Niepokonane - William Faulkner

-
Proszę czekać

Ambuskada

I

Owego lata za wędzarnią Ringo i ja mieliśmy żywą mapę. I choć Vicksburg1 był tylko garścią szczapek z sągu a Rzeka bruzdą wydrapaną w ubitej ziemi ostrzem motyki, wszystko to (rzeka, miasto i rejon) żyło, nawet w miniaturze zachowując ową ważką choć bierną niepodatność topografii która ma przewagę nad artylerią, a na tle której najwspanialsze nawet zwycięstwa i najtragiczniejsze klęski są tylko zgiełkiem przelotnej chwili. Dla Ringa i mnie była żywa, choćby dlatego że wysłoneczniony grunt który spijał wodę szybciej niż nadążaliśmy z donoszeniem jej ze studni, stanowił scenę do odgrywania konfliktu długotrwałych i nieomal beznadziejnych wysiłków kiedy to biegaliśmy bez końca zdyszani z cieknącym wiadrem spod daszku studni na pole bitwy, co wymagało od nas najpierw połączenia sił potem opadnięcia z nich w walce ze wspólnym wrogiem, czasem, a w końcu zespolenia się ze sobą by utrzymać nietknięty wzór powtarzających się imitacji zwycięstwa jak tkaninę, jak tarczę pomiędzy nami a rzeczywistością, pomiędzy nami a faktem a zatratą. Tego popołudnia zdawało się że nigdy już jej nie zapełnimy, ba, nie nawilżymy nawet wystarczająco, bo od trzech tygodni nie było kropli rosy. Ale wreszcie stała się na tyle mokra, przynajmniej mokra z koloru, że mogliśmy zaczynać. I właśnie mieliśmy zacząć. Aż nagle stanął tam i zaczął się nam przyglądać Loosh. Syn Joby'ego i stryjek Ringa; stał tam (nie wiedzieliśmy skąd się tam wziął; nie zauważyliśmy kiedy się pojawił, ukazał) w srogim matowym słońcu wczesnego popołudnia, gołogłowy, z głową lekko pochyloną, lekko przekrzywioną ale sztywną i wcale nie pod skosem, jak kula armatnia (którą zresztą przypominała) unurzana pospiesznie i niedbale w cemencie, i tymi swoimi oczami, oczami lekko zaczerwienionymi w kącikach jak to u murzynów którzy popili, patrzył z góry na to co Ringo i ja nazywaliśmy Vicksburgiem. A potem zauważyłem Philadelphy, jego żonę, przy sągu, schyloną, z naręczem drewna już ułożonym w zagłębieniu łokcia, jak wpatruje się w plecy Loosha.

- Co to? - powiedział Loosh.

- Vicksburg - odparłem.

Zaśmiał się. Stał tam, śmiejąc się, niezbyt głośno, patrząc na szczapki.

- Cho no tutej, Loosh - rzuciła Philadelphy od sągu. I w jej głosie, naglącym, może przestraszonym, było coś osobliwego. - Chsesz obiad to lepiej pszynieś troche drew.

Ale nie wiedziałem, czy to ponaglenie, czy strach; nie miałem czasu żeby nad tym dumać i deliberować, bo nagle Loosh schylił się i zanim nawet Ringo czy ja się ruszyliśmy, przewrócił szczapki na płask.

- Masie swój Vicksburg - powiedział.

- Loosh! - zawołała Philadelphy. Ale Loosh przykucnął, patrząc na mnie z tą swoją miną. Miałem dopiero dwanaście lat, nie wiedziałem co to "triumfować"; nie znałem nawet tego słowa.

- I pofiem eszcze szego nie wiesie - powiedział. - Corinth.

- Corinth? - spytałem. Philadelphy rzuciła drwa i szła ku nam prędkim krokiem. - To też w Missisipi. Niedaleko. Byłem tam.

- Nieażne szy daleko - odparł Loosh. Teraz brzmiał jakby miał śpiewać, inkantować; w kucki, ze srogim matowym słońcem na żelaznej czaszce i rozpłaszczonej pochyłości nosa, nie patrzył ani na mnie ani na Ringa; tylko zdawało się że jego czerwonokącikowe oczy obróciły się w czaszce a my widzieliśmy tylko płaskie puste rewersy gałek. - Nieażne szy daleko. Bo już są w droze.

- W drodze? W drodze dokąd?

- Swoego tatki pytaj. Pytaj Ziezica Johna.

- Jest w Tennessee, walczy. Nie mam jak go spytać.

- Myśsisz że on w Tennessee? Nic tera po nim w Tennessee.

I wtedy Philadelphy chwyciła go za ramię.

- Zamkniże sie czarnuchu! - wrzasnęła tym napiętym rozpaczliwym tonem. - Cho no tutej i zbiesz mi troche drew!

A potem poszli. Ringo i ja nie patrzyliśmy jak sobie idą. Staliśmy nad naszym zrujnowanym Vicksburgiem, nad naszą motykobruzdą nawet z koloru nie mokrą, patrząc po sobie w milczeniu.

- Co? - spytał Ringo. - O co mu choziło?

- O nic. - Pochyliłem się i postawiłem Vicksburg na nowo. - No i proszę.

Ale Ringo nawet się nie ruszył, tylko na mnie patrzył.

- Loosh sie śmiał. Poedział że Corinth tesz. Śmiał sie że Corinth tesz. Jak ci sie wizi co on wie szego my nie wiemy?

- Nic! A tobie się widzi, że Loosh wie cokolwiek, czego nie wiedziałby Ojciec?

- Ziezic John w Tennessee. Może tesz nie wie.

- Widzi ci się że siedziałby w Tennessee gdyby Jankesi byli już w Corinth? Widzi ci się że gdyby Jankesi byli w Corinth, to nie byłoby tam Ojca i Generała Van Dorna i Generała Pembertona wszystkich trzech? - Ale wiedziałem że tak tylko gadam, bo czarnuchy wiedzą, oni wiedzą różne rzeczy; trzeba było czegoś głośniejszego, znacznie głośniejszego niż słowa żeby cokolwiek zdziałać. Więc pochyliłem się, nabrałem w obie ręce ziemi i się wyprostowałem: a Ringo stał tam dalej, bez ruchu, i tylko na mnie patrzył jak rzucałem ziemią. - Jestem Generałem Pembertonem! - krzyknąłem. - Huraaaa! Huraaaa! - Schylając się znów po ziemię i znów nią rzucając. Ale Ringo wciąż się nie ruszył. - Dobra! - krzyknąłem. - To teraz ja będę Grantem. A ty możesz sobie być Generałem Pembertonem.

Bo skoro murzyni już wiedzieli to sprawa była poważna. Układ był taki że ja byłem Generałem Pembertonem dwa razy z rzędu a Ringo był Grantem, a potem ja musiałem raz być Grantem żeby Ringo mógł być Generałem Pembertonem bo inaczej nie chciał się bawić.

Ale teraz sprawa była poważna nawet jeśli Ringo też był czarnuchem bo urodziliśmy się z Ringiem w tym samym miesiącu i byliśmy karmieni jedną piersią i tak długo spaliśmy razem i jedliśmy razem że Ringo mówił do Babci "Babciu" zupełnie jak ja, aż w końcu chyba już nie był czarnuchem albo ja już nie byłem biały, ani jeden ani drugi, że nawet już nie byliśmy ludźmi tylko dwoma podniebnymi i niezwyciężonymi jak dwie ćmy, dwa piórka galopujące ponad huraganem. Więc obu nas to pochłonęło; w ogóle nie widzieliśmy Louvinii, żony Joby'ego i babki Ringa. Staliśmy twarzą w twarz ledwie na odległość ramienia, niewidoczni dla siebie nawzajem w furiacko powoli miotanych garściach pyłu, wrzeszcząc: "Zabić suwysynów! Zabić! Zabić!", kiedy jej głos spadł na nas, jak się zdało, niczym ogromna łapa, rozpłaszczając cały wzburzony przez nas pył tak że staliśmy się dla siebie znów widoczni, ziemiobarwni aż po oczy i pochłonięci rzucaniem:

- Te, Bayard! Te, Ringo! - Stała jakieś trzy metry od nas, z ustami wciąż rozwartymi od krzyku. Zauważyłem że nie miała tym razem na głowie starego kapelusza Ojca który nasadzała na zawój2 ilekroć wychodziła choćby tylko z kuchni po drwa. - Co to było za słowo? Com słyszaa że móicie? - Tyle że nie czekała na odpowiedź, a potem zauważyłem, że i ona biegnie. - Paszcie kto jedzie gośsińcem!

Obaj - Ringo i ja - pobiegliśmy jak jeden, w pół kroku naszego zmrożonego zastygnięcia, przez tylne podwórko i dookoła domu, gdzie Babcia stała u szczytu frontowych schodów i gdzie Loosh właśnie przyszedł okrążywszy dom z drugiej strony i zatrzymał się, spoglądając wzdłuż podjazdu aż do bramy. Wiosną, kiedy Ojciec poprzednio przyjechał do domu, Ringo i ja pobiegliśmy mu na spotkanie podjazdem i wróciliśmy, ja stojąc na jednym strzemieniu otoczony ramieniem Ojca a Ringo trzymając się drugiego strzemienia i biegnąc u boku konia. Ale nie tym razem. Wspiąłem się na schody i stanąłem przy Babci a Ringo został z Looshem na dole pod werandą i patrzyliśmy jak bułany ogier wjeżdża przez bramę której teraz już nie zamykano i zbliża się podjazdem. Patrzyliśmy na nich - na dużego, chudego konia o barwie niemalże dymnej, jaśniejszego niż zebrany pył który oblepiał jego sierść zmoczoną tam pięć kilometrów dalej gdzie przeprawili się brodem, jak zdąża podjazdem równym krokiem ani stępa ani biegiem jakby utrzymywał to tempo całą drogę z Tennessee bo trzeba było okrążyć ziemię co oznaczało porzucenie snu czy odpoczynku a rzecz tak trywialną jak galop odsyłało do jakiegoś osobnego światka corocznych, bezsensownych wakacji; i na Ojca, również mokrego od przekraczania brodu, ze sztylpami ciemnymi i też oblepionymi pyłem, z połami wyblakłego płaszcza o ton ciemniejszymi niż pierś i plecy i rękawy na których pobłyskiwały matowo zaśniedziałe guziki i postrzępione galony jego dystynkcji oficerskich, z szablą zwisającą swobodnie acz sztywno u boku jakby była zbyt ciężka by podskakiwać czy może wręcz przymocowana do żywego uda więc przenosiło się na nią nie więcej ruchu konia niż na niego. Zatrzymał się; spojrzał na Babcię i na mnie na werandzie a na Ringa i Loosha w dole.

- No cóż, Panno Roso - powiedział - cóż, chłopcy.

- No cóż, Johnie - odparła Babcia.

Loosh podszedł i chwycił Jupitera przy łbie; Ojciec zsiadł sztywno, z szablą klapiącą ciężko i głucho o mokrą sztylpę i nogę.

- Wyszczotkuj go - powiedział Ojciec - i nakarm porządnie ale nie wyprowadzaj na pastwisko. Niech zostanie w obejściu... Idź z Looshem - dodał, jakby Jupiter był dzieckiem, i poklepał go po boku kiedy Loosh go odprowadzał.

Wtedy mogliśmy go sobie obejrzeć. Ojca, znaczy. Nie był duży; tylko przez to co robił, co wiedzieliśmy że robi, co zrobił był w Wirginii i Tennessee, wydawał nam się duży. Byli z nim i inni którzy robili to samo, te same rzeczy, ale może dlatego że znaliśmy spośród nich tylko jego, tylko jego słyszeliśmy jak nocami chrapie w cichym domu, widzieliśmy jak je, słyszeliśmy jak mówi, wiedzieliśmy jak lubi spać i co lubi jeść i jak lubi mówić. Nie był duży a jakimś sposobem wydawał się jeszcze mniejszy na koniu niż bez konia bo Jupiter był duży i kiedy myślałeś o Ojcu to myślałeś że też jest duży więc kiedy myślałeś o Ojcu dosiadającym Jupitera to jakbyś sobie mówił: "Razem też będą duzi; normalnie nie do wiary". No i nie wierzyłeś w to bo faktycznie nie byli. Podszedł do stopni i zaczął po nich wchodzić, z szablą ciężką i płaską u boku. I wtedy znów to poczułem, jak za każdym razem kiedy wracał, jak tego dnia wiosną kiedy jechałem podjazdem stojąc na jednym z jego strzemion - tę woń jego ubrań i brody i ciała też która, jak wierzyłem, była zapachem prochu i chwały na wieki, zwycięskich wybrańców, ale dziś rozumiem to lepiej: dziś wiem że była to tylko wola przetrwania, kpiarska czy nawet rozbawiona odmowa samooszukiwania która nie ma nic wspólnego z tym optymizmem który wierzy że to co nas spotka może być najgorszym co będziemy musieli przeżyć. Wszedł po czterech stopniach, o każdy ze stopni uderzając szablą w miarę jak wchodził (bo takiego był w rzeczywistości wzrostu), po czym przystanął i zdjął kapelusz. To właśnie mam na myśli: że robił rzeczy większe od siebie. Gdyby stanął na tym równym poziomie z Babcią nie musiałby szczególnie pochylać głowy żeby go ucałowała. Ale tego nie zrobił. Zatrzymał się dwa stopnie niżej, z obnażoną głową i podanym do przodu czołem żeby mogła je dotknąć wargami, i to że teraz Babcia musiała się lekko pochylić nie odebrało nic owej iluzji wzrostu i wielkości którą miał w naszych oczach.

- Spodziewałam się ciebie - powiedziała Babcia.

- Aha - odparł Ojciec. A potem spojrzał na mnie, który wciąż na niego patrzyłem, podobnie jak Ringo z podnóża schodów w dole.

- Ostro jechałeś z Tennessee - powiedziałem.

- Aha - odparł znowu Ojciec.

- W Tennessee pana wychuzili - rzucił Ringo. - Co oni tam jezą, panie Ziezicu? To samo co nasi tutej?

A potem powiedziałem, patrząc mu prosto w twarz, kiedy i on na mnie patrzył:

- Loosh mówi że nie byłeś w Tennessee.

- Loosh? - spytał Ojciec. - Loosh?

- Wejdź proszę - powiedziała Babcia. - Louvinia już ci stawia obiad na stole. Ledwo będziesz miał czas się umyć.

II

Owego popołudnia zbudowaliśmy zagrodę. A zbudowaliśmy ją głęboko na dnie parowu nad strumieniem, tak że aby ją znaleźć trzeba by wiedzieć gdzie szukać, a nie widziało się jej dopóki się nie podeszło do samych sokociekących, siekiero­ciosanych żerdzi przeplecionych przez i wplecionych w tę dżunglę. Byliśmy tam wszyscy - Ojciec i Joby i Ringo i Loosh i ja - Ojciec wciąż w sztylpach ale już bez płaszcza, tak że po raz pierwszy zobaczyliśmy że spodni nie miał konfederackich tylko jankeskie3, z nowego, mocnego granatowego sukna które zdobyli (on i jego szwadron), no i już bez szabli. Pracowaliśmy szybko, wyłapywaliśmy drzewka - wierzby i czerwone klony, dęby błotne i dęby żółte - i, nawet nie ociosawszy ich porządnie, ciągnęliśmy je mułami albo i własnoręcznie przez błoto i kolcorośle tam gdzie czekał Ojciec. No i jeszcze to; Ojca było wszędzie pełno: z drzewkiem pod każdą pachą ciągnął je przez błoto i kolcorośle niemal szybciej niż muły; wpychał żerdzie gdzie trzeba kiedy Joby i Loosh wciąż się kłócili od którego końca zacząć. O to chodziło: nie że Ojciec pracował szybciej i ciężej niż wszyscy inni, choć wyglądałby na większego (przynajmniej dla dwunastolatków, przynajmniej dla dwunastoletnich Ringa i mnie) gdyby stanął gdzieś i kazał "Zrób to, zrób tamto" tym którzy by to robili; ale o to jak to robił. Kiedy zasiadł na swoim stałym miejscu przy stole w jadalni i skończywszy słoninę i zieleninę i chleb kukurydziany i maślankę które przyniosła mu Louvinia (a my patrzyliśmy i czekaliśmy, przynajmniej Ringo i ja, czekaliśmy na noc i na gadanie, na opowiadanie), otarł brodę i powiedział: "To teraz zbudujemy nową zagrodę. I będziemy też musieli naciąć żerdzi"; a kiedy to powiedział, Ringo i ja wyobrażaliśmy to sobie pewnie tak samo. Że będziemy tam wszyscy - Joby i Loosh i Ringo i ja na skraju parowu, ustawieni w pewnym porządku - porządku polegającym nie na jakimś wyczekiwaniu i podniecaniu się atakiem czy nawet zwycięstwem, ale raczej na owym biernym acz dynamicznym utwierdzeniu się które musiały odczuwać hufce Napoleona - a naprzeciwko nas, między nami a dnem parowu, między nami a czekającymi sokociekącymi pniami które miały się przemienić w martwe żerdzie, Ojciec. Dosiadał teraz Jupitera; miał na sobie szamerowany oficerski mundur; i kiedy tak patrzyliśmy, dobył szabli. A dobył jej obejmując nas pełnym zrozumienia spojrzeniem, już obracając Jupitera przez ściągnięcie wędzidła; ze wzburzonymi włosami pod przekrzywionym kapeluszem, z szablą błyskającą i lśniącą; krzyknął, nie głośno, a jednak stentorowo: "Kłus! Cwał! Do ataku!". A potem, bez potrzeby choćby ruszenia się z miejsca, mogliśmy obaj obserwować go i śledzić - niedużego człowieka (który w połączeniu z koniem wydawał się mieć akurat właściwe rozmiary bo był na tyle duży na ile miał wyglądać a - w oczach dwunastolatków - wyglądał na wyższego niż większość ludzi mogłaby sobie zamarzyć), stojącego w strzemionach ponad dymnobarwną, zmniejszającą się błyskawicą, pod łukokreślną miriadą szablowych błysków od których wybrane drzewka, zżęte ogłowione i docięte, wyskakiwały i padały w równe, gotowe pokosy które starczyło tylko zabrać i ułożyć w gotowe ogrodzenie.

Słońce zeszło już z dna parowu kiedy ukończyliśmy ogrodzenie, to znaczy kiedy zostawiliśmy Joby'ego i Loosha przy ustawianiu trzech ostatnich przęseł, ale wciąż świeciło na stoku pastwiska, kiedyśmy tamtędy jechali, ja za Ojcem na jednym mule, Ringo na drugim. A zeszło i z pastwiska kiedy zostawiwszy Ojca w domu wróciłem do obory, gdzie Ringo już zawiązał krowie postronek. Więc wróciliśmy do nowej zagrody, z cielakiem idącym w ślad za krową wpadającym na nią, trącającym ją pyskiem za każdym razem kiedy przystawała żeby podjeść garść trawy, i z pędzącą naprzód maciorą. I to ona (maciora) jako jedyna poruszała się powoli. Zdawało się że idzie wolniej niż krowa nawet kiedy krowa przystawała a Ringo aż się chwiał od gwałtownego naprężenia sznurka i wrzeszczał na krowę, więc było już dość ciemno kiedy dotarliśmy do nowej zagrody. Ale była jeszcze spora dziura żeby zagonić do środka zwierzęta. Ale i w tamtych czasach nie martwiliśmy się o takie rzeczy.

Zagoniliśmy je - oba muły, krowę z cielakiem, maciorę; ostatnie przęsło postawiliśmy już po omacku i wróciliśmy do domu. Była już zupełna noc, nawet na pastwisku; widzieliśmy lampę w kuchni i czyjś cień przesuwający się w oknie. Kiedy weszliśmy, Ringo i ja, Louvinia akurat zamykała jeden z wielkich kufrów ze strychu, których nie znoszono po schodach od Bożego Narodzenia cztery lata nazad które spędzaliśmy w Hawkhurst, kiedy nie było jeszcze żadnej wojny a Wuj Dennison jeszcze żył4. Był to wielki kufer i ciężki nawet kiedy był pusty; nie stał jeszcze w kuchni kiedy ruszaliśmy budować zagrodę więc musiał zostać zniesiony na dół jakoś popołudniem, kiedy Joby i Loosh siedzieli na dnie parowu i nie było nikogo kto mógłby go znieść prócz Babci i Louvinii, a potem jeszcze Ojca, jak już wróciliśmy do domu na mule, więc i to było częścią powagi sprawy; może to i Ojciec zniósł kufer ze strychu. A kiedy poszliśmy na kolację, stół zastawiono kuchennymi nożami i widelcami w miejsce srebrnych, a kredens (na którym odkąd pamiętałem stała srebrna zastawa i gdzie stała zawsze poza wtorkowymi popołudniami, kiedy Babcia i Louvinia i Philadelphy zawsze ją czyściły, nikt nie wiedział czemu, prócz może Babci, bo przecież nigdy jej nie używano) był ogołocony.

Szybko uporaliśmy się z jedzeniem. Ojciec jadł już wcześniejszym popołudniem, a poza tym na to Ringo i ja właśnie czekaliśmy: na czas po kolacji, godzinę rozluźnionych mięśni i pełnych kiszek, na gadanie. Wiosną kiedy poprzednio zjechał do domu, czekaliśmy tak samo jak teraz, aż zasiadł w swoim starym fotelu a hikorowe polana strzelały i trzaskały w palenisku zaś po obu stronach paleniska siedzieliśmy obaj, Ringo i ja, pod gzymsem ponad którym na dwóch kołkach wisiał zdobyczny muszkiet przywieziony przez Ojca dwa lata wcześniej z Wirginii5, załadowany i naoliwiony jak należy. Potem słuchaliśmy. I usłyszeliśmy: nazwiska - Forrest i Morgan i Barksdale i Van Dorn6; słowa takie jak Przełęcz i Potok których nie mieliśmy w Missisipi choć mieliśmy przecież Barksdale'a i Van Dorna dopóki go nie zastrzelił mąż jakiejś pani, a Generał Forrest to nawet któregoś dnia przejechał całą South Street w Oxfordzie co oglądaliśmy przez szybę na której jakaś dziewczyna wydrapała diamentem z pierścionka swoje imię: Celia Cook.

Ale mieliśmy dopiero po dwanaście lat; nie słuchaliśmy tego. Ringo i ja słyszeliśmy tylko armaty i flagi i anonimowe wrzaski. Tego właśnie chcieliśmy posłuchać tego wieczora. Ringo czekał na mnie w sieni; czekaliśmy aż Ojciec usadowi się w swoim fotelu w pokoju który on i murzyni nazywali Gabinetem - Ojciec bo stało tam jego biurko w którym trzymał siewne nasiona bawełny i kukurydzy i to w tym pokoju zdejmował swoje ubłocone sztylpy i siedział w samych skarpetach a sztylpy schły przy palenisku i to tam psy mogły sobie bezkarnie wchodzić i wychodzić, leżeć na dywaniku przed kominkiem a nawet spędzać tam zimne noce - czy to Matka, która zmarła przy moim urodzeniu, dała mu przed śmiercią taką dyspensę a Babcia później ją szanowała czy może dyspensę dała mu Babcia bo Matka zmarła tego nie wiem: a murzyni nazywali to Gabinetem bo do tego pokoju ich zabierano żeby stanęli przed Patrolowcem7 (siedzącym na jednym z prostych niewyściełanych krzeseł i palącym jedno z cygar Ojca jak on ale bez kapelusza na głowie) i zaklinali się że z pewnością nie byli tymi ani tam których i gdzie on (Patrolowiec) ich widział - a który Babcia nazywała biblioteką bo stała tam jedna szafka zawierająca komentarze Coke'a do Littletona, Flawiusza, Koran, rocznik 1848 "Spraw Missisipi", kazania Taylora, Maksymy Napoleona, traktat astrologiczny liczący tysiąc dziewięćdziesiąt stron, Historyę wilkołaków w Anglyi, Irlandyi, Szkocyi obeimuyącą takoż Walyę pióra Wielebnego Ptolemeusa Thorndyke'a, M.S. (Edynburg), "Kwartalnik Królewskiego Towarzystwa Nauk", dzieła zebrane Waltera Scotta, dzieła zebrane Fenimore'a Coopera, a także oprawny w papier komplet Dumasa, oprócz owego tomu, który wypadł Ojcu pod Manassas8 (podczas odwrotu, jak powiedział).

Więc Ringo i ja znów przykucnęliśmy i czekaliśmy cichutko podczas gdy Babcia szyła przy lampie stojącej na stole a Ojciec siedział w swoim starym fotelu na starym miejscu, z ubłoconymi sztylpami skrzyżowanymi i wspartymi na starych śladach obcasów obok zimnego pustego kominka, żując tytoń pożyczony od Joby'ego. Joby był grubo starszy od Ojca. Za stary był żeby zabrakło mu tytoniu tylko dlatego że toczy się wojna. Przybył do Missisipi z Karoliny razem z Ojcem i był kamerdynerem Ojca przez cały czas wychowując i przyuczając Simona, ojca Ringa, żeby to przejął kiedy on sam (Joby) się zestarzeje, a co miało nastąpić już parę lat temu gdyby nie wojna. Więc Simon pojechał z Ojcem; był dalej w Tennessee z armią. Czekaliśmy aż Ojciec zacznie; a czekaliśmy tak długo, że po hałasach z kuchni wiedzieliśmy że Louvinia już prawie ze wszystkim się uporała; uznałem więc że Ojciec czeka aż Louvinia skończy i też przyjdzie posłuchać, więc spytałem:

- To jak można walczyć w górach, Ojcze?

I na to właśnie czekał, choć nie w takim sensie w jakim rozumieliśmy to Ringo i ja, bo odparł:

- Nie da się. Po prostu trzeba. A teraz chłopcy biegiem do łóżka.

Weszliśmy po schodach. Ale nie do końca; zatrzymaliśmy się i przysiedliśmy na najwyższym stopniu, tuż za kręgiem światła lampy z sieni, wpatrzeni w drzwi do Gabinetu, wsłuchani; po chwili Louvinia nie spojrzawszy w górę przecięła sień i weszła do Gabinetu; słyszeliśmy jak rozmawia z Ojcem:

- Kufer gotowy?

- Ta proszpana. Gotowy.

- To powiedz Looshowi żeby naszykował latarnię i szpadle i czekał na mnie w kuchni.

- Ta proszpana - powiedziała Louvinia.

Wyszła; znów przecięła sień nie spojrzawszy nawet na schody, choć zwykła iść za nami na górę i stawać w drzwiach sypialni i rugać nas aż położyliśmy się do łóżka - ja w samym łóżku, Ringo na barłożku obok. Ale tym razem nie tylko nie obchodziło jej gdzie jesteśmy, ale nawet nie zastanawiała się gdzie nas nie ma.

- Wiem co jest w tym kufsze - wyszeptał Ringo. - Ssebro. Jak ci sie wizi...

- Ćśśśś... - odparłem.

Słychać było głos Ojca, rozmawiającego z Babcią. Po chwili znów pojawiła się Louvinia i znów przecięła sień. Siedzieliśmy na najwyższym stopniu, słuchając głosu Ojca, mówiącego coś Babci i Louvinii.

- Vicksburg? - wyszeptał Ringo. Siedzieliśmy w cieniu; nie widziałem nic oprócz jego gałek ocznych. - Vicksburg pad? Że co on mówi że spad do Rzeki? Razem z gienrałem Pembertonem?

- Ćśśśśś! - odparłem.

Siedzieliśmy blisko siebie w cieniu, słuchając Ojca. Może to ta ciemność a może byliśmy znów dwiema ćmami, dwoma piórkami, a może jest taki moment w którym wiara niezachwianie spokojnie i nieodwołalnie gaśnie, bo oto nagle Louvinia stała nad nami i szarpaniem wybudzała nas ze snu. Nawet nas nie obrugała. Poszła za nami na górę i stanęła w progu sypialni i nawet nie zaświeciła lampy; nie potrafiłaby nawet powiedzieć czyśmy się rozebrali czy nie nawet gdyby na tyle się skupiła żeby wiedzieć że pewnie nie. Może i słuchała jak Ringo i ja tego, co jak nam się zdawało słyszymy, choć powinienem był wiedzieć że nie, bo przecież wiedziałem że trochę pospaliśmy na tych schodach; mówiłem sobie "Musieli już go wynieść, są już w sadzie i kopią". Bo to jest ten moment w którym gaśnie wiara; byłem przekonany że gdzieś pomiędzy budzeniem się a zasypianiem widziałem albo przyśniło mi się że widzę latarnię w sadzie, pod jabłoniami. Ale nie wiem czy widziałem to czy nie, bo potem nastał ranek i padało i Ojca już nie było.

III

Musiał był odjechać w deszczu, który wciąż jeszcze padał w porze śniadania a potem i przy obiedzie, więc wyglądało na to że w ogóle nie musimy wychodzić na dwór, aż wreszcie Babcia odłożyła robótkę, mówiąc:

- Dobrze. Przynieś książkę kucharską, Marengo9. - Ringo przyniósł książkę kucharską z kuchni po czym obaj, Ringo i ja, położyliśmy się na brzuchach na podłodze a Babcia otworzyła książkę i spytała: - O czym dziś poczytamy?

- Poczytaj o cieście - powiedziałem.

- Dobrze. O jakim cieście?

Ale tego nie musiała mówić bo zanim otworzyła usta Ringo już jej odpowiadał:

- O cieśsie kokusowym, Babciu.

Zawsze mówił że o kokosowym bo nigdy nie udało się ustalić czy w końcu kiedykolwiek go spróbował czy nie. Podano je na to Boże Narodzenie zanim wszystko się zaczęło i Ringo usiłował sobie przypomnieć czy dostali trochę do kuchni czy nie, ale nie pamiętał. Czasem próbowałem mu w tym pomóc, prosząc żeby sam powiedział jak smakowało i jak wyglądało i czasem prawie gotów był zaryzykować i coś powiedzieć ale zaraz zmieniał zdanie. Bo jak powiedział, wolał myśleć że może go spróbował tylko nie pamięta niż wiedzieć z całą pewnością że nie spróbował; bo gdyby opisał smak nie tego ciasta, to już do końca życia nie spróbowałby ciasta kokosowego.

- Widzi mi się że raz więcej nam nie zaszkodzi - orzekła Babcia.

Deszcz przestał padać w połowie popołudnia; słońce świeciło kiedy wyszedłem na tylną werandę, a już słyszałem za plecami jak Ringo pyta "Gdzie idziemy?" i pytał tak dalej jak jużeśmy minęli wędzarnię skąd widać było stajnię i chaty10: "Gzie tera iziemy?". Zanim doszliśmy do stajni w zasięgu wzroku pojawili się Joby i Loosh przy ogrodzeniu pastwiska, prowadzący muły z nowej zagrody, a Ringo spytał:

- Co tera bęziemy robiś?

- Pilnować go.

- Pilnowaś go? Kogo? - Spojrzałem na Ringa. Gapił się na mnie gałkami białymi i milczącymi jak zeszłej nocy. - Mówisz o Looshu. Kto nam go kazał pilnowaś?

- Nikt. Po prostu wiem.

- Bayard, pszyśniło ci sie?

- Tak. Zeszłej nocy. To był Ojciec i Louvinia. I Ojciec kazał pilnować Loosha, bo on wie.

- Wie? - spytał Ringo. - Co wie? - Ale nie musiał nawet pytać; z następnym oddechem odpowiedział sam sobie, wpatrując się we mnie tymi okrągłymi, cichymi oczami, lekko mrugając: - Wszoraj. Vicksburg. Kiedy go pszewalił. Jusz wieział, jusz wtedy. Jak kiedy poedział sze Ziezic nie był w Tennessee no i wiadomo że Ziezic nie był. Mówsze; co tam jeszsze ci sie pszyśniło?

- To wszystko. Żeby go pilnować. Że będzie wiedział zanim my się dowiemy. Ojciec powiedział że Louvinia też musi go pilnować, nawet jeśli to jej własny syn, że jeszcze trochę będzie musiała pobyć biała. Bo jak go będziemy pilnować, to z tego co robi zorientujemy się że jest już blisko.

- Że co jest jusz blisko?

- Nie wiem.

Ringo odetchnął głęboko, raz.

- To tak jusz jest - odparł - jak by ci kto poedział, to mogło być łgastwo. Ale jak ci sie śniło, to nie łgastwo bo nikt ci tego nie poedział. Musimy go pilnowaś.

Poszliśmy za nimi kiedy zaprzęgli muły do wozu i zjechali dalej za pastwisko gdzie rąbali drwa. Pilnowaliśmy ich dwa dni, z ukrycia. Wtedy się zorientowaliśmy jak dokładnie Louvinia nas dozoruje, nieustannie. Czasem kiedy siedzieliśmy w ukryciu obserwując jak Loosh i Joby ładują wóz słyszeliśmy że na nas wrzeszczy i musieliśmy się wymykać i pobiec żeby Louvinia mogła nas znaleźć jak nadchodzimy z przeciwnej strony. Czasem natykała się na nas nawet zanim mieliśmy czas zatoczyć koło, a wtedy Ringo krył się za mną kiedy nas rugała: "So za diabelstwa znowu szykujesie? Knujesie coś. So takiego?". Ale niczego jej nie mówiliśmy tylko wracaliśmy za nią do kuchni gdzie rugała nas przez ramię a kiedy już poszła do domu ruszaliśmy po cichutku aż znów traciła nas z oczu a my biegliśmy z powrotem żeby się ukryć i pilnować Loosha.

Więc byliśmy pod chatą jego i Philadelphy tego wieczora kiedy stamtąd wyszedł. Zeszliśmy z nim do nowej zagrody i słyszeliśmy jak chwyta muła i odjeżdża. Biegliśmy, ale kiedyśmy dotarli do drogi słychać było tylko tętent muła zamierający w oddali. Ale zaszliśmy dobry kawałek, bo nawet krzyki wołającej nas Louvinii brzmiały słabo i cicho. Popatrzyliśmy na oświetloną gwiazdami drogę, w ślad za mułem.

- To tam gdzie Corinth - powiedziałem.

Wrócił dopiero następnego dnia po zmroku. Trzymaliśmy się domu i na zmianę pilnowaliśmy drogi, żeby Louvinia dała się uspokoić na wypadek gdyby pojawił się późno. I było późno; odprowadziła nas do łóżek a my znów się wymknęliśmy; przechodziliśmy właśnie koło chaty Joby'ego kiedy drzwi się otwarły i Loosh jakby wybił z ciemności tuż około nas. Był tak blisko mnie że prawie mogłem go dotknąć a w ogóle nas nie widział; i nagle po prostu tam sobie stał w rozświetlonym progu jakby wycięty z blachy w kształt biegacza i już był w środku chaty i drzwi znów zatrzasnęły się na czarno zanim się zorientowaliśmy cośmy zobaczyli. A kiedy zajrzeliśmy przez okno stał na tle ognia, w ubraniu postrzępionym i zabłoconym od krycia się przed Patrolowcami po bagnach i parowach i znów z tą miną która przypominała pijaństwo ale nim nie była, jakby od dawna nie spał i wcale nie chciał zasnąć, a Joby i Philadelphy pochyleni w blasku od paleniska patrzyli na niego a Philadelphy też z rozdziawionymi ustami i taką samiuteńką miną. Potem zobaczyłem stojącą w drzwiach Louvinię. Nie słyszeliśmy jak za nami przeszła a jednak tu się znalazła, z dłonią na framudze drzwi, i patrzyła na Loosha, i znów nie miała na głowie starego kapelusza Ojca.

- Mówisz że wszyskich nas wyzwolą? - spytała Philadelphy. - Wszyssy bedziemy wolni?

- Tak - odparł Loosh, głośno, z głową odrzuconą do tyłu; nawet nie spojrzał na Joby'ego, kiedy Joby powiedział:

- Sicho, Loosh!

- Tak! Gienrał Sherman wszysko wymiecie i cała Rasa bęzie wyzwolona!

Wtedy Louvinia przecięła podłogę dwoma krokami i solidnie walnęła Loosha w głowę na płask.

- Ty czarny durniu! - krzyknęła. - Myśsisz że starczy Jankesów na całym świesie żeby spuśsić manto białym?

Pobiegliśmy do domu, nie czekając na Louvinię; znów nie wiedzieliśmy że idzie za nami. Wbiegliśmy do pokoju w którym Babcia siedziała przy lampie z rozłożoną na kolanach biblią i szyją wygiętą tak żeby nas widzieć przez okulary. Krzyknąłem:

- Jadą tu nas wyzwolić!

- Co proszę?

- Loosh ich widział. Są już na drodze. To Generał Sherman i on wszystkich nas wyzwoli!

I patrzyliśmy na nią, czekając kogo pośle żeby zdjął ze ściany muszkiet: czy Joby'ego bo najstarszy, czy Loosha bo już ich widział i wiedziałby do czego strzelać. A potem i ona krzyknęła, a jej głos był równie silny i donośny co głos Louvinii:

- Ejże, Bayardzie Sartorisie! Czemu jeszcze nie leżysz w łóżku? Louvinio! - zawołała. A Louvinia weszła. - Zabierz te dzieci na górę do łóżek a jeśli usłyszysz stamtąd cokolwiek to pozwalam ci, ba, nalegam żebyś im obu wymierzyła lanie.

Błyskawicznie znaleźliśmy się w łóżku. Ale nawet wtedy nie mogliśmy rozmawiać, bo Louvinia miała się położyć na ławeczce w sieni. A że Ringo bał się wdrapać do mnie na łóżko, to ja zszedłem do niego na barłożek.

- Musimy pilnować drogi - powiedziałem.

Ringo zajęczał:

- To chyba to my musimy.

- Boisz się? - spytałem.

- Naet nie barzo - odparł - po prostu wolałbym żeby Ziezic John był tutej.

- Ale go nie ma - powiedziałem - i to my musimy.

Pilnowaliśmy drogi przez dwa dni, leżąc w jałowczaku11. Od czasu do czasu Louvinia na nas powrzaskiwała ale powiedzieliśmy jej gdzie jesteśmy i że budujemy tam kolejną mapę, a poza tym widziała jałowczak z kuchennego okna. Było tam chłodno i cieniście, i cicho, Ringo przez większość czasu spał a i ja trochę pospałem. Śniło mi się, że było tak jakbym patrzył na naszą okolicę aż nagle dom i stajnia i chaty i drzewa i wszystko znikło a ja patrzyłem na miejsce płaskie i puste jak kredens i robiło się coraz ciemniej i ciemniej aż nagle już na to nie patrzyłem, tylko tam byłem: podążało tamtędy jakieś przestraszone stadko małych figurek, byli tam Ojciec i Babcia i Joby i Louvinia i Loosh i Philadelphy i Ringo i ja i wszyscyśmy się tam snuli zagubieni a robiło się coraz ciemniej i ciemniej a my już na zawsze nie mieliśmy domu gdzie moglibyśmy się podziać bo byliśmy na zawsze wyzwoleni; aż wtedy usłyszałem jak Ringo się zachłysnął a ja patrzyłem na drogę na samym środku której siedział na jasnogniadym koniu patrząc przez lunetę na dom, Jankes. Dłuższą chwilę po prostu leżeliśmy i patrzeliśmy na niego. Nie wiem czego się spodziewaliśmy ale z miejsca wiedzieliśmy że to on; pamiętam że pomyślałem Wygląda zupełnie jak człowiek po czym spojrzeliśmy po sobie z Ringiem i zaraz zczołgaliśmy się ze wzgórza nie pamiętając nawet kiedy zaczęliśmy się czołgać a dalej zbiegliśmy pastwiskiem do domu nie pamiętając nawet kiedy zerwaliśmy się na nogi. Zdawało się że biegniemy bez końca, z głowami odrzuconymi do tyłu i zaciśniętymi pięściami aż dobiliśmy do ogrodzenia i przewaliliśmy się przez nie i wbiegliśmy do domu. Fotel babci przy stoliku na którym leżała robótka był pusty.

- Szybko! - krzyknąłem. - Przysuń go tutaj!

Ale Ringo się nie ruszył; zrobił oczy jak porcelanowe gałki do drzwi kiedy zobaczył że ciągnę fotel wspinam się nań i zaczynam ściągać muszkiet. Ważył z siedem kilo, choć gorsza od wagi była długość; wreszcie go odczepiłem a wtedy fotel z całą resztą runął ze strasznym łoskotem; usłyszeliśmy jak na piętrze Babcia siada na łóżku po czym usłyszeliśmy jej głos:

- Kto tam?

- Szybko! - powiedziałem. - Prędzej!

- Boje sie.

- Ejże, Bayardzie! - zawołała Babcia. - Louvinio!

Trzymaliśmy we dwóch muszkiet jak kłodę drewna.

- Chcesz być wyzwolony? - spytałem. - Chcesz być wyzwolony?

I tak go nieśliśmy, jak kłodę, jeden na każdym końcu, biegiem. Przebiegliśmy przez zagajnik do drogi i schowaliśmy się za wiciokrzewem akurat kiedy koń wychynął zza zakrętu. Nic innego nie słyszeliśmy, może przez nasze dyszenie a może dlatego że nie spodziewaliśmy się nic usłyszeć. Nie spojrzeliśmy nawet ponownie, zbyt byliśmy zajęci odbezpieczaniem muszkietu. Ćwiczyliśmy to wcześniej, raz czy dwa kiedy Babci akurat nie było a Joby przychodził go sprawdzić i wymienić kapiszon na kominku12. Ringo go ustawił na sztorc a ja chwyciłem lufę oburącz, wysoko, podciągnąłem się i zacisnąłem na nim nogi i ześlizgnąłem się na kurek aż go odciągnąłem. To właśnie robiliśmy, więc nie mieliśmy czasu żeby się rozglądać, muszkiet już leżał na plecach Ringa który się pochylił, z dłońmi na kolanach dysząc: "Zaszczel suwysyna! Zaszczel!" aż muszka była w szczerbince i zanim zacisnąłem oczy zobaczyłem jeszcze jak człowiek i jasny koń znikają w dymie. Gruchnęło jak piorun i nadymiło jak wypalanie traw i usłyszałem krzyk konia ale nic więcej nie widziałem; to Ringo zawodził:

- Wielki Bosze, Bayard! To cała armia!

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Rzecz dzieje się w czerwcu 1862 roku. Admirał David Farragut - z pochodzenia Południowiec z Tennessee, który uznał secesję za zdradę i wstąpił do armii Unii - zdobył Nowy Orlean u ujścia Missisipi, wpłynął swoją flotyllą w głąb rzeki i zaczął zdobywać kolejne miasta. W maju dotarł do Vicksburga, który jednak się obronił - i bronił się ponad rok (wówczas poja­wili się tam generałowie Van Dorn i Pemberton, ale Bayard, opowiadając tę historię po latach, może tego nie pamiętać). Była to ostatnia twierdza secesjonistów nad brzegami Missisipi, która upadła dopiero dzień po bitwie pod Gettysburgiem, 4 lipca 1863 roku - i były to wydarzenia podobnej rangi dla losów wojny. Vicksburg znajdował się ponad trzysta kilometrów na południowy zachód od plantacji Sartorisów, tymczasem sto dwadzieścia kilometrów na północny wschód od plantacji znajduje się Corinth, który Unia zajęła w ostatnich dniach maja 1862 roku, 6 czerwca padło Memphis, a granicę hrabstwa Yoknapatawpha Jankesi przekroczyli 18 czerwca. [Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza].

2 W oryg. head rag lub headrag - nie chodzi o zwykłą chustkę, wiązaną pod brodą, jak u polskich chłopek, ale o szczególny rodzaj zawoju (jak u Mammy w Przeminęło z wiatrem). W XVIII wieku zarówno w Ameryce, jak i w Europie turbany, wywodzące się z mody na Orient, wyróżniały służących­-niewolników. Z czasem jednak pozostały tylko elementem stroju kobiecego. W niektórych stanach były nawet nakazane niewolnicom przepisami prawa. Jak jednak wskazują autorzy Slavery and the Making of America (należącej do telewizji PBS strony edukacyjnej - teraz, kiedy tłumaczę tę książkę, likwidowanej właśnie przez administrację Trumpa), narzucony prawem zawój (który miał chronić włosy przed brudem i wszawicą, a także identyfikować niewolnice) z czasem stał się również, dzięki rozmaitym możliwościom wiązania tkaniny, elementem podkreślającym osobowość i gust kobiet, które nie miały zbyt wielu innych możliwości, by je demonstrować.

3 Bawełnę produkowano na Południu, ale przetwarzano na Półno­cy, więc Konfederacja miała stopniowo coraz większe problemy z umundurowaniem. Szacuje się, że pod koniec wojny już większość żołnierzy Południa mogła nosić jankeskie spodnie (za: James C. Hinkle, Robert McCoy, The Unvanquished. Glossary and Commentary, Jackson 1995, s. 24).

4 Dennison Hawk poślubił siostrę Babci - był, jak Sartorisowie, właścicielem plantacji (wspomniane Hawkhurst). Zginął w bitwie pod Shiloh (6-7 kwietnia 1862 roku, a zatem nieco ponad dwa miesiące przed opisywanymi tu wydarzeniami), która otworzyła Unii drogę na Corinth i dalej. Ojciec Dennisona Hawka młodszego i Drusilli.

5 Jak zauważają Hinkle i McCoy (dz. cyt., s. 31), nie było to możliwe - pierwsze poważne walki w Wirginii to bitwa pod Manassas latem 1861 roku; wynika to z połączenia opowiadań w powieść z odmienną chronologią, przez co powstały niemożliwe do wytłumaczenia niespójności.

6 Generałowie Konfederacji: William Barksdale zginął pod Gettysburgiem; Earl Van Dorn faktycznie słynął jako kobieciarz - na kwaterze w Tennessee zaczął romans z żoną miejscowego doktora, Petersa, który go zastrzelił; Nathan Bedford Forrest, wybitny dowódca kawalerii, przeżył wojnę i realizował się jako pierwszy przywódca (Wielki Czarnoksiężnik) Ku Klux Klanu; John Hunt Morgan walczył pod Shiloh i słynął z szybkich wypadów (militarnych, ale i łupieżczych) na tereny wroga - w czasie jednego z takich wypadów jego oddział został otoczony, a Morgan padł zastrzelony podczas ucieczki.

7 Patroller był członkiem lokalnej cywilnej milicji i zajmował się kontrolowaniem, czy wszyscy niewolnicy po zmroku znajdują się na terenie plantacji, do której przynależą, a także doprowadzaniem ich, jeśli się oddalili.

8 Pierwsza duża bitwa wojny secesyjnej (21 lipca 1861 roku), zwana przez Północ pierwszą bitwą nad Bull Run, stoczona w Wirginii i zakończona zwycięstwem Konfederacji, której oddziały jednak istotnie z początku ponosiły klęskę.

9 Ringo jest zdrobnieniem od Marengo, czyli imienia konia Napoleona (skądinąd białego), nazwanego z kolei od zwycięskiej bitwy z 14 czerwca 1800 roku, w której Bonaparte pobił Austriaków.

10 Przyjęte słowo "chata" (Chata wuja Toma) jako odpowiednik cabin może być mylące. Niewolnicy mieszkali w niewielkich drewnianych szopach (na Południu były to raczej drewniane szkielety obite deskami, dalej na północ - ściany z bali) jedno- lub dwuizbowych (średnio o powierzchni 12 m2), gdzie gnieździła się cała rodzina. Na podłodze klepisko, na dachu gont, jedno okno (bez szyby), wylepione z gliny palenisko; mebli nie było, spano na luźnym sianie lub sienniku. O ile na Północy cabin było określeniem neutralnym rasowo, o tyle na Południu - jak piszą Hinkle i McCoy - taką samą chatę białych nazwano by house ("dom"): "Nazwanie domu jakiegokolwiek białego cabin było proszeniem się o bójkę. Było to prawdą jeszcze sto lat później i do pewnego stopnia jest prawdą po dziś dzień" (dz. cyt., s. 43; wszystkie cytaty z tej oraz pozostałych wzmiankowanych w przypisach oraz Posłowiu książek i artykułów podaje się w tłumaczeniu Jacka Dehnela).

11 W dawniejszych przekładach Faulknera cedar tłumaczono jako "cedr" - w rzeczywistości jest to jałowiec wirginijski, pochodzący z rodziny cyprysowatych, a nie z sosnowatych, jak cedry. Ma charakterystyczne różowe drewno, z którego wykonuje się ołówki - nazywane również u nas cedrowymi, dlatego w przypadku drewna zachowuję tę nazwę.

12 Chodzi tu o rodzaj spłonki stosowanej w muszkietach - była to mosiężna miseczka, od wewnątrz pokryta piorunianem rtęci; kapiszon taki nakładano na kominek, a kiedy naciśnięto spust, kurek uderzał w kapiszon, powodując zapłon piorunianu, który z kolei zapalał ładunek prochu, a ten wyrzucał pocisk. Muszkiety, dodajmy, były bardzo nieskuteczne - Hinkle i McCoy podają (dz. cyt., s. 30-31), że w pierwszej bitwie pod Manassas na każdego zabitego przypadało osiem do dziesięciu tysięcy wystrzelonych z muszkietów nabojów. Jedną z przyczyn wysokiej śmiertelności w późnych fazach wojny secesyjnej było to, że muszkiety zostały stopniowo wyparte przez karabiny powtarzalne (np. karabiny Henry'ego, czyli prototyp winchesterów), ale nie nadążała za tym taktyka wojskowa; podobny proces miał miejsce podczas I wojny światowej przy wprowadzaniu karabinów maszynowych.