Rozdział II
Cristal
Wyjście tylnymi drzwiami, było najlepszym, co mogliśmy zrobić - relacjonuję rozbawiona. - Nie miałam pojęcia, ilu paparasów było w środku. Sama wiesz, jak bywa w Silver Moonie w piątkowe wieczory - kontynuuję podekscytowana, przyglądając się czerwieni ferrari na swoich tipsach, doklejonych przed wczorajszym wyjściem przez Noemi z Nails Studio.
- Nie wiem, nie bywam w takich miejscach - burczy niewyraźnie Melania, terapeutka, z którą spotykam się w każdą środę na półtoragodzinne sesje, na wyraźne życzenie mojej agentki Kate.
Obie panie niespecjalnie za sobą przepadają i wcale mnie to nie dziwi. Kate jest praktykiem życia na najwyższym poziomie, a Mel - cóż, to teoretyk, co do którego czasem mam poważne wątpliwości, czy w ogóle wie, jak wygląda życie w praktyce.
- Błagam, Mel, tylko mi nie ściemniaj, że nie znasz Silver Moon - wzdycham zrezygnowana. To będzie bardzo długie dziewięćdziesiąt minut.
Jestem zrozpaczona widokiem zniesmaczonej moim zachowaniem doktor nauk nad człowiekiem, wyspecjalizowanej w przypadkach problemów interpersonalnych jednostek z ukrytą nadwrażliwością i przerośniętym ego, do których podobno należę. Nigdy nie sądziłam, że ja, Cristal, zostanę zakwalifikowana do ludzi z problemami psychicznymi.
Nadal ciężko mi się z tym pogodzić, ale jako że każdy szanujący się człowiek z naszej branży objęty jest skrzydłami specjalistów od wewnętrznego cierpienia, to nawet nie odczuwając przesadnie doskwierającego egzystencjalnego bólu od środka, korzystam z tego, co modne.
Silver Moon też jest modny, dlatego go lubię. To topowy lokal, w którym bawi się cała śmietanka towarzyska stolicy. Melania jest miejscową specjalistką od wszystkich zwichrowanych umysłów, którym popularność nie zawsze wychodzi na dobre. Zna środowisko od podszewki, jest żoną jednego z zawodników MMA i dam sobie rękę uciąć, że Tomasza Masierewicza, zwanego w kręgach Thomasem, widziałam w jej towarzystwie właśnie w Moonie wielokrotnie, jeszcze zanim trafiłam pod skrzydła jego żony.
- Jak chcesz, nie powiem, co nie zmienia faktu, że ty również powinnaś pomyśleć o wykreśleniu tego lokalu ze swojego terminarza spotkań towarzyskich - komunikuje i gromi mnie spojrzeniem.
- Mel, nie bądź nudna. - Manifestuję swoje niezadowolenie, teatralnie przewracając oczami.
- Dżizys, Krystyna, nie nazywaj mnie "Mel" - warczy karcąco, coraz bardziej zirytowana.
- Bo? - pytam, chociaż doskonale znam powód, ale przekomarzanie się z panią Masierewiczową stanowi nieodłączny, a zarazem mój ulubiony element naszych spotkań. - Przecież ty jesteś wypisz wymaluj jak ta... - Z premedytacją robię dłuższą przerwę, że niby myślę, aż pstrykam w końcu palcami. - Jak jej tam, no wiesz, ta ze Spice Girls. Mam, Mel B - triumfalnie przyklaskuję w dłonie.
Melania patrzy na mnie złowrogo. Spice Girls, Backstreet Boys i Peter André to gwiazdy z młodości mojej terapeutki, których plakaty zdobiły ściany pokojów jej koleżanek, a ona całym sercem nie znosiła ani szajki roznegliżowanych popowych artystów, ani muzyki, którą promowali. Dla niej od zawsze liczyła się jedynie muzyka klasyczna, która zwykle towarzyszy naszym spotkaniom. Równolatkowie tego nie pojmowali, tym samym Melania od wczesnej młodości postrzegana była jako ta inna, zdaniem rodziców wymagająca opieki specjalisty. Psychoterapeutka, do której wysłała ją przerażona matka, zasiała w Mel ziarno miłości do dogłębnej analizy ludzkiej duszy, i tak oto Melania poszła w ślady kobiety, która nie doszukała się w niej bezpośrednio żadnego wewnętrznego deficytu, a podobnie jak ona stroniła od krzykliwego makijażu, obcisłych leginsów i zigazig ah.
- Nie będziesz Mel, tylko jeżeli ja nie będę Krystyną - oznajmiam zdecydowanie, dokładnie tak, jak zrobiłby to sam Marlon Brando wcielający się w rolę Dona Corleone z Ojca chrzestnego w czasie sceny propozycji nie do odrzucenia.
- Krystyna Stanisława Nawroczyńska. - Masierewicz poprawia okulary w modnej oprawce, po czym dokonuje odczytu z uniesionej teczki, którą podsuwa sobie pod nos. - Nie chce być inaczej - dodaje ze złośliwym uśmieszkiem.
- Jesteś niereformowalna. - Mrużę oczy, ale w zasadzie zaczyna mnie nużyć całe to nasze przekomarzanie się.
- Ja? Ja raczej staram się zachować resztki profesjonalnego podejścia, bo od naszego pierwszego spotkania za bardzo pozwoliłam sobie na to, żebyś weszła mi na głowę, i teraz mamy tego efekty. Traktujesz mnie jak gwiazdę popowych produkcji z lat dziewięćdziesiątych, a nie poważnego człowieka, który stara ci się pomóc. A ta twoja Cristal, Krystyno, brzmi jak z tego tasiemcowego kiczu, Dynastii - zaczyna, ale jej przerywam:
- Tasiemcowy kicz z lat dziewięćdziesiątych - powtarzam jej słowa. - Melanio, ja jestem uczłowieczoną formą najlepszego szampana. Gdybym potrzebowała ludzkiego wzorca i musiała dokonać wyboru, opierając się na Dynastii, zamiast pani Carington wybrałabym Alexis. - Parskam śmiechem. - Wracając do ciebie, moja profesjonalistko: jeżeli sobie życzysz, mogę nazywać cię nawet Zygmuntem Freudem...
- Stop! - woła, unosząc palec wskazujący. - Stop! Krystyno, tutaj mówmy do siebie po prostu tak, jak nas ochrzczono, a poza moim gabinetem możesz być nawet uczłowieczoną formą Gwiazdy Betlejemskiej, niosącą dobrą nowinę. Chociaż twoje ostatnie nowiny są raczej poniżej jakiegokolwiek poziomu, ale jak widać, społeczeństwo teraz taką materią się syci. Żyjemy w oparach absurdu.
- Mel - zaczynam. - Melanio - poprawiam się. - W końcu się zgadzamy, doszłyśmy do tego samego wniosku, jestem społecznym objawieniem - potwierdzam zadowolona, a Melania chowa twarz w dłoniach. - Dobra, nie komentuj. Wracając do Moona, sama wiesz, że tam zaczyna się bycie kimś w stolicy - oznajmiam pewnie.
- Tam się kończy bycie kimś w stolicy - nie odpuszcza i znowu gramy w odbijanie słownej piłeczki.
- Przestań, hieny z aparatami zawsze i wszędzie znajdą sposób, aby nasycić obiektywy, nawet w kościele, a następnie dopiszą nieprawdę, że ty się wcale tam nie modlisz, tylko masz ochotę przelecieć księdza. To zabawne.
Śmieję się, patrząc w poszarzały sufit gabinetu. Nie lubię szarości. Od czasu, kiedy za sprawą ciężkiej pracy fizycznej nad swoją sylwetką i ciężkiej pracy menedżerki Kate nad budowaniem mojego publicznego wizerunku oraz przemiany Krystyny w Cristal stałam się rozpoznawalna, moje życie nabrało kolorów, w których czuję się jak ryba w wodzie. Miłość do światła jupiterów i blasku fleszy pewnie mam zakodowaną w genach, tylko sporo czasu zajęło mi oswojenie się ze swoją prawdziwą naturą.
- I ciebie to naprawdę bawi? - zaczyna moralizatorskim tonem Melania. Piorunuje mnie spojrzeniem. Chyba wierzy, że cała ta jej paplanina jest dla mnie jak mentalna chłosta, ale z przymkniętymi oczami wygląda jeszcze zabawniej niż poważnie i srogo. - Czasem zastanawiam się, czy ty kiedyś dorośniesz - podsumowuje, wzdychając głośno i osuwając się bezradnie w oparcie skórzanego fotela.
Ciekawe, czy w czasie którejś z prywatnych sesji z Thomasem po emocjonalnej chłoście zrzuciła swój dopasowany kostiumik i profesorskie okularki, a następnie dobrała mu się do spodni i przeleciała ostro, dosiadając go w fotelu. Zarówno mebel, jak i Thomas mają podobne gabaryty, a gdy drobna Mel wbija się w oparcie, zwyczajnie ginie. Unoszę lekko głowę, żeby zobaczyć, czy nie zniknęła.
- Mel, ale my nie robiliśmy w zasadzie niczego odbiegającego od normy. - Obejmuję dłońmi kolana i przysuwam je do swojej klatki piersiowej.
Leżę jak prawdziwa pacjentka na skórzanym szezlongu i łypię co chwilę na zegar zawieszony na ścianie, marząc o tym, żeby nasze spotkanie dobiegło końca. Mam plany na wieczór, na myśl o których odczuwam przyjemne mrowienie w podbrzuszu.
- Jeżeli dla ciebie rzeczą normalną jest jazda komunikacją miejską w samej bieliźnie, w środku nocy, to faktycznie wątpię, aby nasze normy były tożsame. - Posyła mi kolejne ze swoich groźnych spojrzeń. Wiem, że mnie lubi, ale musi pokrzyczeć, żeby dać wyraz temu, że jej na mnie zależy.
- Wybiegliśmy z klubu zaatakowani przez paparosa, tego z kijem w tyłku, który ostatnio spekulował na temat mojej ciąży. Wtedy natknęliśmy się przed lokalem na kolejne stado. Zanim podjechała taksówka, wskoczyliśmy do autobusu, który właśnie się pojawił i był pusty.
- I dlatego Bartłomiej Knedel postanowił na odchodne pokazać fotoreporterom gołą dupę? - pyta, tym razem szczerze poirytowana.
- Nie nazywaj go tak, bo brzmi jak danie z baru mlecznego. Chyba po prostu nie pomyślał - tłumaczę Brajana, który lubi najpierw robić, a dopiero później zastanawia się nad konsekwencjami. Co nie zmienia faktu, że uwielbiam jego towarzystwo na imprezach i od jakiegoś czasu również w sypialni.
Po którejś z gal, lekko wstawieni musującym winem, którego wypiliśmy kilka kieliszków do boskich eklerek, po których cały następny dzień mnie mdliło, jechaliśmy taksówką. Spoglądając w lusterko wsteczne kierowcy, pozwoliłam, aby jego zgrabne, długie palce błądziły między moimi udami. Bartłomiej, zwany w kręgach Brajanem, z wykształcenia prawnik, z zawodu aktor serialowy, a z zamiłowania gitarzysta rockowy bardzo umiejętnie operował palcami po mojej cipce. Z każdym jego ruchem miałam nadzieję, że szybciej dotrzemy do sypialni i nie będę musiała ujawniać się ze swoimi skłonnościami do ekshibicjonizmu przed starszym kierowcą taksówki. Dłoń Brajana miała nade mną przewagę i totalnie się zatraciłam, pozwalając doprowadzić się do rozkoszy na tylnej kanapie auta, o czym w spazmatycznych okrzykach poinformowałam kierowcę. Nie miałam specjalnych wyrzutów sumienia, kiedy mój wzrok wołający o jeszcze skrzyżował się ze zbulwersowanym spojrzeniem pana prowadzącego samochód. Młodość ma swoje prawa i uważam, że należy z nich korzystać. Jak nie teraz, to kiedy?
- O ile znajduję jakąś analogię między Cristal a Krystyną, o tyle między Brajanem a Bartłomiejem nie widzę żadnej, ale nie skupiajmy się na nazewnictwie, a na faktach. Gdzie ty w tej sytuacji miałaś głowę? Zamiast udawać, że cię obok niego w ogóle nie ma, świeciłaś swoim wybielonym garniturem zębów do obiektywów, zaraz obok jego równie białego tyłka?!
- Oj, przestań, przecież to nic takiego. - Macham ręką.
- Nic takiego? - Mel po raz kolejny unosi głos wyraźnie oburzona. - Słyszałam, że jesteś sportowcem. Zależy ci na nowej kampanii dla Seapart, tak?! Przestałaś zachowywać się jak gwiazda fitnessu, a zaczęłaś jak królowa tabloidów i brukowców.
- To nie moja wina, że się za mną uganiają. - Wyginam usta w podkowę, chociaż pojawianie się na portalach i pierwszych stronach gazet sprawia mi wyraźną przyjemność.
- Dajesz im pożywkę i sensację, więc się uganiają - podsumowuje. - Doskonale wiedziałaś, że stajesz się osobą publiczną, i zamiast walczyć o godny wizerunek, dostarczasz jedynie miernej rozrywki. Jeżeli nie będziesz miała do siebie samej szacunku, nie oczekuj go od innych.
Kate nie widzi w tym nic złego - usprawiedliwiam się w myślach.
- Melania, ale ja nie chcę być na pierwszych stronach Wyborczej, tę przestrzeń zostawmy dla błaźniących się szych naszego państwa - śmieję się perfidnie.
- Kurwa mać, Krystyno, czy ty naprawdę niczego nie rozumiesz? - wyje zrozpaczona.
Przez chwilę zastanawiam się, czy nie powinnyśmy zamienić się miejscami, jej desperacja mnie wyraźnie zaskakuje. Prostuję się i siadam.
- Nie - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Jestem właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, wygrywam zawody, cieszę się życiem. Co twoim zdaniem robię nie tak? - pytam i lekko unoszę głos. Ja też potrafię, a te wieczne pretensje zaczynają być nudne.
- Jesteś na szczycie, jesteś kimś, a stałaś się uzależniona od wątpliwego podziwu. Pozując swoją twarzą, którą w tej chwili możesz jeszcze zrobić coś dobrego, obok gołego tyłka kolegi okrzykniętego największym dziwkarzem stolicy, poszanowanie twojej osoby za chwilę brutalnie zderzy się z ziemią. W swoich social mediach nie publikujesz już relacji z treningów, a tylko bełkoczesz wstawiona po kolejnych imprezach. Nie założę ci smyczy, jesteś wolnym człowiekiem, ale zastanów się, czy nie warto postawić sobie jakieś nowe cele, a rozpoznawalność wykorzystać do robienia czegoś dobrego i wartościowego, zamiast zachłystywać się próżnością w najgorszym wydaniu.
- Co proponujesz? - pytam i wzdycham.
- Zniknij - odpowiada stanowczo.
- Jak? - Nadymam poliki, a następnie wypuszczam z siebie z gwizdem powietrze.
- Nie wiem. Wyjedź gdzieś. Odpocznij i daj odpocząć od siebie - kontynuuje poważnie, a ja czuję, że obrywam bez powodu.
- Dokąd? - Mel nie żartuje, ale te jej sugestie wcale mi się nie podobają. Z przytupem zdobywam polski high life.
Może zwyczajnie jest zazdrosna.
- Nie wiem. Daleko. Pomyśl nad sobą i swoim życiem. Wróć do sportu - oznajmia.
- Przecież ćwiczę i doskonale wiesz, że poświęcam temu każdą wolną chwilę. Codziennie biegam, odbywam dwa treningi na siłowni, jeden kardio, drugi siłowy, a dzień kończę jogą. Odbębniam spotkania z dietetykami, trzymam się ich wytycznych. Może poza alkoholem, którego pić nie powinnam, ale od czasu do czasu jak każdy normalny człowiek pozwalam sobie na drinka albo dwa.
- Krystyno, musisz gdzieś wyjechać po rozum do głowy, bo inaczej wszyscy poważni zleceniodawcy odwrócą się od ciebie. Chcąc nie chcąc, i ty będziesz musiała wrócić na ziemię, a te powroty z reguły nie należą do przyjemnych. Masz swoje pięć minut, więc wykorzystaj je we właściwy sposób. Życie to nie cyrk, a ty nie musisz bawić się w klauna - podsumowuje.
Teraz to mnie wkurzyła.
- Okej, zacznę od wyjazdu na Wilanów, nasz czas się skończył. - Siadam na kozetce, przeciągam się i posyłam w stronę Melanii lekceważący uśmieszek.
- Wilanów, pan Knedel, właściciel gołego tyłka z pierwszej strony "Every Day"?! - pyta z pogardą i cmoka z niesmakiem.
- Muszę sprawdzić, jak się ma z tym swoim tyłkiem. - Wstaję i podchodzę do jej biurka. - Nie uważasz, że jest niezły?! - pytam, stukając paznokciem w okładkę, na której uśmiecham się szeroko obok jędrnych pośladków Brajana.
- Pomyśl o wyjeździe, Cristal - cedzi przez zęby. - To będzie najlepsze, co możesz zrobić, przede wszystkim dla twojej przyszłości - dodaje zrezygnowana.
Posyłam jej buziaka, macham dłonią i zbiegam schodami do czekającej pod budynkiem taksówki.
* * *
Pod wysokimi drzwiami apartamentu Brajana znajduję się błyskawicznie. Poprawiam opinający biust gorset, wygładzam lekko pomarszczony materiał półdługiej spódnicy i przeczesuję dłońmi długie blond włosy. Pukam. Nikt nie otwiera. Naciskam klamkę, drzwi są otwarte i ochoczo zapraszają mnie do środka. Jestem piętnaście minut przed czasem. Idę długim korytarzem, na którego ścianach wiszą zdjęcia Brajana w kolorowych ramkach. Z rozdania Telekamer i z Festiwalu Filmowego w Wenecji. Mijam nowoczesną kuchnię, w której poza szykującym jakąś potrawę thermomixem nie ma nikogo. Nic dziwnego, Knedel jest w sypialni w towarzystwie naszej wspólnej znajomej. Patrycja siedzi na nim okrakiem, porusza się zmysłowo, a on trzyma ją za biodra i pomrukuje. Zaiste obsceniczny obrazek.
Na ich twarzach nie widzę fajerwerków, ciała nie są spocone, a ubrania porozrzucane po pokoju, więc nie jest to pierwszy namiętny seks pod wpływem chwili zapomnienia, taki z serii "kiedy traci się głowę, zrywa z siebie garderobę i ulega zwierzęcym instynktom". Wygląda, jakby wpadła pożyczyć szklankę cukru...
Patrycja jakiś czas temu nabyła apartament dwie kondygnacje poniżej mieszkania Brajana. Wilanów cieszy się popularnością wśród celebrytów. Z Knedlem nie jesteśmy parą, nie musi czuć się zobowiązany w stosunku do mnie, ale żeby dogadzać sobie w ten sposób na chwilę przed naszym spotkaniem - no nie, to już jest chyba jednak lekka przesada. Odchrząkuję, informując kochanków o swojej obecności.
- Kontynuujcie, nie będę wam przeszkadzać - rzucam zimno, odwracam się na pięcie i ruszam w stronę drzwi.
- Cristal, zaczekaj! - woła Brajan i słyszę, jak ściąga z siebie Patrycję, która uderza się w nogę w czasie lotu na materac, bo skomle dość głośno "ałaa, moja kostka!".
- Głupio wyszło - sapie Knedel, zatrzymując silną dłonią, która wyłoniła się obok mojej szyi, drzwi wejściowe.
- Głupio. Dobrze ujęte, ale spoko, kontynuujcie. Nie dołączę - mówię, uśmiechając się pod nosem.
Żenujące.
Z politowaniem w oczach unoszę kąciki ust, spoglądam w stronę Knedla i odsuwam jego rękę, którą blokuje mi drzwi. Chwytam mocniej za klamkę i pociągam ją w swoją stronę. W tym momencie dobiega do nas kuśtykająca Patrycja. Zakrywa cipkę poduszką. Drzwi otwierają się na oścież i oślepia nas blask flesza.
- Ożeż kurwa, paparos! - krzyczy Knedel, a ja z prędkością światła wbiegam do windy.
Wybieram parter i naciskam guzik przyspieszający zamykanie drzwi. Dostrzegam jedynie, jak Brajan z dyndającym przyrodzeniem bluźni za chłopakiem z długim obiektywem, uciekającym w stronę wyjścia ewakuacyjnego. Za budynkiem znajduje się postój taksówek, wsiadam do pierwszej oczekującej, wyciągam telefon i wybieram numer Melanii.
- Mel, w jutrzejszej prasie spodziewaj się nagiego ptaka z Wilanowa w towarzystwie kulejącej synogarlicy, zasłaniającej się poduszką, i tym razem to nie jestem ja. - Śmieję się lekko, ale wiem, że tym razem śmiech jest nie na miejscu. - Ja tylko wychodziłam z ich gniazdka... - jąkam się. - Nie wiem, co sobie dopiszą, ale materiał jest gruby - dodaję.
- Wyjedź... - rzuca cierpko po chwili milczenia.
- Wyjadę... - mówię i się rozłączam.
Opieram głowę o szybę i patrzę na ulice pełne bardziej i mniej luksusowych samochodów. Chodniki uginają się pod ciężarem pantofli, wysokich szpilek, adidasów i mokasynów należących do przemieszczających się we wszystkich możliwych kierunkach ludzi. Zewsząd krzyczą kolorowe światła i reklamujące high life bilbordy. Po zmroku Warszawa zaczyna przypominać chaotyczne wesołe miasteczko - za to ją kocham, ale gdzieś podskórnie jednocześnie jej nienawidzę. Może faktycznie powinnam nabrać do niej dystansu, bo być może za bardzo weszła mi w krew jej chimeryczna natura.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI