Weronika jeszcze raz przebiegła wzrokiem po biurku. Jak zawsze na początku roku szkolnego panował tu wzorowy porządek. Podręczniki ułożyła w równym rzędzie. Nowiutkie długopisy niemal błyszczały. Ołówki starannie zatemperowała i włożyła do specjalnego pojemnika ostrzami do góry. Stały prościutko niczym żołnierze na porannym apelu. Dwa puste segregatory wsparła specjalną podpórką w kształcie kota, ponieważ istniała obawa, że co chwilę będą się przewracać. Z drugiej strony podtrzymywał je komplet zeszytów. Niepełka zamówiła je przez internet - wszystkie z motywami podróżniczymi lub geograficznymi. Takie ciężko było dostać w supermarketach lub jedynej księgarni w mieście. Na okładkach były wzory związane z pasją nastolatki: na niektórych mapy, na innych repliki znaczków pocztowych, na kolejnych krajobrazy. Uwielbiała takie klimaty. Oglądając je, czuła się niczym wojażer, który odwiedził miejsca widoczne na rysunkach. Ona nie była w stanie. Samodzielnie nie dałaby rady ze względu na swoje ułomności, a mama nie mogła opuścić sklepu przez całe lato, bo w sezonie miała największy ruch. Mało tego, otworzyła także punkt usług pocztowych, by przetrwać późniejsze miesiące, kiedy miasteczko przestanie być tak tłumnie odwiedzane. Z jednej strony było to świetne rozwiązanie dla Weroniki. Realizując postcrossingową pasję, nie musiała jeździć na odległą od domu pocztę, tylko zostawiała mamie kartki, a rodzicielka rozliczała wysyłkę z jej kieszonkowego. Z drugiej strony punkt pocztowy mamy w wakacje przeżywał oblężenie. Bywało, że kończyła pracę już po zaśnięciu Niepełki, bo musiała jeszcze rozliczyć się z urzędem. Na początku września było niewiele lepiej. Właścicielka ciągle była zajęta a to zdawaniem towaru, który nie zszedł latem, a to porządkowaniem regałów i stylizacją wnętrza na jesień.
Chłodniejszą porę roku czuło się już praktycznie wszędzie. Poranki wstawały mgliste i mokre. Zapach wilgoci unosił się w powietrzu. Kropelki porannej rosy osiadały na sieciach pajęczych rozpostartych pomiędzy krzewami i trawami, tworząc urokliwe babie lato. Trzeba było narzucać cieplejszy sweter lub bluzę, ponieważ temperatura spadała poniżej dziesięciu stopni. W ciągu dnia słońce nadal przyjemnie grzało, by wieczorem zajść za horyzont i ustąpić pola nocnemu ochłodzeniu.
- Córeczko, wstałaś? - Mama pojawiła się w drzwiach pokoju w momencie, kiedy Weronika rozmyślała, jaką bluzę wybrać. Na wyciągnięcie ręki była czarna, dwie półki wyżej znajdowała się różowa. Ona miała dzisiaj ochotę na wyrazisty kolor.
- Pomożesz mi? - Popatrzyła pytająco na matkę. - Wyciągniesz ten polar?
Rodzicielka zbliżyła się do szafy i wyciągnęła wskazaną rzecz. Nastolatka dbała o ład na tyle, na ile mogła. Być może jako matka ułożyłaby wszystko staranniej, nie chciała jednak krępować córki, grzebiąc w jej bieliźnie czy innych osobistych rzeczach. Kątem oka spostrzegła, że nastolatka się pomalowała. Do tej pory stroniła od tego. Tym razem jednak wykonała makijaż. Niezbyt mocny, a jednak widoczny. Musiał być dla niej pracochłonny. Weronika miała przecież powykręcane przez chorobę dłonie. Owszem, po wieloletniej rehabilitacji radziła sobie całkiem sprawnie, ale i tak pewnie wstała dużo wcześniej, by się tak przygotować.
- Śniadanie czeka na kuchennym stole. Herbatę masz jeszcze ciepłą. - Mama chodziła po pokoju i rozglądała się. - Przygotowałaś brudy do prania? Puściłabym pralkę, nim wyjdę do pracy.
- Wczoraj wszystko wrzuciłam. - Weronika podjechała wózkiem do biurka. - Mam prośbę. Nadasz ten list?
- Jasne. - Mama chwyciła kopertę i spojrzała na dane adresata. Zmarszczyła nieco brwi.
- Wyjdzie zbyt drogo? - Weronika się przestraszyła.
- Nie... Wydaje mi się, że już ten adres widziałam. Neubrandenburg. Zapamiętałam nazwę miejscowości. To chyba Niemcy, prawda? Poza tym zawsze wysyłałaś kartki, a tym razem list. Nie jest wcale droższy, ale...
Dziewczyna odwróciła głowę, by nie patrzeć rodzicielce w oczy.
- Pocztówka nie doszła. Pewnie zaginęła. Dlatego teraz wysyłam kolejną, tym razem w kopercie.
- Mogę ją nadać poleconym, jeśli chcesz.
- Nie ma potrzeby. To zbyt duże koszty. Jeśli nie dojdzie drugi raz, to trudno. Dam sobie spokój z kolejnym wysyłaniem. - Weronika wzruszyła ramionami.
Mama tylko pokiwała głową i wyszła z pokoju, rozmyślając już o czymś innym.
Dziewczyna nie lubiła kłamać. Rzadko jej się to zdarzało i nie miała pojęcia, dlaczego zrobiła to teraz. Przecież mogła powiedzieć: "To postcrossingowa znajomość. Lucas wysłał mi kartkę, bo wylosował mój adres, i dołączył namiary na siebie. Tak zaczęliśmy korespondencję. Wysłaliśmy do siebie już trzy pocztówki, a teraz piszemy krótkie listy".
Mogła to powiedzieć, ale nie zrobiła tego. Nie była pewna, jak mama by zareagowała. Może byłaby niezadowolona, że córka pisze do nieznajomego? W dodatku po angielsku, bo niemiecki rozumie jeszcze niezbyt dobrze. Może będzie chciała wiedzieć, o czym piszą... Niby nic zdrożnego nie było w tych listach, ale to przecież korespondencja prywatna, której treść zachowuje się dla siebie. Weronika wiedziała, że wścibskość mamy wynikałaby z troski. Po części rozumiała ją, ale to była wyłącznie jej znajomość. Chciała ją schować przed światem. Nie powiedziała jeszcze żadnej z przyjaciółek, że koresponduje z Lucasem. Na wszystko przyjdzie odpowiedni moment. Miała jednak wrażenie, jakby ta znajomość dodała jej skrzydeł, choć była wyłącznie na odległość. O chłopaku wiedziała tyle, ile jej napisał. Był o rok starszy i uczył się w gimnazjum. Znał doskonale angielski, uwielbiał gotować włoskie potrawy i oglądać mecze reprezentacji. Pisał długie listy. Miał ładny charakter, więc rozczytywała się bez problemu. Wkładała wiele trudu, by i jej korespondencja była czytelna. Mimo to kreślone przez nią słowa wydawały się niezwykle błahe w porównaniu z listami od Lucasa. W nich było dużo humoru i niezwykle plastyczne opisy w gruncie rzeczy prostych rzeczy. Przypomniała sobie, jak zanosiła się śmiechem, czytając o przygotowywaniu sosu do pizzy, którą zaserwował rodzinie. Z listu na list chłopak stawał się jej coraz bliższy, choć nawet nie miała pojęcia, jak wygląda.
Radość z korespondencji przyćmiewało jedno... Weronika nie zdradziła, że jest niepełnosprawna. Tłumaczyła sama przed sobą, że nie było jeszcze ku temu okazji. Zresztą po co miałaby o tym pisać? Przecież jest tylko listowną znajomą, których Lucas ma zapewne więcej. Nie widziała sensu, by wspominać o inwalidztwie, skoro nigdy się nie spotkają.
Westchnęła lekko i spojrzała na swoje odbicie w lusterku stojącym na biurku. Zakupiła je, gdy zaczęła korespondować z Lucasem. Każdy list traktowała jak osobistą rozmowę z tym chłopakiem. Chciała wyglądać ładnie, pisząc do niego. W ciągu dnia także wielokrotnie rozmyślała o nowym znajomym. Zastanawiała się, co teraz robi, jakie ma lekcje... a może coś gotuje? W końcu kulinaria były jego pasją.
Najgorsze okazywało się oczekiwanie na wiadomości z Niemiec. Codziennie niecierpliwie zaglądała do skrzynki, a gdy znajdowała kopertę ze znajomym charakterem pisma, w pośpiechu zabierała się za rozrywanie jej. Wszystko czytała kilkakrotnie, aby wchłonąć całą sobą każde słowo. Dziwnie się przy tym czuła. Była nieco podekscytowana, zaciekawiona i... jakby tęskniła za realną obecnością Lucasa. Do tej pory nie doznała podobnego uczucia, które każdego ranka sprawiało, iż cała w skowronkach podrywała się z łóżka i z ogromną radością rozpoczynała nowy dzień. Zupełnie jak dzisiaj. Niemal nucąc pod nosem, wyjechała z domu do szkoły.