Nieosiągalne - C. Wanebelle
9.93 zł
8.24 zł
(8,44 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
(rok 2017)
- Jay, czemu ty się pakujesz? - zapytała zdezorientowana Lisa, która właśnie przerwała zabawę na telefonie komórkowym, aby móc na mnie spojrzeć. Siedziała na moim łóżku, gdy ja tymczasem wciskałam nerwowo część niezbędnych rzeczy do średniej wielkości torby (telefon z nową kartką sim, fałszywy dowód osobisty).
- Mam już 19 lat. Myślę, że to idealny wiek na wyniesienie się z domu - odpowiedziałam tym charakterystycznym dla siebie chłodnym, niewzruszonym tonem.
- Dokąd pójdziesz? Nie boisz się reakcji ojca? - spojrzała na mnie z niepokojem przenikliwie, napinając lekko swoje ciało.
- Póki co prześpię się w jakimś tanim hotelu, a co dalej zobaczy się z czasem. Zarobiłam dosyć sporo pieniędzy, część ukradnę też ojcu - rzekłam z wyuczoną obojętnością, podchodząc do szafki, aby zabrać z niej jakieś ubrania. Tymczasem Lisa wstała gwałtownie z łóżka, zbliżyła się do biurka, na którym leżała moja rozpięta torba i zajrzała podejrzliwie do środka. Przyjaźniłyśmy się od dziecka, więc doskonale mnie znała i wiedziała, że mam tendencję do pakowania się w jakieś niebezpieczne, nieraz niezgodne z prawem sytuacje - stąd jej ostrożność. Lisa z natury była wyjątkowo spokojna i nieśmiała, lecz nasza wspólna tragedia z dzieciństwa sprawiła, że jeszcze bardziej zamknęła się w sobie i już z nikim nie rozmawiała poza mną i paroma innymi, bliskimi osobami.
- Po co ci czarna peruka i fałszywy dowód osobisty? - zaczęła nabierać coraz większych podejrzeń, jeszcze natarczywiej grzebiąc w mojej torbie, gdy nagle zamarła w miejscu. Po dłuższej chwili milczenia wyjęła pistolet - Jay... Co to ma być? - zapytała z głęboką powagą jak matka, która przyłapała na czymś dziecko - Do reszty zwariowałaś?!
Zerwałam się z miejsca i wyrwałam jej broń z dłoni, aby z powrotem wsadzić ją do torby. W odpowiedzi na jej pytanie jedynie posłałam jej ostrzegawcze spojrzenie.
- Jay, proszę... - wymamrotała znacznie łagodniej, odgarniając kosmyk swoich czarnych, długich, prostych włosów za ucho - Nie zrób niczego, co by mogło dla ciebie skończyć się aresztem, okej? - próbowała mi spojrzeć w oczy, lecz opuściłam celowo głowę w dół, unikając wszelkiego kontaktu wzrokowego. Dziewczyna zacisnęła nerwowo swoje wąskie, drobne, blade wargi, wciąż przyglądając mi się uważnie z bliska, aż w końcu dała sobie spokój i wyszła z mojego pokoju szybkim krokiem, trzaskając za sobą silnie drzwiami.
Naprawdę pragnęłam jej powiedzieć o wszystkim, lecz nie mogłam... Nie potrafiłam. Z jednej strony była tak blisko, w zasięgu mojej dłoni, lecz z drugiej mentalnie tak daleko... Byłam jak człowiek spragniony na morzu, z jednej strony woda go niesamowicie kusiła, pobudzając jeszcze bardziej pragnienie, a z drugiej wiedział, że nie może się jej napić, bo umrze. Fizycznie stale przebywałam wśród ludzi, psychicznie byłam całkowicie odizolowana. Wszyscy dostrzegali tę izolację, uważali to za wynik mojej specyficznej osobowości, lecz nie zdawali sobie z tego sprawy, jak bardzo chciałabym się do nich naprawdę zbliżyć. Pragnęłam jakiejś głębszej więzi, lecz coś mnie stale trzymało z dala od ludzi. To było okropne. Łatwiej by było, jakbym była psychopatą i nic nie czuła, lub osobą w pełni zdrową potrafiącą nawiązywać normalne kontakty społeczne, a tak to znajdowałam się pomiędzy jednym, a drugim. Nie nawiązywałam kontaktów z ludźmi, lecz jednocześnie wciąż czułam potrzebę bliskości jak inni.
- A ty dokąd idziesz? - usłyszałam za swoimi plecami gruby, przepełniony grozą głos ojca, gdy zamierzałam właśnie wyjść z torbą przewieszoną przez ramię tylnymi drzwiami domu.
Zmarszczyłam swoje ciemne brwi w gniewie i westchnęłam przeciągle zmęczon
a jego niezmiennym schematem działania. Przeczesałam palcami swoje sięgające do ramion, proste, postrzępione na końcach, pociemniałe blond włosy i w końcu łaskawie odwróciłam się przodem do niego.
- Wyprowadzam się - odparłam stanowczym, niewzruszonym głosem.
- Słucham? - wypluł jeszcze niższym, poważniejszym tonem, unosząc lekko obie brwi do góry. Najwyraźniej nie spodziewał się takiego rodzaju buntu z mojej strony - Głupia! - prychnął - Dokąd myślisz, że się wyprowadzisz? - zapytał, śmiejąc się szyderczo. Udawał rozbawionego moją "naiwnością", lecz mimo to dało się wyczuć w jego śmiechu cień niepewności.
- O to się już nie martw. Mam załatwione miejsce do nocowania - rozciągnęłam usta w lekkim uśmiechu, przepełnionym jadem.
W trakcie naszej rozmowy zupełnie niepostrzeżenie do salonu wkroczyła mama ze ścierką w dłoni. Najwyraźniej coś przed chwilą sprzątała, jednak przerwała zaniepokojona ostrą wymianą zdań pomiędzy mną, a ojcem. Ubrana była w długą, bordową spódnicę, białą koszulkę z krótkim rękawkiem, na wierzch której zarzucony był szary fartuch, a jej długie, brązowe włosy zostały upięte w niedbałą kitkę. Jak zwykle miała podbite oko i parę głębokich zadrapań na ciele. Wyglądała żałośnie. Nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego nigdy nie zadzwoniła na policję w sprawie przemocy, jaką ojciec wobec nas wszystkich stosował. Nie potrafiłam jej wybaczyć tych wszystkich lat, w trakcie których błagałam ją o pomoc, a ona tylko stała i przyglądała się temu, co mi robił ojciec, bo zbyt bała się, aby cokolwiek na to poradzić.
- Nigdzie nie pójdziesz! Nie masz na to mojej zgody! - powiedział uniesionym tonem ojciec, zagradzając mi drogę.
- A kim ty jesteś, abym potrzebowała twojej zgody?! - krzyknęłam mu prosto w twarz, patrząc w oczy przepełnionym nienawiścią spojrzeniem i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia naparłam bokiem na jego klatkę piersiową, aby go staranować. Mężczyzna był dosyć silny i postawny, więc nie dał tak łatwo się zepchnąć na bok. Wdaliśmy się w napiętą, pozbawioną słów szarpaninę. Moja matka jak zwykle stała w bezruchu i przyglądała się tej scenie z niepokojem.
- Nie będziesz mnie tu dłużej trzymać śmieciu! Nie jesteś moim panem, jesteś nic nie wartym gównem!! - zaryczałam ze złości rozrywając mu przypadkowo koszulę. W końcu ojciec nie wytrzymał mojego naporu i poleciał parę kroków do tyłu, uderzając plecami o tył kanapy - Głupiec!!! Nic mi nie możesz zrobić!!
Mężczyzna aż cały poczerwieniał na twarzy ze zniewagi. Wyjął pas ze swoich spodni warcząc ze złości i zaczął nim bić o kanapę w napadzie szału, jakby w ramach ostrzeżenia. Ja wciąż stałam w bezruchu, zupełnie nieporuszona tym widokiem, ze splecionymi ramionami i dumnie uniesioną głową do góry. Ojciec już rzucił się w moją stronę biorąc zamach ręką, w której trzymał pas, gdy nagle odezwał się głos Evana dochodzący ze schodów.
- Przestań! Dosyć!
Chłopak zbiegł na dół z głębokim niepokojem wymalowanym na twarzy i podszedł do nas, stając pomiędzy mną, a ojcem.
- Dosyć - powtórzył, stojąc przodem do tego żałosnego agresora - Odpuść jej, ona się tylko wygłupia. Wcale nie zamierza się wyprowadzić.
- Co?! A właśnie, że zamierzam! - powiedziałam z oburzeniem, podnosząc ton głosu.
- Jay, nigdzie nie idziesz - rzekł surowo Evan, odwracając głowę w moją stronę z irytacją.
- Nie będziecie mi już dłużej rozkazywać - wysyczałam przez zaciśnięte zęby, ruszając w stronę tylnych drzwi nerwowym krokiem.
- Skarbie... - odezwał się cichy głos mamy sprawiając, że znów przystanęłam w miejscu - Nie idź, proszę. Jak będziesz chciała się wyprowadzić to w porządku, ale jeszcze nie teraz. Wszytko w swoim czasie - wyjaśniła najłagodniej, jak tylko była w stanie. Tak naprawdę nigdy nie widziałam jej rozgniewanej. Częściej była zrozpaczona, lub zastraszona, ale nigdy nie rozgniewana. Jej prośba sprawiła, że trochę się uspokoiłam, lecz wciąż byłam przepełniona odrazą wobec swojej rodziny. Pomimo tego znów odwróciłam się przodem do nich i fukając pod nosem wróciłam przyspieszonym krokiem na górne piętro do swojego pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Oczywiście nie zamierzałam tak łatwo im odpuścić. Chciałam po prostu poczekać na odpowiedni moment, gdy będę miała pewność, że nikt mi nie przeszkodzi w mojej ucieczce. Siedziałam zamknięta w swoim pokoju aż do czasu, gdy nastała noc i wszyscy domownicy położyli się spać. Otworzyłam ostrożnie drzwi tak, aby przypadkiem zbyt głośno nie zaskrzypiały i zeszłam powoli po schodach na dolne piętro z torbą przewieszoną przez ramię. Moment, w którym zmierzałam już coraz bardziej do szklanych drzwi prowadzących na ogród miał w sobie coś stresującego i jednocześnie niezwykle ekscytującego. Wiedziałam, że ojciec mógł się obudzić w każdej chwili, gdy tylko usłyszy podejrzany dźwięk dochodzący z salonu. Pomimo to nie traciłam pewności, że cały plan na ucieczkę się powiedzie. W końcu po upłynięciu tej napiętej chwili, która zdawała się trwać nieskończoność dotarłam do szklanych drzwi i pociągnęłam za klamkę, otwierając je na oścież. Chłodny, przyjemny powiew wiatru uderzył w moją twarz, rozwiewając mi włosy do tyłu. Już postawiłam krok na trawie, gdy sobie przypomniałam o Evanie i matce. Gdy ja ucieknę, oni dalej będą męczeni przez ojca. Byłam na nich zła, lecz pomimo tego i tak ich kochałam. Bez względu na to, jak bardzo próbowałam siebie oszukać, że tak nie jest, uczucia zawsze brały nade mną górę. Westchnęłam z rezygnacją i zrzuciłam tymczasowo torbę na trawę, po czym spojrzałam w niewielkie okno pokoju ojca, który mieścił się na piętrze domu. Panowała tam kompletna ciemność, więc nie było szans, abym cokolwiek tam ujrzała, pomimo to wciąż przeszywał mnie lęk, że zobaczę stojącą po drugiej stronie szyby, przyciemnioną twarz taty. Miałam dość jego wiecznej kontroli. Ta nieznośna bezsilność... Ona wyżerała mnie od środka przez cały ten czas. Nie ma gorszego uczucia od bezsilności, gdy zdaje ci się, że już zawsze będziesz ofiarą i bez względu na to, jak ciężko będziesz się starać, ty nigdy nie wyjdziesz z tej klatki. Oni zawsze będą ciebie traktować jak swoją zabawkę, niewolnika, zwierzę. Mój ociec właśnie zawsze taki był. W pracy wiecznie walczący ramię w ramię o wyższe stanowisko, w domu wyżywający się, kontrolujący wszystko, abyśmy my nie zechcieli go zepchnąć na dno, abyśmy przypadkiem go nie zawiedli, skrzywdzili. Tymczasem to ON krzywdził NAS i wiecznie zawodził. Jest takim TCHÓRZEM. Pod każdym jego wybuchem złości krył się olbrzymi STRACH. Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, dlatego w pewnym etapie swojego życia zaczęłam odczuwać nad nim przewagę. Wiedziałam, że potrafię go zniszczyć równie mocno, jak on zniszczył mnie. Za każdym razem, gdy patrzyłam w to jedno okno na samej górze trwoga mieszała się u mnie z ogromną nienawiścią i desperacją. Panowała wokół mnie tak głucha, charakterystyczna dla tej okolicy i pory cisza, że głosy w mojej głowie stały się nieprzyjemnie głośniejsze. Skupiłam swój wzrok na kiju bejsbolowym Evana, opartym o ścianę domu. Dostrzegłam w nim swoją wolność, a także wolność matki i brata. Podeszłam do niego niepewnie i chwyciłam za rękojeść. Przeszył mnie nieprzyjemny, zimny dreszcz. Tej nocy to ja miałam mieć kontrolę nad wszystkim. Oparłam koniec kija bejsbolowego o swoje ramię i wróciłam się z powrotem do domu, ruszając powoli schodami na górne piętro. Z każdym, kolejnym, przebytym stopniem przypominałam sobie kolejne winy swojego ojca, a złość oraz nienawiść rosły we mnie z każdą sekundą. Gdy doszłam na samą górę naszło mnie wspomnienie tego, jak byłam małą dziewczynką i zdarzało mi się, siedząc w schowku pod schodami wyobrażać sobie ojca na miejscu tamtego pana, któremu rozbiłam głowę. Wtedy zazwyczaj wypełniało mnie ciężkie do opisania uczucie, przyjemne, kojące, lecz jednocześnie całkowicie przeze mnie niezrozumiałe. "Dlaczego ta myśl mnie tak bardzo cieszyła?" - wiecznie zadawałam sobie to pytanie.
Podeszłam ostrożnie do lekko uchylonych drzwi pokoju ojca i popchnęłam je delikatnie tak, aby otworzyły się szerzej, a następnie wkroczyłam niczym cień do środka. Ojciec spał spokojnie w łóżku, głośno pochrapując, z jedną ręką zwieszoną bezwładnie, a pod nią leżała przewrócona butelka częściowo wylanej już wódki. Brzydziłam się nim. Przed oczami przeleciały mi znów wspomnienia, jeszcze nie tak dawne jego, poniżającego moją matkę, bijącego ją do nieprzytomności zazwyczaj dlatego, że nie wykonała jakiejś roboty domowej tak, jak było zgodnie z jego myślą, lub nie chciała seksu, gdy on miał na to ochotę. Traktował nas jak zwierzęta! Taki syf jak on nie powinien żyć na tej planecie! Zacisnęłam pod wpływem olbrzymiego, ciężkiego do zniesienia gniewu dłonie na rękojeści kija bejsbolowego, zrobiłam wielki zamach i w nagłym ataku furii zaczęłam bić po głowie ojca, który nawet nie zdążył do końca się przebudzić, a już doznał tak poważnych obrażeń, że stracił przytomność. Nie zamierzałam tak szybko przestać, lecz usłyszałam skrzypienie drzwi dochodzące z korytarza. Wystraszyłam się i natychmiast rzuciłam kij na ziemię oraz ukryłam się w wielkiej, starej, drewnianej szafie, która skierowana była przodem do łóżka. Usłyszałam czyjeś, zbliżające się, ciężkie kroki i świst głęboko nabieranego powietrza do płuc z zaskoczenia. Domyśliłam się, że musiał to być Evan. Zajrzałam przez niewielką szparę pomiędzy drzwiami w szafie. Widziałam brata tylko do pasa, jak przystanął przy łóżku, na którym leżał we krwi nasz ojciec. Chłopak tak stał długo w milczeniu. Nie miałam pojęcia, jakie emocje wyrażał właśnie na twarzy, o czym myślał, a ciekawość nie dawała mi spokoju. Zupełnie niespodziewanie ojciec się ocknął w szoku, łapiąc jak najwięcej powietrza do płuc, jakby wynurzył się z wody. Spojrzał niemrawo na Evana z dołu i wymamrotał o resztkach sił:
- Synu... Jayleen... Mnie zaatakowała. Proszę... Wezwij... Pomoc.
Evan wciąż stał w milczeniu, nie odpowiadając na jego prośbę. Wtedy w oczach mężczyzny nadzieję natychmiast zastąpił niepokój. Chyba nie do końca rozumiał reakcję swojego syna. Nagle wydarzyło się coś, czego nigdy bym nie przewidziała. Evan w jednej krótkiej chwili poruszył się gwałtownie z miejsca, chwycił za kij bejsbolowy, który leżał wtedy na podłodze i uderzył nim z całej siły ojca w głowę, dobijając go. Byłam w szoku. Aż otworzyłam szeroko oczy z niedowierzania po tym, co ujrzałam. To było zupełnie niepodobne do mojego brata. Może i stawał nieraz po stronie matki, jednak mimo wszystko starał się być uległy wobec ojca, a teraz tak po prostu go zabił. Dokończył to, co ja zaczęłam. Evan odłożył kij z powrotem na podłogę i wyszedł z pokoju, pozostawiając drzwi otwarte. Odczekałam dłuższą chwilę, aby mieć pewność, że zamknął się znów w swoim pokoju i wyszłam niezwykle ostrożnie z pomieszczenia, zeszłam na palcach po schodach i wybiegłam z domu tylnymi drzwiami. Chwyciłam za swoją torbę i ruszyłam pędem wzdłuż ulicy w stronę najbliższego, taniego hotelu, jaki mogłam znaleźć. Czułam się tak, jakbym przed kimś uciekała, jakby odpowiedzialność za to, co zrobiłam przybrała postać osoby i mnie goniła przez tę całą drogę. W końcu dotarłam do jakiegoś małego hotelu. Założyłam dość realistyczną, czarną perukę o włosach sięgających do ramion, aby wyglądem pasowała do zdjęcia na moim fałszywym dowodzie osobistym. Wiedziałam, że wpakuję się w jakieś tarapaty, dlatego przygotowałam się w razie czego, gdyby trzeba było ukrywać swoją prawdziwą tożsamość. Udało mi się bez problemu zameldować w hotelu pod fałszywym imieniem i nazwiskiem. Gdy weszłam do swojego pokoju poczułam głęboką, nie do opisania ulgę. Nareszcie znajdowałam się w miejscu, gdzie byłam bezpieczna i przede wszystkim znajdowałam się z dala od rodziny. Starałam się nacieszyć najlepiej, jak tylko mogłam tą pierwszą chwilą prawdziwej wolności w swoim życiu.
Następnego poranka, gdy się obudziłam na łóżku hotelowym i rozejrzałam z lekką dezorientacją po pokoju natychmiast przypomniałam sobie, co wydarzyło się poprzedniego dnia. Przez dłuższą chwilę nie mogłam uwierzyć w to, że ja naprawdę to wszystko zrobiłam. Pomyślałabym, że to był tylko sen, gdyby nie fakt, że znajdowałam się poza swoim domem. Wstałam powoli z łóżka, wyszykowałam się do wyjścia i opuściłam swój pokój hotelowy. Gdy wyszłam na zewnątrz budynku intensywne promienie słoneczne uderzyły w moje nieprzyzwyczajone jeszcze do światła oczy, oślepiając mnie chwilowo. Dotknęło mnie głęboko uczucie, jakbym nie znajdowała się już w doskonale znanej mi dzielnicy Denver, lecz jak w jakimś zupełnie innym wymiarze. Właśnie zamierzałam nacieszyć się tą dziwną, lecz zarazem zdumiewającą wolnością, gdy nagle tuż pod hotelem ujrzałam zaparkowany radiowóz i tu moja wolność się skończyła. Drzwi samochodu gwałtownie się otworzyły. Zanim kierowca zdążył z niego wysiąść natychmiast obróciłam się na pięcie tyłem do niego i wyruszyłam żwawym, nerwowym krokiem z powrotem do hotelu, lecz nagle usłyszałam młody, kobiecy głos.
- Proszę pani! - tym słowom towarzyszył trzask drzwi od radiowozu, na dźwięk którego od razu przyspieszyłam - Proszę Pani! - w tym momencie usłyszałam zbliżające się, szybkie kroki, więc w końcu całkowicie przystanęłam w miejscu i odwróciłam się w stronę osoby, która mnie wołała.
Była to średniego wzrostu, wysportowana, młoda policjantka. Miała owalną, delikatnie opaloną twarz, ciemnozielone oczy o pewnym, dominującym spojrzeniu, ciemne brwi, drobny nos oraz wąskie usta, wykrzywione w swawolnym uśmiechu. Swoje średniej długości, ciemnobrązowe, proste włosy miała upięte starannie w idealnie wygładzoną kitkę. Po jej plakietce dowiedziałam się, że nazywa się Shannon Tyler.
- Pani się nie boi, ja chcę tylko zadać parę pytań - oznajmiła przyjaznym, rozbawionym głosem, podbiegając do mnie truchtem. Gdy w końcu miała okazję przyjrzeć się mojej mocno umalowanej twarzy z bliska, w jej oczach pojawił się cień podejrzliwości, lecz zaraz znów przybrały one pogodny wyraz. Cieszyłam się, że nie zapomniałam tego dnia założyć swojej czarnej peruki. Modliłam się w myślach, aby mnie nie rozpoznała - Przepraszam, że zabieram Pani czas, ale wczoraj pewna dziewiętnastoletnia dziewczyna zamordowała kijem bejsbolowym swojego ojca i uciekła z domu. Ostatni raz została złapana na monitoringu ulicznym gdzieś w tej okolicy - machnęła energicznie ręką, wskazując na otaczające nas domy oraz ulicę, przy której stał hotel - Czy widziała może ją Pani? - zapytała nagle poważniejąc i wyjęła z kieszonki swojej błękitnej koszuli moje zdjęcie sprzed paru miesięcy, aby mi je pokazać. Musiała je dostać od mojej matki, lub brata.
- Nie... - urwałam na chwilę udając, że się zastanawiam - Nie kojarzę jej - odrzekłam, kiwając głową przecząco.
Kobieta westchnęła z rezygnacją i schowała z powrotem zdjęcie do kieszeni.
- Rozumiem. No cóż, przepraszam za marnowanie pani czasu - powiedziała rozczarowanym, ponurym tonem, po czym wyruszyła z powrotem do radiowozu.
Gdy wracałam żwawym, zdradzającym stres krokiem do hotelu obejrzałam się jeszcze ostatni raz za siebie i przyłapałam młodą policjantkę na dalszym przyglądaniu mi się zza okna samochodu w nieco podejrzliwy sposób. Natychmiast z powrotem zwróciłam głowę przed siebie udając, że niczego nie widziałam i w końcu wyszłam poza jej zasięg wzroku wchodząc do środka budynku. Wiedziałam już, że nie mogę tam zostać ani dnia dłużej. Postanowiłam spakować swoje rzeczy i wykwaterować się z hotelu. Udałam się pieszo do domu Lisy. Gdy stanęłam przed jej drzwiami na ganku przeszył mnie dreszcz. Bałam się, jak zareaguje na tę całą sytuację. Z pewnością dowiedziała się już o morderstwie. Nacisnęłam niepewnie na dzwonek i odczekałam krótką chwilę, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły i stanęła w nich Lisa z takim wyrazem twarzy, jakby się mnie spodziewała już od dłuższego czasu.
- Wejdź - rzekła tonem wyczyszczonym z emocji i wpuściła mnie do środka, po czym zamknęła pospiesznie za mną drzwi upewniając się, że nikt z zewnątrz nas nie zobaczył - Jak mogłaś coś takiego zrobić... Znowu - zagadnęła z rozpaczą i rozczarowaniem, zagradzając mi drogę w korytarzu, jakby skrycie nie chciała mnie głębiej wpuścić - Myślałam, że można ci ufać, że to się więcej nie powtórzy, a ty znów to zrobiłaś! Znów zabiłaś! I to w dodatku w taki sam sposób jak w dzieciństwie: poprzez rozbicie czaszki - zaczęła stopniowo coraz bardziej podnosić na mnie głos, wylewając całą skrywaną dotąd złość - Jesteś chora, powinni byli cię wtedy od razu zabrać do psychiatry... - wypluła z odrazą, po czym zamilkła na dłuższą chwilę z powagą wymalowaną na twarzy, jakby chciała coś jeszcze dodać, lecz nie wiedziała do końca co.
- Niewdzięczna! Gdyby nie ja - ta psycholka, którą nagle zaczęłaś gardzić ty byś już dawno nie żyła! Gdyby nie ja, to ten stary zboczeniec by ciebie wtedy porwał jak byłaś dzieckiem i Bóg wie co by ci zrobił! - krzyczałam na nią z głęboką urazą - Nic nigdy nie rozumiałaś - zmarszczyłam brwi, usiłując powstrzymać łzy napływające do oczu. Nie cierpiałam okazywać słabości nawet najbliższym - Gdy ty po tym całym zdarzeniu spokojnie żyłaś sobie ze swoją idealną rodzinką ja byłam przetrzymywana w zamknięciu, głodzona przez wiele dni, stale bita przez ojca! Nikt nie chciał stanąć po mojej stronie!! - ostatnie słowa wyjęczałam nie mogąc powstrzymać rozdzierającego smutku - Myślisz, że żyjąc w takich warunkach jest łatwo pozostać przy zdrowych zmysłach? - z oczu pociekły mi pojedyncze łzy, lecz szybko je otarłam licząc na to, że pozostały niezauważone.
Nastała głęboka, napięta chwila ciszy. Cała złość ulotniła się z twarzy Lisy w jednej chwili i zastąpiła ją dezorientacja zmieszana z zaskoczeniem.
- Nie rozumiem... Co prawda fakt, byłaś zawsze wychudzona i miałaś pełno siniaków, lecz byłam przekonana, że nabiłaś je sobie bawiąc się. Twój ojciec zawsze wydawał się taki miły, gdy do nas podchodził, jak się bawiłyśmy u ciebie w ogrodzie... - wspomniała niepewnie, spuszczając nieśmiało wzrok.
- Pff! Przez cały ten czas udawał, żeby ludzie nic na niego nie mieli! Prawda jest taka, że raz na jakiś czas pozwalał mi się z tobą bawić nie z troski o moje dobro, lecz o swoją własną reputację. Bał się, że sąsiedzi dostrzegą, jak rzadko pojawiam się poza domem i zaczną coś podejrzewać - wyjaśniłam wciąż targana od środka gniewem, lecz starałam się mimo wszystko nie podnosić już głosu na Lisę.
- No dobrze, ale czy naprawdę nie było innego wyjścia? Czy naprawdę musiałaś go zabić? - spojrzała na mnie wciąż z brakiem przekonania.
Tym razem to ja zamilkłam w chwilowym zastanowieniu, lecz po chwili odezwałam się pewnie:
- Zasłużył sobie na śmierć i tylko to się dla mnie liczy.
Na twarzy Lisy pojawiła się głęboka, nieprzyjemna niechęć, wręcz bym powiedziała pogarda.
- Musisz odpowiedzieć za swoje czyny - rzekła z przekonaniem - Jesteś niebezpieczna, powinni coś z tobą zrobić. Ty naprawdę tracisz nad sobą kontrolę, Jay. Normalni ludzie nie zabijają - dodała z powagą, przybijając mnie wzrokiem do ziemi.
- Widzisz Lisa, "normalność"... - urwałam na chwilę uśmiechając się sztucznie - To pojęcie bardzo względne - dokończyłam, po czym obróciłam się na pięcie i wyszłam pewnym krokiem z jej domu, mając dość tej całej konwersacji.
Dziewczyna wybiegła tuż za mną, a ja widząc to przyspieszyłam jeszcze kroku. Zrezygnowała z dalszej pogoni i zatrzymała się na swojej werandzie, wodząc za mną uważnym wzrokiem.
- Dzwonię na policję, Jay!!! - zawołała za moimi plecami, gdy przekroczyłam granicę jej trawnika - Nie ujdzie ci to płazem, rozumiesz?!! - pogroziła.
Prychnęłam kpiarsko pod nosem, chowając obie dłonie do kieszeni swojej luźnej, dżinsowej kurtki i szłam dalej dumnie przed siebie, nie odwracając się w stronę Lisy ani razu. Idąc tak bez celu wzdłuż ulicy i mijając kolejne domy zastanawiałam się nad tym, co ze sobą zrobić dalej, gdzie się podziać. Miałam zostać w hotelu, lecz tamta policjantka chyba mnie trochę rozpoznała, więc byłoby to zbyt ryzykowne, natomiast u Lisy nie było mowy o zostaniu, ponieważ nasze relacje się trochę ("trochę", to mało powiedziane) zepsuły. Może w sumie postąpiła słusznie zwracając się przeciwko mnie, może faktycznie miała rację. Jestem potworem... Ale ja chcę być potworem, bo wolę być potworem i być silna, niż być niewinna i być słaba. Nie ma gorszego uczucia na Ziemi niż poczucie kompletnej bezsilności. Ono mnie rujnowało i wypełniało mnie każdego dnia coraz większą ilością myśli samobójczych. Odniosłam wrażenie, że samo to paskudne poczucie bycia gorszym i słabszym było bliskie uśmiercenia mojego organizmu, który pragnął z czasem coraz bardziej się poddać. Twój mózg ma zakodowane w sobie, że musisz być silny, bo w przeciwnym razie nie znajdzie się miejsce dla ciebie na świecie. Niewinność jest piękna, to prawda... Sama jej kiedyś broniłam, ale świat jest trochę inny, niż byśmy chcieli, żeby był i nie zdołamy go nigdy zmienić. Mój ojciec myślał, że już zawsze będę słaba, pod jego całkowitą kontrolą, pozbawiona poczucia jakiejkolwiek wartości tak jak wtedy, gdy byłam dzieckiem, lecz któregoś dnia coś się zmieniło. To stało się w dniu, w którym ponownie usłyszałam przez zamknięte drzwi ciemnego schowka kłótnie rodziców, a raczej po prostu ojca krzyczącego na matkę. Tym razem naśmiewał się szyderczo ze mnie, że jestem żałosna, nic nie warta i że nic nie mogę zrobić, nigdy go nie powstrzymam, że już zawsze będzie mógł robić ze mną, co chce. Gdy matka się sprzeciwiała tym słowom z jękiem, wtedy następowały te doskonale znane mi odgłosy bicia i jeszcze głośniejszy jęk, lecz z bólu. Pamiętam, jak dotknął mnie olbrzymi, nie do opisania, rozdzierający gniew i nieoczekiwane poczucie dumy. Wiedziałam, że tkwi we mnie siła, wtedy to dokładnie poczułam. Przez całe moje wychudzone ciało przepłynął silny dreszcz emocji. "Pokażę mu... Jeszcze pokażę... Jeszcze zobaczy z kim zadarł. Myśli, że jest królem?" - syczałam przez zaciśnięte zęby cicho, kiwając się raz do przodu, raz do tyłu jakby coś mnie napadło, po czym wybuchnęłam niekontrolowanym złośliwym, szyderskim śmiechem. Nagle ojciec uderzył pięścią w drzwi od drugiej strony, żeby mnie uciszyć. W wyniku tego zaczęłam jeszcze głośniej się śmiać. W końcu ojciec nie wytrzymał i otworzył szeroko drzwi, chwytając mnie za tył koszulki oraz wyszarpał mnie ze schowka na korytarz. Nieopodal mnie stała wciąż załzawiona, czerwona na twarzy mama. "Czego się śmiejesz smarkulo?!" - wrzasnął na mnie grubym głosem ojciec. Ja na to odpowiedziałam z szerokim, jadowitym uśmiechem na twarzy: "Z ciebie, żałosna gnido. Bóg musiał mieć naprawdę zły dzień tworząc ciebie" Oczywiście, jak można się już domyśleć w następstwie ojciec zaczął mnie okładać pięściami i kopać, a ja tylko dalej się głupawo śmiałam, szepcząc: "Zabiję cię. Zobaczysz, że jeszcze cię zabiję". Mężczyzna odszedł na chwilę tylko po to, aby poszukać swojego pasa. Wykorzystałam ten moment na spojrzenie matce w załzawione, przerażone oczy. W końcu zapytałam, krztusząc się prawie co słowo: "Po co tu stoisz? Czemu jeszcze nie odejdziesz? Nie widzisz? Nie widzisz do czego to nas doprowadza?" Matka spuściła wzrok zalana wstydem i poczuciem winy. Odpowiedziała: "Musimy się go słuchać. Gdybyś była grzeczna, nie robił by tego" Z jej oczu polały się kolejne łzy. Ponownie zmarszczyłam brwi w napływie gniewu, lecz tym razem skierowanego na nią. Jak mogła jeszcze tak mówić? Nigdy nie sprawiałam problemu, a i tak ojciec się nade mną znęcał. Dobrze wiedziała, że to nie moja wina, a nawet jeśli bym sprawiała kłopot on nie miał prawa mnie bić. Widziałam w niej tchórza, słabe, trzęsące się popychadło, nie posiadające swojego zdania. Brat zawsze jej mocno bronił, lecz ja doskonale wiedziałam, że gdyby naprawdę się postarała, mogłaby sprowadzić pomoc, a ona się nigdy nie starała. Nigdy nie śmiała się przeciwstawić mężowi, nigdy nie stawiała najmniejszego oporu. Zawsze mnie to najmocniej bolało. To, że moja matka, ostatnia osoba, którą kochałam wybierała mojego ojca, zamiast mnie. ON zawsze był ważniejszy... Zawsze.
Nieoczekiwanie z oddali dostrzegłam migające, czerwono-niebieskie światła policyjne, które pojawiły się na horyzoncie ulicy. Po chwili mym oczom ukazała się reszta radiowozu. Natychmiast zeskoczyłam na bok ulicy, chowając się w najbliższe krzaki. Całe szczęście radiowóz po prostu mnie minął, pędząc dalej wzdłuż ulicy. Chyba zmierzał w kierunku domu Lisy. Czyżby faktycznie spełniła swoje groźby i zadzwoniła na policję? Odniosłam wrażenie, że nie ważne, gdzie pójdę radiowozy i tak są niemal na każdym kroku. Pozostanie w Denver byłoby wyjątkowo męczące, przepełnione strachem przed tym, że za rogiem czai się policja. Uznałam, że najlepiej byłoby wynieść się na jakiś czas do jednej z pobliskich miejscowości. Wyruszyłam w stronę głównej ulicy wyjazdowej z Denver, aby spróbować złapać jakiegoś stopa. Obrałam drogę wiodącą przez las, aby nie być zbyt na widoku w razie, gdyby w okolicy znów pojawił się radiowóz. Kiedy dotarłam już do jednej z zatok ulicznych odkryłam, że to miejsce jest już częściowo zajęte przez młodą prostytutkę. Uznałam, że mimo wszystko przystanę tam w niewielkiej odległości od kobiety licząc na to, że może jednak złapię jakiś samochód. Gorzej by było, gdyby pomyśleli przez nią, że ja również jestem prostytutką. Tego dnia samochody o wiele rzadziej przejeżdżały, niż zwykle. Podeszłam do krańca zatoki i wyciągnęłam kciuk do góry za każdym razem, gdy zjawiło się jakieś auto, lecz minęło wyjątkowo dużo czasu, a wciąż żaden kierowca nie chciał się zatrzymać. W końcu częściowo się poddałam, bo ręka już mnie rozbolała od trzymania jej stale w górze. Spojrzałam znużonym wzrokiem na prostytutkę, której również tego dnia się nie szczęściło. Była bardzo niska, miała trochę ciałka, lecz nie wskazywało to jeszcze na otyłość, jej włosy miały średnią długość, były czarne i silnie połyskujące, jakby włożyła w nie tonę lakieru. Ubrana była w wysokie, czarne kozaki, różową mini spódniczkę oraz czarny top na ramiączkach. Po jakimś czasie włożyła sobie papierosa do ust i wygrzebała z torebki zapalniczkę, aby móc go zapalić, lecz przez dłuższą chwilę miała z tym problem z powodu drżących dłoni. Nie było zimno, więc albo musiała na coś chorować, albo drżenie dłoni było skutkiem silnego stresu. Zaczęło mnie trochę to zastanawiać, z jakiego powodu mogłaby być tak zestresowana. Zazwyczaj bym nie zawracała sobie głowy takimi sprawami, jednak wtedy miałam aż zanadto czasu, aby rozmyślać nad problemami prostytutki. Kiedy kobieta w końcu napotkała mój wzrok od razu przekierowałam z powrotem spojrzenie na las przed sobą. Potem nie mając już na czym się skupiać zaczęłam rozglądać się ze znudzenia w poszukiwaniu jakiś interesujących szczegółów w otaczającym mnie obszarze. W końcu dostrzegłam z daleka mały krzyż postawiony tuż przy drodze, po drugiej stronie ulicy. Stało pod nim wiele wypalonych, żółtych zniczy i mały miś przewiązany w szyi żółtą wstążką. Przebiegłam szybko na drugą stronę ulicy, aby móc się temu przyjrzeć z bliska. Wtedy dopiero dostrzegłam przybitą do krzyża, niewielką tabliczkę z napisem: "Spoczywaj moja mała Rosie w pokoju". Czyżby miał miejsce tam jakiś wypadek, w którym zginęło dziecko? Tak wiele się działo w Denver, a ja o niczym nigdy nie słyszałam, nawet o tych wydarzeniach, które miały miejsce w okolicy, gdzie mieszkałam. Wróciłam z powrotem na zatokę uliczną, gdy nagle zatrzymał się tam jakiś czarny samochód. Wysiadł z niego wysoki, szczupły, dojrzały facet o posiwiałej brodzie i włosach oraz wyjątkowo chłodnym, poważnym spojrzeniu. Podszedł szybkim krokiem do prostytutki, która na jego widok upuściła papierosa z wrażenia i zaczęła lekko drżeć na całym ciele.
- I co? Zarobiłaś coś? - zapytał groźnie, chwytając ją silnie za przedramię.
- Dziś niewiele - wyjęczała cicho, wyciągając z torebki parę banknotów.
Mężczyzna wyrwał jej agresywnie dolary z dłoni i przejrzał je marszcząc brwi w skupieniu.
- Tak mało?! - krzyknął, rzucając banknotami kobiecie w twarz - Jesteś do niczego!! Nawet dupy porządnie nie jesteś w stanie sprzedać! Jesteś nic nie wartą, bezużyteczną pizdą - splunął na nią, a kobieta wykrzywiła twarz w rozpaczy wybuchając płaczem.
- Ja naprawdę robiłam, co mogłam. Ile jeszcze mam się starać?! Oddaję ci zawsze wszystko, co mam! - mówiła zapłakanym głosem.
- Masz przynosić więcej forsy, rozumiesz?! - mężczyzna dalej żywił pretensje, nie zważając na wymówki kobiety. W końcu przestał panować nad swoim gniewem i uderzył z pięści w twarz prostytutkę tak silnie, że aż upadła na ziemię. Mężczyzna na tym nie poprzestał i dalej okładał ją pięściami, a ona błagała go, żeby przestał kuląc się w samoobronie. Poczułam silny przypływ gniewu, zupełnie podobny do tego, gdy ojciec ze mnie szydził i mówił, że zawsze będę pod jego kontrolą. Zacisnęłam obie dłonie w pięści i napięłam całe ciało, prostując się.
- Zostaw ją! - wrzasnęłam, zrzucając z ramienia swoją torbę na ziemię i podchodząc do nich bliżej. Mężczyzna nawet nie zwrócił na mnie uwagi, bo był zbyt zajęty biciem kobiety. W końcu nie wytrzymałam, gdy poczułam kolejną, lecz tym razem nieporównywalnie silniejszą falę gniewu, która całkowicie wyłączyła mój umysł i zmusiła mnie do tego, abym rzuciła się na tego mężczyznę, chwyciła go za oba ramiona i odciągnęła od dziewczyny z ogromną siłą tak, że aż poleciał na plecy. Gdy ujrzałam załzawioną, czerwoną od ciosów twarz kobiety poczułam przez sekundę głęboki żal, lecz zaraz go zastąpił jeszcze głębszy szał skierowany na mężczyznę. On był zupełnie jak mój ojciec. Myślał, że może mieć władze nad nią, że ma prawo ją bić, traktować jak gówno, jeśli nie posłucha. Za kogo on się miał?! Zanim zdołał się poderwać z powrotem do góry natychmiast skoczyłam na niego całym ciałem, przypierając go do ziemi i zaczęłam walić pięściami o jego klatkę piersiową w dzikiej furii, potem w twarz, aż w pewnym momencie do reszty straciłam nad sobą kontrolę i wgryzłam się mu z całych sił w szyję, wydając z siebie zwierzęce ryki. Nie czułam już nic poza tą silną, potężną adrenaliną. Obraz zaczął mi się lekko rozmywać przed oczami, moje ciało wciąż w niekontrolowanym szale zadawało kolejne ciosy, gdy umysł całkowicie się wyłączył. Pamiętam tylko jeszcze, jak słyszałam w tle wrzask przerażenia tamtej prostytutki, a dalej film mi się już urwał. Nastała ciemność. Najgorsze jest to, że nie poprzedziła ją utrata przytomności. Ta ciemność tak po prostu znikąd naszła mnie w trakcie mojego ataku. Nie miałam pojęcia, co się ze mną dzieje.
Weszłam niepewnie do hotelu czując się tam trochę, jak kosmitka. Jego wnętrze było wyjątkowo zadbane, eleganckie i utrzymane w dziewiętnastowiecznym stylu. Przy recepcji stały dwie osoby, zawzięcie dyskutując na jakiś temat - atrakcyjna kobieta, wyglądająca na około 40 lat, o srebrzysto-siwych, sięgających za łopatki, lekko falowanych na końcach włosach, ciepłych, szaroniebieskich oczach, wąskim nosie i szerokich, pełnych ustach, ubrana w żółtą, formalną sukienkę oraz młody mężczyzna, o delikatnych, nieco dziecięcych rysach twarzy, kręconych, czarnych włosach, wąskich ustach, drobnym nosie i przenikliwych, niebieskich oczach, ubrany w białą koszulę i czarną marynarkę. Jego skóra była niezwykle blada i dodawała mu trochę porcelanowego wyglądu. Podeszłam niepewnie do recepcji chcąc ich jakoś zignorować, lecz niestety skupiłam na sobie przypadkowo całą ich uwagę. Młody mężczyzna nagle przerwał rozmowę i zwrócił się do mnie łagodnym, przyjaznym tonem:
- Pani do recepcji? - zapytał, lecz bez czekania na odpowiedź rzekł - Już Panią obsługuję - wszedł szybkim krokiem za ladę i otworzył księgę rezerwacji.
Nagle poczułam, jak coś chwyciło mnie za nogę, a do mych uszu dotarło kobiece wołanie z tyłu: "Elodie, wracaj! Nie ładnie zaczepiać obcych!". Spojrzałam w dół i ujrzałam małą, trzyletnią dziewczynkę o czarnych włosach upiętych w dwie kiteczki, trzymającą mnie za nogawkę od spodni i przyglądającą mi się z dziecięcym zainteresowaniem swoimi brązowymi, dużymi oczami. Mężczyzna zostawił na chwilę otwartą księgę i opuścił ladę, aby wziąć dziecko na ręce.
- Przepraszam za nią. Spodobała jej się Pani - uśmiechnął się szeroko, gładząc dziewczynkę wolną ręką po główce.
- Nic się nie stało - odwzajemniłam uśmiech - Pan jest jej ojcem? - zapytałam z ciekawości.
Nagle do recepcji podeszła szybkim krokiem inna kobieta i weszła za ladę w pośpiechu, mówiąc do mężczyzny:
- Dziękuję Colin, że tu postałeś za mnie przez jakiś czas.
- Nie ma sprawy - odrzekł mężczyzna, którego imię, jak się okazało brzmiało: Colin. Po chwili znów zwrócił się do mnie - Tak, to moja córka, Elodie - gdy to powiedział nieoczekiwanie kobieta w żółtej sukience, która wcześniej z nim rozmawiała spochmurniała. Trochę mnie to zdziwiło, że widok małego, słodkiego dziecka ją zasmucił - Pani przyjechała tu na wakacje? - zapytał, chcąc rozpocząć ze mną rozmowę, gdy tymczasem podeszła do nas, jak z moich obserwacji wynikało jego partnerka, aby wziąć od niego dziecko. Widziałam ją tylko przez chwilę i jedyne szczegóły jej wyglądu, jakie rzuciły mi się w oczy, to były długie, jasnobrązowe, proste włosy, szczupła sylwetka i lekko opalona karnacja.
- Emm... W sumie nie do końca - urwałam na chwilę udając, że w międzyczasie szukam odpowiednich słów, gdy tak naprawdę zastanawiałam się nad tym, co tym razem wymyślić - Przyjechałam, aby załatwić parę spraw ze znajomymi, którzy tu mieszkają - skłamałam.
- Rozumiem - rzekł nieodgadnionym tonem, przyglądając mi się uważnie, po czym wymienił się dziwnie spojrzeniami z kobietą w żółtej sukience, z którą wcześniej prowadził rozmowę - Cóż, życzę skutecznego załatwiania spraw w takim razie - uśmiechnął się, lecz wciąż jego spojrzenie było przepełnione niepewnością, jakby o czymś wiedział i to ukrywał - Mam nadzieję, że zostanie pani na dłużej, jest tu wiele pięknych miejsc wypoczynkowych.
- Na pewno zbyt szybko stąd nie wyjadę - uśmiechnęłam się tak szeroko, że aż sztucznie, po czym zajęłam się rezerwowaniem pokoju. W międzyczasie Colin odszedł od lady, lecz jego dojrzalsza znajoma została i udawała, że rozgląda się po hotelu w zamyśleniu, spoglądając na mnie co chwilę. Gdy przyłapywałam ją na tym, że mi się przyglądała od razu uciekała wzrokiem gdzieś indziej. Odniosłam wrażenie, że jej twarz jest wyjątkowo znajoma. Musiałam ją już gdzieś widzieć i to nie jeden raz, lecz nie byłam w stanie sobie przypomnieć, gdzie.
- Pani również nie jest stąd? - w końcu przełamałam się na tyle, aby zapytać. Nie byłam zbyt towarzyską osobą, więc przejęcie inicjatywy i zagadanie do obcej kobiety było u mnie dość sporym osiągnięciem. Nieznajoma od razu przekierowała na mnie całą swoją uwagę i wyglądała na mocno zmieszaną, wręcz bym powiedziała onieśmieloną.
- Tak, przyjechałam w sprawach biznesowych - oznajmiła, spuszczając wzrok wstydliwie, lecz zaraz znów spojrzała mi głęboko w oczy. Sprawiała wcześniej wrażenie osoby wyjątkowo stanowczej i pewnej siebie, gdy rozmawiała z Colinem. Przy mnie zmieniła się nagle o 180 stopni.
- Proszę, pani klucz do pokoju - rzekła recepcjonistka, podając mi kartę z numerem 16.
- Dziękuję bardzo - powiedziałam, biorąc od niej przedmiot i ponownie zwróciłam się do kobiety w żółtej sukience - Czym się Pani zajmuje? Jeśli można zapytać oczywiście... - dotknął mnie lekki stres. Była dużo starsza ode mnie. Trochę się bałam, że odezwę się w jakiś nieprzyzwoity sposób. Gdy zapytałam ją o zawód recepcjonistka rzuciła we mnie pogardliwym i mocno zaskoczonym spojrzeniem. Zanim kobieta w żółtej sukience zdążyła odpowiedzieć, pani pracująca za ladą ją w tym prześcignęła:
- Jak to? To ty nie wiesz? - zapytała mnie z niedowierzaniem - Prawie wszyscy wiedzą, że Pani Finch stworzyła najbardziej znany i unowocześniony psychiatryk w Stanach Zjednoczonych. Jest milionerką! - mówiła z wyczuwalną ekscytacją w głosie, a Pani Finch (jak się właśnie dowiedziałam) cała poczerwieniała na twarzy, co zresztą wyglądało uroczo.
- Greto, uspokój się - zaśmiała się nerwowo - Nie wszyscy muszą to wiedzieć - dodała lekko poirytowana tym, jak recepcjonistka się wszystkim chwaliła.
Na wieść o tym, że ta kobieta była założycielką jakiegoś wielkiego, super rozwiniętego psychiatryka, a w dodatku była milionerką potwornie się zestresowałam. Nie miałam pojęcia, że do tego hotelu przychodzą tacy ludzie. Co ja tam w ogóle robiłam?!
- A z kim Pani załatwia interesy? - szybko palnęłam, byleby jakoś zmienić temat.
- Z Colinem, którego zresztą przed chwilą miałaś okazję poznać. Współpracujemy ze sobą. Jest hipnotyzerem w moim psychiatryku. Ma wrodzony talent do hipnozy, jego głos potrafi zdziałać prawdziwe cuda! - rzekła z zachwytem, przyglądając mi się uważnie swoim ciepłym, pogodnym spojrzeniem. Sposób, w jaki na mnie patrzyła był tak miły i przenikający w głąb mojego umysłu, że aż chwilami spuszczałam wzrok z zawstydzenia. Cały czas męczyła mnie myśl, że gdzieś na pewno już ją widziałam - nie w gazetach, nie w telewizji, lecz na żywo. Tak bardzo starałam się sobie przypomnieć, gdzie.
- To wspaniale - odpowiedziałam cicho, mocno onieśmielona jej obecnością. Zapadła między nami długa, krępująca chwila ciszy. Kobieta patrzyła mi głęboko w oczy z lekko rozwartymi ustami, jakby oczekiwała czegoś. Dopiero wtedy zauważyłam, jak fizyczna odległość pomiędzy nami się zaskakująco skróciła. Poczułam, jak się rumienię z powodu jej bliskości. Postanowiłam zakończyć tę rozmowę, bo byłam już wystarczająco spięta.
- Muszę już iść. Do widzenia - rzuciłam w jej stronę nerwowo i już zaczęłam się oddalać w stronę swojego pokoju, gdy jeszcze zza pleców usłyszałam jej głos:
- Na pewno się jeszcze spotkamy... Możesz być tego pewna...
To sprawiło, że dziwny dreszcz przeszył moje plecy, a w mojej głowie pojawiło się chwilowe uczucie lekkości, jakbym miała zemdleć. To całe spotkanie było wyjątkowo dziwne... Sposób, w jaki na mnie patrzyła, przybliżała się do mnie, wymieniała podejrzanie spojrzenia z Colinem, gdy rozmawiał na mój temat i jeszcze to najdziwniejsze pożegnanie, jakiego doświadczyłam w życiu. To "możesz być tego pewna" brzmiało bardziej niepokojąco, niż przyjaźnie. Nie znałam tych ludzi i nie miałam pojęcia, dlaczego tak specyficznie się zachowywali. Postanowiłam przestać o tym myśleć i zająć się o wiele ważniejszymi sprawami takimi, jak ukrywanie się przed policją. Weszłam do zarezerwowanego pokoju i rzuciłam swoją torbę na łóżko. Wszystko tam wyglądało staro, lecz jednocześnie niezwykle elegancko. W hotelu było darmowe wifi, więc weszłam na internet w komórce i wpisałam "Finch" w wyszukiwarce. Wyskoczyły mi szczegółowe informacje o świeżo poznanej przeze mnie kobiecie. Były również jej zdjęcia, więc miałam pewność, że to ona. Nazywała się Samantha Finch, miała 43 lata, 19 lat temu bogaci rodzice pomogli jej założyć psychiatryk z wprowadzoną "nowoczesną technologią", która miała kontrolować całkowicie umysły pacjentów i zachodzące w nich reakcje. Zdobyła wiele tytułów naukowych i dokonała dużo ciekawych odkryć w dziedzinie psychiatrii oraz neurologii. Czytając te informacje poczułam się trochę głupio. Dlaczego taka kobieta, jak ona marnowałaby swój czas na rozmowę z taką smarkulą, jak ja? Nie rozumiałam skąd nagle pojawiło się tyle szczęścia w moim życiu. Najpierw niezwykła życzliwość i pomoc ze strony Shannon, teraz poznanie znanej osoby. Miałam nadzieję mimo wszystko, że na tym moje wrażenia miały się zakończyć, ponieważ popadałam przez nie w coraz większe zakłopotanie. Zdjęłam ze swojej głowy perukę wzdychając z ulgą. Czułam w niej dosyć spory dyskomfort, a w dodatku przy większych upałach głowa mi się pociła. Weszłam pod prysznic i obserwowałam, jak cały mój makijaż spływa z wodą i mydłem. Po odświeżeniu się i przebraniu zamierzałam od razu pójść spać, lecz dokładnie w momencie, gdy położyłam się na łóżku zadzwonił mój telefon. Ależ ta osoba miała wyczucie czasu! Poderwałam się leniwie do góry i sięgnęłam do torby, aby wyjąć z niej urządzenie i odebrać połączenie.
- Halo? - zapytałam ospałym głosem.
- Cześć Janet, mam nadzieję, że nie przeszkadzam - usłyszałam głos Shannon, co sprawiło, że od razu stanęłam na nogi - Jak tam? Zarezerwowałaś już pokój? Wszystko jest póki co okej? - jej troskliwość naprawdę mnie urzekła. Była to druga osoba w moim życiu, tuż po Lisie która dbała o moje bezpieczeństwo.
- Tak, zarezerwowałam już pokój. Wiedziałaś o tym, że jest tu Samantha Finch? - zapytałam, usiłując ukryć swoje ogłupienie i dezorientację.
- Serio?! Nie wiedziałam! No to mnie teraz zdziwiłaś! - rzekła ze szczerym zaskoczeniem - Miałabyś ochotę może jutro się wybrać ze mną na spacer w góry? - zaproponowała.
- Jasne, czemu nie. W sumie i tak nie mam zbyt wiele do roboty jutro - odparłam starając się brzmieć obojętnie, lecz nie mogłam przestać uśmiechać się pod nosem.
- To świetnie! Naprawdę miło mi się spędzało dzisiaj z tobą czas.
- Mi z tobą również - mój głos zdradził całe moje zadowolenie, więc zaraz dodałam - Jestem padnięta. Właśnie wybierałam się spać, więc... Do jutra - pożegnałam się.
- Miłych snów - rzekła pogodnym, słodkim tonem i nie chciała się rozłączać, więc ja musiałam to zrobić.
Opadłam na łóżko uśmiechając się od ucha do ucha z telefonem przyłożonym do piersi. Naprawdę polubiłam Shannon. Tak krótko się znałyśmy, lecz jej osoba była na tyle dobra, że nie dało jej się nie lubić.
Przyjechali po mnie ludzie pracujący w psychiatryku pani Finch dużym, białym samochodem. Mężczyźni byli ubrani cali na żółto i mieli na piersiach plakietki z imionami. Jechaliśmy z Denver ponad godzinę. Za oknem widziałam pokryte lasem góry. Po jakimś czasie znad drzew wyłonił się szczyt wielkiego, białego budynku o bardzo prostej, geometrycznej budowie, połyskujących w słońcu ścianach, na których wyróżniały się pojedyncze, całkowicie oszklone pomieszczenia. Wyglądał w miarę ładnie, jednak mimo wszystko i tak widać było, że architekt poszedł bardziej w praktyczne zastosowanie, niż estetykę. Psychiatryk otoczony był ze wszystkich stron lasem, przez który przebijała się tylko jedna, szeroka ulica dojazdowa. Gdy samochód w końcu się zatrzymał i zostałam z niego wyprowadzona miałam okazję po raz pierwszy dokładnie się rozejrzeć. Budynek nie graniczył od razu z lasem, wokół niego rozciągała się okrągła, rozległa polana pokryta przerzedzonymi mleczami, za którą dopiero zaczynała się linia drzew. Nad głównym wejściem psychiatryka, do którego mnie zresztą zaraz zaprowadzono wisiała wielka, okrągła ikona uśmiechniętej buźki o żółtej barwie. Jej widok mnie trochę zaniepokoił, chodź sama nie rozumiałam, dlaczego. Gdy zostałam wprowadzona do środka pierwsze, co ujrzałam to oczywiście długi, przestronny, biały korytarz z różnorodnymi, szklanymi drzwiami. Jeden z mężczyzn zaprowadził mnie do najbliższego pomieszczenia wypełnionego półkami z żółtymi uniformami złożonymi w kostkę. Gdy pozostali się rozeszli, zaczął przeglądać w stoickim spokoju ubrania, jakby się czymś od siebie różniły. Dopiero, gdy w końcu natrafił na uniform przeznaczony dla mnie i go rozłożył zorientowałam się, że wszystkie były ponumerowane. Mój miał dosyć duży, czarny, pogrubiony numer: 01 na prawej piersi. Mężczyzna podał mi go i wyszedł na chwilę z pomieszczenia, abym mogła się przebrać. Wizja chodzenia w jednoczęściowym uniformie z krótkim rękawkiem mnie trochę z początku odrzucała, lecz gdy go przymierzyłam okazał się być wyjątkowo wygodny i trochę luźny. Czułam się w nim, jak w piżamie dla małego dziecka, choć z wyglądu przypominał bardziej uniform więzienny. Wyszłam niepewnie z pomieszczenia i oddałam mężczyźnie złożone ubrania, w których tam przyjechałam. Udaliśmy się na koniec pierwszego odcinka korytarza, po czym przeszliśmy przez wielkie, szklane drzwi do drugiego odcinka, w którym od razu dotknęło mnie dziwne uczucie w głowie, jakby delikatne wibrowanie. Chwyciłam się za czoło w mocnym zaskoczeniu, gdy uderzyła we mnie relaksująca, lecz jednocześnie otępiająca fala.
- Spokojnie, przyzwyczaisz się do tego - rzekł mężczyzna niskim, grubym głosem.
- Co to jest? - zapytałam wykrzywiając twarz w niezadowoleniu, że coś wpływa na mój mózg.
- Od tych szklanych drzwi, które właśnie przekroczyliśmy zaczyna się odcinek psychiatryka przeznaczony już dla pacjentów. Tutaj w powietrzu unoszą się niewidoczne dla ludzkiego oka fale emitowane przez ukryte w ścianach urządzenia. Przenikają one przez mózg ludzki wywołując u niego stan zawieszenia pomiędzy snem, a rzeczywistością. Mogą one wywołać silne omamy, lecz większość pacjentów jest do nich przyzwyczajona. Z początku możesz mieć problem z rozróżnieniem halucynacji od rzeczywistości. Pani Finch twierdzi, że opisywane przez pacjentów doznania w tym stanie pomagają jej namierzyć prawdziwe źródło ich problemów psychicznych - wyjaśnił beznamiętnym tonem głosu, jak lektor z filmów dokumentalnych, po czym zaprowadził mnie przez kolejne szklane drzwi, lecz tym razem z boku korytarza do ogromnej, przestronnej, białej stołówki, wypełnionej dużą ilością długich, sterylnie czystych stołów, przy których siedzieli inni pacjenci w żółtych, ponumerowanych uniformach zajęci jedzeniem obiadu i zawziętą rozmową. W powietrzu unosiła się apetyczna woń pieczonego mięsa. Zauważyłam, że co któryś stół były wolne przestrzenie, jakby pacjenci celowo zostali podzieleni na grupy. Najmniejszą z grup była ta z numerami od 2 do 10 i siedziała przy stole wyjątkowo oddalonym od reszty. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, dlaczego byli tak odizolowani. Jedyne, co mogło mi w tamtym czasie przyjść do głowy to było to, że być może ci pacjenci byli wyjątkowo niebezpieczni. Gdy mężczyzna towarzyszący mi zaczął prowadzić mnie w stronę ich stolika przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. Siedziały tam głównie młode osoby. Najmłodsza para bliźniaczek jednojajowych wyglądała na 9 lat, a najstarszy mężczyzna na góra 25 lat. W porównaniu do pozostałych ludzi tam obecnych, byli wyjątkowo cisi i spokojni, powiedziałabym nawet, że wyglądali na jedynych tam normalnych, co przyprawiło mnie o głęboką dezorientację. Mężczyzna prowadzący mnie wskazał ruchem dłoni na wolne siedzenie przy stole i rzekł:
- Poczekaj tutaj na panią Finch. Jak zgłodniejesz możesz zawsze podejść śmiało do kucharek i poprosić o jedzenie.