Niepowstrzymani. Jak przejęliśmy władzę nad światem - Yuval Noah Harari

Kup ebooka

42.90 zł
33.46 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

sza­ła­sie, pe­łnym naj­roz­ma­it­sze­go ro­bac­twa. Pa­mi­ętaj­cie: nie było do­mów, w któ­rych mo­żna było się schro­nić za so­lid­ny­mi ścia­na­mi i okna­mi.

I oczy­wi­ście nie cho­dzi­ło tyl­ko o owa­dy - lu­dzie ci­ągle mu­sie­li się też oba­wiać ty­gry­sów, węży i kro­ko­dy­li. Pa­trząc na ty­gry­sy w te­le­wi­zji albo na­wet wi­dząc je na żywo w zoo, czu­je­cie się bez­piecz­ni, bo z te­le­wi­zo­ra nie mogą was za­ata­ko­wać, a z klat­ki nie mogą uciec. Ale jak by to było, gdy­by ty­gry­sy znaj­do­wa­ły się na wol­no­ści i gra­so­wa­ły po oko­li­cy? Czu­li­by­ście się bez­piecz­nie, wy­cho­dząc z domu, idąc do szko­ły albo na spo­tka­nie z przy­ja­ció­łmi?

Do tego jesz­cze ta po­go­da. Kie­dy pa­da­ło, zbie­ra­cze mo­kli. Do­słow­nie prze­ma­ka­li. W zi­mie było im zim­no, a w le­cie go­rąco. Nie mo­gli też przez cały dzień cho­wać się gdzieś w głębi ja­ski­ni. Je­śli nie wy­szli szu­kać je­dze­nia - albo je­śli je­dze­nia nie zna­le­źli - byli głod­ni.

Nie­ste­ty dość często zda­rza­ły się wy­pad­ki, a po­nie­waż zbie­ra­cze nie mie­li szpi­ta­li ani no­wo­cze­snych le­ków, na­wet mała rana czy zła­ma­nie mo­gły być bar­dzo gro­źne. Po­wiedz­my, że ja­kiś chło­pak wspi­ął się na drze­wo, żeby ze­rwać owo­ce, spa­dł i zła­mał nogę; prze­cież nie mógł le­żeć w łó­żku przez mie­si­ąc (bo i tak zresz­tą nie było łó­żek). Inni lu­dzie z gro­ma­dy po­ma­ga­li mu, jak tyl­ko mo­gli, ale je­śli nie nadążał, gdy prze­no­si­li się do no­we­go obo­zu, albo nie da­wał rady ucie­kać przed ty­gry­sa­mi, to miał duży kło­pot. Duży jak ty­grys.

Szcze­gól­nie dzie­ci były na­ra­żo­ne na ró­żne nie­bez­pie­cze­ństwa. Żeby ro­snąć i na­bie­rać siły, po­trze­bo­wa­ły dużo je­dze­nia, a nie umia­ły jesz­cze do­brze wspi­nać się na drze­wa i ra­dzić so­bie z gro­źny­mi zwie­rzęta­mi. Co­dzien­nie mu­sia­ły zda­wać nowe te­sty: w po­nie­dzia­łek spraw­dzian pod ty­tu­łem "uwa­żaj na węże". We wto­rek test z od­naj­dy­wa­nia dro­gi w ciem­nym le­sie, a w śro­dę - z po­lo­wa­nia na ma­mu­ty. W czwar­tek trze­ba było prze­pły­nąć przez lo­do­wa­tą rze­kę, a w pi­ątek od­ró­żniać do­bre grzy­by od tru­jących. Nie mia­ły też prze­rwy w week­end, bo w so­bo­tę cze­ka­ło je za­li­cze­nie ze wspi­nacz­ki po drze­wach, a w nie­dzie­lę z wy­kra­da­nia mio­du - tak, żeby nie dać się użądlić set­kom psz­czół.

Kto nie zda­wał któ­re­goś z ta­kich te­stów, nie tyl­ko otrzy­my­wał złą oce­nę - ale też mógł umrzeć. Może jed­nak nasz świat nie jest taki strasz­ny!

WIEL­KIE MÓ­ZGI KU­CHA­RZY

Przez ko­lej­ne po­ko­le­nia lu­dzie ob­ser­wo­wa­li ogień i co­raz le­piej go po­zna­wa­li. Zro­zu­mie­li, że cho­ciaż jest gwa­łtow­ny i dzi­ki, rządzą nim pew­ne za­sa­dy. Po­tra­fi­li się z nim za­przy­ja­źnić. Wpy­cha­li dłu­gi kij w pło­nące drze­wo, a gdy jego ko­ńców­ka za­czy­na­ła się pa­lić, wy­ci­ąga­li go z po­wro­tem. I mie­li ogień na kiju. Ten ogień ich nie spa­lał, za to oni mo­gli spa­lić wszyst­ko, cze­go do­tknęli tym pło­nącym ki­jem. To było nie­zwy­kle po­ży­tecz­ne! Mo­gli prze­no­sić ogień ze sobą z miej­sca na miej­sce, żeby się ogrze­wać i od­stra­szać lwy.

Wci­ąż jed­nak lu­dzie mie­li z ogniem pe­wien po­wa­żny pro­blem: nie wie­dzie­li, jak go roz­pa­lić. Cze­ka­nie na ude­rze­nie pio­ru­na może być bar­dzo fru­stru­jące. Je­śli jest ci zim­no i mok­niesz, mo­żesz usi­ąść przy drze­wie i cze­kać cho­ćby cały rok - ale i tak pio­run wca­le nie musi w nie ude­rzyć. A je­śli goni cię lew, nie masz na­wet dwóch se­kund na cze­ka­nie. Ogień jest ci po­trzeb­ny JUŻ TE­RAZ!

W ko­ńcu lu­dzie wy­my­śli­li, jak roz­wi­ązać ten pro­blem. Je­den spo­sób na roz­pa­le­nie ognia po­le­gał na ude­rza­niu krze­mie­niem w inny ka­mień, zwa­ny pi­ry­tem. Je­śli bar­dzo moc­no ude­rzy­ło się w pi­ryt, wy­twa­rzał on iskrę, a je­śli uda­ło się tę iskrę skie­ro­wać na su­che li­ście, cza­sa­mi zaj­mo­wa­ły się one ogniem i za­czy­na­ły pło­nąć.

Inny spo­sób po­le­gał na tym, by naj­pierw zna­le­źć spo­ry ka­wa­łek su­che­go drew­na, wy­drążyć w nim za­głębie­nie i wło­żyć tam tro­chę su­chych li­ści. Po­tem trze­ba było wzi­ąć ki­jek, za­ostrzyć ko­niec i umie­ścić go w tym za­głębie­niu, po czym przez kil­ka mi­nut bar­dzo szyb­ko ob­ra­cać ki­jek mi­ędzy wy­pro­sto­wa­ny­mi dło­ńmi.

Ko­niec kij­ka sta­wał się co­raz go­ręt­szy, aż wresz­cie za­pa­lał su­che li­ście. Z otwo­ru za­czy­nał uno­sić się dym, a po­tem po­ja­wiał się pło­mień. Ogień! Te­raz, gdy nad­cho­dził lew, wy­star­czy­ło po­ma­chać pło­nącym kij­kiem, a lew ucie­kał.

Dzi­ęki temu, że lu­dzie na­uczy­li się wy­ko­rzy­sty­wać ogień, sta­li się wy­jąt­ko­wi. Siła pra­wie wszyst­kich zwie­rząt bie­rze się z ich wła­sne­go or­ga­ni­zmu: z siły mi­ęśni, wiel­ko­ści zębów czy ostro­ści pa­zu­rów. Za to lu­dzie dzi­ęki ognio­wi zy­ska­li wła­dzę nad nie­ogra­ni­czo­nym źró­dłem siły, któ­ra nie mia­ła nic wspól­ne­go z ich cia­łem. Je­den sła­by czło­wiek z pło­nącym ki­jem mógł w ci­ągu kil­ku go­dzin spa­lić cały las, nisz­cząc ty­si­ące drzew i za­bi­ja­jąc ty­si­ące zwie­rząt.

Ale naj­wspa­nial­szą rze­czą w ogniu nie było to, że od­pędzał lwy czy że da­wał lu­dziom cie­pło i świa­tło. Nie, naj­wspa­nial­sze w ogniu było to, że dzi­ęki nie­mu pra­daw­ni lu­dzie mo­gli za­cząć go­to­wać.

Gdy nie mie­li jesz­cze ognia, je­dze­nie su­ro­we­go po­ży­wie­nia wy­ma­ga­ło od nich wie­le cza­su i wy­si­łku. Mu­sie­li dzie­lić je na małe ka­wa­łki i dłu­go prze­żu­wać, a na­wet wte­dy żo­łądek bar­dzo ci­ężko pra­co­wał, żeby je stra­wić. Czło­wiek po­trze­bo­wał więc du­żych zębów, du­że­go żo­łąd­ka i dużo cier­pli­wo­ści. Gdy lu­dzie po­sie­dli ogień, je­dze­nie sta­ło się o wie­le ła­twiej­sze. Dzi­ęki go­to­wa­niu po­ży­wie­nie ro­bi­ło się mi­ęk­kie, więc lu­dzie po­trze­bo­wa­li znacz­nie mniej cza­su i wy­si­łku, żeby je zje­ść i stra­wić. W re­zul­ta­cie lu­dzie za­częli się zmie­niać: ich zęby sta­wa­ły się mniej­sze, ma­la­ły też ich żo­łąd­ki... i mie­li o wie­le wi­ęcej wol­ne­go cza­su!

Dziś lu­dzie na ca­łym świe­cie ró­żnią się nie­co wy­glądem i mó­wią ró­żny­mi języ­ka­mi, ale tak na­praw­dę wszy­scy je­ste­śmy tacy sami. Nie­za­le­żnie od tego, czy po­je­dzie­my do Chin, czy do Włoch, na Gren­lan­dię czy do Re­pu­bli­ki Po­łu­dnio­wej Afry­ki, wszędzie spo­tka­my ten sam ro­dzaj lu­dzi.

Oczy­wi­ście Chi­ńczy­cy, Wło­si, Gren­land­czy­cy i Po­łu­dnio­wo­afry­ka­ńczy­cy ró­żnią się na przy­kład ko­lo­rem wło­sów i skó­ry, ale pod skó­rą wszy­scy mamy po­dob­ne cia­ła, po­dob­ne mó­zgi i po­dob­ne zdol­no­ści. Chi­ńczy­cy mogą uczyć się wło­skie­go, Gren­land­czy­cy mogą grać w pi­łkę z Po­łu­dnio­wo­afry­ka­ńczy­ka­mi, a wszy­scy mogą ra­zem zbu­do­wać sta­tek ko­smicz­ny.

To dość dziw­ne, że na ca­łym świe­cie ist­nie­je tyl­ko je­den ro­dzaj czło­wie­ka. Prze­cież w ka­żdym kra­ju są ró­żne ro­dza­je mró­wek, węży czy nie­dźwie­dzi. W lo­do­wa­tej Gren­lan­dii żyją nie­dźwie­dzie po­lar­ne, w ka­na­dyj­skich gó­rach nie­dźwie­dzie griz­zly, w la­sach Ru­mu­nii nie­dźwie­dzie bru­nat­ne, a w bam­bu­so­wych la­sach Chin nie­dźwie­dzie zwa­ne pan­da­mi. Dla­cze­go więc w tych wszyst­kich miej­scach ist­nie­je tyl­ko je­den typ czło­wie­ka?

W rze­czy­wi­sto­ści przez bar­dzo dłu­gi czas na­sza pla­ne­ta była do­mem dla wie­lu ró­żnych ro­dza­jów lu­dzi. W roz­ma­itych częściach świa­ta lu­dzie mu­sie­li ra­dzić so­bie z ró­żny­mi zwie­rzęta­mi, ro­śli­na­mi i kli­ma­ta­mi. Nie­któ­rzy żyli w wy­so­kich gó­rach, gdzie było dużo śnie­gu, a inni na tro­pi­kal­nych wy­brze­żach, gdzie było dużo sło­ńca. Nie­któ­rzy świet­nie się czu­li na pu­sty­ni, inni na ba­gnach. Przez po­nad mi­lion lat lu­dzie przy­sto­so­wy­wa­li się do wy­jąt­ko­wych wa­run­ków pa­nu­jących na ka­żdym te­re­nie i stop­nio­wo sta­wa­li się co­raz bar­dziej ró­żni - tak jak nie­dźwie­dzie.

Dla­cze­go więc dzi­siaj wszy­scy lu­dzie na­le­żą tyl­ko do jed­ne­go ro­dza­ju? Co się sta­ło z in­ny­mi ro­dza­ja­mi? Wy­gi­nęły w wy­ni­ku strasz­nej ka­ta­stro­fy i po­zo­stał tyl­ko nasz ro­dzaj lu­dzi. Co to była za ka­ta­stro­fa? To wiel­ka ta­jem­ni­ca, o któ­rej lu­dzie nie lu­bią mó­wić. Za chwi­lę o niej po­roz­ma­wia­my, ale naj­pierw po­znaj­my kil­ka in­nych ro­dza­jów lu­dzi, któ­rzy kie­dyś żyli w ró­żnych częściach świa­ta.

Tak wła­śnie nasi przod­ko­wie pod­bi­li świat: za po­mo­cą opo­wie­ści. Żad­ne inne zwie­rzę nie wie­rzy w opo­wie­ści. One wie­rzą tyl­ko w rze­czy, któ­re rze­czy­wi­ście mogą zo­ba­czyć, usły­szeć, po­wąchać, któ­rych mogą do­tknąć albo po­sma­ko­wać. Szym­pans wie­rzy, że jest w nie­bez­pie­cze­ństwie, kie­dy wi­dzi zbli­ża­jące­go się węża: le­piej wte­dy ucie­kać! Wie­rzy, że nad­cho­dzi bu­rza, kie­dy sły­szy grzmot: czas na prysz­nic! Wie­rzy, że w po­bli­żu są lwy, kie­dy czu­je za­pach ich kupy: fuuu! Wie­rzy, że ogień jest go­rący, kie­dy do­ty­ka pło­nącej ga­łęzi: aua! I wie­rzy, że ba­na­ny są smacz­ne, kie­dy je zja­da: mmm, py­cha!

My, sa­pien­si, oczy­wi­ście też to wszyst­ko po­tra­fi­my, ale po­nie­waż wie­rzy­my w opo­wie­ści, po­tra­fi­my o wie­le wi­ęcej. Na przy­kład kie­dy nasi przod­ko­wie roz­prze­strze­nia­li się po świe­cie, za ka­żdym ra­zem, gdy na­po­ty­ka­li ne­an­der­tal­czy­ków, ka­rły z Flo­res albo ja­kieś bar­dzo gro­źne zwie­rzę, wiel­ki wódz mógł opo­wia­dać im ró­żne hi­sto­rie, żeby do­dać im otu­chy. "Wiel­ki Duch Lwa chce, że­by­śmy po­zby­li się ne­an­der­tal­czy­ków - mógł mó­wić wódz. - Ne­an­der­tal­czy­cy są bar­dzo sil­ni, ale nie mar­tw­cie się. Na­wet je­śli ne­an­der­tal­czyk cię za­bi­je, to i tak do­brze, bo tra­fisz do kra­iny du­chów po­nad chmu­ra­mi, a tam przyj­mie cię z ra­do­ścią Wiel­ki Duch Lwa i da ci do je­dze­nia mnó­stwo ja­gód i ste­ków ze sło­nia".

I lu­dzie wie­rzy­li w tę opo­wie­ść, więc wspó­łpra­co­wa­li, żeby po­zbyć się ne­an­der­tal­czy­ków. Tak, ne­an­der­tal­czy­cy byli bar­dzo sil­ni, ale 50 ne­an­der­tal­czy­ków nie mo­gło się rów­nać z 500 wspó­łpra­cu­jący­mi ze sobą sa­pien­sa­mi.

Ta wia­ra w opo­wie­ści dała na­szym pra­pra­dzia­dom tak wiel­ką wła­dzę, że roz­prze­strze­ni­li się po ca­łym świe­cie i pod­bi­li ka­żdy skra­wek Zie­mi, ka­żdą do­li­nę i ka­żdą wy­spę na na­szej pla­ne­cie.

Ale co ro­bi­li po­tem, kie­dy już pod­bi­li ka­żde z tych no­wych miejsc i się w nich osie­dli­li? Jak wy­gląda­ło ich ży­cie ty­si­ące lat temu? Oprócz ne­an­der­tal­czy­ków mie­li jesz­cze wie­le in­nych pro­ble­mów. Co ro­bi­li, kie­dy bu­dzi­li się rano? Co je­dli na śnia­da­nie? Co na obiad? Ja­kie mie­li hob­by? Może lu­bi­li ma­lo­wać? W ja­kich ubra­niach cho­dzi­li, w ja­kich do­mach miesz­ka­li? Czy star­si bra­cia do­ku­cza­li młod­szym sio­strom? Czy się za­ko­chi­wa­li? I czy ich ży­cie było lep­sze czy gor­sze od na­sze­go?

W na­stęp­nym roz­dzia­le po­sta­ra­my się od­po­wie­dzieć na te py­ta­nia i na wie­le in­nych. Wy­ja­śni­my, jak żyli nasi przod­ko­wie ty­si­ące lat temu i jak to, co oni ro­bi­li wte­dy, wpły­wa na to, co my ko­cha­my, cze­go się bo­imy i w co wie­rzy­my dzi­siaj.

A więc jak ci się wy­da­je? Co ta­kie­go wy­da­rzy­ło się 50 000 lat temu? Jaką su­per­moc zy­ska­li sa­pien­si, że dziś to my mo­że­my rządzić na­szą pla­ne­tą? Od­po­wie­dź nie jest oczy­wi­sta. Su­per­man, Spi­der-Man, Won­der Wo­man i wszy­scy inni ko­mik­so­wi su­per­bo­ha­te­ro­wie mają ró­żne moce: są bar­dzo sil­ni, szyb­cy i od­wa­żni. Ale sa­pien­si nie są sil­niej­si, szyb­si ani od­wa­żniej­si od ne­an­der­tal­czy­ków - ani od wie­lu in­nych zwie­rząt. W star­ciu z wil­kiem, kro­ko­dy­lem czy szym­pan­sem sa­piens mia­łby bar­dzo małe szan­se na wy­gra­ną. Na­wet sta­ra bab­cia szym­pan­si­ca mo­gła­by po­ko­nać mi­strza świa­ta w bok­sie.

Jest je­den je­dy­ny po­wód, dla któ­re­go po­tra­fi­my od­stra­szać wil­ki i za­my­kać szym­pan­sy w ogro­dach zoo­lo­gicz­nych: wspó­łpra­cu­je­my w bar­dzo du­żych gru­pach. Po­je­dyn­czy czło­wiek nie po­ko­na po­je­dyn­cze­go szym­pan­sa, ale ty­si­ąc lu­dzi może do­ko­nać rze­czy nie­wia­ry­god­nych, o któ­rych szym­pan­sy na­wet nie ma­rzą. To wła­śnie dzi­ęki na­szej se­kret­nej su­per­mo­cy po­tra­fi­my wspó­łpra­co­wać le­piej niż ja­kie­kol­wiek inne zwie­rzę. Po­tra­fi­my wspó­łpra­co­wać na­wet z zu­pe­łnie ob­cy­mi lu­dźmi.

Po­my­śl na przy­kład o ja­ki­mś zje­dzo­nym przez cie­bie ostat­nio owo­cu. Może to był ba­nan. Skąd się wzi­ął? Jako szym­pan­si­ca czy szym­pans mu­sia­ła­byś/mu­sia­łbyś sa­mo­dziel­nie pó­jść do lasu i ze­rwać tego ba­na­na. Po­nie­waż jed­nak je­steś czło­wie­kiem, zwy­kle po­le­gasz na po­mo­cy in­nych lu­dzi. Mało kto sam zry­wa ba­na­ny dla sie­bie. W wi­ęk­szo­ści przy­pad­ków jest tak: ktoś, kogo w ogó­le nie znasz i ni­g­dy nie spo­tkasz, ho­du­je ta­kie­go ba­na­na ty­si­ące ki­lo­me­trów od cie­bie. Po­tem inni obcy lu­dzie wsa­dza­ją go na ci­ęża­rów­kę, do po­ci­ągu, a może na sta­tek i trans­por­tu­ją do skle­pu w two­jej oko­li­cy. Do­pie­ro wte­dy idziesz do tego skle­pu, wy­bie­rasz so­bie ba­na­na, za­no­sisz go

po­je­dyn­cze­go ne­an­der­tal­czy­ka - z cza­sem sa­pien­si osi­ąga­li znacz­nie lep­sze re­zul­ta­ty w wy­my­śla­niu na­rzędzi i po­lo­wa­niu na zwie­rzęta. A gdy przy­cho­dzi­ło do wal­ki, 500 sa­pien­sów mo­gło z ła­two­ścią po­ko­nać 50 ne­an­der­tal­czy­ków.

DLA­CZE­GO MRÓW­KI MAJĄ KRÓ­LO­WE, ALE NIE MAJĄ PRAW­NI­KÓW

Poza nami tyl­ko je­den ro­dzaj zwie­rząt po­tra­fi wspó­łpra­co­wać w bar­dzo du­żych gru­pach: owa­dy spo­łecz­ne, ta­kie jak mrów­ki, psz­czo­ły i ter­mi­ty. Po­dob­nie jak my ży­je­my w wio­skach i mia­stach, mrów­ki i psz­czo­ły żyją w mro­wi­skach i gniaz­dach, któ­re cza­sa­mi li­czą wie­le ty­si­ęcy osob­ni­ków. Ty­si­ące mró­wek wspó­łpra­cu­ją ze sobą, żeby zdo­by­wać po­ży­wie­nie, opie­ko­wać się mło­dy­mi, bu­do­wać mo­sty, a na­wet to­czyć woj­ny.

Ale jest jed­na za­sad­ni­cza ró­żni­ca mi­ędzy lu­dźmi a mrów­ka­mi. W prze­ci­wie­ństwie do lu­dzi mrów­ki po­tra­fią or­ga­ni­zo­wać się tyl­ko w je­den spo­sób. Ist­nie­je na przy­kład pe­wien ro­dzaj mró­wek, któ­re na­zy­wa­ją się mrów­ka­mi żni­wiar­ka­mi. Ob­ser­wu­jąc mro­wi­ska żni­wia­rek w do­wol­nym miej­scu na świe­cie, mo­żesz za­uwa­żyć, że ka­żde jest zor­ga­ni­zo­wa­ne w do­kład­nie taki sam spo­sób. W ka­żdym z nich mrów­ki dzie­lą się na pięć grup: zbie­racz­ki, bu­dow­ni­cze, żo­łnier­ki, pia­stun­ki i kró­lo­we.

Zbie­racz­ki szu­ka­ją na­sion i po­lu­ją na małe owa­dy, któ­re zno­szą do mro­wi­ska jako po­ży­wie­nie. Bu­dow­ni­cze ko­pią tu­ne­le i bu­du­ją mro­wi­sko. Żo­łnier­ki chro­nią mro­wi­sko i wal­czą z in­ny­mi ar­mia­mi mró­wek. Pia­stun­ki opie­ku­ją się mło­dy­mi mrów­ka­mi. Kró­lo­we rządzą mro­wi­skiem i skła­da­ją jaja, z któ­rych po­wsta­ją ko­lej­ne mło­de mrów­ki.

Te mrów­ki po­tra­fią się or­ga­ni­zo­wać tyl­ko w taki spo­sób. Ni­g­dy nie bun­tu­ją się prze­ciw­ko kró­lo­wej, ni­g­dy nie or­ga­ni­zu­ją wy­bo­rów mrów­cze­go pre­zy­den­ta. Bu­dow­ni­cze i zbie­racz­ki ni­g­dy nie straj­ku­ją, by do­ma­gać się wy­ższych płac. Żo­łnier­ki ni­g­dy nie de­cy­du­ją się na za­war­cie trak­ta­tu po­ko­jo­we­go z sąsied­ni­mi mro­wi­ska­mi. Pia­stun­ki ni­g­dy nie po­rzu­ca­ją pra­cy, by zo­stać praw­nicz­ka­mi, rze­źbiar­ka­mi albo śpie­wacz­ka­mi ope­ro­wy­mi. Ni­g­dy nie wy­my­śla­ją no­wych po­traw, no­wej bro­ni ani no­wych gier, ta­kich jak te­nis. Mrów­ki żni­wiar­ki żyją dziś do­kład­nie tak samo jak przed ty­si­ąca­mi lat.

W prze­ci­wie­ństwie do mró­wek my, lu­dzie, nie­ustan­nie zmie­nia­my spo­sób, w jaki ze sobą wspó­łpra­cu­je­my. Wy­my­śla­my nowe gry, pro­jek­tu­je­my nowe ubra­nia, two­rzy­my nowe za­wo­dy i prze­pro­wa­dza­my mnó­stwo re­wo­lu­cji. 300 lat temu lu­dzie w za­ba­wie łu­ka­mi i strza­ła­mi ce­lo­wa­li do tar­czy, a dziś gra­my w gry kom­pu­te­ro­we i pró­bu­je­my osi­ągnąć w nich jak naj­lep­szy wy­nik. 300 lat temu wi­ęk­szo­ść lu­dzi była rol­ni­ka­mi. Dziś pra­cu­je­my jako kie­row­cy au­to­bu­sów, fry­zje­rzy psów, pro­gra­mi­ści kom­pu­te­ro­wi i tre­ne­rzy per­so­nal­ni. 300 lat temu wi­ęk­szo­ścią kra­jów rządzi­li kró­lo­wie i kró­lo­we. Dziś w wi­ęk­szo­ści kra­jów rządy spra­wu­ją par­la­men­ty i pre­zy­den­ci.

A więc my, sa­pien­si, pod­bi­li­śmy świat, bo po­tra­fi­my wspó­łpra­co­wać w bar­dzo du­żych gru­pach, jak mrów­ki, oraz po­tra­fi­my sta­le zmie­niać spo­sób wspó­łpra­cy, co po­ma­ga nam wy­my­ślać nowe rze­czy. Czy to jest na­sza su­per­moc? Nie do ko­ńca. Żeby zro­zu­mieć na­szą wy­jąt­ko­wą su­per­moc, któ­rą cie­szy­my się jako sa­pien­si, mu­si­my za­dać so­bie ostat­nie py­ta­nie: jak nasi przod­ko­wie na­uczy­li się wspó­łpra­co­wać w du­żych gru­pach? I jak to się sta­ło, że po­tra­fi­my nie­ustan­nie zmie­niać swo­je za­cho­wa­nie? Na­szą praw­dzi­wą su­per­moc ujaw­ni od­po­wie­dź na to po­dwój­ne py­ta­nie. Jak my­ślisz, jak ona brzmi?

Au­tor: YUVAL NOAH HA­RA­RI
Ilu­stra­tor: RI­CARD ZA­PLA­NA RUIZ
C.H.Beck & dtv
Re­dak­cja SU­SAN­NE STARK, SE­BA­STIAN UL­L­RICH
Sa­pien­ship Sto­ry­tel­ling
Pro­duk­cja i za­rządza­nie: IT­ZIK YAHAV
Za­rządza­nie i re­dak­cja: NA­AMA AVI­TAL
Mar­ke­ting i PR: NA­AMA WAR­TEN­BURG
Re­dak­cja i za­rządza­nie pro­jek­tem: NINA ZIVY
Asy­stent ds. ba­dań: JA­SON PAR­RY
Re­dak­cja języ­ko­wa: AD­RIA­NA HUN­TER
Kon­sul­ta­cja w za­kre­sie ró­żno­rod­no­ści: SLA­VA GRE­EN­BERG
Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny: HAN­NA SHA­PI­RO
www.sa­pien­ship.co
Pro­jekt okład­ki: HAN­NA SHA­PI­RO
Ilu­stra­cja na okład­ce: RI­CARD ZA­PLA­NA RUIZ
Ty­tuł ory­gi­na­łu: Unstop­pa­ble Us: How We Took Over the World
Opie­ka re­dak­cyj­na: EWA PO­LA­ŃSKA
Re­dak­cja: GA­BRIE­LA NIE­MIEC
Ko­rek­ta: KA­MIL BO­GU­SIE­WICZ, AGNIESZ­KA STĘPLEW­SKA, ANE­TA TKA­CZYK
Re­dak­cja tech­nicz­na: RO­BERT GĘBUŚ
Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne na pod­sta­wie ory­gi­na­łu: PIOTR KO­ŁO­DZIEJ
Co­py­ri­ght ? 2022 Yuval Noah Ha­ra­ri. All ri­ghts re­se­rved. ? Co­py­ri­ght for the Po­lish trans­la­tion by Mi­chał Ro­ma­nek ? Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, 2022
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie 2022, wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne, łącz­nie z pra­wem do ca­łko­wi­tej lub częścio­wej re­pro­duk­cji w ja­kiej­kol­wiek for­mie.
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-08-07798-6
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o. ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 800 42 10 40 e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl Ksi­ęgar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.