ROZDZIAŁ PIERWSZY
- Nie - krzyknął Kamran. - Ogień...
Słowa zamarły mu w gardle.
Patrzył, jak Alizeh przebiega przez płomienie sięgające ud, i zdumiało go to tak bardzo, że osunął się na ziemię, a zimno kamiennej posadzki przeniknęło przez jego podarte jedwabne spodnie. Kamran był odziany przynajmniej w kilka warstw ciężkiej tkaniny i pasy wysadzane klejnotami, więc ogień nie zdołałby go prędko dosięgnąć. Ale Alizeh... Alizeh miała na sobie zaledwie szelest materiału - tak zwiewna była jej suknia.
"Ogień stopi jej ciało".
Pomyślał tak w chwili, gdy ona, nie zważając na nic, przekroczyła płomienie, a jej przejrzystą suknię natychmiast pochłonął ognisty krąg, magiczne piekło powołane do życia przez młodego króla Tulanu. Cyrus, rzeczony monarcha, stał naprzeciwko Kamrana, z mieczem nadal wzniesionym do ostatecznego ciosu, a jego ręka zatrzymała się jedynie na widok Alizeh, która zmierzała teraz w jego stronę. Kamran, jakby spoza własnego ciała, patrzył, jak dziewczyna gołymi rękami dusi płomienie na sukni, gasząc je tak, jakby były tylko światłem. Spojrzał na resztki własnego zniszczonego odzienia, a następnie na krew sączącą się spomiędzy knykci. Powoli podniósł wzrok z powrotem na Alizeh, a jasności umysłu wystarczyło mu na tyle, by stwierdzić, że wyszła z ognistego piekła nietknięta, choć jej suknia na tym ucierpiała. Zamrugał wobec niemożliwości tego, co zaszło - to musiał być jakiś sen albo omamy. Nie potrafił pojąć tej dziewczyny.
Nie, on już nic nie potrafił pojąć.
Alizeh w pośpiechu o mało co nie przewróciła się na koronie, która spadła z głowy króla, i w biegu kopnęła ciężkie dziedzictwo, które zatoczyło się spiralą w stronę Kamrana. Wpatrzył się teraz w tę koronę i nagle zadrżał pod wpływem mrożącego krew w żyłach szoku, przypomniał sobie bowiem, że...
Jego dziadek nie żyje.
Król Zaal leżał bezwładnie na oczach całego świata, a krew zbierała się pod jego nieruchomym ciałem w nieregularny owal przypominający usta otwarte do krzyku. Dziadek zawarł pakt z diabłem, żeby wydłużyć sobie życie, ale na koniec śmierć pochłonęła go szybko i mało dostojnie, a król przepadł wraz z własnymi grzechami. Bezwładne, ścięgniste ciała bliźniaczych białych węży, nadal zespolone z bladymi ramionami ukochanego władcy, przedstawiały tak groteskowy widok, że Kamrana dopadły nagłe mdłości. Oparł się drżącymi dłońmi o lodowatą posadzkę i z rosnącym przerażeniem zaczął się zastanawiać, jak wiele ulicznych dzieci zostało poświęconych dla węży dziadka.
To była potworna myśl.
Poczuł tak wielkie rozczarowanie i tak silną potrzebę negacji, że zrobiło mu się słabo. Zmuszał się do zachowania spokoju, do uporządkowania własnych myśli, ale jakaś nieokreślona udręka wbiła szpony w jego umysł, powodując ból, który zdawał się promieniować z lewego ramienia. Zapragnął być kimś innym. Zapragnął cofnąć się w czasie. A nade wszystko, bez cienia przesady, zapragnął, by Cyrusowi pozwolono go zgładzić.
Tymczasem szepty jak dotąd milczącej publiczności zaczęły miarowo narastać, aż osiągnęły niepokojące crescendo i właśnie ta wrzawa zbudziła w Kamranie trenowaną od lat czujność. Jego umysł wyostrzył się pośród harmidru, poczucie obowiązku przebiło się przez mgłę żałoby i zastąpiło ją gniewem, a skupienie...
Nagle rozległ się brzęk.
Kamran podniósł wzrok w porę, by zobaczyć, jak Alizeh rzuca miecz Cyrusa na ziemię, a młody mężczyzna wzdryga się, gdy lśniąca stal uderza o marmur. Obcy król wpatrzył się w Alizeh z równym zdumieniem co Kamran, a strach sparaliżował mu rysy, gdy dziewczyna zaczęła na niego napierać.
- Jak śmiesz - powiedziała. - Ty okropny durniu. Ty bezużyteczny potworze. Jak mogłeś...
- Jak... jak ty... - Cyrus nieco się cofnął. - Jak to możliwe, że przeszłaś przez ogień? Dlaczego ty się... nie palisz?
- Ty podły, nikczemny człowieku! - wykrzyknęła. - Wiesz, kim jestem, ale nie wiesz, czym jestem?
- Nie.
Alizeh uderzyła Cyrusa w twarz z siłą maczugi, a cios był tak gwałtowny, że młody król się zatoczył i głośno uderzył głową w kolumnę.
Kamran odczuł to we własnych kościach.
Wiedział, że powinien cieszyć się tą chwilą - uradować się tym, jak Alizeh postąpiła z niegodziwym władcą - ale jego umysł nie potrafił poddać się uldze, gdyż scena, która się przed nim rozgrywała, przeczyła rozsądkowi.
Cyrus zdawał się całkowicie wytrącony z równowagi.
Ta trwoga w jego oczach, to zdumienie jej nadejściem, to cofanie się przed nią na oślep - to wszystko nie miało sensu. Nie dalej jak parę chwil temu Alizeh upierała się w rozmowie z Kamranem, że nie zna króla z południa, a jednak Cyrus, który przed momentem aż nazbyt wyraźnie dowiódł własnego okrucieństwa, wobec niej demonstrował wszelkie oznaki niepokoju. Jeśli rzeczywiście się nie znali, to dlaczego zląkł się teraz nieuzbrojonej dziewczyny, która szła w jego stronę? Rzuciła na ziemię jego miecz, raz za razem go obrażała, a na koniec jeszcze spoliczkowała, tymczasem młody król, który przed momentem zatopił ostrze w sercu Zaala, nawet nie podniósł ręki we własnej obronie. Tylko stał, patrzył na nią i niemal pozwalał, żeby go biła.
Prawie tak, jakby się jej bał.
Kamran nie śmiał oddychać, gdy w jego głowie zrodziło się przerażające podejrzenie, myśl, która przyprawiła go o tak ostry skurcz, że nie wiedział, czy pierś mu nie pęknie.
Od samego początku dziwił się przemianie Alizeh na balu. W ciągu paru godzin jej rany zostały cudownie uleczone, dziewczyna porzuciła snodę stanowiącą nieodłączny element jej stroju posługaczki, a zgrzebną sukienkę roboczą zastąpiła ekstrawagancką kreacją, na jaką nie mogłaby sobie pozwolić żadna służąca. Mimo to on nadal próbował zaprzeczać prawdzie - tak desperacko pragnął oczyścić ją z wszelkich zarzutów. Teraz wreszcie zrozumiał.
Został oszukany.
Ponownie zwrócił spojrzenie na upadłą postać dziadka.
Król Zaal próbował go ostrzec. Błagał Kamrana, by zauważył, że Alizeh jest nierozerwalnie związana z proroctwem, z kresem życia Zaala - i dopiero teraz, gdy dziadek leżał martwy, Kamran pojął rozmiary własnej głupoty. Każde bezmyślne słowo, które wypowiedział w jej obronie... każdy głupi, dziecinny czyn, którego dokonał, by ją chronić...
Niespodziewanie Cyrus się roześmiał.
Kamran podniósł wzrok. Król z południa wyglądał blado, jakby postradał zmysły. Z miejsca, w którym Kamran klęczał, nie dało się dostrzec twarzy Alizeh - widział tylko przerażenie w oczach przyglądającego jej się Cyrusa. Ten młody mężczyzna zabił własnego ojca, żeby zdobyć tron Tulanu, przed chwilą zamordował króla Zaala, władcę największego imperium na ziemi, i zgładziłby również Kamrana, gdyby dano mu jeszcze chwilę na wypełnienie tego zadania. Teraz miedzianowłosy tyran pomału dochodził do siebie, choć z warg sączyła mu się krew, która plamiła brodę. Wyglądało na to, że spośród wszystkich przeciwników, jakich mogli napotkać, obaj przelękli się biednej, łagodnej służącej z Willi Baz.
- Niechby diabeł spłonął w piekle - rzekł cicho król Tulanu. - Nie powiedział mi, że jesteś dżinnką.
- Kto? - zdziwiła się Alizeh.
- Nasz wspólny przyjaciel.
- Hazan?
Kamran aż się skulił. Nie był przygotowany na przyjęcie kolejnej zdrady, a to jedno słowo przeszyło jego ciało z okrucieństwem, przed którym nie potrafił się obronić. To, że dziewczyna sprzymierzyła się w jakiś sposób z Cyrusem, było już wystarczającą udręką - ale że spiskowała za jego plecami z Hazanem?
To było ponad jego siły.
Udawała strach i niewinność, zwodziła go na każdym kroku, a co jeszcze gorsze - co najgorsze - on dał się złapać, jak szaleniec, w pułapkę jej manipulacji. Odkąd tylko ją poznał, nie rozstawała się ze snodą, walczyła o ukrywanie własnej tożsamości nawet pośród rozszalałej ulewy, a teraz stała bez maski przed nieprzebranym tłumem arystokratów, wygrażając potężnemu władcy sąsiedniego kraju, i pokazywała całemu światu swoją twarz.
Przez cały ten czas Alizeh knuła plan.
Kamran już wcześniej musiał walczyć z rozpaczą i gniewem, już wcześniej trudno mu było przetrawić doniosłość ostatnich zdarzeń, pogodzić sprzeczne myśli na temat dziadka - ale teraz... Jak teraz miał to wszystko pojąć? On, który szczycił się niezawodnością własnych instynktów... on, który miał się za sprawnego żołnierza o dobrej intuicji...
- Hazan? - Cyrus ponownie się roześmiał, a jego dłoń zadrżała niemal niezauważalnie, gdy otarł krew z ust. - Hazan? Oczywiście, że nie Hazan. - Spojrzał w oczy Kamranowi i rzekł: - Teraz słuchaj, królu, bo zdaje się, że nawet przyjaciele cię zdradzają.
Alizeh obróciła się do niego raptownie, z paniką w szeroko otwartych oczach, a rumieniec oczywistego poczucia winy wystarczył mu za dowód. Jeszcze parę godzin temu byłby gotów przysiąc, że pragnienie, które względem niego odczuwała, było równie namacalne jak dotyk satynowych ubrań, które miał na sobie. Skosztował soli z jej skóry, poczuł w dłoniach jej cudne kształty. Teraz wiedział, że to wszystko było kłamstwem.
Piekło.
To było prawdziwe piekło.
Ale stwierdzenie, że to odkrycie złamało mu serce, mijałoby się z prawdą. Kamran nie poczuł się zdruzgotany, o nie - on zapałał wściekłością.
Zapragnął ją zabić.
Z jego serca uleciały wszelkie resztki naiwnej czułości. Został zwiedziony przez syrenę, a zarazem oszukany przez własnego przyjaciela - i mało brakowało, by napluł w twarz jedynej osobie, której naprawdę zależało na jego dobrostanie. Król Zaal zaprzedał się złu w pogoni za szczęściem wnuka, a spotkały go za to jedynie nielojalność i zdrada. Ta ciemna noc nastała wyłącznie z winy Kamrana - dopiero teraz to zrozumiał. Całe imperium Ardunii zostało narażone na niebezpieczeństwo z powodu słabości jego umysłu i ciała.
Nigdy więcej.
Nigdy więcej nie pozwoli kobiecie zapanować nad jego emocjami; nigdy więcej nie ulegnie tak prymitywnym pokusom. W tym momencie poprzysiągł sobie, że potwór zapowiedziany w proroctwie zginie z jego ręki - że sam zatopi miecz w jej sercu albo zginie, próbując tego dokonać.
Ale najpierw Hazan.
Kamran pochwycił wzrok kręcącego się w pobliżu strażnika, który czekał na rozkazy, i jednym spojrzeniem wydał swój pierwszy królewski dekret: Hazan ma zawisnąć.
Nie doznał poczucia zwycięstwa, gdy patrzył, jak jego były minister zostaje pochwycony i wywleczony z komnaty; nie czuł triumfu, gdy słyszał słabe protesty Hazana rozbrzmiewające pośród zdumionej ciszy, która zaległa na sali. Nie, odczuł jedynie przypływ przerażającej wściekłości, a potem zmusił się do powstania, odważył się podnieść na zranionym ramieniu i dopiero podczas tego rozdzierającego wysiłku odkrył, że również nogi ma dotkliwie poparzone. Jego skóra i ubrania były lepkie od krwi, głowa ciążyła mu jak ołów. Niechętnie przyznał przed sobą tę prawdę: nie wiedział, jak długo jeszcze wytrzyma bez pomocy felczera. Albo jednego z Widzących.
Nie. Królewscy Widzący zginęli. Zostali zgładzeni przez Cyrusa.
Zacisnął powieki, gdy to sobie przypomniał.
- Iblis.
Raptownie otworzył oczy na dźwięk jej miękkiego, zdradzieckiego głosu. Jego serce znowu zaczęło bić z zaskakującą mocą. Nie potrafił stwierdzić, co bardziej wytrąca go z równowagi: to, że ona i Cyrus mają wspólnego przyjaciela w diable, czy odkrycie, że jego ciało nadal jej pragnie, nadal rozgrzewa się na sam dźwięk jej głosu...
I wtedy zniknęła.
Kamran zaczął jej szukać w panice, ale bez powodzenia. Zobaczył za to, że Cyrus nadal wpatruje się intensywnie w kogoś, kim mogła być tylko Alizeh, która przed chwilą przemówiła...
Naraz się zmaterializowała.
Stała dokładnie w tym samym miejscu, teraz jednak jej postać wydawała się zamglona - to się wyostrzała, to rozmazywała w rytmie przyprawiającym o zawrót głowy.
Czy sama była za to odpowiedzialna? Czy miała dostęp do jakiejś czarnej magii?
Tam, gdzie jeszcze przed chwilą stała, widział teraz poruszającą się mleczną plamę, jej głos odkształcił się i rozmył, rozdzwonił się, jakby dobiegał ze środka szklanego naczynia.
- Przssste ten czassdziło ło ło diabłłłła...
Kamran przeciągnął zakrwawionymi dłońmi po twarzy. Nie dość, że każde kolejne odkrycie było dla niego bardziej druzgocące od poprzedniego, teraz na domiar złego zaczynał ślepnąć i głuchnąć?
- Przysssłałał leeeży munam namoim życiiiiiu?
Poranione nogi się pod nim ugięły, a umysł pękał na kawałki. Kamran cały się trząsł i chwytał rękami powietrze w poszukiwaniu oparcia, aż w końcu upadł gwałtownie na jedną z mocno poparzonych nóg. Niemal krzyknął z bólu.
Ale wtedy przyszło zmiłowanie...
Król Tulanu odezwał się jasno i wyraźnie:
- Czy to nie oczywiste? Chce, żebyś objęła tron.
Głowę Kamrana wypełnił przerażający huk. Nie było czasu cieszyć się z odzyskanego słuchu. Zgodnie z przepowiednią demoniczny potwór, w którego żyłach płynął lód, miał mieć potężnych sprzymierzeńców, i oto książę otrzymał kolejny dowód na mądrość Widzących, na słuszność ostrzeżeń dziadka...
Pomagał jej sam diabeł.
Tłum stawał się coraz bardziej hałaśliwy, tak że teraz Kamran słyszał również głosy otaczających go ludzi, których szepty przeszły w krzyki i histeryczne zawodzenie. Po raz kolejny przypomniał sobie, że w tym pomieszczeniu zgromadziła się cała arduńska arystokracja: najwyżsi rangą urzędnicy z całego imperium ściągnęli tu, by bawić się i świętować, a zamiast tego stali się świadkami upadku największego imperium na świecie.
Kamran nie wiedział, jak to przeżyje.
Ponownie usłyszał śmiech Cyrusa i jego wyraźny głos:
- Królowa dżinnów ma rządzić światem. Och, jakie to przewrotne. Doskonała zemsta.
Kamran znowu spróbował się podnieść. W jego głowie rozległo się mściwe dudnienie, nadal nie ufał własnemu wzrokowi. Cała sala, posadzka - sam Cyrus - wszystko było doskonale wyraźne, jednak Alizeh przypominała bardziej poświatę niż osobę, ciąg świetlistych kręgów ułożonych w kształt ciała. Ale może wystarczy, żeby wiedział, gdzie celować?
Słowa, które padły tego wieczoru, aż nazbyt dobitnie pokazały mu, że wszystkie ostrzeżenia dziadka co do dziewczyny były zasadne - a Kamran wolałby umrzeć, niż dwukrotnie go zawieść. Jego miecz leżał zaledwie parę kroków dalej i choć ten dystans zdawał się nie do pokonania, książę zmusił się, by go przebyć. Być może uda mu się już teraz zatopić miecz w jej sercu, już teraz ją zabić, zakończyć tę tragedię jeszcze tego wieczoru.
Ledwie zdołał zrobić jeden udręczony krok w stronę miecza, gdy mgła jej postaci odsunęła się od Cyrusa. Właśnie wtedy, w błysku przeznaczenia, Kamran ujrzał twarz Alizeh.
Wyglądała na przerażoną.
Dokładnie w chwili, gdy ten widok przeszył mu pierś, zaćma opuściła jego oczy - jej sylwetka nagle się wyostrzyła i och, było to doprawdy okrutne. Alizeh okazała się wrogiem o potędze, jaka nigdy mu się nie śniła. Nawet teraz jej lśniące oczy błyszczały uczuciem, które pustoszyło mu serce. W swojej podstępności była tak pełna wdzięku, tak naturalna. Rozglądała się po sali, jakby naprawdę panicznie się bała.
Kamran przeklął żałosny organ, który łomotał mu w piersi, a potem uderzył się zaciśniętą pięścią w mostek, jakby chciał go złamać. W odpowiedzi jego ciało rozdarł przeraźliwy ból, tak gwałtowny, że odjęło mu oddech. Czuł się tak, jakby spod jego stóp nagle wyrosło drzewo, którego pień przywarł mu do kręgosłupa i wypuścił potężne gałęzie prosto w żyły.
Zgiął się wpół, dysząc tak, że niemal przeoczył moment, w którym Alizeh spojrzała w jego stronę, a potem niespodziewanie zerwała się do ucieczki i po raz kolejny przebiegła przez ogień bez szwanku.
Czy widziała, jak Kamran sięga po miecz? Czy przejrzała jego zamiary?
Stanowiła oszałamiający widok, nawet gdy uciekała, a zwiewny materiał jej sukni po raz drugi stanął w płomieniach. Przemknęła przed jego oczami, ubrana zaledwie w strzępy przejrzystego jedwabiu; widział wszystkie krągłości jej sylwetki, smukłe kształty nóg, wypukłość piersi, i nienawidził samego siebie za to, że nawet teraz jej pragnie. Nienawidził siebie za głód, jaki odczuwał, gdy patrzył, jak ona umyka, nienawidził instynktów, które krzyczały mu w głowie - wbrew wszelkim logicznym przesłankom - że dziewczyna jest w niebezpieczeństwie... że powinien za nią biec, chronić ją...
- Czekaj... Dokąd idziesz? - krzyknął Cyrus. - Mieliśmy umowę... Pod żadnym pozorem nie wolno ci uciekać...
"Mieliśmy umowę".
Te słowa rozdzwoniły mu się w głowie, a każda sylaba cięła jego umysł niczym kosa, toczyła krew. Na wszystkich aniołów, ile jeszcze ciosów spadnie dziś na jego ciało?
- Muszę - krzyknęła, a wzburzony tłum rozstąpił się, by zrobić jej przejście. - Przepraszam, przepraszam, ale muszę uciekać... Muszę się gdzieś ukryć, gdzieś, gdzie on mnie nie...
Naraz zgięła się wpół, jakby uderzona niewidoczną siłą, i natychmiast została poderwana w górę, w powietrze.
Krzyknęła przeraźliwie.
Kamran zareagował bez namysłu: przypływ adrenaliny postawił go do pionu, a resztki głupoty zmusiły, by wykrzyknął jej imię. Dopadł tak blisko ognistej klatki, jak tylko się odważył, a cierpienie rozbrzmiewające w jego głosie z pewnością zdradziło go przed światem czy wręcz przed samym sobą, ale teraz nie potrafił się nad tym zastanawiać. Alizeh unosiła się coraz wyżej i wyżej, miotając się i krzycząc, a Kamran sam siebie potępiał za udrękę, jaką odczuwał na widok jej nieszczęścia - nawet w tej chwili nie mógł pojąć walki toczącej się we własnym ciele.
- Zatrzymaj to - krzyknęła. - Odstaw mnie na ziemię!
Nagłe zrozumienie zmusiło Kamrana do spojrzenia Cyrusowi prosto w oczy.
- Ty - powiedział, ledwo rozpoznając swój chrapliwy głos. - Ty jej to robisz.
Twarz Cyrusa sposępniała.
- Sama to sobie zrobiła.
Odpowiedź Kamrana uprzedził kolejny przeraźliwy krzyk. Obrócił się w porę, by zobaczyć, jak Alizeh wznosi się, wirując, aż pod krokwie - musiała znaleźć się we władzy bardzo ciemnej magii - i szybko przegrał bitwę z rozsądkiem. Nie potrafił nadać temu chaosowi porządku, nie potrafił sobie odpowiedzieć na dziesiątki prześladujących go pytań.
Czuł się zagubiony, kiedy tak na nią patrzył.
Alizeh posiadała moc tak potężną, że sam diabeł był jej przyjacielem, a władca wrogiego kraju - sprzymierzeńcem. Posłużyła się czarną magią do stworzenia iluzji tak przekonującej, że Kamran naprawdę uwierzył, że doznała fizycznych obrażeń na rękach, szyi, twarzy. Zwiodła nawet króla Zaala, który uwierzył, że jest bezradną, niewykształconą służką. A mimo to teraz zanosiła się tak wiarygodnym szlochem, że nawet on...
- Ty ją widzisz.
To stwierdzenie go zaskoczyło. Kamran obrócił się znowu do Cyrusa i w ułamku sekundy obrzucił spojrzeniem miedziane włosy swojego wroga, jego lodowato niebieskie oczy. Ze wszystkiego, co Cyrus mógł powiedzieć, akurat te słowa wydawały się wyjątkowo dziwne, a Kamran był zbyt przenikliwy, by uznać je za pozbawione znaczenia. Cyrus najwyraźniej się zdziwił, że on ją widzi, a to prowadziło do prostego wniosku...
Być może inni jej nie widzieli.
Ta teoria nic nie wyjaśniała, a jednak wydawała się w jakiś sposób istotna. Kamran zaczął się zastanawiać nad źródłem swojej chwilowej ślepoty, a po plecach na nowo rozpełzł mu się strach.
- Co - wymówił powoli - ty jej zrobiłeś?
Cyrus nie odpowiedział.
Leniwie odepchnął się od kolumny, a następnie schylił, żeby podnieść miecz. Podszedł do Kamrana z udawaną obojętnością, ciągnąc za sobą klingę jak psa na smyczy, tak że upiorne tarcie stali o kamień zagłuszyło na moment krzyki Alizeh.
- Sądziłem, że przedarła się przez ogień, żeby ukarać mnie - powiedział Cyrus. - Dopiero teraz widzę, że zrobiła to, by chronić ciebie.
W niebieskich tęczówkach coś błysnęło i w tej sekundzie Cyrus się zdradził. Pod powłoką spokoju kryło się jakieś desperackie, niepohamowane uczucie, może nawet rozpacz. Kamran przyjął to jako coś w rodzaju miłosierdzia, ponieważ dopiero teraz uświadomił sobie, że ten młody człowiek w rzeczywistości jest słabszym królem, niż na to wyglądał.
- Znasz jej imię - rzekł cicho Cyrus.
Kamran poczuł dreszcz lęku, ale nie odpowiedział.
- Skąd - spytał król z południa - znasz jej imię?
Gdy Kamran się wreszcie odezwał, jego głos był ciężki i zimny.
- To samo pytanie mógłbym zadać tobie.
- Owszem, mógłbyś - odparł Cyrus, unosząc powoli miecz. - Ale widzisz, ja powinienem znać imię swojej przyszłej żony.
W piersi Kamrana eksplodował ostry ból i w tej samej chwili ogłuszający huk rozdarł komnatę. Książę zdusił krzyk, chwycił się za żebra i po raz kolejny upadł na kolana, dysząc od gwałtownego ciosu. Nie pojmował, co się z nim dzieje, ale nie miał też czasu, żeby się domyślać. Zdołał tylko zmusić powieki do otwarcia się w porę, by ujrzeć nie tylko zniszczenie własnego domu, lecz także przybycie ogromnego, mieniącego się kolorami smoka, na którego widok, zdawałoby się, cała krew odpłynęła z jego ciała.
Widzący nigdy nie dopuściliby do tego, żeby obca bestia wleciała w adruńskie niebo.
Ale Widzący nie żyli.
Kamran patrzył, jak smok chwyta Alizeh w chwili, gdy ta zaczęła nagle spadać z oszałamiającą prędkością - olbrzymie stworzenie pewnie usadziło dziewczynę na swoim grzbiecie, po czym wzbiło się ponownie w powietrze. Smok wydał z siebie potężny ryk, załopotał skórzastymi skrzydłami i w mgnieniu oka zniknął razem z tą, która go dosiadała, ulatując w ciemność przez przepastny otwór wybity przed chwilą w ścianie pałacu.
Pośród całego tego chaosu Kamran nie mógł już dłużej zaprzeczać spustoszeniu, które dokonało się w jego umyśle.
Ból po stracie dziadka dopiero zaczynał do niego docierać, a następujące po sobie zdrady pogrążały go niczym ciąg drobnych śmierci, z których każda jawiła się jako dotkliwa niesprawiedliwość i każda wymagała okresu żałoby.
Zaal okazał się fałszywy. Hazan okazał się fałszywy. Alizeh...
Alizeh go zniszczyła.
Jakimś cudem nadal słyszał zgiełk tłumu, czuł natarczywy żar ognistej klatki, nieustępliwy chłód marmurowej posadzki pod kolanami. Brakowało mu sił, żeby wstać - ból szarpał bezlitośnie jego ciałem w jednostajnym rytmie, który nie sprawiał wrażenia, jakby miał ustąpić. Kamran powoli uniósł głowę, spojrzał Cyrusowi w oczy. Czuł się tak poraniony, że gdy się odezwał, miał poczucie, że gardło mu krwawi.
- Czy to prawda? - spytał. - Ona naprawdę ma cię poślubić?
Cyrus postąpił krok naprzód z przygotowanym mieczem.
- Tak.
Kamran nie mógł się pozbierać.
Skrzywił się, gdy nowa fala bólu rozlała mu się po szyi i ramionach. Było to tak nieoczekiwane, że nawet Cyrus zmarszczył czoło.
- Fascynujące - powiedział, a następnie czubkiem miecza uniósł brodę Kamrana. Ten, choć ledwo mógł oddychać pośród tej męczarni, zdołał szarpnąć się w tył, co sprowadziło na niego kolejną falę cierpienia. - Wygląda na to, że umierasz.
- Nie - wydyszał Kamran i podparł się dłońmi o kamienną posadzkę.
Cyrus niemal się roześmiał.
- Zdaje mi się, że nie masz wyboru, chyba że zamierzasz pójść w ślady dziadka.
Skąd Kamran zaczerpnął sił, tego nie wiedział, ale podniósł się z podłogi z zawziętością, jaka rodzi się tylko w człowieku złamanym, niezważającym już na nic.
Czuł się pusty.
W ciągu godziny pozrywały się wszystkie nici, z których było utkane jego życie. Czuł się teraz szalony i rozgorączkowany, trochę jakby poruszał się w koszmarze sennym. Jakimś sposobem wszystkie te potworności tylko go wzmocniły. Miał poczucie, że nic mu nie zostało.
Nic do stracenia.
Sięgnął po miecz, tak jakby jego ramię już wcale nie krwawiło, jakby skóra na nogach nie została przed chwilą zwęglona. Cudem zdawało się samo to, że zdołał unieść broń, stawić czoło przeciwnikowi.
Usłyszał burzę kroków i chór przejętych głosów, gdy oddział strażników podbiegł do ognistego kręgu, ale powstrzymał ich uniesioną dłonią.
Musiał dokończyć tę bitwę sam.
Cyrus zerknął na uzbrojonych gapiów, a potem przyjrzał się księciu przez chwilę, która zdawała się niemiłosiernie długa.
- Doskonale - rzekł wreszcie. - Nigdy nie mów, że nie jestem litościwy. Zrobię to szybko. Nie będziesz cierpiał.
- A ja - odparł Kamran głosem, który zachrzęścił jak żwir - zadbam o to, żeby twoje cierpienia trwały w nieskończoność.
W przebłysku gniewu Cyrus ciął powietrze jednym oślepiającym uderzeniem miecza, które Kamran zablokował z zaskakującą mocą, choć jego poranione ciało aż zadrżało z wysiłku. Nogi mu się zatrzęsły, ramiona krzyknęły z bólu, ale on nie miał zamiaru ustąpić. Wolał zginąć, walcząc, niż się poddać - i właśnie ta myśl rozgrzała mu pierś, wzbudziła w nim drugie życie, przerażający przypływ adrenaliny.
Z radością zginie w walce.
Z gardłowym rykiem pchnął przeciwnika, tak że zdołał odrzucić Cyrusa w tył i wyzwolić swój miecz. Bezzwłocznie natarł i poruszając się teraz z zadziwiającą zwinnością, zadawał ciosy, które Cyrus odpierał. Przez jakiś czas słyszał tylko szczęk stali, nie widział nic poza błyskami metalu, smugami ostrzy, które zwierały się i rozbiegały.
Cyrus wykonał zwód, po czym skoczył naprzód z zaskakującą prędkością, a Kamran zbyt późno poczuł palącą ranę. Usłyszał paniczne okrzyki w tłumie, ale nie widział, jakie odniósł obrażenia - tak naprawdę nie potrafił nawet stwierdzić, która część jego ciała została zraniona.
Nie miał na to czasu.
Ruszył, by powstrzymać kolejny atak, i doznał chwilowego triumfu, gdy Cyrus runął w tył, mamrocząc przekleństwo. Król z południa natychmiast się pozbierał i zaczął odpierać jego ciosy w tak precyzyjnej choreografii uderzeń, że nawet Kamran nie mógł nie zauważyć jej piękna. Nie odczuć tej rzadko spotykanej przyjemności, jaka płynie z walki z godnym przeciwnikiem, z poddawania własnej siły niczym nieskrępowanej próbie. Jednak ten dowód na zręczność Cyrusa - oraz na błyskawiczność jego reakcji - tylko umocnił przekonanie Kamrana, że wcześniej król z południa pozwolił się pokonać Alizeh. Według księcia były tylko dwa możliwe wyjaśnienia tego zachowania: albo to ona była jego zwierzchniczką w tym układzie, albo on nie chciał jej skrzywdzić. A może jedno i drugie.
Może naprawdę byli zaręczeni.
Ta druzgocąca myśl przywróciła go do rzeczywistości z niepokojącą siłą, jakiej dotąd nie zaznał. Wiedział tylko, że jego instynkt wyostrzył się jak nigdy, i wkrótce dostrzegł na twarzy Cyrusa cień wysiłku, lśnienie potu na czole, będące bez wątpienia lustrzanym odbiciem jego twarzy. Obaj oddychali ciężko, ale choć z dłoni Kamrana kapała krew, a każdy krok plamił marmur pod jego stopami, on nie czuł zmęczenia.
Natarł ponownie...
Skrzyżowali miecze w tak gwałtownym zderzeniu, że Kamran poczuł drżenie przebiegające przez całe jego ciało. Zwarli się w nadludzkim bezruchu - przeciwnicy mierzący się wzrokiem zza lśniących ostrzy.
I wtedy, z jakiegoś niepojętego powodu, Cyrus osłabł.
Trwało to tylko ułamek sekundy - król Tulanu zmarszczył brwi, rozproszył się - ale Kamran nie przepuścił tej okazji. Pchnął z okrutną siłą i zmusił Cyrusa do przykucnięcia. Teraz to on miał przewagę - pozostało mu tylko ugodzić przeciwnika. Przebicie serca Cyrusa przyniesie mu ogromną satysfakcję; już teraz wiedział, że każe go później wypatroszyć. Wystawi jego zakrwawione narządy na placu miejskim, pod szklanym kloszem, pozwoli robakom je odnaleźć i ucztować na nich do woli.
- Chyba powinieneś wiedzieć - odezwał się Cyrus z trudem, a na jego twarzy odmalowało się wyczerpanie - że coś się z tobą dzieje. Z twoją skórą.
Kamran to zignorował.
Cyrus próbował wytrącić go z równowagi, ale on nie zamierzał na to pozwolić, nie teraz, gdy był już tak bliski zwycięstwa. Z nagłym krzykiem po raz ostatni pchnął przeciwnika. Cyrus upadł na podłogę z chrapliwym wydechem, a jego miecz zabrzęczał na marmurze.
Kamran nie tracił czasu, zbliżył się do upadłego rywala z dziką determinacją. Po raz ostatni uniósł miecz...
I zamarł.
Obezwładniający paraliż unieruchomił jego ciało i pozbawił tchu. Kamran patrzył, jakby spomiędzy ściskających go połaci szkła, jak Cyrus wstaje z trudem na nogi, chowa miecz do pochwy, podnosi swoją laskę i odnajduje kapelusz. Gdy tylko osadził dobrze na głowie to dziwne nakrycie, podszedł do znieruchomiałego Kamrana i się uśmiechnął.
- Pozostało we mnie niewiele honoru, mój melancholijny królu. Z pewnością nie dość, bym zginął wtedy, gdy na to zasługuję.
W oddali ktoś krzyknął.
Kamran zaczął się miotać w więzieniu własnego ciała, ale płuca słabły mu z każdą chwilą, a wnętrzności kurczyły się pod naporem z zewnątrz.
Uśmiech Cyrusa nawet nie drgnął.
- Tak się jednak nieszczęśliwie składa - ciągnął - że w moim ciele tli się wciąż iskra ludzkich uczuć. Pozostawię cię więc dzisiaj z bijącym sercem. Tak czy inaczej lepiej, żebyś przeżył, prawda? Lepiej, żebyś cierpiał przytomnie, opłakiwał swojego nikczemnego dziadka, żył każdego dnia ze świadomością, że zostałeś zdradzony nie tylko przez tych, których nienawidziłeś, lecz także przez tych, których kochałeś... i żebyś poniósł spektakularną porażkę, gdy będziesz usiłował rządzić tym żałosnym imperium.
Kamran poczuł, jak serce ściska mu się w piersi, a oczy pieką groźbą łez.
"Nie - miał ochotę krzyknąć. - Nie, nie..."
- Z niecierpliwością czekam na nasze kolejne starcie - rzekł cicho Cyrus i uchylił kapelusza. - Ale najpierw będziesz musiał mnie znaleźć.
I zniknął.