Martyna
Kornelia zasnęła przed ósmą. Rzadko jej się to zdarza, ale dzisiaj celowo ją wymęczyłam długim spacerem, bo chciałam mieć wolny wieczór. Przed obiadem zadzwoniła Alicja z prośbą o spotkanie. Jej niespokojny głos wróżył, że rozmowa nie będzie należała do łatwych. Jest pogodną, optymistyczną osobą, ale czasem, zresztą jak każdemu, zdarza jej się spadek formy. I ten dzień właśnie nadszedł. Ucieszyła się, gdy powiedziałam, że Wojciech pojechał w delegację i wróci dopiero jutro wieczorem. Zaproponowała, że przyjedzie. Odkąd urodziła się Kornelia i tak spotykamy się tylko u mnie albo u Alicji. Kilka razy próbowała wyciągnąć mnie na miasto, ale wykręcałam się obowiązkiem opieki nad małą. Sugerowałam, że wyjście z dzieckiem do knajpy to nie najlepszy pomysł, bo ani nie porozmawiamy, ani się nie zrelaksujemy. Prawda jednak jest taka, że mogę odwiedzać tylko kilka miejsc, które nie budzą zdziwienia i sprzeciwu mojego męża, gdy sprawdza, gdzie się znajduję. Aplikacja stojąca na straży mojego bezpieczeństwa pokazuje z dużą dokładnością, gdzie w danej chwili jestem, a knajpy na rynku należą do zakazanych rewirów, bo tam mogłabym przecież kogoś poznać. Oczywiście niebieska kropka może przesuwać się po mieście - to naturalne, że się przemieszczam - ale miejsca, w których mogę zabawić dłużej, są ściśle określone. To dom jego rodziców, gdzie wpadam czasami zawieźć czy odebrać Kornelię, mieszkanie mojego ojca na Ciepłej, którym zajmuję się od czasu, gdy został wdowcem, i dom Alicji. Wojciech nie robi mi też wyrzutów, gdy zaglądam do galerii, choć nie lubi, jak tam chodzę. Na szczęście dzisiaj nie ruszam się z domu. Telefon jest naładowany, a niebieska kropka świeci się tu, gdzie powinna. Zamykam drzwi pokoju córki i na palcach schodzę po schodach. Doskonale wiem, która deska wydaje nieprzyjemne skrzypnięcie, i potrafię ją ominąć z precyzją snajpera. Gdy mijam białe drzwi prowadzące do piwnicy, w zamku nagle dostrzegam klucz. Momentalnie wszystkie włoski na skórze stają mi dęba. Chłód przeszywa moje ciało. Stoję nieruchomo, nie mam odwagi podejść bliżej i wyjąć klucz. Doczepiony do niego breloczek w kształcie foczki lekko się kołysze, a ja czuję, jak zawartość żołądka podchodzi mi do gardła. Panika przychodzi niespodziewanie, ale nie mogę na to pozwolić, bo za chwilę będzie tu Alicja i nie chcę, żeby widziała mnie w takim stanie. Oddycham głęboko i ruszam w kierunku kuchni. Nalewam do szklanki wody, wypijam duszkiem do dna, zamykam oczy, a potem czekam, aż wszystko się uspokoi. Pod zamkniętymi powiekami foczka nadal kołysze się na boki, a ja niemal czuję zaciskające się na mojej szyi jego wielkie dłonie. W moich uszach dźwięczą słowa, które wypluwał z siebie z wściekłością, mój oddech mimowolnie przyśpiesza. Gdy nagle słyszę dźwięk silnika, przechodzi mnie zimny dreszcz - to pewnie Alicja, ale i tak nie potrafię zareagować inaczej. Na palcach podchodzę do okna i wyglądam zza zasłony. Jako jedyni w okolicy nie mamy ogrodzenia, chociaż mieszkamy tu od kilku lat. Wojciech uważa, że to zbyteczne.
- Nie mam niczego do ukrycia - powiedział, gdy jeszcze przed narodzinami naszej córki poprosiłam, aby zajął się kwestią płotu. - A jak ktoś rzuci okiem na mój wystawny dom, to mi od tego nie ubędzie.
Jemu może nie, ale ja wciąż się boję, że ktoś niepostrzeżenie wejdzie do środka. Nic na to nie poradzę, chociaż wiem, że mój największy wróg wcale nie czai się gdzieś tam w mroku, tylko jest bliżej, znacznie bliżej. Dzielę z nim łóżko, własne ciało i mam z nim córkę.
Na widok auta mojej przyjaciółki oddycham z ulgą. Kiedy idę jej otworzyć, moje spojrzenie prześlizguje się po pudełeczku - zapomniałam je schować! To mój mały sekretny skarb, który wyjmuję tylko pod nieobecność męża. Zabrałam je z domu babci Wojciecha, staruszki, która cierpi na demencję. Kilka tygodni temu pojechaliśmy do malutkiej wsi niedaleko Tyszowiec koło Hrubieszowa, bo mój mąż bardzo chciał, aby Kornelia zobaczyła się z prababcią. Ani jedna, ani druga niewiele kojarzyły z tej wizyty, ale Wojciech czuł się dumny, jakby spełniał właśnie jakąś ważną misję budowania więzi międzypokoleniowej. Mała szybko się znudziła, więc zabrał ją na spacer do pobliskiego lasu, a mnie zostawił ze staruszką, abym zabawiła ją rozmową. Od słowa do słowa kobieta wyjawiła mi, że trzyma sekretny skarb z biżuterią po swoich przodkach. Początkowo myślałam, że konfabuluje, ona jednak kazała mi zajrzeć do szufladki w starej maszynie do szycia. Tam, za pudełkiem z kolorowymi nićmi, znalazłam pudełeczko z biżuterią. Dostała ją od swojej babki. Rodzinna pamiątka, która przechodziła z rąk do rąk i do której ona sama także dołożyła kilka kosztowności. Babcia Wojciecha była krawcową w czasach, gdy niczego nie dało się dostać w sklepie, a zwłaszcza modnej i dobrej gatunkowo odzieży, więc klientów nigdy jej nie brakowało, a majątek rósł z roku na rok. Jeszcze zanim na świecie pojawiła się Kornelia, opowiedziała mi historię swojej krawieckiej przeszłości z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.
- Moje produkty były znane, co prawda nie tak jak tyszowiaki - powiedziała. - To dopiero był wyrób ponadczasowy - dodała, kiwając w uznaniu głową. - Słyszałaś o tyszowiakach?
Tamtego dnia miała bystre spojrzenie, jakby jej szare komórki cofnęły się w czasie i znów pracowały na pełnych obrotach.
- Nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Tyszowce swego czasu słynęły z wyrobów szewskich. Tyszowiaki to skórzane buty powyżej kolan. - Pochyliła się i stuknęła dłonią w swoje udo. - Takie wyjątkowe, że każdy pasował na obie nogi i dzięki temu nie trzeba było się zastanawiać, który jest prawy, a który lewy. - Zamachała nogami w powietrzu. Z daleka wyglądała jak dziewczynka. - Wiesz, że w tysiąc czterysta dziesiątym roku sam Władysław Jagiełło zamawiał tyszowiaki dla swoich żołnierzy, którzy walczyli z Krzyżakami pod Grunwaldem? - zapytała, spoglądając mi w oczy.
- Nie. - Pokręciłam głową.
- Oj, dziecko, jak ty mało jeszcze wiesz o życiu - rzuciła, a ja nie mogłam nie przyznać jej racji.
Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem dzisiaj, nie wpakowałabym się w małżeństwo z Wojciechem.
Gdy on spacerował po lesie z Kornelią, wyjęłam z szuflady starej maszyny Singera pudełeczko z biżuterią.
- Jest twoje, zabierz je, Halinko - powiedziała staruszka, nawet nie podnosząc na mnie wzroku.
Myślała, że jestem jej córką, moją teściową, a ja nie wyprowadziłam jej z błędu. Powinnam była to zrobić, ale gdy otworzyłam pudełeczko, wiedziałam, że to moja przepustka do innego, lepszego świata. Staruszka i tak nie rozpoznaje już ludzi, wszystko jej się myli, nie pamięta nawet, że dała mi to pudełeczko. Schowałam je do torebki, a gdy ostatnio wymknęłam się z domu ojca, poszłam do lombardu rozeznać się, ile warta jest biżuteria. Pokazałam tylko jeden z kompletów, a cena i tak okazała się zadowalająca.
Teraz szybko chwytam pudełeczko - muszę je schować, zanim Alicja pojawi się w domu, ale w tej samej chwili słyszę, że dzwoni komórka. Zostawiłam ją w przedpokoju, biegnę w tamtą stronę, żeby mała się nie zbudziła. Zerkam na ekran. Wojciech. Najwidoczniej ściągnęłam go myślami.
- Halo? - Przykładam aparat do ucha.
- Co tak szepczesz? - W jego głosie czuję wyrzut.
- Kornelia przed chwilą zasnęła. - Kucam i jak najciszej chowam pudełeczko do kredensu.
- Chciałem sprawdzić, co robicie - mówi. - Ale skoro ona śpi, to jutro zadzwonię - dodaje i zanim zdążę się odezwać, rozłącza się.
Jasne, ze mną nie ma o czym gadać, mnie jedynie kontroluje, a skoro siedzę w domu, to wszystko według niego jest w porządku - może położyć się spać, rewizja żony wykonana. Cieszę się, że tym razem nie musiałam silić się na rozmowę, nie chciałabym, aby dowiedział się o wizycie Alicji. Odkładam telefon na kredens i idę otworzyć drzwi, aby dźwięk dzwonka nie obudził Kornelii.
Chciałabym powiedzieć mojej przyjaciółce o sytuacji, w jakiej się znalazłam, ale wtedy musiałabym wyznać, co wpędziło mnie w ten układ, a na to nie mam ochoty. Nie teraz, nie dzisiaj, może kiedyś. Ale czy ona by mnie w ogóle zrozumiała? Czy umiałaby mi pomóc? Poza tym wolę, by myślała, że jestem szczęśliwa w małżeństwie. Nie zniosłabym tego, że zna prawdę, że wie, jak słabą i zależną jestem kobietą. Czy w każdej przyjaźni jest tyle tajemnic, czy brak szczerości to tylko moja przypadłość?
Znamy się niemal od zawsze, wychowywałyśmy się na tym samym osiedlu - jest ode mnie starsza o trzy lata, ale nie miało to znaczenia dla naszej relacji. Szybko się usamodzielniła i choć zaliczyła wpadkę, stanęła na nogi, a teraz świetnie sobie radzi, mimo że nieudany związek, z którego narodził się ukochany syn, zakończył się porażką - facet zwinął żagle i tyle go widzieli. Pomogła jej rodzina, babcia przepisała na nią piękną działkę nad Łabuńką, a ojciec postawił tam dla nich dom. Nie tak wielki i luksusowy jak mój, a jednak o wiele lepiej się w nim czuję. Tam wszystko należy do niej, tutaj nic nie jest moje, tylko Wojciecha. Zazdroszczę jej tej wolności, niezależności i możliwości decydowania o sobie. Osiągnęła to wszystko, ponieważ nigdy nie szła na łatwiznę i nie chciała łaski. Co prawda przyjęła spadek po babci, pozwoliła pożyczyć sobie pieniądze na budowę domu, ale nigdy nie podała ojca Daniela o alimenty. Nie chciał uznać dziecka, więc zacisnęła zęby i żyła swoim życiem. Mówiłam jej, że to bez sensu, że facet powinien ponieść konsekwencje, być współodpowiedzialny, a poza tym ona nie musi wydawać pieniędzy teraz, może je zbierać i dać synowi, gdy dorośnie, ale nie chciała mnie słuchać.
- Nic od niego nie chcę! Nie chcę mieć z nim nic wspólnego, rozumiesz? Nic!
Nie powiedziałam, że na to już za późno, bo przecież mają razem najważniejszą osobę w jej życiu: Daniela. Dziecko, które nigdy nie sprawiało problemów, rozbrajało swoją urodą i pogodą ducha. Co jak co, ale syn Alicji się udał.
Otwieram drzwi i ściskamy się mocno na powitanie, na jej twarzy maluje się smutek.
- Co jest? - pytam od progu.
- Wiem, że to głupie... - zaczyna, schylając się, aby rozwiązać trampki.
- Nie zdejmuj.
Mój mąż nie znosi, jak po naszym domu chodzi się w butach, więc gdy tylko go nie ma, robię tak codziennie.
Alicja macha ręką i wkłada na gołe stopy moje domowe kapcie.
- I wiem, co teraz powiesz - mówi, wchodząc do salonu. Kroczy pewnie, a ja drepczę za nią. Przez krótką chwilę czuję się, jakbym to ja była gościem w tym domu. W zasadzie stale nim jestem. Wojciech nie pozwala mi poczuć się inaczej.
- Daniel właśnie powiedział mi - Alicja zatrzymuje się w pół kroku i odwraca się ku mnie - że wyjeżdża na rok do Włoch. Rozumiesz?! Na rok! Nie przeżyję tego rozstania!
Twój syn skończył dwadzieścia dwa lata, jest dorosły, ma prawo do własnego życia, a ty powinnaś się cieszyć z jego ambicji, z tego, że chce studiować za granicą, a nie mówić, że nie przeżyjesz tego rozstania - myślę, patrząc na nią. Ich relacje są totalnie pokręcone, ale czy mam prawo ją oceniać? Oczywiście, że nie. Gdyby tylko dowiedziała się, jaki układ funkcjonuje między mną a Wojciechem, nie uwierzyłaby.
- Daj spokój - mówię. - Przecież nie jedzie na koniec świata. Są samoloty, tanie linie latają do Włoch kilka razy w tygodniu, a poza tym, moja droga - stawiam na taktykę bagatelizowania problemu; czasem to działa - i tak dość długo jest pod twoimi skrzydłami. W jego wieku faceci mają już żony i dzieci.
Alicja spogląda na mnie z ukosa. No dobrze, może w obecnych czasach rzadko się to zdarza, ale już na pewno w jego wieku chłopaki mają dziewczyny, z którymi spędzają całe dnie i noce. I z tym faktem też przyjdzie jej się pogodzić. Kiedy Daniel był młodszy, często się nim opiekowałam podczas służbowych wyjazdów Alicji, ale nie widziałam go, odkąd wyjechał na studia. Mimo wszystko nie sądzę, że jest z kimś w stałym związku - jego matka na pewno by wiedziała i nie omieszkałaby się tym ze mną podzielić. Jak do tej pory jest najważniejszą kobietą w jego życiu. Wyobrażam sobie, że trudno musi być oddać komuś koronę.
- Mały budda - rzucam, sadzając ją na sofie.
- Słucham? - Spogląda na mnie, marszcząc czoło.
- Herbata - wyjaśniam, napełniając jej filiżankę. - Działa uspokajająco i relaksująco - uśmiecham się. - No więc kiedy i gdzie wyjeżdża?
Na początek niech się wygada, to jej dobrze zrobi.
- Do Florencji.
- Florencji! - przerywam z uznaniem. - Wspaniale, już mu zazdroszczę.
Mina Alicji wskazuje jednak, że to zła odpowiedź.
- Jadę w weekend nad Jezioro Białe - wzdycha. - Mam wynajęty domek. Przyjedź do mnie.
Zgadzam się bez wahania. Będę musiała tylko do tego pomysłu przekonać Wojciecha.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki