1
Beatrice Cenci
Rzym, wrzesień 1599...
W pracowni unosi się zapach siemienia lnianego i minerałów. Jest cicho, słychać tylko miarowy odgłos tłuczka w moździerzu, w którym terminator uciera przy warsztacie pigment i miesza jaskrawe rozpryski barwnika z lśniącym olejem.
Artemisia siedzi bez ruchu, ściśnięta jak udziec barani w niewygodnej brunatnej sukience z ciężkiego jedwabiu, która należy do innej dziewczynki. W wysadzanej klejnotami przepasce na głowie poluzował się drucik i zadaje jej prawdziwe katusze.
Zmuszając się do samodyscypliny, Artemisia siedzi bez ruchu, czekając, aż ojciec się odwróci, żeby przedyskutować coś z terminatorem, po czym błyskawicznie jak mucha wbija paznokcie w głowę. Chwila błogosławionej ulgi.
- Nie ruszaj się! - grzmi Orazio i jego córka szybko opuszcza rękę.
To musi być prawda, co mówił - że ma oczy z tyłu głowy. Artemisia przygląda się zwisającym mu na ramiona ciemnym włosom i zastanawia się, jak te niewidzialne oczy mogą coś dostrzegać przez taką grzywę.
Zastępuje dziewczynkę, której portret ojciec właśnie kończy. Nigdy jej nie widziała na własne oczy, ale wie, że to wnuczka stryjeczna papieża, czy coś w tym rodzaju. To dlatego włożyli Artemisii te wyszukane, drapiące koronki i klejnoty - żeby ojciec mógł wykończyć obraz, "nie fatygując niepotrzebnie młodej damy". Jak to dobrze, że ona nie jest wnuczką stryjeczną papieża i nie musi nosić na co dzień takich niewygodnych ubrań.
Nagle ciszę rozdziera łomot otwieranych drzwi i do pracowni wielkimi krokami wpada znajomy ojca, od progu gromkim głosem wykrzykując powitanie.
- Wcześnie się zjawiasz, Merisi.
Po rumieńcach na policzkach ojca dziewczynka poznaje, że powściąga złość. Zwykle jest popędliwy i szybko wpada w gniew, ale nie wobec Merisiego, a w każdym razie nie wprost. Za plecami nazywa go "nikczemnym szubrawcem", a kiedy myśli, że córka nie słyszy, mówi o nim jeszcze gorsze rzeczy: "Diabelskie nasienie zgarnia wszystkie moje zamówienia. Obwołali go geniuszem, ale to żaden geniusz, tylko wrzód na zadku".
- Wcześnie? Ależ wręcz przeciwnie. - Merisi uśmiecha się od ucha do ucha. - Jak się nie pospieszymy, to ominie nas największa uciecha.
Podchodzi do Artemisii, zdejmuje kapelusz i kłania się zamaszystym gestem.
- Michelangelo Merisi de Caravaggio, do usług jaśnie pani.
- Ja nie jestem... - zaczyna dziewczynka i urywa, bo nie umie sobie przypomnieć imienia wnuczki stryjecznej papieża. - To ja, Arte... - Po czym wybucha śmiechem, uprzytomniwszy sobie, że Merisi sobie z niej żartuje.
W mieście rozlegają się dzwony na Anioł Pański.
- Widzisz? Już południe. - Merisi jest jeszcze bardziej ożywiony niż zwykle. - Pomóż córce zdjąć ten absurdalny strój i chodźmy.
Orazio oddaje paletę i pędzle terminatorowi, żeby je oczyścił.
- Artemisia nie idzie - oświadcza.
- A czemuż to?
- To nie jest widowisko odpowiednie dla sześcioletniego dziecka.
- Nie mówiłbyś tak, gdyby była chłopcem. - Merisi puszcza do dziewczynki oko. Ciemne oczy otoczone gęstymi, czarnymi rzęsami błyskają porozumiewawczo. - Niech się nauczy, co grozi dziewczętom, które nie słuchają ojców.
Artemisia zastanawia się, o co chodzi.
Merisi zdejmuje jej z głowy wysadzaną klejnotami przepaskę.
- Jej matka na to nie pozwoli - mówi Orazio. - Uważaj. To jest warte więcej, niż ty zarabiasz przez rok. - Rozwiązuje tasiemki ciężkiej sukni i zdejmuje ją z córki przez głowę.
Dziewczynka zostaje w wygodnej starej koszuli.
- Nie wiedziałem, że w twoim domu rządzi niewiasta. - Merisi stoi w drzwiach i stuka palcami o futrynę.
Wkładając codzienne ubranie, Artemisia patrzy, jak ojciec wzdycha z rezygnacją.
- Dokąd idziemy, tatusiu?
Zastanawia się, czy to może być przedstawienie kukiełkowe na piazza del Popolo. Pamięta kukiełkowego mężczyznę z dużymi czerwonymi kółkami namalowanymi na policzkach, który bił kijem kukiełkową żonę. Wszyscy uważali, że to bardzo śmieszne.
- Czy niespodzianka nie będzie bardziej podniecająca? - pyta Merisi.
- Nie!
Merisi śmieje się z niej, ale nie w taki sposób jak niektórzy dorośli - że czuje się głupiutka - tylko jakby przypuszczał ją do komitywy i uważał za swojego kompana.
- Sama popatrz! - Wyciąga do niej obydwie ręce o długich palcach i paznokciach oblepionych farbą. Jedna dłoń jest zaciśnięta w pięść, druga otwarta, a na niej leży moneta. - Którą rękę wybierasz? Możesz zatrzymać to, co znajduje się w środku.
Artemisia zastanawia się, co zrobić. Spogląda na ojca, szukając u niego pomocy, lecz on tylko wzrusza ramionami. Nigdy nie miała własnej monety. Mogłaby sobie za nią coś kupić.
Ślina nabiega jej do ust na myśl o orzechach prażonych w cukrze, które sprzedają w papierowych rożkach na rynku. Mama zawsze mówi, że są za drogie. Artemisia już ma podjąć decyzję, lecz coś ją powstrzymuje. Może w zaciśniętej dłoni Merisi trzyma dwie monety? Mogłaby sobie za nie kupić orzechy i torebkę ziaren, żeby nakarmić ptaszki, albo jedwabną wstążeczkę. Albo bombolone - prawie czuje na języku wyciekającą z pączka słodką kremową masę.
- Tę. - Wskazuje zamkniętą dłoń.
Merisi, rechocząc, otwiera pięść. Jest pusta.
Rozczarowanie rozwiewa maleńkie marzenia Artemisii. Inna dziewczynka na jej miejscu pewnie by się rozpłakała, ale nie ona.
- Słowo daję, Merisi. - Ojciec marszczy brwi. - Nie powinieneś rozniecać w dziecku takich nadziei. Ona tego nie rozumie.
Merisi nie zwraca na niego uwagi i schyla się do Artemisii.
- Czego cię to nauczyło? - pyta, zamykając w dłoni monetę.
- Że nie powinnam chcieć więcej, niż chcą mi dać - odpowiada dziewczynka cicho.
Czuje, że to wcale nie jest prawda, ale ojciec mówi z aprobatą:
- Tak jest. Mądra dziewczynka. Morał jest taki, że powinniśmy temperować nasze oczekiwania.
- To tylko jeden z możliwych wniosków - zauważa Merisi. - Ja zamierzałem pokazać ci coś innego.
Artemisia trochę się boi tego mężczyzny, ale jest w nim coś, co budzi w niej dreszczyk emocji.
- Co sprawiło, że zapragnęłaś rzeczy, której nie widziałaś? - pyta Merisi.
Ponownie wyciąga do niej zaciśniętą pięść.
Dziewczynka myśli usilnie.
- Bo w środku mogło być coś jeszcze wspanialszego. - Merisi się uśmiecha. - Nikt nie potrafi się oprzeć tajemnicy. - Odwraca się do Orazia. - To nie morał, tylko obserwacja. Twoja córka jest niezwykle spostrzegawcza. Ile ma lat? Sześć? Możliwe, że wychowujesz małego geniusza!
Artemisia nie jest pewna, czym dokładnie jest geniusz, ale z wyrazu twarzy Merisiego domyśla się, że to coś dobrego.
- Wolę o tym nie myśleć. - Orazio podaje jej płaszczyk. - Córki nie powinny za szybko dojrzewać.
Kiedy ojciec nie patrzy, Merisi wsuwa do rączki dziewczynki dwie monety i przykłada palec do ust. Artemisia chowa swój skarb do kieszeni. Myśl o takim sekrecie rozgrzewa ją od środka.
Na ulicy ojciec chwyta ją za łokieć. Jego uścisk jest mocny i dziewczynka musi biec, żeby za nim nadążyć w wąskich uliczkach. Zbiera się coraz więcej ludzi, atmosfera robi się gęsta od podniecenia. Przepychają się w stronę rzeki. Artemisia widzi tylko ludzkie zadki, rąbki koszul, tu i ówdzie rękojeść sztyletu, niemowlę w objęciach kobiety, osła wlokącego za sobą odrażający smród odchodów.
W końcu się zatrzymują; ludzie dookoła krzyczą i rozpychają się.
- Wygląda na to, że przegapiliśmy żonę - stwierdza Merisi. - Mówiłem ci, że się spóźnimy.
Ściśnięta między obcymi ciałami Artemisia wpada w panikę. Po jej palcach prześlizguje się coś ciepłego i mokrego. Ze wzdrygnięciem unosi rękę, ale to tylko pies wylizuje z jej skóry słony pot. Dziewczynka głaszcze go po łbie; cieszy się, że może zająć czymś uwagę i odwrócić myśli od nieprzyjaznego tłumu. Pies trąca jej dłoń chłodnym, wilgotnym nosem.
Tłuszcza zaczyna falować. Artemisia potyka się o sterczący kamień w brukowanej ulicy, przewraca się, zdziera sobie skórę na dłoniach. Czyjś tupiący but omal nie trafia jej w głowę. Dziewczynka próbuje się podnieść, ale napierający tłum jej nie pozwala. Nagle czyjeś wielkie dłonie chwytają ją pod pachy i sama nie wie, kiedy katapultuje nad głowami ludzi i ląduje na ramionach Merisiego.
- Mówiłem, żeby jej nie zabierać - burczy Orazio.
Artemisia patrzy na morze głów płynące do przodu. Na mięciutkich poduszeczkach pod jej kciukami zbierają się kropelki krwi. Wyciera je o płaszczyk.
Uliczka wychodzi na wielki plac, za którym jest most łączący brzegi rzeki. Woda marszczy się i mieni, łodzie zbijają się w stada, podskakują na powierzchni, żagle trzepocą jak piątkowe pranie. Na drugim brzegu siedzi Zamek Świętego Anioła z szeroką wieżą i okrągłymi cegłami rumieniącymi się w popołudniowym słońcu.
Nad głowami kłócą się białe mewy szybujące na tle błękitnego nieba. Jedna przysiada na słupie na wysokości wzroku Artemisii. Ma wielki, zakrzywiony dziób koloru dojrzałej cytryny. Przez chwilę zatacza dookoła dziwacznymi ślepiami, po czym rozpościera szerokie skrzydła i wzbija się z powrotem w powietrze. Dziewczynka obserwuje, jak ptak chowa pod siebie pazury i dostojnie nabiera wysokości. Wyobraża sobie, że ona też unosi się na skrzydłach na tle nieskończonego błękitu.
Merisi stawia ją na murze, każe się przesunąć grupce umorusanych wyrostków, po czym razem z Oraziem wdrapują się i siadają obok. Z tego miejsca Artemisia widzi pustą część placu, otoczoną pierścieniem płotków, które powstrzymują napierający tłum. Na środku stoi rusztowanie z podestem wysłanym słomą i konstrukcją podobną do tej, na której wiszą anioły w czasie wielkanocnych misteriów. Nieopodal stoi w rzędzie chór zakonników i śpiewa psalmy.
- Będzie przedstawienie? - pyta Artemisia.
- W pewnym sensie - odpowiada ojciec z dziwnie zmarszczonym czołem.
- Zobaczysz - mówi ze śmiechem Merisi, ściskając jej ramię. - O, tam jest Reni! Na trybunie. - Wskazuje palcem i macha, wołając mężczyznę.
I znowu zaczynają się przepychać przez tłum w stronę bocznej części placu, gdzie stoją rzędy ław wypełnionych ludźmi w kolorowych ubraniach.
Mężczyzna, którego wcześniej zauważył Merisi, woła do nich:
- Chodźcie tutaj! Zająłem wam miejsca!
Artemisia kilka razy widziała tego człowieka w pracowni ojca. On też jest malarzem.
Kiedy wchodzą po stromych schodkach na trybunę, dziewczynka słyszy, jak mężczyzna pyta:
- Orazio, czy ona nie jest za mała na takie rzeczy?
Lecz po chwili ich rozmowa tonie w ogłuszającym skandowaniu tłumu:
- Dajcie dziewkę! Dajcie dziewkę! Dajcie dziewkę!
Napływa jeszcze więcej ludzi, którzy depczą im po nogach. Aż w końcu cały plac grzmi od zgiełku.
Siadają. Ojciec sadza sobie Artemisię na kolanach. Obok nich wciska się na ławę wielka, tłusta niewiasta, więc wszyscy się przesuwają. Kobieta błyszczy od potu i chłodząc się wachlarzem, roztacza wokół siebie silny zapach perfum, od którego Artemisii robi się trochę niedobrze.
Nagle zapada cisza; słychać tylko terkot wozu wjeżdżającego na plac. Zakonnicy znowu zaczynają śpiewać. Artemisia wstaje, żeby przyjrzeć się wiezionej dziewczynie. Nie jest taka młoda jak ona, jest dorosła. Prowadzą ją po schodach na rusztowanie niedaleko ich trybuny.
Młoda kobieta, choć ma na sobie proste ubranie, jest bardzo ładna. Artemisia widziała dotąd tylko dwa przedstawienia i w obu aktorzy nosili jaskrawe, kolorowe stroje. I wszyscy byli mężczyznami albo chłopcami. Nigdy przedtem nie widziała kobiety aktorki; myślała, że coś takiego w ogóle nie istnieje, i teraz przyszło jej do głowy, że może to tylko przebrany ładny chłopiec.
Dziewczyna (lub chłopiec) ma na sobie sukienkę w burym kolorze; jej głowa z ciemnymi włosami zebranymi na czubku głowy jest odkryta. Gdy mamrocze coś do siebie - może modlitwę - jej brązowe oczy patrzą w dół, na skrępowane drobne dłonie z mocno splecionymi palcami. Od czasu do czasu podnosi wzrok i rozgląda się dookoła. Ledwo widoczne drżenie szczęki świadczy, że jest zdenerwowana. Artemisia domyśla się, że to pewnie przez tych wszystkich ludzi, którzy na nią patrzą. Próbuje sobie wyobrazić siebie na jej miejscu i dostaje gęsiej skórki na myśl o tylu oczach patrzących tylko na nią.
Prowadzą dziewczynę na środek sceny i zatrzymują obok stopnia. Nad głowami nieubłaganie krążą mewy, zakonnicy dalej śpiewają i kołyszą się w jednym rytmie, co wprawia w ruch różańce i brzegi szarych habitów. Do dziewczyny podchodzi wysoki mężczyzna z krzaczastą brodą, która wygląda tak, jakby włosy ześliznęły mu się z głowy na podbródek.
Dziewczyna wręcza mu mieszek, a on mówi głośno, tak żeby wszyscy go słyszeli:
- Proszę, wybaczcie mi.
Potem szepcze jej coś do ucha. Ich spojrzenia spotykają się przelotnie i wtedy w oczach dziewczyny widać jakby prawdziwą grozę. Artemisia nie może się nadziwić, jak można tak przekonująco udawać.
Dziewczyna klęka i mężczyzna zawiązuje jej oczy.
W głębi tłumu rozlega się rozgniewany głos. Publiczność zaczyna się niecierpliwić i Artemisia cieszy się, że siedzą bezpiecznie na ławach, chociaż musi zasłaniać dłonią nos i usta, żeby nie czuć perfum głośno sapiącej kobiety, która siedzi obok.
Kiedy dziewczyna kładzie głowę na stopniu niczym na poduszce i rozpościera ramiona na boki, Artemisia dochodzi do wniosku, że odgrywa męczeństwo jakiejś świętej. Łamie sobie głowę, o którą z dziewic męczennic może chodzić. Wylicza je na palcach, przypominając sobie modlitwy, które wbija jej do głowy siostra Ilaria: Dorota, Justyna, Agata, Łucja, Agnieszka, Cecylia... Więcej nie pamięta.
Powietrze rozcina ze świstem topór.
I jego ostrze opada z głośnym łupnięciem.
Nogi dziewczyny gwałtownie podskakują w górę, suknia zadziera się prawie na ramiona, a po scenie toczy się sztuczna głowa. W powietrze tryska czerwona ciecz, rozlewa się po deskach, zachlapuje burą sukienkę i zbiera się pod stopniem w lepką kałużę.
Tłum porusza się jak fala, rozlegają się jęki i gniewne pomruki.
Na dłoń Artemisii kapie coś ciepłego. Spuszcza wzrok i widzi, że kropla nie jest czerwona, tylko przejrzysta. Czyjaś łza albo ślina, albo pot z twarzy sąsiadki, która krzyczy i wymachuje pięścią.
- Jak oni to robią? - pyta dziewczynka. - Jak robią, że to wygląda tak prawdziwie?
Kobieta spogląda na nią dziwnym wzrokiem. Policzki jej się trzęsą.
- O czym ty mówisz, dziecko?
- O przedstawieniu. O męczeństwie. Wygląda jak prawdziwe.
- Męczeństwo? - Kobieta wybucha ponurym śmiechem. - To jest egzekucja, dziecino.
Nie od razu dociera do Artemisii sens tego, co usłyszała. To nie jest przedstawienie ani chłopiec udający dziewicę męczennicę. Ściska ją w dołku. To była prawdziwa dziewczyna, która teraz leży naprawdę martwa na platformie, a z miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą na jej ramionach spoczywała głowa, tryska prawdziwa krew.
- Kim... kim była ta kobieta? Co zrobiła? - pyta Artemisia słabym głosikiem. W jej uszach szumi krew.
- To Beatrice Cenci. Zamordowała ojca - odpowiada Merisi.
Artemisia łapie się za szyję. Głowa robi jej się ciężka. Fala gorąca napływa do góry. Dziewczynka chwieje się, jej powieki robią się ciężkie; jak przez mgłę dochodzą do niej odgłosy zamieszania, wypowiadane przez kogoś jej imię, mocne klepnięcie w policzek, woda wpływająca do ust... Świat robi się czerwony, a potem czarny.
Kiedy otwiera oczy, jest z powrotem w domu; mama przykłada jej do czoła chłodną dłoń. Rozmawia z ojcem, który stoi w głębi pokoju razem z Merisim - dwie duże sylwetki majaczące w półmroku. W głosie mamy słychać gniew. Jest bardzo zła. Mały braciszek Artemisii zaczyna marudzić.
- Cóż mogę powiedzieć? - odzywa się Orazio. - Miałaś rację, duszko, jak zawsze. Nie powinienem był zabierać jej ze sobą. - Pochyla się, żeby pocałować żonę w czoło, i cały gniew z niej ulatuje.
Artemisia czuje na głowie wilgotną ściereczkę. Zamyka z powrotem oczy; jeszcze nie jest gotowa na przebudzenie.
- Biedna Beatrice - słyszy. - Jakby nie dość wycierpiała.
- Może i tak, ale morderstwo nie może uchodzić bezkarnie.
Dziewczynka dryfuje w bezpiecznych objęciach mamy, tylko w połowie słuchając rozmowy dorosłych, a przez głowę przelatują jej obrazy: fontanna krwi, tocząca się głowa, dłonie młodej kobiety, białe i drobne jak motyle.
- Dzisiejsze popołudnie natchnęło mnie pomysłem - oznajmia Merisi. - Zamierzam namalować Judytę. Ale nie w tradycyjny sposób. Chcę ją ukazać w chwili, kiedy ucina głowę Asyryjczykowi.
Artemisia słyszy skrobanie węgla na szorstkim papierze.
- Dotrzeć do jądra prawdy o tym, co znaczy odebrać życie - dodaje Merisi.
- Tyle okrucieństwa - mówi mama Artemisii. - Czy to konieczne?
- Kim jest Judyta? - pyta z zaciekawieniem dziewczynka, podnosząc się.
Wszyscy pochylają się nad nią z troską i wypytują: czy boli ją głowa, czy ma zawroty, czy widzi wszystko wyraźnie?
- Ale kim jest Judyta? - dopytuje się Artemisia.
- Bardzo odważną kobietą z Biblii - odpowiada matka. - Dowiesz się więcej, kiedy dorośniesz.
- Czy ona też była morderczynią jak Beatrice Cenci?
Artemisia zauważa surowe spojrzenie, którym matka obdarza męża, jakby pytała: "Widzisz, do czego doprowadziłeś?".
- Nie, skarbie. Judyta zabiła wroga, żeby ocalić swój lud. Lud Boży. To co innego.
- Ale dlaczego?
- Bo tak jest i koniec - ucina rozmowę ojciec.
Merisi podnosi głowę znad rysunku. Tym razem, kiedy puszcza do niej oko, Artemisia czuje się nieswojo.
2
Słowik
Rzym, marzec 1611. Dwanaście lat później...
Ojciec i córka malują, bez reszty na tym skoncentrowani. Na środku pracowni stoi sztaluga z ogromnym płótnem przedstawiającym Judytę oraz jej służącą, wymykające się z obozu Asyryjczyków. Judyta ściska w dłoni w połowie widoczny miecz. Jej służąca trzyma pod ramieniem w błękitnym rękawie kosz z głową Holofernesa. Oglądają się za siebie, jakby nasłuchiwały nocnych odgłosów.
W głębi pracowni, skąpane w świetle wpadającym przez okno po lewej stronie, dwie modelki próbują odtworzyć przybliżony obraz sceny. Starsza tłumi ziewanie. Druga się kręci, zerkając na boki. Odciętą głowę zastępuje melon.
Córka, kucając, w skupieniu nakłada farbę na krople krwi przesiąkające przez kosz. Namalowała już kosz, głowę oraz szmatkę zaplamioną krwią zabitej kury. Jej ojciec skrupulatnie wykańcza fałdy białej chusty służącej.
Atmosferę skupienia przerywa niewielki brązowy ptak, który wleciał przez otwarte drzwi i rzuca się po pracowni, odbijając się od ścian i belek sufitu. Modelki zaczynają krzyczeć, jakby do środka wpadł demon. Jedna odwraca się i śledzi wzrokiem panikującego ptaka, druga kuli się i zasłania dłońmi głowę, jakby mógł jej wydziobać mózg.
Artemisia podnosi ubroczony krwią pędzel. Czuje przerażenie stworzenia. Każde uderzenie skrzydeł wywołuje maleńki skurcz w jej ciele.
Zniecierpliwiony Orazio, burcząc, ciska paletą.
Ptak ociera się o górną krawędź płótna i pozostawia na powierzchni kredowobiałą plamę, błyszczącą na ciemnym tle obrazu. Obrazu, z którego wykończeniem Orazio się spóźnia i który jest jedynym zleceniem, jakie udało mu się zdobyć od pół roku.
W głębi pokoju terminator Piero parska śmiechem.
Artemisia tłumi rozbawienie.
Nagle Orazio klnie szpetnie. Każdy w pracowni zamiera, wstrząśnięty. Ptak wzlatuje pod sufit i przysiada na belce.
Czas staje w miejscu; wszyscy czekają, co się dalej wydarzy. Cztery pary zaniepokojonych oczu lękliwie wpatrują się w ojca Artemisii.
Ze zmarszczonym czołem Orazio patrzy na białą plamę ściekającą po misternie wykończonej broszy na ramieniu Judyty.
Tymczasem ptak znowu zrywa się do lotu. Orazio wyskakuje w górę z wyciągniętą ręką i zamyka palce na maleńkim stworzonku, jakby było piłką pallone.
- NIE! - Artemisia bez namysłu zrywa się na nogi i z całej siły kopie ojca w piszczel.
Modelki aż się kulą i obejmują się ze strachu.
Ptak ucieka; leci w stronę światła, uderza z cichym łoskotem w zamknięte okno i ogłuszony, upada na parapet. Nie zważając na protesty ojca, Artemisia zrywa z głowy modelki miękki szal i nakrywa nim nieprzytomne stworzenie, żeby ostrożnie wziąć je do ręki. Gromi ojca nadąsanym spojrzeniem i idzie w stronę drzwi.
- A ty dokąd? - Orazio rozciera bolącą łydkę.
Walczy z chęcią, żeby złapać krnąbrną córkę za kołnierz i odpłacić jej pięknym za nadobne, lecz powstrzymuje się ze względu na obecność świadków.
Artemisia nie odpowiada. Wychodzi z pracowni, trzymając ptaszka w złożonych dłoniach niczym hostię.
- Sprowadź ją tu z powrotem - zwraca się Orazio gniewnie do terminatora.
Ten obrzuca go butnym spojrzeniem, po czym wychodzi za dziewczyną.
Orazio nie lubi tego młokosa; nie podoba mu się, że w pobliżu jego synów kręci się afektowany finocchio. Nakrył go całkiem niedawno obściskującego się z modelem, który pozował mu do postaci anioła. Ale przynajmniej Orazio może być spokojny, że chłopak nie będzie nastawał na cnotę jego córki. Zgodził się przyjąć go na ucznia w ramach uprzejmości dla Stiatessich. Giovanni Stiatessi - wuj Piera - jest jego najstarszym przyjacielem, ale chłopak nie wykazuje za grosz zdolności artystycznych. Za to ma oko do kolorów oraz osobliwy dar sporządzania farb, więc przynajmniej jest z niego jakiś pożytek.
Orazio z troską ogląda plamę na płótnie; klient już zażądał upustu za niedotrzymanie terminu. Wyobraża sobie, jak zlecenie idzie do jednego z młodych, zdolnych artystów przesiadujących na piazza del Popolo i polujących na pracę. Mogą malować taniej i szybciej, ponieważ nie mają rodzin na utrzymaniu.
Myśli galopują mu w głowie. Ściemnia się. Czas ucieka. Za kilka dni wynoszą się z tego domu do tańszej dzielnicy. Muszą oszczędzać. Wiecznie muszą oszczędzać. Orazio kalkuluje, ile czasu zajmie mu naprawianie szkody wyrządzonej przez ptaka. Bierze szpachelkę, żeby ostrożnie zeskrobać plamę. Nie jest tak źle, jak się obawiał. Brosza jest właściwie nienaruszona, tylko kredowobiała plama na ciemnym tle nad ramieniem będzie wymagała naprawy.
Przez chwilę stoi i podziwia czerwoną suknię Judyty: deseń w fakturze brokatowej tkaniny, subtelne zmiany koloru w miejscach, gdzie światło wychwytuje zmarszczki i fałdy, napięty materiał na staniku, który pozwala oku domyślić się niewidocznego wykrochmalonego gorsetu pod spodem. Orazio zawsze słynął z umiejętności malowania tkanin.
Jego wzrok przyciągają fragmenty wykonane przez córkę. Kłóciła się z nim, żeby pozwolił jej namalować odciętą głowę, choć to nieodpowiedni obiekt dla dziewczyny. W końcu jednak doszedł do wniosku, że przecież i tak nikt się o tym nie dowie. Na obrazie będzie widniał jego podpis.
Głowa spoczywająca w koszyku nie wygląda na martwą, raczej na pogrążoną w udręczonym śnie. Skóra jest bezbarwna jak pergamin, całe ciepło wycieka z niej karmazynowymi strugami przez kosz. Orazio czuje lodowate zimno na tych sinoszarych ustach. Po przepięknie namalowanej serwecie przewieszonej przez krawędź kosza spływają czerwone strużki, a w dolnej części widać poplamione miejsca, gdzie prawdopodobnie Judyta lub jej służąca wytarła zakrwawione dłonie.
Przebiega go dreszcz. Odrażające zawiniątko sprawia wrażenie, jakby skrywało sam zbrodniczy czyn, który pozostawił na płótnie krwawe ślady. A wszystko to zrodziło się w głowie jego córki. Dlaczego żaden z jego synów nie wykazuje się takimi umiejętnościami? W wieku siedemnastu lat Artemisia przejawia większe zdolności - Orazio przyznaje to z goryczą - niż on, który malował przez całe życie. Niemal słyszy szyderczy śmiech Boga.
Pociesza się pięknem swojego brokatu, starannej mieszanki kraplaku z kilkoma ziarnami cynobru i odpowiedniej ilości ziemistej ochry, żeby złamać krzykliwe odblaski. Jest zadowolony z efektu, bardzo zadowolony. Bierze do ręki delikatny pędzel i ostrożnie zaczyna kropkować czarnozieloną farbę na resztce ptasich odchodów.
Ptaszek w dłoniach Artemisii prawie nic nie waży. Myślała, że będzie się rzucał i trzepotał, by uciec, lecz jego pazurki zaciskają się na jej kciuku, a ciałko leży bezwładne. Dziewczyna czuje jednak cichutkie tykające staccato maleńkiego serduszka. Ostrożnie otwiera dłonie. Ptak jeszcze mocniej zaciska pazurki i przewraca oczami.
Jak łatwo może zgasnąć życie - w jednej chwili istnieje, w następnej znika. Robi jej się słabo na myśl o tym, jak mało brakowało, żeby ta mała istotka została zmiażdżona w pięści ojca, jakby była muchą. A przecież nawet mucha jest żywym stworzeniem. Niekiedy Artemisia czuje wyrzuty sumienia; modli się o przebaczenie za to, że zgniotła dłonią komara, a potem czuje się z tego powodu niemądra.
Każde życie jest święte. Wszystkie istoty są bożymi stworzeniami. Siostra Ilaria - dopust boży dzieciństwa Artemisii - przypięła jej łatkę czułostkowej, ponieważ dziewczynka troszczyła się o rzeczy, które zakonnica uważała za nieważne.
- Bóg stworzył wszystkie istoty na ziemi po to, żeby nam służyły i karmiły nas, tak jak stworzył kobietę, żeby usługiwała mężczyźnie - mówiła.
- Dlaczego?
- Nie jesteś tu po to, żeby zadawać pytania, masz przyjąć do wiadomości, że tak jest, i koniec.
Pieczenie po uderzeniu feruli na otwartej dłoni Artemisii sprawiło, że nigdy więcej nie zadawała pytania, które zakiełkowało w głębi jej dojrzewającego umysłu: dlaczego tak jest?
W upalnych westchnieniach popołudnia Artemisia wymyka się przez furtkę do małego miejskiego ogrodu za domem i rozkoszuje chwilą wolności. Nikt nie obserwuje, czy płochym zachowaniem nie naraża na szwank bezcennej cnoty, co jest niekończącym się utrapieniem jej ojca. Orazio najwyraźniej sądzi, że ciekawość jego jedynej córki stanowi wieczne zagrożenie dla jej reputacji. Ale przecież sam zrobił z niej malarkę, a bez ciekawości świata nie ma sztuki, w każdym razie Artemisia niezłomnie w to wierzy.
Wyciąga ręce ku ciężkim od wstydliwego różowego kwiecia gałęziom judaszowca. Ptak natychmiast zrywa się w górę, po czym przysiada i zaczyna śpiewać. Jego odważne trele i pogwizdywania stoją w takiej sprzeczności z niepozornym, prawie nijakim upierzeniem. Artemisia wyobraża sobie, że ten występ jest przejawem wdzięczności za uratowanie życia, choć tak naprawdę wie, że stworzenie po prostu cieszy się wolnością.
W ogrodzie Piero z ukrycia obserwuje Artemisię. Dziewczyna słucha słowika jak zaczarowana, a zarazem niepojęta. Podobnie jak ptak, którego tu przyniosła, jest piękna, lecz nie w konwencjonalnym sensie, nie jak modelki, które przychodzą do pracowni jej ojca - z miedzianymi lokami i umalowanym, puszystym jak poduszka ciałem. Uśmiech Artemisii jest trochę cierpki - kąciki ust są nadmiernie uniesione - włosy ma rozwichrzone w wiecznym nieładzie, a ciało niezbyt wybujałe i zbyt kanciaste. Piero nie potrafi powiedzieć, skąd się bierze jej magnetyczna siła; przypuszcza, że ma źródło w niezłomnej wierze dziewczyny we własne zdolności. Które wcale nie są złudzeniem - ona naprawdę potrafi za pomocą pędzla zmienić ścierkę do naczyń w świętą relikwię.
Piero już ma się odezwać, kiedy Artemisia odwraca się i kładzie palec na ustach. Potem podnosi głowę i zamiera w bezruchu, żeby nie przerwać pieśni ptaka. Piero przystaje za jej plecami przy kamiennej ławce, koło starożytnej driady wylewającej wodę do małego stawu. W powietrzu unosi się odurzający zapach wiosny.
- Ojciec życzy sobie, żebyś wróciła do pracowni i pomogła mu zamalować plamę po ptaku.
- Bystra mała ptaszyna nasrała mu na obraz. - Artemisia zasłania dłonią usta. Jej biały fartuch jest poplamiony szkarłatną farbą. - Ojciec nie potrzebuje mojej pomocy. Po prostu nie lubi, kiedy wychodzę z domu - stwierdza kwaśno.
- Jestem tu, żeby bronić twego honoru - żartuje Piero, czym wywołuje kolejne parsknięcie śmiechu.
Dzwony na kompletę ogłaszają, że popołudnie zmieniło się w wieczór. Ptak ucieka, a Artemisia odwraca się do Piera i przygląda mu się, jakby chciała go namalować i zastanawiała się, jak to zrobić.
- Dlaczego wyglądasz na takiego umęczonego?
- Wróciłem do domu późno w nocy.
- A gdzie byłeś? - Szturcha go łokciem.
- W mieście.
Dziewczyna unosi brwi, wyjmuje z kieszeni szkicownik oraz kawałek węgla i zaczyna rysować. Nie zamierza ustępować kaprysom popędliwego ojca i Piero się z tego cieszy. Podziwia w niej tego bojowego ducha.
- Skąd ta skrytość? - pyta Artemisia po jakimś czasie.
Piero wzrusza ramionami.
- Byłeś w pałacu kardynalskim, prawda?
Chłopak potwierdza skinieniem głowy.
Opowiadał jej co nieco o rzeczach, które się tam odbywają, o przyjęciach przeznaczonych tylko dla mężczyzn, gdzie młodzieńcy przebierają się w niewieście stroje i wyglądają tak przekonująco, że nie sposób się domyślić, co im wisi między nogami; a także o kardynale, który lubi się przyglądać, jak popadają w pijackie rozpasanie. Piero sądził, że będzie zaszokowana, ale nie była. Spytała, czy on też się przebierał. Odparł, że jak dotąd nie trafiła mu się sposobność.
Artemisia rysuje w milczeniu. Nagle do ogrodu wpada stado śmigających, rozwrzeszczanych jerzyków. Pierro patrzy zafascynowany, jak to zwinnie nurkują, to znów wznoszą się nad ich głowami.
Gdyby nie przyjaźń z Artemisią, przyjazd do Rzymu przyniósłby mu wielkie rozczarowanie. Szybko wyszły na jaw jego malarskie niedostatki i marzenie, aby utrzymywać się z malowania, pierzchło w ciągu kilku dni po przyjeździe. Na szczęście poznał Artemisię i to nieco złagodziło cios.
Ponoć każdy człowiek ma na świecie swoją idealną osobę do pary, dobraną jak rękawiczki. Piero wierzy, że znalazł w tej dziewczynie swoją zagubioną rękawiczkę. Ich przyjaźń, niezakłócona pożądaniem, jest instynktowna, jakby urodzili się bliźniętami, które rozdzielono i teraz ponownie się spotkały. Dla niej liczy się tylko sztuka, on zaspokaja cielesne potrzeby gdzie indziej.
- Opowiedz mi o swoim wieczorze. Wydarzyło się coś ciekawego? - Artemisia nie odrywa oczu od rysunku.
Piero wie, co ma na myśli.
- Owszem, wydarzyło się.
- Co takiego? - Tym razem dziewczyna podnosi wzrok.
- Pokazano mi coś w wielkiej tajemnicy. Nie powinienem o tym mówić.
- Ale przecież mnie możesz powiedzieć.
- Kardynał ma marmurowy posąg, który trzyma w zamkniętej szafie. Jest starszy niż Koloseum.
- Dlaczego go zamyka?
- Przedstawia śpiącego hermafrodytę...
Artemisia przechyla z zaciekawieniem głowę. Nie rozumie.
- No wiesz... - Chłopak zniża głos, chociaż w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby go usłyszeć. - Z narządami kobiety i mężczyzny.
- Chcesz powiedzieć... - Artemisia kładzie jedną dłoń na piersi, a drugą na udach.
Piero kiwa głową.
- Nie znasz historii o nimfie, która zakochała się w synu Hermesa i Afrodyty? Kiedy odrzucił jej względy, modliła się do bogów, żeby ich nigdy nie rozdzielili. Wtuliła się w niego i ich ciała się stopiły. To z Owidiusza.
- Dziewczętom nie opowiada się takich historii, żeby ich nie zdemoralizować. - Artemisia wraca do rysowania i przez chwilę oboje milczą. W końcu podnosi głowę i patrzy mu prosto w oczy. - Narządy kobiety i mężczyzny... Chciałabym to zobaczyć.
Piero nie ma serca jej powiedzieć, że szanse, by mogła zobaczyć posąg hermafrodyty, są nieskończenie małe. Na pewno sama to wie.
- Kardynał szuka rzeźbiarza, który wykona dla niego szezlong - oznajmia chłopak.
Oboje wpatrują się bez słowa w powierzchnię stawu i wodę poruszaną tańczącymi poblaskami światła.
- Jak myślisz, czy kiedyś będę dostawała od niego zlecenia? - odzywa się w końcu Artemisia. - Od takich ludzi jak kardynał?
- Myślę, że tak. - Piero ma nadzieję, że tak będzie.
- Będę tęsknić za tym miejscem - zmienia temat dziewczyna. - Na via della Croce nie ma nawet balkonu. Tylko ciemne, ponure podwórze z rynsztokiem. Dom jest cztery razy mniejszy od tego, a w dodatku zamieszka z nami Zita Medaglia z dziećmi, których nigdy nie widziałam na oczy. - Zwiesza ramiona. - Ojciec mówi, że dobrze mi zrobi obecność drugiej kobiety w domu, ale tak naprawdę chce, żeby ona...
- ...cię szpiegowała!
- Właśnie. - W jej głos wkrada się przygnębienie. - Chce mnie trzymać w więzieniu. Nie ufa mi. Uważa, że zniszczę sobie reputację, "włócząc się po świecie".
- A ty potrzebujesz inspiracji. Poza tym jak masz poznawać innych artystów, oglądać ich prace, zdobywać zlecenia, jeśli nie "włócząc się po świecie"?
- Dobre pytanie. Ojciec chce mnie zakonserwować jak peklowaną wołowinę dla jakiegoś tłustego mieszczanina, który codziennie liczy pieniądze i spodziewa się stada dzieci, by móc je rozpuszczać.
- Nie jesteś stworzona dla tłustego mieszczanina. Jesteś stworzona do malowania. Gdybym był twoim mężem, dałbym ci tyle wolności, ile trzeba, żebyś mogła tworzyć.
Nie po raz pierwszy toczą taką rozmowę. Piero stara się nie myśleć o nieuchronnym małżeństwie Artemisii, ponieważ będzie ono dzwonem pogrzebowym dla ich przyjaźni.
- Gdybyś mogła przyjechać do Florencji... Zajmowałbym się organizowaniem dla ciebie niezliczonych zamówień.
- To piękna mrzonka, Piero.
Dziewczyna podnosi się niespodziewanie i rusza w stronę pracowni. Kiedy znika, wydaje się, jakby z ogrodu wyciekły kolory. Piero podnosi jej porzucony szkicownik. Narysowała w nim słowika... Nie, nie narysowała - ożywiła, jakby z jej oka do serca, z serca do dłoni i z dłoni na papier biegł niewidzialny akwedukt. Kilkoma ruchami węgla tchnęła życie w ptaka, tak że Piero prawie słyszy jego śpiew.
Przypomina mu się inna historia z Owidiusza, ale nie do końca ją pamięta: o kobiecie zamienionej w słowika. Wspomnienie to pozostawia w jego umyśle niemiłe odczucie.
Piero bierze węgiel i próbuje skopiować szkic Artemisii. Zaczyna całkiem dobrze, lecz po chwili rysunek staje się płaski i martwy. Jeszcze mocniej wydobywa na jaw wyższość daru, jakim natura obdarzyła jego przyjaciółkę.
W całym Rzymie huczy od opowieści o młodym Berninim, który w wieku dwunastu lat został obwołany geniuszem rzeźbiarstwa. Jego zdolności zwróciły już uwagę kardynała i kariera chłopca została przypieczętowana, zanim się na dobre zaczęła, ponieważ kardynał zamierza stworzyć największą kolekcję sztuki w Rzymie, a jako siostrzeniec papieża ma po temu środki. Wszystkie znaczące osobistości w mieście zabiegają o jego względy. Taki średnio utalentowany malarz jak Orazio zrobiłby wszystko, żeby dostać od niego zlecenie. Zdaniem Piera Artemisia jest równie utalentowana w pędzlu, jak Bernini w dłucie. Gdyby tylko dostała szansę, by tego dowieść...
Wyrywa ze szkicownika swój żałosny rysunek, zwija go w kulkę i wyrzuca ją, wracając do pracowni.
Orazio najwyraźniej zdążył ochłonąć z gniewu. Artemisia twierdzi, że kiedyś wcale nie był taki zgryźliwy, lecz Pierowi trudno w to uwierzyć. Siedzą przy stole razem z modelką Fillide, która cały czas ma na sobie czerwoną sukienkę Judyty, i popijają wino. Na desce leży przekrojony melon, który jeszcze niedawno służył za odciętą głowę Holofernesa, a w jego miąższu tkwi wbity nóż.
- Mogę? - Piero wskazuje owoc.
Orazio bez słowa podsuwa mu melona i chłopak kroi go, czując na sobie buzującą wzgardę mistrza.
Miąższ owocu ma kolor świeżego pstrąga. Dookoła rozchodzi się jego słodki zapach i Artemisia bierze kawałek. Po jej nadgarstku spływa lepki sok. Podnosi rękę, żeby go oblizać.
- A mnie nie ukroisz? - Fillide uśmiecha się do Piera, na próżno trzepocząc zalotnie rzęsami.
Artemisia przewraca oczami. Fillide chciałaby być obiektem pożądania wszystkich mężczyzn, nawet młodzieńca, który woli chłopców. Piero podaje jej kawałek owocu nabity na nóż i kobieta bierze go czubkami palców, po czym zaczyna delikatnie skubać.
Odwraca się do Orazia.
- Pochlebiłeś mi na swoim obrazie - świergocze niczym małe dziecko.
Plama na płótnie zniknęła; jedynym dowodem, że istniała, jest błyszcząca łatka świeżej farby na ciemnym tle. Kiedy wyschnie, nie zostanie po niej ani śladu, jakby nigdy nie istniała. Piero przypomina sobie gniew Orazia, tak nieproporcjonalny do wyrządzonych szkód.
- Dzięki tobie poczułam się znowu młoda. - Fillide lekko bełkocze.
Z bliska Piero zauważa plątaninę czerwonych naczynek na jej policzkach i zmarszczki wokół oczu. To prawda, że Orazio jej pochlebił. Owszem, jest bez wątpienia piękną kobietą, lecz według niego bardziej niż wiek jej urodzie szkodzi próżność.
- Nie było wyjścia. Judyta była młodą kobietą. Młodszą od ciebie, Fillide. - Śmiech Orazia przypomina pochrząkiwanie wieprza. Wychyla wino i ponownie napełnia wszystkim kubki.
Piero zauważa jego wielką, poplamioną farbami dłoń ściskającą pod stołem udo kobiety. Ten nieokrzesany choleryk w niczym nie przypomina swojej córki i chłopak zastanawia się, jaka była jej matka. Artemisia miała dwanaście lat, kiedy umarła.
Kiedy mu powiedziała o śmierci mamy, ostrzegła:
- Tylko się nade mną nie użalaj, bo cię znienawidzę.
Ona również zauważyła dłoń ojca na udzie Fillide i wymienia z Pierem spojrzenia. Przez chwilę chłopak wyobraża sobie, jak inaczej potoczyłoby się jej życie, gdyby po śmierci matki trafiła do domu jego wuja, Giovanniego Stiatessiego, i ciotki Porzii, którzy mieszkają niedaleko stąd. Żona Orazia, Prudenzia, i Porzia były sobie bliskie jak siostry. Po śmierci Prudenzii rozważano taką możliwość, ale Orazio wycofał się z tego pomysłu.
Piero zeskrobuje świeżo utarty pigment do pojemnika i szczelnie zamyka, żeby do środka nie dostawało się powietrze, po czym ściereczką zwilżoną terpentyną wyciera do czysta paletę.
- Przed wyjściem spakuj wszystko i przygotuj do przeprowadzki - nakazuje mu Orazio.
- Szkoda, że się stąd wynosicie.
Orazio odpowiada warknięciem, że Piero nie ma pojęcia, co to znaczy utrzymywać rodzinę i płacić rachunki.
Artemisia rzuca mu pełne dezaprobaty spojrzenie. Nie znosi pogardy, jaką ojciec okazuje terminatorowi. Gdyby mogła wybierać między nimi dwoma, nie miałaby wątpliwości, kogo by wolała. Lecz prędzej niebo zawali się na ziemię, niż ona dostanie taką szansę.
Przygląda się Pierowi. Chłopak ma ołowianoszare oczy ludzi z północy, podkreślone czarnymi jak węgiel lokami i śniadą skórą, którą odziedziczył po matce Algierce. Nic dziwnego, że cieszy się takim powodzeniem w pałacu kardynalskim.
Artemisia wychodzi z pracowni, idzie po schodach do swojej sypialni, zrzuca ubranie i obmywa ciało chłodną wodą z dzbana. Rozkoszuje się wolnością swojego nagiego ciała. Nawet kiedy była małą dziewczynką, mama zawsze kazała jej rozbierać się i ubierać w ciemności. Musiała zdjąć z siebie jedno ubranie i włożyć drugie bez odsłaniania ciała.
- Przyzwoita kobieta nigdy nie pokazuje swojej nagości, nawet Bogu - powtarzała. - Diabeł widzi także w ciemności.
Artemisia odparła, że skoro zarówno Bóg, jak i diabeł i tak wszystko widzą, to co za różnica, jak się rozbiera. Mama kazała jej zachować te nieskromne myśli na spowiedź i odprawić za nie pokutę. A to tylko podsyciło fascynację Artemisii ludzkim ciałem.
Próbuje sobie wyobrazić hermafrodytę - połączenie dwóch ciał niczym morskiego ślimaka do podwodnej skały. Świat jest taki wielki, pełen takich fascynujących rzeczy, kuszący, żeby go doświadczyć w całej pełni. Ile ona by dała za to, by móc to wszystko namalować.
Stoi w oknie, skąd różowe faliste dachy Rzymu rozciągają się w dal na tle ciemniejącego błękitnego nieba. Tu i ówdzie nad domami wznoszą się blade kopuły niezliczonych rzymskich kościołów. Miasto tętni życiem i sztuką, Artemisia pragnie znaleźć w nich swoje miejsce, zobaczyć wszystko i zostać zauważoną. A tymczasem każda cząstka jej istoty - ciało, talent i jej prawdziwe wnętrze - musi pozostać ukryta przed światem.
3
Via della Croce
Zita w izbie na piętrze karmi synka, Lucę. Jej córki robią mnóstwo hałasu, ganiając się po schodach w górę i w dół. Woła niezbyt głośno, żeby przestały, ale one i tak jej nie słyszą albo nie słuchają. To cały problem z bliźniętami. Poza tym jeśli przerwie karmienie Luki, żeby przywołać dziewczynki do porządku, wywoła jeszcze większy rwetes, bo Luca rozpłacze się wniebogłosy.
Czuje na sobie wzrok Artemisii. Dziwna jest ta dziewczyna, którą Zita dostała pod opiekę. Mało mówi, za to potrafi tak przenikliwie patrzeć, jakby umiała wyczytać w człowieku wszystkie jego sekrety. To pewnie dlatego, że jest malarką. Jest bardzo mało kobieca; nosi prostą, brzydką sukienkę, wiecznie poplamioną farbami, włosy ma nieułożone, a czasem nawet nieuczesane, i żadnych ozdób, choćby jednego koronkowego rąbka. W dodatku wygląda poważnie jak na siedemnaście lat.
Zita trochę się martwi, bo chociaż ma dwadzieścia cztery lata i męża, to Artemisia działa na nią onieśmielająco. Nie jest pewna, czy uda jej się utrzymać ją w ryzach. Dziewczyna nie nosi chyba nawet różańca.
- To ładny dom - mówi Zita, uśmiechając się.
- Tak myślisz?
Ton Artemisii świadczy wymownie, że ona tak nie uważa. I prawdę mówiąc, Zita również. Powiedziała to, żeby przerwać milczenie.
Dom jest wysoki, ciemny, nieproporcjonalny, z pracownią na parterze, skąd wychodzi się na ulicę, i kuchnią na tyłach budynku, od strony małego podwórza, gdzie Zita widziała w rynsztoku szczura. Wąskie, rozchwierutane schody pną się z głębi pracowni dwa piętra w górę. Na każdym piętrze mieszczą się dwa pokoje: mały i jeszcze mniejszy. Okna od frontu wychodzą na ulicę tak wąską, że kiedy okiennice są otwarte, mieszkańcy domu naprzeciwko mogą zaglądać do środka. Mieszkanie Zity, składające się właściwie z jednego pokoju, mieści się na poddaszu.
- Pozowałaś już kiedyś artystom? - pyta Artemisia.
- A juści - odpowiada kobieta i wymienia kilka nazwisk.
Artemisia kiwa głową, jakby o nich słyszała, ale nie odzywa się ani słowem.
Luca jeszcze się nie najadł, więc jego matka przykłada głodną buzię syna do drugiej piersi.
- A pozowałaś nago?
Na to pytanie Zita aż się rumieni.
- Boże broń! Przecie to byłby grzech. - Dotyka palcami różańca.
Artemisia przewraca oczami.
- Ależ z ciebie pobożnisia! Wszyscy grzeszymy.
Ma rację. Zita każdego dnia grzeszy w różnych drobnych sprawach, a czasami i w większych, ale im mniej będzie o tym myśleć, tym lepiej. Od tego są spowiedzi.
- Gdzie jest twój mąż?
Mimo obcesowości, z jaką dziewczyna zadała to pytanie, Zita jest rada, że rozmowa zeszła na temat, w którym czuje się pewnie.
- Płynie do Ameryki.
Wyjaśnia, że w styczniu, kiedy Luca był jeszcze maleńki jak ziarnko fasoli, machała mu na pożegnanie w porcie. Ostatnie słowa, jakie jej mąż wypowiedział do bliźniaczek, brzmiały: "Opiekujcie się mamą". A potem wszyscy razem płakali na nabrzeżu. Wypłynął na statku kupieckim i nie potrafił powiedzieć, kiedy wróci.
- Może po Bożym Narodzeniu, a może przed, wola boska - dodała Zita i przeżegnała się.
Milknie i czeka, aż Artemisia coś powie, cokolwiek. Że zapyta o męża: jak wygląda, czy jest przystojny, czym handluje w Ameryce? Jakie to uczucie zostać samej na tyle miesięcy? Każda normalna osoba zadałaby takie pytania choćby z czystej uprzejmości.
Lecz Artemisia milczy, więc Zita mówi dalej; wyjaśnia, że mieszkała u siostry na wsi, czekając, aż rodzina Gentileschich wprowadzi się do tego domu.
- Dobrze, że mogłam tu przyjechać, bo u mojej siostry ledwo starcza miejsca dla niej, męża i sześciorga dziecisków, a co dopiero mówić o naszej czwórce.
Śmieje się; nie wspomina, że nie żyje z siostrą najlepiej, bo ta nie pochwala pozowania artystom.
Jeśli Artemisia uważa ją za pobożnisię, to ciekawe, co by powiedziała o jej siostrze, która powiedziała, że pozowanie malarzom niczym się nie różni od prostytucji. Zita nie próbowała już nawet wyjaśniać jej, że to zupełnie co innego.
- Mój mąż ugodził się z twoim ojcem. Zapłacił mu czynsz za dziewięć miesięcy z góry, no to jesteśmy. - Wzrusza z uśmiechem ramionami. - Martwię się, co go tam spotka na morzu. Ludzie opowiadają takie okropne historie... Codziennie modlę się do świętego Krzysztofa, coby mój chłop wrócił cały...
Artemisia przestała już słuchać mówiącej nieprzerwanie kobiety. Jej silna wiejska gwara stoi w jaskrawej sprzeczności z wyglądem. Jest prześliczna: ma wielkie, sarnie oczy, skórę gładką i lśniącą jak roztopiony wosk, błyszczące włosy i idealnie harmonijne rysy. Niemowlę wyciąga tłustą rączkę i chwyta za mały krzyżyk zwisający z jej szyi. Artemisię aż palce świerzbią, żeby usiąść i uchwycić tę scenę, ale czeka na nią rozpakowywanie rzeczy, a wkrótce zjawią się Stiatessi, żeby obejrzeć ich nowy dom.
- Chciałabym od czasu do czasu cię namalować - przerywa kobiecie paplaninę o mężu i obrazku świętego Krzysztofa, który przed wypłynięciem wsunęła mu potajemnie do kieszeni. - Jeśli nie masz nic przeciwko - dodaje, żeby złagodzić bezceremonialność propozycji.
- No jakże, przecie to część umowy... z twoim ojcem. - Zita spogląda na dziecko. - No, pisklaku, najadłeś się już do syta. Czy mogłabyś go na chwilę potrzymać? - Wskazuje stertę bagaży na półpiętrze. - Muszę pozanosić rzeczy do swojej izby.
Zanim Artemisii udaje się wymyślić jakąś wymówkę, Zita wciska jej w ramiona śpiące dziecko.
Niemowlę pachnie skwaśniałym mlekiem. Dziewczyna przygląda mu się, trzymając je niezręcznie z dala od siebie, ostrożnie, jakby mogło się potłuc. Do pokoju wpadają hałaśliwe bliźniaczki, wrzeszcząc z podniecenia, a za nimi równie rozhukany młodszy brat Artemisii. Trzaśnięcie drzwi budzi śpiące dziecko.
Przytrzymując niemowlę jedną ręką, drugą chwyta zziajanego Marca za ramię. Tymczasem dziewczynki wypadają z pokoju i biegną po schodach za matką.
- Uspokój się - upomina Artemisia brata. - Robicie tyle hałasu, że moglibyście umarłego z grobu poderwać.
- To nie ja, to one! - Marco wymachuje rękami i o mały włos nie uderza Luki.
- Uważaj na dziecko! Może byś poszedł i pomógł braciom w wyładowywaniu rzeczy z wozu.
- Dlaczego ja? - Chłopiec zaciska usta i wyzywająco kręci głową.
- Chcesz, żebym powiedziała ojcu, że byłeś niegrzeczny?
Widząc, jak brat kuli się ze strachu, Artemisia żałuje, że uciekła się do groźby. Za nic nie włączyłaby w takie sprawy ojca, dla którego wychowanie opierało się na strachu i filozofii "dziel i rządź", tak że wszystkie jego dzieci doprowadziły do doskonałości sztukę omijania go z daleka, zwłaszcza kiedy zaglądał do kielicha.
Zauważyła, jak dziś rano popijał ukradkiem, gdy załadowywano wóz. Obiecywał, że rzuci picie na czas Wielkiego Postu, tymczasem od Środy Popielcowej minęły ledwie dwa tygodnie, a on już nie dotrzymał obietnicy.
Artemisia pamięta czasy, kiedy tak nie było. Przed śmiercią mamy. Potem ona i jej bracia musieli się nauczyć unikać nieprzewidywalnych humorów ojca. Wielkanoc za pasem, a później nie będzie nawet próbował poskramiać pijackich skłonności.
Dziecko wypluwa strużkę mętnej substancji. Artemisia wyciera mu buzię śliniakiem, powstrzymując obrzydzenie, po czym z ulgą oddaje je matce.
- Chodź, zejdziemy razem na dół - mówi do brata. - Może trzeba w czymś pomóc.
Orazio wyszczekuje w drzwiach polecenia, dyrygując wyładowaniem ogromnej skrzyni przez dwóch starszych synów.
- Gdzie to mamy zanieść? - pyta Francesco.
Niemal z dnia na dzień wyrósł na silnego, barczystego młodzieńca, tak że wszystkie ubrania stały się na niego za małe. Ma czternaście lat, ale nad jego górną wargą majaczy ciemna smuga, przez co chłopak wygląda na starszego.
- Co jest w środku? - Orazio czyta przyczepioną etykietkę. - Rzeczy Artemisii. Zanieście je do sypialni na drugim piętrze.
- Musi mieć ten pokój dla siebie? Nie może spać na tym? - Francesco wskazuje stojący w kącie mebel, który jest połączeniem szafy i łóżka. - A my trzej na górze?
- No właśnie, w pokoju na górze - powtarza jak echo Giulio, który ma dziewięć lat i we wszystkim naśladuje starszego brata.
Artemisia myśli o obskurnej izbie na drugim piętrze z oknem wielkości dziurki od klucza. Wolałaby to łóżko z szafą, na które narzeka Francesco. Na parterze miałaby przynajmniej okazję wymknąć się od czasu do czasu... i mogłaby przez całą noc malować, gdyby ją naszła ochota.
- Mogę spać tutaj, jeśli tak będzie wszystkim wygodniej - mówi.
Starannie ukrywa w głosie entuzjazm, by ojciec nie pomyślał, że jej na tym zależy.
- Widzisz? - rzuca Francesco triumfalnie i za późno uchyla się przed ciosem, który wymierza mu ojciec.
Chłopiec musi się powstrzymywać, żeby nie krzyknąć z bólu. Pewnego dnia zda sobie sprawę, że jest silniejszy, i odpłaci mu pięknym za nadobne. Już niedługo. Artemisia wyobraża sobie ciężką pięść brata lądującą na szczęce ojca, tak że ten zatacza się w tył.
- Artemisia jest naszym kapitałem - cedzi przez zęby Orazio.
Francesco rzuca jej ponure spojrzenie, a Giulio spuszcza wzrok i wpatruje się w swoje stopy.
- Jak udowodnisz, że rodzina może mieć z ciebie jakiś pożytek - Orazio wskazuje córkę jako przykład - to zyskasz sobie i przywileje.
Dziewczyna odwraca się, kuca i udaje, że wyciera uporczywą plamę na podłodze. Nie cierpi ojca za to, że sieje w rodzinie niezgodę i napuszcza rodzeństwo przeciwko sobie. Podsyca jadowitą zawiść, jaką czują wobec niej bracia.
Oddałaby wszystko, żeby zamienić się z nimi miejscami, żeby być wolna tak jak oni, chodzić do szkoły, uczyć się pisać, włóczyć się po mieście i poznawać świat. Niech oni posiedzą uwięzieni na górze ze szpiegującą ich Zitą, niech wychodzą z domu tylko na msze i spowiedzi.
Orazio stoi w otwartych drzwiach i patrzy w górę.
- To przeklęte pranie zasłania całe światło. - Mówi o sznurach z bielizną rozwieszoną nad ulicą między budynkami niczym proporce. - Nie mam pojęcia, jak będziemy coś widzieć podczas malowania.
Artemisia bierze miotłę, daje Marcowi szufelkę i zaczyna zamiatać podłogę. Kurz wiruje wokół jej stóp w pojedynczym promieniu słońca, które przedostało się do pracowni, i wzbijają się drobniutkie pyłki. Na tle bladej kamiennej podłogi koszula Marca przybiera czysty groszkowy odcień. Według Artemisii to przytłumione światło w pracowni nadaje kolorom bardziej prawdziwy odcień.
- Zastanawiałam się, czy nie poeksperymentować z mniejszą ilością światła - mówi. - Z pojedynczym źródłem, na przykład lampą. Tak jak...
- Tylko nie zaczynaj znowu o nim. - Ojciec zaciska usta w gorzki grymas.
Artemisia domyślała się, że tak zareaguje, jeszcze zanim zaczęła mówić, i teraz żałuje, że to powiedziała.
- Wszyscy gadają tylko o nim - ciągnie Orazio - i o jego nowatorskim podejściu do oświetlenia. W tym nie ma już nic nowego, to było lata temu. Dawno zniknął i krzyżyk mu na drogę.
Dziewczyna nie zamierza popełnić drugiego głupstwa i zwrócić ojcu uwagi, że wszyscy pamiętają Merisiego - nazywają go teraz Caravaggiem - ponieważ żaden malarz dotąd nie prześcignął jego geniuszu. W każdym razie nie w Rzymie. Zamyka buzię na kłódkę. To kiepski moment, żeby jeszcze bardziej rozdrażniać ojca. Trudno uwierzyć, że kiedyś byli takimi dobrymi kompanami.
Pod pretekstem spowiedzi często chodzi do kaplicy Cerasi, gdzie złożono na spoczynek jej mamę, i całymi godzinami wpatruje się w wiszący tam obraz Merisiego przedstawiający świętego Pawła. Święty leży na plecach z rozpostartymi ramionami, czubkiem głowy na pierwszym planie zwróconym do obserwatora, a na jego twarzy, skróconej przez perspektywę, maluje się ekstaza. Nad nim stoi wielki gniady srokacz z uniesioną nogą i widoczną żelazną podkową, spoglądający z góry na Pawła. Żadne anioły nie zwiastują boskiej obecności, jedynie sadzawka bursztynowego światła. Święty nie jest niedosiężną ikoną, tylko człowiekiem, który spadł z konia i potrzebuje, żeby ktoś mu podał rękę - człowiekiem, jakiego można spotkać na ulicy. W porównaniu z tym obrazem wiszące obok Wniebowzięcie Carraciego, z jaskrawą kolorystyką, wygląda jak cukierki na wystawie sklepowej.
Kiedy z wozu wyładowano ostatnie meble, zjawiają się Stiatessi: Piero z ciotką Porzią i wujem Giovannim. Mały Marco ciska na bok szufelkę, rozsypuje jej zawartość i biegnie w ich stronę. Giovanni kuca, wyjmując coś z kieszeni.
- Mogę go potrzymać? - piszczy Marco i Giovanni wkłada mu w ręce szarego pręgowanego kociaka.
- Tu są jeszcze dwa. - Porzia unosi ściereczkę przykrywającą kosz i pokazuje parę wąsatych pyszczków. - Pomyśleliśmy, że będziecie mieć z nich dobrych łowców na myszy.
Rozgląda się po wnętrzu i mimo pogodnych uwag na temat wielkości pracowni oraz bliskości handlarza pigmentów nie potrafi ukryć, co naprawdę myśli o nowym domu Gentileschich - że znajduje się kilka stopni niżej na drabinie świata.
Artemisia oprowadza Porzię po domu. Potem siadają razem na jej łóżku, podczas gdy Zita i jej dzieci tłuką się na górze. Porzia najwyraźniej wyczuwa przygnębienie dziewczyny.
- Chyba wiesz, że zawsze jesteś u nas mile widziana, gdybyś chciała z nami zamieszkać? Jeśli... - Szuka słowa, wygładzając czarne włosy, uczesane z surowym przedziałkiem i zaplecione w dwa warkocze zwinięte na karku w kok. Tak samo czesała się mama Artemisii. Były z Porzią tak do siebie podobne, że ludzie często brali je za siostry. - Jeśli zaczniecie sobie wchodzić na głowy.
Jej uśmiech jest ciepły jak objęcia, lecz niesie ze sobą wir słodko-gorzkich wspomnień.
Śmierć mamy pociągnęła za sobą głęboką zmianę w życiu Artemisii. Skończyły się dni spędzane w wielkiej kuchni Stiatessich, łuskanie fasoli z aksamitnych strączków, wałkowanie ciasta i potajemne odrywanie jego koniuszków, żeby je zjeść na surowo, mieszanie ciasta na naleśniki, przepychanie się, żeby wylizać łyżkę, i słuchanie swobodnego gawędzenia kobiet o niewieścich sprawach. O tajemniczych miksturach leczniczych, proszkach, tynkturach i okładach, które potrafią wyleczyć każdą dolegliwość. O recepturach, których nauczyły ich babki, aby przekazywały je w tajemnicy z pokolenia na pokolenie. O nieznośnych nawykach mężów. O bałaganiarstwie dzieci. O ludziach, których potępiały zniżonymi głosami albo rozmawiając poufnym szyfrem, żeby dzieci nie mogły zrozumieć, co takiego zrobili ci ludzie, że szepczą o nich sąsiedzi. Rozmawiały o znajomych kobietach, które Bóg zabrał w połogu. Żegnając się znakiem krzyża, wymieniały ich imiona: Laudomia, Marta, Clara...
Artemisia pamięta pęczniejący brzuch matki, puchnące kostki i twarz. Pamięta, jak sapiąc, człapała ciężko po domu, trzymając się jedną dłonią za krzyż. Z każdym miesiącem nosiła coraz obszerniejsze ubrania. Artemisia pragnęła choć przelotnie zobaczyć to zasłonięte ciało, zrozumieć jego nową formę, ale wiedziała, że jej fascynacja jest czymś zdrożnym: ciało to siedlisko grzechu. Wszyscy musieli udawać, że nie zauważają zmieniającej się figury jej matki.
W miarę, jak dziecko rosło, rósł też lęk Artemisii. Nie mogła wyrzucić z pamięci tych szeptanych słów: Laudomia, Marta, Clara...
- Czy Pan Bóg cię zabierze, tak jak zabrał tamte kobiety? - spytała, choć wiedziała, że to jedna z tych rzeczy, których się nie mówi nawet własnej mamie.
- Tylko jeśli taka będzie Jego wola. - Palce matki prześliznęły się z czoła na serce, z ramienia na ramię. - Urodziłam was troje bez mrugnięcia okiem. Nie ma powodu, żeby tym razem miało być inaczej.
Z różowym uśmiechem przejechała dłonią po brzuchu, a potem pogładziła córkę po głowie i przyciągnęła ją do siebie.
Artemisia zawarła umowę z Bogiem: On będzie miał w opiece jej mamę, a ona odda Mu się bez reszty, ciałem i duszą, przyjmie święte śluby i zostanie Jego oblubienicą.
Mama umierała przez trzy dni. Przez trzy dni Porzia pracowicie sporządzała z proszku tynktury, robiła okłady, podczas gdy w całym domu rozbrzmiewało upiorne, łzawe zawodzenie dziecka.
Artemisia zaczęła oddalać się od Boga, aż w końcu całkiem przestała czuć Jego ciepło. Bóg ją zawiódł, podobnie jak tynktury i cudowne maści.
Porzia uważała, że pracownia malarska nie jest odpowiednim miejscem dla dorastającej dziewczynki. Toczyły się rozmowy o przyjęciu Artemisii i maleńkiego Marca do dużej rodziny Stiatessich, przynajmniej na jakiś czas. Przedsięwzięto już pierwsze kroki.
Ale Orazio najwyraźniej się rozmyślił. Artemisia dorastała w pracowni, gdzie uczyła się o innych proszkach i miksturach: o cennych minerałach wydobywanych z ziemi - takich jak ołów, cyna i kwarc - które połączone według sekretnych alchemicznych receptur tworzą żółć kaczeńców; o rzadkich czerwcach, które po wysuszeniu i ugnieceniu dają karmin tak głęboki, że na wiele dni pozostawia po sobie zakrwawione palce; o sproszkowanych i pieczonych bez dostępu powietrza kościach tworzących najczarniejszą czerń; o ołowiu układanym warstwami z obornikiem i octem, zamieniającym się po trzech dniach w biel ołowianą, dzięki której namalowane oko zaczyna widzieć; o guado - roślinie ze wschodu, która po namoczeniu, odsączeniu i uformowaniu w kulki przekształcała się w błękit indygo, barwnik, który należy zamknąć w pułapce werniksu, bo inaczej spłowieje i zostanie po nim tylko widmo.
Te proszki nigdy jej nie zawiodły. Nauczyła się tworzyć nimi życie, tak by nigdy więcej nie musiała polegać na Bogu.
Porzia wstaje i wyrywa ją z zamyślenia.
- Idziemy na dół?
Orazio wraca do pracowni wielce ukontentowany.
- Ten oto poczciwy człek - klepie Giovanniego po plecach - wystarał się dla mnie o zaproszenie do Palazzo Conscente, żebym mógł zaprezentować hrabiemu kilka swoich prac.
- Hrabia zebrał wielką kolekcję malarstwa. - Giovanni z roztargnieniem pociera brodę. Z każdym rokiem coraz bardziej upodabnia się do niedźwiedzia. - Zajmowałem się prawnymi szczegółami dotyczącymi posagu jego córki, więc wiem, jakie głębokie ma kieszenie.
- To cudowna wiadomość. - Artemisia ma nadzieję, że ojciec znajdzie w końcu mecenasa, którego od dawna tak rozpaczliwie poszukuje.
- Ja również tak myślę - zgadza się Giovanni. - Hrabia jest człowiekiem, z którym warto nawiązać stosunki.
- Mógłbyś mu pokazać Judytę. - Artemisia wskazuje obraz, który kończyli w takim pośpiechu, a który teraz czeka, aż zleceniodawca wróci z zagranicy.
- Pójdziesz ze mną - zwraca się do niej ojciec. - Pokażesz hrabiemu, co potrafisz zrobić z kawałkiem węgla i arkuszem papieru. Zdaje się, że hrabia ma nowego wnuka, więc podobizna sporządzona wprawną ręką może go chwycić za serce i wszystkim nam się przysłużyć.
Artemisia i Piero, który w głębi pracowni w milczeniu układa na półce słoiczki z pigmentami, spoglądają na siebie porozumiewawczo i przewracają oczami. Nie podoba jej się pomysł, że ma zostać tresowaną małpką ojca, ale przynajmniej będzie mogła obejrzeć osławioną kolekcję hrabiego.
4
Sutki Judyty
Jedna myśl krąży Oraziowi po głowie, kiedy rozgląda się po wnętrzach Palazzo Conscente: dzięki bogactwu człowiek może kupić wiele pięknych rzeczy, ale nie może kupić dobrego smaku. Misterny złoty zegar tyka tak głośno, że jego odgłos rozlega się cichym echem w ogromnej komnacie wyłożonej jaskraworóżowym marmurem z białymi żyłkami, który przypomina Oraziowi mortadella di prato, którą jadał w Toskanii, kiedy był dzieckiem. Poza tykaniem zegara w wielkiej sali, zalanej światłem i odgrodzonej od miejskiego zgiełku grubymi murami, jest cicho jak w kościele. Na ścianach wisi kilkanaście wspaniałych obrazów.
Syn hrabiego w wyszukanych, ceremonialnych słowach przeprasza za spóźnienie ojca, a także za to, że nie zdążył się przebrać ze stroju jeździeckiego.
Nawet ubranie do jazdy konnej, które ma na sobie - z płowego jedwabiu, uzupełnione kanarkowymi pończochami - przyćmiewa najlepszą garderobę Gentileschich. Orazio ze wstydem myśli o swoim lichym kaftanie i wypalonej dziurce w spodniach, usiłując zasłonić ją dłonią. Koszula Francesca wisi niechlujnie spod kaftana, z którego wyrósł jakiś czas temu i poły z trudem dopinają się na piersi. Mankiety Artemisii rażą plamami farby. Jej ojca drażni myśl, że w porównaniu z nimi Piero wygląda wręcz wykwintnie. Zastanawia się, skąd chłopak bierze pieniądze, żeby się tak stroić. Pewnie od wuja.
- Mój ojciec wkrótce się zjawi. - Syn hrabiego uśmiecha się do Artemisii. - Jak rozumiem, signorina również jest malarką?
Rumieni się i Orazio pozwala sobie na chwilę fantazji, w której młodzieniec zakochuje się w jego córce i postanawia pojąć ją za żonę. W jednej chwili rozwiałyby się wszystkie finansowe kłopoty Gentileschich. Zdaje sobie jednak sprawę z absurdalności takiego marzenia.
Służący podaje im do picia owocowy napój w tak delikatnych szklanych pucharach, że Orazio boi się, czy szkło nie pęknie mu w dłoni.
Wkrótce pojawia się młoda kobieta z dzieckiem na biodrze. Syn hrabiego przedstawia ją jako żonę, kładąc kres niedorzecznym marzeniom Orazia.
Dziecko przyciąga Piera niczym pyłek pszczołę. Chłopak zaczyna stroić głupie miny, żeby rozśmieszyć malca, czym naturalnie wprawia w zachwyt młodą matkę i w rozdrażnienie Orazia. Ten w niedwuznacznych słowach zapowiedział terminatorowi, że może im towarzyszyć pod warunkiem, że będzie się trzymał z boku i nie będzie się odzywał.
Artemisia, zamiast okazać uprzejme zainteresowanie dzieckiem, odpłynęła w drugi koniec sali i wpatruje się w jeden z obrazów. Orazio wzrusza lekko ramionami i uśmiecha się przymilnie do syna hrabiego.
- Nie potrafi się powstrzymać. Kolekcja jego hrabiowskiej mości jest znamienita.
Podchodzi do córki i półgłosem beszta ją za złe maniery. Lecz Artemisia prawie go nie zauważa; stoi jak oniemiała i wpatruje się w płótno. Orazio pamięta ten obraz. Merisi namalował go ponad dziesięć lat temu: Judyta odcinająca głowę Holofernesowi. Jest tak samo wstrząśnięty brutalnością przedstawionej sceny jak kiedyś. Merisi uparł się, że namaluje moment, w którym dziewczyna odcina Asyryjczykowi głowę. Płótno jest równie subtelne, co walnięcie maczugą po łbie.
Przypomina sobie, że do postaci Judyty pozowała Merisiemu Fillide. Szkoda, że jej piersi straciły tę zadziorną jędrność. Jest na tym obrazie taka młoda, taka przejęta grozą na widok krwi tryskającej z szyi ofiary. Jakby nie potrafiła uwierzyć w to, co zrobiła. To dziwny zbieg okoliczności, że Orazio również wykorzystał Fillide do namalowania Judyty na swoim ostatnim obrazie, który miał teraz ze sobą, żeby zaprezentować go hrabiemu. Scena, którą on zilustrował, jest jednak bardziej powściągliwa i milsza dla oka; odcięta głowa leży w koszu, tylko w połowie widoczna. Bardziej konwencjonalne, jak zapewne orzekłby Merisi.
- Czy tę pracę zainspirowała egzekucja Cencich? - pyta Artemisia.
Orazio chwyta ją za rękę i odciąga z powrotem w stronę pary młodych arystokratów. Obraz Merisiego jest zbyt brutalny, zbyt erotyczny w czerwonym wytrysku dla oczu siedemnastoletniej dziewczyny.
Dziwi się, jak to możliwe, żeby jego córka pamiętała szczegóły tamtego dnia. Była taka mała. Zemdlała, zanim zaczęła się najbardziej krwawa część widowiska, zanim syna Cencich powieszono i poćwiartowano, tak że krew na podeście mieszała się z wnętrznościami. Merisi stał jak porażony. Zawsze pociągała go makabra.
Jeszcze przez jakiś czas zachwycają się uprzejmie dzieckiem, aż w końcu otwierają się drzwi i do komnaty wchodzi hrabia, grzmiąc od progu przeprosiny za spóźnienie.
- Niespodziewane spotkanie, którego nie mogłem uniknąć - tłumaczy.
- Nic nie szkodzi. Nic nie szkodzi. - Orazio jest w pełni świadomy swego miejsca w kolejce do koryta. W końcu hrabia jest bankierem samego papieża. - Poznaliśmy uroczą rodzinę waszej hrabiowskiej mości. Przeurocze dziecię.
Orazio nie cierpi tego służalczego tonu, który wkradł się w jego głos, lecz jeśli dzięki niemu może dostać zamówienie, to warto zachowywać się z uniżonością.
- Widzę, że syn już kazał wam podać coś do picia.
Hrabia Conscente jest potężnie zbudowanym mężczyzną o swobodnych, pewnych siebie manierach, których nabywa się tylko wraz z wielkim bogactwem. Uprzejmy, otwarty, niemal przyjacielsko gawędzi o tym, że dzień jest piękny, a on ma to szczęście, że może się cieszyć widokiem na rzekę.
- Światło odbijające się od wody ma eteryczną właściwość, dzięki której wszystko wydaje się piękniejsze, prawda?
Mówiąc to, patrzy prosto na Artemisię, która nie uważa się za piękność i uparcie nie reaguje na te schlebiające słowa. Orazio zaś myśli o swojej ciemnej nowej pracowni na via della Croce.
- No dobrze - rzuca hrabia. - Przejdźmy do ważniejszych spraw. Do waszych obrazów.
W milczeniu ogląda płótna, zatrzymuje się przed każdym na dłuższą chwilę, podchodzi bliżej, by się przyjrzeć ruchom pędzla, mruży oczy, po czym odsuwa się i znów wraca, tym razem uzbrojony w szkło powiększające.
Orazio przygotowuje się na rozczarowanie; mówi sobie, że ten człowiek nie ma smaku, że kupuje dzieła sztuki tylko po to, by pokazać światu potęgę swoich pieniędzy, że jego opinia nie ma znaczenia. Tymczasem hrabia zatrzymuje się na dłużej przed Judytą, po czym podchodzi do portretu małego Marca. Orazio jest z niego bardzo dumny. Lecz hrabia wraca do sceny biblijnej, każe przysunąć obraz bliżej do światła i ponownie ogląda malowidło przez szkło powiększające.
- Ten obraz jest wyjątkowo dobry - orzeka w końcu. - Nie widziałem takiej pracy od śmierci Merisiego di Caravaggio, niech spoczywa w pokoju. - Żegna się znakiem krzyża. - Jestem pełen podziwu.
Orazio pęcznieje z dumy. Więc jednak hrabia ma gust. Przecież posiada piękną kolekcję malarstwa.
- Gdyby nie to, że nie chcę się przeciwstawić osobie o tak znamienitym oku jak wasza hrabiowska mość, nigdy nie porównałbym swojej pracy do takiego mistrza.
Hrabia zbywa komentarz Orazia jako nieszczerą paplaninę, którą jest w istocie.
Prawie dotykając palcem płótna, pokazuje odciętą głowę spoczywającą w koszyku.
- Kolor niemal sączy się z kosza na naszych oczach, krople są tak realne, że odnoszę wrażenie, że krew pozostałaby mi na palcach, gdybym ośmielił się ich dotknąć. A ta serweta... plamy wytartej krwi. Doprawdy zdumiewające.
Orazio przełyka ślinę.
- Może wasza hrabiowska mość raczył zauważyć, że do postaci Judyty pozowała mi Fillide Melandrone, podobnie jak Merisiemu. - Wskazuje twarz Judyty, licząc na to, że odwróci uwagę hrabiego od odciętej głowy i skłoni go do pochwały jego drobiazgowej pracy przy brokatowej sukni i postaci kobiety. - Naturalnie nie jest już taka młoda.
- Tak... - Hrabia milczy przez dłuższą chwilę, jakby się głęboko zastanawiał nad tym, co zamierza oznajmić. - Mam nadzieję, że nie weźmie mi pan za złe tego, co powiem. - Patrzy malarzowi w oczy, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że wypowie swoje zdanie bez względu na to, czy Orazio weźmie mu to za złe, czy nie. - Tej Judycie czegoś brakuje. Wydaje się pozbawiona życia. Owszem, suknia jest ładnie namalowana.
Orazio walczy z rozczarowaniem, kiedy mężczyzna pochyla się jeszcze raz nad płótnem, by przyjrzeć się śladom pędzla.
- Ma pan rację - mówi. - Nie można tego porównać z twórcą o tak rzadkim talencie jak Merisi... Są dziesiątki jego naśladowców płodzących bardzo dobre prace tego rodzaju. Ale to - wskazuje znowu odciętą głowę leżącą w zakrwawionym koszu - jest prawdziwe serce tego obrazu. Tutaj naprawdę rozkwita pana talent. - Uśmiecha się szeroko. - To pokazuje pana prawdziwy dar, signor Gentileschi.
Orazio kiwa głową, tłumiąc kipiące wzburzenie.
- Jak osiągnął pan ten efekt? - pyta hrabia, wskazując zaplamioną szmatę.
Orazio czuje na sobie świdrujące oczy córki. Już ma otworzyć usta, żeby odpowiedzieć kłamstwem, lecz Artemisia go wyprzedza.
- To ja malowałam te fragmenty.
Hrabia drga zdumiony. Patrzy na nią jak na zjawę.
- Wielkie nieba! - Wyciąga dłoń i składa pocałunek na jej rękawiczce. - Zaiste nie przesadzali ci, którzy mówili, że rokuje pani wielkie nadzieje, signorina Gentileschi. Nie spodziewałem się...
Artemisia nie sili się na uniżone zaprzeczanie, tylko zwyczajnie dziękuje. Sama wie doskonale, jaka jest dobra.
- Mieliśmy nadzieję, że pozwoli pan córce naszkicować naszego wnuka - mówi hrabia, zwracając się do Orazia.
Lecz Artemisia postanawia przemówić we własnym imieniu, zanim odpowie za nią ojciec.
- Zrobię to z przyjemnością.
Nie ukrywając zadowolonego uśmieszku na twarzy, Piero podaje jej torbę ze sprzętem, po czym oboje, nachyleni do siebie głowami, dyskutują, gdzie jest najlepsze światło i jak ustawić dziecko do portretu.
Tymczasem Orazio udaje, że ogląda obrazy na przeciwległej ścianie.
Artemisia przeciąga wielkie rzeźbione krzesło w miejsce tonące w powodzi światła i usadza na nim matkę z dzieckiem. Próbuje rozproszyć zdenerwowanie banalną rozmową, jednocześnie układając spływające fałdy spódnicy i ustawiając dziecko pod odpowiednim kątem w stronę okna. Synowa hrabiego jest młoda, może nawet w tym samym wieku co Artemisia, i promienieje zachwytem dla swojej pociechy.
Dziewczyna zaczyna rysować, lecz jej uwagę co chwila rozprasza obraz Merisiego. Wyraz twarzy młodej Judyty, jakby zaskoczonej, że odcięła głowę wroga, zaskoczonej, że jej dłoń dzierży miecz. Sam czyn, zabójstwo, znika w ciemności.
Pomidorowy rozbryzg krwi blaknie w zestawieniu z jaskrawą bielą koszuli Judyty. Jasna tkanina napinająca się na piersiach, twarde, zaskakująco sterczące sutki natychmiast przyciągają wzrok obserwatora. Zupełnie jakby artysta chciał ukazać jej podniecenie.
Ta myśl wywołuje wypieki na twarzy Artemisii.
- W komnacie jest bardzo ciepło - mówi, choć wcale tak nie czuje, po czym rozchyla chustę i zmusza się do oderwania wzroku od obrazu i skupienia się na siedzącej przed nią upozowanej matce z dzieckiem.
Chłopczyk jest pulchniutki i uroczy niczym putti na kościelnym malowidle.
Piero podaje jej pudełko z kredą. Artemisia wybiera z niego ciemny, ziemisty odcień czerwieni i w skupieniu przystępuje do pracy. Czuje na karku wzrok hrabiego, który stoi za jej plecami i obserwuje każdy jej ruch. Szkic szybko i bez trudu nabiera kształtów i po chwili Artemisia do reszty zapomina o złości, że przyprowadzono ją tu jak jakieś kuriozum.
Coś ściska ją w żołądku na myśl, że to ona mogłaby dostać zlecenie hrabiego. Kreda nabiera w palcach własnego życia, prześlizguje się po papierze, gdzieniegdzie palec rozciera kreskę, by nadać jej gęstości; plamka bieli tworzy połysk na usteczkach dziecka i zlewa się ze światłem za plecami.
Nieco z boku Orazio kipi ze złości, jakby córka mu coś ukradła. Przez głowę przebiega jej myśl o tym, co zrobi, kiedy wyjdą z pałacu. Czy da upust wściekłości? Znowu zerka na obraz Merisiego i natychmiast tego żałuje, bo dzieło mistrza ją onieśmiela. Dłonie jej się pocą i robią się śliskie od kredowego pyłu zmieszanego z potem. Wyciera je o sukienkę i czeka chwilę, aż ochłonie.
Kiedy wraca do szkicu, palce odmawiają jej posłuszeństwa. W każdej innej sytuacji przerwałaby pracę, zgniotła papier i wrzuciła go do ognia. Ale ma zaprezentować swój wrodzony talent, o którym hrabia tyle słyszał, i dowieść swojej wartości.
Biją dzwony na południe. Za długo to trwa. Jej ruchy stają się sztywne, toporne, a rysunek - płaski i pozbawiony życia. Uszła z niej cała pewność siebie.
Przerywa pracę.
- Ja... Przepraszam.
Hrabia mówi, że nic się nie stało, lecz Artemisia słyszy w jego głosie odprawę.
- Przepraszam - powtarza, zła na siebie, że nie potrafi znaleźć innych słów.
Piero przelotnie dotyka ramienia dziewczyny, żeby dodać jej otuchy, po czym zaczyna sprzątać materiały.
- Czy mogę to zobaczyć? - pyta matka dziecka.
Artemisia chętnie by odmówiła, ale byłoby to zbyt nieuprzejme, więc wręcza jej rysunek, siląc się na najładniejszy uśmiech, na jaki ją stać.
- Nie zdołałam go dobrze uchwycić. Jest takim ślicznym niemowlęciem. - Z trudem powstrzymuje się przed dalszymi przeprosinami.
Twarz matki jest równie beznamiętna jak rysunek, na który patrzy. Oddaje go bez słowa.
- Był taki moment, kiedy prawie się pani udało, signorina. - Hrabia uśmiecha się uprzejmie, protekcjonalnie, aż dziewczyna kuli się w sobie. - Czyżby nerwy wzięły górę?
- Myślę, że tak.
Dziecko zaczyna się kręcić i krzywić; widać, że za chwilę wybuchnie płaczem.
- Mogłabym zacząć od nowa.
Lecz matka już wstała i idzie w stronę drzwi z synem, który płacze wniebogłosy.
- Może kiedy indziej - mówi hrabia.
Artemisia wie jednak, że to tylko zdawkowa uprzejmość. Dostała swoją szansę i ją zmarnowała.
Orazio występuje z własnymi, uniżonymi przeprosinami. Ględzi o wspaniałej kolekcji hrabiego, o jego nienagannym smaku.
- Najlepsze z najlepszych.
- To możliwe, lecz mam rywala w osobie kardynała Borghese. Z tego, co mi wiadomo, chce wypełnić sale swojego palazzo w ogrodach Monte Cavallo pracami najlepszych rzymskich artystów. Rywalizacja bez cienia wątpliwości wyniesie ceny dzieł sztuki na wyżyny.
- Ach tak, słyszałem o rosnącej kolekcji kardynała. Ale nie może się równać ze zbiorami waszej hrabiowskiej. - Orazio niemal się kurczy, wygłaszając to czcze pochlebstwo.
Najwyższa pora opuścić ten świat, do którego nie należą. Hrabia prowadzi gości do wyjścia. Kiedy idą na dół po szerokich schodach z białego marmuru, Artemisia chwyta się jeszcze maleńkiej nadziei, że hrabia zaproponuje, by kiedyś tu wróciła, że da jej jeszcze jedną szansę.
Służący otwiera przed nimi wielkie drzwi z mosiężnymi okuciami i kiedy hrabia uprzejmie się z nimi żegna i odchodzi, nadzieja Artemisii ostatecznie umiera.
Chłopcy wnoszą obrazy na zniszczony wehikuł, bardziej zasługujący na miano wózka niż powozu. Z sercem ciężkim jak cegła Artemisia wdrapuje się za ojcem do środka, podczas gdy chłopcy siadają z przodu. Nikt nie odzywa się ani słowem. Wytaczają się przez bramę na ruchliwą ulicę. Po zacisznych wnętrzach Palazzo Conscente miejski zgiełk wydaje się ogłuszający.
- Co za okropny człowiek - prycha Orazio. - I ta kuriozalna komnata. Cóż za wulgarny gust. Co on wie o sztuce? Wszystkie te obrazy wiszące na ścianach... to dla niego zwyczajne inwestycje. Od kiedy to bankierzy stali się autorytetami w kwestii dobrego smaku?
Artemisię korci, żeby zwrócić ojcu uwagę, że rodzina Medyceuszy również była bankierami, a teraz włada Florencją i posiada kolekcję sztuki niezrównaną w cywilizowanym świecie. Nie jest jednak na tyle głupia, żeby prowokować ojca, kiedy jest w podłym nastroju. Po chwili Orazio odwraca się w jej stronę.
- Nie próbuj sobie roić Bóg wie czego. Conscente nie ma pojęcia, o czym mówi.
Kiedy hrabia wypowiedział swoje zdanie na temat Judyty, Artemisia czuła, że rośnie. Jakby zamieniła się w drzewo - jej gałęzie strzelały pod niebiosa, korzenie rozprzestrzeniały się głęboko w ziemię. Teraz znowu czuje się maleńka, przezroczysta i krucha. Nadzieja, którą chowała w sercu - że pewnego dnia zobaczy swoje prace, prace kobiety, wiszące obok dzieł wielkich mistrzów - legła w gruzach. Jej grzeszna duma.
Każde z nich pogrąża się we własnych myślach. Im bardziej powóz oddala się od Palazzo Conscente, tym głębiej Artemisia popada w przygnębienie.
Po jakimś czasie ojciec dodaje:
- W końcu dowiodłaś, że nie jesteś aż taka dobra, co? - Oczy migoczą mu z uciechy.
Artemisia wyobraża sobie, jak wymierza ojcu policzek. Obraz jest tak realistyczny, że aż piecze ją dłoń.
5
Piersi świętej Agaty
Zitę bolą plecy i ma wrażenie, że ktoś wbija jej w ramiona szpilki. Przez cały ranek pozowała do obrazu jako Najświętsza Panienka, ubrana w niebieską szatę, z Lucą ułożonym na kolanach.
Podczas gdy Orazio i Artemisia pracują w milczeniu, a Piero wydaje ciche instrukcje Francescowi na temat poprawnego ucierania pigmentów, Zita przypomina sobie inny obraz, do którego potajemnie pozowała wieczorem przed kilkoma dniami. Kiedy Orazio wyszedł z domu razem ze starszymi chłopcami, a dzieci leżały w łóżkach, Artemisia spytała ją, czy zechciałaby pozować jej nago.
Niezdecydowana Zita milczała.
- Chyba nie zamierzasz się zasłaniać jakąś fałszywą pobożnością, co? - powiedziała dziewczyna.
To zabolało.
- Poza tym kobieta, którą chcę namalować, jest postacią z Biblii - wyjaśniła. - Święta Zuzanna słynęła z niezłomnej cnoty i wiary.
- Ale co powie na to twój ojciec?
- Nie musi o tym wiedzieć - odparła Artemisia z konspiracyjnym uśmiechem.
Do tej pory Zicie kołaczą się po głowie te słowa: "fałszywa pobożność". Może to prawda? Ona wie tylko tyle, że życie jest łatwiejsze, kiedy próbuje się przestrzegać boskich praw. Za to Artemisia chodzi własnymi drogami.
W końcu Orazio proponuje, żeby zrobili krótką przerwę. Zita odkłada śpiące dziecko na kozetkę i przeciąga się. Podnosi ramiona, na przemian zaciska i rozluźnia zdrętwiałe dłonie i skręca ciało, dopóki w kręgosłupie nie rozlega się głośne strzyknięcie. Kroi na stole twardy ser i bochenek chleba, po który z samego rana poszła razem z Pierem.
- Kto jest głodny? - pyta.
Podsuwa każdemu talerz, po czym kuca w kącie pokoju, żeby po cichu wyjąć z koszyka małe zawiniątko, a w nim okrągłe lukrowane ciastko z wisienką zatkniętą na wierzchołku. Odwracając się plecami do pozostałych, zatapia zęby w słodkim przysmaku.
- Skąd to masz? - Francesco podnosi głowę znad moździerza, w którym rozgniata azuryt, i zaplamionym palcem wskazuje ciastko.
Zita chowa rękę za plecami i wysuwa język jak jaszczurka, żeby zlizać z wargi okruszek.
- Co takiego?
- Ciastko, które próbujesz ukryć.
- Kupiłam w piekarni. - Ostentacyjnie pokazuje nadgryziony smakołyk.
Piero przeszywa ją surowym spojrzeniem i Zita natychmiast żałuje tego, co powiedziała. On wie, że to kłamstwo.
"Fałszywa pobożność". Skręca się ze wstydu. Piekarz właśnie otworzył drzwi swojego sklepiku i ciepłe, drożdżowe powietrze wabiło ich do środka. Wystawiona do ostygnięcia taca szeptała do niej tak kusząco pąsowymi wisienkami i słodkim zapachem, że jedno ciastko wpadło jej do koszyka, niemal zanim zdążyła się zorientować, co robi.
Od wyjazdu męża miała wrażenie, że dryfuje bez celu, jakby zerwała się z kotwicy. Nawet po kilku miesiącach mieszkania pod dachem Gentileschich nie czuje się tu jak w domu. Przez krótką chwilę, kiedy miała w koszyku sekretną zdobycz, świat wydawał się mniej zniechęcający, jakby mogła zapanować nad własnym życiem. Teraz jednak myśli galopują jej w głowie jak oszalałe ze strachu, co się może zdarzyć, jeśli Orazio odkryje jej karygodny postępek. Miałby pełne prawo wyrzucić złodziejkę na bruk.
- Nie wiem, jak możesz to jeść. - Twarz Francesca wykrzywia się z niesmakiem.
- To tylko ciastko.
W gorącej dłoni lukier zamienia się w lepką maź.
- Wiesz, dlaczego nazywają je piersiami świętej Agaty? - Chłopak patrzy na nią lodowatym spojrzeniem.
Zita wzrusza ramionami. Francesco od początku ją onieśmiela. Nie przywykła do obecności chłopców - nigdy nie miała brata - a najstarszy syn Orazia emanuje pewnością siebie, której jej rozpaczliwie brakuje.
- Wiesz, jak w czasie mszy hostia zamienia się w ciało Chrystusa?
Zita odpowiada skinieniem głowy.
- To samo się dzieje z tymi ciastkami. W twoich ustach zamieniają się w ciało świętej.
Kobieta wypuszcza z dłoni smakołyk, jakby ją oparzył, i natychmiast czuje się z tego powodu głupio. Oczywiście młokos się z niej naśmiewa, chociaż nie jest tego pewna, bo na jego twarzy maluje się śmiertelna powaga. Zalewa ją fala skruchy. Pierwszą rzeczą, jaką w życiu ukradła, była para pięknych koronkowych rękawiczek należących do jej kuzynki. Starsza od niej, złośliwa dziewucha dokuczała jej, gdy tylko miała okazję, lecz po tym akcie potajemnej zemsty cicha, triumfalna satysfakcja sprawiła, że okrutne docinki straciły swoją jadowitą siłę i przestały nękać Zitę.
Przez jakiś czas pozwalała sobie na drobne kradzieże, ale potem odeszły w przeszłość, aż do czasu, gdy ciastko z wisienką zaczęło szeptać do niej z tacy piekarza. Będzie musiała się z tego oczyścić na spowiedzi.
Francesco mówi dalej; przypomina jej męczeńską historię świętej Agaty...
- ...której obcięli piersi, bo nie chciała się oddać...
- Dość tego, Francesco! - przerywa mu gniewnie Artemisia. Podnosi ciastko z podłogi i kładzie je na stole. Odwraca się do Zity, która nie może oderwać wzroku od lepkiej plamy na podłodze. - Nie słuchaj go. Mój brat cię nabiera.
Francesco rzuca siostrze rozzłoszczone spojrzenie, jakby chciał powiedzieć, że popsuła mu zabawę.
Żeby załagodzić sytuację, Piero wysyła go na podwórze z garnkiem kleju rybiego do przepłukiwania roztartego azurytu.
- Musisz je wypłukać przynajmniej trzy razy - nakazuje.
Francesco wącha klej i krzywi się z obrzydzeniem, po czym wychodzi, klnąc pod nosem. Marco idzie za nim jak osierocone gąsiątko.
- Masz. - Piero podaje Zicie kawałek chleba. - Franco zachował się podle. Na twoim miejscu nie zwracałbym na niego uwagi.
Patrzy na nią, jakby nie mógł uwierzyć, że dorosła kobieta, matka trojga dzieci, może być tak naiwna.
Wraca Marco z pustym garnkiem do ponownego napełnienia. Piero przelewa kleistą ciecz.
- Jest ciężki - mówi. - Dasz radę?
Malec upiera się, że tak, ale odwracając się, potyka się i wychlapuje klej na podłogę pracowni.
Ze złowieszczą prędkością Orazio chwyta syna za koszulę i podnosi tak wysoko, że chłopiec ledwo sięga palcami stóp podłogi.
- Ty durny smarkaczu!
Wolną ręką próbuje odpiąć sprzączkę pasa, lecz przyskakuje do niego Artemisia i osłania brata ramieniem. Marco blednie ze strachu. Zita przygarnia do siebie własne dzieci i kuli się w kącie, Giulio przemyka po cichu w najdalszy koniec pracowni.
Dziewczyna staje twarzą w twarz z ojcem.
- Nie zrobisz tego! On ma sześć lat! - Odrywa palce Orazia zaciśnięte na kołnierzu syna. - Co by powiedziała na to mama? Ona nigdy by na to nie pozwoliła. Bić małe dziecko za drobny wypadek?
Ojciec cofa rękę, odsuwa się i bierze głęboki oddech.
Atmosfera w pracowni wisi na włosku; wszyscy udają zajętych. Orazio stoi przy drzwiach, urażony i przybity po łajaniu córki. Obserwuje spode łba, jak Artemisia napełnia garnek klejem i pomaga Marcowi wynieść go na podwórze.
Po powrocie mówi, że Marcowi lepiej by zrobiło, gdyby na jakiś czas zamieszkał u Porzii i Giovanniego.
- Na pewno się ucieszą - dodaje.
- Na pewno się ucieszą - powtarza jak echo Piero.
- A tobie nic do tego. - Orazio obraca gniew przeciwko terminatorowi. - Nie pozwolę rozdzielić rodziny.
- Jak chcesz. - Artemisia wzrusza ramionami. - To była tylko propozycja. Miałabym więcej czasu, żeby ci pomagać przy malowaniu. - Odwraca się i ściera rozlany klej.
- Właściwie to może nie jest taki zły pomysł - oznajmia po jakimś czasie Orazio.
- Myślę, że masz rację - mówi Artemisia, jakby to od początku był jego pomysł.
Zita podziwia, jak sprytnie dziewczyna poradziła sobie z ojcem, który sieje postrach w synach - nawet czupurny Francesco kuli się przed jego gniewem - ale nie w córce. Wygląda na to, że natura obdarzyła Artemisię całym rodzinnym przydziałem odwagi. Zitę to zarazem zdumiewa i zachwyca. To, że dziewczyna nie daje się zastraszyć.
Orazio bierze kilka głębokich oddechów, żeby się uspokoić, i rozluźnia odruchowo zaciśnięte pięści. W powietrzu unosi się duszący smród kleju rybnego. Chętnie by się czegoś napił. Ogląda efekty porannej pracy. Nie jest z nich zadowolony. Skupiał się na wygiętym ramieniu Zity i dłoni podtrzymującej nóżkę niemowlęcia, ale namalowana stópka dziecka wydaje się bezcielesna, jakby unosiła się ponad odwróconą dłonią Zity, zamiast na niej leżeć. Orazio porównuje fragment z roboczym szkicem córki. Artemisia doskonale oddała na nim ciężar małej stópki spoczywającej w matczynej dłoni. W kilku pociągnięciach kredą widać ciało, kości wypełniające jego wnętrze, a nawet emocje.
- Wychodzę - mówi Orazio, mamrocząc coś o świeżym powietrzu.
Córka wygląda na irytująco zadowoloną, że się go pozbywa. Robi się coraz bardziej krnąbrna i zbyt inteligentna, żeby wyszło jej to na dobre. A z pewnością zbyt krnąbrna i inteligentna dla większości obiecujących kandydatów na męża. Orazio ma nadzieję, że uda mu się znaleźć kogoś na tyle olśnionego jej talentem, że przymknie oko na jej wady. A im szybciej to zrobi, tym lepiej.
- Oczywiście, ojcze.
Patrząc na jej potulny uśmiech, zastanawia się, czy jednak mu się nie przywidziała ta buńczuczna mina, którą widział przed chwilą.
Na ulicy uderza go w oczy oślepiający blask słońca i upiorny upał. Rusza w kierunku swojego ulubionego szynku. Ma teraz do niego dalej niż dawniej. Spocony i spragniony, wychodzi z wąskiej uliczki na plac zalany żarem południowego słońca. Przyciąga sobie stołek w cień przy murach szynku i czeka w milczeniu, aż z ciemnego wnętrza wyłoni się właściciel z dzbanem miejscowego czerwonego wina, które Orazio zawsze zamawia. Pewnego dnia zaskoczy szynkarza i zamówi coś lepszego. Ale nie dzisiaj.
Wino jest młode i kwaśne jak ocet. W końcu zaczyna mu przyjemnie szumieć w głowie, troski odpływają i w błogim oszołomieniu obserwuje stadko gołębi tańczących wokół kilku okruszków, które spadły ze stołu.
Nagle ktoś przystaje obok; jakaś postać rzuca na niego cień. Podnosząc głowę, Orazio spostrzega młodego mężczyznę, którego twarz wydaje mu się znajoma, ale nie potrafi sobie przypomnieć skąd.
- Czy bardzo wam przeszkodzę, jeśli się przysiądę? - Młodzieniec się uśmiecha. Miałby całkiem miłą aparycję, gdyby nie oko, które porusza się niezależnie od drugiego.
Orazio wolałby, żeby mu nie przeszkadzano, ale nie chce urazić młodego człowieka na wypadek, gdyby okazał się jakąś wpływową figurą, o czym może świadczyć jego strój - dyskretny, dobrze skrojony dublet z kosztownej materii z guzikami, jeśli go wzrok nie myli, z prawdziwego srebra. Orazio grzebie w pamięci, żeby przypomnieć sobie nazwisko mężczyzny; spostrzega duży pierścień z herbem, który z pewnością posłużyłby mu za wskazówkę, gdyby tylko mógł mu się przyjrzeć z bliska.
- Ależ skąd, proszę bardzo. - Stara się, by zabrzmiało to szczerze.
Młodzieniec przysuwa sobie krzesło.
- Orazio Gentileschi, prawda? Poznaliśmy się w zeszłym roku w domu Giovanniego Stiatessiego.
Orazio nadal nie może sobie przypomnieć jego nazwiska.
- Geronimo Modenese - przedstawia się mężczyzna.
Teraz na Orazia spływa olśnienie. Młodzieniec pochodzi z nowobogackiej rodziny zamożnego kupca handlującego klejnotami, który uważa siebie za kogoś w rodzaju kolekcjonera. Orazio pamięta, że rozmawiali wtedy o zleceniu, które nigdy nie doszło do skutku. Wznosili też kielichy za rychło spodziewany ślub Modenesego. Miał poślubić córkę jakiegoś drobnego neapolitańskiego szlachcica. A może dziewczyna pochodziła z Apulii? Tak czy inaczej, było to małżeństwo z rozsądku; związek miał podnieść status społeczny rodziny, która - jak szepnęła Oraziowi na ucho Porzia - jeszcze w poprzednim pokoleniu handlowała serami w Udine.
- Czy nie szykował się pan wtedy do ożenku?
Przez twarz Modenesego przebiega cień.
- Nastąpiło w najwyższym stopniu niefortunne zrządzenie losu.
Orazio już przygotowuje wyrazy ubolewania z powodu przedwczesnej śmierci oblubienicy, gdy Modenese dodaje:
- Musiał pan o tym słyszeć. Sąd skazał mojego ojca.
Nagle Orazio przypomina sobie wiele hałasu wokół jakiegoś skandalu. Białe szafiry sprzedawano jako brylanty lub coś w tym rodzaju.
- Rodzina mojej narzeczonej zerwała umowę małżeńską na miesiąc przed ślubem.
- To rzeczywiście wielce niefortunny obrót wydarzeń.
Modenese czym prędzej zmienia temat. Zauważa, że dzbanek Orazia jest pusty, i proponuje, żeby go napełnić. Woła szynkarza.
- Przynieście świeży dzban Lacrymy Christi, jeśli macie zimne. I coś do jedzenia...
Po czym wdaje się w drobiazgową dyskusję na temat tego, które z wędlin wiszących u sufitu niczym miniaturowe truchła są najlepsze, i ostatecznie decyduje się na talerz bresaoli.
Odwraca się do Orazia i zniża głos.
- Dzięki Bogu skończył się post, możemy znowu cieszyć się mięsiwem.
Wino, które zamówił, jest najdroższym trunkiem, jaki ma do zaoferowania szynk. Orazio doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ponieważ nie stać go na nie.
Modenese gawędzi o tym i owym, wypytuje o Stiatessiego, czy się ostatnio widzieli.
- Czy nie terminuje u pana jego bratanek? Zapomniałem, jak ma na imię.
- Tak. Piero. Ma doskonałe oko do kolorów. - To jedyna pochlebna rzecz, jaką Orazio może powiedzieć na temat chłopaka.
- Dość frywolny charakter z tego, co mi wiadomo. - Modenese patrzy mu w oczy z dyskretnym wyrazem dezaprobaty.
- Nie obchodzi mnie, co chłopak porabia poza moją pracownią.
Młody mężczyzna przekierowuje rozmowę na obrazy. Mówi, że widział ostatnio w kościele jedno z płócien Orazia i że doskonale wyglądało w swoim otoczeniu.
- Świętego Franciszka. Zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Orazio jest wyjątkowo dumny z tego obrazu, który skończył kilka lat temu. Zaczyna mu się podobać ten układny młody człowiek. Wino wpływa gładko do gardła. Jest chłodne i pozostawia na języku kwiatowy posmak, który wyśmienicie uzupełniają cieniutkie jak pergamin kawałki delikatnie przyprawionej bresaoli.
- Słyszałem, że pana córka wyrabia sobie nie byle jaką reputację.
Orazio się najeża.
- Zapewniam was, że reputacja Artemisii jest nieskazitelna!
- Ależ nie to miałem na myśli. - Modenese wybucha śmiechem. - Proszę o wybaczenie, jeśli pana uraziłem. Mówiłem o jej talencie artystycznym. Mówi się, że rokuje wielkie nadzieje.
Orazio czuje się trochę głupio z powodu swojej porywczej reakcji.
- Tak, bardzo dobrze maluje. - Duma z powodu zdolności córki toczy w nim walkę z zazdrością. - Sam ją wszystkiego nauczyłem.
- Tak właśnie słyszałem. Domyślam się, że jako osoba płci nadobnej nie mogła uczęszczać do żadnej szkoły, by nie być narażoną na... - Modenese nie kończy zdania, ale to oczywiste, co ma na myśli: w najlepszym wypadku nagość i nieprzystojne rozmowy.
- Mam tylko jedną córkę i gotów jestem bronić jej niewinności nawet własnym życiem. - W głowie Orazia formułuje się myśl. - Czyżby... - Waha się, zastanawia, czy nie wykaże się brakiem subtelności, ale dochodzi do wniosku, że lepsze to niż stracona okazja. - Czyżby myślał pan znowu o ślubie?
- Niestety, nie. - Modenese kładzie dłoń na sercu. - Nasza rodzina została okryta niesławą i dopóki mój ojciec nie oczyści swojego imienia, co na pewno uczyni...
- Ani na chwilę w to nie wątpię.
Przez jakiś czas piją, plotkując o różnych artystach, gdy tymczasem słońce zniża się nad drugim końcem placu.
- Co pan teraz maluje? - pyta Modenese.
- Madonnę. Może odwiedzi pan moją pracownię i zobaczy ją na własne oczy?
- Z chęcią. Mam również nadzieję obejrzeć prace pana córki. Aby zaspokoić ciekawość. Może nawet poznać osobiście tę młodą utalentowaną malarkę, jeśli uzna pan to za stosowne.
- Jestem pewien, że to się da urządzić.
Modenese wstaje i rzuca na stół kilka monet, mówi, żeby właściciel zachował resztę, po czym wychodzi.
Orazio czuje się wielce podniesiony na duchu. Jeszcze przez chwilę siedzi przy stoliku, opróżnia dzban z winem i zastanawia się nad wsunięciem jednej z monet do rękawa. Napiwek Modenesego jest nad miarę hojny, więc właściciel szynku nawet by się nie zorientował.
Opiera się jednak pokusie i zamawia grappę.
6
Czerwona suknia
W pracowni, w której nadal unosi się smród kleju, Artemisia, korzystając z nieobecności ojca, nurkuje w skrzyniach z ubraniami, jeszcze nierozpakowanymi po przeprowadzce. Zawierają głównie stroje i kostiumy do malowania.
- Czego szukasz?
Prawie podskakuje przestraszona, bo nie zauważyła, że Piero stanął w drzwiach kuchni i obserwuje ją.
- Czerwonej sukni, w której Fillide pozowała do Judyty. - Wyciąga kawałek jedwabiu, przygląda mu się i odkłada na piętrzącą się z boku stertę ubrań i tkanin.
- Wiesz, że Fillide była kiedyś słynną kurtyzaną? Zabawiała wielu wpływowych mężczyzn.
- To znaczy, że upadła jeszcze niżej. Niedawno słyszałam, jak wychodziła o świcie z pokoju mojego ojca. I to nie po raz pierwszy.
- No cóż, twój ojciec musi gdzieś zaspokajać swoje potrzeby. - Piero podnosi piórko, które sfrunęło na podłogę. - Merisi stracił dla niej głowę. Podobno nigdy nie pozwoliła mu się dotknąć, a on mimo to gotów był zrobić dla niej wszystko.
- Nie rozumiem. - Artemisii wydaje się to nielogiczne.
- Nie znasz się na męskich żądzach. - Piero uśmiecha się rozbawiony. - Im bardziej ich nienawidzisz, tym bardziej cię kochają. Kiedy mężczyzna pragnie czegoś, czego nie może dostać, staje się kompletnie bezwolny.
Dziewczyna nadal nie do końca rozumie, jak to działa. Jej wydaje się to dziwną dewiacją.
- Wystarczy spojrzeć, jak Merisi sportretował ją w Judycie, żeby widzieć, że był nią opętany.
Artemisia wiele rozmyślała o obrazie wiszącym w Palazzo Conscente. W bezsenne noce spędzane w ciasnej, dusznej sypialni odmalowywała go w wyobraźni na suficie; pamięta każdy szczegół.
- Namalował ją, jak zabija mężczyznę. To wiele mówi o ich relacjach. - Piero unosi brwi.
- To wybitny obraz, prawdziwe dzieło sztuki, ale...
- Ale co?
- Coś w nim jest nie w porządku. Nie wiem, dlaczego zdecydował się na taką kompozycję. - Artemisia szpera dalej w skrzyni. Wyjmuje półprzezroczysty welon przetykany złotą nicią i potrząsa nim, żeby zobaczyć, jak w złotych nitkach odbija się światło słoneczne. Owija nim sobie szyję, zasłania twarz, tak że tylko oczy wystają znad przezroczystej tkaniny. - Co o tym myślisz? Nadawałabym się na Salome?
Artemisia śmieje się, wygrzebuje ze skrzyni parę skrzydeł zrobionych z gęsich piór i przykłada Pierowi do pleców.
- Nie sądzę, żebym ja się nadawał na anioła - mówi chłopak.
- No, nie wiem.
- I nie zmieniaj tematu. - Odkłada skrzydła na bok. - Chcę wiedzieć, co ci się nie podoba w Judycie Merisiego.
Dziewczyna przerywa grzebanie w skrzyni i podnosi na niego wzrok.
- Uwagę widza powinien przyciągać dramatyzm sceny, czyn, obcięcie głowy. Ale tak nie jest. To, co widzimy w pierwszej kolejności, to... no cóż... piersi Judyty.
Piero parska śmiechem.
- Zupełnie jakby Merisi mówił nam, że powinniśmy oceniać kobiety po wyglądzie, a nie po ich czynach. Poza tym to jest zabójstwo... - Gapi się na nią z otwartymi ustami. - Czemu tak na mnie patrzysz? Większość ludzi, oglądając obraz Merisiego, zakłada, że musi być bez skazy. Nie ośmielają się go zakwestionować.
- Chcesz powiedzieć, że moje zdolności krytyczne dojrzewają, ponieważ zauważyłam, jak mężczyźni pozwalają, żeby ich lubieżne żądze wpływały na czystość sztuki, którą tworzą? - Artemisia tylko po części żartuje.
- Jesteś niesamowita. Zmieniam zdanie: najwyraźniej wiesz o męskich żądzach więcej, niż myślisz.
Dziewczyna podnosi na Piera wzrok.
- Umiem obserwować - mówi. - I słuchać.
- Więc jak byś ty namalowała tę scenę?
- Ach, gdybym tylko dostała taką szansę... Ojciec najchętniej kazałby mi do końca życia malować tła, draperie i portrety łechtające ego zleceniodawców.
- Ale wyobraź sobie, że mogłabyś...
- Nie wiem, ale... - Artemisia uśmiecha się przebiegle i zamaszystym ruchem ściąga z głowy welon. - Umiesz dochować tajemnicy?
- Naprawdę musisz o to pytać?
- Gdzie są chłopcy?
- Powiedzieli, że idą popływać nad jezioro.
- Świetnie. Chcę ci pokazać, nad czym ostatnio pracuję. - Wyciąga jedno płótno ze sterty opartych o ścianę w kącie pracowni. - Zuzanna i starcy.
Obraz jest dopiero w fazie surowego szkicu. Jedynym w pełni namalowanym elementem jest naga Zita siedząca na pierwszym planie z jedną stopą zaczerwienioną, jakby przed chwilą zdjęła z niej niewygodny but, i zanurzoną w basenie z wodą. Nad nią zza murku pochylają się dwie niewyraźne sylwetki. Nawet w tym niedokończonym stadium gapią się wulgarnie na kobietę. Szepczą do siebie, spiskują, podczas gdy dziewczyna usiłuje się zasłonić małym kawałkiem materiału.
Artemisia obserwuje twarz Piera, który w milczeniu ogląda jej pracę, i zaczyna powątpiewać w swoje siły. Chciałaby, żeby coś powiedział.
- Nie wolno ci pisnąć o tym nikomu ani słowa. Gdyby ojciec...
Nie musi kończyć, co by zrobił Orazio, gdyby odkrył, że w tajemnicy malowała Zitę bez ubrania.
Piero nadal nic nie mówi.
- Jest niedokończony - dodaje niepotrzebnie dziewczyna.
W końcu Piero otwiera usta.
- Malowałaś z natury?
- Oczywiście, że z natury.
- Jak ci się udało ją przekonać? - Ruchem głowy wskazuje kuchnię, gdzie Zita śpiewa przy zmywaniu naczyń, okropnie fałszując.
- Ale... - Artemisia nie ma ochoty odpowiadać. - Ale co o tym myślisz?
- Myślę - Piero patrzy jej prosto w oczy - że to jest lepsze niż wszystko, co twój ojciec kiedykolwiek namalował. I nie potrzebujesz mnie, żeby to wiedzieć.
Z radości dziewczyna ma ochotę pisnąć.
- Miałam tyle kłopotów z kompozycją. Nie chcę, żeby była tylko nagą kobietą, na którą mężczyźni mogą się lubieżnie gapić. Chciałam ukazać wyraźnie jej wstyd, jej strach. - Przerywa i zastanawia się, jak wyrazić myśli. - Ale jeszcze bardziej chciałam ukazać ich uciechę - wskazuje dwie niewyraźne postacie - wywołaną jej strachem.
Piero tak naprawdę nigdy w ten sposób o tym nie myślał. Poza całymi armiami nagich mężczyzn Rzym jest również pełen obrazów nimf, driad i Wenus, zachwycających nagością - apoteozą kobiecego piękna, doskonałości boskiego stworzenia.
- Naprawdę udało ci się je uchwycić - mówi Piero. - To znaczy jej zakłopotanie. Widać je wyraźnie w zmarszczonych brwiach namalowanej Zity, we wstydliwie obróconym ciele, w ułożeniu dłoni próbujących odgrodzić się od dwóch złowieszczych sylwetek za jej plecami. Ukazałaś je nawet w jej wyrazie twarzy.
- Kazałam jej wyobrazić sobie, że widzi pająka wielkości szczura, chodzącego za nią po ścianie.
Piero wybucha śmiechem, a Artemisia dodaje zniżonym głosem:
- Między nami mówiąc, ona nie ma zbyt bujnej wyobraźni. - Słyszy, jak w kuchni Zita zbiera dzieci na popołudniową drzemkę, i wsuwa obraz na miejsce, zanim kobieta wyjdzie z kuchni. Nie chce, żeby poczuła się nieswojo. - Zostało mi jeszcze dużo pracy.
- Jak ją przekonałaś, żeby ci pozowała? - pyta Piero szeptem.
- Zita jest mieszaniną sprzeczności.
- O tak, to na pewno. - Piero robi dziwną minę. - Najlepszy dowód z tym ciastkiem.
- O co chodzi?
- Ukradła je.
- Zita? Niemożliwe. Nie zrobiłaby czegoś takiego. Co drugi dzień chodzi do spowiedzi.
- Może właśnie dlatego, że ma dużo do wyznania.
- Widziałeś, jak je kradła?
- Gdybym widział, to bym ją powstrzymał.
- Więc może jednak za nie zapłaciła.
- Byłem z nią w piekarni. Na pewno nie kupiła tego ciastka. - Piero kręci głową. - Wygląda jak anioł, ale nie jest godna zaufania. Uważaj na nią.
- No cóż... nie mam nic, co mogłaby mi ukraść. - Artemisia śmieje się cynicznie. - Jedyną cenną rzeczą, jaką posiadam, jest talent.
- I cnota - prycha Piero kpiąco.
- Jak mogłabym zapomnieć o swojej bezcennej cnocie?
Kiedy Zita przemaszerowuje z dziećmi przez pracownię, rozdzwaniają się południowe dzwony. Zatrzymuje się, chwyta różaniec i przesuwając palcami paciorki, odmawia Anioł Pański. Córki posłusznie idą za jej przykładem. Po skończonej modlitwie ruszają do schodów.
Artemisia szturcha Piera łokciem.
- Widzisz?
- Wiem, co widziałem - mówi cicho, wskazując resztki ciastka nadal leżące na stole. - Połowa Rzymu zatrzymuje się na modlitwę, kiedy biją dzwony. Bardziej z nawyku niż prawdziwej pobożności.
Dziewczyna patrzy na lepkie resztki roztapiającego się fioletowobrązowego lukru i przekrzywioną wisienkę. Uderza ją myśl, że ta nieudolna imitacja kobiecej piersi zamienia grozę cierpienia świętej Agaty w zwykłą komedię.
- Co zrobisz, jeśli znajdzie go twój ojciec?
W pierwszej chwili Artemisii wydaje się, że Piero mówi o ciastku, dopiero potem zdaje sobie sprawę, że ma na myśli obraz.
- Mało prawdopodobne. Jest za bardzo pijany. Ostatnimi czasy prawie nie trzeźwieje. - Wskazuje stertę starych płócien i skrzynek wepchniętych głęboko w kąt pracowni, przykrytych materiałem służącym zwykle za draperię. - To wszystko leży nietknięte od czasu, kiedy się wprowadziliśmy.
Artemisia otwiera ostatnią skrzynię i w końcu znajduje czerwoną sukienkę. Wyciąga ją i podnosi do światła. Kolor jest dokładnie taki, jak go zapamiętała.
- Co zamierzasz z tym zrobić? - pyta Piero.
Na schodach znowu zjawia się Zita. Stoi na górze bez ruchu i patrzy. Pewnie czuje się w obowiązku mieć na nią oko, domyśla się Artemisia.
- Nie masz ochoty się położyć i odpocząć, kiedy dzieci śpią?
- Chyba nie powinnam.
- Nie musisz się przejmować Pierem. - Dziewczyna stara się nie patrzeć w stronę przyjaciela, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Zapewniam cię, że jej reputacja jest przy mnie bezpieczna. - Piero składa lekki teatralny ukłon.
Zita stoi bez ruchu; przygląda mu się, jakby próbowała rozwiązać w głowie trudną łamigłówkę, aż w końcu mówi:
- Jesteś jednym z tych, prawda?
Artemisia wstrzymuje oddech.
- Skoro tak... - Zita odwraca się i znika na górze.
Nasłuchują jej kroków i dopiero kiedy słyszą trzask zamykanych drzwi na samym szczycie domu, wybuchają śmiechem.
Dziewczyna podnosi czerwoną suknię w kierunku Piera.
- Jesteś jednym z tych, prawda? - przedrzeźnia Zitę, po czym oboje śmieją się jeszcze bardziej.
Nagle Artemisia poważnieje.
- Może byś ją włożył?
Piero ściąga koszulę. Na górze trzeszczą deski podłogowe. Oboje czekają, czy na schodach znów nie rozlegną się kroki, lecz po chwili w domu zapada cisza.
Chłopak wkłada suknię przez głowę i zawiązuje ją z boku. Suknia jest bez rękawów, więc nagie ramiona Piera są odsłonięte; zza głębokiego dekoltu wystaje naga pierś.
Artemisia bez słowa rozsmarowuje na palecie półkole farby - od najjaśniejszego do najciemniejszego odcienia. Prowadzi Piera do okna, ale niezbyt blisko, żeby nie było go widać z ulicy i przyciąga płócienny parawan, by zasłonić ich oboje na wypadek, gdyby ktoś pojawił się na schodach albo w drzwiach.
Przez jakiś czas przygląda mu się w milczeniu, obserwując jasne rozpryski światła na jego postaci. Piero ma smukłe i gibkie ciało, skórę ciemną jak bistr, mięśnie wyraźnie zarysowane, ścięgna i żyły sterczące na wewnętrznych zgięciach łokci. Trudno by było nazwać go męskim. Jest młody, zaledwie o kilka lat starszy od Artemisii, lecz suknia wydobywa na jaw jego męskość: szczęka wydaje się ostrzejsza, jabłko Adama mocniej zarysowane, rzadkie ciemne włosy na torsie bardziej szorstkie.
Artemisia przyciąga stołek. Piero przysiada na nim delikatnie, krzyżuje nogi w kostkach i składa dłonie na kolanach.
- Nie, nie tak. Usiądź tak, jak siadasz normalnie, jak mężczyzna - mówi dziewczyna, myśląc o hermafrodycie.
Piero rozstawia nogi, opiera dłonie na udach, rozsuwając łokcie na zewnątrz, lekko pochyla się do przodu i wbija w nią wzrok z rozbrajającą bezpośredniością, która u obcego mężczyzny wprawiłaby ją w zakłopotanie.
- O, właśnie tak - rzuca Artemisia.
Teraz widać w nim pewność siebie, z jaką mężczyźni biorą w posiadanie świat, jakby był ich własnością.
Dziewczyna maluje szybko, szkicuje miękkimi farbami, miesza cynober z odrobiną błękitu. W miejscach, gdzie tkaniny dotyka słońce, materiał nasiąka krwistą czerwienią, po czym blaknie do szkarłatu, stapia się z półmrokiem i niknie w ciemności tła.
W końcu Artemisia odkłada pędzel. Piero wstaje, okrąża sztalugi i podchodzi do obrazu. Na moment odbiera mu mowę widok siebie w purpurowym brokacie, wyglądającego niczym skrzyżowanie ladacznicy z kardynałem.
- Nie podoba ci się - odzywa się dziewczyna.
- Nieprawda.
- To tylko szkic. - Rzuca mu jego ubranie. - Mam pomysł. Daj mi tę suknię.
Piero ze zniecierpliwieniem szarpie sznurówkę i ściąga suknię przez głowę. Artemisia idzie z nim w kąt pracowni i przebiera się.
- Możesz mi pomóc? - Podnosi rękę, żeby zasznurował suknię, po czym szpera chwilę za stertą niedokończonych płócien i wyjmuje stare, dziobate lusterko.
Prosi Piera, żeby je potrzymał, i siada na stołku, naśladując jego pozycję.
- Namaluję parę, ciebie i siebie w tej samej sukience i pozycji. - Z przejęcia aż brakuje jej tchu.
- Anima gemella - szepcze Piero.
- Tak. Pokrewne dusze. - Artemisia uśmiecha się do niego.
Przez chwilę patrzą na siebie w milczeniu, rozumieją się bez słów.
Nagle z hukiem otwierają się drzwi.
- Gdzie jesteście?!
Coś upada z łoskotem na podłogę. Orazio jest pijany.
- Tutaj, tato. - Artemisia i Piero wychodzą zza parawanu. - Porządkujemy skrzynie. Zita odpoczywa na górze z dziećmi, a chłopcy poszli popływać w jeziorze. - Ze zdenerwowania jej głos brzmi piskliwie.
Orazio przytrzymuje się ściany. Pod jego nogami leży przewrócone krzesło. Twarz ma czerwoną i lśniącą od potu, oddech świszczący. Patrzy na córkę, mruga kilka razy, jakby z trudem mógł skupić na niej wzrok.
- Natychmiast zdejmij tę sukienkę!
- Dlaczego? - Dziewczyna podchodzi do ojca.
Piero próbuje ją powstrzymać, lecz ona odtrąca go i idzie dalej.
- Ten kolor jest bezwstydny! - krzyczy Orazio.
- Ten kolor noszą księża - rzuca wyzywająco jego córka. - Ma symbolizować krew męczenników.
- Nie próbuj mnie pouczać! Doskonale wiesz, co mam na myśli - bełkocze, co w innych okolicznościach mogłoby brzmieć komicznie. - Nie pozwolę, żeby moja córka nosiła sukienkę ladacznicy.
Dziewczyna podchodzi jeszcze bliżej.
- Sukienkę twojej ladacznicy, to chciałeś powiedzieć?
Piero próbuje stanąć między nimi, ale Orazio odpycha go na bok i bierze pięścią zamach. Dosięga córki pierścieniem. Artemisię przeszywa ból; pod jej okiem pozostaje czerwony ślad.
- Co to jest, do stu diabłów...? - Z wyrazem czystej odrazy Orazio wskazuje portret Piera. - Co to za wynaturzenie?
- Nic, co byłoby twoją sprawą. - Artemisia nie okazuje emocji.
Ojciec chwyta wielką szpachlę malarską i wymachuje nią na oślep, zataczając się. Córka rzuca się w jego stronę, lecz Piero chwyta ją za rękę i odciąga, zanim ojcu udaje się trafić ją narzędziem.
Orazio rzuca się na płótno i zaczyna jak oszalały drapać mokrą farbę, aż ta zamienia się w krwawą maź.
- Wynoś się! - wrzeszczy do terminatora. - Precz z mojego domu, nędzny, obrzydły finocchio! - Język mu się plącze, chwieje się, macha szpachlą, jakby go dźgał, po czym rzuca się do przodu.
Piero i Artemisia chwytają go za ręce i popychają na krzesło. Orazio osuwa się na nie bezwładnie.
- Wynoś się! - powtarza. - Wynoś się z mojego domu i więcej tu nie wracaj!
Artemisia łapie Piera za rękę, razem wybiegają z domu i skręcają w boczną uliczkę. Tam, zdyszani, opierają się o mur.
- Tak bardzo cię przepraszam - mówi dziewczyna, kiedy oddech jej się uspokaja, a serce przestaje walić.
- Za co mnie przepraszasz? Ja mogę odejść. Ty musisz z nim żyć.
- Może trudno w to uwierzyć, ale żal mi go. Wiem, że to niewybaczalne, to, jak cię traktuje... - Urywa. - Co zrobisz? Wrócisz do Florencji?
- Szkoda, że...
- Przestań. Nie mów tego. - Artemisia nie chce słuchać o rzeczach, które mogliby razem robić.
- Nie pozostaje mi nic innego, jak wrócić z podwiniętym ogonem i błagać o posadę u ojca. I tak nie zostałbym malarzem.
- Nie będę udawać, że pod tym względem się mylisz - mówi Artemisia lekkim, nieco przekornym tonem, żeby poprawić im obojgu nastrój.
- Może przynajmniej sprawdzę się w produkcji pigmentów.
- Co do tego nie mam cienia wątpliwości. - Obejmuje go, przytula i kładzie głowę na jego ramieniu. - Pewnego dnia, kiedy udowodnię światu, co jestem warta, i będę mogła się utrzymywać z malowania, przyjadę do Florencji.
Oboje wiedzą, że szansa na to jest bardzo mała. Niebawem zostanie czyjąś żoną i każde z nich podąży własną ścieżką.
- Idź! - Artemisia popycha Piera lekko w pierś. - Tego jeszcze brakuje, żeby ktoś mnie zobaczył w tym stroju na ulicy.
Nadal ma na sobie szkarłatną sukienkę, która obnaża chude ramiona i ledwo zasłania małe piersi. Jeśli dołożyć do tego niepocieszoną minę i siniec pod okiem, przedstawia idealny temat do plotek.
Piero muska ustami jej policzek i powoli oddala się w kierunku via della Croce. Artemisia wyobraża sobie łzy piekące go w oczy tak jak ją.
7
Patrzy na ciebie jedno oko
Orazio czuje w ustach wysuszony, spuchnięty język. Spuszcza nogi na podłogę. Każdy drobny ruch, każdy dźwięk rozsadza mu czaszkę. Przez cieniutkie jak papier ściany domu przesączają się wszystkie hałasy: paplanina dzieci, sprzeczka między starszymi chłopcami, tupot stóp na schodach, chlupot opróżnianego nocnika.
Długą chwilę siedzi na brzegu łóżka i obejmuje rękami głowę. Próbuje pozbierać do kupy wydarzenia poprzedniego dnia. Ktoś mu wykradł czas. Nie może sobie przypomnieć, jak to się stało, że jego koszula wygląda jak wysmarowana krwią. Czyżby wdał się w bójkę? Szuka na ciele ran, stłuczeń, ale niczego nie znajduje. Pociera plamę - to farba. Ze schodów do pokoju dolatuje słaby zapach smażonego boczku. Ślinka napływa mu do ust. Wstaje i krzywi się z bólu.
Otwiera okiennice, mruga przed blaskiem słońca. Nie może nawet zobaczyć, która godzina, bo te przeklęte sznury z praniem zasłaniają słońce. Ulica na dole kipi życiem. Orazio ma ochotę wrócić do łóżka i udawać, że jest chory, ale wie, że z jakiegoś powodu musi wstać, tylko nie pamięta z jakiego. Próbuje złożyć w całość fragmenty poprzedniego dnia. Najpierw przypomina mu się delikatny zapach białego wina i cienko pokrojona bresaola, a więc i spotkanie z Modenesem... który ma go odwiedzić dziś w południe!
Nie ma czasu się umyć. W pośpiechu wkłada swoje najlepsze ubranie. Czesząc się, ze ściśniętym sercem zauważa, że wszystkie włosy między zębami grzebienia są prawie całkiem białe. Wącha się pod pachami, po czym rozprowadza kilka kropel olejku cytronelowego, żeby zamaskować odór. Pociera zęby szmatką, przeżuwa kawałek anyżu. Kiedy zbiega po schodach, przestrzeń wypełniają dźwięki dzwonów. W pierwszej chwili wpada w popłoch, ale dzwony szybko milkną - uf, to nie było długie południowe wezwanie na Anioł Pański. Ma jeszcze trzy godziny do przybycia gościa. Odzyskał skradziony czas.
Kiedy wchodzi, w pracowni zapada cisza. Zita i dzieci są w kuchni; Orazio widzi ich przez otwarte drzwi. Jego synowie raptownie przerywają niedokończoną rozmowę i szybko wracają do czyszczenia pędzli, a córka, odwrócona plecami, maluje Madonnę. Orazio zauważa, że dodała przetykany złotem przezroczysty welon zarzucony na głowę i dłoń Dziewicy. Przejrzystość delikatnej tkaniny jest oddana perfekcyjnie. Artemisia nie ruszyła postaci, ponieważ jej zabronił, lecz teraz, w porównaniu z jej nieskazitelnym welonem, matka i dziecko wydają się jeszcze bardziej niedoskonałe. Szkoda, że nie dał sobie czasu, by poprawić twarze przed przyjściem Modenesego.
Francesco podnosi głowę.
- Gdzie jest Piero? - zwraca się do ojca. - Wysłałeś go gdzieś?
- Piero nie przyjdzie - odpowiada ostrym tonem Artemisia.
Orazio jest zdezorientowany; chce zapytać o powód, ale czuje, że sam ma z tym jakiś związek.
- Dlaczego nie przyjdzie? - pyta Giulio.
- Zapytaj ojca. - Artemisia rzuca Oraziowi jadowite spojrzenie.
Orazio zmienia temat.
- W południe odwiedzi nas potencjalny klient. Niech Zita pomoże ci przebrać się w coś elegantszego - mówi do córki. - Musimy zrobić na nim jak najlepsze wrażenie.
- Chyba powinniśmy zrobić na nim wrażenie naszymi obrazami, a nie moją sukienką - burczy dziewczyna pod nosem.
Oraziowi przeraźliwie dudni w głowie; musi koniecznie zwilżyć usta. Z kuchni dochodzi ciche skwierczenie oraz apetyczny zapach bekonu.
- Giulio, chwytaj za miotłę. Francesco, sprzątnij ten bałagan. - Wskazuje warsztat z pigmentami, cały czas łamiąc sobie głowę nieobecnością Piera.
Artemisia odwraca się z powrotem do Madonny.
- Nie potrzebuję trzech godzin na doprowadzenie się do porządku. Daj mi to skończyć. Co o tym myślisz?
Zupełnie niespodziewanie Orazia rozpiera duma z powodu zdolności córki.
- Bardzo mi się podoba.
- Nie masz nic przeciwko welonowi? Mogę go zamalować, jeśli ci to nie po myśli. Uznałam, że może się kojarzyć z aureolą.
Chociaż dziewczyna się tłumaczy, na jej twarzy nie widać skruchy. Kiedy Orazio podchodzi bliżej, zauważa na jej kości policzkowej spuchniętą pręgę i fioletowy siniec. Nagle oślepia go wspomnienie: jego dłoń wymierzająca cios. Pręgę na policzku pozostawił jego pierścień.
Powoli przypomina mu się Artemisia w tej przeklętej sukni. Ostatniego wieczoru przed wyprowadzką z domu przy via Margutta poprosił Fillide, żeby ją na siebie włożyła. Bez koszuli pod spodem wyglądała tak rozkosznie bezwstydnie, dzięki czemu mu stwardniał. Ostatnio miewał z tym problemy. Ta nieszczęsna szata pewnie do tej pory nosi ślady jego nasienia.
Zalewają go wyrzuty sumienia. Artemisia nie mogła znać wstydliwej historii sukni. Ślad na policzku dowodzi jego haniebnej porażki jako ojca i człowieka.
- Co się stało z Pierem? - Próbuje zadać to pytanie lekkim tonem.
- Nie mów mi, że nie pamiętasz. - Pod lodowatym spojrzeniem córki Orazio czuje się nieswojo. - Piero wraca do Florencji. Przez ciebie. Wyrzuciłeś go z pracowni. - Artemisia na powrót zajmuje się malowaniem; nadaje subtelny połysk złoconemu rąbkowi welonu. - Nigdy nie znajdziemy równie dobrego pomocnika do sporządzania farb.
- Mogę go zastąpić - oferuje Francesco. - Dużo się od niego nauczyłem.
- Dobry z ciebie pomocnik, ale nie jesteś jeszcze gotowy, żeby kierować pracownią - odrzuca jego propozycję siostra.
- Główny terminator Reniego jest tylko kilka miesięcy starszy ode mnie - ripostuje Francesco, ale nikt nie słucha jego pomruków na temat zamiatania podłóg, gruntowania płócien i tego, że stać go na więcej.
Orazio z niechęcią musi przyznać, że córka ma rację.
- Na pewno uda mi się przekonać do powrotu Nicol? Bendina. Jeszcze niedawno widziałem, że szukał pracy.
- Bendino jest skończonym leniem! - Artemisia się krzywi.
- Ale przynajmniej zna nasze nawyki, wie, jak pracujemy.
Orazio próbuje sobie przypomnieć, dlaczego właściwie go odprawił.
- Zepsuł całą partię pigmentu - rzuca Francesco. - Wszystko nadawało się do wyrzucenia. Byłeś na niego wściekły.
- Jesteś pewien?
- Jeśli tego nie pamiętasz, to znaczy, że za dużo pijesz - mówi surowo Artemisia.
Dość tego, myśli Orazio. Dość tego zuchwalstwa. Im szybciej ta dziewczyna wyjdzie za mąż, tym lepiej, w przeciwnym wypadku jeszcze trochę i doprowadzi się do zguby. Niech inny mężczyzna weźmie ją sobie na głowę. Zapala się w nim światełko nadziei, kiedy myśli o Modenesem. Kilka miesięcy temu byłyby to zbyt śmiałe oczekiwania, lecz zważywszy na okoliczności, rodzina Modenese powinna się cieszyć z dziewczyny stojącej zaledwie kilka szczebli niżej, za to posiadającej tak unikalny talent. Można by ją wręcz uznać za swego rodzaju zdobycz.
- Welon jest doskonały. Naprawdę piękna robota. Jestem z ciebie dumny. - Orazio rozciąga usta w uśmiechu. - Doprawdy bardzo dumny. A teraz idź na górę i się przebierz.
Podąża za apetycznym zapachem do kuchni. Zita nieśmiało podnosi na niego wzrok znad rondla i proponuje mu kromkę chleba z plastrem boczku.
- Za pozwoleniem, jeśli wolno mi coś powiedzieć... - Rumieni się, kiedy do niego mówi, i lękliwie spuszcza wzrok. Zawsze go zaskakuje jej pokora. Zwykle kobiety z jej urodą mają aż nadto pewności siebie. - Wyglądacie dzisiaj mizernie. Może wam przygotować jakąś miksturę na wzmocnienie?
- Nie ma potrzeby. To powinno wystarczyć. - Orazio składa kromkę z bekonem na pół i zatapia w niej zęby.
Żeby ugłaskać swój wrażliwy żołądek, wypija kubek mleka, który podała mu Zita.
- Spodziewam się w południe gościa - oznajmia. - Idź i pomóż Artemisii się ubrać. Chcę, żeby wyglądała jak najlepiej. Utref jej włosy. Wetrzyj trochę różu w policzki. Spraw, żeby nabrała kolorów. Byle nie za dużo. I spróbuj jakoś zamaskować ten ślad na jej policzku. - Przygląda się kobiecie, próbując wybadać, czy wie, skąd się wziął siniec na twarzy jego córki, lecz z dobrotliwej miny Zity wnioskuje, że Artemisia trzymała buzię na kłódkę. - Żeby gość nie pomyślał sobie nie wiadomo czego.
- Przychodzi kawaler w konkury? - Kobiecie błyskają oczy.
Oraziowi robi się jej żal. Obarczona trójką dzieci i mężem, którego nigdy nie ma w domu, bo wiecznie podróżuje, handlując... Bóg raczy wiedzieć czym. Szkoda, dziewka się marnuje.
- Całkiem możliwe. Ale nie wspominaj jej o tym. - Przykłada palec do ust. - Przychodzi obejrzeć nasze obrazy. Artemisia na razie niczego więcej nie musi wiedzieć.
- Nie pisnę ani słówka.
- Zatrzymaj ją na górze. Przyślę po nią któregoś z chłopców, kiedy będziemy gotowi.
Zita zaciera ręce; najwyraźniej podnieca ją myśl o tej małej konspiracji.
- Mam nadzieję, że jej się spodoba. Przystojny jest?
- Nie mnie o tym orzekać. - Orazio przypomina sobie dość nijaką aparycję Modenesego. - Pochodzi z dobrej rodziny. I hojnej, bardzo hojnej.
Kiedy Modenese się zjawia, pracownia jest zamieciona, sprzątnięta i wygląda lepiej niż kiedykolwiek przedtem; wielkie drzwi stoją otworem na ulicę, tak że do środka wlewa się południowe słońce.
Orazio przedstawia gościa synom i proponuje mu kieliszek wina. Wysłał wcześniej Francesca po butelkę lepszego trunku oraz świeże ciambelle; nie wątpi, że ta wizyta okaże się warta inwestycji. Po wymianie kilku zdawkowych uprzejmości Modenese przyznaje, że nie może się doczekać, kiedy zobaczy Madonnę.
- Sam trochę maluję - oznajmia.
- Tak? - Orazio nie przestaje się uśmiechać. Gdyby dostał jedno skudo za każdym razem, kiedy ludzie, z którymi rozmawiał, zapewniali go, że uważają siebie za malarzy, skończyłyby się jego kłopoty finansowe. - Proszę, oto ona! - Prowadzi gościa do sztalugi z płótnem. - Podkreślam, że obraz jeszcze nie jest skończony. Zostało dużo do zrobienia przy postaciach.
- Tak, widzę. Nie ma jednak wątpliwości, że będzie wspaniały, kiedy zostanie skończony. - Gość podchodzi bliżej, żeby przyjrzeć się płótnu.
Orazio zwraca uwagę na jego nieskazitelne, nowiutkie buty z delikatnej, kosztownej skóry, na jakie on nigdy nie mógłby sobie pozwolić.
- Ten fragment jest znakomity. - Modenese wskazuje przezroczysty szal. - Przepięknie namalowane złote nici. Delikatne i niezbyt krzykliwe, co często się zdarza przy malowaniu złota.
W pierwszej chwili Orazio zamierza przemilczeć tę uwagę, jedynie podziękować za uznanie, ale zmienia zdanie. W końcu zależy mu na tym, by podkreślić zalety Artemisii.
- To ręka mojej córki.
- Słynnej Artemisii.
- Chciałby pan obejrzeć więcej jej prac?
- Będę zaszczycony. - Modenese kładzie dłoń na ramieniu Orazia, co jest zachęcająco poufałym gestem, zważywszy, że się prawie nie znają. - Czy dostąpię zaszczytu poznania artystki we własnej osobie?
Jego skwapliwość nawet Oraziowi wydaje się poruszająca.
- Naturalnie, lecz najpierw proszę mi pozwolić znaleźć próbki jej pracy. - Zdejmuje materiał przykrywający szereg płócien opartych o ścianę. - Gdzieś tu kładła portrety swojego rodzeństwa.
Wyjmuje kilka obrazów i odwraca je.
- Wielkie nieba! Nie spodziewałem się... - Modenese zasłania usta dłonią. - Czy to roztropne pozwalać córce malować takie rzeczy? W tak młodym, nierozważnym wieku... Kobiece ciało... - Sprawia wrażenie, jakby z trudnością dobywał z siebie słowa.
Skonsternowany Orazio podąża za jego wzrokiem w kierunku obrazu, którego przedtem nie widział. Zity nagiej jak ją Pan Bóg stworzył!
- Ach, nie... - Szybko zasłania tkaniną nieprzystojny wizerunek i rzuca rozsrożone spojrzenie w kierunku synów, zastanawiając się, czy coś o tym wiedzą. - Zuzanna jest moja.
- Proszę o wybaczenie. Nie miałem zamiaru sugerować, jakoby pana córka... - wyraźnie zakłopotany Modenese zgniata w dłoniach rękawiczki - nie była uosobieniem niewinności.
- Całkiem zrozumiała pomyłka.
- Proszę mi pozwolić zobaczyć ten obraz.
Nie zważając na protesty Oraziego, Modenese przyciąga płótno bliżej światła i kuca, żeby mu się przyjrzeć.
- Muszę powiedzieć - wstaje i zaciera ręce niczym lichwiarz - że widać na nim wytrawną rękę malarza. Byłbym skłonny złożyć panu propozycję.
- Niestety, ten obraz jest już zamówiony. - Orazio chowa Zuzannę z powrotem na miejsce i zasłania.
- Szkoda. - Modenese przenosi uwagę na portrety. Zerka na obu chłopców, a potem znów na płótna z ich podobiznami. - Pana córka doskonale uchwyciła rysy braci. Musi pan być z niej dumny. Dobrze ją pan wyuczył.
Orazio bąka coś w odpowiedzi na komplement. Potem odwraca się do synów.
- Giulio, możesz pójść na górę i poprosić siostrę, żeby do nas przyszła?
Artemisii wystarczy jedno spojrzenie na Modenesego, by odgadła intencje ojca. Gdy tylko Zita zjawiła się z żelazkiem do kręcenia włosów i uparła się, żeby jej uróżowić policzki, zaczęła podejrzewać, że gość może być potencjalnym kandydatem na męża. Idąc na dół po schodach, starła z twarzy prawie cały różowy tłuszcz i teraz czuje na palcach jego lepkie pozostałości.
Modenese robi wrażenie niezwykle miłego, choć nieco nadgorliwego w obsypywaniu jej komplementami. Gdyby był kolorem, zajmowałby jałowe tereny między ochrą a brązem. Jedynym, co go wyróżnia, jest zezowate oko.
- A pani jesteście modelką - zwraca się do Zity, sprawiając wrażenie dziwnie zakłopotanego.
Kobieta odpowiada mu poważnym skinieniem głowy.
Artemisia spostrzega niezręczną atmosferę pomiędzy dwoma mężczyznami, sztuczną wesołość ojca i niezrozumiałe zakłopotanie Modenesego, który pożera Zitę wzrokiem. Zauważa swój malowany w tajemnicy obraz, oparty o ścianę i zasłonięty portretami jej braci. Nie tam go postawiła, zastanawia się więc, czy ojciec nie znalazł go, pokazując płótna gościowi. To by tłumaczyło zakłopotanie Modenesego. Szkoda, że nie ukryła Zuzanny staranniej.
- Idealna Madonna, prawda? - mówi Orazio.
W głębi pracowni Francesco parska śmiechem i Artemisia zaczyna się zastanawiać, czy to nie on odkrył jej obraz.
- W istocie. - Gość nadal przygląda się Zicie, jakby coś mu się nie zgadzało.
Orazio trajkocze dalej na temat Madonny.
- Zastanawiałem się... - mówi Modenese, patrząc teraz prosto na Artemisię. Dziewczyna podnosi rękę do dekoltu, sprawdzając, czy jest należycie zapięta. - Zastanawiałem się, czy signorina wyświadczy mi zaszczyt i namaluje portret mojej siostry.
- To będzie dla nas przyjemność - odpowiada Orazio zbyt szybko.
Powinien powiedzieć, że jego córka jest rozchwytywana, i wytargować lepszą cenę. Artemisia nie ma wątpliwości, że Modenesego na to stać.
Mimo to serce wali jej w piersi na myśl o swoim pierwszym zamówieniu. Nie może zapomnieć nieszczęsnej porażki w Palazzo Conscente. A jeśli znowu nie zapanuje nad nerwami?
- Może u nas w domu? - proponuje Modenese. - Po południu mamy doskonałe światło do portretów.
- Sama to ocenię. - Dziewczyna zauważa, że ojciec krzywi się na jej bezceremonialność. - Wolałabym, żeby pana siostra pozowała mi tutaj, gdzie mogę kontrolować światło wedle upodobania.
Już sobie wyobraża malowanie w domu rodziny Modenese. Matka będzie nad nią wydziwiać, jakby była zdechłym kurczakiem, i nie pozwoli jej się skoncentrować.
- Gdybym mógł towarzyszyć siostrze w charakterze przyzwoitki, byłaby to propozycja do przyjęcia - mówi Modenese, jakby ta pracownia była jaskinią bezeceństwa.
- Oczywiście. - Orazio składa dłonie.
Cóż za pruderyjny zarozumialec, myśli Artemisia o gościu. Ma ochotę rzucić jakąś nieokrzesaną uwagę, tylko po to, żeby zobaczyć, jak się rumieni, ale musi trzymać język za zębami, jeśli nie chce stracić zlecenia.
- Będę zachwycona, jeśli zechce pan towarzyszyć siostrze. - Skłania głowę z udawaną potulnością.
Modenese podchodzi do niej, gdy tymczasem Orazio i Zita oddalają się pod byle pretekstem w drugi koniec pracowni, by młodzi mogli porozmawiać na osobności. Artemisia zastanawia się, czy ojciec rozmawiał już z tym człowiekiem na temat jej przyszłości, czy wymienili uścisk dłoni, ubili matrymonialny interes.
Gość rozprawia na temat sztuki z wielką powagą; mówi, że uwielbia Carracciego, za którym ona szczególnie nie przepada - uważa, że jego sztuka jest przesłodzona. Ale Artemisia nie mówi tego na głos, oznajmia tylko tyle, że w kaplicy, w której została pochowana jej matka, wisi obraz Carracciego.
- Jest przepiękny - stwierdza Modenese. - Ale przyćmiewa go dzieło wiszące obok.
To już lepiej, myśli dziewczyna, słuchając jego entuzjastycznych zachwytów nad dramatyzmem Świętego Pawła Merisiego. Ona również nieskończenie go podziwia.
- Co się pani stało? - pyta, wskazując jej policzek.
W pierwszej chwili Artemisia nie rozumie. Podnosi dłoń do twarzy i dopiero wtedy przypomina sobie spuchnięty, bolesny ślad po uderzeniu.
- Ach! Niemądry wypadek. Dźgnęłam się ostrą końcówką pędzla.
Zastanawia się, jak by zareagował, gdyby powiedziała mu prawdę.
- Profesja najeżona niebezpieczeństwami.
Artemisia śmieje się grzecznie z żartu.
- Na szczęście nie jest ich wiele.
Modenese wydaje się miły i dobry, a ona zdaje sobie sprawę, że to jedna z ważniejszych cech u męża. Próbuje sobie wyobrazić, jak by zareagował, gdyby pokazała mu obraz przedstawiający Piera w czerwonej sukience, i znowu wzbiera w niej wczorajszy gniew. Ojciec zniszczył go bezpowrotnie.
- Nie jest zbyt przystojny - szepcze do Artemisii Zita po wyjściu gościa, krzywiąc się. - Jednym okiem na ciebie patrzy, a drugim cię szuka.
Artemisia parska śmiechem.
- I co myślisz? - pyta Orazio.
- Jestem przeszczęśliwa - odpowiada dziewczyna, obserwując, jak kąciki ust ojca drgają w uśmiechu. - Dostałam swoje pierwsze zamówienie.
- Tak, tak, ale co myślisz o tym człowieku? Jakie jest twoje zdanie?
- Nie zastanawiałam się nad tym. - Udaje, że nie rozumie, co ojciec ma na myśli. - Wydaje się uprzejmy.
- To bardzo zamożna rodzina, a on jest hojnym człowiekiem. Lubi szastać pieniędzmi.
- To dobrze. Nie będzie się uchylał przed zapłaceniem za zlecenie.
Dopiero teraz Artemisia uświadamia sobie, że dostanie zapłatę za pracę, i przechodzi ją dreszcz podniecenia.
W kącie pracowni Zita tłumi chichot.
Wzdychając ze zniecierpliwieniem, Orazio nie ma wyjścia, musi się wyrazić wprost.
- Co myślisz o Modenesem jako kandydacie na męża?
- O Boże, nie przeszło mi to nawet przez myśl.
Ojciec zapytał, jakby miała w tej kwestii coś do powiedzenia, choć Artemisia dobrze wie, że to on podejmie decyzję.
- No i co ty na to? - pyta Orazio z zapałem psa gończego.
- Zna się na sztuce, a to już coś.
8
Goście
Esmeralda Modenese jest zwyczajna jak cebula: słaby podbródek, duży nos, sterczące zęby. Zita uważa, że jej brokatowa suknia w pomarańczowym kolorze nagietka wyglądałaby znacznie lepiej na każdej innej dziewczynie. A jej brat jest kompletnym nudziarzem. Zezowatym nudziarzem.
Pierwszą myślą, jaka jej przyszła do głowy, kiedy go zobaczyła, było: jeśli Artemisia go poślubi, na pewno urodzi zezowate dzieci. Teraz, patrząc na jego siostrę, dochodzi do wniosku, że może być znacznie gorzej. Zita została pobłogosławiona ślicznymi dziećmi, a jej mąż jest istną ucztą dla oczu. I ją kocha.
"Wiesz, dlaczego tak bardzo cię kocham? - pyta często, ale nie czeka na odpowiedź. - Bo jesteś najśliczniejszą i najgłupszą istotą, jaką w życiu spotkałem".
I nigdy nie podniósł na nią ręki, nawet kiedy był zły, w przeciwieństwie do kilku znanych jej mężczyzn.
Francesco, który miał rozciągać płótna, uśmiecha się pod nosem i mówi coś szeptem do pożerającego ją wzrokiem Nicol? Bendina. Do Francesca zdołała się już przyzwyczaić; zauważyła, że w rzeczywistości jest łagodnej natury. Za to Nicol? sprawia wrażenie naszpikowanego jadem i mściwego młodzika. Ma oczy jak rodzynki, sflaczałe, wilgotne usta i ospowate czerwone policzki. W porównaniu z Pierem, który zniknął ni stąd, ni zowąd bez śladu, to ogromna zmiana na gorsze. Piero wywoływał w niej wieczny niepokój, że wpakuje Artemisię w kłopoty, a wina spadnie na nią; Nicol? budzi w niej zupełnie inny lęk.
Zerka na obraz Artemisii. Namalowała Esmeraldę ładniejszą niż w rzeczywistości. Nadała jej mocniejszy podbródek i usadziła pod takim kątem, że nos wydaje się mniejszy. Dopiero teraz Zita zauważyła, jakie piękne dłonie ma dziewczyna - rzucają się w oczy w samym środku obrazu. W długich palcach trzyma różaniec z kamieni półszlachetnych, o niebo kosztowniejszy niż sznur drewnianych paciorków Zity, który dostała na pierwszą komunię i uważała za najpiękniejszą rzecz pod słońcem. Słyszała, że rodzina Esmeraldy handluje kamieniami szlachetnymi, i zastanawia się, czy dzięki temu można uznać Geronima Modenesego za lepszą partię. Ale nie. Nawet dla najkosztowniejszych klejnotów nie mogłaby dzień po dniu patrzeć w te rozbiegane oczy.
- Nie mam najmniejszego zamiaru za niego wychodzić - oznajmiła Artemisia poprzedniego wieczoru, kiedy leżały obok siebie na łóżku. - Ani za nikogo innego.
Zita ostatnio odnosiła wrażenie, że choć trudno nazwać córkę Orazia miłą, to przejawia wobec niej więcej życzliwości.
- Och, nie przejmuj się nocą poślubną. - Zita była pewna, że to jest przyczyną problemu. Artemisia nie byłaby pierwszą, która się tego obawia. - Gdy tylko minie pierwszy wstyd, to tak naprawdę... - Chciała powiedzieć, że to najbardziej upajające uczucie na świecie, ale nawet sama myśl o tym była tak krępująca, że nie odważyłaby się wypowiedzieć jej na głos. - Nie jest takie złe.
- Nie w tym rzecz. To mnie nie obchodzi. Po prostu nie chcę, żeby mąż rozkazywał mi, co mam robić. Mam tego po dziurki w nosie u ojca.
- Ale chyba chcesz mieć dzieci?
- Niezupełnie.
- Dlaczego?
Zita nie potrafi zrozumieć, jak kobieta może nie czuć zachwytu tym mlecznym zapachem, tą mięciuchną jak brzoskwinia główką i maleńkimi rączkami. Jej na samą myśl topnieje serce.
- Przy mężu i dzieciach nie mogłabym malować.
- Jak to? - Zita rozumie jej pasję do sztuki, Artemisia rzadko kiedy myśli o czymś innym, ale przecież każda młoda kobieta pragnie wyjść za mąż. Do tego zostały stworzone. - Popatrz na Modenesego - powiedziała. - Może nie jest zbyt wyględny, ale pragnie twojej ręki, a przecież zamówił u ciebie obraz.
- Portret. Zamówił u mnie portret. Myślę, że tego nie rozumiesz. Prędzej umrę, niż zgodzę się do końca życia produkować portrety. Pragnę malować tematy, które... Och, nieważne.
Sądząc po Zuzannie, Zita ma pewne pojęcie, jakie rzeczy dziewczyna chce malować. Rzeczy, które doprowadzają Orazia do szału.
- Ale skoro twój ojciec chce, żebyś wyszła za Modenesego, to jak możesz odmówić? - Zita uświadomiła sobie prawdę o losie czekającym Artemisię: brzydkie dzieci i nudny, zezowaty mąż. - Będziesz za to mogła mieć każdy klejnot, jaki sobie wymarzysz.
- Jak ty mało mnie rozumiesz. - Dziewczyna westchnęła, a Zita poczuła, że dzieli je jeszcze większa przepaść niż zwykle. - Nie martw się o mnie. Już ja mu wybiję z głowy ożenek.
Przed wyjściem z pokoju Zita uchwyciła jej przebiegły uśmiech.
Bierze na ręce Lucę, bo mały zaczyna płakać, i idzie do kuchni, żeby go nakarmić. Nie może oderwać wzroku od gorącego policzka, od delikatnego łuku rzęs, od lśniących ciemnych oczek wpatrzonych w nią, jakby była całym jego światem. Bo jest. Mogłaby umrzeć z miłości. Tylko nie może przestać myśleć o tym, że wkrótce synek nie będzie już jej potrzebował, w każdym razie nie tak jak teraz. To samo czuła z dziewczynkami, ten ból rozdzielenia, kiedy wyrosły z niemowlęctwa jak z małych bucików i zaczęły je interesować inne rzeczy.
Najszczęśliwsza czuje się wtedy, kiedy nosi w łonie dziecko, kiedy w jej ciele rozgrywa się to uświęcone misterium. Myśląc o tym, już pragnie następnego, chociaż nie odstawiła jeszcze poprzedniego od piersi. Ale skoro mąż wypłynął i nie wiadomo, kiedy wróci... Serce jej się ściska. Luca wypuszcza z buzi pierś; jego usteczka nabrzmiały od ssania, główka mu się kiwa z senności.
Gdy Zita wraca do pracowni, twarz Esmeraldy się rozpromienia.
- Och, jaki piękny dzidziuś! Czy mogę go potrzymać?
Otwiera ramiona i Zita daje jej w objęcia synka.
Artemisia wydaje się rozdrażniona tym zakłóceniem sesji.
- Chyba musimy zrobić przerwę. - Odwraca się do Modenesego i przewraca oczami. - Dzieci!
Młody mężczyzna kuli się, jak chłośnięty biczem. Jego siostra wpatruje się w nią z otwartymi ustami.
Artemisia odpowiada przelotnym uniesieniem brwi na spojrzenie Zity, a ta siłą powstrzymuje śmiech.
Modenese patrzy na portret i wyraża uznanie. I powinien, myśli Zita. Artemisia zrobiła z jego siostry brzyduli prawdziwą piękność.
Kiedy w końcu wraca do malowania, coś jej znowu przerywa: do pracowni wchodzą jak do własnego domu dwaj mężczyźni, jeden starszy, drugi młody. Starszy opiera się o warsztat z pigmentami i gapi na nich, paląc fajkę i wypuszczając w powietrze wąsy dymu. Wygląda odstręczająco: łysiejąca czaszka, haczykowaty nos i policzki tego samego czerwonobrązowego koloru co płaszcz. Natomiast jego towarzysz... Zita nie może oderwać od niego wzroku.
- Orazio w domu? - pyta starszy, rozglądając się po pracowni.
- Niestety, wyszedł. Przekażę mu, że go szukaliście, jeśli poznam wasze nazwiska. - Artemisia trzyma pędzel niczym broń. Stara się mówić uprzejmie, lecz Zita widzi, że jest rozdrażniona kolejnym zakłóceniem w pracy.
Sama jest wytrącona z równowagi przez tego wysokiego, eleganckiego mężczyznę w dublecie koloru indygo, skrojonym według najnowszej mody, z kaskadą kruczoczarnych włosów i koszulą rozwiązaną pod szyją tak, że widać kuszący kawałek torsu. Jego zielone oczy mierzą łakomie Zitę z góry do dołu. Ściska ją w żołądku.
Nieznajomy teatralnym gestem zdejmuje kapelusz i odwraca się do Artemisii.
- Signorina musi być córką Orazia. - Zitę również obrzuca spojrzeniem, po czym odwraca się do płótna. - To jest bardzo dobre - oznajmia rzeczowo.
Artemisia przeszywa go wyniosłym spojrzeniem i przedstawia Esmeraldę i Geronima Modenese. Przy tym rozbrajająco atrakcyjnym mężczyźnie Geronimo wygląda jeszcze mniej pociągająco.
- A panowie? Kim jesteście?
- Agostino Tassi. - Młody mężczyzna kłania się nieznacznie i wyciąga dłoń w rękawiczce. Powoli cofa rękę, bo Artemisia ignoruje jego gest. - A to pan Quorli, zarządca kardynała.
Jego towarzysz nie sili się na nic poza lekkim skinieniem głową.
- Jestem przyjacielem ojca signoriny - dodaje Agostino Tassi. - Gdzie go mogę znaleźć?
- Na piazza del Popolo - odzywa się Francesco.
Kiedy mężczyźni wychodzą, Zita zauważa smugę ciemnej farby rozsmarowanej na płaszczu tego starszego, który opierał się o warsztat. Już ma za nimi wybiec i zaproponować, że wyczyści brud terpentyną - miałaby pretekst, by jeszcze raz spojrzeć na jego młodego towarzysza - lecz Artemisia, która również zauważyła plamę, chwyta Zitę za rękę.
- Zostaw ich. - Machnięciem ręki pokazuje obraz stojący na sztaludze. - Muszę się skupić na pracy.
Zita nie rozumie, jak dziewczyna może być do tego stopnia obojętna na urodę takiego mężczyzny, że prawie go nie zauważyła. Ona ma wrażenie, że po jego wyjściu z pracowni wyparowały wszystkie kolory.
9
Mistrz iluzji
- Nie wiem, co między wami zaszło. - Giovanni Stiatessi odwraca się, żeby popatrzeć Oraziowi w oczy, kiedy przechadzają się po obrzeżach placu. Czekają, aż przejdzie kolumna spieszących w stronę kościoła zakonnic w trzepoczących szarych habitach, które upodabniają je do stada synogarlic. - Ale Piero powiedział, że nie wraca do twojej pracowni. Był okropnie poruszony, nie chciał powiedzieć, co się stało. Mam nadzieję, że w niczym wam nie uchybił. Tobie lub Artemisii.
- Nie, nie. To nie było nic w tym rodzaju. Twój bratanek jest uroczym młodzieńcem. - Orazio stara się, by zabrzmiało to szczerze. - On i Artemisia bardzo się zaprzyjaźnili, ale jestem pewny, że nie zaszło między nimi nic nieprzystojnego. - To oczywiste, myśli w duchu, bo chłopak prędzej by wychędożył kamienną kolumnę niż kobietę. - Ale muszę być szczery, Giovanni. - Wsuwa ramię pod łokieć przyjaciela. - Piero ma wiele zalet, ale nie będzie z niego malarz. Musiałem mu to otwarcie powiedzieć. Może dlatego był taki poruszony. Czasem trudno się pogodzić z prawdą.
To nie jest do końca kłamstwo. Orazio rozmawiał na ten temat z Pierem jakiś czas temu. Szczerze mówiąc, chłopak przyjął jego dość nieoględną ocenę z zaskakującą pogodą ducha.
Giovanni przeciera dłonią czarne jak smoła włosy i równie ciemną, gęstą brodę. Włosy Orazia rzedną i tracą kolor. No ale jego przyjaciel ma łatwe życie: wysokie dochody z profesji notariusza, łagodną i stateczną żonę, posłuszne dzieci.
- Lepiej, żeby poznał prawdę teraz, niż trwonił młodość w pogoni za marzeniem, którego nigdy nie spełni - mówi Giovanni, kiedy przepychają się przez tłum grających w kości. - Porzia bardzo się cieszy, że Marco z nami zamieszka.
Orazio ze skruchą przypomina sobie, jak mało brakowało, żeby uderzył najmłodszego syna. Chociaż robi to z bólem, musi przyznać, że Artemisia miała rację. Postanawia w przyszłości trzymać temperament na wodzy.
Omijają wóz wypełniony krążkami sera. Podczas gdy dwóch wyrostków wyładowuje towar, trzeci ukroił kawałek, by dać klientowi do spróbowania. Dookoła rozchodzi się charakterystyczny zapach.
- Dlaczego te sery tak okropnie śmierdzą, a tak dobrze smakują?
Giovanni uwielbia wyłapywać drobne paradoksy życia. Tym bardziej więc dziwi, że człowiek o tak dociekliwym umyśle najwyraźniej nie zauważa upodobania bratanka do perwersji.
Orazio wraca myślami do pracowni. Dwie lub trzy sesje portretowe powinny wystarczyć, żeby jego córka i Modenese się ze sobą oswoili.
Giovanni nadal rozwodzi się na temat serów.
- To doprawdy dziwne, ten niebieski nawet w połowie tak nie cuchnie jak pecorino...
Orazio udaje, że słucha. Nie może wyrzucić z głowy myśli o Zuzannie, nie wie, czy złościć się na Artemisię, czy zachwycać się jej wspaniałą pracą. Znowu przeklina w duchu Boga za to, że przeniósł cały rodzinny talent akurat na córkę.
- A niech to wszyscy diabli! - burczy Giovanni. - Mój okropny kuzyn. - Wskazuje południowy kraniec placu. - Z Agostinem Tassim.
Orazio nie widział się z Tassim od kilku lat, ale pamięta, że nadal jest mu dłużny jakieś pieniądze.
- Uciekam, zanim mnie zauważy. - Giovanni przemyka przez plac i odchodzi.
- Odwiedźcie nas z Porzią! - woła za nim Orazio. - Od przeprowadzki nie jedliśmy razem obiadu.
Zastanawia się, czy też nie oddalić się niepostrzeżenie, ale Tassi już go zauważył i idzie szybkim krokiem w jego stronę, machając ręką.
- Agostino Tassi, gdzieś ty się podziewał? - Orazio klepie go po plecach. - Ile to minęło? Będzie najmniej ze trzy lata.
- Jesteś mi winien cztery skudo, jeśli się nie mylę. - Tassi szturcha go ze śmiechem. - Ale nie martw się, jestem gotów puścić dług w niepamięć.
Orazio pamięta go jako nieopierzonego młodzieńca, tymczasem stoi przed nim pewny siebie mężczyzna, któremu najwyraźniej nieźle się powodzi.
- Masz chwilę, żeby się czegoś napić? Chcę ci przedstawić znajomego. - Tassi zerka w kierunku mężczyzny, który stoi kilka kroków w tyle, po czym zniża głos. - To człowiek o ogromnych koneksjach, więc lepiej zważaj na swój język, rozumiesz, co mam na myśli?
Tassi przedstawia mężczyznę i Orazio, olśniony wiadomością, że Quorli należy do służby papieskiej, wita go z wielką rewerencją. Razem kierują się do pobliskiej gospody po ocienionej stronie placu. Wokół wejścia po murze spływa kaskada bugenwilli. Orazio zwykle odwiedza szynk po drugiej stronie, gdzie słońce praży przez cały dzień.
Gdy Quorli zdejmuje płaszcz, natychmiast ktoś go od niego bierze i prowadzi ich do najlepszego stołu z grubymi, wykrochmalonymi serwetami, srebrnymi świecznikami i szklanymi naczyniami do picia. Quorli bierze kielich do ręki, ogląda, pstryka paznokciem i wsłuchuje się w dźwięczne dzwonienie szkła. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na stole pojawiają się trunki i jedzenie, postawione niepostrzeżenie przez dyskretnego kelnera. Między kolejnymi łykami Quorli pociąga fajkę poplamionymi na bursztynowo wargami. Tassi z wrodzonym wdziękiem wyjaśnia mu, że on i Orazio pracowali kilka lat temu nad freskami w Palazzo Quirinale.
- Znam te freski. Kardynał bardzo je sobie ceni.
- Kardynał Borghese? - Orazio zaczyna nieśmiało wierzyć, że to spotkanie może zaowocować intratnym zamówieniem. Trzyma w ręce kielich, z trudem powstrzymując się od wychylenia zawartości jednym haustem i napełnienia go na nowo.
- Tak. Kardynał wybudował sobie niedawno nową loggię i pragnie mieć w niej coś podobnego.
- Słyszałem o tym - przerywa mu dość niegrzecznie Orazio, z nadmiaru gorliwości, lecz Quorliemu najwyraźniej to nie przeszkadza.
- Zlecił mi nadzorowanie dekoracji sklepienia o tematyce muzycznej. - Energicznie wytrząsa na stół główkę z wypalonej fajki, po czym z kieszeni na piersi wyjmuje kapciuch z tytoniem i na nowo ją nabija.
Kiedy pociąga z cybucha, Orazio przytrzymuje mu świecę. Nie przepada za zapachem dymu, ale dym unoszący się z jarzącego się i skwierczącego tytoniu przynajmniej odstrasza komary.
Tymczasem Tassi opisuję kardynalską loggię.
- Od kilku miesięcy opracowuję projekt perspektywy dla sklepienia.
- Oczywiście, przyjacielu. Wszak jesteś mistrzem architektonicznej iluzji.
Tassi wyraźnie pęcznieje z dumy, słysząc ten przesadzony komplement.
- Jest najlepszy w Rzymie, to nie ulega kwestii - zgadza się Quorli. - Zastanawialiśmy się - Orazio prawie przestaje oddychać w niecierpliwym oczekiwaniu - czy nie mógłby pan zaludnić go postaciami: muzykami, pieśniarzami i tak dalej.
- Byłby to dla mnie zaszczyt.
Orazio robi, co może, żeby powściągnąć rozpierającą go radość. Dzięki tej propozycji i widokom na ślub Artemisii z Modenesem może zły los wreszcie się od niego odwróci. Zalewa go fala nerwowego optymizmu, gdy tymczasem mężczyźni przedstawiają mu szczegóły planowanych prac.
- Wynagrodzenie jest dość skromne - oznajmia Quorli, wywołując rysę na świetlanej wizji Orazia. - Ale kardynał zapewnił, że jeśli efekty go zadowolą, zaoferuje kolejne zlecenia i większe projekty we wnętrzach jego nowego palazzo. Czy ta propozycja jest dla pana do przyjęcia?
Orazio chętnie by zapytał, jak bardzo skromne ma być to wynagrodzenie, potargował się, choćby dla honoru, a tymczasem słyszy swój własny głos:
- Tak, absolutnie.
Nawet jeśli przyjdzie mu pracować za grosze, i tak będzie warto, mówi sobie, biorąc łyk wina - choćby dla samych koneksji i zawarcia znajomości z kardynałem Borghese, który ma bardzo głębokie kieszenie.
- Naturalnie zanim sfinalizujemy umowę, muszę obejrzeć pana ostatnie prace. - Z nozdrzy Quorliego wydobywają się dwa węże dymu, które nadają mu wygląd bawiącego się demona.
- Rozumiem.
Tassi otacza Orazia ramieniem i ściska.
- Jestem pewien, że masz się czym pochwalić w swojej pracowni.
Orazio opisuje swoją Madonnę, obiecując sobie w duchu, że przed ich wizytą poprawi postaci na obrazie.
Quorli kiwa głową.
- Coś jeszcze?
Patrzy na niego tak wyczekująco, że Oraziowi wyrywa się z gardła kłamstwo:
- Mam też rozpoczętą Zuzannę. - W duchu dziękuje Bogu, że oparł się odruchowi zniszczenia płótna.
- Malowana z natury? - Twarz Quorliego rozciąga się w lubieżnym uśmiechu. Obiema dłońmi zakreśla w powietrzu kobiece kształty.
- Lubisz malować z natury, co, Orazio? - żartuje Tassi i obaj mężczyźni rechoczą. - Jak wszyscy caravaggioniści, prawda?
Orazio się najeża.
- Skąd mam wiedzieć? - Nie lubi, kiedy go pakują do jednego worka z naśladowcami Merisiego.
- Oczywiście, że nie możesz tego wiedzieć! - Tassi klepie go po plecach. - On nie ma nic wspólnego z tą zgrają podrzędnych pacykarzy - mówi do swojego starszego towarzysza, po czym znów zwraca się do Orazia. - Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę twoją Zuzannę.
Tymczasem Quorli zaczyna opowiadać z ożywieniem o Kleopatrze, którą ostatnio widział, i Oraziowi świta w głowie, że mógłby zdobyć znacznie więcej zamówień, gdyby częściej malował nagie kobiety.
- Dlaczego wyprowadziłeś się z via Margutta? - pyta Tassi. - Muszę przyznać, że zazdrościłem ci tego miejsca w sąsiedztwie pięknego ogrodu.
- Ogród rzeczywiście był uroczy, ale bardzo hałaśliwy. - Orazio ma nadzieję, że brzmi to przekonująco. - Poza tym musiałem znaleźć coś większego, żeby zamieszkała z nami jakaś niewiasta. Moja córka potrzebuje zamężnej towarzyszki, kogoś, kto by miał na nią oko. Dziewczyna weszła w trudny wiek. Nie może mieszkać w domu z samymi mężczyznami. Ojciec, bracia... - Urywa.
Quorli mamrocze coś na temat cnoty córek, która jest najcenniejszym dobytkiem ojca.
- Była w pracowni, kiedy zaszliśmy cię szukać - mówi Tassi. - Widzę, że zarabia na swoje utrzymanie. Wyrosła na kobietę od czasu, kiedy ją ostatnio widziałem.
- Taaa, dziewczęta mają tę skłonność. - Quorli jest zachwycony własnym żartem.
- Odziedziczyła talent po ojcu - dodaje Tassi i Orazio pęcznieje z dumy. - Ile ma lat?
- Siedemnaście.
- Musisz jej znaleźć męża. A jak twoi chłopcy? Też malują?
- Uczą się. - Orazio nie zamierza się przyznać, że synowie nie przejęli po nim ani okruszyny artystycznych zdolności.
- Ha! Rozumiem. To córka przejawia naturalny talent. - Quorli przejrzał go na wskroś. - To musi być irytujące. Źródło wiecznych kłopotów, co?
- Nie mnie kwestionować wolę boską. - Orazio wysącza z kieliszka resztkę wina.
Zarówno Tassi, jak i jego towarzysz, wstając od stołu, pozostawiają swoje naczynia w połowie pełne. Kierują się do drzwi.
- Co to jest? - pyta nagle Quorli, kiedy dostaje płaszcz, i pokazuje ciemną plamę na tkaninie. - Był nieskazitelny, kiedy ci go oddawałem.
- Wydaje mi się, że plama już tu była, signore. - Chłopak, który przyniósł okrycie, jest wyraźnie przestraszony.
- Chcesz mi powiedzieć, że nie mam racji?
- Nie, signore... - Chłopak wbija wzrok w podłogę. - Nie wiem...
- To mi wygląda na sos. Czy waszym zdaniem to nie wygląda na sos? - Wącha i podsuwa płaszcz swoim towarzyszom. - Sami powąchajcie. Prawda, że zalatuje tłuszczem?
Orazio zbliża nos do tkaniny. Plama wyraźnie pachnie farbą, ale udaje, że tego nie zauważył.
- Trudno powiedzieć.
Czuje wyrzuty sumienia, bo chłopak z pewnością dostanie burę i potrącą mu z wynagrodzenia, ale nie warto stawać po niewłaściwej stronie. Lepiej nie przeciwstawiać się Quorliemu.
- Nie, to nie pachnie sosem. Raczej farbą - orzeka Tassi z rozbrajającą szczerością. - Musiałeś się otrzeć o coś w pracowni.
Quorli fuka. Tymczasem zjawia się właściciel i pyta, co się stało.
- Wasz chłopak zniszczył mi płaszcz. - Quorli pokazuje haniebną plamę i otrzymuje wyszukane przeprosiny oraz zapewnienie, że chłopak zostanie należycie ukarany.
- Proszę zostawić odzienie u mnie. Każę je wyczyścić.
Lecz Quorli zarzuca płaszcz na ramię i wychodzi. Orazio zauważa, że Tassi dyskretnie wyjaśnia właścicielowi pomyłkę i przekonuje go, że chłopiec jest niewinny.
Po półmroku gospody słońce odbijające się od jasnych kamieni bruku wręcz oślepia. Umawiają się na wizytę w pracowni. Właśnie mają się rozstać, kiedy w powietrzu rozchodzi się ostry kwiatowy zapach. W ich stronę zbliżają się dwie młode kobiety, modelki, które Orazio widywał w okolicy. Ich łakome spojrzenia zatrzymują się na Tassim. Ten odpowiada uśmiechem odsłaniającym zaskakująco białe i proste zęby.
Kobiety idą dalej, szepcząc coś do siebie.
Tassi gwiżdże cicho.
- O, Madonna! - mruczy Quorli. - Dużo bym dał, żeby szturchnąć jedną z tych dzierlatek.
Odchodząc, Orazio przypomina sobie krytyczny komentarz hrabiego di Conscente na temat jego pracy i to przyćmiewa radość ze spodziewanego zlecenia. Czy na pewno potrafi jeszcze osiągnąć poziom, jakiego oczekuje kardynał? Czy nie wyszedł z wprawy? Dlaczego w miarę jak talent jego córki rozkwita, jego zdolności więdną?
Odsuwa od siebie tę myśl.
10
Hermafrodyta
Artemisia powstrzymuje chęć wprowadzenia kolejnych drobnych poprawek i pyta Esmeraldę, czy chce zobaczyć swój portret.
- Jest już skończony? - pyta dziewczyna z wyraźną ulgą.
Wierciła się przez całe popołudnie, walcząc z przytłaczającą nudą, podczas gdy Artemisia próbowała wymóc na terminatorze w miarę przyzwoitą farbę. To, co jej podawał, miało ziarnistą konsystencję i z trudem dało się nakładać na płótno, nie mówiąc o kolorach, które były wyblakłe, pozbawione intensywności. Kiedy poprosiła, żeby drobniej rozcierał pigmenty, oczy Nicol? zamieniły się w szparki, po czym ostentacyjnie odwrócił się do niej plecami, nie kryjąc złości, że próbuje nim dyrygować kobieta.
- Myślę, że tak. - Nie jest do końca zadowolona, ale zastanawia się, czy to w ogóle możliwe.
- Jest zdecydowanie ukończony - mówi żywo Orazio, odwracając się do Modenesego. - Moja córka jest perfekcjonistką. Poprawiałaby to płótno jeszcze przez następny miesiąc, gdyby jej na to pozwolić.
Kiedy siostra Modenesego przygląda się portretowi, Artemisia obserwuje jej twarz, próbując odgadnąć, jakie wrażenie wywarł na niej obraz. Esmeralda podnosi dłoń, żeby zasłonić usta, i otwiera szeroko oczy.
- To naprawdę ja?
Pozostali tłoczą się wokół sztalugi, wydając odgłosy aprobaty. Nawet wiecznie nachmurzony Nicol? nie kryje podziwu.
Modenese również jest zachwycony. Zwraca siostrze uwagę na drobne detale: subtelne ślady pędzla na różańcu, refleksy światła na klatce dla ptaków widocznej w tle, plamki na skrzydle szczygła siedzącego w środku, błysk żółtej lotki, jaskrawy rozprysk rubinowego łebka. Prawdziwa klatka, wisząca na drugim końcu pracowni, jest pusta.
Na tyle zadowolona, na ile to możliwe, Artemisia zaczyna sprzątać przybory malarskie, zdejmuje fartuch, wyciera paletę. Tak naprawdę wolałaby pracować dalej, nanieść poprawki na Madonnie, ale musi zaczekać, aż goście wyjdą.
Od kiedy ojciec zmienił zdanie i pozwolił jej pracować nad postaciami, niecierpliwi się, żeby przystąpić do dzieła.
- Nadaj im życie - powiedział zaskoczonej córce.
W ciągu ostatnich kilku dni był dziwnie wesoły i pobudzony. Miało to jakiś związek z Agostinem Tassim i zleceniem, o którym Orazio nie chciał więcej mówić z obawy, by nie zapeszyć.
Po wyczyszczeniu pędzli Artemisia wraca do pracowni i ze ściśniętym sercem spostrzega, że wszyscy się wymknęli i zostawili ją sam na sam z niezręcznie przestępującym z nogi na nogę Modenesem. Doskonale wie, o co chodzi. Z kuchni dochodzi gwar głosów. Słyszy donośny, tubalny głos ojca i paplaninę braci.
Wzbiera w niej panika. Modenese podchodzi do niej, a jej przez głowę przebiegają obrazy nieskończonej, przeciągającej się nudy życia z tym mężczyzną lub każdym innym jego pokroju. Będzie jak ten namalowany szczygieł w klatce.
Modenese klepie się po dublecie, szukając czegoś w kieszeniach. Serce zamiera Artemisii w piersi. Mężczyzna zaczyna opowiadać o swoich trzech domach, co ma zrobić na niej wrażenie.
- Nie oczekiwałbym, że signorina przestanie malować. Rozumiem, jak ważna jest dla pani sztuka. W istocie właśnie ona...
- Ależ pan mnie nie zna. Nie wie, jakie rzeczy, jakie idee podsycają moją wyobraźnię.
Myśli o Pierze, o tym, jak potrafili gawędzić całymi godzinami, z taką swobodą, ze śmiechem.
- Zdaję sobie sprawę, że perspektywa małżeństwa wydaje się pani onieśmielająca, signorina. - Szaleńczo rozbiegane oko zdradza zdenerwowanie Modenesego. - Lecz z czasem poznamy się nawzajem. Może mi pani powie, cóż to są za rzeczy, które podsycają pani fascynację?
Siada na stołku i proponuje, by ona również usiadła.
Artemisia pochyla się do niego całkiem blisko i mówi cicho:
- Chcę poznać świat.
Modenese chyba nie rozumie.
- Zna pan opowieść z Owidiusza o Hermafrodycie?
Dziewczyna z żywymi szczegółami relacjonuje historię nimfy, która złączyła się z ciałem ukochanego, aż stali się jedną istotą, zarazem kobietą i mężczyzną. W miarę jak Artemisia opowiada o sekretnej komnacie z ukrytą rzeźbą w pałacu kardynała oraz o swoim gorącym pragnieniu, by ją zobaczyć, zachłanna fascynacja zamienia się w konsternację, a następnie w niesmak.
- Nie poprosił cię o rękę? Miał to zrobić. Pokazał mi pierścionek. - Orazio jest głęboko poruszony. - Dlaczego ci się nie oświadczył?
- Widocznie się rozmyślił. Nie mam pojęcia dlaczego. - Artemisia patrzy na ojca z kamienną twarzą. - Może nie spełniłam jego oczekiwań.
Obraca w kieszeni sakiewkę ze swoim zarobkiem. Jedenaście skudo. Więcej, niż kiedykolwiek miała w ręce. Z głębi pamięci wypływa wspomnienie: jej mała, sześcioletnia dłoń zaciśnięta na dwóch monetach od Merisiego. Ma ochotę napisać do Piera, żeby mu o tym opowiedzieć. Byłby z niej taki dumny. I śmiałby się do rozpuku z jej przemyślnej strategii odstraszenia biednego Modenesego. Ale nie potrafi czytać ani pisać - dziewczęta nie potrzebują tych umiejętności.
- Może zmienił zdanie w kwestii małżeństwa z kobietą, która jest malarką - dodaje.
Orazio wydaje odgłos przypominający chrząknięcie, który wyraża niezadowolenie.
Artemisia odwraca się i odchodzi. Musi postępować ostrożnie, bo ojciec potrafi w jednej chwili wpaść w parszywy nastrój. Stawia niedokończoną Madonnę na sztaludze i zawiązuje fartuch, po czym zaczyna rozsmarowywać nowe kolory na palecie.
- Gdzie jest Nicol?? Potrzebuję, żeby utarł drobniej tę biel ołowianą.
Terminator niemal natychmiast wyłania się z ciemnego kąta i Artemisia zastanawia się, czy podsłuchiwał ich rozmowę. Czy był tam również wtedy, kiedy rozmawiała z Modenesem? Przechodzi ją nieprzyjemny dreszcz.
- Czyżby moja praca wam nie odpowiadała, mistrzu? - zwraca się chłopak do Orazia.
Ten mówi mu, że ma robić to, co każe jego córka, po czym wychodzi na dwór.
Niezadowolony Nicol? zaciska usta.
Dziewczyna woła na dół Zitę, żeby usiadła do pozowania, ale jej córki za bardzo dokazują i ciągle przeszkadzają, więc Artemisia proponuje, żeby Francesco i Giulio porzucili swoje zajęcia w pracowni i zabrali bliźniaczki nad jezioro.
Wreszcie zapada cisza.
Artemisia bez reszty oddaje się malowaniu łagodnych cieni na gładkiej twarzy Zity. W pracowni słychać tylko rytmiczne odgłosy ucierania farb, dochodzące od strony warsztatu, oraz ciche bzyczenie krążącej muchy. Zita krzywi się i odgania natrętnego owada.
- Nie ruszaj się - upomina ją Artemisia.
Mucha siada na błękitnym szalu Madonny. Pod wpływem nagłego impulsu dziewczyna sięga po najcieńszy pędzel, zanurza go w czarnej smudze na palecie i starannie domalowuje na obrazie muchę. Przy przelotnym spojrzeniu weźmie się ją za szpilkę, dopiero uważniejszy wzrok dostrzeże w niej muchę.
Dla Artemisii jest to błahy żart, szczypta humoru w ciężkiej, poważnej tematyce, cichy, symboliczny bunt. W głowie tłucze jej się ostry jak bicz głos siostry Ilarii: "W Biblii muchy symbolizują wszystko, co złe". Dziewczyna ośmieliła się zauważyć, że nawet muchy są stworzeniami bożymi, co jak zwykle zaowocowało piekącą karą. "Czasami zastanawiam się, czy w ogóle jest jeszcze dla ciebie nadzieja".
Ojciec i tak pewnie zamaluje owada.
Światło słabnie, kolory w pomieszczeniu zmieniają odcienie.
- To już będzie wszystko - zwraca się Artemisia do terminatora. - Dziękuję ci. Farba była tym razem znacznie lepsza. Spójrz, jakie subtelne szczegóły udało mi się nią osiągnąć.
Chłopak rzuca pobieżne spojrzenie na obraz, wzrusza ramionami i wychodzi do kuchni.
- Niezły z niego gagatek - komentuje Zita, kiedy Nicol? znajduje się poza zasięgiem słuchu.
Zaczynają sprzątać pracownię.
- Myślisz, że odwiedzi nas jeszcze signor Tassi, skoro twój ojciec ma z nim pracować? - pyta Zita po jakimś czasie. Nie po raz pierwszy wspomniała o Tassim z tymi błyszczącymi oczami dziecka oglądającego stragan z łakociami.
- Nie wiem. Myślę, że kiedyś zajrzy. Jeszcze oficjalnie nie złożono zamówienia. Będzie chciał obejrzeć prace ojca. A jeśli nie on, to ten drugi, Quorli.
- Nie podoba mi się ten typek... - Zita wykrzywia piękną twarz. - Za to Tassi... - Rumieni się.
Artemisia wybucha śmiechem.
- Wpadł ci w oko. - Przypomina sobie zawadiacką pewność siebie młodego malarza i to jego niepokojące spojrzenie. Obaj pożerali Zitę wzrokiem. - Ale przecież jesteś mężatką.
Tłumiąc szeroki uśmiech, Zita udaje, że pochłania ją sprzątanie.
- Widziałam, jak na ciebie patrzył - dodaje Artemisia. - Jakby chciał cię zjeść żywcem.
- Naprawdę? - Zita wstrzymuje oddech.
- To nie zwiastuje niczego dobrego. - Artemisia zastanawia się, jakim cudem ta kobieta, tak nieskończenie naiwna, przeszła przez życie.
11
Jezioro
Późnym popołudniem Artemisia siedzi na stopniu przed domem i obserwuje, jak przed jej oczami tętni życie. Macha ręką przyjaciółce z dzieciństwa, Lisabetcie, przechodzącej ulicą z nowo poślubionym mężem. Dziewczyna odpowiada na powitanie rozpromieniona, lecz mąż chwyta ją za łokieć niczym za pióro steru i prowadzi dalej. Lisabetta rzuca jej tęskne spojrzenie, po czym znika w popołudniowym tłumie przechodniów.
To niedoszłe spotkanie spowija Artemisię poczuciem osamotnienia. Piero wyjechał, wszystkie przyjaciółki, z którymi dorastała, wyszły za mąż albo są zaręczone; niektóre zostały już nawet matkami. Po raz pierwszy cieszy się, że ma przynajmniej Zitę. Mimo roli szpiega, jaką narzucił jej Orazio, a także ogromnej różnicy charakterów Zita ma dobre intencje.
Myśli Artemisii zakłóca kobieta idąca ulicą w łachmanach, z chmurą rozczochranych włosów na głowie, wykrzykująca coś bez ładu i składu. Przestraszone hałasem stadko wróbli, które dziobały coś na bruku, rozpierzcha się na wszystkie strony, lekko jak wiatr wzlatuje w powietrze i znika.
Artemisia wyobraża sobie, że wyrastają jej skrzydła i leci razem z nimi nad placem, nad murami miejskimi, nad winnicami i wzgórzami za miastem. Przysiadłaby na wysokim cyprysie i patrzyła na Rzym o zachodzie słońca, na połyskującą wstążkę rzeki, na łodzie rojące się przy brzegu, na wielkie kopuły kościołów dominujące nad zbieraniną dachów, na smużki dymu wijące się ku niebu jak zagubione dusze. Obserwowałaby, jak wieczór niczym alchemik zamienia miasto w złoto, słuchała przenikliwego jazgotu dzwonów bijących na kompletę i dochodzącego z placu nawoływania domokrążnych handlarzy. Tam, w górze, musi być tak pięknie. Ma uczucie, że jej życie się kurczy, że ona się kurczy. Wkrótce stanie się lalką w domu dla lalek malującą miniaturowe obrazki zabawkowymi farbkami.
- Nie możesz tak siedzieć na widoku - mówi Zita. - Ludzie pomyślą...
- Co ludzie pomyślą? Że jestem na sprzedaż? - Artemisia wstaje, ale podrywa się za szybko i od siedzenia na słońcu kręci jej się w głowie.
- Zaczynam się denerwować o dzieci - mówi Zita. - Nie sądzisz, że chłopcy powinni już byli wrócić?
Artemisia zauważa cień troski w oczach młodej matki. Rzeczywiście chłopców nie ma już dość długo.
- Myślisz, że coś im się stało? - Zita zaczyna się gorączkować.
- Chyba się nie zgubili... - Artemisia jest pewna, że dziewczynki są całkowicie bezpieczne pod opieką jej braci, i czuje się trochę podle, wykorzystując łatwowierność Zity. Ale nie potrafi oprzeć się pokusie, by choć na chwilę wyrwać się z klatki czterech ścian.
Zita blednie; jej niepokój zmienia się w panikę.
- Musimy po nich iść - rzuca. Już owija Lucę szalem przewieszonym przez plecy i pogania Artemisię do wyjścia. - Szybciej, nie ma czasu do stracenia. Nie powinnam puszczać dziewczynek z twoimi braćmi. Oni są za młodzi.
Kiedy biegną, mała główka Luki podskakuje w nosidle z chusty. Przepychają się przez tłum na ulicy. Bruk jest jeszcze gorący. Sapiąc, wspinają się na strome wzniesienie, mijają biały gmach Trinita dei Monti i idą uliczką obsadzoną drzewami. Za Villa Medici domów jest coraz mniej.
Kobiety opuszczają miasto przez Porta Pinciana i biegną między ciągnącymi się na wzgórzach winnicami. Artemisia rozkoszuje się uczuciem wolności; rozkłada ramiona, jakby chciała złapać wiatr pod siebie i oderwać się od ziemi.
- Jak możesz się śmiać w takiej chwili? - beszta ją Zita. - Moje dziewczynki może już nie żyją!
W końcu, zdyszane, dobiegają do rosnącej nad jeziorem rozłożystej wierzby płaczącej; tam, ukryte pod kopułą liści, mogą widzieć grupę wyrostków skaczących do wody ze starego drewnianego pomostu.
- Nie patrz tam! - Zita zasłania dziewczynie oczy swoim szalem.
Artemisia udaje, że odwraca głowę, lecz ukradkiem przygląda się scence.
Nadzy młodzieńcy po kolei zwijają ciało w kłębek, otaczają ramionami kolana i wybuchając radosnym krzykiem, wpadają do wody.
- Tam są! - woła Zita, wyciągając rękę. - Dzięki Bogu.
Żegna się kilka razy i zmawia modlitwę. Bliźniaczki siedzą z dala od pomostu na łagodnie wznoszącym się piaszczystym brzegu jeziora i z pomocą Francesca i Giulia budują zamki z piasku.
- Ćśśś. - Artemisia wciąga Zitę z powrotem pod osłonę zieleni. - Nie pokazuj się. Zrobimy im niespodziankę. - Tak naprawdę pragnie jeszcze przez chwilę poobserwować chłopców skaczących do wody.
- Musimy je zabrać do domu przed kompletą.
- Nie psujmy im jeszcze zabawy.
Artemisia przysiada na pniu i przez szczelinę w listowiu patrzy w stronę pomostu. Rzym jest pełen nagich ciał - bladych marmurowych Chrystusów na kolanach Piety, niekształtnych Adamów i Ew, przepięknie namalowanych aniołów. Ale to jest zupełnie co innego. Rozbrykani chłopcy, ich hałaśliwe wrzaski rozchodzące się w powietrzu kipią życiem...
Udając, że zachwyca się stadkiem łysek z pisklętami o pierzastych łebkach, nurkujących w przybrzeżnej wodzie, Artemisia przygląda się chłopięcym ciałom - szczupłym, długonogim, z osobliwymi wyroślami sterczącymi z krocza niczym pręciki lilii. Zafascynowana, obserwuje, jak falują ich mięśnie, jak kręgosłupy z rzędami kręgów poruszają się pod skórą niczym ukryte w głębi ciała żywe istoty; jak kończyny pracują połączone z tułowiem, jak napinają się ścięgna. Obserwuje każdy szczegół: pozy, które chłopcy przyjmują w ruchu; lśniące błyski malowane przez wodę na wklęśnięciach i wypukłościach ich ciał; łopatki, które na plecach przybierają kształty zalążków skrzydeł; kanciaste łydki, długie i szczupłe uda, błyszczące, ciemne włosy, gdy chłopcy potrząsają głowami jak psy, wyłaniając się z wody i rozpryskując kryształowe korony kropel mieniących się ostatnimi promieniami słońca.
Przez kilka drogocennych chwil czuje się wolna.
Ale widzi, że Zita się niecierpliwi - chce zaciągnąć ją z powrotem do klatki. Podryguje, pociera nos, poprawia chustę. Teraz, kiedy już wie, że jej córeczkom nic nie grozi, ogarnia ją niepokój, wyciągnęła bowiem swoją podopieczną na ten zakazany świat. Myśli o gniewie Orazia.
Artemisia ma wyrzuty sumienia, że posłużyła się nią, by się wyrwać na wolność. Zachowała się samolubnie. Chwila ekstazy pryska jak bańka i znika.
Krzyczy do braci i macha na nich ręką.
- Nie powinnaś tu przychodzić. - Francesco podchodzi, otrzepując piasek z ubrania.
- A wy powinniście dawno wrócić z dziećmi do domu. Zita się denerwowała.
- Nic im się nie stanie, jak się pobawią trochę dłużej. - Chłopak mruży powieki, by chronić oczy przed wiszącym nisko nad horyzontem słońcem. - Nie jest jeszcze aż tak późno.
Zita otrzepuje córki. Mają różowe ramionka i złote kosmyki włosów rozjaśnione przez słońce.
- Cudownie się bawiłyśmy - zwraca się jedna z nich do Artemisii. - Mogłaś z nami przyjść.
- Pracowałam. Może innym razem.
Artemisia nie potrafi się zmusić do wyznania, że to kłamstwo, że nigdy nie będzie mogła przyjść w takie miejsce jak to, zdjąć ubrania i wśliznąć się w srebrzyste objęcia wody. Nie chce być tą, która powie jej, że czeka je taki sam los - los wszystkich dorastających dziewcząt.
- Gdzie są twoje buciki? - zwraca się Zita do córki. - Nie dam rady nieść cię na rękach przez całą drogę do domu.
Idą pomału, wlokąc za sobą wyczerpane dzieci. Droga, która wydawała się taka krótka, gdy szły w przeciwną stronę, rozciąga się w nieskończoność. Na pięcie Artemisii robi się pęcherz; z każdym krokiem coraz bardziej ją boli. Francesco i Giulio niosą bliźniaczki na barana; zmęczone chudziutkie nóżki i rączki dziewczynek zwisają bezwładnie.
Kiedy skręcają w via della Croce, rozlega się bicie dzwonów. Po ulicy dalej biega krzycząca kobieta, zza rogu drażnią się z nią dwaj chłopcy.
Pracownia jest pusta, ani śladu Orazia. Wszyscy oddychają z ulgą. Zita podgrzewa dla dziewczynek mleko i kładzie je do łóżka. Artemisia siada przy oknie z kredą i próbuje narysować chłopców skaczących do wody, póki ma ich żywo w pamięci.
Chowa szkicownik, kiedy wraca Zita, ale spomiędzy stronic wypada luźna kartka. Zita ją podnosi.
- Co to jest? - pyta. - Nie wygląda jak twoja praca.
- Bo nie jest. Przedstawia mnie, kiedy byłam dzieckiem.
- Dziwny obrazek. - Zita, trzymając rysunek na wyciągnięcie ręki, przechyla głowę i mruży oczy.
Artemisia, przypominając sobie, jak znalazła go w rękawie swojego płaszczyka, odbiera rysunek i wsuwa z powrotem do szkicownika. To był sekret, narysowany, kiedy ukrywała się w ciemności pod schodami, żeby podsłuchiwać ojca i jego kolegów, którzy odwiedzali go wieczorami, pili i rozmawiali.
Często rozmawiali o modelkach, które malowali, o przewijających się przez ich pracownie kobietach, które wydawały się Artemisii dzikimi, egzotycznymi ptakami o olśniewającym upierzeniu.
- Gdyby Fillide miała piersi Bianki i włosy Fausty, byłaby doskonałością.
Paplali tak całymi godzinami o nieważkich sprawach, aż w końcu jeden po drugim wstawali od stołu, wytaczali się na ulicę i zostawał tylko Merisi, bo on zawsze wychodził ostatni.
On i Orazio prowadzili długie, zażarte dysputy na temat tego, który z wielkich mistrzów zasługuje na największy podziw, roztrząsali ich zalety i wady. Słuchała zauroczona, jak opisywali świat, do którego nie miała wstępu, dzieła sztuki, o których zobaczeniu mogła tylko marzyć.
Któregoś wieczoru Merisi ją zauważył. Ścisnęło ją w brzuchu ze strachu, że zostanie zdemaskowana, lecz on przyłożył palec do ust na znak, że nie piśnie ani słowa, wziął do ręki kartkę i zaczął ją rysować. Od czasu do czasu rzucał okiem w jej stronę, po czym wracał do rysowania węglem. Jego palce tańczyły po papierze tak zręcznie, jakby wykonywały karcianą sztuczkę. Ojciec nawet tego nie zauważył.
Następnego dnia znalazła rysunek. Czekała, aż zostanie sama, po czym rozwinęła rulonik i zobaczyła arkusz pokryty odcieniami czerni i szarości, w niektórych miejscach grubą warstwą pozbawionej światła ciemności, w innych jaśniejszą, cieplejszą, jak spłowiały całun. Tylko gdzieniegdzie prześwitywał biały papier - na łagodnym łuku policzka, na linii nogi, w błysku oka. To była ona, w ciemnej kryjówce pod schodami.
Ten drogocenny skarb pozwolił jej zrozumieć coś, co Merisi powiedział jakiś czas później: "Malarze upierają się, żeby zalewać wszystko światłem, gdy tymczasem to ciemność sprawia, że wyłania się forma rzeczy i obdarza je życiem".
Zita słyszy, że wraca Orazio: trzaśnięcie drzwi na dole, śmiech i głosy sączące się po schodach na górę. Artemisia, pogrążona we własnym świecie, wygląda przez okno w ciemność. Zita wychodzi na korytarz i przechyla się przez poręcz; jest pewna, że to płaszcz signora Tassiego w kolorze indygo leży na krześle w pracowni.
Czuje gdzieś głęboko poruszenie pożądania. Już musiała zmówić dwanaście zdrowasiek w pokucie za kradzież ciastka i znacznie więcej za pozowanie nago. Ksiądz wypytywał ją bardzo szczegółowo - czy czerpała przyjemność ze swego ciała. Odparła, że starała się, jak mogła, zająć myśli nauką Zuzanny.
- A cóż to za nauka, moje dziecko? - spytał duchowny.
- Że Bóg będzie mnie miał w opiece, jeśli wyrzeknę się grzechu pożądania - odparła.
- Miej tę naukę w pamięci - brzmiały ostatnie słowa księdza.
Próbuje wykalkulować, jaką karę będzie musiała zapłacić za grzeszne myśli na temat signora Tassiego, które tłoczą jej się w głowie. Starała się im oprzeć, lecz jej duch jest słaby. Może następnym razem pójdzie gdzie indziej, do innego konfesjonału, żeby wyspowiadać się innemu księdzu. Dręczą ją słowa Artemisii: "fałszywa pobożność". Bóg będzie wiedział.
Z dołu dobiega śmiech.
- Panie Boże, wybacz mi moją słabość - mówi szeptem, przekradając się po schodach na dół. Nadal nie może dosłyszeć, o czym rozmawiają mężczyźni.
- Idziesz na dół?! - woła Artemisia. - Możesz przynieść coś do jedzenia? Umieram z głodu.
Zita ma teraz pretekst, więc po cichu schodzi na dół, nasłuchuje i podgląda. Tassi i jego odrażający towarzysz stoją w kręgu światła wokół Madonny i rozmawiają z Oraziem. Goście, oglądając obraz, od czasu do czasu coś komentują. Tassi stoi odwrócony do Zity plecami. Gestykuluje, mówiąc coś półgłosem. Przechodzi ją dreszcz, kiedy wyobraża sobie te dłonie na swoim ciele, w intymnych miejscach.
- Gdzie znalazłeś tę modelkę? - pyta Tassi. - Jest doskonała. Wygląda mi znajomo.
Z rozkoszy aż zapiera jej dech.
- Mieszka u nas, na piętrze - odpowiada Orazio.
- Ach tak, zamężna towarzyszka twojej córki - mówi Quorli. - Chyba widzieliśmy ją tu poprzednio.
Zita dostaje gęsiej skórki na dźwięk jego głosu.
- Muszę powiedzieć, że odnalazłeś swoją formę, Orazio - mówi Tassi. - Myślałem, że się zatraciłeś, tymczasem to jest... to jest po prostu piękne.
Quorli mruknięciem potwierdza słowa swojego towarzysza.
- Postacie są pierwszorzędne, pełne życia - dodaje Tassi. - Jak udało ci się oddać tyle emocji? Płótno aż tętni macierzyńską miłością.
- Pracowałem, żeby rozwinąć swój styl - oświadcza Orazio.
Zita jest wstrząśnięta tym jawnym kłamstwem. W postawie Orazia widać tchórzowską nieporadność. Kobieta ma wrażenie, że zobaczyła go pierwszy raz w życiu. Zawsze ją onieśmielał, a teraz widzi, jaki jest słaby.
Bierze głęboki oddech i wyłania się z ciemności.
- Proszę wybaczyć.
Wyjaśnia, że przyszła, by zanieść na górę kolację.
- A oto i nasza Madonna - mówi Quorli. Chwyta lampę i podnosi ją do Zity, jakby ta była obrazem. Ma czerwoną, spoconą twarz i mierzy wzrokiem jej ciało z góry do dołu.
Zita przywykła do mężczyzn z tym spojrzeniem. Pamięta, kiedy zauważyła je pierwszy raz - znajomy ojca powiedział, żeby usiadła mu na kolanie. Miał wielkie dłonie i lubieżny wzrok. Mama czym prędzej zabrała ją z pokoju. "Kiedy mężczyźni patrzą na ciebie w ten sposób, chcą tylko jednej rzeczy. I nie wolno im jej dać, bo to grzech", powiedziała.
Dopiero dużo później Zita dowiedziała się, jaka to rzecz.
- Czy mogłabyś przynieść nam coś do picia, skoro będziesz w kuchni? - pyta Orazio.
Tassi się do niej uśmiecha.
Zita nie ma odwagi spojrzeć mu w oczy, jakby świecił zbyt jasnym światłem i mogła od niego oślepnąć. Kiedy przechodzi przez pracownię, żeby wziąć świecę, czuje śledzące ją dwie pary oczu.
- Wyszukam więcej obrazów, żeby wam pokazać - mówi Orazio, przebierając w płótnach.
- Czy nie mówiłeś, że zacząłeś malować Zuzannę?
Zita wpada w panikę. Obraz na pewno leży tam, gdzie on go szuka. A właściwie to skąd się o nim dowiedzieli?
- Nie mogę jej nigdzie znaleźć - odpowiada Orazio. - Przez przeprowadzkę mamy tu kompletny bałagan.
Dopiero teraz Zita przypomina sobie z ulgą, że Artemisia zabrała obraz na górę.
- Szkoda - rzuca Quorli. - Chętnie bym go zobaczył, ale to nie jest konieczne. Biorąc pod uwagę tę Madonnę, można śmiało powiedzieć, że zlecenie należy do pana.
W kuchni Zita opiera się o chłodną ścianę i przypomina sobie lekcję Zuzanny.
- Bóg nagradza tych, którzy opierają się żądzy - mówi szeptem, zbierając myśli.
Znajduje dobre wino i kładzie na tacę kilka rzeczy do jedzenia. Przyciąga stołek do wysokiej półki, żeby sięgnąć po rzadko używane kieliszki. Jest pewna, że tacy mężczyźni piją wyłącznie ze szkła. Zdejmuje je pojedynczo i ostrożnie stawia na tacy, ale zahacza o jeden rękawem i strąca go na podłogę.
- Co to było? - Orazio już stoi w drzwiach.
Serce podchodzi jej do gardła.
- Przepraszam... - mamrocze Zita. - Bardzo przepraszam...
- To tylko kieliszek. - Orazio wcale nie jest zły.
Dlaczego nie jest zły?
Zita klęka na podłodze z miotłą i zaczyna zmiatać na szufelkę stłuczone okruchy szkła. W kółko powtarza przeprosiny, podczas gdy Orazio sięga po następny kieliszek.
- Chodź, napij się z nami wina. - Bierze tacę. - Przestań się tak trwożyć. Przecież cię nie zjem.
Wino jest przednie i Zicie szybko zaczyna szumieć w głowie.
- Co pani o nim sądzi? - pyta Tassi.
W pierwszej chwili Zita myśli, że mówi o winie, dopiero po chwili pojmuje, że mężczyzna chce znać jej opinię na temat Madonny.
- Prawda, że Orazio doskonale panią namalował?
- Myślę...
Czekają, aż usłyszą, co ma do powiedzenia.
Zita wie, że większość pracy wykonała Artemisia, jej ojciec musi zdawać sobie z tego sprawę. Zerka w jego stronę.
- Co o nim myślisz? - pyta Orazio.
Kobieta nie ma ochoty mówić, że doskonale ją namalował; nie chce mieć na sumieniu jeszcze jednego grzechu.
- Ogromnie mi się podoba - odpowiada.
- "Ogromnie" jej się podoba! - żartuje sobie z niej Quorli, naśladując jej akcent i zataczając ramieniem koło. - Oto głos mądrości, panowie!
Tassi kładzie na jej karku dłoń - ciepłą, delikatną - i gładzi palcami jej skórę.
- Madonna jest w istocie piękna, lecz nie dorównuje pierwowzorowi - mówi.
Zita ma uczucie, że zaraz roztopi się jak wosk.
- Co się stało? - Tassi wskazuje jej dłoń.
Z palca płynie krew i na fartuchu rośnie czerwona plama.
- Stłukłam kieliszek.
- Proszę! - Bierze z tacy serwetę i delikatnie owija jej dłoń.
Orazio patrzy na nią, jakby czytał jej w myślach. Zita ma ochotę uciec.
- Wybaczcie, panowie. Artemisia pewnie się zastanawia, gdzie się podziałam.
- W takim razie leć - mówi Orazio.
Idąc do schodów, Zita zastanawia się, czy powinna powiedzieć dziewczynie, że ojciec przywłaszczył sobie jej pracę. Lecz wyobraża sobie, ile to wywoła niesnasek, i dochodzi do wniosku, że lepiej tę sprawę przemilczeć. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
12
Ogrody Monte Cavallo
Ogród kardynała Borghese na Kwirynale jest niedokończonym Rajem, jak gdyby Bóg porzucił swoje dzieło w połowie stworzenia. Blask słońca ożywia każdy kolor. Jaskrawe jak żółtko posłonki rosną wtulone w omszałych szczelinach, otoczone fioletowymi plamkami dzwonków, które się tu rozsiały. Oczami duszy Artemisia widzi węża, który pełznie w poszyciu, żeby ją wodzić na pokuszenie. Lecz tam, gdzie powinny śpiewać ptaki, powietrze wypełniają uderzenia młota i terkot wozów wywożących gruz.
Budynek pałacu rzuca głęboki cień o ostrych krawędziach na cisy, przystrzyżone w kunsztowne geometryczne wzory na podobieństwo kalabryjskiego brokatu. Cisy otaczają niedziałającą fontannę z marmurową morską nimfą obejmującą dziwaczną rybę z otwartym pyskiem, z którego woda ma spływać do basenu. Przy jej bliźniaczej siostrze na drugim końcu ogrodu rzeźbiarz pracowicie odłupuje kawałki kamienia, a kolejne cisy cierpliwie czekają na strzyżenie.
Nieco z boku leży rząd kariatyd czekających na ustawienie wzdłuż rozpoczętej kamiennej balustrady. Dalej, tam, gdzie teren stromo opada, królują pokrzywy, kolczaste pędy jeżyn oraz rozszalałe kaskady bluszczu. Każdy pęd, każdy pączek nabrzmiewa bujnym życiem. Artemisia wyobraża sobie ten cudowny chaos nieuchronnie poskromiony i oswojony. Intensywna kwietniowa zieleń jest tak zachwycająca, że dziewczyna pragnęłaby zerwać każdą roślinę, zemleć i schować na przechowanie, zanim ta zieleń zniknie.
- Co to za rzeźby? - pyta Zita, wskazując kariatydy.
- Pozostałość z ruin starożytnych łaźni publicznych, które zniszczono, żeby na ich miejscu zbudować nowy pałac - mówi Orazio. - Szkoda, bo to było piękne, na wpół dzikie miejsce.
Artemisia patrzy ojcu w oczy i na chwilę dochodzi między nimi do rzadkiego momentu zrozumienia, jakby w ich głowach zrodziła się ta sama myśl, ten sam smutek z powodu zniszczenia.
Orazio prowadzi ich w kierunku ogrodowej loggii. W środku widać skomplikowaną konstrukcję z drabin i platform. U podstawy rusztowania stoi wielki warsztat, przy którym kilku młodzieńców szkicuje i miesza kolory. Są wśród nich Francesco i Nicol? Bendino. Beztrosko gawędzą i żartują przy pracy. Na widok dwóch kobiet przerywają swoje czynności i podnoszą głowy. Nicol? rzuca coś półgłosem, na co pozostali wybuchają śmiechem. Dopiero Orazio surowym warknięciem zagania ich z powrotem do pracy.
Z budynku wychodzi Quorli, żeby ich przywitać.
- Przyprowadziłeś piękne damy, żeby obserwowały postępujące prace, Orazio?
Artemisia obserwuje, jak jego wzrok prześlizguje się pobieżnie po jej postaci, po czym spoczywa zachłannie na Zicie, jakby ta była kawałkiem taniego mięsa. Coraz bardziej nie lubi tego człowieka, za to coraz więcej ma sympatii dla swojej towarzyszki. Oczywiście Zita nie zastąpi jej Piera, ale jest miła, dobra i nieszkodliwa. Kto wie, może z czasem zrodzi się między nimi coś na kształt przyjaźni?
Wchodzą za Quorlim do środka i ich wzrok natychmiast wzlatuje ku sklepieniu.
- A niech mnie! - Zachwycona Zita wytrzeszcza oczy.
W drugim końcu sali widać tylko płaską powierzchnię nieozdobionego tynku, ale to, co jest nad ich głowami, wydaje się żywe. Nad oszałamiającym rzędem kolumn, balkonów i galerii rozpościera się namalowany nieboskłon. Artemisii odbiera mowę. Niezwykła iluzja malarska musi być dziełem Tassiego. Teraz dziewczyna rozumie, dlaczego jest taki rozchwytywany, i nabiera dla niego szacunku.
Zza namalowanych balustrad wyglądają zarysy sylwetek. Niektóre przechylają się przez poręcz, by spojrzeć w dół, niektóre śpiewają, inne grają na instrumentach. Nawet w tej wczesnej fazie prac widać, że ich proporcje są zaburzone.
- Nie mogłabym ci pomóc? - zwraca się do ojca Artemisia. - Jest jeszcze tyle do zrobienia.
- Nie bądź niemądra. - Orazio jest rozdrażniony, więc córka nie naciska. - Nie mogę cię wpuścić na rusztowanie. Co by ludzie powiedzieli?
Artemisia ma ochotę powiedzieć, że kiedy zobaczą, co potrafi, przestaną się odzywać, ale wie, że nie przekona tych mężczyzn.
- Ach, dzień dobry! - dobiega z góry głos.
Dziewczyna widzi, jak twarz jej towarzyszki się rozpromienia. Z mroku rusztowania wyłania się Agostino Tassi, pokryty gwiazdozbiorem kolorowych plam kapiącej farby, schodzi po drabinie i zeskakuje na podłogę.
- Jak się paniom podoba nasz mały projekt? - Zdejmuje pochlapany fartuch, ciska go w kąt, po czym podchodzi i wita się z kobietami, całując ich dłonie.
Zita nie może oderwać wzroku od miejsca, gdzie koszula przylgnęła do jego spoconego ciała. Artemisia jest pod wrażeniem skośnych kocich oczu Tassiego, ale w jego przystojnej postaci niewiele ją pociąga. Choć z pewnością nie można by go nazwać nijakim; wszystko jest w nim zbyt nienagannie uporządkowane, by pobudzić jej artystyczną fascynację.
- Złudzenie jest bardzo przekonujące - mówi. - Mój ojciec uważa, że jest pan jednym z najlepszych malarzy perspektywy w Rzymie.
- No cóż, nie chciałbym się z nim sprzeczać. - Tassi uśmiecha się, zadowolony z komplementu.
Artemisię korci, żeby zobaczyć z bliska, jak jest skonstruowana iluzja.
- Czy mogę wejść na górę i się przyjrzeć?
- Nie ma mowy - protestuje Orazio. - Muszę wracać do pracy. Skoro już zobaczyłaś wszystko, co trzeba, Francesco odprowadzi cię do domu.
Tassi, zerkając na obie kobiety, mówi coś szeptem do Quorliego, a ten kiwa głową.
- Może chciałyby panie obejrzeć przed odejściem wnętrze pałacu? - proponuje Quorli. - Widok na miasto z prywatnych kwater kardynała zapiera dech w piersiach.
- Ale kardynał... - zaczyna Orazio, marszcząc brwi.
Tassi klepie go uspokajająco po ramieniu.
- Kardynała nie ma. Nic złego się nie stanie.
Artemisia spostrzega hierarchię panującą między trzema mężczyznami. Jej ojciec stoi w niej najniżej i to podsyca jej pragnienie, żeby go prześcignąć. Żeby prześcignąć ich wszystkich.
- Nie musi się o niczym dowiedzieć - dodaje Quorli. - Ja zarządzam pałacem pod jego nieobecność. - Z uśmiechem samozadowolenia podnosi pęk kluczy, jak gdyby otwierały bramy Raju.
- Mam za dużo pracy. - Orazio wskazuje warsztat. - Muszę przypilnować Bendina. Nie jestem zadowolony z jego poczynań.
- Nie musisz z nami iść. - Głos Tassiego rozpływa się jak miękki ser na słońcu. - Zajmiemy się paniami, jakby to były nasze własne córki, prawda, Cosimo?
Quorli kiwa głową, prawie niezauważalnie uśmiechając się pod nosem.
- Nie, nie, nie. Pójdę z wami - oświadcza Orazio z wyraźną nieufnością w głosie.
Artemisia zastanawia się, co się dzieje między tymi trzema mężczyznami. Ojciec tak bardzo nie przypomina człowieka, który rządzi ich domem żelazną pięścią.
Tassi bierze Artemisię pod ramię i idzie z nią przodem przez wypielęgnowaną część ogrodu w kierunku dalekiego skrzydła pałacu. Walenie młotem ustało; kamieniarze siedzą w cieniu i rozwijają serwety z chlebem i kiełbasą. Żwir chrzęści pod stopami. Za sklepionym wejściem otwiera się szeroka galeria z dwoma rzędami wnęk wypełnionych posągami. Przez cienkie podeszwy butów Artemisii sączy się chłód gładkiej marmurowej podłogi. Na ramieniu czuje gorącą dłoń Tassiego i chętnie by go poprosiła, żeby ją zabrał, ale nie chce go obrazić.
Zagaduje go więc o malowidło na sklepieniu loggii, wypytuje o sztukę manipulowania wysokością i przestrzenią.
- To metoda matematyczna, która wykorzystuje światło i cień oraz linie perspektywy, aby oszukać ludzkie oko. - Tassi ożywia się w czasie wyjaśniania i gestykulując, puszcza jej ramię, żeby opisać rozmaite przyrządy, których używa, oraz ramę służącą do dzielenia widoku na kwadraty. - Obiektem może być wszystko. Zwykle maluję architekturę, ale to samo można zrobić z człowiekiem, przedmiotem lub kawałkiem owocu. Rama pozwala zrozumieć zniekształcenie, skrót perspektywiczny, dzięki czemu możemy zobaczyć to, co naprawdę mamy przed oczami, zamiast tego, co nam się wydaje, że widzimy. - Zerka na nią. - Pani robi to instynktownie, signorina. Obserwowałem panią przy pracy. Zauważyłem, jak patrzy pani na rzeczy.
Artemisia domyśla się, że to miał być komplement. Tassi nie mógł tego wywnioskować po kilku krótkich chwilach, kiedy obserwował, jak maluje Esmeraldę Modenese.
- Wolę ufać swojemu spojrzeniu - mówi dziewczyna.
- No właśnie. - Tassi znowu ujmuje jej ramię; ściska je zbyt mocno. - Instynktownie. Lecz żeby stworzyć ten stopień złudzenia - machnięciem ręki wskazuje ogród z loggią - trzeba ogromnego doświadczenia oraz wypracowanego sposobu patrzenia. Istnieją konkretne techniki, których można się nauczyć.
- Chciałabym je poznać. - Artemisia czuje, że niesprawiedliwie oceniała tego człowieka. Pasja, z jaką opowiada o swojej sztuce, ukazuje go w zupełnie innym świetle.
- Mógłbym panią nauczyć.
- Raczej nie - rzuca Orazio za ich plecami; musiał od pewnego czasu przysłuchiwać się rozmowie.
Artemisia milczy. Wie, że jeśli będzie próbowała przekonać ojca, tylko utwierdzi go w postanowieniu.
- Nie rozumiem cię, Orazio - odzywa się Tassi. - Tylu rzeczy nauczyłeś córkę. Źródłem jej talentu jesteś ty. Lekcje perspektywy byłyby uzupełnieniem tego, co zacząłeś.
Dziewczyna czuje, że ojciec pęcznieje z dumy. Mimo to nadal się opiera.
- Nie chcę ci robić kłopotu, Agostino. Jesteś bardzo zajętym człowiekiem.
- Kłopotu? Nie. To będzie przyjemność: wychować następne pokolenie. Wyobraź sobie, jaką malarką mogłaby zostać twoja córka. Uczyniłaby cię sławnym. Podniosłaby prestiż twojej pracowni.
Artemisia wstrzymuje oddech i w końcu słyszy słowa ojca:
- Właściwie czemu nie? Ale tylko w towarzystwie Zity. Nie chcę, żeby ludzie rzucali oszczerstwa.
Dziewczyna chwyta go za rękę.
- Dziękuję, tato. Nie pożałujesz tego, przyrzekam.
- Możesz być pewny, że zaopiekuję się twoją córką jak najstaranniej - obiecuje Tassi.
Zatrzymują się przed drzwiami w głębi galerii.
- To wejście do prywatnych komnat kardynała - oznajmia Quorli z rewerencją. Wyjmuje pęk kluczy i po kilku próbach znajduje właściwy.
Drzwi się otwierają i odsłaniają duże, wijące się schody, pnące się w górę niczym wnętrze muszli ślimaka, aż do kopuły na szczycie. Artemisia bierze Zitę za rękę i razem ruszają na górę. Wkrótce stają przed następnymi zamkniętymi drzwiami.
- Jesteśmy na miejscu. - Otwierając je, Quorli sapie ciężko po wspinaczce. - Prywatne pokoje kardynała.
Komnata, do której wchodzą, wydaje się czymś w rodzaju gabinetu. Ściany zapełnione są książkami oraz przeróżnymi osobliwościami. Wzrok Artemisii przyciągają maleńkie figurki z brązu. Przypomina sobie sekretną kolekcję kardynała i ogląda ściany w poszukiwaniu ukrytych drzwi.
- Możecie wejść do środka. - Quorli lekko ją popycha. - Radzę wyjrzeć przez okno.
Zita ciągnie ją za sobą i wydaje okrzyk na widok roztaczającej się panoramy miasta, lecz Artemisia zręcznie wyplątuje się z jej uścisku, żeby obejrzeć komnatę. Próbuje zrozumieć człowieka, od którego wychodzi większość zamówień na dzieła sztuki w Rzymie.
Czerwone skórzane krzesło z wysokim oparciem stoi lekko odsunięte, jakby jego właściciel przed chwilą wstał od stołu i zaraz miał wrócić. Blat jest zarzucony papierami przyciśniętymi ciężkim rzeźbionym przedmiotem; obok stoją kałamarz oraz pojemnik na pióra. Spod książki wystaje porzucony różaniec, a obok niego leży mały krzyżyk wysadzany rubinami. Na arkuszu pergaminu stoi do połowy wypełniony winem kielich, pod którym widać na jasnej powierzchni szkarłatną plamę w kształcie półksiężyca. Artemisię ogarnia niemiłe uczucie, że wtargnęli na zakazany, cudzy teren i za chwilę ktoś ich tu przyłapie.
Gruby turecki dywan tłumi kroki na podłodze. Dziewczyna spostrzega, jak Quorli, sądząc, że nikt go nie widzi, wytrząsa popiół z fajki na puszysty kobierzec i wciera go stopą - drobny akt niedbałości świadczący o pogardzie dla człowieka, który napełnia jego kiesę. Zauważa wzrok Artemisii.
Zita przysiada na brzegu krzesła i przebiega palcami po przedmiotach leżących na stole.
- Proszę niczego nie dotykać - strofuje ją ostro Quorli i kobieta szybko cofa dłoń.
Artemisia wygląda przez okno. Miasto stacza się ze wzgórza w pozornie niekończącym się morzu miniaturowych domów i maleńkich jak pchełki ludzi rojących się na ulicach, koloseum skurczonego do wielkości kciuka i w oddali zamglonych purpurowych wzgórz. Wyobraża sobie, że spada, i nagły zawrót głowy sprawia, że gwałtownie cofa się od okna.
Tassi z dłonią zawieszoną w powietrzu tuż przy talii Zity wskazuje pomalowany fryz przedstawiający pulchne cherubiny baraszkujące na pierzastych obłokach.
- Chce signorina zobaczyć jeden ze skarbów kardynała? - zwraca się Quorli do Artemisii.
Ciekawość chwyta ją jak rybę na haczyk.
Quorli otwiera boczne drzwi gabinetu. W środku jest ciemno; ciężkie zasłony przepuszczają tylko maleńkie smużki światła. Dziewczyna czeka, aż mężczyzna odsłoni kotary, lecz on chwyta ją za ramiona, popycha na ścianę i przyciska całym ciałem. Cuchnie jak zjełczały ser.
- Wiem, czego chcesz. - Grzebie między jej spódnicami.
- Co pan robi? - Artemisia trzepie go po rękach i z całej siły odpycha.
Kiedy Quorli zatacza się do tyłu, dziewczyna z walącym sercem wypada na korytarz, zawstydzona własną głupotą.
Mężczyzna wybucha śmiechem.
- Kto nie ryzykuje...
Tymczasem Orazio woła córkę, zaniepokojony jej zniknięciem.
- Może zechce pan pokazać skarb kardynała mojemu ojcu? - mówi Artemisia tak głośno, żeby wszyscy ją usłyszeli.
Quorli stara się ukryć zmieszanie.
- Żałuję, ale nie mamy czasu - mówi Orazio, stanowczym gestem chwyta córkę za rękę i prowadzi ją do wyjścia z loggii.
Artemisia nie wspomina ani słowem o incydencie z Quorlim. Ojciec mógłby się unieść gniewem i narazić na niebezpieczeństwo nowe zlecenie.
13
Lekcja perspektywy
Tassi wchodzi do pracowni, stukając błyszczącymi butami o kamienną podłogę. Zita uróżowiła policzki i włożyła koronkowy kołnierz, który zwykle nosi do kościoła, ale teraz, kiedy on tu jest, prawie nie może na niego patrzeć. Tassi wznosi się na szczyty galanterii: kłania się i wita obie kobiety, jakby były księżniczkami Borghese. Artemisia jest rzeczowa i skupiona, myśli tylko o malowaniu. Ma na sobie brudny luźny fartuch malarski; włosy zebrała do tyłu i związała. Zita jej nie rozumie.
Tassi stawia na stole wielką skórzaną torbę i zaczyna wypakowywać swoje rzeczy.
- Mój kufer ze sztuczkami.
Obie go obserwują. Zita wyciera wilgotne dłonie o spódnicę. Artemisia zadaje pytania.
Malarz wyjmuje z torby kilka kawałków wypolerowanego drewna, szpulę jedwabnej nici oraz przybory do rysowania i starannie rozkłada wszystko na stole. Kawałki drewna po złożeniu tworzą ramę i Tassi ustawia ją na sztaludze. Następnie w skupieniu mrużąc oczy, przewleka nić przez równo rozmieszczone otwory w ramie, dzięki czemu powstaje siatka poziomych i pionowych linii.
- Ta siatka podzieli obraz na części, dzięki czemu przestanie pani patrzeć na całość, a będzie widzieć oddzielnie każdy fragment. - Mówi jak dorosły tłumaczący coś małemu dziecku.
- Rozumiem ogólną zasadę - oznajmia urażona Artemisia. Rozstawia sztalugę, po czym przypina do tablicy arkusz papieru.
Tassi robi to samo. Zita obserwuje każdy jego ruch.
W końcu czuje się zignorowana i wraca na krzesło. Dwoje artystów jest tak pochłoniętych rozmową, jakby zapomnieli, że poza nimi ktoś jeszcze jest w pracowni. Zita chciałaby coś powiedzieć, przypomnieć Tassiemu o swojej obecności, zadać pytanie, ale nie przychodzi jej do głowy nic mądrego. Nie chce wypaść przed nim na głupią gęś. Odchrząkuje, ale tamci dwoje nie zwracają na nią uwagi.
Tassi wyjaśnia, czym jest punkt zbiegu. Wskazuje, jak widok kuchni za drzwiami skraca się, a linie belek i listew zbiegają się ku sobie w miarę oddalenia.
- Proszę sobie wyobrazić punkt za przeciwległą ścianą kuchni, w którym wszystkie linie się łączą. - Szkicuje na papierze, by zademonstrować, jak można poprowadzić linie perspektywy, żeby oszukać ludzkie oko.
Dla Zity brzmi to jak magia.
- Od dziecka wiem, co to jest punkt zbiegu - mówi Artemisia, ostrząc grafit małym nożykiem. - Interesuje mnie jednak to, czy można stworzyć dwa punkty zbiegu na jednym obrazie.
- Gdyby to było możliwe, któryś z wielkich malarzy na pewno by to zrobił - odpowiada Tassi. - Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem.
- To, że pan tego nie widział, nie znaczy, że coś takiego nie istnieje.
I Artemisia zaczyna opisywać, w jaki sposób można by osiągnąć taki efekt.
Zita nie może uwierzyć w jej niegrzeczne zachowanie, ale się z niego cieszy, ponieważ dziewczyna na pewno zniechęci nim do siebie Tassiego. Lecz malarz wcale nie wydaje się urażony, przeciwnie, patrzy na nią jak na coś, czego nigdy w życiu nie widział.
- Proponuję skupić się najpierw na doskonaleniu jednego punktu zbiegu - mówi, uśmiechając się.
Artemisia wybucha śmiechem.
- Próbuję chodzić, zanim nauczę się raczkować, tak?
- Podoba mi się pani ambicja, signorina.
Zita zauważa uśmiech, który dziewczyna próbuje zamaskować. Najwyraźniej uważa, że to komplement, ale Zita wie, że ambicja nie przystoi kobiecie. Może Tassi był uszczypliwy.
- Nie uważa pan ambicji za niekobiecą?
- Kogo obchodzi kobiecość? - prycha pogardliwie Tassi. - Talent jest prawdziwą rzadkością. Należy go pielęgnować.
A więc to wcale nie była uszczypliwość. Zita czuje ukłucie zazdrości.
Przez jakiś czas rysują w milczeniu.
- Proszę mi pokazać swoją pracę - odzywa się w końcu Tassi, podchodząc do Artemisii i kładąc jej dłoń na plecach.
Dziewczyna odsuwa się i rzuca mu spojrzenie, które mogłoby zmrozić piekło. Tassiemu drgają wargi, mięsień w szczęce się lekko napina.
Zita myśli tylko o tym, że ona by się nie odsunęła. Nie. Wyobraża sobie swoje ciało w jego objęciach, czuje, jak przyciska ją do siebie tymi silnymi ramionami.
W milczeniu wracają do rysowania. Zita widzi ich skupienie, jakby przyciągał ich magnes. To coś, co przekracza jej zrozumienie. Całkiem o niej zapomnieli, jakby stała się niewidzialna. Słyszy w kuchni córki, które wałkują ciasto i paplają cicho jak nigdy. Dobrze, że Luca zasnął.
Odpędza nudę, wracając wspomnieniami do komnaty kardynała, przypominając sobie wspaniałe przedmioty, jakie tam widziała. Nawet jej się nie śniło, że mogłaby trzymać w ręce takie cuda.
Nie potrafiła się powstrzymać; krzyżyk był taki śliczny, mrugał do niej tym swoim rubinowym oczkiem, w którym odbijało się światło. Zita nawet nie wie, kiedy znalazł się w jej rękawie. Teraz pali ją wstyd. Co ma począć? Nie może się przyznać, że ukradła coś z pałacu kardynała, i to nie ciastko czy wstążkę, ale wysadzany klejnotami krzyżyk należący do sługi Bożego.
Już czuje bolesną jak chłosta karę boską. Co ona najlepszego zrobiła? Musi go zwrócić. Ale jak?
Próbuje oderwać myśli od krzyżyka, od poczucia winy. Obserwuje przechodniów za oknem i rozmyśla nad sposobami zwabienia Tassiego. Mogłaby przystanąć, żeby go pozdrowić, kiedy wraz z innymi artystami będzie pił na rynku wino, i zwlekać, licząc, że ją zaprosi do towarzystwa. Oddaje się tej fantazji, aż zaczynają jej ciążyć powieki.
W głowie Artemisii kołaczą słowa Tassiego: "Podoba mi się pani ambicja, signorina". Tylko Piero tak jej kiedyś powiedział. Wszyscy inni - ojciec, Porzia, siostra Ilaria, nawet Francesco - o ile nie mówili tego wprost, to sugerowali, że powinna ukryć albo powściągnąć swoje ambicje. "Talent jest prawdziwą rzadkością. Należy go pielęgnować". Ten komplement dzwoni jej w uszach, nabrzmiewa w ciele.
Artemisia starannie rysuje siatkę linii. Patrzy i rysuje, patrzy i rysuje. Jej świat kurczy się do tej małej ramy podzielonej na mniejsze kwadraty.
W końcu Tassi oświadcza, że ich czas minął, i ogląda jej pracę, mrużąc oczy.
- Doprawdy wspaniałe - orzeka w końcu.
- Dziękuję - odpowiada sztywno Artemisia z powściągliwym skinieniem głowy, chociaż w środku przechodzi ją rozkoszny dreszczyk na te dwa słowa, które wraz z pozostałymi komplementami Tassiego budzą w niej wiarę, że jej marzenia znajdują się na wyciągnięcie ręki. Przed oczami dziewczyny staje fresk na sklepieniu kaplicy papieskiej: dłoń Boga wyciągnięta w kierunku Adama, ich prawie stykające się palce. Kiedyś ojciec ją tam zabrał, żeby mogła zobaczyć ten fresk.
Artemisia pozwala sobie wyobrazić ludzi - kolekcjonerów i malarzy - podziwiających jej pracę. Wyimaginowany tłum stoi oniemiały przed jej przyszłym dziełem, ziarnem, które jeszcze nie wykiełkowało w jej głowie. Podziwiają jej sztukę nie dlatego, że stworzyła ją kobieta, lecz ponieważ ich zachwyca.
- No, to wielki użytek z pani przyzwoitki - mówi Tassi, z szerokim uśmiechem wskazując Zitę, która śpi kamiennym snem na krześle i chrapie. - Moglibyśmy robić, co nam się żywnie spodoba. Mógłbym nawet bezkarnie nastawać na pani cnotę. - Wygląda na rozbawionego swoim żartem.
Dziewczyna rzuca mu najbardziej zjadliwe spojrzenie, na jakie ją stać.
- Zito! Pobudka. - Tassi szturcha śpiącą kobietę palcem i ta podskakuje przestraszona.
Rozgląda się oszołomiona i zdezorientowana, wycierając z brody strużkę śliny. Tassi wybucha śmiechem.
- Chyba nie chrapałam, co?
- Nie - mówi Artemisia, żeby oszczędzić jej dalszego wstydu.
Mimo komplementów Tassiego cieszy się, kiedy mężczyzna, spakowawszy swoje rzeczy, opuszcza pracownię.
14
Nów księżyca za szkłem
Od malowania całymi godzinami w niewygodnej pozycji Orazia bolą plecy. Słońce już prawie zaszło i został sam pod wspaniałą, wyniosłą iluzją Tassiego. Wszystkie rysunki Nicol? Bendina były do niczego; miały całkiem wypaczoną perspektywę. Nieważne, ile razy Orazio próbował mu tłumaczyć, że proporcje muszą uwzględniać obserwatora stojącego daleko w dole, ten nieudacznik nie potrafił tego zrozumieć.
Orazio musiał je wszystkie poprawiać, ale i tak nie jest całkiem zadowolony. Podobnie jak Quorli, który tego popołudnia, sapiąc i dysząc, wdrapał się na samą górę, żeby obejrzeć pracę.
- Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że będą... hm... powiedzmy, mieć więcej mocy - powiedział.
Orazio zapewnił go, że tak będzie, kiedy skończą pracę, ale prawdę mówiąc, zważywszy na swoją formę, wątpi, czy zdoła zaspokoić oczekiwania zleceniodawcy.
Jeszcze parę tygodni temu wszystko rysowało się tak optymistycznie. Dostał zamówienie, a Artemisia była o krok od zamążpójścia. Potem Modenese się wycofał. Uprzejmie, ale dość enigmatycznie tłumaczył, że ojciec zaplanował dla niego coś innego, że ma związane ręce. Orazio wiedział jednak, że to tylko wymówka.
Poza ukończeniem tego zamówienia jego główną troską będzie znalezienie odpowiedniego męża dla córki. On potrzebuje bogatego zięcia, ona twardej ręki. Euforyczne poczucie, że ma zapewnioną przyszłość, że jego problemy zostały rozwiązane, ulotniło się bez śladu i pozostawiło po sobie tylko złowieszcze przeczucie porażki.
Dłoń mu się trzęsie, kiedy mruży w półmroku oczy, żeby domalować kilka szczegółów twarzy. Ile by teraz dał za kilka łyków mocnej grappy. Flaszka w jego kieszeni jest pusta. Orazio wyobraża sobie palące uczucie w przełyku i rozkoszny szum w głowie, od którego wszystkie troski wydałyby się błahostką. Już prawie nie widzi, co robi. Dłoń mu drga i pozostawia ciemną smugę. Orazio klnie pod nosem i postanawia zakończyć na dzisiaj pracę. Zbiera swoje rzeczy i już ma zejść na dół, gdy nagle słyszy chrzęst kroków na żwirze i głosy. Nadchodzą Quorli z Tassim. Zamiera bez ruchu; nie chce się z nimi teraz spotkać.
Kiedy podchodzą bliżej, zaczyna rozróżniać słowa. Nagle dobiega go dźwięk własnego imienia i nadstawia uszu. Siadają na ławce dokładnie pod nim.
- Nie jest tak dobry, jak się spodziewałem - mówi Quorli.
Pociąga fajkę i z głębokim westchnieniem wypuszcza kłąb dymu, który ulatuje w górę, wypełnia nozdrza Orazia i podsyca w nim potrzebę napicia się.
- Szczerze mówiąc, bardzo mnie rozczarował - ciągnie Quorli. - Oczekiwałem czegoś więcej... Madonna, którą nam pokazał, była cudowna. Aż trudno uwierzyć, że malowała ją ta sama dłoń...
- Zastanawiasz się, czy nie zatrudnić kogoś innego? - pyta Tassi.
- Nikt nie zrobi tego lepiej za takie marne pieniądze, jakie mu płacę. Cały budżet poszedł na ciebie.
- Ale ja jestem tego wart.
Orazio słyszy, jak szturchają się w boki, po czym wybuchają kaskadą śmiechu. Kiedy cichną, słychać tylko pykanie fajki Quorliego.
Milczenie przerywa Tassi.
- Lubię tego poczciwca. Daj mu szansę. Jeszcze nie skończył pracy. Wiem, że stać go na więcej. Nie poleciłbym ci go, gdybym w niego nie wierzył.
Orazio ma ochotę zeskoczyć na dół i go uściskać.
- Nie jestem tego taki pewien - rzuca Quorli.
Jakiś owad bzyczy Oraziowi koło głowy i siada mu na twarzy. Mężczyzna odgania go, a po chwili zauważa białego kota spacerującego po samym brzeżku rusztowania, jakby się popisywał zwinnością. Z dołu dobiega ciurkanie trunku nalewanego do kubków. W tej chwili Orazio byłby gotów zaprzedać duszę za jeden łyk.
- Miałem nadzieję, że okaże się kandydatem do pracy, którą kardynał zaplanował w swoim nowym pawilonie pod miastem - oznajmia Quorli. - Powinieneś zobaczyć plany. Ta loggia przy nim to pestka.
Orazia ogarnia paląca chęć udowodnienia, ile jest wart. Przez chwilę widzi siebie jako zgrzybiałego, nieudolnego, zapomnianego starca. Musi wykrzesać z siebie wszystkie możliwości, bez względu na to, gdzie się ukrywają. A tymczasem poprosi Artemisię, żeby mu w tajemnicy pomagała. I pozbędzie się Bendina, co na pewno poprawi sytuację.
- Zakładam, że dla mnie też znajdzie się tam praca - mówi Tassi.
- Naturalnie. Aż za dużo, żebyś poradził sobie sam. Dlatego o tym mówię. Mam nadzieję, że nie masz żadnych zamówień poza Rzymem.
Quorli objaśnia plany kardynała, który zamierza zaorać winnice na północnym wschodzie, na wzgórzu za murami miasta, i zbudować schronienie przed miejskim upałem: letnią siedzibę z rozległymi ogrodami, fontannami i willą zaprojektowaną tak, żeby wykorzystać chłodny wiatr znad morza. Jest tam duży staw, który zostanie uformowany w ozdobne jezioro.
Orazio zna to miejsce. Spacerowali tam z Prudenzią jako młodzi małżonkowie, kiedy przepełniała go ambicja i wiara w swoje możliwości. Na myśl o Prudenzii ogarnia go bezbrzeżny smutek. Minęło już pięć lat, ale ból spowodowany jej przedwczesną śmiercią wcale nie osłabł. Od kiedy odeszła, jego życie stopniowo się rozpadało, jakby istniał ścisły związek między rozkładem jej doczesnych szczątków a torem, jakim podążają jego losy. Napływają mu do oczu piekące łzy. Tymczasem mężczyźni na dole gawędzą dalej, napełniają kubki i rozmowa nieuchronnie zbacza na swobodniejsze tematy.
- Co myślisz o tej jego modelce, przyzwoitce córki? - pyta Quorli. - Wychędożyłbym ją tak, że by mi dziękowała, he, he.
- Jest rzeczywiście piękna.
- Tylko głupia jak gęś. Ale nadrabia cyckami. Mąż chyba daleko.
Nagle kot zeskakuje z rusztowania i ląduje na ziemi z cichym, głuchym łupnięciem.
- Co to było? - pyta przestraszony Tassi. - Jest tam ktoś?
Orazio wstrzymuje oddech.
- To tylko kot.
Zwierzę niespiesznie przechodzi po żwirze, po czym wślizguje się między zarośla i znika.
W mieście rozlegają się wieczorne dzwony; w ciemności ich dźwięk nabiera mocy i wydaje się jeszcze głośniejszy niż zwykle. Orazia przebiega dreszcz. Zrobiło się zimno, a jego płaszcz został na dole. Obejmuje się ramionami, żeby się ogrzać.
- A córka? - rzuca Quorli. - Dziwna istota, co? Za grosz kobiecości.
- Ja ją znajduję całkiem intrygującą. Ciekawa świata, złakniona nauki. Bardzo interesujący umysł... I ma wyjątkowy talent. Nie przypomina innych kobiet, nieprawdaż?
- Chcesz powiedzieć, że nie zwalił jej z nóg twój urok, co? - prycha Quorli. - Oziębłe stworzenie.
- Daj mi z nią pół godziny na osobności, a gwarantuję ci, że potrafię ją rozpalić do czerwoności.
W Oraziu wzbiera gniew. Ściska go w żołądku. Dranie.
- Przecież miałeś już okazję. Czy nie dawałeś jej lekcji rysunku?
- Orazio bardzo nalegał, żebym jej zademonstrował swoje techniki. - Obaj wybuchają rubasznym rechotem. - Ale przyzwoitka nie odstępowała jej na krok.
- Szczwany lis nie jest taki głupi, żeby cię zostawić z nią sam na sam - mówi Quorli, cały czas zanosząc się od śmiechu. - Ta gęś, przyzwoitka, strzeże cnoty jego córki.
- Gotów jestem się założyć, że jeśli uda mi się tak to urządzić, by zostać z nią sam na sam, znajdę sposób, żeby się do niej dobrać.
- Stawiam trzydzieści skudo, że ci się nie uda.
Orazio słyszy, jak mężczyźni przybijają zakład. Trzydzieści skudo to mnóstwo pieniędzy, więcej, niż kiedykolwiek zarobił na zamówieniu. Przychodzi mu do głowy pomysł, który mógłby obrócić sprawę na jego korzyść. To nie Tassi jest największym łotrem - czyż przed chwilą nie stanął w jego obronie? A co do tych sprośnych gadek... no cóż, mężczyźni zawsze pozostaną mężczyznami.
Tassi nie jest wprawdzie tak bogaty jak Modenese, ale ma koneksje, obiecującą przyszłość, talent oraz koligacje z rodziną szlachecką. Gdyby ożenił się z Artemisią, wszyscy by na tym skorzystali. W dodatku należy do ich świata - rozumie temperament artysty. Może uznać Artemisię za cenny nabytek. Orazio aż się dziwi, że ta myśl nie przyszła mu do głowy wcześniej; teraz wydaje się taka oczywista.
Dwaj mężczyźni wstają i oddalają się; przechadzają się po ogrodzie. Orazio już ich nie słyszy. Jego uszu dobiegają odgłosy miejskiego życia: dźwięki biesiadnej muzyki, salwy śmiechu, podniesione głosy, szczekanie psa. W wieczornym powietrzu rozchodzi się słodki zapach jaśminu. Świat wydaje się taki spokojny.
Przez okrągłe okno w szczycie muru Orazio widzi księżyc w nowiu. Nad rzędem sosen wschodzi cieniuteńki, srebrzysty rogal światła. Orazio szybko odwraca wzrok, przypomniawszy sobie ostrzeżenie Prudenzii: "Nigdy nie patrz przez szybę na księżyc w nowiu". Co to miało znaczyć? Siedem lat nieszczęść? Jakieś inne przekleństwo? Pokpiwał sobie z przesądów żony: nigdy nie odwracaj chleba do góry nogami, nie kładź kapelusza na łóżku, nie przynoś do domu piór. Mimo to... Czy to wiatr szeleści mu w uszach, czy zmarła Prudenzia szepcze "Nieszczęście"?
Kręci głową. Weź się w garść, nakazuje sobie.
Schodzi po drabinie i omijając żwir, po cichu przekrada się do bramy, po czym otwiera ją i zamyka z głośnym szczękiem, jakby właśnie przyszedł.
- Kto tam?! - woła Quorli.
- To ja, Orazio. Zapomniałem płaszcza. - Podchodzi do mężczyzn. - Co tu robicie?
- Nic specjalnego.
- Tak sobie myślałem... Nie jestem zadowolony z efektów tego, co do tej pory zrobiłem. - Orazio wskazuje loggię. - Zamierzam zatrudnić kogoś innego do robienia szkiców, kogoś lepszego niż Bendino. - Nie przechodzą mu przez gardło słowa, że tym kimś będzie jego córka. Boi się śmieszności.
- Dobrze - odpowiada Quorli i protekcjonalnie klepie go po karku. - Musimy już iść. Kardynał jest zły jak osa. Zginęło mu jakieś świecidełko i uważa, że okradają go służący. Nie chcę, żeby się zastanawiał, co tu robimy o tej porze.
Wychodzą i ruszają ulicą prowadzącą na dół ze wzgórza. Kawałek dalej Quorli się odłącza i Orazio zostaje sam z Tassim. Nadarza mu się okazja, by poruszyć temat, który go nieustannie zaprząta.
- Wyrobiłeś sobie nazwisko od czasu, kiedy ostatnio razem pracowaliśmy. - Stara się mówić lekkim tonem. - Nadal jesteś młodym mężczyzną. Nie zamierzasz się ożenić?
- Mówiąc całkiem szczerze, cenię sobie wolność... - Idą dalej. - Lecz gdybym spotkał na swojej drodze odpowiednią kobietę, to kto wie...
- Zastanawiałem się... - Orazio szuka odpowiednich słów. - Chciałbym, żeby moja córka rozpoczęła dorosłe życie.
- Artemisia? - Tassi przystaje i odwraca się, by spojrzeć mu w oczy. - To niezwykła młoda kobieta...
Coś w jego tonie głosu mówi Oraziowi, że jego propozycja spotka się z odmową.
- Prawdę mówiąc, zamierzałem znaleźć kogoś... kogoś należącego do... - Tassi zerka na niego z ukosa. Wyraźnie szuka sposobu, by nie urazić Orazia. - Żonę, która ułatwi mi wejście w wyższe kręgi. Sam wiesz, jak wygląda sytuacja w naszym zawodzie. Jest taki nieprzewidywalny. Raz cię wynoszą pod niebiosa, innym razem mieszają z błotem. Małżeństwo to dla mnie wielka szansa. A zważywszy na moje koneksje z markizą di Tassi... - Sprawia wrażenie nieco zakłopotanego. - Nie zamierzam ich nadużywać, jednak moja pozycja adoptowanego syna markizy pozwala mi mieć nadzieję na znalezienie narzeczonej z... no cóż... Wiesz, co mam na myśli, prawda?
- Rozumiem. - Orazio stara się za wszelką cenę ukryć rozczarowanie.
- Proszę, nie zrozum mnie źle. Podziwiam twoją córkę. Byłbym zaszczycony, wspomagając ją w rozkwicie talentu. Chętnie będę ją dalej uczył... nie oczekując zapłaty.
- To bardzo wspaniałomyślne z twojej strony. - Oraziowi ściska się serce, jakby wszystko w nim zapadało się w sobie. Jest zmęczony, ma wrażenie, jakby ktoś mu nieustannie rzucał kłody pod nogi.
Idą dalej w milczeniu, dopóki nie dochodzą do piazza Santa Trinita, gdzie panuje wesoła atmosfera: grupa podchmielonych wyrostków zebrała się wokół pompy i ochlapuje się wodą przy salwach niepowstrzymanego śmiechu. Oraziowi wydaje się, że spostrzega wśród młodzików starszych synów. Próbują się ukryć; prawdopodobnie boją się, że wytarga ich za uszy i zagoni do domu. Zawstydzi ich przy kompanach. Dzisiaj jednak Orazio jest zbyt przybity i udaje, że ich nie widzi.
Tassi proponuje, żeby weszli się czegoś napić, lecz on nie ma ochoty znosić dłużej jego pyszałkowatości. Wymawia się i rusza w kierunku mieszkania Fillide nad rzeką.
Zatrzymuje się, żeby kupić wino, i wypija je na ulicy jak włóczęga. Kiedy dochodzi na miejsce, w głowie przyjemnie mu szumi. Staje pod oknem i woła Fillide. Kobieta wygląda przez okno i syczy, żeby był cicho.
- Nie możesz wejść, mam gościa.
Orazio siada w spokojnym miejscu nad rzeką i opróżnia butelkę. Księżyc gryzmoli na powierzchni blade wzory światła, a z papieskiej kaplicy dobiegają strzępki wieczornej mszy. Orazio rozpoznaje dźwięki przepięknej muzyki Giovanniego Palestriny, delikatnie stapiające się głosy, narastające basy, przechodzące w tony średnie i wznoszące się do nieopisanie wspaniałego, wzlatującego ku niebu chłopięcego sopranu.
Czuje się wręcz przytłoczony niewyobrażalnym pięknem tego świata stworzonego przez Boga i maleńką rolą, jaką w nim odgrywa. Po raz pierwszy od lat zaczyna się modlić, szczerze, żarliwie, z głębi duszy, błagając Boga, by mu wskazał drogę. W tym momencie z jednej z łodzi nad rzeką dolatuje go strzępek rozmowy. Słyszy słowa wyraźne jak dzwon dźwięczący w czystym powietrzu: "Daj mu szansę".
Natychmiast przypomina sobie, że tych samych słów użył Tassi niespełna godzinę temu, stając w jego obronie, i spływa na niego niezachwiana pewność. "Daj mu szansę". W końcu małżeństwo jest świętym sakramentem i Orazio nie ma już wątpliwości, że uzyskał Boże przyzwolenie, żeby połączyć córkę z Agostinem Tassim.
Wyrywa mu się pijackie beknięcie, podczas gdy jego umysł zwija i rozwija tę myśl, kalkulując. Wprawdzie Tassi wyraził dość jasno odmowę, ale są inne sposoby, które uczynią go podatnym na perswazję.
15
Jaskółka
Stiatessi zabierają Artemisię i Zitę do Świętego Jana na Lateranie, na południowych obrzeżach Rzymu, gdzie miasto z wolna ustępuje miejsca niewielkim gospodarstwom. Jadą tam, żeby wziąć udział w nabożeństwie odprawianym dla uczczenia nowych posągów apostolskich.
Cała grupa, łącznie z córką Stiatessich i jej dziećmi, gniecie się w powozie niczym śledzie w beczce i podskakuje na wyboistym bruku. Artemisia obserwuje odświętnie ubrane tłumy zbierające się przed bazyliką.
Trzyma na kolanach Marca; tak się cieszy ze spotkania z najmłodszym braciszkiem. Chłopiec wtulił głowę w jej ramię i przysypia od kołysania powozu. Wydaje się całkiem ciężki, dosłownie rozkwitł pod opieką Porzii. Orazio powiedział, że ma za dużo pracy, żeby z nimi jechać, i wszyscy przyjęli to z ulgą.
Obok Artemisii siedzi głęboko poruszona Zita. Tak zaciska dłonie na kolanach, że zbielały jej kłykcie. Głowę chowa w ramionach.
- Coś się stało? - pyta ją szeptem Artemisia.
- No bo... no bo... - Zita nie jest w stanie wykrztusić nic więcej. Przez chwilę siedzi, wpatrując się w swoje obgryzione paznokcie, po czym zasłania dłonią usta. - Nie mogę iść do spowiedzi. Nie dzisiaj - mówi ledwo dosłyszalnie.
- Dlaczego?
Artemisia zauważyła, że kobieta ostatnio unika niedzielnej mszy. Najpierw Luca miał gorączkę, później jedna z dziewczynek, a potem wypadło jej coś innego. Tym razem musi mieć to jakiś związek z wydarzeniami poprzedniego wieczoru.
Ojca do późna nie było w domu i Artemisię obudziły w nocy odgłosy dochodzące z pokoju Zity: rozmowy, śmiech, tupot nóg. Kiedy w końcu udało jej się z powrotem zasnąć z poduszką przyciśniętą do uszu, wyrwał ją ze snu przerażający łoskot.
Wściekła, zwlekła się z łóżka i wyszła na korytarz.
- Co tam się dzieje na górze?! - zawołała.
- Widzisz, Agostino? Obudziliśmy tę drugą - usłyszała.
Skonsternowana Artemisia zobaczyła wstrętnego Quorliego zataczającego się na szczycie schodów w stanie kompletnego zamroczenia.
- Co wy tu robicie? - spytała surowo. - Powinniście natychmiast stąd wyjść.
W tym momencie pojawił się równie nietrzeźwy Tassi.
- Chodź, pora na nas. - Mijając ją, ukłonił się teatralnie, na co Artemisia z trudem się powstrzymała od kopnięcia obu typów w kostki.
Pobiegła na górę i znalazła Zitę na podłodze, zbyt pijaną, żeby utrzymać się na nogach, a wokół niej okruchy stłuczonego dzbanka.
- Co się stało? Zrobili ci krzywdę?
- Nnnie ma pppowodu do zmart... wienia - wybełkotała Zita. - Tyle że nie mogłam... się ich pozbyć.
- Już poszli. Ale co oni tu robili?
Rano Zita nie chciała na ten temat rozmawiać. Artemisia doszła do wniosku, że to nie jej sprawa, co robi we własnym mieszkaniu, ale nie podobała jej się myśl, że ci dwaj mieliby się stać stałymi gośćmi przy via della Croce.
- Mówiłam ci, że Piero przyjedzie jesienią do Rzymu na kilka tygodni? - pyta Porzia. - Prosił w liście, żeby ci przekazać pozdrowienia. Bardzo chciał wiedzieć, co u ciebie słychać.
Artemisii robi się lżej na duszy, kiedy to słyszy, lecz po chwili znowu pochmurnieje. Uświadamia sobie, że do jesieni prawdopodobnie będzie już mężatką i do spotkań z Pierem mogłoby dojść tylko w bardzo oficjalnych okolicznościach.
Ojciec ostatnio zaproponował jej Tassiego jako kandydata na męża. Stanowczo odmówiła; powiedziała, że ten człowiek nie jest dla niej. Podziwia jego talent i z pewnością pochlebiają jej jego komplementy na temat jej zdolności, ale jako mąż... Nie zniosłaby jego arogancji. Zdziwiła się nawet, że ojciec przyjął jej odmowę bez zbędnych komentarzy, choć oboje doskonale wiedzą, że może jej uprzykrzyć życie, jeśli przeciwstawi się jego woli. Tymczasem na tym dyskusja się skończyła.
Im dłużej Artemisia się nad tym zastanawia, tym bardziej sobie uprzytamnia, że od jakiegoś czasu ojciec jest w wyjątkowo dobrym humorze. Sądziła, że przyczyną są lepsze efekty pracy przy fresku.
- Przywróciliśmy te martwe figury do życia - oznajmił triumfalnie.
Poprosił ją, żeby narysowała na nowo zestaw postaci, ale robiła to w pracowni, a nie w pałacu. Nie chciał, żeby przesiadywała tam wśród samych mężczyzn, a ona chętnie trzymała się z daleka od Quorliego, jego lepkich łap i pożądliwych oczu.
- Tworzymy razem doskonały zespół - powiedział prawie z czułością.
Miło było widzieć go, jak kipi energią i snuje plany na pracę przy nowym letnim pawilonie kardynała. Poczuła się bezpieczna, nawet zadowolona. Może ojciec zapomni o palącej konieczności, żeby ją wydać za mąż.
Powóz zatrzymuje się i wszyscy wysiadają, lecz kiedy Artemisia ogląda się za siebie, Zita nadal siedzi blada i skulona na ławce.
- Bardzo źle wyglądasz.
- Ja... ja... - głos Zity brzmi cicho i słabo - nie dam rady.
- Chcesz, żebyśmy cię odwieźli z powrotem do domu? - pyta Artemisia rozdarta między poczuciem obowiązku a chęcią obejrzenia rzeźb.
- Nie, nie, zaczekam tu na was. - Zita krzyżuje ręce na piersi i blada jak śmierć, wciska się głębiej w kąt powozu. - Proszę, nie chcę robić zamieszania. Dołączę do was, kiedy poczuję się lepiej.
Gdy wracają po mszy, Zita zajada migdały w cukrze, które musiała kupić na ulicznym straganie. Pakują się z powrotem do powozu i już mają ruszyć, kiedy nagle w oknie pojawia się twarz.
- Jedziecie na północ? Może znajdzie się u was miejsce dla zabłąkanej duszy?
Artemisia pochmurnieje. Dzień jest gorący, w powozie jest ciasno, a Tassi nie należy do mikrusów.
- Czemu nie? - odpowiada Porzia wesoło. - Posuńcie się, dziewczęta.
Powóz osiada pod dodatkowym ciężarem, kiedy Tassi, schylając głowę w drzwiach, z szerokim uśmiechem wsiada i usadawia się obok Artemisii. Po drugiej stronie Zita rumieni się i chowa twarz w torebce z migdałami.
- To bardzo uprzejme z waszej strony - mówi Tassi. - Moi towarzysze wracali w pośpiechu i... - Zaczyna pokrętnie wyjaśniać, dlaczego nie ma konia, na którym mógłby wrócić do domu.
Artemisia go nie słucha. Ponieważ wszyscy ruszają spod kościoła prawie równocześnie, powóz ledwo się toczy. Siedząc w tej ciasnej przestrzeni obok zwalistego Tassiego, przyciśniętego nogą do jej uda, czuje promieniujące od niego gorąco i ma wrażenie, jakby się dusiła.
Po jakimś czasie kolumna powozów staje w miejscu. Czekają. Tassi nie przestaje perorować na cały głos. W końcu dziewczyna nie może już dłużej tego znieść.
- Idę na piechotę - oświadcza. - Potrzebuję świeżego powietrza.
I nie czekając, aż ktoś zacznie ją przekonywać, żeby tego nie robiła, otwiera drzwi powozu i zeskakuje na ziemię.
Rozkoszując się wspaniałym uczuciem wolności, rusza szybkim krokiem w stronę domu.
Niemal w tej samej chwili, gdy Artemisia wyskakuje z powozu, to samo robi Tassi. Drzwi zamykają się z trzaskiem i rozczarowana Zita opada na siedzenie. Czuła się tak dobrze w jego obecności, był taki poufały. Przeszedł ją dreszcz, kiedy puszczając do niej oko, sięgnął ręką do torebki z migdałami.
- Moje ulubione. Nie sposób się im oprzeć - powiedział.
Czuła się tak, jakby wcale nie mówił o migdałach. Kiedy nie towarzyszy mu Quorli, jest zupełnie innym człowiekiem.
Zita drapie się po dekolcie, gdzie bielizna z włosiennicy drażni jej skórę. Włożyła ją, żeby wymierzyć sobie pokutę. Czerwieni się na wspomnienie ostatniej nocy. Sprawy omal nie wymknęły się spod kontroli.
- Zito! - wyrywa ją z zamyślenia głos Porzii. - Czyś ty rozum postradała? Nie możesz go zostawić sam na sam z Artemisią. - Otwiera drzwi i piorunując ją wzrokiem, wskazuje głową ulicę.
Zita wciska migdały do kieszeni i wysiada z powozu na zakurzone pobocze. Tassi dogonił Artemisię i razem oddalili się już całkiem spory kawałek. Białe pióro przy jego czapce podskakuje nad głowami rzedniejącego tłumu.
Zita na wpół idzie, na wpół biegnie za odchodzącą parą i po chwili łapie ją kolka. W końcu wychwytuje strzępki rozmowy. Artemisia uprzejmie tłumaczy Tassiemu, że woli iść sama, że są rzeczy, które chciałaby sobie w spokoju przemyśleć.
- Ależ signorina nie może wracać do miasta bez opieki.
Tassi sprawia takie wrażenie, jakby naprawdę martwił się o bezpieczeństwo dziewczyny. Nawet z daleka Zita słyszy w jego głosie troskę. Malarz kładzie dłoń na przedramieniu Artemisii, a ta ją strząsa.
Zita czuje znajome ukłucie zazdrości. Jak on może woleć taką nieatrakcyjną, niekobiecą dziewczynę z brudnymi paznokciami i mysimi kosmykami zamiast włosów? Tassi wydaje się prawie nie zauważać urody Zity, a jest to przecież jedyna rzecz, jaką wszyscy u niej zauważają. Może moje zachowanie wczoraj wieczorem go do mnie zniechęciło?
Od rana czuje się okropnie; wpada w panikę na myśl o wyjawieniu przed księdzem swoich grzechów. Tak łatwo dała się zbałamucić i zaprosiła Tassiego i Quorliego do swojego mieszkania. I nie chodzi tylko o swawolne zachowanie, o picie z dwoma mężczyznami. Zbrukała się.
Jeśli zbyt długo będzie nad tym rozmyślać, to oszaleje. W głowie kłębią jej się myśli o piekle; mówi sobie, że musi oddać skradziony krzyżyk. Lecz chociaż stara się ze wszystkich sił, nie potrafi wymyślić sposobu, jak to zrobić. Już nawet nie wie, co ją skłoniło, żeby go zabrać. Wcale jej nie cieszy jego widok. Nie, przyjemność sprawia jej raczej poczucie drobnego triumfu nad właścicielem. To sprawiedliwe, że ona też czasem wygrywa.
Tassi i Artemisia skręcają z głównej drogi na ścieżkę prowadzącą przez winnicę. Zita dochodzi do wniosku, że to musi być skrót. Ogarnia ją niepokój. Jest tak cicho. Mijają mężczyznę z psem na łańcuchu; zwierzę zaczyna wściekle ujadać, szarpie za obrożę, obnaża kły błyszczące w czarnych dziąsłach.
- Trzymaj tego psa w ryzach, człowieku - mówi Tassi władczym tonem.
Zita wślizguje się między winorośle; nadal pozostaje niezauważona.
- Weszliście na cudzy teren - mówi mężczyzna. - To prywatna własność.
- Wiem o tym - rzuca Tassi. - To ziemia mojego brata, więc zejdź nam z drogi.
Mężczyzna odciąga psa i Tassi prowadzi Artemisię dalej.
Zita słyszy, jak dziewczyna pyta go, czy to naprawdę jest ziemia jego brata.
Tassi wybucha śmiechem.
- Oczywiście, że nie. Nie mam brata.
Z jaką łatwością skłamał, myśli Zita. Jakby to był nic nieznaczący drobiazg.
Idą dalej.
Z wolna słońce zaczyna przygasać, cienie się wydłużają i zamieniają w potwory. Nad ich głowami jaskółki polują na owady. Z rozdwojonymi ogonami wyglądają jak groty strzał. Ścieżka się skończyła jakiś czas temu i brną teraz po kamienistej ziemi; wszędzie dookoła rosną winorośle tak wysokie, że zasłaniają widok.
Zita z trudem stawia kroki na niewygodnym podłożu; jej najlepsze buty oblepiły się brudem. Nadal słyszy za plecami ujadającego psa. Kolka w boku zaczyna jej dokuczać tak bardzo, że musi przystanąć. Zgina się wpół i czeka, aż ból zelżeje. W górze bezgłośnie krąży jastrząb; rozczapierza skrzydła jak koniuszki palców, wznosi się coraz wyżej, a po chwili nurkuje z oszałamiającą prędkością, rozpędza stado jaskółek, chwyta w locie jedną zabłąkaną, po czym odlatuje, trzymając ofiarę w szponach.
Zita rusza; biegnie, żeby nie stracić z oczu idącej przed nią pary, i po chwili dogania ich na tyle, by słyszeć, o czym mówią.
- Gdzie my jesteśmy, na miłość boską? - pyta Artemisia głosem zduszonym od niepokoju.
Zita też wyczuwa, że coś jest nie w porządku. Dookoła nie widać żadnych budynków, żadnych wież ani kopuł, tylko niekończące się rzędy winorośli.
Artemisia schyla się, zdejmuje z nogi but i wytrząsa z niego kamyk. Tassi kuca obok niej i mówi szeptem coś, czego Zita nie może dosłyszeć. Nagle oboje leżą na ziemi i Tassi nakrywa dziewczynę swoim ciałem.
Oczy Zity zachodzą łzami. Oczywiście, że on woli Artemisię, która jest uzdolniona artystycznie, tak samo jak on. Widok ich razem sprawia Zicie katusze, ale nie może też oderwać wzroku.
Nagle pojmuje, że to, na co patrzy, nie jest tym, co jej się zdawało. Artemisia szarpie się, stęka, wymachuje rękami, próbuje odepchnąć mężczyznę, a ten przyciska jej ramiona do ziemi.
- Wiem, że tego chcesz, ty mała flirciaro.
Zita pędzi w ich stronę, krzycząc ze wszystkich sił i wymachując rękami.
- Złaź z niej! Zostaw ją w spokoju!
Zatrzymuje się w pół kroku, bo Tassi zrywa się na równe nogi i przeszywa ją wzrokiem. Jest wysoki, jego ciemna postać z zaciśniętymi pięściami majaczy niczym wielki czarny cień na tle słońca zniżającego się za jego plecami.
- Mogłem się domyślić, że zepsujesz nam całą przyjemność.
Artemisia podnosi się z ziemi i siada. Ma podartą koszulę i ubrudzoną twarz.
- Zita! Dzięki Bogu, że tu jesteś. - Jeśli jest zdenerwowana, to tego nie okazuje. - W tej chwili zostaw nas w spokoju, Tassi - mówi stanowczo.
- Tak naprawdę nie chcesz, żebym odszedł, prawda? - Jego głos znów jest jedwabiście gładki, jakby nic się nie wydarzyło. - Właśnie zaczynaliśmy się dobrze bawić.
Patrzy na obie kobiety, uśmiecha się, odgarniając włosy z czoła. Zita czuje wstręt; całe pragnienie, które w niej wzbudzał, w mgnieniu oka wyparowuje.
Artemisia podchodzi do niego spokojnym, wolnym krokiem. Gdy twarz Tassiego rozciąga się w zadowolonym uśmiechu, dziewczyna z całej siły wymierza mu policzek.
Uśmiech znika, na jego miejscu maluje się szok. Tassi podnosi dłoń do czerwonego śladu, który już zaczyna wykwitać po uderzeniu.
Zita ma ochotę zaklaskać z radości, lecz spostrzega, jak twarz mężczyzny ciemnieje z gniewu, i zaczyna się obawiać, czy zaraz nie odpłaci dziewczynie pięknym za nadobne.
- Na co jeszcze czekasz? Wynoś się stąd. - Artemisia jest całkiem spokojna; Zita nie ma pojęcia, jak jej się to udaje.
Tassi jeszcze chwilę się ociąga; pewnie się zastanawia, czy istnieje jakiś sposób, żeby wyjść z tej sytuacji z honorem, lecz po chwili odwraca się i odchodzi w kierunku, z którego przyszli.
- Przeklęta kokietka - mruczy, mierząc Artemisię ponurym spojrzeniem.
Kiedy jego kroki cichną w oddali, dziewczyna wydaje głośne westchnienie ulgi i zaczyna otrzepywać spódnicę. Po czym z niepojętych powodów wybucha niepohamowanym, szaleńczym śmiechem.
- Co cię tak rozbawiło? - pyta Zita.
Co ona widzi śmiesznego w tej sytuacji? O mały włos właśnie nie pozbawiono jej cnoty, a to najgorsze, co może spotkać młodą kobietę. Gorsze od śmierci.
W końcu Artemisia przestaje się śmiać i podnosi głowę; jej twarz jest zarumieniona.
- Jak widać, ojciec miał absolutną rację, upierając się, że potrzebuję przyzwoitki. Z początku drażniła mnie twoja obecność, ale teraz rozumiem, dlaczego cię potrzebuję. - Artemisia bierze Zitę pod ramię. - Czułam, że z Tassim jest coś nie w porządku, ale nie spodziewałam się...
- Ależ byłam głupia, myśląc, że ten człowiek jest... - Zita właściwie nie wie, co o nim myślała. - Oceniałam go tylko po wyglądzie.
Kiedy przypomina sobie fantazje związane z tym mężczyzną - fantazje zamężnej kobiety - dochodzi do wniosku, że Artemisia nie jest jedyną, która cudem uniknęła nieszczęścia.
- I pomyśleć, że ojciec sugerował mi go jako kandydata na męża. - Dziewczyna robi kwaśną minę. - Nie wspominaj mu o tym, dobrze? - Patrzy na Zitę surowo.
Ta już zamierza zaprotestować, lecz Artemisia ją uprzedza.
- Ukarze mnie za to, że wystawiłam się na niebezpieczeństwo.
Idą pod górę w milczeniu; słychać tylko ich oddechy, głośne z wysiłku. Zita, nie mogąc wyjść z szoku, nie przestaje odtwarzać w myślach tego, co się wydarzyło; wyobraża sobie, do czego mogło dojść. Kiedy wreszcie wychodzą na szczyt wzniesienia, z ulgą zauważa budynki oraz wieżę Bazyliki Santa Maria Maggiore. Zmawia w duchu modlitwę dziękczynną. Powraca w niej wiara, że bezpiecznie dotrze do domu, że znajdzie tam swoje dzieci czekające pod opieką chłopców. Nabrzmiałe piersi mówią jej, że Luca będzie głodny.
- Spójrz. - Artemisia wskazuje niebo pokryte srebrzystoróżowymi smugami. Znad horyzontu wygląda ostatni jasny kawałek słońca. - Czyż to nie wspaniałe? - Rozpościera ramiona, jakby chciała objąć ten widok: kolory odbijające się na jej białej sukience, tak że brudne plamy stają się prawie niewidoczne.
Przez jakiś czas stoją w milczeniu, dopóki słońce nie chowa się całkiem za horyzontem. Zita zaczyna się niecierpliwić. Drapanie włosiennicy staje się nie do wytrzymania. Zita pragnie wrócić do domu przed zmrokiem, lecz Artemisia najwyraźniej nie przejmuje się tym, że słońce już zaszło i zapada wieczór. W końcu patrzy jej w oczy.
- Obiecaj mi, że nigdy więcej nie zostawisz mnie z nim samej.
- Przyrzekam - mówi Zita z powagą, jakby składała uroczyste śluby - na życie moich dzieci, że nigdy więcej nie zostawię cię sam na sam z tym człowiekiem.
- Nie musisz przyrzekać na życie swoich dzieci. - Artemisia bierze ją za rękę jak prawdziwą przyjaciółkę. - Wystarczy mi twoje słowo.
W tym momencie Zitę znów opadają wyrzuty sumienia. Co ta dziewczyna by sobie pomyślała, gdyby się dowiedziała, że jej przyzwoitka jest złodziejką? Złodziejką i kłamczuchą.
16
Srebrne skudo
Kroki Orazia nabierają sprężystości, kiedy pustymi ulicami wraca do pracowni z ogrodów Monte Cavallo. Prace nad freskami idą coraz lepiej i Quorli jest w końcu zadowolony. Rzucił nawet kilka aluzji na temat przyszłych zleceń.
Orazio skręca w via della Croce i ku swemu zdziwieniu spostrzega przed pracownią Quorliego w groteskowej szpiczastej czapce ozdobionej wielkimi kwiatami z jedwabiu. Wygląda, jakby wrócił z karnawału.
- Ach, tu jesteś - mówi Quorli. - Już miałem się poddać.
- Co cię sprowadza? - Orazio przypomina sobie, że nie ma w domu nic do picia, a przynajmniej nic odpowiedniego dla kogoś takiego jak Quorli. - Niestety, nie mam cię czym poczęstować.
- Nieważne. Przychodzę w interesach.
Orazia przechodzi dreszcz emocji; postanawia tym razem wynegocjować dla siebie przyzwoite wynagrodzenie. Otwiera drzwi i zaprasza gościa do środka. Przy zamkniętych okiennicach w pracowni panują półmrok i chłód.
- Kto jest na górze? - Quorli wskazuje sufit, skąd dochodzą odgłosy tupania. - Twoja urocza córka ze swoją towarzyszką?
- To moi starsi synowie. Zostali w domu, żeby zaopiekować się dziećmi. Córka i jej przyzwoitka pojechały na nabożeństwo do Świętego Jana.
- Chyba nie puściłeś tych ślicznotek samych?
- Oczywiście, że nie. Pojechały ze Stiatessimi.
Twarz Quorliego wykrzywia się w kwaśnym grymasie.
- Nie utrzymuję z kuzynem zbyt bliskich kontaktów.
Orazio jest ciekawy, jakie animozje ich poróżniły, ale nie pyta.
- Znam Giovanniego od bardzo dawna - mówi rzeczowo.
Quorli cmoka.
- Z jego żony jest niezła kokietka.
Porzia nigdy nie robiła na Oraziu takiego wrażenia.
- Była dla mojej świętej pamięci żony jak siostra.
Gość wydaje niezrozumiały pomruk i zaczyna nabijać fajkę.
- Masz coś do podpalenia?
Orazio zapala świeczkę od pieca w kuchni i wraca, osłaniając dłonią płomień. Quorli zaciąga się głęboko. Dym gryzie Orazia w oczy, aż zaczynają go piec.
- Przyszedłem tu, bo zbliża się dzień świętego patrona mojej żony i obiecałem jej obraz - oznajmia Quorli. - Tak, wiem, to bardzo hojne z mojej strony. - Parska rubasznym śmiechem. - Ostatnio się na mnie boczy, a chciałbym, żeby spojrzała na mnie łaskawszym wzrokiem.
- Mam Madonnę. - Orazio wskazuje obraz na sztaludze stojącej w drugim końcu pracowni i otwiera okiennice, żeby go lepiej zaprezentować. - Znasz ją.
- Śliczna... - mruczy gość. - Jest urocza, ale... - wypuszcza z nozdrzy dwie smugi błękitnego dymu - szczerze mówiąc, chciałem obejrzeć Zuzannę, jeśli to możliwe.
Oraziowi przychodzi do głowy, że obraz przedstawiający dwóch mężczyzn wybałuszających oczy na nagą kobietę nie jest czymś, co udobruchałoby większość żon, bez względu na płynącą z niego moralną naukę. Poza tym podejrzewa, że Artemisia zamalowała to płótno, ponieważ kilka tygodni temu zniknęło z pracowni.
- Przykro mi, ale Zuzanny już nie ma... Poszukam czegoś innego, co mógłbym ci pokazać. - Przerzuca stertę obrazów opartych o ścianę. - Mam zaczęte... - Nagle ze zdumieniem znajduje Zuzannę, i to w dodatku ukończoną. - O, jest!
Wyciąga płótno do połowy, żeby mu się lepiej przyjrzeć, i po raz kolejny uderza go doskonała robota córki. Nagle zauważa, że jednym z mężczyzn na obrazie jest bez cienia wątpliwości Quorli. Klnie w duchu na Artemisię i wsuwa płótno z powrotem na miejsce.
- Nie, nie jestem jeszcze zadowolony z tego obrazu - mówi. - Wymaga sporo pracy.
Lecz Quorli już zrywa się na nogi i idzie w jego stronę. Zachowanie Orazia podsyciło jego ciekawość tak, że niemal odpycha malarza z drogi i mimo jego grzecznych protestów wyciąga płótno i idzie z nim do światła.
- He, he... rozumiem, dlaczego próbowałeś go ukryć, ty szczwany lisie. - Rzuca Oraziowi znaczące spojrzenie. - Nie chciałeś, żebym oglądał przyjaciółkę twojej córki taką, jak ją Pan Bóg stworzył, co? Przygruchałeś sobie dzierlatkę? - Uśmiecha się sprośnie.
- Niestety, nie. - Orazio z ulgą stwierdza, że widok nagiej kobiety pochłonął całą uwagę Quorliego. - Więc co z Madonną? To z pewnością odpowiedniejszy prezent dla twojej żony.
- Hola, a to co?
Orazia ściska w żołądku.
- Sportretowałeś mnie? - Gość przygląda się postaci jednego ze starców.
- Czemu tak uważasz? - Orazio stara się mówić lekkim tonem, próbując schować obraz, lecz Quorli mocno go trzyma.
Uważnie ogląda namalowaną postać.
- Niech to dunder świśnie!
Kilka kropel śliny pada na twarz Orazia.
Ten zaczyna układać w myślach pokorne przeprosiny, gdy nagle widzi, że twarz gościa rozciąga się w uśmiechu.
- A to ci dopiero! Nie podejrzewałem cię, Gentileschi, o takie szelmowskie poczucie humoru.
Orazio prycha cicho, udając, że jest rozbawiony.
- Podoba ci się? Bałem się, że poczujesz się urażony.
- Urażony? - Quorli klepie go po plecach. - Ależ przeciwnie, to mi pochlebia. Nie spodziewałem się, że masz w sobie taką ikrę... he, he. Teraz rozumiem, dlaczego uważałeś to płótno za niestosowny prezent dla mojej żony. Ale i tak mnie kusi, żeby powiesić go w swoim gabinecie.
Ulga dodaje Oraziowi odwagi.
- Możesz wziąć Zuzannę i Madonnę. I naturalnie mam nadzieję, że znajdziesz dla mnie pracę w nowej letniej rezydencji kardynała.
Przed wyjściem Quorliego inkasuje zaliczkę za oba obrazy. Gdyby jeszcze udało mu się namówić Tassiego do poślubienia Artemisii, przyszłość Orazia malowałaby się w jaśniejszych barwach. Może ją sobie teraz wyobrazić: słoneczny krajobraz, wolny od trosk, które nie dają mu spokoju.
Orazio patrzy na brudną sukienkę i rozczochrane włosy córki.
- Co ci się stało?
- Nic, potknęłam się. Nic mi nie jest.
Dziewczyna rzuca Zicie ostrzegawcze spojrzenie i idąc za ojcem do kuchni, przykłada palec do ust. Jej bracia nie podnoszą wzroku znad gry karcianej.
- Sprzedały się dzisiaj dwa obrazy - oznajmia Orazio.
Od pierwszej chwili wydał się Artemisii wyjątkowo radosny.
- Które? Madonna?
- I twoja Zuzanna. - Ojciec rzuca jej niepokojąco wymowne spojrzenie.
- Co takiego?! - Zła na siebie, że nie ukryła obrazu bezpiecznie na górze, Artemisia próbuje ocenić, czy ten błysk w oczach ojca zapowiada wybuch gniewu, czy wesołości.
- Dobrze wiesz, o czym mówię.
Dziewczyna widzi, jak z twarzy Zity odpływają kolory. Musi być stanowcza.
- Więc co z moją Zuzanną?
Zapada cisza. Wszyscy oczekują wybuchu.
Orazio rzuca na stół srebrne skudo.
- Sprzedałem ją. - Wydaje się niezwykle z siebie zadowolony.
Artemisia zerka na monetę, a następnie z powrotem na ojca.
- A gdzie reszta?
Mimo wzbierającej euforii - jej obraz się sprzedał! - zachowuje lodowaty wyraz twarzy.
- Pozostałe jedenaście zostanie wypłaconych po dostarczeniu obrazu.
- To dobra cena - orzeka dziewczyna.
- Tak.
- Kto ją płaci?
- Quorli. Kupił też Madonnę. - Orazio zaciera ręce.
- Co?! Quorli? Ale... - Jest zdumiona i zdezorientowana. Sądziła, że udało jej się dobrze uchwycić rysy tego człowieka.
- Rozbawiło go to - mówi Orazio po dłuższej chwili milczenia.
- Rozbawiło?
Robi jej się niedobrze na myśl o łajdaku, który czerpie przyjemność z obrazu, na którym pożera lubieżnym wzrokiem przerażoną nagą kobietę. Zerka na Zitę, lecz ta najwyraźniej nie podziela jej oburzenia: odwróciła się do Luki i grucha, żeby wywołać bezzębny uśmiech na twarzy malucha.
- Przypuszczam, że miał coś do powiedzenia na temat mojego doboru tematyki.
- No cóż, skoro już o tym wspomniałaś... - Orazio starannie waży słowa. - On myśli, że to ja namalowałem ten obraz.
Gniew podrywa Artemisię na nogi i pcha w stronę ojca. Od jej gwałtownego ruchu drgają płomienie świec.
- Jak śmiałeś sprzedać mój obraz jako swój?! Jak mogłeś upaść tak nisko? - Dziewczyna wymachuje rękami.
Ojciec chwyta ją za nadgarstki.
- Masz szczęście, że postanowiłem chronić twoje dobre imię. - Czerwony na twarzy, odsłania we wściekłym grymasie pożółkłe zęby. - Żeby namalować coś takiego!
Kątem oka Artemisia zerka na Francesca; spodziewa się zobaczyć kpiący uśmieszek, lecz twarz jej brata wyraża tylko troskę. Chłopak zaciska pięści, gotowy stanąć w obronie siostry. Tak, Francesco stawał się mężczyzną.
- Moje dobre imię to moja sprawa - rzuca ze złością Artemisia, choć doskonale wie, że tak nie jest. Jej dobre imię jest sprawą całej rodziny. Wszystkich okryje hańbą, jeśli je straci. A zaledwie kilka godzin temu uniknęła tego o włos.
- Powinnaś się cieszyć, że go sprzedałem i jestem gotowy podzielić się zarobkiem. Większość ojców posłałaby córkę do klasztoru za mniejsze przewinienia niż namalowanie nagiej Zity. Taki wstyd!
- Wysłać mnie do klasztoru? - Milczące wsparcie Francesca dodaje dziewczynie odwagi. - Ciekawe, czyje prace sprzedawałbyś wtedy jako swoje. Straciłbyś wszystkie nowe zlecenia, którymi tak się chełpisz, bo nie potrafisz już namalować nic wartościowego.
- Ty... ty... - Orazio aż się trzęsie. Nadal ściska nadgarstki córki. Jego oddech cuchnie skwaśniałym winem. - Ty niewdzięczna smarkulo!
Artemisia wstrzymuje oddech, czekając na cios. Przypomina sobie policzek, który wymierzyła Tassiemu. Widzi na twarzy ojca wyraz desperacji.
W końcu Orazio ją puszcza i osuwa się na ławę. Napięcie opada. W tym momencie dziewczyna zdaje sobie sprawę, że tu nie chodzi o jej cnotę ani o groźbę jej utraty, tylko o to, że w wieku siedemnastu lat przewyższyła ojca w sztuce malarskiej. Ogarnia ją współczucie.
- Jestem ci wdzięczna, tato, bardzo wdzięczna.
Bierze do ręki monetę. Wyczuwa w dłoni chłodny niezbity dowód swojej wartości.
Orazio wstaje i próbuje nalać sobie wina, ale ręka tak mu się trzęsie, że rozlewa alkohol po stole. Córka bierze butelkę i nalewa mu niewielką ilość.
- Więcej. - Ojciec wskazuje na brzeg naczynia.
- Myślę, że masz już dość - mówi Artemisia jak swoja matka.
Pokonany Orazio osuwa się na krzesło, patrzy na nią żałosnym wzrokiem i pociąga łyk wina. Dziewczyna kroi kawałek sera i kromkę chleba, smaruje ją masłem i posypuje solą, tak jak ojciec lubi.
- Zjedz. Kiedy ostatnio miałeś coś w ustach?
Ojciec wzrusza ramionami, jedząc posłusznie, podczas gdy chłopcy w milczeniu wracają do kart. Nagle ciszę przerywa pukanie do drzwi. Francesco podchodzi, żeby wyjrzeć na dwór, i wraca z listem. Orazio otwiera pismo i czyta, mrużąc oczy.
Artemisia zastanawia się, czy nie pogarsza mu się wzrok i czy nie jest to powodem spadku jego malarskich umiejętności. W głębi ducha jednak wie, że szuka dla niego wymówek. To nie jego umiejętności maleją, tylko jej rosną.
Po chwili Orazio oznajmia niemal triumfalnie:
- Pojutrze signor Tassi przyjdzie udzielić ci kolejnej lekcji perspektywy.
Odbiera jej mowę.
- Radzę ci nie wspominać, że Zuzanna jest twoją pracą - ostrzega ojciec. - Komplikowanie spraw nie wyjdzie nam na dobre.
Dziewczyna czuje się jak langusta w garnku z wodą podgrzewaną na ogniu. Zuzanna jest teraz najmniejszym jej zmartwieniem.
- Myślę, że nauczyłam się już od niego wszystkiego, co mogłam. - Stara się mówić spokojnie i beztrosko, ale w jej ton wkrada się cień niepokoju. - Nie potrzebuję więcej lekcji.
- Zrobisz tak, jak ci każę. - Orazio znów jest dawnym despotycznym ojcem. - Powiedział, że jest gotowy zrezygnować z wynagrodzenia. Nie mogę odrzucić tak hojnej propozycji. To by było niewybaczalną zniewagą. Nie zdajesz sobie sprawy, jaki to przywilej: uczyć się od kogoś takiego jak Agostino Tassi.
Artemisia gryzie się w język, obracając w palcach srebrne skudo, podczas gdy ojciec burczy pod nosem, ile zleceń mógłby stracić, gdyby Tassi poczuł się obrażony.
Zita rzuca jej znaczące spojrzenie, jakby pytała, dlaczego nic nie mówi.
Dziewczyna nie zwraca na nią uwagi. Wstaje. Chce jak najszybciej stąd wyjść.
- Chodźmy położyć dzieci do łóżek - mówi.
Lecz Zita nie potrafi się powstrzymać.
- Signor Tassi nie może tu przychodzić.
- Zapominasz, że jesteś w moim domu. - Orazio odwraca się do niej tak błyskawicznie, że kobieta aż się kuli.
Artemisia nie może pozwolić, żeby Zita wygadała, co się dzisiaj wydarzyło, i jeszcze bardziej skomplikowała sytuację. Chwyta ją za rękę i ciągnie za sobą na górę.
17
Krzyżyk
- Gdzie twój brat? - woła Orazio do Francesca, który wypełnia szczegóły na suficie płatkami złota.
- Nie mam pojęcia. Ostatnio widziałem, jak pracował przy warsztacie. Nie ma go tam?
- Wystarczy, że człowiek się odwróci... - W Oraziu narasta irytacja. - Giulio! To nie czas na wykpiwanie się od pracy! - krzyczy. - Gdzie ty jesteś, do diabła?!
- Poszedł w tamtą stronę. - Jeden z pomocników Tassiego wskazuje w stronę pałacu.
- Po co? Jaki ma tam interes? - Orazio nie ma ochoty, żeby chłopak kręcił się, gdzie go nie proszą, i narażał się na podejrzenia.
- A skąd mam wiedzieć?
Puszcza mimo uszu bezczelną odpowiedź młodzika i idzie przez ogród w kierunku syna, którego głowa wystaje znad przystrzyżonego żywopłotu. Orazio woła go, a wtedy głowa znika i Giulio przepada bez śladu. Orazio zastanawia się, czy mu się nie przywidziało, lecz chwilę później kątem oka spostrzega jakiś ruch: ten przeklęty pętak biegnie z powrotem w kierunku loggii.
Orazio rusza za nim, wołając, żeby się zatrzymał, lecz Giulio rzuca w stronę ojca skruszone spojrzenie, mija loggię i zbiega po stromym zboczu w gęste zarośla na drugim końcu ogrodu. Orazio traci równowagę i zjeżdża w dół na tyłku; ląduje w miejscu, gdzie syn stoi zapędzony w pułapkę nieprzebytego gąszczu jeżyn.
- Co ty przede mną ukrywasz? - Zdarty łokieć Orazia piecze i od upadku piekielnie boli go biodro, co jeszcze bardziej podsyca w nim gniew.
- Nic. - Giulio kuli się ze strachu.
Ojciec czeka, aż chłopak się wytłumaczy.
Cisza dzwoni mu w uszach. Nawet ptaki przestały śpiewać.
Nagle w tej ciszy Orazio słyszy cichy brzęczący odgłos. Spuszcza wzrok na ziemię i widzi przedmiot, który upadł za nogami Giulia i migocze w słońcu.
- Podnieś to.
Przerażony chłopak stoi jak sparaliżowany; sprawia wrażenie, jakby nie mógł się ruszyć. Orazio powtarza polecenie i syn powoli kuca, żeby podnieść z ziemi świecidełko.
- Pokaż mi to.
- To nie ja... Ja tego nie zabrałem. Ja tylko szedłem to oddać. - Giulio podnosi głowę; twarz ma ściągniętą ze strachu. Rozchyla palce.
Na jego brudnej dłoni leży wysadzany rubinami kardynalski krzyżyk. Orazio przypomina sobie zamieszanie po jego zniknięciu. Oskarżono jednego ze służących kardynała.
Orazio głośno wciąga powietrze.
- Skoro go nie ukradłeś, to skąd się u ciebie wziął?
- Ja... Ja... - Chłopakowi broda drży z przerażenia. - Obiecałem, że nie powiem.
- Obiecałeś? Czy zdajesz sobie sprawę z powagi tego uczynku?! - Orazio nie potrafi się powstrzymać od krzyku.
Po policzku Giulia spływa wielka łza i zostawia ślad na umorusanej skórze.
- Przestań płakać, na miłość boską! Masz dziewięć lat, a mażesz się jak dziewucha. To nie jest tania błyskotka ze straganu na bazarze. To najcenniejszy krucyfiks kardynała. Nie mam wątpliwości, że został poświęcony osobiście przez Jego Świątobliwość. - Orazio sam zaczyna się trząść. - Wiesz, co robią ze złodziejami? Odcinają im dłonie. - Chwyta krzyżyk. - Nie wychowałem synów na złodziejaszków. Jeśli to się wyda, mogę stracić wszystko. Pomyślałeś o tym, kiedy go kradłeś, gałganie? Nie pomyślałeś, że zhańbisz całą rodzinę?
- Ale ja go nie ukradłem.
Orazio zauważa ciemną mokrą plamę rozprzestrzeniającą się na spodniach Giulia. Patrzy mu w oczy oprawione długimi, mokrymi od łez rzęsami i uderza go myśl, jak bardzo chłopak jest podobny do matki. Ich życie wyglądałoby inaczej, gdyby jego żona żyła. Może nie wychowałaby córki na krnąbrną uparciuchę, która zachowuje się jak mężczyzna, a syna na tchórza miękkiego niczym mozzarella.
Żałosny wyraz twarzy Giulia wzbudza w nim szczyptę czułości. Orazio zastanawia się, czy dzieciak nie mówi jednak prawdy.
- Spróbuję coś wymyślić. - Targa syna za włosy. - Ale musisz mi powiedzieć całą prawdę.
- Zita poprosiła mnie, żebym położył ten krzyżyk gdzieś niedaleko pałacu, tak żeby ktoś go znalazł. Dała mi to za fatygę. - Chłopiec wyciąga z kieszeni małą miedzianą monetę.
- Zita? Zita ukradła krucyfiks?
Giulio wzrusza ramionami.
- Nie wiem, skąd go wzięła.
- A to przebrzydła szachrajka o lepkich paluchach! I jeszcze próbowała wciągnąć w to mojego syna. Nikomu o tym nie powiedziałeś?
Chłopiec kręci głową.
Oraziowi myśli galopują w głowie.
- Dobrze. I nikomu nie mów. Nawet bratu. Rozumiesz?
Giulio przykłada dłoń do serca.
- Przysięgam na swoje życie.
18
Krew z nosa
Na sznurze do bielizny przysiada wróbel i wesoło świergocze. Artemisia przypomina sobie słowika, którego uratowała kiedyś z rąk ojca, tykanie małego serduszka i niebiański hymn do wolności na gałęzi judaszowca.
Tęskni za cudnym śpiewem ptaków w parku nieopodal ich starego domu. Ale polubiła też zwyczajne ćwierkanie wróbli, które cieszą się każdym okruszkiem na via della Croce. Jedna para uwiła gniazdo pod okapem domu. Artemisia widziała, jak śmigają tam i z powrotem, a niekiedy słyszy też uporczywy świergot piskląt. Wkrótce się opierzą. Świat buzuje życiem, tętni nim każda szczelina, gdy tymczasem ona siedzi zamknięta w tych murach i w nieskończoność czeka na szansę ucieczki.
Dzień jest upalny, więc otwiera drzwi sypialni, żeby wywołać ruch powietrza, i rozluźnia sznurówki sukienki.
Zita biega tam i z powrotem; robi pranie, karmi dzieci, aż w końcu siada na krześle i zaczyna cerować.
- Dziękuję. - Artemisia dotyka lekko jej ramienia, napiętego jak cięciwa. - Dziękuję, że zachowujesz taką czujność.
- Nie ma za co - mamrocze Zita, nie podnosząc oczu znad igły.
Trochę się boczy od poprzedniego wieczoru, kiedy się posprzeczały o incydent w winnicy. Próbowała przekonać Artemisię, że powinna opowiedzieć o nim ojcu.
- Nie wpuści Tassiego do domu, jeśli się dowie, co się stało - naciskała coraz mocniej, coraz bardziej natarczywie, aż w końcu dziewczyna straciła cierpliwość.
Potem próbowała ugłaskać Zitę.
- Nie musimy mu otwierać - powiedziała. - Możemy zostać na górze i udawać, że go nie słyszałyśmy. Ojciec się niczego nie domyśli.
Właśnie spostrzega z okna, jak Tassi zawadiackim, napuszonym krokiem wychodzi zza rogu i skręca w via della Croce, po czym znika jej z pola widzenia.
- Idzie.
Zita zagania córeczki na górę. Obiecuje im słodycze, jeśli będą siedzieć cichutko jak myszki pod miotłą. Dziewczynki myślą, że to zabawa.
Ale to nie jest zabawa.
Potem wraca i siada, by nakarmić Lucę. Żeby się czymś zająć, Artemisia bierze do ręki szkicownik i zaczyna ich rysować. W pracowni jest tak cicho, że nawet leciutkie szmery - skrobanie kredy po papierze, odgłos ssania niemowlęcia, dalekie dźwięki wioli, na której ktoś się uczy grać - wydają się głośne.
Skrzypi belka.
Pukanie do drzwi rozchodzi się po całym domu.
Cisza.
Znowu pukanie, po czym przez otwarte okno dobiega głos:
- Jest tam ktoś? Signorina Gentileschi?
Cisza.
Artemisia słyszy bicie własnego serca.
Tassi wali w drzwi, podnosi rygiel.
Drzwi się otwierają, szorując po kamiennej podłodze pracowni.
Przestraszona Artemisia się podrywa. Jest pewna, że zamknęła drzwi za wychodzącym bratem.
Patrzy pytająco na Zitę i wykonuje w powietrzu taki ruch, jakby przekręcała klucz. Jej towarzyszka kręci głową; na jej twarzy maluje się strach.
Słyszą kroki.
Zita blednie jak płótno, rozgląda się nerwowo, nasuwając koszulę na odsłoniętą pierś, jakby Tassi już był w pokoju i mógł ją widzieć.
- Halo? - Drzwi do kuchni otwierają się z hukiem.
Cisza.
Przez chwilę Artemisia wierzy, że intruz sobie poszedł, lecz zaraz potem dobiega ją stukot butów na schodach. Tassi musi mieć gwoździe wbite w podeszwy. Zatrzymuje się na pierwszym piętrze, otwiera i zamyka drzwi; znowu nawołuje.
Dziewczyna zamyka oczy i wstrzymuje oddech, jakby mogła zniknąć.
Tassi wchodzi na następne piętro. Stuk, stuk, stuk.
Wróbel zaczyna radośnie ćwierkać.
Artemisia próbuje sobie wyobrazić, że rzuca się za okno, rozpościera skrzydła i wzbija się wysoko w powietrze, lecz widzi tylko, jak spada na ziemię, a jej głowa rozbija się o bruk.
Drzwi otwierają się z impetem, odskakują na zawiasach i Tassi wchodzi do pokoju w oparach piżma.
- Co pan tu robi?! - wykrzykuje Artemisia, jakby nie spodziewała się go zobaczyć, jakby nie nasłuchiwały każdego jego kroku, gdy szedł przez dom.
- Nie powinien pan tu wchodzić, signore - mówi zdenerwowana Zita.
Tassi nie odpowiada. Jednym susem dopada do Artemisii i wyrywa jej z ręki szkicownik.
- O ile mi wiadomo, miałem udzielić ci lekcji. Czyżby ojciec zapomniał o tym wspomnieć? - Przygląda się rysunkowi.
Artemisia poprawia dekolt sukienki.
- Urocze. - Tassi podsuwa jej rysunek, jakby nigdy przedtem go nie widziała. - Nic tak nie chwyta za serce jak obraz matki i dziecka.
Siedząc, dziewczyna czuje się przy nim mała, więc wstaje, lecz to niewiele pomaga. Przy jego wzroście, szerokich barach i zwalistej sylwetce wszystko wydaje się kurczyć. Żałuje, że rozluźniła sobie wcześniej sukienkę. Jej palce same biegną do najwyższego guzika i szybko go zapinają.
- Zostaw nas samych - nakazuje Tassi Zicie.
Artemisia zerka na nią, pewna, że kobieta go nie posłucha.
Zita nie patrzy jej w oczy; pochyla się nad Lucą, który chwycił ją za luźny kosmyk włosów.
- Proszę mi oddać szkicownik - żąda Artemisia. - Jeszcze nie skończyłam pracy. - Jej głos brzmi słabo i piskliwie, mimo że dokłada wszelkich starań, żeby nie zdradzić zdenerwowania. Nie da mu satysfakcji, nie pokaże po sobie, że się boi.
Ale się boi.
Tassi opiera się o futrynę sypialni i w milczeniu przegląda rysunki.
- Proszę stąd wyjść - mówi stanowczo Artemisia.
Myśli, że ona i Zita wspólnymi siłami jakoś zagonią go na korytarz, potem po schodach na dół i wypchną na ulicę.
Lecz dzieje się zupełnie co innego.
Zita wstaje i sadza sobie Lucę na biodrze.
- Przepraszam - mamrocze, po czym wymyka się z pokoju, mówiąc coś o przewinięciu dziecka.
- Zita! Dokąd idziesz? - Artemisii krew krzepnie w żyłach.
Tassi pożera ją wzrokiem, widzi jej strach, którego nie potrafi już dłużej ukrywać.
Dziewczyna czuje, że zaschło jej w gardle, i przełyka ślinę.
- Zita! - Z jej gardła wydobywa się tylko skrzek.
Z uśmiechem na twarzy Tassi podchodzi do niej tak blisko, że dziewczyna czuje smród potu maskowany przez piżmo.
- Ona po raz drugi nie zepsuje nam zabawy. - Wsuwa dłoń w jej włosy i obejmuje kark. - Jesteś taka spięta. Dlaczego jesteś spięta?
Artemisia próbuje się wyrwać, lecz on trzyma ją drugą ręką za ramię.
- Puść mnie. - Nienawidzi siebie za to, że jej głos brzmi tak żałośnie cicho. - Proszę...
- Jesteś najbardziej fascynującą młodą kobietą, jaką znam. - Tassi świdruje ją łakomym wzrokiem. - Niektóre twoje szkice są bardzo... Jak to ująć? Niekonwencjonalne.
- Pokaż mi, które masz na myśli. - Jeśli uda jej się przeciągnąć rozmowę, może zyska trochę kontroli nad sytuacją.
Mężczyzna cofa rękę z jej karku, ale nie puszcza ramienia. Wolną dłonią przerzuca rysunki.
- Na przykład ten. - Pokazuje szkic kąpiących się nagich młodzieńców.
- Na ścianach i sklepieniach Rzymu można zobaczyć tysiące takich obrazów. - Artemisia nabiera nieco pewności siebie.
- Ale żadnego z nich nie namalowała kobieta.
- Czy nie jest obowiązkiem artysty kwestionować konwencje?
Tassi przewierca ją wzrokiem, co doprowadza ją do szału.
- Czy ty w ogóle szanujesz swoją reputację? - pyta.
- Gdybyś ty szanował moją reputację, nie wszedłbyś do mojej sypialni.
- Słuszna uwaga. - Puszcza jej ramię.
Budzi się w niej odrobina nadziei.
- Poza tym to są tylko ciała - dodaje Artemisia. - Malarz musi rozumieć anatomię człowieka.
Tassi prycha pogardliwie.
- Uważasz, że jestem śmieszna?
Dziewczyna z wolna nabiera przekonania, że uda jej się go zagadać i wywinąć z opresji, choć jeszcze przed chwilą sytuacja wydawała się przerażająco nieuchronna.
- Nie, nie śmieszna. Może nadmiernie ciekawa.
- Owszem, jestem ciekawa. To ciekawość czyni mnie artystką. Chcę zobaczyć wszystko, co jest mi zakazane. Chcę to wszystko zrozumieć, nawet rzeczy uważane za...
- Za jakie?
Teraz może mu pokazać, jak mało jest kobieca.
- Za perwersyjne. - Artemisia czuje potęgę tego słowa.
Tassi nagle cofa się o krok.
- Jakie na przykład?
- Na przykład takie jak Hermafrodyta kardynała Borghese. Słyszałam o tej rzeźbie i chcę ją zobaczyć, narysować, zrozumieć.
Patrząc mu wyzywająco w oczy, Artemisia przypomina sobie, jak twarz Modenesego napełniła się odrazą w chwili, gdy tylko wspomniała o Hermafrodycie. Tymczasem na twarzy Tassiego nie maluje się ani szok, ani obrzydzenie, lecz coś innego, coś, czego dziewczyna nie umie rozszyfrować.
Nagle z przerażającą jasnością uświadamia sobie, że poczucie bezpieczeństwa, które czuła jeszcze przed chwilą, było zwyczajnym złudzeniem. Jak mogła być tak głupia, by wierzyć, że potrafi manipulować tym człowiekiem - mistrzem iluzji?
- Hermafrodyta kardynała? - powtarza Tassi z pożądliwością w oczach.
Niczym rozszalały pożar Artemisię ogarnia panika.
- Więc jesteś jedną z tych dziewcząt. - Tassi przesuwa po zębach czubkiem języka.
Serce wali jej w piersi.
Gdzie jest Zita?
Przez całe życie ojciec, matka, księża i siostra Ilaria wbijali jej do głowy to, że każdy mężczyzna wzgardzi kobietą, której cnota została podana w wątpliwość. Artemisia beszta się w duchu za naiwność. Nie zaświtało jej w głowie, że to, co odpycha jednego mężczyznę, może wzbudzić pożądanie innego. Wpadła w pułapkę własnej ignorancji i teraz jest jak pularda czekająca na oskubanie.
- Muszę znaleźć Zitę.
Okrąża potężnego Tassiego, idąc w kierunku drzwi i wołając przyzwoitkę. Gdzie ona się podziała?
Tassi chwyta ją od tyłu i zagradza drogę, trzymając ramię na wysokości jej piersi.
- Tym razem Zita cię nie uratuje. - Kopnięciem zatrzaskuje drzwi prowadzące na korytarz i wolną ręką zamyka rygiel.
- Właśnie że uratuje - mówi dziewczyna z uporem, chociaż wycieka z niej resztka nadziei. - Obiecała.
- Wierzysz w obietnice takich kobiet jak ona? To tak, jakbyś czerpała wodę sitem. - Tassi jedną ręką trzyma ją mocno wpół, drugą gładzi po policzku.
Artemisia próbuje wyrwać się z jego uścisku.
- Jesteś przedziwną istotą. Nigdy nie spotkałem kogoś takiego.
Czuje na skórze jego ciepły oddech. Robi jej się niedobrze.
Tassi popycha ją w stronę łóżka i próbuje na nie rzucić, lecz Artemisia z całej siły chwyta się słupka, żeby za wszelką cenę utrzymać się na nogach. Przypomina sobie, jak ktoś jej kiedyś mówił, że człowiek zaatakowany przez psa musi przede wszystkim ustać na nogach. Jeśli zwierzę powali go na ziemię, zaatakuje z całą wściekłością. Kątem oka spostrzega nóż do obierania, którego używa do ostrzenia grafitów. Leży na stole, ale żeby po niego sięgnąć, musiałaby puścić słupek.
Nie ma odwagi tego zrobić.
Słyszy łupnięcie drzwi od sypialni i kliknięcie zamka.
Jedną ręką Tassi chwyta usztywniony brzeg jej dekoltu, a drugą rozsznurowuje swoje pończochy.
- Wiesz, myślę, że mógłbym się w tobie zakochać. - Wygląda na rozbawionego.
- Wypuść mnie.
Artemisia próbuje go ugryźć, ale jest za szybki i zbyt silny. Ciska nią z taką siłą, że dziewczyna puszcza słupek i uderza głową o wezgłowie.
Gwiazdy migają jej przed oczami. Czuje, że traci przytomność, lecz za wszelką cenę próbuje walczyć.
Tassi chwyta oba jej nadgarstki w jedną dłoń, a drugą ręką sięga między spódnice. Artemisia kopie jak oszalała, ale mężczyzna wciska kolano między jej nogi, a kiedy dziewczyna próbuje je zacisnąć, on rozsuwa je siłą.
- Jeszcze bardziej mi się podoba, kiedy się opierasz, ty mała zdziro.
- Nie! - wrzeszczy Artemisia, szarpiąc się. - Nie! Zita! Na pomoc!
Wciska się w nią z całej siły, aż przeszywa ją ból. Zasłania jej usta i nos chusteczką, żeby stłumić krzyki. Dziewczyna próbuje go ugryźć. Rozpaczliwie sięga ręką, chwyta jego na wpół wciśnięty, na wpół wysunięty członek i z całej siły wbija w niego paznokcie. Tassi syczy z bólu, chwyta ją za rękę i potężnym szarpnięciem odrzuca ją w górę, prawie wyrywając ze stawu. Nie przestaje rytmicznie napierać.
Artemisia nie może złapać oddechu. Płuca bolą ją z braku powietrza.
Traci przytomność. Osuwa się jak gałgan.
Unosi się w powietrzu między belkami i patrzy w dół na swoje bezwładne ciało leżące pod tą maniakalnie stękającą masą. Chusteczka jest zakrwawiona. Z nosa leci jej krew. Ubrudziła pościel, tak że wygląda to teraz jak miejsce rzezi.
Unosi się w powietrzu.
Jej ciało leży na łóżku puste.
Znalazła się w miejscu, gdzie on nie może jej tknąć.
Jest wolna - nie czuje bólu, strachu ani udręki.
Po kilku ostatnich potężnych pchnięciach Tassi kończy z jękiem i zdejmuje wielką dłoń z jej twarzy.
Pierś Artemisii natychmiast napełnia się powietrzem niczym miech kowalski i ściąga ją z powrotem w ciało, w udrękę, w ból między nogami i ciepłą strużkę nasienia spływającą jej po udzie. Tylko strach już nie wraca.
- Trochę przesadziłem - mówi Tassi jak gdyby nigdy nic, jakby wypił za dużo wina na weselu.
Dziewczyna zrywa się z łóżka, chwyta nóż i zaczyna nim wymachiwać. Narzędzie wygląda absurdalnie niepozornie przy jego zwalistej posturze, ale Artemisia wie, że jest ostre.
Tassi odchyla poły kaftana.
- Proszę - droczy się. - Śmiało!
Artemisia zastanawia się, co dalej. Jeśli podejdzie na tyle blisko, żeby wbić mu ostrze w ciało, to jasne jak słońce, że chwyci ją za nadgarstek, wyrwie jej z dłoni nóż i obróci go przeciwko niej.
Czuje w ustach miedziany smak krwi.
Zbiera wszystkie siły i ciska nożem jak rzutką, celując prosto w pierś.
Ostrze rozcina skórę i odbija się od ciała, po czym upada na podłogę i zatrzymuje się w kącie pokoju. Tassi odskakuje, jakby użądliła go osa. Dotyka palcem piersi, po czym podnosi go do oczu.
- Zraniłaś mnie, dziwko. - Śmieje się. - Słowo daję, mała dzikuska.
Artemisia rozgląda się za jakimś ciężkim przedmiotem. Uświadamia sobie, że za nią wisi pogrzebacz, i nie odrywając wzroku od napastnika, pomału się cofa.
- Jak na kogoś, kto tak mało dba o swoją reputację, bronisz jej z niezwykłą zaciętością. Czy może chcesz mnie tylko jeszcze bardziej rozpalić? Z pewnością ci się udało.
Uderza ją naga, oślepiająca prawda. W ciągu tych kilku plugawych, bolesnych chwil jej honor, honor jej rodziny legł w gruzach, a wina spadnie na nią.
Z równą jasnością uprzytamnia sobie, że będzie musiała poślubić tego potwora. To jedyny sposób, by przywrócić dobre imię Gentileschich.
Sięga ręką za siebie i trafia palcami na twarde żelazo pogrzebacza, wystarczająco twarde, żeby wbiło się w jego czaszkę. Artemisia wyobraża sobie, jak to robi, i wtedy przypomina sobie Beatrice Cenci klęczącą z głową na katowskim pniu, fontannę krwi jaskrawej jak sok pomidorowy. Ona też była ofiarą.
Myśli wirują jej w głowie, układa nowy plan.
- Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nigdy - mówi tonem twardym jak żelazo, które trzyma w dłoni. - Zwłaszcza mój ojciec.
- Och, z radością utrzymam naszą małą schadzkę w tajemnicy. - Tassi wydaje się bardzo zadowolony; przechyla głowę i mierzy ją wzrokiem z góry do dołu.
Może się zastanawia, czy dziewczyna mówi poważnie.
Artemisia mówi jak najbardziej poważnie.
- Nazywając to... - nie potrafi wykrztusić tego słowa na głos, nawet przez zaciśnięte zęby - w ten sposób, sugerujesz, że zrobiłam to z własnej woli.
Wzbiera w niej taki gniew, jakby ogromny mściwy potwór chciał wydrzeć jej się z piersi i oderwać Tassiemu głowę od ciała. Bierze kilka urywanych oddechów, żeby się uspokoić, lecz nagle ogarnia ją rozpacz.
- Szkoda, że mnie nie zabiłeś - mówi prawie szeptem. - Wtedy przynajmniej spotkałaby cię kara.
- Dojdziesz do siebie. - Tassi się uśmiecha. - Nie mam co do tego wątpliwości. - Sznuruje pończochy. Potem schyla się i całuje ją w usta.
Artemisia czuje zapach piżma na jego ubraniu. Przypomina jej kadzidło z mszy.
- Teraz jesteś moja.
Tassi otwiera drzwi i wychodzi; zamykają się za nim z trzaskiem.
Dziewczyna wyciera z ust jego pocałunek.
- Nie jestem twoja - mówi do pustego pokoju.
Opada ją ból, głęboka, nieznośna udręka: łupanie w nasadzie nosa, pieczenie w nadgarstkach, pulsowanie w ramieniu. Artemisia siedzi bez ruchu na podłodze i patrzy na łóżko - na pole bitwy.
Narzuta się zsunęła i leży pognieciona na podłodze. Pod śnieżnobiałą pościelą widać zarysy materaca. Na prześcieradle i poduszce są czerwone plamy. Jej krew.
Artemisia dotyka nosa i wyczuwa zasychającą skorupę. Tyle krwi - rozsmarowane smugi na skórze, plamy na sukience, na podłodze. Nie wszędzie jest czerwona; w miejscu, gdzie promień słońca pada na łóżko, ma wstrząsającą barwę szkarłatu, tu i ówdzie wysycha na jasny, rdzawy odcień, gdzie indziej przypomina purpurowy miąższ dojrzałych wiśni, a tam, gdzie ginie w cieniu, jest czarna jak melasa.
Dziewczyna widzi swoją głowę w miejscu, gdzie leżała, na samym brzegu łóżka, a nad nią on, napierający całym ciężarem, siłą dwóch mężczyzn.
"Nie!", krzyczy wyobrażona kobieta z wyimaginowanymi oczami zaszklonymi od grozy.
Zapiera jej dech, odwraca wzrok i zauważa zakrwawioną chusteczkę. Wszędzie, gdzie tylko spojrzy, widzi jego - i tak już będzie zawsze. To, co się stało, nigdy jej nie odstąpi; niezatarte czerwone plamy nieodwracalnie skalały jej przyszłość.
Nigdy się od nich nie uwolni.
"Teraz jesteś moja".
Zaciska powieki, ale przez jej głowę przemykają obrazy: jego krzywy uśmiech, zwaliste ciało, jego ręka, jego chusteczka. Wbija się w nią, gdy brakuje jej powietrza. A ona raz za razem, za każdym razem na nowo umiera.
Nigdy nie będę twoja.
Zaczyna się trząść i nagle wymiotuje żółcią. Na podłodze zostaje zaskakująco jaskrawa żółta, mała kałuża. Usta Artemisii wypełnia gorycz, jakby już nigdy w życiu miała nie poczuć innego smaku.
Nagle z trzaskiem otwierają się drzwi.
Spodziewa się zobaczyć Zitę, lecz do pokoju wchodzi jej brat, nasrożony i zdyszany.
- Gdzie on jest?
- Kto? - Artemisia zbiera wszystkie siły, jakie jej jeszcze zostały, żeby wziąć się w garść.
- Co tu się stało, do diabła?
Przerażony Francesco kuca obok siostry, wyciąga dłonie, ale boi się jej dotknąć, żeby nie wyrządzić jej jeszcze więcej krzywdy.
- On ci to zrobił?
- Potknęłam się i uderzyłam. Z nosa poleciała mi krew.
Chce jej się krzyczeć, płakać, złorzeczyć, ale dźwiga się na nogi, wyciera twarz rękawem i rozsmarowuje plamę żółci, żeby brat jej nie zauważył.
Ból ani na chwilę nie słabnie. Artemisia pragnie się umyć, zanurzyć całe ciało w wodzie, w ługu, w terpentynie, skrobać każdy kawałek skóry, aż ją z siebie zedrze.
Oszołomiony Francesco przenosi wzrok z łóżka na nią i z powrotem.
Resztkami sił dziewczyna zdobywa się na słaby wybuch śmiechu.
- Nie wiedziałam, że mam w sobie tyle krwi.
Francesco żegna się znakiem krzyża.
- Myślałem... Myślałem...
- To nie to, na co wygląda... - Artemisia maluje na swojej twarzy różowy uśmiech. - Tylko krew z nosa, Franco.
Brat odpowiada jej prawdziwym uśmiechem.
- Dzięki Bogu. - Moczy serwetkę w misie z wodą i delikatnie obmywa nos siostry. - Na szczęście nie jest złamany.
Dotyk brata jest taki delikatny, kochający, jego troskliwość jest taka słodka, że Artemisia ma ochotę się rozpłakać, rzucić mu się w ramiona, zatracić się w jego objęciach.
Lecz udaje jej się tylko parsknąć śmiechem.
- Będę wyglądać jak straszydło.
Rozpaczliwie próbuje doszukać się jasnych stron swojej sytuacji. Skoro jej cnota poszła z dymem, nie ma już nic do stracenia. Jest w tym jakaś wolność. To mizerna pociecha, prawie niewidoczna gołym okiem.
Ochlapuje twarz wodą, ale w ustach pozostaje gorzki smak.
- Idź na dół - prosi brata. - Muszę się przebrać.
- Na pewno nic ci nie jest? - Francesco marszczy brwi.
- Naprawdę nie ma się czym przejmować. - Artemisia gładzi brata po ramieniu.
Kiedy chłopak wychodzi, stoi jak sparaliżowana i patrzy na łóżko. Powracają te same obrazy. Unosi się pod sufitem i obserwuje siebie, jego, chusteczkę, swoją walkę o oddech. Potem zamienia się w Beatrice Cenci i jej głowa toczy się po deskach, a z szyi tryska fontanna krwi.
Nie!
Nie pozwoli na to. Przemaluje te obrazy. Wyobraża sobie, że zmywa terpentyną wszystko, co widzi. Czuje w palcach szorstką szmatkę. Oczy jej łzawią od żrących oparów. Kolory i kształty przechodzą jeden w drugi i tracą wyrazistość.
Potem maluje inną scenę.
To nie jej ciało leży na łóżku, nie ona patrzy z przerażeniem, tylko on. To on ma w oczach przerażenie, to jego krew wsiąka w łóżko, jego silne ramię walczy daremnie, ściska brzeg sukni kobiety, która nad nim stoi. Nie. Dwóch kobiet. Cztery ramiona są silniejsze niż dwa, przytrzymują go nieruchomo. Ona, zaciskając rękę na jego uchu, odciąga mu głowę w tył, żeby odsłonić gardło.
Jej mały nożyk zamienia się w miecz: w wielką, ciężką i ostrą jak brzytwa klingę. Miecz Judyty. Tryska krew i ochlapuje obie kobiety. Ciepłe krople pokrywają jej skórę i czuje, jak stal zatapia się w ciele z taką łatwością, jakby przechodziła przez ciasto - rozcina mięśnie, kroi chrząstki i kości.
19
Chusteczka
Zita porusza się powoli. Powietrze unoszące się nad brukiem w wąskiej uliczce jest ciężkie, gorące i cuchnie. Handlarze na rynku siedzą zgarbieni przy straganach; wachlują się, czym kto może, a ich towary więdną, zanim zdążą się sprzedać. Luca jest ciężki jak kamień, kręci się jej na biodrze i marudzi. Zita przystaje, żeby kupić mleko. Jest ciepłe jak krew i skiśnie, zanim wrócą do domu.
Już przed drzwiami słyszy kłócące się bliźniaczki. Atmosfera w środku jest jeszcze bardziej dusząca niż na ulicach. Nikt nie wita Zity. Orazio siedzi zatopiony w smętnych rozmyślaniach, chłopcy, porzuciwszy pracę, snują się z kąta w kąt. Na jej widok Giulio wychodzi z kuchni, nie patrząc jej w oczy. Unika Zity, bo nie chce jej tłumaczyć historii krzyżyka. Ona nie potrzebuje jego wyjaśnień. Wie, co się z nim stało.
Drogo ją kosztował ten moment słabości. Żałuje, że powierzyła tak delikatną misję małemu chłopcu. To był błąd. Rozpakowuje zakupy i otwiera tylne drzwi, licząc na powiew powietrza, ale smród z rynsztoka jest gorszy od upału.
Wpada Artemisia, bez słowa rzuca jej ponure spojrzenie i nalewa sobie wodę z dzbanka. Wypija ją duszkiem, odstawia kubek na stół z głośnym stuknięciem i wychodzi z kuchni. Zita idzie za nią do drzwi, staje w progu i patrzy, jak dziewczyna bierze ze słoja bryłkę pigmentu, wkłada do moździerza i zaczyna energicznie rozcierać.
Od dnia, kiedy przyszedł Tassi, prawie się do niej nie odzywa; krząta się po domu w gorączkowym ferworze, jakby nie miała na nią wpływu uciążliwa pogoda. Zita wyczuwa w jej milczeniu siłę nienawiści. Nie ma pretensji do dziewczyny; chciałaby móc jej wyjaśnić, dlaczego zostawiła ją sam na sam z tym mężczyzną, ale jest uwikłana w plątaninę kłamstw, sekretów i skruchy.
Kiedy tamtego dnia wróciła do domu, zastała Francesca samego w pracowni. Spytała go, co się stało i gdzie jest Tassi.
- Tassi? Nie widziałem go - odparł. - Artemisia jest na górze, przebiera się. Miała krwotok z nosa.
- Uderzył ją?
- Co? O czym ty mówisz? Przewróciła się.
Zastała dziewczynę w korytarzu z naręczem pościeli w ramionach. Od razu zauważyła plamy krwi na białym płótnie.
- Leciała ci krew z nosa? Francesco mówił...
- A jak to wygląda? - syknęła Artemisia, podsuwając jej zakrwawioną pościel pod oczy.
- Czy on...?
- Nic nie zrobił. - Ruszyła w kierunku schodów, lecz przystanęła i odwróciła się. - Czy możesz przestać się wtrącać i zostawić mnie w spokoju?
Zita zajrzała do jej pokoju. Był nieskazitelny: świeżo zmieniona pościel, czyściutka podłoga, jeszcze wilgotna, jakby dopiero co umyta. Rozglądała się, szukając śladów tego, co mogło się wydarzyć, ale niczego nie znalazła. "Nic nie zrobił". Może to prawda.
Tak jak się spodziewała, Orazio przyparł ją do muru i zaczął wypytywać.
- Jak poszła lekcja?
Nie miała mu nic do powiedzenia, nie było jej. Zniecierpliwił się.
- Musiała ci coś powiedzieć. Przecież kobiety ze sobą rozmawiają, prawda?
Wzruszyła ramionami. Jego córka nie przypomina innych kobiet.
Francesco podchodzi do siostry stojącej przy warsztacie. Coś szepczą, a potem on przejmuje ucieranie, podczas gdy ona dodaje po kropli olej. Dyskutują, czy konsystencja jest odpowiednia. Orazio ich obserwuje.
- Nad czym pracujesz? - pyta.
- To moja sprawa - rzuca Artemisia. Nabiera farbę do miseczki i idzie na górę. Maluje ostatnio jak szalona w swoim małym saloniku na drugim piętrze, z dala od ojca.
Zita wraca do kuchni.
Jakiś czas później słyszy, jak chłopcy wychodzą, z pewnością zadowoleni, że mogą uciec od dusznej atmosfery domu. Ona też by chciała uciec; marzy, żeby mąż wrócił i ją uratował, ale nie będzie go jeszcze przez wiele miesięcy.
Orazio tłucze się w pracowni. Zita wygląda ukradkiem z kuchni, żeby zobaczyć, co robi. Sprawia wrażenie, jakby czegoś szukał; zagląda za stertę płócien, przetrząsa skrzynie, kładzie się na podłodze, żeby zajrzeć pod ławę.
Przerywa mu pukanie do drzwi. Zita wycofuje się w cień. To Porzia.
- Jesteś sam? - pyta, zanim zdążył ją przywitać.
Po napięciu malującym się na jej twarzy widać, że coś się stało.
- O co chodzi? - pyta Orazio.
- O Artemisię.
Orazio proponuje jej coś do picia, ale kobieta odmawia i Zita, zadowolona, wycofuje się do kuchni.
- Gio usłyszał plotki. - Porzia nerwowo bawi się pierścionkiem. - Uznałam, że powinieneś wiedzieć. Jestem jej matką chrzestną, czuję się za nią odpowiedzialna. - Zerka na Orazia, a ten kiwa głową, żeby mówiła dalej. - Ludzie gadają o jakimś zakładzie. Quorli założył się z Tassim, że nie uda mu się uwieść Artemisii.
- Ach, o to chodzi! - Orazio prycha śmiechem z udawaną ulgą. - Zwykła fanfaronada, jak to mężczyźni. Nie ma się czym przejmować.
- To nie wszystko! - protestuje Porzia, wyraźnie zdenerwowana. - Podobno Tassi się przechwalał, pokazywał w gospodzie pełną sakiewkę. Stawiał wszystkim, ponieważ wygrał trzydzieści skudo od Quorliego za uwiedzenie córki malarza.
Porzia chyba próbuje przedstawić sytuację w jaśniejszych barwach, ponieważ jeśli Zita dobrze rozumie, to Tassi rozgłasza, że zrujnował honor Artemisii dla zakładu. Trudno w tym znaleźć jasne strony.
- Gio mówi, że trzeba najpierw ustalić prawdę, ale uznałam, że powinieneś o tym wiedzieć. Nie wolno pozwolić, żeby ci dwaj rozpowiadali takie rzeczy. Okrywają cię hańbą takimi obelżywymi kłamstwami.
Przez chwilę stoją oboje w milczeniu i nad ich głowami unosi się słowo "hańba". Oboje wiedzą, podobnie jak Zita, że gdy w grę wchodzi hańba, nic dobrego z tego nie wynika.
- Tassi powiedział, że wygrał zakład? - Z twarzy i tonu Orazia nie można niczego wyczytać.
- Tak rozumiem.
- Więc nie słyszałaś tego z pierwszej ręki?
Porzia kręci głową.
- Mimo to plotki takie jak te... - Obraca pierścionek na palcu.
- Porozmawiam z nią. - Orazio rusza w stronę schodów.
Porzia idzie za nim, mówiąc coś o kobiecych sprawach.
Gdy Orazio z impetem otwiera drzwi, córka pospiesznie zasłania obraz i serdecznie wita się z Porzią, ignorując ojca.
Porzia, wyraźnie wstrząśnięta jej widokiem, podchodzi, żeby ją wziąć za ręce, ale cofa się, zauważając jej ubrudzone farbą dłonie.
Orazio patrzy na córkę oczami Porzii. Dziewczyna schudła, jej cera nabrała ziemistego koloru, pod oczami wykwitły sińce, jakby ktoś namalował je węglem. Ma poplamione mankiety, a na policzku widać umbrową plamę; musiała brudnymi palcami odgarniać niesforne włosy.
- Chcę z tobą o czymś porozmawiać - mówi Orazio.
- Jestem zajęta - odpowiada cierpko Artemisia.
- To ważne, skarbie. - Pieszczotliwe słówko pozostawia w jego ustach posmak fałszu. - Chodzi o signora Tassiego i waszą lekcję rysunku.
Dziewczyna wzdycha głośno.
- Już ci mówiłam. Nie ma o czym rozmawiać.
Porzia odwraca się do jej ojca.
- Możesz nas zostawić same? - pyta cicho.
Orazio wychodzi z pokoju. Gdy słyszy ciche szepty, z trudem się powstrzymuje, żeby nie przyłożyć ucha do drzwi. Wkrótce i tak się dowie.
W kuchni zastaje Zitę i jej bachory. Cieszy się, że kobieta szybko zabiera je do łóżek. Kiedy zostaje sam, zaczyna szukać grappy, której wcześniej nie mógł znaleźć. Jest przekonany, że ktoś ją celowo przed nim ukrywa. Któreś z dzieciaków.
Wreszcie znajduje butelkę na wpół ukrytą w kącie za garnkami. Nalewa sobie i wypija jednym haustem, po czym wrzuca do ust oliwkę z miski stojącej na stole. Jest gorzka, w dodatku Orazio przypadkiem rozgryza pestkę i szczękę przeszywa ból. Klnie na cały głos i bierze kolejny łyk grappy, tym razem prosto z butelki.
Siada ciężko przy stole i czeka. Wydaje mu się, że czeka całą wieczność. O czym one mogą tam tyle rozmawiać? Trzaśnięcie drzwi frontowych zapowiada powrót chłopców.
- Dlaczego siedzisz po ciemku? - Staje nad nim Francesco. - Giulio, podaj krzesiwo.
Giulio nie chce podchodzić zbyt blisko, więc od progu rzuca bratu pudełko z hubką i krzesiwem. Francesco łapie je jedną ręką, po czym przyklęka, żeby skrzesać iskrę.
Wkrótce kuchnia rozjaśnia się migoczącym blaskiem.
- Co się dzieje? - W głosie Francesca słychać wojowniczy ton. - Wiem, że coś się dzieje.
- Chodzi o twoją siostrę.
Orazio wyjaśnia, co się mówi o Tassim.
- Kiedy to było? - pyta Francesco. - Wtedy, kiedy krew jej leciała z nosa?
- Co?! O czym ty gadasz? - Orazio nie ma pojęcia o krwi lecącej z nosa córki.
- Skoro ci nie powiedziała, to najwyraźniej nie chce, żebyś wiedział.
- Na miłość boską, Francesco, jestem głową tej rodziny!
Rozgląda się za młodszym synem, żeby go zapytać, czy coś o tym wie, lecz Giulio wyczuł ciężką atmosferę i się ulotnił.
Jak to się stało, że Orazio stracił kontrolę nad tym, co się dzieje w jego własnym domu? Wszyscy coś przed nim ukrywają.
Słyszy głosy dwóch kobiet idących na dół po schodach.
- Na pewno nie chcesz, żebym została? - pyta Porzia.
- Na pewno - odpowiada Artemisia stanowczym, nieco szorstkim głosem. - Poradzę sobie. - Po chwili staje w drzwiach kuchni i przeszywa ojca miażdżącym wzrokiem.
- Artemisia, skarbie - odzywa się Orazio.
- "Artemisia, skarbie" - przedrzeźnia go córka. - Jeśli jestem twoim skarbem, to dlaczego pozwoliłeś się do mnie zbliżyć skończonemu łajdakowi? - Prycha z nieskrywaną pogardą.
- Możemy to wszystko naprawić. - Optymizm puszcza w nim kruche pędy. - Skoro cię uwiódł, musi cię poprosić o rękę.
Orazio ma nadzieję, że Porzia nie opowiedziała jej szczegółów o tym, że jej cnota stała się przedmiotem zakładu, bo inaczej dziewczyna nigdy nie dojdzie do siebie. A jest znacznie, znacznie gorzej. Gdyby się dowiedziała, że jej własny ojciec... Na tę myśl wyrzuty sumienia zaciskają mu na gardle lodowate palce.
Artemisia wydaje z siebie cyniczny, na wpół histeryczny śmiech i Orazio zastanawia się przez chwilę, czy córka nie traci zmysłów. To by tłumaczyło jej zachowanie w ostatnich dniach.
- "Uwiódł"? - rzuca dziewczyna. Zgina się wpół, wydając dziwne odgłosy. Ramiona jej dygoczą.
Orazio nie widzi jej twarzy, nie ma pojęcia, czy się śmieje, czy płacze.
Nagle Artemisia prostuje się i podnosi wzrok; usta ma zaciśnięte, a oczy suche.
- Ty to nazywasz "uwiedzeniem"? Nadajesz temu piękny posmak romansu. - Jej sarkazm jest najeżony kolcami.
Orazio zaczyna się zastanawiać, czy się nie pomylił: czy zakład w rozmowie między Quorlim a Tassim, którą podsłuchał, nie dotyczył czegoś innego, niż sądził, czegoś znacznie bardziej niewinnego. Może ciągle się zakładają? Może to jednak były pijackie przechwałki.
- Powiedz mi, bądź ze mną szczera, proszę... - zwraca się do córki.
Dziewczyna kręci głową, wbijając wzrok w podłogę.
W kuchni zalega cisza, gęsta i czarna jak smoła.
W końcu Artemisia podnosi głowę i z jej ust ulatuje wartki, gniewny potok słów:
- Chcesz usłyszeć prawdę? - Rozkłada ramiona i uśmiecha się, krzywo i z pogardą. - Proszę bardzo: twój cudowny Agostino Tassi, człowiek, którego wybrałeś mi na męża, zgwałcił mnie.
Żałuje, że wypowiedziała te słowa, gdy tylko ulatują z jej ust. Teraz już nikt ich nie cofnie. "Zgwałcił mnie". Prawda nabierze teraz własnego pędu, nad którym straci kontrolę. "Zgwałcił mnie". Te słowa będą ją prześladować przez lata.
Kręci jej się w głowie, jakby jej upuszczono krwi. Francesco zrywa się z krzesła, otacza ją ramieniem i prowadzi do ławy, żeby usiadła.
- To drań! - cedzi przez zęby, aż wrząc z wściekłości.
Orazio załamuje dłonie z twarzą tak ściągniętą, jakby sam został skrzywdzony. Bo tak uważa, zdaje sobie sprawę Artemisia. Ona jest tylko jego własnością.
- Zhańbił ciebie, zhańbił naszą rodzinę - mówi ojciec powoli, jakby nie do końca rozumiał własne słowa. - Ale nie martw się, moje najdroższe dziecko. - Wyciąga rękę, żeby ją pogładzić po włosach, lecz ona uchyla się przed jego dotykiem. - Dopilnuję tego.
Artemisii wali serce. Powracają tamte obrazy: jego dłonie, jego szyderczy uśmiech, jej krew. Wali jej serce. Na stole stoi butelka grappy. Nalewa ją do kubka prawie po sam brzeg.
Od samego zapachu chce jej się wymiotować, ale wypija wszystko duszkiem. Przełyk ją piecze; trunek wypala sobie drogę do brzucha. Prawie natychmiast świat zaczyna pływać jej przed oczami, zaciera ostre krawędzie nieuchronnego losu.
Do kuchni wkrada się Zita i staje przy drzwiach.
- Czy ty też o tym wiedziałaś? - Orazio zrywa się na nogi i staje nad nią.
Kobieta kuli się ze strachu, jakby miał ją uderzyć. Bo mógłby.
- O czym? - pyta ledwo dosłyszalnie.
- O tym, że Agostino Tassi mnie zgwałcił, kiedy ty zostawiłaś mnie z nim samą. - Artemisia stara się trzymać gniew na wodzy, jakby mówiła o czymś, co przytrafiło się komuś innemu.
Zita teatralnie zasłania dłonią usta.
- Maria Madre di Dio. - Żegna się kilkakrotnie. - Zgwałcił cię?
Artemisia spodziewa się, że Zita wybuchnie płaczem, lecz ta stoi prosto i wyzywająco patrzy na Orazia.
- To wszystko przez ciebie - mówi.
Między tą dwójką przebiega coś nieuchwytnego, coś, czego Artemisia nie potrafi zrozumieć. Potem Orazio odwraca się z powrotem do córki.
- Jesteś pewna...? - W jego głosie słychać powątpiewanie. - Absolutnie pewna, że kiedy to się wydarzyło, nie chciałaś tego?
- Nie wierzysz mi. Mogłam się tego spodziewać. - Dziewczyna odgania powracające obrazy. - Kto mógłby czegoś takiego chcieć? Żeby go bito? Duszono...?
Nie płacz, mówi sobie. Nie płacz.
W swoim pokoju na górze, kiedy maluje, daje upust gniewowi i czuje się silna, ale tutaj, w obecności ojca, ma wrażenie, że się kurczy, zamienia z powrotem w małą dziewczynkę.
Na stół wylało się trochę grappy. Artemisia bierze szmatkę i zaczyna wycierać. Robi to z takim zapamiętaniem, jakby chciała wytrzeć obrazy, które tkwią w jej pamięci. Francesco łagodnie bierze ją za rękę, żeby przestała.
- Myślałam, że umieram. Myślałam, że mnie zabił. - Głos jej się łamie, ból własnych słów jest nie do zniesienia. - Ale skoro mi nie wierzysz, to ci pokażę. - Podciąga rękawy i podsuwa ojcu przed oczy swoje nadgarstki. - Sam możesz zobaczyć sińce w miejscach, gdzie mnie trzymał.
Lecz ślady już zbladły do koloru ochry i przy świetle świecy prawie ich nie widać.
Ojciec patrzy na jej obnażone ręce, potem z powrotem na twarz. Nadal nie jest przekonany.
Artemisia po raz kolejny stara się wykrzesać z siebie siłę; myśli szybko.
- Zita, idź na górę i przynieś mój woreczek do haftowania.
W kuchni zapada cisza. W milczeniu czekają na powrót kobiety, unikając nawzajem swoich spojrzeń. Zita wraca zdyszana od pośpiechu i wyciąga rękę z woreczkiem.
Artemisia wyjmuje z niego pognieciony lniany kwadrat w kolorze miedzi i wręcza go ojcu.
- Co to jest? - pyta zdziwiony Orazio.
- Przeczytaj inicjały w rogu.
Ojciec patrzy na wyhaftowane litery.
- AT...
Dziewczyna obserwuje, jak na jego twarzy świta zrozumienie.
- Agostino Tassi - mówi Orazio. - To twoja krew?
Artemisia z kamienną twarzą kiwa głową.
- Tyle krwi, że można nią było zabarwić każdą nitkę tej chusteczki i jeszcze więcej, znacznie więcej... Zapytaj Francesca. - Odwraca się do brata. - Widziałeś pościel, prawda? Była tak poplamiona, że musiałam ją wyrzucić.
- Powiedziałaś, że to krew z nosa. Jak mogłem się nie domyślić, że chodzi o coś więcej? - Z oczami przepełnionymi bólem Francesco kładzie dłoń na czole.
- Nie miej wyrzutów sumienia, Franco. - Artemisia głaszcze go po włosach. - Wszyscy wiemy, czyja to wina.
Orazio kuli się pod jej oskarżycielskim spojrzeniem.
- Wstydź się, ojcze. - W głosie Francesca pobrzmiewa władcza nuta.
Wydaje się, że z minuty na minutę rośnie w nim pewność siebie, której mu dotąd brakowało. Artemisia nigdy dotąd nie widziała, żeby się do tego stopnia przeciwstawił ojcu.
Za to Orazio przeciwnie: kurczy się, kuli i więdnie.
- Proszę, uwierz mi, nie chciałem, żeby wziął twoją siostrę wbrew jej woli - zwraca się do najstarszego syna. - Pragnąłem tylko szczęśliwych konkurów. - Zasłania twarz dłońmi i siedzi tak przez dłuższą chwilę. Potem podnosi głowę i rozgląda się wokół błagalnym wzrokiem. - Naprawię to, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką w życiu uczynię. Przywrócę ci honor. - Wstaje. - Franco, chodź ze mną. Razem stawimy mu czoło, zmusimy go, żeby zachował się z honorem.
Zita jest przerażona.
- Nie możecie...
- Może... - odzywa się Artemisia. Przez wiele dni rozmyślała o wszystkich możliwych wyjściach z tej sytuacji i wie, że są tylko cztery możliwości: śmierć, klasztor, burdel lub małżeństwo z Tassim.
Francesco całuje ją przed wyjściem w policzek i mówi:
- Zapłaci za to. Już ja tego dopilnuję.
Lecz dziewczyna nie ma złudzeń, że to i tak ona zapłaci najwięcej.
Po wyjściu Orazia i Francesca Zita stoi bez ruchu z poczuciem winy bijącym z każdej cząstki ciała.
- Zostaw mnie w spokoju. - Artemisia nie kryje niechęci; odpycha ją na bok jak niechciane zwierzę.
Zamiast jednak jej posłuchać, Zita pokornie opada na kolana i załamuje dłonie.
- Błagam cię, wybacz mi. Błagam cię... Twój ojciec mnie do tego zmusił. - Przez chwilę patrzą na siebie w milczeniu. - No bo... widzisz... ukradłam wysadzany rubinami krzyżyk z pałacu kardynała.
- Nie wiem, co twoje złodziejskie zwyczaje mają wspólnego ze mną.
Zita patrzy na nią przerażona i dziewczyna czuje satysfakcję.
- Piero mnie przed tobą ostrzegał - dodaje. - Mówił, że nie wolno ci ufać.
Nagle ogarnia ją nieopisana tęsknota za kochanym Pierem. Tak dotkliwie go jej brakuje. Myśląc o przyjacielu, nie słucha potoku słów wylewającego się z ust Zity:
- ...twój ojciec się dowiedział. Nastraszył mnie, że jeśli nie zrobię tego, co każe, odda mnie pod sąd.
To wreszcie zwraca uwagę Artemisii.
- Mój ojciec ci groził?
- Powiedział, że jak będę się wypierać, to wydobędą ze mnie prawdę sznurami Sybilli, że połamią mi wszystkie palce i stracę władzę w rękach - mówi Zita przez łzy. - Powiedział, że za kradzież czegoś tak cennego odcinają dłoń. - Wyciąga przed siebie ramię i chwyta się drugą ręką za nadgarstek, a na jej twarzy maluje się taka groza, jakby w wyobraźni już wymierzono jej karę.
- Nadal nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną.
- Próbowałam... Próbowałam temu zapobiec. Opowiedziałam twojemu ojcu, co się wydarzyło w winnicy - żałośnie skomle Zita. - Ale on i tak kazał mi zostawić cię z Tassim samą.
Artemisia nie wierzy własnym uszom. Wprawdzie obwiniała ojca o to, co zaszło, ale nie miała pojęcia o rozmiarach jego niegodziwego postępku.
- Mój własny ojciec... Czemu miałby... - Lecz kiedy zadaje sobie to pytanie, w głowie świta jej odpowiedź. - On to zaplanował! Chciał mieć powód, żeby zmusić Tassiego do ślubu.
- Pobiegłam szybko po Franca, żeby on... - Zita cały czas trzyma rękę w górze i palce zaciśnięte na nadgarstku.
Artemisia przypomina sobie, że brat przybiegł za późno, zdyszany, przestraszony widokiem krwi. A więc to ona go przysłała.
- Myślałam... myślałam... nie myślałam... - Zita próbuje wykrztusić z siebie coś sensownego. - Franco powiedział, że to krew z nosa. Nie powinnam mu była uwierzyć. Powinnam się była domyślić.
- Nie chciałam, żebyś wiedziała. Nie chciałam, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział.
Nagle Zita - nie wiadomo dlaczego - wpada w przerażenie. Chwyta za srebrny krzyżyk, który nosi na szyi.
- Nie powiesz ojcu, prawda? Jeśli się dowie, że ci powiedziałam o krucyfiksie... - Jej usta dalej się poruszają, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.
- Nic mu nie powiem. - Do Artemisii powoli dociera prawda i dziewczyna zaczyna się czuć tak, jakby traciła grunt pod nogami, jakby świat zadrżał w posadach. - Ten dom stoi na fałszu, kłamstwie i sekretach.
- Musisz odmówić poślubienia go! - Zita łudzi się naiwną wiarą.
- Nie mam wyboru. Niebawem całe miasto będzie wiedziało, że zostałam zbrukana i że Tassi doprowadził mnie do upadku.
- Możesz malować. - Okrągłe oczy Zity wzbierają nadzieją. - Sprzedałaś już dwa obrazy.
- Trzy. Na Madonnie widnieje podpis ojca, ale obie wiemy, czyje to tak naprawdę dzieło. - Artemisia bierze ją za rękę. Jej dłoń jest gorąca i śliska od potu. - Kto kupi obraz od... - Słowo więźnie jej w gardle. - Nazwą mnie ladacznicą. Z czego będę żyć?
- Mogłabyś pozować malarzom, tak jak ja. - Zita za wszelką cenę pragnie znaleźć sposób, żeby wszystko naprawić, ale sama widzi, że w tej sytuacji nie ma szczęśliwego rozwiązania.
Artemisia przygląda jej się malarskim okiem. Nawet w półmroku, w brudnym fartuchu i z zapłakaną twarzą, Zita wygląda jak Madonna. Brakuje jej tylko chóru aniołów.
- Gdybym miała twoją urodę, kto wie? - mówi. - Ale ty jesteś mężatką, twój mąż płaci za czynsz i zapewnia ci godne życie.
Próbuje uzbroić się w siłę, by spojrzeć w oczy nieuchronnej konieczności: będzie musiała do końca życia ulegać temu człowiekowi. Myśli o płótnie nabierającym kształtów w jej pokoju na piętrze, o obrazie, który jest pełnym gniewu wyrazem jej prawdy, jej własnego doświadczenia.
Może ten łajdak zyska prawo do jej ciała, ale nigdy nie zdobędzie władzy nad jej talentem, myślami i duszą. Będzie malować. Będzie malować prawdę. Będzie malować siebie.
20
Martwa natura
Tassi otwiera drzwi ubrany w same spodnie. Jest nieogolony; kręcone włosy opadają mu na twarz, pokrywają pierś niczym satyrowi.
- Orazio! Franco! - Zaskoczyli go.
Z wnętrza domu dobiega głos kobiety, która pyta, kto przyszedł.
- Nikt! - odkrzykuje Tassi.
Orazio wita go zdawkowo, z kamienną twarzą. Przygotował się na przełamywanie jego oporu, przygotował całą serię gróźb, za pasem zatknął niewielki puginał. Ma nadzieję, że nie będzie musiał go użyć.
- Czy coś się stało? - Tassi zaprasza ich do środka, mówi, żeby się rozgościli, podczas gdy on pójdzie się ubrać. Po czym znika w sypialni.
Jego mieszkanie mieści się w okazałym, eleganckim kamiennym budynku. Rząd dużych okien wychodzi na północ, na niewielki plac z fontanną. Orazio i Francesco znajdują się w pięknym, wielkim pokoju, idealnie nadającym się na pracownię, gdyby nie to, że każdy skrawek wolnej przestrzeni wypełniają śmieci. Na długim stole zalegają resztki posiłku. Sery na desce wydzielają gryzący smród. Nad miską winogron unosi się rój muszek owocówek. Na krzesłach wiszą albo leżą rzucone ubrania, nawet zimowe wełniane płaszcze nieużywane od miesięcy.
Druga połowa pomieszczenia pełni rolę pracowni. Paleta przedstawia krajobraz zaschniętych farb i zbiera kurz razem z innymi narzędziami: pędzlami, lupą, stertą brudnych szmat, ramą do perspektywy. W kącie na stoliku ktoś starannie ułożył przedmioty do malowania martwej natury: butelki, książki, leżącą na wierzchu czaszkę i pomarszczone jabłko.
Każdy kawałek ściany pokrywają obrazy i rysunki, niektóre należycie powieszone, inne tylko prowizorycznie przyczepione do tynku. Dookoła walają się dziwaczne przedmioty - kawałek rzymskiego pilastra, bezgłowy posążek z brązu, splątany różaniec - pokryte grubą warstwą brudu. Całe wnętrze kontrastuje mocno z jego mieszkańcem, który chodzi wymuskany niczym uosobienie czystej precyzji, jaką szczyci się w swoich pracach.
Tassi wraca, ubrany w koszulę, z włosami gładko zaczesanymi do tyłu. Za nim drepcze kobieta przecierająca oczy pięściami. Tassi wygania ją do sypialni, nie zadając sobie trudu, żeby ją przedstawić. Francesco podąża za nią wzrokiem. To jedna z tych kobiet.
Gospodarz proponuje, żeby usiedli, zdejmuje z krzeseł ubrania i ciska je na bok.
- Musicie mi wybaczyć stan tego mieszkania. Służąca musiała odejść, a nie miałem czasu, żeby szukać następnej. Sami wiecie, jaki jestem zajęty. Ledwo mam czas przyłożyć głowę do poduszki. - Rzuca gościom zwodniczo czarujący uśmiech. - Nie znacie przypadkiem kogoś?
- Co? Służącej? - Orazio jest zaskoczony jego przyjacielskim zachowaniem. Ale Tassi oczywiście jeszcze nie wie, po co tu przyszli. - Mogę się rozpytać. Może Zita kogoś zna.
- Ach, ta twoja piękna Zita! Dobrze się miewa?
- Ona nie jest moją Zitą!
- No tak - mówi Tassi niezwykle jak na siebie przepraszającym tonem, co dodaje Oraziowi pewności siebie przed zbliżającą się konfrontacją.
Gospodarz podchodzi do kredensu, wyjmuje z niego wino oraz trzy zakurzone naczynia i wyciera je połą koszuli. Orazia cieszy widok trunku; zastanawiał się, czy sprosta temu zadaniu o suchym pysku.
Tassi kroi kilka kawałków sera i trzepnięciem serwetki odgania muszki znad winogron.
- No dobrze, czemu zawdzięczam zaszczyt goszczenia was o tak niecodziennej porze? - Odgryza kawałek sera, smakuje go z zamkniętymi oczami, mamrocze, jaki jest pyszny, po czym podsuwa talerz w kierunku Francesca.
Chłopak nie posiada się z wściekłości. Orazio nigdy dotąd nie widział syna tak rozgniewanego. Musiał go powstrzymywać, żeby nie wziął sprawy w swoje ręce. Kiedy tu szli, Francesco odgrażał się, że stłucze łajdaka na kwaśne jabłko za zhańbienie siostry. Jest dobrze zbudowany jak na czternastolatka, ale z pewnością nie dałby rady mężczyźnie o tak onieśmielającej posturze jak Tassi.
Poza tym Orazio woli rozwiązania dyplomatyczne. Starał się przekonać chłopaka, że sytuacja może się jeszcze obrócić na ich korzyść.
- Przyszedłem porozmawiać o mojej córce. - Obserwuje Tassiego, któremu nawet jeden mięsień nie drga na twarzy. - O Artemisii - dodaje niepotrzebnie.
- Rozumiem. - Tassi wygląda już nieco mniej radośnie.
- Czy jest coś, co chciałbyś mi powiedzieć? Wyznać?
- O twojej córce? Raczej nie. Poza tym, że ma ogromny talent. - Tassi pociąga łyk wina i ociera usta grzbietem dłoni. - Szkoda, że jest dziewczyną.
- Czy muszę to powiedzieć za ciebie? - Orazio powściąga irytację; wie, że Tassi próbuje go przechytrzyć.
- Doprawdy nie wiem...
- Pozbawiłeś ją cnoty, a tym samym zszargałeś dobre imię mojej rodziny. - Orazio wali pięścią w stół, żeby podkreślić oburzenie. - Żądam zadośćuczynienia. - Przerywa, czeka, aż Tassi się odezwie, lecz ten milczy. - W przeciwnym razie oskarżę cię o przestępstwo.
Przygotowuje się do wyciągnięcia zakrwawionej chusteczki w charakterze dowodu, ale nie ma takiej potrzeby. Obserwuje, jak na twarzy jego adwersarza wykwita krzywy uśmiech.
- Przyznaję się do winy! - Rysów Tassiego nie przyćmiewa nawet cień skruchy. - Chętnie się z nią ożenię, jeśli sobie tego życzysz.
Orazio jest zaskoczony tą uległością, wręcz skwapliwością zadośćuczynienia. Spodziewał się, że Tassi zaprotestuje, że powoła się na swoje koneksje, przypomni, że szuka lepszej partii.
- Tak, tego sobie życzę. - Bacznie mu się przygląda, próbując się upewnić, czy to nie wybieg, czy zza arrasu nie wyłoni się za chwilę Quorli zaśmiewający się z żartu. - Weźmiesz ją bez posagu.
- Tak przypuszczałem. - Tassi wyciąga rękę, by przypieczętować umowę.
Wyciągając swoją, Orazio nadal spodziewa się podstępu.
Ale nie. Ściskają sobie dłonie. Uścisk Tassiego jest mocny i suchy. Zdejmuje z małego palca pierścień z dużym zielonym kamieniem, jadeitem lub agatem, i jego wyrytymi inicjałami.
- Dla mojej przyszłej panny młodej.
Orazio bierze pierścień.
- Będę rad, mogąc nazywać cię synem. - Nadal nie może się otrząsnąć z niedowierzania, że negocjacje potoczyły się tak gładko. - Chcę przypieczętować ten związek najszybciej, jak to możliwe.
- Tak, tak. Za kilka dni muszę na jakiś czas wyjechać z Rzymu. - Tassi wydaje się bardzo z siebie zadowolony. - Muszę dokończyć we Florencji zaległe zlecenie od Medyceuszy. Ślub może się odbyć jesienią, gdy tylko wrócę do Rzymu, jeśli ci to odpowiada.
Wspominał wcześniej o zleceniu od Medyceuszy, co wzbudziło niemałą zazdrość Orazia. Kiedy jego córka wyjdzie za człowieka z takimi koneksjami, może i jemu trafi się zamówienie od tej prześwietnej rodziny. Powoli, kiedy napięcie mija, ogarnia go euforia. Chciałby tylko, żeby Francesco nie łypał na Tassiego tak złowrogo, skoro doszli do porozumienia. Ale z czasem chłopak ochłonie. Wszyscy z czasem ochłoną.
- Jeśli można, chciałbym złożyć narzeczonej wizytę - mówi Tassi z powagą. - Sformalizować nasze zaręczyny. Uklęknąć i poprosić ją o rękę, jak należy. Opowiedzieć jej o życiu, które ją czeka.
21
Zaręczyny
Artemisia miesza pigmenty, usiłując uzyskać odpowiedni odcień czerwieni na krew Holofernesa. Z niechęcią przypomina sobie Judytę Merisiego w Palazzo Conscente - te absurdalnie wyzywające piersi i jaskrawy strumień tryskającej krwi, zbyt jaskrawy - jak wachlarz w kolorze radości i truskawek. Prawdziwe zabójstwo jest znacznie bardziej ponure, brudne, brutalne. To nie jest kolor do jej płótna.
Ma w głowie ukończony obraz, głęboko wyryty, wizję, która spłynęła na nią tuż po gwałcie Tassiego. Artemisia potrzebowała tylko modeli - Francesca w charakterze leżącego na wznak Holofernesa, Giulia w roli służącej i jako Judyty Zity wymachującej miotłą zamiast miecza. Poza tym wszystko wylewa się z Artemisii, jakby płynęło z głębokiego, nieprzebranego źródła.
Rozprasza ją Zita, która sprzątając po dzieciach, robi mnóstwo zamieszania. Dziewczyna przerywa, niezadowolona z efektu. Nie potrafi odtworzyć gęstych, krzepnących odcieni, które widzi w wyobraźni. Już prawie uchwyciła trzy postacie: Judytę z obojętnym wzrokiem, w jednej ręce dzierżącą broń, a drugą przyciskającą skazanego mężczyznę do łóżka; poważną, skupioną służącą; Holofernesa chwytającego ogromną dłonią suknię pod jej szyją w beznadziejnej próbie oporu.
Merisi namalował na twarzy Holofernesa grymas niemego krzyku przerażenia w momencie zrozumienia, kiedy miecz szybko i skutecznie rozcina mu gardło, natomiast ostrze Artemisii wchodzi w ciało z okrutną powolnością, rozlewając krew na pościel. To nie będzie szybka, litościwa egzekucja; twarz Holofernesa wyraża rozpacz i grozę długiej i bolesnej śmierci. Poderżnięcie mieczem gardła dorosłemu mężczyźnie nie może był łatwym zadaniem. Nawet zabicie kurczęcia wymaga brutalnej siły tasaka.
Kiedy Artemisia myje pędzle, wchodzi Francesco i oznajmia, że przyszedł Tassi.
- Jest na dole. - Wskazuje podłogę, tłumiąc spiętrzony gniew, aż drgają mu mięśnie szczęki. - Rozmawia z ojcem.
Dziewczyna idzie po schodach powoli, niczym kobieta wstępująca na szafot. Pierwsze, co widzi, kiedy na dole wyłania się z półmroku, to odrażająco triumfalny wyraz na twarzy ojca. Orazio mierzy ją wzrokiem, niezadowolony, że nie zadała sobie nawet trudu, żeby zdjąć brudny fartuch malarski albo uczesać włosy, których nieposkromione kosmyki sterczą na wszystkie strony, upodabniając ją do Meduzy.
Obok ojca stoi Tassi. Przed oczami Artemisii przebiegają te same uporczywe obrazy: jego wykrzywiony uśmiech, jego brutalna siła. Robi jej się słabo, z trudem łapie oddech; przypomina sobie obraz na sztaludze w jej pokoju i czerpie z niego siłę, żeby spojrzeć prześladowcy w oczy. Są zielone jak trucizna, nakrapiane ochrą. Wiele kobiet uległo tym oczom. Ale nie ona. Ona wie, że kryje się w nich pustka.
- Dzień dobry, signor Tassi. Jak rozumiem, przyszedłeś prosić mnie o rękę - mówi zimno, beznamiętnie.
Tassi się uśmiecha. Ten uśmiech też podoba się kobietom.
Orazio krząta się po pracowni: nalewa wina, proponuje toast. Kiedy wznoszą kielichy, Artemisia nie patrzy w oczy żadnemu z nich. To przynosi pecha, ale jej to nie obchodzi. Jest i bez tego wystarczająco nieszczęśliwa.
W dodatku musi uczestniczyć w tej farsie. Gdy pozwala Tassiemu ująć jej dłoń, zauważa czerwoną farbę za swoimi paznokciami. Wygląda, jakby wróciła z rzeźni.
- Dłonie artystki - mówi Tassi. - Nie nosisz mojego pierścionka. Mam nadzieję, że go dostałaś. Może był zbyt duży, więc powiesiłaś go na łańcuszku...
- Dostałam go, dziękuję. - Chętnie by mu powiedziała, że prędzej odetnie sobie palec, niż założy pierścionek z jego inicjałami, lecz zamiast tego obdarza go sztywnym, nieszczerym uśmiechem.
- Każę zrobić dla ciebie inny, jeśli wolisz. Razem odwiedzimy złotnika. Wybierzesz sobie kamień.
- Wystarczy zwykła obrączka, żeby mi nie przeszkadzała przy malowaniu.
Tassi jest wyraźnie rozczarowany jej odpowiedzią. Wolałby, żeby skłamała i pozwoliła mu snuć fantazje o prawdziwych konkurach.
- Czy uczynisz mi honor i zostaniesz moją żoną?
Artemisia odpowiada skinieniem głowy i zdawkowym mruknięciem.
- Teraz jesteś moja - mówi Tassi, znów obdarzając ją uśmiechem.
Czyżby zapomniał, że wypowiedział te słowa tuż po tym, jak ją zgwałcił? Może powtórzył je celowo. Robi jej się niedobrze, z trudem zachowuje zimną krew.
- Teraz mogę cię nazywać synem. - Ściskając dłoń przyszłego zięcia, Orazio wygląda tak, jakby miał wybuchnąć z radości.
Tylko Artemisia zauważa miażdżące spojrzenie, jakim obdarza go Tassi.
Po zaręczynach Tassi odwiedza dom na via della Croce jeszcze kilka razy, czasem w towarzystwie Quorliego, czasem sam, jakby miał prawo przychodzić i odchodzić, kiedy mu się podoba. Odrywają Artemisię od malowania, żeby z nim siedziała, podczas gdy ojciec papla wesołkowato. Zita krąży w pobliżu, obserwując go i nie ukrywając nienawiści.
Tassi oznajmia Artemisii, że pragnie ją widywać jak najczęściej przed wyjazdem do Florencji; przechwala się zleceniem od Medyceuszy. Dziewczyna odlicza dni do jego wyjazdu, kiedy będzie mogła w końcu skupić się na Judycie i przynajmniej udawać, że jest wolna.
Na dzień przed wyjazdem Tassi zjawia się jak zwykle i woła z parteru, lecz nikt mu nie odpowiada. Zita poszła do spowiedzi, uprzedziła o tym Artemisię. Ale gdzie są pozostali? Musieli wyjść, kiedy była pochłonięta malowaniem. Teraz, po zaręczynach, zapomnieli o chronieniu jej cnoty.
Dziewczyna słyszy, jak woła ją po imieniu, po czym wchodzi na schody. Tak jak poprzednio. Serce podchodzi jej do gardła. Wpada w panikę.
Nie ma się gdzie ukryć.
Tassi jest już w korytarzu.
Musi mu kiedyś stawić czoło sam na sam i zaczerpnąć z tego siłę. Odebrał jej już wszystko, co mógł. Patrzy na jego zarzynanego sobowtóra, zapisuje ten obraz w pamięci, zasłania płótno, po czym woła:
- Tu jestem!
Skoro mają się spotkać, to ona narzuci warunki.
Drzwi się otwierają. Czuje jego zapach, jeszcze zanim Tassi przekracza próg pokoju. Ogarniają ją nudności. Próbuje głęboko oddychać, uspokoić się, stłumić wspomnienia, zamknąć je w skrzyni i wcisnąć w głęboki, ciemny kąt.
Tassi stoi przed nią w tym samym dublecie koloru indygo. Artemisia do tej pory czuje na twarzy jego mankiet.
Nie myśl o tamtym, nakazuje sobie.
Wspomnienie ulatuje, a ona zastanawia się, jak mogłaby odtworzyć ten kolor: smalt jako baza, gęsta czerń ze spalonej pestki brzoskwini oraz szczypta karmazynu, żeby nadać ciepły odcień. Barwa dwudniowego sińca. Jeśli sprowadzi świat do kolorów, to da sobie radę.
- Nad czym pracujesz? - Tassi wskazuje głową zasłonięte płótno.
- Nad Judytą - odpowiada ogólnikowo dziewczyna. Na pewno dojdzie do wniosku, że obraz przedstawia dwie kobiety uciekające z obozu Asyryjczyków, a nie moment zabójstwa. Przechodzi ją radosny dreszczyk na myśl o tym sekretnym zwycięstwie. Pokonała Tassiego pędzlem; wyobraża sobie jego reakcję, gdyby zobaczył siebie zarzynanego na łóżku. - Zanim zadasz pytanie: nie, obraz nie jest jeszcze gotowy do prezentacji.
- Odważna kobieta... Judyta. Bardzo chciałbym go zobaczyć, kiedy uznasz to za stosowne. Wiesz, jak podziwiam twoją twórczość.
- Nie musisz mi pochlebiać. Twoja opinia nie ma dla mnie znaczenia.
Wpatruje się w nią. Już widziała ten pożądliwy wzrok. Z trwogi ciarki przebiegają jej po plecach niczym znak ostrzegawczy. Musi znaleźć jakiś sposób, by zapanować nad sytuacją.
- Chociaż - zmusza się do uśmiechu - nie wiem, dlaczego nie miałbyś go zobaczyć od razu - mówi lekkim tonem, ale z ciężkim sercem.
Cała jego uwaga zwraca się teraz w stronę sztalugi. Artemisia zyskała małą przewagę. Ostrożnie zdejmuje zasłonę i patrzy, jak Tassi rozpoznaje siebie w szponach przerażenia na namalowanym łóżku. Próbuje coś powiedzieć, ale nie jest w stanie. Jakby uszły z niego wszystkie siły. Brakuje mu słów.
Trochę przypomina jej ojca: jest bezradny, kiedy nie okazuje mu się strachu. Nauczyła się już w dzieciństwie, że nie da się walczyć z tyranem. Żeby sobie z nim poradzić, trzeba zachowywać się w sposób, którego się najmniej spodziewa.
To nie ma nic wspólnego z pożądaniem, zdaje sobie sprawę. Tu chodzi o władzę.
Tassi chwyta ją nagle w ramiona. Artemisia może się tylko poddać. Jeśli będzie walczyć, pogorszy sytuację. Sadza ją na małej kanapie w rogu. To dobrze, że nie zabrał jej do sypialni - nie zniosłaby powrotu na miejsce poprzedniego gwałtu.
Nie myśl o tym.
On coś mówi, gada o swoim pożądaniu.
- Nigdy nie spotkałem takiej kobiety jak ty.
Artemisia nie słucha. Od jego zapachu ją mdli.
Tassi ściąga dublet w kolorze sińców i pochyla się, żeby przyłożyć suche wargi do kącika jej ust. Źrenice ma rozszerzone, przez falujące nozdrza bucha żar.
Grzebie przy sznurówkach, lecz nieposłuszne palce nie potrafią ich rozluźnić; szarpie i rozrywa je, klnąc pod nosem.
Dziewczyna tłumi odruch walki. "Jeszcze bardziej mi się podoba, kiedy się opierasz". Tak powiedział, więc Artemisia nie będzie stawiać oporu. Może posiąść jej ciało. Ale ona nie jest swoim ciałem. Leży na plecach i wpatruje się w okno, gdzie widać rzędy wysychającego prania powiewającego na wietrze. Ich łagodny ruch, jaskrawa biel i zabawa światła z cieniem działają na nią usypiająco, odrywają ją od ciała i unoszą w nieskończone niebo.
Tassi klęka nad nią; jest zwiotczały. Rumieni się ze wstydu; czerwone plamy występują na policzki, szyję, aż po owłosioną pierś.
Kładzie dłoń na jej piersi i zaczyna ugniatać niczym kawał ciasta. To nie jest jej pierś. Drugą dłonią Tassi próbuje ożywić bezwładnego kutasa. Pociera go z desperacją, płonąc z upokorzenia. Artemisia szybuje w powietrzu pośród tańczącego światła, tylko na wpół świadoma, co się dzieje w pokoju, na wpół świadoma swojego pustego ciała.
- To mi się nigdy przedtem nie przytrafiło. - Zrezygnowany, opada na brzeg kanapy.
Prawdopodobnie czeka, aż go zapewni, że to nic wielkiego, że to nie ma znaczenia, i ugłaska jego poturbowaną dumę. Artemisia zna kruchość męskiej próżności. To kolejna lekcja, którą zaczerpnęła od ojca.
- Widać podnieca cię przemoc - mówi.
Tassi się krzywi. W jego oczach znowu pojawia się ten błysk.
- Zachowałeś się jak zwierzę. Wyobraź sobie, co by powiedziała twoja matka, gdyby zobaczyła, jak mnie potraktowałeś. Wstydziłaby się za własnego syna.
Tassi bierze urywany oddech i Artemisia wie, że dotknęła czułej struny. Mężczyźni nie chcą, by ich matki wiedziały, jakie potwory nosiły w łonie.
Nagle podrywa się na nogi, z cichym gardłowym okrzykiem uderza pięścią w ścianę i natychmiast zwija się z bólu. Od ściany odrywa się fragment tynku i wraz z kaskadą pyłu spada na podłogę.
Tassi ubiera się, patrząc na obraz z udręką na twarzy.
- Nadal nie wypowiedziałeś swojej opinii.
- Myślę... Myślę... - W końcu bierze się nieco w garść; odrywa wzrok od postaci leżącej na zakrwawionym łóżku. - To dla mnie zaszczyt, że tak uzdolniona dziewczyna zgodziła się zostać moją żoną.
Artemisia podchodzi do niego blisko i szepcze:
- Zgodziłam się za ciebie wyjść, ale nigdy nie będę twoja.
Po tych słowach ulatuje z niego resztka zuchwałości. Przechyla pytająco głowę, jak gdyby nie rozumiał, jakby zasady się zmieniły i nikt go o tym nie poinformował. Zaczyna coś mówić, lecz po chwili milknie, jakby się rozmyślił.
- Chciałabym teraz wrócić do pracy - mówi Artemisia grzecznie, ale stanowczo. - Wybacz, że nie odprowadzę cię do drzwi.
Tassi wychodzi kompletnie zdruzgotany.
Dziewczyna czuje się ociężała i bezwładna jak blok granitu.
22
Karminowa czerwień
Ten mężczyzna - Zita nawet w myślach nie wypowiada jego imienia - odwiedzał ich pracownię kilkakrotnie, zanim wyjechał do Florencji. Artemisia ani razu nie straciła zimnej krwi. Zita z udawanym uśmiechem pluła do naczynia, w którym podawała mu wino - ta drobna zemsta poprawia jej samopoczucie.
Czujnie stała na straży, ale raz przyszedł, kiedy dom był pusty. Artemisia nie protestowała; nie powiedziała ani słowem, co się wydarzyło, kiedy została z nim sama. Ale Zita wie. Przyszedł po to, co mu się należy albo wkrótce, gdy tylko złożą przysięgę przed księdzem, będzie się należało. Mają wziąć ślub jesienią.
- Może do tej pory umrę na gorączkę - powiedziała raz dziewczyna, wybuchając śmiechem, lecz szybko się urwał.
W domu wszyscy się duszą, atmosfera jest napięta jak powietrze przed burzą. Artemisia prawie się nie odzywa, Francescowi aż się kurzy z głowy od tłumionego gniewu. Giulio bierze stronę brata, na którym się zawsze wzorował. Najczęściej przesiadują na ulicy przed domem, jakby chcieli być zawsze pod ręką, żeby chronić siostrę, gdyby tego potrzebowała. Rodzeństwo przestało ze sobą rywalizować, zwarło szyki przeciw ojcu.
Francesco zaczął palić. Chyba uważa, że dodaje mu to powagi, ale to nieprawda. Wygląda jak chłopiec z fajką. Orazio pije bez umiaru, ale zamiast wybuchać gniewem, użala się nad sobą. Zita nie ma dla niego za grosz współczucia. Siedzi zmarniały w ciemnym kącie i nic nie robi, jakby zamienił się w ducha.
Świadomość, że całe to nieszczęście zaczęło się od niej, ciąży Zicie jak kamień. Przeklina w duchu swoje lepkie palce. Gdyby nie ukradła krzyżyka, Orazio nie miałby jej czym zaszantażować, nie zakazałby jej pozostać w pokoju, kiedy przyszedł Tassi, i Artemisia zachowałaby cnotę. Pierwszy niegodny czyn Zity zapoczątkował pozostałe.
W końcu wyznała na spowiedzi swój grzech, lecz nawet sto tysięcy zdrowasiek nie zmniejszy brzemienia jej wstydu. "Ojcze, zgrzeszyłam. Ukradłam cenny przedmiot". Nie miała odwagi wyznać więcej. "Musisz go zwrócić, moje dziecko, i wynagrodzić właścicielowi krzywdę", powiedział spowiednik. Zita nie może zwrócić czegoś, czego nie ma. Nie wie, co się stało z krzyżykiem; przypuszcza, że nadal ma go Orazio.
Spytała Giulia, jak to się stało, że wpadł w ręce jego ojca.
- To nie moja wina - odparł chłopiec. - Wyciągnął go ode mnie.
W ściągniętych ustach i nerwowym, uciekającym wzroku chłopca Zita widzi resztki strachu, które musiał wtedy czuć.
- Wiem, że to nie twoja wina, Giu-giu. Nie mam do ciebie pretensji.
Nawet ją Orazio często przeraża, a dziewięcioletniemu chłopcu musi się wydawać potworem.
Zita wierzy, że jeśli uda jej się znaleźć krzyżyk i go zwrócić, Bóg jej wybaczy i wszystko znowu będzie dobrze. Przeszukała cały dom poza sypialnią Orazia, którą on zawsze zamyka na klucz. Naiwnie ma nadzieję, że może znalazł sposób, żeby zwrócić go właścicielowi. Zastanawia się, czy w takim wypadku również może uzyskać odpuszczenie grzechu, skoro nie miała szansy poprosić właściciela o wybaczenie. Przez to wszystko ma ogromny zamęt w głowie.
Artemisia odcina się od świata; całymi dniami maluje, jakby od tego zależało jej życie. Zita nie potrafi znaleźć z nią porozumienia. Cieszy się, że dzieci przysparzają jej ciągłych zajęć: przygotować posiłki, uspokoić napady złości, zaśpiewać kołysankę, ucałować siniaki i skaleczenia... Dzięki tym drobnym codziennym czynnościom nie popada w kompletne przygnębienie.
Od czasu do czasu Orazio wyrywa się z pijackiego zamroczenia i opowiada o zbliżającym się zamążpójściu córki. Nikt nie zwraca na niego uwagi, a Artemisia oświadczyła, że nie obchodzi jej, gdzie i jak odbędzie się jej ślub.
Jeszcze bardziej niż zwykle Zita tęskni za mężem. Da jej kolejne dziecko, które będzie mogła kochać, i życie znowu stanie się proste. Od miesięcy nie ma jednak od niego wieści, zresztą od początku nie spodziewała się jego powrotu przed końcem roku. Jest skazana na ten dom i tę rodzinę tak samo jak oni wszyscy.
Z Florencji przychodzi paczuszka. Artemisia przypuszcza, że to kolejny podarunek od Tassiego. Przysłał już kilka: kolczyki z perłami, chociaż nie przekłuła sobie uszu, naczynie ze szkła weneckiego, które przyszło stłuczone, jedwab na suknię z rodzaju tych, których nie znosi. Jak mało ją zna ten człowiek, skoro sądzi, że zdoła wyprosić u niej przebaczenie bezużytecznymi kosztownościami.
Przed wyjazdem powiedział jej, że nigdy nie czuł do żadnej kobiety tego, co czuje do niej. Mówił o miłości. Miała ochotę roześmiać mu się w twarz. Nawet ona, choć niewiele wie o tych rzeczach, zdaje sobie sprawę, że jego "miłość" ma źródło w tym, że ona go odrzuciła. Każdy przysłany podarunek przypomina jej o tym, co ją czeka: jej artystyczne zdolności, jej natchnienie pójdą w kąt, kiedy spadną na nią nieuniknione małżeńskie obowiązki wobec człowieka, którego nienawidzi.
Nie otwiera ostatniej paczuszki przez wiele dni.
Maluje, a kiedy nie maluje, wychodzi, dokąd chce i kiedy jej się podoba. Od czasu do czasu ojciec próbuje ją zatrzymać.
- Co ludzie pomyślą? - pyta.
Artemisia nie odpowiada, chociaż kusi ją, żeby go zapytać, co by ludzie pomyśleli, gdyby im zrelacjonowała jego udział w całej historii. Ojciec zamyka drzwi, żeby jej nie wypuścić, lecz gdy tylko się upija, dziewczyna wykrada mu klucz i wychodzi.
Chodzi sama po mieście, chłonie widoki, karmi swoją wyobraźnię: wyraz czyjejś twarzy, osobliwa gra cieni, szaroniebieskie drganie zmierzchu, chwila, gdy cały Rzym zamiera w bezruchu na odgłos dzwonów wzywających na modlitwę. Kolekcjonuje te wszystkie wrażenia, żeby je później odtworzyć.
Pewnego ranka spostrzega kręcącego się wokół pracowni Nicol? Bendina. Chłopak patrzy na nią przepełnionymi jadem malutkimi oczkami. Źle przyjął zwolnienie z pracy, a należy do ludzi, którzy przez długi czas chowają urazę. Udaje, że nie słyszy, kiedy Artemisia go pozdrawia.
Schodzi nad rzekę, gdzie kobiety piorą pościel i ubrania. Zatrzymuje się, żeby popatrzeć. Mocnymi ramionami uderzają tkaninami o płaskie kamienie i wzbijają w powietrze tęczową mgiełkę. Przy pracy śmieją się i śpiewają. Łączy je kobieca więź, której Artemisia nie rozumie. Myśli o Zicie i robi jej się żal biedaczki. Marzy o przyjaciółce, z którą mogłaby poplotkować. Lecz nie o tym, co ktoś powiedział o kimś.
W drodze do domu, gdy mija sklep bławatny, przystaje, żeby popatrzeć na bele rozwiniętych tkanin wystawione do obejrzenia. Brokaty i aksamity, szpule nici i wstążek tworzą czarowną feerię barw. Wszystko, co Artemisia widzi, przechowuje na przyszłość.
Przechodząc obok rzeźnika z wywieszonymi girlandami szynek i kiełbas, zatrzymuje się, żeby kupić mięso do domu. Przez uchylone drzwi dochodzi z podwórza przeraźliwy kwik: dwaj mężczyźni zabijają świnię. Artemisia patrzy jak zauroczona na krew tryskającą z poderżniętego gardła. Nagle na widok jaskrawych plam czerwieni na białych fartuchach rzeźników zaczyna jej się kręcić w głowie; robi jej się czarno przed oczami, jakby patrzyła na słońce i straciła zdolność widzenia.
- Signorina? - Męski głos odrywa jej uwagę od sceny na podwórzu. - Źle się panienka czuje? Chce panienka usiąść?
Mężczyzna przynosi stołek i podaje jej chłodną wodę do wypicia.
- Nie powinna panienka patrzeć na takie rzeczy.
Artemisia odzyskuje głos i dziękuje. Mężczyzna zauważa, że wygląda nieco lepiej.
- No, odzyskuje panienka kolory.
- Nie wiem, co mnie naszło.
- Może posłać po kogoś, żeby po panienkę przyszedł?
Dziewczyna odpowiada, że nie trzeba.
Kiedy odchodzi, słyszy za plecami, jak mężczyźni o niej rozmawiają.
- To córka Gentileschiego...
Oddala się czym prędzej, żeby nie słyszeć ich komentarzy. Jest zepsutym owocem, więc czy to nie łut szczęścia, że taki prawy i ustosunkowany człowiek jak Tassi jest gotowy ją poślubić? Wie, że tak właśnie o niej mówią. Nieważne, nie obchodzi jej to.
Owoc może zostać skalany tylko raz i ta świadomość daje poczucie wolności. Okazuje się, że Artemisia nie tęskni za tą bezcenną cnotą, której tak pilnie strzeżono. Spostrzega znowu Bendina, opartego o mur naprzeciwko rzeźnika. Chłopak udaje, że jej nie zauważa, a ona zastanawia się, czy jej nie śledził.
W pracowni panuje martwy bezruch. Orazio śpi na krześle, z głową opadniętą na bok i otwartymi ustami. Strużka cieknącej śliny mieni się w smudze światła, jakby jadł perły na obiad. Dziewczyna przez jakiś czas go obserwuje. Ojciec wygląda dziwnie; ma bladą, prawie żółtą cerę i siedzi tak nieruchomo... Zbyt nieruchomo. Artemisia przygląda się żebrom i ustom - nigdzie ani śladu oddechu.
Jej myśli podnoszą larum, ściska ją w piersi. Ale nie potrafi uciszyć cichutkiego westchnienia ulgi, która tli się gdzieś głęboko w jej duszy. Co z niej za córka, żeby poczuć ulgę w takiej chwili? Gdzie jej rozpacz?
Nie wie, co robić, kogo wezwać na pomoc. Może pobiec do Stiatessich, zawołać z góry Zitę, krzyknąć na sąsiadów. Ktoś będzie wiedział.
Nic nie robi; wydaje jej się, że wyśliznęła się z ciała i patrzy z góry na siebie, na ojca.
Czas zastygł.
Próbuje zawołać Zitę, ale nie może wydobyć z siebie głosu. Tkwi w pułapce sprzecznych myśli i uczuć: narysować go węglem, modlić się o jego duszę, płakać gorącymi łzami?
Podchodzi bliżej. Czuje od niego smród alkoholu. Ojciec ma skórę pomarszczoną jak orzech włoski, nakrapianą plamami wątrobowymi. Jego dłonie są wielkie i sękate, pierścień prawie stopił się z palcem.
Artemisia dotyka swojej twarzy pod okiem, gdzie do dziś widać białą bliznę. Wyobraża sobie, jak będzie wyglądało życie bez niego. Czy uda jej się wywikłać z obietnicy małżeństwa? Wstrząśnięta, uświadamia sobie, że w takiej chwili myśli o sobie, a nie o ojcu.
Wtedy zauważa bardzo delikatny ruch w jego klatce piersiowej i ma uczucie, jakby ją wywiódł w pole, udając, że umarł. Z dalekiej przeszłości wraca do niej mgliste wspomnienie. Tonie w objęciach mamy i słyszy słowa Merisiego: "Dotrzeć do jądra prawdy o tym, co znaczy odebrać życie". Przez mgnienie oka widzi w wyobraźni, jak zatyka ojcu usta i nos szmatką do farb i przytrzymuje ją, dopóki nie uchodzi z niego życie.
Przeraża ją, że potrafi w ogóle myśleć o czymś takim.
Nagle Orazio ze stęknięciem otwiera oczy i przestraszona dziewczyna odskakuje. Ojciec patrzy na nią ostro.
- Co ty tu robisz? Próbujesz mi się dobrać do kieszeni?
- Nie. - Artemisia odsuwa się jeszcze bardziej, na wypadek gdyby chciał ją uderzyć. - Myślałam, że... - Nie może mu powiedzieć, co myślała. Z ukłuciem sumienia zastanawia się, czy to nie było myślenie życzeniowe. Tak naprawdę nie chce, żeby umarł, tylko żeby się zmienił. Lecz może gdyby on się zmienił, ona też nie byłaby sobą.
Orazio, przytrzymując się stołu, z głośnym stęknięciem dźwiga się na nogi, po czym znika w półmroku schodów. Rozlega się odgłos ciężkich kroków na stopniach, a po chwili z góry dochodzi głuche łupnięcie materaca.
Artemisia siada na krześle ojca. Ogarnia ją dziwny lęk, próbuje zapanować nad swoimi myślami, stara się nie myśleć o tej okropnej rzeczy, którą sobie wyobrażała. Przypomina jej się zarzynane zwierzę, jego mrożące krew w żyłach kwiczenie, a potem skąpany we krwi wizerunek Beatrice Cenci wyłaniający się z mrocznej przeszłości. "Niech się nauczy, co grozi dziewczętom, które nie słuchają ojców". Nie powinna odwracać wzroku od ciemności.
Z siłą, której nie potrafi się oprzeć, podrywa ją z krzesła potrzeba malowania. Zdejmuje zasłonę i przechodzi ją radosny dreszcz na widok jej własnej pracy. Postacie wyłaniające się z ciemności, światło padające na nie z jednego kierunku. Myśli Artemisii biegną do rysunku, na którym ona jako dziecko siedzi w ciemności pod schodami i podsłuchuje; potem do innych obrazów. Do Świętego Pawła w kaplicy, gdzie leży jej mama; święty leży na plecach, czubkiem głowy skierowanym do obserwatora. Jej wizerunek Holofernesa jest echem tych wszystkich prac. W tej chwili Artemisia pojmuje, że wchłonęła w siebie lekcje mistrzów. Z absolutną jasnością widzi, jak dzieła sztuki przemawiają do siebie na przestrzeni czasu. Jej malarstwo jest również częścią tego dialogu.
Ale kolor krwi nie wygląda na całkiem prawdziwy.
Nadal trochę oszołomiona, miesza przy stole farby, przypominając sobie scenę u rzeźnika. Nie może znaleźć pigmentu, który odtworzyłby to, co widziała. W końcu przyznaje się do porażki i w tym samym momencie jej wzrok pada na plamę koloru na paczuszce, która przyszła kilka dni temu z Florencji i nadal czeka na otwarcie.
Otwiera ją. Spod warstw opakowania nie wyłania się żadne cenne, bezużyteczne cacko, którego się spodziewała, ale zamknięty słój owinięty szpagatem i zapieczętowany woskiem. Artemisia obraca go w dłoniach. Ma przyjemny kształt i ciężar, ale to nie ozdoba, lecz zwykły gliniany pojemnik. Dziewczyna grzebie w opakowaniu i wtedy ze środka wypada liścik. Nie umie przeczytać krótkich bazgrołów, ale rozpoznaje podpis. Paczuszka nie przyszła od Tassiego, tylko od Piera.
Artemisia zdziera woskową pieczęć, zdejmuje sznurek i wyjmuje korek. W nozdrza uderza ją charakterystyczny zapach pigmentu. Zanurza palec, po czym wyjmuje koniuszek zabarwiony karminową czerwienią. Podniecona, wsypuje niedużą ilość do moździerza i dodając po kropli oleju lnianego, cierpliwie miesza, dopóki oba składniki nie połączą się w jednorodną pastę. Z wolna kolor nabiera głębi, intensywności i połysku.
Kiedy Artemisia nakłada farbę na płótno, ma wrażenie, że dzięki jakiejś niewidzialnej sile Piero wie, czego ona potrzebuje. Chociaż przyjaciel znajduje się daleko, Artemisia ma wrażenie, że jest tuż obok i obserwuje jej pracę, z dnia na dzień nabierającą kształtów. Jakby łączyła ich nierozerwalna więź zadzierzgnięta na kole Fortuny.
Delikatnie nakłada na płótno kolejne warstwy farby, miesza je, gdzieniegdzie dodaje ciemniejsze tony, w innych miejscach rozświetla. Nie może wyrzucić z głowy głosu Merisiego: "Dotrzeć do jądra prawdy o tym, co znaczy odebrać życie".
W miarę jak pracuje, świta w niej zrozumienie, że choć pozornie pochłaniało ją szukanie odpowiedniego koloru, to tak naprawdę potrzebowała w tym procesie twórczym czegoś innego. Potrzebowała zmierzyć się z tym uczuciem: morderczym impulsem tkwiącym w głębi każdej ludzkiej istoty - prawdą, co znaczy odebrać życie.
Z wolna obraz nabiera życia, krew z szyi Holofernesa wycieka na płótno. Artemisia słyszy głośny oddech kobiet, czuje zapach ich potu, słyszy rozpaczliwe charczenie ofiary; przenika ją ich odwaga i jego strach, jego groza, groza służącej i Judyty, a potem ulga i euforia zwycięstwa.
Odkłada pędzel. Dzieło jest skończone.
23
Czerń kostna
Cztery miesiące później...
Lato niepostrzeżenie prześliznęło się w jesień. W ulicznych zaułkach zbierają się liście zdmuchnięte przez zimny wiatr. Orazio czuje nadchodzącą zimę. Za miesiąc zacznie się Adwent, ale przedtem, za dziesięć dni, jego córka wyjdzie za mąż. Co za ulga.
Artemisia przestała już nawet maskować niechęć wobec ojca. Unika go, gdy tylko może, odmawia mu pomocy w pracy. Obraz, który malowała przez ostatnie miesiące z tak pochłaniającą ją pasją, stoi skończony przy oknie niczym otwarta rana. Orazio przestawia go w ciemny kąt pracowni, żeby ludzie nie widzieli go z ulicy.
Kiedy po raz pierwszy zauważył w zakrwawionym Holofernesie podobieństwo do przyszłego zięcia, przeszedł go lodowaty dreszcz, zmieszany z zachwytem nad potęgą talentu córki. Dręczy go wzniosła drapieżność jej dzieła, przypomina o jego własnych niedostatkach. Uświadamia mu, że Artemisia wykazuje odwagę, ba, wręcz zuchwałość, oddając się sztuce bez reszty, podczas gdy on zanadto dba o opinie ludzi.
Rozkłada wstępne szkice przygotowane do najnowszego projektu dla kardynała. Kilka razy był w miejscu, gdzie jest wznoszony letni pawilon. Kiedy Tassi wróci do Rzymu, rozpoczną prace nad freskami. Do tego czasu życie Orazia utknęło w martwym punkcie. Córka nadal nie wyszła za mąż, nowa praca czeka w fazie szkiców na arkuszach papieru, a jego finanse balansują na ostrzu noża. Tym razem wynegocjował u Quorliego przyzwoitą stawkę; nie pozwoli, żeby znowu wystrychnęli go na dudka.
Rozmyśla nad swoimi projektami: girlandy kwiatów, pulchne aniołki unoszące się na przyjaznym niebie. Ale aniołki wyszły mu niezgrabne - ich uskrzydlone ciała wyglądają bardziej groteskowo niż uroczo.
Artemisia wpada do pracowni jak wicher.
- Co mój obraz robi w kącie? - Przestawia płótno z powrotem do okna.
- Martwiłem się, że kolory wyblakną.
- Robisz ze mnie idiotkę?
Pod jej piorunującym wzrokiem Orazio aż się kurczy.
- Jak ma się sprzedać, jeśli nikt go nie widzi? - rzuca dziewczyna.
- Ludzie zaczną gadać. Będą się zastanawiać, dlaczego namalowałaś podobiznę Tassiego w takich... Och, wiesz, o czym mówię.
Stara się zachować dyplomatycznie, mówiąc o tym przerażającym wizerunku przyszłego zięcia zarzynanego jak wieprz na Trzech Króli. Najbardziej się obawia, że Tassi się o tym dowie i zerwie zaręczyny. Może potraktować ten obraz jako pretekst do zwolnienia ze zobowiązań matrymonialnych. Orazio nie chce do tego dopuścić.
- Jeśli widzisz w tej postaci Tassiego, to nie było moją intencją - oświadcza Artemisia. - Czerpię twarze z wyobraźni. Wszelkie podobieństwa są przypadkowe. - Krzywi się.
- A co z podobizną Quorliego w twojej Zuzannie? Też była przypadkowa? - Orazio przypomina sobie niespodziewaną wesołość, jaką wzbudziła w Quorlim jego twarz na obrazie, i czeka na kolejną tyradę córki besztającej go za przywłaszczenie sobie jej pracy.
Lecz Artemisia bez słowa odwraca się do niego plecami i zaczyna porządkować słoiki z pigmentami i ustawiać je etykietkami do przodu.
- Chyba nie chcesz go obrazić? - drąży dalej ojciec.
- Quorli się nie obraził. Zapłacił pokaźną sumkę za moją Zuzannę. - Dziewczyna pociera o siebie palce jak lichwiarz.
- Chyba dostrzegasz różnicę. - Orazio nie wie, jak to powiedzieć, żeby nie rozniecić jej gniewu.
Jego córka zmieniła się nie do poznania. Stała się oschła, szorstka, traktuje go z miażdżącą pogardą. Po żywej, ognistej dziewczynie nie zostało ani śladu. Świadomość, jaki był jego udział w tej przemianie, sprawia mu niemal fizyczny ból, jakby ktoś przekręcał ostrze w jego sercu.
- Tassi może wrócić w każdej chwili. Jeśli zobaczy siebie przedstawionego jako ofiarę takiego brutalnego ataku... - Łagodzi głos, żeby jej nie zirytować. - Nie zastanawiałaś się nad tym, żeby zmienić twarz Holofernesa? - pyta błagalnym tonem.
- On już widział to płótno, przed wyjazdem. - Artemisia przeszywa ojca nieprzeniknionym spojrzeniem. - Obraz nie był jeszcze skończony, ale Tassi zrozumiał ogólne przesłanie. - Uśmiecha się do siebie na to wspomnienie.
- I wiedział, że to twoje dzieło? - Orazio próbuje zrozumieć, dlaczego córka miałaby się stawiać w tak niekorzystnym świetle przed narzeczonym.
- Oczywiście. Każdy, kto się choć trochę zna na sztuce, umie odróżnić moją pracę od twojej. Może udało ci się nabrać Quorliego, ale Tassiemu to jedno trzeba przyznać: potrafi ocenić obraz. Quorli to zwykły kardynalski sługus, oceniający sztukę na podstawie ceny.
Orazio jest zdumiony: Artemisia ma absolutną rację. Ale jakim cudem ona to rozumie, wiedząc tak mało o Quorlim?
Zdaje sobie sprawę, że córka go przerasta, że już nie potrafi jej dorównać, a to sprawia, że traci pewność siebie. Znów chwyta go za gardło dręczący strach, że kiedy wyjdzie za mąż, straci ją na dobre.
Patrzy na swoje niezgrabne cherubiny i chowając dumę do kieszeni, postanawia poprosić ją o pomoc.
- Nie wiem, czy poradzę sobie bez ciebie.
Artemisia rzuca mu druzgoczące spojrzenie.
- Spójrz tylko na siebie. Każdy, kto cię nie zna, wziąłby cię za włóczęgę. Bóg wie, ile miesięcy minęło, od kiedy ostatnio byłeś u golibrody, chodzisz w odrażająco brudnym ubraniu, cuchniesz szczynami.
Orazio blednie na ten niewybredny dobór słów, chce upomnieć córkę, ale nie potrafi, zapomina języka w gębie.
- Przez połowę dnia chodzisz zalany w trupa - dodaje dziewczyna. - Nawet Fillide nie chce już na ciebie patrzeć, chociaż jest...
- Kim jest? - Orazio próbuje bez entuzjazmu stanąć w obronie dawnej kochanki.
- Nieważne. - Artemisia zmienia strategię. - Gdzie się podziała twoja godność? Gdybyś mniej pił, może rysowałbyś, jak należy. - Wskazuje szkice.
Jej słowa pieką, ale ma rację. Orazio patrzy po sobie, na swoje wytarte, niechlujne ubranie. Zauważa grubą, czarną plamę wokół mankietu. Aż do tej pory nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo wymazywał rzeczywistość alkoholem. Już zaczyna szukać wymówek, przekonywać, że był po prostu zapracowany, ale to kłamstwo.
- Przestanę - mówi. - Przestanę pić.
Córka podnosi na niego pełen powątpiewania wzrok.
- Mówię poważnie - zapewnia Orazio. - Przestanę. - Naprawdę chce to zrobić.
Artemisia wraca do porządkowania pigmentów. Jej ojciec patrzy na szkice rozłożone na stole. Baraszkujące brzydkie cherubiny naśmiewają się z niego.
Ciszę przerywa pukanie, po czym otwierają się drzwi i do pracowni wchodzi Giovanni, a z nim Piero. Artemisia rzuca się do nich z tak żywiołową radością, jakiej Orazio nie widział u niej od miesięcy. Ściska Piera, nie zważając na dobre obyczaje, wita obu gości, przyciąga krzesła, żeby usiedli, i biegnie do kuchni po coś do jedzenia i picia.
- Co się z tobą dzieje, Orazio? - pyta Giovanni. Z troską przygląda się jego niechlujnemu ubraniu i nieporządnej brodzie. - Gdzie się ukrywałeś? Porzia narzeka, że przestałeś nas odwiedzać.
Mówi z humorem, dobrodusznie i Orazio uprzytamnia sobie, jak bardzo mu brakowało starego przyjaciela.
- Wiem, że rozstałeś się z moim bratankiem w niezgodzie - ciągnie Giovanni. Piero stoi nieco z tyłu. - Ale upłynęło tyle czasu, było, minęło. Chyba nie masz mi za złe, że go ze sobą przyprowadziłem? Byli sobie z Artemisią bliscy jak brat i siostra, dopóki... - Patrzy na Orazia pytająco. - Dopóki nie wydarzyło się to, co się wydarzyło. Szkoda by było, gdyby nie spotkali się jeszcze raz, zanim Artemisia wyjdzie za mąż.
Orazio pamięta tylko gniew, jaki czuł na chłopaka, kiedy kazał mu się wynosić i więcej nie wracać. Zapomniał już, co go do tego sprowokowało. Ma tyle luk w pamięci. Przypomina sobie mętnie, że miało to coś wspólnego z chronieniem reputacji córki. Giovanni ma rację: było, minęło. Bezpowrotnie. Orazio uśmiecha się.
- Tak jak powiedziałeś, wkrótce Artemisia wyjdzie za mąż.
- A to co? - Giovanni wskazuje obraz stojący w oknie. - Czyżby to był powód, dla którego cię nie widywaliśmy? Widzę, że dużo pracowałeś. Jest taki... śmiały. Niepodobny do twoich innych prac. Nic dziwnego, że dostajesz tyle zleceń od kardynała, skoro tworzysz rzeczy tego kalibru.
Orazio zerka w stronę kuchni. Drzwi są przymknięte, córka najwyraźniej nie słyszy ich rozmowy. Orazio zastanawia się, czy wyznać prawdę, kiedy odzywa się Piero, który również z uwagą oglądał obraz.
- To mi bardziej przypomina rękę Arti.
Można się było domyślić, że bystre oczy chłopaka dostrzegą prawdę.
- Niemożliwe. - Giovanni patrzy na przyjaciela i czeka na odpowiedź.
Orazio zastanawia się, czy nie skłamać, ale to za duże ryzyko. Giovanni ze swoim prawniczym zmysłem prawdopodobnie nie da się wywieść w pole.
- Piero ma rację, to jej dzieło. Rozważa jeszcze dokonanie pewnych zmian, szczególnie przy twarzy Holofernesa.
- Nie wiem, po co miałaby to robić. - Giovanni cofa się, żeby spojrzeć na postać z dystansu. - Uważam, że rysy twarzy wyszły perfekcyjnie. Prawda, Piero?
Najwyraźniej nie rozpoznał Tassiego w mężczyźnie broczącym krwią. Oraziowi przebiega przez myśl, czy nie wyobraził sobie tego podobieństwa. W końcu Artemisia powiedziała, że nie miała takich intencji, a przecież wszyscy brodaci mężczyźni są do siebie podobni, zwłaszcza kiedy wrzeszczą z bólu.
Piero zgadza się z wujem, mówi coś o jakości koloru, a Orazio próbuje sobie przypomnieć, kto mu kiedyś powiedział: "Ludzie widzą to, co chcą widzieć". Kto to był? Łamie sobie głowę, sfrustrowany dziurami w swojej pamięci, ciemnymi i pustymi jak czerń kostna.
- Pójdę pomóc Arti - mówi Piero i znika w kuchni.
- Poproś ją, żeby przyniosła nam wino! - woła za nim Orazio.
Teraz sobie przypomina to odrażające malowidło z chłopakiem ubranym w sukienkę Fillide.
Piero zamyka za sobą drzwi. Artemisia się uśmiecha. Wygląda inaczej: sprawia wrażenie bardziej surowej i smutnej. Straciła na wadze. Rękawy wiszą jej wokół nadgarstków, głowa wydaje się za ciężka na szczupłej szyi. W tym domu wydarzyło się coś złego.
- Tak się cieszę, że wróciłeś do Rzymu - mówi dziewczyna, wcale jednak nie wygląda na ucieszoną.
Wydaje się szorstka i ponura. Czyżby to przez zbliżający się ślub? Kiedy włoży na palec obrączkę od Tassiego, ich przyjaźń nie będzie już miała czym oddychać.
- Tęskniłem za tobą. - Piero ma ochotę ją objąć, ale nie potrafi pokonać dzielącej ich niewidzialnej bariery. - Dostałaś ode mnie karminowy pigment?
- Był idealny. Dokładnie taki, jakiego potrzebowałam... Skąd wiedziałeś?
- Wydawało mi się, że jest szczególnie udany. Przypominał mi tę sukienkę... Pamiętasz?
Artemisia uśmiecha się przelotnie, ale to nie rozprasza niezręcznej atmosfery.
- Więc wychodzisz za mąż?
- Na to wygląda. Za niecały tydzień. - Dziewczyna sili się na wesołość. - On jest malarzem, więc będę mogła nadal pracować... Chyba.
- Cieszę się. - Piero wcale się nie cieszy. Nie wyobraża sobie i nigdy nie umiał sobie wyobrazić Artemisii należącej do męża. Nawet malarza. - Wuj mówił, że twój narzeczony odniósł wielki sukces. Podobno pracuje dla Medyceuszy.
- To mojego ojca interesują takie rzeczy. - Artemisia odwraca się i zamyka rozmowę, otwierając drzwi spiżarki. Na chwilę za nimi znika, po czym wraca z bochenkiem chleba i innymi wiktuałami. - On maluje iluzje. Bardzo dobre. Precyzyjne. Ale w jego pracach brakuje emocji.
- Twój ojciec prosił o wino.
Dziewczyna patrzy na niego chłodnym, trochę nieobecnym wzrokiem.
- Doprawdy? Kilka minut temu obiecywał, że przestanie pić. - Wzrusza ramionami i wskazuje butelkę stojącą na półce.
Piero sięga po nią, wyjmuje korek i wącha. Zapach jest nieprzyjemny, zalatujący pleśnią.
- Cienkusz - orzeka chłopak.
- Ojcu to nie przeszkadza.
- Arti, co się dzieje? Nie jesteś sobą.
Artemisia opada na krzesło, opiera łokcie na stole i przytrzymuje dłońmi brodę.
- Jeśli chcesz znać prawdę, to nienawidzę człowieka, którego mam poślubić. - Krzywiąc się, kładzie nacisk na słowo "nienawidzę".
- Myślałem, że... - Sądził, że jest szczęśliwa, a przynajmniej cieszy się, że po ślubie będzie mogła nadal malować, nawet jeśli jej malowanie ograniczy się do "stosownej" tematyki. - I pogodziłaś się z tym?
- Czy się pogodziłam? Nie. Ale nie mam wyboru. - Dziewczyna patrzy przyjacielowi w oczy. - Holofernes na moim obrazie ma jego twarz. To ci może dać wyobrażenie o skali mojej nienawiści. Widziałeś go, prawda? Ten obraz?
Oczy jej błyskają na wspomnienie jej cichego buntu, lecz Piero widzi w nich tylko smutek. Głęboki smutek. Nie mieści mu się w głowie, że artystce o takiej wspaniałej wizji tak brutalnie przytną skrzydła tylko dlatego, że urodziła się kobietą. Myśli o obrazach, których Artemisia nie namaluje, i wydaje mu się to świętokradztwem.
- Tak mi przykro... - Delikatnie kładzie dłoń na jej plecach, lecz ona go odtrąca.
- Nie użalaj się nade mną. - Przeciera dłońmi twarz.
- Jak mógłbym się użalać nad kimś, kto potrafi stworzyć takie dzieło? - Piero zmusza ją, żeby popatrzyła mu w oczy. - Ten obraz jest wspaniały. - Zwykły język nie wystarcza, żeby opisać wpływ, jaki wywarło na nim to płótno, mieszaninę grozy i zachwytu. - Chyba o tym wiesz?
Teraz Artemisia uśmiecha się szczerze.
- To najlepsza rzecz, jaką dotąd namalowałam. Piero... - Chwyta go za rękę i ściska z całej siły. - To było... - Wydaje się, że chce coś powiedzieć; przez chwilę w jej oczach widać czystą udrękę. - To po prostu ze mnie wyszło.
Uśmiech powrócił, ale Piera zaniepokoił ten przelotny wyraz twarzy.
- Chciałbym go komuś pokazać. Zgodzisz się?
- Komu?
- Zwykłemu znajomemu.
- "Zwykłemu znajomemu"? Po tym uśmiechu, który próbujesz ukryć, widzę, że to nie jest "zwykły znajomy".
- Zapomniałem, jak trudno coś przed tobą ukryć.
- To dlatego, że można cię przejrzeć na wskroś jak gazę.
W końcu znika napięcie i Artemisia znowu jest tą samą niepokorną, bezpośrednią dziewczyną, jaką Piero pamięta. Jaki mały wydawał się świat, w którym jej nie było.
- Mój znajomy może znać potencjalnego klienta - dodaje chłopak.
- Klienta? Ale jeszcze nie skończyłam! Nie mogę pokazać klientowi niedokończonego obrazu.
- Mnie wygląda na skończony.
- Nie. Nie uchwyciłam dobrze... Czegoś w nim brakuje. Potrzebuję więcej czasu.
- Mój znajomy zna się na sztuce. - Piero wie, jak trudno Artemisii przychodzi uznanie swojego dzieła za skończone. - Proszę, pozwól mi go przyprowadzić.
Dziewczynie nie udaje się jednak odpowiedzieć, ponieważ przerywa im Orazio, który wchodzi i pyta, czemu to tak długo trwa. Wyrywa Pierowi butelkę z ręki.
- To wino wygląda na zepsute - zauważa chłopak.
- Sam to osądzę. - Orazio nalewa sobie pokaźną porcję, wychyla na raz i mlaska. - Idealne.
Z ponurą twarzą Artemisia patrzy na plecy odchodzącego ojca.
- Przyprowadź tego znajomego. Późnym popołudniem ojciec zwykle wychodzi.
24
Pięć złotych skudo
Ku zdumieniu Artemisii "znajomy" Piera okazuje się seminarzystą. Spodziewała się kogoś starszego - kupca w kaftanie z ozdobnego brokatu, z palcami ciężkimi od pierścieni, a z pewnością nie młodego, poważnego duchownego o brązowych oczach spoglądających na nią spod ciężkich powiek i ustach, których nie powstydziłby się kupidyn.
Może i jest sługą Bożym, ale z pewnością nie ubogim. Jego sutanna jest uszyta z kosztownej tkaniny, mankiety z delikatnej koronki, ale to przede wszystkim wiszący na szyi złoty krzyż, wysadzany drogocennymi klejnotami, zdradza, że mężczyzna nie pochodzi ze zwykłej rodziny. Artemisii przypomina się krucyfiks z rubinami, który tak drogo ją kosztował, i zastanawia się, czy znalazł drogę powrotną do kardynalskiej szkatuły. Zita nigdy więcej o nim nie wspominała. Jeśli nadal ma go Orazio, prawdopodobnie zapomniał, gdzie go schował.
W obecności młodego księdza Artemisia zaczyna się denerwować, że duchowny potępi krwiożerczą ostentację jej Judyty. Może to był błąd? Próbuje dać to Pierowi do zrozumienia, ciesząc się w duchu, że zasłoniła płótno przed ich przyjściem, lecz przyjaciel beztrosko kontynuuje prezentację.
Mówi o swoim towarzyszu "Carlo" i nie podaje jego nazwiska, co jeszcze bardziej podsyca ciekawość dziewczyny. Seminarzysta ujmuje jej dłoń, pochyla się i składa pocałunek w powietrzu. Uśmiecha się. Ma drobne, równe zęby.
- Piero mi zdradził, że namalowała pani wspaniałą Judytę. Bardzo chciałbym ją zobaczyć - mówi z namaszczeniem, jakby starannie dobierał każde słowo. - Możliwe, że zainteresuje moją mamę.
- Pana mamę, signore? Powinnam pana ostrzec... - Artemisia urywa z wahaniem.
- Carlo wie, jaki to obraz - wtrąca Piero uspokajająco, kładąc dłoń na jej ramieniu, po czym patrzy na niego. - Opisałem ci go, prawda?
Głębia spojrzeń, jakie wymieniają między sobą młodzieńcy, upewnia Artemisię, że są kochankami.
- Skąd się znacie? - pyta lekko, jakby ze zwykłej uprzejmości, lecz tak naprawdę płonie z ciekawości. Chce ocenić, czy ten człowiek jest godzien jej przyjaciela.
- Pochodzę z florenckiej rodziny, podobnie jak Piero - odpowiada Carlo, co nadal nie wyjaśnia, w jaki sposób skrzyżowały się drogi jego i handlarza pigmentami. - Ale poznaliśmy się w Rzymie, prawda?
- W domu kardynała Borghese - dodaje Piero z figlarnym uśmiechem, który przypomina Artemisii opisy przyjęć u kardynała i całego tajemniczego świata, do którego ona nie ma wstępu. - Czy to on? - Piero wskazuje zasłonięty obraz.
Dziewczyna kiwa głową. Wyparowuje z niej resztka pewności siebie, zastąpiona strachem, że się oszukiwała co do wartości swojej pracy, że wszystkie komplementy, które słyszała, miały jedynie sprawić jej przyjemność. Nawiedza ją wspomnienie okropnego incydentu w Palazzo Conscente i czuje w żołądku garść tłuczonego szkła. Może naprawdę jest niczym więcej niż osobliwością, małpką rozchlapującą na płótnie kolorowe plamy ku ludzkiej uciesze. Przypomina sobie pieniądze zarobione na sprzedaży obrazów, monety skwapliwie odkładane, żeby chroniły ją przed przeciwnościami losu. Lecz ten obraz jest inny. Osobisty. Jest jej zemstą.
- Więc jak, pokażesz go nam? - Piero trzyma w palcach rąbek tkaniny zasłaniającej płótno.
- Daleko mu do prawdziwego dzieła sztuki - mówi Artemisia.
- Nie pasuje do ciebie ta fałszywa skromność. - Piero nie domyśla się jej lęku i ściąga zasłonę.
Przez kilka długich minut Carlo patrzy na obraz w milczeniu. Ani w ciemnych oczach, ani na nieruchomych ustach kupidyna nie odmalowuje się nawet cień zainteresowania.
Artemisia ma ochotę zapaść się pod ziemię, zniknąć, wybiec na ulicę i zwymiotować do rynsztoka.
Ma wrażenie, że minęły tysiące dręczących godzin, zanim w końcu odzywa się Piero.
- Podoba ci się? - pyta Carla.
- Tak. - Twarz duchownego niczego nie zdradza, lecz po chwili młodzieniec przenosi wzrok prosto na dziewczynę. - Z pewnością nie cofnęła się pani przed brutalnością tej sceny. Trzeba odwagi, by namalować nagą prawdę. - Nadal się nie uśmiecha. - Namalowała pani ten obraz sama? Pani ojciec nie...
- Mój ojciec nawet się do niego nie dotknął - przerywa mu Artemisia w przypływie oburzenia. - Każde pociągnięcie pędzla w tym obrazie jest moje.
- Ach, teraz widzę pasję, która spłodziła to dzieło - zauważa Carlo z rozbawieniem. - Czy to wystarczy, by nie sprzedała go pani nikomu innemu? - Bierze jej dłoń i kładzie na niej pięć złotych skudo.
Dziewczyna próbuje ukryć osłupienie. Jeśli to jest zaliczka, to znaczy, że on uważa jej obraz za wart ogromną sumę. Odpowiada mu rzeczowym skinieniem głowy.
- Myślę, że tak - rzuca, siląc się na nonszalancki ton.
Przypieczętowują transakcję uściskiem dłoni. Skóra Carla jest chłodna i gładka jak wypolerowany marmur.
Piero odprowadza go do drzwi, przez chwilę rozmawia z nim szeptem, po czym wraca rozpromieniony do pracowni.
- Wiedziałem. To dla ciebie dopiero początek.
Artemisia nie chce mu zepsuć radości, chociaż powinna przypomnieć, że to Tassi zdecyduje, jaka ją czeka przyszłość.
- Kim jest twój przyjaciel?
- Jego ojciec był... Brat Carla jest wielkim księciem Toskanii.
- Nie! - woła dziewczyna z niedowierzaniem. - To naprawdę był Medyceusz?
- Tak. - Piero dostrzega żal, który Artemisia stara się ukryć. - O co chodzi?
- Chciałabym stąd uciec. Wyjechać gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie. - Czuje na sobie ciężar, jakby przygniatał ją ołów. Nie ma dokąd uciec, nie istnieje takie miejsce, gdzie nie znaleźliby jej ojciec i Tassi.
Piero otacza ją ramieniem i długo się obejmują; żadne nie zauważa, że otwierają się drzwi, dopóki nie jest za późno.
Cofają się gwałtownie niczym spłoszeni kochankowie.
W drzwiach stoi Orazio... z Tassim.
- Co tu się dzieje, do diabła?! - pyta Tassi despotycznym tonem. - Wracam z podróży i co widzę?
- To nie to, co myślisz, Agostino. - Artemisia nie daje się zastraszyć. - To jest Piero Stiatessi, bratanek Giovanniego. - Odwraca się do ojca, czekając na jego potwierdzenie, ale Orazio milczy. - Jesteśmy niemal kuzynami. - Dziewczyna uśmiecha się do Tassiego pojednawczo, przechylając błagalnie głowę.
Tassi mierzy ją wzrokiem w lodowatym milczeniu, z wyższością człowieka, którego duma została narażona na szwank. Artemisia spostrzega u jego pasa puginał w pochwie i trajkocze dalej o tym, że właściwie wychowywała się w domu Stiatessich, żeby tylko nie dopuścić do zaognienia sytuacji.
- "Niemal kuzynami"? - rzuca szorstko Tassi. - Albo jesteście, albo nie.
- Ojcze, powiedz mu.
- Stiatessi... bliscy... tak... bardzo... - Orazio nie potrafi poskładać słów i córka zdaje sobie sprawę, że jest pijany w sztok. Opiera się o drzwi i ledwo trzyma się na nogach.
- Więc nie są kuzynami. - Tassi świdruje Piera badawczym wzrokiem. - Czy ja cię już gdzieś nie widziałem?
- Wczoraj dostarczyłem do pana mieszkania partię pigmentów - odpowiada spokojnie Piero.
- Chłopiec na posyłki! - Na twarzy Tassiego maluje się nieskrywana pogarda.
Artemisia nie potrafi się powstrzymać, żeby nie stanąć w obronie przyjaciela.
- Piero jest kupcem handlującym pigmentami.
- Rzeczywiście były dobrej jakości - prycha Tassi. - Dość drogie, jeśli dobrze pamiętam.
- Sprzedaję tylko najlepsze.
Dziewczyna jest pod wrażeniem stoickiego spokoju i godności, jaką Piero zachowuje w obliczu człowieka, który próbuje go zastraszyć - Tassi stoi na rozstawionych nogach, z dłonią spoczywającą na rękojeści sztyletu.
- Zapewniam, signore, że nie musi się pan obawiać zagrożenia z mojej strony. - Piero robi krok w jego stronę. - Również dla dobrego imienia Artemisii.
Są podobnego wzrostu, lecz Tassi przewyższa chłopaka siłą i potężną budową.
- Pocieszałem ją jedynie, ponieważ była zdenerwowana - dodaje Piero.
Atmosfera ulega zmianie, pryskają pozory poloru i grzeczności. Dwaj mężczyźni mierzą się wzrokiem, stojąc blisko, bardzo blisko siebie, niemal stykając się czołami. Piero zaciska pięści. Artemisia błaga go w duchu, żeby nie zadał pierwszego ciosu, bo Tassi jest gotowy wyciągnąć sztylet i zabić go jednym pchnięciem.
Dziewczyna wkracza między nich i odpycha obu, przykładając im dłonie do piersi.
- Piero, powinieneś już iść. Poradzę sobie z tym sama.
- Nie wydaje mi się... - zaczyna chłopak.
- Mówię poważnie. - Jest stanowcza. Nie może pozwolić, żeby narażał się z jej powodu. Wie z własnego doświadczenia, do czego jest zdolny Tassi. Prowadzi przyjaciela do wyjścia. - Poradzę sobie z nim.
Piero jest sztywny; zaciska usta w gniewnym grymasie. Opiera się, lecz ona wypycha go na ulicę i zatrzaskuje za nim drzwi.
Kiedy się odwraca, widzi, że ojciec osunął się na krzesło w pijackim stuporze i zostawił ją sam na sam z Tassim.
Przez długą chwilę patrzą na siebie w milczeniu. Twarz Tassiego zastygła w lodowatym grymasie.
Strach pulsuje w skroniach Artemisii.
Jest zmęczona, zmęczona życiem w strachu, zmęczona jego próbami zastraszania. Jeśli ma wyjść za tego człowieka, musi od początku dać mu do zrozumienia, jak sobie wyobraża ich wspólne życie: jako ciągłą walkę. Zaczerpnęła tę naukę od ojca i wie, że jeśli Tassi wyczuje w niej choćby cień słabości, będzie stracona.
Za jego plecami widzi swój obraz. Ramiona Judyty są takie silne, jej postanowienie jest niezłomne, a odwaga - bezgraniczna. Przypomina sobie reakcję Tassiego na widok Holofernesa z jego twarzą przeszywanego ostrzem Judyty i próbuje przywołać w sobie tego samego ducha. Prostuje się.
Za to on jakby się skurczył; ogląda się, idzie za jej spojrzeniem. Najwyraźniej zauważył swoją podobiznę, bo kiedy się odwraca, krew odpływa mu z twarzy.
- Po pierwsze, Agostino - Artemisia stara się włożyć całą moc w swoje słowa - nie obrażaj mnie więcej, wchodząc do mojego domu z bronią u boku.
Tassi zerka na puginał, a kiedy dziewczyna z naciskiem daje znak głową, posłusznie odpina broń i odkłada.
Podniesiona na duchu Artemisia ciągnie:
- Po drugie, nie waż się nigdy więcej obrażać moich gości, wysuwając pod ich adresem obłąkane i bezpodstawne oskarżenia.
Tassi wygląda jak zbity pies.
- Proszę, wybacz mi. - Podchodzi do niej, wyciąga rękę i gładzi ją po policzku, bełkocząc dalsze przeprosiny.
Jego palce są jak papier ścierny. Artemisia czuje w jego oddechu alkohol. Jest prawie tak samo pijany jak jej ojciec, tylko lepiej to maskuje.
- Mam dość zmartwienia z jednym pijakiem w moim życiu. - Dziewczyna z pogardą wskazuje głową Orazia.
Ten poprawia się na krześle, jakby chciał wstać i powiedzieć coś na swoją obronę, lecz najwyraźniej nie daje rady i popada z powrotem w otępienie.
- Proszę, powiedz mi, że nie wyjdę za mąż za następnego - mówi Artemisia.
- Przepraszam cię, naprawdę cię przepraszam. Jestem porywczy. Czasami nie umiem panować nad temperamentem. Obiecuję...
Nie daje mu dokończyć.
- Nie składaj obietnic, jeśli nie jesteś pewien, że umiesz ich dotrzymać. - Wrze w niej nienawiść do tego łajdaka, który za kilka dni ma zostać jej mężem, a jeszcze bardziej do ojca, który wpędził ją w tę sytuację.
- Masz rację. Jestem nędznikiem, jestem niczym bez ciebie i twojego przewodnictwa. - Tassi pochyla się, żeby ją pocałować w usta, lecz ona odwraca głowę tak, że trafia ją w policzek.
- Chyba się zapominasz. Ojciec nie chce być świadkiem twoich nikczemnych żądz.
Tassi zatacza się w tył i podchodzi, żeby przyjrzeć się z bliska Judycie.
- Tyle krwi. - Pociera kark. - Obraz jest skończony?
- Jest już sprzedany - odpowiada Artemisia głosem pęczniejącym z dumy.
Czuje w fałdach spódnicy kształty pięciu złotych skudo i ma uczucie, że rośnie, że staje się potężna, podczas gdy on jest maleńki, tak maleńki, że mogłaby go rozgnieść obcasem i wdeptać w ziemię.
Tassi odwraca się do niej błyskawicznie.
- Sprzedany?!
Artemisia odpowiada skinieniem głowy.
- Komu? - W jego głosie słychać napastliwość.
- Carlo di Medici kupił go dla swojej matki. - Dziewczyna nie potrafi powstrzymać euforii. - Pomyśl tylko: mój obraz zawiśnie w Palazzo Pitti!
Orazio kaszle, na wpół przytomniejąc.
Tassi z trudem oddycha, usiłując wyważyć odpowiedź; twarz mu ciemnieje.
- Będziesz musiała zmienić ten obraz. Przerobić twarz Holofernesa. Nie pozwolę, żeby mój portret - zaczyna się trząść - w tak poniżającej sytuacji... wisiał w Palazzo Pitti. Za nic!
- Nikt mi nie będzie mówił, jak mam malować swoje obrazy.
Jej stanowczość, jeszcze przed chwilą tak silna, wyraźnie traci moc działania. Tassi dyszy, świdrując ją wzrokiem. Artemisia czuje, jak jeden po drugim pękają sznurki, którymi sprawowała nad nim kontrolę.
Ocenia swoją szansę ucieczki. Tassi stoi jej na drodze do drzwi. Nóż leży na stole na wyciągnięcie ręki od niego.
Z ulicy dochodzą głosy. Jej bracia siedzą z grupką kolegów dwadzieścia kroków od domu.
- NIE POZWOLĘ NA TO! - Tassi purpurowieje na twarzy.
Dziewczynę oblewa strach. Nie spuszczając z niego wzroku, przesuwa się w stronę drzwi, by w razie potrzeby otworzyć je i zawołać o pomoc.
Z odrętwienia wyrywa ją krzyk ojca:
- Co się dzieje?!
- Nic, ojcze. Signor Tassi właśnie wychodzi.
Tymczasem Tassi błyskawicznie chwyta obraz i wybiega z pracowni. Płótno zaczepia w progu o haczyk.
Artemisia stoi jak sparaliżowana, patrząc z grozą na rozrywany obraz, jakby rozdzierano jej własne ciało.
W końcu przytomnieje, woła braci, wypada na ulicę i biegnie za Tassim, krzycząc i wymachując ramionami. Ale już jest za późno. Zniknął w jednej z wielu ciemnych uliczek przecinających via della Croce.
- Niech go ktoś zatrzyma! To złodziej! Pomocy, na miłość boską!
Kilkoro ludzi przystanęło i wytrzeszcza oczy na obłąkaną dziewkę krzyczącą w kierunku pustej ulicy. Artemisia odwraca się do nich z gniewem.
- Na co się gapicie?!
Ktoś wybucha śmiechem.
Nagle uchodzi z niej powietrze; siada wyczerpana na bruku, czym wywołuje kolejne salwy śmiechu. Ktoś nazywa ją wariatką.
- Zostawcie mnie w spokoju! - woła przeraźliwie.
Bracia podnoszą ją na nogi i pomagają jej wejść do środka.
Artemisia niczego już nie czuje. Tassi ukradł jej duszę.
- Nie mogę go poślubić - mówi, ale nikt jej nie słyszy.
25
Podrzutek
Chociaż Piero nie powiedział tego wprost, Artemisia wie, że z taką samą niechęcią myśli o dniu jej ślubu jak ona. Siedzą smętnie przy piecu, okryci całunem milczenia. Orazio przed wyjściem ani słowem nie zaprotestował przeciwko odwiedzinom Piera. Prawdopodobnie uważa, że to już nie ma znaczenia, skoro za kilka dni córka i tak opuści dom.
Artemisia nie ma ochoty rozmawiać o ślubie.
- Ciągle nie mogę uwierzyć, że zrobił coś takiego - mówi Piero o kradzieży obrazu, kipiąc z oburzenia.
- Nie możesz namalować drugiego? - pyta Zita w najlepszych intencjach.
- To nie takie proste. - Artemisia na próżno stara się ukryć zniecierpliwienie. - Mieszkasz wśród malarzy tak długo, że powinnaś o tym wiedzieć.
- To przekleństwo, żeby taka ohydna scena wisiała w domu - mruczy pod nosem Zita.
Artemisia już ma ją zbesztać, gdy nagle drzwi otwierają się z hukiem i do środka wpada strumień zimnego powietrza. Ogień w palenisku bucha płomieniami. W progu stoi Orazio z Giovannim Stiatessim.
Coś się musiało wydarzyć. Giovanni jest blady jak kreda, a Orazio wygląda tak jak w dniu, kiedy zmarła jego żona. Jak człowiek dotknięty klątwą.
- Co się stało? - pyta Artemisia.
Rozdygotany ojciec wyciąga do niej rękę.
- Mam złe wieści, ale daję ci słowo, że to naprawię.
Dziewczyna odsuwa się, żeby jej nie dotknął. Ojciec już to kiedyś obiecywał. Piero bierze ją za rękę, żeby jej dodać otuchy.
Oraziowi słowa nie przechodzą przez gardło, więc Giovanni przejmuje inicjatywę.
- Tassi jest już żonaty.
Zita wydaje stłumiony okrzyk i z otwartymi ustami czyni znak krzyża.
Piero zerka na Artemisię i wyłapuje jej spojrzenie. Wszystkie spiętrzone emocje - lęk i nienawiść - wyparowują z niej bez śladu; rozwija się przed nią zupełnie inna przyszłość.
Tymczasem Orazio zaczyna pomstować:
- I to kto? Adoptowany syn markizy di Tassi we własnej osobie! Można by się spodziewać, że został wychowany na człowieka honoru.
- Co?! - Giovanni raptownie odwraca się w jego stronę. - Tak ci powiedział? To bzdura, Orazio.
Piero, Zita i Artemisia patrzą w napięciu, jakby dwaj mężczyźni odgrywali dramat.
- Przez pół roku był na służbie u Tassich jako paź, to wszystko - dodaje Giovanni.
- Ależ nic podobnego! - Orazio nie chce mu uwierzyć. - Z jego własnych ust słyszałem, że markiza uważa go za syna.
- Obawiam się, że cię okłamał. - Giovanni nerwowo gładzi się po brodzie. - Tak naprawdę nazywa się Agostino Domenico i jest synem kuśnierza z Perugii.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
- Sądziłem, że wiesz. Pracowałeś z nim, powinieneś znać go lepiej niż ja.
Orazio czerwienieje, jakby cała krew napłynęła mu nagle do głowy.
- Ten człowiek to zwykły oszust! - wybucha. - Już on dostanie za swoje. Zrujnował moją córkę, okrył mnie hańbą, mnie... Syn kuśnierza, na miłość boską! Szalbierz. Splamił imię Gentileschich. - Wymachuje rękami. - Wywiódł mnie w pole przeklęty podrzutek!
Milknie. Nikt nie wie, co powiedzieć. Artemisia ściąga usta ze strachu, że zdradzą jej radość.
Po jakimś czasie Orazio znowu rzuca z oburzeniem:
- Żona! Bigamia! Co ludzie powiedzą?
- Jakie to ma znaczenie, co ludzie powiedzą? - mówi Artemisia, podchodząc bliżej. - Kogo to obchodzi? Z pewnością nie mnie...
Myśli teraz o obrazie. Musi dopilnować, żeby do niej wrócił. Płótno zostało sprzedane i jeśli go nie odzyska, będzie musiała zwrócić pięć złotych skudo.
Kiełkuje w niej ziarno wątpliwości. Czy reputacja nie zaszkodzi jej dziełom? Kobieta zhańbiona. Czy Carlo di Medici się nie wycofa? Przyszłość, przed chwilą taka jasna i oczywista, traci przejrzystość.
Giovanni próbuje uspokoić jej ojca.
- Lepiej nie podejmować decyzji w gniewie.
- Ale on ją brutalnie zmusił! - wyrzuca z siebie Orazio. - Ten człowiek to gwałciciel!
W pracowni zapada cisza tak głucha, że mogłaby ich wszystkich zadusić.
- Jak śmiesz?! - Artemisia bierze głęboki oddech, żeby się wziąć w garść. - Obiecałeś mi nigdy o tym nie mówić. Dałeś mi słowo!
- Czy to prawda? - Giovanni patrzy na nią z ponurym współczuciem.
Orazio zasłania twarz dłońmi jak tchórz.
- Tak. - Głos jej drży. Zbiera wszystkie siły, żeby zachować zimną krew. - Nie chciałam, żeby ktokolwiek o tym wspominał. Nigdy więcej!
Giovanni wyciąga do niej rękę, lecz Artemisia kręci głową i jeszcze mocniej zaciska palce na dłoni Piera.
- Możemy dochodzić sprawiedliwości - mówi Giovanni. - Możemy oczyścić twoje imię przed sądem.
- Nie. Nie zgadzam się. - Dziewczyna jest niewzruszona niczym głaz.
- Musi go spotkać kara. Gwałt, próba bigamii... to są poważne oskarżenia. - Ustami Giovanniego przemawia prawnik.
- On ma rację. - Orazio patrzy na córkę. - To kwestia honoru.
- Czyjego honoru? Twojego czy mojego? - Artemisia robi wszystko, co w jej mocy, żeby trzymać gniew na wodzy. Boi się, że jeśli wybuchnie, życie całej rodziny legnie w gruzach.
- Będę zeznawał w twojej obronie. Zaświadczę o twojej nieskazitelnej reputacji. Zrobię wszystko, co będzie trzeba, żeby... - Giovanni gryzie się w język, żeby przełknąć przekleństwo, które ciśnie mu się na usta - żeby ten łajdak zapłacił za to, co zrobił.
Piero ściska mocniej jej dłoń - milczące źródło siły.
Artemisia spokojnie patrzy w oczy jego wuja.
- Wiem, że ma pan dobre intencje. Od kiedy sięgam pamięcią, pan i pana żona byliście dla mnie jak najbliżsi krewni, najdrożsi przyjaciele rodziny. Jestem za to... wszyscy jesteśmy za to ogromnie wdzięczni. Ale nie chcę wyciągać tej sprawy na światło dzienne.
- A czego chcesz w takim razie? - Ton głosu Orazia wskazuje, że obrócił gniew przeciwko córce. - Nigdy nie znajdziemy ci męża. Czy to nic dla ciebie nie znaczy, że twoja rodzina okryje się hańbą?
Dziewczyna wie, że jego pytania są retoryczne, że nie oczekuje od niej odpowiedzi, mimo to odpowiada:
- Czego chcę? - Rzuca przelotne spojrzenie na chłopaka stojącego u jej boku, jedyną osobę, która naprawdę wie, kim ona jest. - Chcę malować... Chcę malować prawdę.
- Do diabła z prawdą! - Orazio macha lekceważąco ręką, jakby chciał powiedzieć, że to właśnie jej potrzeba malowania jest przyczyną wszystkich problemów. - Nazwisko Gentileschich zostało zniesławione i trzeba je oczyścić w sądzie.
- Kto został zniesławiony, ojcze, ty czy ja? To moje ciało zostało zbrukane. - Artemisia z góry wie, co ojciec powie: że ona jest jego własnością. Jej talent, jej ciało i jej niesława.
- Od początku nie powinienem był ci dawać tyle swobody. Wychowałem... - Nie potrafi wykrztusić tego słowa.
- Co wychowałeś? - Dziewczyna jest dziwnie spokojna. - Potwora? To chciałeś powiedzieć? Nie, ojcze, wychowałeś kobietę, która ma własny rozum. Może to ci się wydaje potworne?
- Powinienem był cię wysłać pod opiekę Porzii i Giovanniego, przyzwoitej rodziny, której sercem jest prawdziwa kobieta.
Powinna zapytać, czy nie uważa jej za prawdziwą kobietę, ale nie ma ochoty na kolejną rodzinną awanturę.
- Jestem zmęczona - oznajmia. Półgłosem życzy Pierowi dobrej nocy i rusza w stronę schodów.
- Myślę, że wszyscy powinniśmy się z tym przespać - sugeruje Giovanni, jak zawsze wyjątkowo taktowny i roztropny. - Zbadam sprawę i jutro, kiedy wszyscy będziemy myśleć znacznie jaśniej, postanowimy, jaką drogę należy obrać.
Na piętrze Artemisia słyszy, jak mężczyźni wychodzą. Zamyka za sobą drzwi pokoju, staje przy oknie i wyglądając na błękitny półmrok jesiennego zmierzchu, pławi się w błogiej ciszy.
Czuje, że wolność jest na wyciągnięcie ręki. Tassi ma żonę. Artemisia pomału rozwija skrzydła, prostują się obolałe, z dawna nieużywane mięśnie. Pióra rozpościerają się na boki i unoszą ją w powietrze, chwytają wiatr i niosą na grubej puchowej pierzynie chmur ku innym przestrzeniom.
Pod jej stopami w cudowny sposób wyrasta dywan polnych kwiatów: stokrotki z cytrynowymi oczkami, maki ze szkarłatnego pergaminu przepychają się z wyniosłą naparstnicą, różową jak owoc granatu, i długonogimi kiśćmi jaskrawej werbeny. Nad kwiatami buczą ociężałe od pyłku pszczoły, po łodyżkach maszerują oddziały mrówek, w kącikach płatków drzemią zwinięte ślimaki.
Tutaj kolory są nieskończone. Możliwości są nieskończone.
26
Ognisko
Wracają powozem do domu. Piero siedzi w milczeniu, lecz jego wuj nie przestaje perorować na temat Artemisii i jej sytuacji.
- Przeklęty nędznik... Już ja dopilnuję, żeby trafił za kraty. Biedna dziewczyna...
Artemisia nie cierpi takiego użalania się. Piero pamięta radość, która odmalowała się na jej twarzy, kiedy zrozumiała, że ślub się nie odbędzie.
- Moja głowa w tym, żeby Tassiego spotkała odpowiednia kara - dodaje Giovanni.
- Ona nie chce procesu, wyraziła się jasno. Obrzucą ją błotem.
- Artemisia jest za młoda, żeby wiedzieć, co jest dla niej najlepsze. Bez oczyszczenia w majestacie prawa będzie miała do końca życia zszarganą reputację. Nikt jej nie weźmie za żonę.
- Nie przyszło ci do głowy, że ona wcale tego nie chce?
- Nie bądź naiwny, Piero.
Chłopak powstrzymuje się od gniewnej riposty.
- Możesz w to nie wierzyć - ciągnie Giovanni - ale pragnę tylko jej dobra. Oboje jesteście młodzi, myślicie idealistycznie. Pewnego dnia zrozumiecie.
Piero gryzie się w język. Wie, że nie ma sensu nakłaniać wuja, by spróbował zobaczyć sprawy w innym świetle. To prawda, że ma dobre chęci, ale czyż piekło nie jest wybrukowane dobrymi chęciami?
- A gdybym zaproponował, że się z nią ożenię? - pyta bez namysłu. Ten pomysł wydaje mu się jak najbardziej rozsądny. - Doskonale się rozumiemy, sądzę, że bylibyśmy szczęśliwi.
Giovanni milczy wymownie.
- Często powtarzasz, że dobrze by mi zrobiło, gdybym się ożenił - przypomina mu bratanek.
- Owszem, ale... Orazio się na to nie zgodzi. Nie masz przed sobą perspektyw, które by go zadowoliły, a on nie zapewni córce takiego posagu, żebyście mogli dostatnio żyć. - Ton Giovanniego sugeruje, że uważa to za bulwersujący pomysł. - A Artemisia... Ona jest...
- Kim? - pyta butnie Piero.
- Nieodpowiednią kandydatką.
- Czy i ciebie nie uważano za nieodpowiednią partię dla cioci Porzii? - W końcu Piero daje upust frustracji. - Czy nie odrzuciła kandydatury jakiegoś szlachcica, żeby za ciebie wyjść, czym rozzłościła całą rodzinę? A spójrz, jacy jesteście szczęśliwi.
- To zupełnie co innego. W każdym razie kiedy Tassi zostanie skazany przez sąd, Artemisia odzyska dobre imię i jej szanse znacznie wzrosną. To nie jest partia dla ciebie. - Giovanni urywa i przez chwilę się zastanawia. - Powinieneś sobie znaleźć miłą, szanowaną dziewczynę z Florencji, która nie będzie ci miała za złe...
- Czego nie będzie mi miała za złe? - Piero nie skrywa irytacji. Doskonale wie, co wuj ma na myśli, ale chce to usłyszeć z jego ust.
- ...nie będzie ci miała za złe, że nie odstąpisz od swoich zwyczajów.
Piero porzuca ten temat. Ma dosyć traktowania go tak, jakby był dzieckiem.
Siedzą w ponurym milczeniu. Powóz staje, ponieważ drogę zatarasowała procesja; ludzie krzyczą, przeklinają i złorzeczą na zwłokę. Zapada zmrok; na ulicy chłopięcy chór ze świeczkami w dłoniach przypomina sznur świetlików.
- O co chodzi z tym obrazem skradzionym przez Tassiego? - pyta po jakimś czasie Giovanni. - Wiesz coś o tym?
- Tassi wpadł w szał, ponieważ Holofernes, którego namalowała Artemisia, ma jego twarz.
- Nie zauważyłem tego. - Giovanni łagodnieje. - To się nazywa duch! Żeby namalować taką scenę... - W jego głosie słychać podziw.
- To prawdziwe arcydzieło. - Piero odtwarza w pamięci szczegóły obrazu. - Sprzedała go Medyceuszom za moim pośrednictwem.
Carlo nie posiadał się z radości, nie mówił o niczym innym.
- Za twoim pośrednictwem? Jak ci się udało wynegocjować taką transakcję?
- Znam Carla di Medici.
Giovanni patrzy na bratanka zaskoczony.
- Skąd?
- Spotkałem go u kardynała...
Wuj przerywa mu, unosząc dłoń.
- Właściwie wolę nie wiedzieć.
Przez długą chwilę siedzą w milczeniu i czekają, aż powóz ruszy. Piero rozmyśla o kłopotliwym położeniu przyjaciółki. Chciałby jej pomóc, lecz czuje się bezradny. Nagle uświadamia sobie, że całkiem niedaleko znajduje się mieszkanie Tassiego, gdzie niedawno dostarczał pigmenty. Mógłby przynajmniej spróbować odzyskać jej płótno.
- Myślę, że pójdę dalej piechotą - oznajmia. - Żeby oczyścić umysł.
Wyskakuje z powozu i rusza zdeterminowany przez tłum. Z zadowoleniem zauważa światło palące się w mieszkaniu Tassiego na najwyższym piętrze budynku. Wchodzi po schodach, przystaje, żeby złapać oddech i przygotować się do konfrontacji. Zastanawia się, czy to nie szaleństwo stawiać czoło temu człowiekowi w pojedynkę... Ale już tu jest.
Zbiera siły i puka do drzwi.
Tassi otwiera niemal natychmiast i wyraźnie zaskakuje go widok Piera, jakby oczekiwał kogoś innego.
- Handlarz pigmentami - mówi, uśmiechając się szyderczo. - Co pan tu robi? Niczego nie zamawiałem.
- Czy mogę wejść, signor Tassi? Proszę. - Piero grzecznie zdejmuje czapkę. - Chciałbym przedyskutować z panem pewną kwestię.
- Byle szybko. Oczekuję gościa.
Przez otwarte drzwi Piero widzi, że w mieszkaniu panuje straszny bałagan. Rozgląda się za obrazem Artemisii. W pracowni na sztaludze jest na wpół ukończona martwa natura, na stole jeży się dżungla słojów i pędzli, na podłodze walają się oparte byle jak o stół płótna.
Piero robi krok naprzód, ale Tassi tarasuje mu drogę, bębniąc niecierpliwie palcami o futrynę.
- Więc o co chodzi? - rzuca.
Najwyraźniej nie zamierza wpuścić go za próg.
- Przyszedłem odebrać Judytę signoriny Gentileschi. Jak rozumiem, znajduje się pan w posiadaniu tego obrazu. - Spostrzega kufer, z którego wylewają się ubrania, jakby gospodarz był w trakcie pakowania się lub rozpakowywania. Czyżby planował wyjazd? Piero ma nadzieję, że tak. Jeśli łajdak zniknie, proces sądowy nie dojdzie do skutku.
Tassi mierzy go wzrokiem z zaciśniętymi ustami.
- Dlaczego biega pan na jej posyłki? To nie pana sprawa.
- Artemisia nie wie, że tu przyszedłem. - Piero stara się mówić uprzejmie, chociaż daleki jest od przyjaznych uczuć. Gdyby miał w ręce broń, kusiłoby go, żeby zatopić ostrze w sercu Tassiego.
- Artemisia wkrótce zostanie moją żoną, więc obraz należy właściwie do mnie.
A zatem Tassi nie ma pojęcia, że jego sekret wyszedł na jaw. Nadal sądzi, że jego bigamiczny ślub się odbędzie. Piero powstrzymuje się przed rzuceniem mu w twarz prawdy o jego oszustwie. Tylko dzięki sprytowi może odzyskać dzieło przyjaciółki.
Tassi rozciąga usta w nieprzyjaznym uśmiechu.
- To będzie jej dom - oświadcza. - Odzyska obraz w stosownym czasie.
Ku swemu zdziwieniu Piero zauważa na twarzy mężczyzny dziwny wyraz tkliwości, kiedy mówi o Artemisii. Gdyby chłopak nie wiedział o nim tego, co wie, mógłby pomyśleć, że łajdakowi naprawdę na niej zależy. Jego wroga postawa cuchnie zazdrością, przebiega przez głowę Piera. Lecz kiedy przypomina sobie przemoc, do jakiej Tassi posunął się wobec Artemisii, odrzuca tę myśl.
Robi mały, ale stanowczy krok naprzód. Nie da się zastraszyć. Żałuje tylko, że w swojej pochopności przyszedł tu sam i nieuzbrojony. Zdążył już zapomnieć, jak postawnym mężczyzną jest Tassi.
- Obraz został sprzedany. Carlo di Medici już za niego zapłacił.
Jeśli sądził, że nazwisko prześwietnych Medyceuszy wywrze na tym łajdaku wrażenie, to się pomylił.
- Carlo di Medici? - pyta Tassi z kamienną twarzą. - Czy to nie ten najmłodszy maminsynek, którego wyszykowali na księdza? - Kładzie nacisk na ostatnie słowo, jakby chciał coś przez nie wyrazić.
Piero zdaje sobie sprawę, że to nie jest właściwy moment, by stawać w obronie kochanka, mimo zjadliwej insynuacji ukrytej za słowami Tassiego.
- Tak więc, jeśli pan pozwoli, zajmę się dostarczeniem obrazu jego prawowitemu właścicielowi - mówi lekkim tonem, jakby wyświadczał przysługę. - Zapłacił za niego pokaźną sumę. Wystarczy na niezły posag.
Tassi z pewnością połaszczy się na pieniądze, które, jak sądzi, wpadną do jego kieszeni.
- Więc bawisz się pan teraz w handlarza sztuki?
- Dokonałem jedynie prezentacji. Nie czerpię z tego żadnych zysków.
Tassi mierzy go podejrzliwie wzrokiem, jakby nie potrafił pojąć, że ktoś może wyświadczać przysługę za darmo.
- Nie mam już tego obrazu - oświadcza.
Na schodach słychać kroki i po chwili pojawia się na nich młody człowiek.
- Widzę, że masz towarzystwo. - Mężczyzna mierzy Piera wzrokiem.
- Ach, oto i mój gość. Niestety, muszę was pożegnać, signor... signor... Przepraszam, nie pamiętam pańskiego nazwiska.
- Stiatessi - cedzi Piero przez zaciśnięte zęby. Nie ma wątpliwości, że Tassi doskonale je pamięta.
Malarz uśmiecha się nieszczerze i po chwili dodaje, jakby po namyśle:
- Obawiam się, że obraz, którego pan szuka, pomyłkowo trafił na stertę starych gratów przeznaczoną na ognisko. No cóż, szkoda.
- Ognisko? - Piero stoi jak oniemiały. To była ostatnia rzecz, jakiej się spodziewał.
- Tak. - Tassi wzrusza ramionami. - Okropna pomyłka. Wielka szkoda, zważywszy na... To przez mojego służącego. Dopilnowałem, żeby go wychłostano. Wynagrodzę to narzeczonej. - Przykłada dłoń do piersi Piera i lekko go popycha. - Ale to nie ma nic wspólnego z panem. Czy wyrażam się jasno?
Piero nie ma wyjścia; opuszcza mieszkanie Tassiego.
27
Perły
Na dole z trzaskiem zamykają się drzwi. Jest lodowaty jesienny poranek; ołowiane niebo zwiastuje deszcz. Artemisia zwleka się z łóżka. Kto mógł przyjść lub wychodzi o tak wczesnej porze? Wygląda przez okno i widzi Giovanniego Stiatessiego oddalającego się ulicą.
Natychmiast się domyśla, że rozmawiał z ojcem i właśnie wyszedł. Zadecydowali o jej przyszłości, kiedy ona spała. Wsuwa kapcie i zbiega na dół. Orazio jest w pracowni, o dziwo trzeźwy.
Artemisia miała zamiar przypuścić szturm, zapytać, dlaczego jej nie zawołał, by mogła wysłuchać, co Giovanni ma do powiedzenia, ale ojciec wygląda tak żałośnie; jest tak wychudzony i skurczony od trosk i lęków, jakby mógł się załamać pod naporem jej złości.
Przywołuje na twarz uśmiech.
- Był u nas Giovanni? Chyba widziałam go przez okno.
- Och, ten człowiek jest prawdziwym przyjacielem. Powiedział, że nie spał przez pół nocy, bo układał plan postępowania w sprawie tego twojego... twojego... - zacina się, musi odchrząknąć - w sprawie Tassiego.
Jest zawstydzony, a przynajmniej ona ma nadzieję, że to ze wstydu wydaje się taki zalękniony.
- I co postanowiliście? - pyta szorstko. Po chwili mityguje się i zmienia ton. - Jaki plan uznaliście za najlepszy?
- Giovanni uważa, że jeśli wniesiemy oficjalne oskarżenie, możemy wygrać. To będzie oznaczało...
- Wiem, co to będzie oznaczało. - Dziewczyna doskonale zdaje sobie sprawę, że czeka ją prawdziwa gehenna, w dodatku publiczna. Nie ma ochoty słyszeć tego z ust ojca. - Nie ma innego sposobu? Czy nie możemy po prostu o wszystkim zapomnieć? - Wie, że to daremne próby, że w grę wchodzi honor rodziny.
Poprzedniego wieczoru ojciec dał to do zrozumienia wystarczająco jasno. Teraz kręci głową ze śmiertelną powagą.
- Wiesz, że to niemożliwe... - Orazio urywa, pozostawia rzeczy niedopowiedziane.
Artemisia zastanawia się przez chwilę, czy to forma przeprosin, po czym śmieje się w duchu z siebie, że ma takie złudzenia.
- Giovanni twierdzi, że to będzie drobiazg - mówi ojciec. - Złożysz zeznania, Tassi nie odważy się skłamać pod przysięgą, więc zostanie słusznie ukarany.
Dziewczyna nie ma ochoty nawet o tym myśleć.
Słyszy głosy swoich braci rozmawiających swobodnie w kuchni. Zazdrości im. Ich życie jest takie proste. Pewnego dnia każdy spotka młodą kobietę, która mu się spodoba, i ożeni się. Będą szczęśliwi albo nieszczęśliwi, ale przynajmniej sami podejmą decyzję. Artemisia zastanawia się przelotnie, czy gdyby miała wybór, poświęciłaby swój talent, żeby w zamian urodzić się chłopcem, i natychmiast odrzuca tę myśl. Ona i jej sztuka są jednym; gdyby była mężczyzną, nie malowałaby takich obrazów.
Rozlegają się poranne dzwony i Orazio ciężko dźwiga się na nogi. Zdejmuje z wieszaka wełniany płaszcz.
- Idę porozmawiać z Quorlim. Zobaczę, może będzie mógł nam pomóc w tej sprawie.
- Co twoim zdaniem może zrobić ten człowiek? - Artemisia doskonale wie, że Quorli pomaga tylko sobie. Przypomina sobie, jak ją napastował w apartamentach kardynała. Skończony plugawiec.
- Ma rozległe wpływy. Bardzo by nam pomogło, gdyby stanął po naszej stronie.
Słowa ojca brzmią tak, jakby przygotowywał się do wojny. Bo to jest wojna, uprzytamnia sobie Artemisia. Mężczyźni zajmują pozycje, a ona trafi pod ogień krzyżowy.
Po wyjściu ojca idzie do kuchni. Francesco czyta jakiś pamflet. Dziewczyna zagląda mu przez ramię, ale nie umie odcyfrować tekstu. Targa nią zadawniony żal, że nie nauczono jej czytać ani pisać tak jak braci. Nawet mały Marco zna już litery.
- Rozchmurz się, Arti. - Giulio podsuwa jej makaron, ale ona nie ma apetytu.
Słyszą, że ktoś wchodzi do pracowni.
- Zobaczę, kto to. - Francesco staje w drzwiach. - A wy co tu robicie?
Artemisia od razu się domyśla, kto przyszedł.
Tassi stoi w wejściu z małym skórzanym pudełkiem, które trzyma z wielkim namaszczeniem, jakby coś się mogło z niego wylać. Wbrew sobie dziewczyna jest ciekawa, co ma do powiedzenia.
- Ja to załatwię - rzuca. Dodaje jej odwagi świadomość, że nie należy już do tego człowieka, mimo to serce jej łomocze ze strachu. - Bądź w pobliżu - zwraca się szeptem do Francesca.
Brat odpowiada skinieniem głowy i staje z boku niczym wartownik na straży.
- Po co tu przyszedłeś? - pyta bezceremonialnie Artemisia. Przypuszcza, że Tassi chce za wszelką cenę ratować swoją reputację.
- Przyszedłem, żeby cię przeprosić i wynagrodzić ci stratę obrazu. - Jego oczy są wilgotne i pełne skruchy. Wyciąga w jej stronę pudełko, otwiera je i wyjmuje ze środka sznur pereł. Są wielkości zęba trzonowego, a sznur jest tak długi, że można by powiesić na nim człowieka. - Uniosłem się, powinienem okazać więcej powściągliwości.
Perły kołyszą się na jego dłoni. Artemisia zastanawia się, czy są tak samo fałszywe jak on.
- Wolę odzyskać swój obraz - mówi oschle.
Trudno uwierzyć, że człowiek, który przed nią stoi, jest tym samym łajdakiem, który ją brutalnie zgwałcił. Wygląda, jakby przywdziewał inną skórę, ale dziewczyna wie, że gdzieś w środku czai się ten sam potwór i lepiej go nie prowokować.
- To, niestety, niemożliwe. - Spuszcza wzrok na swój podarunek. - Już go nie mam.
- Więc kto go ma?
- Zdarzył się wypadek. Właściwie nie wypadek, tylko raczej pomyłka. Byłem zdenerwowany. - Sprawia wrażenie dziwnie zakłopotanego.
- Jaki jest rozmiar zniszczeń? - Artemisia czuje, jak jej gniew wypuszcza cierniste pędy, ale stara się je przyciąć. Mówi sobie, że uszkodzony obraz zawsze można naprawić. - Dlaczego go nie przyniosłeś?
- Ponieważ... - Tassi cały czas trzyma przed sobą naszyjnik, niczym ministrant wręczający duchownemu sakrament.
Dziewczyna nie spuszcza z niego wzroku.
- Ponieważ spłonął.
- Spłonął? - W tym momencie Artemisia traci zimną krew. Skacze na niego, wali go pięściami w pierś jak oszalała, przeklina i drapie po twarzy.
Tassi stoi bez ruchu niczym kłoda.
Teraz, kiedy już zaczęła, nie potrafi przestać; zatraca się bez reszty: wymachuje pięściami, grzmoci go bez opamiętania, jakby opętał ją zły duch. W końcu opada z sił.
Po chwili wyrywa z ręki Tassiego perły i ciska nimi o podłogę.
Sznur pęka i perły rozsypują się niczym grad.
Serce jej wali. W pięściach tętni krew. Oddech więźnie jej w gardle.
W końcu się opamiętuje i odstępuje od Tassiego. Nagle ogarnia ją strach przed jego reakcją; zerka w stronę brata.
Francesco podchodzi bliżej, gotów w każdej chwili przyjść jej z pomocą.
Lecz Tassi stoi bez ruchu, patrząc na perły rozsypane po podłodze.
- Mój obraz został sprzedany! - Głos Artemisii drży. - Wątpię, żebyś zdołał mi zrekompensować jego prawdziwą wartość. - Serce dygocze jej w piersi, kiedy powoli dociera do niej cała prawda. Będzie musiała powiedzieć Carlowi di Medici, co się stało z płótnem, zwrócić mu pięć złotych skudo. Straci szansę, jaka trafia się tylko raz w życiu. - Był bezcenny.
- Przykro mi - odzywa się Tassi. - To było nieporozumienie.
- Z jakiego powodu ci przykro? Dlatego, że zniszczyłeś mój obraz, czy dlatego, że nie raczyłeś mi powiedzieć, że jesteś żonaty?
Tassi blednie i cofa się; z jego twarzy opada maska, a spod spodu wyłania się przerażenie i rozpacz.
- Nie wiedziałeś, że twoja tajemnica została odkryta. - Artemisia parska gorzkim śmiechem. Ten człowiek jest teraz dla niej niczym. Nie może jej tknąć. - Prawda jest taka, że się cieszę. Cieszę się, że nie zostanę skazana na życie z tobą.
Tassi z otwartymi ustami wytrzeszcza na nią oczy, jakby chciał wydać jakiś dźwięk, ale tylko kręci głową, zdejmuje kapelusz i mnie go w dłoniach, aż pęka wetknięte w niego pawie pióro.
Robi mały kroczek w jej stronę, wyciągając ręce. Kątem oka Artemisia widzi, jak Francesco szykuje się do działania, ale wątpi, żeby potrzebowała jego pomocy. Proporcje sił uległy zmianie i Tassi o tym wie.
Mimo to Francesco nie przestaje miażdżyć go spojrzeniem. Tassi próbuje sięgnąć po jej dłonie, lecz dziewczyna opiera je stanowczo na biodrach.
- Proszę, pozwól mi wyjaśnić - błaga Tassi słabym, cieniutkim głosikiem. Spuszcza wzrok, jakby zbierał siły.
Artemisia widzi łysiejący czubek jego głowy, a na ramionach w kolorze indygo ślady łupieżu. Kiedy Tassi podnosi wzrok, w jego wilgotnych oczach maluje się rozpacz. Całkiem udane przedstawienie.
- Nigdy, przenigdy nie miałem zamiaru... - urywa i odkasłuje cicho - wyrządzić ci krzywdy.
Dziewczyna milczy, ale niedowierzanie na jej twarzy nie pozostawia wątpliwości co do jej myśli.
- Uwierz mi. - Po policzku Tassiego spływa łza, co budzi w niej obrzydzenie. - Nie mogę przestać o tobie myśleć... nieustannie. Nie umiem tego wytłumaczyć... Nigdy przedtem... - Nie potrafi wyrazić tego, co czuje.
Jest niemal równie przekonujący jak jego namalowane iluzje, tak przekonujący, że najwyraźniej zdołał oszukać nawet siebie.
Ale jej nie oszuka.
Tassi wyciąga chusteczkę i wydmuchuje nos. Artemisią wstrząsa dreszcz na widok tych samych inicjałów co na jej zakrwawionej bliźniaczej siostrze, ukrytej w szafie jako świadek przemocy. Dziewczyna odpycha obrazy, które tłoczą jej się do głowy.
- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć, że jesteś żonaty? - Nawet nie stara się ukryć pogardy. - Przy ołtarzu? Czy planowałeś żyć dalej w bigamii?
Na dźwięk słowa "bigamia" Tassi drży przestraszony, jakby sam przed sobą nie chciał się przyznać do swojego czynu.
- Rzeczywiście byłem żonaty. Ożeniłem się w wieku, gdy człowiek jest młody i głupi, lecz rozstałem się z tą kobietą...
- "Z tą kobietą"? Nie mówisz przypadkiem o swojej żonie?
Mimo tego płaczliwego przedstawienia Artemisia zauważa błysk okrucieństwa w jadowicie zielonych oczach i po raz kolejny zalewa ją fala ulgi, że uwolniła się od tego człowieka. Ale to nie znaczy, że jest wolna. Czeka ją zeznawanie przed sądem. Giovanni zapewniał, że to będzie "drobiazg". Ale nie dla niej. Kuli się na myśl o publicznym upokorzeniu.
Z nienawiści aż ściska ją boleśnie w piersi.
- Nie... nie widziałem żony prawie... dziesięć lat - jąka się Tassi. - Zostawiła mnie dla... dla innego... Szukałem jej, ale nie mogłem znaleźć. Myślałem... - Zwiesza ramiona. - Naprawdę sądziłem, że umarła. Lecz kiedy pojechałem do Florencji, zjawiła się z żądaniem pieniędzy. Dowiedziała się o moich sukcesach i postanowiła zaczerpnąć z nich korzyść. - Obiema dłońmi chwyta Artemisię za rękaw niczym naprzykrzające się dziecko. - Musisz mi uwierzyć. Żałuję, że nie umarła, bo wtedy mógłbym odzyskać wolność.
- Żałujesz, że nie umarła? Czy ty siebie słyszysz? To przerażające, co mówisz.
Ta kobieta jest dla niego niczym przedmiot stojący mu na drodze, myśli Artemisia. Jeśli chciał ratować swoją reputację i uniknąć kłopotów, to jego wysiłki przynoszą odwrotny efekt.
- Zabierz ode mnie ręce.
Tassi posłusznie cofa dłonie, splata je i wyciąga błagalnie.
- Nie chciałem... To znaczy... Chciałbym... Pragnę być wolny, żeby cię poślubić.
- Ale nie jesteś. Poza tym łudzisz się, sądząc, że ja bym cię chciała za męża. Powiem to jasno: wolę żyć w niedoli i niesławie, niż wyjść za ciebie za mąż. - Artemisia nie chce go już dłużej słuchać. - Lepiej stąd idź - mówi. - Jeśli mój ojciec cię tu zobaczy, obedrze cię żywcem ze skóry. I pozbieraj te perły, zanim ktoś się na nich pośliźnie i złamie kark. - Wskazuje na podłogę.
Tassi klęka i wielkimi dłońmi zaczyna zbierać fragmenty rozerwanego naszyjnika, potem bardzo powoli prostuje się i nakłada kapelusz. Złamane pawie pióro sterczy koślawo w bok i upodabnia go do nadwornego błazna. Mężczyzna patrzy błagalnie, nabiera powietrza, lecz Artemisia nie dopuszcza go do głosu.
- Dość już usłyszałam. - Ruchem głowy daje bratu znak.
Francesco chwyta go za ramię.
- Najwyższa pora stąd iść - rzuca, po czym dodaje, jakby po namyśle: - Następnym razem zobaczymy się w sądzie.
Tassi odwraca się raptownie i spod maski pokory wyłania się dawna arogancja.
- O czym ty gadasz?!
- Chyba nie sądziłeś, że możesz zhańbić moją siostrę, zniesławić nazwisko Gentileschich i ujdzie ci to na sucho? Koła sprawiedliwości zostały już puszczone w ruch. A teraz wracaj do nory, z której wypełzłeś. - Chłopak popycha Tassiego w stronę drzwi.
Ten zatacza się na stopniu, po czym znika.
- Nie powinienem był mu mówić, prawda? - pyta Francesco ze skruchą. - Teraz ucieknie i przepadnie jak kamień w wodę.
- Mam nadzieję.
Artemisia ma nadzieję, że Tassi zniknie już na zawsze. Ludzie często znikają, prawda? Na przykład jego żona znikła podobno na dziesięć lat.
Ona również chciałaby się stać jedną z tych zaginionych osób, wymknąć się i wtopić w cień. Lecz artystyczna część jej duszy płonie mocnym blaskiem i ponad wszystko inne chce zostać dostrzeżona.
- Nie powiesz ojcu? - pyta ją brat. - Zabije mnie, jeśli się dowie, że mi się wymknęło.
Artemisia widzi w nim znajomy lęk przed niepohamowanym gniewem ojca. Sama czuła go tyle razy. Ale to było kiedyś; ten lęk bezpowrotnie wyparował. Uderza ją ironia losu: Francesco, który mógłby powalić Orazia jednym ciosem pięści, nadal nie potrafi się pozbyć panicznego strachu małego chłopca, który wciąż w nim żyje.
- Nie powiem. - Przykłada dłoń do serca.
Uprzytamnia sobie, że ona i Francesco nigdy nie rozmawiali naprawdę szczerze, nigdy się sobie nie zwierzali. Nie mówili nawet o śmierci mamy. Artemisia nie ma pojęcia, jakie tajemnice może skrywać jej brat. Nigdy za bardzo sobie nie ufali - tak ich wychowano. Ten dom jest otchłanią sekretów.
- Niedługo pójdziesz własną drogą - zwraca się do Francesca. - Ojciec nie będzie miał nad tobą kontroli do końca życia.
Brat nie wygląda na przekonanego.
- Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć - dodaje Artemisia.
- To ja powinienem ci to powiedzieć. - Francesco się uśmiecha.
Zawsze zazdrościła mu, że jest chłopcem, teraz jednak zauważa, jaki dźwiga ciężar. Musi być zawsze silny, zawsze panować nad sytuacją. Budzi się w niej instynkt opiekuńczy.
- Mówię poważnie.
Francesco kiwa głową. Nie potrzebują więcej słów.
- Widziałeś te perły? Okropne.
- Czy on cię bierze za podstarzałą wdowę? - Chłopak uśmiecha się ironicznie.
- Prawdopodobnie i tak były fałszywe. Tak jak on.
- Widziałaś jego minę, kiedy się dowiedział, że znamy prawdę?
Oboje wybuchają śmiechem. Nigdy nie czuli się sobie tacy bliscy.
28
Psubrat
Orazio uderza piętami wynajętego konia, żeby wyrwać go z apatycznego kroku, i podjeżdża pod dom Quorliego. Wynajął wierzchowca nie dlatego, że droga jest za daleka, żeby iść na piechotę, lecz ponieważ uznał, że doda mu to powagi. Na razie koń zapewnia mu wspaniały widok nad niebosiężnym murem, za którym widzi rzędy ciemnych, smukłych cyprysów odciśniętych na tle nieba, brudnego jak malarska ścierka.
Posiadłość Quorliego jest dobrze chroniona. Wielkie drzwi w sklepionej bramie, wzmocnione żelaznymi sztabami, nadawałyby się dla obronnej fortecy, a nie domu mieszkalnego. Orazio czeka przed wejściem, zbiera siły, powtarza w myślach to, co sobie ułożył. Ale opadają go wątpliwości. Czy Quorli z Tassim od miesięcy nie naśmiewali się z idioty, który pozwolił się wystrychnąć na dudka i oddał córkę w zamian za fałszywe obietnice?
Jest wczesny ranek; Quorli powinien być jeszcze w domu. Orazio prawie nie zmrużył w nocy oka, obracając w myślach nieszczęsne położenie, w jakim się znalazł.
Pociąga za sznurek dzwonka i z głębi domu dochodzi dzwonienie, odbijające się echem, a po jakimś czasie słyszy stukot ciężkich butów na kamiennej ścieżce. Drzwi uchylają się ze skrzypnięciem i służący w kosztownej wełnianej liberii pyta go z lodowatym wyrazem twarzy, czego chce.
- Chcę się zobaczyć z panem Quorlim.
- Czy on pana oczekuje? - Służący nie próbuje maskować wyniosłej, niemal szyderczej dumy, bijącej z całej jego postawy. Jest wysoki, barczysty i onieśmielający. Wygląda na byłego żołnierza.
Orazio wyjaśnia, że przyszedł przedyskutować ważną sprawę związaną z freskami, które maluje na zlecenie Quorliego. Uznał, że służący prędzej go wpuści do domu, jeśli się dowie, że on jest malarzem i wykonuje zlecenie dla jego chlebodawcy.
- Proszę wejść. Pan zwykle nie przyjmuje gości przed południem, ale skoro twierdzi pan, że to ważne... - Jego ton nie pozostawia wątpliwości, że w to nie wierzy.
Wjeżdżając na dziedziniec, Orazio widzi, że służący obrzuca krytycznym spojrzeniem jego wierzchowca, i natychmiast żałuje swojej decyzji. Koń jest rzeczywiście starą, dychawiczną szkapą i raczej ujmuje mu splendoru, niż dodaje. Zaczyna ujadać wielki pies; szarpie się na łańcuchu, tocząc ślinę z różowego pyska.
- Cicho bądź, Cezar! - nakazuje służący i pies posłusznie milknie. Kładzie się na ziemi, gotowy w każdej chwili rzucić się do ataku. - Kogo mam zaanonsować?
Orazio zsiada z konia i podaje swoje nazwisko. Na jego dźwięk służący nieco łagodnieje, jakby je rozpoznawał. Bez słowa wskazuje cień ze słupkiem do uwiązywania koni i z korytem napełnionym wodą. Najwyraźniej jednak wrażenie, jakie wywarło na nim nazwisko Gentileschi, nie wystarcza, żeby zaprosić gościa do środka. Orazio zostaje na dziedzińcu pod czujnym okiem stróżującego psa.
Dom Quorliego, choć nie przesadnie wielki, jest niezwykle urokliwy - symetryczny, z portykiem przy głównym wejściu i dużymi oknami po bokach. Po prawej jest obrośnięte wiecznozielonymi roślinami łukowate przejście do ogrodu z kamienną fontanną.
Orazio spaceruje, zacierając ręce, żeby się rozgrzać. Drażni go urok tego miejsca. Od gulgotania wody chce mu się sikać. Właśnie się zastanawia, czy nie załatwić się w jakimś wilgotnym, ciemnym kącie, kiedy wraca służący.
- Pan powiedział, że może panu poświęcić kwadrans - mówi i wprowadza Orazia do domu. - Proszę tu zaczekać.
Hol jest przestronny i widny, ze schodami prowadzącymi na galerię z ozdobną balustradą. Na stole pośrodku znajduje się kolekcja posążków z brązu. Uwagę Orazia zwraca jeden z nich - uskrzydlona postać Ikara. Zupełnie jakby został tu postawiony jako aluzja do jego życiowej sytuacji, myśli Orazio. Czuje coraz większe parcie na pęcherz.
Otwierają się drzwi i za białym pieskiem, niewiele większym od szczura, do holu wbiega dziewczynka przystrojona mnóstwem wstążek. Przystaje, rzuca zdyszane przeprosiny w stronę Orazia, po czym pędzi dalej do korytarza. Po chwili pozostają po niej tylko dzwoniące salwy śmiechu. To pewnie jedna z córek albo wnuczek Quorliego, zważywszy na jego ironiczne komentarze na temat córek.
Dziewczynka zostawiła otwarte drzwi i Orazio robi kilka kroków w bok, żeby zajrzeć do sąsiedniego pomieszczenia. Widzi jadalnię ze stołem i resztkami rodzinnego śniadania oraz służącą w fartuchu uprzątającą naczynia. Na ścianie wiszą obrazy; Orazio zauważa Carracciego i chyba Reniego, a obok swoją Madonnę. Widok obrazu, który namalował, wiszącego w tak honorowym miejscu, napawa go otuchą. Nigdzie jednak nie widzi Zuzanny. Pewnie wisi w prywatnych pokojach Quorliego. Jego spojrzenie przyciąga kolejne płótno, stojące na krześle w drugim końcu pokoju. Z niemiłym zdumieniem rozpoznaje okropną Judytę córki.
- Gentileschi!
Odwraca się zakłopotany. Czuje się jak dziecko przyłapane na wkładaniu palców do dżemu. Za jego plecami stoi Quorli.
- Przepraszam, przestraszyłem pana? - Gospodarz stanowczym gestem zamyka drzwi.
Orazio zastanawia się, jak długo za nim stał.
- Podziwiałem pana kolekcję.
- Czemu zawdzięczam tę przyjemność? - Wnioskując po zniecierpliwionym tonie, przyjemność jest ostatnią rzeczą, jaką odczuwa Quorli. - Służący poinformował mnie, że chce pan przedyskutować ze mną projekt fresków.
- Niezupełnie - mówi Orazio z wahaniem. Coraz bardziej dokucza mu pęcherz. - Przyszedłem w sprawie znacznie bardziej delikatnej. - Kłania się z szacunkiem i złości się na siebie za takie służalcze zachowanie. - Związanej z Tassim.
Quorli zaczyna postukiwać stopą.
- O co chodzi? Nie mam zbyt dużo czasu. - Przez jego twarz przemyka niemiły uśmiech.
- Jak panu zapewne wiadomo, Tassi zaręczył się ostatnio z moją córką.
- Hm... - Quorli wydaje nieokreślone mruknięcie, podczas gdy jego stopa nie przestaje niecierpliwie stukać o podłogę.
Orazio nabiera powietrza.
- Odkryłem, że Tassi jest już żonaty.
- No nie! - Quorli wybucha śmiechem. - A to jucha!
Orazio nie może uwierzyć, że ten człowiek bagatelizuje sytuację tak beztroską reakcją.
- Zastanawiałem się, czy... czy nie mógłby pan rzucić nieco światła na tę sprawę.
- To sprawa Tassiego. Nie obchodzi mnie jego prywatne życie. Nasze kontakty są ściśle zawodowe.
- No cóż, miałem nadzieję, że... że... - Orazio potyka się o własne słowa - że mi pan pomoże.
Chociaż dopowiada zdanie do końca, wie, że Quorli nie kiwnie w tej sprawie palcem, i zaczyna gorzko żałować, że w ogóle tu przyszedł. Powinien był poradzić się Giovanniego, zanim podjął tę decyzję.
Miał jakąś nadzieję, że Quorli wszystkiemu zaprzeczy, powie mu, że Tassi jest wdowcem, albo znajdzie jakieś inne wyjaśnienie.
- Nie wiem, czego pan ode mnie oczekuje. - Na ustach Quorliego nadal igra rozbawiony uśmieszek. - Rozumiem, że to kwestia honoru, ale ja go nie odżenię. Do tego trzeba papieża - powściąga prychnięcie - i to tylko pod warunkiem, że związek nie został skonsumowany.
- Nie zamierzałem... to znaczy... sądziłem, że mógłby pan...
Quorli znów zaczyna stukać stopą. Orazio wyczuwa, że lada chwila zostanie wyproszony. Tak naprawdę chce powiedzieć, że oczekiwał jego wsparcia w postawieniu Tassiego przed sądem, lecz kiedy zamierza wyartykułować swoją prośbę, Quorli się odzywa.
- Skoro pozwala pan córce się tak prowadzić, to nic dziwnego, że ściągnęła na siebie hańbę. Błądzące córki są przekleństwem ojców.
Oraziem targa taki gniew, że z trudem się powstrzymuje, żeby nie uderzyć gospodarza.
- Nie Artemisia jest temu winna, tylko Tassi - zauważa drżącym głosem.
- To kwestia opinii. Doszły mnie różne plotki na jej temat. - Oczy Quorliego błyskają kpiąco. - Agostino to przystojny diabeł. Z pewnością trudno mu się oprzeć.
- Moja córka nie jest taka, jak pan sugeruje. Agostino Tassi wziął ją siłą.
- Jak powiedziałem, to kwestia opinii. - Z twarzy Quorliego znika resztka udawanej serdeczności. - Rzecz w tym - prowadzi Orazia w stronę drzwi - że jeśli nie zgadzacie się z Agostinem, to, niestety, będę musiał znaleźć kogoś innego, kto pomoże mu w pracy nad freskami. - Klepie go protekcjonalnie po ramieniu. - Jestem pewien, że rozumie pan moje kłopotliwe położenie.
Orazio wpada w panikę. Ma nadzieję, że jego rozpacz nie uwidacznia się na twarzy.
- To nawet dobrze - rzuca. - Jestem przeciążony zamówieniami. Zastanawiałem się, jak znaleźć czas na inne rzeczy. - Nie zniży się do tego, żeby błagać o pracę. - Ponadto staram się znaleźć odpowiedniejszego męża dla córki.
Zdobywa się na coś, co wygląda jak uśmiech, ale sądząc po uniesionych brwiach Quorliego, ta fałszywa brawura prawdopodobnie została przejrzana na wskroś.
- No to cieszę się, żeśmy sobie te rzeczy wyjaśnili. - Quorli prowadzi go do wyjścia.
- Jeszcze jedna sprawa. - Orazio postanawia, że nie wyjdzie stąd z pustymi rękami. - Jest u pana Judyta, którą namalowała moja córka. - Wskazuje zamknięte drzwi. - Tassi zabrał to płótno bez pozwolenia i trzeba za nie zapłacić - oświadcza stanowczo.
- Judyta? Nie mam pojęcia, o czym pan mówi.
- Widziałem ją na własne oczy. - Orazio podnosi głos.
- Musiało się panu coś pomylić. - Quorli klaszcze w dłonie i obok nich jak spod ziemi wyrasta kamiennolicy służący. - Signor Gentileschi właśnie wychodzi. Czy możesz go odprowadzić do bramy?
Orazio zaczyna protestować; pękają w nim resztki powściągliwości: oskarża Quorliego o kradzież i o jeszcze gorsze rzeczy. Służący chwyta go pod ramię i wyprowadza siłą na dziedziniec, gdzie właśnie zaczyna mżyć.
Orazio opróżnia pęcherz w kącie pod murem, po czym wsiada na wynajętą chabetę i jedzie z powrotem przez ponure miasto. Odprowadziwszy konia do stajni, wchodzi do karczmy, żeby zwilżyć wysuszone gardło przed powrotem do domu.
Ledwo przekracza próg pracowni, gdy zjawia się poruszony Giovanni.
- Dzięki Bogu, że już jesteś! - woła. - Wszędzie cię szukałem. Łajdak dał drapaka.
- Kto? Tassi?
- Tak, oczywiście, że Tassi. Jak wiesz, zgłosiłem przestępstwo w sądzie. Właśnie dostałem wiadomość, że wysłali do niego urzędnika, by przeprowadził wstępne przesłuchanie, ale łajdaka nie było w domu.
- Co z tego? - Orazio wzrusza ramionami. - Wyszedł z mieszkania, ale wróci.
- Nie. Portier powiedział, że wychodził w pośpiechu z bagażami i poinformował, że nie wie, kiedy wróci. - Giovanni wzdycha i przysiada na brzegu ławy. Optymizm, którym zwykle tryska, wyparował bez śladu. - Tak mi przykro, Orazio.
- Czy portier powiedział, dokąd Tassi wyjechał? Musimy go ścigać. - Orazio rusza do drzwi. - Masz dobre konie, prawda? Nie ma chwili do stracenia!
Giovanni wyciąga rękę, żeby go powstrzymać.
- To na nic. Nie wiemy, dokąd pojechał. Już zmierzcha, a minęło wiele czasu. On może być wszędzie.
Orazio w duchu przeklina godziny, które właśnie strwonił.
- Skąd się dowiedział? Myślisz, że uprzedził go ktoś z sądu? - Chętnie wyrwałby język z gardła winowajcy.
- Niemożliwe. Wysłali do niego człowieka natychmiast, a Tassiego już nie było. - Giovanni patrzy przyjacielowi w oczy. - Teraz nie pora zaprzątać sobie tym głowę.
- Co się stało? - W drzwiach kuchni staje Artemisia i patrzy na niego z nieprzyjaznym błyskiem w oku.
- Niestety, Tassi uciekł z miasta przed przesłuchaniem.
- O, świetnie. - Dziewczyna nie okazuje ani krztyny zmartwienia. Wraca do kuchni i szeptem rozmawia z bratem.
- Muszę już iść - mówi Giovanni. - Zacznij rozpytywać, czy ktoś nie wie, dokąd ten łotr się udał. Ja wyślę wiadomość do Florencji, może się tam pojawi. Jeśli tak, lepiej poczekać, aż sam tu wróci. Poza jurysdykcją Rzymu i tak niczego nie wskóramy, a możemy go tylko spłoszyć i sprawić, że znowu zniknie.
- Po co miałby tu wracać, skoro wie, że czeka go sąd? - Zniechęcenie sączy się w serce Orazia niczym piasek w klepsydrze. Czy kiedykolwiek zdoła oczyścić imię córki?
- Głupca ciągnie do swoich szaleństw jak psa do rzygowin. - Giovanni robi kwaśną minę. - Tu, w Rzymie, wkradł się w łaski kardynała. Nie oprze się pokusie sławy, jaką może dzięki temu zyskać. Ma tu do wykonania zlecenie. Możesz mi wierzyć, że wróci.
Orazio idzie do kuchni i wchodzi na stołek, żeby zdjąć z najwyższej półki butelkę grappy. Artemisia piorunuje go spojrzeniem i oskarżycielsko wskazuje trunek.
- Miałeś z tym skończyć.
Jej ton jest zaskakująco łagodny, ale Orazio i tak czuje ukryty w nim wyrzut i z trudem się powstrzymuje od opryskliwej riposty, że to nie jej sprawa.
- Quorli był wyjątkowo nieżyczliwy - mówi, zeskakując na podłogę z butelką w ręce. - Ale widziałem u niego w domu twoją Judytę.
- Musiało ci się coś pomylić. Moja Judyta spłonęła. Prawda, Franco?
- Tassi mówił, że ją spalił - potwierdza jej brat.
- Spalił? - Orazio już ma zamiar powiedzieć, że dziś z całą pewnością widział jej obraz na własne oczy i nie ma co do tego wątpliwości, ale się powstrzymuje. Nie zdziwiłby się, gdyby córka pobiegła do domu Quorliego i wywołała skandal. Nie może ryzykować kolejnych kłopotów. - Kiedy to powiedział? Kiedy go widzieliście?
- Niedawno. - Francesco kuli się lekko.
Orazio zastanawia się, czego chłopak się tak przestraszył.
- Widzieliście go niedawno? Czemu mi nie powiedzieliście?
- Właśnie ci mówimy.
- Wspominał coś o wyjeździe z Rzymu? Dokąd się wybiera?
- Nie, ani słowem. - Francesco wzrusza ramionami.
- Nie wyjawiliście mu, że wnosimy oskarżenie do sądu?
Artemisia rzuca ojcu pogardliwe spojrzenie.
- Masz nas za głupców?
Orazio wyciąga korek z butelki, ale dziewczyna delikatnie wyjmuje mu ją z ręki. Wącha i krzywi się.
- Nie wiem, jak możesz to pić. Cuchnie gorzej niż terpentyna.
Tylko wstyd powstrzymuje go od wyrwania jej z rąk butelki. Wszystko w nim woła o to błogosławione zamroczenie, w którym troski wyparowują jak woda z patelni. Bezradnie patrzy, jak Artemisia otwiera tylne drzwi i wylewa zawartość do ścieku, i zastanawia się, kiedy to się stało, że córka została jego opiekunką.
29
Oczy świętej Łucji
Sypialnia Orazia pachnie woskiem pszczelim i kurzem. W końcu Zicie udało się trafić na moment, kiedy zostawił ją otwartą. Słyszy jego grzmiący głos dobiegający z dołu i podbiega na palcach do łóżka. Kuca i wsuwa rękę pod materac, a potem pod poduszkę. W ciemnym kącie zbiera kurz jakaś butelka. Zita grzebie w kufrze, gdzie Orazio trzyma swoje rzeczy, i w skrzyni z ubraniami. Nigdzie ani śladu krzyżyka z rubinami.
Nagle na korytarzu trzeszczą deski. Zita odwraca się; serce podchodzi jej do gardła. Gdy drzwi się uchylają, rozgląda się za miejscem, w którym mogłaby się ukryć; włos jej się jeży na karku. Myśli galopują jak oszalałe, szukając wymówki, dla której znalazła się w sypialni Orazia, chociaż nie wolno jej tu wchodzić, nawet żeby posprzątać.
Drzwi otwierają się na całą szerokość i w progu staje Artemisia.
Zitę zalewa fala ulgi.
- Co ty tu robisz? Jak ojciec cię tu znajdzie...
Dziewczyna nie musi kończyć - Zita doskonale wie, co by się stało, gdyby Orazio przyłapał ją grzebiącą w jego prywatnych rzeczach.
- Szukałam kardynalskiego krzyżyka.
- Ach, tego. - Artemisia wychodzi na korytarz. - Po co ci on?
- Chcę go zwrócić - mówi szeptem Zita, podążając za nią. - Żeby oczyścić sumienie.
- Nie martwiłabym się na twoim miejscu. Kardynał prawdopodobnie nawet nie zauważył braku tego krzyżyka, ma dziesiątki takich świecidełek.
- Ale... - Zita nie umie wytłumaczyć, że chce rzetelnie odpokutować za swój grzech.
- A jak zamierzałaś go zwrócić?
- Nie wiem. - Tak naprawdę nie zastanawiała się, co zrobi, kiedy znajdzie krzyżyk.
- Ja bym się nie przejmowała. Niech ojciec się o to martwi.
Artemisia najwyraźniej nie rozumie jej rozterki: dopóki Orazio jest w posiadaniu krzyżyka, może ją szantażować. Chociaż minęło kilka miesięcy od czasu, kiedy wykorzystał jej przestępstwo, Zita jeszcze dzisiaj budzi się w środku nocy z koszmaru, że sznury Sybilli podczas tortur zaciskają jej się na palcach, zgniatają jej kości albo jeszcze gorzej: tasak odcina jej dłoń, krew płynie na wszystkie strony jak na tym okropnym obrazie.
- Spóźnimy się na mszę - mówi Zita.
Schodzą na dół, gdzie pozostali wkładają już płaszcze i kapelusze.
Przez całą drogę do kościoła Zita idzie jak struta, ściskając w dłoni różaniec. Po tym, jak ukradła krzyżyk kardynała, ani razu nawet nie przyszło jej do głowy, żeby coś sobie przywłaszczyć. Nauczka była skuteczna.
Kiedy wchodzą na plac, z nieba zaczyna siąpić deszcz. W ich stronę biegnie Piero z zatroskaną twarzą.
- Co się stało? - Artemisia przystaje, podczas gdy reszta rodziny idzie dalej w stronę kościoła.
Przyjaciel wciska jej coś do ręki.
- To od Carla - oznajmia. - Chce, żebyś je zatrzymała.
Zita stoi kilka kroków dalej i udaje, że nie podsłuchuje. Widzi, jak Artemisia waży w dłoni sakiewkę.
Przechodzący ludzie obrzucają ich spojrzeniami. Po mieście już rozeszła się wieść o jej niesławie.
Niedawno Zitę zagadnęła na rynku jakaś kobieta. "Nie wiem, jak możesz jeszcze mieszkać w tym gnieździe grzechu", powiedziała. Zita udała, że nie słyszy.
Teraz dolatują ją słowa Artemisii:
- Wszystko? Nie, nie mogę. - Próbuje wcisnąć sakiewkę Pierowi, lecz ten odmawia.
- Carlo nalega. Uważa, że i tak poniosłaś ogromną stratę. Ale nie po to tu przyszedłem. Chcę się pożegnać.
- Wyjeżdżasz? - pyta przybita dziewczyna.
Zita wie, że ci dwoje są sobie bardzo bliscy, i nawet sama polubiła Piera, mimo że jest jednym z tych.
- Muszę - odpowiada młodzieniec. - Ojciec niedomaga, ktoś musi pilnować interesów, opiekować się mamą.
Piero i Artemisia na chwilę splatają dłonie niczym potajemni kochankowie, co nie umyka uwagi Zity.
- Nie wiem, kiedy będę mógł znowu przyjechać do Rzymu. Nie chciałem wyjeżdżać bez pożegnania.
- To coś poważnego? Pytam o twego tatę.
Piero kręci ze smutkiem głową, po czym znika w tłumie.
- O co chodzi? - Zita udaje, że niczego nie słyszała, a kiedy dziewczyna tłumaczy jej, że Piero wyjeżdża, wskazuje sakiewkę. - A to za co?
Artemisia kołysze mieszkiem jak wahadłem, po czym chowa go do kieszeni.
- Prosiłam Piera, żeby zwrócił zaliczkę za Judytę, ale kupiec nie chciał jej przyjąć. Podobno uważa, że spotkało mnie wystarczająco dużo nieszczęść.
- Bo to prawda.
- Będę mogła ci przyzwoicie zapłacić za pozowanie. - Od miesięcy prawie nie brała pędzla do ręki.
Według Zity to, że dziewczyna zamierza do tego wrócić, jest dobrym znakiem.
- Chcę namalować świętą Łucję - oznajmia Artemisia.
- Która to? - Zita przebiega w pamięci wszystkie święte, które zna: Agnieszka spalona; Katarzyna łamana kołem; Dorota ze ściętą głową; Justyna od miecza... - Nie pamiętam.
- Oczy.
- Ach, rzeczywiście.
- Wydłubała sobie oczy, żeby nie widzieć pożądliwych spojrzeń mężczyzn. - Kiedy Artemisia wpada na jakiś pomysł, promienieje potężną siłą. - Myślę, że namaluję Łucję w trakcie popełnianego czynu: z jednym okiem.
- Nie rozumiem, czemu wciąż się upierasz, żeby malować takie okropności.
Cała krew z poprzedniego obrazu wsiąkła w senne koszmary Zity. W głębi ducha cieszy się, że go skradziono i nie musi więcej na niego patrzeć. Nie jest pewna, czy chce zostać namalowana z jednym okiem, gdy roni szkarłatne łzy. Ale potrzebuje pieniędzy. Nadal nie ma wieści o powrocie męża i zaczyna się trochę niepokoić.
- Widziałam kiedyś portret świętej Łucji - mówi. - Była bardzo piękna. - Doskonale pamięta złotowłosą dziewczynę z obrazu, wyciągającą dłoń, na której niczym cukierki spoczywają jej oczy.
- Nie interesuje mnie malowanie ślicznego fałszu. Chcę, żeby ludzie, patrząc na mój obraz, myśleli, co Łucja musiała czuć. Chcę namalować prawdę o młodej dziewczynie, która wydłubuje sobie oczy. - Artemisia wybucha śmiechem. - Szkoda, że nie widzisz swojej miny. Jesteś przezabawna.
Przez całą mszę na myśl o wyjeździe Piera ściska jej się serce. Kiedy wychodzą z kościoła i całą rodziną ruszają powoli przez zatłoczone ulice, czuje się tak samo źle.
Francesco wysforowuje się, a Giulio biegnie za nim, trzymając za ręce córki Zity. Skręcają w via della Croce i giną pozostałym z oczu.
Po chwili Artemisię dobiega krzyk Francesca:
- Co to jest, do diabła?!
Sekundę później dopada do niej i woła:
- Nie idź tam! Lepiej, żebyś tego nie widziała.
- Czego?
Coś się dzieje. Ze strachu ściska ją w dołku.
- O co chodzi? - Wyrywa mu się. - Chcę to zobaczyć.
Idzie za niemym wzrokiem ojca i braci i widzi ociekające czarną farbą wielkie litery wymalowane na fasadzie ich domu.
- Co znaczy casa puttana? - pyta matkę przechodzący chłopiec.
- Dom nierządu - mówi półgłosem Artemisia. Jakby dźgnięto ją nożem, uprzytamnia sobie, że dom został napiętnowany z jej powodu. Wywleczono jej hańbę na widok publiczny.
Przez chwilę wszyscy stoją jak osłupiali, wpatrując się z niedowierzaniem w napis, aż w końcu Orazio ryczy na cały głos:
- Ten, kto to zrobił, już jest trupem!
Zbierają się ludzie, pokazują palcami, szydzą.
- Który z was to zrobił, dranie? - warczy na nich Orazio, czym wywołuje jeszcze więcej śmiechu, szyderstw i gwizdów.
Francesco obrzuca gapiów przekleństwami i zdejmuje kaftan, szykując się do bójki. Siostra odciąga go na bok.
Zita wynosi miednicę pełną wody z pianą i ostrą szczotkę do szorowania. Artemisia chwyta szczotkę i zanurza ją w wodzie. Szoruje gęstą, lepką jak smoła farbę, aż ług piecze ją w oczy. Ale myśli palą równie boleśnie. Była naiwna i egoistyczna, kiedy nie chciała uwierzyć, że jej hańba odbije się na jej bliskich. To cud, że rodzina nie obróciła się przeciwko niej. Francesco i Giulio w milczeniu pomagają jej szorować i wkrótce szydercze okrzyki gawiedzi toną w odgłosie skrobania trzech szczotek. Ramię Artemisii zaczyna omdlewać, lecz czarna farba uparcie trzyma się muru.
Dłonie dziewczyny puchną i pokrywają się pęcherzami, mimo to szoruje dalej jak w transie, dopóki Francesco siłą nie otwiera jej palców i nie wyjmuje szczotki.
- Wystarczy - rzuca. - To na nic. Musimy to zamalować, tylko że nie teraz, dopiero jak wszyscy stąd pójdą.
- Ale przez ten czas zobaczy to jeszcze więcej ludzi - protestuje Artemisia, chociaż wie, że jej protesty są bezsensowne.
Napis widziało już dość ludzi, żeby do nieszporów wieść o nim rozeszła się po całym Rzymie. W końcu uda im się usunąć litery, zmyć je terpentyną, zamalować, pokryć warstwą zaprawy, lecz prawdziwa skaza pozostanie niezatarta.
Wchodzą do domu, zamykają okiennice i siedzą w milczeniu, podczas gdy Zita przygotowuje jedzenie.
Pierwsza odzywa się Artemisia.
- Co teraz zrobimy? Nie możemy chować się tu w nieskończoność.
Orazio wzdycha żałośnie i dziewczyna poznaje po jego skruszonej minie, że nie spodoba jej się to, co zaraz usłyszy.
- Najlepszym wyjściem dla nas wszystkich... - Ojciec urywa, splata dłonie, a po chwili je rozplata. - Najlepszym wyjściem byłoby, gdybyś wstąpiła do klasztoru.
Świat staje się cienki i wątły jak dom z papieru, zgnieciony w dłoni, razem z nią w środku. Jej bracia, Zita i dziewczynki - wszyscy wpatrują się w swoje stopy. Mały Luca wali widelcem o stół: łup, łup, łup.
- Nigdy w życiu.
30
Sromota
Sześć miesięcy później...
Mieszkanie przy Borgo Santo Spirito jest ciasne i brzydkie: trzy zaniedbane izby wychodzące na podwórze z rzeźnią końską i ponurym widokiem zwierząt stojących w klatkach, toczących ze strachu oczami, czekających na swój los. Orazio czuje dziwne pokrewieństwo z tymi nieszczęsnymi stworzeniami. Kilka rozchwierutanych stopni niżej, na tyłach budynku, mieści się zrujnowany i zimny stary magazyn, w którym urządzili pracownię.
Ponure pokoje na piętrze mają niewiele zalet. Jedną z nich jest bliskość domu Stiatessich, który z lekkim zażenowaniem spogląda z niewielkiego wzgórza na swoje obskurne sąsiedztwo. Z pieców chlebowych piekarni mieszczącej się na parterze rozchodzi się po budynku ciepło, co zimą oznacza mniej wydatków na opał, lecz teraz, gdy zbliża się wiosna, w domu robi się nie do wytrzymania. Dobrze chociaż, że zapach świeżego pieczywa maskuje wszechobecny odór zgnilizny.
Lecz to mieszkanie i tak daje ulgę po wiecznych udrękach, jakie przeżywali na via della Croce, gdy sąsiedzi obrzucali ich groźbami i wyzwiskami, miejscowi sklepikarze coraz częściej odmawiali obsługiwania ich, a wystarczyło, że Artemisia usiadła na chwilę w oknie, a ktoś natychmiast obsypywał ją zniewagami lub wulgarnymi zaczepkami. Tak więc mieszkają teraz na drugim brzegu rzeki; po raz drugi przeprowadzili się do mieszkania dwa razy mniejszego i trzykrotnie tańszego niż poprzednie. Tu nikt z sąsiadów ich nie zna.
Rozlega się ogłuszający łomot i po chwili na podłodze ląduje kilka cegieł z przeciwległej ściany, a do izby wpada tabun pyłu i gruzu. W otworze pojawia się spocona twarz murarza.
- Te mury są grubsze, niż myślałem. To mi zajmie więcej czasu i będzie więcej kosztować.
Orazio wzdycha.
- Pracujcie dalej - rzuca. Oblicza w myślach, ile już wydał w tym miesiącu z topniejących oszczędności.
Przebijają drzwi do sąsiedniego pokoju, gdzie zamieszkała Zita w związku z opóźniającym się powrotem męża. Orazio nie wie, skąd ta kobieta bierze pieniądze na opłacenie czynszu, i nie chce wiedzieć.
Murarz podaje mu nowy kosztorys. Orazio targuje się - nawet niewielka suma się przyda. Zlecenia na prace wyschły jak woda w kałuży. Tylko Giovanni zamówił u niego i Artemisii portrety wnuków. Prawdopodobnie z litości, przypuszcza Orazio.
Powtarza sobie, że gdy tylko Tassi wróci, będzie mógł oczyścić dobre imię rodziny i wszystko obróci się na lepsze. Ale powtarza to sobie od miesięcy, a tymczasem Tassi przepadł jak kamień w wodę. Kiedy Orazio wybrał się kilka miesięcy temu do Quorliego, nie wpuszczono go za bramę. Musiał przekazać wiadomość przez kamiennolicego służącego. A teraz Quorli nie żyje - zmarł na zimową gorączkę.
Znowu zaczynają się niekończące łomoty i Orazio rad nierad ucieka do pracowni, gdzie jego dzieci ciężko pracują przy bieleniu ścian. Niezauważony, przez chwilę obserwuje, jak śmieją się i swobodnie gawędzą, lecz gdy spostrzegają jego obecność, natychmiast milkną. Mały Marco z wielkim pędzlem w dłoni jest ubabrany farbą od stóp do głów. Z włosia kapie na podłogę biała ślina. Chłopiec patrzy na ojca przelękniony, kuli się i przeprasza.
Na widok jego strachu Orazia ogarnia smutek. Uśmiecha się do malca, mówi, że trochę farby na podłodze nie ma znaczenia, ale wie, że dzieci, zerkając na niego z ukosa, pamiętają sytuacje, kiedy wpadał w szewską pasję za drobniejsze przewiny. Mówi, że wykonali doskonałą robotę, że dzięki nim pracownia będzie wyglądała znacznie przyjemniej, mimo to najmłodszy syn nadal patrzy na niego nieufnie. Orazio sam jest sobie winien. Od czasu, gdy powściągnął skłonność do picia, zrozumiał, jakie szkody wyrządził rodzinie.
W momentach słabości, kiedy chwyta go chęć, żeby sięgnąć po alkohol, przypomina sobie nieszczęścia, jakie ściągnął na swoje dzieci. Tyle rzeczy z jego przeszłości przepadło, utonęło w otchłaniach pijackiego zamroczenia. Wystarczy, że poczuje chłód, nieufność i ostrożność, które synowie i córka zachowują w jego obecności, dystans, jaki odczuwa, kiedy się od niego odsuwają, żeby uświadomił sobie swoją porażkę jako ojca.
Najwięcej chłodu okazuje mu Artemisia. Maluje teraz sama; pracuje nad własnymi pomysłami, o których nigdy z nim nie rozmawia tak jak kiedyś. Jej oficjalny, zdystansowany ton łamie mu serce. Próbował zrzucić z piersi ciężar przy konfesjonale, lecz za każdym razem, kiedy zaczyna opisywać na głos rozmiary swej sromoty, chwyta go lęk, że całe jego jestestwo rozpadnie się na dobre.
Pod ścianą w głębi pracowni stoją niczym duchy płótna - niedokończone prace jego córki. Na jednym próbowała namalować na nowo skradzioną Judytę. Gryzmoł czarnej farby zasłaniający pół obrazu odzwierciedla jej frustrację. Orazio to rozumie. Trudno - a może wręcz nie sposób - odtworzyć moment natchnienia, który nadał dziełu życie.
Znowu ogarnia go gniew na wspomnienie krótkiej rozmowy, jaką odbył po pogrzebie z wdową po Quorlim.
- Nie mam pojęcia, dlaczego rości sobie pan prawo do tego obrazu. Mój mąż nabył go zgodnie z prawem. Mam dokument, który o tym zaświadcza.
Oznajmiła, że może zwrócić płótno za "pewną sumę" - astronomiczną, jak się okazało, której Orazio nigdy nie zdołałby zapłacić.
Ogląda szkice córki. Żadnych uroczych nimf czy cherubinów, tylko rząd niedokończonych świętych męczennic: Łucja z krwią cieknącą z oka; Dorota podnosząca wzrok spod atramentowych biczów i wyciągająca kosz z owocami, a wśród nich jabłko dźgnięte nożem; i Agnieszka na wpół uduszona własnymi włosami. Nikt nigdy nie zamówi takich obrazów. Nikt nie chce oglądać takich świętych. Nawet jej autoportrety spoglądają na obserwatora ponuro, jakby patrzyły w pustkę.
- Słuchajcie - mówi Artemisia, przykładając palec do ust.
Wszyscy przerywają pracę i zamierają jak w ekstazie, nasłuchując cichutkich nici ledwo dosłyszalnej muzyki. Na via della Croce nie docierały odgłosy z kaplicy watykańskiej.
- Jest tam kto?! - Czyjś głośny krzyk zrywa nici melodii. - Szukam signora Gentileschiego.
To posłaniec, który wymachuje listem.
- Znalazłeś go. - Orazia przechodzi słabiutki dreszczyk nadziei. Przestał już wyglądać wieści o schwytaniu Tassiego.
Otwiera pismo i czyta króciutką notkę od Guida Reniego, którego uważał za drogiego przyjaciela od pędzla i bratnią duszę. Reni informuje, że nie będzie już potrzebował Giulia jako terminatora w swojej pracowni i niniejszym anuluje umowę zawartą rok temu. Wiesz, jak wyglądają sprawy, Orazio. Muszę starannie dobierać uczniów. To kwestia wizerunku. Mam nadzieję, że to zrozumiesz.
Orazio zgniata pismo w kulkę i ciska na podłogę. Jego trumna ma więcej gwoździ niż drewna.
Artemisia podnosi zgnieciony list, chociaż już wie, że zawiera kolejną złą wiadomość. Czuje na sobie piorunujący wzrok ojca, kiedy próbuje coś zrozumieć z gąszczu słów.
- Co jest w liście? - pyta. - Powiedz mi!
Giulio tak się cieszył na ten termin. Pracownia Reniego jest luksusem w porównaniu z tym miejscem, gdzie wiatr hula między szparami w oknach, a za ścianami buszują szczury wielkości kotów. Podkradają się w nocy tak blisko, że Artemisia ma wrażenie, jakby drapały jej w czaszce.
Myśli o tym, jak inaczej wyglądałoby ich życie, gdyby okazała więcej posłuszeństwa. Gdyby oczarowała Modenesego, mieszkałaby teraz w pięknej czerwonobrązowej willi wyłożonej gładkim jak lód marmurem, pełnej wazonów wielkości kadzi, wypełnionych ciętymi kwiatami. Może pęczniałaby od dziecka rosnącego jej w brzuchu, spędzała popołudnia w towarzystwie teściowej, objadając się łakociami, i malowała portrety nudnych żon przyjaciół męża, opatrując je rozsmarowanymi na twarzach sztucznymi uśmiechami. Wtedy jej pogrążona w niesławie rodzina nie musiałaby ukrywać się przed ludźmi.
Mimo to Artemisia wie, że za nic w świecie nie wybrałaby takiego losu. Nawet jej obecne życie jest lepsze od tego, którego o włos uniknęła jako żona Tassiego.
Pakuje swoje portfolio rysunków i przygotowuje się do wyjścia. Ma iść z ojcem do potencjalnego klienta, który chce zamówić portret żony. Niedawno sprowadził się do Rzymu, ale bez wątpienia wkrótce usłyszy o hańbie Gentileschich i grzecznie ich odprawi, choć zaoferują niższą cenę niż inni malarze.
Kiedy w milczeniu przechodzą na drugi brzeg rzeki, most pławi się w słońcu, ale pogoda zmienia się w mgnieniu oka: błękitne marcowe niebo zaciąga się siną kipielą, kradnie ciepło i światło. Zaczyna padać; grube krople deszczu przesiąkają przez płaszcz Artemisii i z przeszłości dochodzi ją głos matki: "Nie wychodź na deszcz, kochanie, bo złapiesz śmierć". Czy nie dołączyłaby teraz chętnie do mamy? Niektórzy powiedzieliby, że takie myśli podsuwa szatan i trzeba je odpędzać modlitwą. Artemisia chciałaby, żeby to było takie proste.
Mijają via della Croce i idą dalej okrężną drogą, żeby ominąć okolice ich dawnego domu. Ciekawe, czy ciemne litery zjadliwego napisu przebijają przez trzy warstwy farby, które musieli położyć, żeby go zamalować. Artemisia zasłania głowę torbą, chociaż niewiele to pomaga.
W oddali zauważa idącą w jej stronę Lisabettę, przyjaciółkę z dzieciństwa, oraz jej siostrę Giannę. Człapią, dźwigając przed sobą ciężkie brzuchy. Co za szczęśliwy traf, że urodzą dzieci prawie równocześnie i będą mogły razem je wychowywać. Artemisia podnosi dłoń i macha im na powitanie. Lisabetta odwraca wzrok i razem z siostrą mija ich jak trędowatych. Marszczą czoła i coś szepczą. Gianna zawsze była wyjątkowo pobożna; do tego Artemisia się przyzwyczaiła, ale zachowanie starej przyjaciółki sprawia jej ból.
Czy zamieniłaby się z nimi miejscami? Odpowiedź brzmi: nie.
Mokry, lśniący bruk placu jest upstrzony płatkami migdałowca, zmiecionymi przez wiatr w kwieciste zaspy. Deszcz słabnie do lekkiej mżawki i słońce przeciska przez szczelinę w chmurach kilka promieni, okrywa pozłotą dalekie dachy i nadaje krajobrazowi wygląd namalowanego tła na obrazie. Po niebie szybko zbliża się w ich kierunku daleki cień i po chwili przekształca się w stado szpaków. Ptaki siadają na mokrej ziemi w zawierusze olejnej czerni, podlatują, przeskakują, plotkują, po czym znów zrywają się w powietrze, jakby każdy z nich stanowił część tajemniczego, harmonijnego bytu.
Artemisię tak bardzo pochłania obserwacja ptaków odlatujących z hałaśliwym świergotem w dal, że nie zauważa Giovanniego, który biegnie w ich stronę, wymachując rękami i wołając z daleka. W końcu dopada do nich zdyszany, ze skrzywioną twarzą, więc dziewczyna przygotowuje się na kolejne złe wiadomości.
- Dzięki Bogu, że was znalazłem. Wszędzie was szukałem. Słyszeliście już?
Artemisia zauważa, że mina, którą początkowo wzięła za grymas niezadowolenia, jest w istocie szerokim, triumfalnym uśmiechem.
- Wrócił! Został aresztowany.
Orazio wybucha radosnym śmiechem, klaszcze w dłonie i wiwatuje. Mężczyźni chwytają się w objęcia i obracają jak w tańcu. Artemisia obserwuje ich z ciężkim sercem, jakby w jej żyłach płynął ołów. Nie podziela ich euforii.
- Co więcej, słyszałem, że jego żona umarła - dodaje Giovanni, trzymając dłonie na ramionach przyjaciela i patrząc mu w oczy jak kochanek. Nagle się miarkuje, spostrzegłszy niestosowność swojej radości, poważnieje i kreśli znak krzyża.
Orazio przez dłuższą chwilę milczy, marszczy czoło, patrząc w skupieniu na jakiś skrawek papieru unoszący się na wietrze. W końcu pomału twarz rozciąga mu się w uśmiechu i podnosi wzrok na córkę.
Dziewczyna dokładnie wie, co mu chodzi po głowie. Ogarnia ją groza. Koło przeznaczenia, które tak długo tkwiło bez ruchu, z trzaskiem znowu zaczyna się poruszać.
- Nie - mówi cicho, po czym powtarza głośno: - Nie!
Ale mężczyźni jej nie słuchają.
31
Bóg popełnił błąd
Wszędzie unosi się ceglany pył. Zitę pieką oczy, a Luca aż rzęzi, oddychając. Matka sadza go sobie na kolana, żeby mu zmienić brudną koszulkę na czystą, chociaż wie, że za pół godziny ta również będzie szara od brudu.
Mała pierś z trudem wciąga powietrze do płuc. Zita zapina synkowi wełniany kaftan i otwiera okno, żeby choć trochę oczyścić powietrze w izbie. Dobrze chociaż, że wybili drzwi między jej pokojem a mieszkaniem Gentileschich. Nie będzie już musiała biegać po schodach na parter, wychodzić jednymi drzwiami, wchodzić drugimi i znowu wspinać się na piętro. Na razie w otworze wisi gruba płócienna płachta, dopóki nie wstawi się drzwi. Zita martwi się o Lucę; jeszcze zanim zaczęły się roboty, oddech mu świstał od wilgoci.
Dziewczynki siedzą w kącie i szyją. Przynajmniej są cicho. Zita rozpala ogień i stawia na nim garnek, żeby nagrzać wody. Kiedy zaczyna parować, przelewa ją do miseczki i wrzuca garść macierzanki, po czym zakrywa główkę syna i pochyla ją nad parą.
Rozcierając mu plecki, patrzy, jak jeden z kotów przemyka wzdłuż ściany z myszą w pysku. Próbowała przekonać córki, żeby nie zabierały kociaków do nowego mieszkania, ale teraz jest rada, że jej nie posłuchały. Dom aż roi się od szkodników.
- Przeszkadzam ci? - Przez zasłonę zagląda Artemisia. - Muszę uciec od ojca. - Wygląda blado i niespokojnie. - Mogę tu zostać?
Zita zastanawia się, czy dziewczyna zamierza zostać u niej na noc i jak się tu razem pomieszczą, ale nagle spostrzega, że coś jest nie tak.
- Co się stało?
- Aresztowali Tassiego. - Artemisia chodzi tam i z powrotem. - Ojciec ponownie wniósł oskarżenie. - Patrzy na Zitę udręczonym wzrokiem. - Nie wiem, czy zniosę ten proces. Zetrą mnie na miazgę, i to publicznie. Jeśli teraz wydaje nam się, że jest źle, to tam będzie po tysiąckroć gorzej. - Gwałtownie chwyta powietrze. - Nie wiem, czy mam w sobie jeszcze dość siły.
Zita jej nie poznaje. Nigdy dotąd nie widziała jej takiej zastraszonej.
- Ojciec próbuje mnie zmusić - ciągnie Artemisia - żebym zgodziła się poślubić Tassiego. Chce, żebym poszła do Corte Savella, gdzie go trzymają, i przyjęła jego oświadczyny. - Sprawia wrażenie, jakby uszło z niej życie. - Mam do wyboru: ślub albo proces. Nie wiem, co gorsze.
- Ale przecież on nie może się ożenić...
- Jego żona umarła. - Zapada długa chwila ciszy. - Całkiem dogodnie, prawda? - dodaje najeżonym głosem Artemisia.
Zita nie wie, co ma myśleć o jej ostatnich słowach. Czyżby dziewczyna podejrzewała, że Tassi zamordował żonę? Niemożliwe. Chociaż Zita pamięta, jak się zachowywał tamtego dnia w winnicy, jak na jej oczach zamienił się w potwora.
Zdejmuje chustkę z głowy syna i wyciera mu buzię z pary. Przynajmniej Luca oddycha trochę lżej.
- I co zrobisz? - Zita próbuje postawić się na jej miejscu. - Może na procesie nie będzie tak źle, jak...
Artemisia nie daje jej dokończyć.
- Na miłość boską! Oczywiście, że będzie "tak źle". Każą mi publicznie udowodnić, że zostałam... - Powstrzymuje się przed wypowiedzeniem tego słowa, zerkając w kąt izby na dziewczynki, które przerwały szycie i zachłannie słuchają rozmowy. - A chyba wiesz, co to oznacza. - Obejmuje jedną dłonią palce drugiej, podnosi do pionu i zgniata, dopóki czubki nie robią się fioletowe. - Będę musiała dowieść, że mówię prawdę.
Zicie robi się słabo na wspomnienie gróźb, którymi straszył ją Orazio. Przed oczami wyobraźni widzi krzyżyk w jego dłoni i słyszy słowa: "Wiesz, co zrobią, jeśli się wyprzesz?". Wyobraża sobie tortury: sznury Sybilli owinięte wokół palców Artemisii, ściągane coraz mocniej i mocniej, dopóki nie pękną kości.
- Tylko jeśli Tassi zaprzeczy - mówi. - Ja im powiem prawdę... - Urywa. - On nie zaprzeczy - dodaje szybko. - Nie ośmieli się.
- Po co miałby się przyznać, skoro zostałby wtedy skazany? - Artemisia siada ciężko na stołku; spódnice spływają wokół niej do podłogi. Jeszcze bardziej schudła, sterczą jej obojczyki. - Nie mogę malować. Straciłam natchnienie. - Patrzy na swoje otwarte dłonie, jakby czegoś na nich szukała. - Moje palce nie chcą przenosić na płótno tego, co mam w głowie.
Zita widziała w pracowni jej daremne próby; obserwowała, jak na koniec długiego dnia dziewczyna zapamiętale zeskrobuje z płótna każdą smugę, jakby ją coś opętało. A potem siedzi całymi godzinami i patrzy w pustkę.
- Nie byłoby łatwiej po prostu go poślubić? Oczywiście, jeśli udowodni, że dostał nauczkę - dodaje szybko, widząc piorunujący wzrok dziewczyny. - Ludzie się zmieniają. - Myśli o świętych, którzy byli wcześniej grzesznikami.
Artemisia kręci głową.
- Ach - wzdycha - tobie wszystko wydaje się takie proste.
Zapada w ponure zamyślenie, podczas gdy Zita przygotowuje kolację; szatkuje cebulę, aż pieką ją oczy.
- Muszę wybrać między jednym piekłem a drugim - odzywa się w końcu dziewczyna. - Czy nie doprowadza cię do szału, że kobiety mają tak niewielki wybór?
Zita nigdy nie zastanawiała się nad złymi stronami tego, że jest się kobietą, o czym Artemisia tak często opowiada. Ona myślała tylko o korzyściach: o braku odpowiedzialności, o darze od Boga, jakim jest rodzenie dzieci. Gdyby miała się mierzyć z decyzjami, które muszą podejmować mężczyźni, chyba by oszalała.
- Przecież po to właśnie Bóg stworzył kobietę z żebra Adama - mówi. - Żeby była jego pomocnicą.
- W takim razie Bóg popełnił błąd!
Bluźnierstwo Artemisii przeszywa pokój jak trzask pękającej uprzęży. Konie uciekają w popłochu, powóz wpada do rowu, pasażerów wyrzuca na wszystkie strony, pękają czaszki.
Zaszokowane dziewczynki, kulące się w kącie pokoju, wytrzeszczają na nią oczy.
- Nie powinnaś tak mówić. Nawet myśleć. - Zita jest strwożona.
- Mogę mówić, co mi się podoba.
Zita milczy. Nauczyła się już, że lepiej nie wdawać się w dyskusje z tą błyskotliwą i pyskatą dziewczyną.
Nagle z dołu dochodzi walenie do drzwi wejściowych, a po chwili ze schodów odgłos ciężkich butów. Kilku par ciężkich butów.
- Spodziewasz się kogoś? - pyta Artemisia. W jej głosie słychać napięcie.
Takie samo napięcie Zita czuje w całym ciele.
Coś się dzieje.
- Może to Porzia? - Zita sama nie wie, czemu to mówi. To z całą pewnością nie jest Porzia, chyba że nosi dwie pary podkutych butów.
Żadna się nie porusza, nawet kiedy słyszą męski głos zza zasłony:
- Czy tu mieszka signora Zita Medaglia?
Zita zrywa się na nogi tak szybko, że robi jej się słabo i musi się chwycić krzesła.
- Kto jej szuka? - Artemisia odsuwa zasłonę i staje przed dwoma mężczyznami tak, by nie mogli wejść do izby.
Obrzucają nędzne pomieszczenie krytycznym spojrzeniem. Jeden strzepuje ze spodni pył.
- Mamy nakaz sędziego, żeby zaprowadzić ją do Tor di Nona.
Ziemia usuwa się Zicie spod nóg. Robi jej się czarno przed oczami. Po chwili przytomnieje, podtrzymywana ramieniem przez jednego z mężczyzn.
- Czego sędzia chce od signory Medaglii? - Artemisia patrzy wyższemu urzędnikowi prosto w oczy.
- Ma zostać przesłuchana w sprawie udziału w przestępstwie.
Groza sprawia, że Zita w mgnieniu oka przytomnieje. To robota Orazia. Dlaczego po tylu miesiącach powiedział władzom o skradzionym krzyżyku?
- Jakim przestępstwie? - wypytuje dalej Artemisia rozkazującym tonem, który zmusza mężczyzn do posłuszeństwa.
- W sprawie zbezczeszczenia.
- To nie było... Ja nie... - Zita usiłuje się wyrwać z żelaznego uścisku mężczyzny.
Przeklina impuls, który kazał jej sięgnąć po krzyżyk. Czuje się tak, jakby spadała na nią kara za wszystkie popełnione grzechy.
Luca wyczuwa rozpacz matki i zaczyna płakać.
- Sędzia nie dopatrzy się żadnej winy signory Medaglii. - Artemisia otacza kobietę ramieniem. - Nie masz wyboru, musisz z nimi iść - mówi cicho. - Zaopiekuję się dziećmi. To na pewno długo nie potrwa, godzinę albo dwie... Przed kompletą wrócisz do domu.
Zita wie, że to nie będzie godzina albo dwie. Już się prawie ściemnia. Próbuje się przygotować na noc spędzoną w Tor di Nona, przypomina sobie widok głów zatkniętych na słupy przed wejściem.
Jej córki są przestraszone - nie rozumieją, co się dzieje - a syn wrzeszczy wniebogłosy. Artemisia bierze go na ręce i próbuje uspokoić. Zicie szumi w głowie ze zdenerwowania, kiedy mężczyźni sprowadzają ją po schodach.
Przy drzwiach wyjściowych stoi Orazio. Sprawia wrażenie, jakby bez żadnych wyjaśnień rozumiał, co się dzieje. Kiedy Zita przechodzi obok niego, pochyla się jej do ucha i mówi szeptem:
- Nie zapomnij.
W tonie jego głosu kobieta słyszy groźbę.
Orazio uśmiecha się do niej zimno i palcem zakreśla w powietrzu znak krzyża, kiedy mężczyźni ciągną ją za sobą na dwór tak, że Zita potyka się na stopniach.
Luca nie daje się uspokoić. Buzię ma mokrą od łez i smarków. Artemisia nie ma pojęcia, co zrobić, żeby przestał płakać. Jest taki ciężki i gorący. Kołysząc go na biodrze, nalewa mu mleka, ale maluch wytrąca jej kubek z ręki. Biały płyn rozchlapuje jej się na spódnicę. W końcu Artemisia każe dziewczynkom spakować swoje rzeczy do spania. Ich blade, żałosne buzie szukają u niej odpowiedzi.
Idą pod górę do domu Stiatessich. Porzia otwiera drzwi i natychmiast się domyśla, że coś się stało. Bez zbędnych pytań zaprasza ich do środka. Gdy bierze na ręce Lucę, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dziecko się uspokaja i układa główkę na jej ramieniu. Potem wysyła dziewczynki do kuchni i woła służącą, żeby dała im coś do jedzenia.
- Przyszli po Zitę - mówi Artemisia.
Na twarzy Porzii maluje się coraz większa troska, w miarę jak dziewczyna relacjonuje, co się stało.
- Obawiałam się, że to się może tak skończyć. Widziałam ostatni pozew sądowy twojego ojca przeciwko Tassiemu.
Służąca ostrożnie wyjmuje jej z objęć śpiącego chłopca.
- Pokazał wam pozew? - Artemisia jest wściekła, że tylko jej jednej ojciec nigdy nic nie mówi. - Ale co ten pozew ma wspólnego z Zitą?
- Mnie nie pokazał, sama go znalazłam między papierami Giovanniego. - Porzia unosi brwi. - Twój ojciec stwierdza w nim, że to, do czego doszło, było skutkiem współudziału Zity. Czy to prawda? Niemożliwe.
- Nieprawda. Ojciec zmusił ją, żeby zostawiła mnie samą z Tassim.
- Zmusił? Jakim sposobem? - pyta Porzia, zszokowana i zatrwożona. - Wiem, że Zita nie należy do najbystrzejszych kobiet na świecie, ale przecież... twój ojciec zatrudnił ją, by pełniła rolę przyzwoitki. Musiała wiedzieć, że nie wolno jej zostawiać cię samej z mężczyzną. Nie rozumiem tego.
- Ojciec jej zagroził... - Artemisia zdaje sobie sprawę, że nie może zdradzić tajemnicy Zity. Nawet Porzii. - Wie pani, jaki on jest.
Na szczęście do pokoju wchodzi Giovanni i przerywa żonie dalsze drążenie tematu.
- Co to za zamieszanie?
Porzia opowiada mu o aresztowaniu Zity.
- Musimy coś zrobić, żeby ją wypuścili - wtrąca Artemisia.
Giovanni już nakłada płaszcz.
- Dokąd ją zabrali? Pójdę tam natychmiast.
- Do Tor di Nona.
- Bóg raczy wiedzieć, dlaczego akurat tam. - Giovanni krzywi się. - Obawiam się, że nie uda mi się załatwić, żeby zwolnili ją jeszcze dzisiaj, ale przynajmniej dowiem się, o co chodzi. - Nakłada kapelusz głęboko na uszy. - Nie wiem, czym Tassi zasłużył sobie na to, by cieszyć się względnymi luksusami Corte Savella, podczas gdy ona...
Nie zadaje sobie trudu, żeby dokończyć. Wszyscy doskonale wiedzą, że to kwestia koneksji, a Tassi nadal je ma.
Porzia ściąga z wieszaka duży wełniany szal, bierze poduszkę z krzesła i wkłada jedno i drugie w ramiona męża.
- Ona będzie też potrzebować jakichś wiktuałów i czystej wody do picia.
Artemisia beszta się w duchu za to, że sama nie pomyślała o zapewnieniu Zicie podstawowych rzeczy.
- Na miły Bóg, co ten twój ojciec sobie myślał? Żeby oskarżyć tę biedną kobietę! - mówi Porzia po wyjściu męża. Zamyka drzwi i przeciera dłonią czoło. - Co za człowiek! Czasami ogarnia mnie rozpacz. - Leciutko dotyka rękawa dziewczyny. - Dlaczego on to zrobił? - pyta z westchnieniem.
Artemisia nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Wie tylko, że ojciec nie dba o to, czy nie wyrządzi komuś przypadkowej krzywdy. Sama jest ofiarą takiej przypadkowej krzywdy.
- Chce, żebym poślubiła Tassiego, skoro został wdowcem... - Głos jej się załamuje. Z całą siłą docierają do niej konsekwencje tego, czego żąda ojciec, i zalewa ją fala paniki. - Każe mi iść do Corte Savella i przyjąć jego oświadczyny.
- Tak, wiem o tym. Był tutaj, żeby przedyskutować z nami tę kwestię. - Porzia patrzy na Artemisię spokojnymi ciemnymi oczami. - Sama nie wiem, czy to nie byłaby łatwiejsza droga.
- Poślubić tego człowieka? Chyba nie mówi pani... - Z gardła Artemisii wydobywa się zduszony i piskliwy głos, jakby należał do obcej osoby. - Nie, tylko nie pani.
Porzia nie potrafi jej spojrzeć w oczy.
To, co jeszcze godzinę temu w czasie rozmowy z Zitą wydawało się Artemisii takie niewyobrażalne, teraz rysuje się przed nią jako nieuchronny los. Głośne tykanie zegara dudni w jej głowie, jakby odmierzało drogę do tego, co nieuniknione. Powietrze staje się tak rzadkie, że nie ma czym oddychać. Dziewczyna otwiera okno i wychyla się, żeby napełnić pierś kilkoma szybkimi haustami.
Porzia odgarnia jej z twarzy zabłąkany kosmyk. Jej palce są takie chłodne. Artemisii staje przed oczami obraz mamy czeszącej jej włosy i rozpacz dławi ją w gardle. Zaczyna się trząść, a wtedy Porzia odciąga ją od okna i je zamyka.
Przez chwilę stoją w milczeniu.
- Nie zaszkodzi odwiedzić Tassiego w więzieniu. - Głos Porzii przecina ciszę. - Wysłuchać, co ma do powiedzenia. Przekonać się, czy czuje skruchę.
Artemisia zamiera jak sparaliżowana. Wbrew deklaracjom, że wybór należy do niej, wbrew łagodnym zachętom w końcu decyzję podejmą za nią inni.
- Nie wiem. - Chce jej się krzyczeć, złorzeczyć, dać upust gniewowi, ale jest zbyt wyczerpana. Jej ciało porzuciło wszelki opór, zanim umysł zdołał dojść do głosu.
Tymczasem Porzia ciągnie, jakby dziewczyna już się na wszystko zgodziła.
- Ja i Giovanni pójdziemy razem z tobą. Skoro twój ojciec wnosi oskarżenie, lepiej, żeby trzymał się z dala od Tassiego. - Bierze dziewczynę za ręce. - Co ty na to? - Obejmuje ją. Jej delikatne ramię pachnie lawendą.
Artemisia nagle się odsuwa.
- Dobrze - mówi ledwo dosłyszalnie.
Zdaje sobie sprawę, że jeśli zgodzi się wyjść za Tassiego, wszystkie kłopoty jej rodziny znikną jak ręką odjął. Zostanie złożona w ofierze, choć oczywiście nikt nie będzie tego widział w ten sposób. Słyszy uporczywe tykanie zegara i powściąga chęć, żeby roztrzaskać go o podłogę, zatrzymać jego bezlitosny marsz.
- Weźmiemy ze sobą Francesca jako moralne wsparcie i udamy się tam, gdy tylko wróci Giovanni - oznajmia Porzia.
- Dzisiaj? Nie jest już za późno?
- Im szybciej, tym lepiej. Nie sądzisz?
Artemisia sama już nie wie, co sądzi, więc poddaje się łagodnej perswazji Porzii.
32
Corte Savella
Wieczór jest ciepły, a droga dość krótka. Przechodzą przez most. Na tle wieczornego nieba odbija się ciemny kształt Tor di Nona. Patrząc na wodę kłębiącą się pod ich stopami, pełną ukrytych, śmiercionośnych prądów, Artemisia myśli o biednej Zicie, przerażonej i skulonej w kącie celi.
Pod nimi przepływa łódź, z której dochodzą dźwięki hałaśliwej piosenki. Na wodzie unosi się stadko ptaków; w zapadającym zmroku widać tylko ich szare sylwetki. Jeden zrywa się do lotu, a za nim podążają inne. Kiedyś Artemisia wyobrażałaby sobie, że odlatuje razem z nimi, szybuje wysoko po wieczornym niebie, lecz teraz widok ptaków pozostawia ją z uczuciem pustki, jakby samo pojęcie wolności było dla niej niewyobrażalne.
- Na razie ma przynajmniej zapewnione to, co najważniejsze. - Giovanni odpowiada właśnie na pytanie żony o sytuację Zity. - Jutro z samego rana porozmawiam z sędzią, ale dozorca więzienny uważa, że przetrzymają ją przynajmniej do rozpoczęcia procesu. Zaproponuję wpłacenie za nią kaucji. Może dzięki temu wypuszczą ją do domu.
W powietrzu wisi niedopowiedziana myśl, że zarzuty zostaną wycofane w chwili, gdy Artemisia zgodzi się zrobić to, czego od niej oczekują. Od niej zależy los innych.
- Wszystko będzie dobrze - pociesza ją szeptem Francesco, chociaż oboje wiedzą, że to nieprawda.
Idą w milczeniu w kierunku Corte Savella.
Dziewczyna ma przed oczami twarz ojca i jego nieskrywaną satysfakcję, kiedy się dowiedział, że postanowiła ulec jego woli. Nie patrzyła wtedy na niego, tylko na ich mieszkanie. Jedna z dwóch tanich łojówek zasyczała, zgasła i pokój pogrążył się w półmroku. Tylko wilgotna plama na zżartej przez korniki starej boazerii odbijała odrobinę światła. Sufit wisiał nisko nad zniszczonymi, smętnymi meblami. Artemisia zacięła się w postanowieniu, że ucieknie z tej żałosnej izby i stawi czoło przyszłości, nieważne, jaka ona będzie.
Corte Savella jest surowym gmachem z różowej cegły, z małymi zakratowanymi oknami. Kiedy podchodzą, jakiś mężczyzna właśnie zapala pochodnie na murach. Francesco uderza w dzwonek i po jakimś czasie drzwi otwiera niski, wysuszony strażnik. Pyta, czego chcą, a kiedy Giovanni mu wyjaśnia, mężczyzna wpuszcza ich do środka i otwiera kolejne drzwi. Wchodzą do pustego holu i tam czekają, aż posłaniec pójdzie poinformować nadzorcę więzienia. W wielkiej, pustej przestrzeni każdy odgłos odbija się echem: dudniące kroki, sporadyczne ludzkie głosy, krzyk, wołanie, wybuch śmiechu, metaliczny szczęk otwieranych i zamykanych drzwi.
Teraz, kiedy Artemisia już tu jest, jej postanowienie zaczyna się kruszyć. Francesco jakby wyczuł jej nastrój i otacza ją ramieniem, co dodaje jej odrobinę siły.
Zjawia się nadzorca, wymachując wielkim pękiem kluczy niczym kościelnym trybularzem. Prowadzi ich po schodach na górę, otwiera następne zamknięte drzwi i znowu idą w górę po schodach, tym razem drewnianych. Wpuszcza ich do surowego pomieszczenia, jasno oświetlonego świecami i pochodniami, wyposażonego w stół i kilka krzeseł. W powietrzu unosi się smród stęchlizny i wilgoci, jakby ktoś niedawno umył podłogę nieświeżą wodą. Przez okna, których nie dałoby się dosięgnąć, nawet gdyby stanęło się na palcach, widać tylko kwadraty ciemniejącego nieba poprzecinanego ciemnymi paskami krat.
Dudnienie kroków zapowiada nadejście więźnia prowadzonego przez dwóch strażników. Jeden wpycha go do środka tak, że Tassi się zatacza i omal nie przewraca. Porzia bierze Artemisię pod ramię.
Tassi schudł; jego twarz ma szary kolor, mankiety koszuli wiszą z nadgarstków; na szyi widać wielką czerwoną krostę, a przekrwione białka oczu mają w blasku świec musztardową barwę. Bije od niego tak przeraźliwy odór, że Artemisią wstrząsa dreszcz odrazy, której nawet nie próbuje ukryć. Więzień zaczyna kasłać i wszyscy odruchowo cofają się o krok, jakby roznosił zarazę.
Prawie nic nie zostało z buńczucznego mężczyzny, którego dziewczyna pamięta. Jego próżność musi cierpieć nieskończone katusze; Tassi musi wiedzieć, że brud okleja go od stóp do głów, od szopy posklejanych, zmierzwionych włosów, do czarnego palca u stopy, wyglądającego z dziurawego buta.
Panie Boże, miej mnie w swojej opiece, jeśli przyjdzie mi związać się z tą istotą na wieki, modli się Artemisia. Przypomina sobie, jaki ma wybór, i dostaje gęsiej skórki. Sznury Sybilli podczas tortur... Słyszy swoje pękające kości, wyobraża sobie zdeformowane i bezużyteczne dłonie, niezdolne utrzymać w palcach pędzla. Zaciska pięści tak mocno, aż strzelają kłykcie.
Tassi próbuje się uśmiechnąć: spierzchnięte usta rozciągają się, odsłaniając pożółkłe zęby.
- Patrzcie, jak upadają potężni. - W jego głosie pobrzmiewa szczypta dawnej arogancji. - Tak się cieszę, że przyszłaś, Artemisio. Marzyłem o tej chwili, o sposobności, by prosić cię o wybaczenie.
- Nie zasługujesz na wybaczenie. - Francesco robi krok w jego stronę i spluwa mu pod nogi.
Tassi kuli się i odsuwa.
- Ja się tym zajmę. - Giovanni musi użyć siły, żeby odciągnąć chłopaka na bok; mruczy, że tylko pogarsza sytuację, po czym podchodzi do więźnia. - Chcemy przedyskutować z panem pewną kwestię, signor Tassi. - Jest opanowany, spokojny; mówi wyraźnie, ze zdecydowaniem i autorytetem w głosie. - Rozumiem, że pana żona umarła.
- Niestety, to prawda. - Gdy Tassi czyni niezdarną próbę przeżegnania się skutymi dłońmi, na nadgarstkach widać skórę zdartą przez żelazne kajdany.
- Proszę przyjąć kondolencje - mówi Giovanni z kurtuazją.
Kurtuazją, na którą ten nikczemnik nie zasługuje, myśli Artemisia. Pamięta, jak mówił o swojej żonie bez cienia uczucia; początkowo, gdy usiłował popełnić bigamię, w ogóle nie przyznawał się do jej istnienia. Tak naprawdę Tassi użala się nad sobą, nie nad biedną żoną, której odejście wydaje się podejrzanie korzystne. Dziewczynie robi się niedobrze.
Tymczasem Giovanni ciągnie:
- To oznacza, że jest pan teraz wolny i może wypełnić zobowiązanie wobec signoriny Gentileschi.
Tassi znowu się uśmiecha. Końcem języka zlizuje ślinę, która zebrała się w kącikach jego ust. Artemisia aż się kuli.
- Miałem nadzieję, że uda mi się pana do tego przekonać. Niczego nie pragnę tak, jak wypełnić zobowiązanie wobec signoriny. - Nie patrzy na Giovanniego, tylko na nią.
- Zatem zgadzamy się, że jest to najlepsze rozwiązanie obecnej sytuacji - mówi Giovanni. - Przemawiam w imieniu signora Gentileschiego.
Tassi znów próbuje się przeżegnać.
- Czuję się głęboko zawstydzony krzywdą, jaką wyrządziłem swojemu koledze po fachu, a zarazem drogiemu przyjacielowi i współpracownikowi.
Artemisię korci, żeby wystąpić naprzód i przypomnieć mu o głębokiej pogardzie, w jakiej on i ten nikczemnik Quorli mieli jej ojca. Lecz właściwie dlaczego miałaby stawać w jego obronie?
- Zważywszy na okoliczności, signorina Gentileschi nie wniesie do małżeństwa żadnego posagu - oświadcza Giovanni.
- Rozumiem... Potrafię bez trudu zapewnić swojej żonie utrzymanie bez posagu. - Zaczyna wyliczać intratne zamówienia oraz klientów, którzy obiecali go zatrudnić.
- Kiedy ustalimy szczegóły i sporządzimy umowę na piśmie, wówczas... - Giovanni przerywa, jakby chciał odsunąć ten moment, a Tassi spija słowa z jego ust - signor Gentileschi będzie skłonny uznać, że otrzymał stosowne zadośćuczynienie, i wycofa oskarżenie.
- Nie potrafię wyrazić, jaki jestem wdzięczny, że wyświadczono mi łaskę i przyznano prawo do tabula rasa po...
- Po twoich karygodnych uczynkach - wtrąca znowu Francesco.
Artemisia zerka na brata z wdzięcznością za to wsparcie.
- Tak. - Tassi kuli się na znak pokory; po jego policzku spływa prawdziwa łza. - Po moich karygodnych uczynkach. Proszę, abyście przekazali signorowi Gentileschiemu moje słowo, że będę traktował jego córkę z najwyższym szacunkiem. Spotka się z największą troskliwością niczym najczystszy kryształ.
- "Jego córkę"? Mam imię i jestem tu obecna.
- Uspokój się - mówi cicho Porzia na znak, że powinna zachować milczenie, jak przystało na grzeczną dziewczynkę.
Lecz Artemisia ma ochotę protestować na cały głos. Dlaczego mają o niej rozmawiać, jakby jej tu nie było, traktować ją jak bezduszny przedmiot, choćby z kryształu, skoro jest człowiekiem z krwi i kości?
- Oczywiście, Artemisio - odzywa się Tassi. - Przepraszam.
Chce jej się wymiotować na widok jego żałosnej miny, łez i oczu przepełnionych nadzieją.
- Czy zgodzisz się zostać moją żoną? - Tassi opada na kolana.
Słowa zgody więzną jej w gardle. Z trudem łapie oddech. Porzia uśmiecha się do niej zachęcająco.
- Obiecuję zyskać sobie twoje zaufanie.
Choć jego desperacja wydaje się tak prawdziwa, dziewczyna nawet przez chwilę mu nie wierzy.
- Pozwól mi udowodnić, że jestem ciebie godzien - dodaje Tassi.
W końcu Artemisia zmusza się do skinienia głową.
- Zgadzam się - mówi ledwo dosłyszalnie.
W pomieszczeniu opada napięcie. Prawdopodobnie wszyscy się modlili, żeby w ostatniej chwili się nie rozmyśliła i nie przysporzyła rodzinie kolejnych kłopotów.
W napuszonym pokazie skruchy Tassiego jest coś, co budzi nieufność dziewczyny.
- Ale... jak mogę mieć pewność po tych wszystkich kłamstwach, że jesteś naprawdę wolny?
- Mam oświadczenie notariusza, opatrzone pieczęcią i podpisem. - Przez jego twarz przemyka wyraz satysfakcji i okrucieństwa, lecz znika tak szybko, że prawie nie sposób go zauważyć.
W głowie Artemisii coś jednak krzyczy ostrzegawczo i przed oczami stają jej obrazy: twarzy wykrzywionej w okrutnym uśmiechu, wielkiej dłoni przyciskającej jej chusteczkę do twarzy. Tylko że w tym obrazie to nie ona walczy o oddech, ale inna kobieta.
Giovanni mówi, że widział dokument stwierdzający śmierć signory Tassi, a Porzia proponuje z uśmiechem:
- Może zostawimy ich samych, żeby mogli omówić sprawy, kochani?
W Artemisii wzbiera panika niczym gotujące się mleko. Chce uciec razem z nimi, nie pozwolić im odejść, ale są już w progu.
- Będziemy tuż za drzwiami. Nie musisz się spieszyć, moja droga. - Porzia uśmiecha się z przymusem. - Idziesz, Franco?
- Nie. Ja zostaję. - Chłopak niczym wierny strażnik staje przy drzwiach obok dwóch dozorców więziennych, którzy opierają się o ścianę i sprawiają wrażenie, jakby woleli być wszędzie, byle nie tu.
Giovanni próbuje go przekonać, żeby zaczekał z nim i jego żoną na korytarzu, ale Francesco nie rusza się z miejsca.
Tassi siada przy stole i żałosnym wzrokiem patrzy na swoje skute kajdanami dłonie.
Artemisia staje nad jego żałosną postacią i przypomina sobie chwilę, gdy po raz pierwszy pokazała mu Judytę.
- Spójrz tylko, na co ci przyszło - mówi głosem ociekającym pogardą.
Tassi patrzy jej w oczy.
- Jesteś cudowna. Doprawdy wspaniała.
- Nigdy ci nie wybaczę. - Gniew boleśnie rozpiera jej pierś. - Jesteś dla mnie nikim. Będę cię co najwyżej tolerować. A skoro mam zostać twoją żoną... - głos jej się łamie, kiedy wypowiada to słowo - masz mi obiecać, że nigdy mi nie zabronisz malować, co tylko zechcę. - Nawet mówiąc to, wie, że takie obietnice są niczym zamki budowane na piasku. - Zażądam tego na piśmie. Z twoim podpisem.
Tassi patrzy na nią skonfundowany, zaskoczony, jakby się spodziewał, że będzie mówić zupełnie o czym innym.
- Znasz mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że liczy się dla mnie tylko moja sztuka - dodaje dziewczyna.
- Powiedz, że mi wybaczysz - mówi błagalnie Tassi. - Chcę to usłyszeć z twoich ust.
Dziewczyna milczy.
- Zwrócę ci twój obraz.
- Co? - Teraz ona wygląda na zaskoczoną. - Podobno go zniszczyłeś. Mówiłeś, że spłonął.
- Skłamałem. - Tassi spuszcza wzrok. - Quorli zabrał go ode mnie tytułem spłaty długu.
- Więc nie został zniszczony? - Artemisii zapiera dech w piersi i w jej sercu budzi się nadzieja.
- Nie. - Na jego spękane usta nieśmiało wkrada się uśmiech.
- Ale Quorli nie żyje.
- Odzyskam go od wdowy. Daję ci słowo.
Serce w niej rośnie na myśl, że może znowu zobaczy swoją Judytę. Mimo to milczy.
Tassi uważnie ją obserwuje. Wierzy, że wygrał. Źrenice mu się rozszerzają.
- Wyobraź sobie, ile razem osiągniemy, kiedy połączymy nasze talenty. Podbijemy naszą sztuką całą Europę.
Coś w jego spojrzeniu powściąga jej zapał. Widziała już wcześniej - kiedy mówił o śmierci żony - ten błysk: przepojonej okrucieństwem pychy, przekonania, że może zmusić świat, by dostosował się do jego żądz.
Włos jej się jeży na karku.
To ostrzeżenie.
Zerka w stronę brata, potem z powrotem przenosi wzrok na Tassiego.
- Nie mogę przyjąć twoich oświadczyn - oznajmia.
Z jego gardła wydobywa się zduszony odgłos. Wyraźnie osłupiał z niedowierzania.
Oczami duszy Artemisia widzi następstwa swojej odmowy - ciąg nieszczęść i ruiny - ale nie waha się więcej ani chwili.
- Musisz! - Głos mu drży od tłumionej wściekłości i oburzenia.
Artemisia utwierdza się w przekonaniu, że bez względu na konsekwencje swojej decyzji dokonuje słusznego wyboru, odrzucając oświadczyny tego człowieka.
Usta Tassiego ściągają się jak sakwa skąpca, oczy błyskają. Zrywa się na nogi.
- Zrób coś! - syczy do Francesca. - Przywołaj ją do porządku!
- Moja siostra robi, co jej się podoba - odpowiada z wściekłością chłopak.
- Nie masz prawa... - pieni się Tassi.
- Mam prawo do wszystkiego. - Artemisia sama się dziwi, że ma tak spokojny głos.
- Zrób coś ze swoją siostrą! Pokaż tej dziwce, gdzie jej miejsce. - W końcu przez powierzchnię pozorów przebija się cała skrywana pogarda Tassiego.
Rzuca się do niej, lecz dziewczyna odskakuje.
Strażnicy chwytają go za ramiona i bezceremonialnie wyprowadzają z pomieszczenia.
- Zapłacisz mi za to, dziwko!
Do pokoju wpadają Giovanni i Porzia. Nie odzywają się ani słowem, ale ich twarze, pełne troski i zdumienia, mówią same za siebie. Jedynie Francesco jest zadowolony. Ale tylko on widział na własne oczy prawdziwe oblicze Tassiego.
- Czy już nic nie możemy zrobić, żeby zmienić twoje postanowienie? - pyta Porzia niczym matka próbująca namówić dziecko do jedzenia.
- Chyba wiesz, co to oznacza? - mówi Giovanni.
- Wiem - odpowiada stanowczym głosem Artemisia.
Wie aż nadto dobrze. Porzia i Giovanni otaczają ją ramionami i razem wracają po schodach do holu, a potem wychodzą na ulicę. Zamykają się za nimi drzwi, żelazne rygle zasuwają się ze szczękiem.
Idąc ciemnymi ulicami, Artemisia splata mocno dłonie, żeby stłumić wyimaginowane pulsowanie w palcach, i nuci, by zagłuszyć trzask łamanych kości.
Podjęła decyzję i musi ponieść jej konsekwencje.
33
Tor di Nona
Zitę od krzyku boli gardło. Gdy tylko ją tu zamknęli, zaczęła walić w drzwi, aż poraniła skórę na kłykciach. Wołała, żeby ktoś przyszedł i powiedział jej, co się dzieje. Gdy w którymś momencie strażnik otworzył drzwi celi, kobieta zerwała się na równe nogi, sądząc, że ją wypuszczają.
- Odwiedzający - oznajmił strażnik, pożerając ją lubieżnie wzrokiem. - Nie powinienem go wpuścić, ale ponieważ reprezentuje prawo, to zrobię wyjątek.
Naiwnie wierzyła, że Giovanni Stiatessi załatwi jej zwolnienie. Zostawił jej paczkę z wodą i jedzeniem i powiedział, że zrobi wszystko, co w jego mocy, ale minęły trzy dni, a ona nadal siedzi w celi i zastanawia się rozpaczliwie, co się z nią stanie.
Całymi dniami zamartwia się o dzieci, pije wodę i modli się. Dziękuje Bogu, że miała w kieszeni różaniec, kiedy po nią przyszli. Jest jej jedyną pociechą, jedyną rzeczą, która w tych chwilach grozy trzyma ją przy zdrowych zmysłach.
Nie ma apetytu, ale zmusza się do jedzenia. Ser pokrył się białym nalotem i podrażnia bolesny wrzód na wewnętrznej stronie policzka. Chleb smakuje jak trociny. Po podłodze przebiega karaluch. Zita odrzuca jedzenie na bok.
Biodra ją bolą od leżenia na cienkim sienniku, a kostki swędzą po ugryzieniach pcheł, które lęgną się w słomie. Cieszy się z poduszki, która nieco tłumi szmery i chrobotanie w zarobaczywionym sienniku.
Ceglane ściany celi są zimne i wilgotne, ale jest przynajmniej okno, właściwie bardziej wąska szczelina w murze, przez którą na przeciwległą ścianę pada cienki prostokąt światła. Zita czeka, co będzie dalej, usiłując stłumić wszechogarniającą trwogę i przeklinając dzień, w którym zgodziła się zamieszkać z rodziną Gentileschich.
Martwi się o zajęte płucka Luki, o dziewczynki, które widziały, jak ich matkę wywożą wozem więziennym nieznajomi mężczyźni. Pamięta ich buzie skurczone ze strachu. Co muszą sobie myśleć? Żeby odsunąć od siebie te zmartwienia, stara się skierować uwagę na inne rzeczy. Dziękuje losowi za drobne rzeczy: za okno, koc, poduszkę, jedzenie, różaniec. Czy każesz mnie za grzechy, Panie Boże? - przemyka jej przez głowę. Zrobię wszystko, żeby Ci pokazać skruchę. Błaga o powrót męża, o to, żeby ich rodzina znowu była razem. Odstrasza samotność stukaniem drewnianych paciorków różańca.
Obserwuje mijające godziny na prostokącie światła pełznącym po ścianie celi i nasłuchuje dzwonów odmierzających pory dnia. Jeśli udaje jej się zasnąć, to prawie tego nie zauważa, chyba że chwyci ją za gardło senny koszmar.
Trzeciego dnia zgrzytają nagle rygle i drzwi się otwierają. Strażnik wyprowadza ją z celi i popędza po wąskich schodach na dół. Zita kilka razy pyta, dokąd ją zabiera, co się teraz stanie, lecz w odpowiedzi słyszy tylko, że wkrótce się dowie. Mężczyzna wpycha ją do sali, gdzie przy biurku siedzi ubrany na czarno młody mężczyzna i zapisuje coś w księdze. Gapi się na nią z otwartymi ustami; nie zauważa nawet, że atrament kapie mu z pióra na podłogę.
Każe jej usiąść przy stole i czekać. Sala jest duża, z rzędem krzeseł stojących pod jedną ścianą i wielkim, ciężkim biurkiem na podwyższeniu, nad którym wisi na ścianie wyrzeźbiony smok, a nad nim orzeł w koronie. Zita podnosi wzrok na wysoki pomalowany sufit, gdzie z chmury spogląda na nią Bóg.
Chociaż sala jest wielka, panuje w niej miłe ciepło - za sprawą dużego pieca za plecami Zity, w którym płonie ogień. Strażnik mówi coś szeptem do skryby i obaj spoglądają na nią z kpiącymi uśmieszkami. Zita oblewa się rumieńcem, odwraca wzrok i patrzy na stół, samotna ze swoim grzęzawiskiem myśli i lęków.
Za jej plecami trzaska i pluje ogień, a ubrany na czarno mężczyzna skrobie po pergaminie. Zita dotyka językiem rany w ustach i drapie się po kostkach. Kiedy zaczynają bić dzwony, zmawia po cichu Anioł Pański, przerzucając na kolanach paciorki różańca; zauważa, że skryba robi to samo. Martwi się, bo przez dni spędzone w celi zapomniała, jakie to dzwony, jaka to pora dnia. Jeśli zatraci poczucie czasu, może zatracić siebie.
Do sali wchodzą dwaj mężczyźni. Jeden, z włosami przetykanymi siwizną, jest krępy; na jego piersi wisi złoty łańcuch, który musi ważyć ponad funt, z dużym krzyżem. Za nim idzie młodszy, o surowych ustach i starannie podkręconych wąsach. On również ma na szyi łańcuch z krzyżem, ale nie złoty, tylko srebrny. Obaj są w purpurowych sutannach oraz białych komżach z koronkowymi wykończeniami, dzięki czemu Zita odgaduje, że są biskupami. Za nimi wchodzi kilku mężczyzn, chyba służących, a na końcu jeszcze jeden - pewnie woźny.
Skryba wstaje, zdejmuje czapkę i kłania się nisko. Ma rzadkie włosy, kilka kosmyków rozprowadzonych na łysym czubku jak pasta do butów.
Woźny szturcha Zitę mocno w plecy.
- Wstańcie w obecności Ich Ekscelencji - rzuca.
Zita przeprasza, zrywa się, potyka i w końcu kłania. Dłonie jej się trzęsą, tak że musi je ukryć w spódnicy. Wszyscy obrzucają ją wzrokiem, ale nie uśmiechają się między sobą.
- Czy signora jest Zitą Medaglią, żoną Stefana Medaglii z Rzymu?
Zita odpowiada skinieniem głowy.
- Odpowiadajcie głośno, żeby Ich Ekscelencje was słyszały. - Woźny ma pociągłą twarz i wielkie końskie zęby.
- Tak, jestem signora Zita. - Chciałaby móc powstrzymać to drżenie w głosie.
- Nie musicie się obawiać - odzywa się gromkim głosem sędzia z wąsami, uśmiechając się do niej i przechylając głowę niczym dobry wujek. - Chcemy wam zadać tylko kilka pytań. - Klepie ją po ramieniu.
Mężczyźni w purpurowych sutannach nie wchodzą na podest, jak Zita się spodziewała, tylko siadają na dwóch wyściełanych krzesłach przy stole naprzeciwko niej. Następnie ten krępy przeszywa ją starczym wzrokiem mętnych oczu.
Ktoś wciska jej w ręce Biblię w skórzanej oprawie, tłoczonej złotem. Jest jeszcze cięższa, niż się wydaje. Następnie każą Zicie na nią przysiąc, że będzie mówiła prawdę. Kobieta przysięga.
- Czy wiecie, czemu tu jesteście, signora? - Wąsy tańczą, kiedy mężczyzna mówi, a na stole lądują krople śliny.
Zita przełyka ślinę. W gardle jej zaschło jak na pustyni.
- Nie wiem, czemu mnie tu przyprowadzono ani czemu jestem przesłuchiwana, Wasza Ekscelencjo.
Nie wie, na którego patrzeć, kiedy odpowiada - na tego, który jej zadał pytanie, czy na drugiego, który, sądząc po złotym łańcuchu, jest wyższy rangą, więc jej wzrok wędruje od jednego do drugiego.
Zadają jej kolejne pytania na temat tego, gdzie mieszka i jak poznała Orazia Gentileschiego. Odpowiada, że signor Orazio był jej sąsiadem, kiedy mieszkała przy via Margutta. Ponieważ jej mąż wyjeżdżał, umówili się z signorem Oraziem, że zamieszka z nimi na najwyższym piętrze, kiedy przeprowadzą się do domu na via della Croce.
- Jako towarzyszka jego córki - dodaje. - Bo matka signoriny Artemisii zmarła, a ona ma tylko braci...
Teraz, kiedy już zaczęła, słowa wylewają się z niej potokiem.
- ...i jako że mój mąż miał wypłynąć na calusieńki rok... a wychodzi na to, że znacznie dłużej, no nie?... to powiedział, żebym się do nich wprowadziła razem z dziećmi. Że jak będę pełnić rolę towarzyszki signoriny Artemisii, to on zapłaci niższą sumę za czynsz i wyżywienie.
Tak ją swędzą kostki, że nie może wytrzymać, więc sięga ręką, żeby się podrapać, czym ściąga na siebie pogardliwy i gromiący wzrok woźnego. Chętnie by mu przypomniała, że pchły gryzłyby w tym więzieniu wszystkich, nawet Jego Świątobliwość.
- W końcu ugodzili się na dwanaście skudo czynszu, łącznie z drewnem na opał, w zamian za co ja gotowałam wieczerze dla całej rodziny... signorina Artemisia niezbyt dobrze gotuje. Najbardziej to ona lubi...
Musiała się zagalopować, bo wąsaty sędzia jej przerywa.
- Gdzie teraz jest wasz mąż?
- Nie wrócił. - Nagle ogarnia ją strach, że nigdy nie wróci. Że nigdy więcej go nie zobaczy. - Jeszcze - dodaje szybko.
- Rozumiem.
W gardle rośnie jej gruda. Zita zastanawia się, kiedy zaczną ją wypytywać o skradziony krzyżyk.
Wchodzi służący ze srebrną tacą, na której stoją srebrny dzban i srebrne naczynia do picia. Nalewa wodę każdemu z sędziów. Zita pewnie patrzy zachłannie na naczynia, bo starszy z sędziów, który jak dotąd nie odezwał się ani słowem, pyta, czy jest spragniona.
- Tak - odpowiada Zita - Wysuszona na wiór.
Wyjaśnia, że nie chce pić nieświeżej wody, którą przynoszą strażnicy, bo mogłaby dostać biegunki.
Mężczyzna podnosi rękę na znak, że powiedziała już wystarczająco dużo, i każe woźnemu podać jej swoje naczynie. Ten posłusznie spełnia polecenie, choć jego twarz wyraża niedwuznaczne zgorszenie, że z takiego naczynia - kielicha z grawerowanego srebra, w środku złoconego - ma pić ktoś taki jak ona.
Zita bierze z początku ostrożny łyk, jakby piła z mszalnego kielicha. Chłodna woda ma lekko metaliczny, świeży smak. Zita wypija wszystko do dna i woźny dostaje polecenie, żeby uzupełnić zawartość naczynia. Jest wyraźnie zły, że musi usługiwać więźniarce, i przeszywa ją wzrokiem niczym sztyletem.
Sędzia z wąsami wraca do zadawania pytań: czy przechodzą w domu z jednego mieszkania do drugiego, jak mają na imię wszystkie mieszkające tam osoby i czy Artemisia wychodzi z domu, kiedy jej się podoba?
Zita przestaje się trząść. Po wypiciu wody czuje się znacznie lepiej.
Sędzia pyta, czy w pracowni lub części mieszkalnej domu bywał niejaki Francesco, na co Zita odpowiada, że jedynym Franceskiem, jakiego zna, jest najstarszy brat Artemisii. Sędzia upiera się jednak, że nie ma na myśli Francesca Gentileschiego, tylko kogoś innego.
Zita łamie sobie głowę. Jak przez mgłę pamięta rozmowy o pewnym paskudnym typie z długimi czarnymi włosami, którego parę razy widziała na via Margutta.
- Może macie na myśli Francesca, którego signor Orazio wykorzystywał kiedyś jako modela? Ale to było dawno temu.
- Tak, o niego właśnie pytam. Czy rozmawiali o nim? Czy odwiedzał pracownię przy via della Croce?
- O ile mi wiadomo, nie był tam mile widziany. Signor Orazio mu nie ufał. Nigdy go tam nie widziałam.
- A kogo widziałyście? Z jakimi mężczyznami spotykał się signor Orazio?
- Pracownię odwiedzało wielu mężczyzn: przyjaciele signora Orazia, klienci...
- Czy możecie ich wymienić?
- Signor Modenese, który zamówił portret siostry, Nicol? Bendino, który był terminatorem w pracowni po oddaleniu Piera Stiatessiego...
Sędzia wypytuje, czy Artemisia była blisko związana z którymś z tych mężczyzn.
- O niczym takim nie wiem. Przyjaźniła się z Pierem, dopóki nie odszedł.
- W jakim stopniu się przyjaźnili?
- O, bardzo bliskim.
- Intymnym?
Dopiero teraz Zita orientuje się, do czego sędzia zmierza, i czuje się złapana w pułapkę.
- Och, nie, nie, nic z tych rzeczy. On nie jest... - Zastanawia się, jak wyjaśnić, kim jest Piero. Nie może nazwać rzeczy po imieniu, nie w obecności tych osób. - Byli jak brat i siostra.
- Brat i siostra? - Sędzia sprawia wrażenie, jakby jej nie wierzył. Unosi brwi. - A czy byli inni? Inni mężczyźni?
- Był oczywiście signor Tassi, malarz, oraz signor Quorli.
Starszy sędzia wzdycha ciężko i wychyla się do przodu.
- Signor Orazio pracował z nimi przy zdobieniu loggii w pałacu kardynała Borghese na Kwirynale - wyjaśnia Zita. Szybko żałuje, że wspomniała o kardynale, przypomina sobie bowiem milczącą groźbę Orazia, jego palce rysujące w powietrzu znak krzyża, jego zimny uśmiech. Wzbiera w niej panika.
Lecz oni wcale nie zagłębiają się w ten temat. Pytają, czy wymienieni mężczyźni zjawili się kiedyś w domu pod nieobecność signora Orazia.
Kiedy Zita odpowiada, że tak, "zwłaszcza signor Tassi przychodził kilkakrotnie", sędzia z wąsami spogląda na skrybę, a ten kiwa głową, jakby chciał go zapewnić, że wszystko zapisuje.
Dalej padają kolejne pytania o Tassiego i Quorliego, i o to, czy Artemisia spotkała się kiedykolwiek z którymś z mężczyzn poza domem. Zita relacjonuje, jak Tassi przyłączył się do nich, kiedy wracały z kościoła Świętego Jana na Lateranie. Ale nie wspomina o incydencie w winnicy. Biblia leży na stole niczym oskarżenie. Zatajenie nie jest właściwie kłamstwem, mówi sobie Zita, przebierając palcami po różańcu.
- Czy wspomniany signor Tassi odwiedził was kiedyś w mieszkaniu?
- Owszem, tak. - Oblewa ją wstyd na wspomnienie, jak szumiało jej wtedy w głowie. - Z signorem Quorlim.
- A zatem można by was nazwać znajomą signora Tassiego?
- Nie...
- Nie był waszym znajomym, mimo to odwiedził was w mieszkaniu. Dlaczego? - Głos młodszego sędziego nadal brzmi łagodnie, lecz w oczach mężczyzny pojawia się zimny, nieugięty błysk, od którego skręcają jej się wnętrzności.
- Z początku wydawał się... Myślałam...
- Jaki się z początku wydawał?
- Miły. Z początku wydawał się miły.
- A więc signor Tassi, który z początku wydawał się miły, odwiedził was w domu. Rzekłbym, że brzmi to dość przyjacielsko. Lecz wy utrzymujecie, że nie był waszym znajomym?
- Nie. - Zita wyraźnie się plącze; nie ma pojęcia, jak powinna odpowiadać.
- Czyli był waszym znajomym?
- Nie, to znaczy... Nie wiem.
Sędzia wzdycha ze zniecierpliwieniem.
- Jeśli nie potraficie nam powiedzieć, czy ten człowiek był waszym znajomym, czy nie... - przerywa i fuka z irytacją - to może przynajmniej potraficie powiedzieć, czy zjawił się kiedyś w domu, kiedy signorina Artemisia malowała.
- O tak, zjawił się. - Z ulgą, że wąsacz zmienił wreszcie temat, Zita beztrosko opowiada o lekcji rysunku oraz o pierwszej wizycie Tassiego i Quorliego w pracowni. - Signorina Artemisia malowała podobiznę siostry signora Modenesego, która jest nijaka jak ropucha, a potem, innym razem, signor Tassi przyszedł sam i wszedł na górę, kiedy Arti... signorina Artemisia malowała portret mojego synka... - Urywa gwałtownie.
- Nie spiesz się, drogie dziecko - mówi starszy sędzia.
Jego uprzejmość wcale jednak jej nie uspokaja, ponieważ Zita uprzytomniła sobie, że powiedziała za dużo i będzie musiała kłamać.
Biblia obserwuje ją ze stołu.
Ogień prawie parzy ją w plecy, tak jest gorąco. Zita dostaje na twarzy wypieków, na czoło występują kropelki potu. Wyciera je rękawem.
- Na górę, powiadacie. I co się potem stało? - Nagle sędzia przestaje być miły; jego wzrok jest lodowaty, a głos nabiera szorstkiego brzmienia.
Zita ściska mocno różaniec, aż paciorki wbijają jej się w skórę.
- Zostawiłam ich - odpowiada Zita i kiwa głową, nieco uspokojona, że udało jej się uniknąć kłamstwa.
Pióro skryby skrobie po papierze.
- Czy nie miałyście pełnić roli przyzwoitki signoriny Artemisii?
- Tak, miałam... - Kobieta się zacina.
Dwaj mężczyźni w purpurowych sutannach wpatrują się w nią niczym koty polujące na mysz.
- Można by pomyśleć, że celowo zostawiłyście tych dwoje samych, a nawet wcześniej to zaplanowałyście. Jakbyście stręczyły signorinę Gentileschi do...
- Nie... Nie! Niczego takiego nie powiedziałam. Przekręcacie moje słowa, Wasza Ekscelencjo. - Serce wali jej w piersi. - Musiałam... musiałam się zająć synkiem, który zachorował.
No i proszę, jest. Kłamstwo. Wstrzymuje oddech, zerka na sufit, gdzie pośród chmur siedzi Bóg i z góry wydaje na nią osąd.
Pytają ją, czy widziała tych dwoje samych przy innych okazjach. Naciskają i naciskają, a Zicie robi się coraz bardziej gorąco - policzki ją palą - tak gorąco, że boi się, czy nie zemdleje.
Słowa same z niej wybuchają:
- Od tamtej pory signor Tassi odwiedzał nasz dom wielokrotnie, dopóki nie wyjechał do Florencji. I był sam z signoriną Artemisią w jej sypialni. - Gdy milknie, uprzytamnia sobie, że znowu ją oskarżą o zostawienie pary samej. - Kiedy poszłam do spowiedzi - dodaje szybko.
Ale to nie wystarcza. Sędzia dalej ją wypytuje; wąsy podnoszą się i opadają, ślina pryska na wszystkie strony.
- Czy wiadomo wam coś o tym, że obcowali cieleśnie?
- Nie wiem. - Oczy pieką ją od łez. - Nie wiem - powtarza, kręcąc głową.
- Czy nie zwierzyła się wam w tej materii? Wam, swojej towarzyszce?
Zita szlocha; łzy mieszają się ze smarkami i płyną po twarzy.
- Wystarczy - mówi starszy z sędziów.
- Mamy to, czego potrzebowaliśmy - dodaje drugi.
Skryba przykłada bibułę do stronicy księgi, a dwaj mężczyźni w purpurowych sutannach ruszają do wyjścia, nie rzuciwszy nawet okiem w stronę kobiety. Nikt słowem nie wspomina, co się z nią teraz stanie.
34
Prawda
Artemisia jest przesłuchiwana jako pierwsza z rodziny. Zjawia się trzech mężczyzn: dwóch sędziów - duchownych - oraz zezowaty skryba. Ojciec wita ich w nędznych izbach w Borgo Santo Spirito ze służalczą wylewnością. Córka każe mu wyjść, co Orazio czyni powoli i niechętnie.
Dziewczyna zaprasza mężczyzn, by zajęli miejsca przy stole. Jeden, ubrany nadzwyczaj elegancko, wyjmuje chusteczkę i wyciera najpierw siedzenie. Ma jasne włosy i wyniosłą fizjonomię człowieka z północy. Drugi wygląda tak nijako, że Artemisia zastanawia się, czy rozpoznałaby go, gdyby spotkała go kiedyś na ulicy.
Orazio podsłuchuje przy drzwiach; córka słyszy jego charczący oddech, więc stara się mówić jak najciszej, żeby nie usłyszał ani słowa. Ojciec uważa, że to jego sprawa, jakby nie chciał przyjąć do wiadomości, że nie ma już nad nią żadnej władzy.
Artemisia mówi sędziom prawdę.
Ci słudzy Boży są zafascynowani opowieścią o tym, jak została pozbawiona cnoty. Oczy płoną im gorączkowo, naciskają o więcej szczegółów. Chłoną każde słowo, kiedy dziewczyna opowiada, jak Tassi wsunął jej kolano między uda, żeby nie mogła ich zacisnąć; jak zasłonił jej usta dłonią; jak bardzo bolało, jak próbowała podrapać mu twarz, ciągnąć za włosy; jak rozwiązał sznurówki i wyciągnął w jej stronę członek, jak chwyciła go i ścisnęła, aż paznokcie wbiły mu się w ciało do krwi; jak rzuciła w niego nożykiem i skaleczyła go po raz drugi. Wszędzie pełno było krwi, jej, jego, ale głównie jej.
Kiedy kończy, słuchacze ślinią się niczym psy nad truchłem zwierzyny.
Minął rok od tamtego zdarzenia. Artemisia zamknęła za tym drzwi i niczego nie czuje, opowiadając jego przebieg, jakby spotkało to kogoś innego albo je zmyśliła, uwarzyła w wyobraźni, aby namalować wszystko na płótnie.
Tylko przez jeden przelotny moment drzwi do przeszłości się otwierają - kiedy widzi wyraz twarzy młodego skryby spisującego zeznania. Zerka na nią znad papierów szarymi, wyłupiastymi oczami, z ustami zaciśniętymi od grozy. Po raz pierwszy widzi siebie oczami innego człowieka i czuje się głęboko poruszona.
Dwaj sędziowie wypytują ją, napierają, jakby to ona była oskarżona. Chcą wiedzieć, czy obcowała cieleśnie z innymi mężczyznami, i wyglądają na rozczarowanych, że dziewczyna nie ma dla nich więcej pikantnych szczegółów. Zastanawiają się, czemu oddała się Tassiemu ponownie po tamtym... zdarzeniu. Czasami używają słów "akt przemocy", "zbrukanie" albo "pozbawienie cnoty". Ani razu nie nazywają tego "gwałtem". Gwałt jest jej określeniem. Tym właśnie to było. Słowa mogą być równie bałamutne jak iluzje malarskie Tassiego.
- Przyrzekł się ze mną ożenić - odpowiada głosem odartym z emocji.
- Akuszerki będą musiały przeprowadzić badanie - oznajmia nijaki sędzia. - Potem sporządzą dla nas raport.
Nie potrzebują więcej wyjaśnień. Wszyscy trzej wyślizgują się po cichu, skryba z wyłupiastymi oczami rzuca za siebie smutne spojrzenie, po czym drzwi się za nimi zamykają.
Ojciec wychodzi z kuchni i krąży ostrożnie wokół córki; bada, czy uda mu się coś z niej wyciągnąć.
- Co im powiedziałaś?
- Prawdę, a co innego miałabym powiedzieć?
- Wiesz, że sprawa zostałaby natychmiast zamknięta, gdybyś wyszła za Tassiego?
- Po moim trupie - odpowiada sucho Artemisia. - Sprawa zostałaby zamknięta, gdybyś wycofał oskarżenie.
Orazio patrzy na nią zaszokowany, jakby zaproponowała, żeby wypił napar z cykuty.
- Przyjęłam propozycję Porzii, żeby u nich zamieszkać - oznajmia dziewczyna.
Ojciec jest niepocieszony. Błaga, żeby została, kusi ją obietnicą odzyskania Judyty. Już wcześniej wspominał, że zamierza się o to postarać, lecz Artemisia wie, że nie ma na to szans. Wdowa po Quorlim ma podobno dokument potwierdzający, że jej mąż nabył obraz zgodnie z prawem.
- Oskarżę Tassiego o kradzież - mówi Orazio.
- Rób, co chcesz.
Artemisia pogodziła się już ze stratą obrazu, tak jak pogodziła się z procesem - ze stoickim spokojem.
Kiedy zaczyna się pakować do przeprowadzki, zjawiają się akuszerki, dwie wiedźmy o kamiennych twarzach. Dźgają ją zimnymi, twardymi palcami - kolejna ponura, upokarzająca udręka. Ciało Artemisii nie należy już do niej. Jest lalką, kukiełką, wiedźmą Befaną z dziecięcych koszmarów.
Wyobraża sobie sędziów śliniących się nad raportem akuszerek, który oficjalnie stwierdza, że nie jest już nietknięta. To słowo wywołuje w wyobraźni dziewczyny obraz jej ciała rozdartego na części, aż w końcu przypomina posągi pozbawionych kończyn starożytnych bogiń.
35
Za jaką cenę?
Nie wiadomo, kiedy marzec zamienia się w kwiecień, a kwiecień w maj. Miasto znowu wypełnia się światłem i śpiewem ptaków. Na tle złocistego trawertynu gmachów wzbijających się w rażąco błękitne rzymskie niebo mienią się rozedrgane kolory, niezliczone odcienie zieleni. Lecz w oczach Artemisii wszystko jest przytłumione.
Sądowe procedury wloką się w nieskończoność. Mijają miesiące, podczas gdy biedna Zita marnieje w Tor di Nona. Zamierzają ją trzymać w więzieniu, dopóki nie przesłuchają wszystkich świadków, tak przynajmniej uważa Giovanni. On i Porzia zeznawali jako ostatni, wspierając pozew Orazia. Artemisia uparcie nie nazywa go "ich pozwem" jak ojciec.
Gdyby nie Stiatessi, chyba rzuciłaby się do Tybru. Udzielili jej schronienia, dzięki czemu sypia w ślicznym pokoju na piętrze z oknami wychodzącymi na ogrody Szpitala Santo Spirito, gdzie obserwuje siostry zakonne przemykające krużgankami niczym gołębice.
Rzadko opuszcza swoje sanktuarium. Podczas nielicznych okazji, gdy wychodzi z domu po zakupy albo na mszę, naraża się na obcesowe spojrzenia ludzi wytykających ją palcami, na sprośne żarty i okrutne docinki ulatujące z wykrzywionych ust.
Na duchu podtrzymuje ją Piero. Przyjaciel wysyła jej z Florencji pigmenty w zamian za drobne rysunki i obrazy. Artemisia nie potrafi się zmierzyć z poważną tematyką, maluje więc zwierzęta Stiatessich: małą czarną suczkę Lolę, z oczami jak rodzynki, która upodobała sobie spanie na jej łóżku; dużego psa gończego, który za sprawą długiego pyska i gęstych ciemnych wąsów w tajemniczy sposób przypomina jej Giovanniego; dudka, który w samotności marnieje w ogrodowej ptaszarni i wydaje uporczywe, dziwne odgłosy: hu, hu, hu. Mimo brzoskwiniowego upierzenia i zawadiackiego grzebienia ptak napawa ją smutkiem. Porzia powiedziała, że niedawno stracił partnerkę i od tamtej pory nie przestaje jej nawoływać.
Sędziowie przesłuchiwali świadków Tassiego, co trwało całą wieczność. Codziennie do domu Stiatessich docierają przecieki informacji. Artemisia dowiaduje się, że sypiała z połową młodych mężczyzn w Rzymie: z Geronimo Modenesem, z przeklętym Nicol? Bendinem, z odrażającym Franceskiem Jakimśtam, którego Orazio zatrudnił wiele lat temu jako modela do postaci diabła widocznego w tle jednego z obrazów. Wygodziła im wszystkim i jeszcze wielu innym. Dzieliła łoże z mężczyznami, o których istnieniu nawet nie słyszała. Popełniała bezecne i bezwstydne czyny i puszczała się na prawo i lewo, zanim nauczyła się liczyć do dziesięciu. Dowiedziała się również, że Nicol? Bendino dostarczał jej listy niezliczonym kochankom; pisała je własnoręcznie, co należy uznać za prawdziwy cud, zważywszy, że nie umie pisać ani czytać.
W każdej plotce płonie ślepa nienawiść Tassiego.
Artemisia uniknęłaby tego wszystkiego, gdyby została jego żoną, ale wolałaby już gnić we własnym grobie. Cena za to małżeństwo byłaby zbyt wysoka, nawet gdyby dzięki niemu odzyskała skradzioną Judytę.
Śmiałaby się w głos z tych wszystkich opowieści, gdyby nie wiedziała, co oznaczają: wkrótce będzie musiała dowieść, że zeznała prawdę. Słyszy, jak na dole rozmawiają o tym Stiatessi i Orazio, którego nie chce widzieć na oczy.
- Trzeba ją zmusić, żeby zmieniła zdanie.
W głosie ojca słychać rozdrażnienie. A może to poczucie winy? - zastanawia się Artemisia.
- Będą ją torturować, połamią jej palce - dodaje Orazio. - Niewykluczone, że nigdy już nie będzie mogła malować.
I tak nie może. Wszystko, co rozniecało w niej natchnienie, wygasło. Nie potrafi wskrzesić w sobie żadnych emocji. Straciła płonącą pasję, dzięki której namalowała swój najlepszy obraz. Marzenie, by zobaczyć swoje obrazy na ścianach wielkiego palazzo, wydaje się pustą mrzonką z zamierzchłej młodości.
- Nie mów takich rzeczy - odzywa się Porzia.
Nawet na górze Artemisia słyszy łzy w jej głosie. Porzia jest niezwykle uczuciową kobietą; płakała, kiedy jej wnuczkowi wyrżnął się pierwszy ząbek, i potem, gdy zrobił pierwszy kroczek, a nawet kiedy okociła się ich kotka. Emocjonalność Porzii wprawia w zdumienie Artemisię, która żyje w stanie kompletnego odrętwienia.
- Nie trać nadziei, Orazio. Racja leży po naszej stronie. Możemy to wygrać. - Giovanni jest zawsze optymistą. - Odzyskasz swoje dobre imię, jestem tego pewny.
"Za jaką cenę?!", ma ochotę krzyknąć z góry dziewczyna.
Trzaskają drzwi wejściowe i przez okno obserwuje zgarbioną sylwetkę ojca przemykającą w kierunku ponurego domu na Borgo Santo Spirito. Odwraca się, jakby poczuł na sobie jej wzrok, Artemisia wycofuje się więc w głąb pokoju.
Kiedy zostaje w domu sama, ktoś podchodzi pod dom i cicho puka do drzwi. Dziewczyna zamiera niepewnie w holu. Pukanie się powtarza drugi i trzeci raz. Po chwili jakiś ruch przyciąga jej uwagę do okna i Artemisia widzi oprawioną w ramę twarz Zity. A raczej jej widma.
Jednym szarpnięciem otwiera drzwi. Zita jest blada i wymizerowana, nieskazitelne pulchne ciało znikło, jakby spuszczono z niej powietrze. Nie patrząc dziewczynie w oczy, wręcza jej pakunek.
- To koc i poduszka pani Porzii. Wyprałam je.
- Kiedy cię wypuścili?
- Jakiś czas temu.
Artemisii przebiega przez głowę myśl, że skoro ona została wypuszczona, to znaczy, że sędziowie wysłuchali już wszystkich zeznań. Strach ściska ją w żołądku. Wkrótce rozpocznie się proces.
- Zrobili ci krzywdę?
Zita kręci głową.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Wejdziesz? - Artemisia odsuwa się na bok, ale kobieta nie rusza się z miejsca.
- Nie mam czasu. - Ogląda się przez ramię na wóz na wpół widoczny na ulicy. - Mąż na mnie czeka.
- Wrócił!
- Tak.
- Musisz się cieszyć, że znowu jesteście razem.
Rozmawiają, jakby się prawie nie znały.
Zita uśmiecha się i kiwa głową, przesuwając ręką po brzuchu.
- Przestałam krwawić. - W jej oczach błyszczy znajoma iskra. Podnosi oczy do nieba. - Widać uzyskałam przebaczenie.
- Och! - Artemisia wie, że Zita ponad wszystko na świecie pragnie mieć więcej dzieci. - Tak się cieszę.
Jakie to proste być tobą, myśli, znajdować radość na prostych ścieżkach życia. W rzeczywistości jednak wie, że to nie jest cała prawda. Zitę dręczą jej własne demony.
- Muszę już iść. - Stoi niepewnie, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz wydaje tylko cichy, nieokreślony odgłos, na wpół westchnienie, na wpół kaszlnięcie, po czym odwraca się i schodzi po schodach.
Artemisia zastanawia się, co to było. Czego Zita postanowiła nie powiedzieć? Jest jej przykro z powodu tego, co ta kobieta przeszła, ale nie na tyle, żeby wskrzeszać dawną znajomość. To była dość koślawa zażyłość: nic ich nie łączyło poza tym, co przeszły przez Tassiego i Orazia.
Przypominają jej się słowa męża Zity, które ta kiedyś przytoczyła - "Jesteś najśliczniejszą i najgłupszą istotą, jaką w życiu spotkałem" - i zastanawia się, jak Zita może go tak bardzo kochać.
No ale co ona wie o miłości?
36
Pierścień
Artemisia otrzymuje wiadomość z jednodniowym wyprzedzeniem.
Signorina Artemisia Gentileschi, córka Signora Orazia Gentileschiego, malarza z Rzymu, zostaje niniejszym powiadomiona, aby stawiła się przed Prześwietnym i Znamienitym Panem Geronimem Felicem, zastępcą, Prześwietnym i Znamienitym Panem Franceskiem Bulgarellem, drugim zastępcą, oraz Sławetnym i Znamienitym Panem Porziem Camerariem, zastępcą sędziego w sądzie Jego Najwyższej Świątobliwości, dnia 14 maja roku pańskiego 1612 o godzinie tertii w Tor di Nona...
Oczekiwanie jest udręką. W głowie kłębią jej się myśli o torturach, które nieuchronnie ją czekają; nieznośne ściskanie w żołądku pogarsza się z każdą wlokącą się godziną. Ból jest pojęciem abstrakcyjnym, zrozumiałym tylko w chwili doznawania. Podobno natura sprawia, że matka zapomina o bólach porodowych, inaczej żadna kobieta nie chciałby rodzić drugiego dziecka, wszystkie przyjęłyby święcenia i klasztory wypełniłyby się po sam dach.
Kiedy Artemisia pozwala myślom biegać samopas, od ponurego przewidywania tego, co ją czeka, rozluźniają jej się jelita, gardło się zaciska, a oddech skraca, aż robi jej się ciemno przed oczami. Rozmyśla o męczennicach, które z cichym spokojem stawiały czoło torturom znacznie gorszym niż te, które ją czekają: o świętej Łucji z galaretkami oczu na otwartej dłoni; o łamanej kołem uśmiechniętej Katarzynie; o świętej Agacie z odciętymi piersiami na talerzu.
Na myśl o świętej Agacie przypomina jej się skradzione ciastko i lepkie palce Zity, które stały się pierwszą przyczyną nieszczęsnego obrotu wydarzeń w jej rodzinie. Lecz takie myślenie zrzuca winę na biedną kobietę, a oczyszcza Orazia. Artemisia nigdy nie oczyści ojca z winy. Nigdy.
Przez całą noc nie mruży oka. Tylko mała czarna Lola przynosi jej pociechę, wtulając kosmate ciałko w zgięcie ramienia dziewczyny. W ciemności strach się potęguje i rozprzestrzenia. Artemisia odlicza czas, wsłuchując się co dwie godziny w bicie dzwonów, i obserwuje, jak dzień wsącza się do pokoju przez szczeliny okiennic. Z wolna budzą się odgłosy poranka: kroki na schodach; skrzypienie bocznych drzwi, przez które ktoś wypuszcza większego psa na podwórze. Dudek rozpoczyna miarowe nawoływania. Lola strzyże uszami, zeskakuje z łóżka i drapie w drzwi. Artemisia zwleka się, żeby ją wypuścić, po czym wraca do łóżka.
Potem rozlegają się kroki na schodach i wesoły śmiech dzieci: najstarszego wnuka Stiatessich oraz jej najmłodszego brata, Marca, który tak samo jak ona nie chce wrócić do domu. Dolatują ją z dołu odgłosy rodzinnego śniadania, a z nimi zapach ciepłego chleba, od którego burczy jej w żołądku. Ale nawet głód nie jest w stanie skusić jej do zejścia na dół.
Kiedy rozlegają się dzwony na prymę, do sypialni wślizguje się Porzia, wita ją łagodnie i uchyla okiennice, żeby wpuścić do pokoju blade, przyćmione światło. Siada na brzegu łóżka i delikatnie gładzi czoło dziewczyny, jakby ta była chora.
- Zastanawiałam się... - jej głos brzmi niewiele głośniej od szeptu - czy Tassi nie dał ci pierścionka, kiedy obiecywał się z tobą ożenić.
Artemisia przypomina sobie brzydki, męski pierścień z inicjałami AT wygrawerowanymi na płaskim jadeitowym oczku. Próbowała go sprzedać, razem z kolczykami, które przysłał jej z Florencji, ale jubiler nie chciał go kupić. Powiedział, że jest bezwartościowy, chociaż za kolczyki zaoferował jej sporą sumkę.
- Masz go? - pyta Porzia.
- Nie wiem. A co?
- Przydałby wagi twojemu zeznaniu, zważywszy, że wyparł się zaręczyn.
- Wszystkiego się wyparł, nieprawdaż? Zaprzeczył, że w ogóle się do mnie zbliżał.
Dziewczyna wstaje z łóżka i zaczyna grzebać w skrzyni. Cieszy się, że może zająć czymś uwagę.
- Pójdzie pani ze mną?
- Oczywiście. Nawet przez myśl by mi nie przeszło, że mogłabym cię zostawić. - Porzia urywa, milczy z wahaniem, po czym odwraca wzrok. - Wiesz, że będzie tam twój ojciec?
- Próbowałam o tym nie myśleć.
- Wasze rozstanie sprawia mu wiele bólu. - Porzia w dobrej wierze nie ustaje w wysiłkach, by pogodzić córkę z ojcem.
- Proszę... Nasze rozstanie sprawia mu ból, bo nie będę wykańczać jego obrazów. - Nawet samą Artemisię zaskakuje pogarda dźwięcząca w jej głosie. Nieszczęścia odcisnęły na niej piętno; stała się twarda i szorstka jak pumeks.
- Rozumiem.
Dziewczyna czeka, aż usłyszy coś w rodzaju: "Zmienisz zdanie, kiedy będziesz miała własne dzieci". Lecz zamiast tego Porzia mówi:
- Ojcu trudno było się pogodzić z myślą, że malujesz lepiej od niego.
Bierze ją w ramiona i Artemisia, która od miesięcy nikogo do siebie nie dopuszczała, pozwala się przytulić.
- Wiem, wiem - mruczy Porzia i jej tkliwość przynosi dziewczynie ukojenie. - Musisz tylko powiedzieć prawdę.
- Tak.
W końcu Artemisia odsuwa się i wraca do szperania w skrzyni. Na samym dnie palce trafiają na pierścień. Wyciąga go i pokazuje Porzii.
- Dał ci coś takiego? - Kobieta nie kryje oburzenia. - I twój ojciec to widział? - Bierze pierścień do ręki, przygląda mu się z bliska, ogląda inicjały i prycha z oburzeniem.
- Ojciec mi go przyniósł.
- Każda kobieta powiedziałaby mu, że mężczyzna, który ofiarowuje narzeczonej coś takiego, nie ma poważnych zamiarów. Nie jest nawet złoty. Ale mniejsza o to, sędzia da się przekonać. Są na nim wyryte inicjały... Tassi nie będzie mógł się wyprzeć, chyba że oskarży cię o kradzież. Ale kto by chciał ukraść coś tak bezwartościowego? Ten pierścień nadaje się tylko wieprzowi do nosa.
Artemisia parska śmiechem.
- I tak nie mogę go włożyć, bo jest za duży. Mogę go zawiesić na łańcuszku i nosić na szyi.
- Nie, musisz go mieć na palcu. Kiedy będą... - Porzia przerywa raptownie. - Na pewno go zobaczą.
- Może pani to powiedzieć na głos. - Artemisia patrzy jej w oczy. - Kiedy mi założą na palce sznury Sybilli. Obie wiemy, że to zrobią. Nie ma sensu udawać, że tak nie jest.
- Och, kochanie, Bóg uczynił cię silniejszą od wielu mężczyzn. Dzięki Mu za to. Ale nigdy nic nie wiadomo. Tassi może zmienić zeznania i oszczędzą ci... tego. - Porzia nadal nie umie wykrztusić słowa "tortury".
Artemisia chciałaby podzielać choć odrobinę jej optymizmu.
- Mam jeszcze to. - Wręcza Porzii woreczek z przyborami do haftowania.
Na twarzy Porzii maluje się z początku zaintrygowanie, lecz kiedy znajduje w środku zakrwawioną chusteczkę, zbrązowiałą jak rdza od upływu czasu, i spostrzega wyhaftowane inicjały Tassiego, jej twarz ciemnieje.
- To twoja krew?
Dziewczyna kiwa głową.
- Och, biedactwo - wzdycha Porzia.
Widok zakrwawionej chusteczki dodał w jej oczach realizmu temu brutalnemu zdarzeniu i na twarzy kobiety maluje się prawdziwa boleść. Próbuje znowu objąć dziewczynę, lecz ta nie zniesie więcej litości. Nigdy nie znosiła.
- Weźmy to ze sobą na wszelki wypadek. Żeby dodać wagi twoim zeznaniom. - Porzia chowa chusteczkę i szybko zmienia temat. - A co włożysz? - Przegląda jej skromną garderobę i wyjmuje prostą sukienkę z ciemnej wełny. - To? - Podchodzi do okna, spostrzega na ubraniu brudną plamę i zaczyna energicznie pocierać materiał, żeby ją usunąć.
Artemisii jest wszystko jedno, co włoży, i cieszy się, że nie musi o niczym decydować. Pozwala się ubrać jak dziecko we wszystko, co Porzia uznaje za stosowne, i podnosi ręce, żeby mogła ciasno zasznurować sukienkę. Chociaż nadal z powodu ciągłych trosk jest bardzo szczupła, zza wykrochmalonych brzegów dekoltu wystają piersi ściągnięte przez stanik.
- Nie, nie, tak nie możesz iść do sądu. - Porzia przeszukuje stertę ubrań, wyjmuje z niej partlet i zasłania nim każdy skrawek ciała na dekolcie Artemisii. - Teraz lepiej.
Zawiesza na szyi dziewczyny mały krzyżyk, odgarnia jej włosy do tyłu, splata je w dwa ciasne warkocze i upina nad karkiem. Znajdują czepek na głowę oraz żelazko, żeby wyprasować spódnice, które od tygodni leżały zgniecione na dnie skrzyni.
- Nawet zakonnica nie wyglądałaby skromniej - orzeka Porzia. - Masz coś innego do założenia na nogi? - Ogląda dwie pary butów Artemisii: jedne do chodzenia po domu, drugie do wyjścia, wszystkie zachlapane farbą. - Nieważne, na pewno znajdę coś, co będzie na ciebie pasowało.
Wychodzi z pokoju i po chwili wraca z parą rypsowych pantofli. Są trochę za ciasne, ale Porzia jest z siebie taka zadowolona, że dziewczyna nie narzeka.
- Wyglądasz idealnie - oznajmia Porzia, cofając się i oglądając ją z daleka.
Artemisia z przerażeniem myśli o tym, że nieuchronnie zbliża się moment wyjścia.
Porzia odrywa kawałek papieru od pisma wzywającego do sądu i zwilża go w misce z wodą.
- Daj mi rękę. - Wsuwa na palec dziewczyny brzydki pierścień od Tassiego i wciska zwinięty papier pod obrączkę, żeby się nie zsuwała. - To powinno wystarczyć.
Za paznokciami Artemisii nadal tkwią resztki farby. Znowu ogarnia ją obezwładniający strach.
- Nie wiem, jak bym sobie dała radę bez pani.
- Och, tak bardzo bym chciała, żeby dało się tego uniknąć. Gdybyś zamieszkała z nami po śmierci mamy... - mówi Porzia ze smutkiem - wszystko wyglądałoby inaczej.
- Pewnie i tak bym się buntowała. - Dziewczyna zdobywa się na uśmiech. - Nawet wtedy byłam uparta jak osioł. Pragnęłam malować. Mielibyście ze mną prawdziwe utrapienie.
Porzia odwzajemnia uśmiech.
- Może.
Bez słowa schodzą na dół i wsiadają do czekającego powozu. Chociaż do Tor di Nona mają z domu tylko kawałek drogi, Giovanni nalegał, by chronić Artemisię przed tłumami. Wciska jej do rąk słodką bułeczkę posypaną cukrem. Od samego zapachu ślinka napływa dziewczynie do ust. Ciasto jest przepyszne, słodkie i maślane, smakuje jak ostatni posiłek w jej życiu.
Giovanni miał rację: przed bramą kłębi się tłumek ludzi, którzy chcą zobaczyć niesławną Artemisię Gentileschi. Kiedy powóz wjeżdża na dziedziniec, dobiega ich zgiełk podekscytowanych okrzyków; wykrzywione usta plują potokami nienawiści. Artemisia opiera skroń o ściankę i obserwuje, jak para oddechu tworzy w powietrzu strzępiaste obłoki.
Kiedy wysiadają z powozu, Orazio już na nich czeka.
Córka nie patrzy mu w oczy.
Serce zaczyna jej łomotać w piersi. Rypsowe pantofle już ocierają skórę.
Porzia strzepuje z jej sukienki zmielony cukier, po czym wchodzą do budynku.
37
Sznury Sybilli
Artemisia zostaje podprowadzona przed Tassiego. Uderza ją ironia losu tej sceny: stoją zwróceni do siebie twarzami przed obliczem sędziego, jakby brali ślub.
Tassi spryskał się tym odrażająco znajomym okropnym pachnidłem. Ale dziewczyna nie daje się wciągnąć w wir wspomnień. Może pachnie tak samo, ale wygląda obco. Ostrzygł włosy, zgolił brodę, co odsłoniło jego zapadnięte policzki. Na podbródku widać zaogniony, czerwony ślad po brzytwie. Tylko gadzie oczy pozostają te same. Próbują ją schwytać, lecz Artemisia się im wymyka.
Czuje na plecach świdrujący wzrok Orazia i prostuje ramiona. Próbował ją odciągnąć na bok przed wejściem na schody, ale na szczęście wezwał ją strażnik, więc nie musiała wysłuchiwać pouczeń ojca.
Usłyszała tylko jedno słowo: "potulna". O tak, z pewnością pragnąłby, żeby odegrała rolę "ofiarnego baranka". Lecz jeśli ona pozwoli sobie nawet na odrobinę słabości, rozsypie się na kawałki.
Oddycha powoli i miarowo, by przywołać oszalałe serce do spokoju, podczas gdy rozpoczynają się procesowe procedury i przysięgi.
Pytają Tassiego, czy chciałby coś dodać do swoich wcześniejszych zeznań. Najwyraźniej ma już za sobą wiele dni przesłuchań.
Artemisia patrzy nad jego ramieniem na okno z witrażem, z którego wylewa się potok kolorów, tak piękny i bogaty, że mógłby przyprawić o łzy nawet najtwardszy kamień.
- Nie chcę niczego dodawać ani niczego wycofywać - odpowiada Tassi stanowczym, wyważonym tonem.
Dziewczyna przenosi na niego ponure, niezłomne spojrzenie.
- Signor Tassi, czy zechciałby pan porzucić w końcu swój zaciekły upór - w głosie sędziego brzmi nieskrywana irytacja, co Artemisia traktuje jako dobry znak - i wyznać sądowi prawdę na temat tego, czy dopuścił się pan aktu pogwałcenia cnoty signoriny Artemisii Gentileschi, która przed panem stoi?
Czując na sobie jej niezłomne spojrzenie, Tassi najwyraźniej nie potrafi zachować swojej butnej pozy.
- Ja... ja... - Bierze głęboki oddech. Skóra pokrywa mu się potem.
- Proszę mówić głośniej - upomina go sędzia.
Głowa Tassiego niczym z własnej woli odpowiada skinieniem, usta się poruszają, jakby próbowały wyznać prawdę. Jego wzrok błądzi po Artemisii jak gasnący płomień świecy. Czy jest za wcześnie, żeby poczuć dreszcz zwycięstwa?
Cała izba wstrzymuje oddech, czekając, aż wreszcie oskarżony przyzna się do przestępstwa. Artemisia spodziewała się z jego strony więcej oporu. Wszyscy się tego spodziewali.
- Ja... - Tassi prostuje się, jakby pociągnięty za sznurek przez lalkarza. - Nie, signore, powiedziałem prawdę i powtarzam, że nie tylko nie zgwałciłem signoriny Gentileschi - nie patrzy teraz na nią, tylko na sędziego - ale też nie miałem z nią w ogóle cielesnego kontaktu.
Słychać ciche okrzyki zaskoczenia.
Jego kłamstwo jest sprytną sztuczką utkaną równie przekonująco jak malowane iluzje. Artemisia rozumie działanie tych linii, kłamstwa i gry światła.
Przełyka ślinę. Wzbiera w niej trwoga. Wie, co to oznacza.
- Więc nadal uparcie zaprzecza pan zeznaniom signoriny Gentileschi?
- Może mi rzucić w twarz, że miałem z nią stosunki, że ją pozbawiłem cnoty - Tassi parska urągliwym śmiechem - a ja i tak jej odpowiem, że kłamie.
Sędzia odwraca się do Artemisii.
- Signorina Gentileschi, czy obstaje pani przy swoim zeznaniu? Czy przy obecnych tu świadkach potwierdzi pani, że to prawda?
Dziewczyna odchrząkuje, żeby oczyścić gardło. Ogarnia ją zwątpienie.
- Tak, signore, to, co zeznałam przed Waszą Ekscelencją na temat obecnego tu Agostina Tassiego, jest prawdą. - Przywołuje na pomoc całą swoją determinację. Nie zrobią z niej potulnej ofiary.
Prostuje się i czystym, pełnym mocy i pozbawionym emocji głosem zaczyna zgodnie z wolą sędziego relacjonować okoliczności swojego zhańbienia...
- Był przyjacielem mego ojca... często nas odwiedzał... Ufałam mu. Nie przeszłoby mi przez myśl, że mógłby mnie skrzywdzić...
Opowiada o pierwszej lekcji perspektywy. Wszyscy obecni słuchają jak zauroczeni.
- A za drugim razem... - Głos jej się lekko łamie; w pamięci powracają tamte obrazy: wykrzywiona twarz Tassiego. Wspomnienia zaczynają ją dusić. Artemisia szuka pocieszenia w kolorowych witrażach.
Odchrząkuje i zaczyna na nowo.
- Za drugim razem, kiedy przyszedł mnie uczyć, wszedł bez zaproszenia na górę, do moich pokojów. Nie zdawałam sobie sprawy z jego intencji, dopóki mnie brutalnie nie złapał i rzucił na łóżko... Próbowałam się bronić. - Chwilę czeka i czuje, jak cała sala czeka razem z nią. - To był gwałt.
Słowo "gwałt" rozbrzmiewa w sali niczym przekleństwo wypowiedziane w kościele.
Relacjonuje dalej szczegóły, opowiada o propozycji małżeństwa; znajduje siłę w przekonaniu, że cokolwiek się wydarzy, będzie lepsze od małżeństwa z tym człowiekiem.
Tassi wtrąca się, próbując zasiać wątpliwości, lecz zostaje stanowczo uciszony. Kiedy Artemisia kończy, skryba odczytuje na głos jej poprzednie zeznanie. Tak więc każdy obecny musi jeszcze raz wysłuchać opowieści o tym, co przeszła.
Dziewczyna ulatuje myślami gdzie indziej.
Następnie wzywają oskarżonego, by odpowiedział na zarzuty. Tassi zachowuje się z wyższością i pogardą.
- Nie jest prawdą, że ją zgwałciłem ani że w ogóle coś mnie z nią łączyło. - Zaczyna wymieniać wszystkich mężczyzn, którzy rzekomo mieli stosunki z córką Orazia Gentileschiego. Wylicza w nieskończoność. - Wszystko, co powiedziała, jest nieprawdą.
Artemisia wskazuje Biblię, na którą przysięgał, i patrzy na niego wyzywająco.
- Twierdzę, że to prawda - oświadcza. - Gdyby to nie była prawda, nie powiedziałabym tego.
Tassi przelotnie spuszcza wzrok na swoje splecione palce.
Kątem oka dziewczyna widzi, jak jeden ze strażników przygotowuje sznury Sybilli. Żółć podchodzi jej do gardła. Musi zebrać wszystkie siły, żeby zachować zimną krew.
- Czy jest pani gotowa wytrwać przy swoich zeznaniach podczas tortur? - odzywa się sędzia niedbałym tonem, jakby pytał kogoś, czy woli czerwone wino, czy białe.
- Tak, signore. Jestem gotowa potwierdzić wszystko, co powiedziałam, w każdy sposób, który okaże się konieczny. - Ogląda się przez ramię i natychmiast tego żałuje.
Porzia trzyma chusteczkę przyłożoną do ust, Giovanni ściska jej dłoń z czystą grozą na obliczu. Twarz Orazia lśni od potu, niczym u winowajcy. Krew odpływa Artemisii z twarzy; czuje się nagle bardzo, bardzo słaba.
- Nawet na torturach - kończy ledwo dosłyszalnie.
Sędzia wypowiada odpowiednie formułki i wzywa strażnika z narzędziem. Dziewczyna unosi dłonie i zamiera w bezruchu niczym w modlitwie. Przed jej oczami stają obrazy świętych męczennic.
Strażnik zaplata sznury na jej palcach i ściska. Uczucie jest nieprzyjemne, ale do zniesienia.
Artemisia powtarza sobie w myślach, że ma oddychać.
Sędzia mówi coś dalej; upomina ją, żeby wystrzegała się krzywdzącego oskarżenia mężczyzny, który przed nią stoi.
- Powiedziałam prawdę. - Jej głos brzmi spokojniej, niż w rzeczywistości się czuje.
Strażnik nakładający sznury spogląda na sędziego, a ten skinieniem głowy nakazuje mu kontynuować.
Mężczyzna pociąga za sznury.
Ostry ból przeszywa jej ramiona, barki, łopatki i kręgosłup.
Krzyk więźnie jej w gardle.
Czas staje w miejscu.
Sznury się zaciskają.
Przez jej ciało przebiega kolejny spazm, mocniejszy.
Ma ochotę zwymiotować.
Słyszy trzask, jakby pękła kość, i prawie mdleje od wstrząsu, jaki to ze sobą niesie.
Wzbija się na falach bólu, wzlatuje w pustą przestrzeń pod dachem, gdzie cierpienie nie może jej dosięgnąć. Unosi się wraz z namalowanymi aniołami i jak przez mgłę dobiegają ją słowa sędziego, który pyta, czy chce zmienić zeznania.
Kolejny ostry trzask ściąga ją z powrotem na ziemię.
- Obstaję przy każdym swoim słowie.
Płynie krew. Jej krew.
Sznury wgryzają się jeszcze głębiej w ciało.
Artemisia próbuje odpłynąć z dala od bólu, ale wpada w pułapkę myśli o swoich palcach - połamanych i bezużytecznych - o swoim talencie pozbawionym szansy na uzewnętrznienie.
Dłonie zaczynają jej drżeć, traci nad nimi kontrolę.
Sznury trzeszczą i zaciskają się jeszcze mocniej.
Dziewczyna wstrzymuje oddech.
Jeszcze mocniej.
Trzask, trzask, trzask.
Krew spływa po nadgarstkach do rękawów.
Kolejny zacisk sznurów.
Na twarz Tassiego pryska kropla krwi. Rozciera ją w szkarłatną smugę.
Artemisia wyciąga w jego stronę dłonie, zdziwiona, że może wydobyć z siebie głos, lecz słowa, które padają, bez wątpienia wyszły z jej ust.
- To jest pierścień, który mi dałeś, kiedy obiecywałeś się ze mną ożenić. Widzisz swoje inicjały?
Wygrawerowane litery są zaklejone krwią.
Tassi oskarża ją o kłamstwo.
Sędzia jeszcze raz prosi ją o potwierdzenie zeznań.
- To prawda, prawda, prawda!
Nawet ją samą zaskakuje siła okrzyku, który z niej wybucha, jak z głębokiej studni gniewu. Tłumiła go od miesięcy, lecz uśpiony potwór został zbudzony. Dlaczego nie związują palców Tassiemu? Dlaczego nie poddają próbie jego zeznań?
Niesprawiedliwość dolewa oliwy do ognia.
Tassi nie może na nią patrzeć, nie ma śmiałości.
- To nieprawda - rzuca. - Kłamiesz jak z nut.
Jego słowa ociekają szyderstwem, ale widzi na twarzach sędziów rosnące niedowierzanie i coraz trudniej przychodzi mu zachować opanowanie. Próbuje coś dodać, ale przesłuchujący sędzia podnosi dłoń.
Za to Artemisia przeciwnie; patrzy Tassiemu w oczy i widzi w nich odbitą maleńką kobietę. Siebie.
- Powiedziałam prawdę.
Nie złamie się, nie pozwoli, żeby kłamstwa uszły mu płazem.
Zatacza się lekko i strażnik musi ją powstrzymać. Dziewczyna czuje, jak w sali zmienia się atmosfera. Wszyscy zgromadzeni z przerażeniem patrzą na jej cierpienie.
Sędzia zerka na pierścień z wyrytymi inicjałami - bezwartościowy kawałek brązu, teraz wygrawerowany krwią.
Krew Artemisii kapie na białe mankiety jej sukni i przenosi ją z powrotem do tamtego dnia: jej krew, namalowana krew, krew Holofernesa, płynąca strużkami po zagięciach białej pościeli. Miejscami jaskrawa jak malina, miejscami całkiem czarna. Dziewczyna zamyka oczy, bierze głęboki oddech i z ciemności wyłania się obraz zrodzony z czystej, bezlitosnej nienawiści.
To nowa Judyta, niemal identyczna, a jednak z gruntu inna, lepsza, bardziej krwawa, brutalniejsza, a namalowana na płótnie kobieta jest okrutniejsza. Obraz - podsycany kaskadami bólu wypełniającego jej palce, nadgarstki i łokcie - nabiera wyrazistości. Ta nowa Judyta patrzy na swoją ofiarę z przerażającym wyrazem obojętnego okrucieństwa.
Ta Judyta teraz w niej mieszka.
Artemisia wie bez cienia wątpliwości, że namaluje ten obraz, choćby miała trzymać pędzel palcami stóp, zębami, choćby miała pluć farbą na płótno. Ta nowa Judyta powstanie.
Już czuje w trzewiach ten obraz. Jej dzieło sztuki.
Prawie nie zauważa, kiedy sędzia wydaje polecenie zdjęcia sznurów.
Zdaje sobie sprawę z wrażenia, jakie jej widok wywiera na zebranych - młoda kobieta z dłońmi nadal złożonymi jak do modlitwy, krew kapiąca na podłogę ze zmasakrowanych palców. Będą myśleć o cierpieniu świętych.
Czuje współczucie urzędników - wszystkich, co do jednego, nawet skryby.
Prowadzą ją do krzesła i ktoś, pewnie medyk, przynosi bandaż, by owinąć jej dłonie, najpierw jednak delikatnie wyciera je chłodną, wilgotną szmatką.
Palce wyglądają odrażająco, jak szpony przerażającego ptaka, sępa lub harpii, spuchnięte, sine pod skorupą krwi; kilka sterczy wygiętych pod dziwnymi kątami. Medyk owija je ostrożnie, ciasno, i przymocowuje każdy do łubki. Za każdym razem, kiedy to robi, wybucha w niej kolejna erupcja bólu.
Podczas gdy jej dłonie są opatrywane, Tassi wygłasza żarliwą obronę, byle przeciągnąć proces.
- Nie pozwólcie jej odejść. - Myśli, że może zmienić postanowienie sądu. - Chcę jej zadać kilka pytań. Mam do tego prawo.
W desperacji podaje notatnik przesłuchującemu sędziemu. Ten przegląda go pobieżnie, po czym naradza się szeptem z kolegami.
Kiedy medyk kończy nastawiać kości, ból zamienia się w głębokie łupanie.
Wyobraźnię Artemisii coraz bardziej rozpala nowy obraz, który nabiera w jej głowie życia. Dziewczyna widzi każdy szczegół, jakby przez szkło powiększające. Jednym kolanem Judyta wspiera się na łóżku, żeby nadać siłę uderzeniu miecza, który dzierży w dłoni. Oręż jest ciężki i ostry jak brzytwa. Z przeciętej tętnicy tryska strumień krwi i plami pierś Judyty oraz złocisty adamaszek sukni. Judyta marszczy czoło w zawziętej determinacji. Artemisia widzi białka jej oczu.
- Dobrze - zwraca się w końcu sędzia do Tassiego, przejrzawszy notatnik.
Przepraszającym tonem nakazują Artemisii, by nie opuszczała sali. Dziewczyna prosi o wodę do picia. Służący, młody chłopak, podaje jej kubek, ale rumieni się ze wstydu, bo widzi, że ona nie może go utrzymać w okaleczonych dłoniach.
- Przyłóż mi go do ust - prosi Artemisia.
Obecni na sali patrzą ze zgrozą, jak pije wodę niczym niemowlę.
Sędzia pyta, czy jest już gotowa, a kiedy dziewczyna odpowiada skinieniem głowy, zaczyna odczytywać pytania Tassiego. Każde kolejne jest jeszcze dziwaczniejsze od poprzednich. Dotyczą mężczyzn, z którymi podobno obcowała, czynu, o który go oskarża, koloru jej krwi, tego, komu powiedziała o tym, co się stało, a komu nie, i tak dalej.
Artemisia odpowiada na każde pytanie jasno i szczerze.
Tassi nie ma nawet odwagi, żeby na nią spojrzeć, ale z każdą odpowiedzią jego rozdrażnienie rośnie. Nie zamierza się pogodzić z przegraną.
Sędziowie coraz bardziej się niecierpliwią i odczytują ostatnie pytania z pośpiechem. W głowach podjęli już decyzję pół godziny temu - każda osoba obecna na sali już o tym wie - i kolejne pytania oskarżonego pomagają im tylko utwierdzić się w swoim przekonaniu.
Sędzia oddaje Tassiemu notatnik i odbywa krótką naradę ze swoimi towarzyszami.
Potem wstaje, by ogłosić wyrok.
Ktoś w głębi sali krzyczy:
- Do więzienia z nim!
Sędzia prosi o ciszę, zanim wyda oświadczenie.
- Signor Agostino Tassi, niniejszym nakazuję, aby odwieziono pana z tego miejsca do Corte Savella...
W tym momencie resztka opanowania oskarżonego ulatuje z dymem. Tassi wstaje, podchodzi do ławy sędziowskiej i wymachuje pięścią.
- To niesprawiedliwe! - krzyczy. - Mylicie się!
Dwóch strażników siłą zaciąga go z powrotem na miejsce. Sędzia przeszywa go wzrokiem i kończy:
- ...gdzie zostaniecie uwięzieni na dwa lata.
Artemisia przestaje słuchać. Dwa lata czy dwieście, to dla niej bez znaczenia. Odzyskała honor. Nic więcej jej nie obchodzi. Teraz myśli już tylko o nowej Judycie.
W końcu pozwalają jej wyjść. Porzia podchodzi, żeby jej pomóc; otacza ją ramieniem. Dziewczyna zrzuca z nóg niewygodne pantofle, żeby zejść po szerokich kamiennych schodach. Nie pamięta chwili, kiedy rano wchodziła po nich na górę, a przecież musiała to zrobić.
Dziedziniec tonie w blasku wspaniałego złocistego światła, kamienie są ciepłe pod jej bosymi stopami, ptaki wyśpiewują serenady, kiedy Artemisia podchodzi do czekającego powozu. Już ma wsiąść do środka, kiedy słyszy za sobą ciche kaszlnięcie.
Odwraca się i staje twarzą w twarz z ojcem.
Orazio promienieje, przepełniony zwycięską dumą. Rozpościera ramiona, żeby ją objąć.
- Byłaś nadzwyczajna.
- Mówisz, jakbym występowała na scenie. - Córka pokazuje mu zabandażowane palce. - Masz to, czego chciałeś.
Ojciec nie może patrzeć na jej dłonie.
Artemisia wsiada do powozu z wszechogarniającym uczuciem wyzwolenia i przypływu nowych sił. Poddano ją próbie i ją przeszła. Przed nią otwiera się przyszłość. Widzi, jak się rozwija.
Uprzytamnia sobie, że w końcu jest naprawdę wolna. Jest panią swego losu.
38
Zazdrość
Rzym, dziewięć miesięcy później...
Rzym nosi zimową opończę. Chłodne światło zdjęło z murów, placów i ulic błyszczącą pozłotę i pozostawiło płaską szarość, zlewającą się z niebem tego samego koloru. Od Tybru wieje kąsający styczniowy wiatr; wiruje w wąskich uliczkach, wzbijając w powietrze śmieci wyrzucone ostatniej nocy przez mieszkańców. Kaskada dźwięków zapowiada nadejście poranka - nieprzejednane dzwony kościelne wydrążyły w mieście koleiny czasu.
Orazio idzie ciężkim krokiem przez most, chowając twarz w kapturze wełnianego płaszcza. Po przejściu przez rzekę rusza na południowy wschód w kierunku Campo di Fiore. Dookoła trzeszczą i zgrzytają otwierane drzwi i okiennice domów, pojawiają się z wózkami pierwsi uliczni handlarze i na cały głos zachwalają swoje towary. Na wietrze wybrzuszają się niczym żagle plandeki straganów, a dźwig z piskiem kół wciąga na portyk nowej budowli wielką płytę marmuru. Jak spod ziemi wyrastają wokół nowe gmachy uzbrojone w sieć rusztowań - miasto zmienia się nie do poznania.
Orazio omija Palatyn, gdzie daremnie walczą z czasem i naturą wyniosłe ruiny i połamane kolumny, i dalej przemyka obok wielkiego bębna Koloseum. Kruszące się echo starożytnego miasta - duch malowidła ukryty pod warstwą następnego malowidła.
Kiedyś zauważałby każdy szczegół: grę światła na mokrych brzegach rzeki, szczególny kolor wody, nie tę przepiękną zielonobłękitną barwę letniego południa, lecz mętną umbrę zimowego ranka. Spostrzegłby kruczokształtne cienie dwóch księży przechodzących szybkim krokiem i trzepoczących sutannami, a także kiść owoców wyzierającą nad murem ogrodu w jaskrawym odcieniu adwentowych szat kardynalskich.
Lecz teraz - zbyt uwikłany w niedolę własnych myśli, przebitych strzałą skruchy i żalu - nie widzi żadnej z tych rzeczy. Zastanawia się, czy w ogóle może jeszcze nazywać siebie malarzem, skoro od miesięcy nie trzymał w dłoni pędzla, a źródła jego inspiracji wyschły.
Budynek, którego szuka, jest niepozorny: prosta, sześcienna bryła o dziobatych od starości murach z czerwonej cegły. Rygiel skrzypi, zawiasy jęczą i stękają, kiedy zamyka za sobą drzwi, i wreszcie spowija go cisza. Nikt go tu nie rozpozna.
W środku panuje jeszcze większy ziąb niż na dworze. W powietrzu unosi się gęsta woń kadzidła. Jego buty stukają na surowych kamiennych płytach i ściągają niepożądaną uwagę; dwie kobiety obrzucają nieznajomego przelotnym spojrzeniem, po czym wracają do modlitw. Kiepskie freski na ścianach przedstawiają Zwiastowanie oraz Wniebowzięcie, obydwie Marie Dziewice o rumianych policzkach i złych proporcjach ciała oskrzydlają po obu stronach wyszczerbiony i obłuszczony Chrzest Jezusa.
Konfesjonał jest surową drewnianą kabiną bez ozdób, z zaciągniętą do połowy wytartą zasłoną. Nikt się nie spowiada ani nikt na to nie czeka, Orazio wchodzi więc i zaciąga za sobą zasłonę. Spowiednik zjawia się niemal natychmiast, szeleszcząc szatami. Sadowi się za drewnianą kratą i odchrząkuje na znak, że jest gotowy.
Orazio żegna się, ale przez dłuższą chwilę nie potrafi wydobyć z siebie głosu.
- Popełniłem grzech zazdrości, ojcze - mówi w końcu.
- Zazdrości - powtarza spowiednik. W jego głosie brzmi zaskoczenie, jakby spodziewał się czegoś znacznie gorszego. - Ludzką rzeczą jest ulegać temu grzechowi, jeśli w głębi serca czujesz skruchę.
- Ale to nie jest zwyczajna zazdrość... - Kiedy Orazio już zaczął, słowa płyną niepowstrzymanie. - Jestem artystą, niemłodym, więc zdążyłem się już nauczyć, że niektórzy moi koledzy po fachu mają większe w tym kierunku zdolności. Lecz kiedy spostrzegłem u bliskiej mi osoby, u kogoś, kogo sam uczyłem, talent nieporównanie większy niż wszystko, do czego ja jestem zdolny, zacząłem żywić straszną urazę. Patrzyłem, jak pędzel tej osoby szkicuje kilka linii, dodaje trochę jednego koloru, trochę drugiego i życie na papierze nabiera kształtu, postacie zapełniają powierzchnię, jakby krew tętniła im w żyłach. To były żywe istoty, cierpiące, kochające, grzeszące, ich ciało uginało się pod dotykiem, siniało, swędziało... Były ciepłe i istniały tak samo jak wy, ojcze, i ja, jak wy i ja. - Orazio załamuje ręce. - Takie wzniosłe piękno może być tylko darem naszego Pana. Powinienem się cieszyć, albowiem talent ten przejawił się u mojego dziecka, które sam uczyłem malować, lecz widziałem w nim tylko boską drwinę z moich niedostatków wydobytych na światło dzienne w najokrutniejszy sposób. Bo czyż nie jest to szyderczy śmiech Boga, żeby tak niezwykły dar spłynął na moją córkę? Kobietę!
Przez zimowy płaszcz sączy się lodowate powietrze; dłonie cierpną mu z zimna. Orazio obejmuje się, rozciera ramiona, żeby skrzesać odrobinę ciepła, i zastanawia się, czy ksiądz po drugiej stronie konfesjonału ma pod stopami szkandelę z gorącymi węglami.
- Rzeczywiście zgrzeszyłeś. Jeśli odpokutujesz za swoje grzechy, zostaniesz rozgrzeszony.
- Ale nie powiedziałem jeszcze wszystkiego, ojcze. - Zaczyna wyrzucać z siebie grzechy, jeden po drugim. - W następstwie tego, co się stało, moja córka zaczęła malować najbrutalniejszą scenę, krwawą feerię okrucieństwa i przemocy: Judytę zabijającą Holofernesa.
- To scena biblijna.
- W tym obrazie, przedmiocie bezwstydnej profanacji, nawet w jego niedokończonym stanie, ujrzałem pracę wspanialszą, bardziej żywą i pełniejszą prawdy niż wszystko, co mógłbym kiedykolwiek stworzyć. Nienawidziłem jej, ojcze. Nienawidziłem własnej córki za jej geniusz.
- Co się stało, to się nie odstanie. Teraz możesz tylko pokutować. A skoro tu jesteś, to jest pierwszy krok w kierunku rozgrzeszenia. Nasz Pan jest miłościwy.
Orazio musi gwałtownie nabrać powietrza, żeby nie wybuchnąć płaczem.
- Ona ma teraz nowe życie... Maluje, dostaje zlecenia. - Znowu zaczyna palić go zazdrość, której nic nie jest w stanie ugasić. - Zamówienia, które powinny być moje! Wszystko osiągnęła dzięki mnie! To ja nauczyłem ją malować, ja zrobiłem z niej artystkę.
- Nie możesz zmienić woli naszego Pana. Skoro tak postanowił, tak musi być.
Nastaje długa chwila ciszy. Wstyd spowija Orazia niczym całun.
- Powinieneś dziękować Panu za to, że obdarzył twoją córkę takim darem.
- Czy pójdę do piekła? - Przejmuje go groza.
- Jeśli odbędziesz pokutę za grzechy, które wyznałeś, przekonasz się, że Bóg jest miłosierny. Lecz najpierw musisz prawdziwie pogodzić się z Jego wolą.
Ksiądz wyznacza mu pokutę, która wydaje się taka skromna: kilka modlitw ma rozgrzeszyć Orazia, kiedy ciężar jego grzechów wydaje się tak olbrzymi?
Wstaje. Całe jego ciało jest sztywne i obolałe.
- Jeszcze jedna rzecz, zanim odejdziesz - zatrzymuje go ksiądz.
- Słucham, ojcze. - Orazio pochyla się do kratownicy i przez chwilę widzi jedno czarne oko, w którym odbija się blask świecy.
- Nie zaszkodziłoby również poprosić ją o przebaczenie.
Orazio jest zdezorientowany; myśli, że duchowny mówi o Świętej Dziewicy, dopiero po chwili świta mu w głowie, o co chodzi.
- Córkę?
- No cóż, nie jestem biegły w sprawach życia doczesnego, ale znam potęgę przebaczenia.
Rozbrzmiewają dzwony i ksiądz gasi świecę. Zza kraty dolatuje zapach dymiącego knota. W kościele rozpoczyna się msza, a Orazio po cichu wyślizguje się na dwór.
Słyszy gwizdanie, jakby ktoś próbował przyciągnąć jego uwagę, lecz kiedy się rozgląda, widzi pustą ulicę.
Znowu rozlega się ten sam odgłos.
Ćwir, ćwir, świk, świk, czak, czak.
To głos ptaka.
Orazio rozgląda się za śpiewakiem; przeczesuje wzrokiem gałęzie bezlistnych drzew. Chmury są gęste jak kleik, w lodowatym powietrzu rozchodzi się mgła jego oddechu.
O tej porze roku to nie może być słowik. A jednak to bez wątpienia jego pieśń.
39
Jej anioł
Florencja, trzy miesiące później...
Piero unosi się w powietrzu; za nim rozpościerają się wielkie skrzydła, wiatr targa śnieżne pióra. Koło nosa lata mu mucha. Odgania ją machnięciem ręki.
- Nie ruszaj się - upomina go Artemisia. - To już nie potrwa długo.
Jej mąż wisi przyczepiony za linę do belki. Artemisia przygląda się, jak wczesny poranek przelewa się rumianymi fałdami po jego upierzonych skrzydłach i błyszczy w jasnej draperii tuniki. Dziewczyna macza czubek pędzla w karminie, rozsmarowuje farbę w ołowianej bieli, po czym dotyka kolorem płótna. Odsuwa się, by ocenić efekt. Światło we Florencji jest inne, cieplejsze, zwłaszcza kiedy odbija się od pomarańczowej ziemi. Artemisia dodaje odrobinę więcej czerwieni i nakłada kolory delikatnymi warstwami, żeby uzyskać pierzasty efekt.
Jej anioł nabiera kształtów, podczas gdy przycupnięta pod spodem Dziewica pozostaje niewyraźną błękitną plamą. Artemisia musi jeszcze znaleźć modelkę, która będzie jej pozować, i mimowolnie przychodzi jej na myśl Zita. Czasy przy via della Croce wydają się takie odległe: ciągły hałas bliźniaczek, bracia Artemisii i mały Luca, wszyscy przekradający się chyłkiem wokół Orazia ze strachu przed jego nagłym gniewem...
Kiedy wygrali proces w sądzie, ludzie, którzy z niej drwili, opluwali ją lub nie chcieli jej obsługiwać na rynku, zaczęli się zachowywać tak, jakby nic się nigdy nie wydarzyło. W ciągu miesiąca wyszła za mąż i wyjechała z Rzymu.
Nie tęskni za dawnym życiem, tylko za braćmi. Ale Giulio wkrótce przyjedzie do Florencji i będzie jej pomagał w pracowni. Marco nadal szczęśliwie mieszka u Stiatessich, natomiast Francesco kilka miesięcy temu wyjechał do Neapolu, żeby pracować tam u innego malarza. Zostawił ojca, żeby się kisił we własnym sosie. Tak to ujął w liście, który Artemisia mogła przeczytać dzięki cierpliwym lekcjom Piera.
Jej życie zmieniło się nie do poznania. W niej również nie sposób rozpoznać dziewczyny, którą była dwa lata temu.
- Czy nie powinniśmy już iść? Nie powinni na nas czekać. - Lina trzeszczy, gdy Piero kołysze się w przód i w tył, poprawiając uprząż. - Strasznie mnie uwiera.
Jego żona, pogrążona głęboko w kontemplacji, nie słyszy. Nakłada na płótno kropki koloru, wypełniając anioła życiem.
- Artemisio! - W końcu Pierowi udaje się zwrócić jej uwagę. - Ściągnij mnie na dół.
Stawy strzykają, gdy Artemisia rozciąga dłonie. Ból powoli słabnie, blizny bledną i nabierają srebrzystej barwy. Jeden palec - na zawsze zostanie zdeformowany, zgięty do środka jak szpon - przypomina jej o gniewie, o źródle jej natchnienia.
Odwiązuje linę na bloczku i powoli opuszcza męża na podłogę, po czym rzuca mu ubranie. Piero podchodzi do płótna.
- Bardzo dobre, Arti. Jesteś zadowolona?
- Prawie.
Ich wspólne życie bez trudu wpadło w swobodny rytm. Nikt nie kwestionuje prawomocności ich małżeństwa. Piero mówi, że pewnego dnia może nawet spodoba jej się pomysł, żeby zostać matką. Uważa, że byliby dobrymi rodzicami. Artemisia na razie nie potrafi sobie tego wyobrazić; jej nowe życie dopiero się zaczęło. Nigdy nie myślała o niczym więcej poza malowaniem i spełniła swoje marzenie. Zarabia na życie, zajmując się tym, co kocha.
- Zajechał powóz - oznajmia Piero, gdy z dworu dobiega dudnienie kół, rżenie konia i dzwonienie uprzęży. - Chwyć drugi koniec. - Ostrożnie trzyma zawinięte płótno przy drzwiach.
Artemisia podchodzi, żeby mu pomóc. Obraz nie jest ciężki, tylko duży.
Podniecenie rozwija się w niej jak liść na wiosnę. Nigdy nie znudzi jej ten dreszczyk, który czuje, odbierając zapłatę za swoją pracę. Jeśli Judyta spodoba się szambelanowi wielkiego księcia, a potem samemu księciu, to wynagrodzenie odmieni ich życie. Opłacą czynsz za cały rok, a Giulio dostanie pensję. Artemisia nie może się doczekać, kiedy będzie mogła kupić lepsze materiały, może nawet trochę lazurytu, który ostatnio jest droższy od złota.
Gdy zjeżdżają stromym zboczem w stronę rzeki, chłonie widoki miasta. Florencja stała się jej nowym domem. Urzekły ją rdzawe dachy, budynki w odcieniach ochry, blada sylwetka katedry w samym sercu miasta. To miasto ma w sobie intymność, której brakuje pełnemu dostojeństwa i splendoru Rzymowi. Sekrety Florencji trzeba odkrywać samemu. Można skręcić za róg i ujrzeć prawdziwy skarb, czekający w milczeniu i niezapowiedziany. Artemisia znalazła tu dwa wieki niewysłowionego piękna, dzieła sztuki, których wcześniej nie potrafiła sobie nawet wyobrazić.
Palazzo Pitti - monumentalny gmach z kamienia w kolorze różowego złota - stoi na uboczu, z dala od gąszczu ulic. Tysiąc łukowych okien obserwuje, jak się zbliżają, unosi brwi, jakby chciało powiedzieć, że oni dwoje nie należą do tego świata.
Powóz zatrzymuje się przed bocznym wejściem, gdzie handlarze dostarczają towary.
- Nie tędy. - Książęcy szafarz daje im znak, żeby zawrócili.
Artemisię ściska w żołądku. Odeślą ich z kwitkiem i okaże się, że cała historia była jednym wielkim nieporozumieniem.
- Musicie podjechać od drugiej strony, przez bramę. - Szafarz wskazuje w kierunku, gdzie wysoki mur znika za rogiem budynku.
- Carlo zawsze wpuszczał mnie przez kuchnię - zauważa Piero.
Wjeżdżają zgodnie z instrukcją przez bramę i zatrzymują się przed pozłacanym przez słońce głównym wejściem. Po obu stronach wielkich dębowych drzwi z żelaznymi sztabami stoją strażnicy w liberiach.
- To nie może być tutaj. - Artemisia spodziewała się zobaczyć warsztat albo pracownię.
Piero wzrusza ramionami.
- Tutaj kazał nam przyjechać szafarz.
Zostają skierowani do wspaniałego marmurowego holu z ciągnącą się w nieskończoność szachownicą podłogi.
- Nie jestem tego pewna.
Spoglądają po sobie.
Artemisia walczy z impulsem, żeby podwinąć ogon i uciec gdzie pieprz rośnie, lecz właśnie w tym momencie podchodzi do nich smukły młody mężczyzna w czarnym satynowo-aksamitnym stroju.
Zdejmuje kapelusz i kłania się.
Artemisia ma ochotę się roześmiać, powiedzieć, że to pomyłka, że wziął ją za kogoś innego.
- Signora Gentileschi?
- Tak - odpowiada z przelotną euforią na dźwięk panieńskiego nazwiska, swojego malarskiego nazwiska.
Mężczyzna po raz drugi kłania się z szacunkiem.
- To zaszczyt panią poznać, signora.
Chyba jej się śni ten mężczyzna w aksamitach składający jej hołd. Udaje jej się zachować na tyle przytomności umysłu, żeby przedstawić Piera.
- To mój mąż, signor Stiatessi.
- Tędy proszę.
Nie wiadomo skąd zjawiają się służący, biorą od nich obraz i ruszają za nimi po marmurowej szachownicy wydeptanej przez pokolenia medycejskich stóp.
Artemisia chętnie by się zatrzymała, żeby obejrzeć obrazy wiszące na ścianach, ale młody człowiek idzie szybkim krokiem. Kolejny korytarz, schody, galeria na piętrze, aż w końcu stają przed dwuskrzydłowymi drzwiami, które otwiera przed nimi dwóch służących.
Wchodzą do ogromnej komnaty, gdzie uwagę Artemisii przyciągają kolejne dzieła sztuki wiszące na ścianach. Mężczyzna prowadzi ich jednak dalej, na drugi koniec sali, potem przez drugie drzwi i jeszcze następne.
Gdy mijają coraz mniejsze pokoje, Artemisia zastanawia się, czy odnalazłaby drogę w tym labiryncie, gdyby przyszło jej pokonywać go samej. Wyobraża sobie, że niczym Tezeusz pozostawia za sobą szlak z nici. Cieszy się, że Piero trzyma ją mocno za rękę.
Wreszcie wchodzą do skromnego pokoju, gdzie przy oknie stoją odwrócone do nich plecami dwie osoby. Kobieta ma na sobie suknię haftowaną złotem, a mężczyzna dublet z grubego szkarłatnego aksamitu. Odwracają się jednocześnie. Ona jest wysoka, ma uśmiechniętą delikatną twarz; jej towarzysz jest jeszcze wyższy, z gęstą brodą i bystrym spojrzeniem oczu o ciężkich powiekach.
Sprawiają wrażenie, jakby na coś czekali.
- Zwyczaj nakazuje ukłonić się wielkiemu księciu - mówi szeptem młody mężczyzna.
Artemisia bąka niewyraźne przeprosiny i opada w ukłonie, myśląc, że najwyraźniej przyprowadzono ich w niewłaściwe miejsce.
- Nic nie szkodzi - odzywa się kobieta. - Ja i syn niecierpliwie czekaliśmy na tę chwilę, prawda, mój drogi?
Wielki książę kiwa głową.
Dopiero teraz Artemisia uprzytamnia sobie, że kobieta jest matką Carla. Gdyby przyjrzała jej się bliżej, zauważyłaby niekwestionowane podobieństwo.
- Myślałam, że mamy się spotkać z szambelanem Waszej Książęcej Mości. - Ma nadzieję, że nie popełniła nietaktu, zwracając się do tych utytułowanych osób. Nagle straciła całą pewność siebie.
- Kazałem signorowi Riggobertiemu przyprowadzić was prosto do mnie. - Wielki książę wskazuje głową szczupłego młodzieńca.
A więc popełniła jeszcze jedną gafę: ten młody człowiek jest szambelanem.
- Chciałem zobaczyć obraz osobiście. - Oczy wielkiego księcia wesoło migoczą.
Krew pulsuje Artemisii w skroniach.
Służący z wielką pieczołowitością stawiają jej Judytę na przygotowanej pod oknem sztaludze. Kiedy płótno opada na podłogę, Artemisii robi się słabo. Nie patrzy na obraz. Obserwuje twarz księcia i jego matki. Oboje drgają i cofają się.
Serce Artemisii ściska się z trwogi. Nie powinni byli tu przychodzić. Za kogo ona się uważała? Naprawdę wierzyła, że jej praca może dorównać splendorowi tego miejsca?
- Nie wiem, co powiedzieć - bąka wielki książę.
Jego matka wydaje cichy odgłos przypominający zdławione "och". Na jej twarzy maluje się nieskrywany szok.
- To jest...
Artemisia czuje się tak, jakby spadała w przepaść; ma wrażenie, że osuwa się w nicość.
- Czy to wszystko jest dziełem pani rąk? - pyta książę.
- Tak, Wasza Książęca Mość, to wszystko moje - odpowiada Artemisia, dziwiąc się, że nie wspomniał ani słowem o jej płci.
Nie potrafi mu spojrzeć w oczy, wbija więc wzrok w piękne płyty na podłodze i czeka, aż ją odprawią, każą zabrać to szkaradzieństwo z ich wspaniałego pałacu. Wyobraża sobie, jak przez wieczność błąka się z mężem po nieskończonych marmurowych komnatach i korytarzach Palazzo Pitti.
Piero kładzie dłoń na jej plecach, by ją podtrzymać na duchu.
Cisza jest gęsta, słychać tylko odgłosy ich oddechów.
Matka i syn oddają się ożywionej rozmowie. Mija kilka minut, zanim Artemisia zdaje sobie sprawę, że przedmiotem tej zawziętej dyskusji jest miejsce, w którym ma zawisnąć jej obraz.
- Podoba się Waszej Książęcej Mości?
- Czy mi się podoba? - Wielki książę patrzy na nią dziwnym wzrokiem. - Pani obraz mówi prawdę. A prawda mi się podoba.
Serce w niej rośnie.
- Carlo miał co do pani rację. - Księżna wyciąga ręce i ujmuje jej dłonie.
Artemisię pali wstyd z powodu jej zdeformowanych palców; żałuje, że nie włożyła rękawiczek, lecz kobieta gładzi delikatnie jej wykrzywiony szpon.
- Słyszałam, co się stało - mówi księżna. - Tak bardzo mi przykro. - Przez długą chwilę patrzy na nią wzrokiem pełnym smutku i oburzenia. - Ale udało się pani wznieść ponad to wszystko.
Znowu zapada milczenie.
Książę i jego matka patrzą zafascynowani na Judytę, a Artemisia czuje, jak wyrastają jej skrzydła, a każde ich uderzenie nabiera mocy i unosi ją niepowstrzymanie w przyszłość.
Judyta
Wielki Asyryjczyk, Holofernes, potyka się i wylewa wino.
Płócienne ściany namiotu dygoczą, kiedy odzyskuje równowagę.
- Usiądź - mówi Judyta.
Holofernes posłusznie niczym dziecię unosi ramiona, żeby odpięła mu miecz i napierśnik.
Oręż i zbroja upadają na podłogę.
Bezgłośna modlitwa Judyty unosi się w powietrzu.
"Wybaw mnie, Panie".
Holofernes cuchnie koniem i tłuszczem do siodeł.
Judyta bierze dzban, napełnia go i wlewa wino w czekające usta Asyryjczyka. Myśli o dzieciach w oblężonej Betulii, czekających na mały łyczek mulistej wody z prawie pustej beczki, o ich wzdętych brzuchach i zapadniętych oczach.
Obóz Asyryjczyków jest tak blisko, że słychać pogańskie śpiewy żołnierzy.
Lecz ich pragnienie jest głośniejsze, a bzyczenie much... [fragment tekstu nieczytelny]
Judyta ściąga mężczyźnie buty i lekko go popycha; jej bransolety podzwaniają jak dzwony świątynne.
Z plugawym śmiechem Holofernes opada w morze purpurowych jedwabnych poduszek.
Zmaga się z ciężkimi od wina powiekami, lecz przegrywa walkę; bełkocze kilka niezrozumiałych słów i wkrótce jego wielkie ciało opada bezwładnie na łóżko.
Judyta chwyta jego miecz i dobywa go z pochwy.
Taki sam miecz uczynił ją wdową.
W jej głowie kołacze się myśl o umierającym mężu.
Nagle zamiera przestraszona; oddech więźnie jej w piersi. Judyta wznosi kolejne błaganie do Boga: "Wybaw mnie, Panie!".
Umierające dzieci wołają: "Ocal nas!".
Chwyta w garść szorstkie jak szczecina włosy znienawidzonego wroga i bierze zamach ciężkim orężem.
Oszołomiony Holofernes wytrzeszcza czarne oczy; wpada w przerażenie.
Gniew dodaje Judycie sił i spuszczone ostrze wchodzi w ciało jak w wodę.
Tryska krew, czerwone krople parzą jej skórę.
Głuchy, rzeźniczy odgłos klingi uderzającej o kość.
"Wybaw mnie, Panie!"
Wszystkie inne myśli ulatują. Judyta siecze, póki nie dokona swego dzieła. Potem zawija w szmatkę jeszcze ciepłą głowę Asyryjczyka.
Znowu podzwaniają bransolety, kiedy Judyta rzuca zawiniątko, niewinne jak ubroczona krwią bielizna, do kosza, z którym czeka służąca.
W brązowych oczach Abry majaczą pytania.
Judyta straciła mowę.
Obie wykradają się z namiotu i biegną w kierunku bramy Betulii.
Miasto wiwatuje, podczas gdy Judyta usuwa krew spod paznokci.
W powietrzu dzwoni dziecięcy śmiech.
Judyta szuka swojego serca.
W jego miejscu znajduje pięść zaciśniętą na wieczność na rękojeści nieprzyjacielskiego miecza.
Anonim, fragment - tłum. F.E. Lamenter
Nota autorska
Niepokorna jest fikcją literacką, ale najważniejsze wydarzenia z życia Artemisii Gentileschi, które opisałam, są zgodne z faktami historycznymi. Artemisia została zgwałcona przez swojego nauczyciela, zmuszona do przyjęcia jego oświadczyn, po czym dowiedziała się, że jest żonaty. Torturami zmuszono ją, żeby dowiodła prawdziwości swoich zeznań.
Mimo to - a może właśnie dzięki temu - dalej tworzyła i odniosła jako malarka ogromny sukces. Została pierwszą kobietą przyjętą do prestiżowej Akademii Sztuki we Florencji. Kariera zawiodła ją w różne rejony Włoch, a także do Anglii, gdzie pracowała na zlecenie króla Karola I i jego żony Henryki Marii Francuskiej.
Wkrótce po procesie wyszła za mąż za Pierantonia Stiatessiego, o którym informacje są niezwykle skąpe. Prawdziwy głos Artemisii Gentileschi odnajdujemy w jej listach, z których wiele zachowało się do dziś. Kilkanaście z nich napisała do kochanka, Francesca Marii Marenghiego, który prowadził również przyjacielską korespondencję z jej mężem. Właśnie to skłoniło mnie do naszkicowania w taki, a nie inny sposób postaci Piera. Listy umożliwiają intymny wgląd w ambitną osobowość i libertyński styl życia Artemisii. Transkrypcje z procesu Tassiego dostarczają szczegółowego zapisu jej cierpień, które zrelacjonowałam w książce, oraz jej zeznań. Największym jednak źródłem wiedzy o Artemisii Gentileschi i według mnie najprawdziwszym echem jej głosu są jej dzieła oraz tematyka, jaką wybierała, a wśród nich krwawy poczet kobiet bohaterek.
Mimo spektakularnych sukcesów Artemisia popadła w zapomnienie. Częściowo dlatego, że jej styl malarski wyszedł z mody, ale również z powodu ogólnej skłonności w historii do lekceważenia kobiet malarek. W 1876 roku wypłynęły na światło dzienne zapisy z procesu Tassiego i przez kolejne dziesięciolecia nastąpił wzrost zainteresowania jej życiem prywatnym i malarstwem, lecz dopiero pod koniec XX wieku dzieła Artemisii Gentileschi zyskały należne sobie miejsce w kanonie historii sztuki, a ona stała się symbolem feminizmu w świecie sztuki renesansowej.
Natknęłam się na jej postać kilka lat temu, kiedy, jak to zwykle bywa, prowadziłam badania nad innym tematem. Moją uwagę - z siłą, której nie potrafiłam się oprzeć - przykuła Judyta zabijająca Holofernesa. Chciałabym móc powiedzieć, że po raz pierwszy odkryłam to dzieło w jego prowokacyjnej chwale na ścianach Uffizi, ale nie byłoby to prawdą. Odkryłam je w kiepskiej reprodukcji na stronicach jakiejś książki. Lecz nawet ta marna kopia zaparła mi dech w piersiach niezawoalowaną brutalnością, kompozycją tryskającej krwi nasuwającą skojarzenie z kołem do łamania, a jednocześnie z wirującym fajerwerkiem na pierwszym planie, strugami spływającymi po pościeli, rozsmarowanymi po białej tkaninie, przerażającym grymasem zabijanego mężczyzny.
W porównaniu z tą Judytą wszystkie inne wizerunki tej świętej, które widziałam - spokojna, ociężała szlachcianka Cranacha, nieśmiała sylfida Botticellego, a nawet erotyczna dziewczyna Caravaggia, również namalowana w momencie popełniania czynu - wydawały się słabe i nieobecne, niezdolne nawet do zabicia muchy. W przeciwieństwie do nich obie kobiety na obrazie Artemisii Gentileschi są nieustraszonymi, silnymi i sprawnymi wojowniczkami, zarumienionymi od wysiłku niezbędnego do obezwładnienia leżącego na wznak mężczyzny; jedna go przytrzymuje, druga odcina głowę. Autorka nie wzdraga się przed ukazaniem brudnego, brutalnego czynu, jakim jest morderstwo.
Ponieważ moje zainteresowania obracają się wokół kobiet, które znalazły formę ekspresji dzięki pokonywaniu przeciwności losu - często do tego wracam w swoich książkach - obraz Artemisii Gentileschi podsycił moją ciekawość. Kobiety malarki należały w tamtych czasach do rzadkości, a te, które tworzyły, unikały ukazywania kontrowersyjnych tematów w taki sposób jak Artemisia. Obraz ten namalowała, mając siedemnaście lat. Kiedy dowiedziałam się, jaką gehennę przeszła w tym samym wieku - że została zgwałcona, a następnie poddana torturom - zrozumiałam do głębi genezę jej obrazu.
Feministycznie nastawione historyczki sztuki starają się odrzucać ideę, że obrazy Artemisii Gentileschi były jedynie reakcją na okoliczności życia. Pragną, by jej sztuka wytrzymała próbę czasu i została doceniona wyłącznie dla swych walorów artystycznych, a nie jako dzieło ukształtowane czynami mężczyzn. I Artemisia Gentileschi tę próbę wytrzymuje. Lecz jeśli ktoś, kto stanąłby przed tym nieustraszonym, krwawym płótnem, próbowałby zaprzeczyć, że było wyrazem uczuć malarki, ująłby obrazowi prawdziwej mocy. Według mnie dzieło to jest aktem zemsty, poprzez którą malarka wyraziła nie tylko własny gniew, ale również gniew wszystkich kobiet, które doznały krzywdy z rąk mężczyzn. Jest to pełen pasji krzyk, który niesie się przez stulecia.
Praca nad tym obrazem wyznacza trajektorię Niepokornej. Opisałam drogę mojej bohaterki, począwszy od odważnej Zuzanny, nękanej przez dwóch lubieżnych mężczyzn, aż do dzierżącej miecz niezłomnej Judyty. Zupełnie jakby oba obrazy - Zuzanna i Judyta - utworzyły ramy wczesnego okresu życia i twórczości Artemisii Gentileschi.
Mój pogląd jest jednak subiektywny. Jej historia poruszyła mnie do głębi, ponieważ sama w podobnym wieku doświadczyłam gwałtu. Miałam szesnaście lat, kiedy napadło mnie dwóch mężczyzn, a następnie zostawiło na pewną śmierć. W moje zeznania policja również nie chciała uwierzyć. Choć dzieje Artemisii Gentileschi poruszyły we mnie głęboko ukrytą strunę, przez lata nie potrafiłam zdobyć się na to, by opowiedzieć jej historię. Pisarzom mówi się, żeby pisali o tym, co wiedzą, lecz ten temat był mi zbyt bliski, zbyt przerażający, zbyt wstydliwy, bym mogła z nim żyć przez niekończące się miesiące pisania powieści.
Dopiero jakiś czas później, kiedy zobaczyłam Christine Blasey Ford składającą zeznania przed Komisją Sądową Senatu Stanów Zjednoczonych, wrócił do mnie ten pomysł. Blasey Ford spotkała się z takim samym niedowierzaniem i upokorzeniem, kiedy opisywała, jak ją napadnięto i zgwałcono. I choć wiele osób uwierzyło w jej zeznania, oskarżony mężczyzna został mimo to wybrany na członka Sądu Najwyższego. Oglądałam tę transmisję równie zafascynowana i zbulwersowana jak wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłam obraz Artemisii Gentileschi - czując, jak wzbiera we mnie czterdzieści lat tłumionego gniewu. Wokół mnie kobiety coraz częściej podawały swoich napastników do sądu. Zdałam sobie sprawę, że zbyt długo pozwalałam, żeby nieuzasadniony wstyd zamykał mi usta. Bez względu na to, jak trudne miało być dla mnie stawienie czoła własnym demonom, poczułam nieodparty przymus, by opowiedzieć o buncie Artemisii Gentileschi i jej odmowie pogodzenia się z rolą ofiary.
Tak zrodziła się Niepokorna.
Elizabeth Fremantle 2022