Niesamowite przygody Kavaliera i Claya - Michael Chabon

-
Proszę czekać

1

W późniejszych latach, kiedy nachylał się do przeprowadzającego z nim wywiad dziennikarza albo do podstarzałych fanów na widowni jakiegoś comic conu, Sam Clay często wyjawiał - w związku z największym dziełem, które stworzyli z Joe Kavalierem - że kiedy był chłopcem, związanym i zapieczętowanym w szczelnym naczyniu o nazwie Brooklyn, prześladowały go sny o Harrym Houdinim.

"Clark Kent w budce telefonicznej i Houdini w drewnianej skrzyni byli dla mnie jednym i tym samym - uczenie objaśniał na WonderConie, na festiwalu w Angoul?me albo w rozmowie z redaktorem "The Comics Journal". - Wychodzisz jako inna osoba, niż wchodziłeś. Wie pan, pierwsza sztuczka Houdiniego, jak dopiero zaczynał. Nazywała się Metamorfoza. Nigdy nie szło tylko o ucieczkę. Szło też o transformację".

Prawda jest taka, że kiedy Sammy był dzieckiem, Harry Houdini i jego legendarne wyczyny interesowały go tylko trochę. Jego bohaterami byli Nikola Tesla, Ludwik Pasteur i Jack London. A jednak opis roli Houdiniego - roli jego własnej wyobraźni - w narodzinach Eskapisty brzmiał prawdziwie, jak wszystkie najlepsze zmyślenia Sammy'ego. Jego sny rzeczywiście zawsze były houdinowskie: były snami mocującej się w kokonie poczwarki, szaleńczo spragnionej światła i powietrza.

Houdini był bohaterem dla konusów, miastowych i Żydów, a Samuel Louis Klayman należał do wszystkich tych kategorii. Kiedy rozpoczęły się jego przygody, miał lat siedemnaście. Wyszczekany, zapewne nie tak bystry, jak mu się wydawało, i - jak wielu optymistów - trochę nadpobudliwy. Nie był przystojny, przynajmniej nie w klasyczny sposób. Miał twarz w kształcie odwróconego trójkąta, szerokie czoło, spiczasty podbródek, wydatne usta i płaski nos awanturnika. Garbił się i źle ubierał: zawsze wyglądał, jakby go właśnie sklepano na przerwie. Co rano wychodził z bezwłosym policzkiem niewiniątka, ale w południe gładkość była już pieśnią przeszłości, zmieniała się w menelski półcień, niewystarczający jednak, żeby nadać mu wygląd twardziela. Uważał się za brzydala, ponieważ nigdy nie widział własnej twarzy, kiedy spał lub odpoczywał. Przez prawie cały rok 1931 roznosił "Eagle'a", żeby móc kupić sobie hantle, z którymi ćwiczył co rano przez następne osiem lat, aż jego ramiona, klata i barki stały się silne i żylaste. Za sprawą polio zostały mu delikatne nogi chłopca. Miał metr sześćdziesiąt pięć w kapeluszu. Podobnie jak jego wszyscy przyjaciele, epitet "mądrala" uważał za komplement. Działanie telewizji, energii atomowej i antygrawitacji rozumiał opacznie, lecz żarliwie i miał ambicję - jedną z tysiąca - by ostatnie tchnienie wydać na ciepłej, słonecznej plaży Wielkiego Oceanu Polarnego planety Wenus. Był czytelnikiem wszystkożernym, ze skłonnością do samodoskonalenia (do Stevensona, Londona i Wellsa podchodził z sympatią, do Wolfe'a, Dreisera i Dos Passosa z szacunkiem, do S.J. Perelmana bałwochwalczo), jego dryl samodoskonalenia maskował to, że Sammy wiecznie miał smaka na wstydliwe przyjemności. Jego skrywaną pasją - a przynajmniej jedną z nich - były liche pulpowe czasopisma pełne krwi i cudów. Odnalazł i przeczytał wszystkie wydania Cienia, dochodząc wstecz aż do roku 1939, prawie udało mu się zgromadzić wszystkie numery Mściciela i Doca Savage'a.

Długa historia Kavaliera i Claya - a także prawdziwa historia narodzin Eskapisty - zaczęła się w roku 1939, pod koniec października, tej nocy, kiedy matka Sammy'ego wpadła do jego pokoju i strzeliwszy go w skroń żelaznym kastetem swojej lewej ręki, kazała mu się przesunąć i zrobić na łóżku miejsce dla kuzyna z Pragi. Sammy usiadł, w zawiasach żuchwy czując łomotanie serca. W sinym świetle fluorescencyjnej lampy znad kuchennego zlewu dostrzegł szczupłego młodzieńca, mniej więcej swojego rówieśnika. Wygięty jak znak zapytania, opierał się ciężko o drzwi, jedną ręką przytrzymując pod pachą nierówny plik gazet, drugą zasłaniając twarz, jakby się wstydził.

- To jest Josef Kavalier - powiedziała pani Klayman, przyjacielsko pomagając Sammy'emu przesunąć się pod ścianę - syn mojego brata Emila. Przyjechał dziś w nocy do Nowego Jorku greyhoundem, aż z San Francisco.

- Co mu jest? - zapytał Sammy. Przesunął się, aż dotknął plecami zimnego tynku. - Chory?

- A jak myślisz? - odparła jego matka, poklepując opróżnioną połać prześcieradła, jak gdyby przeganiała nietaktowne cząsteczki, które mógł zostawić po sobie Sammy.

Dopiero co wróciła do domu z Bellevue, gdzie przez dwa tygodnie miała nocną zmianę na oddziale psychiatrycznym. Wciąż czuć ją było zatęchłym oddechem szpitala, ale rozpięty kołnierzyk pielęgniarskiego fartucha uwalniał lekki zapach wody lawendowej, w której skąpała swój drobny korpus. Naturalny aromat jej ciała był korzenny, wyrazisty, niczym świeże ostrużyny ołówka.

- Ledwie może ustać na nogach - dodała.

Sammy spojrzał nad matką, próbując lepiej się przyjrzeć biednemu Josefowi Kavalierowi w workowatym tweedowym garniturze. Coś tam wiedział, że ma czeskich kuzynów, matka nie pisnęła jednak słowa, że przyjeżdżają z wizytą, a już na pewno nie wspomniała, że będą dzielić z nim łóżko. Sammy nie bardzo rozumiał, gdzie w tej historii jest miejsce na San Francisco.

- O właśnie - powiedziała matka, podnosząc się do pionu, wyraźnie zadowolona, że przegnała Sammy'ego na skrajne dziesięć centymetrów materaca. Odwróciła się do Josefa Kavaliera. - Chodź tu. Chcę ci coś powiedzieć.

Chwyciła go za uszy, jakby łapała ucha garnka, i zmiażdżyła mu ustami najpierw jeden, a potem drugi policzek.

- Udało ci się. Dobrze? Dotarłeś tu.

Wręczyła mu ręcznik i wyszła. Kiedy tylko zniknęła, Sammy odzyskał kilka cennych centymetrów materaca, podczas gdy jego kuzyn stał, pocierając zmasakrowane policzki. Po chwili pani Klayman zgasiła światło w kuchni i zostali w ciemnościach. Sammy usłyszał, jak jego kuzyn bierze głęboki wdech i powoli wypuszcza powietrze. Plik gazet zaszeleścił i uderzył o ziemię ciężkim łomotem porażki. Guziki marynarki stuknęły o tył krzesła, spodnie zaszeleściły, kiedy je zdejmował; zrzucił jeden but, potem drugi. Zegarek zabrzęczał o stojącą na nocnej szafce szklankę z wodą. Potem Josef i powiew zimnego powietrza wślizgnęli się pod koc, niosąc ze sobą zapaszek papierosów, potu, wilgotnej wełny oraz czegoś słodkiego i nostalgicznego, co Sammy szybko rozpoznał jako zapach z ust kuzyna, zapach śliwek z resztek sztabki "wyjątkowej" pieczeni rzymskiej (śliwki były tylko drobiazgiem w tym wszystkim, co czyniło tę pieczeń wyjątkową), którą jego matka zawinęła wcześniej w woskowany papier niczym prezent i włożyła do fryżydera. Czyli wiedziała, że jej bratanek przyjeżdża dzisiaj, spodziewała się go na kolacji i nie powiedziała Sammy'emu ani słowa.

Josef Kavalier rozsiadł się na materacu, odchrząknął, założył ręce za głowę i znieruchomiał, jak gdyby wyłączono go z prądu. Nie wiercił się, nie kokosił, nawet nie ruszył palcem u stopy. Big Ben na stoliku tykał głośno. Oddech Josefa stężał i zwolnił. Sammy zaczął się zastanawiać, czy ktoś może zasnąć tak nagle, kiedy jego kuzyn przemówił.

- Gdy tylko zdobędę nieco kasy, znajdę sobie mieszkanie i zwolnię łóżko - powiedział. Miał trochę niemiecki akcent, naznaczony jakimś dziwnym, szkockim zaśpiewem.

- Byłoby fajnie - odparł Sammy. - Dobrze mówisz po angielsku.

- Dziękuję.

- Gdzie się nauczyłeś?

- Wolę nie mówić.

- To tajemnica?

- To sprawa osobista.

- Możesz mi powiedzieć, co robiłeś w Kalifornii? Czy to też poufne?

- Przypłynąłem z Japonii.

- Z Japonii! - Sammy aż pozieleniał z zazdrości.

Na swoich patykowatych nogach nigdy nie dotarł dalej niż do Buffalo, nigdy nie przepłynął wód bardziej zdradzieckich niż ta smrodliwa strużka w kolorze toksycznej zieleni oddzielająca Brooklyn od Manhattanu. Na wąskim łóżku, w sypialni niewiele szerszej niż samo łóżko, w głębi mieszkania przy Ocean Avenue, w budynku zamieszkanym w całości przez niższą klasę średnią, z chrapaniem babki, które dobiegało zza ściany niczym przejeżdżający tramwaj, Sammy śnił zwykłe brooklyńskie sny o ucieczce i transformacji, i rejteradzie. Śnił z zaciekłą inwencją, przeobrażając się w jednego z czołowych amerykańskich pisarzy albo jakiegoś słynnego bystrzaka, na przykład Cliftona Fadimana, albo w bohaterskiego doktora, albo (za sprawą ćwiczeń i czystej siły woli) wykształcając u siebie moce psychiczne, które dają mu nadludzką kontrolę nad sercami i umysłami innych ludzi. W szufladzie biurka leżało - już od pewnego czasu - jedenaście stron wielkiej powieści autobiograficznej, która miała nosić tytuł (w wersji perelmanowskiej) Jakby w zwierciadle, na miasto albo (w wersji dreiserowskiej) Amerykańskie rozczarowanie (o którym w gruncie rzeczy wciąż niewiele wiedział). Zawstydzająco dużo czasu poświęcił na skupianie się w milczeniu - marszczenie czoła, wstrzymywanie oddechu - by rozwinąć uśpione zdolności: telepatię i kontrolę umysłu. Co najmniej dziesięć razy ekscytował się Iliadą eposów heroimedycznych, Łowcami mikrobów. Ale jak większość brooklyńczyków uważał się za realistę i jego plany ucieczki zasadniczo kręciły się wokół zdobycia zawrotnych pieniędzy.

Od szóstego roku życia Sammy chodził po domach i sprzedawał naczynia, batoniki, rośliny domowe, detergenty, pasty polerskie, prenumeraty czasopism, niełamliwe grzebienie i sznurówki. W urządzonym na kuchennym stole laboratorium doktora Zarkova wymyślał prawie działające przyszywacze guzików, otwieracze dwubutelkowe i niepodgrzewane żelazka. Przed kilku laty jego zmysł handlu pochłonęła branża zawodowego ilustratorstwa. Wielcy ilustratorzy i autorzy komiksów - Rockwell, Leyendecker, Raymond, Caniff - byli u szczytu kariery i panowało powszechne przekonanie, że przy rysownicy można nie tylko dobrze zarobić, ale wręcz wpłynąć na porządek społeczny i panujący w kraju nastrój. W szafie Sammy'ego leżały stosy bloków taniego papieru gazetowego pełne koni, Indian, słynnych futbolistów, rozumnych małp, fokkerów, nimf, rakiet kosmicznych, kowbojów, Saracenów, dżungli, grizzly, szkiców fałd kobiecych strojów, wgłębień na męskich kapeluszach, świateł w tęczówkach oczu, chmur na Dzikim Zachodzie. Pojęcie o perspektywie miał Sammy marne, znajomość ludzkiej anatomii wątpliwą, kreskę często niedokładną, ale był przedsiębiorczym złodziejem. Wycinał z gazet i komiksów ulubione strony i kadry, a potem wklejał je do grubego notesu: tysiąc różnych wzorów stylu i pozycji. Gorliwie korzystał ze swojej biblii wycinków, kiedy wymyślał podróbkę odcinka Terry'ego i piratów pod tytułem Morze Południowochińskie, wierną imitację stylu wielkiego Caniffa. Z Raymonda zżynał w czymś, co nazwał Szkarłatny kwiat w kosmosie, a z Chestera Goulda - w komiksie o tajniaku z wielką szczęką pod tytułem Trick Dacy. Próbował podwędzić coś od Hogartha i Lee Falka, od George'a Herrimana, Harolda Graya i Elziego Segara. Próbki swoich historyjek trzymał pod łóżkiem w grubej tekturowej teczce, czekając na okazję - na swoją wielką szansę - żeby się wreszcie zaprezentować.

- Z Japonii! - powtórzył, zakręciło mu się w głowie od unoszącej się nad tą nazwą egzotycznej, caniffowej woni. - Co robiłeś w Japonii?

- Głównie męczyłem się z niedyspozycją jelitową - odparł Josef Kavalier. - Wciąż się męczę. Szczególnie nocami.

Sammy zastanowił się chwilkę nad tą informacją, po czym przysunął się bliżej ściany.

- Powiedz mi, Samuelu - powiedział Josef Kavalier - ile próbek muszę mieć w moim portfolio?

- Nie "Samuelu". Sammy. Albo nie, lepiej Sam.

- Sam.

- Jakim portfolio?

- Moich rysunków. Żeby je pokazać twojemu szefowi. Niestety, zmuszony byłem zostawić wszystkie moje prace w Pradze, ale bardzo szybko mogę narysować dużo więcej, i to naprawdę dobrych.

- Pokazać mojemu szefowi? - zapytał Sammy, wyczuwając w swoim zmieszaniu trop wyraźnie wskazujący na robotę jego matki. - O czym ty mówisz?

- Twoja matka zasugerowała, że mógłbyś mi pomóc dostać robotę w tej samej firmie, w której pracujesz. Jestem artystą, jak ty.

- Artystą. - Sammy znowu poczuł zazdrość wobec kuzyna. Było to określenie, które przechodziło mu przez usta, tylko jeśli spuścił swój oszukańczy wzrok na noski butów. - Moja matka powiedziała ci, że jestem artystą?

- Tak, komercyjnym artystą. W firmie Śmiesznostki Empire, spółce z ograniczoną odpowiedzialnością.

Przez ułamek sekundy Sammy chronił płomyczek, który rozpalił w nim ten byle jaki komplement. A potem go zdmuchnął.

- Sadzi kocopoły - odparł.

- Proszę?

- Opowiada farmazony.

- Farma...?

- Pracuję w inwentaryzacji. Czasem najwyżej narysuję makietę do reklamy. Albo kiedy dodają coś nowego do katalogu, pozwalają mi zrobić ilustrację. I płacą mi za to dwa dolary od sztuki.

- Aha. - Josef Kavalier zrobił kolejny długi wydech. Nadal nawet nie drgnął. Sammy nie mógł rozgryźć, czy ten całkowity bezruch bierze się z nieznośnego napięcia czy z niebywałego spokoju. - Wysłała mojemu ojcu list - spróbował Josef. - Pamiętam, że napisała w nim, że tworzysz projekty nowych, niesamowitych wynalazków i urządzeń.

- Wiesz co?

- Sadziła kopcozony.

Sammy westchnął, jakby sugerując, że niestety tak właśnie było; westchnienie żalu, długie cierpienie. I fałsz. Bez wątpienia matka, pisząc do brata w Pradze, uważała, że przekazuje prawdę. Przez ostatni rok to właśnie Sammy sadził kocopoły, ubarwiając - nie tylko na użytek matki, ale i każdego, kto chciał słuchać - swoje podrzędne stanowisko w Śmiesznostkach Empire. Sammy zawstydził się na chwilę, nie dlatego, że został nakryty i musiał wyznać kuzynowi prawdę o swojej niskiej pozycji, ale dlatego, że dostrzegł skazę na wszechogarniającej matczynej lupie. Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem matka wcale nie dała się zwieść przechwałkom, tylko w istocie liczyła na to, że jej syn wyolbrzymił swój wpływ na Sheldona Anapola, właściciela Śmiesznostek Empire. A teraz, żeby utrzymać pozory (na co poświęcił już tyle czasu i inwencji), nie będzie miał wyjścia i jutro będzie musiał wrócić do domu, trzymając w brudnych paluszkach księgowego pracę dla Josefa Kavaliera.

- Spróbuję - powiedział i to wtedy poczuł pierwszą iskrę, łaskoczący go wzdłuż kręgosłupa palec możliwości.

Przez dłuższą chwilę obaj milczeli. Tym razem Sammy wyczuwał, że Josef jeszcze nie śpi, prawie słyszał przygniatające chłopaka, przesiąkające przez kapilary zwątpienie. Opanowało go współczucie.

- Mogę cię o coś spytać? - odezwał się.

- O co?

- O co chodzi z tymi wszystkimi gazetami?

- To wasze nowojorskie gazety. Kupiłem je na dworcu Greyhounda.

- Ile?

Zauważył, że Josef Kavalier po raz pierwszy drgnął.

- Jedenaście.

Sammy szybko policzył na palcach: wychodziło osiem ogólnomiejskich dzienników. Dziesięć, jeśli liczyć "Eagle'a" i "Home News".

- Brakuje mi jednego.

- Brakuje...?

- "Times", "Herald-Tribune" - odgiął dwa palce - "World-Telegram", "Journal-American", "Sun" - zmienił dłoń - "News", "Post". Eee... "Wall Street Journal". I brooklyński "Eagle". I "Home News" z Bronksu. - Opuścił ręce na materac. - Co jest jedenaste?

- "The Woman's Daily Wearing".

- "Woman's Wear Daily"?

- Nie wiedziałem, że to się tak nazywa. O odzieży. - Zaśmiał się serią krótkich, odkrztuszających charknięć. - Szukałem czegoś o Pradze.

- Znalazłeś coś? Musiało być coś w "Timesie".

- Coś było. Trochę. Nic o Żydach.

- Żydach - powtórzył Sammy, zaczynając rozumieć.

Josef nie szukał w gazetach wiadomości o ostatnich zabiegach dyplomatycznych w Londynie i Berlinie czy brutalnej bufonadzie Adolfa Hitlera. Szukał czegoś, co powiedziałoby mu o losie rodziny Kavalierów.

- Znasz żydowski? Jidysz? Znasz?

- Nie.

- Szkoda. Mamy w Nowym Jorku cztery żydowskie gazety. Tam pewnie by coś było.

- A co z niemieckimi?

- Nie wiem, ale tam pewnie też. Mamy dużo Niemców. Maszerują i urządzają wiece w całym mieście.

- Rozumiem.

- Martwisz się o rodzinę?

Nie było odpowiedzi.

- Nie mogli się wydostać?

- Nie. Jeszcze nie. - Sammy poczuł, że Josef gwałtownie pokręcił głową, jak gdyby na znak, że temat jest zakończony. - Zdałem sobie sprawę, że wypaliłem wszystkie swoje papierosy - ciągnął kuzyn tonem neutralnym jak z podręcznika. - Mógłbyś może...

- Wiesz, wypaliłem ostatniego tuż przed pójściem do łóżka - powiedział Sammy. - Hej, skąd wiedziałeś, że palę? Czuć ode mnie?

- Sammy - zawołała jego matka. - Spać!

Sammy się obwąchał.

- Hm. Ciekawe, czy Ethel to czuje. Nie lubi papierosów. Kiedy chcę zapalić, muszę wyjść przez okno na schody pożarowe.

- Żadnego palenia w łóżku - powiedział Josef. - Kolejny powód, żebym je opuścił.

- Nic mi nie mów - odparł Sammy. - Nie mogę się już doczekać, kiedy będę miał coś swojego.

Leżeli tak kilka minut, pragnąc papierosów oraz wszystkiego, co to pragnienie, w swojej idealnej frustracji, zdawało się zawierać i ucieleśniać.

- Twój popielnik - powiedział wreszcie Josef. - Popielniczka.

- Jest na schodach pożarowych. To roślina.

- Są w niej pewnie... špačky? Kippe? Ostatki?

- Masz na myśli kiepy?

- Kiepy.

- Pewnie tak. Nie mów, że byś palił...

Bez ostrzeżenia, w czymś na kształt wyładowania aktywności, które było zarówno przeciwwagą, jak i produktem uprzedniego stanu doskonałego bezruchu, Josef stoczył się z łóżka na podłogę. Oczy Sammy'ego przyzwyczaiły się już do panującej w pokoju ciemności, jak zawsze niecałkowitej. Rąbek szaroniebieskiego blasku kuchennej świetlówki padał na skraj drzwi i zlewał się z bladym promieniem nocnego Brooklynu, mieszaniną aureoli ulicznych latarni, reflektorów tramwajów i aut, łuną trzech działających w dzielnicy hut stali oraz jaśniejącym poblaskiem wyspiarskiego królestwa po drugiej stronie rzeki, które wpadały przez szparę między zasłonami. W tym słabym blasku, nieznośnie stałym świetle bezsenności, Sammy dostrzegł, że jego kuzyn metodycznie przeszukuje kieszenie ubrań, które wcześniej starannie powiesił na oparciu krzesła.

- Lampa? - wyszeptał Josef.

Sammy pokręcił głową.

- Matka.

Josef wrócił do łóżka i usiadł.

- Musimy działać w ciemnościach.

Dwoma palcami lewej dłoni trzymał karbowaną bibułkę. Sammy zrozumiał. Oparł się na jednej ręce, a drugą rozsunął kotary, powoli, żeby nie spowodować zdradzieckiego skrzypnięcia. Zaciskając zęby, uniósł ramę okna przy łóżku, wpuszczając chłodny szum ulicy i mruczący powiew zimnej październikowej północy. "Popielniczka" Sammy'ego była podłużną terakotową doniczką, nieco meksykańską, wypełnioną jałową mieszaniną ziemi ogrodowej, sadzy i na wpół skamieniałego szkieletu (całkiem a propos) starca popielnego, niesprzedanego kwiatka z epoki, kiedy Sammy zajmował się uprawą roślin doniczkowych, poprzedzającej jego nałóg nikotynowy (będący wciąż dość nowym nabytkiem), czyli sprzed jakichś trzech lat. Wokół nasady uschniętej rośliny wiło się kilkanaście zgniecionych kiepów old goldów. Sammy z obrzydzeniem - były lekko wilgotne - wyjął kilka z nich, jakby zbierał dżdżownice, po czym podał je kuzynowi, w zamian dostając pudełko zapałek (dobitnie zachęcające do odwiedzenia KRABÓW U JOEGO NA FISHERMAN'S WHARF) z ostatnią zapałką.

Szybko, ale bez popisywania się Josef jedną ręką otworzył siedem niedopałków i przesypał włóknistą papkę do pomarszczonych resztek zig zaga. Po jakiejś minucie wyprodukował szluga.

- Chodź - powiedział.

Na kolanach przesunął się do okna, gdzie dołączył do niego Sammy. Przecisnęli się przez otwór i wysunęli na zewnątrz od pasa w górę. Sammy dostał do ręki papierosa i w cennym płomieniu zapałki, który nerwowo osłaniał od wiatru, zobaczył, że Josef wyczarował idealny walec, gruby, prosty i prawie tak gładki, jakby wyprodukowano go maszynowo. Sammy pociągnął długiego bucha true virginia flavor, po czym przekazał magicznego papierosa jego twórcy. Wypalili go w ciszy, aż zostało ostatnie pół centymetra. Wdrapali się z powrotem do środka, zasunęli okno i zasłony i położyli się, śmierdzący papierosem konkubenci.

- Wiesz - powiedział Sammy - my... eee... my naprawdę martwimy się... no, Hitlerem... i tym, jak traktuje Żydów, i... i tak dalej. Kiedy ich, kiedy was... najechali... mama... my wszyscy... - Pokręcił głową, nie bardzo wiedząc, co próbuje powiedzieć. - Masz.

Podniósł się trochę i wysunął spod głowy jedną z poduszek.

Josef Kavalier uniósł się na materacu i wcisnął poduszkę pod głowę.

- Dziękuję - powiedział i znowu leżał bez ruchu.

Po chwili jego oddech zwolnił, stał się miarowy, przerodził w gruźlicze rzężenie, a Sammy - jak co noc - zaczął knuć swoje zwykłe spiski gąsienicy. Wyobraźnia podpowiedziała mu jednak, że po raz pierwszy od lat może liczyć na pomoc sprzymierzeńca.

2

To właśnie taki gąsieniczy spisek - pragnienie cudownej ucieczki - ostatecznie przeniósł Josefa Kavaliera przez Azję i Pacyfik aż na wąskie łóżko przy Ocean Avenue.

Kiedy tylko niemiecka armia zajęła Pragę, w pewnych kręgach zaczęto mówić, żeby dla bezpieczeństwa wysłać na uchodźstwo niebywały automat rabina Löwa: słynnego praskiego Golema. Nadejściu nazistów towarzyszyły plotki o konfiskatach, wywłaszczeniach i grabieżach, szczególnie żydowskich artefaktów i przedmiotów obrzędowych. Tajemni strażnicy Golema obawiali się, że Niemcy spakują go i wywiozą, żeby zdobił jakiś Institut albo prywatną kolekcję w Berlinie czy Monachium. Dwóch grzecznych i spostrzegawczych młodych Niemców z notesami pod pachą już zdążyło spędzić prawie całe dwa dni na węszeniu wokół synagogi Staronowej, pod której krokwiami legenda ukryła drzemiącego od wieków obrońcę getta. Niemieccy młodzieńcy twierdzili, że są jedynie zaciekawionymi badaczami bez żadnych oficjalnych powiązań z władzami Protektoratu, ale nie dawano temu wiary. Plotka głosiła, że pewni wysoko postawieni członkowie partii w Berlinie byli gorliwymi adeptami teozofii i tak zwanego okultyzmu. Odkrycie i grabież Golema - śpiącego bezsennie w swojej ogromnej sosnowej trumnie - wydawały się tylko kwestią czasu.

Wśród strażników Golema panował pewien opór przeciwko wysyłaniu go za granicę, choćby i dla jego własnego dobra. Część twierdziła, że skoro stworzono go z błota Wełtawy, zabranie go z rodzinnych stron doprowadzi do jego fizycznego rozkładu. Ci mający smykałkę historyczną (i jak wszyscy historycy, dumni, że potrafią spojrzeć perspektywicznie) tłumaczyli, że Golem przetrwał już całe stulecia inwazji, nieszczęść, wojen oraz pogromów i nikt go nigdy ani nie odkrył, ani nie zabrał, toteż przestrzegali przed pospieszną reakcją na kolejny w dziejach czeskich Żydów czas przejściowego nieszczęścia. Niektórzy w grupie przyznawali pod naciskiem, że nie chcą odsyłać Golema, bo w głębi serca nigdy nie porzucili dziecinnej nadziei, że któregoś dnia, w chwili próby, uda się ożywić tego wielkiego wroga antysemitów i żydożerców, żeby znów podjął walkę. Ostatecznie jednak przegłosowano zabranie Golema w bezpieczne miejsce, najlepiej do jakiegoś neutralnego kraju na uboczu i niecałkowicie pozbawionego Żydów.

To właśnie wtedy jeden z członków tajemnego Kręgu, mający jakieś powiązania ze środowiskiem praskich prestidigitatorów, podsunął nazwisko Bernarda Kornbluma jako osoby, której można powierzyć zorganizowanie ucieczki Golema.

Bernard Kornblum był ausbrecherem1, iluzjonistą specjalizującym się w sztuczkach z kajdankami i kaftanami bezpieczeństwa - rozsławionych przez Harry'ego Houdiniego. Jakiś czas wcześniej zakończył karierę sceniczną (miał co najmniej siedemdziesiątkę), zamieszkał w Pradze, swoim przybranym domu, i czekał na to, przed czym uciec się nie da. Pochodził jednak - jak powiedziała osoba, która go zaproponowała - z Wilna, świętego miasta żydowskiej Europy, miejsca zamieszkanego przez ludzi cieszących się wprawdzie opinią twardo stąpających po ziemi, ale też życzliwie i współczująco odnoszących się do golemów. Ponadto Litwa była oficjalnie krajem neutralnym, a w tajnym protokole do paktu Ribbentrop-Mołotow Hitler podobno zrezygnował ze wszystkich do niej pretensji. Zgodnie z planem oderwano zatem Kornbluma od pokerowego stolika w Klubie Hofzinsera, w którym zwykł spędzać czas, i wezwano do tajnego miejsca, gdzie zbierał się Krąg - przy domu pogrzebowym Falederów, w szopie za salą wystawową z macewami. Wyjaśniono Kornblumowi, na czym ma polegać jego zadanie: Golema trzeba wykraść z kryjówki, należycie przygotować do podróży, wywieźć z kraju bez zwracania niczyjej uwagi i przekazać zaufanym ludziom w Wilnie. Niezbędne dokumenty - list przewozowy, certyfikaty celne - mieli dostarczyć zaufani członkowie Kręgu albo ich wysoko postawieni przyjaciele.

Bernard Kornblum od razu przyjął zlecenie Kręgu. Choć jak wielu magików był ateistą czczącym tylko Naturę, Kornblum, Wielki Iluzjonista, był równocześnie porządnym Żydem. Co więcej, wezwanie nadeszło, kiedy nieszczęśliwy i znudzony emeryturą nieroztropnie zastanawiał się nad powrotem na scenę. Choć żył we względnym niedostatku, odmówił przyjęcia hojnego wynagrodzenia, które mu zaproponowano, i postawił tylko dwa warunki: nie będzie musiał nic nikomu wyjaśniać i nie życzy sobie żadnej nieproszonej porady ani pomocy. Podczas całej sztuczki kurtyna będzie opuszczona, zasłona uniesie się dopiero, kiedy trik się uda.

Krąg uznał ten warunek nie tylko za uroczy, ale też w pewnym stopniu za rozsądny. Im mniej każdy z nich wiedział o szczegółach, tym łatwiej w razie wpadki byłoby się wyprzeć jakichkolwiek związków z ucieczką Golema.

Kornblum opuścił zakład pogrzebowy Falederów i ruszył w stronę domu, znajdującego się nieopodal, przy Maiselovej, a jego umysł już zaczął łączyć i lutować armaturę solidnego i eleganckiego planu. W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, kiedy Kornblum mieszkał przez chwilę w Warszawie, okoliczności zmusiły go do prowadzenia przestępczego żywota lipkarza i perspektywa niepostrzeżonego buchnięcia Golema z jego obecnego domu ożywiła szalone wspomnienia o skradzionych klejnotach i świetle gazowych latarni. Kiedy jednak wkroczył do sieni kamienicy, wszystkie jego plany uległy zmianie. Dozorczyni wysunęła głowę, żeby powiedzieć, że w jego pokoju czeka nań jakiś młodzieniec. Ładny, grzeczny i dobrze ubrany. Normalnie, rzecz jasna, kazałaby gościowi czekać na schodach, ale chyba rozpoznała w nim byłego ucznia Herr Professora. U tych, którzy zarabiają na życie flirtowaniem z katastrofą, wytwarza się dar pesymistycznej wyobraźni, gotowości na najgorsze, czarnowidztwa często nieodróżnialnego od jasnowidztwa. Kornblum domyślił się od razu, że tym nieoczekiwanym gościem musi być Josef Kavalier, i serce podeszło mu do gardła. Już wiele miesięcy temu dowiedział się, że chłopak rzuca szkołę artystyczną i emigruje do Ameryki. Coś musiało pójść nie tak.

Kiedy jego dawny nauczyciel wszedł, Josef wstał, przyciskając do piersi kapelusz. Miał na sobie wyglądający na nowy garnitur ze szkockiego tweedu. Zaczerwienione policzki i nadmierna uwaga, z jaką starał się nie uderzyć głową w niski, skośny sufit, powiedziały Kornblumowi, że chłopak jest nieźle wstawiony. I właściwie to nie był już chłopakiem - miał prawie dziewiętnaście lat.

- Co się stało, synu? - zapytał Kornblum. - Dlaczego tu jesteś?

- Nie ma mnie tu - odparł Josef. Był bladym, piegowatym, czarnowłosym chłopcem z nosem dużym, ale wgniecionym, szeroko rozstawionymi niebieskimi oczami, o pół kandeli zbyt ożywionych sarkazmem, by można je było nazwać sennymi. - Jestem w pociągu do Ostendy. - Przesadnym gestem Josef udał, że sprawdza godzinę na zegarku. Kornblum uznał, że chłopak wcale nie udaje. - Właśnie mijam Frankfurt, rozumie pan.

- Rozumiem.

- Tak. Poszedł na to cały majątek mojej rodziny. Przekupiliśmy każdego, kogo trzeba było przekupić. Ogołociliśmy nasze konta bankowe. Sprzedaliśmy polisę ubezpieczeniową ojca. Biżuterię matki, jej srebra. Obrazy. Większość porządnych mebli. Leki. Akcje. Obligacje. Wszystko po to, żebym ja, szczęściarz, mógł zasiąść w tym pociągu, rozumie pan? W przedziale dla palących. - Wypuścił chmurę wyobrażonego dymu. - Pędząc przez Niemcy w drodze do starej, dobrej Ameryki. - Ostatnie słowa wypowiedział z nosowym amerykańskim akcentem. Na ucho Kornbluma całkiem niezłym.

- Mój chłopcze...

- Wszystkie moje papiery były w porządku, na mur-beton.

Kornblum westchnął.

- Wiza wyjazdowa? - zapytał. W ostatnich tygodniach słyszał opowieści o takich przypadkach, o odmowach wyjazdu w ostatniej chwili.

- Powiedzieli, że nie mam jakiejś pieczątki. Jednej pieczątki. Tłumaczyłem im, że to niemożliwe. Wszystko było w porządku. Miałem wykaz kontrolny, który przygotował mi sam podsekretarz do spraw wiz wyjazdowych. Pokazałem im ten wykaz.

- I?

- Odparli, że wymogi zmieniły się dziś rano. Dostali polecenie, telegram od samego Eichmanna. Wysadzili mnie z pociągu w Chebie, dziesięć kilometrów od granicy.

- Ach!

Kornblum usiadł na łóżku (dokuczały mu hemoroidy) i poklepał narzutę obok siebie. Josef też usiadł. Zasłonił twarz dłońmi. Wypuścił drżący oddech, spiął ramiona tak, że widać było wystające na karku kręgi. Walczył ze sobą, żeby nie wybuchnąć płaczem.

- Posłuchaj - powiedział stary magik w nadziei, że uprzedzi łzy - posłuchaj. Jestem prawie pewien, że zdołasz wyjść z tych tarapatów.

Słowa pocieszenia zabrzmiały nieco bardziej oschle, niż chciał tego Kornblum, ale zaczął się trochę martwić. Dawno minęła północ, a chłopak wyglądał na zdesperowanego, jakby miał lada chwila wybuchnąć, co oczywiście poruszyło Kornbluma, ale zarazem zdenerwowało. Pięć lat wcześniej wdał się w pewną aferę z tym nieszczęsnym, nieroztropnym chłopcem i wciąż tego żałował.

- Chodź - powiedział i niezdarnie poklepał go po ramieniu. - Twoi rodzice na pewno się martwią. Odprowadzę cię do domu.

To wystarczyło. Josef gwałtownie wciągnął powietrze, jak człowiek, który z płonącego pokładu skacze do lodowatego morza, i zaczął płakać.

- Już raz ich zostawiłem. - Pokręcił głową. - Nie mogę im tego znowu zrobić.

Cały ranek w pociągu niosącym go na zachód, w stronę Ostendy i Ameryki, Josefa prześladowało gorzkie wspomnienie pożegnania. Nie płakał i niezbyt dobrze znosił łkania matki i dziadka, który w 1926 roku śpiewał partię Vitka na brneńskiej premierze Sprawy Makropulos Janačka i - co nie było rzadkie wśród tenorów - miał serce na dłoni. Josef, jak wielu dziewiętnastolatków, żywił jednak błędne przekonanie, że jego serce złamano już wiele razy, i był dumny z tego, że, jak sądził, udało mu się ten organ wzmocnić. Tamtego poranka na dworcu młodzieńczy stoicyzm pozwolił mu zachować spokój w łzawych objęciach dziadka. Czuł się też nieprzyzwoicie zadowolony z tego, że wyjeżdża. Cieszył się nie tyle z tego, że zostawia Pragę, ile z wyprawy do Ameryki, do domu siostry ojca, do amerykańskiego kuzyna imieniem Sam, do niewyobrażalnego Brooklynu z jego klubami nocnymi, twardzielami i szwungiem Warner Bros. Ta sama promienna cagneyowska bezduszność, która pozwoliła mu ukrywać ból z powodu opuszczenia rodziny i jedynego domu, jaki do tej pory znał, pozwoliła mu też wmówić sobie, że to tylko kwestia czasu, zanim wszyscy bliscy dołączą do niego w Nowym Jorku. Poza tym sytuacja w Pradze była już tak zła, że gorsza stać się nie mogła. Na stacji zatem Josef trzymał głowę prosto, a łzy z dala od oczu i palił papierosa, niewzruszenie zwracając większą uwagę na innych pasażerów na peronie, spowite obłokami pary lokomotywy, niemieckich żołnierzy w eleganckich płaszczach niż na członków swojej rodziny. Ucałował szorstki policzek dziadka, wytrzymał długie objęcie matki, uścisnął dłoń ojcu i młodszemu bratu, Thomasowi, który wręczył mu kopertę. Josef z wystudiowaną obojętnością włożył ją do kieszeni palta, ignorując drżenie dolnej wargi Thomasa, kiedy tam znikała. Gdy wsiadał do pociągu, ojciec złapał go za poły płaszcza i pociągnął z powrotem na peron. Objął go od tyłu, żeby uczepić się syna i obdarować ckliwym uściskiem. Dotyk mokrych od łez wąsów ojca na policzku był dla Josefa wstrząsem. Odsunął się zażenowany.

- See you in the funny papers2 - powiedział.

Zawadiacko, przypomniał sobie, zawsze zawadiacko. Ich nadzieja na ratunek leży w moim esprit.

Kiedy jednak pociąg ruszył i Josef usiadł w przedziale wagonu drugiej klasy, poczuł z siłą ciosu pięści w brzuch, jak okrutnie postąpił. Wydawało mu się, że równocześnie puchnie, pulsuje i płonie ze wstydu, jak gdyby całe jego ciało buntowało się przeciw takiemu zachowaniu, jak gdyby wstyd mógł wywołać w jego ciele reakcję równie katastrofalną co użądlenie pszczoły. Miejsce, na którym siedział, kosztowało (wraz z dodatkowym cłem wyjazdowym i ostatnią "opłatą transferową") dokładnie tyle, ile matka Josefa dostała za zastawienie szmaragdowej broszki, prezentu od męża na dziesiątą rocznicę ślubu. Tuż przed tą smutną rocznicą Frau Doktor Kavalier, będąca w czwartym miesiącu ciąży, poroniła i nagle w głowie Josefa pojawił się obraz nienarodzonego dziecka (byłaby to siostra), kłąb migoczącego dymu wpatrujący się w niego pełnym wyrzutu szmaragdowym spojrzeniem. Kiedy w Chebie pojawili się pogranicznicy, żeby go wyprowadzić z pociągu (jego nazwisko widniało na kilku listach, które mieli), znaleźli go między dwoma wagonami, gdy zasmarkany ryczał z twarzą wbitą w zgięcie ręki.

Wstyd wyjazdu był jednak niczym w porównaniu z nieznośną hańbą powrotu. W drodze do Pragi w dusznym i zatłoczonym wagonie trzeciej klasy, w towarzystwie grupy postawnych sudeckich rolników zmierzających do stolicy na jakiś religijny wiec, pierwszą godzinę spędził na nurzaniu się w poczuciu sprawiedliwej kary za swoje wyrachowanie, za niewdzięczność, za to, że w ogóle porzucił rodzinę. Kiedy jednak pociąg mijał Kladno, na horyzoncie zamajaczył nieuchronny powrót do domu. Ów niespodziewany powrót nie tylko nie dawał mu szansy zadośćuczynienia za swoje niewybaczalne zachowanie, ale też - jak sądził Josef - przyniósłby jego rodzinie jeszcze większą zgryzotę. Przez pół roku, które minęło od początku okupacji, wszystkie wysiłki Kavalierów, całej ich zbiorowej egzystencji, koncentrowały się na wysłaniu Josefa do Ameryki. W istocie wysiłki te zaczęły stanowić konieczną przeciwwagę dla znojów zwykłego codziennego dawania sobie rady, przeciwwyczerpaniową szczepionkę z nadziei. Kiedy Kavalierowie ustalili, że to Josef - urodzony w 1920 roku, podczas krótkiego pobytu rodziny na Ukrainie - może przez kaprys polityki ubiegać się o prawo emigracji do Stanów Zjednoczonych, skomplikowany i kosztowny proces wysłania go za granicę przywrócił życiu porządek i poczucie sensu. Dobiłoby ich, gdyby pojawił się na progu ledwie jedenaście godzin po wyjeździe! Nie, nie mógł ich zawieść, wracając do domu. Kiedy tamtego wieczora pociąg wreszcie dowlókł się do praskiego dworca, Josef został na miejscu, nie zdoławszy się ruszyć, aż jeden z przechodzących konduktorów zasugerował - nie żeby nieuprzejmie - by młodzieniec opuścił wagon.

Josef trafił do dworcowego baru, wlał w siebie półtora litra piwa i natychmiast zasnął na ławce w głębi sali. Po jakimś nieokreślonym czasie zjawił się kelner, żeby nim potrząsnąć, i Josef się obudził - pijany. Wytaszczył walizkę na ulice miasta, o którym jeszcze tego ranka sądził, że nigdy więcej go nie zobaczy. Szwendał się Jeruzalemską, potem po Josefovie, aż wreszcie nogi same nieuchronnie zaprowadziły go na Maiselovą, do mieszkania dawnego nauczyciela. Nie mógł zdruzgotać nadziei rodziny i spotkać się z nimi ponownie - a przynajmniej nie po tej stronie Atlantyku. Jeśli Bernard Kornblum nie zdoła mu pomóc w ucieczce, to przynajmniej zdoła go ukryć.

Kornblum podał Josefowi papierosa i ogień. Następnie podszedł do fotela, ostrożnie w nim usiadł i też zapalił. Ani Josef Kavalier, ani strażnicy Golema nie byli pierwszymi, którzy w desperacji zwrócili się do Kornbluma, mając nadzieję, że jego doświadczenie z zamkami, kaftanami bezpieczeństwa i żelaznymi skrzyniami uda się rozszerzyć na otwieranie granic niepodległych krajów. Dotychczas wszystkie takie prośby odrzucał, nie tylko jako nierealne czy wykraczające poza zakres jego umiejętności, ale też przesadne i przedwczesne. Teraz jednak, siedząc w fotelu, patrząc, jak jego dawny uczeń bezradnie przekłada w portfelu bilety kolejowe, cieniutkie stroniczki papieru przebitkowego, kalki i podstemplowane dokumenty emigracyjne, Kornblum wyłowił dźwięk, którego nie mógł pomylić z żadnym innym - dźwięk wskakujących na swoje miejsce trybów wielkiego zamka. Kierowany przez Adolfa Eichmanna urząd emigracyjny przerzucił się z cynicznych wymuszeń na jawną kradzież - zabierał wnioskodawcom wszystko, w zamian nie dając absolutnie nic. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone zamknęły drzwi i tylko upór amerykańskiej ciotki oraz geograficzny fart, jakim było urodzenie się w Związku Radzieckim, sprawiły, że Josef zdołał otrzymać amerykańską wizę wjazdową. Tymczasem w Pradze drapieżny ryj najeźdźcy zagrażał nawet bezużytecznej kupie rzecznego błota.

- Mogę cię wywieźć do Wilna, na Litwę - powiedział w końcu Kornblum. - Stamtąd będziesz już musiał sobie radzić sam. Memel jest teraz w rękach niemieckich, ale może uda ci się przedostać przez Priekule.

- Na Litwę?

- Niestety.

Po chwili chłopak skinął głową, wzruszył ramionami i strzepnął papierosa do popielniczki ozdobionej symbolem Klubu Hofzinsera: krajcarem i szpadlem.

- Zapomnij wszystko, co wiesz o uciekaniu skądś - powtórzył starą maksymę Kornbluma. - Niepokój zachowaj na to, dokąd uciekasz.

3

Determinacja, z jaką Josef Kavalier próbował się dostać do ekskluzywnego Klubu Hofzinsera, osiągnęła szczyt w 1935 roku, kiedy pewnego dnia zakrztusił się przy śniadaniu omletem z konfiturą brzoskwiniową. Był to jeden z tych rzadkich poranków w obszernym mieszkaniu Kavalierów, w koronkowo secesyjnej kamienicy Na příkopě, kiedy wszyscy usiedli razem do śniadania. Doktorostwo Kavalierowie mieli napięty rozkład dnia i jak wielu zajętych rodziców wykazywali skłonność do tego, by dzieci równocześnie zaniedbywać i im pobłażać. Herr Doktor Emil Kavalier był autorem klasycznej Grundsätzen der Endikronologie i odkrywcą akromegalii Kavaliera. Frau Doktor Anna Kavalier była z wykształcenia neurologiem, analizował ją Alfred Adler i od tamtego czasu ze swojej otomany w perskie wzory terapeutyzowała całą śmietankę młodej Pragi. Tamtego ranka, kiedy skulony Josef, krztusząc się i łzawiąc, sięgnął po serwetkę, jego ojciec wychylił się zza "Tagblatta" i leniwie trzepnął go w plecy. Matka, nie podnosząc wzroku znad najnowszego numeru "Monatsschrift für Neurologie und Psychiatrie", po raz tysięczny przypomniała Josefowi, żeby nie rzucał się na jedzenie. Tylko mały Thomas zauważył - w sekundzie, zanim Josef zasłonił usta serwetką - błysk jakiegoś obcego przedmiotu w ustach brata. Wstał od stołu i podszedł do krzesła Josefa. Wgapiał się w jego szczękę, która powoli pracowała nad winnym kawałkiem omletu. Josef zignorował Thomasa i włożył do ust kolejny kęs jedzenia.

- Co to? - zapytał jego brat.

- Co "co to"? - Josef jadł ostrożnie, jakby bolał go ząb. - Idź sobie.

Panna Horne, bona Thomasa, podniosła wzrok znad wczorajszego numeru londyńskiego "Timesa" i zaczęła przyglądać się scenie między braćmi.

- Wypadła ci plomba, Josefie?

- Ma coś w ustach - powiedział Thomas. - I to się błyszczy.

- Co masz w ustach, młodzieńcze? - zapytała matka chłopców, podkreślając swoje stanowisko nożem do masła.

Josef włożył dwa palce między prawy policzek i górne prawe dziąsło, skąd wyciągnął płaski, karbowany z jednej strony kawałek metalu: widelczyk nie większy niż mały palec Thomasa.

- Co to takiego? - zapytała matka z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie miała zaniemóc.

Josef wzruszył ramionami.

- Klucz dynamometryczny.

- No oczywiście - zwrócił się do matki ojciec z niedelikatnym sarkazmem, który sam w sobie był formą delikatności, dzięki której nigdy nie okazywał zaskoczenia zadziwiającym postępowaniem swojego potomstwa. - Przecież to jasne, że to klucz dynamometryczny.

- Herr Kornblum powiedział, że powinienem się do niego przyzwyczaić - wyjaśnił Josef. - Powiedział, że kiedy Houdini umarł, okazało się, że w policzkach wytarły mu się dwie spore kieszenie.

- Podziwu godna ambicja. - Herr Doktor Kavalier wrócił do swojego "Tageblatta".

Josef zainteresował się prestidigitatorstwem, kiedy tylko jego dłonie stały się wystarczająco duże, by utrzymać talię kart. Praga znana była ze swoich iluzjonistów i kuglarzy, więc synowi zajętych i pobłażliwych rodziców nietrudno było znaleźć kompetentnego nauczyciela. Przez rok uczył się u pewnego Czecha nazwiskiem Bozic, który używał pseudonimu Rango, specjalizującego się w sztuczkach z kartami i monetami, hipnozie i doliniarstwie. Potrafił też rzutem trójki kier przeciąć muchę na pół. Wkrótce Josef nauczył się Deszczu srebra, Rozpuszczalnego krajcara, Podania hrabiego Erno i podstaw Martwego dziadka, lecz kiedy do rodziców Josefa dotarła wieść, że Rango siedział kiedyś za podmienianie biżuterii i pieniędzy widzów na stras i papier, chłopca pospiesznie odeń zabrano.

Specjalności Ranga - złudne asy i królowe, potoki srebrnych koron i podwędzone zegarki - służyły tylko czczej rozrywce. Dla Josefa zaś długie godziny spędzone przed lustrem w łazience na ćwiczeniu ukrywania w dłoni, zręcznego podawania, wsuwania i chowania, dzięki którym wydawało się, że wkłada monetę do prawego ucha, przepuszcza przez czaszkę i wyjmuje ją z ucha lewego albo z ucha przyjaciela czy krewnej lub że walet kier pojawia się w chusteczce ładnej dziewczyny, wymagały iście masturbacyjnej intensywności skupienia, która zaczęła mu dawać prawie równą przyjemność jak sama sztuczka. Wtedy jednak jakiś pacjent opowiedział ojcu o Bernardzie Kornblumie i wszystko uległo zmianie. Pod kuratelą Kornbluma Josef zaczął uczyć się ausbrecherstwa od jednego z mistrzów tej surowej sztuki. W wieku czternastu lat postanowił poświęcić życie sztuce ucieczki w samą porę.

Kornblum był "wschodnim" Żydem, szczapowatym, z gęstą rudą brodą, którą przed każdym występem krępował czarną jedwabną siatką. "To ich rozprasza", mówił, mając na myśli widownię, na którą patrzył z właściwą weteranowi mieszaniną zdumienia i odrazy. Jako że w czasie pracy ograniczał gadkę do minimum, znalezienie innych sposobów odwrócenia uwagi widzów zawsze było istotną kwestią. "Gdybym mógł pracować bez spodni, tobym wychodził na scenę nago", mawiał. Miał ogromne czoło, palce długie i zwinne, acz nieeleganckie, z gruzłowatymi kłykciami. Policzki nawet w majowe poranki były zaczerwienione i łuszczyły się, jakby smagały je polarne wiatry. Kornblum był jednym z nielicznych wschodnioeuropejskich Żydów, których poznał Josef. Wśród znajomych rodziców znajdowali się żydowscy uchodźcy z Polski i Rosji, ale byli to wyrobieni, "zeuropeizowani" lekarze i muzycy z wielkich miast, władający niemieckim i francuskim. Kornblum, którego niemiecki był niezręczny, a czeski żaden zgoła, urodził się w sztetlu pod Wilnem i większość życia spędził, podróżując po guberniach carskiej Rosji, występując w odeonach, stodołach, na targach tysięcy miasteczek i wiosek. Nosił garnitury o niemodnym kroju z piersią wypchaną a la Valentino. Jako że jego dieta składała się głównie z konserw rybnych - sardynek, sardeli, stynek, tuńczyka - jego oddech często niósł ostry morski smrodek. Mimo że był zagorzałym ateistą, przestrzegał zasad koszerności, unikał pracy w sobotę, a na wschodniej ścianie swojego pokoju zawiesił grawiurę ze Wzgórzem Świątynnym. Jeszcze do niedawna czternastoletni Josef bardzo niewiele zastanawiał się nad kwestią swojego żydostwa. Wierzył - zgodnie z tym, co głosiła czechosłowacka konstytucja - że Żydzi są po prostu jedną z wielu mniejszości etnicznych zamieszkujących ten młody kraj, za którego dumnego syna uważał się Josef. Kornblum ze swoim bałtyckim zapachem, przestarzałymi manierami i jidysz zrobił na nim ogromne wrażenie.

Tamtego roku - wiosną, latem, aż do jesieni - Josef dwa razy w tygodniu przychodził do pokoju Kornbluma na ostatnim piętrze sypiącej się kamienicy przy Maiselovej na Josefovie, żeby dać się przykuć do kaloryfera albo pozwolić sobie związać nogi i ręce długim zwojem solidnego konopnego sznura. Początkowo Kornblum nie dał mu najmniejszej wskazówki, jak wydostać się z więzów.

- Skupisz się - powiedział w dzień pierwszej lekcji, przykuwając Josefa do thonetowskiego krzesła. - Zapewniam cię. Przyzwyczaisz się też do dotyku łańcucha. Ten łańcuch jest teraz twoją jedwabną piżamą. Uściskiem kochającej matki.

W pokoju znajdowało się niewiele sprzętów poza krzesłem, żelazną ramą łóżka, szafą i obrazkiem z Jerozolimą obok jedynego okna na wschodniej ścianie. Jedynym pięknym przedmiotem była chińska skrzynia, wykonana z jakiegoś tropikalnego drewna, czerwonego jak surowa wątroba, z mosiężnymi uchwytami i parą fikuśnych mosiężnych zamków w kształcie pawi. Zamki otwierał system maleńkich sprężyn i dźwigni skrytych pod jadeitowymi oczami każdego z siedmiu piór obu pawich ogonów. Magik naciskał czternaście jadeitowych guzików w odpowiedniej kolejności, która chyba zmieniała się wraz z każdym otwarciem skrzyni.

Podczas kilku pierwszych sesji Kornblum po prostu pokazał Josefowi różne rodzaje zamków, które wyjmował po kolei z kufra: zamki skrzynek pocztowych, kajdanek, kobiecych sztambuchów, zamki mechaniczne i bębenkowe, mocne kłódki, zamki szyfrowe wyjęte z sejfów i kas pancernych. Brał do ręki śrubokręt, bez słowa rozbierał taki zamek na czynniki pierwsze, po czym składał go z powrotem. Pod koniec godzinnej lekcji, wciąż nie uwalniając Josefa, opowiadał o podstawach kontrolowania oddechu. Wreszcie, w ostatnich minutach, rozkuwał chłopaka, ale tylko po to, żeby wcisnąć go do zwykłej sosnowej skrzyni. Siadał na wieku, popijał herbatę i popatrywał na kieszonkowy zegarek, dopóki lekcja nie dobiegła końca.

- Jeśli masz klaustrofobię - wyjaśnił Kornblum - musimy to ustalić teraz, a nie kiedy będziesz leżał na dnie Wełtawy, skuty łańcuchami w worku na listy, a twoja rodzina i sąsiedzi będą czekać, aż wypłyniesz na powierzchnię.

Na początku drugiego miesiąca wprowadził wytrych oraz klucz dynamometryczny i zaczął używać tych wspaniałych narzędzi na każdym z próbnych zamków, które trzymał w skrzyni. Choć dobiegał już siedemdziesiątki, miał wprawne palce i pewny chwyt. Otwierał zamek, po czym - w ramach dalszego oświecania Josefa - rozbierał mechanizm na części i otwierał ponownie, ujawniając jego działanie. Zamki, stare czy nowe, angielskie, niemieckie, chińskie, amerykańskie, nie opierały się jego majstrowaniu dłużej niż kilka sekund. Zgromadził także małą kolekcję grubych zakurzonych tomów, wielu nielegalnych albo usuniętych z bibliotek (niektóre opatrzone były pieczęcią straszliwej bolszewickiej Czeki). W niekończących się kolumnach maleńkim drukiem wyszczególniono numery seryjne tysięcy szyfrów wyprodukowanych w Europie po 1900 roku wraz z otwierającymi kombinacjami.

Josef całymi tygodniami błagał Kornbluma, by pozwolił mu samemu otworzyć zamek. Wbrew zaleceniu mistrza pracował nad zamkami w domu - używając szpilki od kapelusza i szprychy rowerowej - i od czasu do czasu nawet mu się to udawało.

- Dobrze - powiedział wreszcie Kornblum. Wręczył Josefowi wytrych i klucz dynamometryczny, po czym podszedł do drzwi swojego pokoju, w których zamontował całkiem nowy bębenkowy zamek marki Rätsel. Rozsupłał krawat i zawiązał nim Josefowi oczy. - Żeby zajrzeć do wnętrza zamka, nie używasz wzroku.

Josef uklęknął w ciemności i wymacał mosiężną klamkę. Dociskał policzek do zimnych drzwi. Zanim Kornblum wreszcie zdjął mu opaskę i gestem polecił wdrapać się do trumny, chłopak zdążył trzykrotnie otworzyć rätsela, ostatni raz w niecałe dziesięć minut.

Dzień przed tym, jak Josef spowodował zamieszanie przy śniadaniu, po miesiącach przyprawiających o mdłości ćwiczeń z oddychania, od których brzęczało mu w uszach, oraz ćwiczeń, od których bolały go palce, wszedł do pokoju Kornbluma i jak zawsze wystawił nadgarstki, żeby dać się skuć i związać. Kornblum zaskoczył Josefa dziwnym uśmiechem. Wręczył mu czarną skórzaną saszetkę. Otwarłszy ją, Josef znalazł w środku maleńki klucz dynamometryczny i zestaw stalowych wytrychów: niektóre były długości klucza, inne dwa razy dłuższe; miały gładkie drewniane rączki. Żaden nie był grubszy od słomki z wiechcia miotły. Ich końcówki były zmyślnie powycinane i powyginane w kształt półksiężyca, rombu, tyldy.

- Moja robota - powiedział Kornblum. - Solidne.

- Dla mnie? Zrobił je pan dla mnie?

- To się właśnie okaże. - Kornblum wskazał łóżko, na którym leżała para zupełnie nowych niemieckich kajdanek i najlepsze amerykańskie zamki Yale. - Przykuj mnie do krzesła.

Pozwolił się przytwierdzić do nóg krzesła kawałkiem ciężkiego łańcucha - reszta łączyła krzesło z kaloryferem, a kaloryfer z szyją Kornbluma. Ręce także miał skute - z przodu, żeby mógł palić. Bez słowa porady czy skargi ze strony mistrza Josef w ciągu pierwszej godziny otworzył kajdanki i wszystkie zamki z wyjątkiem jednego. Ostatni, marki Yale Dreadnought z 1927 roku, z szesnastoma bolcami, pokrzyżował mu plany. Josef pocił się i przeklinał pod nosem - po czesku, żeby nie obrazić mistrza. Kornblum zapalił kolejnego papierosa marki Sobranie.

- Bolce mają głos - podpowiedział wreszcie Josefowi. - Wytrych to maleńki kabel telefoniczny. Twoje opuszki palców mają słuch.

Josef wziął głęboki wdech, wsunął do zamka wytrych zakończony małym zawijasem i ponownie spróbował kluczem. Szybko przesunął wytrychem po bolcach, w tę i z powrotem, wyczuwając po kolei jeden po drugim, szacując opór sprężyn i narzędzia. Każdy zamek ma swój punkt równowagi między tarciem a momentem obrotowym: jeśli obracasz zbyt mocno, bęben się klinuje, jeśli zbyt delikatnie, nie zahaczasz jak trzeba. Przy szesnastu bolcach znalezienie równowagi zależało wyłącznie od intuicji i stylu. Josef zamknął oczy. Usłyszał, że wytrych brzęczy mu w palcach.

Zamek otworzył się z przyjemnym metalicznym bulgotem. Kornblum skinął głową, wstał i się przeciągnął.

- Możesz zatrzymać narzędzia - powiedział.

Choć Josefowi wydawało się, że postępy na lekcjach z Herr Kornblumem robi bardzo powoli, Thomasowi Kavalierowi ten czas wydawał się dziesięć razy dłuższy. Niekończące się majstrowanie w zamkach i przy węzłach, którego był świadkiem każdej nocy w bladym świetle lampki nocnej we wspólnej sypialni braci, interesowało go znacznie mniej niż sztuczki karciane i triki z monetami.

Thomas Masaryk Kavalier był żwawym skrzatem z gęstą czarną strzechą włosów. Kiedy był bardzo mały, uaktywnił się w nim muzyczny chromosom odziedziczony po rodzinie matki. Gdy miał trzy lata, zabawiał gości podczas proszonych kolacji długimi, burzliwymi ariami śpiewanymi w skomplikowanym, niedorzecznym "języku włoskim". Miał osiem lat, kiedy na rodzinnych wakacjach w Lugano okazało się, że z ulubionych librett podłapał tyle prawdziwego włoskiego, że w hotelu gawędził sobie z kelnerami. Ciągle wzywany, żeby występować w przedstawieniach brata, asystować w jego sztuczkach, ręczyć za jego kłamstwa, wyrobił w sobie talent aktorski. W zeszycie w linie zapisał pierwsze wersy libretta opery Houdini, dziejącej się w fantastycznym Chicago. Rzecz całą utrudniało to, że nigdy nie widział występu żadnego mistrza ucieczek. W jego wyobraźni wyczyny Houdiniego znacznie przewyższały nawet to, co mógł wymyślić niegdysiejszy Erich Weiss: skoki w zbroi z lecącego nad Afryką płonącego samolotu, ucieczki z pustych w środku piłek wystrzelonych przez podwodne armaty w basenach z rekinami. Chwila, w której tamtego ranka przy śniadaniu Josef wkroczył nagle w rewiry naprawdę zajmowane niegdyś przez wielkiego Houdiniego, wyznaczyła ogromnie ważny moment w życiu Thomasa.

Kiedy rodzice wyszli z domu - matka do swojego gabinetu przy Narodnym, a ojciec na pociąg do Brna, gdzie udzielał porad chorej na gigantyzm córce burmistrza - Thomas nie zostawił w spokoju Josefa i tematu policzków Houdiniego.

- A zmieściłby tam dwukoronówkę? - dopytywał się. Leżał na brzuchu na łóżku, obserwując, jak Josef chowa klucz dynamometryczny do specjalnej sakiewki.

- Tak, choć nie bardzo wiem, dlaczego miałby to robić.

- A pudełko zapałek?

- Pewnie tak.

- A nie zamokłyby?

- Może owinąłby je ceratą.

Thomas badawczo dotknął policzka koniuszkiem języka. Wzdrygnął się.

- Co jeszcze każe ci tam chować Herr Kornblum?

- Uczę się, jak zostać mistrzem ucieczek, a nie walizką - powiedział zirytowany Josef.

- Czyli teraz będziesz mógł zrobić prawdziwą ucieczkę?

- Dziś jestem bliżej tego niż wczoraj.

- I wtedy będziesz mógł wstąpić do Klubu Hofzinsera?

- Zobaczymy.

- Jakie są wymagania?

- Po prostu muszą cię zaprosić.

- Musisz oszukać śmierć?

Josef przewrócił oczami, żałując, że w ogóle powiedział Thomasowi o Hofzinserze. Był to ekskluzywny męski klub mieszczący się w dawnej austerii przy jednej z najbardziej krzywych i ciemnych uliczek Starego Miasta. Pełnił funkcję kantyny, towarzystwa dobroczynnego, gildii rzemieślniczej i sali prób dla magików scenicznych z całych Czech. Herr Kornblum co wieczór jadał tam kolację. Josef doskonale rozumiał, że dla jego milkliwego mistrza klub był nie tylko jedynym źródłem życia towarzyskiego i rozmów, ale też prawdziwą Salą Cudów, żywą skarbnicą wiedzy o sztuczkach i iluzjach zgromadzonej przez stulecia w mieście, które wydało największych w historii szarlatanów, sztukmistrzów i fakirów. Josef łaknął zaproszenia do klubu. Owo tajemne pragnienie zaczęło pochłaniać każdą jego wolną myśl (zanim rolę tę przejęła bona, panna Dorothea Horne). Nieustanne pytania Thomasa irytowały go również dlatego, że młodszy brat słusznie się domyślał, że Klub Hofzinsera ciągle zajmował myśli Josefa. Myśli Thomasa wypełniały z kolei bizantyjskie wizje: hurysy, kandyzowane figi, mężczyźni we frakach i szarawarach, którzy w posępnych wnętrzach szachulcowej gospody przy Štupartskiej spacerują przecięci wpół, z górnymi częściami ciała oddzielonymi od dolnych, i wyczarowują z niczego lamparty i lirogony.

- Jestem pewien, że w swoim czasie otrzymam zaproszenie.

- Kiedy skończysz dwadzieścia jeden lat?

- Być może.

- Ale jeślibyś im coś pokazał...

Było to echo jego sekretnych myśli. Obróciwszy się na łóżku, Josef pochylił się naprzód i spojrzał na Thomasa.

- Na przykład?

- Gdybyś im pokazał, jak się wydostajesz z więzów, jak otwierasz zamki, wstrzymujesz oddech, rozwiązujesz liny...

- To wszystko łatwizna. Takich rzeczy uczy się człowiek w więzieniu.

- Ale gdybyś im pokazał coś naprawdę wielkiego... coś, co by ich olśniło.

- Ucieczkę.

- Moglibyśmy wyrzucić cię z samolotu, przywiązanego do krzesła, ze spadochronem przywiązanym do drugiego krzesła, które leciałoby obok. O tak.

Thomas zlazł z łóżka, podszedł do swojego biureczka i wyjął niebieski notes, w którym komponował Houdiniego. Otworzył na jednej z ostatnich stron, gdzie miał narysowaną taką oto scenę: Houdini w smokingu rzuca się z przekrzywionego samolotu w towarzystwie spadochronu, dwóch krzeseł, stolika i serwisu do herbaty - za wszystkim ciągną się bazgroły mające symbolizować pęd. Magik z uśmiechem nalewa spadochronowi herbaty. Sprawia wrażenie, że nigdzie mu się nie spieszy.

- To idiotyczne - powiedział Josef. - Co ja wiem o spadochronach? Kto mi pozwoli wyskoczyć z samolotu?

Thomas się zarumienił.

- Jestem taki dziecinny.

- Nie szkodzi. - Josef wstał. - Nie bawiłeś się przed chwilą rzeczami papy? Ze szkoły medycznej?

- Tu są. - Thomas rzucił się na podłogę i wturlał pod łóżko.

Chwilę później wyłoniła się stamtąd mała drewniana skrzynka pokryta pajęczynami i kłaczkami kurzu. Wieko trzymało się na koślawych kółkach z drutu.

Josef uklęknął i uniósł pokrywę, odsłaniając dziwaczną aparaturę i przyrządy naukowe, które przetrwały edukację medyczną ich ojca. Na falach starodawnej woliny dryfowała pęknięta erlenmajerka - kolba gruszkowa z korkiem szlifowym, chwytak, obite skórą pudełko z resztkami mikroskopu Zeissa (dawno już zepsutego przez Josefa, który próbował kiedyś za jego pomocą przyjrzeć się dokładniej lędźwiom Poli Negri na wyrwanym z jakiejś gazety niewyraźnym zdjęciu aktorki w kostiumie kąpielowym) i kilka innych dziwnych przedmiotów.

- Thomas?

- Miło tu pod łóżkiem. Nie mam klaustrofobii. Mógłbym tu leżeć tygodniami.

- Czy nie ma tam... - Josef zaczął się przekopywać przez szeleszczącą stertę wiórów. - Czy nie mieliśmy kiedyś...

- Czego? - Thomas wysunął się spod łóżka.

Josef uniósł długą, błyszczącą szklaną różdżkę i zaczął nią wymachiwać, jak by to zrobił sam Kornblum.

- Termometru.

- Po co? Będziesz mierzył komuś temperaturę?

- Rzece - odparł Josef.

O czwartej nad ranem w piątek dwudziestego siódmego września 1935 roku temperatura wody w Wełtawie, czarnej jak dzwon kościelny i bijącej o kamienne nabrzeże na północnym krańcu Kampy, wynosiła dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza. Noc była bezksiężycowa i unosząca się nad rzeką mgła wyglądała jak arras wyczarowany ręką iluzjonisty. Ostry wiatr grzechotał strąkami na gołych gałęziach porastających wyspę akacji. Bracia Kavalierowie przygotowali się na chłód. Josef ubrał się od stóp do głów w wełny, obaj włożyli po dwie pary skarpet. W plecaku miał zwój liny, kawałek łańcucha, termometr, połówkę białej kiełbasy, kłódkę i ubrania na zmianę, włącznie z dwiema dodatkowymi parami skarpet. Miał też przenośną lampę naftową, pożyczoną od kolegi ze szkoły, którego rodzina zajmowała się alpinizmem. Choć nie zamierzał spędzić w wodzie wiele czasu - najwyżej, jak obliczył, minutę i dwadzieścia siedem sekund - to ćwiczył w wannie wypełnionej zimną wodą i wiedział, że nawet w komfortowych warunkach ogrzewanej łazienki uwolnienie się od chłodu zajmuje kilka minut.

Thomas Kavalier nigdy w życiu nie wstał tak wcześnie. Nigdy nie widział ulic Pragi tak pustych, fasad tak posępnych jak szpalery lampionów ze zdmuchniętymi knotami. Znane mu skrzyżowania, sklepy, rzeźby lwów na balustradzie, które mijał codziennie w drodze do szkoły - wszystko wyglądało dziwnie i poważnie. Od latarni biła słaba poświata, węgły domów wciąż były zanurzone w cieniu. Wyobrażał sobie, że odwraca się i widzi ojca, który goni ich w pantoflach i koszuli nocnej. Josef szedł szybko i Thomas musiał wyciągać nogi, żeby za nim nadążyć. Zimne powietrze paliło mu policzki. Kilka razy przystanęli z powodów dla Thomasa nie do końca jasnych, żeby zaszyć się w bramie albo ukryć za błotnikiem jakiejś zaparkowanej škody. Przeszli obok otwartych drzwi do piekarni i Thomasa na chwilę obezwładniła biel: białe kafelki na ścianie, ubrany na biało blady mężczyzna, obłok mąki unoszący się ze śnieżnobiałej góry ciasta. Ku zdumieniu Thomasa o tej godzinie wszędzie byli najróżniejsi ludzie: handlarze, taksówkarze, podśpiewujący sobie pijacy, jakaś kobieta w długim czarnym płaszczu szła mostem Karola, paląc papierosa i mamrocząc coś do siebie. No i policjanci. W drodze na Kampę musieli minąć dwóch. Thomas był entuzjastycznie praworządnym chłopcem, który odnosił się do policjantów z sympatią. Jak również się ich bał. Lektura Dumasa nie pozostała bez wpływu na to, jak wyobrażał sobie więzienia i areszty; nie miał też cienia wątpliwości, że bez żadnych skrupułów można w nich zamykać małych chłopców.

Zaczął żałować, że poszedł z bratem. Że wpadł na pomysł, jak Josef może pokazać, na co go stać, członkom Klubu Hofzinsera. Nie żeby wątpił w talent brata. To nigdy nie przeszło mu przez myśl. Po prostu się bał: nocy, cienia, ciemności, policjantów, gniewu ojca, pająków, rabusiów, pijaków, pań w paltach i - tego ranka szczególnie - rzeki, ciemniejszej niż cokolwiek innego w Pradze.

Josef z kolei obawiał się tylko jednego: że ktoś go zatrzyma. Nie złapie, bo nie wyobrażał sobie, co mogłoby być bezprawnego w skrępowaniu się i próbie wypłynięcia z zawiązanego worka na pranie. Nie spodziewał się, by policja albo jego rodzice przychylnie spojrzeli na ten pomysł - sądził nawet, że może zostać spisany za pływanie w rzece poza sezonem - ale nie obawiał się kary. Po prostu nie chciał, żeby coś mu przeszkodziło w dziele ucieczki. Miał mało czasu. Poprzedniego dnia wysłał zaproszenie na ręce prezesa Klubu Hofzinsera:

Uprzejmie zaprasza się

Czcigodnych Członków Klubu Hofzinsera

do wzięcia udziału w olśniewającym wyczynie samowyzwolenia

wunderkinda eskapizmu

CAVALIERIEGO

na moście Karola

w niedzielę 29 września 1935 roku

o godzinie wpół do piątej rano

Był zadowolony z tego, jak to sformułował, ale miał tylko dwa dni na przygotowania. Przez ostatnie dwa tygodnie otwierał wytrychami zamki zanurzone w umywalce pełnej zimnej wody, a leżąc w wannie, wysmyrgiwał się z więzów i łańcuchów. Tej nocy miał spróbować wyczynu samowyzwolenia na brzegu Kampy. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, dwa dni później Thomas miał go zepchnąć do rzeki z mostu Karola. Josef nie miał najmniejszych wątpliwości, że sztuczka mu się uda. Wstrzymanie oddechu na półtorej minuty nie było dla niego żadnym problemem. Dwadzieścia dwa stopnie to mniej niż ma woda w domowych rurach, ale przecież nie zamierzał tkwić pod powierzchnią długo. Brzytwę - do przecięcia worka - miał bezpiecznie schowaną w lewym bucie, między warstwami podeszwy, a klucz dynamometryczny Kornbluma i miniaturowy wytrych zrobiony z wyjętego z ulicznej miotły drucika spoczywały bezpiecznie pod policzkami, tak że prawie nie pamiętał o ich istnieniu. Myśli o uderzeniu głową w wodę albo filar mostu, o bezradnym utonięciu czy o paraliżującym strachu z powodu występowania przed tak znamienitą widownią nie zakłócały jego idée fixe.

- Jestem gotów - powiedział, wręczywszy termometr młodszemu bratu. Thomasowi wydawało się, że trzyma sopel. - Zapakujmy mnie do worka.

Wziął podwędzony z szafy pokojówki wór na pranie, otworzył go i wszedł do jego szerokiej paszczy, jakby wkładał spodnie. Thomas podał mu łańcuch. Owinąwszy go kilkakrotnie między kostkami i wokół nich, Josef złączył końce ciężką kłódką Rätsela, którą kupił w sklepie żelaznym. Wystawił nadgarstki, a Thomas zgodnie z instrukcją związał je liną, którą zaplótł ciasno w kilka mocnych węzłów. Josef kucnął, a brat naciągnął mu wór na głowę i zawiązał.

- W niedzielę zamkniesz worek łańcuchem z kłódką - powiedział Josef stłumionym głosem, który przestraszył Thomasa.

- Ale jak się wtedy wydostaniesz? - Ręce chłopca zadrżały.

Włożył z powrotem wełniane rękawiczki.

- To tylko dla większego efektu. Nie zamierzam wychodzić w ten sposób.

Worek nagle się nadął i Thomas zrobił krok w tył. Josef pochylił się do przodu i wysunąwszy przed siebie obie ręce, macając, szukał ziemi. Wór się wywrócił.

- Och!

- Co się stało?

- Nic mi nie jest. Przetocz mnie do wody.

Thomas spojrzał na leżący u swoich stóp bezkształtny tobół. Wyglądał na zbyt mały, by mógł pomieścić brata.

- Nie - odparł ku własnemu zaskoczeniu.

- Thomas, proszę cię. Jesteś moim asystentem.

- Nie, nie jestem. Nawet nie ma o mnie mowy w zaproszeniu.

- Bardzo mi przykro - powiedział Josef. - Zapomniałem. - Odczekał chwilę. - Thomas, szczerze i całym sercem przepraszam cię za swoją bezmyślność.

- W porządku.

- A teraz mnie przetocz.

- Boję się. - Thomas uklęknął i zaczął rozsupływać wór. Wiedział, że zdradza brata i ducha przygody i cierpiał z tego powodu, ale nic nie mógł na to poradzić. - Musisz natychmiast wyjść.

- Nic mi nie będzie - powiedział Josef. - Thomas.

Leżąc na plecach i spozierając przez zrobiony przez brata otwór worka, pokręcił głową.

- Nie bądź głupi. No już, zwiąż to z powrotem. A co z Klubem Hofzinsera, co? Nie chcesz, żebym cię tam wziął na kolację?

- Ale...

- Ale co?

- Worek jest za mały.

- Co?

- Jest za ciemno... jest za ciemno, Josefie!

- Thomas, o czym ty mówisz? Come on, Tommy Boy - dodał po angielsku. Tak nazywała go panna Horne. - Kolacja w Klubie Hofzinsera, taniec brzucha, rachatłukum. Tylko my, bez ojca i matki.

- Tak, ale...

- Zrób to.

- Josefie, czy leci ci krew z buzi?

- Do cholery, Thomas, zawiąż ten cholerny worek!

Chłopiec się opanował. Szybko zawinął i zawiązał wór, po czym wtoczył brata do rzeki. Plusk go przestraszył i Thomas wybuchnął płaczem. Na powierzchni wody pojawiły się szerokie kręgi. Przez obłędną chwilę Thomas chodził w tę i z powrotem po nabrzeżu, wciąż słysząc huk wody. Miał przemoczone mankiety spodni, zimna woda przesączała się przez języki butów. Wrzucił do rzeki własnego brata, utopił go jak miot kociąt.

Po chwili zorientował się, że biegnie mostem Karola, między posągami, do domu, na komendę policji, do więzienia, gdzie najchętniej sam by się zamknął. Kiedy jednak mijał świętego Krzysztofa, coś usłyszał. Rzucił się do krawędzi mostu i wyjrzał. Zobaczył na nabrzeżu plecak alpinistyczny i słaby poblask piecyka. Powierzchnia rzeki była gładka.

Thomas rzucił się biegiem z powrotem do schodów wiodących na wyspę. Kiedy minął okrągły słupek u ich szczytu, uderzenie dłonią w twardy marmur kazało mu rzucić się w czarną toń. Pokonywał dwa stopnie naraz, przeleciał przez pusty plac, na nabrzeże i skoczył na oślep do Wełtawy.

- Josef! - krzyknął, zanim woda zalała mu usta.

W tym czasie Josef, oślepiony, unieruchomiony, otumaniony z zimna, szaleńczo wstrzymywał oddech, kiedy jeden po drugim zawodziły kolejne elementy sztuczki. Podsuwając ręce Thomasowi, skrzyżował je kościstymi nadgarstkami do siebie, a kiedy już był związany, docisnął nadgarstek do nadgarstka z drugiej, miękkiej strony, ale sznur musiał skurczyć się w wodzie o ten luźny centymetr. W panice, o którą nigdy siebie nie podejrzewał, czuł, jak mija prawie cała minuta, zanim zdołał uwolnić ręce. To zwycięstwo trochę go uspokoiło. Wyłowił z ust klucz i wytrych i trzymając je mocno, sięgnął w dół, w ciemność, ku łańcuchowi, który krępował mu nogi. Kornblum ostrzegał przed mocnym chwytem nowicjusza, ale Josef doznał wstrząsu, kiedy klucz dynamometryczny odłamał się na górze i wyślizgnął mu się z ręki. Zmarnował piętnaście sekund na złapanie go, a potem potrzebował jeszcze dwudziestu czy trzydziestu, żeby wsunąć wytrych do zamka. Koniuszki palców miał zdrętwiałe z zimna i tylko za sprawą jakiejś przypadkowej wibracji drucika zdołał nacisnąć bolce i obrócić bębenek zamka. To samo odrętwienie przysłużyło mu się później, kiedy sięgając po brzytwę w bucie, rozciął sobie koniuszek palca wskazującego prawej dłoni. Choć nic nie widział, poczuł smak krwi w tym czymś ciemnym i szumiącym, co go otaczało.

Trzy i pół minuty po tym, jak wtoczył się do rzeki, młócąc stopami w dwóch parach skarpetek i ciężkich butach, wystrzelił na powierzchnię. Tylko ćwiczenia oddechowe Kornbluma i właściwe Josefowi szczęście uchroniły go przed wypuszczeniem ostatnich atomów tlenu w chwili, w której dotknął wody. Łykając powietrze, wgramolił się na nabrzeże i na czworakach doczołgał do syczącej lampy. Zapach nafty przypominał woń upieczonego chleba i rozgrzanego chodnika w lecie. Wciągnął wielki haust powietrza. Miał wrażenie, że przez płuca wlewa się weń świat: pająkowate drzewa, mgła, migotanie latarni na moście, światło w oknie starej wieży Keplera w Clementinum. Nagle zrobiło mu się niedobrze - wypluł coś gorzkiego, wstydliwego i gorącego. Wytarł usta mokrym rękawem wełnianej koszuli i poczuł się ciut lepiej. Wtedy się zorientował, że jego brat zniknął. Wstał, dygocząc, ubrania ciążyły mu jak kolczuga i wtedy zobaczył Thomasa w cieniu pod mostem, poniżej posągu Bruncvika, jak miota się w wodzie, macha rękami, łapie powietrze, tonie.

Josef wskoczył ponownie. Woda była tak zimna jak wcześniej, ale nie zwrócił na to uwagi. Kiedy płynął, poczuł, że coś go łapie za nogę i próbuje wciągnąć pod wodę. Była to tylko grawitacja albo bystry nurt Wełtawy, ale Josef wyobraził sobie, że wciąga go ta sama obrzydliwa rzecz, którą przed chwilą wypluł na piasek.

Kiedy Thomas zobaczył, że Josef pluszcze w jego stronę, natychmiast wybuchnął płaczem.

- Płacz, płacz - powiedział Josef, dochodząc do wniosku, że oddychanie jest kluczowe i że szloch jest po części oddychaniem. - W porządku.

Objął brata w pasie i spróbował pociągnąć ich obu - Thomasa i ociężałego siebie - w stronę nabrzeża Kampy. Kiedy chlapali, szamocząc się na środku rzeki, nie przestawali rozmawiać, choć po wszystkim żaden nie pamiętał o czym. Później obu jawiło się to jako coś łagodnego i uspokajającego, jak wtedy, kiedy mamrotali coś do siebie przed zaśnięciem. W pewnym momencie Josef zorientował się, że czuje w kończynach ciepło, nawet gorąco i że tonie. Ostatnie, co zapamiętał przed utratą przytomności, to krzaczasta, otulona siatką do włosów broda Bernarda Kornbluma, który rzuca się przez wodę w ich stronę.

Josef doszedł do siebie godzinę później, w swoim łóżku. Thomasowi zabrało to dwa dni więcej. Przez większość czasu nikt - a już najmniej ich rodzice lekarze - nie sądził, że chłopiec z tego wyjdzie. Później już nigdy nie był taki jak wcześniej. Nie mógł znieść zimnej wody i chronicznie pociągał nosem. Ponadto, prawdopodobnie z powodu uszkodzenia uszu, stracił zamiłowanie do muzyki. Porzucił pracę nad librettem Houdiniego.

Lekcje magii przerwano - na życzenie Bernarda Kornbluma. W ciągu trudnych tygodni, które nastąpiły po tamtej eskapadzie, Kornblum był istnym wzorem poprawności i troski, przynosił Thomasowi gry i zabawki, wstawiał się za Josefem u państwa Kavalierów, brał winę na siebie. Doktorostwo uwierzyli synom, kiedy ci powiedzieli, że Kornblum nie miał nic wspólnego z incydentem, a ponieważ uratował chłopców przed utonięciem, nie żywili doń urazy. Josef był tak skruszony i pokorny, że byli nawet gotowi zgodzić się, by dalej pobierał nauki u starego zubożałego magika, którego na pewno nie było stać na utratę ucznia. Kornblum oświadczył im jednak, że nadszedł czas, by drogi jego i Josefa się rozeszły. Nigdy nie miał ucznia obdarzonego takim talentem, ale swojej dyscypliny - która była jedynym majątkiem mistrza ucieczek - nie zamierzał przekazywać dalej. Nie powiedział im tego, co tak naprawę myślał: że Josef jest jednym z tych nieszczęsnych chłopców, którzy zostają mistrzami ucieczek nie po to, żeby udowodnić triumf maszynerii swojego ciała nad dziwacznymi podstępami praw fizyki, ale z powodów niebezpiecznie metaforycznych. Tacy mężczyźni czuli się skrępowani niewidzialnymi więzami - zamurowani, zaszyci w warstwach watowania. Ostateczny akt ich samowyzwolenia był aż nazbyt przewidywalny.

Kornblum nie był jednak w stanie się oprzeć i nie przekazać swojemu niegdysiejszemu uczniowi ostatniej uwagi na temat jego występu tamtej nocy.

- Nigdy nie martw się tym, skąd uciekasz - powiedział. - Niepokój zachowaj na to, dokąd uciekasz.

Dwa tygodnie po porażce Josefa, kiedy Thomas już wyzdrowiał, Kornblum pojawił się w drzwiach mieszkania Na příkopě, żeby wziąć braci Kavalierów na kolację do Klubu Hofzinsera. Okazało się, że jest to całkiem zwyczajne miejsce, z zatłoczoną, kiepsko oświetloną salą jadalną, w której śmierdziało wątróbką z cebulą. Stała tam mała biblioteczka wypełniona rozpadającymi się książkami na temat fałszerstw i szachrajstw. Kominek w holu rzucał lekki poblask na fotele o powycieranych aksamitnych obiciach, kilka palm w doniczkach i zakurzone fikusy. Stary kelner Max sprawił, że pradawne landrynki wypadły z chusteczki prosto na kolana Thomasa. Smakowały przeparzoną kawą. Magicy ledwo podnieśli wzrok znad swoich szachownic i cichych partyjek brydża. Gdzie brakowało laufrów albo wież, używali łusek pocisków i stosików przedwojennych krajcarów. Karty były w fatalnym stanie po wielu latach tasowania, zaginania i chowania w dłoniach dawnych szulerów. Ponieważ ani Kornblum, ani Josef nie mieli talentu do prowadzenia konwersacji, ciężar ten spadł na Thomasa, który posłusznie wykonywał swoje zadanie, aż wreszcie jeden z klubowiczów, pewien stary nekromanta, który samotnie jadł obiad przy sąsiednim stoliku, kazał mu się zamknąć. Zgodnie z obietnicą o dziewiątej Kornblum odprowadził chłopców do domu.