KRYSZTAŁ SIĘ NIE SKLEJA
JANUSZ PINDERA (ur. 1955) - dziennikarz, publicysta i komentator
sportowy, wybitny znawca boksu. W latach 1979-97 publikował w "Sztandarze Młodych" (później "Sztandarze"), następnie w "Rzeczpospolitej", z którą współpracuje do dziś. Pracował jako
pięściarski sprawozdawca TVP podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie,
Atlancie, Atenach, Pekinie, Londynie i Rio de Janeiro, ponadto
komentował niezliczone walki zawodowców - także w stacjach Canal+,
Polsat Sport, Eurosport i Orange Sport. Pisze również o siatkówce,
skokach narciarskich, tenisie stołowym i podnoszeniu ciężarów. Jego
bokserskie teksty od grudnia 2020 roku można czytać na stronie
internetowej "Przeglądu Sportowego".
Czy w 1985 roku, kiedy Andrzej Gołota odniósł swój pierwszy wielki
sukces, zostając w Bukareszcie wicemistrzem świata juniorów, widać już
było kryzys polskiego boksu amatorskiego?
Starsze pokolenie z pewnością nadal wyczekiwało sukcesów z uwagi na to,
jak mocny był polski boks w przeszłości. Miałem osiem lat, kiedy w 1963
roku wspólnie z ojcem oglądałem mistrzostwa Europy w Moskwie, gdzie
właściwie toczył się mecz ZSRR z resztą kontynentu, a Polacy odegrali w tej imprezie znaczącą rolę, bo finałowe pojedynki wygrali Jerzy Kulej i Zbigniew Pietrzykowski. Rok później mieliśmy nieprawdopodobne igrzyska w Tokio z trzema złotymi medalami Józefa Grudnia, Mariana Kasprzyka oraz
Kuleja, a łącznie nasi zawodnicy wchodzili na podium siedem razy! W 1968
roku w Meksyku po raz drugi mistrzem olimpijskim został Jurek, swoje
drugie srebro igrzysk wywalczył Artur Olech, zaś pierwsze Grudzień. W Monachium po długim okresie niebytu powrócił Janek Szczepański i sięgnął
po złoto, a ono w zasadzie należało się też Wieśkowi Rudkowskiemu.
W 1976 roku już śmiało poczynał pan sobie jako dziennikarz.
Założyłem redakcję sportową w studenckiej rozgłośni "Centrum" w Lublinie, komentowałem dla niej między innymi słynny mecz hokejowy
Polska - ZSRR. Relacjonowałem przez telefon z katowickiego Spodka, jak
nasza reprezentacja wygrywa 6:4. Formą nagrody miała być praktyka w TVP
lub Polskim Radiu. Wybrałem telewizję. Kiedy Jurek Rybicki w 1976 roku
zdobywał złoto igrzysk w Montrealu, nikt się jeszcze nie spodziewał, że
okaże się on naszym ostatnim mistrzem, podobnie jak Henryk Średnicki,
który dwa lata później w Belgradzie, jako jedyny Polak w historii,
został mistrzem świata amatorów. W 1980 roku zaczynałem już pracę w "Sztandarze Młodych", lecz na igrzyska w Moskwie nie dane mi było
pojechać. Bliski złotego medalu był tam Paweł Skrzecz, w finale stracił
go tak naprawdę w ostatnich sekundach. Impreza w stolicy ZSRR była
wprawdzie okrojona, ale pięć medali olimpijskich naszych pięściarzy
pozostawało dobrym wynikiem. Jak wiemy, do Los Angeles swoich
reprezentacji nie wysłały kraje bloku wschodniego, a w 1988 roku w Seulu
rywalizował już 20-letni Gołota. Wtedy byliśmy jeszcze nie tyle
spragnieni medali, co po prostu ich oczekiwaliśmy. Srebro czy brąz dużej
imprezy nikogo specjalnie nie zadowalały, bo żywa pozostawała pamięć o wielkich sukcesach Polaków. A żeby wymienić wszystkich naszych mistrzów
olimpijskich w boksie, należy wspomnieć jeszcze o zwycięzcy turnieju w Helsinkach w 1952 roku - Zygmuncie Chychle oraz Kazimierzu Paździorze,
który triumfował w Rzymie osiem lat później.
Miałem szczęście, że podczas wyjazdów na różne zawody w Polsce godzinami
mogłem słuchać Lucjana Olszewskiego, redaktora naczelnego "Boksu", a następnie "Boksera". Ten człowiek o polskim pięściarstwie wiedział
praktycznie wszystko i podsycał moje dziennikarskie pragnienia. Trzeba
natomiast przyznać, że w drugiej połowie lat osiemdziesiątych kryzys
dyscypliny w naszym kraju był już ewidentny. Hasła typu "polski boks się
kończy" były na porządku dziennym.
Pojawiły się jednak ciekawe postacie.
Jedną z nich był młody trener Andrzej Gmitruk, który w wieku 26 lat
został trenerem najlepszej drużyny w kraju, czyli Legii Warszawa, a jako
32-latek w 1983 roku objął kadrę narodową seniorów. Jako młody człowiek
w boksie nie miał praktycznie żadnego doświadczenia. Nie był
pięściarzem, a na AWF skończył specjalizację z podnoszenia ciężarów.
Miał jednak pasję, inteligencję oraz talent do podpatrywania innych.
Stworzył wokół siebie ciekawy zespół na czele z doktorem Lechem
Święcickim. W Legii, a następnie w reprezentacji, wypracowali nowoczesne
jak na tamte czasy metody szkoleniowe. Oprócz nich świetni trenerzy
prowadzili zespoły ligowe, bo wówczas rozgrywki były jeszcze mocne.
Młodzi pięściarze uczyli się od wybitnych zawodników, którzy kończyli
kariery. W Legii taki wzór stanowili choćby Janusz Gortat czy Wiesiek
Rudkowski. Bardzo często chodziłem na treningi stołecznego zespołu,
bywałem też na zgrupowaniach kadry juniorów. Wśród młodzieży pojawiła
się niezwykle ciekawa grupa: Andrzej Gołota, Janek Dydak, Darek
Michalczewski, Krzysztof Żmijan. Ten ostatni gdzieś zniknął, wyjechał
bodajże do Anglii i słuch o nim zaginął.
Jakie wrażenie zrobił na panu Gołota?
Nie widziałem go jeszcze na oczy, a już usłyszałem, że w Legii trenuje
utalentowany chłopak o wspaniałych warunkach fizycznych, który uczył się
boksu pod okiem Tadeusza Branickiego, bardzo dobrego technicznie
pięściarza kategorii ciężkiej, mistrza Polski z 1958 roku. Gołota od
początku miał szczęście do szkoleniowców. Podstawy boksu i lewy prosty
stały u niego na najwyższym poziomie. Później wziął się za niego Gortat,
dwukrotny brązowy medalista olimpijski. Sam miałem okazję oglądać, jak w 1974 roku na warszawskim Torwarze wygrywa z Leonem Spinksem. Toczył też
niezapomniane boje z Mate Parlovem. W pamięci utkwił mi jeden z treningów Gołoty i Gortata na Łazienkowskiej. Wyglądało to świetnie. Ten
młody pięściarz bardzo, ale to bardzo mi się podobał. Nieraz z Januszem
toczyli nawet lekkie sparingi, gdy Andrzejowi brakowało partnera do
boksowania.
14 grudnia 1996 roku, Atlantic City. Janusz Pindera (z lewej) i Przemysław Saleta jako pierwsi polscy sprawozdawcy komentują zawodową
walkę bokserską na żywo z USA, a konkretnie rewanż Riddick Bowe -
Andrzej Gołota.
W 1983 roku Gołota miał 15 lat, kiedy odpadł w ćwierćfinale mistrzostw
Polski juniorów we Wrocławiu, przegrywając 1:4 z Jerzym Gębką w wadze do
81 kilogramów, walcząc do końca mimo złamanego kciuka lewej dłoni.
Wcześniej sięgnął po srebrny medal krajowego czempionatu juniorów
młodszych w Białymstoku.
Największą imprezą w 1983 roku były mistrzostwa Europy w Warnie, gdzie
Paweł Skrzecz zdobył srebro w wadze półciężkiej po nieprawdopodobnym
finale z Witalijem Kaczanowskim. Reprezentant ZSRR upadł na deski raz,
Paweł trzy razy. Rok wcześniej w mistrzostwach świata w Monachium
Skrzecz też był drugi, w walce o złoto uległ Pablo Romero. W obu
imprezach brąz w wadze ciężkiej przypadł natomiast Grzegorzowi
Skrzeczowi. Nigdy się nie dowiemy, co by było, gdyby Polacy i Kubańczycy
wystąpili w igrzyskach w Los Angeles. Może Paweł, a może Romero
walczyłby z Evanderem Holyfieldem? Amerykanin nie zdobył tam wcale
złotego medalu, bo w półfinale jugosłowiański sędzia zdyskwalifikował go
w potyczce z Kevinem Barrym. Mistrzem olimpijskim został Anton
Josipović.
Jak mówiłem, nawet srebro dużej imprezy traktowano u nas jako porażkę, a w 1985 roku z mistrzostw kontynentu w Budapeszcie nasi pięściarze
przywieźli tylko dwa brązowe medale, konkretnie Tomasz Nowak i Janusz
Zarenkiewicz. Trzy miesiące później w Bydgoszczy odbywała się
Spartakiada Armii Zaprzyjaźnionych. Fantastyczna atmosfera, cudowna
pogoda, ring pod chmurką. Najlepsi pięściarze świata z tak zwanych
demoludów, pierwsze reprezentacje Kuby, Związku Radzieckiego, NRD, Korei
Północnej. W finałach Henryk Petrich i Wiesław Dyła pokonali
przeciwników z Kuby. Ten drugi wygrał w wadze ciężkiej z Hermenegildo
Baezem, który po porażce 2:3 był tak wściekły, że cisnął pucharem w Wieśka Rudkowskiego. O mały włos nie doszło tam do poważniejszego
starcia, pamiętam jak dziś. Baez uważał oczywiście, że został oszukany.
Odbywały się tam wielkie walki, na przykład w finale kategorii
półciężkiej Kaczanowski pokonał Romero.
Tydzień później był już pan w Bukareszcie. Trener Czesław Ptak powołał
dziewięcioosobowy skład na mistrzostwa świata juniorów, a wśród naszych
nadziei na podium był 17-letni Gołota. Przedtem zdążył sięgnąć w Poznaniu i Oleśnicy po złote medale juniorskich mistrzostw kraju w kategorii plus 81 kilogramów.
Byłem bardzo blisko polskiej drużyny, bo mieszkałem w ośrodku sportowym,
gdzie zakwaterowane były wszystkie ekipy. Rok 1985, okres ogromnej biedy
i kryzysu gospodarczego w Rumunii. W sklepach nic nie można było dostać,
wyglądało to wszystko fatalnie. W pierwszym pojedynku Andrzej pokonał
Turka Erdala Sarikasa, ustawił go lewym prostym i znokautował. Początek
był więc rewelacyjny, ale w półfinale męczył się z Silvio Petzoldem z NRD, w końcu wygrał 3:2. A to zawsze "na dwoje babka wróżyła", jeden
sędzia mógł zdecydować inaczej i byłoby niedobrze. Rywalem Gołoty w boju
o złoto kategorii ciężkiej był 18-letni Felix Savon, wtedy już mistrz
Kuby wśród seniorów. Olbrzym. Któregoś dnia przyszedł do mnie do pokoju,
pytając o aparat fotograficzny Zenit TTL, wówczas bardzo modny radziecki
sprzęt. Chciał go kupić. Zachowywał się jak duże dziecko, choć już wtedy
był fenomenalnie zbudowany przy 196 centymetrach wzrostu. Miał
niewiarygodnie długie, umięśnione ręce. Modelowy atleta. Szczupłe nogi,
znakomita góra. Wyglądał zdecydowanie lepiej niż młody Deontay Wilder,
którego pamiętam z igrzysk w Pekinie w 2008 roku.
Widział pan jego wcześniejsze walki w Bukareszcie?
W ćwierćfinale z Andriejem Czołokianem z ZSRR wypadł bardzo słabo. Byłem
tuż przy ringu i zobaczyłem, jak w przerwie między rundami słynny trener
Alcides Sagarra zwyczajnie go spoliczkował. Widziałem przerażenie w oczach Savona. Zdawał sobie sprawę, że może ten pojedynek przegrać.
Niższy o głowę Czołokian faulował, klinczował, szarpał się w zwarciach,
nie dając Feliksowi boksować. Kubańczyk wygrał 4:1, ale nikt by się
specjalnie nie zdziwił, gdyby wynik był odwrotny. I kto wie, może nie
byłoby wielkiego Savona, bo wówczas porażka w takich zawodach często
skutkowała tym, że ktoś wylatywał z reprezentacji Kuby. Półfinał wygrał
walkowerem.
Mimo słabego ćwierćfinału, w polskim sztabie obawiano się mocy
Kubańczyka.
Pamiętam długą dyskusję, która wywiązała się w nocy przed pojedynkiem o złoto. Trener kadry juniorów Czesław Ptak nie chciał dopuścić Andrzeja
do walki, a lekarz naszej ekipy Adam Broda przypomniał, że kryształ się
nie skleja. Obawiali się, że Savon rozbije naszego utalentowanego
zawodnika. Stanęło na tym, że Andrzej do walki wyszedł, ale Czesław
zastrzegł, że zachowa wzmożoną czujność i podda go w pierwszej sytuacji
zagrożenia. Zrobił to w drugiej rundzie. Na początku Gołota miał do
Ptaka pretensje, jednak później mu przeszło. Myślę, że poczuł siłę
ciosów Savona, został trafiony na dół i w głowę. Walka mimo wszystko
pokazała też spory potencjał Andrzeja. Początek miał bardzo dobry. Na
pewno nie stulił uszu po sobie i nie czekał na rzucenie ręcznika.
Rozumiem Czesława, Gołota już wtedy był traktowany jak diamencik tego
zespołu. Mówiono mi, że niedługo wcześniej, podczas turnieju w Budapeszcie wygrał finał, kładąc na deski Węgra Patakiego... lewym
prostym. Po powrocie z Rumunii zrobiłem z nim duży wywiad. Wówczas nawet
nie wyobrażał sobie walk w boksie zawodowym, to w ogóle nie wchodziło w rachubę. Rok później, gdy Mike Tyson jako 20-latek został zawodowym
mistrzem świata wagi ciężkiej, nic się w tej kwestii nie zmieniło - to
nadal nie był cel Gołoty. A jednak po kilkunastu latach obaj stanęli w jednym ringu.
Co ciekawe, w 1985 roku w Bukareszcie startował również Riddick
Bowe.
Tak, w kategorii półciężkiej. Kto by pomyślał, że jedenaście lat później
będą z Andrzejem toczyć nieprawdopodobne walki jako zawodowcy. Riddick
był długi, chudy jak szczapa i niezwykle agresywny w stosunku do rywali.
Specjalnie mnie zatem nie zdziwiło, gdy jako profesjonał kopnął podczas
walki Elijaha Tillery'ego, a Larry'ego Donalda walnął na konferencji
prasowej. W Bukareszcie wpadał do szatni przeciwników i groził, że już
tam ich pobije! Wszystkie walki zakończył w pierwszej rundzie. Niewiele
brakowało, a o złoto walczyłby z Henrykiem Zatyką. Ten wyraźnie
prowadził w półfinale z Węgrem Peterem Hartem, ale końcówka trzeciej
rundy wyglądała w jego wykonaniu fatalnie. Przegrał 2:3, jakby na własne
życzenie, zadowalając się brązowym medalem.
Z Bowe'em spotkałem się przy wejściu do ośrodka, był przy tym Ryszard
Żochowski, przez lata pracujący w redakcji "Boksu" i "Boksera" z Lucjanem Olszewskim. Riddick pokazał mi kilka bokserskich akcji na sucho
i przekonywał: "Zobaczysz, będę zawodowym mistrzem świata". Ja tak
spojrzałem na niego, a on mówi, że ma dwóch idoli: Evandera Holyfielda -
niewiele lat upłynęło, a w 1992 roku rozpoczęli wspaniałą trylogię walk
- a także Ricky'ego Womacka. Ten drugi też był świetnym pięściarzem. Do
samego końca walczył z Holyfieldem o prawo startu w igrzyskach w Los
Angeles. Później popadł jednak w poważny konflikt z prawem, skazano go
na dwadzieścia pięć lat więzienia za napaść z bronią w ręku. Wyszedł po
piętnastu latach, stoczył cztery walki i popełnił samobójstwo. A zdaniem
Emanuela Stewarda mógł być lepszy niż Holyfield... Nie wiem jednak, czy
tak by się stało, w końcu Evander miał niesamowity ringowy charakter.
18-letni Bowe został uznany za najlepszego pięściarza tamtych
zawodów.
Amerykanie mieli tam jeszcze jednego bardzo dobrego zawodnika, w kategorii półśredniej. Nazywał się Kenneth Gould. Rok później w Reno
został już mistrzem świata seniorów, a następnie sięgnął po srebro
igrzysk panamerykańskich w 1987 roku. Riddick przeskoczył wtedy z wagi
półciężkiej do superciężkiej. W Indianapolis stanął na najniższym
stopniu podium, zaś złoto wywalczył Jorge Luis Gonzalez, jego późniejszy
rywal na zawodowym ringu. W półfinale Kubańczyk pokonał 3:2 Bowe'a, a w finale 4:1 Lennoksa Lewisa.
Wspomniał pan o mistrzostwach świata seniorów w Reno w 1986 roku, skąd
brązowe krążki przywieźli Tomasz Nowak i Henryk Petrich.
Oba medale też nie spełniały oczekiwań kibiców. Coraz większe nadzieje
można było jednak wiązać z młodzieżą. Kilka miesięcy później Gołota
został w Kopenhadze mistrzem Europy juniorów, a wśród pięciu polskich
brązowych medalistów znalazł się Darek Michalczewski. Na te zawody nie
pojechałem, widocznie mając inne dziennikarskie zadania. Gołocie do
triumfu wystarczyły dwie walki, w finale pokonał Nikołaja Seturiego z ZSRR. Podobała mi się praca trenera Ptaka. Pamiętam, że pod koniec 1985
roku zabrał kontuzjowanego Andrzeja na bardzo silnie obsadzony turniej w Tbilisi tylko po to, żeby przyjrzał się zawodnikom, z którymi
ewentualnie przyszłoby mu kiedyś walczyć. Moim zdaniem Gołota w czasach
amatorskich był bardzo dobrze prowadzony.
Tuż po powrocie z Danii, 28 września 1986 roku, Gołota miał
zadebiutować w dorosłej drużynie Legii Warszawa, jednak stołeczna
Gwardia nie wystawiła przeciwko niemu swojego pięściarza. Według
"Przeglądu Sportowego" rywalem mógł być kończący bogatą karierę Paweł
Skrzecz, ale pożegnalny pojedynek stoczył nieco później.
Możliwe, bo pod koniec kariery Paweł przeszedł do kategorii ciężkiej. W finale mistrzostw Polski w 1985 roku przegrał z Wiesławem Dyłą, był
nawet liczony. Dyła to był kolejny dobry zawodnik młodego pokolenia,
obdarzony mocnym ciosem, choć nie o takiej skali talentu jak Gołota.
Dziś niestety już nie żyje. Odłączył się od reprezentacji w kwietniu
1987 roku po półfinałowej porażce z 18-letnim Roberto Balado w turnieju
Intercup w Hemsbach i pozostał w Niemczech.
W ten sposób Gołocie ubył najpoważniejszy rywal do miejsca w kadrze.
Tuż przed ucieczką, w marcu 1987 roku w Sosnowcu, starszy o pięć lat
Dyła pokonał Andrzeja po brzydkiej walce w czwartym ligowym występie
warszawianina. Gołota był już wtedy młodzieżowym mistrzem Polski z Włocławka, a choć w pierwszym zespole Legii w 1986 roku zdążył wystąpić
tylko raz, znalazł się wśród drużynowych mistrzów kraju za tamten
sezon.
W lidze nie było jeszcze podziału na wagę ciężką i superciężką, więc
Gołota jako młody chłopak ważący dziewięćdziesiąt parę kilogramów
spotykał się nieraz ze znacznie cięższymi, starszymi rywalami.
Zdecydowaną większość walk wygrywał. Choćby z Marianem Klepką z Igloopolu Dębica czy Leszkiem Rybińskim z GKS Jastrzębie. Ze swoim
rówieśnikiem Henrykiem Zatyką z Gwardii Warszawa też sobie radził, ale z nim było inaczej. Ten pięściarz był naturalnie lżejszy od Andrzeja.
Obserwując ich na treningach podczas ćwiczeń sprawnościowych lub
siłowych, mogło się wydawać, że w walce Andrzej wciągnie go nosem. A bywało różnie, bo Zatyka okazywał się sprytnym i niewygodnym,
asekuracyjnie boksującym mańkutem. Gołota wygrywał, ale bez wielkiej
dominacji. W lidze miewał lepsze i gorsze występy, jednak wiadomo było,
że to zawodnik o wielkim potencjale. Podczas treningów czy sparingów
wyglądał rewelacyjnie, ale potem trochę spalał się psychicznie i bywał
spięty, nawet jako wyraźny faworyt pojedynku. Miał tego świadomość
Andrzej Gmitruk oraz inni trenerzy, którzy z nim pracowali. Wtedy nie
wydawało się jednak, że w przyszłości będzie to poważny problem.
Stołeczne zespoły najczęściej walczyły ze sobą w Hali Gwardii - także
wtedy, gdy gospodarzem meczu byli legioniści.
Atmosfera była niesamowita, trybuny pełne. Na mecze chodziło się z dużą
przyjemnością, szczególnie na te derbowe, bo miały specyficzny,
wyjątkowy klimat. W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych Legia
rządziła w lidze i była w zasadzie jedynym klubem, który potrafił
wygrywać także na wyjeździe. Charakterystyka tych rozgrywek polegała
bowiem na tym, że najczęściej zwyciężało się u siebie, by na terenie
przeciwnika równie wysoko przegrać. W tamtym okresie pozwoliłem sobie na
kilka długich wycieczek autobusem, choćby do Słupska czy na Śląsk. Na
miejscu zawodów panowała gorąca atmosfera i nie da się ukryć, że było
też trochę szowinizmu.
Na przełomie maja i czerwca 1987 roku Gołota pojechał z pierwszą
reprezentacją Polski na mistrzostwa Europy w Turynie, gdzie tylko Henryk
Petrich stanął na podium, zdobywając srebro w wadze średniej.
Warto cofnąć się jeszcze o cztery miesiące, do lutowego debiutu Andrzeja
w kadrze. W warszawskiej Hali Gwardii Polacy pokonali w meczu
towarzyskim Węgrów 14:10, a 19-letni Gołota wygrał niejednogłośnie z nie
byle kim, bo z dużo starszym Gyulą Alvicsem, ówczesnym wicemistrzem
Europy. Ta walka była raczej remisowa, więc z werdyktem niekoniecznie
trzeba się zgadzać. Widać było jednak, że ten chłopak mógł już
równorzędnie rywalizować z najlepszymi seniorami na kontynencie. Myślę,
że to było bardzo ważne zwycięstwo. Nieopierzony Andrzej wszedł między
liny z dorosłym, 28-letnim zawodnikiem wysokiej klasy, ringowym
zabijaką. Mało tego, Gołota udźwignął ciężar oczekiwań! Był to mecz w stolicy, jego debiut w pierwszej reprezentacji. Mówiono przecież, że
Gmitruk popełnia błąd, że Andrzeja nie powinno się w takim spotkaniu
wystawiać. A on wytrzymał ciśnienie i naprawdę mi zaimponował,
niezależnie od tego, jak będziemy oceniać werdykt.
W Turynie nasz bohater miał sporo szczęścia w wygranej przed czasem
potyczce z Maikiem Heydeckiem z NRD, lecz zabrakło mu go w ćwierćfinale
ze znacznie niższym Ramzanem Sebijewem z ZSRR. Rywal był liczony w drugiej rundzie po kontrze Gołoty, jednak w trzeciej wpadł na Andrzeja
głową, rozciął mu łuk brwiowy i Polak nie mógł dalej walczyć.
Ze szczęściem Andrzeja w karierze amatorskiej bywało różnie. Walki z Heydeckiem nie widziałem, ale można zakładać, że był to ktoś w rodzaju
Petzolda, z którym miał kłopot dwa lata wcześniej w Bukareszcie.
Bokserzy z NRD z reguły boksowali za podwójną gardą, byli schematyczni
jak roboty. Z takimi na pewno nie walczyło się łatwo. Z relacji wiem, że
walka z Sebijewem, który w finale tamtych mistrzostw Europy uległ
Arnoldowi Vanderlyde, rzeczywiście była wyrównana.
Niespełna 18-letni Felix Savon był starszy od Gołoty tylko o trzy i pół
miesiąca, ale już wyglądał jak gladiator. 8 września 1985 roku w Bukareszcie wywalczył złoty medal MŚ juniorów w wadze ciężkiej.
Pod koniec 1987 roku Gołocie podobny uraz przeszkodził w rywalizacji z Aleksandrem Zołkinem podczas turnieju w Leningradzie, choć wtedy Andrzej
przegrał na punkty 1:4, a nie przed czasem.
Rywal był wówczas wicemistrzem ZSRR, a potem z powodzeniem rywalizował
jako zawodowiec w USA. W 1996 roku przegrał potyczkę o pas federacji WBO
z Henrym Akinwande o 218-centymetrowym zasięgu ramion, który z kolei
został niejednogłośnie pokonany przez Gołotę w meczu międzypaństwowym
Polska - Anglia jesienią 1987 roku w Słupsku. A wracając do Turynu, tam
mocno liczyliśmy także na Stanisława Łakomca, lecz w ćwierćfinale wagi
półciężkiej przegrał 2:3 z Włochem Andreą Magim. To był polski król
nokautu. Zawsze wiązaliśmy z nim duże nadzieje, ale choć cztery razy
startował w mistrzostwach Europy, nigdy nie przywiózł medalu.
Rok 1987 to także pamiętne mistrzostwa Polski w Krakowie, gdzie po raz
pierwszy wśród seniorów złote medale wywalczyli młodzieńcy z rocznika
1968: Jan Dydak w wadze półśredniej, Dariusz Michalczewski w lekkopółśredniej oraz Gołota w ciężkiej.
A więc była nadzieja dla polskiego boksu. Tyle że pięć miesięcy przed
igrzyskami Darek oraz najmłodszy z braci Kosedowskich, jego imiennik,
postanowili zostać w Niemczech przy okazji turnieju w Karlsruhe.
Michalczewski prawdopodobnie znalazłby się w kadrze Gmitruka na Seul.
Wiem, bo byłem blisko wszystkich spraw decyzyjnych, w owym czasie często
bywając w maleńkim mieszkanku doktora Święcickiego w Alejach
Jerozolimskich. Janek Dydak to niestety kolejny z pięściarzy, którego
nie ma już wśród nas. W Korei Południowej wywalczył olimpijski brąz w kategorii do 67 kilogramów, wygrywając trzy walki. Słyszałem, że przed
półfinałem z Robertem Wangilą dzwonił do prezesa Czarnych Słupsk, chcąc
się poradzić w sprawie kontuzji ręki. Doktor Święcicki był gotów dać mu
zastrzyk przeciwbólowy, ale Janek postanowił, że odda pojedynek
walkowerem. Prezes pewnie przypomniał mu, że mecze w lidze też są bardzo
ważne - wtedy rozgrywki ze względu na igrzyska zostały rozłożone na lata
1987 i 1988. Szkoda, ale myślę, że Dydak w starciu z Kenijczykiem nie
byłby faworytem.
W lutym 1988 roku Gołota odniósł jedno ze swoich najcenniejszych
zwycięstw na ringu amatorskim, wygrywając 3:2 finał turnieju Strandja w Sofii z Roberto Balado, późniejszym trzykrotnym mistrzem świata oraz
złotym medalistą olimpijskim z Barcelony.
To prawda, choć wówczas jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy, że
Kubańczyk będzie aż tak mocny. W wadze ciężkiej przegrywał z Feliksem
Savonem, a największe sukcesy osiągnął w superciężkiej. Porównując ich
pod względem fizycznym, wydawałoby się, że to Balado powinien boksować w kategorii do 91 kilogramów, a Savon powyżej 91. Roberto miał 183-184
centymetry wzrostu i wyglądał na lekko otłuszczonego, ale dla rywali
pozostawał nieuchwytny. W Gołocie zapewne nie wzbudzał lęku, bo nie
wydawał się kilerem, potężnym facetem. Andrzej był o rok starszy,
wyższy. Miał doświadczenie, dynamikę i znakomitą lewą rękę. Już półtora
roku później Roberto został złotym medalistą mistrzostw świata w Moskwie. Patrząc przez pryzmat całej kariery Balado i jego sukcesów, na
pewno było to bardzo cenne zwycięstwo Gołoty.
Bardzo ciekawe, czy Władimir Kliczko wygrałby igrzyska w Atlancie,
gdyby w 1994 roku auto 25-letniego Balado nie zostało zmiażdżone przez
pociąg w Hawanie. Sześć lat wcześniej w Seulu Kubańczyków zabrakło w turnieju olimpijskim, co ułatwiło zadanie między innymi Gołocie.
Na pewno tak, bo gdyby po trzech latach spotkał się w rewanżu z Savonem,
to faworytem nadal byłby Kubańczyk, który był już przecież mistrzem
świata z Reno oraz triumfatorem igrzysk panamerykańskich w Indianapolis,
choć urodził się tylko kilka miesięcy wcześniej niż Andrzej. Nie ulega
wątpliwości, że absencja zawodników z Gorącej Wyspy zaniżyła poziom
igrzysk w 1984 i 1988 roku. Inni zawodnicy, którzy w Seulu mieliby
szansę na złoto, to między innymi Angel Espinosa czy wspomniany już
Pablo Romero. Co prawda ten drugi rok później przegrał w finale
mistrzostw świata w Moskwie z Henrym Maske, ale wynik 18:11 był
dyskusyjny.
A co do Savona, to wspólnie z Gołotą widzieliśmy go w 1996 roku podczas
igrzysk w Atlancie. Andrzej przyleciał tam na krótko, zaledwie półtora
tygodnia po pierwszej zawodowej walce z Bowe'em, aby spotkać młodszych
kolegów z reprezentacji Polski. Komentowałem ten turniej dla TVP. Gołota
podszedł do mojego stanowiska. Był w znakomitym nastroju. Każdy zwracał
na niego uwagę, proszono go o autografy, bo właśnie zapewnił sobie
popularność w całej Ameryce. Stoimy, rozmawiamy, a obok nas Savon - to
olbrzymie chłopisko, które w Atlancie zdobyło drugi złoty medal
olimpijski ze swoich trzech w całej karierze. Andrzej spojrzał wtedy na
mnie i zapytał: "To co, może teraz bym z nim wyszedł? Dałbym mu radę?".
Nie wiem, czy Kubańczyk go nie poznał, a może celowo nie patrzył w jego
kierunku? Myślę, że raczej to pierwsze, bo to był zupełnie inny Andrzej
niż ten szczupły, ważący 91 kilogramów chłopak sprzed jedenastu lat z Bukaresztu. Potężny, umięśniony, o 20 kilogramów cięższy, prawdziwy
pięściarz królewskiej kategorii. W porównaniu z zawodnikami, którzy tam
boksowali, pod względem fizycznym wyglądał naprawdę imponująco.
Ile czasu pozostawało do igrzysk w Seulu, kiedy Gołota został
dotkliwie pobity przez paru bramkarzy w warszawskim klubie Park? Na
szczęście "rany goiły się na nim jak na psie", jak mówił Janusz
Gortat.
Nie pamiętam dokładnie, ale wiem, że na przedolimpijskie zgrupowanie w Zakopanem, gdzie też byłem, przyjechał dość szybko. Dotarł na miejsce
mocno poturbowany, lecz po kilku dniach właściwie nie było już śladu po
obrażeniach i normalnie trenował. Jedynym dziennikarzem, który widział
tamtą sytuację w Parku i później o niej opowiadał, był Włodek
Szaranowicz. Zdaje się, że pozostawał w dobrej komitywie z ówczesnym
szefostwem Legii i szybko zadzwonił, gdzie trzeba. Przyjechała jakaś
ekipa, a Włodek podjął też stanowczą mediację z bramkarzami. Tam była
siła złego na jednego, kilku mężczyzn rzuciło się na Gołotę i różnie
mogło się to skończyć, łącznie z wypadnięciem z igrzysk. Do Seulu
niestety nie mogłem się wybrać. Wtedy na igrzyska latali kierownicy, a ja w "Sztandarze Młodych" byłem zastępcą szefa działu sportowego
Ryszarda Starzyńskiego. Wysłano mnie za to na igrzyska paraolimpijskie,
ale zawodów bokserskich oczywiście tam nie rozgrywano.
Igrzyska stały nie tylko pod znakiem świetnych walk, ale i skandali
sędziowskich.
Oczywiście oglądałem wszystko w telewizji i bardzo przeżywałem ten
turniej. Świetnie znałem sędziego Ryszarda Redo, fantastycznego
człowieka, który po powrocie do Polski opowiadał mi o tym, co działo się
w Seulu. Stwierdził, że jeśli ktoś miał miękki kręgosłup, to łatwo było
go przekupić, bo Koreańczycy robili dosłownie wszystko, byle tylko ich
zawodnicy wygrywali. Poziom korupcji był wręcz niewiarygodny! Niewiele
brakowało, a z powodu skandalicznych werdyktów sędziowskich boks
wypadłby z programu olimpijskiego.
Nie wiem, czy zawodnik gospodarzy w wadze do 91 kilogramów Baek
Hyun-man w pierwszej walce zasłużenie pokonał 5:0 Željko Mavrovicia, ale
w ćwierćfinale już w pierwszej rundzie rozprawił się z Maikiem
Heydeckiem, znajomym Gołoty z Turynu. Miał szybkie ręce i w półfinale
trafiał Polaka mocnymi, precyzyjnymi ciosami.
Walczył z odwrotnej pozycji i w starciu z Gołotą pokazał kilka naprawdę
ciekawych akcji. W drugiej rundzie Andrzej zaczął łapać rytm, ale
nadział się na prawy sierpowy Koreańczyka, po którym drugi raz w tej
walce był liczony. To uderzenie rozcięło mu łuk brwiowy, a kontuzja
okazała się tak fatalna, że pojedynek musiał zostać przerwany. Szkoda,
bo boksersko Gołota był od tego rywala dużo lepszy. Finał wagi ciężkiej
wygrał Ray Mercer, znakomity pięściarz. Zaczął trenować w wojsku już
jako dorosły facet i był z niego kawał kozaka. Wystarczy popatrzeć na
jego zawodowe pojedynki. Z Lewisem, złotym medalistą tamtych igrzysk w kategorii superciężkiej, w 1996 roku bił się absolutnie jak równy z równym. Brytyjczyk, który w Korei Południowej reprezentował Kanadę,
wygrał o włos, a od tego pojedynku mnóstwo zależało w jego amerykańskiej
karierze. Kto wie, gdyby sędziowie nie wskazali na Lennoksa, być może
rozstałby się z trenerem Emanuelem Stewardem?
Trochę zapomnianym, ale bardzo cennym zwycięstwem Gołoty jest wygrana
ze Swilenem Rusinowem w 1/8 finału w Seulu. Bułgar to trzykrotny
medalista mistrzostw świata i brązowy medalista olimpijski z Barcelony,
a w mistrzostwach Europy stawał na podium cztery razy. W ćwierćfinale
Andrzej uporał się natomiast z mniej znanym Haroldem Obungą z Kenii.
Mimo wszystko pozostał niedosyt zarówno po występie Gołoty, jak i całej
naszej reprezentacji. Polacy wywalczyli tam cztery medale, ale wszystkie
brązowe i żaden z naszych nie awansował do finału. Stać było na to
zarówno Andrzeja, jak i Henryka Petricha w wadze półciężkiej, który w pierwszej rundzie miał na deskach Amerykanina Andrew Maynarda. W superciężkiej Janusz Zarenkiewicz oddał walkowerem półfinałową potyczkę
z Lewisem, a ten następnie pokonał Bowe'a. Z kolei o sytuacji Janka
Dydaka już wspominałem.
Skoro mowa o Lewisie, to zrodziły się mity o jego sparingu z Gołotą w listopadzie 1987 roku w Warszawie.
Nie ma tu żadnego mitu! Lennox nie może sobie przypomnieć, czy wtedy był
w ringu z Gołotą, ale to tylko kolejny dowód na to, że wypowiedzi
pięściarzy często należy weryfikować. Bywa, że mają pamięć wybiórczą
albo po prostu słabą. Oczywiście Lewis nie ma żadnego powodu, żeby nie
chcieć pamiętać Andrzeja. Podobnie było ze słynnym rosyjskim pięściarzem
Aleksandrem Lebziakiem. Kiedyś przyjechał na Turniej imienia Feliksa
Stamma jako trener reprezentacji Turkmenistanu. Przypomniałem mu, jak w 1991 roku w mistrzostwach świata w Sydney, na których byłem, wygrał z naszym zawodnikiem Robertem Budą. Dodaję: "No, ale potem cię oszukali w finale z Tommaso Russo". Dziwnie na mnie spojrzał i odpowiada: "Nie, w Australii zdobyłem złoty medal. Oszukali mnie w Budapeszcie". A ja do
niego: "Sasza, ty w Budapeszcie w 1997 roku zdobyłeś złoty medal! W Sydney byłeś drugi". Przedziwna historia. Nie wiedziałem, czy żartuje,
czy mówi poważnie, ale jemu naprawdę wszystko się pomyliło.
Lewis z Gołotą stoczyli krótki sparing. Reprezentacja Kanady przyleciała
do Polski głównie dzięki Maciejowi "Mattowi" Mizerskiemu, trenerowi,
który został w tym kraju szefem wyszkolenia. Mieszkali w hotelu Polonia,
gdzie pierwszy raz zobaczyłem Lennoksa. Zrobił na mnie ogromne wrażenie,
niesamowite było już to, jak się poruszał przy swoich warunkach
fizycznych. Kanadyjczykami opiekował się rumuński trener Adrian
Teodorescu, najważniejszy szkoleniowiec w karierze amatorskiej Lewisa.
Przed Turniejem imienia Feliksa Stamma odbywały się sparingi na AWF.
Jednym z pierwszych, który odrzucił rękawice, był Marek Łukasik, bokser
Zagłębia Lubin. Powiedział do Gmitruka: "Trenerze, nie będę z nim
sparował, kopie jak koń!".
Swoją drogą, Gołocie z Łukasikiem nie walczyło się łatwo. W ćwierćfinale mistrzostw Polski w Krakowie Andrzej wygrał zaledwie 3:2.
Ale w sparingu z Lennoksem ten zawodnik zrezygnował po jednym czy dwóch
ciosach, chociaż boksowali w dużych rękawicach i oczywiście w kaskach.
Lewis jako zawodnik kategorii superciężkiej ważył już pewnie nieco ponad
sto kilogramów, więc pomiędzy nim a Andrzejem było przynajmniej dziesięć
kilo różnicy. Lennox był także o trzy lata starszy, miał dużo większe
doświadczenie. Sparing zaczął się dla Gołoty bardzo fajnie. Pozostawał
skoncentrowany i kilka razy trafił lewym prostym. Ale Lennox w którymś
momencie palnął prawym raz i drugi. Nic wielkiego się nie wydarzyło,
lecz Andrzej Gmitruk był bardzo ostrożny i przerwał sparing. Nie minęła
chyba nawet pełna runda. Parę dni później obaj wygrali turniej w cuglach. Gołota w finale pokonał Henryka Zatykę, a Lewis nieżyjącego już
niestety Mariana Klepkę.
W sezonie 1987/88 pięściarze Legii nie obronili tytułu mistrzów
Polski. Zajęli drugie miejsce, a zwyciężył Igloopol Dębica. Gołota
wygrał dwanaście z trzynastu walk, nie dał rady tylko wspomnianemu
Wiesławowi Dyle w marcu 1987 roku. Przed igrzyskami w Seulu - w Kielcach
drugi raz został mistrzem Polski seniorów w wadze ciężkiej, a w 1989
roku w Łodzi wywalczył trzeci tytuł. Zbliżały się mistrzostwa Europy w Atenach oraz mistrzostwa świata w Moskwie.
Po Seulu z pracy w kadrze zrezygnował Gmitruk, zastąpił go Jurek
Rybicki. I z Aten nasz zespół przywiózł pięć medali, a najcenniejsze
było srebro Dariusza Czernija w wadze lekkopółśredniej. Tyle że już w Moskwie skończyło się na jednym podium Krzysztofa Wróblewskiego w kategorii muszej, który tak jak w Grecji wywalczył brąz. Wtedy wydawało
się, że gorzej być nie może, ale w kolejnych trzech dekadach dorobek
Polaków w mistrzostwach świata zamknął się w zaledwie czterech medalach:
Roberta Ciby i Tomasza Borowskiego w 1995 roku w Berlinie, Andrzeja
Rżanego w 1999 w Houston oraz Aleksego Kuziemskiego w 2003 w Bangkoku. A w igrzyskach już tylko Wojciech Bartnik sięgnął po brąz w 1992 roku w Barcelonie.
Trzeci w mistrzostwach Europy w Atenach był także Gołota. Do strefy
medalowej awansował dzięki gładkiemu zwycięstwu nad reprezentującym
Szwecję Hamayakiem Shahbazianem.
W półfinale zasłużenie przegrał zaś z wicemistrzem świata Arnoldem
Vanderlyde, który stał z nim na olimpijskim podium w Seulu, a w Atenach
obronił tytuł z Turynu. Andrzej bywał nierówny, nieraz nie pasował mu
styl rywala, ale jako młody zawodnik wciąż miał do tego prawo. Holender
mierzył blisko dwa metry i potrafił wykorzystać zasięg ramion. To był
inteligentny pięściarz, który miał trochę pecha, że trafił na okres
dominacji Savona. Pamiętam, jak w ramach dnia wolnego podczas mistrzostw
świata w Sydney w 1991 roku większość ekip wybrała się w rejs.
Vanderlyde był rozluźniony, prowadził ciekawe rozmowy, a na statku
popijał piwo. Dzień później stoczył najlepszą w karierze potyczkę z Savonem. Przegrał 15:39, ale po ciekawym pojedynku.
Bliższy pokonania Kubańczyka był natomiast przyszły rywal Gołoty z zawodowego ringu Danell Nicholson. W ćwierćfinale igrzysk w Barcelonie
walczył naprawdę fantastycznie i gdyby sędziowie nie byli tak zapatrzeni
w wielkiego Feliksa, to pewnie mielibyśmy sensację. Savon wygrał 13:11,
ale moim zdaniem w końcówce nie liczono ciosów Amerykanina, dzięki czemu
Kubańczyk prześlizgnął się dalej i wygrał te igrzyska, a potem powtórzył
ten sukces w 1996 roku w Atlancie i w 2000 w Sydney. Podszedłem wtedy do
Danella, pogratulowałem występu. Był zdziwiony, że ktoś w ogóle zauważył
jego dobry boks. Minęły niecałe cztery lata i podczas "Nocy Młodych
Ciężkich" telewizji HBO skrzyżował rękawice z Andrzejem.
We wrześniu 1989 roku w Moskwie Gołota zdeklasował 22:1 Bułgara
Georgija Tankowa, ale w ćwierćfinale mistrzostw świata nie sprostał
starszemu o pięć lat i walczącemu u siebie Jewgienijowi Sudakowowi.
To był taki radziecki twardziel, już dorosły mężczyzna, bardzo silny
26-latek. Widać to było także w jego finałowym starciu z Savonem.
Przegrał 8:18, ale Kubańczykowi na ogół ulegano sromotnie lub oddawano
pojedynek walkowerem. Tak jak w Turynie czy Seulu, Andrzej przegrał z powodu głębokiego rozcięcia na twarzy. Stałem przy ringu i widziałem,
jak obficie płynęła krew. Sędzia przerwał pojedynek w pierwszej rundzie.
Ligowy sezon 1989 warszawska Legia zakończyła dopiero na piątym
miejscu, tytuł obronił Igloopol. Z dwunastu walk Gołota wygrał
jedenaście, między innymi z Zarenkiewiczem. Przegrał tylko przez
dyskwalifikację z Tadeuszem Romańskim w wyjazdowym meczu z Górnikiem
Sosnowiec, otrzymując od sędziego trzy ostrzeżenia za przytrzymywanie.
Temu rywalowi zrewanżował się później w Warszawie.
A na przełomie 1989 i 1990 roku ogłoszono, że Legia zostaje wycofana z ligi. Znowu wydawało się, że w boksie zapanuje marazm. Kilka miesięcy po
aferze we Włocławku, gdzie w maju 1990 roku kadra Rybickiego przyjechała
na sparingi z obozu w Cetniewie, Gołota wyjechał z Polski do Stanów
Zjednoczonych. Było już tyle opowieści o sposobie opuszczenia przez
niego kraju, że przestałem dochodzić, która jest prawdziwa. Możliwe, że
wyjechał najzupełniej normalnie, skoro miał już tam żonę Mariolę,
poznaną w Chicago podczas meczu USA - Polska w czerwcu 1989 roku, a także malutką córeczkę. Nie wiem też, czy wspomnienia o jego ukrywaniu
się w kraju przed wylotem do Ameryki nie są po trosze mitami.
Kiedy obserwował pan tego młodego człowieka w trakcie zgrupowań,
wydawał się kimś, kto w życiu pozasportowym może zejść na złą drogę?
Andrzej zawsze był troszkę inny, lubił zaznaczać swoją indywidualność.
Czasami spóźniał się na poranne apele, by pokazać, że jest panem swojego
losu. Bardzo lubił rozwiązywać krzyżówki. Nieraz przychodził do mnie,
pytając o jakieś zagadnienie, gdy nie znał odpowiedzi. Widać było, że
czegoś szuka, że interesują go także rzeczy niezwiązane z boksem.
Rozumieliśmy się całkiem dobrze, chociaż na pewno nie był gadułą, który
potrzebował bliskiego kontaktu. Lubił poczytać w pokoju, zająć się sobą.
Kochał trening, ale kiedy coś mu nie do końca wychodziło, na przykład
gra w tenisa stołowego, nie palił się do rywalizacji. Częściej w ping-ponga grałem więc z Darkiem Michalczewskim, a najczęściej z Darkiem
Mrozem. Andrzej był specyficznym człowiekiem, trzeba to jasno
powiedzieć. Posiadał natomiast ogromny potencjał sportowy. Uwielbiał
ciężko trenować, szczególnie w czasach juniorskich. Pod tym względem bił
każdego. Nie miał sobie równych na przykład w wyścigach kajakowych w trakcie obozu w Giżycku. Pamiętam znanego dziś psychologa sportowego
Marka Graczyka, który w tamtym okresie zaczynał pracę w tym zawodzie po
obronie doktoratu. Rozmawiał nie tylko z Gołotą, ale z całą grupą
pięściarzy. Był z siebie dumny po mistrzostwach Europy w Bursie w 1993
roku, gdzie złoto wywalczył Jacek Bielski, a srebro Robert Ciba. I słusznie, bo jego praca przyniosła efekt. Z Gołotą chyba nawet
najwybitniejsi psychologowie mieliby jednak problem. Wymykał się
wszelkim schematom.
Gdyby jego losy potoczyły się inaczej, w 1992 roku w Barcelonie mógłby
sięgnąć po olimpijskie złoto? Dwa lata wcześniej w Jastrzębiu-Zdroju
czwarty raz został mistrzem Polski seniorów, już w kategorii powyżej 91
kilogramów.
Pamiętajmy, że w Barcelonie rządzili Savon i Balado. A cztery lata
później w Atlancie w kategorii superciężkiej zwyciężył Władimir Kliczko.
Jak wyglądałaby rywalizacja 24-letniego bądź 28-letniego Gołoty z tymi
pięściarzami na ringu amatorskim? Tego nigdy się nie dowiemy. Miał
jednak absolutnie wszystko, żeby wygrywać także z wymienionymi sławami.
Kto wie, czy na krótszym dystansie, w nieco innych rękawicach, nie
miałby większych szans niż w swoich najważniejszych walkach w boksie
zawodowym? Nie posunąłbym się jednak do stwierdzenia, że podczas kariery
amatorskiej Gołota był już wybitnym pięściarzem. Mimo niewątpliwych
atutów, potrzebował jeszcze solidnej obróbki i własnej ciężkiej pracy.
Dlatego kiedy w autobiografii Lou Duvy przeczytałem, że w Seulu w najcięższych kategoriach zwrócił on szczególną uwagę na Lewisa, Bowe'a,
Mercera i właśnie na Gołotę, to lekko się uśmiechnąłem. Zakładam, że w 1992 roku Andrzej byłby lepszy niż w 1988. Myślę, że przy solidnych
trenerach, których mieliśmy w Polsce, jego talent nadal by się rozwijał.
Ale czy wygrałby z fantastycznymi Savonem lub Balado? Trudno powiedzieć.
Na pewno byłoby to trudne zadanie.