Niepokorne. Klara - Agnieszka Wojdowicz

Reflow text when sidebars are open.
Od rana wszystko się przeciągało. Śniadanie i pakowanie walizek, pożegnania z babcią oraz wujostwem (oprócz Marylki i Władzia, którzy odwozili kuzynkę na dworzec). W gruncie rzeczy Klara chętnie zostałaby we Lwowie dłużej, bo bawiła się wyśmienicie w towarzystwie ciotecznego rodzeństwa. Marylka Kruszelnicka wkroczyła właśnie w wiek, w którym na życie spogląda się poważniej, lecz ze świadomością jego korzystnych stron, a ponieważ jesienią rozpoczynała studia na Sorbonie, miała otwarty umysł i zainteresowania, o których warto było rozmawiać. Z Władziem, starszym od Marylki studentem Politechniki Lwowskiej, Klara miewała do czynienia rzadziej, ale i on jej nie unikał, wdając się w pełne przekory i swoistych prowokacji dyskusje o wadach i zaletach emancypacji kobiet.
Jednak Kraków czekał. Wielkimi krokami zbliżała się inauguracja zajęć w Baraneum, gdzie Klara miała rozpocząć drugi rok nauki, a poza tym właśnie kończyły się jej oszczędności i nawet to, że właśnie dostała honoraria za przekłady z niemieckiego oraz za artykuł do "Steru", nie wpłynęło znacząco na jej sytuację.
W pierwszej kolejności babcia Rajewska zaprosiła wnuczkę na ostatnią tego lata pogawędkę, bo przez dwa miesiące nie zdążyła się nią nacieszyć. W ciągu roku widywały się od wielkiego dzwonu, ale staruszka orientowała się doskonale w problemach wnuczki, gdyż cechował ją rzadki talent. Była najlepszą, najdyskretniejszą powierniczką zwierzeń, co Klara bez żenady wykorzystywała. Teraz nieugiętym, choć nieco drżącym głosem starsza pani przykazywała, aby po przyjeździe do Krakowa przynajmniej spróbowała porozumieć się z ojcem. Klara nie burzyła się i nie protestowała; babcię Zofię kochała nade wszystko, więc gotowa była złożyć każdą obietnicę. Nawet taką.
Potem, także na osobności, rozmówiła się z gościem ciotka Adela. Jako młodsza siostra matki Klary czuła się w pewnym stopniu odpowiedzialna za dziewczynę. Udzieliła jej kilku życiowych rad, po czym prosiła o przekazanie pozdrowień rodzicom; była przy tym niemal kwintesencją serdeczności, a ponieważ Klara bardzo ją ceniła, nie odebrała moralizatorstwa życzliwej krewnej jak wścibstwa czy też wtrącania się w nie swoje sprawy.
Klara dała się uwieść niepowtarzalnej atmosferze tego domu. Było swobodnie, przyjaźnie, często po prostu wesoło, a zatem inaczej niż na Krowoderskiej, gdzie mieszkała przez większą część życia. Babcia, mimo długoletniego wdowieństwa, zarażała pogodą ducha i wbrew przypadłościom związanym z wiekiem wygłaszała imponujące przenikliwością sądy. Wuj, człowiek powszechnie poważany, wzięty adwokat o ugruntowanej pozycji we lwowskiej palestrze, traktował Klarę niczym córkę, przyklaskiwał jej literackim aspiracjom, nie szczędził zachęty, by podejmowała nowe wyzwania, udzielał rad, gdy go o to prosiła lub gdy sam uznawał, że warto. Ciotka, co wprawiało Klarę w nieustanne zakłopotanie, stawiała ją za wzór Marylce, chwaląc za konsekwencję i samodzielność. Było to tak różne od relacji Klary z rodzicami, tak mobilizowało do działania, że nic dziwnego, iż powrót do Krakowa jawił jej się w najczarniejszych barwach.
Odprowadzana życzeniami szczęśliwej podróży, Klara opuściła gościnny dom kuzynostwa, jakby porzucała bezpieczną przystań. Władzio dźwigał jej ciężkie walizy, Marylka trzymała pod ramię. Z placu Akademickiego na dworzec było daleko, więc wuj zafundował całej trójce dorożkę, która już czekała przy bramie. Zanim do niej wsiedli, Klara z nostalgią ogarnęła spojrzeniem ulicę; wiatr szarpał żółknącymi liśćmi rosnących tu i tam drzew, a ona pomyślała, że nie zna równie pięknego i wietrznego miasta.
Po drodze wyglądała przez okno. Rozpadało się, więc cytadela, fasada politechniki i Instytut Świętej Teresy skąpane były w deszczu, który nasilił się jeszcze, gdy drogą dojazdową zmierzali do dworca. Na miejscu Władzio znów pochwycił bagaż Klary, a dziewczyny, kryjąc się pod parasolami, pospieszyły do głównego wejścia.
W środku kłębił się tłum. Poczekalnie drugiej i trzeciej klasy zapełniły się pasażerami, więc nie zwlekając, pobiegli na peron. Wkrótce nadjechał pociąg. Znaleźli oznaczoną na bilecie miejscówkę, Władzio wepchnął walizy na półki, po czym rodzeństwo zostawiło ją samą. Siedziała przy zaparowanym oknie, spodziewając się czterogodzinnej, monotonnej jazdy.
Gdy pociąg ruszył, Klara wyjęła z podręcznej torby książkę i usiłowała skupić się na lekturze. Ponieważ wagon nie był całkiem zapełniony, co chwila pojawiali się nowi pasażerowie; wsiedli zapewne w ostatnim momencie i dopiero teraz szukali miejsc. Do dziewczyny również dosiadła się kobieta w czarnej sukni i błyszczącym dżetami kapeluszu. Pozdrowiwszy ją załamującym się głosem, wzdychała żałośnie, szarpiąc skraj batystowej chusteczki. Klara zerkała na nią dyskretnie. Cierpiący wyraz twarzy znacznie od niej starszej nieznajomej sprawił, że zamknęła książkę.
- Proszę nie mieć mi za złe, że pytam... - powiedziała ze współczuciem. - Czy pani coś dolega?
Pasażerka osuszyła rąbkiem chusteczki kręcącą się w oku łzę.
- Okradziono mnie na dworcu! - wyznała półgłosem. - Bogu dzięki, że wcześniej kupiłam bilet! Ograbił mnie do cna, bo zabrał portmonetkę!
- Zgłosiła pani kradzież?
- I owszem! Ale co z tego, kiedy go nie widziałam! Ba! Nawet nic nie poczułam!
- Czyli złodziej nie ukradł pani dobrodziejce biletu? - wtrącił siedzący po drugiej stronie przejścia starszy jegomość z monoklem, zajęty dotąd studiowaniem reklam w najnowszym numerze "Kuriera Lwowskiego".
- Nie wypuszczałam go z rąk, jakbym miała przeczucie. Co ja teraz pocznę, doprawdy nie wiem! Jadę aż do Granicy, żeby się przesiąść na kolej do Poznania, a tu ani centa na bilet! Przecież nie pójdę na żebry! Co za wstyd!
Jegomość pokręcił głową z ubolewaniem.
- Trzeba było wracać tam, skąd pani jedzie i nie tarabanić się bez grosza w świat. Bo wiadomo powszechnie, jakie te nasze koleje niebezpieczne, a okazja kusi złodzieja. Musiała pani szanowna nieroztropnie...
- Wybaczy pan! Trudno, żeby to była moja wina! - oburzyła się poszkodowana i pochyliła do Klary. - Gdybym znalazła hojnego darczyńcę, jakąś dobrą duszę, mogłabym wysiąść w Krakowie. Nadałabym telegram, żeby mąż wyjechał po mnie do Granicy, zamiast czekać w Poznaniu. A pani to do Krakowa może?
- Tak, wracam z wakacji.
- Rozumie pani rozpaczliwość mego położenia - szeptała gorączkowo nieznajoma. - Powiem otwarcie. Jest pani dla mnie ostatnią deską ratunku! Będę dozgonnie wdzięczna, jeśli mnie pani wspomoże! Klnę się na honor, że spłacę panią co do centa! Uratuje mnie kilkanaście koron, na pocztę, fiakra i skromny posiłek w Krakowie. Ach, jakże się czerwienię, że okoliczności wymagają ode mnie... To wprost nie do wytrzymania! Ale mus to mus. Trzeba czasem zapomnieć o dumie.
Zważywszy na skromną zawartość portmonetki, Klara w żaden sposób nie mogła pomóc, ale nagle przyszło jej do głowy rozwiązanie. Poderwała się z siedzenia.
- Zróbmy zbiórkę! Szanowni państwo! - powiedziała donośnie. - Mamy tu w przedziale ofiarę kradzieży!
- Ależ co pani robi! Proszę natychmiast przestać! - Poszkodowana szarpnęła Klarę za skraj sukni.
- Organizuję pomoc...
- I całemu światu, tylu obcym, obwieszcza pani moją hańbę?! Obdarzyłam panią zaufaniem! Panią! Nikogo innego! Pomyliłam się widać, bo miałam panią za kobietę o gorącym, współczującym sercu. Tymczasem ośmiesza mnie pani i upokarza, a moje nieszczęście stało się sprawą publiczną! Doprawdy wiele gotowa jestem znieść, ale nie to! - Przytknąwszy chusteczkę do ust, jakby tłumiła szloch, czmychnęła pospiesznie do drzwi i po chwili była w następnym wagonie.
Klara opadła na siedzenie.
- No coś takiego! - sapnęła.
- Niechże się pani tym nie gryzie - odezwał się jegomość z monoklem. - Bóg mi świadkiem, że to oszustka! Czy to nie podejrzane, że jedzie do Granicy, a nie ma bagażu? Walizy też jej ukradli? Co do jednej?! I nie zauważyła kto ani kiedy? Niech pani nie daje wiary jej łzom, toż to artystka z kociego teatru! Szukała naiwnej i zapewne okpiłaby panią, gdyby...
- Gdyby nie pomysł ze zbiórką - wtrącił inny pasażer, który nadszedł właśnie z głębi wagonu.
- Z ust mi to pan wyjął! Czasy mamy takie, że ufność i odruchy serca nie popłacają. - Jegomość wrócił do przeglądania gazety.
Klara uniosła wzrok. Napotkawszy znajomą twarz inżyniera Jerzego Platera z cygarfabryki, skinęła głową i uśmiechnęła się szeroko.
- To pan?!
- Zdumiewający zbieg okoliczności. Uznałem, że wypada się przywitać i mam nadzieję, że się nie narzucam.
- Skądże znowu!
- Pozwoli pani, że się przysiądę? Pomyśleć, że gdyby nie ta aferzystka, nie zauważyłbym pani. Jak widać nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
- Ja również pana nie widziałam! Skorzystam z okazji, żeby panu podziękować. Artykuł o strajkujących robotnicach bardzo spodobał się w redakcji, a przecież wszystko, czego dowiedziałam się o warunkach pracy w fabryce, pokazał mi pan. Los tych kobiet godzien jest pożałowania.
- Zgadzam się, przecież obserwuję go na co dzień.
- Ach! Zatem jest pan socjalistą!
- W żadnym razie. Nie tylko socjaliści zdają sobie sprawę z ich położenia. Była pani we Lwowie?
- Owszem, u krewnych. A pan? Znów na urlopie?
- Nie zgadła pani. Również mam tam rodzinę, więc bywam dość systematycznie, raz lub dwa w miesiącu. Ale, ale... czy wie pani, że coś sobie przypomniałem? Ta kobieta, ta naciągaczka... Niedawno czytałem identyczną historię w "Czasie", tam celują w sensacjach podobnego gatunku. Tamtą oszustkę pojmano na gorącym uczynku. Uprawiała złodziejski proceder z doskonałą znajomością rzeczy i psychiki ludzkiej; wyłudzała nie tylko korony, bo poruszeni jej nieszczęściami podróżni zdradzali adresy, zapraszali do siebie lub krewnych. Domyśla się pani, czym to się dla nich kończyło.
- Jednak nie możemy mieć całkowitej pewności, że nasza pasażerka była nieuczciwa.
- I dobrze. Pewność oznaczałaby niezbicie, że wywiodła panią w pole.
- Zbeształ mnie pan, ale zasłużyłam. Dajmy już temu spokój, mam nauczkę na przyszłość i dobrze ją zapamiętam. A więc był pan we Lwowie. Prawda, że nie ma takiego drugiego miasta?
- Rozczaruję panią, mnie nie pociąga. Z ulgą wracam do Krakowa.
- I tu się różnimy. Mnie Kraków nie zachwyca. Ale dobrze było mi też w Berlinie, na studiach. Może to zasługa ludzi, nie miejsc? Że mamy sentyment do takich, a nie innych?
- Podobno w Berlinie studiuje wielu Polaków.
- I Polek. Nie darzą nas tam sympatią, jednak atmosfery wśród polskich studentów nie da się porównać z niczym. Niestety, przechodziłam ostre zapalenie płuc, potem rodzice w obawie o moje zdrowie wysłali mnie do sanatorium. Spędziłam w Krynicy kilka długich, śmiertelnie nudnych miesięcy, a kiedy myślałam, że najgorsze mam za sobą i mogę wracać, ojciec posłał mnie na prowincję do ciotki. Studia przepadły. Ale proszę nie myśleć, że narzekam. Miałam szczęście, bo wyszłam z tego cało.
- Jest pani optymistką.
- Zazwyczaj. A pan nie?
- Realistą, panno Klaro. Mogę się tak do pani zwracać? Należy pani do rzadkiej kategorii osób, które wydają się dobrymi znajomymi, choć miało się z nimi styczność przez mgnienie oka. Podejrzewam, że dlatego przyciąga pani oszustów.
- Będę się od nich trzymała z daleka - obiecała żartem.
Plater odwzajemnił uśmiech i usiadł wygodniej.
- Pani kpi!
- Bo tak łatwiej. Traktowanie serio spraw, na które nie mamy wpływu, uważam za absurd.
- To pani życiowa dewiza?
- Chciałabym, żeby nią była. Niestety, wciąż zbyt poważnie traktuję kwestie, z których powinnam się śmiać, bo tylko tego są warte. Czasem jednak zręcznie ukrywam tę słabość.
- Udaje więc pani.
- Chciał pan powiedzieć, że kłamię? Niekiedy, dla dobra sprawy. Wobec siebie jestem jednak uczciwa. Oraz gdy wierzę w coś całym sercem.
- To budujące. Spotkałem oto kobietę, dla której wierność przekonaniom jest ważniejsza niż konwenanse. Taka uczciwość musi wiele kosztować.
- Bywa bolesna. A pan? Jaka jest pańska dewiza?
Klara uświadomiła sobie, że rozmowa staje się zbyt osobista i że niepokojąco przypomina flirt. Nie wycofała się jednak, nie zmieniła nawet tonu, w którym od dłuższej chwili pobrzmiewała nutka prowokacji.
- Mam zawód, który dostarcza mi tyle okazji, by zająć umysł czymś innym niż codzienne problemy, że jakoś sobie radzę. Trochę ze mnie wynalazca, trochę konstruktor, wie pani, miłośnik techniki. Wiek maszyn i elektryczności zobowiązuje. Świat zmienia oblicze z tak zawrotną prędkością jak nigdy wcześniej. Usiłuję nadążyć.
- W jaki sposób?
- Utrwalam chwile. Jestem zapalonym fotografem. To też znamienne, prawda? Im czas biegnie prędzej, tym rozpaczliwiej pragniemy go ujarzmić. Jeśli nie można inaczej, czemu nie tak?
- Jest pan entuzjastą, a postęp traktuje jak remedium na zmienność losu. Tylko czy to lekarstwo skutkuje?
- Często. O pewnych życiowych kwestiach nie da się zapomnieć i czasem metoda ta wystarcza na krótką metę. Mam jednak wrażenie, że właśnie odkryłem drugą.
- Co takiego?
- Nie domyśla się pani? Rozmowę z panią...
Do Krakowa dojechali przed zapadnięciem zmroku. Inżynier wyniósł na peron bagaże swoje i Klary, potem znalazł dla niej wolnego fiakra. Żegnając się, wyraził nadzieję, że się jeszcze spotkają. Żywiła ją również; miał szerokie horyzonty, był więc fascynującym towarzyszem podróży i zapewne nietuzinkowym człowiekiem. Klara zawsze kojarzyła postęp z kwestiami obyczajowymi i rozwojem społeczeństwa, rewolucję techniczną traktując marginalnie, jednak teraz spojrzała na nią oczami inżyniera. Nie zmarnowała tych czterech godzin jazdy, choć przez całą drogę książka leżała nietknięta.
* * *
Pokój na Kanoniczej był przygnębiająco pusty, bo Eliza nie wróciła jeszcze z wakacji w Otwocku. Klara przywitała się z właścicielami kamienicy i w pierwszej kolejności wypytała o finał sprawy o opiekę nad Ewunią Kociszewską, córką zmarłej lokatorki. Adwokat Wajnerów, specjalizujący się w podobnych przypadkach, w błyskawicznym tempie doprowadził do przyznania małżeństwu prawa do opieki tymczasowej nad dzieckiem. Nie odnaleziono żadnych krewnych dziewczynki, więc wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że Ewunia zostanie u Wajnerów na stałe.
Następnego dnia, mimo załamania pogody, Klara wybrała się do rodziców. Szła w strugach zimnego deszczu, chroniąc się pod parasolem szarpanym podmuchami wiatru. Przecięła na ukos Rynek, wietrzny i zalany wodą, lecz znacznie gorzej było na Plantach, kiedy poczuła chlupotanie deszczówki w przeciekających kaloszach. Czekał ją kolejny nieprzewidziany wydatek.
W głębi ducha już dawno była przekonana, że powinna dysponować stałym funduszem. Ojciec płacił za studia Maurycego tylko do czasu, bo szybko uznał za stosowne dać synowi wolną rękę w zarządzaniu procentami od sumy, jaką uskładał dla niego w banku. Zagraniczne wojaże Maurycego finansowano zatem w ten sprytny sposób.
A ona? Przecież i dla niej zapobiegliwy papcio trzymał od lat lokatę, którą w chwilach lepszego nastroju nazywał posagiem. Gdy się boczył, mówił o krwawicy albo o zwyczajowej daninie składanej przez ojców córkom. Jej jednak nie pozwolił uszczknąć ni centa, choć niejednokrotnie go do tego przekonywała. O każdą koronę musiała błagać i owa zależność była nie tyle przykra, ile jej zdaniem stanowiła jawny dowód dyskryminacji.
Widok rodzinnej kamienicy sprawił, że odkryła w sobie pokłady uporu i determinacji. Na wysokości wizytek, jeszcze zanim dotarła do pięknie zdobionych drzwi w najładniejszej w okolicy fasadzie, zdecydowała, że dziś zaprezentuje rodzicom jedno i drugie.
Wpuściła ją pokojówka. Klarę śmieszyły owe pozory wielkopaństwa, bo pamiętała z berlińskich czasów, że w większości średniozamożnych niemieckich domów nie trzyma się służby, gdyż jej obowiązki z powodzeniem wykonują panie domu. Matka tymczasem zatrudniała dwie służące, a podczas świąt dodatkową kucharkę, choć jej córce brakło koron na nowe kalosze!
Gdy Karolina wzięła ociekający wodą parasol, do przedpokoju weszła Celina Stojnowska.
- Bój się Boga, dziewczyno! - Załamała ręce. - Trzeba było nająć fiakra!
- Zbędna rozrzutność. Jak zwykle przychodzę po prośbie. Musimy się rozmówić, mamo, bo tak dalej być nie może. To krepujące dla mnie i dla was. Wie mama dobrze, że nie mam stałego źródła dochodów. Z gazety wyciągam grosze, z tłumaczeń również, a tu trzeba opłacić czesne za drugi rok w Baraneum i czynsz za mieszkanie, nie mówiąc o innych wydatkach.
- Ty zawsze poruszasz takie kwestie w przedpokoju i przy służbie.
- Upomnę się u ojca o procenty z posagu - ciągnęła Klara.
Profesorowa znieruchomiała w progu salonu.
- Czyżbyś... wychodziła za mąż?!
- Niech Bóg broni. Ale gdyby tatko mi je wypłacił, nie zawracałabym wam nieustannie głowy.
- Nie ma mowy.
- Dlaczego? Przecież trzymanie koron w banku nie ma sensu, bo koronami trzeba obracać. A poza tym jestem w potrzebie.
- Dostaniesz na czynsz, jak zwykle zresztą, czesne ojciec też uregulował. Ale ten dziwaczny pomysł... Radzę ci dobrze, nie wspominaj o nim ojcu, tylko go rozsierdzisz.
Klara krążyła nerwowo po salonie. Profesorowa zajęła miejsce na sofie i gestem poprosiła córkę, by przy niej usiadła.
- Powiedz lepiej jak zdrowie babci.
- Zdaje mi się, że niknie w oczach. Jest taka krucha! Szczęściem siły ducha jej nie brak, jakby dokuczało jej jedynie ciało. Uskarża się na reumatyzm i trochę na serce. Pozdrawiają mamę wszyscy i papę też. Jest w domu?
- W gabinecie, ale dajże mu dziś spokój, pracuje od tygodni nad tym nowym podręcznikiem. Mam wrażenie, że ostatnio toleruje tylko Karolinę, i to pod warunkiem, że ta serwuje mu świeżą kawę.
- Ale ja muszę!
- Wykluczone. Że też Maurycy nie miewa podobnych pomysłów!
- Bo dzięki hojności taty ma z czego żyć. Inaczej jak ja żebrałby o każdego centa.
- Przesadzasz. Gdybym cię nie znała lepiej, uznałabym, że nie ma bardziej wyrachowanego, bardziej niewdzięcznego dziecka od ciebie.
- Jednak nie będę tego odkładać.
Klara wróciła do przedpokoju. Drzwi do gabinetu ojca były zamknięte, więc zapukała i je otworzyła.
Profesor Stojnowski siedział za biurkiem w chmurze gęstego dymu z papierosów. Popielniczkę przepełniały niedopałki, opróżniona filiżanka ciemniała osadem z fusów po kawie, zmięte kulki papieru walały się po podłodze, między rozłożonymi tu i ówdzie woluminami, brulionami oraz stertami czasopism. Chociaż na komodzie lśnił czernią i złotem najnowszy model remingtona, profesor trzymał w ręku pióro.
Na manifestację uczuć wobec ojca Klara pozwalała sobie od święta, ale tym razem cmoknęła go w czoło, bo nie widzieli się od późnej wiosny.
- Tu się nie da oddychać! Uchylę okno - mówiła, mocując się z ciężką zasłoną. - Nie można tyle palić!
- Przyganiał kocioł garnkowi - odparł profesor.
- Chce tata powiedzieć, że pali mniej niż ja?!
- Chcę powiedzieć, że dawno cię u nas nie było.
- Wróciłam wczoraj od Kruszelnickich, ma tata ukłony od wuja.
- Od wuja, powiadasz? A nie przeszkadzały mu przypadkiem twoje wywrotowe poglądy? Czy może u nich starannie je ukrywasz?
- Które z moich poglądów ma tata na myśli?
Profesor wstał od biurka, splótł ręce za plecami.
- Już ty wiesz najlepiej, które! Bo, moja panno, emancypacja to jedno, ale że z ciebie socjalistka, tego nie ścierpię! Otóż masz! Onegdaj w resursie podrzucono mi twoje piśmidło! Jakby to był przedni żart! Oświadczam ci, że mnie to nie bawi!
- Nie jestem socjalistką - oświadczyła Klara. - Skądże to tacie przyszło do głowy?
- A artykuł o robotnicach z fabryki cygar? I ten ton! Ten ton domagający się natychmiastowych zmian!
- Myli się tata. Nie mam socjalistycznych poglądów.
- Podpisałaś artykuł moim nazwiskiem!
- To także moje nazwisko. Nie zamierzam przez całe życie udawać kogoś innego tylko z powodu uprzedzeń taty!
- Ach. Zatem znów będziesz się spierać?! Znam tę twoją impertynencję jak zły szeląg! Pojawiasz się w domu raz na pół roku, a kiedy już jesteś, prowokujesz kłótnie. Jakby ci to sprawiało przyjemność!
Klara z trudem stłumiła wybuch gniewu.
- Nie sprawiają mi przyjemności spory z tatą. Napisałam artykuły o strajku cygarniczek, o lwowskiej Czytelni dla Kobiet i o robotniczych kasach chorych, bo to są sprawy ważne.
- Już cię tu kojarzą z socjalistami, a wiesz dobrze, jaką mają opinię w Krakowie.
- Wśród konserwatystów, tato. Zapewniam, że nie znam ani jednego socjalisty i nie podzielam ich poglądów. Biorę po prostu każdy temat, jeśli tylko jest ciekawy. A co do wuja, muszę tatę rozczarować. Docenia to, co robię. Czytał moje artykuły i nie szczędził mi wskazówek, jak pisać lepiej. Bardzo bym chciała choć raz liczyć w tej kwestii na tatę.
Profesor sięgnął do kamizelki, do zegarka z dewizką. Sprawdził godzinę, po czym zajął się porządkowaniem biurka.
- Naturalnie, zjesz z nami obiad - powiedział, nie patrząc na córkę.
Klara znała go na tyle, że wiedziała, co znaczy owo zachowanie. To był koniec dyskusji, na ten i każdy inny temat.
- Właściwie nie jestem głodna - rzuciła sucho. - Może następnym razem.
Ku zdziwieniu profesorowej poprosiła pokojówkę o parasol, pożegnała się zdawkowo i wyszła, rezygnując z wyjaśnień.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Rozruchy w Macedonii! Powstanie na Krecie! Eksplozja prochu w Pięciokościołach!!!
Piskliwe nawoływania gazeciarza niosły się ulicą Sławkowską aż na Planty, którymi szła Klara. Z nieba lał się popołudniowy skwar i tylko rozłożyste niczym gigantyczne parasole korony kasztanowców dawały jaki taki chłód. W alejkach było pustawo, choć tu i ówdzie na kamiennych ławkach porozsiadały się nianie i bony.
Klara westchnęła z rezygnacją, bo lato w Krakowie oznaczało wyludnione parki i ogródki kawiarniane oraz specyficzny zapaszek przepełnionych rynsztoków i stert niesprzątniętych śmieci. Na szczęście już jutro wyjeżdżała porannym pociągiem do Lwowa, do babci i cioci Adeli.
- Strajk w cygarfabryce! Cygarniczki[1] porzuciły pracę! Strajk...!!!
Gazeciarz był tuż-tuż. Miał minę cwaniaczka, bo spryt w jego profesji był nieodzowny. Sprzedając gazety, łamał prawo; na obszarze c.k. monarchii obowiązywał bowiem zakaz kolportażu ulicznego. Co więcej, policja krakowska niechętnie przymykała oczy na tak jawną zuchwałość i zapełniała podobnymi andrusami ciasne cele śródmiejskiego posterunku Pod Telegrafem.
- Strajk w cygarfabryce!!! Kupi panna gazetę?
Klara wcisnęła gazeciarzowi monetę, a kiedy uchylił czapki i pognał alejką w kierunku Collegium Novum, usiadła na ławce i przerzuciła strony "Czasu" w poszukiwaniu artykułu o buncie w fabryce cygar. Stwierdziła zawiedziona, że była to zaledwie notka traktująca rzecz skrótowo i powierzchownie, więc zdecydowanym gestem złożyła gazetę. Choć od początku lipca Kraków paraliżowały strajki budowniczych, kamieniarzy i malarzy, ten jej zdaniem zasługiwał na szczególną uwagę, bo w cygarfabryce zatrudniano głównie kobiety, a w Krakowie nigdy dotąd nie doszło do buntu robotnic.
Upewniła się, czy legitymacja reporterki lwowskiego "Steru", młodego, lecz prężnego pisma kobiecego, tkwi w przegródce torebki. Otrzymała ją pocztą wkrótce po wyjeździe Elizy i Judyty do Otwocka. Jeszcze nie miała okazji dokumentu użyć, jednak dzięki niemu po raz pierwszy poczuła oddech zawodowego dziennikarstwa. Mimo skromnego dorobku miała ogromny zapał i głębokie przeświadczenie, że wkrótce zdobędzie mocną pozycję w profesji bądź co bądź zdominowanej przez mężczyzn.
Tego dnia planowała pożegnalne odwiedziny u rodziców, lecz stwierdziwszy, że podobna szansa może się nie powtórzyć, rozmyśliła się. Jeśli "Czas" napomyka lakonicznie o zbuntowanych robotnicach, ona zbada sytuację na miejscu i napisze rzetelny artykuł. Poderwawszy się z ławki, zamiast na Krowoderską ruszyła ku Dolnym Młynom, gdzie znajdowała się Rządowa Fabryka Cygar i Papierosów, a po drodze obmyślała plan działania. W pierwszej kolejności rozmówi się z robotnicami, lecz dobrze by było zachować bezstronność, pozna więc też stanowisko dyrekcji, inżynierów i obsługi technicznej. Intuicja podpowiadała jej, by pociągnąć za język stróżów i strażników, bo tacy zazwyczaj wiedzieli najlepiej, co w trawie piszczy.
Piętrowe zabudowania fabryczne dostrzegła już z Garbarskiej, gdy szła wzdłuż kościoła i klasztoru karmelitów, a na Rajskiej, na wysokości koszar Franciszka Józefa, poczuła woń tytoniu. Tu okolica nabrała charakteru przedmieścia, a to za sprawą parterowych domków o stromych dachach i otwartych na oścież drzwiach oraz oknach. Rząd nieporuszonych więdnących jarzębin oddzielał chodnik od wybrukowanej ulicy. Powietrze, gęste od upału, stało martwe. Cisza byłaby absolutna, gdyby od strony Dolnych Młynów nie dobiegał hałas. Klara dotarła do szerokiej bramy fabrycznej i upewniła się, że w środku wrze.
Wyjęła legitymację, po czym skierowała się do budki strażniczej, gdzie zwykle rewidowano robotnice kończące zmianę. W niedużym kwadratowym pomieszczeniu dwóch umundurowanych strażników wyglądało przez uchylone okno na plac fabryczny, zajęty przez mrowie rozsierdzonych kobiet.
- Jestem z prasy - oświadczyła pewnie. - Moja redakcja oczekuje wiarygodnej relacji z buntu robotnic.
Starszy ze strażników, wąsacz o mięsistym nosie, sceptycznie pokręcił głową.
- Przecie prasa już była! Lepiej niech się panna stąd zabiera, ino migiem, bo tylko patrzeć policji. Jeszcze się pannie stanie krzywda, jak dojdzie do przepychanek.
Klara podsunęła mu przed oczy legitymację.
- Ale ja z gazety!
Z ociąganiem obejrzał dokument.
- No, faktycznie - przyznał, oddając go dziewczynie. - Ale wpuścić panny i tak nie wpuścimy, bo żadnej gazety ze Lwowa nie ma na liście. Bóg jeden wie, co by panna o nas powypisywała. Bez przepustki nie da rady.
- A gdzie wydają przepustki?
- W kancelarii dyrekcji.
- Wiecie, że to jawne pogwałcenie wolności prasy?! Że to dyskryminacja?! Nie omieszkam opisać, jak się stąd odesłało z kwitkiem reporterkę znanej gazety!
Obaj patrzyli na nią z góry. Na melonik, bardziej odpowiedni dla mężczyzny, na letni beżowy kostium, jasną bluzkę i krawat z wpiętą w jedwab perłową szpilką. Był to ubiór typowy dla kobiet wyemancypowanych i niezamężnych. W Berlinie, gdzie przed dwoma laty studiowała literaturę, nikogo nie dziwił, ale w filisterskim i zapóźnionym cywilizacyjnie Krakowie budził śmiech i niewybredne żarty.
Nagle od strony ulicy otwarto drzwi, strażnicy wyprężyli się, jakby stawali na baczność.
- A! Dzięki Bogu jest pan inżynier! - rzucił starszy. - Dyrekcja prosi w te pędy do siebie! Babom od upałów odjęło rozum, trza było wezwać mundurowych, a pan dyrektor telegrafował do samego Wiednia. Pewno kogoś przyślą, bo my tu nie poradzim!
- Spokojnie, panie Macieju. O co poszło?
- Ano pan inżynier po urlopie, to nie w temacie - podchwycił młodszy strażnik. - Ale jakoś pan na moje oko nie wypoczął.
Klara stała z boku. Inżynier sprawiał korzystne wrażenie, mimo że istotnie nie wyglądał na letnika po wywczasach. Bez śladu opalenizny, o regularnych, dziwnie ściągniętych rysach twarzy, w jasnym garniturze, którego stan świadczył o pośpiechu lub o wrodzonej niedbałości właściciela, przypominał nieco Maurycego, choć był zapewne starszy.
Dziewczyna wyciągnęła po męsku dłoń.
- Panie inżynierze, Klara Stojnowska, reprezentuję prasę. Na łamach mojej gazety pragnę przedstawić konflikt między dyrekcją fabryki a robotnicami.
- Panna nie ma przepustki - wtrącił starszy strażnik.
- Z jakiej jest pani gazety? - spytał inżynier.
- Z lwowskiego "Steru", oto moja legitymacja. Czy w tej sytuacji przepustka rzeczywiście jest konieczna? Zanim ją zdobędę, zanim zatelegrafuję do redakcji, stracę mnóstwo czasu.
Inżynier zerknął na dokument i otworzył drzwi na plac fabryczny.
- Legitymacja w zupełności wystarczy - odparł. - Może pani wejść ze mną.
- Dziękuję. Byłabym też zobowiązana za kilka słów wyjaśnień.
- W tym pani nie pomogę, bo sam nic nie wiem, mogę się tylko domyślać. Sprowadziliśmy z Wiednia maszyny do produkcji tańszych niż dotychczas papierosów i wczoraj pod okiem mechanika miało się odbyć próbne uruchomienie, ale do rozruchu nie doszło, bo wybuchł strajk. Sądzę, że sprawa jest poważna, inaczej nie ściągnięto by mnie do pracy na parę dni przed końcem urlopu.
Przystanęli tuż za drzwiami. Wydawało się, że plac aż wibruje okrzykami wiecujących cygarniczek. Było ich kilka setek; tłoczyły się jedna obok drugiej, w chustkach szczelnie zakrywających włosy, w szaroburych kaftanach, workowatych spódnicach, młode i stare, wyniszczone pracą ponad siły w niezdrowych wyziewach z obrabianego w fabrycznych halach tytoniu. Klara widywała je dotąd z rzadka, głównie na ulicach miasta po zmianie, sporadycznie w Czytelni dla Kobiet, i już wcześniej dostrzegła przekrwienie oczu oraz nienaturalne zażółcenie skóry. Nad tłumem unosił się smród machorki i potu, więc w odruchu odrazy dziewczyna przycisnęła do twarzy dłoń obleczoną w śnieżnobiałą rękawiczkę.
Na drugim końcu placu, z podwyższenia skleconego ze skrzynek, przemawiała jakaś kobieta, lecz prócz pojedynczych słów reszta ginęła we wrzawie.
- Nic tu pani nie zdziała - powiedział inżynier. - Proponuję, by udała się pani ze mną do gmachu głównego, stamtąd da się przejść do maszynowni i magazynów tytoniu.
- Zostanę na placu. Spróbuję wybadać robotnice.
- Nie lepiej kogoś z dyrekcji?
- Najpierw poznam racje kobiet.
- Pani wola. Gdyby co, wystarczy mnie znaleźć, skieruję panią do właściwych osób. Jerzy Plater - przedstawił się i odszedł.
Przeciskała się do przemawiającej. W końcu dotarła tak blisko, że słyszała wyraźnie każdą frazę, jednak w tym momencie mowa dobiegła końca, a wiec przeradzał się spontanicznie w regularny atak na fabrykę. Uzbrojone w kamienie i cegły cygarniczki wyładowywały złość na oknach. Uderzenia roztrzaskiwały szkło, kaleczyły drewno, aż zamieszanie dosięgło zenitu, Klara wycofała się więc w popłochu na tyły.
- Panienka Klara?! Mateczko Przenajświętsza! A skąd tu panienka?! W taki sądny dzień?!
To była Marysia Łuczakówna. Stojnowska zwróciła uwagę na tę młodziutką, niespełna dwudziestoletnią blondynkę podczas kursu kroju i szycia w Czytelni dla Kobiet. Zapamiętała ją, bo po zakończeniu zajęć rozmawiały jakiś czas w wypożyczalni książek.
- Jak dobrze, że cię spotykam, Marysiu! - wykrzyknęła z ulgą.
Marysia była robotnicą o krótkim stażu, cieszyła się jednak powszechną sympatią i znała dosłownie wszystkich, więc z pomocą innych kobiet wyjaśniła Klarze przyczyny buntu, potwierdzając w sporej części wersję inżyniera. Otóż fabryka zakupiła nowoczesne maszyny do produkcji papierosów drama. Plotka głosiła, że zastąpią w pracy część robotnic, doszłoby zatem do zwolnień. Co gorsza, sprzęt instalował Niemiec; to, iż nie rozumiał po polsku, tak rozsierdziło cygarniczki, że porzuciły stanowiska pracy. Miał je przecież przeszkolić do obsługi maszyn, a tymczasem one ni w ząb nie pojmowały jego szwargotliwych instrukcji.
Po południu wejście do fabryki zabezpieczyła policja, skończyło się jednak na obserwacji rozwoju wypadków, nie mieszano się w wydarzenia. Wystraszone kobiety zaprzestały jednak batalii o okna, zwłaszcza że przewidujący technicy wzmocnili je płytami. Szyby poszły w drobny mak, lecz robotnice nie zdołały zniszczyć sprzętu.
Sytuację chwilowo opanowano. Cygarniczki wiecowały jakby spokojniej, skupiając całą energię na wyborze komitetu strajkowego, który zwrócił się następnie z żądaniami do głównego gmachu fabryki. Towarzysząca delegacji Klara była świadkiem, jak kategorycznie odmówiono kobietom widzenia z dyrekcją. Komitet strajkowy zostawił spis postulatów w kancelarii, lecz zanim odszedł, obiecano, że jeśli robotnice wrócą do pracy, nie dojdzie do zwolnień. Ponieważ jednak delegacja domagała się gwarancji dyrektorów, a życzeń tych nie spełniono, rokowania spełzły na niczym.
Dochodził wieczór, gdy Klara, wyczerpana upałem i wyczekiwaniem w napięciu na rozstrzygnięcie konfliktu, opuściła teren fabryki. Zdążyła jeszcze nadać telegram z zapowiedzią artykułu, który potem w pokoiku na Kanoniczej pisała do północy. Rankiem stróż wysłał go z Poczty Głównej, bo sama niezwłocznie ruszyła na ulicę Dolnych Młynów.
* * *
Judyta skosztowała lemoniady pachnącej goździkami i lipowym miodem. Kostki cukru zagrzechotały o denko wysokiej szklanki, gdy odstawiła ją na stół obok talerzyka z plastrem arbuza, złocistymi cząstkami pomarańczy i garścią malin. Popołudnie było upalne, czas jak zwykle w pensjonacie Pohoreckich nigdzie się nie spieszył, za oknami przeszklonej werandy niebo przykuwało wzrok czystym lazurem. Korony wysokopiennych sosen drżały, poruszane wiatrem, a między krzewami tarniny i głogu tańczyły migotliwe cienie.
- Czy dziś wieczorem dają koncert na dworcu? Może warto by posłuchać? Jeśli dopisze aura, rzecz jasna, bo moim zdaniem ten nieznośny upał zwiastuje rychłe załamanie pogody. Nie zdziwiłabym się, gdyby jeszcze dziś przyszła burza. - Pani Skwierczyńska, warszawska aptekarzowa, wachlowała się chusteczką obrębioną cieniutką koronką. U nasady włosów i na czole, do którego raz po raz przykładała rąbek batystu, perliły się kropelki potu. Posapywała ciężko przez nos; gorący i parny lipiec zadawał katusze jej bujnemu, spowitemu w jedwabie ciału.
- Koncert zapowiadają na jutro - odrzekła rejentowa Maciejewska. - Przed południem można by pospacerować nad rzeką, tam chłodniej. Bo też upały nie mają nad nami zmiłowania! Lato latem, ale że służy głównie młodym, to pewne. Nie ma czym oddychać.
Judyta stłumiła ziewnięcie. Gorączkowo szukała pretekstu, by taktownie opuścić towarzystwo mieszkanek pensjonatu, dla których niedogodności pogodowe były ostatnio najważniejszym tematem rozmów.
- Ciekawam, gdzie jest pani Janowiczowa? - zainteresowała się Skwierczyńska.
- Z dziećmi na ciastkach, w cukierni - wyjaśniła Eliza. - A pani Kęcikowa przed chwilą wyszła do kaplicy. Wróci najpewniej w porze podwieczorku.
Z obfitej piersi rejentowej wyrwało się westchnienie.
- Jakaż ona pobożna! - powiedziała. - Pełna szlachetnego dostojeństwa! Podziwiam ją całym sercem, bo nie każdy z taką godnością znosi cierpienie i troski.
- Jest cierpiąca? A na cóż to? - podchwyciła z ożywieniem Skwierczyńska, temat chorób bowiem uważała za szczególnie zajmujący.
- Ależ na nic! Syna ma nicponia i nieroba! Majątek rodzinny przepuszcza w kasynach i jeden Bóg wie, gdzie jeszcze. Mają z nim państwo Kęcikowie krzyż pański, a to tacy porządni ludzie!
Judytę mierziła paplanina kobiet, te niekończące się dyskusje o wychowywaniu dzieci i wnucząt, o przetworach na zimę i sposobach walki z molami lub niekompetencji i rozleniwieniu współczesnej służby. Gdy miała dość, wymawiała się migreną lub zmęczeniem, a czasem po prostu pogrążała w myślach, w przeciwieństwie do Elizy, która sekundowała paniom, wyręczając matkę w obowiązkach gospodyni.
Jednak pobyt w Otwocku najwyraźniej Judycie służył; zmiana miejsca i klimatu okazała się zbawienna dla jej zdrowia i samopoczucia. Bez trudu dostosowała się do rytmu dni, których sens stanowiły pożywne i obfite posiłki, długie spacery, niewyszukane rozrywki, a w niedziele - msze w pobliskiej kaplicy, kiedy pensjonat pustoszał i cichł, jakby zapadając w uśpienie, z nią jedną w środku.
Dużo malowała. Przesiadywała w lesie albo nad rzeką, czasem sama, czasem z Elizą i Julką, młodszą siostrą przyjaciółki, robiąc szkice akwarelowe, które następnie dopracowywała w pokoju. Czytała więcej niż zwykle, korzystając do woli z biblioteczki Teresy Pohoreckiej. I tylko jałowe rozmowy o niczym nużyły ją śmiertelnie, dlatego dziwiła się nieustannie, że kwestia sposobu kiszenia ogórków i wywabiania plam na obrusach może być roztrząsana z taką pasją, z jaką ona niegdyś dyskutowała z Maurycym o sztuce.
O Stojnowskim rozmyślała często, tęskniąc mocno za jego rozsądkiem, dystansem do spraw nieważnych, za prostolinijnością i niewymuszoną szczerością sądów. Posłuchałaby chętnie o Paryżu, pochwaliła się najnowszymi pracami, poprosiła o radę, bo im bardziej Maurycy był nieosiągalny, tym większą miała skłonność, by go idealizować.
Nie brakło jej wiary w poprawę losu; choć nie minęły nocne koszmary i nie zdołała wyrzucić z pamięci Szymona oraz jego uczynków, jednak przynajmniej dopisywał jej apetyt. Kucharka Pohoreckich, jowialna i z sercem na dłoni, wypowiedziała wojnę chorobliwej wiotkości Judyty, będącej skutkiem, o czym Małgorzata nie mogła wiedzieć, wyniszczającego działania arszeniku. Smażyła, gotowała, piekła, patrząc z satysfakcją na znikające z talerzy przysmaki.
Wszystko to sprawiło, że gdy Judyta wspominała minioną zimę, prześladowało ją dziwne wrażenie nierealności ówczesnych zdarzeń i z każdym letnim dniem utwierdzała się w przekonaniu, że więcej nie wrócą.
* * *
Tym razem Klara bez przeszkód weszła na teren cygarfabryki. Policja uszanowała powagę legitymacji dziennikarskiej, także strażnicy nie oponowali, gdyż pamiętali ją z poprzedniego dnia.
Na placu czuć było podniecenie. Robotnice, znużone kolejną dobą na rozgrzanym słońcem bruku, wyglądały niecierpliwie wiedeńskiego radcy Musila, który jako reprezentant właścicieli fabryki przybył aż z Wiednia, by rozpocząć pertraktacje. Pojawił się w towarzystwie dyrektora, inżyniera Platera i kilku specjalistów, lecz, podobnie jak monter maszyn, nie znał polskiego. Kiedy więc jeden z pracowników fabryki tłumaczył jego słowa, tłumem robotnic wstrząsał pomruk niezadowolenia.
- A kto tam wie, co on naprawdę gada! - burknęła jedna tuż za plecami Klary, robiącej pospiesznie notatki.
- Już oni nam to przełożą! Po ichniemu! - dorzuciła inna i wrzasnęła na całe gardło: - Po polsku! Po polsku! Po polsku!!!
Wszystkie kobiety podchwyciły okrzyk; gdy wśród dyrekcji zapanowała konsternacja, głos zabrał inżynier Plater.
- Nikt tu nie kłamie! - krzyknął. - Tłumacz oddaje wiernie intencje pana radcy!
- To wasz tłumacz, nie nasz!
- Dajcie swojego! - zaproponował dyrektor, ocierając kark chusteczką, bo upał dawał się we znaki, choć od strony Czarnej Wsi zbierały się ciemne chmury.
- Ale! Jakbyśmy znały niemiecki!
- Tacyście cwani?! Specjalnie po obcemu szwargoczą! Potem powiedzą, że oni dobrze gadali, jeno my, głupie, nic nie pojęłyśmy!
- Bo z Niemcami tak zawsze! Naobiecują, naobiecują, tylko dotrzymać nie ma komu!
Gdy wydawało się, że spotkanie zakończy karczemna awantura, Klara wyciągnęła w górę rękę uzbrojoną w kopiowy ołówek.
- Ja! Ja mogę tłumaczyć! Znam niemiecki!
Na zarumienionym, okolonym faworytami obliczu dyrektora odmalowała się prawdziwa ulga, gdy przecisnąwszy się na czoło tłumu, sprawnie przekładała na polski mowę radcy. Nie pominęła niczego. Ani przyrzeczenia, że nie będzie zwolnień, najwyżej przeniesienia na nowe stanowiska pracy, ani gróźb, że gdyby strajk przeciągano, zamkną fabrykę z powodu ponoszonych strat.
Do wieczora robotnice podjęły pracę, maszyny poszły w ruch, a radcę ugoszczono spóźnionym nieco obiadem w dyrektorskim domu. Natomiast Klara z notesem pełnym zapisków wyglądała w gabinecie inżyniera Platera końca gwałtownej burzy z piorunami, która zawisła nad miastem. Niecierpliwiła się niespodziewaną zwłoką, popijając kawę z prostej, białej filiżanki.
- Skąd u pani taka biegłość w niemieckim? - spytał Plater.
- Studiowałam w Berlinie.
- I wróciła pani, żeby pracować w polskiej gazecie - stwierdził.
- Nie zgadł pan. Przerwałam studia, nad czym ubolewam.
- Jest pani pierwszą dziennikarką, z jaką miałem tu do czynienia.
- Tu?
- W Galicji. Ale w Szwajcarii, gdzie kończyłem studia, nie byłaby pani w tej roli tak egzotycznym zjawiskiem jak w Krakowie. Jeśli to nie tajemnica, co napisze pani o strajku?
Klara usiadła na krześle, choć w jej ruchach widać było podenerwowanie.
- Cóż. Napiszę prawdę. O obietnicach radcy Musila i o monterze Niemcu, który nie znając polskiego, miał przeszkolić polskie robotnice. Wie pan, o galicyjskich absurdach.
- A zatem to samo, co każda tutejsza gazeta. Zanim pani artykuł wydrukują w "Sterze", "Czas" da identyczną ugrzecznioną relację. Po dwóch dniach nikt nie będzie pamiętał o strajku.
Klara uniosła wzrok znad filiżanki. W ciemnoniebieskich oczach inżyniera prócz znużenia ujrzała powagę. Zawahała się.
- W takim razie... napiszę o cygarniczkach. O robotnicach.
- Co konkretnie?
Zatoczyła ręką koło.
- Jakie są, w jakich warunkach pracują. Domyślam się, że nie jest im łatwo.
- Chciałaby pani to zobaczyć? Służę za przewodnika, burza jeszcze potrwa.
Odstawiła filiżankę na biurko i pierwsza ruszyła ku drzwiom.
- Czyta pan w moich myślach - odparła. - Chodźmy.
* * *
W otwockim pensjonacie żwawa krzątanina rozpoczynała się skoro świt. Zanim Judyta zdążyła wysunąć się z pościeli, do jej uszu dobiegły nieco stłumione dźwięki, więc zaczęła nasłuchiwać ich z przyjemnością, bo wiedziała z doświadczenia, jak przerażająca bywa cisza. I samotność.
Tu byłoby o nie trudno. W drugim końcu pokoju spała Eliza, korytarzem, szurając nogami, raz po raz przechodził Franciszek, Małgorzata nuciła głośno, trzaskając drzwiczkami kuchennych kredensów. Z wolna parter przesiąkał cudownymi aromatami śniadania, a przez okna, wbrew złowróżbnym przepowiedniom aptekarzowej, niezmiennie zaglądało słońce. Żadnego gromobicia. Żadnej zmiany pogody.
Chyba że z powodu wizyty babci Elizy.
Starsza pani niedawno zjechała, rozgościła się w sypialni od zachodniej strony, by brzask nie budził jej zbyt wcześnie, a jednak odtąd jej nieznoszący sprzeciwu głos górował co rano na parterze. Komenderowała synową i Franciszkiem, jakby przejęła rządy w domu. Może rzeczywiście przejęła.
Elżbiety Orzechowskiej Judyta była ciekawa od dawna, choć zanim ujrzała ją po raz pierwszy, już wyrobiła sobie o niej zdanie. Wystarczyło posłuchać skarg Elizy, która bała się krewnej bardziej niż ognia. Babka, zagorzała przeciwniczka planowanych zaręczyn wnuczki z Austriakiem, najwyraźniej trwała przy swoim. Biednej Elizie zostały dwa miesiące, by ją udobruchać i przekonać do ukochanego, lecz zwierzyła się Judycie w sekrecie, że choćby miała dwa lata, i tak zabrakłoby jej czasu.
Początkowo atmosfera wśród domowników była bardzo przyjazna. Starsza pani uśmiechała się do synowej i wnuczek z niegasnącą dobrocią, podobnie do Judyty, chociaż w tym przypadku trwało to dopóty, dopóki nie porozmawiały od serca. Na pytania o rodzinę i plany na przyszłość dziewczyna dała jasną, lecz szokującą odpowiedź.
- Zerwałam kontakty z rodzicami i nie łudzę się, że za mną tęsknią - mówiła. - Córka malarka to cierń w oku, zwłaszcza zdaniem mamy. Wszelkimi sposobami usiłowała wydać mnie za mąż i nie przyjmowała do wiadomości, że w tej kwestii mam odmienne zdanie. Cóż. Trudno dyskutować z tak staroświeckimi poglądami i ze ślepym przywiązaniem do tradycji.
Było coś niepokojącego w spojrzeniu i postawie staruszki, co prowokowało do podobnych deklaracji. Intuicja podpowiadała Judycie, że za jej pozorną serdecznością kryje się natura kostyczna, nieprzejednana, zrzędliwa, a nawet zdolna do zadawania okrucieństwa.
Starsza pani nie skomentowała słów przyjaciółki wnuczki, lecz odtąd z właściwą sobie wyniosłością ignorowała jej obecność. Judyta nie zamierzała rozdzierać z tego powodu szat, przeciwnie, z ulgą wymykała się z salonu, by letnie, wibrujące cykaniem świerszczy wieczory spędzać na werandzie. Żal jej było jedynie Elizy, więc żywiła nadzieję, że jej tupet nie stanie się argumentem w ewentualnym starciu między babką a wnuczką.
Tego poranka Judytę wyrwało ze snu skrzypnięcie drzwi sypialni. W wąskim prześwicie ukazała się najpierw zmierzwiona czupryna Julki, a po chwili dziewczynka była już w pokoju. Bose stopy plaskały głośno o podłogę z desek.
- Lizka, wstawaj! - wyszeptała, ściągając z siostry kołdrę. - Babcia prosi cię na śniadanie. Pędź do niej, bo gdera i postukuje laską, jakby była nie w sosie.
Eliza westchnęła przeciągle.
- Teraz mi się dostanie! - powiedziała do Judyty, kiedy Julka wypadła za drzwi. - Babcia nie zasypia gruszek w popiele. Wyobrażam sobie jej ton i gesty, gdy będzie mi przemawiała do rozumu.
Zerwała się z łóżka. Pospiesznie włożyła suknię i buty, wyszczotkowała włosy, rozglądając się w popłochu za szpilkami do upięcia fryzury. Nieco uspokojona tą wymagającą precyzji czynnością, opuściła pokój.
Wkrótce i Judyta poszła do kuchni na śniadanie. Małgorzata podsunęła jej świeżo zaparzoną kawę, grzanki, jajecznicę oraz solidną porcję placka z rabarbarem - na deser i by poprawić dziewczynie nastrój. W takich momentach wypytywała gościa o katedry i kościoły krakowskie, nie posiadając się ze zdumienia, że Judyta, choć izraelitka, może o nich mówić godzinami. Zapewne i tym razem ciągnęłaby ją za język, gdyby nie odgłosy kłótni Elżbiety Orzechowskiej z najstarszą wnuczką.
- To ci dopiero! - mruczała Małgorzata, zatapiając wzrok w pomalowanym na niebiesko suficie. - Istne piekło!
Krzyki nagle umilkły, mocno trzasnęły drzwi, zastukały obcasy pantofelków, by ucichnąć na werandzie.
- Panienka Eliza schroniła się w ogrodzie - domyśliła się kucharka. - Widzi mi się, że nie po jej myśli przebiegła rozmowa ze starszą panią, więc może by tak panna Judyta...
- Już do niej biegnę! Pyszne śniadanko, Małgorzato.
Eliza nie zeszła do ogrodu; przycupnęła na schodkach, oparta o rzeźbioną balustradę. Judyta siadła obok.
- Posprzeczałyście się - stwierdziła.
- Słyszałaś. Pewno cały pensjonat słyszał babcine groźby i połajanki. Także to, że mnie wydziedziczy, jeśli jej sprowadzę pod dach Austriaka.
- Przecież go nie sprowadzisz.
- Oświadczyłam, że zostaję w Krakowie na stałe i wtedy dała mi do wiwatu. Jestem potworem! Niewdzięcznicą i zdrajczynią! Za grosz we mnie patriotyzmu i lojalności wobec rodziny. Nie mogę kochać Antona, bo to tak, jakbym brała na sumienie śmierć dziadka i spalenie Pohorców!
- Co więc zrobisz?
- A jak sądzisz? We wrześniu wracam, do niego i na uniwersytet.
* * *
Kiedy w pokoju na Kanoniczej Klara analizowała zdarzenia dwóch minionych dni, gdy ubierała wrażenia w słowa, zorientowała się raptem, że początkowo strajk w cygarfabryce traktowała jak szansę na wybicie się gorącym tematem, lecz ostatecznie ujęła w artykule problemy zaskakująco ważkie. Inżynier Plater pokazał jej to wszystko, czego się zaledwie domyślała. Zaduch nigdy niewietrzonych fabrycznych hal. Hałdy cuchnącego tytoniu. Mroczne zakamarki, gdzie pakowano towar, oznaczano pudełka, układano w równe stosy, a każdy ruch, każde wyprostowanie pleców wydawały się ponad siły wyniszczonych pracą cygarniczek.
Rankiem artykuł był gotów. Włożyła zapisane równym pismem arkusze do koperty i zaadresowała ją, dziękując losowi, że jest córką profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, studentką wydziału literatury i historii na Wyższych Kursach dla Kobiet i literatką, a nie robotnicą z cygarfabryki. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku nadała list na poczcie i odebrała dwa, z Paryża oraz z Otwocka. Pewna, że wreszcie i dla niej zaczęły się wakacje, otworzyła pierwszy, od brata. Uspokojona tonem Maurycego, który z entuzjazmem opisywał paryską bohemę, starych i nowych znajomych, wynajęty pokój przerabiany w pośpiechu na pracownię, sięgnęła po kolejny, od Elizy.
W Otwocku Stacyjnym jak zwykle w sezonie tętniło życie. Do pensjonatów i uzdrowisk zjechali kuracjusze, pogoda dopisywała, nie brakło atrakcji, okazji do zabawy, czasu na spacery i leniwe pogaduszki. Może więc Judyta doceni uroki lata z dala od rozgrzanego upałem miasta? Klara nie traciła nadziei.
[1] Cygarniczkami nazywano kobiety pracujące w fabrykach tytoniowych. Było to określenie pogardliwe, takiej konotacji nabrało po wystawionej w 1875 r. operze Carmen G. Bizeta, a w Polsce po wydanej w 1911 r. powieści A. Gruszeckiego Cygarniczka (przyp. red.).