Budynek stał przy ulicy ciągnącej się w górę wzdłuż rzeki. Mieszkanie na strychu należało do jej męża, Romana, i było częścią poddasza jego rodzinnego domu. Spędzali tu całe wakacje. Dużo światła i wilgoci; zieleń zarastała każdą szparę w chodnikach i murach, szalała na zboczach. Powietrze czyste, widok daleki, płynący z rzeką. W nocy zasypiała w locie, z nosem w książce.
Mógł to być wtedy Człowiek bez właściwości, a szczególnie rozdział, w którym bliźnięta, Agata i Ulrich, spotykają się po latach. Oboje w piżamach pierrotów. Mają przed sobą kilka szaleńczych dni miłości, niby z kimś drugim, ale jakby ze sobą. Jednorodny owoc, przez bogów moralności rozcięty na części, a każda obłożona przekleństwem, gdyby się chciały zrosnąć.
Tak, tego pragnęła, myślała, że to jest wspaniałe, spojrzeć w oczy, w których widzi się bezpieczeństwo, czyli zrozumienie, oferowane w imieniu nieskończonego wszechświata, akceptację wyjątkowości i potwierdzenie podobieństw. Różnic, w żaden sposób niedających się przekroczyć, miała dość. Czasami te różnice godziły w same podstawy tego, w co zawsze wierzyła, co uważała za słuszne i konieczne.
- Nie kopiemy leżących. Pomagamy tym, którzy potrzebują i proszą. Nie kierujemy się interesem własnym wobec przyjaciół.
- To nie zawsze jest takie oczywiste - mówił Roman.
U Musila nie ma, niestety, ekstatycznej symbiozy, większe andro Ulricha poucza i pedagogizuje mniejsze gyne Agaty. Wtedy nie wiedziała jeszcze, że tak oto patriarchat zamordował androgyniczną jedność. Dzielił, rządził i wszystko rozgracał, jak mówił Bronek, jej sześcioletni syn.
W upał strych się nagrzewał i powietrze pachniało sosnowymi deskami. Włączała mały wentylator, powiew poruszał białą batystową bluzką, która schła na wieszaku zahaczonym o belkę wspierającą sufit; za oknem widać było połyskującą rzekę.
Ale teraz tam nie patrzyła, nie widziała rzeki, siedziała akurat w małym i dusznym klozecie na poddaszu, który niegdyś był komórką, a kiedy podniosła się z sedesu, rzuciła okiem na stare lustro, zawieszone nad obdrapanym zlewem.
Podpuchnięte powieki, sińce pod oczami. Przygnębiający widok, jakby ktoś zadzwonił blaszanym dzwonkiem nad zakurzoną drogą - koniec wycieczki! Dalej nie ma już drogi. Dalej już nie ma życia, które podobno miało się rozciągać w (relatywną) nieskończoność. Jak głosi opowieść, Luter wpadł na swoje tezy w klozecie, ona także coś tam pojęła: że jest śmiertelna. Za pięć lat będzie miała czterdzieści i nie wygląda na to, żeby dało się odwijać następne lata z gigantycznej beli czasu bez konsekwencji i w przekonaniu, że sam fakt życia, posiadania talentu i pracy nad nim prowadzi do miłości, sławy i pieniędzy. Czyli ku szczęściu. Ach, widzi teraz, jak bardzo jest zapóźniona, jak ugrzęzła w dzieciństwie, bo może w niezbyt dobrym ugrzęznąć najłatwiej. Przy tym podejrzewa, że jej cierpienia nie są wyjątkowe, tylko dlatego, że są jej właśnie, i że płynie w ławicy śledzi, tak samo niezwykłych jak ona sama, królewna Marzanna.
Około południa siostra Romana, Teresia, stojąc pod oknem, woła go meczącym głosem: "Roo-meeek!!! Roo-meeek!". W domu na dole jest też druga siostra, Lucyna. Mieszka w Lublinie, ale akurat teraz przyjechała w odwiedziny. Jej mąż, Kazimierz, jest zwalistym, wysokim mężczyzną z twarzą pozbawioną cienia jakiegokolwiek wyrazu.
Marzanna zapytała kiedyś Romana, dlaczego jego siostra wzięła sobie kogoś tak żadnego.
- Uważała - powiedział Roman - że jest przystojny.
- Przystojny?
- No tak, ma wzrost wysoki, wagę umiarkowaną, twarz symetryczną, po prawej oko i po lewej oko.
Marzanna zdziwiła się, że ten człowiek posiada w ogóle jakieś rysy. Jeśli tu można mówić o urodzie, to jest to uroda dorodnego kawałka wołowiny. Siedział teraz na ławce w niedużym ogródku przy domu. Niedaleko Broneczek podpalał za pomocą szkła powiększającego suche liście i trawki. Ta praktyczna wiedza, dająca mu moc krzesania małego ogniska, upajała go. Kazimierz zauważył żuka, który wyszedł spod liści na płytkę chodnikową niedaleko Bronka, wskazał palcem i powiedział:
- Robala przypal.
Bronek jakby nie słyszał wuja, podpalił kolejną suchą trawkę.
- Robalowi włos z głowy nie spadnie - powiedział, nie podnosząc wzroku.
Pisała i pisała, nie było chwili, żeby nie pisała, ale przez jej wewnętrzną cenzurę przechodziła tylko mała część napisanego, i dobrze. Pisała w nocy, po zapadnięciu absolutnej ciszy, i kiedy Bronek zasypiał. Siadała na swoim tapczanie, przyciskała plecy do ściany, na zgiętych kolanach kładła płaską czarną jakby teczkę, zwaną przyborem pisarskim, na niej kartki papieru i pisała. Układała wiersze strasznie pracowicie, miała w głowie cały słownik wyrazów bliskoznacznych.
Wiersze zawsze były o egzystencji, właśnie o egzystencji - nie o życiu, i miała wrażenie, że całe godziny spędza gdzieś głęboko, z tej głębi wysyłając na powierzchnię obrazy.
Nie rwała się do tego, żeby pracować więcej i więcej zarabiać, wolała mieć poczucie, że kiedy zapragnie, będzie mogła zajmować się tym, co najważniejsze; nie mów głośno, najlepiej mów w myślach: sztuką. I tak było. Roman zarabiał sporo. Poza tym robił, co miał zrobić, od razu, nie odkładał niczego na później, tak jak ona. I nie miał wielu wątpliwości.
A ona jeśli wpadała w otchłań zwątpienia co do swojego talentu, to była to prawdziwie samobójcza panika. Jak szalona walczyła z tym, co ją nieściśle wyrażało, i rzucał nią wtedy huraganowy ciemny wicher. Jakby miała nie istnieć, o ile precyzyjnie nie wyrazi tego, na czym polega jej istnienie. O ile była tego świadoma, i na ile była świadoma.
Siedziała na tylnym fotelu samochodu; prowadził Kazimierz, obok Lucynka, "jego żoneczka, Twardowska"; ona i Broneczek z tyłu. Lucynka i Kazimierz niedawno byli w Turcji, gdzie kupili konfekcję i koraliki z małych sztucznych muszelek, żeby je tutaj sprzedać. Jechali teraz drogą między polami, na których uprawiano chmiel i tytoń.
- Wszystko tu tchnie życiem - powiedziała Lucyna z westchnieniem. Jej mąż się zgodził. Oczywiście. Byli tydzień w Turcji, nie umieli się tam porozumieć, inne światło, zapachy, inne smaki paraliżowały ich, więc teraz odnajdują życie. Życie tchnie tym, co oni znają. Reszta to królestwo Belzebuba.
Tym razem jednak siedziała cicho. Poprzednio, kiedy jechała z Lucyną, spytała na widok tablicy z nazwą miejscowości:
- A co to za dziwna nazwa? "Parchatka"?
Lucyna nie bez lisiej chyłkiem przyjemności, lecz z miną zatroskaną, wyjaśniła, że nazwa powstała dawnymi czasy, a wtedy, cóż, Żydzi nie dbali o higienę i z powodu liszajów i wrzodów właśnie ta Parchatka, bo tu mieszkali głównie Żydzi.
Mimo wszystko miała dobrą wolę, litowała się, ale Marzanna w lot pojęła, że to od "parchów", po prostu, parchy mieszkały w Parchatce, obok jakże zadbanych kmieci polskich, wynalazców słynnej plica polonica. I zamarła na siedzeniu.
Nic to jednak w porównaniu z problemem chrzcin Broneczka. To znaczy w jej rozumieniu nie było takiego problemu, bo nie zamierzała go chrzcić. Cała rodzina się zebrała, sześć osób na nią jedną. Roman po jej stronie, choć oficjalnie zachowywał neutralność, żeby nie ranić swojej matki. Oczywiście, lepiej niech ona rani. Proszono ją i perswadowano, naciskano i objaśniano, żeby ochrzcić, bo tradycja, bo jeżeli on nie zechce być katolikiem, to nie będzie. Ale w rejestrach zostanie - myślała Marzanna. Głośno zaś apelowała do nich, żeby "poważnie traktowali swoją religię". Ani myśleli. Nie byli protestantami. Nacisk był taki, że nie miała już argumentów; wtedy myśl ratunkowa przyszła jej do głowy i powiedziała: "Dobrze. Ochrzczę. Ale ponieważ, jak wiecie, jestem Żydówką, to także obrzezam, zgodnie z tradycją żydowską".
Koniec, zwycięstwo! Jak nożem uciął. Bronek był w końcu ich krewnym, jakże więc?! Ma być po nim "widać"?
Była wolna. Oboje byli.
Swoją drogą, jakie to straszne, jakie upokarzające, że musiała się zetknąć z tym sercem narodu, którego treścią były zaschłe odchody historii; sercem głuchym, lamentującym nad sobą, nieczułym jednak i dla siebie, i dla życia.
Jestem Nikim! A ty?
Czy jesteś - Nikim - Też?
Zatem jest nas aż dwoje?
Pst! Rozejdzie się - wiesz!
Jak monotonnie jest - być Kimś -
Popisującą się Żabą -
Kumkać swe imię - cały Czerwiec -
Stojącym w podziwie Stawom!
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.