Niepowszedni 3 Obława - Justyna Drzewicka

-
Proszę czekać

3

Od ciepłych południowych wód Ferretum po pokryte śniegiem północne góry Cesarstwa Gospar pierwszym wierszykiem, którego matki uczyły dzieci, była prosta rymowanka:

Nie wołaj Żniwiarza,

gdy piorun porazi,

gdy żmija kieł wrazi,

gdy ręka złamana,

gdy noga strzaskana.

Tych kilka niedoskonałych rymów miało za zadanie na zawsze wbić do głowy każdemu berbeciowi, że czasami nawet Niepowszedni uzdrowiciel bywa bezradny.

Kiedy więc Sulmir ocknął się i spojrzał na swoją pokaleczoną łydkę, nie trzeba mu było niczego tłumaczyć. Od razu zaczął krzyczeć. Po części z potwornego bólu, ale przede wszystkim z rozpaczy. Przy odrobinie pecha czekało go kalectwo do końca życia.

- Śliczna - załkał. - Bogowie! Śliczna...

- Wiem - szepnęła Nila z oczyma pełnymi łez.

Nienawidziła tego typu ran. Mogła zatamować krwawienie, zmniejszyć ból, nastawić piszczel, oczyścić i zabliźnić rozerwaną skórę, lecz ważniejsze było to, czego uczynić nie potrafiła. Kości od zawsze opierały się energii Żniwiarzy. Czuli ich strukturę oraz ukrwienie szpiku, ale nic poza tym. Nie byli w stanie przyspieszyć procesu zrastania się ani sprawić, by zechciały się na nowo spoić.

- Złamana? - wyrzęził Sulmir. - Na pewno?

Nila pokiwała głową.

Pierwszy miecz Ferretum rzucił się z rykiem na pokład. Miotał się, tłukł pięściami, a gdy dziewczyna próbowała biedaka uspokoić, odepchnął ją z taką siłą, że upadła na deski i czym prędzej wycofała się poza zasięg jego ramion. Trzeba było Sambora, Dalko oraz Hermana, żeby go unieruchomić, ale nawet przyciśnięty do deku przeklinał bogów za swój los.

- I co teraz? - zmartwiła się Flawia.

Dobre pytanie. Nila ogarnęła bezradnym spojrzeniem wojownika, brudne zakamarki knary i torbę medykusa. Gorszym miejscem do opatrywania otwartej rany byłoby już tylko pole bitwy.

- Tutaj nic nie zdziałam. Potrzebuję cichego kąta w porcie. Wypytajcie marynarzy, gdzie znajdziemy dom znachora.

Jaśniepan odciągnął ją na bok.

- Ile potrwa, zanim postawisz go na nogi?

Przez chwilę myślała, że zebrało mu się na makabryczne żarty. Twarz miał jednak napiętą, bez śladu nonszalancji. Albo tak dobrze udawał, albo naprawdę nie rozumiał faktów.

- Herman, przecież to z ł a m a n i e - zaakcentowała ostatnie słowo.

Zagapił się na Sulmira jak sroka, która spodziewała się świecidełek, a dostała odblask słońca na kawałku szkła i nie pojmuje, gdzie jest feler. Nagle do niego dotarło. Złapał się za głowę.

- Taka strata! Pierwszy miecz Ferretum! Wierzyć się nie chce. Taka strata!

Nila nawet nie raczyła odpowiedzieć. Po cóż rozprawiać nad rzeczami oczywistymi? Sulmir czekał.

- Trzeba go odstawić do domu.

Jaśniepan od razu oprzytomniał.

- Niby czym? "Siewcą"? Statek musi czekać, aż wrócimy.

- Herman, na bogów! Miałam na myśli, że wszyscy ruszymy do Ferretum. A ty nadal chcesz jechać? Z jednym tylko Unikiem do obrony?

- Oczywiście. Przecież rozkazy jaśniepana się nie zmieniły.

Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Rozmowa z nim przypominała walenie głową w mur.

- A on? - Wskazała rannego.

- Znajdę mu jakieś miejsce w porcie.

Teraz już przesadził. Nila złapała rządcę za rękaw.

- Rozejrzyj się - syknęła. - Chcesz go zostawić w Brzegince? Bezbronnego, przykutego do łóżka? To jak wyrok śmierci. On potrzebuje dobrej opieki.

- A my statku. Koniec dyskusji, postanowione.

Wrócił do wojownika i jakby nigdy nic poklepał go po ramieniu.

- No, przyjacielu, na nic nam się już nie przydasz. Odesłać cię nie mogę, sam rozumiesz. Dostaniesz kąt, trochę grosza i do czasu naszego powrotu będziesz zdany na własne siły. Takie życie. Dasz sobie radę. My ruszamy dalej.

Sulmir otworzył usta. Dopiero po chwili dotarło do niego, że potraktowano go jak okulałego konia, którego trzeba gdzieś przechować, zanim przyjdzie rzeźnik i dokończy robotę.

- Ty... gnoju...

Herman nie zamierzał się tłumaczyć. Zamiast tego huknął na Nilę:

- Nie stercz jak kołek! Złóż tę nogę. Szkoda czasu.

Zbyła ów bzdurny nakaz delikatnym wzruszeniem ramion. Nawet w zwykłych warunkach, przy dobrym świetle, z dala od brudu i chłodu opatrywanie otwartego złamania było żmudnym, zawikłanym procesem, a cóż dopiero na targanym zimowym wichrem stateczku. Na domiar złego Sulmir nie leżał spokojnie. Wyraźnie pozostając w szoku, wyrywał się chłopakom. Jak miała cokolwiek przy nim zrobić?

Potarła skronie, próbując zebrać myśli. Choć wzbraniała się przed nastawianiem kości na utytłanym krwią pokładzie, pewne zabiegi nie mogły czekać. Przede wszystkim należało natychmiast oczyścić ranę winem medykusa.

- Matko jedyna... - zadygotała.

Tylko oprawca uczyniłby to przytomnemu pacjentowi. Sulmir potrzebował czegoś, by znieść ból. Sięgnęła po swoją torbę.

- Z i ó ł k a?! - oburzyła się na ten widok Alla. - On potwornie cierpi! Po prostu go dotknij!

- Jeszcze nie.

Nie uzdrawiała nikogo od czasu, gdy Żniwiarze kniazia pozwolili jej wstać z łóżka. Unikała tego z rozmysłem, gdyż na zawsze wyryła sobie w pamięci ich rady, by oszczędzała siły i w zabiegach niewymagających zastosowania niepowszedniej energii korzystała z metod znachorów.

- Szkoda na to mojej mocy, później zacznie potrzebować jej bardziej - wyjaśniła, wyciągając dwa maleńkie bukłaczki i jeden mieszek.

Przyjrzała się im, zafrasowana. Nie była pewna, czym się posłużyć. Najszybciej działały ekstrakty z korzenia mandragory i olej z nasion czarnego lulka, lecz substancje te były tak niebezpieczne, że dla ustalenia odpowiedniej dawki powinno się skrupulatnie przebadać cały organizm chorego. Każdy pacjent inaczej radził sobie z tymi miksturami, a najmniejsza pomyłka groziła śmiercią.

Odłożyła bukłaczki na miejsce.

Wybrała mieszek. Schowany w nim proszek z korzenia belladonny wymagał mniejszej precyzji, choć i tak należało się z nim obchodzić bardzo wstrzemięźliwie. W nieostrożnych rękach był trucizną. Nila wymieszała zioło z wodą, skrupulatnie odmierzając dawkę, którą zawsze stosował Naczelny Żniwiarz w książęcej infirmerii. Podczas pobytu na dworze nauczyła się tego i owego od najlepszych medyków w kraju.

- Sulmirze - odezwała się ciepło, próbując włożyć łyżeczkę w usta najemnika - połknij.

Szarpnął głową, jakby bronił się przed trucizną. Gdyby nie Sambor oraz Dalko, uwieszeni na nim niczym ptaki na gałęzi, zapewne spróbowałby Nilę uderzyć.

- Sulmirze!

- Nie! Wiem, co chcesz zrobić! Otumanisz mnie, a potem utniesz nogę!

- Bogowie! Nigdy! Opatrzę tylko ranę, a w porcie spróbuję złożyć kość.

Znieruchomiał. Sił mu ubywało, a w oczach błyskał obłęd.

- Nie... - Starał się skupić. - Nie utniesz jej?

- Przysięgam. Zrobię, co się da, żebyś mógł chodzić. Proszę. - Nila pokazała łyżeczkę. - Musisz mi pomóc. Nie zniesiesz tyle bólu.

Nadal nie był pewien.

- Zabiję cię, jeśli mnie oszukasz - ostrzegł.

- Wiem.

Przełknął pierwszą porcję.

- Dobrze - pochwaliła. - Jeszcze tylko dwie i zaraz spokojnie zaśniesz.

Wzdrygnął się, ale zrobił, co kazała. Źrenice lekko mu zmętniały, jednak wciąż nie chciał się poddać. Cały czas spoglądał na Nilę podejrzliwie.

- Poradzisz sobie? - z trudem wymawiał słowa, bo belladonna potrafiła plątać język. - Robiłaś to już?

Nila przełknęła nerwowo ślinę. Nigdy wcześniej nie widziała takiego złamania.

- Dwukrotnie - skłamała.

- Śliczna, mów prawdę.

- Przysięgam.

- Dobrze. Zaufam ci.

Nie musiała długo czekać na efekt działania ziół. Dała ich Sulmirowi dość, by szybko zasnął. Ręce opadły mu bezwładnie, ciało zwiotczało, a głowa osunęła się na pierś.

- Gotowy? - zapytał Sambor.

Nila dla pewności uniosła wojownikowi brodę. Oddychał spokojnie i nawet nie drgnął, gdy klepnęła go mocno w policzek.

- Tak, do roboty. Najpierw wino medykusa, potem muszę wyjąć kawałki kości. Ci ze słabymi żołądkami niech sobie znajdą jakieś zajęcie. Wynocha! Reszta może zostać.

Niepowszedni nigdzie się nie ruszyli. Herman natomiast czmychnął jak mimozowata panna, która boi się widoku krwi.

- I dobrze - skwitowała tę rejteradę Alla. - Będzie trochę spokoju. Mam dość słuchania o kniaziu.

Nila pochyliła się nad pokiereszowaną nogą. Lekko odetchnęła, gdyż z bliska rana nie wyglądała aż tak źle, jak się na początku obawiała. Skóra, wprawdzie paskudnie poszarpana, pękła ledwie na szerokość trzech palców, a kość złamała się równo i przesunęła niewiele. Mogła spróbować ją nastawić bez czekania na schronienie u portowego znachora.

- Jak z nim?! - krzyknął zza kasztelu Jaśniepan.

Nie zamierzała wrzeszczeć po próżnicy.

- Sulmir ma więcej szczęścia niż rozumu - rzekła do przyjaciół. - Jest silny, a kości ma mocne. Powinny zrosnąć się bez kłopotu. Jeśli bogowie nie przeklęli go za to, co wygadywał, odzyska zdrowie.

- Łaaaa!!!

To była Flawia. Ze szczęścia zakręciła kółko wokół własnej osi, a w ślad za falbanami jej sukni pomknął Kadok. Pozostali też się ucieszyli, bo naprawdę polubili tego jasnowłosego postrzeleńca.

- Uzdrowisz go? Pojedzie z nami?! - wrzasnął z nadzieją rządca, który odczytał ich entuzjazm po swojemu.

- Herman, u licha! - usadził go Sambor. - Widziałeś ranę.

Jaśniepan rzucił przekleństwem i zniknął za nadbudówką.

Można go było zrozumieć. Wypadek Sulmira okazał się ciosem dla wszystkich. Układ sił uległ zmianie po utracie mistrza dwóch mieczy. Łajdacki Kraniec już rozpoczął z nimi wojnę i pierwszym ciosem osłabił ich gromadkę, chociaż jeszcze nawet nie stanęli do walki.

- No i zostaliśmy sami - podsumował Dalko.

- Z Hermanem - uściśliła Flawia.

- Przecież mówię, mała, s a m i.

- Wracamy? - zapytała Alla. - Jeśli się uprzemy, Herman siłą nas nie ruszy.

- Ale drugiej szansy nikt nam nie da - przypomniał Sambor.

Nila nie zwracała na nich uwagi. Miała pilniejsze problemy. Mdliło ją okrutnie, bo knara podskakiwała na falach niczym znarowiony ogier, a Żniwiarka musiała spisać się bezbłędnie. Każde niedopatrzenie mogło kosztować Sulmira życie; co dzień ludzie umierali od zakażonych ran.

Starała się uwinąć szybko, ale zimno wygrywało z dobrymi chęciami. Palce drętwiały na mrozie, więc raz po raz zakładała futrzane rękawice i dopiero gdy znów poczuła krew krążącą w dłoniach, wracała do opatrywania rannego.

Sulmir nie ocknął się ani na chwilę. Przespał nawet ten najbardziej bolesny moment, kiedy Żniwiarka przywracała jego kościom właściwe położenie. Poszło łatwiej, niż się tego spodziewała! Wystarczyło naciągnąć goleń z całej siły, a wystający kawałek sam wrócił na swoje miejsce.

Zanim knara zdążyła pokonać połowę drogi do portu, noga była oczyszczona, nastawiona i unieruchomiona między trzonami porąbanego wiosła. Pozostało tylko spoić rozerwaną skórę oraz uśmierzyć ból, by Sulmir nie cierpiał zanadto.

Nila zatarła dłonie i przyłożyła je poniżej rany. Tak dawno nie doświadczała uzdrowicielskiej siły, że mimo podłych okoliczności cieszyła się jak na spotkanie z dawno niewidzianą przyjaciółką. Zamknęła oczy, gotowa poczuć pierwsze uderzenie energii. Czekała, aż do jej palców i uszu zaczną napływać sygnały z ciała chorego: szum krwi, odgłos bicia serca...

Minęła minuta, potem druga, ale nic się nie wydarzyło. Nila czuła tylko atakujący zewsząd ziąb oraz chłód skóry Sulmira. Nie usłyszała też niczego poza wyciem wiatru i łopotaniem żagla. Zaskoczona uniosła powieki. Rana nie zmniejszyła się nawet o grubość włosa. Strach ukłuł ją lekko, gdzieś pod sercem.

Znów zamknęła oczy, spróbowała jeszcze raz. Nic! Wciąż tylko wichura, gadanina marynarzy, furkot płótna pod reją oraz plusk wody za burtą. Zacisnęła palce mocniej, mając nadzieję, że to w czymś pomoże, ale na próżno.

Teraz była już przerażona.

- Nilu, dlaczego nie uzdrawiasz? - dotarł do niej niespokojny szept Dalko.

Popatrzyła na niego, blada z nerwów.

- Nie wiem.

- Co takiego?! - Sambor odepchnął przyjaciół. - Co ci jest?

Otworzyła usta bezradnie.

- Ja nie mogę... nie czuję... - Słowa również stawiały opór.

Chwycił jej palce, oglądał ze wszystkich stron. Zirytowało ją to. Cóż on, Unik, mógł wiedzieć o mocy Żniwiarza? Wyrwała mu się, zanim zdążył cokolwiek rzec.

- Nie ma! - krzyknęła płaczliwie. - Zniknęła!

- Niemożliwe! Niepowszedni nie traci mocy. Pokaż! - zażądała Alla.

Nila z trudem to wytrzymała. Dotykali, dźgali, pocierali jej dłonie, jakby były kawałkiem mięsa na targu. Sprawdzali ciepłotę, szukali ran, zgrubień, wybroczyn. Wdarli się w subtelny świat Żniwiarza niczym oddział wojska w kwietny ogród.

- Nie ma. Mówię wam, że nie ma! - powtarzała, bo tylko tyle potrafiła z siebie wykrzesać.

Oni jednak nie chcieli tego słuchać.

- Zmarzłaś na kość - zauważył Dalko. - Może... no wiesz... krew nie krąży.

- Tak! Ogrzejesz się i będzie po strachu - zapewniła Flawia.

Nila uczepiła się tej myśli, lecz już po sekundzie rozum podpowiedział jej, że brnie w ślepą uliczkę.

- Leczyłam ludzi w mroźniejsze zimy.

Niepowszedni zerknęli po sobie z napięciem.

- A może wszystko przez to paskudztwo na łyżce? - podsunął Sambor. - Dotykałaś tych ziół.

Nila przygryzła wargi. Była bliska wycia z bezsilności i lęku.

- Ale ja ich nie zażywałam, tylko Sulmir.

Spojrzenia przyjaciół przeniosły się na nieprzytomnego wojownika.

- Zatem nie w tobie kłopot, ale w nim - stwierdziła Alla. - Popatrz na niego! Jest jak pijany. Nie dziwota, że nic nie da się wyczuć.

Nila znalazła się w tak strasznym położeniu, że gotowa była szukać ratunku nawet w najbardziej niedorzecznych wytłumaczeniach. Rozważyła więc i takie, ale odpowiedź rozumu ponownie była rozczarowująca.

- To głupie.

- Nie! Na pewno tak jest! - zapalił się Sambor.

- Belladonna nie działa w ten...

- Przestań! Masz! - Wyciągnął ku niej rękę. - Spróbuj na mnie!

Nila bała się poruszyć. Wpatrywała się w jego dłonie i nie była w stanie ich dotknąć. Prawda mogła okazać się potworna. Sambor zrozumiał ten strach, zanim zdążyła ubrać go w słowa.

- Nie uciekniesz od tego. Znam cię. Jesteś przerażona, ale chcesz wiedzieć. Po prostu zrób to, a potem będziemy myśleć co dalej. Czekanie jest najgorsze, bo...

Chwyciła go za palce z taką siłą, jakby chciała je zgnieść. Zacisnęła powieki, próbując się skupić. Myśli krzyczały, wręcz darły się wniebogłosy. Nadludzkim wysiłkiem odnalazła w sobie ostatnią oazę spokoju i przywarła do niej rozpaczliwie. Cisza wreszcie zaczęła przyćmiewać hałas w głowie. Mogła skierować uwagę na dłonie Sambora. Czuła je, ale wciąż nie tak jak Żniwiarz. Zimne, silne, twarde od machania mieczem. Nie tego oczekiwała. Wyglądała delikatnego mrowienia, które zawsze zwiastowało nadejście energii.

Siedziała cierpliwie. Minutę, drugą, potem przestała liczyć upływający czas. W końcu znikło wszystko. Była tylko ona i jej palce kurczowo zaciśnięte na lodowatej skórze chłopaka.

Oprzytomniała, gdy jęknął i poruszył ręką.

- Wybacz - szepnął. - Zdrętwiałem. Trochę to trwa.

- Jak długo?

Dostrzegła jego spanikowane spojrzenie.

- Powiedz mi! - wrzasnęła.

- Kwadrans na pewno - Dalko zwolnił przyjaciela ze strasznego obowiązku.

Zatem znała już prawdę. Opuściła ramiona.

- Nilu? - odezwali się jednocześnie.

- Nic nie czuję. Nie ma jej.

2

Mała knara z czerwonym żaglem płynęła ku "Siewcy", by zabrać do portu Niepowszednich oraz ich dwóch towarzyszy. Stateczek walczył z porywistym wiatrem i wysokimi falami.

Nila naciągnęła głębiej kaptur, bo zimno przeszywało do szpiku kości.

- Długo jeszcze?

Nie przestała bać się Łajdackiego Krańca, ale skoro zejścia na ląd nie dało się uniknąć, wolała uczynić to jak najszybciej. Pogoda wyraźnie się psuła. Wichura przybierała na sile, statek chybotał się na wszystkie strony i jakby tego było mało, nad wodę ściągał szwadron szarych chmur, które nie wróżyły niczego dobrego. Podróż knarą, znacznie lżejszą od "Siewcy", zapowiadała się na przeprawę po prostu niebezpieczną.

Alla przysunęła się do siostry.

- Żyjesz?

- Ledwie.

- Widzę. Blada jesteś.

Nila jak nikt nie nadawała się do rejsów. Mimo że wypróbowała wszystkie specjały z torby medykusa, choroba morska pastwiła się nad nią codziennie. Dziewczyna chciała poczuć wreszcie pod nogami nieruchomy grunt.

Alla raz jeszcze spojrzała na sine niebo i czerwony żagielek. Przegrywał w wyścigu z chmurami.

- Kiepsko to wygląda, co?

- Okropnie.

Wodniczka, połową ciała wychylona poza burtę, parsknęła śmiechem.

- E, tam! Jest cudnie!

Tylko ona wyglądała z utęsknieniem każdego podskoku na falach. Łapała w dłonie słone krople i chichotała przy każdym mocniejszym przechyle. Nili robiło się niedobrze od samego patrzenia na te wygibasy.

- Dalko, ile jeszcze? - powtórzyła.

- Trochę poczekamy. Na moje oko wcześniej niż za dwa kwadranse nie przybiją. Wytrzymasz?

Na pewno nie. Lada moment będzie wymiotować. Jęknęła.

Flawia ponownie się zaśmiała.

- Boisz się?! - wrzasnęła znad fal. - Tego podwodnego cmentarzyska? To tylko zatopione miasto, żadna klątwa!

Nila nie przejmowała się tym, co kryło się w wodach zatoki. Podobnie jak kataklizmem, który przed wiekami zepchnął całą mieścinę w odmęty szybciej, niż piekarz zsuwa gorący bochen z łopaty. To Pan Wnętrza Ziemi przypomniał o sobie maluczkim wstrząsami, po których grunt nagle się zapadł, a z głębi morza nadciągnęła wysoka woda, grzebiąc wszystko w promieniu kilku mil. Legenda paskudna, ale Nila prawie gotowa była w tę historię uwierzyć. Żaden inny bóg nie pasował do Łajdackiego Krańca bardziej niż ów porywczy i mściwy awanturnik.

Właśnie zbierała się, by odpowiedzieć Flawii, ile znaczy klątwa w porównaniu z chorobą morską, gdy statkiem znów rzuciło na boki.

- Ależ kiwa! - Wodniczka rozdarła się na całe gardło. - O, matulu! Jeszcze! Jeszcze!

Tego było już za wiele. Żołądek Nili wywinął kozła i podjechał aż pod gardło.

- Błe... Z drogi!... Błe...

Ledwie zdążyła do burty. Wychyliła się, wypluwając żółć wraz z resztkami śniadania. Opadła na dek, blada i umęczona. Skierowała wzrok ku nieruchomemu horyzontowi. Jego widok częściowo uspokajał zmaltretowany zmysł równowagi.

- W nosie mam podwodne miasto - jęknęła w stronę Flawii. - Boję się, że na tej knarze wypluję wnętrzności.

Dalko pogłaskał ją po włosach.

- Biedulka. Wytrzymaj jeszcze trochę. Chmury chyba lekko znosi. Będzie parszywie, ale może ominie nas najgorsze.

- Naprawdę? - ożywiła się.

- Jak to?! - jednocześnie zdziwiła się Flawia. - A mnie obiecałeś...

Dalko zaczął chrząkać, jakby dopadł go co najmniej krztusiec. Nawet niezbyt domyślny rozmówca domyśliłby się tajnego kodu. Na próżno. Wodniczka ogłuchła na wszystko poza szumem morza.

- ...sztorm!

I wszystko jasne. Nila tylko jęknęła, a Źrenicznik zrobił zbolałą minę rodzica, któremu niesforny dwulatek znów wlazł w szkodę.

- Szlag, mała! Ja staram się uspokoić dziewczynę, a ty ględzisz bez sensu! Zwariować można. Rozum chyba postradałaś na tym morzu.

Machinalnie poprawił siostrze kaptur. Nigdy go nie naciągała, ponoć zasłaniał widok, gdy wychylała się za burtę.

- Zostaw! Wolę tak! - Znów zaświeciła rudą czupryną i jeszcze niżej zawisła nad falami.

Teraz już rozsierdziła go naprawdę.

- Rozchorujesz się! - ryknął. - Ile razy mam ci powtarzać, żebyś ubierała się ciepło? Noś czapkę! A rękawice gdzie? Znowu utopione? I przestań się tak wychylać! Czyś ty pająk?!

Mała zbyła tę tyradę pokazaniem języka.

- Trzymam się przecież liny, nie? I wcale nie zmarzłam, daj mi spokój!

- Jeszcze czego! Nos masz czerwony, łapska...

- Idę na dziób, tam lepiej widać.

Zakręciła się na pięcie i tyle ją widzieli.

Alla natychmiast machnęła palcami, a Kadok pognał za dziewuszką. Wiedział, co robić. Ilekroć w pobliżu Flawii nie było nikogo, do niego należała opieka nad Wodniczką. Trzymał ją zębiskami za suknię i nie pozwalał zsunąć się w toń.

Dalko opuścił głowę z bezradnym westchnieniem.

- Słowo daję, pójdę żywcem do nieba.

- Woda tak na nią działa. Odetchniesz, gdy zejdziemy na ląd - pocieszył go Sambor. - Już niedługo.

- Albo i długo. - Alla sięgnęła za pas, gdzie nosiła krótki, lekki miecz.

Po wizycie Welesa w Ferretum zapowiedziała, że nie zamierza dłużej być bezbronną panną, skazaną na pomoc Kadoka i przyjaciół. Nie przepuszczała więc żadnej okazji, by poćwiczyć z Samborem.

- Knara jeszcze daleko. Zdążymy zatańczyć. Uważaj! - Machnęła Unikowi ostrzem przed nosem.

Odepchnął je bez wysiłku, ale uśmiechnął się z uznaniem.

- Dużo lepiej. Postaraj się bardziej przekrzywić nadgarstek. Chodź, pokażę ci.

- Dacie radę fechtować przy takiej pogodzie? - zdumiała się Nila. - Ledwie stoimy na nogach.

- O to przecież chodzi. Im trudniej, tym cenniejsza nauka. Idziemy.

Nila zerknęła tęsknie w kierunku czerwonego żagla.

- Gapienie się w niczym nie pomoże - upomniał ją Dalko. - Musimy poczekać. Popatrzmy, jak się tłuką.

Ponieważ nic lepszego do roboty nie mieli, rozsiedli się za forkasztelem i obserwowali zmagania smukłej dziewczyny z potężnie zbudowanym chłopakiem.

Przyjemnie się na nich patrzyło. Oboje zdjęli zimowe peleryny, za cieplejsze okrycie mając tylko kubraki na baranim futrze. Alla w ulubionej czarnej sukni, z niebieską wstążką wplecioną w warkocz. Choć dostąpiła zaszczytów na dworze, wciąż nosiła się skromnie, uciekając od świecidełek. Z biżuterii miała tylko amulet od Batu Taurisa i stare kolczyki z jantarami.

Sambor z włosami podgolonymi na bokach, był w ciemnych spodniach i smolistej jopuli, którą Nila szyła mu przez całą jesień. Efekt jej wysiłków daleki był od doskonałości, gdyż Żniwiarze nie znajdowali przyjemności w tego rodzaju dłubaninie. Szwy, które dziewczyna zakładała chorym, zawsze biegły idealnie, tymczasem wykrojony z czterech kawałków materii kubrak za nic nie chciał ułożyć się równo. Sambor zachwycił się jednak tym podarunkiem i obnosił się w nim po "Siewcy", jakby miał na sobie mistrzowsko skrojony adamaszek, a nie krzywo pozszywaną wełnę. Trzeba przyznać, że nawet koślawy kaftan nie odbierał Unikowi wdzięku.

Nila aż westchnęła, rozmarzona.

- Pięknie mu w tym, co? - szepnęła do Dalko.

Uniósł kpiąco brwi.

- Alla umie szyć lepiej czy może to u was rodzinne?

- Głupek! - odgryzła się ze śmiechem. - A moja siostra w życiu nie trzymała igły w dłoni. Woli miecz, jak widać.

Przekrzywił głowę, podziwiając płynne ruchy Bestiarki.

- Pasuje jej.

- Ładnemu we wszystkim ładnie.

Mówiła niby o Alli, lecz na myśli miała Sambora.

Po tygodniach intensywnych treningów z wojownikami tajnych oddziałów jego uroda stała się wręcz porażająca. Rysy nabrały twardości, w oczach pojawiła się spokojna pewność siebie, a ciało przypominało doskonałą rzeźbę - grube sploty mięśni rysowały się nawet pod warstwami ubrań.

- Dawaj! Szybciej! Dobrze! - wrzaski i głośny brzęk stali o stal wyrwały Nilę z błogostanu.

Alla, zaróżowiona z wysiłku, na zmianę to doskakiwała, to uchylała się przed mieczem Unika. Nie spuszczała wzroku z jego prawej ręki, gotowa zaatakować, gdy ten odsłoni się choć trochę. Sama trzymała broń w lewej dłoni, taka się urodziła. Sambor przyjął to z zadowoleniem, twierdząc, że łatwiej będzie jej zmylić przeciwników.

- Już! - ponaglił. - Nie pozwól mi myśleć! Wal!

Natarła, prowadząc oręż lekko po skosie, jakby chciała odrąbać mu głowę. W ostatniej chwili zmieniła ułożenie nadgarstka i ostrze śmignęło wzdłuż brzucha chłopaka.

Zaśmiał się, zadowolony.

- Dobrze! Wredna jesteś! Dalej!

- Allu! - ryknął z daleka Sulmir. - Szybciej cofaj nogę przy przejściu!

Choć nigdy nie brał udziału w tych naukach, szanując samorodny talent Unika, nie przestawał śledzić postępów dziewczyny. Od czasu do czasu wtrącał się, a Sambor za każdym razem przyznawał mu rację.

- Faktycznie - orzekł i teraz. - Dzięki, Sulmir! Spróbujmy od nowa. Dawaj!

Nila przyglądała się siostrze zafascynowana, bo wyglądało na to, że Bestiarze naprawdę mają talent do walki, o ile dostaną odpowiednią broń.

Alla taką znalazła, choć długo szukała miecza, który dobrze leżałby w jej drobnej dłoni i nie obciążał nadmiernie ramienia. Przetrząśnięcie zbrojowni kniazia niczego nie dało, bo zgromadzony tam oręż służyć miał mężczyznom. Był duży, ciężki i nieporęczny. Niepowodzeniem skończyły się też wizyty na targu w Ferretek, gdzie mieczowników, płatnerzy, a nawet zwykłych kowali parających się wyrobem broni było bez liku, ale żaden nie miał niczego na miarę Bestiarki.

Ostatecznie z pomocą dziewczynie przyszedł Anton, który w swoim arsenale z czasów przemytu miał kilka niezwykłych okazów przechowywanych jako ciekawostki lub kosztowne unikaty z zamorskich krain. Wśród nich odnalazł krótki jednosieczny miecz o rękojeści oplecionej jedwabnym sznurem i łagodnie wygiętej głowni ze wzmacnianą krawędzią. Broń była bardzo stara, lecz wykonana ze stali tak twardej, że nie dało się na niej dostrzec żadnych śladów użytkowania. Podobno wytwarzano ją gdzieś na końcu świata z czarnej rudy wypłukiwanej z wnętrza gór lodowatą wodą strumieni.

Bukowy, choć świadomy horrendalnej ceny, za jaką mógłby sprzedać owo cudo, oddał je Alli bez zastanowienia, z ciepłym uśmiechem, jakby wręczał bukiecik kwiatków, a nie równowartość niewielkiego gospodarstwa. Ona zaś pokochała ten miecz od pierwszej chwili.

Nila oczywiście nie miała nic przeciwko pobieraniu przez siostrę nauki fechtunku. No, może poza jednym... Unik zaczął naukę od podstaw, ponieważ nie mógł darować dziewczynie lekcji kroków, zejść po skosie, trawersów z obrotem, wydłużania i skracania dystansu. Szybko przyszła jednak pora na trening uderzeń i trafiania w miejsca, których groteskowe nazwy wryły się Nili na zawsze w pamięć, bo Sambor wykrzykiwał je bez przerwy. Nie dało się tego słuchać.

Jakby na złość znów zaczął swoje:

- Lewy pług! Dobrze! Prawy wół! Szybciej! Do licha, prawy wół, mówię! Ruszaj się!

Alla jęknęła z wysiłkiem, ale pchnęła ostrze w okolicę jego serca.

- Dobrze - ocenił. - Co teraz? Myśl!

- Prawy pług? - sapnęła.

- Tak, ale chroń głowę, bo zobacz, co ci... - Nie dokończył, po prostu uderzył ją płazem w skroń.

- Aaaa! - Wściekła się i natychmiast natarła.

- Zuch - stęknął. - Szybko! Prawy wół! Cholera, już!

Dalko wywrócił oczyma.

- Ten wół i pług zaczynają mi się śnić. I raczej są to koszmary.

- Pojmujesz coś z tego?

- Na "wół" uderzasz od pasa w górę, na "pług" w dół. No co? - zarechotał, rozbawiony jej spojrzeniem. - Sambor próbował mnie uczyć, ale nic z tego nie wyszło. Źrenicznik plus miecz... szlag... jakoś do siebie nie pasujemy. Wolę inną broń. Taką, w której używam oczu. Lubię procę, a teraz jeszcze mój łuk.

On też od kilku miesięcy miał nową zabawkę. Jako pożegnalny prezent dostał od Bukowego przepiękne jesionowe łęczysko wygięte na podobieństwo morskiej fali, z cięciwą z końskiego włosia.

- Na dworze nie widzieli łucznika lepszego od ciebie. Trafiasz, w co chcesz - Nila powtórzyła zasłyszane na zamku plotki.

- Też mi wyczyn. Jeszcze by tego brakowało, żeby Źrenicznik pudłował. Pochwalę się tym rodzicom, jeśli będę miał ochotę z nimi gadać, a oni ze mną.

A już było tak miło - skonstatowała cierpko, bo wyraźnie do głosu dochodziła gburowata część jego natury.

Mimo wszystko postanowiła powalczyć.

- Nie złość się. Wiem, że masz z nas najciężej, ale my też nie rwiemy się do tej wyprawy.

Bez słowa wskazał Sambora z wrzaskiem wywijającego mieczem. Wyglądał na takiego, który akurat dobrze się bawi.

Nila wzruszyła ramionami.

- Sam mówiłeś, że każdy Unik to dureń - przypomniała Dalko pierwszą awanturę z jego najlepszym przyjacielem.

Udało się! Uśmiechnął się pod nosem.

- Ano. Trochę zmądrzał od tego czasu, co?

- Mhm... Psiakrew, ależ ziąb!

Poruszyła palcami w butach. Marzły mimo wełnianych pończoch i solidnych trzewików. Zimowy morski wiatr przenikał przez najgrubsze warstwy ubrań.

- Może pogadaj z nim? - zaproponowała łagodnie. - Wiesz, o n i c h.

Wszystko zepsuła. Dalko sam wybierał czas oraz osobę, której chciał się zwierzyć. Wstał i z ponurym wyrazem twarzy polazł w stronę sztormtrapu.

- Szykujcie się - rzucił na odchodnym. - Prawie tu są.

Rzeczywiście, knara była już całkiem blisko "Siewcy". Marynarze książęcego statku rozpoczęli przygotowania do przekazania pasażerów. Rozwinęli sznurową drabinkę, szykowali wielki sak, w którym zamierzali spuścić Kadoka, i zrzucali na jeden stos tobołki podróżników.

Alla z Samborem skończyli ćwiczenia, a potem zniknęli pod pokładem, by zabrać resztę swoich klamotów. Nila, Flawia oraz Dalko mieli to za sobą. Herman z Sulmirem też szykowali się do zejścia ze statku. Zgarnęli torby i ruszyli ku Niepowszednim.

W samą porę, bo za burtą rozbrzmiewały już niecierpliwe okrzyki. Knara wreszcie ustawiła się należycie przy "Siewcy", a jej załoga z wielkim wysiłkiem próbowała utrzymać tę pozycję. Fatalnie im szło. Nawet osiem par silnych rąk nie potrafiło unieruchomić stateczku na dłużej. Fale podrzucały nim z taką łatwością, jakby był łupinką orzecha.

- Do roboty! - zarządził kapitan. - Żwawo!

Najpierw spuszczono spętane liną bagaże. Potem przyszła pora na klatkę z magnetykami i Kadoka. Lis, chociaż przestraszony podróżą w saku, ani drgnął, hipnotyzowany ruchem palców Bestiarki. Kiedy jednak dotknął łapami deku, otrząsnął się i uniósł łeb w oczekiwaniu na swoją panią.

Niepowszedni, ponaglani niecierpliwymi wrzaskami marynarzy, stłoczyli się przy drabince. Alla z Flawią zeszły jako pierwsze. Dalko trochę zmitrężył, bo w chwili, gdy stanął na ostatnim szczebelku sztormtrapu, wiatr odepchnął knarę o pół sążnia i trzeba było poczekać, aż załoga znów ustawi ją jak trzeba.

Nila przestąpiła nerwowo z nogi na nogę.

- Teraz ty, śliczna - odezwał się tuż za jej plecami Sulmir.

- Niech idzie Herman.

Nie mogła oderwać wzroku od topieli szalejącej kilka sążni niżej. Miała nad nią zawisnąć, a wrodzony lęk wysokości już podnosił larum w głowie.

Rządca przerzucił nogi nad burtą. Zaklął, gdy kolejne uderzenie wiatru zatrzęsło "Siewcą", ale ruszył w dół bez wahania. Oddany księciu chyba nawet w takiej chwili nie pozwalał sobie na rozterki. Szedł z zaciśniętymi zębami.

Nila tymczasem policzyła wszystkie stopnie sztormtrapu. Dwadzieścia pięć związanych poprzecznie sznurków. Niemrawe podszepty strachu zmieniły się teraz w dziki wrzask.

- Chyba nie dam rady.

Rządca znieruchomiał na ostatnim stopniu.

- Jak to?! Jaśniepan...

- W nosie mam jaśniepana!

W owym momencie dbała o powinność względem kniazia tyle co o zeszłoroczny śnieg.

Sambor wystawił głowę za burtę, oceniając wysokość.

- Uspokój się, będzie dobrze. Zejdę pierwszy i złapię cię na dole. To tylko kilka małych kroczków.

- Dwadzieścia pięć. Wszystko może się zdarzyć.

- Nic ci się nie stanie.

- Jeśli spadnę, knara mnie zmiażdży.

- Stoi nieruchomo jak kamień.

W tej samej chwili maleńki stateczek wyrżnął z łomotem w burtę "Siewcy". Nila ostentacyjnie odsunęła się o kilka kroków. Sambor zaczął w desperacji pleść coś o cichnącym wietrze i spokojniejszych falach, ale dziecka by na to nie nabrał, a co dopiero rozhisteryzowaną dziewczynę.

- Stary, szkoda gadania. Złaź - wtrącił się Sulmir. - Ona też zaraz pójdzie.

Cisnął na deski swój wór z mieczami i nie bawiąc się w tłumaczenia, jedną ręką przyciągnął Nilę do siebie, a drugą podniósł zwój liny, która niewiele wcześniej zabezpieczała bagaż Niepowszednich. Dwukrotnie oplótł sznur wokół dziewczęcej talii. Był przy tym tak rozluźniony, jakby wybierał się na zimowy spacer. Najwyraźniej oblodzone stopnie sztormtrapu nie robiły na nim wrażenia.

- Lęk wysokości, śliczna? - domyślił się. - Nie martw się, pomogę ci. Wiąż!

Posłusznie zamotała solidny węzeł na jego nadgarstku.

- Nie puścisz mnie? - zapytała.

Uśmiechnął się, potrząsając głową. Dziesiątki blond warkoczyków zatańczyły na wietrze.

- W życiu! Po to tu jestem, nie? Żeby was chronić.

Nila podziękowała w myślach kniaziowi za to, że przysłał im tego jasnowłosego narwańca. Naprawdę wierzyła, że z jego pomocą przetrwają w Łajdackim Krańcu. Sprawiał wrażenie takiego, który wie, co robi. Przełożyła stopy nad burtą.

- Idź. - Poklepał ją po plecach.

Trochę ślamazarnie, ale ruszyła. Sulmir luzował linę tak, żeby nie krępować ruchów dziewczyny, ale jednocześnie pozostawić sznur napięty na tyle, by nie musiała się zastanawiać, czy wciąż jest bezpieczna.

W połowie drogi Nila zdobyła się na odwagę i zerknęła w dół. Sambor już czekał.

- Pospiesz się! - krzyknął. - Fale są większe!

Czuła to i bez jego ostrzeżenia. Knara odskakiwała od "Siewcy" na większą odległość i z silniejszym impetem wracała. Przebywanie na drabince zwiastowało kłopoty. Kiedy więc dotarła do ostatniego stopnia, zamknęła oczy i skoczyła, Unik zaś złapał ją w powietrzu, tak jak obiecał. Natychmiast odwiązał linę, jednocześnie rycząc w stronę Sulmira:

- Bezpieczna! Teraz ty! Dawaj sak z mieczami!

Wojownik pokręcił głową. Złapał się jedną dłonią sztormtrapu, a drugą ścisnął torbę z bronią. Zaczął schodzić.

- Spadniesz! - przestraszył się Sambor. - Rzuć mi broń!

- Dam radę!

Stąpał bez pośpiechu, płynnie przesuwając palce po linie i wyglądało na to, że istotnie świetnie sobie poradzi. Niestety, rychło to się zmieniło. Wichura zaatakowała z czterech stron, uderzając w statki wysokimi grzywaczami i chmurami lepkiego śniegu. Sznurowe stopnie w mgnieniu oka zrobiły się śliskie jak lód.

- Szlag! Patrzcie! - wrzasnął Dalko.

Potężna fala wypiętrzyła się gdzieś w połowie zatoki i gnała przed siebie. Wprost na nich!

- Sulmir, trzymaj się! - rozdarł się Herman. - Trzymaj!

Uderzenie było tak silne, że knara wystrzeliła ponad wodę. "Siewca" zadarł dziób, sztormtrap zaś odskoczył od kadłuba. Sulmira odrzuciło na dobre pół sążnia. Przez moment zdawało się, że utrzyma się na drabince, ale tak się nie stało. Puścił linę i odpadł. Zniknął w topieli. Tylko zdążył wypłynąć, już przykryła go kolejna fala.

Kto żyw rzucił się na pomoc. Cisnęli do morza wiosło uwiązane do liny. Czasu nie było wiele, bo każda sekunda w lodowatej kipieli odbierała siły.

- Walcz! Walcz! - krzyczeli.

A Sulmir robił, co mógł. Zachłystywał się wodą, znikał pod falami, na nowo wystawiał głowę, aż wreszcie - cudem - dotarł do drzewca. Ledwie żywy ze zmęczenia dał znak, żeby wybierali linę. Dociągnęli go do burty sinego, szczękającego zębami. Wyciągnął zaciśnięte chłodem dłonie w stronę marynarzy.

- Nie... nie mogę...

Złapali biedaka za rękawy.

- Szybciej! - gorączkował się Dalko. - Szlag, szybciej! Fala!

Spóźnili się o kilka sekund. Olbrzymi grzywacz pchnął stateczek na kadłub "Siewcy". Drewno uderzyło o drewno. Ryk Sulmira przebił się przez wycie wiatru. Potem krzyk ucichł. Wojownik leżał bezwładnie na falach. Wywlekli go na pokład nieprzytomnego, ze spodniami zbroczonymi krwią.

- Żyje - sapnął blady z wysiłku marynarz. - Ale łydka...

Nila przypadła do rannego. Nie popatrzyła na jego twarz. Wiedziała, co zobaczy: sine usta, bladą skórę, oczy zamroczone cierpieniem. Nie miała na to czasu. Musiała zająć się nogą. Dek już spływał krwią.

Najpierw szamotała się z butem, potem nie była w stanie rozerwać nogawki. Mokra materia przylgnęła do ciała i dopiero nóż Sambora poradził sobie z twardą wełną. Chłopak rozciął ją aż po udo, ostrożnie rozchylił poły.

- O, cholera! - przeraził się.

Poniżej kolana, pomiędzy fałdami poszarpanych mięśni błyszczała złamana kość.

1

- Ziemia! Ziemia! Nareszcie! - piskliwy wrzask chłopca okrętowego przetoczył się po "Siewcy", statku należącym do kupieckiej floty Baldwina II, burząc spokój styczniowego poranka.

- Ląd! Ludzie!

Pierwsi zareagowali marynarze, gdyż nawet oni, stare morskie wygi, dość mieli podróży pośród wichrów nieprzerwanie siekących pokład igłami marznącego deszczu. Kapitan oparł się o ścianę forkasztelu i wreszcie pozwolił sobie na szeroki uśmiech, a załoga zaczęła szybciej kręcić się po pokładzie, wyraźnie uszczęśliwiona.

Nila rozumiała ich poruszenie. Nigdy nie żeglowali trasami innymi niż południowe, gdzie wody były spokojne, przystanie przyjazne, a ruch kończył się wraz z jesiennymi słotami. Tym razem wyruszyli na północ, na dodatek w połowie grudnia, jakby na przekór staremu morskiemu powiedzeniu z Ferretum, że w październiku wypływają tylko ci, którzy muszą, w listopadzie zaś jedynie szaleńcy.

"Siewca" - statek solidny, bo przeznaczony do przewozu ziarna - dzielnie radził sobie na falach, ale Morze Łotrów, po którym przyszło mu żeglować, nienawidziło ludzi i na wszelkie sposoby próbowało unicestwić intruzów. Wściekłość, z jaką grzywacze atakowały burty, rodziła podejrzenie, że halsując zimową porą, ściągnęli na siebie gniew Pani Mórz.

- Ziemia! Ziemia! - Dzieciak nie przestawał krzyczeć, przyzywając garstkę pasażerów od tygodni niecierpliwie wyczekujących tego sygnału.

Nila, wciśnięta w zaciszny kąt za pomieszczeniami dla oficerów, zerknęła z kryjówki na przyjaciół.

Dalko, zaspany i bosy, wypadł z kasztelu dziobowego, przeklął ziąb, a potem pędem wrócił po buty.

Flawia zbiegła z rufy, gdzie jak zwykle obserwowała fale, a za nią podążył Kadok, którego jedynym zadaniem podczas rejsu było pilnowanie dziewczynki, żeby zbyt mocno nie wychylała się za burtę.

Sambor z Allą przerwali codzienną naukę fechtunku i narzuciwszy na siebie futrzane peleryny, ruszyli ku Wodniczce. Rozejrzeli się za Nilą, ale dała im znać, że do nich nie dołączy.

Chwilę później z kajuty dla oficerów wyszedł starszawy mężczyzna. Odziany w ciężką opończę stąpał ostrożnie, mocno trzymając się relingu. Miał dobroduszną, okrągłą twarz i na pierwszy rzut oka zdawał się przyjacielem całego świata, naiwnym oraz uległym. Niepowszedni już dawno zorientowali się jednak, że ta powierzchowność bezwolnego poczciwca kryje osobnika o oślim wręcz uporze.

- Nilu - pozdrowił dziewczynę.

- Hermanie.

- Nareszcie, prawda? - ucieszył się i nie czekając na odpowiedź, podreptał w stronę Sambora i reszty kompanii.

Był jednym z dwóch towarzyszy podesłanych Niepowszednim przez władcę jako wsparcie, ale wciąż nie ujawniły się żadne pożytki z jego obecności. Już dawno osiągnął wiek, w którym człowiekowi bardziej pasowała rola dziadka niż awanturnika na bezdrożach; wszystko przy tym wskazywało, że ryzykantem nie był nawet w młodości. Nilę dręczyło podejrzenie, że prócz tytułu rządcy i wielkiej torby z cielęcej skóry ten zaufany administrator tajnych służb księcia nie miał nic, czym mógłby wesprzeć Niepowszednich.

To my będziemy mieli na głowie bezpieczeństwo Jaśniepana - pomyślała.

"Jaśniepan". Hermanowi należało się to przezwisko, bo niemal każde wypowiedziane przez niego zdanie zaczynało się i kończyło pełną szacunku wzmianką o Baldwinie II. Gdyby za każdą los nagradzał go złotą monetą, rządca jednego dnia stałby się krezusem.

Nila wróciła wzrokiem do kajuty pasażerów, gdyż na pokładzie pojawił się Sulmir, młodszy towarzysz Hermana. On z kolei, solidnie zbudowany blondyn o włosach zaplecionych w dziesiątki cienkich warkoczyków, w niczym nie przypominał nawet człowieka o gołębim sercu. Z ust nie schodził mu wprawdzie swawolny uśmiech, ale jego oczy nieustannie pozostawały czujne. Dołączył do wyprawy, by służyć zbrojnym ramieniem i ogromnym doświadczeniem w niebezpiecznych misjach, a nadawał się do tego zadania jak mało kto. Był żywą legendą Ferretum, mistrzem walki na dwa miecze, podporą tajnych oddziałów. Niepowszedni całymi dniami obserwowali go, gdy ćwiczył samotnie na pokładzie. Zdaniem Sambora szczęście im sprzyjało, bo Sulmir miał bitkę we krwi i lepszy od niego byłby już tylko drugi Unik.

Wojownik zbliżył się do dziewczyny pewnym krokiem, chociaż "Siewca" kolebał się zamaszyście, a on taszczył ze sobą nieodłączny wór, z którego wystawały rękojeści mieczy.

- Witaj, śliczna.

- Sulmirze - odrzekła ciepło, przyzwyczajona do żartobliwych komplementów, którymi obdarowywał wszystkich dookoła.

- Idziesz? - Przystanął na chwilę. - Chodź, w kupie zawsze raźniej.

Pokręciła głową.

- Ziemia! Ziemia! - wrzasnął znowu chłopiec okrętowy.

Zachrypł już nieco, ale w jego okrzykach wciąż dało się słyszeć wyraźną nutę podniecenia.

- Ziemia! Ziemia!

- Och, zamknij się wreszcie! - ofuknęła szczeniaka Nila.

Od trzech tygodni przygotowywała się na ten dzień, a wystarczył jeden rzut oka na brzeg, by odwaga stopniała w niej szybciej niż płatki śniegu w płomieniach ogniska. Jak ma zejść na ląd, skoro boi się na niego zerknąć? Tylko szaleniec nie czułby lęku. Majaczący na horyzoncie pas ziemi - szary, nieprzyjazny, spowity śnieżnymi chmurami - nosił miano najstraszniejsze ze wszystkich.

- Łajdacki Kraniec - wymamrotała.

Nie wierzyła, że znów tu jest, w dodatku z własnej woli. Po długich naradach, ciągłych wahaniach i zmianach decyzji przyjaciele w końcu przyjęli propozycję kniazia. Nie zależało im na przynależności do tajnych oddziałów. Nie zrobiło na nich wrażenia ani wiążące się z tym bogactwo, ani szacunek innych wojowników. Kierowali się własnymi względami. Sambor twierdził, że bycie Unikiem to przywilej, ale i obowiązek. Dalko postanowił zmierzyć się wreszcie z prawdą o rodzicach. Flawia za nic nie chciała puścić brata samego. Alla marzyła o wyrównaniu rachunków z Lubgostem Dragonem, a Nila... Cóż, ona wiedziała, że jako Żniwiarka jest ostatnią deską ratunku dla całej tej gromadki.

Było jednak coś jeszcze, argument najważniejszy. Rozumieli, że jeśli nie wezmą spraw w swoje ręce i nie wyjdą złu naprzeciw, przyjdzie im tylko czekać w strachu na następną wizytę Welesa.

I tak klamka zapadła.

- Nilu, chodźże już! - Sambor chyba zaczął tracić cierpliwość.

Dźwignęła się z deku, bo bez względu na to, jak bardzo by o tym marzyła, Łajdacki Kraniec nie zamierzał zniknąć.

Przyjaciele stali wsłuchani w słowa Źrenicznika, który przesuwał palcem po linii nabrzeża, objaśniając im coś z zapałem. Nawet Kadok przekrzywił łeb, choć raczej niewiele z tego rozumiał.

Nila podeszła bliżej.

- W końcu! - przywitał ją Dalko. - Chcesz wiedzieć, gdzie co jest? Chmury trochę przeszkadzają, ale najważniejsze punkty widzę.

Przyjrzała mu się, szukając oznak złości lub przygnębienia. Perspektywa powrotu do rodzinnego domu, gdzie musiał stawić czoła prawdzie, być może strasznej, kiepsko wpływała na jego nastrój, więc niekiedy miejsce szaławiły o złotym sercu zajmował dawny Dalko - pyskaty i gruboskórny awanturnik. Biedaczysko starał się jak mógł i na ogół nie wyżywał się na towarzyszach, ale czasami nerwy go ponosiły.

Tym razem jednak w głosie chłopaka pobrzmiewał ciepły ton. Nila, choć nieciekawa Łajdackiego Krańca, postanowiła to docenić.

- Pewnie, że chcę. Pokaż mi.

Od razu wyciągnął palec.

- Na wprost leży Brzeginka, jedyny port Krańca.

Nieraz słyszeli już tę nazwę, z ust Dalko lub od marynarzy, ale wciąż nie mieściło im się w głowach, jak można było nazwać miasto imieniem demonicy zamieszkującej brzegi rzek, jezior i mórz. Może i piękna była z niej panna, ale przecież to p o t w ó r z piekieł! Kusiła tańcem naiwnych młodzieńców, a ci skakali za ślicznotką w głębinę, na zatracenie.

Nila zapatrzyła się w dal. Zwiedziona nazwą spodziewała się grodu o urodzie tak pociągającej, że dla jednej nocy w nim żeglarze porzucali rozsądek i płynęli do lądu zauroczeni feerią świateł, bielą marmurowych ścian i czerwienią terakotowych dachówek. Niestety, rozpieszczona urodą Ferretek wyobraźnia zwiodła ją na manowce.

Brzeginka była równie brzydka jak reszta Łajdackiego Krańca. Nieduża, ciasno zabudowana koślawymi kamienicami o dachach z czarnego łupka, przypominała jadowitego pająka, który przyczaił się w śnieżnej mgle.

- To wszystko? - Nila nie kryła rozczarowania.

- No, wiem. Ohyda - westchnął Dalko. - I nie będę ci łgał, z bliska jest jeszcze gorzej.

Zrobiło jej się go żal. Tak bardzo się starał.

- Przeżyję - zapewniła. - Nie przyjechałam tu dla pięknych widoków. Co dalej?

Mocniej wtuliła się w Sambora. Rozgrzany po porannym fechtunku, miał w sobie tyle ciepła, że mogłaby przy nim stać jak przy piecu.

Dalko zatarł zziębnięte dłonie.

- Staniemy na redzie. O, tam, gdzie ten pas białych pław. Dalej nie wolno płynąć, bo rozwalimy statek. Pamiętacie, co mówił kapitan?

Wszyscy przytaknęli. Zatoka u podnóża Brzeginki była zabójczą pułapką dla ciężkich jednostek. Na jej dnie spoczywały ruiny miasteczka tych samych południowych najeźdźców, którzy tysiąc lat wcześniej wznieśli gmach Areny w Bawidle. Morze bieliło się tu mrowiem boi, wyznaczających sternikom tor pomiędzy najbardziej niebezpiecznymi punktami podwodnego cmentarzyska, ale wpuszczano do tego akwenu tylko lekkie knary i małe kogi. Jedynie one były w stanie przemknąć bezpiecznie nad zatopionymi willami, świątyniami oraz resztkami kamiennego falochronu. Statki pokroju "Siewcy" musiały rzucać kotwice daleko od lądu.

- Diabelstwo nie port - wtrącił swoje trzy grosze Sulmir. - Jak tu pannę zabrać na łódkę, żeby pomoczyła nogi? W przyzwoitym kraju siadam i wypływam. Słoneczko przygrzewa, dziewczyna się uśmiecha. Zdejmuje kubrak, gdy robi się ciepło...

Niepowszedni łypnęli na niego rozbawieni, zawsze tak na nich działał. Oni uwielbiali bzdury, które wygadywał, a jemu śmiech i radosna atmosfera potrzebne były do życia nie mniej niż ryzykowne wyprawy w służbie kniazia.

- ...Może nawet zrzuca sukienkę i daje ze mną nura do wody. - Sulmir jeszcze nie skończył pleść andronów. - A tu? Strach wyjść w morze. Powiem pannie: skacz! Posłucha i rozbije łeb o dach jakiejś zatopionej chałupy. Tfu!

Nawet Nila rozpogodziła się na takie dictum.

- To twoje zaloty? - zakpiła Alla. - Wypływasz na głębinę i każesz dziewczynom nurkować? Nic dziwnego, że żadna cię nie chciała.

Sulmir zarechotał, ani odrobinę nieurażony.

- Znajdź sobie Wodniczkę - poradziła mu Flawia.

- Gdybyś tylko była starsza, moja cudna. I nie miała takich patrzących spode łba braci.

- Ale ma. - Dalko zrobił groźną minę. - Poszukaj jakiejś staruszki... no wiesz... kogoś w twoim wieku. I w ogóle siedź cicho, bo nie skończyłem gadać.

Wrócił oczyma do Nili.

- Na czym to... A wiem, staniemy na redzie.

- Pamiętam.

- Aha. I potem przypłynie łódź, żeby zabrać nas do portu. Spójrz, tamtą drogą dotrzemy do Mercaty.

Nila wodziła spojrzeniem od miasta do szlaku. Nie dostrzegała szczegółów, ale i bez tego wiedziała, że z bliska okażą się równie przerażające jak z oddali. W samej Brzegince byli ponoć bezpieczni, ale tuż za jej granicami czaiły się watahy bandziorów, których nawet w Krańcu uznawano za wyjątkowe szumowiny.

- Na jakie licho nam to było? - wyrwało jej się.

- Przysięgałaś jaśniepanu, dziewczyno - przypomniał Herman, choć nikt go o odpowiedź nie prosił.

Pięć par niepowszednich oczu wlepiło się w niego z nieskrywaną irytacją.

- Przyjacielu, to ich sprawa - wybrnął z tej niezręcznej sytuacji Sulmir. - Dajmy im porozmawiać na osobności.

Pociągnął rządcę za rękaw. Nila podziękowała mu słabym uśmiechem. Ostatnie, czego potrzebowała, to dyskusja o obowiązkach względem władcy.

Zostali sami. Zbili się w gromadkę, gotowi do wyjaśnień, tłumaczeń i zapewnień. Wszyscy zdobyli w tym nielichą wprawę, bo nie było dnia, by ktoś nie pytał, czy dobrze zrobili, godząc się na udział w misji. Sambor już otwierał usta.

- Wiem, co mi powiesz - Nila nie pozwoliła mu dojść do głosu. - Żadne z nas nie chce dłużej się bać. Pierwszy raz w życiu to my zaskoczymy Welesa i jest szansa, żeby wreszcie z nim skończyć. Znam to na pamięć! Ale wiecie co? Możemy przegrać.

- Wiadomo - zgodził się. - Tylko że schowani w mysiej dziurze w Ferretum też przegramy. Weles nas znajdzie.

- Może nie będzie szukał.

- Łudzisz się, że zapomni o tobie? Dorośnij! - ofuknęła siostrę Alla. - Możesz zakrywać oczy i udawać, że potwora nie ma, ale to nieprawda.

- A jeśli? Jest szansa, że nie żyje, przecież zniknął. Szpiedzy kniazia stracili trop. Drań zapadł się pod ziemię. Od dwóch miesięcy nikt go nie widział. - Nila jednym tchem wyliczyła, czego dowiedzieli się o łowcy na chwilę przed postawieniem nogi na jego terytorium.

Dalko pokręcił głową.

- On tam jest.

- I wróci - dodała złowieszczo Flawia. - Bo dla niego to już nie jest zwykłe polowanie. Ma coś do nas. Coś większego niż złość i urażona duma.

- Ale...

- Nie jedziemy sami. Kniaź dał nam ludzi.

- Ledwie dwóch! A jeden z nich to Herman, na bogów!

- Wiesz, że inaczej się nie dało.

Rzeczywiście, nie dało się. Gospar postawiło twarde warunki. Cesarzowi nie zależało na losie trzech podległych mu obywateli, którzy w przeszłości spiskowali przeciwko ojcu jego sojusznika. Uznawszy, że byliby niską ceną za utrzymanie dobrosąsiedzkich stosunków między mocarstwami, pozwolił kniaziowi ująć i wywieźć członków triumwiratu do Ferretum, by tam odpowiedzieli za swoje zbrodnie. Nie zgodził się jednakże wpuścić na swe ziemie zbrojnych Baldwina II, bo żaden szanujący się monarcha nie uczyniłby tego. Dlatego właśnie wypad do Łajdackiego Krańca musiał zachowywać pozory osobistej zemsty Niepowszednich z Kamiennych Kości oraz ich ojców. Cesarz nie interesował się wszelako szczegółami, toteż w miejsce Juranda kniaź w tajemnicy pchnął Sulmira, a zamiast ojca dziewcząt posłał Hermana.

- On nawet nie nosi broni - wytknęła Nila. - To zarządca!

- Ale podobno najlepszy w swoim fachu - przypomniała Alla. - A po drodze mamy Batu Taurisa i Agę Badur. Pomogli nam raz, może nie odmówią i drugi. Przestań gadać jak tchórz!

Nila pociągnęła nosem. Wychodziło na to, że nagle wszyscy oprócz niej stali się nieustraszeni.

- Moglibyście chociaż udawać, że się boicie - mruknęła.

Próbowali zachować kamienne twarze, ale szybko się poddali. Zaczęli się śmiać.

- A niby co robimy przez cały czas? - zapytała Alla. - Nie widzisz, co wyprawiamy, żeby nie zwariować? Wymyślamy sobie robotę! Flawia niedługo przyrośnie do rufy, leży tam całymi dniami i gapi się na fale. Gada, że wypatruje piratów. Ja ciągle ćwiczę z Samborem, a nocami układam magnetyki.

Nila zamrugała. To wyjaśniało, skąd w głowie siostry pojawił się niecodzienny pomysł, by przełamać w gołębiach naturalną potrzebę powrotu do właściciela. Namęczyła się, ale dopięła swego. Ptaszyny leciały również do tego, do kogo je skierowała. Wystarczyło, że go znały.

- Czy ty w ogóle sypiasz? - zaniepokoiła się.

Ze wstydem uzmysłowiła sobie, że nie poświęcała temu uwagi przez cały rejs.

Alla uciekła spojrzeniem gdzieś w czuprynę Dalko.

- Niewiele - przyznała zmieszana. - Boję się, że przyśni mi się Lubgost Dragon. Wolę lekcje Sambora.

- Ej! - żachnął się Unik. - Ta gnida i ja? Co to za porównanie?

- Złe? Nie proszę o litość, ale jesteś dla mnie okropny.

Faktycznie, nie dawał dziewczynie forów, słusznie zakładając, że w prawdziwej walce też by ich nie dostała.

- Ja też łażę po nocach - dorzucił swoje Dalko. - Miejsca sobie nie mogę znaleźć. Wściekam się na wszystko.

- A u mnie ze snem jest nieźle - zameldował Sambor. - Ale za dnia paskudnie. W żołądku ssie, łeb boli, żółć jakaś czy coś podchodzi mi...

Nila odetchnęła głębiej. Poczuła się znacznie lepiej. Nic tak nie poprawiało samopoczucia jak świadomość, że inni też nie mają lekko.

- ...do gardła i ściska mnie w dołku - kontynuował tymczasem Unik. - A, o tu, koło żebra...

Chyba na użytek swojej dziewczyny zamierzał odmalować dolegliwości w najdrobniejszych szczegółach. Nie było jednak sensu się licytować. I tak nie mogli zawrócić.

- Dobrze już, rozumiem - przerwała mu zawczasu. - Dorwijmy Welesa i wynośmy się stąd jak najszybciej. Wszystkim nam wyjdzie to na zdrowie.

4

- Jak to straciła moc?!

Herman wychylił się zza Sambora i przeszył Nilę świdrującym spojrzeniem. Nie było w nim zdziwienia ani współczucia. Po prostu... złość, jakby ów niespodziewany uszczerbek miał znaczenie jedynie dla przebiegu misji. Znów coś ułożyło się nie po myśli Jaśniepana.

Nila zareagowała apatią. Rządca wydawał się jej pozbawioną znaczenia kukiełką podrygującą gniewnie na pokładzie. Podciągnęła kolana pod brodę. Wpatrywała się w bezwładnego, otumanionego belladonną Sulmira i czuła się tak samo niesprawna i bezużyteczna jak on. Była Żniwiarzem bez mocy.

Jakim sposobem wszystko obróciło się wniwecz tak nagle? Jeszcze przed chwilą ona i Sulmir wiedzieli, co mają robić, mieli swoje role, a każde na swój sposób stanowiło podporę wyprawy. Teraz on zapewne wolałby się nie obudzić, a ona najchętniej w ślad za nim uciekłaby w śpiączkę. A co do misji w Łajdackim Krańcu... Oboje byli już tylko ciężarem dla reszty.

Podniosła głowę. Przyjaciele stali dookoła w ciasnym kręgu. Widać było, że cierpią razem z nią, ale choć chcieliby ją pocieszyć, jeszcze nie znaleźli właściwych słów. Tylko Herman wyglądał na takiego, który rwie się do mielenia ozorem. Dreptał w miejscu, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. Wreszcie nie wytrzymał.

- Pogadać chcę - oznajmił, wyraźnie omijając tym żądaniem Żniwiarkę.

Jakoś jej to nie obeszło. Patrzyła, jak idą w stronę forkasztelu. Ledwie przystanęli, Jaśniepan zaczął wymachiwać rękoma. Nila nie słyszała, co mówił, ale wszystko było jasne. Bał się, że po ciosach, które los wymierzył ich kompanii, Niepowszedni nie zechcą jechać dalej. On nie miał żadnych wątpliwości. Przekonywał. Może groził. Słowo kniazia oznaczało najświętszy rozkaz. Nagle wydarł się:

- Nie pozwolę! Jeśli myślicie, że zawrócimy teraz do domu...

- Herman! - przerwała mu Alla, też nie szczędząc gardła. - Spokojnie. Straszysz mają siostrę.

Starała się ukryć zdenerwowanie, lecz drżenie głosu ją zdradziło. Kadok reagował na takie zmiany nastroju najszybciej. Zjeżył się, za przyczynę niezadowolenia swej pani słusznie uznając rządcę.

- Wrrrr...!

Herman spotulniał. Opuścił ramiona, przyjmując mniej bojową pozę.

- Zrób... coś... z... nim.

Bestiarka machnęła palcami, odsyłając lisa do siostry, a sama wróciła do przerwanej rozmowy. Już na dobre przestali szeptać.

- Nila potrzebuje spokoju, więc dość wrzasków. Poza tym pojedziemy.

- Naprawdę? Tak po prostu?

Nila westchnęła. Owo po prostu z pewnością kosztowało Allę więcej, niż Herman mógł przypuszczać.

- Może dla ciebie to nic wielkiego - mruknęła Flawia. - Dla nas to chyba najtrudniejsza decyzja w życiu. Nie chcemy pchać się do Krańca bez Sulmira, ale nie jesteśmy głupi. Wiemy, że drugiej okazji do rozprawienia się z Welesem nie będzie. Jesteśmy z tobą.

Hermanowi wyraźnie ulżyło. Obcesowo wskazał Nilę paluchem.

- A ona?

- Jedzie - warknął Sambor. - My nie zostawiamy naszych.

Zaraz! - ocknęła się. - O tym nie było mowy.