" postępująca niewłaściwie może całkowicie to zmienić, jeszcze w trakcie działania. Wolę zatem mieć do czynienia z osobą prawdziwą. Musimy dotrzeć do naszego prawdziwego "ja". W przeciwnym razie skutki naszych pozornie dobrych, moralnie chwalebnych czynów będą ograniczone, szkodliwe, może nawet zgubne. I odwrotnie: nasze prawdziwe "ja" może pójść drogą złą, lecz zawsze będzie w stanie naprawić wyrządzone szkody. Wiemy to z własnego doświadczenia. Musimy mieć świadomość, kto jest sprawcą działania i kto dokonuje nad nim refleksji. Czy to "ja" jest "nasze"? Czy jest to "ja" Boga? A może po prostu chorągiewka na wietrze? Pytanie to ma zasadnicze znaczenie dla wszelkich odmian dojrzałej duchowości.
Warto zauważyć jeszcze jedno. Marek mówi również, że Jezus "ukazał się w innej postaci" (Mk 16, 12). Czy radykalna przemiana, wiążąca się ze zmartwychwstaniem, mogła stanowić problem? Czy to dlatego tak wiele osób nie mogło rozpoznać Jezusa? Myślę, że tak właśnie było; jest to pierwsza kwestia istotna dla naszych poszukiwań prawdziwego "ja".
Wciąż czujemy się nieswojo - wobec formy, jaką rzeczywistość przybiera po zmartwychwstaniu, pomimo corocznych powrotów wiosny, przypadków fizycznych uzdrowień i niezliczonych nowości, które niesie każde życie i każde zdarzenie. Obecny w naszym doświadczeniu aspekt śmierci zawłaszcza wyobraźnię, fascynując - co ze smutkiem musimy stwierdzić - swą negatywnością i lękiem, jaki w nas budzi. Musimy nauczyć się - a jest to z różnych przyczyn o wiele trudniejsze - dostrzegać wszystko, co nieskończone, pozytywne i dobre. Filozofowie próbowali przez setki lat rozwiązać "problem zła", choć, jak sądzę, znacznie trudniejszy i bardziej zdumiewający jest "problem dobra". Jak wytłumaczyć, że na świecie tym jest tyle bezinteresowności i zwyczajnej dobroci? Refleksja nad tak postawionym problemem przyniosłaby nieporównanie lepsze wyniki.
Zmartwychwstanie - które będę utożsamiał z objawieniem naszego prawdziwego "ja" - w pewnym sensie rzeczywiście stanowi ryzyko i zagrożenie dla skonstruowanego przez nas świata. Odsłoniwszy nasze prawdziwe "ja", przestajemy pasować do wielu grup, nawet w obrębie społeczności religijnej, która tak często zafascynowana jest i pobłaża fałszywemu "ja", jedynemu, jakie zna.
Wszyscy - czy się do tego przyznajemy, czy nie - jesteśmy zakochani, a nawet uzależnieni od status quo i od przeszłości, choćby była dla nas zabójcza. Zmartwychwstanie proponuje przyszłość - śmiem twierdzić, że trwałą, lecz nieznaną, a więc przerażającą. Ludziom łatwiej jest inwestować energię w śmierć, ból i problemy niż w radość. Wiem o tym, gdyż jestem taki sam. Z jakichś niewesołych przyczyn lekceważymy radość, utrzymując ze wszystkich sił swój status ofiary.
Prawdziwe "ja" i jego zmartwychwstanie zawsze są zagrożeniem. Mówiąc o Zmartwychwstaniu Ciała Chrystusa, nie mamy na myśli wskrzeszenia dawnego ciała, lecz wywyższenie czegoś, co zawsze jawić się będzie jako zupełnie nowe. W zmartwychwstaniu nie chodzi o powrót człowieka do swego ciała; wspólne Ciało, które tworzymy w Chrystusie, wprowadza nas we wspólną przyszłość, włączając w nią całą naszą przeszłość i ją przemieniając (Ef 4, 15-16). Zauważmy, że we wszystkich opowieściach o zmartwychwstaniu, we wszystkich czterech Ewangeliach, ukazują się nam wspaniałe obrazy biegu, ruchu, podniecenia, radości, spożywania posiłku, udziału w wielkich żniwach, skakania nago i bez skrępowania do wody. Wszystkie one wskazują na wolność skierowaną ku przyszłości, gdyż wszystko, co przeszłe, minęło, odeszło i zostało w pełni wybaczone.
Wyjaśnienie istoty tego, co nazywam tu prawdziwym "ja", i ponowne jego odkrycie kładzie solidny fundament pod wszystkie religie i wyznacza im podstawowy cel. Nie zbudujemy duchowego domu z prawdziwego zdarzenia, jeśli najpierw nie znajdziemy w sobie solidnego fundamentu, na którym można będzie go wznieść. Rządzi tym zasada podobieństwa. Bóg-w-nas już wie, kocha i służy Bogu obecnemu we wszystkim, co nas otacza. Możemy jedynie wskoczyć na pokład. Nazwałbym ten skok świadomością; wierzę, że Chrystus Zmartwychwstały jest ikoną pełnej świadomości. W ludzkim umyśle Chrystusa każda część stworzenia rozpoznaje się jako (1) pomyślana i stworzona przez Boga, (2) umiłowana przez niego, (3) ukrzyżowana i (4) w pełni odrodzona. On sam niesie nas ze sobą, daje poczucie bezpieczeństwa, nadając całej podróży kształt i ukierunkowując naszą świadomość 4. Na tym właśnie polega według mnie "zbawianie" nas przez Jezusa.
Wieczysta tradycja - tradycja mistyczna, na której chcę się tu oprzeć - głosi, że każdy człowiek jest zdolny przyjąć rzeczywistość Boga, w każdym jest do niej podobieństwo i pragnienie jej przyjęcia. Szukamy tego, czym jesteśmy; dlatego właśnie Jezus mówi, że znajdziemy to, czego szukamy (por. Mt 7, 7-8). W tradycji wieczystej niezmiennie zawarte jest przekonanie, że na początku nie wiemy, czego szukamy, bowiem szukamy samego poszukiwania. Bóg nigdy nie będzie przedmiotem, który można by znaleźć czy posiąść, jak znajdujemy inne przedmioty; Bóg dzieli z nami otchłań naszej podmiotowości - nasze "ja", które zwykliśmy nazywać duszą. W języku religijnym mówimy o "zamieszkiwaniu Boga" w duszy człowieka.
Wierzę, że Chrystus jest archetypicznym prawdziwym "ja", dawaną historii Jaźnią, w której wspólnie działają duch i materia, a to, co boskie, i to, co ludzkie, zamieszkują jedną przestrzeń; tam "nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety" (Ga 3, 28). Chrystus wyprzedza nas na drodze ku wciąż nowej ziemi, na drodze do "Galilei", zapomnianej prowincji imperium rzymskiego i religii żydowskiej.
"Ty jesteś jednym z nich, bo i twoja mowa cię zdradza", mówi służąca do Piotra (Mt 26, 73). "Żaden prorok nie powstaje z Galilei", wyjaśnia arcykapłan (J 7, 52). A jednak "tam Go ujrzycie, jak wam powiedział" (Mk 16, 7). Być może prawdziwe "ja" - i pełnia misterium Chrystusa (nietożsama z chrześcijaństwem zinstytucjonalizowanym) - zawsze będą mieszkać na zapadłych peryferiach wszelkich imperiów i na najgłębszych pokładach wszelkich religii.
Ktoś może mi zarzucić arogancję w rozprawianiu tu o "wewnętrznym Bogu" i zdecydowanie odrzucić taki właśnie sposób mówienia o zmartwychwstaniu jako heretycki, zuchwały czy panteistyczny. Ewangelia ujmuje tę kwestię znacznie subtelniej. Zarówno życie Jezusa, jak i jego zmartwychwstałe ciało uczą nas, że odkrycie w sobie boskiego DNA stanowi jedyny, pełny i ostateczny sens ludzkiego bytu. Prawdziwe "ja" nie jest ani Bogiem, ani człowiekiem. Prawdziwe "ja" jest zarazem Bogiem i człowiekiem; zarówno Bóg, jak i człowiek są w nim darem bez reszty.
Tę radykalnie nową prawdę postrzegamy jako zagrożenie, mimo że objawia się nam w najstarszym, najprawdziwszym i najgłębszym wymiarze tego, czym jesteśmy. Zmartwychwstanie Jezusa oznaczało absolutną odmowę identyfikacji ze statusem ofiary czy też mściwego mnożenia kolejnych ofiar. Wprowadziło do historii zupełnie nową opowieść. Inaczej niż w przypadku wskrzeszenia Łazarza (J 11, 1-44), zmartwychwstanie Jezusa ma dla ludzkiej historii znaczenie trwałe i ostateczne. Chrystus zmartwychwstał w imieniu nas wszystkich.
To, co próbuję tu powiedzieć, pięknie wyraziła gwatemalska poetka Julia Esquivel:
Jest coś wewnątrz nas,
co nie daje nam spać, nie daje nam spocząć,
co nie zatrzymuje ukrytej w nas brzemiennej głębi.
To cichy, ciepły szloch kobiet pozbawionych mężów.
Smutny wzrok dzieci, sięgający poza granice pamięci...
Tym, co nie daje nam spać,
jest groźba naszego zmartwychwstania!
Bowiem z każdym zapadnięciem nocy,
mimo znużenia od lat nieskończoną
listą zabitych,
wciąż kochamy życie
i nie godzimy się z ich śmiercią!
W tym maratonie nadziei
są zawsze inni, gotowi nam ulżyć,
niosąc odwagę niezbędną do osiągnięcia celu
leżącego poza horyzontem śmierci...
I dowiesz się, co to znaczy śnić!
Dowiesz się, jak wspaniale jest
żyć z groźbą zmartwychwstania!
Śnić na jawie,
Żyć, umierając,
wiedząc, że już zmartwychwstałeś 5.
Tylko nasze prawdziwe "ja" może mówić w ten sposób, rzeczywiście wierząc w to, co mówi. Dla fałszywego "ja" - powodowanego przez ego i jego ograniczone dążenia - tego rodzaju poezja jest tylko literacką fikcją, tanią pocztówką, o której łatwo się zapomina, marną próbą krzyczenia w ciemności. Istnieje jednak prawdziwe "ja", obecność Zmartwychwstałego; coś, "co nie daje nam spać". Próbujmy więc odsunąć kamień, odgruzować wejście do zasypanego szybu i ponownie zacząć drążyć w poszukiwaniu naszego prawdziwego "ja". Na dnie szybu czeka na nas diament.