Wstęp
Człowiek współczesny, mimo że pozornie otoczony wieloma przyjaciółmi, to w dużej mierze jednostka zagubiona i samotna. Oficjalnie niezależna i mocno zindywidualizowana, a jednak często dość zastraszona. Obawiająca się wielu realnych, jak i pozornych zagrożeń. Istota ludzka początku XXI wieku to jednostka również coraz bardziej zamknięta w sobie. Niepotrafiąca, a może i niechcąca porozumieć się z innymi. Nierozmawiająca i niesłuchająca innych, za to coraz chętniej wygłaszająca monologi. Coraz mniej zainteresowana udziałem we wspólnocie, za to coraz bardziej nastawiona egoistycznie i roszczeniowo do życia, w którym najważniejsza staje się samorealizacja. Taki współczesny "kult jednostki". Świat, do którego aspiruje, na początku wygląda kolorowo, ale po pierwszym głębszym hauście okazuje się, że ten wymarzony cel nie jest zawsze krystaliczny i pachnący, ale w znacznej mierze dość bezbarwny i pozbawiony smaku. Jest to świat jałowy, pozbawiony duchowości i uczuć, które zagłuszył egoizm, brak drugiego człowieka i troski o niego. Zbyt wielu z nas zżera dziś tęsknota, bo - myśląc niemal wyłącznie o własnym szczęściu - zbyt szybko zadeptujemy innych. Czasem z obawy przed konkurencją, a czasem z powodu nieumiejętności poruszania się w tym globalnym składzie porcelany. Czy nie za łatwo i nie za szybko zaakceptowaliśmy bylejakość i świat bez wartości?
Ilu z nas, tak jak odrzuca wszelkie niepowodzenia, odsuwa już same myśli o utracie sił, zdrowia, śmierci i bólu. Zazwyczaj nie chcemy o tym nawet rozmawiać, nie zawracając sobie głowy problemami innych. Kto dziś nie ma wystarczająco wiele własnych? Swoimi kłopotami moglibyśmy innych zamęczać godzinami, ale cudze przeżywamy już raczej powierzchownie...
To jednak bardzo często zmienia się pod wpływem pewnych naprawdę trudnych przeżyć. Może to być wypadek, przewlekła choroba czy utrata kogoś bliskiego. Coś, co zmusza do myślenia i zadania sobie ważnych pytań. Po co żyję? Jaki jest sens mojego istnienia? Co jest najważniejsze?
Jedni ratują się buntem i uciekają od życia, znajdując "schronienie" w środkach znieczulających i uspokajających. Wielu zaakceptowało ten stan rzeczy, pogodziło się z "przegraną" i, uspokajając poniekąd samych siebie, szuka wytłumaczenia w psychoterapii, poradach u wróżbitów, jasnowidzów czy alkoholu. Inni, jak ten Samarytanin czy też jak prawdziwy harcerz, przyjmują ten cios i idą dalej służyć bliźnim. Tak bowiem pojmują sens istnienia. Życie potrafi robić nam niespodzianki i płatać figle - jak by powiedzieli jedni. Wszystko to wielki przypadek. Inni opiszą to jako krzyż, który dostaliśmy do udźwignięcia i z którym trzeba się pogodzić. Ale i jedni, i drudzy musieli się z tym jakoś zmierzyć. Co sprawiło, że niektórzy poddali się, odnieśli porażkę? Brak sił, woli, hierarchii wartości? A co dało siłę innym? Co pozwoliło im przetrwać najgorsze i sprawiło, że nie tylko się podnieśli, ale i zaczęli zdobywać znacznie wyższe szczyty niż wcześniej? Znalezienie odpowiedzi na to pytanie jest trudne, lecz próba jej znalezienia może się dla nas stać receptą na dobre, czyli wartościowe życie!
Z pomysłem napisania tej książki nosiłem się od dawna. Ale - jak to najczęściej bywa - na drodze zawsze pojawiały się istotniejsze sprawy. A to skupienie się na wymagającej przecież dobrego przygotowania codziennej pracy w telewizji. A to obowiązki domowe, których jakoś wciąż tylko przybywa. Będąc od kilku lat ojcem trójki pociech, doskonale znam dziś smak powiedzenia: "Małe dzieci - mały problem, duże dzieci - duży problem".
I tak pewnie jeszcze bym się usprawiedliwiał i zwlekał z opracowaniem tych ważnych rozmów, gdyby nie pewien wrześniowy dzień, kiedy do redakcji "Wiadomości" dotarła informacja o śmierci Dawida Zapiska, siedmioletniego chłopca z Gdyni. Młodego, a tak już boleśnie doświadczonego przez życie człowieka, ale równocześnie tak wielkiego bohatera, którego historia, niezłomna walka o życie do samego końca, bardzo mnie poruszyła. Zresztą z jego zdrowotnymi kłopotami i marzeniami przez kilka miesięcy utożsamiała się cała redakcja "Wiadomości". Dawid wzruszał nas i cieszył zarazem, gdy po raz kolejny osiągał postawione przez siebie cele. W jego zmaganiach z cierpieniem i wielkich piłkarskich marzeniach kibicowały mu nie tylko całe "Wiadomości", ale i nasi widzowie. To oni zresztą poruszyli niebo i ziemię, aby dwa miesiące przed śmiercią chłopiec mógł spotkać się, jeszcze w czasie mistrzostw w piłce nożnej EURO 2012, ze swoim idolem - hiszpańskim piłkarzem Ikerem Casillasem.
Tamtego dnia, kiedy stało się jasne, że nie będzie kolejnych marzeń Dawida, które moglibyśmy pomóc spełnić, kończąc program, gdy zazwyczaj staram się pożegnać widzów z uśmiechem na twarzy, ze wzruszenia nie byłem w stanie wydusić z siebie nawet słowa. A przecież miałem tak wiele do powiedzenia! Na wieczornym kolegium, które odbywa się zaraz po każdym wydaniu "Wiadomości", nieznośna była zalegająca w newsroomie głucha cisza. Byliśmy bardzo smutni. Niektórzy nie kryli łez, bo ten siedmioletni chłopiec stał się nam bardzo bliski. Nie tylko przez swoje cierpienie, ale także właśnie przez wspaniałą postawę. To dziecko dało nam piękną, prawdziwą i dojrzałą lekcję życia!
Po raz kolejny zadałem sobie pytanie - jak to możliwe, że kiedy my, dorośli, zdrowi i w pełni sił ludzie, narzekamy, to on, mały chłopak, nigdy nie płakał. Nie użalał się na ból, cierpienie i niepełnosprawność. A żegnając się, odszedł z tak wielką pogodą ducha. Złorzeczymy na los, niepowodzenia, starzejące się ciało, walimy pięścią w stół, poniżamy bliskich. A równolegle obok nas są ludzie, którzy w milczeniu znoszą ogromne cierpienie, tym samym dając innym wzór.
Myślę, że zbyt wiele całkowicie zdrowych osób marnuje swoje życie. Są bierne, bezczynne, znudzone, często nawet nie wiedzą, jak i dokąd iść. Niby czerpią życie garściami, a jednak po latach okazuje się, że tak naprawdę przecieka im ono między palcami. Pocieszeniem stają się używki, a sensem i celem zbyt często coś, co można nazwać konsumpcyjnym stylem życia. Mają zdrowie, siłę, możliwości, czyli wszystko... i niewiele z tym robią. Jak w takim razie radzą sobie ci, którzy naprawdę mają powody do płaczu, a nie robią tego? Nie poddają się i walczą do samego końca!
Ta wspaniała historia Dawida Zapiska stała się poniekąd katalizatorem do ponownego opracowania, tym razem książkowego, trudnych, ale zarazem ważnych i w sumie bardzo optymistycznych rozmów o cierpieniu, bólu i odwadze zmierzenia się z trudem życia. Rozmów, które przeprowadziłem na antenie TVP1 w programie "Niepokonani", a później również w programie "Prawdę mówiąc" na antenie TVP INFO. Były to czasem spotkania pełne łez, które - jak się później okazało - są dziś tak bardzo potrzebne wielu widzom.
Po moim własnym trudnym doświadczeniu sprzed kilku lat zauważam, że wielu chorych potrafi znacznie bardziej niż ci zdrowi i sprawni cieszyć się życiem, docenić ten skarb i wielką tajemnicę każdego dnia. Czy zawsze tacy byli? Skąd u nich ten upór i wola przetrwania? Jak sobie poradzili w tych najtrudniejszych momentach? Czy mają tę siłę, bo zawsze wiedzieli, jak dużo można stracić? Czy dopiero prawdziwy ból i prawdziwe problemy sprawiły, że zaczęli dostrzegać sens życia? Jak docenić to, co mamy, i przestać się nad sobą użalać? Każdy z bohaterów tej książki mówi o tym na swój własny sposób. Każdy ma swój własny, być może dla innych trudny do zniesienia problem. Ale z nimi jest tak jak z nami. Jedni, aby coś w życiu zmienić, potrzebują pewnej życiowej próby. Innym takiego sprawdzianu nie potrzeba, bo z tą mądrością już się rodzą albo też, mając w sobie dużo pokory, szybko się tego wszystkiego uczą.
Nie ma jednej recepty na zmianę nastawienia do siebie, innych i całego świata... Ale jest jeden warunek - trzeba tylko chcieć. Wiedzą o tym moi bohaterowie, którzy pokazują, że w życiu można wszystko. Dowodem na to są ich historie. Historie niepokonanych. I o tym właśnie jest ta książka.