Niepowszedni 2. W potrzasku - Justyna Drzewicka

Reflow text when sidebars are open.
Ferretum od wieków słynęło ze swojego sądownictwa. Wieść niosła, że nigdzie indziej ramię sprawiedliwości nie było równie skuteczne, uczciwe i... tak ciasno skrępowane wymogami etykiety. Jej sztywne przepisy rządziły wszystkim - umeblowaniem trybunałów, doborem urzędników, a nawet krojem i barwą ich strojów.
Jak kraj długi i szeroki sale rozpraw wyglądały tak samo. Centralne miejsce zajmował długi stół sędziowski. Tuż przed nim znajdowało się proste podium dla mówców, zaś wzdłuż ścian ustawiono jednakowo skromne ławy dla uczestników procesu, świadków i publiczności.
Zgodnie z tradycją Ferretum wyroki wydawać mogli wyłącznie mężczyźni najmniej z piątym krzyżykiem na karku, a przy tym szlachetnie urodzeni i tak majętni, by do głowy im nie przyszło przehandlować bezstronność w zamian za zaszczyty lub pieniądze.
Żeby jeszcze dobitniej podkreślić uczciwość sędziów, nakazano im noszenie czarnych tóg, w myśl starego powiedzenia: "Czerń nigdy nie zabarwi się na inny kolor". Innymi słowy, taki strój oznaczał, że orzeczenia zapadają bez względu na to, jak wykwintnie barwne lub odpychająco brudne są szaty procesowych przeciwników.
Nila przyjrzała się człowiekowi, który decydował o ich losie.
Sędzia Angus zdawał się być uosobieniem szlachetnych przymiotów, jakich oczekiwano od osób na jego stanowisku. Zbliżał się do siedemdziesiątki, ale wciąż był krzepkim, energicznym mężczyzną. Los potraktował go łaskawie, zostawiając mu na starość bujną siwą czuprynę, szczupłą sylwetkę i nieskazitelną skórę, wolną od zwykłych w tym wieku wątrobowych plam.
Przepisowo odziany w czerń, za jedyne ozdoby miał złoty łańcuch na piersiach, symbol najwyższego urzędu w Pałacu Sprawiedliwości oraz herbowy sygnet na palcu, dyskretny znak przynależności do zacnego grona majętnych arystokratów.
Zajęty czytaniem obszernego dokumentu, nie przerwał lektury. Nie podniósł nawet głowy, tylko niedbałym machnięciem dłoni wskazał aresztantom miejsca po swej prawej stronie. Odon podprowadził ich do dębowej ławki dla obwinionych, a starszyznę odesłał na miejsca przeznaczone dla widzów.
Niepowszedni przysiedli na skraju siedziska. Nigdy wcześniej nie byli w sądzie, nie wiedzieli więc, jak się zachować. Tłumaczyć, protestować, odezwać się bez pytania czy czekać na wezwanie? Spoglądali bezradnie to na siebie, to na sędziego, ale nie odważyli się na nic. Sędziwy mężczyzna za stołem nie sprawiał wrażenia poczciwca, który łatwo wybacza pomyłki. Przypominał raczej starego psa, który dobrze zna swoją wartość i nie lubi tracić czasu na uczenie szczeniąt dyscypliny; od razu przydusza je do ziemi i pokazuje, kto rządzi na podwórzu.
Obyś nie zrobił nam krzywdy - pomyślała Nila.
Sędzia, wciąż pochylony nad dokumentem, odezwał się znużonym głosem:
- Zaczynajmy. Oskarżyciel trochę się spóźni. Prosił o wybaczenie. Sytuacja jest wyjątkowa, gdyż mamy do czynienia z zagranicznym poselstwem.
Ostatnie słowa zabrzmiały w uszach Niepowszednich tak niedorzecznie, że zerknęli po sobie zdumieni. Byli biedakami z Kamiennych Kości i tyle mieli do czynienia z dworską dyplomacją, co wiejskie konie z turniejem rycerskim. Wszystko to nie miało sensu.
Jurand również go nie odszukał, bo poderwał się z ławy i nie zawracając sobie głowy sądową etykietą, zapytał:
- Co to niby znaczy, hę? Kto ich obwinia?
Doczekał się odpowiedzi tylko od Odona, który pchnął go z powrotem na siedzisko z ostrzeżeniem:
- Siedź lepiej cicho.
Sędzia tymczasem kontynuował znad papierów:
- Pięciorgu Niepowszednim z Kamiennych Kości zarzuca się popełnienie zbrodni...
Mówił tak, jakby wypowiadane słowa nie miały dla niego żadnego znaczenia. Monotonnie wygłaszał wielokrotnie powtarzane formułki.
- Rozprawa odbędzie się...
- Panie! - wpadła mu w słowo Nila, przerażona obojętnością w jego głosie. - To wszystko nieprawda! Ktoś się pomylił! Jesteśmy niewinni!
Angus z niecierpliwym westchnieniem oderwał wreszcie oczy od dokumentów, a ujrzawszy oskarżonych, wyprostował się zaskoczony.
- Co to ma... Odon, kogoś ty mi przyprowadził? - zdumiał się. - Przecież to jeszcze dzieci!
Gwardzista rozłożył ręce.
- Innych Niepowszednich z Kamiennych Kości nie ma w stolicy.
- Ale... - Sędzia zapatrzył się na Flawię. - Toż ta mała ma z sześć lat!
- Prawie dziesięć - szepnęła piskliwie Wodniczka.
Jurand, niepomny ostrzeżenia, znów podniósł się z ławy.
- Jesteśmy uczciwymi ludźmi, panie. Wiele lat służyłem z ojcem tych dziewcząt pod chorągwią kniazia. To mój rodzony syn, a tych dwoje... - Wskazał Flawię i Dalko. - Oni są dla mnie jak rodzina. Nie wiem, kto obwinia te biedactwa, ale ręczę za nie własnym życiem. Zaszła straszliwa omyłka.
Angus kazał mu usiąść. Zerkał to w papiery, to znów na Niepowszednich, aż w końcu zapytał:
- Jesteście mieszkańcami Kamiennych Kości, osady nad rzeką Topiel?
- Tak! Ale...
Uniósł ostrzegawczo dłoń, nie dając im dojść do słowa.
- Czy to wasze imiona widnieją na tej liście: Nila Żniwiarka, Alla Bestiarka oraz Gwarek, Dalko Źrenicznik, Sambor Unik i Wodniczka?
Pięcioro struchlałych stworzeń pokiwało głowami, a rudowłosa dziewczynka dodała cicho:
- Powinno być Flawia Wodniczka.
Angus sumiennie dopisał jej imię do niechlubnego rejestru.
- Zatem wszystko się zgadza - wrócił do obojętnego tonu. - Sami widzicie, że w Ferretum działamy skrupulatnie. Zwłaszcza, gdy naszych poddanych oskarża Cesarstwo Gospar.
Niepowszedni osłupieli.
- Ależ... panie... my niczego Cesarstwu nie uczyniliśmy - nieśmiało zaprotestowała Alla.
Sędzia z westchnieniem odłożył dokumenty.
- Dziecko... - Splótł dłonie przed sobą. - Wystarczy, że popełniliście zbrodnie w jednej z jego prowincji. Obciążają was czyny popełnione podczas wędrówki przez Łajdacki Kraniec.
- Wędrówki?! - Sambor wypluł z siebie to słowo jak truciznę. - Jechaliśmy w wozie spętani jak świnie na rzeź! Łowcy porwali nas trzy miesiące temu. Ledwie uszliśmy z życiem!
Angus pokręcił głową.
- O porwaniu nie słyszałem, w papierach nic o tym nie ma, więc zajmować się tą sprawą nie będę. Moim obowiązkiem jest rozstrzygnąć, czy oddać was Łajdackiemu Krańcowi czy nie.
To było jak uderzenie obuchem. Nila wcisnęła się mocniej w ławę przekonana, że ziemia usuwa jej się spod stóp. Sambor siedział osłupiały. Alla ukryła twarz w dłoniach, zaś Dalko przygarnął do siebie przestraszoną Flawię.
- Jak to oddać? - wycedził Jurand, a w jego cichym głosie pobrzmiewały nuty furii.
Sędzia wyłożył im to jaśniej:
- Cesarski poseł z prowincji Łajdacki Kraniec żąda wydania oskarżonych władzom Bawidła, by tam odbył się proces i zapadł wyrok. Jeśli ów człowiek przekona mnie, że popełniliście zbrodnie i okryliście hańbą nasze księstwo, przekażę mu waszą piątkę bez wahania.
- Co takiego?! - Jurand wyskoczył z ławy. - Po moim trupie!
Odon próbował interweniować, ale na nic się to zdało. Tym razem ojciec Sambora krzyczał nawet z ostrzem noża przy szyi.
- To tak wygląda sprawiedliwość?! Nic nie robicie, gdy nam porywają dzieci, a potem chcecie je oddać? Choć są niewinne?! Wy, niegodziwcy! Wy, dranie! Wy... już ja wam pozwolę je zabrać! Akurat! Do kniazia pójdę! Ja...
Sędzia poczerwieniał, jakby miała go powalić apopleksja.
- Milczeć! - ryknął, zerwawszy się na równe nogi. - Chcesz trafić do lochu, durniu?! Obraź mnie jeszcze raz, a nawet nie pożegnasz się z synem!
Jurand zamarł z otwartymi ustami.
Stali naprzeciwko siebie jak dwa rozwścieczone psy, aż w końcu wojak ochłonął. Walnął pięściami w ławę, lecz ukorzył się i usiadł. Władza była po stronie Angusa, oporem niczego nie mógł wskórać.
Sędzia poprawiwszy togę, znów zajął miejsce za stołem.
- Ma tu być cisza albo nie znajdę w sobie więcej wielkoduszności. - Przygwoździł wzrokiem zgromadzonych na sali. - I jeszcze jedno. Nie mam litości dla zbrodniarzy, ale nie wydaję pochopnych wyroków. Wysłucham i oskarżycieli, i oskarżonych, a dopiero wtedy...
Urwał, bo odźwierny oznajmił tubalnym głosem:
- Poselstwo Cesarstwa Gospar, prowincji Łajdacki Kraniec. Czcigodny Walter de Gawein ze świtą.
Wszystkie głowy zwróciły się w stronę wejścia. Żołądek Nili zacisnął się w bolesnym skurczu. Przełknęła nerwowo ślinę i przyłożyła dłoń do brzucha, lecz nic to nie pomogło. Jeszcze nie widziała twarzy czterech mężczyzn stłoczonych w korytarzu, ale już od stóp po głowę zmroziło ją przeczucie nadchodzącego zła.
Najpierw weszli do sali dwaj osobnicy tak odpychający, że nie można ich było zaliczyć w poczet cesarskich emisariuszy. Mieli twarde rysy i czujne spojrzenia, a krój ich ciemnych szat zapewniał wygodę w walce. Najemnicy.
Wyższy, o policzkach upstrzonych wrzodowymi bliznami, zajął miejsce po prawej stronie drzwi i skrzyżował dłonie na piersiach, jakby chciał sięgnąć po broń, najpewniej skrytą za pazuchą. Niższy, dużo młodszy, z dziką szopą włosów, które otaczały mu głowę niczym bocianie gniazdo komin, stanąwszy po lewej stronie, starannie powtórzył ruch kamrata.
- Czcigodny Walter de Gawein! - powtórzył odźwierny.
- Witam! - odezwał się trzeci mężczyzna, a czwarty, skryty za jego plecami, skinął jedynie głową i...
Wtedy Nili zdało się, że bierze udział w jakimś nierzeczywistym przedstawieniu. Dostrzegała pozbawione znaczenia drobiazgi: drobinki kurzu tańczące nad podłogą, światło padające na ciemne drewno siedziska, delikatne zarysowania na terakotowej posadce, ale nic nie układało się w spójną całość. Czuła się tak, jakby umysł odmówił jej posłuszeństwa. Nie wiedziała, czy śni potworny sen, czy popadła w szaleństwo. Chciała, by tak było! Nie dopuszczała do siebie myśli, że to, co widzi i słyszy jest prawdą. Wszędzie rozpoznałaby te dwie twarze... odróżniłaby ten głos...
Zamknęła oczy z nadzieją, że gdy je otworzy na nowo, ocknie się z koszmaru. Niestety. Kiedy uchyliła powieki, nic się nie zmieniło.
Na progu stali Weles i Faro!
Alla i Flawia zaczęły krzyczeć, a Dalko z Samborem szarpać oparcie ławy, by wyrwać choćby pojedynczą deskę do obrony.
Odon wyskoczył przed Niepowszednich, próbując przywołać ich do porządku, a Angus raz po raz walił pięścią w stół.
- Spokój, do cholery! - wrzeszczał wcale nie jak na sędziego przystało. - Siadać i cisza!
Nikt go nie słuchał.
Nila zamrugała oczyma. Ktoś obok niej zawodził jak śmiertelnie ranne zwierzę i dopiero po sekundzie zrozumiała, że słyszy własny krzyk. Głośny, jednostajny, niekończący się. Za nic nie mogła przestać. Bała się, że jeśli ucichnie, nie utrzyma łowcy z dala od siebie.
Weles wsłuchiwał się w ten lament jak w najpiękniejszą muzykę. Patrzył na Żniwiarkę z drapieżną łapczywością i zupełnie nie interesowało go, co dzieje się w sali trybunału. Wyciągnął przed siebie zaciśniętą dłoń, a potem rozwarł palce. Alabastrowe kostki do gry, jak w Łajdackim Krańcu.
Nili głos uwiązł w gardle na widok tych znienawidzonych bryłek. Załkała, lecz łowcy wciąż było mało.
- Mam cię... - szepnął bezgłośnie, a gdy oniemiała zagapiła się na jego usta, poruszył nimi raz jeszcze: - Mam cię!
Mimo iż nie wydał z siebie dźwięku, usłyszała go tak głośno i wyraźnie, jakby wykrzyczał jej te słowa wprost do ucha. Dopiero wtedy ocknęła się na dobre. Wszystko trwało nie dłużej niż kilka sekund, lecz mogłaby przysiąc, że spędziła w tym piekle całe godziny.
- Podstęp! To łowcy! - dołączyła do przyjaciół.
Ledwie ucichła, Jurand już gnał w stronę Welesa. Krew odpłynęła mu z twarzy, oczy pociemniały, odsłonił zęby.
- Utłukę! - ryknął.
Wrzaski Niepowszednich umilkły natychmiast. Biedaczysko szedł na Welesa bez broni, a przecież nawet z mieczem nie miałby wielkich szans w starciu z czterema zbirami.
- Tato, wracaj! Zabiją cię! - ostrzegł Sambor.
Na nic się to zdało. Jurand parł naprzód. Ominął ludzi Odona i zanim dwaj najemnicy zdążyli go osaczyć, ruszył na Faro.
- Pomóżcie! - huknął Unik do przyjaciół.
Rzucili się na ratunek, ale na drodze stanął im kordon gwardzistów.
Jurand tymczasem zdzielił Faro w pierś, uniósł drania w górę jak szmacianą lalkę, cisnął nim o ścianę i jednym skokiem dopadł zaskoczonego Welesa. Trzepnął go pięścią w nos, potem doprawił z drugiej strony.
- Zdychaj! - Zacisnął mu dłonie na gardle.
Weles zarzęził, a wojak z dzikim okrzykiem wbił palce głębiej.
I pewnie zadusiłby łotra, gdyby nie wmieszał się Odon, który na widok wytrzeszczonych oczu posła nie namyślał się ani chwili.
- A niech to... - warknął, po czym zdzielił Juranda drewnianą lagą w potylicę.
Nikt się nie odezwał, bo też i nikt nie uwierzył w to, co usłyszeli. Przybysze znad Topieli zerknęli tylko jedno na drugie, ale ponieważ żadne z nich nie miało nic mądrego do powiedzenia, cała ósemka zgodnie przeniosła wzrok na gwardzistę. Wpatrywali się w niego wyczekująco, licząc, że wybuch śmiechu lub pobłażliwe spojrzenie obróci całą sprawę w kiepski żart czyniony przyjezdnym kmiotkom.
Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Dowódca miał wciąż ten sam zasadniczy wyraz twarzy i twardo zaciśnięte usta. Mówił prawdę.
Pierwszy z osłupienia ocknął się Sambor.
- Aresztowani? - powtórzył. - Przecież my nic nie zrobiliśmy!
- Mnie nic do tego - oznajmił mężczyzna. - Sędzia Angus wie lepiej. Pod sąd idziecie i tyle.
Podniósł się rwetes.
Niepowszedni przekrzykiwali się nawzajem, zapewniając o niewinności, Kadok ujadał jak wściekły, Jurand domagał się wyjaśnień, zaś Berard z Lotarem... Cóż, uznali, że lepiej się nie odzywać. Przezornie wycofali się w kąt, gdzie czekali na rozwój wydarzeń.
Tymczasem gwardzista przyjął ten wybuch oburzenia ze stoickim spokojem. Widać nie raz miał już do czynienia z aresztantami i znał swój fach. Wiedział, że łatwiej ułożyć się z ludźmi, którzy dali upust emocjom, niż wojować z nimi, gdy wciąż buzuje w nich gniew.
Czekał więc oparty o framugę, pozwalając im zdzierać gardła, a gdy uznał, że nadeszła pora na pokaz siły Ferretum, rąbnął halabardą w drzwi. Huk był taki, że wrzaski umilkły natychmiast.
Niepowszedni zbili się w gromadkę wokół Juranda, a ten spojrzał gwardziście w oczy i westchnął bezradnie.
- Zlituj się, człowieku - powiedział. - Przecież to tylko dzieci. Rzeknij nam cokolwiek. O co chodzi?
Mężczyzna przez chwilę spoglądał to na pergamin w dłoniach, to na aresztantów, zmagając się chyba pomiędzy służbową obowiązkowością a współczuciem dla nieszczęśników. Koniec końców przyzwoitość zwyciężyła.
- Niewiele wiem - bąknął. - Ponoć wyrok im szykują za straszliwe zbrodnie. Siedzą w tarapatach po same uszy.
- Bogowie... - jęknęła Nila.
Gwardzista zamilkł na chwilę, jakby niepewny, czy mówić dalej, ale dokończył:
- Dobrze będzie, jeśli na katowski pieniek ich nie skażą.
Niepowszedni nie znaleźli odpowiedzi na te słowa. Po prostu stali oniemiali. Za to Jurand z rykiem skoczył mężczyźnie do gardła.
- Nie dam wam dzieci! Ja...
Ostrze noża, który nie wiedzieć kiedy pojawił się w ręku dowódcy, oparło się o grdykę wrzeszczącego nieszczęśnika.
- Żadnych głupot - ostrzegł gwardzista. - Współczuję wam, ale nie zawaham się. Jeśli oddasz mi je potulnie, nikt nie ucierpi. Spróbujesz burdy, pożałujesz.
Jurand opuścił pięści.
- Idę z nimi - warknął.
- To ci zawsze wolno, byle grzecznie. A wy dwaj?
- Nie mamy z tymi dziećmi nic wspólnego - odpowiedzieli Lotar i Berard niemal jednocześnie, na co Jurand pogardliwie splunął im pod nogi.
- Wasza wola - skwitował dowódca i wrócił spojrzeniem do Niepowszednich - Zbierajcie się, dzieciaki. Lis i gołębie zostają, broń też.
Sambor wyjął zza kubraka miecz i schował go pod siennikiem. Alla machnięciem dłoni unieruchomiła na podłodze Kadoka, a Dalko wepchnął procę głębiej pod pryczę.
Nila przełożyła przez ramię torbę medykusa i podeszła do drzwi.
- Panie... - Głos jej się łamał. - Nie pojmuję. Chcemy iść na służbę do kniazia. Sława i bogactwo nam pisane. Lepsze życie przed nami.
Gwardzista uciekł spojrzeniem w bok.
- To się już chyba nie zdarzy, panienko - wymamrotał. - Przykro mi.
Poczuła się jak zbity pies, który liczył na dotyk czułej ręki oraz spokojny kąt, a dostał lanie i łańcuch. Nie rozumiała, co się stało. Dzień zaczął się marzeniami o zaszczytach na zamku, a miał skończyć hańbą i więzieniem?!
Z trudem przełknęła ślinę i rozmasowała obolałe gardło. Jak zawsze w chwilach zagrożenia, doświadczała okropnego uczucia, jakby na szyi zaciśnięto jej powróz. Dusiła się. Macki bólu wędrowały między sercem a żołądkiem, a w dołku paliło ją żywym ogniem.
Wkrótce opuścili zamkowy dziedziniec i wyszli na zalane słońcem uliczki Ferretek. Szli przez miasto powoli, noga za nogą, jak na ścięcie. Gwardziści otoczyli aresztantów ze wszystkich stron, ale nie zwracali na nich wielkiej uwagi. Zapewne prowadzali już do trybunału złoczyńców po stokroć groźniejszych od piątki wyrostków, toteż nie uznali Niepowszednich za kogoś, kogo należałoby starannie pilnować. Woleli gawędzić ze sobą lub oglądać się za co ładniejszymi mieszczkami.
Przyjaciele maszerowali więc w ciszy, pozostawieni samym sobie. Jurand trzymał się blisko dowódcy i wciąż usiłował dowiedzieć się czegoś więcej, a Berard z Lotarem, mimo iż wcześniej zarzekali się, że to nie ich sprawa, wlekli się z tyłu, komentując niespodziewany obrót sytuacji.
- Odprawa pewnie przepadła - wieszczył półgłosem znachor. - A co, jeśli ich skażą za zbrodnie? Cała wieś może za takich odpowiadać. Tfu! Żeby Niepowszedni tak się skundlili... Jeszcze nam każą płacić odszkodowanie!
Nila zapadła się w sobie. Powinna rzucić się na Berarda z pięściami, wepchnąć mu do gardła te podłe i niesprawiedliwe słowa, ale nie znalazła na to dość energii. Wisielczy nastrój zwyciężył.
A potem, z minuty na minutę, było coraz gorzej.
Dalko na widok budynku sądu, schował Wodniczkę za siebie.
- O szlag... - jęknął, zdruzgotany. - Mała, nie patrz.
Nila nie dziwiła się jego przerażeniu. Sama miała ochotę wrzeszczeć, ile sił w płucach. Ktokolwiek zbudował tak odrażający gmach, nie mógł być człowiekiem poczciwym.
Pałac Sprawiedliwości wyglądał bowiem jak głowa przyczajonego monstrum. Z obu stron podpierały go niskie wieże, sterczące niczym uszy. Ściany, podobne do przekrwionych policzków, połyskiwały czerwienią palonej cegły, a fasadę parteru i pierwszego piętra zdobiły alabastrowe arkady, do złudzenia przypominające wyszczerzone zęby.
Nila za nic w świecie nie chciała się do niego zbliżyć.
- Spotkamy tam zło. Jestem tego pewna! - szepnęła.
Jej słowa niespodziewanie wyrwały Flawię z odrętwienia. Przestała wpatrywać się w gwardzistów i obrzuciła Żniwiarkę nad wyraz trzeźwym spojrzeniem.
- Przestań! - syknęła. - To tylko budynek. Musimy coś zrobić, zanim tam wejdziemy. Jurand sam nas nie wyciągnie. Może Batu Tauris dałby radę.
- Otóż to. - Sambor pokiwał głową. - Też mi tak wyszło.
- Co? - wydukała Nila, zupełnie zagubiona.
Dalko szarpnął ją za rękę.
- Straszliwe zbrodnie? - wycedził cicho. - Przecież nic nie zrobiliśmy. Szlag... załatwią nas, jeśli ktoś nam nie pomoże.
- Trzeba wysłać magnetyka - poparła go Alla.
- Ale gołębie zostały w wieży.
- Co z tego, Dalko? - rozzłościła się. - Myśl!
Źrenicznik burknął coś, czego Żniwiarka nie zrozumiała, jednak pozostała trójka chyba usłyszała go wyraźnie, bo zaczęli się rozglądać dookoła, bacząc zwłaszcza na eskortę i okoliczne kamienice.
Nila zaczerwieniła się po czubki uszu. Dotarło do niej dość, by okrutnie się zawstydzić. Tchórzostwo ją omamiło. Gdy ona rozczulała się nad własnym losem, oni rozmyślali nad możliwością ratunku.
Upokorzona, obiecała sobie bardziej się postarać. Tak jak reszta, zajęła się gapieniem na gwardzistów oraz budynki, chociaż nadal nie pojmowała powodów tego nagłego nimi zainteresowania. Zbrojni wciąż zajęci byli swoimi sprawami, a ubogie czynszówki wzdłuż ulicy wyglądały jednakowo. Wszystkie miały od frontu koślawe przybudówki, to niższe, to wyższe i Nila nie znalazła w nich niczego wartego uwagi.
Była w błędzie.
Alla strzeliła oczyma w stronę najbliższego gwardzisty, wysokiego brodacza, a w następnej sekundzie... wyrżnęła go łokciem w brzuch.
- Dalko, teraz! - wrzasnęła.
Źrenicznik wyrwał przed siebie!
Zaskoczony atakiem drągal zgiął się w pół, ale nie padł na kolana. Stęknął jedynie głucho. Spróbował pochwycić chłopaka, lecz ten pognał już w stronę zamku, waląc wściekle podeszwami o bruk.
Brodacz zaklął i puścił się za nim.
- Dalko, na bogów, co ty wyprawiasz?! - Jurand załamał ręce.
Źrenicznik nawet się nie obejrzał. Pomknął ulicą, próbując jak najszybciej zniknąć w tłumie, jakby wiedział, że za jego plecami właśnie formuje się oddział pościgowy.
Dowódca już biegł na pomoc swemu człowiekowi.
- Dwóch do pilnowania! A ty za mną! - rzucił, nie zatrzymując się.
I tym sposobem trzeci gwardzista dołączył do pogoni.
Tymczasem Dalko zyskał odrobinę przewagi nad mężczyznami, ale ciężko było ją utrzymać. Biegł między przechodniami, a ci wcale nie zamierzali mu ustępować. Zrazu rozpychał się łokciami, grzecznie przepraszając i tracąc cenne sekundy na szarpaninę, aż w końcu rzucił w diabły dobre maniery i zaczął złorzeczyć jak prawdziwy prostak. Uszy więdły od słuchania, lecz o dziwo, impertynencje miały większą moc niż błagania. Widocznie każdy wolał zejść z drogi awanturnikowi.
Niestety gwardziści nie zwalniali. Sadzili długimi susami, bez zadyszki, niewątpliwie przyzwyczajeni do takich gonitw. Uderzając halabardami o bruk, sprawnie torowali sobie drogę pośród tłumu, który na ich widok z respektem czmychał pod ściany kamienic.
Sążeń za sążniem, byli coraz bliżej Źrenicznika.
Nagle, kiedy dzieliła ich już od niego odległość nie większa od szerokości czynszówki, zrobili coś nieoczekiwanego. Rozdzielili się. Jeden został z tyłu, nie pozwalając uciekinierowi zawrócić, a dwóch pomknęło pod arkadami.
- Otaczają go! - przeraziła się Flawia.
- I złapią - stwierdził bezsilnie Sambor.
Jurand przyglądał się całej scenie zupełnie skołowany.
- A na diabła on w ogóle ucieka?!
- Chce wysłać magnetyka - rzuciła Alla i nie odrywając wzroku od zbiega, wrzasnęła: - Dalko, ruszaj się! Górą!
- Tak! Wskakuj! - pomogła jej Flawia, celując drobnym palcem w przybudówki.
Źrenicznikowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Aneksy do czynszówek stawiano bez pomyślunku, toteż deskowane zadaszenia znajdowały się na różnych wysokościach. Można się nimi było bez trudu, jak po schodach, dostać na szczyt kamienicy, a dachami Dalko mógł dotrzeć niemal pod zamkową bramę. I nikt nie stanąłby mu na drodze.
Chłopak wystrzelił przed siebie jak z procy. Złapał rękoma za deski, sprawnie podciągnął się i wlazł na górę. To samo zrobił z wyższą dobudówką, potem z następną i jeszcze jedną. Piął się zwinnie jak kot, więc zanim gwardziści zdążyli się połapać, on zerkał już na nich zza attyki.
- Odczepcie się! - wrzasnął. - Wrócę!
Nie dali mu wiary, pewnie niejedno już słyszeli od aresztantów.
Dowódca oddziału nie wyglądał na miłośnika wspinaczki, ale cóż było robić? Zaklął, wskoczył na pierwszy daszek i dał znak podkomendnym. Ci też zaczęli gramolić się po deskach.
- Idziecie tu? - krzyknął Dalko tak zaskoczony ich determinacją, że aż wystawił połowę ciała za kamienną balustradkę, by lepiej się przyjrzeć.
Nila zbladła, widząc, z jakiej wysokości pochylał się nad deptakiem. Wystarczył jeden nieostrożny ruch... Patrzyła na jego białą koszulę, skórzany kubrak, amulety, które nosił na szyi, i ze wszystkich sił odpędzała od siebie koszmarne przeczucie, że lada moment cały ten paradny strój pokryje krew, bo jej przyjaciel spadnie i roztrzaska się na bruku.
Myśli Juranda musiały biec tym samym makabrycznym tropem, gdyż wojak ryknął strasznym głosem:
- Synku, na bogów, uważaj!
Źrenicznik posłusznie odsunął się od krawędzi, zresztą i tak nie miał tam już nic do roboty.
Znowu zaczął się spieszyć. Postawił pierwszy ostrożny krok na dachu, ale nie miał pojęcia, jak biec po pochyłej, wypolerowanej wiatrem i deszczem powierzchni. Drobił niezgrabnie wygięty, a nogi rozjeżdżały mu się, jakby dopiero uczył się chodzić.
- Durny dzieciak - podsumował te nieudolne wysiłki gwardzista stojący obok Nili. - Zleci.
- I to szybko - dopowiedział beznamiętnie jego kolega. - Albo na dół, albo do środka. Tak czy siak, trup na miejscu.
Niepowszedni popatrzyli na niego ze złością.
- No co? Prawdę mówię. To stare domy - wyjaśnił. - Więźba, dachówki, wszystko ledwie się trzyma. Trzeba wiedzieć, jak po nich chodzić. Sami zobaczcie.
Wskazał im trzech kamratów, którzy właśnie dotarli na górę i na nowo puścili się w pogoń.
Biegli inaczej niż Źrenicznik, stawiając nogi po obu stronach kalenicy, dzięki czemu łatwiej zachowywali równowagę.
- Dalko! - huknął natychmiast Jurand. - Spójrz na nich!
Chłopak odwrócił na sekundę głowę i w mig zrozumiał. Dotruchtał do szczytu dachu, a potem zaczął poruszać się identycznie jak ścigający go mężczyźni. Od razu mu się spodobało! Pomknął jak strzała, a gwardziści z wrzaskiem pognali za nim.
Łomot na górze był taki, że przechodnie stali z zadartymi głowami, gapiąc się na darmowe widowisko. Choć nikt nie wiedział, co się właściwie dzieje, już obstawiano zakłady.
- Capną go.
- Akurat! Patrzcie, jak sunie! Stare chłopy go gonią, a to młodzik.
- Pewnie, że im umknie.
- Dobry jest szczeniak.
Dalko rzeczywiście zwiększył dystans. Sił mu nie brakowało, gdyż po solidnej zaprawie w Łajdackim Krańcu trzeba było czegoś więcej niż krótki bieg, by go zmęczyć. Ponieważ pomiędzy nim a pogonią było już dziesięć domów różnicy, poczuł się na tyle bezpiecznie, że stanął i raz jeszcze spróbował przekonać gwardzistów do odwrotu.
- Wrócę, przysięgam! - zawołał. - Załatwię coś i przyjdę do sądu! Zostawcie mnie!
Nic to nie dało.
- Szlag! - zawył bezsilnie i pognał dalej.
W kilkanaście sekund pokonał trzy następne dachy, aż nagle, gdy wydawało się, że już go nie złapią, zabrakło mu szczęścia. Zmurszałe dachówki rozsypały się pod nim na kawałki. Biedak wrzasnął, chwilę szamotał się bezradnie, a sekundę później runął w dół.
I tyle było go widać.
- Dalko! - rozkrzyczeli się Niepowszedni.
- Po wszystkim. - Wzruszył ramionami gwardzista. - Mówiłem, stare domy.
Zapadła głucha cisza. Nawet przechodnie gapili się na kamienicę w milczeniu.
Przez moment nic się nie działo. Pogoń dotarła do wyrwy w dachu. Mężczyźni pochylili się i zajrzeli do środka.
- Braciszku - wyszeptała płaczliwie Flawia.
Nila przygarnęła dziewczynkę i nagle...
- Żyje! - ryknął w ich stronę dowódca oddziału.
Rzeczywiście, z otworu wychynęła głowa. Brudna, bo pokryta siwym kurzem, ale przyjaciele wszędzie rozpoznaliby ten szczególny odcień włosów przywodzący kolorem wspomnienie zdrewniałych łodyg na Wysokich Trawach.
- Dalko! - wrzasnęli.
Machnął uspokajająco ręką, a potem wyciągnął ramiona do gwardzistów, by wciągnęli go na górę.
Ucieczka skończyła się na dobre.
Źrenicznik wydawał się tym faktem załamany, lecz pozostali Niepowszedni znacznie mniej przejęli się ową porażką. O mało nie stracili przyjaciela i liczyło się jedynie to, że przeżył. Dlatego, dopóki nie przywlókł się do nich - cały, zdrowy i tylko odrobinę podrapany - dopóty nie mogli ustać spokojnie. Potem, pospołu z Jurandem, rzucili się witać biedaka, cudem ocalałego.
Dowódca oddziału, zły oraz zmęczony, dał znak swoim ludziom, by siedli na bruku, odsapnęli i zwilżyli gardła, a sam oparł się o halabardę i ciężko dyszał.
- Panie... - Ojciec Sambora podał mu wodę.
- Odon - wychrypiał mężczyzna. - Mam na imię Odon.
Napił się łapczywie, a później rzucił bukłak Źrenicznikowi. Ten przywarł do szyjki, jakby od tygodnia nie gasił pragnienia. Gwardzista przyglądał się mu ze skwaszoną miną.
- Czyś ty zdurniał, chłopcze? - burknął. - Prawie się zabiłeś.
- Musiałem coś załatwić. Wróciłbym.
- Ale żeby po dachach biec? Życie ci niemiłe?
Dalko wzruszył ramionami.
- A bo to długo pożyję po tym waszym sądzie? Kat na nas czeka.
Mężczyzna popatrzył na niego ciężko, ale nic nie powiedział.
- Odon - odezwał się Jurand - przecież to jakaś omyłka. Oni muchy nie skrzywdzili.
- Ja nawet nie umiem się bić - wyznała rozbrajająco Flawia.
- A ja tylko strzelam z procy - zdradził Dalko.
- Może utłukłeś z niej kogoś? - podpowiedział któryś ze zbrojnych.
- Zawsze do tarczy mierzył! - żachnął się Jurand. - Sam go uczyłem.
- O zbrodnie was oskarżają, a to nie przelewki - zadumał się Odon. - Morderstwo?
Z przerażeniem pokręcili głowami.
- Spiskowaliście przeciwko kniaziowi? Napadliście z bronią? - wyliczał. - Może fałszowaliście monetę albo w niewolę braliście? Nie? Nic z tych rzeczy? To może handlowaliście ludźmi? Albo...
- Człowieku - przerwał mu Jurand - przecież to dzieci!
- Coś musieli zrobić. - Rozległo się unisono z tyłu.
Nila odwróciła się, wściekła. Berard i Lotar. Przez całą ucieczkę Źrenicznika stali cicho, a teraz znów o sobie przypomnieli.
- Już ja wam wybiję z łbów te... - rozjuszył się Jurand.
- Spokój! - uciszył go Odon. - To nie ma sensu, ludzie. Cokolwiek byście mówili, muszę was tam odstawić. Dlatego, zapytam wprost: będą z wami jeszcze jakieś kłopoty?
- Na bogów, nigdy - zapewnił gorliwie cieśla. - My dwaj idziemy tylko z obowiązku.
Jurand zmełł w ustach przekleństwo, ale gdy wrócił spojrzeniem do Odona, w oczach miał szczerość.
- Dzieci są moje, nie zrobię nic głupiego - powiedział.
- Dobrze to słyszeć. Dość wam tarapatów. A wy? - zwrócił się do Niepowszednich.
Zrezygnowani i przybici, opuścili ramiona. Nawet nie chciało im się odpowiadać, lecz Odon przyjął to za obietnicę posłuszeństwa. Popchnął Allę do przodu.
- Sędzia Angus nie może czekać. Ruszajcie - nakazał.
Nila pokonała ostatni stopień schodów, wpadła do niewielkiego pomieszczenia i rzuciła na podłogę sporych rozmiarów tobołek. Ciężko dysząc, przycisnęła dłoń do brzucha. Tępy ból kolki drażnił trzewia nachalnym uciskiem, ale nie przejęła się nim zbytnio. Była to zwykła cena za lekkomyślne szafowanie siłami. Nikt przecież nie kazał jej tak pędzić, by udowodnić przyjaciołom, że dotrze na górę przed nimi.
Rozbawiona zwycięstwem w dziecinnym wyścigu, rozejrzała się po izbie w poszukiwaniu umywalni. Z wygraną czy bez, po długiej podróży i szaleńczym biegu czuła się jak spocony kocmołuch. Dobrze by było oporządzić się choć odrobinę przed przybyciem reszty. Nie chciała, by Sambor oglądał ją w tym stanie: rozczochraną, zgrzaną, z giezłem nierówno wystającym spod szaty.
W kącie, za przepierzeniem z płótna, znalazła wyszczerbioną miednicę i dzban z wodą. Zmyła z palców szare smugi kurzu, utyskując na leniwe posługaczki. Poręcz wzdłuż schodów dawno nie widziała szmaty ani ługu. Potem zwilżyła lawendowym olejkiem lniany gałganek i przetarła nim czoło, szyję oraz dekolt. Czysta i odświeżona, doprowadziła do porządku warkocz, aż wreszcie ugładziła wymiętoszoną suknię.
Na koniec pozostało już tylko sprawdzić efekt tych wysiłków. Nila, zbyt biedna na prawdziwe zwierciadło, wyciągnęła z torby medykusa płaską blaszkę z wypolerowanego brązu, która zwykle służyła do odmierzania sproszkowanych lekarstw, ale przy dobrym świetle dawało się w niej zobaczyć własne odbicie. Zadowolona z tego, co ujrzała, przeszła do spraw ważniejszych niż niewieścia troska o wygląd.
Była przecież na szczycie wieży! Świat leżał u jej stóp. Wystarczyło podejść do okna, wychylić się i podziwiać.
Gdybyż to było takie proste...
Nila od wczesnych lat nie cierpiała wysokości. Na samą myśl, że odrywa stopy od ziemi, czuła niepokój.
Stojąc sążeń od wykuszu, wyciągnęła szyję.
- Psiakrew - mruknęła, bo rzecz jasna niczego na zewnątrz nie zobaczyła.
Rada nierada, przysunęła się bliżej. Uklękła na szerokim kamiennym parapecie, zacisnęła palce na żelaznym obramowaniu i ostrożnie wysunęła głowę.
- O niebiosa... - wyszeptała z podziwem.
Bez wątpienia widok wart był chwili paraliżującego lęku i wyczerpującego biegu po dziesiątkach chybotliwych stopni. Wprost przed oczami miała szmaragdową taflę morza, spokojnego o tej porze roku. Po prawej rozciągała się plątanina zamkowych murów, wież i krużganków otaczających wewnętrzny dziedziniec. Po lewej, na dziesiątkach bagnistych wysepek oraz kawałku stałego lądu, rozłożyło się Ferretek, najważniejsze i najbogatsze miasto w księstwie. Tak rozległe, że nawet z wysokości ostatniej kondygnacji Nila z trudem dostrzegała jego granice. Z trzech stron zamykało je morze, z czwartej gęsty ciemnozielony las.
Jesteśmy w stolicy! - pomyślała, oszołomiona. - W Starym Zamku kniazia.
Położona na krawędzi klifu budowla była dawną siedzibą władcy. Po przeprowadzce do okazalszej rezydencji uczynił ją schronieniem zaufanej czeladzi, w tym garstki przyjętych na służbę Niepowszednich. Rozkazem ochmistrza wybrańców umieszczono w zachodnim skrzydle, zaś w pozostałych pomieszczeniach, za niewielką opłatą, sypiali ochotnicy dopiero starający się o miejsce na dworze. Gdzieś trzeba było przecież pomieścić napływającą do grodu falę minstreli, poetów, malarzy, kupców, wybitnych kucharzy, znachorów, żeglarzy, najemników oraz Niepowszednich. Choć konkurencja była ogromna, a plotka głosiła, że kniaź przyjmował ledwie jednego na stu kandydatów, każdy żywił nadzieję, iż to właśnie jemu się poszczęści i władca zapragnie jego usług.
Wśród tej zbieraniny Niepowszedni z Kamiennych Kości byli wyjątkiem. Nie przyjechali błagać o zajęcie, znaleźli się w Starym Zamku na zaproszenie Baldwina II Zacnego, a ten nigdy dotąd nikomu sam nie zaproponował służby.
Ściągając ich do Ferretek, uczynił wyłom we własnych zasadach, ale miał ku temu powód. Naprawiał krzywdę, jaką wyrządził im głupi urzędnik, który samowolnie odesłał z kwitkiem rodziców Nili i Sambora, kiedy ci szukali pomocy na dworze.
Nieroztropny sługa został ukarany, natomiast do Niepowszednich pchnięto posłańca z ofertą zadośćuczynienia. Była więcej niż hojna. Książę obiecywał miejsce wśród swojej świty i osobistą kuratelę. Rozumiał jednak, jak trudnym mógł być dla tak młodych ludzi wybór pomiędzy pozostaniem w domu a przeprowadzką do stolicy, więc dał piątce przyjaciół czternaście dni na to, by pomyszkowali po grodzie, poznali mieszkańców, obyczaje i dopiero wtedy zdecydowali, czy chcą opuścić rodzinne strony.
Tylko głupiec by nie spróbował.
Zjawili się w Ferretek wraz ze starszyzną wioski, która miała obowiązek oraz przywilej uczestniczyć w odprowadzeniu Niepowszednich na służbę.
Tym sposobem, bez żadnych zabiegów czy starań, znaleźli się w Starym Zamku od razu na prawach książęcych sług. Nie mieli jeszcze wstępu do zachodniego skrzydła, lecz potraktowano ich, jakby było przesądzone, że dołączą do dworu. Nie tylko przydzielono im dwie izby w wieży zamiast zwykłych łóżek we wspólnych salach, ale na dodatek nie kazano za gościnę płacić.
Nila miała wrażenie, że jej świat przeobraża się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Trzy miesiące wcześniej przedzierali się przez Łajdacki Kraniec, kilka dni temu za dom uważali bezkresne głazowisko nad Topielą, a teraz... Sporo zmian jak na proste dzieciaki.
Wcale nie byli jednak pewni, czy należy propozycję kniazia przyjąć. Mieli wszak pożegnać się z tym, co kochali, by przywitać z czymś, co - choć olśniewające i kuszące - jawiło się jako obce, a na dodatek skrojone być może nie na ich miarę.
Każde na swój sposób rozprawiało się z zamętem w głowie, nie dzieląc się rozterkami z pozostałymi.
Nila czuła się zagubiona. Po szalonej podróży przez Łajdacki Kraniec rodzinna osada wydawała się jej nazbyt ciasna, jednak myśl o rozłące z rodzicami sprawiała ból. Dlatego, choć zachwycała się grodem, statkami na falach, zamkiem, wielobarwnym tłumem oraz całą resztą atrakcji widzianych w drodze do wieży, nie przestawała tęsknić za widokiem głazów, których bezruch uspokajał ją każdego poranka.
Wyjechać czy zostać? Była rozdarta.
- Mieszkam w Ferretek, stolicy potężnego Ferretum - na próbę wypowiedziała osobliwie brzmiące słowa, ale wsłuchawszy się w nie, westchnęła zniechęcona.
Ile razy by ich nie powtarzała, wciąż wydawały się obce.
- Ech, co tam... - Wzruszyła ramionami. - Nie muszę decydować pierwszego dnia.
I, by zająć myśli czymś innym, rozejrzała się po izdebce.
- Bogowie, ile pięter! - Rozległo się w tej samej chwili od progu. - Ależ się zmachałam.
Alla, czerwona z wysiłku, weszła do środka, dźwigając przed sobą klatkę z magnetykami. Od razu ruszyła w stronę okna.
- Nilu, przesuń się. - Odepchnąwszy łagodnie siostrę, postawiła wiklinowy kojec w wykuszu. - Uff! Rąk i nóg nie czuję. Słowo daję, nie wiem, czy chcę przysięgać wierność kniaziowi. Te schody mnie wykończą. Kadok!
Lis wpadł do izby, liznął Nilę po dłoni, obwąchał wszystkie kąty i już wiedział, co robić. Wlazł na łóżko, prostą drewnianą pryczę z cienkim siennikiem oraz lichą kołdrą. Zatoczył trzy kółka za własnym ogonem i zadowolony, jakby od zawsze należało mu się to legowisko, zwinął się w kłębek, spod półprzymkniętych powiek obserwując Allę.
Dziewczyna patrzyła na tę jawną bezczelność rozbawiona.
- Złaź - rzuciła krótko.
Ani drgnął. Zamruczał tylko gardłowo, na co Bestiarka z westchnieniem usiadła obok niego. Widać było, że już nie pierwszy raz odprawiali ów rytuał, bo zamiast zganić ulubieńca, pogłaskała go po uchu. Potem przeniosła dłoń na wysłużony stelaż pryczy. Przejechała po nim opuszkami, chyba niepewna, czy sosnowe drewno wytrzyma ciężar jej i wilczego lisa. Wreszcie, ze sceptyczną miną, obmacała pościel. Skrzywiła się, zdegustowana mizerotą posłania.
- Dobrze, że mama spakowała nam po porządnej pierzynie - mruknęła, po czym powtórzyła bez przekonania: - Kadok, złaź, mówię ci.
Nie ruszył się z miejsca, ale zamachał ogonem.
- Nie rób tych maślanych oczu - ostrzegła. - To nic nie da. Masz grube futro. Śpisz pod łóżkiem.
Nila uśmiechnęła się z powątpiewaniem. Od trzech miesięcy lis nie spędził nawet jednej nocy na podłodze.
- Allu, gdzie reszta? - zagadnęła, bo od strony schodów wciąż nie docierały głosy przyjaciół.
- Zostali w tyle. Dalko pomaga Flawii, a Sambor niesie moje pakunki. Szkoda, że nie słyszałaś, co wygaduje Berard. Przeklina każdy stopień z osobna.
Uśmiech Nili zgasł jak świeca na wietrze. Berard Znachor był wrzodem, zatruwającym jej życie od dnia, w którym przełożyła przez ramię torbę medykusa i rozpoczęła posługę Żniwiarki. Wiecznie się o coś kłócili, jak nie o pacjentów, to o metody leczenia. On zarzucał dziewczynie szarlatanerię, ona jemu nieuctwo.
Nic dziwnego, że nie chciała z nim dzielić pierwszych dni rozłąki z rodzicami, lecz niewiele miała do powiedzenia. Berard należał do starszyzny osady, więc jego obecność w Ferretek była wręcz wymagana.
- A Lotar i Jurand? - spytała o pozostałych członków rady wioski.
- Lotar dyszy, ale idzie pod górę. Chyba nic mu nie dolega, bo nie przestaje gadać, ile srebra przypadnie Kamiennym Kościom, jeśli tu zostaniemy. - Alla skrzywiła się ze wzgardą i dodała: - A Jurand oczywiście wściekł się. Ma dość słuchania o pieniądzach, gdy musi pożegnać piątkę dzieci.
Nila pokiwała głową. Nie spodziewała się niczego innego po Jurandzie, ojcu Sambora. Uwielbiała go, tak jak reszta Niepowszednich. Był twardy, charakterny i prawy, a jego obecność wynagradzała im konieczność znoszenia eskorty pozostałych opiekunów, którzy myśleli tylko o tym, że za każdego Niepowszedniego księstwo nagradzało rodzimą wioskę sowitą rekompensatą. Wprawdzie lwia część zapłaty przypadała rodzicom, ale reszta też była łakomym kąskiem.
- Rozejrzałaś się już? - zaciekawiła się Alla, wstając z łóżka.
- Aha. Tam jest woda, możesz się odświeżyć, a widok z okna... Och! Sama zobacz.
- Zuch! Odważyłaś się! - ucieszyła się Bestiarka, jednak zamiast pobiec do wykusza, sięgnęła po kościany grzebień. - Przez tę wspinaczkę wyglądam pewnie jak strach na wróble.
Raz-dwa związała włosy w gruby węzeł i wygładziła suknię. Nila przyglądała się jej urzeczona, gdyż siostra, nawet spocona, rozczochrana i w wymiętym odzieniu, porażała urodą.
Od czasu powrotu z Łajdackiego Krańca Alla nosiła się na czarno, pozwalając sobie tylko na przepaskę z błękitnej wstążki, bo ta przypominała jej beztroskie czasy, kiedy nie wiedziała o istnieniu Welesa. Za nic nie chciała wrócić do wesołych kolorów falban, twierdząc, że czuje się pewniej, gdy nie rzuca się strojem w oczy.
Niepowszedni przypuszczali jednak, że dziewczyna upodobała sobie odcień hebanowego drewna wzorując się na Adze Badur, nieulękłej wojowniczce z Bawidła, którą Bestiarka darzyła przyjaźnią i głęboko podziwiała.
Alla, pochwyciwszy spojrzenie siostry, uniosła brwi.
- Tylko znów nie zaczynaj - sarknęła. - Ty lubisz szare suknie, ja czarne.
- Przecież słowa nie rzekłam.
- I dobrze. Lepiej trochę powęszmy. To może być nasz nowy dom.
Pół minuty później było po oględzinach. W malutkim pomieszczeniu z trudem mieściły się trzy prycze, niewielka skrzynia na ubrania i mały zydel z miską do mycia.
Alla uśmiechnęła się.
- Klitka, co?
Nila wzruszyła ramionami. Chociaż inaczej wyobrażała sobie zamkowe pokoje, nie czuła się zawiedziona. Bieda jej nie przeszkadzała, a do zbytków nie przywiązywała wagi. Zresztą, kto miał nieszczęście być wiezionym jako żywy towar na targ, doceniał wszystko, co go spotykało na wolności, także niewygodny pokoik z lichą pościelą.
- U chłopaków też taka nędza?
- Ciaśniej i tylko dwa łóżka.
- Ciekawe, co powiedzą...
Jakby na zawołanie, wąską przestrzeń klatki schodowej wypełniły śmiechy i głośny tupot - pozostała trójka Niepowszednich wreszcie dotarła na górę.
Nila puściła oko do siostry.
- Pytasz, co powiedzą? Dowiedzmy się - szepnęła i wystawiła głowę za drzwi. - Jesteśmy tutaj! Flawio, chodź do nas, odpoczniesz. A wy, chłopaki, macie obok swoją... - stłumiła chichot - ...komnatę.
Sambor popatrzył na nią podejrzliwie, wietrząc podstęp, ale Dalko zapiał z zachwytem:
- K o m n a t ę?! Szlag... kniaź ma gest. Jak żyję nie mieszkałem w komnacie!
W te pędy rzucił się w stronę zamkniętych drzwi. Za ścianą zapadła długa cisza, a potem...
- Nilu! - rozdarł się. - To tu?! No... moja matka miała większy schowek na miotły.
Unik zarechotał, rozbawiony.
- I z czego rżysz? - parsknął śmiechem Dalko. - Będziesz chyba spał z nogami na korytarzu.
- Aha, a klamoty wywieszę za oknem.
Rozradowani, porzucili pakunki i wepchnęli się do przyjaciółek.
W maleńkim pokoiku dziewcząt zrobiło się nagle tłoczno. Przez moment trwało zamieszanie, kto ma gdzie usiąść, kto przesunąć nogi, aż wreszcie Sambor ruszył ku Nili, a Dalko padł na łóżko obok Flawii.
- Komnata! - prychnął wesoło i gwizdnął na lisa.
Kadok natychmiast przeniósł się do nich, bynajmniej nie zamierzając leżeć spokojnie. Wciskał im nos pod pachy albo podszczypywał łydki i we trójkę wiercili się na wąskiej pryczy tak długo, aż w końcu się sobą nacieszyli.
Źrenicznik wyjął z kieszeni procę, by z pietyzmem położyć ją pod łóżkiem. Była pierwszym prezentem, jaki dostał w Kamiennych Kościach od swej nowej rodziny, więc traktował ją niemal jak relikwię. Od kiedy zaś Jurand nauczył go z niej strzelać, nigdy się z nią nie rozstawał.
Upewniwszy się dwukrotnie, że brzozowe cacko jest na podłodze bezpieczne, Dalko zajął się swoim drugim skarbem. Pogłaskał Flawię po głowie i zapytał:
- I jak, mała? Wiem, że trochę biednie na tej służbie i do domu daleko, ale damy radę, co?
Wszyscy obserwowali rudowłosą uważnie. Choć nigdy się nie skarżyła, zakładali, że jako najmłodsza, mogła mieć najwięcej obaw przed przeprowadzką.
Wodniczka uśmiechnęła się uspokajająco.
- Wszystko mi jedno, braciszku, byle z wami.
- Prawda? - rozpromienił się Dalko. - Też tak myślę.
Dobry nastrój tej dwójki podziałał na pozostałych. Kadok zasnął, Alla wpatrywała się w sufit rozmarzonym wzrokiem, a Sambor pociągnął Nilę w stronę wykusza. Stanął za jej plecami i ciasno objąwszy ją w talii, zasłonił dziewczynę przed przyjaciółmi. Chwilę chichotali, gdy udało mu się skraść całusa, a potem leniwie spoglądali na oszałamiający widok za oknem.
- Podoba ci się? - szepnął. - Tylko mów prawdę.
- Jest inaczej - odparła ostrożnie. - Wszędzie pełno ludzi. Na korytarzu ciągle biegają i krzyczą, jakby zaraz mieli wejść bez pytania...
Drgnęła zaskoczona, bo ktoś po drugiej stronie drzwi rzeczywiście nacisnął klamkę.
- Ech... - skrzywił się Sambor. - Myślałem, że mamy więcej czasu.
W progu stanęło dwóch mężczyzn, którzy choć różnili się od siebie jak dzień od nocy, w owej chwili byli tak samo purpurowi z wysiłku i jednakowo ciężko sapali.
Pierwszy wcisnął się do izby brzuchaty jegomość średniego wzrostu, w Kamiennych Kościach cieszący się sławą najbogatszego gospodarza oraz najznamienitszego cieśli.
- O niebiosa - wydusił z siebie. - Ledwo żyję.
Nila z żalem wyswobodziła się z objęć Sambora.
- Daj mi rękę, Lotar - nakazała i chwyciwszy go za nadgarstek, wsłuchała się w pulsowanie krwi.
Miała powody do niepokoju, gdyż tłuścioch zupełnie nie dbał o niedomagające serce. Od lat popijał w nadmiarze gorzałkę, folgował sobie przy stole, wolał wysługiwać się czeladnikami niż ruszać samemu, a przestrogi Żniwiarki puszczał mimo uszu.
Tym razem martwiła się na zapas. Tętno wprawdzie miał przyspieszone, ale jego serce radziło sobie dobrze. Lotar też to wiedział, bo choć z trudem oddychał, całą uwagę poświęcał czemu innemu. Bystrymi oczami lustrował przydzieloną Niepowszednim kwaterę, jakby spodziewał się znaleźć pod łóżkami niezmierzone bogactwa podarowane przez kniazia.
Żniwiarka westchnęła w duchu. Może trochę przesadzała, biorąc ciekawość Lotara za zachłanność, ale przecież niczego innego nie można było od niego oczekiwać. Dziewczyna, tak jak reszta wsi, wierzyła, że cieśla, nawet leżąc na marach, przeliczałby wszystko na pieniądze.
- I co? - stęknął.
- Będziesz żył - uspokoiła go.
- Toż widać, że jeszcze nie umarł - rozległo się od progu, a Nila musiała salwować się skokiem na łóżko, bo do środka bezceremonialnie wpakował się drugi z mężczyzn, kawał chłopa z siwą brodą i wiecznie pochyloną głową.
Był tak zwalisty, że w maciupeńkiej izbie wyglądał jak monstrualnych rozmiarów posąg, który ktoś upchnął w szafie.
- Do groma, Berard, prawie żeś ją stratował - oburzyła się Alla. - Nie możesz poczekać?
- Nie przyjechałem tu stać w korytarzu. Przesuńcie się!
Niepowszedni instynktownie podciągnęli nogi na pryczach, zniesmaczeni tym bezczelnym panoszeniem się. Berard Znachor kręcił się i szarogęsił, jakby był gospodarzem pokoju, a nie ledwie tolerowanym gościem. Tu rzucił czapkę, tam postawił torbę, tu położył bukłak, tam powiesił podróżną pelerynę i zupełnie nie zwracał uwagi na ich karcące spojrzenia.
Następnie przytknął dwa paluchy do opasłej szyi Lotara.
- Zipiesz, grubasie, jak stary muł, co zaraz zdechnie - orzekł bez ceregieli.
Ta impertynencja nikogo nie zdziwiła. Berard był chamem z upodobania.
- Nic mu nie będzie - odezwała się chłodno Nila.
Znachor zbył ją wzruszeniem ramion i zajął się grzebaniem w czeluściach porzuconej na podłodze torby. Z tryumfalnym okrzykiem wyciągnął zeń maleńki bukłaczek.
- Ha! Masz ty, Lotar, szczęście, że jestem na miejscu. Pociągnij kilka łyków - polecił, a sam posłał Nili zjadliwe spojrzenie. - Niby Żniwiarka, a pomóc choremu nie potrafi.
Jak zwykle - pomyślała znużona, bo Berard był przewidywalny aż do bólu. Nigdy nie przepuszczał okazji, by jej dopiec.
Zazwyczaj reagowała złością i nie ustępowała mu pola, ale tym razem nie miała ochoty na awantury. Dzień zapowiadał się wystarczająco ciężko i bez utarczek ze zgryźliwcem. Lada moment mieli się po nich zjawić posłańcy ochmistrza, najwyższego rangą zarządcy zamku. Niepowszedni winni zaprezentować się godnie, by nie przynieść wstydu sobie, rodzicom oraz Kamiennym Kościom. Potrzebowali zatem czasu, by oporządzić się po długiej podróży i uspokoić myśli. Nie warto było marnować go na jałowe spory.
Nila zignorowała więc zaczepki znachora i skupiła uwagę na Lotarze.
- Będzie dobrze. To zwykła zadyszka, odpocznij. Tyle wystarczy. I... nie musisz tego pić. Ta mikstura nie uleczy twojego serca - powiedziała.
Cieśla zerknął na naczynko, nie wiedząc, co robić.
- Mówię prawdę - zapewniła. - To nic niewarta mieszanina.
Znachor skrzywił się, urażony.
- Okaż no, dziecko, trochę pokory - burknął. - Wy, Żniwiarze, nie macie pojęcia o lekach. Umiecie tylko przykładać ręce i liczyć, że wam się uda. A jeśli nie, to płaczecie, że choroba była za ciężka. Ja leczę naprawdę! Ziołami! Trzeba się na nich znać, latami je poznawać. Ty nie odróżniasz trawy od pokrzywy.
Nila umiała powściągnąć emocje, ale jej cierpliwość miała swoje granice. Przecież wiedziała wszystko o ziołach. Jako Żniwiarka czuła rośliny tak samo, jak każdy inny żywy organizm. Wystarczyło, by dotknęła liścia lub łodygi, a już zyskiwała pewność, czy nadają się na medykamenty, czy lepiej omijać je z daleka.
Jakiż sens miało tłumaczenie tego Berardowi? Nigdy nie zadał sobie trudu, by zrozumieć moc, którą władała. Widział w niej tylko zagrożenie dla swojej pozycji w osadzie.
- Naprawdę? - warknęła.
Wyrwała bukłaczek z rąk Lotara i przystawiła do niego nos.
- Miód, czosnek, głóg, mniszek, mięta pieprzowa, jemioła i serdecznik. Przyjemne, ale nieskuteczne, gdy ktoś codziennie zjada pół świniaka na obiad.
Grubas podskoczył, jakby go dźgnęła szydłem.
- Wypraszam sobie!
Nila popatrzyła na jego nalaną twarz i zrobiło jej się wstyd. Czymże różniła się od znachora, skoro tak samo podle raniła słowami?
- Wybacz - odezwała się łagodnie. - Nie mnie oceniać, ile jesz.
Cieśla, który sam miał irytujący zwyczaj wtrącania się w cudze sprawy oraz udzielania niechcianych rad, zerknął na nią nieufnie. Upewniwszy się jednak, że nie kpi, machnął ręką.
- Dajmy temu spokój. Jesteś Żniwiarką, masz prawo napominać. Pogadajmy o ciekawszych sprawach! - Zatarł energicznie dłonie. - Jak się czujecie w nowym domu?
Nie mógł zmienić tematu na gorszy. Pięcioro Niepowszednich łypnęło na niego ze złością. Po dziurki w nosie mieli podobnych pytań. Od dnia otrzymania listu od kniazia słyszeli wyłącznie dociekliwe nagabywania o to, co postanowili i jak im się żyje z ową decyzją.
- Nijak - odparła w imieniu wszystkich Flawia. - Jeszcze nie wiemy, czy to nasz nowy dom. Może wcale tu nie zostaniemy.
I wtedy się zaczęło...
- Zdurnieliście? - huknął Berard. - Wielki świat się przed wami otwiera. Sławę i fortunę możecie zdobyć.
- A o starych rodzicach pomyślcie - wtrącił swoje Lotar. - Dzięki wam ojciec z matką obrosną w piórka. Głód przestanie im zaglądać w oczy, chałupy naprawią, młodszym dzieciakom posag przygotują. A i my... to znaczy, Kamienne Kości też skorzystają na waszej piątce. Takie szczęście nie zdarza się...
Niepowszedni spojrzeli na siebie zniecierpliwieni. Słyszeli to już tyle razy, że znali na pamięć kolejne zdania. Lotar potrafił tak perorować w nieskończoność.
- ...często. Kniaź jest hojnym człowiekiem - ciągnął, nie zauważywszy ich irytacji - ale nie powtórzy zaproszenia, jeśli...
Alla ucięła tę tyradę nagłym machnięciem dłoni. Tyle wystarczyło, by Kadok stanął na łóżku i rozjazgotał się upiornie. Wydawane przez niego dźwięki wwiercały się w mózg, ale wszystko było lepsze od ględzenia starszyzny. Nawet to.
Berard przytknął dłonie do uszu, a Lotar zarzucił szerokie poły peleryny na głowę.
- Na bogów, Allu, ucisz go! - jęknął.
- A dacie nam się spokojnie zastanowić? To my musimy opuścić dom. Nie wy.
Cieśla skinął głową, ale wraz ze znachorem obrazili się na dobre.
W izdebce nastała błoga cisza.
Niepowszedni nie umieli długo wytrwać w powadze. Zaczęli chichotać i kto wie, czy nie wynikłaby z tego nowa awantura, gdyby nie stanowcze pukanie do drzwi.
Do pokoju wkroczył obładowany pakunkami mężczyzna. Rozejrzawszy się po klitce, rzucił manatki na wolne łóżko. Był postawnym człowiekiem o szerokich barach. Nosił się prosto, z żołnierska, na czarno. W latach młodzieńczych musiał być wyjątkowo przystojnym chłopakiem, bo ślady jego wielkiej urody jeszcze nie przeminęły. Nie było wątpliwości, po kim Sambor odziedziczył regularne rysy, długie ciemne rzęsy i oczy, których spojrzenie tak zachwycało dziewczęta.
- Tato! Nareszcie - przywitał go Unik.
Jurand potarmosił czuprynkę Flawii, uśmiechnął się radośnie do pierworodnego i dotknął ramienia Dalko. Ten objął go jak najlepszego druha.
- Długo cię nie było - wypomniał. - Zaczynałem się martwić.
- Wiem. Wybacz mi, chłopcze. Musiałem odpocząć od gadki o pieniądzach, ale słyszę, że i tak wróciłem za wcześnie ...- Westchnął. - Lotar, czy nie możesz zamilknąć? A ty, Berard, przestań na nich naciskać, do licha! Sami zdecydują.
- To z troski - odparował znachor.
- Hmm... ciekawe. Szkoda, że nie troszczycie się tak o złapanie zdrajcy. Trzy miesiące minęły, odkąd przywiozłem dzieci z Krańca, a wy nadal nic nie zrobiliście. Odrzucacie każdy mój pomysł.
Lotar pokręcił głową.
- Bo chcesz ludziom do domów włazić i śladów magnetyków szukać.
- Albo wypytywać, kto się nagle wzbogacił - wytknął Berard. - Już ci mówiliśmy, że u nas sami uczciwi.
Alla uniosła brwi.
- Doprawdy? A jednak jakaś czarna owca się zaplątała, czyż nie? Ktoś nas wydał Okrutnym Złotnikom.
Znachor rzucił jej ciężkie spojrzenie.
- A wy znowu swoje? Ileż można? Słowo daję, powariowaliście. Wciąż wam to tłumaczę: sześć miesięcy nie padało. Sześć! - powtórzył, jakby miał do czynienia z głupcami. - Panowała susza, więc woda w Topieli opadła i odsłoniła most. Łowcy skorzystali z okazji. Przeleźli na drugi brzeg, bo co im szkodziło spróbować. Zgarnęli, kto się nawinął, i uciekli. Ot i cały spisek! To wszystko. Pech, po prostu. Nikt was nie sprzedał, na bogów!
Wzburzony, sięgnął po sporych rozmiarów bukłak i pociągnął kilka solidnych łyków. W izdebce rozszedł się ostry zapach ziołowej gorzałki.
Nila patrzyła na znachora zasmucona. Dziesiątki razy przeprowadzali tę samą rozmowę, wciąż z jednakim efektem. Berard z Lotarem nie wierzyli w istnienie zdrajcy, a Niepowszedni z Jurandem dość mieli upokarzającego dowodzenia swych racji.
- Weles nie polował na ślepo - przypomniała ponuro Flawia. - Ktoś mu w tym pomógł. A potem przez całą drogę słał z Kamiennych Kości gołębie.
- Bzdura, dziecko. Nie chcemy już tego słuchać.
Jurand pogładził Wodniczkę po głowie.
- Cóż - rzekł - zatem dobrze, że zaczęliśmy sami szukać drania.
Cieśla poczerwieniał na twarzy i jął nerwowo gmerać grubymi paluchami przy troczkach koszuli. Wyglądał jak indor, szykujący się do ataku. Gdy wreszcie poluzował ciasne wiązanie, wysapał:
- Ty, Jurand, zawsze byłeś mąciwodą. Wbrew starszyźnie węszyłeś!
- Ależ skąd. Jakby nie było należę do starszyzny.
- Samowola! Wyrzucimy cię z rady.
Po Jurandzie spłynęło to jak woda po kaczce.
- Róbcie, co chcecie, bo ja i tak nie przestanę szukać. Ktoś skrzywdził mi dzieci. Nie daruję! Wrócę i znajdę łajzę.
- W pojedynkę?
- Jak trzeba, to w pojedynkę!
- Kniaź nam pomoże - przyszedł ojcu w sukurs Sambor. - Poczekajcie, aż nas zaprzysięgnie i wyśle ze zbrojnymi do wioski. Wytropimy drania, a kiedy go skażą, codziennie będę parcha odwiedzał w lochu i patrzył, jak tam gnije.
- A my pożyjemy sobie na zamku. - Wyszczerzył się radośnie Dalko. - Szlag... w bogactwie, i w komnatach, i w...
Chciał jeszcze coś dodać, zapewne o zbytkach, które czekały na nich po kilku latach służby u księcia, ale nie zdążył. Głośny łomot do drzwi przerwał mu w połowie oddechu.
- Niepowszedni z Kamiennych Kości? - rozległo się na korytarzu.
Popatrzyli na siebie, uradowani.
- Od ochmistrza! - Flawia zaklaskała w dłonie i aż podskoczyła na łóżku.
- Otwierać!
Berard uchylił drzwi.
Na korytarzu stało czterech uzbrojonych po zęby gwardzistów, a piąty odepchnął znachora i wpakował się do izby. Zawiesił wzrok na Nili, która stała najbliżej.
- Jesteście z Kamiennych Kości? - upewnił się, zaglądając do zapisanego maczkiem pergaminu. - Pięcioro Niepowszednich?
- Tak! - odpowiedziała pogodnie. - To my. Idziemy?
Mężczyzna otworzył szerzej oczy, zaskoczony jej entuzjazmem. Przebiegł spojrzeniem po uśmiechniętych twarzach pozostałych Niepowszednich i ponownie zerknął na dokument, jakby nie dowierzał jego treści. Przeczytawszy go raz jeszcze, wzruszył ramionami i oznajmił:
- Oto nakaz z Pałacu Sprawiedliwości. Jesteście aresztowani.