Niemy krzyk. O samookaleczeniach dzieci i młodzieży - Stefano Vicari, Szkoła Holden

Kup ebooka

49.90 zł
41.33 zł (41,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słuchać drugiego człowieka

Szkoła Hol­den

Dobrze pamię­tamy, jakie uczu­cie nas ogar­nęło, gdy po raz pierw­szy zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o serii, do któ­rej należy niniej­sza książka. Był to entu­zjazm. Zda­rzają się bowiem chwile, kiedy ten, kto pisze, pyta, czy to, co robi, może naprawdę cze­muś słu­żyć -?pod­czas pan­de­mii i lock­downu naszły nas pewne wąt­pli­wo­ści co do uży­tecz­no­ści naszej pro­fe­sji.

Prawda jest taka, że choć opo­wia­da­nie może nie przy­no­sić natych­mia­sto­wych korzy­ści, to pomaga nam doko­nać opisu uczuć. W rze­czy­wi­sto­ści opo­wia­da­nie opi­suje wiele rze­czy, ale w naj­więk­szym stop­niu wła­śnie uczu­cia -?nasze i innych osób. To dla­tego pod­czas pan­de­mii i lock­downu nie prze­sta­wa­li­śmy roz­po­wszech­niać jasnych histo­rii, które kie­ro­wały spoj­rze­nie poza ciem­ność.

Zresztą opis uczuć jest przy­godą, która trwa całe życie, a histo­rie są aktem dzie­le­nia się, komu­ni­ko­wa­nia. Wszak komu­ni­ka­cja jest niczym innym, jak budo­wa­niem wspól­noty poprzez dzie­le­nie się czymś ze sobą.

My, ludzie, wymy­ślamy naj­róż­niej­sze metody komu­ni­ko­wa­nia się, a Ste­fano Vicari wyja­śnił nam z nie­skoń­czoną cier­pli­wo­ścią i prze­ni­kli­wo­ścią pewne spo­soby, za pomocą któ­rych dziew­częta i chłopcy pró­bują komu­ni­ko­wać swoje złe samo­po­czu­cie. Musimy przy­znać, że słu­cha­jąc Ste­fana, na początku byli­śmy tro­chę prze­stra­szeni.

Strach był spo­wo­do­wany tym, że nie potra­fi­li­śmy odczy­ty­wać sygna­łów dziew­cząt i chłop­ców, z któ­rymi każdy z nas dzie­lił swoje ist­nie­nie: krew­nych, wła­snych dzieci, zna­jo­mych, dzieci przy­ja­ciół, obec­nych oraz przy­szłych uczen­nic i uczniów.

Jed­nak sil­niej­szy od stra­chu był entu­zjazm zwią­zany z tym, że możemy ode­grać swoją maleńką rolę poprzez pisa­nie. Wydaw­nic­two Erick­son bowiem od razu uwie­rzyło -?i należy pod­kre­ślić jego zasługi -?że opo­wia­da­nie o pew­nych for­mach dys­kom­fortu rów­nież poprzez histo­rie może oka­zać się przy­datne tym oso­bom, doro­słym lub jesz­cze nie, które chcą nauczyć się odczy­ty­wać ów dys­kom­fort mię­dzy wier­szami zacho­wań, w mil­cze­niu.

Nar­ra­cja jest tu tylko przy­kła­dem, niczym wię­cej, a Ste­fano Vicari jest naszym prze­wod­ni­kiem, który wska­zuje -?na tym przy­kła­dzie i wokół niego -?co wszy­scy możemy zro­bić, sto­jąc przed naj­waż­niej­szym wyzwa­niem, a mia­no­wi­cie przed zro­zu­mie­niem, jak słu­chać innych ludzi i jak się z nimi komu­ni­ko­wać.

Innymi słowy, przed zro­zu­mie­niem, na ile spo­so­bów mówi do nas drugi czło­wiek.

Natu­ralne wyda­wało się nam powie­rze­nie opo­wia­dań z tej serii talen­towi dziew­cząt i chłop­ców uczą­cych się kie­dyś w Szkole Hol­den. Uzna­li­śmy, że to wła­śnie oni, na­dal w zbli­żo­nym wieku do naszych boha­te­rów, powinni opo­wie­dzieć histo­rie tych ostat­nich. I jeste­śmy pewni, że ich opo­wie­ści sta­no­wią cenną oka­zję do wypra­co­wa­nia lep­szego wza­jem­nego zro­zu­mie­nia.

Co nastolatki próbują nam powiedzieć midzy wierszami

Ste­fano Vicari

Nasze spoj­rze­nia krzy­żują się za każ­dym razem, gdy scho­dzę na oddział. Oni mają czter­na­ście, pięt­na­ście, a nie­kiedy mniej niż trzy­na­ście lat; nie­któ­rzy poja­wili się tu w nocy, przy­jęci w try­bie pil­nym, inni zaś prze­by­wają na oddziale od kilku dni, cze­ka­jąc, aż ich stan się usta­bi­li­zuje, zostaną wypi­sani i roz­poczną tera­pię poza szpi­ta­lem. Nie­które twa­rze są mi nie­stety dobrze znane -?to wete­rani, któ­rzy prze­szli przez drzwi pogo­to­wia ratun­ko­wego wię­cej niż raz, pomię­dzy jed­nym a dru­gim nawro­tem.

Na szczę­ście potem spo­ty­kam rów­nież dzie­ciaki, które są na dobrej dro­dze: przy­cho­dzą raz w tygo­dniu na tera­pię i na spo­tka­nia grup wspar­cia, mają na twa­rzy nie­śmiały uśmiech, który zdra­dza -?bez zbyt­niego rzu­ca­nia się w oczy -?odra­dza­jącą się nadzieję.

Osoby wyko­nu­jące mój zawód uczą się odczy­ty­wać tego rodzaju niu­anse. Dystans mię­dzy leka­rzem a pacjen­tem jest natu­ral­nie więk­szy niż mię­dzy pacjen­tem a rodziną, która czę­sto jest przy­tło­czona emo­cjami i w takich chwi­lach zbyt­nio zaan­ga­żo­wana, aby móc wysłu­chać oraz zro­zu­mieć.

Jed­nak nawet my, kli­ni­cy­ści, nie potra­fimy zaak­cep­to­wać faktu, że cier­pie­nie psy­chiczne tak dotkliwe jak to, które spo­tyka się na oddzia­łach psy­chia­trii dzieci i mło­dzieży, może doty­czyć tak mło­dych ludzi, czę­sto oto­czo­nych przez kocha­jące rodziny, o histo­riach życio­wych pozor­nie w nor­mie. Nic więc dziw­nego, że poza gabi­ne­tami spe­cja­li­stów pro­blemy psy­chia­tryczne są uzna­wane za temat tabu, który wielu oso­bom wydaje się nie­od­po­wiedni do poru­sza­nia z dziećmi czy uczniami. Ale dane epi­de­mio­lo­giczne doty­czące czę­stości i cięż­ko­ści zabu­rzeń psy­chicz­nych w wieku roz­wo­jo­wym poka­zują alar­mu­jący wzrost, któ­remu towa­rzy­szą cią­gła ewo­lu­cja obja­wów zabu­rzeń oraz ich coraz wcze­śniej­sze wystę­po­wa­nie. W celu zaha­mo­wa­nia owego wzro­stu konieczne jest udo­stęp­nie­nie naj­młod­szym słów, które pozwolą im roz­po­znać, a następ­nie zako­mu­ni­ko­wać wła­sną nie­dy­spo­zy­cję.

Młode osoby same się do nas zwra­cają o pomoc, co wyra­żają nie­kiedy w naj­bar­dziej eks­tre­malny i dra­ma­tyczny spo­sób, poprzez szo­ku­jące zacho­wa­nie, któ­rym zastę­pują wła­śnie owe bra­ku­jące słowa i nega­cje. Nie jeste­śmy w sta­nie magicz­nie usu­nąć dys­kom­fortu psy­chicz­nego z ich doświad­czeń, ale mamy obo­wią­zek zro­bić wszystko, co moż­liwe, aby mu zapo­biec i wychwy­cić jego pierw­sze oznaki, a co za tym idzie -?jak naj­szyb­ciej zapew­nić sku­teczne lecze­nie. Musimy nauczyć się czy­tać mię­dzy wier­szami, które nasto­latki piszą meta­fo­rycz­nie swoim zacho­wa­niem, swoim mil­cze­niem czy chwi­lami kon­fliktu typo­wymi dla tego okresu życia.

To wokół tej idei roz­wija się seria wydaw­ni­cza, któ­rej nada­li­śmy tytuł Leg­gere tra le righe (Czy­ta­nie mię­dzy wier­szami) i która jest poświę­cona zdro­wiu psy­chicz­nemu dzieci i mło­dzieży. Wśród oma­wia­nych w niej tema­tów zna­la­zły się: samo­oka­le­cze­nia, fobia szkolna, dys­fo­ria płciowa, zabu­rze­nia odży­wia­nia, depre­sja.

W każ­dym tomie serii spo­ty­kają się różne języki. Szkoła Hol­den poświęca każ­demu tema­towi trzy opo­wia­da­nia. Wątek nar­ra­cyjny pogłę­bia roz­ważny komen­tarz kli­ni­cy­sty, który ma na celu zapew­nie­nie odpo­wie­dzi i narzę­dzi inter­pre­ta­cyj­nych każ­demu, kto jest zain­te­re­so­wany -?z powo­dów zarówno oso­bi­stych (rodzice, krewni, same młode osoby), jak i zawo­do­wych (psy­cho­lo­dzy, wycho­wawcy, nauczy­ciele) -?bliż­szym pozna­niem form zabu­rzeń psy­chicz­nych naj­czę­ściej spo­ty­ka­nych u mło­dych ludzi.

Ambi­cją wspo­mnia­nej serii wydaw­ni­czej jest przy­czy­nie­nie się do powsta­nia spo­łe­czeń­stwa bar­dziej uważ­nego i otwar­tego wobec trud­no­ści dzieci i mło­dzieży, jak rów­nież zdol­niej­szego do odpo­wied­nich i sku­tecz­nych reak­cji na owe trud­no­ści.

Niniej­sza książka jest poświę­cona zagad­nie­niu samo­oka­le­czeń. Wycho­dząc od praw­dzi­wych histo­rii, prze­kształ­co­nych w stop­niu unie­moż­li­wia­ją­cym roz­po­zna­nie ich boha­te­rów, opo­wia­damy o mło­dych oso­bach, które dobro­wol­nie się oka­le­czają, by wyra­zić swój głę­boki, nie­moż­liwy do opa­no­wa­nia ból, ponie­waż nie zna­la­zły na to lep­szego spo­sobu. Cho­dzi tu o zacho­wa­nia wska­zu­jące na dotkliwe, ale skry­wane cier­pie­nie i z tego wła­śnie powodu trudne do roz­po­zna­nia przez doro­słych, mimo widocz­nych śla­dów na ciele. Tego rodzaju zacho­wa­nia wydają się coraz powszech­niej­sze, zwłasz­cza że media spo­łecz­no­ściowe kryją w sobie funk­cje umoż­li­wia­jące ich wyeks­po­no­wa­nie.

W książce pró­buję nadać sens wspo­mnia­nym zacho­wa­niom, zwra­cam uwagę na sygnały, które powinny wzbu­dzić nie­po­kój, i na moż­liwe zagro­że­nia, ale przede wszyst­kim pod­po­wia­dam, jak zapo­bie­gać samo­oka­le­cza­niu, a w razie koniecz­no­ści szybko inter­we­nio­wać.

1. Pewnego dnia wszystko to wyrzucisz

Amanda Mhi­mid

Wpół do dru­giej.

Przez chwilę się wahasz, patrząc na kar­to­nowe pudełko, które zamknięte stoi u two­ich stóp, na jasnym par­kie­cie. Od dłuż­szego już czasu ono leży pod łóż­kiem -?trzy, cztery mie­siące, jeśli się nad tym dobrze zasta­no­wisz. Ręka ci się tro­chę trzę­sie, gdy ją wycią­gasz, aby musnąć wieko pudełka w kolo­rze paste­lo­wej zie­leni. Dzieje się tak za każ­dym razem.

O tej porze w domu panuje abso­lutna cisza. Po obie­dzie domow­nicy prze­cho­dzą w tryb czu­wa­nia -?tak sobie tłu­ma­czysz -?a jeśli robią to, co zwy­kle, poru­szają się na pal­cach, mówiąc pół­gło­sem.

Na klatce, tuż obok skrzy­nek na listy, wisi kartka z napi­sem: "Uprzej­mie prosi się miesz­kań­ców o sza­no­wa­nie godzin popo­łu­dnio­wej ciszy (14:30-16:30)". Ni­gdy nie udało ci się zro­zu­mieć, o co tutaj cho­dzi, dla­czego wła­śnie te godziny, a nie inne, ale jest w tym pomy­śle coś, co ci się podoba: odpo­czy­nek od odgło­sów oto­cze­nia nor­mal­nie dobie­ga­ją­cych przez cały czas -?usta­wia­nych tale­rzy, mebli prze­su­wa­nych z jed­nego końca pokoju na drugi w miesz­ka­niu pię­tro wyżej, zdań wykrzy­ki­wa­nych z jed­nego bal­konu na drugi, z jed­nego pię­tra budynku na dru­gie.

Ale nie w tym momen­cie. Roz­glą­dasz się wkoło. Twój pokój jest dokład­nie taki, jaki być powi­nien -?czy­sty i upo­rząd­ko­wany, każda rzecz na swoim miej­scu. Łóżko poście­lone, bez zała­mań mate­riału, poduszki równo oparte o wez­gło­wie. W rogu, obok lampy pod­ło­go­wej, stoi fotel z zie­lo­nego aksa­mitu, a po prze­ciw­nej stro­nie, przy ścia­nie -?biały sto­lik z małym tele­wi­zo­rem. Wygląd two­jego pokoju ide­al­nie oddaje cha­rak­ter popo­łu­dnio­wej sje­sty. Przez resztę dnia zaś pokój ten jest ano­ma­lią, skar­bem do ukry­cia.

Czymś innym od tego, co na zewnątrz. Ostoją spo­koju z rośli­nami w wikli­no­wych osłon­kach i ozdob­nymi miskami peł­nymi potpo­urri, które wypeł­nia pomiesz­cze­nie deli­kat­nym zapa­chem, zawsze tym samym - spo­koj­nym, koją­cym. Za oknem liście lipy poru­szają się lekko na wie­trze.

Raz jesz­cze muskasz wieko kar­to­no­wego pudełka, a potem wsu­wasz to ostat­nie z powro­tem pod łóżko -?naj­głę­biej, jak się da.

Pew­nego dnia wszystko to wyrzu­cisz.

Kwa­drans po trze­ciej.

Samo­chód two­jego ojca jedzie powoli po zaku­rzo­nej dro­dze, przez na­dal gorące powie­trze końca sierp­nia, które wdziera się do środka przez uchy­lone okna i spra­wia, że bra­kuje ci tchu. Twój brat, sku­lony na tyl­nym sie­dze­niu, ogląda coś w tele­fo­nie.

To pra­wie dosko­nale cicha podróż -?do chwili, kiedy Dome­nico nie odłoży tele­fonu i nie zacznie zada­wać pytań.

-?Ale dla­czego jedziemy ich odwie­dzić, tato? -?pyta tonem, w któ­rym mie­szają się zacie­ka­wie­nie i roz­cza­ro­wa­nie; z reguły o tej godzi­nie gra w Mine­cra­fta.

-?Och, chcemy po pro­stu się zoba­czyć -?odpo­wiada ojciec. -?Nie widzie­li­śmy się z nimi od dłuż­szego czasu. Kie­dyś byli­śmy bar­dzo zaprzy­jaź­nieni.

-?A dla­czego mama nie jedzie z nami?

Powstrzy­mu­jesz się, żeby nie wes­tchnąć -?twój brat ni­gdy się nie pod­daje. Oboje wie­cie o ostat­nich trud­no­ściach finan­so­wych rodzi­ców i o tym, co myśli wasza matka. Ona prę­dzej by umarła, niż dała to innym do zro­zu­mie­nia. Wie­cie o tym oboje, choć nikt o tym otwar­cie nie mówi. Ale nie trzeba mówić -?to czuje się w powie­trzu. Tylko Dome­nico się upiera, aby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej. Nie rozu­miesz, z jakiego powodu. Twój ojciec odpo­wiada zawsze nieco męt­nie, potem stara się zmie­nić temat, opo­wia­da­jąc jakąś aneg­dotę o kole­gach z pracy pod­czas prze­rwy obia­do­wej. Wymiana zdań z każ­dym kolej­nym razem trwa kró­cej. Ostat­nio wszy­scy przy­zwy­cza­ili­ście się do ciszy, nawet twój brat.

I rze­czy­wi­ście, po kilku kolej­nych pró­bach Dome­nico prze­staje naci­skać i spusz­cza wzrok na tele­fon. Ty za to ni­gdy nie ode­rwa­łaś oczu od wido­ków za oknem pod­czas jazdy. Masz wra­że­nie, że kolory wsi pasują do two­jej gamy kolo­ry­stycz­nej: brąz pól za oknem po lewej i pra­wej stro­nie, brąz drogi polnej, nawet dolna część nieba zdaje się cza­sami brą­zowa.

Czwarta.

Dom jest ładną kon­struk­cją, ze ścia­nami z cegieł kon­tra­stu­ją­cymi z kolo­rem nieba, które tutaj jest nie­bie­skie.

Coś w rodzaju krót­kiego kruż­ganku sta­nowi ramę dla wła­ści­cieli - wypro­sto­wa­nych i uśmiech­nię­tych, sto­ją­cych przed drzwiami wej­ścio­wymi. Wokół domu roz­ciąga się ogród: leżaki, altana, ścieżki z kamieni, które prze­ci­nają się ze sobą, by po chwili znik­nąć w miej­scu, gdzie trawa uro­sła wyżej.

Marco i Silvia pod­cho­dzą do waszej trójki, obej­mują was i całują w policzki. On ma siwe włosy i atrak­cyjną twarz, ona jest blon­dynką o cie­płym uśmie­chu, nieco wyż­szą od niego. Wydają się mieć wszystko pod kon­trolą.

To dla nich przy­jem­ność gościć was tutaj po tak dłu­gim cza­sie -?czy mogą wam coś zapro­po­no­wać? Znają was od małego, gdy się­ga­li­ście, ot, pół metra od ziemi. Coca-cola dla Dome­nica i two­jego ojca, dla cie­bie nic - dzię­ku­jesz. Jak to nic? Przy­naj­mniej szklankę wody.

Przy stole toczy się roz­mowa będąca próbą pod­su­mo­wa­nia lat nie­wi­dze­nia się w for­mie haseł, któ­rych nikt nie chce zgłę­biać: dora­sta­jące dzieci, szkoła, prze­pro­wadzka, trzy zmiany pracy, kilka uak­tu­al­nień doty­czą­cych życia codzien­nego, plany na naj­bliż­sze waka­cje i koniec roku. Twój ojciec opo­wiada i zadaje stan­dar­dowe pyta­nia. Dome­nico szybko koń­czy swoją colę i nie­kiedy się wtrąca, aby dodać coś do opo­wie­ści taty.

Nie rozu­miesz, jak może się tak zacho­wy­wać. Twoim naj­lep­szym rezul­ta­tem w ostat­nich mie­sią­cach było nie­my­śle­nie: gdy tylko zauwa­żasz złe myśli, prze­ry­wasz je. Nie dajesz im nawet wybrzmieć w gło­wie do końca. Wypi­jasz łyk ze szklanki, która stoi przed tobą na­dal pełna. Nie­kiedy wokół stołu roz­lega się roz­pra­sza­jący śmiech, który sygna­li­zuje przej­ście do kolej­nego tematu.

Czwarta trzy­dzie­ści.

Ton głosu ojca pod­niósł się o oktawę; ojciec stara się zna­leźć spo­sób, aby nawią­zać do sedna sprawy. Roz­glą­dasz się wkoło, przy­glą­dasz się zdję­ciom wiszą­cym na ścia­nach -?głów­nie z podróży: ich dwoje na plaży, na żaglówce, przed namio­tem na polu -?oraz tuzi­nowi egzo­tycz­nych przed­mio­tów, od tale­rzy po malo­wane drew­niane maski. Twój ojciec mówi teraz szyb­ciej, jak zawsze, gdy stara się ukryć zawsty­dze­nie. Z sufitu nad sto­łem zwisa jeden z tych żyran­doli w arab­skim stylu, z małymi, kolo­ro­wymi szkieł­kami wto­pio­nymi w struk­turę z kutego żelaza.

Za pięt­na­ście piąta.

Gdy wsta­jesz, aby wyjść do ogrodu, ojciec jesz­cze mówi. Wyja­śniasz, że potrze­bu­jesz powie­trza, bo w środku jest za gorąco.

Na progu oddy­chasz głę­biej. Powie­trze jest chłod­niej­sze niż wtedy, gdy przy­je­cha­li­ście, a na pogodne niebo wró­cił lekki wie­trzyk, który czu­łaś rano. Idziesz wzdłuż żywo­płotu wyzna­cza­ją­cego gra­nice ogrodu -?w tę i z powro­tem. Idziesz wzdłuż ście­żek utwo­rzo­nych z ośmio­kąt­nych kamieni, które uka­zują się i giną w miej­scach, gdzie trawa jest wyż­sza. Przy­glą­dasz się z bli­ska różom i kwia­tom, któ­rych nazw nie znasz. Pochy­lasz się, aby poczuć ich zapach.

Cza­sami chcia­ła­byś być taka jak twój brat. Chcia­ła­byś, aby rze­czy cię nie doty­kały. Chcia­ła­byś spo­koj­nie żyć dalej, bez względu na to, co się dzieje tam, na zewnątrz. Ow­szem, udaje ci się zacho­wać rów­no­wagę, ale kosz­tuje cię to mnó­stwo wysiłku. Dobrze by było, gdyby nie­za­ła­my­wa­nie się było zacho­wa­niem spon­ta­nicz­nym, skłon­no­ścią, czymś, o czym nawet nie myślisz, co robisz mię­dzy jedną rundą Mine­cra­fta a wyj­ściem z przy­ja­ciółmi.

W końcu sia­dasz na nieco odda­lo­nej od domu huś­tawce. Prze­no­sisz wzrok z zie­leni traw­nika na niebo, które zaczyna ciem­nieć. Huś­tasz się powoli, czub­kami pal­ców muska­jąc trawę, i myślisz sobie, że twój ojciec powi­nien już dostać to, po co przy­je­chał, lub przy­naj­mniej o to zapy­tać.

Cze­kasz jesz­cze minutę, potem zeska­ku­jesz z huś­tawki i ruszasz w stronę domu.

Dzie­sięć po pią­tej.

Wcho­dzisz do jadalni odprę­żona. Czu­jesz, że teraz możesz prze­trwać popo­łu­dnie, mimo wszystko, bez uszczerbku. I dopiero gdy odsu­wasz krze­sło, aby zająć swoje miej­sce, zauwa­żasz, że sprawy nie poszły tak, jak miały. Oce­niasz uważ­nie minę ojca, potem brata. Obaj usil­nie się sta­rają zacho­wać na twa­rzy coś, co w ich prze­ko­na­niu przy­po­mina uśmiech. Rów­nież gospo­da­rze się uśmie­chają, ale jedno z nich zdra­dza ner­wo­wość: ude­rza nie­prze­rwa­nie knyk­ciami w nogę stołu, wywo­łu­jąc cią­głe wibra­cje, które roz­cho­dzą się po całym bla­cie. Gdy odsu­wasz krze­sło, pod­łoga gło­śno skrzypi.

Znaj­du­jesz łazienkę na końcu kory­ta­rza, ostat­nie drzwi przed scho­dami. Twoje kroki brzmią wyraź­nie, gdy się odda­lasz.

Biała umy­walka, białe kafelki. Tutaj trzeba uwa­żać bar­dziej niż zwy­kle. Prze­krę­casz klucz w zamku, a potem szybko otwie­rasz kolejne szu­flady szafki pod umy­walką, drzwiczki komody, ścien­nej szafki z lustrem. Oto jest. Tylko raz a dobrze, i tyle. Doty­kasz zim­nym ostrzem przed­ra­mie­nia.

Jakiś czas temu odkry­łaś nowy spo­sób oddy­cha­nia. Zro­bi­łaś to sama, w zaci­szu swo­jego pokoju, a potem powie­rzy­łaś rachu­nek cze­muś, co znasz tylko ty -?zie­lo­nemu pudełku z kar­tonu, które powoli staje się coraz cięż­sze. Odkry­łaś inny spo­sób oddy­cha­nia. W tym celu musisz prze­ła­mać barierę mię­dzy tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne, mię­dzy tym, co ma wyjść, a tym, co ma wejść. Teraz wiesz, jak to się robi, jak doko­nuje się tej wymiany, jak się otwiera szcze­linę, w któ­rej wszystko się ze sobą łączy: to, co w środku, z tym, co na zewnątrz. Potrze­bu­jesz tej szcze­liny -?potrze­bu­jesz, aby z każ­dym kolej­nym razem była otwarta tro­chę dłu­żej.

Tylko jeden raz -?i wystar­czy. Wiesz, co robić: przy­ci­skasz ostrze do skóry, liczysz do stu, czy­ścisz wszystko i odcho­dzisz.

Pamię­taj, aby wło­żyć żyletkę do kie­szeni. Dziś wie­czo­rem twoje pudełko pod łóż­kiem wzbo­gaci się o nowy ele­ment.

Dzie­więć­dzie­siąt sie­dem,

dzie­więć­dzie­siąt osiem,

dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć...

Pew­nego dnia wszystko to wyrzu­cisz...

Sto jeden,

sto dwa,

sto trzy...

Między wierszami z Martą

Ste­fano Vicari

Kim jest Marta

Marta to bar­dzo inte­li­gentna pięt­na­sto­latka, o któ­rej rodzice mówią, że jest wraż­liwa i grzeczna. W prze­biegu jej roz­woju nie było abso­lut­nie nic nie­pra­wi­dło­wego; dziew­czyna od pierw­szych lat szkoły pod­sta­wo­wej osią­gała dosko­nałe wyniki w nauce, podob­nie jak w spo­rcie czy innych zaję­ciach pozasz­kol­nych.

Jej rodzina wydaje się bar­dzo zżyta. Mama i tata żyją w har­mo­nij­nym związku. Razem -?z uczu­ciem i odda­niem -?wycho­wują Martę i Dome­nica, młod­szego brata pięt­na­sto­latki. Pozor­nie har­mo­nijne i pogodne życie zostaje dra­ma­tycz­nie nazna­czone przez zda­rze­nie, do któ­rego docho­dzi pew­nego let­niego dnia. Pod­czas wizyty u daw­nych zna­jo­mych ojca Marta zostaje zna­le­ziona w łazience, omdlała i krwa­wiąca, z głę­bo­kim nacię­ciem na przed­ra­mie­niu; obok niej leży żyletka. Karetka odwozi ją do szpi­tala, gdzie pięt­na­sto­latka zostaje przy­jęta na oddział psy­chia­trii dzieci i mło­dzieży z podej­rze­niem próby samo­bój­czej.

Rodzina i przy­ja­ciele są zszo­ko­wani. W rze­czy­wi­sto­ści nikt -?ani w domu, ani w szkole -?nie zauwa­żył cier­pie­nia

Marty, jej złego samo­po­czu­cia, które ewi­dent­nie pogar­szało się od dłuż­szego czasu i które musiało wyda­wać się jej tak nie do wytrzy­ma­nia, jak nie­wy­ra­żalne.

Eks­tre­malny epi­zod pozwala jed­nak Mar­cie zako­mu­ni­ko­wać wła­sny ból oraz de facto popro­sić o pomoc i wresz­cie ją otrzy­mać. Nagła hospi­ta­li­za­cja okaże się pierw­szym kro­kiem w pro­ce­sie lecze­nia, który powoli dopro­wa­dzi do uświa­do­mie­nia sobie przez nią cier­pie­nia wewnętrz­nego oraz do odna­le­zie­nia rów­no­wagi oso­bi­stej i dobro­stanu psy­chicz­nego.

Znaczenie samookaleczania Marty

Marta zawsze była postrze­gana jako dziew­czyna zdolna, samo­dzielna oraz "dobra we wszyst­kim": wyso­kie wyniki w nauce i spo­rcie leżały u pod­staw jej poczu­cia wła­snej war­to­ści, przy­naj­mniej tego pozor­nego. Bli­scy robili wszystko, by oka­zać naszej boha­terce miłość i szczere zain­te­re­so­wa­nie jej suk­ce­sami.

Jed­nak pod­czas pobytu Marty w szpi­talu wycho­dzi na jaw, że po ukoń­cze­niu przez nią pierw­szej klasy szkoły śred­niej jej życie rodzinne się skom­pli­ko­wało. Rodzice mie­rzą się z nie­prze­wi­dzia­nymi i nie­po­ko­ją­cymi trud­no­ściami finan­so­wymi, które -?mimo że pró­bują zacho­wy­wać pozorny spo­kój -?odda­lają ich emo­cjo­nal­nie od córki oraz zakłó­cają atmos­ferę wza­jem­nego zaufa­nia i nadziei na przy­szłość.

Rela­cje Marty z rówie­śni­kami w szkole są od zawsze bar­dzo powierz­chowne i dziew­czyna zaczyna się nudzić, gdy spę­dza czas z kole­żan­kami. Z jed­nej strony ma poczu­cie osa­mot­nie­nia i izo­la­cji, z dru­giej zaś odczuwa roz­draż­nie­nie, któ­rego nie potrafi wytłu­ma­czyć. Dla­tego zaczyna odrzu­cać pro­po­zy­cje wspól­nych wyjść. Ponadto jest nie­rzadko tak zmę­czona i apa­tyczna, że coraz czę­ściej rezy­gnuje z tre­nin­gów i meczów. Uczest­ni­cze­nie we wszyst­kich zaję­ciach, któ­rym daw­niej odda­wała się z łatwo­ścią i przy­jem­no­ścią, staje się dla niej coraz bar­dziej męczące i coraz mniej inte­re­su­jące. Sku­pie­nie się na zada­niach domo­wych rów­nież wymaga od Marty więk­szego wysiłku niż wcze­śniej, czego kon­se­kwen­cje szybko stają się widoczne. Dziew­czyna otrzy­muje coraz gor­sze oceny, co jest dla niej cał­ko­witą nowo­ścią, zwa­żyw­szy na to, że zawsze była jedną z naj­lep­szych uczen­nic.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki