PAŹDZIERNIK 2012
Mój tata krytykował niemal każde pomieszczenie, notorycznie porównując
je do odpowiednika z Wrotham. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do małego
metrażu, choć przecież doskonale wiedział, że mieszkanie w Londynie
będzie mniejsze niż dom na wsi, w którym dotąd mieszkaliśmy. Narzekaniom
nie było końca, ale ostatecznie nawet tata rozumiał, że ta przeprowadzka
była dobrą decyzją. Zresztą sam ją podjął, ku zadowoleniu mamy, mojemu i Cecilii.
Nie licząc mojej młodszej siostry, wszyscy musieliśmy codziennie
dojeżdżać do Londynu - rodzice do pracy, a ja na uczelnię. Zamieszkanie
w stolicy było więc najlepszym rozwiązaniem, przynajmniej na najbliższe
lata. Rodzice wynajęli zatem dom w Wrotham jakimś ludziom, a cała nasza
rodzina przeniosła się do niewielkiego mieszkania w Londynie. Zdziwiłem
się, że musieliśmy dopłacać do najmu, ale tata szybko mi wyjaśnił, że
pieniądze z wynajmu domu są mniejsze niż te, które trzeba płacić za
niewielki metraż w mieście. Wkrótce zresztą sam pojąłem, że koszty życia
w metropolii są nieporównywalnie wyższe od tych w małych
miejscowościach, od najmu po lunch w pubie. Szybko zdecydowałem więc o podjęciu dorywczej pracy, bo nie wyobrażałem sobie, żeby nie było mnie
stać choćby na piwo z kumplami. Choć w praktyce takich wypadów raczej
niewiele mnie czekało.
Nie miałem zbyt wielu znajomych na uczelni. Byłem typem outsidera,
chociaż nie z własnej woli. A może właściwie z własnej... Po prostu nie
byłem taki jak oni. Przesiąkłem małomiasteczkowością, nie znałem
wielkomiejskich zwyczajów i mody. To był powód, dlaczego niespecjalnie
garnęły się do mnie tłumy nowych kumpli. Wiedziałem jednak, że z łatwością mógłbym to zmienić, gdybym tylko chciał. Byłem bardzo
spostrzegawczy i inteligentny. Nadrobienie zaległości
towarzysko-kulturowych nie zajęłoby mi wiele czasu. Niemniej jakoś nie
miałem na to większej ochoty. W wielu momentach musiałbym "zniżyć się"
do poziomu większości chłopaków z uczelni, a to oznaczałoby rezygnację z własnego JA. Wolałem więc pozostać sobą i zachować wierność wobec
własnych wartości. Mimo to od czasu do czasu, zapewne z tęsknoty za jako
takim życiem towarzyskim, upodabniałem się do moich kolegów ze studiów i wychodziłem z nimi to tu, to tam, udając, że świetnie się bawię.
Zazwyczaj jednak nie bawiłem się zbyt dobrze. Jakoś nie kręciło mnie
używanie wulgaryzmów wobec dziewczyn, upijanie się na umór czy
przypadkowy seks gdzieś na tyłach pubu. Sporadycznie brałem jednak
udział w tych rytualnych zachowaniach, by nie zostać całkowicie
wykluczonym z życia towarzyskiego.
Zazwyczaj wybierałem samotny wypad do kina na niszowe seanse, książki
ciężkiego kalibru lub po prostu robiłem to, co najbardziej kochałem -
zatapiałem się w świecie programowania. Inaczej niż większość moich
znajomych, nie studiowałem dla samego studiowania. Oni podchodzili do
tego raczej z obojętnością, bo też kierunek studiów rzadko był ich
życiowym celem. Częściej stanowił wybór ich rodziców lub ewentualnie
strategię na zdobycie dobrze płatnego zawodu w przyszłości. Ja wybrałem
programowanie z czystej przyjemności. Po prostu chciałem tym się
zajmować, nie zastanawiając się, czy jest to kierunek strategicznie
trafny, czy też spełniający oczekiwania moich rodziców. Na szczęście w tej kwestii pozostawili mi wolną rękę. Choć oczywiście ucieszyli się, że
wybrałem taką, a nie inną uczelnię. Wtedy jeszcze nie doceniałem tak
naprawdę, ile dla mnie robili. Nie zastanawiałem się nad tym i ich
wsparcie wydawało mi się czymś naturalnym.
- Daniel, pomożesz mi?
Tata szarpał się z dziwaczną starą płytą, która "ozdabiała" ścianę
przedpokoju. Podszedłem i połączywszy siły, w końcu zdołaliśmy ją
oderwać. Lekki odór stęchlizny natychmiast dotarł do moich nozdrzy.
- Boże, co za ludzie tu mieszkali?! - stękał tata. - Wszędzie syf,
tumany kurzu i pleśń.
- Spokojnie. - Położyłem dłoń na jego ramieniu. - Razem jakoś damy radę
odświeżyć mieszkanie.
- Oby samo odświeżenie wystarczyło - westchnął. - Większy remont nie był
przewidziany w naszym budżecie.
Rozejrzałem się dookoła, wstępnie oceniając, ile czasu i pieniędzy
będzie potrzeba na doprowadzenie tego miejsca do porządku. Oczywiście
chcieliśmy wprowadzić się jak najszybciej, ale wiedziałem, że ja i tata
potrzebujemy co najmniej tygodnia. Dopiero wtedy będzie można przywieźć
nasze meble i w końcu sprowadzić tu mamę i Cecilię.
Poszedłem do swojego pokoju, który w zasadzie był prawie pusty. Stał tam
tylko stary taboret, a na ścianie wisiała korkowa tablica. Gdyby była w lepszym stanie, może bym ją zatrzymał, ale już sam zapach utwierdził
mnie w przekonaniu, że jednak lepiej się jej pozbyć. Jednym ruchem
zdjąłem ją ze ściany i odłożyłem niedbale na podłogę. W tym momencie
usłyszałem brzęk. Spojrzałem w dół, ale z początku nic nie zauważyłem.
Może upadł jakiś mały gwoździk albo pinezka. Kiedy jednak pochyliłem się
chwilę później, aby wynieść tablicę na śmietnik, zauważyłem malutki
kluczyk.
Obracałem go w palcach, jednocześnie rozglądając się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, do czego by pasował. Pokój był jednak pusty.
Odłożyłem go na parapet i dołączyłem do taty, wybierającego się na
kolejną wycieczkę do śmietników.
- Znalazłem w moim pokoju maleńki kluczyk. Nie wiem, od czego może być.
- Pokazałem tacie znalezisko, gdy tylko wróciliśmy do mieszkania.
- Mama ma podobny do szkatułki na biżuterię. Kupiła ją, gdy Cecilia
zaczęła jej podbierać kolczyki.
Uśmiechnąłem się. Moja młodsza siostra niedawno doszła do wniosku, że
noszenie sukienek nie jest jednak obciachem, i to odkrycie obudziło w niej potrzebę eksperymentowania z makijażem oraz biżuterią. Z małej
dziewczynki zmieniała się nieuchronnie w kobietę. Z jednej strony
ubolewałem nad tym, z drugiej odczuwałem pewną ulgę. Nareszcie przestała
mnie drażnić i robić głupie kawały. Wolała zostawać w swoim pokoju,
robiąc tam rzeczy, o których nie chciałem wiedzieć. Wystarczyło, że do
moich uszu dolatywała nieznośna muzyka i głośne piski jej koleżanek.
- Nie wiem, czy entuzjazm Cecilii nie opadnie po przeprowadzeniu się
tutaj. Zmiana szkoły oznacza utratę koleżanek. Nie jestem pewien, czy
nowe przypadną jej do gustu...
Tata spojrzał na mnie badawczo.
- Tobie koledzy ze studiów nie przypasowali?
Zawsze potrafił mnie rozgryźć. Uśmiechnąłem się i machnąłem niedbale
ręką.
- Na studiach jest inaczej. Posiadanie wianuszka najlepszych psiapsiółek
nie jest już priorytetem.
- No tak. - Przytaknął głową. - Twoja siostra jest w nieco głupszym
wieku. Będziemy musieli jeszcze parę lat wytrzymać.
Zabrałem się do zwijania wykładziny, która była tak brudna, że nie
opłacało się jej czyścić. Pewnie i tak większość plam by nie zeszła.
Nagle poczułem pod butem pustą przestrzeń. Zrolowałem wykładzinę do
końca i ze zdumieniem wbiłem wzrok w podłogę. Przy ścianie brakowało
kawałka deski, a w pustej przestrzeni leżała jakaś książka. Podniosłem
ją i natychmiast pojąłem, do czego służył znaleziony wcześniej kluczyk.
To był pamiętnik. Bez wahania użyłem malutkiego kluczyka i otworzyłem
pierwszą stronę.
Własność Jojo. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przewróciłem kartkę dalej.
Jakiś dziwny rysunek, wykonany ołówkiem, przypominał mi gotyckie motywy.
Dalej kolejny rysunek, tym razem bardzo wymowny. Zakrwawiony nóż i oczy,
z których wypływały łzy. Niewątpliwie ktoś, kto to namalował, miał
talent. Kolejna strona zawierała już tekst. Nie byłem pewien, czy mam
prawo czytać czyjeś intymne myśli, ale pomyślałem, że może się dowiem,
do kogo dokładnie należy pamiętnik. Wtedy mógłbym go oddać.
- Wychodzę na chwilę do sklepu za rogiem. Chcesz coś?
- Nie, dzięki! - odpowiedziałem. Drzwi trzasnęły z impetem. Zamknąłem
okno powodujące przeciąg i wróciłem do czytania pamiętnika.
Okazało się, że właścicielką była nastoletnia dziewczyna. Pewnie
zajmowała wcześniej ten pokój. Pierwszego wpisu dokonała, mając
trzynaście lat, a ostatniego w wieku lat szesnastu. Nie pisała zbyt
często. Szybkie przewertowanie zawartości i dat wpisów pokazało też brak
regularności. Czasami pisała w odstępie dwóch tygodni, a niekiedy robiła
półroczne pauzy.
Nienawidzę ich! Ona jest tak samo winna jak ojciec. Dlaczego nigdy nas
nie broni?! Pozwala mu wrzeszczeć na nas, bić własne dzieci. Która matka
tak się zachowuje? Nawet w przyrodzie samice bronią swoich młodych. Jest
gorsza od zwierzęcia. A właściwie nie powinnam obrażać zwierząt. Są
lepsze od wielu ludzi...
Skrzywiłem się. W tej dziewczynie było tyle złości... Ja też nie zawsze
dogadywałem się z rodzicami, ale nigdy nie byłem bity ani nie myślałem w tak nienawistny sposób o tacie czy mamie. Przeskoczyłem do następnego
wpisu, nie zagłębiając się w dalszą część pierwszego. Ostatecznie
kolejny przypominał ten pierwszy. Jojo ziała nienawiścią chyba do całego
świata. Może z wyjątkiem brata, z którym się solidaryzowała. Oboje mieli
na pieńku z rodzicami. Pomiędzy wpisami znalazłem sporo rysunków. Zawsze
czarno-białe, wykonane ołówkiem albo długopisem. Byłem pod wrażeniem.
Naprawdę świetnie rysowała, a przecież była taka młoda... Jej obrazki z czasem stały się coraz bardziej mroczne. Mnóstwo symboli, krwi,
cierpienia. Często była na nich też jakaś dziewczyna. Może ona? Albo jej
wyobrażenie o sobie. Zawsze zagniewana lub smutna. Z pewnością pasowała
do treści wpisów.
Odłożyłem pamiętnik i schowałem kluczyk do kieszeni spodni. Postanowiłem
przeczytać go na spokojnie później. Teraz nie miałem na to czasu.
Mieszkanie samo się nie odgraci i nie pomaluje.
Wszyscy szybko zadomowiliśmy się w nowym miejscu. Po miesiącu Cecilia
zaczęła sprowadzać nowe koleżanki i wtedy ostatecznie poczułem się jak u siebie... Głośna muzyka i piski z sąsiedniego pokoju dobitnie to
udowadniały. Niemniej cieszyłem się, że tak szybko zaadaptowała się w nowej szkole i środowisku. Musiałem przyznać, że radziła sobie w tej
kwestii znacznie lepiej ode mnie.
Mama była przeszczęśliwa, bo jej mąż w końcu codziennie nocował w domu i jadaliśmy razem kolacje. Maluteńka przestrzeń kuchenna była niską ceną
za taką pozytywną odmianę. Narzekała jedynie na brak spiżarni. W zasadzie nigdy się nie zastanawiałem, jak znajdowała czas na codzienne
gotowanie. Przecież chodziła do pracy, czasem nawet w weekendy.
Wiedziałem doskonale, że większość mam moich znajomych nie zaprzątała
sobie głowy przygotowywaniem obiadów czy kolacji. Co najwyżej te
niepracujące, ale też nie zawsze. W lodówkach królowały więc gotowe
dania, a stołowanie się na mieście, zazwyczaj w fast foodach, było dla
moich kolegów codziennością. Cieszyłem się, że w moim domu było inaczej.
Przede wszystkim dużo smaczniej i zdrowiej.
Przez długi czas nie zaglądałem do znalezionego pamiętnika. Po prostu
nie miałem czasu, a ponadto schowawszy go pod materacem, szybko o nim
zapomniałem. Któregoś dnia zmieniałem pościel i chcąc nie chcąc,
przypomniałem sobie o poprzedniej lokatorce i jej zapiskach.
Ojciec pije coraz więcej. Kiedyś trochę się pilnował i dopiero w piątek
pozwalał sobie na totalne odcięcie. Ostatnio przegina nawet w środku
tygodnia. Nie rozumiem, dlaczego mama mu na to pozwala! Przecież on jest
kierowcą, musi być trzeźwy, gdy wychodzi rano do pracy. Jak by nie
patrzeć, jest jedynym żywicielem rodziny, nie powinien więc ryzykować
utraty posady. Czasami mam wrażenie, że w tym domu tylko ja myślę
logicznie. Żyjemy w totalnym chaosie... Dlaczego nie może być tak jak w normalnych rodzinach?! Chodzimy wokół ojca na paluszkach, starając się
nie dać mu powodu do wszczęcia awantury. Mam jednak wrażenie, że to bez
sensu, bo on i tak zawsze znajdzie coś... Dzisiaj szarpnął mnie tak mocno
za kitkę, że skóra na głowie wciąż mnie boli. A co ja takiego niby
zrobiłam?! Zostawiłam w zlewie jeden talerzyk... Nie umyłam od razu, nie
wstawiłam do zmywarki. Wyzwał mnie - jestem szmatą, syfiarą i oczywiście
głupią gówniarą. Rzecz jasna, wyczułam od niego alkohol, chociaż dopiero
co wrócił z pracy. Pewnie w drodze do domu zahaczył o pobliskie
delikatesy i wyżłopał parę puszek, zanim wszedł do mieszkania. Przepija
tyle pieniędzy, że dawno by sobie kupił ten cholerny nowy telewizor, o którym wiecznie gada!
Wpis został przerwany kolejnymi rysunkami. Były fascynujące... Nie tylko
piękne pod względem talentu artystycznego, ale przede wszystkim takie
tajemnicze. Nie znałem się wielce na sztuce, ale mógłbym przysiąc, że
Jojo malowała bardzo dojrzale. Zdecydowanie nieadekwatnie do swojego
młodego wieku. Kobiecy profil, półotwarte usta i wydobywające się z nich
kłęby papierosowego dymu... Trzynastolatki raczej rysują swoich idoli lub
symbole związane z muzyką czy modą. Ewentualnie kwiaty, zwierzęta. Ale
papierosy, noże? Kolejny wpis umieściła miesiąc później, oczywiście
kończąc go rysunkiem. Tym razem była to gilotyna...
Dzisiaj pierwszy raz malowałam mojego brata. Sam chciał. Przyszedł do
mnie i poprosił, żebym jakoś przykryła siniaka na jego twarzy. Na
szczęście mi się udało i Paul mógł spokojnie iść do szkoły. Najbardziej
bał się ośmieszenia. Nie chciał wyjść na mięczaka, który dał sobie
podbić oko. Co prawda wszyscy wiedzieli, że mamy z ojcem przerąbane, ale
Paul miał szesnaście lat i uważał, że to wiek, kiedy powinien już
zachowywać się jak mężczyzna. Czyli nie dać spuścić sobie łomotu. Nawet
przez ojca. Było mi go żal. Mnie ojciec dotąd nigdy nie uderzył. Nie tak
naprawdę. Pewnie dlatego, że jestem dziewczyną. Szarpał mnie, popychał,
ale nie bił. Paul od czasu do czasu obrywał, ale wczoraj ojciec przegiął
na maksa. Tak wrzeszczał na matkę, że w końcu brat zwrócił mu uwagę. W każdej chwili sąsiedzi mogli wezwać policję. A tego nikt z nas nie
chciał. Ojciec oczywiście huknął na niego i dalej wydzierał się
wniebogłosy. Matka stała jak zwykle ze spuszczoną głową, starając się
nie odzywać. To była jej taktyka - nie prowokować męża, to szybciej się
uspokoi. Jednak tym razem jej bierność tylko mocniej go wkurzyła, aż w końcu podszedł do niej i ją szarpnął, krzycząc, że ma na niego patrzeć,
a nie ignorować. Paul siedział przy stole, próbując skupić się na
jedzeniu zupy, ale wtedy nie wytrzymał i kazał ojcu się opamiętać i dać
matce spokój. Dostał tak mocno, że aż spadł z krzesła. Wtedy i ja
wyleciałam z pokoju, bo hałas był naprawdę przerażający. Bałam się, że
Paul za mocno uderzył się w głowę i coś mu się stało poważnego... To było
straszne! Przez moment czułam, jak staje mi serce. Dosłownie. Ojciec
chyba się trochę wystraszył, bo wyszedł z mieszkania. Mama stała jak
wryta. Chyba tylko ja nie straciłam zimnej krwi. Zajęłam się Paulem. Na
szczęście szybko się ocknął i chyba nic mu się jednak poważnego nie
stało. Teraz ma tylko fatalnie wyglądającego siniaka. Choć nie wiem, czy
gorsza nie jest jego urażona duma. Mówił potem takie rzeczy... Boję się,
że zrobi coś głupiego. Atmosfera jest gęsta, wolę nie wychylać się z pokoju.
Patrzyłem na narysowaną gilotynę jak zahipnotyzowany. Co miała oznaczać?
Może była odzwierciedleniem gróźb wypowiedzianych w gniewie przez Paula?
Może powiedział, że zabije ojca albo utnie mu to i owo? Spojrzałem na
datę kolejnego wpisu. Prawie pół roku później... Zamknąłem pamiętnik. Nie
miałam już siły czytać nic więcej. To było przerażające. Nie potrafiłem
wyobrazić sobie takich sytuacji w moim domu. Ale przecież to właśnie ten
dom był świadkiem tych wszystkich zdarzeń. Te ściany pamiętały tyle
cierpienia! Nie pojmowałem, jak można tak traktować swoich najbliższych.
No dobrze, nie byłem taki znowu naiwny. Oglądałem telewizję, wiedziałem
też, że takie rzeczy się dzieją naprawdę. Ale to zawsze było jakieś
takie odległe, nierealne... Tymczasem ta rodzina mieszkała tutaj. Jojo
zajmowała mój pokój. Tu chowała się przed złością ojca, tu zapisywała
pamiętnik. Rozejrzałem się dookoła. Wszystko się zmieniło, zniknęły
stare meble, przemalowałem ściany. Zastanawiałem się, czy wisiały tutaj
jakieś plakaty lub rysunki Jojo. Jeśli tak, to zniknęły, zanim
przejęliśmy mieszkanie. Może ona je zabrała, a może właściciel
mieszkania zdarł je w obawie, że nas wystraszą. Ciekawe, czy wspomniał
rodzicom cokolwiek o poprzednich lokatorach? Dlaczego się wyprowadzili?
Może zerwał z nimi umowę ze względu na liczne awantury. To byłoby
całkiem prawdopodobne. Kto wie, czy ojciec Jojo wyciągnąłby w takim
wypadku jakiekolwiek wnioski. Oby. To by oznaczało, że gdziekolwiek
teraz mieszkają, Jojo, jej brat i mama, mają choć trochę spokoju. A przynajmniej ciszy...
- Daniel? - Cecilia ostrożnie wcisnęła głowę do mojego pokoju.
- Tak?
- Co robisz?
- Nic. Chcesz czegoś ode mnie?
- Ja nie... - Za głową wsunęła się cała reszta mojej siostry. - Ale Mary
pewnie by chciała.
Zachichotała i po chwili z impetem usiadła na moim łóżku.
- Jaka Mary?
- No ta blondynka. Była tutaj dzisiaj.
- Aha...
Kompletnie nie kojarzyłem jej nowych koleżanek. Ledwo rozpoznawałem
poprzednie.
- Chyba się w tobie zakochała.
Parsknąłem.
- Daj spokój!
- No co? Mówiłam jej, że jesteś za stary dla niej.
- Dzięki. - Udałem obrażonego przytykiem do mojego wieku.
- A ona na to, że lubi starszych...
- To powiedz jej, że ja nie lubię młodszych - uciąłem temat.
Jeszcze by mi tego brakowało! Popiskująca smarkula, mdlejąca za każdym
razem, jak wyjdę ze swojego pokoju i przejdę korytarzem.
Cecilia uśmiechnęła się złowieszczo. Nie miałem ochoty dowiedzieć się,
co też jej chodziło po głowie. Niestety, sama mnie uświadomiła.
- Coś czuję, że teraz Mary będzie częstym gościem u nas w domu.
Przewróciłem oczami.
- Trzymaj ją ode mnie z daleka.
- To będzie trudne. Wie, że nie masz dziewczyny.
- To jej powiedz, że mam.
- Ale nie masz...
Czułem, że sytuacja może przybrać niezbyt przyjemny obrót. Zmarszczyłem
brwi i starając się zachować poważną minę, z premedytacją okłamałem moją
młodszą siostrę.
- Tak się składa, że mam. Nie musisz o wszystkim wiedzieć.
Cecilia zrobiła wielkie oczy.
- Od kiedy?!
- Nieważne, nie twoja sprawa.
- Jak ma na imię?
- Nie powiem.
- Bo ona nie istnieje! - roześmiała się. - Albo jest strasznie brzydka i wstydzisz się przyprowadzić ją do domu.
Tego było już za wiele!
- Cecilia, daj mi spokój. Nie masz swojego pokoju? Żegnam!
Podniosła się z łóżka, ale wychodząc, znów wetknęła głowę przez drzwi.
- Nie uwierzę, póki jej nie zobaczę!
Świetnie! Chyba będę musiał wkrótce kogoś tu zaprosić. Inaczej smarkula
nie da mi spokoju. I jej koleżanka Mary też nie. W sumie może i miałbym
szansę u pewnej szatynki, znajomej Krisa. Podobno się jej podobałem...
Była troszkę dziwna, ale nie mogłem wybrzydzać. Im szybciej utrę nosa
mojej siostrze, tym szybciej da mi spokój. Kate nie powinna się obrazić.
W końcu zerwaliśmy w czerwcu. Pewnie sama już się z kimś spotyka... Chwilę
się zastanawiałem, czy widząc ją z kimś innym, byłbym teraz zazdrosny.
Raczej nie. Kate była mi obojętna, mogłem z nią normalnie rozmawiać,
kompletnie nic nie czując. Zresztą, tak naprawdę byliśmy ze sobą chyba
bardziej z przyzwyczajenia. Na początku coś tam iskrzyło, ale to szybko
minęło. Przynajmniej u mnie. Miałem nadzieję, że Kate też już się
pozbierała. Nie chciałem, żeby cierpiała, bo w sumie fajna z niej była
dziewczyna. I całkiem ładna, co poniekąd mnie pocieszało. Szybko powinna
sobie kogoś znaleźć i zapomnieć o mnie. O ile już dawno nie zapomniała.
Wróciłem myślami do Jojo. Jakie durne były moje problemy w porównaniu z tymi, które miała ona... Poczułem się lekko zażenowany samym sobą. Jakby
to była moja wina, że u mnie wszystko układało się tak normalnie. Jojo
miała teraz szesnaście lat, była tylko trzy lata młodsza ode mnie.
Ciekawe, jak wygląda? Gdzie mieszka? Czy jej sytuacja uległa zmianie,
czy jest jej lżej? Przymknąłem oczy. Mogłem tylko mieć nadzieję, że tak.
TERAZ, PAŹDZIERNIK
Lubiłem takie wieczory jak ten. Gotowaliśmy razem, dzieląc się
poszczególnymi czynnościami, i opowiadaliśmy sobie, jak nam minął dzień.
Takie zwyczajne, przyjemne chwile. Alice uwielbiała gotowanie, podobnie
jak moja mama. A ja chętnie jej pomagałem, jeszcze chętniej testując
smak przygotowywanych dań.
- Nie za mdłe? - Zerknęła na mnie tym swoim podejrzliwym wzrokiem.
- Hmmm... - Zastanowiłem się chwilę. - Może dodać odrobinę pieprzu lub
chili?
Moja dziewczyna w tych sprawach nigdy nie dawała się nabrać i w kuchni
musiałem być po prostu szczery. Dobrze, że się nie obrażała i mogłem
swobodnie wypowiadać moje sugestie! Używając mojej łyżki, posmakowała
jeszcze raz przygotowywanego risotto.
- Masz rację, brakuje pikanterii.
- A my lubimy pikanterię, prawda? - Pocałowałem ją w kark.
Zamruczała dwuznacznie. Już nie mogłem się doczekać zarówno kolacji, jak
i tego, co zapewne czekało mnie oprócz niej. Odrobina wina i spora dawka
seksu. Dzisiaj mieliśmy mieszkanie tylko dla siebie i nie zamierzaliśmy
marnować tak rzadkiej okazji. Liz wyjechała na weekend do nowego
chłopaka, a Alice zrezygnowała z odwiedzin u rodziców. Zdecydowanie
wolała zostać ze mną i już zaplanowała nam nadchodzące dwa dni. Na
szczęście pozostawiła mi decyzję co do dzisiejszego wieczoru, więc
zostaliśmy w domu, zamiast ruszyć na miasto. Nie żebym oszczędzał i nie
chciał zabierać Alice na kolację, ale po prostu uwielbiałem wspólne
gotowanie. I oczywiście to, co po nim zwykle następowało. A nawet w trakcie...
Nalewając nam po kolejnym kieliszku wina, obserwowałem, jak lekko się
uśmiecha sama do siebie. Miała taką niewinną twarzyczkę, niemal
dziecięcą. Wiele osób nie wierzyło, że ma już dwadzieścia cztery lata.
Sam na początku się zdziwiłem, że jest tylko rok ode mnie młodsza.
Poznaliśmy się jeszcze na studiach, ale wtedy każde z nas kogoś miało.
Ona na poważnie, ja raczej nie, ale jednak. Rzuciła kolesia już po
pierwszej randce ze mną. Z jednej strony mi to zaimponowało, z drugiej
trochę wystraszyło. Myślałem, że może jest jakaś nawiedzona czy coś. Na
szczęście się nie zraziłem i tak oto, po niemal dwóch latach,
zamieszkaliśmy razem i chyba mogę powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi.
Nasze rodziny też niemal od razu się polubiły. Szczególnie moja mama
jest zachwycona Alice. Nic dziwnego - jej jedyny syn ma ugotowane,
wyprane... Mama zawsze się martwiła, żebym tylko znalazł sobie "normalną"
kobietę. Czyli w jej mniemaniu taką, która dba o dom, męża, dzieci itp.
Można powiedzieć, że gatunek niemal na wyginięciu w dzisiejszym
Londynie.
- Nie zauważyłeś, że byłam u fryzjera...
Alice spojrzała na mnie wyczekująco, ale mimo usilnych starań wciąż nie
widziałem, co się w jej włosach zmieniło. Nadal były niemal czerwone,
proste i długie.
- Grzywka. - Pokazała palcem na swoje czoło.
- Faktycznie!
Jak mogłem nie zauważyć? Wcześniej miała odsłonięte czoło, a teraz
przykryte cienką warstwą włosów. Zrobiłem przepraszającą minę.
- To dlatego, że niemal cały wieczór oglądam cię od tyłu.
Roześmiała się i zakręciła zadziornie tyłeczkiem.
- No i widzisz? - Klepnąłem ją delikatnie w pośladek. - Jak ja mam się
skupić na włosach?
Podszedłem bliżej, wyciągnąłem ramię i odstawiłem patelnię z palnika.
- Kolacja chwilkę poczeka - mruknąłem jej do ucha.
Po chwili siedziała już na blacie, obejmując mnie w pasie obiema nogami.
- Czy teraz kucharka otrzyma wynagrodzenie za swoją ciężką pracę? -
zapytała zaczepnie, bawiąc się moimi włosami.
- Oj tak... A jak będzie mi smakować, to potem dostanie jeszcze napiwek.
- A więc będzie spory napiwek.
Pocałowała mnie namiętnie, a ja się jej odwzajemniłem. Zdecydowanie
lubiłem takie wieczory!
TERAZ, PAŹDZIERNIK
Czekałem na mamę już blisko godzinę i powoli zacząłem się niecierpliwić.
Nigdy wcześniej nie byłem w szpitalu. Generalnie nie chorowaliśmy i mama
pierwszy raz musiała poddać się serii jakichś badań, które, jak mi się
wydawało, trwały w nieskończoność. Od wielu miesięcy skarżyła się na
dolegliwości trawienne i w końcu namówiliśmy ją na wizytę u lekarza.
Niestety, okazało się, że najprawdopodobniej ma zespół jelita
drażliwego, ale diagnoza musiała zostać fachowo potwierdzona. Należało
też wykluczyć inne, poważniejsze choroby. Było mi jej żal, bo problemy
trawienne, jakkolwiek nazwane, oznaczały przejście na specyficzną dietę.
A mama przecież tak kochała jedzenie!
Poczułem zapach mięsa. Po chwili obok przeszła kobieta, pchając przed
sobą wózek z naczyniami wypełnionymi jedzeniem. No tak, w szpitalu była
pora lunchu. Od razu zrobiłem się głodny i podreptałem niechętnie do
automatu ze słodyczami. Na razie musiałem zadowolić się batonikiem. Po
wyjściu ze szpitala mieliśmy iść na obiad, więc nie zamierzałem
wcześniej nadmiernie zapełniać żołądka. Przede mną usiadła jakaś para.
Nastolatki, jak przypuszczałem. Dziewczyna najwidoczniej też poczuła
zapach jedzenia, bo uniosła głowę znad smartfona, próbując zlokalizować,
skąd dochodziła smakowita woń.
- Ciekawe, co dzisiaj podają - mruknęła do swojego towarzysza. - Podobno
całkiem dobrze tu karmią.
Drgnąłem. Natychmiast wróciły do mnie wspomnienia. Wspomnienia napisane
przez Jojo...
Już zapomniałam, jakie to miłe dostać porządny, ciepły posiłek.
Najlepsze jest jednak to, że w szpitalu mogę wybrać, co chcę zjeść. Nie
jest to może zbyt szeroki wybór, ale jednak... W domu to ojciec dyktuje
menu, a matka się potulnie dostosowuje. Na mój wegetarianizm nie ma
miejsca, więc zwykle chodzę głodna. Te resztki warzyw i owoców, które
znajdują się czasami w lodówce, zazwyczaj wyjada Paul i dla mnie
niewiele zostaje. Niby się już przyzwyczaiłam, ale to cholernie trudne.
Mam tylko trzynaście lat... Chyba nie powinnam w tym wieku sama sobie
gotować? Żebym chociaż miała z czego! Albo gdybym miała kieszonkowe -
mogłabym wtedy sobie coś kupić... Jakie to szczęście w nieszczęściu, że
trafiłam do szpitala! Nie miałam pojęcia, że w takim miejscu tak dobrze
karmią. Najchętniej bym tutaj została. Pojutrze mają mnie wypisać... Muszę
coś wymyślić.
Nie wiedziałem, dlaczego Jojo trafiła wtedy do szpitala, ale jej wpis
mocno zapadł mi w pamięć. Kolejny raz się zdziwiłem, że ktoś może mieć
tak różne życie rodzinne od mojego. Czytając tamten wpis, nie miałem
pojęcia, że wszystko, co przyjdzie mi przeczytać później, będzie o wiele
dziwniejsze i smutniejsze. W ciągu kolejnego roku jeszcze kilka razy
pisała o szpitalu.
Nie wiedziałam, że bóle głowy mogą mieć tak wiele przyczyn! Od
odwodnienia do tętniaka... Takie szerokie spektrum dawało mi wiele
możliwości. Idealne rozwiązanie. Lekarze nie wiedzieli, co mi jest, i poddawali kolejnym badaniom. Ostatecznie znów wylądowałam w szpitalu,
chyba piąty raz w tym roku. Mam nadzieję, że tym razem zostanę dłużej
niż tydzień. Nie chcę wracać do domu, jest coraz gorzej. Paul regularnie
staje w obronie matki, więc ojciec coraz częściej się z nim szarpie. Oby
mój brat w końcu nauczył się lepiej bić i dał ojcu nauczkę. Na razie
częściej obrywa Paul... Dzisiaj wzięłam sobie frytki i były przepyszne.
Jak wrócę do domu, to spróbuję sama zrobić, zamiast kupować mrożone.
...
Nie chciałam trafić do psychiatryka, więc moje symulacje bólów głowy
musiałam nieco zmodyfikować, bo lekarze już wszystko wykluczyli i zaczęli podejrzewać coś na tle nerwowym. Znalazłam w internecie mnóstwo
instrukcji i przepisów na otrucia. Większość była poza moim zasięgiem ze
względu na konieczność zakupu pewnych składników. Jednak w końcu
znalazłam dość proste rozwiązania. Jednym były tabletki - niemal
wszystkie w zbyt dużych dawkach powodowały problemy żołądkowe. A akurat
tabletki były czymś, czego w moim domu było pełno. Drugie rozwiązanie
było trochę bardziej ryzykowne. Nie byłam pewna, jaką dokładnie dawkę
powinnam wziąć, żeby zbytnio sobie nie zaszkodzić. Moim celem nie było w końcu samobójstwo, tylko szpital sam w sobie. Trutka na szczury
regularnie trafiała do naszej kamienicy, mogłam spokojnie podebrać, ile
tylko chciałam. I tak oto znów szczęśliwie trafiłam do szpitala i mam
święty spokój! Może zostanę tu nawet trzy tygodnie. Tak coś mówił lekarz
do mojej mamy. Nie jestem pewna, czy się zmartwiła. Może coś podejrzewa.
A może po prostu też uważa, że lepiej dla mnie, jak jestem poza domem?
Czasem lubię tak myśleć - to by oznaczało, że jednak jej choć trochę
zależy na swoim dziecku. Zazwyczaj wmawiała mi i Paulowi, że ojciec się
denerwuje przez nas, bo dajemy mu powody, a on przecież tak ciężko
pracuje. Bla, bla, bla... Chyba sama w to wierzyła. Wmówiła to sobie, a siła autosugestii jest podobno ogromna. Mnie jednak nigdy nie przekona.
Ojciec to chuj, jakich mało, i tyle w temacie!
Poczułem, jak ktoś dotyka mojego ramienia.
- Coś już wiadomo?
Tata patrzył na mnie wyczekująco, więc szybko wróciłem do rzeczywistości
i zebrałem myśli.
- Nie. Siedzę tu od... Chyba już dwie godziny.
Usiadł obok mnie. Najwidoczniej urwał się szybciej z pracy, bo zazwyczaj
o tak wczesnej godzinie nie wracał w domu. Wydawało mi się, że sytuacja
z mamą martwiła go bardziej, niż to po sobie pokazywał. Kochali się, to
było pewne. Zawsze się wspierali i wzajemnie o siebie troszczyli.
Wydawało mi się to takie naturalne. Znów odpłynąłem myślami do
pamiętnika Jojo. Ostatni wpis o szpitalu sprawił, że włosy stanęły mi na
karku. Miała już chyba piętnaście lat i wciąż regularnie trafiała na
różne oddziały. Lekarze rozkładali ręce i coraz częściej sugerowali jej
mamie psychiatrę dziecięcego. Ale ani Jojo, ani jej mama nie chciały o tym słyszeć. Dziewczyna nie chciała łatki świra (choć i tak już podobno
taka do niej przylgnęła), a jej mama bała się reakcji męża i sąsiadów.
Generalnie martwiła się o to, co ludzie powiedzą. Paradoksalnie Jojo w końcu i tak trafiła na psychiatrię. Któregoś razu pocięła się, tym samym
nie pozostawiając lekarzom wątpliwości. W pamiętniku pisała, że chciała
tylko zobaczyć, jak głęboko są żyły i czy zdoła je lekkim cięciem
uszkodzić. Nie uszkodziła, ale wystraszona mama siłą zaciągnęła ją do
szpitala. Jojo trafiła dokładnie tam, gdzie trafić nie zamierzała, choć
wcześniej tak uwielbiała pobyty w szpitalu. Psychiatra nie zdołał jej
zdiagnozować, a przynajmniej nie tak, jak by tego chciał. Jojo po prostu
odmówiła jakiejkolwiek współpracy. Nie przyznała się do próby
samobójczej, ale też jej nie zaprzeczyła. Po prostu milczała. Chyba sama
zadawała sobie pytanie, jak do tego doszło i co powinna w tej sytuacji
zrobić. Nie mając żadnego planu, postanowiła przeczekać. I tak też
zrobiła. Czytając ten wpis, nie byłem pewien, czy ta dziewczyna była
szczera sama ze sobą. Kto, do cholery, "na próbę" tnie sobie
nadgarstki?!
Mama wkrótce opuściła ostatni gabinet i ze zrezygnowaną miną szła w naszym kierunku.
- I co? Jakie wieści? - Tata pocałował ją przelotnie w usta.
- Nic nie mów - westchnęła. - Pewnie dowiemy się wszystkiego dopiero za
kilka dni. Na niektóre wyniki trzeba trochę poczekać.
- Ale cokolwiek już wiesz? - dopytywałem.
- Niewiele. Tutaj też podejrzewają zespół jelita... Coś tam...
- Drażliwego - dokończył tata. - To byłoby jeszcze do przełknięcia.
- Nie wymawiaj przy mnie tego słowa. - Mama dziwnie się skrzywiła. - Od
razu przypominam sobie tę obrzydliwą rurkę, którą wciskali mi do
przełyku!
Roześmialiśmy się wszyscy.
- No, to teraz możemy iść na obiad! - Tata poklepał się po brzuchu. - Ty
zamówisz wodę, a my po steku.
Mama pacnęła go żartobliwie w głowę. Przypuszczałem, że pomimo swoich
dolegliwości ona też nie odpuści sobie soczystego kawałka mięsa.
Pojechaliśmy po Cecilię, która już na nas czekała przed swoją uczelnią,
i w komplecie udaliśmy się na obiad. To było miłe popołudnie,
szczególnie dla mamy, która zawsze się cieszyła, gdy udawało nam się
razem zasiąść do stołu. To zdarzało się coraz rzadziej, bo i ja, i moja
siostra byliśmy już dorośli i mieliśmy własne życie. Przede wszystkim ja
wyprowadziłem się do Alice, ale Cecilia też sporadycznie jadała z rodzicami. Miała w końcu dwadzieścia lat i życie towarzyskie było teraz
na pierwszym miejscu. Wychodziła rano, a wracała wieczorem.
Niekiedy nie wracała wcale, co zazwyczaj wprawiało tatę w podły nastrój.
Nie mógł pogodzić się z tym, że jego córeczka dorosła i znalazła sobie
chłopaka. Dla niego wciąż miała jakieś dziesięć lat... Ja natomiast miałem
z siostrą lepszy kontakt niż kiedyś. Przestała być nieznośnym podlotkiem
i w końcu mogłem z nią normalnie pogadać. Sama zresztą o to coraz
częściej zabiegała. Z czasem różnica wieku przestała mieć znaczenie i znaleźliśmy wspólne tematy. Okazało się, że wcale aż tak bardzo się od
siebie nie różniliśmy. Ja zaraziłem ją miłością do starych filmów, a ona
mnie fascynacją tangiem. Któregoś dnia wyciągnęła mnie na lekcje dla
początkujących i... wsiąkłem. Niestety, potem zamieniła mnie na swojego
nowego chłopaka i od tamtej pory nie mogłem znaleźć sobie stałej
partnerki. Alice nie była zainteresowana, twierdziła, że ma dwie lewe
nogi. Zostało mi więc tańczenie z kompletnie obcą mi osobą, z czego nie
byłem specjalnie zadowolony. Nie dlatego, że źle tańczyła, raczej
przeszkadzał mi jej nadmierny zapał. Ewidentnie mnie kokietowała. Nie
zauważyłem tego od razu, ale po sugestiach Cecilii zastanawiałem się,
jak mogłem być aż tak ślepy. Czasami wolałbym, aby moja siostra mnie
jednak nie uświadomiła...
TERAZ, LISTOPAD
Alice skakała po kanałach, rozpaczliwie szukając czegoś interesującego.
Oczywiście z przyjemnością mogłaby zostać na jakiejś komedii
romantycznej, która właśnie mignęła mi przed oczami, ale postawiła sobie
za punkt honoru znalezienie czegoś, co chętnie obejrzymy oboje. A to nie
było łatwe. Mieliśmy kompletnie różne gusta filmowe.
Od kilku dni byłem lekko przeziębiony, więc nie poszliśmy na imprezę
urodzinową jej siostry, tylko zostaliśmy w domu, licząc, że uda mi się w ten sposób szybciej powrócić do pełnego zdrowia. Co prawda namawiałem
Alice, żeby poszła na imprezę sama, ale się uparła. Przypuszczałem, że
wierzyła w tak zwaną lojalność wobec ukochanej osoby i po prostu miałaby
wyrzuty sumienia. Tego akurat nie do końca rozumiałem, bo przecież nie
byłem umierający, tylko leciało mi z nosa...
- Może to?
- Nietykalni?
Przyglądałem się chwilę, próbując ustalić, na jakim etapie toczy się
fabuła. To był zdecydowanie początek.
- Może być, choć już raz oglądałem.
Przewróciła oczami, ale pocałowałem ją w czoło na znak, że chętnie
obejrzę jeszcze raz. Nie było w zasadzie w tym żadnego kłamstwa.
Naprawdę chciałem ten film ponownie obejrzeć.
- Czy to komedia? - Alice najwidoczniej niezbyt orientowała się w fabule.
- Są śmieszne momenty.
- Facet jest sparaliżowany, co w tym zabawnego?
- No nic, ale ten ciemnoskóry wywali jego życie do góry nogami. I wtedy
czasami będzie śmiesznie.
Oparła mi głowę na ramieniu i podkuliła pod siebie nogi, przyjmując
nieco wygodniejszą pozycję.
- No dobrze, dam mu więc szansę...
Oglądaliśmy film może kwadrans, gdy nagle poczułem, jak głowa Alice
zrobiła się cięższa. Nie mogłem uwierzyć, że usnęła! Jak można było
zasnąć na Nietykalnych? Sam oglądałem dalej, od czasu do czasu
wybuchając śmiechem. No dobrze, może nie było to tak ekspresyjne, bo
starałem się nie obudzić Alice, ale naprawdę świetnie się bawiłem. W takich momentach zdarzało mi się żałować, że nie mam z kim chodzić do
kina. Gdy tylko coś mnie zainteresowało, Alice krzywiła się i ostatecznie lądowaliśmy w sali kinowej na jakimś filmie fantasy. Nie
żebym nie miał wyobraźni, ale nigdy nie rozumiałem fenomenu takich
filmów jak Władca Pierścieni czy Harry Potter. Najwidoczniej, mimo
upływu lat, nadal byłem typem outsidera. Przynajmniej w sferze
kulturalnej.
Film właśnie się kończył i leciała scena w restauracji, gdy obiekt
westchnień w końcu spotyka się osobiście z niepełnosprawnym bohaterem.
"Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach", przemknęło mi przez myśl.
To było jak echo czyichś słów, nie moich. Po chwili przypomniałem sobie,
kto to powiedział. A właściwie napisał...
May zabrała mnie do kina. Film mi się podobał, ale trudno mi uwierzyć,
że to było na podstawie faktów. Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach... Jaka kobieta pokochałaby sparaliżowanego faceta? No sorry,
jakoś w to nie wierzę. Pewnie reżyser wymyślił sobie to "na faktach",
żeby film więcej kasy zarobił - ludzie w końcu lubią takie "prawdziwe"
historie. No nieważne... Fajnie jest czasem wyrwać się z domu, jak
normalny człowiek. W sumie oprócz May nie mam nikogo. W szkole jest
wciąż chujowo! Naśmiewają się ze mnie, bo nie mam markowych ciuchów i ogólnie jestem dziwna. Dobrze, że May mieszka piętro wyżej, odkąd się
wprowadziła, jest lepiej. Mam do kogo pójść. Uciec. Ona mnie akceptuje,
mamy zresztą podobny gust muzyczny i filmowy. Jest o czym pogadać.
Zauważyłam jednak, że nawet ona unika mnie w szkole. Nie mogę mieć jej
tego za złe. To obciach trzymać się ze mną. Musi dbać o reputację,
szczególnie że jest w szkole nowa. Wiem, jak to jest być
nieakceptowanym. Nie życzę jej tego, niech ma lepiej ode mnie.
Delikatnie odsunąłem Alice i wstałem, żeby rozprostować kości. Spała w najlepsze. Uśmiechnąłem się sam do siebie i poszedłem do kuchni zrobić
herbatę. Koniecznie z cytryną i miodem. Gdy zalewałem dzbanek, poczułem
delikatne dłonie na swoim brzuchu.
- Czemu mnie nie obudziłeś? - mruknęła zaspanym głosem.
- A po co? Miałaś ciężki tydzień, pewnie potrzebujesz odpocząć.
- Zawsze się o wszystkich troszczysz, co?
Nie wypuszczała mnie z objęć, więc zrobiłem ostrożnie krok w bok, z Alice przyklejoną do moich pleców. Odstawiłem czajnik i chwyciłem jej
dłonie, uwalniając się chwilowo z jej uścisku. Odwróciłem się i przytuliłem ją z powrotem, tym razem normalnie.
- To źle? Lubię się o ciebie troszczyć.
- A ja o ciebie... - szepnęła.
Odchyliła się lekko i spojrzała mi prosto w oczy.
- Wiem, że dopiero niedawno się wprowadziłeś, ale... - zawahała się. -
Myślę, że jestem gotowa na kolejny krok.
Już chciałem zapytać jaki, ale w porę się powstrzymałem. Przełknąłem
ślinę sparaliżowany jej słowami i tym, co oznaczają. Gdy ostatnio
byliśmy w odwiedzinach u moich rodziców, mama napomknęła, że skoro
postanowiliśmy razem zamieszkać, to czeka na rychłe wieści o zaręczynach. Obróciłem to wtedy w żart, ale teraz przypomniałem sobie
wzrok Alice. Ona też na to czekała! Wydawało mi się, że mamy jeszcze
czas, ale... Właściwie to chyba nigdy aż tak poważnie nie podchodziłem do
naszego związku. Miałem dopiero dwadzieścia pięć lat, od niedawna stałą
pracę i niezłe dochody. Nigdy bym nie pomyślał, że według Alice jesteśmy
już gotowi na... Boże! Spanikowałem. Czułem, że mam spocone dłonie i czoło, choć nie byłem pewien, czy to nie efekt przeziębienia.
- Daniel?
Alice wypuściła mnie z objęć, ale nie przestała się we mnie wpatrywać.
- Chyba mam temperaturę... - wykrztusiłem z siebie pierwszą rzecz, która
przyszła mi do głowy.
- Faktycznie słabo wyglądasz. Lepiej się połóż. Przyniosę ci tę herbatę.
Posłusznie podreptałem do naszego pokoju i wskoczyłem pod kołdrę. Wcale
nie czułem się bardziej chory niż jeszcze dziesięć minut temu, ale nagle
postanowiłem udawać umierającego. A już na pewno sennego. Może w ten
tchórzliwy sposób uda mi się oddalić tę chwilę, kiedy Alice znów poruszy
temat ślubu... A byłem pewien, że do niego wkrótce powróci.
TERAZ, LISTOPAD
Alice, ku mojemu zdziwieniu, nie poruszyła więcej kwestii zaręczyn. Cały
tydzień podświadomie na to czekałem, układając w głowie scenariusz tej
sceny. Przygotowałem kilka wersji przemówień, które miały delikatnie
odwieść ją od tego pomysłu. Przynajmniej w najbliższym czasie. Dni
mijały, a ona milczała. Nie dosłownie, bo tego nie miała w zwyczaju.
Raczej należała do gaduł. Niemniej, gdy wróciłem w poniedziałek z pracy,
zaskoczyła mnie czymś zupełnie innym.
- Myślałeś kiedyś o tatuażu?
- To znaczy?
- Żeby sobie zrobić.
- Nie.
- A ja tak. - Podeszła do mnie i podsunęła mi pod nos ekran swojego
smartfona. - Coś takiego.
- Kłódka w kształcie serca?
Przesunęła palcem po ekranie i po chwili patrzyłem na tatuaż
przedstawiający klucz. Taki staromodny, jak do bramy jakiegoś zamku.
Albo do celi.
- Moglibyśmy zrobić sobie oboje takie tatuaże na nadgarstkach.
Patrzyłem na nią, przetrawiając ten zwariowany, w moim mniemaniu,
pomysł.
- Nie wytatuuję sobie serduszka na ręku, zwariowałaś?!
Alice roześmiała się.
- Ja to zrobię, głuptasie! A ty machniesz sobie kluczyk. Wiesz, do tej
mojej kłódeczki w kształcie serca.
Po chwili pojąłem symbolikę, którą przedstawiały tatuaże pokazane mi
przez Alice. Nadal jednak nie rozumiałem, skąd jej się wziął ten pomysł.
Nigdy nie wspominała, że chce mieć jakikolwiek tatuaż.
- To byłoby takie... romantyczne.
- Aha - mruknąłem.
Podeszła i wskoczyła mi na kolana, obejmując rękoma za szyję.
- Dan, zróbmy to. Taki dowód naszej miłości.
- Że niby mam klucz do twojego serca, tak?
Skinęła głową. Jej proszące oczka świdrowały mnie na wylot i w końcu
uległem.
- Super! - Obsypała moją twarz pocałunkami.
Nie byłem nastawiony pozytywnie do tego pomysłu i Alice doskonale to
wyczuwała. Postanowiła więc dołożyć wszelkich starań, żeby mnie
przekonać. A w przekonywaniu mnie do czegokolwiek była niekwestionowaną
mistrzynią.
Po chwili siedziała na mnie okrakiem i rozpinała guziki mojej koszuli.
Zaczęła całować moją szyję, a potem zeszła niżej i jeszcze niżej... Gdy
rozpięła suwak moich spodni, byłem już niemal przekonany, że tatuaż jest
całkiem niezłym pomysłem. Dziesięć minut później byłem gotowy przyznać,
że to najlepszy pomysł na świecie. Tak, moja dziewczyna była
zdecydowanie mistrzynią przekonywania.
Następnego dnia poszliśmy do studia tatuaży, poleconego nam przez kolegę
Alice. Byłem nieco przerażony, bo miejsce wydało mi się kompletną norą.
Zastanawiałem się, czy ludzie tu pracujący nie są pod wpływem jakichś
dragów, a nawet podzieliłem się z Alice moją obawą co do umiejętności
dziewczyny, która miała się mną zająć. Wyglądała nieco przerażająco i przede wszystkim była chyba bardzo młoda.
- Mogę zobaczyć jakieś pani prace? - zapytałem, gdy ta usadowiła mnie na
fotelu.
- A jakie? - spytała, nie podnosząc głowy znad szkicownika.
- No... tatuaże, jakie pani już robiła.
- Ale jakie? - Podniosła na mnie wzrok.
Patrzyłem na nią zdezorientowany i poirytowany. To gdzie ja niby
trafiłem?! Wydawało mi się, że do studia tatuażu, a nie salonu masażu
czy gabinetu kosmetycznego!
- Jakiś konkretny styl cię interesuje? Specjalizuję się w kilku.
Zrobiło mi się głupio. Cóż, kompletny był ze mnie laik w tej dziedzinie.
- Tutaj wisi kilka moich zdjęć. To znaczy zdjęć moich prac. - Wskazała
na ścianę po mojej prawej stronie.
Przyglądałem się przez chwilę i odetchnąłem z ulgą. Dziewczyna
faktycznie miała talent. Byłem nieco spokojniejszy. Oczywiście do czasu,
gdy zaczęła rozpakowywać igłę. Nie żebym bał się zastrzyków, ale
jeżdżenie tym po mojej skórze, przez najbliższy kwadrans lub dłużej,
zdecydowanie nie było moim marzeniem.
- Dan, nie bój się. - Alice uśmiechnęła się do mnie z sąsiedniego
fotela.
- Nie boję się - skłamałem.
Tatuażystka w końcu usadowiła się blisko mnie i chwyciła mój lewy
nadgarstek.
- Mam na imię Eve - powiedziała cicho. - Nie "pani".
Uśmiechnąłem się sztucznie. Nie mogłem się skupić. Pochylała się przede
mną młoda dziewczyna, w obcisłym topie z głębokim dekoltem. W dodatku
oszałamiająco pachniała, a jej ciepła, delikatna dłoń dotykała mojej
ręki. Przyglądałem się bezwiednie jej twarzy i tatuażom zdobiącym ciało.
Eve mogła mieć jakieś dwadzieścia lat, ale wyglądała starzej. Nie tyle z twarzy, co przez te wszystkie "zdobienia". Mocno podkreślone czernią
oczy, krwistoczerwona pomadka, kolczyk w brwi, na rękach kilka tatuaży...
- No, to zaczynamy. - Podniosła na mnie oczy, szukając potwierdzenia.
Skinąłem i wbiłem wzrok w mój nadgarstek. Śledziłem każdy jej ruch,
próbując skupić się na tym, co robiła, a nie na tym, jak wyglądała. O dziwo, prawie nic mnie nie bolało i po chwili byłem w stanie nawet
nawiązać konwersację z Eve.
- Od jak dawna się tym zajmujesz?
- Tutaj od roku. Wcześniej kilka lat za granicą.
- Przepraszam, ale wyglądasz bardzo młodo, myślałem, że dopiero
zaczynasz.
Nie widziałem jej ust, ale miałem wrażenie, że się uśmiechnęła.
- Wezmę to za komplement - mruknęła.
- No jasne, masz talent, to widać.
- Mówiłam o moim wieku.
Zmieszałem się. Wolałem trzymać się zasady, że kobiety o wiek się nie
pyta, ale aż mnie korciło, żeby zapytać, ile ma lat.
- Kurde, boli... - Usłyszałem z boku jęki Alice.
Jej tatuaż miał troszkę większą powierzchnię, ale tatuażysta dopiero
zrobił obrys. Jak tak dalej będzie narzekać, to koleś nie dokończy
tatuażu i Alice zostanie z kształtem serca, niemówiącym kompletnie nic...
- No coś ty, tylko troszkę - pocieszałem ją. - Wytrzymasz.
Przymknęła oczy. Widziałem, że naprawdę cierpi. Zastanawiałem się, ile
jest w tym winy tatuażysty, a ile progu odporności na ból. Podobno ten
był u ludzi bardzo zróżnicowany. Ja prawie go teraz nie odczuwałem.
- Kto wybrał tatuaże? - zapytała mnie Eve.
- Moja dziewczyna. Ta, która teraz narzeka. - Uśmiechnąłem się.
- Aha.
Wyczułem w jej głosie, że była lekko rozbawiona.
- Dobrze, że tobie nie przypadła kłódka. - Oderwała się na chwilę od
pracy i sięgnęła po kolor. - To by dopiero było...
Zerknęła na mnie i puściła oczko. Na szczęście Alice nie mogła tego
widzieć. Właśnie w tej chwili pożałowałem swojej decyzji. Wiedziałem, że
te tatuaże to jakaś pomyłka! Teraz w pracy będą się ze mnie pewnie
naśmiewać. Padną pytania o kluczyk, jego znaczenie...
- Generalnie wciąż nie jestem przekonany... - burknąłem. - Ale chyba jest
już za późno.
- E tam - mruknęła Eve, wracając do pracy. - Ja żałuję połowy swoich
dziar, ale wszystko w razie czego można naprawić. Jak ci się znudzi
kluczyk, to przyjdź. Wydziaram ci na nim coś innego.
Nie miałem ochoty na kolejne tatuaże, ale pomyślałem, że jest to jakieś
rozwiązanie. Eve powoli kończyła wypełniać mój wzór kolorem. Alice wciąż
miała jedynie czarno-szary rysunek i na pytanie tatuażysty, czy jest
gotowa na wypełnianie kolorem, gwałtownie potrząsnęła głową.
- Nie dzisiaj. Za bardzo mnie boli.
Postanowiliśmy przyjść jeszcze raz, gdy tylko Alice zdobędzie się na
odwagę. Eve na koniec stwierdziła, że być może i tak konieczna będzie
jakaś delikatna "poprawka", co oznaczało, że prawdopodobnie wrócimy tu
za jakieś trzy tygodnie.
Biedna Alice. Tak bardzo chciała tych tatuaży, a teraz przeklinała samą
siebie. Po powrocie do domu niemal natychmiast poszła się położyć i usnęła jak dziecko.
Dwa tygodnie później pojawiłem się u Eve, ale tym razem nie towarzyszyła
mi Alice. Ja koniecznie chciałem poprawić, według mnie nieco za jasny,
kolor, ale ona nie była gotowa na kolejny raz z igłą. Przypuszczałem, że
jeszcze długo nie będzie gotowa, więc postanowiłem się na nią nie
oglądać.
Eve tym razem nie miała głębokiego dekoltu i łatwiej było mi się skupić
na jej pracy. Przyjąłem to z pewną ulgą, bo nie byłem typem faceta,
który ogląda się za innymi kobietami. Ostatnim razem, gdy przyszedłem tu
z Alice, było mi strasznie głupio, że zagapiłem się w cycki innej. Tym
bardziej że piersiom Alice absolutnie niczego nie brakowało...
- Dziewczyna spietrała? - Eve od razu przeszła do rzeczy.
- Można tak powiedzieć.
- Zdarza się.
- Nie wiem, jak określa się dziewczynę, ale gdyby była chłopakiem, to
nazwałbym ją mamisynkiem. Wiesz, że poskarżyła się swojej mamie, jak to
ją niby strasznie bolało?
Eve roześmiała się.
- Ja też nie znam odpowiednika określenia dla dziewczyny.
- Też tak ze wszystkim biegasz do mamy?
To było zwyczajne pytanie. Zauważyłem jednak, że lekko zesztywniała.
- Nie. Jestem sierotą.
- Przykro mi.
Poczułem się nieswojo. Eve w skupieniu kontynuowała pracę, a ja się
zastanawiałem, jak wybrnąć z tej krępującej ciszy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki