Z PARYŻA PRZEZ ROSJĘ DO LWOWA
Ojciec Autora Tomasz Józef Uziembło (używał zwykle drugiego imienia), syn powstańca z 1831 roku, od młodości był przede wszystkim działaczem socjalistycznym - niepodległościowcem. Studiował w Kijowie, Moskwie i Petersburgu. Ale właśnie dlatego, że na każdej uczelni włączał się w działalność nielegalną - z każdej musiał uciekać, tropiony przez policję polityczną, sławną ochranę.
W 1878 roku przyjechał do Warszawy, by organizować wśród polskich robotników kółka socjalistyczne. O dalszych losach Józefa Uziembły opowiada jego najstarszy syn, Adam:
"W roku 1880 w Krakowie Waryński1 został aresztowany. Niebawem przybył z Warszawy Uziembło pod nazwiskiem Biesiadowski. Przyjechał właściwie po to, by przygotować i odtransportować za kordon2 partię bibuły. Ale drukarz Koziański, który tłoczył zamówione broszury, po odebraniu pieniędzy wydał Biesiadowskiego w ręce policji. Ten człowiek, który przez lata całe wymykał się z sieci rosyjskich szpiegów, został jak na urągowisko złapany przez Polaków3, wskutek niecnej zdrady przedsiębiorcy Polaka.
Po kilkunastu miesiącach śledztwa rozpoczyna się w Krakowie głośny proces socjalistów polskich, pod nazwą "procesu Waryńskiego i 34". [...] Uziembło wniósł doń ton specjalny. Otóż gdy wszyscy inni przywódcy podnosili tylko społeczne znaczenie socjalizmu - on jeden zaznaczył, z całą mocą, jego charakter polityczny: "Nie będziecie nas uczyć miłości ojczyzny" - wołał. Socjaliści polscy patriotyzmu uczyli się od poranionych ojców lub owdowiałych matek. Publiczność zgotowała mu za to przemówienie głośną owację.
Proces skończył się uniewinnieniem oskarżonych. Niemniej wraz z innymi obcokrajowcami Uziembło został wydalony z granic cesarstwa austriackiego i odstawiony do granicy szwajcarskiej.4 [...]
W pracach emigracyjnych bierze udział bardzo czynny, stając przy Bolesławie Limanowskim, niezłomnym chorążym niepodległości, z którym też łączyć go będzie długa i wierna przyjaźń.
Choroba, której nabawił się w więzieniu, gruźlica kości, wkrótce wyrywa go z szeregu walczących. Długie miesiące pozostaje Józef Uziembło w szpitalu, najpierw w Szwajcarii, potem w Paryżu. Ostatecznie musi się poddać amputacji nogi. W roku 1884 żeni się z Katarzyną z Gołowaczowów, córką jednego z najwybitniejszych liberalnych działaczy rosyjskich."5
Życiorysu swojej matki Adam Uziembło nie napisał. Ale wiele o niej wiemy z opowiadań jej synów. Była córką Aleksego Adrianowicza Gołowaczowa, rosyjskiego działacza liberalnego. Gołowaczowowie to był stary, możny i wpływowy ród, wywodzący się, jak mi opowiadano, od koniuszego Borysa Godunowa. W XIX wieku nie była to już rodzina bogata, ale mająca swoje miejsce w środowisku arystokratycznym czy - może można już powiedzieć - inteligencji rosyjskiej. Aleksy ukończył uniwersytet. Nie chciał jednak być urzędnikiem (czynownikiem), co w Rosji carskiej stanowiło o prestiżu, wolał być działaczem niezależnym, publicystą. Przez pewien czas pełnił funkcję w samorządzie terytorialnym - był marszałkiem szlachty swoich okolic. Zajmował się problemami społecznymi, między innymi był współtwórcą ustawy o uwłaszczeniu chłopów, później opracowywał projekty rozbudowy kolejnictwa w Rosji.
Aleksy Gołowaczow miał syna i kilka córek; wiem o trzech. O jednej tylko tyle, że wbrew woli rodziców wyszła za mąż za oficera nagrodzonego za tłumienie powstania w Polsce w 1863 roku. Nie miała już wstępu do domu ojca. Sam wykształcony - kształcił swoje dzieci. Syn Adrian został lekarzem, najstarsza córka Maria ukończyła klasę śpiewu, a potem fortepianu Konserwatorium Petersburskiego. Najmłodsza, Jekatierina, ukończyła medycynę na uczelni dla kobiet (tzw. kursy bestużewskie) i była jedną z pierwszych kobiet lekarzy w Rosji. Dla pogłębienia studiów wyjechała do Paryża. I tu Rosjanka wyszła za mąż za Polaka, emigranta politycznego, inwalidę.
Ich najstarszy syn, Adam, urodził się 9 października 1885 w Paryżu. Dziewięć miesięcy po Jego urodzeniu, dzięki staraniom rodziny wyjechali do Rosji (Józef Uziembło otrzymał pozwolenie na pobyt tutaj, jednak co najmniej 50 wiorst od kolei i pod nadzorem policji), do majątku Gołowaczowów w guberni twerskiej - Pokrowskie. (Aniela Uziembło)
W Pokrowskim wszyscy mnie bardzo polubili, jednak nie mieszkaliśmy tam długo. Moskale kazali ojcu jechać do Niżnego Nowogrodu, gdzie przebywaliśmy, zdaje się, dwa lata. Tu urodził się mój brat Władziek, kiedy mi było trochę więcej niż półtora roku, to znaczy 3 maja 1887. W Niżnym zaczynam pamiętać siebie.
[...] Pamiętam, jak przyjeżdża dziadek i daruje mi balony, z którymi ja wraz z Marfuszą, nianią, chodzę po mieście. [...] Pamiętam na koniec, jak urodził się Stasiek, mój najmłodszy brat. Wydało mi się, że ma ogromne uszy. Jestem zabobonny i z każdego faktu lubię wysnuwać przyszłość. Otóż zdawało mi się, że zostanie on szpiegiem wojennym. [...]
Wkrótce pojechaliśmy do Szarogrodu. [...] Kiedy przyjechaliśmy, poprowadził nas pan Łomżyński, wraz z papą, mamą, Adamem6 i Marfuszą, do ogrodu na wzgórzu, za którym rozciągało się pole żyta. Pamiętam doskonale, jak stamtąd patrzyliśmy na żniwa. [...] Zastanawiając się, jaki wpływ miał na mnie pobyt tam, dochodzę do wniosku, że mimo młodego wieku - pewnie nieświadomie - nauczyłem się dostrzegać we włościaninie swego brata.
Przebywając przez cały czas z włościanami, zobaczyłem, że każdy z nich również jest człowiekiem. Poza tym bytność w Szarogrodzie spowodowała moją miłość do uprawy roli, która od tego czasu ciągle była mocniejsza. Pamiętam, jak całymi dniami wpatrywałem się w zieleniejącą, a potem dojrzewającą niwę. Widząc żniwiarkę, marzyłem, aby nią pojeździć. Sąsiada, który złamał nogę spadając z młockarni, miałem za bohatera.
[8]7
Kiedy miałem osiem czy dziewięć lat, pierwszy raz ujrzałem "Robotnika". Pamiętam, jak ojciec siedział przy biurku, trochę bokiem i trzymał w ręku jakieś niepozorne kartki. Podszedłem i odcyfrowałem na głos tytuł wybity półkolem: ,,R-o-b-o-t-n-i-k". Ojciec odłożył pismo, pociągnął mnie ku sobie i powiedział bardzo poważnie, że o istnieniu tego papierka nikt nie powinien wiedzieć. Nikt! To musi pozostać tajemnicą. Za taki papierek można zostać wysłanym na Sybir. I w jednej chwili zrozumiałem - nie, nie zasady socjalizmu ani program PPS - tylko fakt, mus, konieczność udziału w tajemnicy. Udział ten spadał jako przeznaczenie, obowiązek. Zaszczytny? Nie, to przyszło o wiele później. [...]
Tajemnica była nakazana. A jednak... Widziałem, jak ojciec pokazywał z dumą ten świstek sąsiadowi i kuzynowi Pulikowskiemu, który piastował stanowisko naczelnika ziemskiego. Pokazywał oczywiście i memu dziadkowi. A potem wynurzył się ów ,,Robotnik", gdy do dziadka w odwiedziny przyjechał prezes sądu gubernialnego Raczkiewicz.8 [...] Ten wysoki, bardzo przystojny pan brał do ręki egzemplarz z jakimś dziwnym wzruszeniem. I więcej, pokazywał go dziadek w czasie gorącego sporu jeszcze komuś innemu, wicemarszałkowi szlachty gubernialnej, Azanczewskiemu. Azanczewski, retrogard i mrakobiesiec9, był nieomal przerażony.
- Ależ skąd pan to ma, ekscelencjo? - pytał zaskoczony.
Dziadek nasrożył się. Aż mu się długa, biała broda najeżyła.
- A wam kakoje dieło? [A panu co do tego?] - warknął, patrząc w oczy gościa.
Tamten się zmieszał, poczerwieniał. Zaczął przepraszać... Wiele czasu upłynęło, zanim zrozumiałem treść owej sceny. Azanczewski był oczywiście z natury wrogiem wszelkiej nielegalszczyzny. Ale owo "A wam kakoje dieło?" zdawało się podsuwać mu coś w rodzaju myśli o donosie. Nie! Tego by nie popełnił!
[9]
Zbliżał się czas mojego pójścia do szkoły średniej i ojciec nasz, chcąc znaleźć dla siebie jakąś posadę, zaczął coraz częściej wyjeżdżać. Jeździł do Petersburga, Moskwy i do Saratowa, gdzie mieszkał stryj Adam. Wreszcie przyszło zawiadomienie, że znalazł posadę w Samarze i mamy do niego wkrótce dołączyć. Było to w 1895 roku.
Wszystkich to niezmiernie ucieszyło, żaden z nas nie widział nigdy większego miasta, więc z wielką niecierpliwością oczekiwaliśmy dnia wyjazdu. Wreszcie nadszedł. Po obiedzie mieliśmy jechać. Przez cały dzień biegaliśmy, planowaliśmy wycieczki, gadaliśmy, przy obiedzie mieliśmy wyborny apetyt. Gdy jednak nastała chwila pożegnania, coś mi ścisnęło serce. Pomyślałem, że opuszczam Pokrowskie, gdzie zostaje wszystko drogie, puszczam się w świat nieznany i być może nigdy tu nie wrócę - tak mi się zrobiło smutno, że łzy mi wytrysnęły z oczu. Kiedy żegnałem się z dziadziusiem, nie wytrzymałem i gorzko zapłakałem.
Tymczasem nastała pora wyjazdu. Wsiedliśmy wszyscy do powozu, rozległ się krzyk woźnicy, uderzenie bata i pojechaliśmy do Samary.
Zima przełomu lat 1896/97 była to pierwsza zima, którą spędziłem chodząc do szkoły. Pamiętam, jak bardzo ta szkoła mnie rozczarowała. Wyobrażałem ją sobie jako rząd figli płatanych profesorom, jako piekło fagasów10. Tymczasem przez całą zimę spłatano profesorom zaledwie kilka figli, zaledwie kilka razy fagasi zostali pobici.
[...]
W drugi dzień świąt w 1897 roku miał miejsce wypadek, który wywarł pewien wpływ na moje życie. Wyjeżdżałem z Samary do Saratowa. Była to pierwsza podróż, jaką miałem odbyć sam. [...] Pełni najlepszych nadziei przyszliśmy na przystań i oczekiwaliśmy na parochod [parostatek]. Odprowadzała mnie cała rodzina. Wołga przedstawiała niezwykły widok. Kra jeszcze niezupełnie spłynęła, więc tu i ówdzie widać było kawałki lodu, które bez względu na wielkość były podrzucane przez ogromne bałwany i ciskane o brzegi promów i przystani. Cała rzeka przypominała morze - była tak szeroka, że jej przeciwległego brzegu nie było prawie widać.
W napięciu oczekiwałem przyjścia parochodu. W końcu ukazał się w oddali. Wyglądał jak jakaś potworna istota, pogrążona w wodzie, dobywająca ostatnich sił, aby dostać się do przystani. Buchał dymem i parą - jak coś, co walczyło z żywiołami, co pokonywało je i miało powab mocy, jakoś mimo woli pociągające. Byłem tak szczęśliwy, że nie zauważyłem nawet, jak mama powierzyła opiekę nade mną pewnemu podróżnemu [Łapkinowi], który wydał jej się godny zaufania.
Rozległ się świst i zająłem swoje miejsce na parochodzie. [...] Było mi bardzo wesoło. Wiatr taki straszny, że kiedy się stało na przodzie okrętu, to trzeba było chwytać się różnych przedmiotów, żeby nie zostać zwianym. Można było po prostu położyć się na wietrze i leżeć nie będąc opartym o nic... tylko o wiatr.
Wiatr coraz bardziej się wzmagał. Kiedy drugi raz wyszedłem na pokład, bałwany już rzucały statkiem tak, że niepodobna było stać nie trzymając się czegoś. Wróciłem więc do rupki11. Tu wiatr przedmuchiwał górne szyby i było zimno. Poszedłem do swojej kabiny, ale wkrótce zawołał mnie Łapkin, żebym zobaczył wielki most Syzrań-Botrczki, pod którym mieliśmy przepływać. Ledwie wyszedłem, wiatr zerwał mi z głowy czapkę i uniósł do wody. Pobiegłem za nią zupełnie bezmyślnie, a wtem coś jakby mi powiedziało: "czapka wskazuje ci drogę" - i właśnie w tej chwili usłyszałem na przodzie statku straszny trzask. Nie orientowałem się zupełnie, co to jest. Zobaczyłem, że ludzie zaczynają chwytać za koła ratunkowe. Zapytałem majtka, który biegł obok mnie:
- Toniemy?
- Toniemy - padła odpowiedź.
Wtedy zrozumiałem, co się stało.
W pierwszej chwili pojawiło się pytanie, jak to się stało. O co rozbił się statek? Zapytałem biegnącego majtka, lecz jego tylko zdziwił mój spokój. Równocześnie doleciał do moich uszu wyraz "byk"12. Teraz zrozumiałem, że przód statku uderzył w jeden z murowanych słupów podtrzymujących most. Pociecha - wiedzieć, od czego się ginie! Wtedy dopiero zacząłem się bać. Dreszcz mnie przebiegł na myśl o dostaniu się do zimnej wody. Wiedziałem, że skostnieję i pójdę na dno. Cóż robić? Ginąć bez walki? Nie! Zdjąłem, nie zważając na nic, płaszcz. I... co będzie, to będzie. Raz kozie śmierć - pomyślałem i z tą myślą poszedłem do rupki.
Wszyscy pasażerowie pierwszej, drugiej i trzeciej klasy zeszli się tu. [...] Wszyscy modlili się klęcząc, głośno płacząc i zawodząc. Żałosny, wzywający ratunku przeciągły świst statku, wycie wiatru, słowa modlitwy, płacz, narzekanie - zlały się w jakiś straszny koncert. Teraz owładnęło mną zupełne przygnębienie. Poczułem, że muszę umrzeć z tymi ludźmi, że fala nikogo nie oszczędzi.
I ujrzałem Wołgę, a na niej kawałki drewna, ludzkie ręce wzywające ratunku, bulgotanie, wir wokół, trzask łamanych desek i resztek korpusu statku, szum wody wlewającej się do jego wnętrza... I cisza... Poczułem, że wszystkim zostanie jedna pociecha - Bóg, a ja nawet tego nie mam. Ogarnęła mnie straszna chęć, by klęknąć i pomodlić się razem z tymi ludźmi. Jeszcze chwila i byłbym to uczynił, a gdybym pomodlił się wtedy, to jestem głęboko przekonany, że uwierzyłbym we wszystko. Jednak otrząsnąłem się z tego uczucia. [...]
Popłoch wzrastał. Kobiety chciały skakać do wody i ledwie można było je utrzymać, niektórzy mężczyźni także potracili głowy. Awantura.
Na szczęście niebawem wpłynęliśmy do głębokiej zatoki. Kiedy zobaczyłem spokojne fale, poczułem, że jesteśmy ocaleni. Opanowało mnie jakieś wzruszenie, którego nie mogłem przemóc. Pobiegłem do mojej kajuty i rozpłakałem się. Ja nie wiem nawet, jak to uczucie nazwać. To nie była radość z ocalenia. Wtedy jeszcze za mało ceniłem życie, aby się tak ucieszyć. To prędzej był smutek...
[...] Jaki wpływ miał na mnie ten wypadek? Dał mi niesłychaną pogardę śmierci. Byłem o włos od niej i zobaczyłem, że nie jest wcale taka straszna. Widziałem, że można ją zupełnie spokojnie przyjąć. Czym jest ludzkie życie? Ach, chwilką tylko!13
[8]
Katarzyna i Józef Uziembłowie wychowywali swoich trzech synów na Polaków - mówili z nimi po polsku, ojciec opowiadał wiele o historii i kulturze Polski. Ale przecież żyli w środowisku rosyjskim - rodzina, znajomi, całe otoczenie mówiło po rosyjsku. Dochodziła jeszcze szkoła (dwaj starsi synowie uczyli się już w gimnazjum) - nie tylko "obca", ale nierzadko wroga. Rodzice zdecydowali: trzeba przenieść się do Polski, która jako państwo co prawda nie istniała, ale w zaborze austriackim - w Galicji - językiem urzędowym był polski. Wybrali Lwów.
Z przenosinami wiązał się problem - sprawa obywatelstwa. Józef Uziembło wystąpił o przyznanie obywatelstwa austriackiego całej rodzinie. Niestety, przyznano je tylko synom.
W naszym przyjeździe do Lwowa - wprost z Saratowa - było może coś z patosu. Ojciec wyrzekł się bardzo dobrego stanowiska w Rosji, aby zapewnić swym synom polskie wychowanie, polską szkołę. Była to spora ofiara. Z warunków pełnej zamożności przeszliśmy w sytuację, która wymagała poważnych ograniczeń.
Niewiele się o tym mówiło, ale byłem dumny z rodziców - dumny, że przechodzą do porządku nad sprawami materialnymi. Wiedziałem, iż byli pod tym względem podobni do dziadków. A wiedziałem też, że od Konfederacji Barskiej począwszy, poprzez Powstanie Kościuszkowskie, Legiony14, rok 1831 - i dziad, i pradziad, i prapradziad stawali w polu. Pierścień od Naczelnika Kościuszki, wraz z jego pismem do mego prapradziada, stanowił relikwię rodzinną.15 Ojciec mój był za młody, by brać udział w powstaniu 1863 roku. Pamiętał tylko, jak uczepiony szerokiej spódnicy swej matki Bibianny śpiewał wraz z całym tłumem w kościele św. Katarzyny w Kijowie: "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie...".
[...]
Żandarm sprawdził paszporty. Tragarze przenieśli rzeczy do innych wagonów. Z brudnego korytarza weszliśmy do przedziałów. Rozsiedliśmy się. Cerata licha. Popękana. Nędza. To ma być Europa? Ojciec tłumaczy, że tu nie ma tak wielkich odległości do przebycia, że pasażer wchodzi do wagonu najwyżej na kilka godzin - więc niepotrzebne są owe podnoszone miejsca sypialne. Ostatecznie może tak jest, ale rosyjskie wagony są lepsze i nie klekocą tak.
Rewizja w Brodach. Jacyś dziwni półcywile w dziwacznych wysokich kaszkietach z bączkami. Ale - przemówili po polsku.
- Ta joj, ta to wszystko pana dobrodzieja?! - przetrząsają nasze walizki.
- A to pewno kawalerowie do szkół? - rzuca jeden pytanie.
I trochę się rozjaśnia. Te nędzne Brody, te nieszczęsne domki, daszki stacyjne noszone przez żelazne drążki - to wszystko wybaczyliśmy za powitanie. Niech diabli wezmą! Ale graniczny urzędnik rozumie, że uchodzimy z "carosławia" do kraju, gdzie można po polsku gadać głośno.
I powitanie to powtarzała matka, i przypominał je ojciec, i już jechaliśmy do Lwowa z jakąś inną nadzieją. Tylko że każda stacja, każda wioska przypominały nam, iż to nie raj, że opuściliśmy kraj o wiele, wiele bogatszy.
Ktoś powiedział, że z Dworca Głównego daleko do miasta. Że "idzie" tam przebudowa. Wygodniej wysiąść na Zamarstynowie. No i po paru godzinach zajechaliśmy na ten Zamarstynów. Wysiedliśmy. Rozczarowanie nasze nie miało granic. Nędzna stacyjka. Lichota. Aż skrobało mnie coś... Tak było to dalekie od tego, co widziałem w Samarze, w Saratowie, w Moskwie, a bodaj w Koziatynie, gdzie jedliśmy jakąś kolację czy obiad. Ojciec zwrócił mi wtedy uwagę, że ryby nie je się nożem. Tu, w tym tłumie, i jedzenie rękami byłoby dopuszczalne.
Wreszcie hotel, który nam polecono na stacji ("doskonały i tani"). Otóż tu ujrzeliśmy coś, czego dotąd w ogóle żeśmy nie widywali. Nawet w wyobraźni nie widziałem parszywszej nory. Ojciec śmiał się:
- Wpadliśmy! No nic! Trzeba jutro znaleźć mieszkanie.
Z mieszkaniami wtedy nie było żadnych trudności i na każdej prawie kamienicy wisiała w bramie kartka z wypisanymi wolnymi lokalami.
Słowem - Europa zawiodła na całej linii. W tej chwili żałowałem już niemal Saratowa, żałowałem całej opuszczonej "Azji". Ta wyzierająca z każdego kąta nędza, ten brud. A ulice! Brudne, wąskie. Kamienice odrapane, ponure.
Opowiadano mi, że we Lwowie można spotkać ludzi w polskich strojach. Na razie nie widziałem. Chyba że za polskie można było uznać jakoweś długopołe chałaty i wyświechtane do najwyższego stopnia cylindry, spod których wyłaziły frymuśne, zakręcone przy uchu pejsy. Notabene owe pejsy też mi się nie bardzo podobały. Wyobrażałem je sobie tak, jak widywałem na różnych obrazkach - że zwisają w postaci sznureczków czy koszyczków. I myślałem, że owi krajowi cudzoziemcy chodzą w jarmułkach, ostatecznie w kaszkiecikach - a oni łażą sobie w cylindrach!
Wyrwaliśmy się co prędzej z hotelu. Zimowy dzień był ciepły i jasny. Nasze futerka były trochę za gorące. Kalosze dobrze chroniły nogi. Zrazu - uliczki wąskie. Idziemy coraz dalej. Aż nagle, kiedy po przebyciu wertepów jakowychś okoliliśmy rusztowania budującego się teatru - otworzyła się perspektywa Wałów Hetmańskich16. Szerokie, przestronne, w mglistym, mroźnym powietrzu, wydawały się naprawdę ogromne. I dalej - wspaniały jeździec, co wali olbrzymimi susami, druzgocząc kopytami głowy pohańców - jeździec tak dobrze znany nam z dziejów, z odsieczy wiedeńskiej, z Trylogii. Wtedy zrozumieliśmy, że jesteśmy naprawdę tam, dokąd dążyliśmy.
Niech tam Zamarstynów będzie Zamarstynowem. Żydzi? No właśnie! Tu im wolno mieszkać, wolno żyć, wolno nosić pejsy i chałaty. Niekoniecznie wiedziałem, dlaczego tak powszechnie noszą włochate cylindry. Ale... jeśli taki jest ich zwyczaj... Może w Rosji i to było zakazane?
Teraz Lwów wytrzymywał porównanie nawet z Moskwą. Szeregi domów, parkanów nie ma. Napisy polskie. Ulice: Karola Ludwika i boczne - Sykstuska, Kopernika, jakaś dziwna Chorążczyzna (czort wie, co to znaczy?!); i znowu - św. Mikołaja, Akademicka. Pomnik Aleksandra Fredry? Pojęcia nie mam, kto to jest. Ojciec powiedział, że komediopisarz. Komediopisarz? Niekoniecznie wiedziałem, czy wypada, by Polak w niewoli pisał komedie. To przystoi ludziom wolnym. Ten Fredro wydał mi się figurą podejrzaną. Pewno "ugodowiec" albo inna jakaś "kanalia lojalna".
[...]
Listy polecające wprowadziły nas w serce lwowskich stosunków. Już od razu, w tym okropnym hotelu, złożył rodzicom wizytę Jan Ludwik Popławski, niewysoki pan, z bródką w szpic strzyżoną, młody jeszcze człowiek, głęboko rozumny i poważny. Usiłował stworzyć we Lwowie ośrodek życia kulturalnego. Uśmiał się z naszej wpadki hotelowej.
Już trzeciego dnia mieliśmy mieszkanie, zostały zakupione meble, urządzenia kuchenne, znalazła się oczywiście i służąca. W pierwszym mieszkaniu nie pozostaliśmy zresztą zbyt długo. Ze Snopkowskiej przenieśliśmy się na Poniatowskiego, powyżej parku Stryjskiego, potem na Pułaskiego, również w pobliżu parku.
[...]
Zygmunt Poznański pracował wówczas w Ossolineum. Mieszkał z żoną Zofią i synem Niuńkiem (Izydorem) przy ulicy Zyblikiewicza, w dość obszernym, parterowym mieszkaniu. Pani Zofia miała wiele zręczności towarzyskiej i wiele grandezzy17. Spokojna, inteligentna, rozmowna. Prowadzili dom otwarty. We wtorki gromadziło się w ich, powiedzmy z pewną oględnością, salonach dość duże towarzystwo. Zaraz w pierwszy wtorek po naszym urządzeniu się zaproszono nieco większe grono, by przywitać przybyłych z Rosji. Nas - chłopców - również. Przyjmować nas miał syn państwa domu.
Spoglądałem na zebrane towarzystwo. Siwy zupełnie prof. Benedykt Dybowski, o jasnych, niebieskich oczach, podniósł się na widok rodziców. Pani Zofia tymczasem, na wstępie, poddała nas lekkiej lustracji. Wyraziła łaskawie radość, że płynnie mówimy po polsku, co przyprawiło mnie o rumieniec. Bo niby jak? Następnie dała wyraz zadowoleniu, że czytałem Trylogię i Kraszewskiego, i Jeża, i poezje!
Przy oknie stał wyprostowany, śmigły, szczupły Bronisław Szwarce (matka zdążyła mi szepnąć, że był członkiem Rządu Narodowego powstania). A niski, z małą bródką to Bolesław Wysłouch - właśnie ten, który wydaje pismo dla włościan18 i dziennik "Kurier Lwowski". [...] A tamten krępy, o mocnym zarysie twarzy, ogorzały, to Jan Kasprowicz - młody poeta, a już dobrze znany. Zdążyłem dotąd pochwycić parę jego wierszy. Z nim szczupła blondynka o pięknych, błękitnych oczach - urodzie tak subtelnej, że można się było zapatrzyć.19
Wysoka, wychudzona pani Maria Wysłouchowa - redaktorka pisma "Zorza" (dla kobiet wiejskich) - z niesłychaną serdecznością wita moją matkę. A ten pan z brodą i czupryną w nieładzie, który tak gorąco potrząsa rękę ojca - to Jan Popławski. [...]
Nie miałem czasu zastanawiać się nad tym wszystkim, gdyż Niuniek zaciągnął mnie do swojego pokoju, gdzie zebrało się towarzystwo młodzieży, liczne i ciekawe. Królowała w nim Janka Popławska, jako jedyna osoba płci żeńskiej. Był i jej brat Witek, szczupły chłopaczek. Był wysoki, chudy Józek Szwarce, syn Bronisława. Całe towarzystwo było widocznie poinstruowane, by "oddziaływać" na nas - przybyszy z Rosji. [...]
Wychodziłem pod wrażeniem, że w tym towarzystwie tylko szczęśliwy los ustrzegł mnie przed kompromitacją. Oni tyle czytali! Tyle wiedzieli! Oni wciąż patrzą na takich ludzi - działaczy, uczonych, poetów! Trzeba będzie wiele się napracować...
Stworzyliśmy od razu kółeczko przyjaciół: Niuniek Poznański, Józek Szwarce, no i nasza trójka. Do tego przymknął Mietek Gajewski. Cośmy razem robili? To co sztubacy razem robić mogą. Ale nasza obecność zaciążyła. Nasi nowi znajomi wiedzieli, żeśmy tu przyjechali wbrew wszystkim interesom materialnym, że rozbiliśmy dom wyłącznie ze względu na polskość. To zobowiązywało ich, mieszkańców Polski, do udzielenia nam pomocy.
Niuniek zresztą, rezolutny, rzutki, stanowczy i szczery, niewiele sobie z tego robił. Józek Szwarce chodził w aureoli wielkiego nazwiska, wspaniałej tradycji. Wysoki jak ojciec, ale lekkomyślny i pełen blagi, a i niemałego tupetu, podjął przeszkalanie nas w duchu narodowym i czynił to w sposób zupełnie bezwzględny.
Przede wszystkim więc przeegzaminował mnie z trójki wieszczy. Dalej szedł Sienkiewicz. Szybko jednak wycofał się z tego przedmiotu, gdy pewne wzmianki pozwoliły mu przypuścić, że w tej dziedzinie byłem nieco mocniejszy od niego. Kazał mi przestudiować Orzeszkową. Miał zbiorowe wydanie jej dzieł i nie popuszczał, dowodząc, że każdy Polak... Czytałem prędzej, niż się spodziewał. Więc - zaaplikował mi cały wielki zbiór odezw w różnych sprawach. Czego tam nie było! I stuletnia rocznica bitwy racławickiej, i takaż Konstytucji 3 Maja, i sprawa zatargu z Węgrami o Morskie Oko, i żałoba narodowa, i Kroże20... [...]
Józek wyciągnął mnie do teatru. W starej budzie skarbkowskiej21 dawano właśnie Kordiana. Rzecz jasna - idziemy. Na razie dostaliśmy bilety na parterze (potem chodziło się inaczej). Kordiana grał Sosnowski. Opowiadano, że dorównywał nawet Solskiemu, którego sława dolatywała z Krakowa.
Teatr nie był mi obcy. W Samarze, w Saratowie widziałem Gogola, Tołstoja, Ostrowskiego, Dzwon zatopiony Hauptmanna i Marię Stuart Schillera. Słyszałem parę oper - znakomitego Tartakowa, Dolinę. Zapaliłem się wtedy do teatru. Sam układałem jakieś komedyjki, które odgrywaliśmy z kolegami i koleżankami w naszym salonie. [...]
Tak, ale Kordian. [...] Scena więzienna, cały dialog, a wreszcie moment wyprowadzenia Kordiana, kiedy stary sługa woła za nim w rozpaczy, oddana była z taką siłą, że - aż mi się coś w oczach zakręciło. Spojrzałem na Józka - płakał. Odwróciłem wzrok na jakiegoś brzuchatego sąsiada - zasłaniał chustką twarz. Pani z przodu nie mogła powstrzymać łkania. Nie - takiej gry jeszcze nie widziałem. To było coś górującego nad wszystkimi wrażeniami, jakie miałem w Rosji. Ta buda skarbkowska od pierwszej chwili pozwalała się wyzbyć kompleksu niższości, jakim mnie napawał dotąd Lwów. Kompleksu, który za wszelką cenę usiłowałem stłumić i zepchnąć do podświadomości. Dużo mnie to kosztowało i - odbiło się. Odbiło się na całym rozwoju. Bo krępowało swobodę sądu, której nakładałem więzy na każdym kroku. [...]
Zamieszkaliśmy tymczasem tuż koło parku Stryjskiego, na Poniatowskiego 24. Do parku można było chodzić, by kuć lekcje i czytać.
[...]
Kułem prawdopodobnie coś arcynudnego, kiedy matka weszła do pokoju.
- Jakaś demonstracja. Chodźmy zobaczyć...
Boczną ścieżką zbiegliśmy pospiesznie do parku. Już widać przed pomnikiem tłum. No, tłum jak tłum, ale zawsze spora grupa ludzi. Zbliżamy się. Jakiś młody człowiek rozdaje karteluszki. Rzucam okiem - wiersze. Aha! "Boże, coś Polskę...", dalej - "Z dymem pożarów..." i jeszcze coś - "Boże Ojcze, Twoje dzieci płaczą, żebrzą lepszej doli...". Łzawo, strasznie łzawo.
Na stopnie pomnika wchodzi jakiś blondyn w czamarze22. Podkręca obfitego wąsa, zdejmuje konfederatkę.
- Rodacy!...
Wiatr zwiewał słowa, nie bardzo się orientowałem, o co chodzi. Była ojczyzna, było serce, była modlitwa o wolność. Czy ja wiem, czego tam nie było. Po czym kolejno odśpiewano wszystkie pieśni - po kilka zwrotek. Nawet dość zgodnie. Wreszcie ów jegomość w czamarze znów wstąpił na podwyższenie i prosił, żeby się rozejść w porządku.
- Nie zebraliśmy się po żadne awantury. Okazaliśmy nasze myśli i uczucia. Teraz się rozejść! Żadnego nieporządku!
Ktoś z tłumu zawołał:
- No pewno, przecież nie jesteśmy jakieś socjalisty!
A to co znowu?
Tłum rozchodził się. Rzuciłem jakieś pytanie matce. Była widocznie rozczarowana. Odpowiedzią jej było machnięcie ręki. Mówiła jakoś bardzo oględnie, że pochody, demonstracje, zebrania, mają zamanifestować... No... że "jeszcze nie zginęła". Ale różne kierunki manifestują to inaczej. Trzeba przyglądać się i wybierać. Nie trzeba przede wszystkim od ludzi wymagać, aby zgadzali się na jedno. Kto urządził tę manifestację, matka nie wiedziała. Wygląda to na pustą frazeologię. Ale może... Matka zawsze wyrażała się bardzo powściągliwie o różnych objawach polskiego ruchu, zwłaszcza wtedy, gdy nie mogła czegoś aprobować.
Po paru dniach dowiedziałem się, że będzie zgromadzenie socjalistyczne - 1 maja. Ale nie pod gołym niebem, a w hali na placu powystawowym. Poszedłem tym razem sam. Jakoś przecisnąłem się do wnętrza - zatłoczone. Tłum przeważnie ubrany z europejska - marynarki, kołnierzyki, krawaty.23 W prezydium tylko kilka błękitnych kurtek, ozdobionych czerwonymi szarfami. Na podium stół. Za nim pan pokaźnej tuszy, z bródką w szpic, wydłużającą okrągłe oblicze. Coś powiedział, zagajając dość gładko. Udzielił głosu Kozakiewiczowi.
Powstał. Wysoki, obfita czarna broda, ubrany w długi czarny surdut, tak zwany anglez.
- Towarzysze - zagrzmiał potężnym głosem - rząd, ucisk, burżuazja... - my, biedni proletariusze, chcemy żyć jak ludzie. Ruch robotniczy! Świadomość, solidarność proletariacka! (Niech żyje!) Ale spisek burżuazyjny. (Hańba!) Kapitał... (Hańba! Hańba!) Szlachta wyzyskuje chłopa. (Hańba!) Ale organizacja proletariacka... (Brawo!)
Imponuje mi ta sala i ci słuchacze. Jak doskonale wiedzą, gdzie i co krzyczeć. Burżuazja - to zwyczajna "hańba". Ale Koło Polskie24 - to już pereat25 i ci, co w namiestnictwie rządzą, też pereat. I polska szlachta - pereat. Ale za to protest proletariatu - vivat. I wszystko to zgodnie krzyczy stojący w dole tłum. A ci z galerii nawet czapkami rzucają. Kozakiewiczowi coraz bardziej rozwiewa się broda, coraz mocniej macha rękami. Coraz lepiej widać spod rękawów brudne mankiety, ale sztywne i wykrochmalone.
Dobrze - szlachta pereat! Zgoda. Ale po co ciągle ten przymiotnik "polska"? Czy to polska szlachta ma być gorsza od innej? Cóż to, ona bardziej uciskała chłopów? No i... brudne mankiety - to już rzecz zupełnie zbędna. Kozakiewicz mi się nie podobał. Czego gada wciąż "my, robotnicy" - przecież nie jest żadnym robotnikiem. [...]
I znowu po paru dniach - uroczysty wieczór ku pamięci Konstytucji 3 Maja. A jakże, w gmachu "Sokoła"26. Sala odświętnie ubrana w barwy narodowe. Orły wśród kos i szabel. Jakiś wysoki jegomość, brodaty, przebrał się w kontusz i gadał o całej martyrologii narodu polskiego. Potem była jakaś parodia sceny ze Zbójców27. Potem odegrano po amatorsku Szumi Marica - jednoaktówkę Jeża. Potem - kuplety28 o zabarwieniu antysemickim. Wstyd mi było słuchać. A na zakończenie - wieniec pieśni polskich z hymnem narodowym na końcu. Publiczność powstała z miejsc i zaczęła klaskać. Józek Szwarce, siedzący obok, trącił mnie:
- Bij brawo! Bij brawo!
Nie chciało mi się. Jakoś nie wypadało, moim zdaniem.
[2]
Cała rodzina Uziembłów była we Lwowie razem zaledwie kilka miesięcy. Katarzyna Uziembło, obywatelka rosyjska, nie uzyskała prawa praktyki lekarskiej (władze austriackie odmówiły jej nostryfikacji dyplomu). Józef - inwalida, też bez obywatelstwa austriackiego - miał poważne kłopoty z uzyskaniem pracy zarobkowej. Zdecydowali się więc na czasowe rozstanie. Katarzyna wyjechała do Kimr, miasta w pobliżu Pokrowskiego. Podjęła pracę w miejscowym szpitalu i przesyłała pieniądze na utrzymanie rodziny. To pomogło Józefowi w ponownym zaangażowaniu się w konspiracyjną działalność polityczną, w "zagranicznym" ośrodku PPS.
Nadeszło lato. Razem z braćmi kuliśmy do egzaminów wstępnych. Próbowaliśmy też powołać do życia jakieś kółko dramatyczne, które zbierało się na posiedzenia, rozglądało się za repertuarem i ostatecznie podjęło próby jednoaktówki Zapolskiej W Zagłębiu. Posiedzenia kończyły się zazwyczaj odprowadzaniem się po ulicach, parkach, plantach, w czasie którego raczyliśmy się wspaniałymi śliwkami, jabłkami, gruszkami. Zgniłe owoce nieraz leciały w latarnie miejskie, nie wyrządzając im zresztą większej krzywdy. Ale parę ławek w parku Jezuickim jednak się przewróciło. Mniejsza o nie. Gdyby ich wówczas nie postawiono na miejscu, mogłyby stanowić pomnik dla zaświadczenia, że patos pobytu we Lwowie nie zawsze ciążył na naszych umysłach.
Sporo znajomych się rozjechało. Trzeba było kuć coraz więcej, bo egzaminy przypadały na pierwsze dni września.
W niedzielę zazwyczaj ruszaliśmy za miasto, najczęściej do Brzuchowic, gdzie państwo Poznańscy mieli kawałek gruntu. Piasek to był, niedbale ułożone anemiczne klomby, jakichś parę drzew. Willa stała naprzeciw szerokiej przesieki leśnej i z oszklonej werandy widać było tę aleję szeroką, jako gościniec porosły trawą. Willa stała samotnie, bo właściwa miejscowość leżała po drugiej stronie toru. Tam - droga wśród willi i domków - a każda willa miała jakąś nazwę, najczęściej od imienia żeńskiego. Willa państwa Poznańskich to "Zofiówka", od imienia gospodyni [...].
Drogą tą dochodziło się do sporego stawu, gdzie urządzone było kąpielisko. Wysoki, ponaddwumetrowy płot z desek dzielił część damską od męskiej. Były w tym płocie oczywiście szpary...
[...]
Jesień. Zaczęła się szkoła. [...]
Ulica Łazarza, na której zamieszkaliśmy, nie jest długa. Wychodzi na Cytadelę - rezerwuar świeżego powietrza, niby park. Wielkie place ćwiczebne, budynki koszar - wszystko osłaniały drzewa. Ulica schodziła w dół ku Kopernika, a na rogu wznosiły się koszary żandarmerii. [...] Naprzeciwko była kamienica, której mieszkańcy mało nas interesowali. Jakieś "CK urzędniki"...
Okno w okno z nami był sobie jeden, o wąsach wymuskanych, zakręconych ku górze pod bindą29, na wzór cesarza Wilhelma II. Wysoki, szczupły - trzymał godność. Chodził po ulicy, nie patrząc na nikogo. Licho wie, jak się nazywał i czym się trudnił. I jakoś mu się powodziło. Kupił sobie gramofon. No i płyty.
Płyty te reprodukowały arie, jakimi popisywały się katarynki. Przede wszystkim więc Trubadura30 męczyło to gramofonisko w osobliwy sposób. Zanim rozpoczęła się aria, wydobywały się najpierw jakieś chrzęsty, rzężenia, a wreszcie dopiero głos. [...] Czasem Jontek wywodził Oj, Halino...31 Płyt przybywało powoli. Aż któregoś dnia zabrzmiało Gott Erhalte!32 - austriacki hymn narodowy. Melodia Haydna wcale niebrzydka, ale stanowczo zbyt państwowa. Powtórzyło się to raz i drugi.
Stasiek, który na wycieczkach szkolnych grywał na trąbce, zdecydował, że tego nie należy puszczać płazem. I kiedy znów rozległ się hymn, skierował trąbkę przeciw gramofonowi; walnął najzwyklejszego marsza. Na drugi dzień to samo. Na trzeci - znowu. Póki śpiewa jakaś Halka czy Violetta - wszystko dobrze. Ledwie hymn - Stasiek do trąbki.
Aż pewnego dnia przychodzi do ojca list od dyrektora szkoły Lityńskiego, bardzo uprzejmy: "Jaśnie Wielmożny Panie Inżynierze, uprzejmie proszę o łaskawe przybycie...". Okazuje się, że nasz urzędniczyna złożył skargę na obstruowanie melodii państwowej. Rozmowa odbyła się w cztery oczy. Lityński ponoć śmiał się z całej historii, wymyślał oskarżycielowi od denuncjatorów. Ale: "Pan rozumie, panie inżynierze... No, oczywiście, nie będziemy z tego robili żadnej historii dalszej, tylko proszę bardzo... Sam nie chcę nic mówić chłopcom".
Odtąd nasz "wizawi" mógł już bezkarnie nastawiać gramofon. Ale gdy mu wyleciała jedna szyba w mieszkaniu - zrezygnował. Kto tę szybę rozbił, nie wiem. Zdaje mi się, że była to sprawka jednego z kolegów Staśka. Ponoć zasadził się z procą wieczorkiem i czmychnął na Cytadelę.
W każdym razie nie wiedziałem o tym, gdy dyrektor zapytał mnie, niby mimochodem, czy przypadkiem któryś z nas nie bawi się procą. Mogłem z całą szczerością zaprzeczyć. I to wystarczyło. Widocznie denuncjator próbował coś wskórać, ale prawdopodobnie przyjęcia miłego nie znalazł.
[...]
Chodziłem pilnie (poza nauką szkolną) na wykłady publiczne organizowane przez Uniwersytet Ludowy im. Adama Mickiewicza. Słuchałem wykładów Edmunda Libańskiego o ekonomii i profesora Gostkowskiego na temat "Czy będziemy latać?". Oszołomił mnie swym wywodem, że o balonach nie ma co myśleć, że jeśli będziemy latać, to tylko na płatach, które stawiają opór powietrzu; ale do tego potrzebny jest lekki motor. Słuchałem i wykładów Felicji Nossig o ekonomii, i Salomei Perlmutter o powstawaniu kapitału... W domu mordowałem się nad dziejami ruchu społecznego w XVIII i XIX stuleciu. [...] Natłok nazwisk. [...] No i Marks. Ten Marks z szeroką brodą, co napisał Manifest Komunistyczny.
[2]
Byliśmy na kopcu Unii Lubelskiej, patrzyłem stamtąd i rozmyślałem. Widziałem z jednej strony wielkie miasto, kościoły, gmachy publiczne, ogrody, domy... I zapytałem mimo woli siebie... Kto to zrobił? Robotnik. Z drugiej strony były łąki, zaorane pola, warzelnia, Dublany33. I znowu zapytałem siebie, kto to zrobił. Robotnik. I przyszło mi na myśl pytanie: Kto w tych pałacach mieszka? Kto chodzi do gmachów publicznych? Czy robotnik? I zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno, i złość mnie wzięła na tych wyzyskiwaczy i zrozumiałem wtedy swoją bezsilność. Nie spodziewałem się, że mogę się tak wzruszyć.
[8]
Jeden z dygnitarzy jezuickich, ksiądz Załęski, napisał w swoim czasie dość marną broszurę O programie i pieśni socjalistów polskich. Słyszałem, jak na głos czytano ją u nas w domu - rzeczywiście na wesoło. Zapadło mi wtedy w pamięć jedno: oto socjaliści prowadzą propagandę wśród młodzieży za pomocą pisma "Promień"34.
Ojciec ze względów pedagogicznych nie chciał narzucać nam żadnych poglądów. Zapytany kiedyś wprost, odpowiedział, że jest socjalistą. Dodał jednak od razu, że poglądy trzeba sobie wyrobić samemu. Zresztą i w socjalizmie są różne kierunki. Trzeba słuchać, czytać i myśleć.
[...]
"Promienia", o którym dowiedziałem się z broszurki księdza Załęskiego, na razie nie mogłem znaleźć. Może po prostu jako sztubak-czwartoklasista nie bardzo umiałem szukać. Dopiero parę tygodni potem spotkałem się z jednym ze starszych kolegów - Marianem Monasterskim, którego poznałem u Niuńka Poznańskiego. Na moje pytanie o to pismo, powiedział, że je otrzymuje, zna jego redaktorów i może mnie zaprowadzić do administracji, gdzie i ja mogę je zaprenumerować. Najbliższej niedzieli rano, zaraz po kościele, spełnił obietnicę.
Tak znalazłem się w "Promieniu". Mieścił się on wtedy przy ulicy Sapiehy, gdzieś w okolicach Politechniki. Kawalerski pokój, bez przedpokoju. Dość wąska kiszka, z oknem na podwórze. Wchodzimy. Od biurka powstał na nasze przywitanie sympatyczny młody brunecik z bródką w szpic, z muszką, student (powaga!) - Leon Weinfeld.
Za biurkiem krzesło i łóżko. Przy ścianie, równolegle - drugie. Na pierwszym wyleguje się rozczochrany - poznaję, prelegent z Uniwersytetu Ludowego - Edmund Weissberg. Był rozmemłany, długie blond włosy rozkudłane, koszula nie pierwszej czystości, właśnie jak należało - po prelegencku.
Kręcił się po pokoju jakiś piątoklasista, Solski. On jeden był nachmurzony. Dwaj starsi, wówczas studenci uniwersytetu, przyjęli mnie tak miło, że zostałem z miejsca oczarowany wszystkim. Ta ciasnota od razu pokazała mi, że wydawnictwo to praca nie lada, pełna poświęceń.
Monasterski był tu już swój.
- Przyprowadziłem nowego prenumeratora - mówił nieco chełpliwie.
Weinfeld witał się z tą osobliwą grzecznością galicyjsko-mieszczańską, co to chce, aby ją widziano, a przede wszystkim widział i oceniał ją sam.
- Bardzo mi przyjemnie... Zaraz... - wykonał ruch zapraszający do przywitania się z leżącym Weissbergiem.
Potem rozejrzał się, gdzie nas posadzić, ale na wszystkich krzesłach leżały stosy numerów, druki, papiery, wszystko przygotowane do ekspedycji.
- Kolega chce opłacić prenumeratę na jak długo?
"Kolega"! Ten pan z czarną bródką w binoklach (cwikierze!) i "kolega"! Byłem zbity z tropu. Bo jakżeż? Niby "pan" mówić nie wypada w tak "rewolucyjnym" towarzystwie, a ten pan - może już kilka lat uniwersytetu i - "kolega"! Przez pierwszy okres naszej znajomości to "kolega" nie chciało przejść przez moje usta.
Nie było na czym siedzieć, więc staliśmy. Cały czas biegał Solski, przenosząc z miejsca na miejsce jakieś paczki. Weissberg leżał z rękami założonymi pod głową. Mówił najmniej, ale rzucał jakieś ważkie słowa. Wspomniał o konieczności pracy, uświadomienia. W małym pokoiku było coś z atmosfery walki.
Zapłaciłem prenumeratę "Promienia" na cały rok, wobec czego otrzymałem jako premię cały poprzedni rocznik.
Kiedy już się żegnałem, Solski pół-rozkazująco, pół-prosząco zapowiedział, że tu, w redakcji, odbędzie się zebranie "kółka".
- Przyjdźcie, kolego.
- O tak, koniecznie - powtórzył ze zwykłą serdecznością Weinfeld.
Wychodziłem z uczuciem niewymownego szczęścia. Oto dane mi będzie przyłożyć rękę do... niekoniecznie wiedziałem do czego. Niekoniecznie wiedziałem, co trzeba robić. Ale ostateczny cel wysiłku to - powstanie. To było jasne. O powstaniu mówiło się w gronie młodzieży lwowskiej dość często. Nie wyobrażaliśmy sobie, skąd wyjdzie hasło, jednak było nakazem moralnym dla wszystkich. A osąd, że ktoś nie pójdzie do powstania, dyskwalifikował nawet wśród tych, którzy sprawami społecznymi w ogóle się nie zajmowali. Taki był nastrój wśród młodzieży zupełnie niedojrzałej. Starsi patrzyli na rzecz już nieco inaczej.
[2]
Często rysowałem sobie wspaniałe obrazy polskiego powstania, w którym ja przechodzę przez granicę, włóczę się po lasach, zbieram partię, niepokoję z nią Moskala; potem miałem plany bitew. Wskutek zręcznie wygranej bitwy zdobywam działa i z partyzanta zmieniam się w dowódcę. Powstanie kończy się szczęśliwie i 19-letni dyktator wjeżdża w triumfie do Warszawy i składa swój urząd...
[8]
Niebawem odbyło się zebranie.35 Przyszedł na nie Tadeusz Solski, przyprowadził kolegę Stapińskiego. Był Monasterski i ośmioklasista Adolf Roth. Student Dobek wygłosił referat o powstaniu 1831 roku i emigracji. Było to oskarżenie pod adresem szlachty i arystokracji o zaprzepaszczenie powstania. Przyczyną upadku była nieumiejętność przyciągnięcia do niego szerokich mas, nie zdobyto się na uwłaszczenie chłopów. A książę Czartoryski dążył do zagarnięcia korony... Wszystko było tu jasne, nie pozostawiało najmniejszej wątpliwości. Egoizm szlachty przyczyną zła. A lud dokonywał cudów waleczności. [...]
Kilka wykładów na zebraniach kółkowych utwierdziło mnie w nastroju powstańczym.
Tymczasem "Promień" zachęcał do samokształcenia. Nie powiem, że mnie rozczarowało żądanie wzięcia udziału w organizowaniu kółek samokształceniowych. Z koniecznością meblowania sobie głowy pogodziłem się. Niezbędność propagandy - przyjąłem z entuzjazmem. Ale myślałem, że staję bliżej jakiegoś czynu. [...]
W miastach tworzyły się szkolne kółka samokształceniowe. Ich delegaci należeli do komitetów miejscowych. Obowiązywała bezwzględna konspiracja - przecież nie tylko za należenie do jakiejś organizacji, ale za samo czytanie takiego "Promienia" można było wylecieć ze szkoły.
Komitet miejscowy jakoś się złożył. Trudno mi powiedzieć, ile kółek powstało. [...] Konsekwentnie przemyślanego programu nie było. A zresztą nie było i kandydatów do ich prowadzenia. Wszystko to były dopiero próby, miały one wykształcić przywódców, nad którymi czuwał niestrudzony Weinfeld.
Zacząłem rozglądać się po klasie - kogo by tu wciągnąć do kółka. Próbowałem już wcześniej gadać o kółku dramatycznym z Jankiem Holanem i Stefanem Nowickim. Holan - wysoki, zdawałoby się mocno zbudowany, syn konduktora kolejowego - bardzo chętnie przystał. Nowicki - o charakterystycznej, suchej twarzy, inteligentny, o soczystym barytonie - uznał sprawę za poważną.
Był u nas i syn stróża kamienicznego, Stanisław Kaszczuk. Uczył się pilnie, udzielał jakichś lekcji, chodził w wytartym mundurku, który kiepsko leżał na dość niezgrabnej figurze. Strzyżony na jeża, niespokojny, miał w sobie coś z solidności. Zwróciłem się do niego.
- Co? Kółko! A tak! To bardzo ważne. A kto do niego należy?
Wymieniłem kilku kandydatów. Przystał chętnie.
- Ale koniecznie trzeba wciągnąć do niego Stefana Słońskiego. Koniecznie.
Słoński należał do elegantów. Wcięty mundur, czarne spodnie (przepisowe do granatowego munduru były spodnie szare, ale tolerowano elegancję specjalną - czarne). Oczywiście paski oznaczające klasę były szerokie, tak że okrywały srebrnym wyłogiem cały przód kołnierza. Słoński należał do najbardziej "wyszczekanych". Mówił autorytatywnie, wygłaszał sądy - nieodwołalne. Kiedy wspomniałem mu o kółku, oświadczył od razu, że dawno o tym myślał. Ale...
- Ty wiesz, co za kolegów mamy... Zupełny brak jakiegokolwiek uświadomienia. Tu bodaj na nikogo nie można liczyć. Ale to nic. Może się da zrobić.
Zaskoczyłem go, że jest już kilku kandydatów.
- W takim razie urządzamy zebranie i od razu poprosimy mego brata. On jest w ósmej klasie gimnazjalnej. Już dawno należy do organizacji. Przyjdzie i opowie nam o wszystkim. Bo przecież - nie wiem, jak ty - ale ani ja, ani reszta kolegów nie mamy żadnego doświadczenia organizacyjnego.
Ten starszy Słoński wcale mi do gustu nie przypadł. Miałem podejrzenie, że tu pachnie endecją36, bo Stefan nieraz zachwycał się nową redakcją "Słowa Polskiego", które właśnie przeszło z rąk demokratów "galicyjskiego autoramentu", Romanowicza i Rutowskiego, w posiadanie "nafciarzy" borysławskich, wśród których rej wodzili endecy i zbliżeni do nich szczepanowszczycy37. Ale trudno było protestować, zwłaszcza że wszyscy i zawsze mówiliśmy o bezpartyjności.
Parę dni potem postanowiliśmy się zebrać w bocznej alei parku Kilińskiego (zwano go powszechnie Stryjskim) na ławeczce, po południu. Niby na spacerze, konspiracyjnie.
Przychodzimy mniej więcej punktualnie. Rozsiedliśmy się na ławce. Słoński zapalił papierosa. Po kilku minutach przyszedł jego brat. Wyższy, już pod wąsem, blondyn, krzepki, o wąsko ustawionych oczach. Zabrał głos.
- Koledzy, macie zamiar, jak słyszę, założyć kółko patriotyczne. To bardzo dobrze. W naszym programie szkolnym są luki. I to poważne. Najpierw - literatura. Uczymy się jej według podręcznika Tarnowskiego - stańczyka. Historii uczą nas zgodnie z ugodowymi poglądami Bobrzyńskiego. Nie uczą nic o powstaniach. To wszystko musimy uzupełnić. I oczywiście w pracy trzeba się oprzeć o szerszą organizację, zrzeszającą całą młodzież narodową i patriotyczną.
Ta organizacja opiera się według Słońskiego na Lidze Narodowej38, która opiekuje się Skarbem Narodowym. Młodzież akademicka pod jej egidą łączy się w Czytelni Akademickiej, stowarzyszeniu jawnym. My, młodzież szkolna, należymy z natury rzeczy do tajnej organizacji, która przybrała nazwę Orła Białego. Objęła ona już szerokie kręgi młodzieży szkolnej, posiada też zakonspirowane koła w Królestwie i w Poznańskiem. Organem jej jest "Teka"39.
Aha... Już nas ciągnie na podwórko endeckie! W pewnej chwili zaoponowałem. Zwróciłem uwagę, że istnieje jeszcze inne pismo młodzieży - "Promień". Słoński się zgorszył. Zawyrokował od razu, że to jest pismo socjalistyczne, partyjne. Zaprotestowałem znowu:
- W żadnym razie nie jest partyjne. To pismo polskiej młodzieży postępowej w ogóle.
Słoński senior nie widział jednak żadnej różnicy między postępowością a socjalizmem.
- To pismo kosmopolityczne i niepatriotyczne. Najlepszym zaś dowodem jest jego stosunek do Sienkiewicza. Sienkiewicz to nasz największy pisarz, który rozsławił imię Polski za granicą, a tymczasem "Promień" występuje właśnie przeciw niemu, krytykuje go. To jest coś absolutnie niepatriotycznego. To jest działalność szkodliwa...
Dałem się uwikłać w spór o Sienkiewicza, podnosiłem jego ciasnotę w Rodzinie Połanieckich, brak ideałów społecznych. Aż Nowicki nie wytrzymał.
- Nie rozumiem, czemu koledzy tak usiedli na tym Sienkiewiczu. Przecież tu chodzi o pracę kółka samokształceniowego. O Sienkiewicza będziemy się kłócili wtedy, gdy zabierzemy się już na kółku do jego twórczości. "Przecież ty chyba - tu zwrócił się do mnie - nie masz nic przeciw temu, aby i Sienkiewicza przestudiować?"
Oczywiście przystałem, że i nim trzeba się będzie zająć.
- Ale i kolega - zwróciłem się do Słońskiego - sądzi, że pracę nad literaturą zaczniemy raczej nie od Sienkiewicza, ale od romantyków, którzy nam dają nie tylko piękno, ale i myśl społeczną i narodową?
Teraz Słoński się zgodził. Ale zebranie się nie kleiło. Słoński już wygrał swoje atuty. Ja przy nim nie chciałem stawiać kropki nad "i". Postanowiliśmy odbyć narady w swoim gronie i zdecydować o kierunku pracy.
[...] Wyczekałem i po paru tygodniach zwołałem posiedzenie kółka u siebie. Oczywiście, po naradzie z Weinfeldem. Przedłożyłem wtedy program. Przede wszystkim mieliśmy się zapoznać z dziejami Polski; według rewolucyjnej książki Gorzyckiego Społeczna historia Polski40. Kółko nasze uzupełnił wówczas jeden Ukrainiec - Mazur, który postawił warunek, że jednocześnie będziemy słuchali referatów o dziejach literatury i historii Rusi. [...]
O powodzeniu tym zakomunikowałem oczywiście Weinfeldowi. Ucieszył się.
- To dobrze. Mamy jeszcze jedno kółko. Przystąpimy niebawem do tworzenia miejscowego komitetu. Ale, ale, czy dużo macie Żydów?
- Ani jednego.
- To bardzo dobrze. O Żydów jest najłatwiej. I to z wielu powodów. Ale nie zawsze można na nich liczyć, bo nacjonalizm żydowski bardzo często przybiera maskę postępu. To rzecz zasadnicza. A taktycznie - zbyt wielki odsetek Żydów odstręcza.
Byłem nieco zaskoczony. Weinfeld bynajmniej nie próbował tuszować swego pochodzenia - zanadto czuł się Polakiem. I teraz taka dyskryminacja. Odparłem, że przecież nie będę zamykał drogi Żydom.
- Mamy nawet w kółku jednego Rusina... - dodałem.
- To bardzo dobrze. Ale zobaczycie, jak gdzieś Żydzi zmonopolizują postęp, w jakiejś klasie albo szkole, to po prostu zamkną wam drogę do szerszej roboty wśród chrześcijan.
[...]
Przed zakończeniem roku odbył się pierwszy zjazd "Promienistych". Ale zanim do niego doszło, w naszym życiu organizacyjnym zaszło parę znamiennych wypadków.
Po pierwsze, Ludwik Siedlecki za udział w pracy rewolucyjnej został wydalony z granic monarchii austro-węgierskiej. Odtąd postać jego otoczył nimb bohaterstwa.
Po drugie, Kober przyniósł wieść o uroczystości odsłonięcia przed sejmem pomnika Agenora Gołuchowskiego. Gołuchowski - namiestnik cesarski, który niedawno jeszcze wywiadywał się, czy też Adam Mickiewicz nie był zanadto rewolucyjny, by dopuścić do sprowadzenia jego zwłok na Wawel! Według Kobera - da się z tego zrobić kolosalną "szopkę". Ma być podobno spędzona cała młodzież szkolna. Temu trzeba zapobiec! Młodzież nie może dać się zagnać na tę uroczystość.
Zdecydowałem się wystąpić. W czasie pauzy wskoczyłem na katedrę i zacząłem mówić do klasy. Ledwie jednak zdołałem wypowiedzieć kilka słów, gdy jeden z siłaczy klasowych, Mieczkowski, podskoczył i zepchnął mnie uderzeniem potężnej prawicy. Skoczyłem do niego wściekły. Ten przyglądał mi się pół-szyderczo, pół-żartobliwie.
- A ty, Uziembło, miej głowę na karku! Ta co, ty chcesz, by cię wylali? Jak chcesz robić politykę, to ją rób. Ale tak nie można. Gadaj - pomogę ci. Ty fajny chłop jesteś, ale, jak Boga kocham, przecież tak nie można!
Zacząłem mu wyjaśniać. Mieczkowski przejął się sprawą. Według jego recepty gadaliśmy o tym i o owym. Niebawem już cała klasa była zdecydowana oprzeć się w jakiś sposób. Trzeba było jednak dostać ściślejsze wiadomości.
Przyniósł je do szkoły i wygłosił wysoki Słoński. Wczoraj jego brat widział się z Plutyńskim. Szkół na odsłonięcie pomnika nie będzie się ściągać. Powiedział to zresztą i dyrektor Lityński. W czasie lekcji, gdy zadawał, po prostu wspomniał, że wypada to na dzień odsłonięcia pomnika Gołuchowskiego.
- No cóż, nie bójcie się, nikt was tam wysyłać nie będzie. Ani Rada Szkolna, ani dyrekcje szkół nie są takie...
- Durne - rzucił ktoś z tyłu.
Lityński uśmiechnął się.
- ... jak to uważają niektórzy rewolucjoniści - dodał.
I tak nie udało się niczego zrobić. Pomnik Gołuchowskiego odsłonięto w stosunkowo niewielkim gronie. Natomiast młodzież akademicka gromadziła się poza obrębem zebranych. I gdy na dany znak opadły zasłony, uderzyła w zgodny, poważny chór: "O, cześć wam, panowie magnaci"... Było to tak niespodziewane, że nawet mówca, który już był na trybunie, sądził w pierwszej chwili, że to chór intonuje coś zgodnie z programem. Dopiero gdy pierwsza zwrotka przebrzmiała, powstał zamęt. Policja zaczęła wzywać do rozejścia się, usuwać... Opowiadał o tym Kober, rozentuzjazmowany.
[2]
Byliśmy w Krakowie. Tyle było wrażeń zupełnie nowych, tak blisko było to, co zobaczyć uważałem za jakieś niedające się ziścić marzenie...
Wyjechaliśmy 28 czerwca wieczorem koleją. W nocy, jak zwykle w pociągu, wcale nie spałem i dziwna rzecz - nie byłem w ogóle senny. Przez cały czas wyobrażałem sobie to, co mamy ujrzeć i jakoś wtedy wydawało mi się to prawie snem. A jednak to była rzeczywistość... Kiedy dojeżdżaliśmy, wypatrywaliśmy oczy, aby dojrzeć te sławne kopce Wandy, Krakusa i Kościuszki. Gdy uświadomiłem sobie, że mamy zobaczyć grób tego bohatera polskiego, zapomniałem o wszystkich jego błędach i przejęła mnie taka cześć dla niego, jak nigdy...
Spotkano nas - jak się wyrażono - "po staropolsku", pod... austriackim orłem i czarno-żółtymi chorągwiami. Takie było pierwsze wrażenie. To było straszne upokorzenie dla mnie widzieć w prastarej stolicy polskiej te zwycięsko powiewające chorągwie i słuchać tego człowieka, który urągliwie wypowiadał pod nimi patriotyczne frazesy. Tego upokorzenia nigdy wrogowi nie zapomnę.
Poszliśmy dalej na kwatery, które były w starych koszarach landwery41 - drugie upokorzenie. Tego dnia oglądaliśmy najpierw kościół Mariacki. Dziwne na mnie zrobił wrażenie. Oto wokoło ludzie klęczą i modlą się. Ja tu nie przyszedłem, żeby się modlić. Przyszedłem podziwiać arcydzieła sztuki. Czy mam prawo zakłócać im spokój modlitwy, czy mam prawo gorszyć tych ludzi głęboko przekonanych w prawdzie swego wierzenia? Miotały mną dwa uczucia: jedno - podziwu i chęć przesiedzenia tu kilku godzin na podziwianiu tego arcydzieła, któremu równego nie posiada żaden kościół na świecie, a też - chęć ucieczki jak najprędzej z tego przybytku wiary, którą ja uważam za głupstwo. Tak rozwinęło się u mnie poszanowanie cudzych przekonań.
Potem byliśmy w sukiennicach. Widziałem arcydzieła polskich malarzy i z każdego przedmiotu tryskało na mnie przypomnienie naszej potęgi. Te arcydzieła Matejki, Grottgera, Siemiradzkiego. Jakiż naród to posiada... Lecz w końcu najciekawszą rzeczą był ostatni pokój, zawierający pamiątki po Mickiewiczu.
A na koniec - Wawel. I tu doznałem upokorzenia, widząc nawet Wawel spaskudzony orłami austriackimi.
Tak, Kraków powinien widza rozrzewniać, powinien mu przypominać całą świetność Polski i dodawać sił do walki o jej odrodzenie, powinien budzić do zemsty na wrogu...
[8]
Przyszły wakacje.
U nas zjawił się dr Władysław Mazurkiewicz, człowiek o zupełnie nieprawdopodobnym uroku. Jego dobry uśmiech zdawał się przyjmować z radością wszystko, z czym się do niego przychodziło. Wiedziałem, że to zbieg. Domyślałem się, że ucieczka Józefa Piłsudskiego z Petersburga to jego sprawa, ale o tym się u nas nie mówiło.42
[2]
Niebawem był już i sam Józef Piłsudski - Ziuk, i pani Maria Piłsudska. Mówiono, że jest zmęczony, wymizerowany. Stanął u Jodki. Ojciec, który tam go poznał, był po prostu zachwycony jego żywością, wspaniałym humorem. Jednocześnie wyrażał poważne obawy co do jego zdrowia. Więzienie, a potem udawanie obłąkania... To straszliwie wyczerpało nerwy.
Ziuk nieraz po dłuższej rozmowie opadał z sił. Oczy mu zapadały, twarz się wydłużała i nagle wstawał osowiały i odchodził, jakimś dziwnym, nieomal chwiejnym krokiem. Były momenty, kiedy tracił panowanie nad sobą, popadał w zdenerwowanie, ale do jakichś drastycznych objawów nie dochodziło. Zdarzało się to zresztą tylko w domu przy ulicy Kraszewskiego, gdzie bywało bardzo szczupłe grono.
Tak czy inaczej Jodko decyduje pokazać owego Piłsudskiego właśnie u państwa Poznańskich. Pokazać człowieka, który naprawdę obok inteligencji, otaczającej go już legendy, reprezentował i ogromne zalety towarzyskie - jest nieporównanym causeurem43, osobistością o naprawdę niepospolitym uroku. [...]
Niedzielna wycieczka do Brzuchowic. [...] Kilka powozów wyruszyło - hen, ku jabłonowskiej rogatce i dalej. Już wieś. Krzyżują się dowcipy, obsady powozów przerzucają wykrzykniki i zdania. Pani Maria Piłsudska rozpoczyna śpiew: "Którędy, Jasiu, którędy, Jasiu / Pojedzies - pojedzies...". Głos świeży, mocny zadzwonił. A z drugiej dorożki już Ziuk odpowiada: "Cy bez dolinę, cy bez wierzbinę / Cy bez wieś, cy bez wieś"...
Ale reszta jakoś nieśpiewająca. To wszystko nie są urodzone lwowiaki, których ledwie garstka się zbierze, a już chór gotowy. To ludzie z różnych stron... Lecz Maria Piłsudska tak łatwo się nie poddaje. Nie chcecie - to ja sama! I coraz to nową śpiewkę zaczyna, przy pomocy męża. Zaczęła już wtedy nieco przybierać na wadze. Duża, hoża, rumiana, o niewyczerpanym zasobie wesołości i humoru, chciałaby brać w jasyr całe towarzystwo - choć żartobliwy pseudonim "PP bez S", czyli skrót od Piękna Pani, już raczej mówił o przeszłości.
Na sporej werandzie willi państwa Poznańskich w Brzuchowicach było ludno. Ziuk z tą swoją czupryną najeżoną w kilku kierunkach, w stojącym sztywnym kołnierzyku, nieco może za wysokim, trochę pochylony stoi przy paniach. Opowiada jakieś przygody sybirskie. Mocny akcent wschodni nanosi coś - jakby zapach puszcz litewskich. Jego strój jest zupełnie zwykły, a przecież bije od tej postaci czar wykwintu, który trudno byłoby umiejscowić. To zespół zharmonizowanej indywidualności, swobodnej i pewnej siebie. Władczej? Raczej nie - tylko opanowującej naprawdę wszystko swoim czarem.
Pan Zygmunt Poznański wygląda na drogę. Przed chwilą łoskot kół oznajmił, że pociąg ze Lwowa już przyszedł. Ha! Już widzi - wzdłuż płotów ścieżką ktoś podąża. "Pan Szwarce!" - rzuca dyskretnie. Tak, w furtce ukazuje się postać wysoka, mocna, o długiej, więcej niż szpakowatej brodzie. Gospodarz pokwapił się na spotkanie. Ziuk przeprasza panie i spieszy za nim.
Wraz z panem Bronisławem przyjechał Kasprowicz. O głowę od niego niższy, kwadratowej postawy, śmieje się szeroko nad spiczastą bródką. Poznański wita szybko pana Bronisława, uroczyściej niż zwykle, podaje rękę Kasprowiczowi i usuwa się, by przedstawić gościa. Mówi z pewną ostentacją, kładąc nacisk na tytuł.
- Pan redaktor Józef Piłsudski. Pan Bronisław Szwarce.
Pan Bronisław wyciąga rękę ruchem szerokim, serdecznym.
- Znamy się już, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaką personę spotykam.
Piłsudski z pewnym pośpiechem, skwapliwie ujmuje podaną dłoń. Jest wyraźnie wzruszony. Pochyla się w długim, niskim, nieomal poddańczym ukłonie.
Patrzyłem z daleka. W tej chwili uczułem dla tego Ziuka coś więcej niż sympatię, niż podziw. Poczułem jakiś węzeł pokrewieństwa. Ten ukłon głęboki był to hołd wiernego poddanego dla członka władzy, członka rządu Niepodległej Rzeczpospolitej. Piłsudski opromieniony legendą walki schylał się przed tym symbolem, jak przed najistotniejszą rzeczywistością. On wierzył. Ba, on wiedział, że to symbol żyje, że trwa...
Odwróciłem się. Jodko stał w drzwiach werandy. Spoglądał na tę scenę, jakby sprawdzał, czy odbywa się według protokołu. Uśmiechał się z zadowoleniem. I nagle, przypadkowo rzucił wzrok na mnie; niby badał wrażenie i - kiwnął przytakująco z porozumieniem. Dziwna była ta rozmowa oczami. Dla mnie olśniewająca, niespodziana. Bo cóż właściwie mogło przyrównać tego dojrzałego, pewnego siebie działacza - ze mną, czwartoklasistą?
A grupa witających się jeszcze stała na ścieżce. Już tam Kasprowicz musiał coś palnąć, bo śmiali się wszyscy, przerzucając się jakimiś zdaniami. Piłsudski, Szwarce, Kasprowicz nigdy nie potrzebowali szukać słowa za pazuchą - gadali jeden przez drugiego. Aż sam Poznański, człowiek spokojny na ogół, pokładał się ze śmiechu. Wreszcie panie się zbuntowały.
- Panie Bronisławie, zabrał nam pan towarzystwo!
Pani Poznańska, nieco mniejsza od pani Piłsudskiej, nieco szpakowata, otworzyła okno.
- Pan Józef jest niegrzeczny! Opuścił nas. Pozwólcie i nam się pośmiać.
- Kiedy to z kawałów pana Jana! Nie dla pań! - odrzucił ze ścieżki pan Poznański.
Ale pan Józef już wraca. Przy drzwiach puszcza przodem pana Szwarce, prowadzi spór o pierwszeństwo z Kasprowiczem, który ogarnia potężnym ramieniem jego smukłą postać i popycha naprzód. Chwila powitań i Ziuk znowu przy grupie siedzących pań stoi pochylony i zaczyna coś opowiadać.
Szwarce podchodzi do ojca, siedzącego w głębi.
- No i cóż, panie Bronisławie?
- Czarodziej! Czarodziej... Ale i szlachcic! Takiego jeszcze nie widziałem. Cha, cha!
W tej chwili zbliżył się Kasprowicz. Trząsł ręką ojca przez chwilę. Śmiał się szeroko.
- Udał się wam ten Piłsudski. Ależ to szlachcic. Panie! Takiego w Kole Polskim szukać. Chciałem już, już powiedzieć: szlachetka, ale to do niego nie pasuje!
Szwarce aż zatoczył się ze śmiechu.
- Nie mówiłem? Toż właśnie to samo powiedziałem panu Józefowi...
- No, panie Józefie - podchwycił Kasprowicz - bez obrazy. Tyle przynajmniej, że dziś nareszcie uda mi się wtreścić w pana kielonek jarzębiaku, i to głębszy! Bo za zdrowie takiego bohatera, jak ten Piłsudski, to i pan nie odmówi.
- Dobrze, już dobrze, ale...
- Ale nie za szlachcica - drwi Kasprowicz.