Niepokój - Maggie Stiefvater

-
Proszę czekać

Rozdział trzeci

Isabel

Tego dnia, gdy policjant przyszedł do księgarni, po raz pierwszy usłyszałam, jak Grace narzeka na ból głowy. W jej przypadku to było coś wartego odnotowania, bo od kiedy ją poznałam, nigdy nie miała nawet kataru. Poza tym byłam ekspertką od bólu głowy. Stanowił moje hobby.

Po obejrzeniu przedstawienia z Samem i Koenigiem w rolach głównych ruszyłam do szkoły, która na tym etapie mojego życia stała się czymś zdecydowanie zbędnym. Nauczyciele tak naprawdę nie wiedzieli, co ze mną zrobić, bo choć frekwencję miałam straszną, to nadal mogłam się pochwalić znakomitymi ocenami, więc dużo rzeczy uchodziło mi na sucho. Nasze niepisane porozumienie generalnie sprowadzało się do tego: zacznę przychodzić na zajęcia, a w zamian pozwolą mi robić wszystko, na co mam ochotę. Dopóty dopóki nie będzie to miało negatywnego wpływu na innych uczniów.

Oto dlaczego pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, gdy dotarłam na informatykę, było posłuszne włączenie komputera. Potem mniej grzecznie wyciągnęłam z torby książki, które kupiłam tego ranka. Była wśród nich ilustrowana encyklopedia chorób - pachnące kurzem opasłe tomiszcze z 1986 roku. Pewnie jedna z pierwszych pozycji w asortymencie Krzywej Półki. Podczas gdy pan Grant wyjaśniał, co mamy robić, ja przerzucałam strony w poszukiwaniu najbardziej makabrycznych obrazków. Było tam zdjęcie osoby cierpiącej na porfirię, pacjenta z łojotokowym zapaleniem skóry czy przedstawiające nicienie w akcji. To ostatnie, ku mojemu zaskoczeniu, sprawiło, że żołądek podszedł mi do gardła.

Przeszłam do litery "z". Przesuwałam palcem po stronie, aż dotarłam do hasła "zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, bakteryjne". Poczułam pieczenie u nasady nosa. Przyczyny. Objawy. Rozpoznanie. Leczenie. Rokowania. Wskaźnik umieralności nieleczonego bakteryjnego zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych: 100 procent. Wskaźnik umieralności leczonego bakteryjnego zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych: od 10 do 30 procent.

W sumie nie musiałam tego sprawdzać; już znałam statystyki. Mogłam wyrecytować z pamięci calutkie hasło. Wiedziałam więcej niż ta encyklopedia z 1986 roku, bo przeczytałam wszystkie dostępne w sieci artykuły medyczne na temat najnowszych sposobów leczenia i nietypowych przypadków tej choroby.

Krzesło obok mnie zaskrzypiało, gdy ktoś na nim usiadł; nie musiałam nawet podnosić wzroku znad książki, żeby wiedzieć, że to Grace. Zawsze używała tych samych perfum, a może raczej tego samego szamponu.

- Isabel - powiedziała cicho, podczas gdy inni uczniowie trajkotali w najlepsze. - To naprawdę przesada. Nawet jak na ciebie.

- Odwal się.

- Potrzebujesz terapii. - Słowa poważne, ale lekki ton.

- Właśnie jestem w trakcie. Po prostu próbuję się dowiedzieć, jak przebiega zapalenie opon mózgowych. I nie przesadzam. A ty nie chcesz wiedzieć, jak rozwiązał się mały problem Sama?

Grace wzruszyła ramionami i zaczęła się kręcić na krześle obrotowym. Ciemne blond włosy opadły na jej zarumienione policzki. Wbiła wzrok w ziemię. Wyglądała na skrępowaną.

- Już jest po wszystkim.

- Jasne - mruknęłam.

- Jeśli zamierzasz tak zrzędzić, to nie będę obok ciebie siedziała - ostrzegła Grace. - Zresztą i tak nie czuję się za dobrze. Wolałabym być w domu.

- Ja tylko powiedziałam: "Jasne". To nie jest zrzędzenie, Grace. Uwierz mi - zaprotestowałam. - Jeśli chcesz, żebym wyzwoliła swoją wewnętrzną zrzę...

- Moje drogie panie... - Pan Grant pojawił się obok mnie i spojrzał na pusty ekran komputera przede mną oraz na wygaszony monitor Grace. - Zdaje się, że jest to lekcja informatyki, a nie wieczorek zapoznawczy. Czyżbym się mylił?

Grace spojrzała na niego błagalnie.

- Proszę pana, czy mogę pójść do pielęgniarki? Strasznie boli mnie głowa... chyba to zatoki czy coś takiego.

Pan Grant spojrzał na jej zarumienione policzki oraz smętny wyraz twarzy i skinął głową.

- Ale chcę usprawiedliwienie od pielęgniarki - powiedział jej po tym, jak podziękowała mu i wstała.

Nie odezwała się do mnie, gdy wychodziła. Postukała tylko paznokciami w oparcie mojego krzesła.

- A ty... - zaczął pan Grant, po czym zerknął na encyklopedię wciąż otwartą na moich kolanach. Nie dokończył zdania. Pokiwał tylko głową, raczej do siebie, i odszedł.

Powróciłam do moich nadprogramowych studiów na temat choroby i śmierci. Gdyż niezależnie od tego, co myślała Grace, ja wiedziałam, że w Mercy Falls nigdy nie będzie po wszystkim.

Rozdział pierwszy

Sam

Teraz, gdy wiedziałem, że będę człowiekiem do końca życia, miasteczko Mercy Falls w Minnesocie wyglądało zupełnie inaczej. Wcześniej istniało dla mnie tylko latem. Kojarzyło mi się z upałem, betonem chodników, liśćmi skierowanymi ku słońcu oraz ze wszechobecnym zapachem rozgrzanego asfaltu i samochodowych spalin.

Kiedy wiosenne gałęzie pokryły się koronkami delikatnego różu, które wcześniej rzadko miałem okazję widywać, zrozumiałem, że naprawdę należę do tego miejsca.

Odkąd definitywnie straciłem swoją wilczą skórę, uczyłem się na nowo, jak być człowiekiem. Odzyskałem starą pracę w Krzywej Półce ponownie zacząłem chłonąć słowa i szelest przewracanych stron. Wymieniłem odziedziczonego po Becku SUV-a - przesiąkniętego jego zapachem i przywołującego wspomnienia mojego życia z wilkami - na volkswagena golfa, wystarczająco dużego dla mnie, Grace i mojej gitary. Starałem się nie wzdrygać za każdym razem, gdy czułem zimno wdzierające się do środka przez nagle otworzone drzwi. Próbowałem pamiętać, że już nie jestem samotny. Wieczorami Grace i ja zakradaliśmy się do jej pokoju, a ja zwijałem się w kłębek przy jej ciele, dopasowywałem rytm swojego serca do jej i wdychałem zapach swojego nowego życia.

Czasem coś dławiło mnie w gardle, gdy słyszałem senne wycie wilków niesione przez wiatr. W takich chwilach to proste, zwyczajne życie przynosiło mi ukojenie. Mogłem cieszyć się na nadchodzące wakacje i kolejne święta Bożego Narodzenia z tą dziewczyną w moich ramionach. Na przywilej zestarzenia się w tej nieznanej mi nagle skórze. Wiedziałem, że mam wszystko.

Prezent czasu we mnie tkwi,

przyszłość ujawniając mi.

Zacząłem zabierać gitarę do księgarni. Interes kręcił się słabo, niekiedy całymi godzinami siedziałem sam. Wówczas grałem na gitarze, a moich piosenek słuchały tylko książki. Mały notatnik od Grace powoli zapełniał się słowami. Każda nowa data zapisana na górze strony oznaczała zwycięstwo nad ustępującą zimą.

Dzisiejszy poranek niewiele się różnił od innych: na pachnących wilgocią ulicach nie było widać zbyt wielu przechodniów. Nic dziwnego, że zaskoczył mnie odgłos uchylanych drzwi, który rozległ się tuż po otwarciu sklepu. Oparłem gitarę o ścianę i podniosłem wzrok.

To była Isabel.

- Cześć, Sam - powiedziała.

Poczułem się dziwnie - bo rzadko spotykałem ją sam na sam, bez Grace. A jeszcze bardziej zdumiewająca była jej obecność w tej księgarni, w łagodnej rzeczywistości mojej jaskini, wyłożonej tomami w miękkich okładkach.

Śmierć brata Isabel zmieniła ją - jej głos stał się twardszy, a spojrzenie ostrzejsze. Dziewczyna zaszczyciła mnie wzrokiem tak pewnym siebie i obojętnym, że poczułem się jak szczeniak.

- Co słychać? - zapytała, siadając na stołku obok mnie. Długie nogi wyciągnęła przed siebie i skrzyżowała.

Pomyślałem, że Grace wetknęłaby stopy pod stołek.

Isabel wzięła mój kubek z herbatą, pociągnęła łyk, po czym westchnęła głęboko.

Spojrzałem na zbezczeszczony napój.

- Niewiele. Nowa fryzura?

Jej perfekcyjne blond loki zniknęły, zastąpione brutalnie przez krótką czuprynę, mimo to dziewczyna wciąż wyglądała pięknie. Jednak rysy jej dotąd idealnej twarzy się wyostrzyły, jakby borykała się z czymś, co zżerało ją od środka.

Isabel uniosła brew.

- Nigdy nie uważałam cię za gościa, który nie ma nic ciekawego do powiedzenia, Sam - rzuciła.

- I słusznie - odparłem, popychając w jej stronę swój papierowy kubek. Nie chciałem pić po niej. Picie z jednego naczynia oznacza więź. - Taki gość powiedziałby: "Hej, czy nie powinnaś być w szkole?".

- Touché - odrzekła Isabel, biorąc moją herbatę, jakby od początku należała do niej.

Z wdziękiem pochyliła się, siedząc na stołku. Ja kuliłem się na swoim jak jakiś sęp. Zegar na ścianie odliczał sekundy. Za oknem ciężkie zimowe chmury wisiały nisko. Obserwowałem, jak zamarzające krople deszczu spadają na ziemię i odbijają się od chodnika. Moje myśli błądziły wokół gitary i tomiku poezji Mandelsztama, który czekał na mnie na kontuarze.

Dano mi ciało - cóż ja z nim uczynię,

Takim jedynym - i moim jedynie?1

W końcu włączyłem miniwieżę ukrytą pod ladą. Z głośników zawieszonych pod sufitem popłynęła łagodna muzyka i wypełniła przestrzeń.

- Zauważyłam wilki w pobliżu swojego domu - przerwała milczenie Isabel. Zamieszała płynem w kubeczku. - To smakuje jak skoszona trawa.

- Dobrze ci zrobi - uciąłem. Naprawdę pożałowałem, że mi ją zabrała; gorąca herbata w taką pogodę była dla mnie jak siatka asekuracyjna dla akrobaty. Wiedziałem, że już jej nie potrzebuję, a mimo to nadal czułem się zdecydowanie bezpieczniej, trzymając ciepły napój w dłoni. - Jak blisko domu?

Wzruszyła ramionami.

- Widziałam je z poddasza. Najwyraźniej nie mają instynktu samozachowawczego albo potrafią umiejętnie unikać mojego ojca, który, jak wiadomo, za bardzo ich nie kocha. - Przy tych słowach Isabel zerknęła na poszarpaną bliznę na mojej szyi.

- Pamiętam - mruknąłem. Przecież ona też nie miała powodu, żeby darzyć wilki szczególną sympatią. - Jeśli któryś z nich zabłądzi w twoje strony już jako człowiek, dasz mi znać, prawda? To znaczy, zanim pozwolisz, żeby twój ojciec wypchał swoją kolejną zdobycz i ustawił w foyer? - Żeby złagodzić ciężar wypowiedzi, wymówiłem z francuska: "fłaje".

Isabel spojrzała na mnie wzrokiem, który mógłby zamienić zwykłego śmiertelnika w kamień.

- Mówiąc o "fłaje" - zmieniła temat - czy mieszkasz w tamtym wielkim domu całkiem sam?

Nie mieszkałem. Z jednej strony zdawałem sobie sprawę, że powinienem zastąpić Becka, witać członków sfory wracających po zimie do swojej ludzkiej formy, szukać czterech nowych wilków, które musiały właśnie przygotowywać się do przemiany. Z drugiej jednak strony nie mogłem znieść myśli, że miałbym kręcić się tam pozbawiony nadziei, że jeszcze kiedyś zobaczę Becka.

A zresztą to nie był mój dom. To Grace była domem.

- Tak - odparłem.

- Kłamczuch - skwitowała z krzywym uśmiechem. - Ale Grace kłamie znacznie lepiej niż ty. Powiedz mi, gdzie znajdę książki medyczne. I nie bądź taki zaskoczony; przyszłam tu nie bez powodu.

- Nie wątpiłem w to ani przez chwilę - mruknąłem i wskazałem jej kąt księgarni. - Właśnie czekam, żeby poznać przyczynę wizyty.

Isabel zsunęła się ze stołka i ruszyła między regały zgodnie z moją instrukcją.

- Jestem tutaj, bo czasami Wikipedia nie wystarcza.

- Można by napisać całą książkę o rzeczach, których nie da się znaleźć w internecie - zauważyłem.

Kiedy wreszcie się oddaliła, znowu mogłem spokojnie oddychać. Zacząłem robić żurawia z duplikatu faktury leżącego na ladzie.

- Coś o tym wiesz - rzuciła Isabel. - W końcu to ty do niedawna byłeś stworzeniem wymyślonym.

Skrzywiłem się i dalej składałem papier. Kod kreskowy faktury pociął jedno ze skrzydeł ptaka czarnymi paskami, przez co to drugie wydawało się większe. Sięgnąłem po flamaster, żeby dorysować takie same wzorki, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie.

- A tak w ogóle to czego szukasz? Nie mamy za dużo literatury medycznej. Głównie poradniki i coś na temat medycyny naturalnej.

- Nie wiem. Będę wiedziała, kiedy to zobaczę! - zawołała Isabel, kucając koło półki. - A jak się nazywa taka książka... No, taka cegła, w której znajdziesz opis wszystkiego, co może być nie tak z człowiekiem?

- Kandyd - rzuciłem. Ale w sklepie nie było nikogo, kto załapałby mój dowcip, więc po chwili milczenia zasugerowałem - The Merck Manual, słynny podręcznik diagnostyki i terapii?

- O, właśnie.

- Nie mamy tego na składzie, ale mogę zamówić - zaproponowałem. Nie musiałem sprawdzać w magazynie, żeby wiedzieć, że mam rację. - Nowy egzemplarz nie będzie tani, ale mogę znaleźć dla ciebie używany, oczywiście aktualny - w końcu wiedza o chorobach ciągle idzie naprzód. - Przewlokłem sznurek przez grzbiet papierowego żurawia i wspiąłem się na ladę, żeby zawiesić go pod sufitem. - Ale ty chyba nie zamierzasz zostać lekarzem?

- Myślałam o tym - burknęła Isabel.

Dopiero gdy drzwi otworzyły się z cichym "dzyń", obwieszczającym przybycie kolejnego klienta, dotarło do mnie, że słowa Isabel były właściwie zwierzeniem.

- Proszę się rozejrzeć! - zawołałem, stając na palcach, żeby przerzucić sznurek przez pałąk lampy. - Za chwilę skończę!

W ułamku sekundy zdałem sobie sprawę z tego, że Isabel ucichła w sposób, który i mnie kazał zamilknąć. Powoli opuściłem ręce.

- Nie ma sprawy - odezwał się klient profesjonalnym tonem. - Poczekam.

Coś w jego głosie sprawiło, że straciłem ochotę na wygłupy. Spojrzałem w dół i zobaczyłem policjanta, który stał przy kontuarze i uważnie mnie obserwował. Z tej perspektywy dokładnie widziałem jego pas z kaburą. Miał do niego przyczepioną krótkofalówkę, pojemnik z gazem pieprzowym, kajdanki i komórkę.

Kiedy ma się tajemnice, nawet jeśli nie wiążą się one z niczym nielegalnym, to widok policjanta zawsze robi na człowieku piorunujące wrażenie.

Powoli zszedłem z lady i bez przekonania wskazałem swoje dzieło origami.

- To chyba nie był dobry pomysł... Czy szuka pan konkretnej książki? - Zawahałem się, zadając to pytanie, bo przecież domyślałem się, że nie przyszedł tutaj, żeby gawędzić o literaturze. Czułem pulsowanie tętna na szyi, mocne i szybkie. Isabel zniknęła za półkami i księgarnia wyglądała na całkiem opustoszałą.

- Właściwie, jeśli nie jesteś zajęty, chciałbym z tobą chwilę porozmawiać - powiedział grzecznie policjant. - Nazywasz się Samuel Roth, zgadza się?

Pokiwałem głową.

- Funkcjonariusz Koenig - przedstawił się. - Pracuję nad sprawą Olivii Marx.

Olivia. Strach ścisnął mi żołądek. Olivia, jedna z najbliższych przyjaciółek Grace, została ugryziona w zeszłym roku wbrew swojej woli i od kilku miesięcy żyła jako wilk w lesie Boundary. Jej rodzina myślała, że dziewczyna uciekła z domu.

Grace powinna być tutaj. Gdyby kłamanie stanowiło dyscyplinę olimpijską, to właśnie ona zostałaby mistrzynią świata. Jak na kogoś, kto nienawidził zajęć z kreatywnego pisania, była zdumiewająco dobra w zmyślaniu historyjek.

- Och - powiedziałem - Olivia.

Byłem zdenerwowany tym, że policjant przyszedł do księgarni i zadaje mi pytania, ale jeszcze bardziej wytrącał mnie z równowagi fakt, że Isabel, która znała prawdę, przysłuchiwała się naszej rozmowie. Wyobrażałem sobie, jak kuca za jednym z regałów i pogardliwie unosi brew, podczas gdy ja nieudolnie próbuję kłamać.

- Znałeś ją, zgadza się? - Funkcjonariusz miał przyjazny wyraz twarzy, ale na ile twoim przyjacielem może być ktoś, kto kończy pytanie zwrotem: "Zgadza się?"?

- Trochę - przyznałem. - Spotkałem ją kilka razy. Ale nie chodzę z nią do szkoły.

- A do której szkoły chodzisz? - Głos Koeniga nadal był absolutnie miły i swobodny.

Przekonywałem sam siebie, że jego pytania wydają mi się podejrzane tylko dlatego, że mam coś do ukrycia.

- Edukacja w domu.

- To tak jak moja siostra - westchnął Koenig. - Doprowadzała naszą matkę do szału... Ale, ale... znasz Grace Brisbane, zgadza się?

I znowu to: "Zgadza się?". Przez moment zastanawiałem się, czy policjant zaczął od pytań, na które i tak już znał odpowiedzi. Byłem dojmująco świadomy obecności Isabel, która nadal przysłuchiwała się nam z ukrycia.

- Tak - potwierdziłem. - To moja dziewczyna.

To była informacja, której policja prawdopodobnie nie posiadała i nie musiała posiadać, ale z jakiegoś powodu chciałem, żeby Isabel to usłyszała.

Z zaskoczeniem zauważyłem, że Koenig się uśmiecha.

- Aha - odparł. Jego uśmiech wydawał się szczery, ale zesztywniałem, bo przyszło mi na myśl, że może zapędza mnie w jakąś pułapkę. - Grace i Olivia były przyjaciółkami - kontynuował gliniarz. - Czy możesz mi powiedzieć, kiedy ostatni raz widziałeś Olivię? Nie potrzebuję konkretnej daty, ale gdybyś przypomniał sobie cokolwiek, naprawdę bardzo byś mi pomógł.

Otworzył mały niebieski notes i zamarł z długopisem nad kartką.

- Hm... - zastanowiłem się. Widziałem Olivię strząsającą śnieg ze swojego białego futra zaledwie kilka tygodni wcześniej, ale nie sądziłem, żeby to była informacja dla Koeniga. - Widziałem ją w centrum. Tutaj, przed księgarnią. Grace i ja właśnie wychodziliśmy ze sklepu, a Olivia przyszła tu ze swoim bratem. Ale to musiało być dobrych kilka miesięcy temu. W listopadzie? Październiku? Jakoś przed jej zniknięciem.

- Czy myślisz, że Grace spotkała ją później?

- Jestem pewien, że ona też widziała wtedy Olivię po raz ostatni. - Starałem się wytrzymać jego spojrzenie.

- Ktoś, kto uciekł z domu, może sobie nie poradzić sam... - zaczął funkcjonariusz, a ja poczułem, jakby wiedział o mnie wszystko, jakby jego słowa były wypełnione podtekstami skierowanymi tylko do mnie, pozbawionego opieki Becka. - Szczególnie dziewczynie może być naprawdę ciężko. Jest wiele powodów, dla których dzieciaki uciekają z domu, a sądząc po tym, co usłyszałem od nauczycieli Olivii i jej rodziny, tutaj przyczyną mogła być depresja. Często nastolatki robią to tylko dlatego, że czują się osaczone przez rodzinę i chcą po prostu się wydostać. Ale nie umieją sobie radzić same. Więc uciekają do domu obok. Czasami...

Przerwałem mu, zanim zdążył dodać coś jeszcze.

- Proszę posłuchać. Wiem, co próbuje pan powiedzieć, ale Olivia nie ukrywa się u Grace. Grace nie karmi jej ani nie pomaga w żaden inny sposób. Chciałbym, ze względu na Olivię, żeby ukryła się w domu Brisbane'ów. Chciałbym móc panu przekazać, że Olivia właśnie tam jest. Ale my, tak samo jak pan, zastanawiamy się, kiedy ona wróci.

Pomyślałem sobie, czy właśnie w ten sposób Grace wypowiadała swoje najbardziej przydatne kłamstwa - zmieniając je w coś, w co sama mogła wierzyć.

- Rozumiesz, że musiałem zapytać? - rzucił policjant.

- Tak.

- Cóż, dziękuję, że poświęciłeś mi tyle czasu. I proszę, daj mi znać, jeśli czegoś się dowiesz. - Koenig już kierował się do wyjścia, ale zatrzymał się w ostatniej chwili. - A co myślisz o lasach?

Zamarłem. Byłem jak wilk ukryty między drzewami, zastygły w pół kroku, wyczekujący jedynie tego, żeby nie zostać dostrzeżonym.

- Słucham? - zapytałem cicho.

- Rodzina Olivii wspomniała, że dziewczyna robiła mnóstwo zdjęć wilkom i że Grace też się nimi interesowała. Czy ty również podzielasz ich fascynację?

Byłem w stanie tylko skinąć głową.

- Czy sądzisz, że jest jakaś szansa, że Olivia ukryła się w lesie, zamiast uciekać do innego miasta?

Wyobraziłem sobie, że policja zaczyna przeczesywać bory w poszukiwaniu śladów ludzkiego bytowania. I znajduje szopę należącą do sfory. Wpadłem w panikę, ale starałem się, żeby mój głos zabrzmiał przekonująco.

- Olivia nigdy nie sprawiała wrażenia osoby, która lubi spędzać czas na świeżym powietrzu. Naprawdę wątpię, żeby dała sobie radę w takich warunkach.

Koenig pokiwał głową, jakby do siebie samego.

- Cóż, jeszcze raz dzięki - powiedział.

- Nie ma sprawy. Powodzenia.

Drzwi zamknęły się za nim z cichym "dzyń". Gdy tylko radiowóz oddalił się, oparłem łokcie o ladę i ukryłem twarz w dłoniach. Boże.

- Niezła robota, cudowny chłopcze - skomentowała Isabel, wstając spomiędzy regałów z literaturą faktu. - Prawie w ogóle nie brzmiało to, jakbyś był psychicznie chory.

Nie odpowiedziałem. Wymieniałem w myślach wszystkie rzeczy, o które policjant mógł zapytać, choć tego nie zrobił. To sprawiało, że teraz byłem jeszcze bardziej zdenerwowany, niż wtedy, gdy Koenig stał obok mnie. Mógł przecież zapytać o to, gdzie jest Beck. Albo czy wiem coś o trzech dzieciakach, które zaginęły w Kanadzie. Albo czy wiem cokolwiek na temat śmierci brata Isabel Culpeper.

- No, co jest? - rzuciła Isabel. Położyła stos książek na kontuarze, z kartą kredytową na samej górze. - Świetnie sobie poradziłeś. To były rutynowe pytania. A gliniarz nie był zbyt podejrzliwy. Boże, ręce ci się trzęsą.

- Byłbym fatalnym przestępcą - odpowiedziałem.

Ale to nie dlatego dłonie mi drżały. Gdyby Grace była tutaj, powiedziałbym jej prawdę: że nie gadałem z policją od czasu, gdy moi rodzice trafili do więzienia za podcięcie mi żył. Sam widok munduru przywołał wspomnienie tysięcy rzeczy, o których nie myślałem od lat.

- I dobrze, bo nie popełniasz żadnego przestępstwa - głos Isabel ociekał pogardą. - Przestań panikować i zajmij się robotą. Potrzebuję paragonu.

Wbiłem należność na kasę fiskalną i włożyłem książki do torby, zerkając od czasu do czasu na pustą ulicę. W mojej głowie kotłowały się obrazy policjantów i wilków czających się w lasach oraz głosy, których nie słyszałem od dekady.

Gdy podawałem dziewczynie siatkę z zakupami, stare blizny na moich nadgarstkach pulsowały od dawno pogrzebanych wspomnień.

Przez chwilę Isabel wyglądała tak, jakby miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale ostatecznie potrząsnęła tylko głową i rzuciła:

- Niektórzy ludzie naprawdę nie potrafią się odnaleźć w takich sytuacjach. Do zobaczenia, Sam.