Rozdział drugi
W roku, w którym się urodziłam, 1989, Gay Masters wykładała na Uniwersytecie Illinois. Jako doktor logopedii twierdzi, że w swoim życiu podjęła niewiele świadomych decyzji.
Gay dorastała na dalekich wschodnich przedmieściach Cincinnati, w małym miasteczku o nazwie Milford. Były to jednak mniej przedmieścia, a bardziej wieś - przestronne tereny, na których Mastersowie nigdy nie zamykali drzwi, a ich pies biegał swobodnie. Zamieszkiwanie z dala od cywilizacji oznaczało jednak, że zanim Gay ukończyła szkołę średnią, była tylko na dwóch randkach, a jej życie miłosne zostało stłumione w zarodku przez nadopiekuńczych rodziców, którzy nie pozwalali swoim synom jeździć po nią pustymi drogami - a owe dwie randki, obie na tańcach w szkole średniej, były nadzorowane przez ojców, którzy uważali, że tylko oni mogą prowadzić samochód.
Jej własny ojciec sprzedawał styropian, a skrzypiące produkty z pianki były obecne w całym domu. Był jednak niezmiennie uczciwy (co może być wadą w bezlitosnym świecie sprzedaży), a kiedy Gay chodziła do drugiej klasy, zwolnił się z pracy, bo jego szef poprosił go o okłamywanie klientów. Chcąc uniknąć utraty domu, matka Gay zatrudniła się jako sekretarka w kancelarii prawnej. Te posadę zachowała także po tym, jak jej mąż ponownie rozpoczął działalność handlową, tym razem jako agent ubezpieczeniowy.
Składając podanie do college'u, Gay myślała o zostaniu pedagogiem specjalnym. Ten kierunek studiów wydawał się naturalnym przedłużeniem zajęć przygotowujących do college'u, w których uczestniczyła w szkole średniej. Matka odrzuciła jednak jej pierwszy wybór, Uniwersytet w Cincinnati, ze względu na to, że był zbyt blisko domu. Wiedziała, że jej córka jest dobrą dziewczyną o gołębim sercu, a jej skłonność do poświęcania się - w połączeniu z faktem, iż była najmłodsza spośród trojga rodzeństwa (na które oprócz niej składali się bardziej pewni siebie siostra i brat) - definiowała z góry jej przeznaczenie. Gdyby życie nie postanowiło napisać dla niej innego scenariusza, Gay utknęłaby w domu rodzinnym, by opiekować się starzejącymi się rodzicami. Nigdy nie wyszłaby za mąż i nigdy nie zaznałaby innego życia poza tym, które prowadziła do tej pory. Matka Gay widziała to oczami wyobraźni i poprzysięgła, że do tego nie dopuści.
Pracowała w kancelarii z dwiema kobietami, które spotkał właśnie taki los: zostały w domu, opiekowały się schorowanymi rodzicami, płaciły rachunki i podatki za rodzinny dom. A kiedy ich rodzice zmarli, reszta rodzeństwa w końcu raczyła się zjawić - tylko po to, aby powiedzieć: "Zamierzamy sprzedać dom, więc prosimy uprzejmie, żebyś się wyniosła. I nie - nie dostaniesz ani centa, bo przecież mieszkałaś tu za darmo przez całe życie!". Matka Gay wiedziała, że wspomniane kobiety również były najmłodsze z rodzeństwa, poza tym istniało duże prawdopodobieństwo, że jej pozostałe dzieci potraktują Gay w podobny sposób.
Gay trafiła zatem na uczelnię Ohio Wesleyan University, która idealnie spełniała minimalny wymóg matki dotyczący odległości: dwie godziny jazdy od domu. Był to ten sam uniwersytet, który ukończył brat dziewczyny. Z jego polecenia zapisała się na zajęcia z komunikacji głosowej. Na początku ostatniego semestru na roku dyplomowym jej doradca, którego również przedstawił jej brat, zaprosił ją do siebie na rozmowę.
- Na jakie studia uzupełniające zamierzasz iść?
- Nie zamierzam iść na studia uzupełniające - odpowiedziała rzeczowo Gay. - Moje wyniki testu z psychologii są zbyt słabe.
- Nie mam na myśli psychologii, lecz logopedię. Wszystkie programy logopedyczne będą wkrótce wymagały posiadania tytułu magistra, więc jeśli chcesz pracować w tej dziedzinie, będziesz musiała się dalej kształcić.
I w ten oto sposób Gay znalazła się na ścieżce swojej przyszłej kariery, nie bardzo wiedząc, kiedy właściwie zdecydowała się ją obrać.
W wieku dwudziestu kilku lat, w przerwie od kształcenia się, zakochała się w mężczyźnie z Gujany. Spotykali się przez kilka lat, zanim okazało się, że on nie zamierza się z nią ożenić, nie mówiąc już o posiadaniu dzieci.
- Obiecałem mojemu ojcu, że nie poślubię Europejki - powiedział jej w dniu, który byłby taki sam jak wszystkie inne, gdyby nie ta ostateczna, ale nadal wprawiająca w konsternację, deklaracja.
- Ale... ja nie jestem Europejką!
- Jesteś biała. Tak jak Europejczycy.
- Ale przecież obaj twoi bracia poślubili białe kobiety.
- Właśnie dlatego obiecałem to mojemu ojcu.
Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, że mógł jej to powiedzieć w dowolnym momencie w ciągu ostatnich ośmiu lat, mimo to została z nim jeszcze rok lub dwa, dopiero potem odeszła. Uznała, że jej matka dobrze przewidziała tę część jej przyszłości, która dotyczyła zamążpójścia - czy może raczej jego braku. Ale w przeciwieństwie do niektórych kobiet Gay nigdy nie zatraciła się w marzeniach o małżeństwie - nigdy nie fantazjowała o hucznych weselach i o tym, jak będą przebiegały, i w co powinna się na nie ubrać. Tym, o czym marzyła, było potomstwo - cała gromadka. Problem stanowiło nie tyle samo zawarcie związku, ile znalezienie takiego partnera, który chciałby mieć dwanaścioro dzieci. To był jeden z powodów, dla których tak bardzo kochała swój zawód, a więc pracę z najmłodszymi. Całym ich mnóstwem. Ale zanim Gay rozstała się z Gujańczykiem, wiedziała już, że jeśli chce zostać matką, prawdopodobnie będzie musiała zrealizować to marzenie na własną rękę - ponownie, jeśli Bóg da, dzięki sprzyjającym okolicznościom.
W 1979 roku siostra Gay zmarła na wirusowe zapalenie płuc. Była w ciąży z drugim dzieckiem, pozostawiając swoje pierwsze, zaledwie osiemnastomiesięczne, z pogrążonym w żałobie ojcem. Matka Gay nigdy nie doszła do siebie po tym incydencie. Zachorowała na rozedmę płuc, żyła z renty inwalidzkiej i tak mocno podupadła na zdrowiu, że przez ostatnie lata życia nie była w stanie wychodzić z domu. Odeszła w marcu 1989 roku, pozostawiając Gay pogrążoną w głębokiej żałobie. Niecałe trzy miesiące później, w czerwcu, urodziłam się ja - pół świata dalej.
Do tego czasu Gay przeniosła się z miejsca, w którym zrobiła doktorat na uniwersytecie w Buffalo, nieco bliżej domu, aby wykładać na Illinois State University. Tam wdała się w konflikt z szowinistycznym przewodniczącym wydziału, który subtelnie groził, że udaremni jej starania o zachowanie stanowiska, jeśli nie będzie się wzorowo zachowywać i osiągać doskonałych wyników. Pewnego razu poklepał ją po głowie i powiedział: "Nie jesteś już w Buffalo, dziewczynko".
Gay miała wtedy trzydzieści pięć lat i wciąż analizowała różne opcje macierzyństwa. Ponieważ ścigała się już z tykającym nieubłaganie zegarem biologicznym, utrzymując się z niezbyt imponującej pensji nauczycielki, najlepszym rozwiązaniem wydawało się sztuczne zapłodnienie. Postanowiła zadzwonić do banku spermy, aby dowiedzieć się czegoś na ten temat.
- Oczywiście, zapraszamy. Uprzedzamy jednak, że do przeprowadzenia zabiegu będzie nam potrzebna zgoda pani męża.
Gay milczała przez moment.
- Chwileczkę - powiedziała. - Jak już wspominałam, jestem singielką. Nie mam partnera. Ani męża. Właśnie dlatego chciałabym dokonać sztucznego zapłodnienia.
- Tak, tak, oczywiście. Potrzebujemy tylko zgody pani męża.
Zadzwoniła do innego banku spermy, ale tam z kolei wgląd w pełną biografię dawcy umożliwiano dopiero po przeprowadzeniu zabiegu. Okazało się, że potencjalny ojciec jej dziecka miał skłonności do agresji, ale koniec końców nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ zabieg się nie powiódł. Opowiedziała o tym doświadczeniu kilku koleżankom, w tym jednej będącej potencjalną kandydatką na zajęcie miejsca Gay na uczelni. To ona oznajmiła jej, że to to wbrew nauczaniu Kościoła.
- To grzech! - mówiła. - Jeśli zostaniesz samotną matką, twoje dziecko będzie młodocianym przestępcą.
Gay przewróciła oczami. I tak oto wróciła do Buffalo, gdzie świat wydawał się nieco bardziej postępowy, jeśli chodzi o aspirujące samotne matki, pragnące pracować w swoim zawodzie.
To tam Gay postanowiła wypróbować kolejną z opcji na drodze do macierzyństwa: adopcji. Wiedziała jednak, że to znacznie bardziej kosztowna procedura niż sztuczne zapłodnienie. Aby sprostać wymaganiom finansowym, zwróciła się do swojego ojca, który wkrótce po śmierci swojej pierwszej żony ponownie się ożenił. Jego wybranką została przyjaciółka rodziny.
Gay wiedziała, że matka całym sercem poparłaby jej decyzję o adopcji (choć z pewnymi obawami o nieuchronne trudności, jakie wiązały się z samotnym rodzicielstwem). Liczyła na to, że jej ojciec wykaże się podobnie życzliwą, wyrozumiałą postawą. Zadzwoniła do niego.
- Tato, chciałabym adoptować dziecko, ale to spory koszt - oznajmiła. - Dużo o tej kwestii myślałam. Zadeklarowaliście kiedyś, że wesprzecie mnie finansowo dziesięcioma tysiącami dolarów na zorganizowanie wesela. Jestem bliżej czterdziestki niż trzydziestki i nie sądzę, żebym kiedykolwiek wyszła za mąż. Jeśli jednak to zrobię, nie będę cię już prosić o żadne fundusze na ślub. Chciałabym przeznaczyć tę kwotę na adopcję.
- Nie możesz planować macierzyństwa. - Jej ojciec nie owijał w bawełnę. - Nie potrafisz nawet sama się utrzymać!
- Samodzielnie opłaciłam całe swoje studia, z wyjątkiem sześciuset dolarów. Miałam stypendia i pracę. Od tamtej pory utrzymuję się sama.
- Nie masz przypadkiem zadłużenia na karcie kredytowej?
Gay porzuciła temat, zła i rozczarowana. Pogodziła się z tym, że przez następne lata będzie oszczędzać, ile tylko się da, i odkładać adopcję na później, aż w końcu uzbiera wystarczająco dużo pieniędzy, aby zrealizować swoje marzenie - nawet jeśli do tego czasu dobije do pięćdziesiątki. Zaczęła rozważać pracę w prywatnym gabinecie terapeutycznym, aby nieco sobie dorobić. Być może wcześniej nie podejmowała zbyt wielu świadomych decyzji, ale była uparta i konsekwentna jak diabli, jeśli chodzi o wybór, którego dokonała teraz.
Któregoś dnia, niedługo po tamtej rozmowie, Gay otrzymała list. Nadawcą był jej ojciec. Gdy otworzyła kopertę, jej oczom ukazał się wystawiony na nią czek. Odręcznie napisany list zawierał tylko cztery linijki: "Oto 10 000 dolarów. Wczoraj wpłaciłem całą kwotę. Proszę, informuj nas o postępach. Kocham cię".
Gdy Gay zadzwoniła do ojca, odebrała jej macocha.
- Powiedziałam mu, że jest dupkiem - oznajmiła z marszu kompletnie oszołomionej Gay. - I że jeśli nie da ci pieniędzy, ja to zrobię. Z moich własnych oszczędności.
Gay zaczęła sprawdzać swoje szanse na adopcję. Bardzo chciała przysposobić niemowlę. Będąc z wykształcenia psycholożką i logopedką, wiedziała, że pierwszy rok życia dziecka ma kluczowe znaczenie dla jego stabilności emocjonalnej, dla rozwoju zaufania i przywiązania, a także dla odpowiedniego podejścia do miłości. Rezultaty tego rozeznania nie napawały optymizmem. Gay dowiedziała się, że adopcja dziecka urodzonego w Stanach Zjednoczonych jest nie tylko zaporowo droga - 20 000 dolarów lub więcej (zatem nawet z pieniędzmi, które dał jej ojciec, nadal musiałaby oszczędzać przez wiele lat), ale też podlega kryteriom, których nie mogła spełnić. Okazało się, że biologiczne matki dzieci przeznaczonych do adopcji szukają niemal wyłącznie rodzin z obojgiem rodziców. Na swojej drodze do macierzyństwa Gay napotkała przeszkodę nie do pokonania. Ponownie.
Wszystko zmieniło się, gdy odebrała telefon od kobiety, z którą pracowała w ośrodku wczesnego wspomagania rozwoju dzieci. Gay zaprzyjaźniła się z nią, gdy zainteresowała się jej własnymi staraniami w dziedzinie adopcji. Okazało się, że kobieta przygarnęła pod swój dach dwie małe dziewczynki z Rosji. Ona również była samotną matką.
- Mam kilkoro dzieci, na które powinnaś chyba rzucić okiem - poinformowała ją koleżanka.
- Chcesz, żebym znowu popracowała w ośrodku?
- Nie. Po prostu przyjedź. Mam dla ciebie pewną... przesyłkę.
W piątkowe popołudnie w połowie czerwca 1995 roku Gay weszła do ośrodka wczesnego wspomagania rozwoju dzieci. Recepcjonistka wręczyła jej kopertę z jej imieniem i nazwiskiem. W środku znajdowały się zdjęcia dwójki ukraińskich dzieci, przedrukowane z biuletynu adopcyjnego. Jedno z nich przedstawiało chłopczyka, zaledwie sześciomiesięcznego. Na drugim była mała dziewczynka. Mała dziewczynka sfotografowana przez parę z Kolorado.
Dziewczynka na zdjęciu nie była niemowlakiem. Miała co najmniej cztery lata, choć była wyjątkowo drobnej postury. Małym druczkiem pod zdjęciem napisano, że będzie potrzebowała operacji, ale nie było jasne jakiej. Zresztą patrząc na zdjęcie, Gay i tak tego dopisku nie zauważyła, skupiona przede wszystkim na fotografii. Dziewczynka miała na niej długie spodnie, które zakrywały jej nóżki. Ubrana była w zbyt długą koszulę z krótkimi rękawami, ale zdjęcie prześwietlono, więc nie można było na nim dostrzec kształtu rąk. Mała bawiła się jakąś zabawką, której kontury również rozmyły się w blasku flesza. Nawet jej uśmiech wydawał się nieostry. Jedyną wyraźną rzeczą na zdjęciu pozostawały oczy dziewczyny, które patrzyły spod równo przyciętej grzywki: przykuwające uwagę, bystre, zdeterminowane. Pełne nadziei. Te oczy spojrzały na nią z kartki leżącej na biurku w recepcji i przeniknęły przez jej klatkę piersiową aż do serca, które z wstrząsającą i niezachwianą pewnością orzekło: To moja córka.
W tym momencie Gay Masters zrobiła coś, co było dla niej bardzo nietypowe: podjęła świadomą decyzję i poprzysięgła sobie, że za wszelką cenę osiągnie swój cel. Zamierzała adoptować tę małą dziewczynkę. Choćby się waliło i paliło, sprowadzi ją do domu.
W weekend skonsultowała się z przyjaciółmi. Ci doradzali jej, żeby zdecydowała się na chłopca. Starsze dziecko z obcego kraju?
- Nie chcesz tego - powiedziała któraś z jej przyjaciółek. - Weź chłopca. Adoptuj maleństwo.
W poniedziałek Gay zadzwoniła do ośrodka:
- Chcę adoptować Oksanę.
Dyrektor sierocińca podchodzi do nas, gdy siedzimy przed telewizorem. Staje nade mną i powarkuje:
- Oksana!
Przyzwyczaiłam się już, że moje imię jest wypowiadane gniewnym tonem. Wygląda na to, że każdego dnia robię coś złego. Wszyscy inni przykładnie się bawią, a ja wiecznie coś psuję, wspinam się na regał albo Bóg wie co jeszcze. Czasem to ja jestem zła. Raz na oczach opiekunów wybiłam szybę. Zrobiłam to, bo chciałam poczuć nad czymś kontrolę.
Dyrektor jest wielkim mężczyzną i zawsze dziwnie od niego czuć. Może to zapach starego człowieka? Nigdy nie wiem, czego się po nim spodziewać. Czasami jest miły. Innymi razy wydaje się przekonany, że jedyny sposób, aby do mnie dotrzeć, to ekstremalne użycie siły fizycznej. Kiedy spoglądam na niego z podłogi, mówi:
- Chodź ze mną. Coś ci pokażę.
Podążam za jego zwalistą sylwetką do jego biura - do pokoju, w którym zbyt często wpadam w kłopoty. To jedyne pomieszczenie w tym sierocińcu, w którym jest kolorowo: na ścianach wiszą dywany, a przez okna wlewa się światło słoneczne. Dyrektor siada za swoim wiecznie zagraconym biurkiem, otwiera szufladę i wyciąga mały kawałek papieru, który kładzie na blacie i zasłania swoją mięsistą dłonią.
Patrzy prosto na mnie.
- Mam dla ciebie wieści. Będziesz miała mamę. Przyjedzie tu Amerykanka, która cię adoptuje.
Mamę... Niemal zapominam o oddychaniu. Od razu wiem, że tym razem będzie inaczej. Nikt nie przyszedł, żeby najpierw przyjrzeć się wszystkim dzieciom i wybrać jedno z nas. Nie musiałam wkładać sukienki. Tym razem jest inaczej do tego stopnia, że czuję to w samym środku mojego brzucha: to musi być prawdziwe. Nie mogę przestać patrzeć na jego rękę. Co jest pod spodem? Czy to ona...?
- Postara się tu przyjechać naprawdę, naprawdę niedługo. Ale musisz być bardzo grzeczną dziewczynką. Jeśli będziesz niedobra, o wszystkim jej powiem. Ona nie chce złej dziewczynki.
Kiwam głową, oniemiała - nie jestem w stanie wykrztusić słowa, boję się cokolwiek powiedzieć. Nie uśmiecham się. Nie chcę, by zauważył, że jestem podekscytowana. Podświadomie wiem, że mógłby to w jakiś sposób wykorzystać przeciwko mnie.
- Czy chciałabyś zobaczyć zdjęcie pani, która będzie twoją mamą?
Ponownie kiwam głową i podchodzę do jego biurka, a on w końcu unosi dłoń, odsłaniając mały obrazek, z którego spogląda na mnie twarz. Kobieta ma okulary, różowe policzki i uśmiech - tak szczery i promienny, jakby na tym małym zdjęciu magicznie uchwycono całe światło i wszystkie kolory świata. Jest miła. Od razu to widać. Ponownie mnie to uderza, z niezwykłą siłą: tym razem to się dzieje naprawdę. To ona. To naprawdę się stanie.
- Ale musisz być grzeczna - powtarza dyrektor i wstaje z krzesła. Wciąż patrzę na zdjęcie, kiedy mnie podnosi, odwraca do góry nogami i daje mi klapsa, podczas gdy moja głowa zwisa i kołysze się w powietrzu. To tylko lekka kara za coś, co musiałam zrobić źle tego ranka, a czego teraz nawet nie pamiętam. Kiedy uderza mnie w pupę, mówi: - Jeśli będę zmuszony to zrobić jeszcze raz, powiem o wszystkim twojej mamie.
Stawia mnie z powrotem na ziemi, a ja kuśtykam z jego biura, oszołomiona, ledwo rejestrując pieczenie skóry.
Następnego dnia dyrektor znów do mnie przychodzi.
- Oksana - mówi. Jest dziś miły. - Jeśli nadal będziesz grzeczna, być może pozwolę ci oglądać zdjęcie twojej mamy każdego dnia, aż do jej przyjazdu. Każdego dnia, gdy będziesz grzeczna.
Podskakuję. Będę dziś taka grzeczna! Najgrzeczniejsza. Dziś i przez wszystkie kolejne dni. Muszę. Inaczej ona nie przyjedzie.
To się staje moim codziennym rytuałem.
- Czy mogę jeszcze raz spojrzeć na jej zdjęcie? - pytam dyrektora. - Czy mogę popatrzyć na nie jeszcze raz?
Zaczynam zapominać o ukrywaniu przed nim mojego podekscytowania. Najczęściej pozwala mi iść do swojego biura, gdzie wyciąga fotografię. Studiuję ją z nabożną czcią. Zapamiętywanie jej staje się ceremonią, rodzajem kompulsywnego, niezbędnego obrządku. Najpierw patrzę na samą górę, na fale jej krótkich włosów w kolorze ciemnego mahoniu, pilnie rejestrując w myśli ich połysk i kształt loków nad jej prawą brwią i gładkim, odsłoniętym czołem po drugiej stronie. Potem przesuwam wzrokiem w dół, do jej oczu o głęboko orzechowej barwie, które patrzą wprost na mnie, emanując niewyczerpaną głębią łagodności - a także przenikającą przez płaską powierzchnię matowego zdjęcia, bezbrzeżną miłością. Chłonę wzrokiem kształt jej okularów w różowych oprawkach, przesuwam nim po krzywiznach jej policzków, rozciągniętych uśmiechem, przez ślad zagniecenia na fotografii, który sprawia, że sam uśmiech wydaje się dziwacznie krzywy, aż do miejsca, w którym jej szyja znika w różowej koszuli - robię to, aby wryć sobie dobrze w pamięć jej obraz. Chcę, aby jej twarz była ostatnią rzeczą, którą widzę, gdy zamykam oczy każdego wieczoru.
Zamieszkuję w świecie tego zdjęcia, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądało moje życie z moją przyszłą matką. Część tych scen tworzę, opierając się na obrazach, które widziałam w telewizji, przedstawiających rzekome wizje domów w Ameryce, tamtejsze jedzenie i posiłki. Część buduję na podstawie własnych zatartych wspomnień o tym, jakie to uczucie, gdy dorosła osoba czule mnie przytula i traktuje mnie jak kogoś ważnego. Większość... to po prostu emocje: ciepło, poczucie spełnienia, bezpieczeństwo, szczęście. Dom. Rodzina. Miłość.
Mam tylko pięć lat. Ale wiem, że reszta mojego życia to ten mały kwadratowy kawałek matowego papieru.
Agencja adopcyjna poinformowała Gay, że dziewczynka ze zdjęcia jest niepełnosprawna. Dali jej numer pary z Kolorado. Mężczyzna jest lekarzem i pokazał zdjęcia swoim kolegom. Trzeba będzie amputować obie nogi. Gay wiedziała, co to znaczy. I kompletnie jej to nie obeszło. Ta informacja zmobilizowała ją do szybszego poczynienia odpowiednich kroków.
Błyskawicznie spełniała wszystkie prośby agencji adopcyjnej. Poinformowano ją, że jeśli naprawdę się pośpieszy, będzie mogła zabrać córkę do domu w Buffalo na jej szóste urodziny. W sierpniu skompletowała wszystkie niezbędne dokumenty i stworzyła coś na kształt swojej drugiej pracy doktorskiej - tym razem opisała swoje kwalifikacje do bycia matką. Złożyła wniosek o kopię aktu urodzenia, bo jej ojciec nie był w stanie znaleźć poprzedniej. Zgromadziła różne zaświadczenia dotyczące dochodów i warunków mieszkaniowych. Przetłumaczyła wszystko na własny koszt na język ukraiński, poświadczyła notarialnie na szczeblu hrabstwa, a następnie na szczeblu stanowym, po czym wysłała pełną dokumentację do Waszyngtonu, by na jej wniosku przybito kolejny zestaw pieczątek. Agencja ani razu w niczym jej nie pomogła. Informowali ją tylko, czy jej dokumenty są poprawnie uzupełnione. W końcu kompletna dokumentacja adopcyjna została wysłana do ukraińskiego rządu.
Ten odpowiedział:
- Nic z tego, nie ma takiej możliwości.
Ukraina wprowadziła moratorium na adopcję sierot przez obcokrajowców. Agencja adopcyjna Gay zapewniła ją, że wkrótce zostanie ono zniesione. "Lada dzień" - powiedzieli. Ale istniał też inny sposób. Ze względu na konieczność poddania dziewczynki procedurom medycznym Gay mogła sprowadzić córkę do Stanów Zjednoczonych na podstawie specjalnego zaświadczenia lekarskiego. Był jednak pewien haczyk: dziewczynka musiałaby po wszystkim i tak wrócić do Ukrainy, aby przejść formalny proces adopcyjny już po zniesieniu moratorium, przy czym nie było gwarancji, że tamtejszy rząd wyrazi na taką adopcję zgodę. Gay uznała, że warto zaryzykować - to było lepsze niż czekanie w niepewności - i poprosiła agencję o uruchomienie odpowiednich procedur. Agencja się jednak ociągała i przez długi czas nie działo się zupełnie nic.
Oczekując na sfinalizowanie sprawy, Gay raz w tygodniu brała lekcje języka u Ukrainki Olgi, którą poznała na uniwersytecie. Przynosiła do domu kasety i fiszki, aby ćwiczyć ukraiński. Chciała móc porozumiewać się z córką. Okazało się jednak, że to trudny język. Starała się, jak mogła, ale zdołała przyswoić tylko niewielką pulę słów, odmiana zaś była dla niej przeszkodą nie do przeskoczenia. Nauczyła się mówić, używając wyłącznie bezokoliczników.
W styczniu 1996 roku Ukraina w końcu zniosła moratorium na adopcje zagraniczne. Gay się ucieszyła, choć w jej sprawie nadal nic się nie działo. Ukraiński rząd co rusz wprowadzał nowe przepisy dotyczące procedury, co stwarzało konieczność biegania po urzędach i załatwiania kolejnych formalności.
- Moglibyśmy przesłać pani dokumenty do Rosji - poinformowała ją agencja adopcyjna po roku bezowocnego przeciągania procesu. - Mogłaby pani adoptować dziecko za dwa miesiące.
- A co z Oksaną?
- Cóż, nie musi jej pani adoptować. Ona nie wie o pani istnieniu.
Gay nie zawahała się ani na sekundę.
- Nie. To moja córka. Już zdecydowałam.
- Kto nie chciałby mieć dziecka? - pytano. - Kto nie chciałby zakończyć szybciej tego rozdzierającego serce oczekiwania, jeśli jest ku temu okazja?
Agencja się wycofała.
W końcu, w październiku 1996 roku, Gay odebrała telefon. Jej wniosek się przeterminował. Potwierdzenie notarialne tego dokumentu - jeden z pierwszych etapów procesu, który udało jej się przejść - traciło ważność. Gay musiała ponownie skompletować, wypełnić, przetłumaczyć i poświadczyć notarialnie papiery. Wszystko od nowa.
"Dzięki Bogu, że nie powiedzą jej, że po nią nie przyjadę - pomyślała Gay. - Nie przeżyłaby tego".
Błysk.
W pokoju na piętrze jest ciemno. Lena jest tu ze mną. Nic nie widzę. Słychać kroki. W ustach czuję gorzki smak strachu. Lena każe mi wejść pod łóżko. Wślizguję się tam tuż przed tym, jak drzwi się otwierają. Zostawiam ją. Samą.
Błysk.
Uderza mnie tak mocno! Zawsze to mężczyźni nas karzą - może dlatego, że są o wiele więksi od kobiet? Ale nie mogę płakać. Jeśli to zrobię, zaczną mnie bić starsze dzieci. Bo jeśli któreś z nas płacze - po tym, co dzieje się w nocy, albo gdy ktoś jest obolały lub cierpi - to wszyscy jesteśmy za to karani. Zabierają nas na górę i zamykają samych w ciemnych pokojach, a my nie wiemy, kiedy nas z nich wypuszczą. Gdy płaczę, duże dzieci mnie biją.
Ale Lena zawsze mnie chroni. Stawia mnie za sobą i każe dzieciom uderzyć zamiast tego ją. A ja jej na to pozwalam. Boże dopomóż, zawsze jej na to pozwalam.
Błysk.
- Twoja amerykańska mama zajmie się tą krótką nogą - mówi do mnie dyrektor, patrząc, jak idę korytarzem za innymi dziećmi. Staję lekko na mojej wygiętej w pałąk, krótszej nodze o chybotliwym kolanie, a potem prędko przenoszę naprzód, nieco bokiem, długą nogę, aby wesprzeć na niej ciężar ciała. - Da ci nową. Całkiem nową! Kiedy dotrzesz do Ameryki. Ale musisz być grzeczna. Słyszysz, Oksano?
Błysk.
Po moim drobnym ciele spływają strumienie lodu. Nie mogę przed nim uciec. Wytryskują z rykiem z węży - a może to tylko kran? - i uderzają we mnie bez przerwy z gwałtownym, nieustępliwym naporem. Mam na sobie ubranie i nie mogę uciec spod tego prysznica w koszmarnie ciemnej toalecie, w której nie ma nigdy nic poza dźwiękiem wody: spływającej, ściekającej, rozpryskującej się, narastającej. Jeśli się poruszę, stojąca za mną kobieta poleje mnie kolejnym silnym strumieniem lodu z węża. To zawsze kobiety leją mnie lodowatą wodą. Gdy to robią, wiem, że zrobiłam coś złego - stoję tu zawsze, nie wiadomo jak długo, za karę. To trwa i trwa. Jest tylko szum wody. Wkrótce rozdzierający ból słabnie, niknie i zastępuje go kojący spokój. Czuję się, jakbym nie przebywała już w swoim ciele. Uwielbiam to uczucie - dopóki nie znajdę się z powrotem w łóżku, zbyt mocno okutana w koce i nadal w mokrych ubraniach. Zawsze każą iść w nich łóżka. To część kary w tym miejscu, gdzie zawsze jest zimno i gdzie widzę swój oddech, parujący w powietrzu, a rury są pokryte lodem.
Błysk.
Także dziś moja matka się nie zjawia.
- To dlatego, że jesteś niegrzeczną dziewczynką, Oksano. Twoja mama nie przyjdzie. Powiedziałem jej, że jesteś niegrzeczna, i nie przyjdzie po ciebie. Nigdy nie zostanie twoją mamą.
Słowa dyrektora wciąż brzmią w mojej głowie, gdy metal krzesła mrozi moją skórę, nawet przez dziwne kawałki pianki, które pokrywają jego część. Nie pamiętam, jak się tu znalazłam. Mam wrażenie, że po prostu szłam korytarzem, a jeden z mężczyzn złapał mnie, zaniósł tutaj i posadził na tym krześle. W zasięgu mojego wzroku pojawia się kolejny. Ma przy sobie szczypce i wyciąga je w moją stronę. Wpadam w panikę. Krzyczę. Próbuję wstać i uciec, ale przychodzą inni mężczyźni i mnie przytrzymują. Jest ich czterech i unieruchamiają moje drobne ciało. Mężczyzna ze szczypcami zbliża je do mojej twarzy. Nie mogę nawet potrząsnąć głową - ktoś trzyma ją w mocnym uścisku jak w imadle.
W pokoju jest ciemno, jak wszędzie. Pojedyncze okno wygląda, jakby od środka było pokryte pajęczynami. Całkiem jak w nawiedzonym domu. Potem czuję, jak ktoś rozwiera siłą moją szczękę, czuję rdzawy smak starej krwi i okropny posmak stali. Zostaje mi tylko ból, ból, ból.
Znajduję się na tak zwanej sali pooperacyjnej, z wielkim szpitalnym łóżkiem i małą metalową półką - jedynymi rzeczami w tym pustym pomieszczeniu. Boli mnie cała twarz. Moje usta wypełnia krew. Wypluwam ją do starego blaszanego wiadra. Czuję się, jakbym robiła to bez przerwy. Nie mogę zrozumieć, jak w ogóle mogę mieć w sobie jeszcze jakąś krew. Nie wiem, czy to była kara za coś, co zrobiłam, czy mój ząb rzeczywiście wymagał wyrwania.
Zaczynam wierzyć dyrektorowi, że może moja matka naprawdę nie przyjedzie. Może widzi wszystko, co robię? Potem zaczynam podejrzewać, że ona widzi również to, co się dzieje w nocy. Oczywiście, że mnie nie chce. Powoli nabieram przekonania, że już nigdy się nie pojawi. Ale w głębi serca za każdym razem, gdy patrzę na jej zdjęcie, głęboko wierzę, że jednak to zrobi. Nie potrafię znaleźć odpowiednich słów ani nazwać tego, co czuję, ale kiedy patrzę na jej zdjęcie, to tak, jakbym stawała się prawdziwa. Z czymś połączona. Przywiązana do czegoś.
Najdłuższe są tutaj noce. Ciągną się w nieskończoność. Dni mijają w sekundach, krótkich okienkach czasu i szybkich zrywach. Ale ciemność trwa całe wieki.
W ciągu tych licznych nocy, miesięcy, lat, które mieszają się ze sobą, kłębią i zmieniają jak kalejdoskop snów, uczucie, jakim promieniuje obraz kobiety, która będzie moją matką, staje się jedyną rzeczą pozwalająca mi przetrwać. To cienka nić szansy. Trzymam się jej kurczowo, aby móc przejść przez to piekło.
Gay odebrała list, przekonana, że to nieaktualne papiery, które wysłano do niej z powrotem - po otwarciu okazało się jednak, że to pismo informujące o odrzuceniu jej prośby. Dołączono do niego dokumenty pary z Kalifornii, której już udało się adoptować dziecko. Jakimś cudem druki zostały pomieszane, dla niej nie miało to jednak żadnego znaczenia. I tak musiała zacząć od zera. Przeszła całą procedurę ponownie, bez pretensji do nikogo. Nie załamała się ani nie rozpaczała - zamiast tego skrzętnie robiła wszystko, czego od niej żądano.
Ani przez chwilę nie przestała przygotowywać się na przyjęcie córki. Dołączyła do wschodnioeuropejskiego forum adopcyjnego, na którym otrzymała wskazówki, wsparcie i nadzieję od osób będących w trakcie procesu przysposabiania lub tych, którym udało się adoptować dziecko. Zebrała ubranka po dzieciach przyjaciół. Poprosiła ciotkę artystkę o namalowanie barwnych scenek na ścianie sypialni jej przyszłej córki. Kupiła rozkładane łóżko dla małych dziewczynek. Wiła gniazdko. Płaciła rachunki.
Tym razem, na ostatnim etapie, zamiast zagranicznego moratorium, przeszkodą okazało się zbliżające się zamknięcie rządu USA. Pewnego ranka Gay zadzwoniła do departamentu stanu, licząc na to, że jej nowe dossier zostanie wysłane do Ukrainy, zanim utknie na poczcie, na której przeleży nie wiadomo ile, podczas gdy politycy będą się zajmować swoimi sprawami. Nie chciała, by jej córka dorastała w smutku i zastanawiała się, co się wydarzyło.
- Tak, wszystkie procedury zostaną zawieszone - powiedziała jej kobieta na drugim końcu linii. - Ale jeśli poda mi pani numer FedEx, wyślę pani dokumenty tak szybko, jak to możliwe.
Gay podyktowała jej numer przez telefon. Rząd został zamknięty w południe tego samego dnia.
Dokumenty zostały wysłane.