Nieskończona szachownica - Henry Kuttner

Reflow text when sidebars are open.
Gałka w drzwiach otworzyła niebieskie oko i spojrzała wprost na niego. Cameron zamarł. Nie dotknął gałki. Cofnął rękę i stał nieruchomo, tylko ją obserwując.
Następnie - gdy nic się nie wydarzyło - przesunął się na bok. Czarna źrenica oka śledziła jego ruch. Wyraźnie na niego patrzyła.
Z namysłem odwrócił się plecami i powoli podszedł do zaworu okiennego. Gdy się do niego zbliżał, okrągła szyba rozświetliła się i stała przezroczysta. Przez chwilę tkwił przed nią, dwoma palcami sprawdzając sobie puls i automatycznie licząc oddechy.
Okno ukazywało zielone łagodne zbocza wiejskiego krajobrazu pocięte w kratkę cieniami przepływających po niebie chmur. Złote światło słoneczne opromieniało wiosenne kwiaty. Po błękitnym niebie sunął bezgłośnie helikopter.
Wielki siwy mężczyzna skończył sprawdzać puls i odczekał jeszcze chwilę. Nie miał ochoty się odwracać. Wpatrywał się w spokojny pejzaż. Wreszcie mruknął ze zniecierpliwienia i dotknął przycisku. Szyba w ścianie się przesunęła.
W dziurze ukazała się czerwona ciemność. Zagrzmiało.
W mroku podziemnego miasta sunęły ciemne kształty, które znikały natychmiast w tej kolosalnej otchłani z kamienia i metalu. Słychać było jakiś odległy, głęboki, rytmiczny ryk. Tytaniczna pompa dudniła mechanicznym charkotem. Statyczne błyski rozświetlały miasto na tak krótko, że nie ukazywały wiele. Oto Dolne Chicago.
Cameron wychylił się i zadarł głowę do góry. Gdzieś wysoko widział tylko jeszcze głębsze cienie, które na chwilę się rozświetlały, gdy po kamiennym niebie przemykały naszyjniki bladych błysków. Poniżej nie widział nic poza zupełną czernią.
Jednak taka właśnie była rzeczywistość. Solidne, rozsądne maszyny w jaskini stanowiły trwałą podstawę logiki - logiki, na której opierał się dzisiejszy świat. Nieco tym widokiem podbudowany Cameron cofnął się i zamknął okno. Za szybą znów ukazał się widoczek błękitnego nieba i zielonego wzgórza.
Cameron się odwrócił. Gałka w drzwiach znów była tylko gałką, niczym więcej. Zwykłym, solidnym metalem.
Obszedł stół i dość szybko ruszył w jej stronę. Wyciągnął dłoń i mocno zacisnął ją na metalu.
Jego palce weszły w gałkę, jakby była z na wpół stężałej galarety.
Robert Cameron, dyrektor cywilny do spraw psychometrii, wrócił do swojego biurka i usiadł. Z biurka wyjął butelkę i nalał sobie porcję. Wzrok miał niespokojny. Przesuwał go po blacie, nie mogąc się skupić na żadnym przedmiocie. W końcu nacisnął guzik.
Do gabinetu wszedł Ben DuBrose, zaufany sekretarz Camerona. Był to niski, przysadzisty trzydziestolatek o zadziornych niebieskich oczach i potarganych włosach w odcieniu karmelu. Wyraźnie nie miał żadnych problemów z gałką w drzwiach.
Cameron nie odważył się spojrzeć w te niebieskie oczy.
- Zauważyłem właśnie, że mój wideofon został wyłączony. Czy ty to zrobiłeś? - spytał ostro.
DuBrose wyszczerzył zęby.
- Ale, szefie... To przecież bez znaczenia, nie? I tak wszystkie połączenia przechodzą przez moją centralę.
- Nie, nie wszystkie - uściślił Cameron. - Te z kwatery głównej idą prosto do mnie. Nie bądź taki pewny siebie. Gdzie Seth?
- Nie wiem - przyznał DuBrose, marszcząc lekko brwi. - A chciałbym wiedzieć. On...
- Zamknij się.
Cameron nastawił wideofon na odbiór. Rozległ się histeryczny dźwięk dzwonka. Dyrektor posłał DuBrose'owi oskarżycielskie spojrzenie, a ten zarejestrował napięte zmarszczki w kącikach oczu szefa i żołądek ścisnął mu się w lodowatej panice. Przez chwilę DuBrose zastanawiał się, czy nie roztrzaskać wideofonu, ale to by przecież nic nie dało. Gdzie się podziewa Seth?
- Szyfrator - powiedział głos.
- Szyfrator włączony - zameldował Cameron.
Jego silne dłonie o wielkich kłykciach poruszyły się lekko po przyciskach. Na pokratkowanym ekranie pojawiła się twarz.
- Cameron? - odezwał się sekretarz do spraw wojny. - Co się tam wyprawia w tym pańskim biurze? Próbuję się z panem skontaktować już od...
- No to się pan dodzwonił. Skoro dzwoni pan na ten numer, wnioskuję, że to ważne. Co się dzieje?
- Nie mogę panu powiedzieć przez wideofon. I nawet nie przez szyfrator. Być może popełniłem błąd, wyjaśniając aż tyle pana człowiekowi, temu DuBrose'owi. Ufa mu pan?
Cameron spojrzał w zupełnie beznamiętne oczy DuBrose'a.
- Tak - powiedział powoli. - Tak, DuBrose jest w porządku. Więc?
- Za pół godziny przyjedzie po pana mój człowiek. Chcę, żeby pan coś zobaczył! Zwykłe środki ostrożności. Priorytetowa sytuacja awaryjna. Zrozumiano?
- Będę gotów, panie sekretarzu - zapewnił go dyrektor i zakończył połączenie. Położył dłonie płasko na blacie biurka i się w nie wpatrywał.
- No, dobra, może mnie pan postawić przed sądem wojskowym - bąknął DuBrose.
- Kiedy Kalender tu był?
- Dziś rano. Niech pan posłucha, szefie... Mam swoje powody. Właściwie jeden, ale dobry. Usiłowałem to wyjaśnić Kalenderowi, ale to zakuty łeb. Nie mam dość gwiazdek na rękawie, żeby w ogóle chciał ze mną gadać.
- Co ci powiedział?
- Coś, czego moim zdaniem jeszcze nie powinien pan wiedzieć. Seth też by tak uważał, a jemu pan by zaufał. I niech pan pamięta, że psychtesty zdałem śpiewająco, bo inaczej w ogóle by mnie tu nie było. Mamy do czynienia z problemem psychologicznym i wszystko wskazuje na to, że nie powinien pan znać szczegółów, póki...
- Póki co?
DuBrose przygryzł paznokieć kciuka.
- Póki przynajmniej nie skonsultuję tego z Sethem. To ważne, żeby pan się do tego jeszcze nie mieszał. Cała sprawa jest paradoksalna. Może się mylę, ale jeśli mam rację... to pojęcia pan nie ma, jak bardzo!
- Więc uważasz, że Kalender popełnia błąd, zgłaszając się z tym bezpośrednio do mnie. Dlaczego? - spytał Cameron.
- Tego właśnie nie chcę panu powiedzieć. Bo jeśli bym to powiedział, to... bym przerypał sprawę.
Cameron westchnął i potarł czoło.
- Mniejsza z tym - powiedział zmęczonym głosem. - To ja stoję na czele tego oddziału, Ben. To moja odpowiedzialność. - Spojrzał ostrzej na DuBrose'a. - To słowo musi być dla ciebie mocno nacechowane emocjonalnie.
- Jakie słowo? - spytał niepewnie DuBrose.
- Odpowiedzialność. Mocno zareagowałeś.
- Pchła mnie akurat ukąsiła.
- Dobra. Prawda jest taka, że jeśli mamy w Psychu priorytetową sytuację awaryjną, powinienem o tym wiedzieć. Wojna raczej się nie skończy, jak będę sobie robił przerwy.
DuBrose chwycił butelkę i nią potrząsnął.
- Kup sobie własną - burknął Cameron, ale podstawił mu swoją szklankę.
Sekretarz nalał do niej bursztynowej cieczy. Udało mu się przy tym tak szybko wrzucić do whisky pigułkę, że Cameron tego nie zauważył.
Nie wypił jednak whisky. Uniósł szklankę, powąchał i odstawił.
- Dla mnie jeszcze za wcześnie - rzekł DuBrose. - Najlepiej mi się pije w nocy. Nie wie pan, gdzie znajdę Setha?
- Och, zamknij się - mruknął Cameron. Siedział, wpatrując się w szklankę niewidzącym wzrokiem. DuBrose podszedł do okna i spojrzał na wyświetlany krajobraz.
- Chyba zanosi się na deszcz.
- Nie tu na dole - wycedził Cameron. - Takich cudów nie ma.
- Nie, ale na powierzchni owszem... Niech pan mnie wysłucha. Niech mi pan pozwoli chociaż z panem pojechać.
- Nie.
- Dlaczego nie?
- Bo mi się od patrzenia na ciebie robi niedobrze - odparł lakonicznie Cameron.
DuBrose tylko wzruszył ramionami i wyszedł. Jeszcze kiedy sięgał po gałkę u drzwi, czuł na sobie wzrok dyrektora, ale się nie odwrócił.
Podszedł szybko do centrali, ignorując sympatyczny uśmiech telefonistki siedzącej przed mrugającym światełkami panelem.
- Namierz Setha Pella - powiedział DuBrose, dziwnie świadomy rozbrzmiewającej w jego głosie nuty bezradności. - Próbuj, gdzie się da. Rób, co możesz.
- To ważne?
- Tak... bardzo!
- Komunikat generalny?
- Ja... Nie - zaprzeczył DuBrose. W zamyśleniu przeczesał sobie dłonią żółtawe włosy. - Generalnego wysłać nie mogę. Nie mam autoryzacji. Wydawałoby się, że te zakute łby u góry powinny zezwolić na...
- Szef by wydał zezwolenie.
- Tak ci się tylko wydaje. Jestem w szachu, Sally. Po prostu zrób, co możesz, to wszystko. Nie wiem, czy nie wyjdę, ale zadzwonię. Tak czy siak, dowiedz się, gdzie dorwę Setha.
- Co jest grane? - spytała Sally, ale DuBrose tylko posłał jej słaby krzywy uśmiech i się odwrócił. Modląc się w duchu, wrócił do gabinetu Camerona.
Dyrektor miał otwarty zawór okienny i wpatrywał się w oświetloną na czerwono ciemność. DuBrose kątem oka otaksował biurko. Szklanka była pusta. Sekretarza ogarnęła taka ulga, że aż się zatrząsł. A jednak nawet teraz...
Cameron się nie odwrócił.
- Kto tam? - spytał.
Laik mógłby nie zauważyć zmiany w głosie dyrektora, ale DuBrose nie był laikiem. Widział, że alkaloid dostał się już do krwiobiegu i dotarł do mózgu Camerona.
- To ja, Ben.
- Och.
DuBrose obserwował, jak masywna postać przy oknie lekko się kołysze. Powinno to jednak szybko minąć. Etap zdezorientowania był bardzo krótki. DuBrose pogratulował sobie w duchu, że szczęśliwym trafem miał w kieszeni paczkę pixów. Choć właściwie nie był to przypadek; większość wojennych nosiła je przy sobie. Przy tak wielu nadgodzinach powolny proces upojenia alkoholowego szybko się przykrzył. Poza tym kac stanowił właściwie ryzyko zawodowe. Nic więc dziwnego, że w końcu jakiś bystry chemik wziął sobie parę dni wolnego, żeby się pobawić alkaloidami. Tak powstały pixy, małe pigułki bez smaku, które miały siłę stu szkockich. Wywoływały i podtrzymywały ten różany blask syntetycznej euforii, który cieszył się na świecie niesłabnącą popularnością, odkąd tylko człowiek zauważył, że winogrona fermentują. Był to jeden z powodów, dla których pracownicy wojenni byli gotowi wykonywać swoje niekończące się zadania i nie zważać na długotrwały impas ciągnący się od czasu, gdy oba narody zdecentralizowały się i okopały. Społeczeństwo wiodło, o dziwo, życie bezpieczniejsze i bardziej satysfakcjonujące niż przed wojną; cała praca związana z planowaniem bitew i operacji spadała jedynie na rządową kwaterę główną i podlegające im instytucje. Gdy sztuka wojenna osiąga tak wysoki poziom wyspecjalizowania, nie ma już w niej miejsca na amatorów, zwłaszcza że państwo nie potrzebowało już żołnierzy. Nawet kaprale byli teraz z metalu.
Taka sytuacja nie byłaby możliwa bez wpływu II wojny światowej. Tak jak I wojna światowa zainicjowała rozwój lotnictwa, na które zdano się w następnym globalnym konflikcie, tak wojna z lat 40. XX wieku stanowiła bodziec do postępów między innymi w dziedzinie elektroniki. Toteż kiedy po drugiej stronie planety nastąpił pierwszy atak Falangistów, zachodnia półkula była gotowa i uruchomiła swoją wojenną maszynę z wręcz cudowną szybkością i precyzją.
Wojna nie wymaga motywu. Choć pewnie w przypadku ataku Falangistów głównym motywem był imperializm. Była to rasa hybrydowa, taka jak niegdyś Amerykanie. Po II wojnie światowej utworzył się bowiem w Europie nowy naród. Społeczne, polityczne i gospodarcze zawirowania doprowadziły do powstania wolnego państwa, zupełnie nowego kraju. Krew kilkunastu narodów - Chorwatów, Niemców, Hiszpanów, Rosjan, Francuzów, Anglików - zmieszała się i tak powstali Falangiści. Ci emigranci z całej Europy stworzyli nowe wolne państwo o arbitralnych i dobrze strzeżonych granicach. Nowy tygiel ras.
Zjednoczeni Falangiści zaczerpnęli swoją nazwę z Hiszpanii, technologię z Niemiec, a filozofię z Japonii. Byli mieszanką zupełnie odmienną od wszelkich innych narodów: czarni, żółci i biali zmieszani razem w kotle, pod którym rozpalono ogień. Oni mówili o nowej jedności rasowej, a tymczasem ich wrogowie wyzywali ich od kundli; nie sposób było tego rozstrzygnąć. Niegdyś amerykańscy pionierzy skolonizowali Zachód. Ale dla Falangistów nie było już nowych ziem.
I tak dwa ostatnie wielkie narody tego świata utknęły w impasie na dziesiątki lat. Wojna przypominała bujanie się na huśtawce, na której każda ze stron przykładała nóż do chronionego gardła przeciwnika. Gospodarka społeczna obu krajów stopniowo przystosowała się do wojennych warunków - co między innymi doprowadziło do takich wynalazków jak pix.
Produkcję pixa sponsorował Urząd do spraw Morale, wspierany przez Psych. Poza tym wiele innych szybkich rozwiązań zastępczych miało sprawić, by pracownicy wojenni byli zadowoleni: na przykład obrzydliwce, jak ktoś niezbyt uprzejmie nazwał tak zwane filmy subiektywne, czyli takie, które wywoływały emocjonalne wstrząsy, a także Głęboki Sen i Kraina Baśni, które mogły częściowo zrekompensować brak dzieci czy zwierząt domowych, a nawet działać leczniczo na psychikę. Naprawdę trudno było mieć kompleks niższości, gdy można było grać rolę Jehowy we własnej, fantastycznie przekonującej iluzji małego świata zamieszkanego przez ludzi i ich zwierzaki, które samemu się projektowało i tworzyło. Nie były żywe, były po prostu gadżetami, ale tak misternie skonstruowanymi, że wielu z tych, którzy patrzyli, jak spod ich dłoni wyłania się ich własna Kraina Baśni, miało potem trudności z powrotem do rzeczywistości. Jako mechanizm eskapistyczny rozwiązania te były mocno przydatne.
DuBrose obserwował Camerona. Chciał się z nim porozumieć, nim minie etap dezorientacji.
- Czas na nas.
- Na nas?
DuBrose udał, że jest zaskoczony.
- Zmienił pan zdanie? Jednak nie mam jechać z panem?
- A... Czy ja... Myślałem...
- Lepiej nie zostawiajmy otwartego okna. Mogłyby nam nalecieć jakieś opary, jak nas nie będzie.
- W Dolnym Chicago nie ma niebezpiecznych gazów - zwrócił uwagę Cameron, ale nie podważył tego, że DuBrose ma z nim jechać. - Nie ma ich nawet w Przestrzeniach.
- Ale zawsze może być jakiś silny smród - upierał się DuBrose.
- Podziemne miasto...
- Tak, wiem. Bez względu na to, jak wysoko wykwalifikowani technicy tu pracują, nadal znajduje się pod ziemią. Ale to przecież pan sam sporządził plany skanerów w zaworach okiennych. Dlaczego mielibyśmy ich nie używać?
Cameron zasunął szybę i spojrzał na zielone wzgórza, na które padał już teraz cień napływających deszczowych chmur.
- Klaustrofobia nie należy do moich słabości - rzekł. - Mogę bez problemu miesiącami siedzieć pod ziemią.
- Czego nie mogę powiedzieć o sobie - mruknął DuBrose.
Uznał, że Cameron całkiem nieźle znosi doprawiony przez niego trunek. I dobrze. Nie liczył na to, że dyrektor kompletnie odleci. Jego plan był bardziej długofalowy. Miał nadzieję, że wysłannik sekretarza do spraw wojny nawet nie zauważy upojenia Camerona. Upomniał się w duchu, żeby podać szefowi oczyszczacz oddechu, nim...
Zdążył w ostatniej chwili. Po rutynowym wylegitymowaniu się do pokoju wszedł skwaszony chudy mężczyzna z dwoma pistoletami przypiętymi do pasa.
- Locke - przedstawił się. - Jest pan gotowy, panie Cameron?
- Tak. - Dyrektor znów wyglądał na przytomnego. - Dokąd jedziemy?
- Do Sanatorium.
- Na powierzchnię?
- Tak, na powierzchnię.
Cameron skinął głową i ruszył w stronę drzwi. Tam zatrzymał się i lekko zmarszczył brwi.
- A więc? - rzucił.
- Przepraszam. - Locke otworzył drzwi i przepuścił Camerona.
Kiedy DuBrose ruszył za szefem, facet z rządu zastąpił mu drogę.
- Pan nie ma...
- Proszę się o to nie martwić.
Locke pokręcił głową.
- Panie Cameron, czy ten człowiek ma jechać z nami?
Dyrektor obejrzał się z niepewną miną.
- On... Co takiego? A, tak. Jedzie z nami.
- Skoro pan tak twierdzi. - Locke miał teraz jeszcze bardziej skwaszony wyraz twarzy, ale ruszył za DuBrose'em.
Gdy mijali centralę, sekretarz spojrzał pytająco na Sally. Odpowiedziała bezradnym gestem. DuBrose zrobił głęboki wdech. Teraz wszystko w jego rękach. A naprawdę obawiał się tego, co może zobaczyć w tym Sanatorium. Windospadem zjechali na niższy poziom, gdzie Locke przejął dowodzenie grupą i poprowadził ich w stronę przecinającej całe miasto ekspresowej Drogi. DuBrose rozsiadł się na swoim miejscu i usiłował się odprężyć. Patrzył na blady jak kość słoniowa, świetlisty sufit zjeżdżalni, ale jej gładka syntetyczna powierzchnia nie stanowiła skutecznej bariery dla natłoku myśli. Spadali w huk Przestrzeni, gdzie biło mechaniczne serce miasta, otchłani w dużej mierze zamieszkanej przez hałaśliwe maszyny. Tak nisko ludzie już nie pracowali. Ci, którzy obsługiwali te urządzenia, siedzieli w wygodnych dźwiękoszczelnych budynkach z klimatyzacją, a w oknach mieli zainstalowane skanery, które dawały im złudzenie życia na powierzchni. Jeśli tylko nie otwierało się zaworów, można było przeżyć w Dolnym Chicago całe życie i nawet się nie zorientować, że to ponad milę pod ziemią.
Klaustrofobia wypłynęła jako jeden z pierwszych problemów. Mnóstwo neuroz przeszło w pełne psychozy, nim zapewniono podstawowe potrzeby i rozwiązano pewne problemy. Neurozy dotyczyły tylko wojennych, ponieważ większość ludności cywilnej nie musiała mieszkać pod ziemią. Decentralizacja skutecznie chroniła zwykłych obywateli przed bombami.
- To już ta stacja - rzucił przez ramię Locke.
DuBrose dotknął przycisku pod podłokietnikiem. Trzy krzesełka zjechały z szybkiego pasa na bocznicę, zwolniły i się zatrzymały. Locke w milczeniu poprowadził ich do czekającego pneumoauta. Zamknął drzwi i sięgnął w stronę kontrolek. DuBrose ledwie zdążył chwycić swój pas, nim smukły palec dźgnął maksymalne przyspieszenie.
Żołądek znów masował mu kręgosłup. Nim odzyskał wzrok po momentalnym zamroczeniu, już odruchowo grał w grę, którą znał każdy wojenny, a która polegała na dość rozpaczliwych próbach zorientowania się w przestrzeni i ustaleniu kierunku jazdy. Nie było to oczywiście możliwe. Tylko dwudziestu ludzi znało prawdziwą lokalizację Dolnego Chicago, najwyżsi oficjele pracujący w kwaterze głównej. Ten labirynt tuneli wyrastał z jaskini i kończył się w wielu bardzo odmiennych miejscach, przy czym niektóre oddalone były ledwie o milę, a inne o pięćset mil. Ze względu na wijące się trasy pneumoauta pokonywały odległości do celu zawsze w ciągu dokładnie piętnastu minut.
Dolne Chicago mogło się znajdować pod polami kukurydzy w Indianie, pod jeziorem Huron albo pod ruinami starego Chicago. Wojenni nie mieli jak się tego domyślić. Stawiali się przed jedną ze znanych sobie Bram, gdzie ich legitymowano, a potem wsiadali do odpowiedniego pneumoauta. Kwadrans później byli już w Dolnym Chicago. Tak po prostu. Każde podziemne miasto miało ten sam system i te same zabezpieczenia przeciwko bombom wiertniczym. Były też oczywiście inne środki bezpieczeństwa, ale DuBrose nie był technikiem. Powiedziano mu, że w przypadku miast wojennych lokalizacja radiowa jest niemożliwa, więc po prostu przyjął ten fakt do wiadomości. W dzisiejszych czasach wojna przypominała bardziej grę w szachy niż serię bitew.
Auto się zatrzymało. Przez krótki tunel przeszli do kabiny helikoptera. Zatrzeszczały łopaty. Śmigłowiec uniósł się i szarpiącym ruchem obrócił o dziewięćdziesiąt stopni. Przez okno DuBrose widział zapadające się coraz niżej pierzaste gałęzie drzew. Potem, gdy unieśli się jeszcze wyżej, ujrzał suche pasma wzgórz. Zaczął się zastanawiać, w jakim stanie się znajdują. W Illinois? W Indianie? W Ohio?
Pochylił się z niepokojem. Było coś...
- Hę? - Cameron obejrzał się na niego.
DuBrose pokręcił gałką zainstalowaną we framudze okna. Kółeczko w plastiku zmieniło się w soczewkę i powiększyło odległy przedmiot. DuBrose tylko rzucił na niego okiem i się uspokoił.
- Niewypał - mruknął Locke, choć DuBrose'owi jeszcze przed chwilą zdawało się, że pilot nie zauważył jego ruchu.
- Jedna z kopuł, nic więcej - dorzucił Cameron, rozsiadając się znów spokojnie.
DuBrose jednak nadal patrzył na zniszczony srebrny przedmiot na wzgórzu.
Była to półkula o średnicy stu stóp. W Ameryce znajdowały się siedemdziesiąt cztery takie identyczne półkule. DuBrose usiłował sobie przypomnieć czasy, gdy te muszle były jeszcze idealnie nieprzejrzyste i srebrne jak lustra. Miał osiem lat, gdy pojawiły się nagle nie wiadomo skąd, wszystkie naraz, skrywające tajemnicę, której nigdy nie rozwiązano. Nikomu nie udało się dostać do ich środka i nie wyłoniło się z nich nigdy nic konkretnego. Po prostu pojawiły się nagle siedemdziesiąt cztery lśniące półkule i ten fakt niemal wywołał panikę w kraju. Kolejna tajna broń wroga.
Obszar wokół każdej z kopuł oczyszczono z cywili w promieniu trzydziestu mil, a eksperci zaczęli się głowić nad zagadką, w każdej chwili spodziewając się, że tajemnicza broń wybuchnie. Rok później prace nadal trwały.
Pięć lat później testy wykonywano już bardziej sporadycznie.
A potem dotąd gładkie kopuły zaczęły ulegać zniszczeniu. Na wypolerowanej powierzchni, która nie była materią, pojawiły się sieci prążków. Rozszerzały się niczym rtęć łuszcząca się z tylnej strony lustra, aż skorupy stały się poszarpane i pęknięte. W rezultacie można było teraz zajrzeć do środka, ale nie było tam nic - tylko goła ziemia.
Niemniej jednak nikomu nie udało się dostać do żadnej z kopuł. Siła, czy cokolwiek to było, pozostawała stała; jakaś energia tworzyła nieprzekraczalną barierę dla ciał stałych.
Ludzie uznali, że te tajemnicze przedmioty to tajna broń, która nie zadziałała, toteż ktoś zaproponował ksywkę Niewypał. Przyjęła się.
- Niewypał - powtórzył Locke i odpalił pomocnicze rakiety. Pejzaż zamazał im się przed oczami.
DuBrose rzucił okiem na Camerona. Zastanawiał się, jak szybko minie działanie alkaloidu. Pix nie było niezawodne. Czasami...
Lecz widok spokojnej zrelaksowanej twarzy dyrektora nieco go pocieszył. Jakoś to będzie. Musi być.
Cameron spoglądał na wysokościomierz na desce rozdzielczej.
Wysokościomierz się do niego uśmiechał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki