Nieskończona szachownica - Henry Kuttner

-
Proszę czekać

I

Gałka w drzwiach otwo­rzyła nie­bie­skie oko i spoj­rzała wprost na niego. Came­ron zamarł. Nie dotknął gałki. Cof­nął rękę i stał nie­ru­chomo, tylko ją obser­wu­jąc.

Następ­nie - gdy nic się nie wyda­rzyło - prze­su­nął się na bok. Czarna źre­nica oka śle­dziła jego ruch. Wyraź­nie na niego patrzyła.

Z namy­słem odwró­cił się ple­cami i powoli pod­szedł do zaworu okien­nego. Gdy się do niego zbli­żał, okrą­gła szyba roz­świe­tliła się i stała prze­zro­czy­sta. Przez chwilę tkwił przed nią, dwoma pal­cami spraw­dza­jąc sobie puls i auto­ma­tycz­nie licząc odde­chy.

Okno uka­zy­wało zie­lone łagodne zbo­cza wiej­skiego kra­jo­brazu pocięte w kratkę cie­niami prze­pły­wa­ją­cych po nie­bie chmur. Złote świa­tło sło­neczne opro­mie­niało wio­senne kwiaty. Po błę­kit­nym nie­bie sunął bez­gło­śnie heli­kop­ter.

Wielki siwy męż­czy­zna skoń­czył spraw­dzać puls i odcze­kał jesz­cze chwilę. Nie miał ochoty się odwra­cać. Wpa­try­wał się w spo­kojny pej­zaż. Wresz­cie mruk­nął ze znie­cier­pli­wie­nia i dotknął przy­ci­sku. Szyba w ścia­nie się prze­su­nęła.

W dziu­rze uka­zała się czer­wona ciem­ność. Zagrzmiało.

W mroku pod­ziem­nego mia­sta sunęły ciemne kształty, które zni­kały natych­miast w tej kolo­sal­nej otchłani z kamie­nia i metalu. Sły­chać było jakiś odle­gły, głę­boki, ryt­miczny ryk. Tyta­niczna pompa dud­niła mecha­nicz­nym char­ko­tem. Sta­tyczne bły­ski roz­świe­tlały mia­sto na tak krótko, że nie uka­zy­wały wiele. Oto Dolne Chi­cago.

Came­ron wychy­lił się i zadarł głowę do góry. Gdzieś wysoko widział tylko jesz­cze głęb­sze cie­nie, które na chwilę się roz­świe­tlały, gdy po kamien­nym nie­bie prze­my­kały naszyj­niki bla­dych bły­sków. Poni­żej nie widział nic poza zupełną czer­nią.

Jed­nak taka wła­śnie była rze­czy­wi­stość. Solidne, roz­sądne maszyny w jaskini sta­no­wiły trwałą pod­stawę logiki - logiki, na któ­rej opie­rał się dzi­siej­szy świat. Nieco tym wido­kiem pod­bu­do­wany Came­ron cof­nął się i zamknął okno. Za szybą znów uka­zał się wido­czek błę­kit­nego nieba i zie­lo­nego wzgó­rza.

Came­ron się odwró­cił. Gałka w drzwiach znów była tylko gałką, niczym wię­cej. Zwy­kłym, solid­nym meta­lem.

Obszedł stół i dość szybko ruszył w jej stronę. Wycią­gnął dłoń i mocno zaci­snął ją na metalu.

Jego palce weszły w gałkę, jakby była z na wpół stę­ża­łej gala­rety.

Robert Came­ron, dyrek­tor cywilny do spraw psy­cho­me­trii, wró­cił do swo­jego biurka i usiadł. Z biurka wyjął butelkę i nalał sobie por­cję. Wzrok miał nie­spo­kojny. Prze­su­wał go po bla­cie, nie mogąc się sku­pić na żad­nym przed­mio­cie. W końcu naci­snął guzik.

Do gabi­netu wszedł Ben DuBrose, zaufany sekre­tarz Came­rona. Był to niski, przy­sa­dzi­sty trzy­dzie­sto­la­tek o zadzior­nych nie­bie­skich oczach i potar­ga­nych wło­sach w odcie­niu kar­melu. Wyraź­nie nie miał żad­nych pro­ble­mów z gałką w drzwiach.

Came­ron nie odwa­żył się spoj­rzeć w te nie­bie­skie oczy.

- Zauwa­ży­łem wła­śnie, że mój wide­ofon został wyłą­czony. Czy ty to zro­bi­łeś? - spy­tał ostro.

DuBrose wyszcze­rzył zęby.

- Ale, sze­fie... To prze­cież bez zna­cze­nia, nie? I tak wszyst­kie połą­cze­nia prze­cho­dzą przez moją cen­tralę.

- Nie, nie wszyst­kie - uści­ślił Came­ron. - Te z kwa­tery głów­nej idą pro­sto do mnie. Nie bądź taki pewny sie­bie. Gdzie Seth?

- Nie wiem - przy­znał DuBrose, marsz­cząc lekko brwi. - A chciał­bym wie­dzieć. On...

- Zamknij się.

Came­ron nasta­wił wide­ofon na odbiór. Roz­legł się histe­ryczny dźwięk dzwonka. Dyrek­tor posłał DuBrose'owi oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie, a ten zare­je­stro­wał napięte zmarszczki w kąci­kach oczu szefa i żołą­dek ści­snął mu się w lodo­wa­tej panice. Przez chwilę DuBrose zasta­na­wiał się, czy nie roz­trza­skać wide­ofonu, ale to by prze­cież nic nie dało. Gdzie się podziewa Seth?

- Szy­fra­tor - powie­dział głos.

- Szy­fra­tor włą­czony - zamel­do­wał Came­ron.

Jego silne dło­nie o wiel­kich kłyk­ciach poru­szyły się lekko po przy­ci­skach. Na pokrat­ko­wa­nym ekra­nie poja­wiła się twarz.

- Came­ron? - ode­zwał się sekre­tarz do spraw wojny. - Co się tam wypra­wia w tym pań­skim biu­rze? Pró­buję się z panem skon­tak­to­wać już od...

- No to się pan dodzwo­nił. Skoro dzwoni pan na ten numer, wnio­skuję, że to ważne. Co się dzieje?

- Nie mogę panu powie­dzieć przez wide­ofon. I nawet nie przez szy­fra­tor. Być może popeł­ni­łem błąd, wyja­śnia­jąc aż tyle pana czło­wie­kowi, temu DuBrose'owi. Ufa mu pan?

Came­ron spoj­rzał w zupeł­nie bez­na­miętne oczy DuBrose'a.

- Tak - powie­dział powoli. - Tak, DuBrose jest w porządku. Więc?

- Za pół godziny przy­je­dzie po pana mój czło­wiek. Chcę, żeby pan coś zoba­czył! Zwy­kłe środki ostroż­no­ści. Prio­ry­te­towa sytu­acja awa­ryjna. Zro­zu­miano?

- Będę gotów, panie sekre­ta­rzu - zapew­nił go dyrek­tor i zakoń­czył połą­cze­nie. Poło­żył dło­nie pła­sko na bla­cie biurka i się w nie wpa­try­wał.

- No, dobra, może mnie pan posta­wić przed sądem woj­sko­wym - bąk­nął DuBrose.

- Kiedy Kalen­der tu był?

- Dziś rano. Niech pan posłu­cha, sze­fie... Mam swoje powody. Wła­ści­wie jeden, ale dobry. Usi­ło­wa­łem to wyja­śnić Kalen­de­rowi, ale to zakuty łeb. Nie mam dość gwiaz­dek na ręka­wie, żeby w ogóle chciał ze mną gadać.

- Co ci powie­dział?

- Coś, czego moim zda­niem jesz­cze nie powi­nien pan wie­dzieć. Seth też by tak uwa­żał, a jemu pan by zaufał. I niech pan pamięta, że psych­te­sty zda­łem śpie­wa­jąco, bo ina­czej w ogóle by mnie tu nie było. Mamy do czy­nie­nia z pro­ble­mem psy­cho­lo­gicz­nym i wszystko wska­zuje na to, że nie powi­nien pan znać szcze­gó­łów, póki...

- Póki co?

DuBrose przy­gryzł pazno­kieć kciuka.

- Póki przy­naj­mniej nie skon­sul­tuję tego z Sethem. To ważne, żeby pan się do tego jesz­cze nie mie­szał. Cała sprawa jest para­dok­salna. Może się mylę, ale jeśli mam rację... to poję­cia pan nie ma, jak bar­dzo!

- Więc uwa­żasz, że Kalen­der popeł­nia błąd, zgła­sza­jąc się z tym bez­po­śred­nio do mnie. Dla­czego? - spy­tał Came­ron.

- Tego wła­śnie nie chcę panu powie­dzieć. Bo jeśli bym to powie­dział, to... bym prze­ry­pał sprawę.

Came­ron wes­tchnął i potarł czoło.

- Mniej­sza z tym - powie­dział zmę­czo­nym gło­sem. - To ja stoję na czele tego oddziału, Ben. To moja odpo­wie­dzial­ność. - Spoj­rzał ostrzej na DuBrose'a. - To słowo musi być dla cie­bie mocno nace­cho­wane emo­cjo­nal­nie.

- Jakie słowo? - spy­tał nie­pew­nie DuBrose.

- Odpo­wie­dzial­ność. Mocno zare­ago­wa­łeś.

- Pchła mnie aku­rat uką­siła.

- Dobra. Prawda jest taka, że jeśli mamy w Psy­chu prio­ry­te­tową sytu­ację awa­ryjną, powi­nie­nem o tym wie­dzieć. Wojna raczej się nie skoń­czy, jak będę sobie robił prze­rwy.

DuBrose chwy­cił butelkę i nią potrzą­snął.

- Kup sobie wła­sną - burk­nął Came­ron, ale pod­sta­wił mu swoją szklankę.

Sekre­tarz nalał do niej bursz­ty­no­wej cie­czy. Udało mu się przy tym tak szybko wrzu­cić do whi­sky pigułkę, że Came­ron tego nie zauwa­żył.

Nie wypił jed­nak whi­sky. Uniósł szklankę, pową­chał i odsta­wił.

- Dla mnie jesz­cze za wcze­śnie - rzekł DuBrose. - Naj­le­piej mi się pije w nocy. Nie wie pan, gdzie znajdę Setha?

- Och, zamknij się - mruk­nął Came­ron. Sie­dział, wpa­tru­jąc się w szklankę nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. DuBrose pod­szedł do okna i spoj­rzał na wyświe­tlany kra­jo­braz.

- Chyba zanosi się na deszcz.

- Nie tu na dole - wyce­dził Came­ron. - Takich cudów nie ma.

- Nie, ale na powierzchni ow­szem... Niech pan mnie wysłu­cha. Niech mi pan pozwoli cho­ciaż z panem poje­chać.

- Nie.

- Dla­czego nie?

- Bo mi się od patrze­nia na cie­bie robi nie­do­brze - odparł lako­nicz­nie Came­ron.

DuBrose tylko wzru­szył ramio­nami i wyszedł. Jesz­cze kiedy się­gał po gałkę u drzwi, czuł na sobie wzrok dyrek­tora, ale się nie odwró­cił.

Pod­szedł szybko do cen­trali, igno­ru­jąc sym­pa­tyczny uśmiech tele­fo­nistki sie­dzą­cej przed mru­ga­ją­cym świa­teł­kami pane­lem.

- Namierz Setha Pella - powie­dział DuBrose, dziw­nie świa­domy roz­brzmie­wa­ją­cej w jego gło­sie nuty bez­rad­no­ści. - Pró­buj, gdzie się da. Rób, co możesz.

- To ważne?

- Tak... bar­dzo!

- Komu­ni­kat gene­ralny?

- Ja... Nie - zaprze­czył DuBrose. W zamy­śle­niu prze­cze­sał sobie dło­nią żół­tawe włosy. - Gene­ral­nego wysłać nie mogę. Nie mam auto­ry­za­cji. Wyda­wa­łoby się, że te zakute łby u góry powinny zezwo­lić na...

- Szef by wydał zezwo­le­nie.

- Tak ci się tylko wydaje. Jestem w sza­chu, Sally. Po pro­stu zrób, co możesz, to wszystko. Nie wiem, czy nie wyjdę, ale zadzwo­nię. Tak czy siak, dowiedz się, gdzie dorwę Setha.

- Co jest grane? - spy­tała Sally, ale DuBrose tylko posłał jej słaby krzywy uśmiech i się odwró­cił. Modląc się w duchu, wró­cił do gabi­netu Came­rona.

Dyrek­tor miał otwarty zawór okienny i wpa­try­wał się w oświe­tloną na czer­wono ciem­ność. DuBrose kątem oka otak­so­wał biurko. Szklanka była pusta. Sekre­ta­rza ogar­nęła taka ulga, że aż się zatrząsł. A jed­nak nawet teraz...

Came­ron się nie odwró­cił.

- Kto tam? - spy­tał.

Laik mógłby nie zauwa­żyć zmiany w gło­sie dyrek­tora, ale DuBrose nie był laikiem. Widział, że alka­loid dostał się już do krwio­biegu i dotarł do mózgu Came­rona.

- To ja, Ben.

- Och.

DuBrose obser­wo­wał, jak masywna postać przy oknie lekko się koły­sze. Powinno to jed­nak szybko minąć. Etap zdez­o­rien­to­wa­nia był bar­dzo krótki. DuBrose pogra­tu­lo­wał sobie w duchu, że szczę­śli­wym tra­fem miał w kie­szeni paczkę pixów. Choć wła­ści­wie nie był to przy­pa­dek; więk­szość wojen­nych nosiła je przy sobie. Przy tak wielu nad­go­dzi­nach powolny pro­ces upo­je­nia alko­ho­lo­wego szybko się przy­krzył. Poza tym kac sta­no­wił wła­ści­wie ryzyko zawo­dowe. Nic więc dziw­nego, że w końcu jakiś bystry che­mik wziął sobie parę dni wol­nego, żeby się poba­wić alka­lo­idami. Tak powstały pixy, małe pigułki bez smaku, które miały siłę stu szkoc­kich. Wywo­ły­wały i pod­trzy­my­wały ten różany blask syn­te­tycz­nej eufo­rii, który cie­szył się na świe­cie nie­słab­nącą popu­lar­no­ścią, odkąd tylko czło­wiek zauwa­żył, że wino­grona fer­men­tują. Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych pra­cow­nicy wojenni byli gotowi wyko­ny­wać swoje nie­koń­czące się zada­nia i nie zwa­żać na dłu­go­trwały impas cią­gnący się od czasu, gdy oba narody zde­cen­tra­li­zo­wały się i oko­pały. Spo­łe­czeń­stwo wio­dło, o dziwo, życie bez­piecz­niej­sze i bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące niż przed wojną; cała praca zwią­zana z pla­no­wa­niem bitew i ope­ra­cji spa­dała jedy­nie na rzą­dową kwa­terę główną i pod­le­ga­jące im insty­tu­cje. Gdy sztuka wojenna osiąga tak wysoki poziom wyspe­cja­li­zo­wa­nia, nie ma już w niej miej­sca na ama­to­rów, zwłasz­cza że pań­stwo nie potrze­bo­wało już żoł­nie­rzy. Nawet kaprale byli teraz z metalu.

Taka sytu­acja nie byłaby moż­liwa bez wpływu II wojny świa­to­wej. Tak jak I wojna świa­towa zaini­cjo­wała roz­wój lot­nic­twa, na które zdano się w następ­nym glo­bal­nym kon­flik­cie, tak wojna z lat 40. XX wieku sta­no­wiła bodziec do postę­pów mię­dzy innymi w dzie­dzi­nie elek­tro­niki. Toteż kiedy po dru­giej stro­nie pla­nety nastą­pił pierw­szy atak Falan­gi­stów, zachod­nia pół­kula była gotowa i uru­cho­miła swoją wojenną maszynę z wręcz cudowną szyb­ko­ścią i pre­cy­zją.

Wojna nie wymaga motywu. Choć pew­nie w przy­padku ataku Falan­gi­stów głów­nym moty­wem był impe­ria­lizm. Była to rasa hybry­dowa, taka jak nie­gdyś Ame­ry­ka­nie. Po II woj­nie świa­to­wej utwo­rzył się bowiem w Euro­pie nowy naród. Spo­łeczne, poli­tyczne i gospo­dar­cze zawi­ro­wa­nia dopro­wa­dziły do powsta­nia wol­nego pań­stwa, zupeł­nie nowego kraju. Krew kil­ku­na­stu naro­dów - Chor­wa­tów, Niem­ców, Hisz­pa­nów, Rosjan, Fran­cu­zów, Angli­ków - zmie­szała się i tak powstali Falan­gi­ści. Ci emi­granci z całej Europy stwo­rzyli nowe wolne pań­stwo o arbi­tral­nych i dobrze strze­żo­nych gra­ni­cach. Nowy tygiel ras.

Zjed­no­czeni Falan­gi­ści zaczerp­nęli swoją nazwę z Hisz­pa­nii, tech­no­lo­gię z Nie­miec, a filo­zo­fię z Japo­nii. Byli mie­szanką zupeł­nie odmienną od wszel­kich innych naro­dów: czarni, żółci i biali zmie­szani razem w kotle, pod któ­rym roz­pa­lono ogień. Oni mówili o nowej jed­no­ści raso­wej, a tym­cza­sem ich wro­go­wie wyzy­wali ich od kun­dli; nie spo­sób było tego roz­strzy­gnąć. Nie­gdyś ame­ry­kań­scy pio­nie­rzy sko­lo­ni­zo­wali Zachód. Ale dla Falan­gi­stów nie było już nowych ziem.

I tak dwa ostat­nie wiel­kie narody tego świata utknęły w impa­sie na dzie­siątki lat. Wojna przy­po­mi­nała buja­nie się na huś­tawce, na któ­rej każda ze stron przy­kła­dała nóż do chro­nio­nego gar­dła prze­ciw­nika. Gospo­darka spo­łeczna obu kra­jów stop­niowo przy­sto­so­wała się do wojen­nych warun­ków - co mię­dzy innymi dopro­wa­dziło do takich wyna­laz­ków jak pix.

Pro­duk­cję pixa spon­so­ro­wał Urząd do spraw Morale, wspie­rany przez Psych. Poza tym wiele innych szyb­kich roz­wią­zań zastęp­czych miało spra­wić, by pra­cow­nicy wojenni byli zado­wo­leni: na przy­kład obrzy­dliwce, jak ktoś nie­zbyt uprzej­mie nazwał tak zwane filmy subiek­tywne, czyli takie, które wywo­ły­wały emo­cjo­nalne wstrząsy, a także Głę­boki Sen i Kra­ina Baśni, które mogły czę­ściowo zre­kom­pen­so­wać brak dzieci czy zwie­rząt domo­wych, a nawet dzia­łać lecz­ni­czo na psy­chikę. Naprawdę trudno było mieć kom­pleks niż­szo­ści, gdy można było grać rolę Jehowy we wła­snej, fan­ta­stycz­nie prze­ko­nu­ją­cej ilu­zji małego świata zamiesz­ka­nego przez ludzi i ich zwie­rzaki, które samemu się pro­jek­to­wało i two­rzyło. Nie były żywe, były po pro­stu gadże­tami, ale tak mister­nie skon­stru­owa­nymi, że wielu z tych, któ­rzy patrzyli, jak spod ich dłoni wyła­nia się ich wła­sna Kra­ina Baśni, miało potem trud­no­ści z powro­tem do rze­czy­wi­sto­ści. Jako mecha­nizm eska­pi­styczny roz­wią­za­nia te były mocno przy­datne.

DuBrose obser­wo­wał Came­rona. Chciał się z nim poro­zu­mieć, nim minie etap dez­orien­ta­cji.

- Czas na nas.

- Na nas?

DuBrose udał, że jest zasko­czony.

- Zmie­nił pan zda­nie? Jed­nak nie mam jechać z panem?

- A... Czy ja... Myśla­łem...

- Lepiej nie zosta­wiajmy otwar­tego okna. Mogłyby nam nale­cieć jakieś opary, jak nas nie będzie.

- W Dol­nym Chi­cago nie ma nie­bez­piecz­nych gazów - zwró­cił uwagę Came­ron, ale nie pod­wa­żył tego, że DuBrose ma z nim jechać. - Nie ma ich nawet w Prze­strze­niach.

- Ale zawsze może być jakiś silny smród - upie­rał się DuBrose.

- Pod­ziemne mia­sto...

- Tak, wiem. Bez względu na to, jak wysoko wykwa­li­fi­ko­wani tech­nicy tu pra­cują, na­dal znaj­duje się pod zie­mią. Ale to prze­cież pan sam spo­rzą­dził plany ska­ne­rów w zawo­rach okien­nych. Dla­czego mie­li­by­śmy ich nie uży­wać?

Came­ron zasu­nął szybę i spoj­rzał na zie­lone wzgó­rza, na które padał już teraz cień napły­wa­ją­cych desz­czo­wych chmur.

- Klau­stro­fo­bia nie należy do moich sła­bo­ści - rzekł. - Mogę bez pro­blemu mie­sią­cami sie­dzieć pod zie­mią.

- Czego nie mogę powie­dzieć o sobie - mruk­nął DuBrose.

Uznał, że Came­ron cał­kiem nie­źle znosi dopra­wiony przez niego tru­nek. I dobrze. Nie liczył na to, że dyrek­tor kom­plet­nie odleci. Jego plan był bar­dziej dłu­go­fa­lowy. Miał nadzieję, że wysłan­nik sekre­ta­rza do spraw wojny nawet nie zauważy upo­je­nia Came­rona. Upo­mniał się w duchu, żeby podać sze­fowi oczysz­czacz odde­chu, nim...

Zdą­żył w ostat­niej chwili. Po ruty­no­wym wyle­gi­ty­mo­wa­niu się do pokoju wszedł skwa­szony chudy męż­czy­zna z dwoma pisto­le­tami przy­pię­tymi do pasa.

- Locke - przed­sta­wił się. - Jest pan gotowy, panie Came­ron?

- Tak. - Dyrek­tor znów wyglą­dał na przy­tom­nego. - Dokąd jedziemy?

- Do Sana­to­rium.

- Na powierzch­nię?

- Tak, na powierzch­nię.

Came­ron ski­nął głową i ruszył w stronę drzwi. Tam zatrzy­mał się i lekko zmarsz­czył brwi.

- A więc? - rzu­cił.

- Prze­pra­szam. - Locke otwo­rzył drzwi i prze­pu­ścił Came­rona.

Kiedy DuBrose ruszył za sze­fem, facet z rządu zastą­pił mu drogę.

- Pan nie ma...

- Pro­szę się o to nie mar­twić.

Locke pokrę­cił głową.

- Panie Came­ron, czy ten czło­wiek ma jechać z nami?

Dyrek­tor obej­rzał się z nie­pewną miną.

- On... Co takiego? A, tak. Jedzie z nami.

- Skoro pan tak twier­dzi. - Locke miał teraz jesz­cze bar­dziej skwa­szony wyraz twa­rzy, ale ruszył za DuBrose'em.

Gdy mijali cen­tralę, sekre­tarz spoj­rzał pyta­jąco na Sally. Odpo­wie­działa bez­rad­nym gestem. DuBrose zro­bił głę­boki wdech. Teraz wszystko w jego rękach. A naprawdę oba­wiał się tego, co może zoba­czyć w tym Sana­to­rium. Win­do­spa­dem zje­chali na niż­szy poziom, gdzie Locke prze­jął dowo­dze­nie grupą i popro­wa­dził ich w stronę prze­ci­na­ją­cej całe mia­sto eks­pre­so­wej Drogi. DuBrose roz­siadł się na swoim miej­scu i usi­ło­wał się odprę­żyć. Patrzył na blady jak kość sło­niowa, świe­tli­sty sufit zjeż­dżalni, ale jej gładka syn­te­tyczna powierzch­nia nie sta­no­wiła sku­tecz­nej bariery dla natłoku myśli. Spa­dali w huk Prze­strzeni, gdzie biło mecha­niczne serce mia­sta, otchłani w dużej mie­rze zamiesz­ka­nej przez hała­śliwe maszyny. Tak nisko ludzie już nie pra­co­wali. Ci, któ­rzy obsłu­gi­wali te urzą­dze­nia, sie­dzieli w wygod­nych dźwię­kosz­czel­nych budyn­kach z kli­ma­ty­za­cją, a w oknach mieli zain­sta­lo­wane ska­nery, które dawały im złu­dze­nie życia na powierzchni. Jeśli tylko nie otwie­rało się zawo­rów, można było prze­żyć w Dol­nym Chi­cago całe życie i nawet się nie zorien­to­wać, że to ponad milę pod zie­mią.

Klau­stro­fo­bia wypły­nęła jako jeden z pierw­szych pro­ble­mów. Mnó­stwo neu­roz prze­szło w pełne psy­chozy, nim zapew­niono pod­sta­wowe potrzeby i roz­wią­zano pewne pro­blemy. Neu­rozy doty­czyły tylko wojen­nych, ponie­waż więk­szość lud­no­ści cywil­nej nie musiała miesz­kać pod zie­mią. Decen­tra­li­za­cja sku­tecz­nie chro­niła zwy­kłych oby­wa­teli przed bom­bami.

- To już ta sta­cja - rzu­cił przez ramię Locke.

DuBrose dotknął przy­ci­sku pod pod­ło­kiet­ni­kiem. Trzy krze­sełka zje­chały z szyb­kiego pasa na bocz­nicę, zwol­niły i się zatrzy­mały. Locke w mil­cze­niu popro­wa­dził ich do cze­ka­ją­cego pneu­mo­auta. Zamknął drzwi i się­gnął w stronę kon­tro­lek. DuBrose led­wie zdą­żył chwy­cić swój pas, nim smu­kły palec dźgnął mak­sy­malne przy­spie­sze­nie.

Żołą­dek znów maso­wał mu krę­go­słup. Nim odzy­skał wzrok po momen­tal­nym zamro­cze­niu, już odru­chowo grał w grę, którą znał każdy wojenny, a która pole­gała na dość roz­pacz­li­wych pró­bach zorien­to­wa­nia się w prze­strzeni i usta­le­niu kie­runku jazdy. Nie było to oczy­wi­ście moż­liwe. Tylko dwu­dzie­stu ludzi znało praw­dziwą loka­li­za­cję Dol­nego Chi­cago, naj­wyżsi ofi­cjele pra­cu­jący w kwa­te­rze głów­nej. Ten labi­rynt tuneli wyra­stał z jaskini i koń­czył się w wielu bar­dzo odmien­nych miej­scach, przy czym nie­które odda­lone były led­wie o milę, a inne o pięć­set mil. Ze względu na wijące się trasy pneu­mo­auta poko­ny­wały odle­gło­ści do celu zawsze w ciągu dokład­nie pięt­na­stu minut.

Dolne Chi­cago mogło się znaj­do­wać pod polami kuku­ry­dzy w India­nie, pod jezio­rem Huron albo pod ruinami sta­rego Chi­cago. Wojenni nie mieli jak się tego domy­ślić. Sta­wiali się przed jedną ze zna­nych sobie Bram, gdzie ich legi­ty­mo­wano, a potem wsia­dali do odpo­wied­niego pneu­mo­auta. Kwa­drans póź­niej byli już w Dol­nym Chi­cago. Tak po pro­stu. Każde pod­ziemne mia­sto miało ten sam sys­tem i te same zabez­pie­cze­nia prze­ciwko bom­bom wiert­ni­czym. Były też oczy­wi­ście inne środki bez­pie­czeń­stwa, ale DuBrose nie był tech­ni­kiem. Powie­dziano mu, że w przy­padku miast wojen­nych loka­li­za­cja radiowa jest nie­moż­liwa, więc po pro­stu przy­jął ten fakt do wia­do­mo­ści. W dzi­siej­szych cza­sach wojna przy­po­mi­nała bar­dziej grę w sza­chy niż serię bitew.

Auto się zatrzy­mało. Przez krótki tunel prze­szli do kabiny heli­kop­tera. Zatrzesz­czały łopaty. Śmi­gło­wiec uniósł się i szar­pią­cym ruchem obró­cił o dzie­więć­dzie­siąt stopni. Przez okno DuBrose widział zapa­da­jące się coraz niżej pie­rza­ste gałę­zie drzew. Potem, gdy unie­śli się jesz­cze wyżej, ujrzał suche pasma wzgórz. Zaczął się zasta­na­wiać, w jakim sta­nie się znaj­dują. W Illi­nois? W India­nie? W Ohio?

Pochy­lił się z nie­po­ko­jem. Było coś...

- Hę? - Came­ron obej­rzał się na niego.

DuBrose pokrę­cił gałką zain­sta­lo­waną we fra­mu­dze okna. Kółeczko w pla­stiku zmie­niło się w soczewkę i powięk­szyło odle­gły przed­miot. DuBrose tylko rzu­cił na niego okiem i się uspo­koił.

- Nie­wy­pał - mruk­nął Locke, choć DuBrose'owi jesz­cze przed chwilą zda­wało się, że pilot nie zauwa­żył jego ruchu.

- Jedna z kopuł, nic wię­cej - dorzu­cił Came­ron, roz­sia­da­jąc się znów spo­koj­nie.

DuBrose jed­nak na­dal patrzył na znisz­czony srebrny przed­miot na wzgó­rzu.

Była to pół­kula o śred­nicy stu stóp. W Ame­ryce znaj­do­wały się sie­dem­dzie­siąt cztery takie iden­tyczne pół­kule. DuBrose usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć czasy, gdy te muszle były jesz­cze ide­al­nie nie­przej­rzy­ste i srebrne jak lustra. Miał osiem lat, gdy poja­wiły się nagle nie wia­domo skąd, wszyst­kie naraz, skry­wa­jące tajem­nicę, któ­rej ni­gdy nie roz­wią­zano. Nikomu nie udało się dostać do ich środka i nie wyło­niło się z nich ni­gdy nic kon­kret­nego. Po pro­stu poja­wiły się nagle sie­dem­dzie­siąt cztery lśniące pół­kule i ten fakt nie­mal wywo­łał panikę w kraju. Kolejna tajna broń wroga.

Obszar wokół każ­dej z kopuł oczysz­czono z cywili w pro­mie­niu trzy­dzie­stu mil, a eks­perci zaczęli się gło­wić nad zagadką, w każ­dej chwili spo­dzie­wa­jąc się, że tajem­ni­cza broń wybuch­nie. Rok póź­niej prace na­dal trwały.

Pięć lat póź­niej testy wyko­ny­wano już bar­dziej spo­ra­dycz­nie.

A potem dotąd gład­kie kopuły zaczęły ule­gać znisz­cze­niu. Na wypo­le­ro­wa­nej powierzchni, która nie była mate­rią, poja­wiły się sieci prąż­ków. Roz­sze­rzały się niczym rtęć łusz­cząca się z tyl­nej strony lustra, aż sko­rupy stały się poszar­pane i pęk­nięte. W rezul­ta­cie można było teraz zaj­rzeć do środka, ale nie było tam nic - tylko goła zie­mia.

Nie­mniej jed­nak nikomu nie udało się dostać do żad­nej z kopuł. Siła, czy cokol­wiek to było, pozo­sta­wała stała; jakaś ener­gia two­rzyła nie­prze­kra­czalną barierę dla ciał sta­łych.

Ludzie uznali, że te tajem­ni­cze przed­mioty to tajna broń, która nie zadzia­łała, toteż ktoś zapro­po­no­wał ksywkę Nie­wy­pał. Przy­jęła się.

- Nie­wy­pał - powtó­rzył Locke i odpa­lił pomoc­ni­cze rakiety. Pej­zaż zama­zał im się przed oczami.

DuBrose rzu­cił okiem na Came­rona. Zasta­na­wiał się, jak szybko minie dzia­ła­nie alka­lo­idu. Pix nie było nie­za­wodne. Cza­sami...

Lecz widok spo­koj­nej zre­lak­so­wa­nej twa­rzy dyrek­tora nieco go pocie­szył. Jakoś to będzie. Musi być.

Came­ron spo­glą­dał na wyso­ko­ścio­mierz na desce roz­dziel­czej.

Wyso­ko­ścio­mierz się do niego uśmie­chał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki