W Portree deszcz padał już czwartą dobę.
Pojedynczy przechodnie przemykali ulicami, nieliczne samochody przedzierały się przez ulewę i nawet najwytrwalsi wędkarze wrócili do domów. Było szaro, ciemno, mokro i ponuro.
Leo patrzył przez okno na wzburzone fale Atlantyku i na równie granatowe co ocean niebo. Momentami trudno było dostrzec miejsce, w którym horyzont wyznaczał granicę między wodą a lądem. Wiatr targał ogromnymi, starymi wierzbami rosnącymi przy brzegu i szarpał małą łódeczką zacumowaną przy pomoście.
- Jutro już powinno się wypogodzić - próbował pocieszyć go pan Anderson, który od kwadransa chodził po mieszkaniu i sprawdzał, czy wszystko zostało przygotowane dla nowego lokatora. - O tej porze roku zwykle nie mamy tu tak intensywnych opadów.
Mężczyzna nie odpowiedział, wpatrzony w widok za oknem.
- Dla Londyńczyka dom z własną linią brzegową na szkockiej wyspie musi być miłą odmianą, prawda? - Szkot podszedł bliżej.
Leo odwrócił głowę i uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.
- Zdecydowanie. Chyba jeszcze długo nie będę mógł w to uwierzyć. - Zaśmiał się. Uścisnęli sobie ręce.
- Klucze są na stole, w razie jakichkolwiek problemów proszę dzwonić. Niech się panu dobrze mieszka. Pogoda na pewno wkrótce się poprawi! - zapewnił pan Anderson, kierując się do drzwi wyjściowych.
- Dziękuję! I proszę się nie przejmować pogodą - dodał Leo, spoglądając znowu na zawieruchę na zewnątrz. Niebo zrobiło się jeszcze ciemniejsze, a o parapet zaczął uderzać drobny grad. Gdzieś w oddali zagrzmiało. - Tak jest idealnie - powiedział do siebie, uśmiechając się lekko.
***
Wspaniale było znajdować się z dala od Londynu.
Cudownie było odciąć się nie tylko od zgiełku i chaosu wielkiego miasta, ale przede wszystkim od cholernych paparazzi, wszelkiej maści dziennikarzy, natarczywych fanów i innych wścibskich osób, które od pięciu lat nie dawały mu żyć.
Fakt, przez pierwsze trzy lata był tak zajęty, że nie miał czasu na zamartwianie się śledzeniem i dokumentowaniem każdego jego kroku ani brakiem możliwości spokojnego pójścia na randkę, pojechania gdzieś metrem, upicia się na mieście albo wyjścia z mieszkania w dresie, bo zawsze kończyło się to jakimś artykułem w gazetach, mniej lub bardziej rozdmuchanym. Na tamtym etapie Leo traktował to wszystko jako nieodłączny, nieco zabawny element jego życia. Wtedy nawet przez myśl by mu nie przeszła wyprowadzka z Londynu. Był bardzo zaangażowany w swoją pracę, poza tym w stolicy mieszkały wszystkie najbliższe mu osoby.
Coś się jednak zmieniło, kiedy Abigail i Matt, jego najlepsi przyjaciele, przeprowadzili się do Irlandii, a on trochę przystopował z pracą. Wtedy zaczęło do niego docierać, jak bardzo jest zmęczony. Na początku próbował rozmawiać ze swoimi natarczywymi obserwatorami, ale żadne prośby ani apele z jego strony nie pomagały - nawet jeśli dziennikarze na chwilę dawali mu spokój, to wtedy atakowali go psychopatyczni fani. Zawsze któraś ze stron nie odpuszczała.
Przeczekał jakoś kolejne dwa lata, ale z miesiąca na miesiąc czuł, że to koniec. Nie był w stanie tak dłużej żyć. W pewnym momencie bez żadnej zapowiedzi zniknął z Londynu, uciekając do miejsca, które przez ostatnie tygodnie pieczołowicie wybierał na mapie Wielkiej Brytanii: na szkocką wyspę Skye.
Wziął roczny urlop w pracy, oddał swoje londyńskie mieszkanie pod opiekę zaufanym ludziom i wynajął przestronny dom nad samym oceanem.
Nie mógł tego lepiej zaplanować.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.