Niemożliwe? - Monika Raczkowska-Zabawa

Kup ebooka

21.00 zł
17.43 zł (17,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
1.

Wydaje się, że kilka godzin stoję na deszczu. Diamentowe krople spływają na moje ciało, chociaż jestem ubrana. Jak one przenikają pod piękny wełniany płaszcz w kolorze soczystej zieleni? Czuję jak osacza mnie fala lubieżnego deszczu, chociaż to tylko deszcz. Obojętne krople, beznamiętnie spływające nie wiadomo gdzie i jak, płyną po twarzy, rozmywając delikatność makijażu. Włosy, przesiąknięte strugami wody, oplatają jak szarańcza wodorostów, a dłonie są zbyt mokre, aby włosy poprawić i znów przypominać tę, którą byłam, zanim stanęłam na przystanku "Kaskady Róż", czekając nie wiadomo na co i po co. Jakby tysiące godzin minęło pomiędzy mną a deszczem, który obojętnie spływa mi po ciele, choć przecież jestem ubrana. Po co ten przenikający dotyk, w rezultacie nic nie znaczący, niepotrzebny. Deszcz nie potrzebuje mnie, a ja nie potrzebuję jego... na tym przystanku donikąd. Przyglądam się sobie w lustrze stworzonym z diamentowych kropli wody... na coś się przydały. Ale nie poznaję siebie. Za długo w deszczu, obojętnym deszczu, więc zobojętniałam. To co, że rozkwitają kwiaty, a czółnem można przepłynąć każdą wodę. Te walory i metody nie mogą pocieszyć zmarzniętej, przemoczonej dziewczyny. Zaproszona do ciepłej garderoby, wybieram suche ubrania i wychodzę jeszcze bardziej zmieniona. Deszcz nieustannie pada, a ja, obojętna, idę przed siebie. Obojętny deszcz i obojętna ja na deszcz, sobie niepotrzebni i co z tego? Mijamy się wzajemnie, omijamy. Prognoza pogody przewiduje inną opcję. Nie cieszysz się?

A jak to jest się cieszyć, gdy nie jest ważne i radosne przebywanie w obojętnych godzinach, na deszczu na przykład.

- Hałas! Hałas! - krzyczy Waleria. Zwinięta w kłębek wełny, jest jakby kotom na pożarcie. Dostrzegły jej barwne nitki i pędzą, aby rozbawić je do czerwoności.

- Chcę pozostać śliwkowo-lila! - woła zrozpaczona. Ale rozentuzjazmowane koty nic nie przyjmują do wiadomości. Kłębek to kłębek, nic więcej.

- Hałas mu przeszkadza, więc niech się rozkręci w coś bardziej konkretnego! - Chichot dobiega z miauczących kocich gardeł.

- Hałas! Hałas! - krzyczy Waleria.

Wędrując w stroju nie do poznania, wyrywam kotom kłębek. Przygląda mi się Waleria.

- Skąd jesteś? - pyta.

Nie odpowiem jej, bo po co. Jakie ma znaczenie moje pochodzenie. Ale kogoś zainteresowało, więc sukces. Tam, skąd pochodzę, to dla mnie sukces, pytanie od Walerii. Lecz może w jej świecie to zwyczajne takie emocje. Oba światy, jej i mój, nie podobają mi się.

- Piękny ten twój płaszcz w kolorze soczystej zieleni - stwierdza Waleria.

- Kiedyś był piękny, dopóki nie przemókł - odpowiadam. I muszę iść dalej, mimo że Waleria wydaje się sympatyczna. Natomiast ja już sympatyczna nie jestem, choć może uczynna. To jednak za mało, aby zapomnieć o deszczu i polubić Walerię.

Chmury skłębione w czarne balony, wydają się unosić ponure nastroje. Tyle tego smutnego? - myślę. Nic banalniejszego niż rozważania o pogodzie, ale to ona mnie przenika i określa dokąd mogę iść, co robić. Nastrój czarnych, skłębionych chmur zamyka mnie w ciemnym pokoju, aby jedynie przy świetle ekranów poznawać świat. Kolorowy świat albo jest taki, jaki ktoś stworzy lub ja stworzę, pisząc e-maila do X, Y, Z. Odpowiedzą albo nie odpowiedzą, ktoś da lajka albo nie da lajka, więc już wiem, co tego dnia jest ważne, a co nie. Opisałam historię Walerii. Nie otrzymałam ani jednego lajka. Ale postanowiłam odszukać Walerię pomiędzy barwami, które ona lubi. Wiem, że nie zmieni swojego gustu z dnia na dzień, więc to już jakiś drogowskaz ku Walerii. Może znów powie mi coś miłego. A ja tak potrzebuję miłych słów, bo wydaje się, jakby nie było nikogo w moim świecie, kto wypowiada miłe słowa bez interesu dla lajka albo sondażowego rankingu. W rezultacie nie znamy się, tylko opowiadamy o sobie, co chcemy. Czasem lepiej poznajemy sytuacje albo pogodę właśnie. Bo wtedy trzeba dokonać jakiegoś wyboru, jaka sytuacja lub czy potrzebny gruby szal, czy tylko cienka koszula. Zatem aż tyle ode mnie zależy! W co się ubiorę lub co przeczytam, lub zobaczę. Na ekranie rozświetlającym mój ciemny pokój dawka celebrytów na dziś, polityków na dziś, sytuacji, o których trzeba wiedzieć dziś i... pogoda na dziś. Znowu tyle ode mnie zależy! Komu dam lajka, a komu nie, co zrobię z wiedzą, którą dzisiaj otrzymałam jak kroplówkę. Wyrywam tę kroplówkę z żyły, niech moja krew będzie moja. Nie potrzebuję sztucznego wspomagania. Bo może wspomaganie by się przydało, ale nie sztuczne - pomyślałam. Dlatego postanowiłam odszukać Walerię. Powiem jej na powitanie: Jak miło cię znowu spotkać! Ale włożę inny płaszcz. Może morelowy. Nie tak bardzo rzuca się w oczy, ale go lubię. Czy i Waleria polubi mnie w morelowym płaszczu? Bo ja jednak chyba lubię Walerię. Nie pozwoliła pożreć się drapieżnym kotom, nie wpadła w ich ekstazę... i powiedziała mi coś miłego. Bezinteresownie chyba.

- To nie twój interes! - krzyczy Waleria, gdy dostrzegam ją pomiędzy kolorami śliwkowo-lila. Znowu domaga się niezależności, szacunku dla siebie, czy jest z jakichś powodów oburzona? Tyle pytań i tylko jedna Waleria.

- Nie narzucaj mi, draniu, swojej opinii! - krzyczy. - Mam swoje prawa! - krzyczy jeszcze bardziej.

- Uspokój się, Waleria - podchodzę do niej i biorę za rękę, aby poczuła, że ktoś ją utrzyma w tym chaosie.

- A, to ty! Tym razem masz piękny morelowy płaszcz! - szepnęła zachwycona.

Zawstydziłam się, bo chciałam, aby doceniła nie płaszcz, ale mnie.

- Cieszę się, że znowu się spotkałyśmy - dodała Waleria.

- Ja też. Wyjdźmy z tego chaosu. Nie warto okazywać emocji tym, którzy nie są tego warci - powiedziałam spokojnie.

- Ten hałas, wydawało się, że obowiązuje wszędzie - Waleria znowu szepnęła, jakby zastraszona.

Więc znowu biorę ją za rękę, choć za nami ktoś krzyczy: - Lesby zboczone - i oddalamy się coraz bardziej i bardziej.

- Nie jestem lesbijką - informuję Walerię, która trochę ze zdziwieniem przygląda się mojej czule zaciśniętej dłoni na jej delikatnym nadgarstku.

- Wiem - uśmiecha się Waleria. - Jak mnie znalazłaś, przecież nie mam konta na Facebooku ani Instagramie.

- Wiem - tym razem ja się uśmiecham i wzruszam ramionami.

Ich ponury nastrój grzęźnie na niebie i skłóca tych, którzy pozwolą się skłócić. Tacy słabi czy tacy samotni? Gdy rozmawiam z Walerią, złowieszcze chmury nabierają poświaty romantycznego granatu i błękitu. Na ich nowym tle, wydajemy się niezależne od pogody. - Nie narzucą nam, dranie, swoich nastrojów! - Roześmiałam się, patrząc na krople deszczu, które popłynęły po szybie, nie wiadomo dokąd.

- Jest mi smutno - powiedziała Waleria.

Przestałam się śmiać. - Mnie chyba też jest smutno, choć przez chwilę myślałam inaczej - stwierdziłam. Wzruszyłam także ramionami, jakby nie była to ważna sprawa.

- Ale to jest istotne! - Waleria patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, prosząc o zrozumienie.

- Rozumiem - zapewniłam ją o swojej empatii.

- Tylko tyle, że rozumiesz? - zapytała zdziwiona. - Ja też rozumiem i co z tego?

Wzruszenie ramionami byłoby niestosowną ripostą, więc krople deszczu płynęły po szybie, a ja jedyne co potrafiłam, to zarecytować:

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...[1]

Dalej z Walerią recytowałyśmy ten wiersz. Popiłyśmy kawą obrazy wyobraźni.

Gdy niebo zmienia kolor - kalejdoskop. Paleta barw uświadamia mi mój nastrój.

Czerwień - czuję się energiczna, odważna

Róż - skłonna do wzruszeń, uczuciowa

Burgund - zmysłowa, towarzyska może trochę nadwrażliwa

Pomarańcz - aktywna i zorganizowana

Brzoskwinia - subtelna, litościwa

Żółty - rozmowna, zwrócona ku ludziom

Blada zieleń - skromna, obdarzona intuicją

Zieleń jasna - nowatorska, skłonna do zmian

Zieleń ciemna - życzliwa

Błękit morski - wierna, sentymentalna

Błękit - spostrzegawcza, pełna wyobraźni

Granat - przywódcza, odpowiedzialna

Wrzos - delikatna, wrażliwa

Fiolet - wielkoduszna

Brąz - uczciwa, praktyczna

Czerń - niezależna

Biel - samotna

Szary - smutna

Srebrny - romantyczna

Złoty - szlachetna

- I to wszystko zapisane na niebie? - pyta Waleria.

Poniekąd, czasami - odpowiadam niejednoznacznie, ponieważ każdy inaczej określa barwę nieba. Widzimy, co chcemy zobaczyć w danym momencie, a na niebie w szczególności. Przypomniał mi się wierszyk "Dyzio Marzyciel"[2]:

Położył się Dyzio na łące,

Przygląda się niebu błękitnemu

I marzy:

"Jaka szkoda, że te obłoczki płynące

Nie są z waniliowego kremu...

A te różowe -

Że to nie lody malinowe...

A te złociste, pierzaste -

Że to nie stosy ciastek

I szkoda, że całe niebo

Nie jest z tortu czekoladowego" (...)

- Wiersz się kończy marzeniem o wielkim żarciu - podsumowuje bez specjalnej euforii Waleria.

To tylko marzenia, w realu może chłopak woli inne menu. Jednocześnie, jak chmury, napłynęło mi skojarzenie dotyczące filmu pt. "Wielkie żarcie"[3] właśnie. Jednak nie chciałam psuć idyllicznego nastroju, dlatego nie rozpoczęłam rozmowy na temat przejedzenia i do tego bardzo obrazowo pokazanego przez Marca Ferreriego. Zatem tylko tajemniczo się uśmiechnęłam, natomiast Waleria dalej snuła swoje myśli.

- Przypuszczasz, że na talerzu można układać sobie kolorami marzenia?

- Czemu nie? Jeżeli masz fantazję i wyobraźnię.

Waleria się zamyśliła. - Chciałabyś mieć taki magiczny talerz albo magicznego chłopaka? - zapytała.

- Czemu nie? - powtórzyłam. Popatrzyłam na niebo. Było błękitne, więc byłam pełna wyobraźni.

Muszę koniecznie porozmawiać z Mimi. O chłopakach, o poezji, o barwach mojego nastroju, o kolorach wnętrz, o których marzę. Inna sprawa, że aby zadowolić swoje nastroje, potrzebowałabym wielkiego domu, z taką liczbą pokoi, aby każdy mógł być pomalowany na inny kolor. Wtedy wybierałabym sobie danego dnia dany pokój w odpowiednim odcieniu i... byłabym szczęśliwa. Tylko tyle potrzebuję do szczęścia? Może nie do szczęścia, ale aby poczuć się dobrze. Do szczęścia jeszcze potrzebna mi Mimi, zajęcie dające satysfakcję i chłopak.

Nikt ci tego nie poda na tacy, a tym bardziej na talerzu - zakpiłam z siebie. Owszem, świadomość swoich potrzeb mam, ale poza zakupami, które mogę wykonać tak, jak sobie życzę, reszta wydaje się poza zasięgiem. W przenośni i dosłownie. Dzwonię i dzwonię do Mimi. Ślę i ślę SMS-y, a ona nie reaguje nawet jednym wyrazem, przysłanym jako odpowiedź. Jakby nie istniała, jakbym i ja nie istniała naprawdę. Zastanawiam się, czy ją obraziłam, czy może zmieniła numer telefonu, napisałam coś, o czym nie chce dyskutować, a może ma depresję? Więc tym bardziej próbuję się z nią skontaktować. Może potrzebuje życzliwości? Ale natręctwa nie potrzebuje - pomyślałam i zrezygnowałam z prób dodzwonienia się do Mimi. Liczę, że może jeszcze któraś z dwóch osób, które mam w kontaktach jako ulubione, odpisze na mój SMS. Następnie następny SMS i następny. Nikt nie odpisał. A starałam się być miła. Może za bardzo miła? Napisać arogancko i bezczelnie, to może zmotywuję do odpowiedzenia na mój SMS lub telefon. Więc:

Miśka, dziwko, widziałam cię wczoraj w ohydnej czerwonej miniówie. Wyglądałaś jak zdzira. Czy już ci ktoś o tym powiedział lub napisał?

Albo: Mimi, małpo. Podobno macałaś się na ulicy z Krzyśkiem. Wkładał ci łapę pod kurtkę i gorszyliście ludzi, wy, świnie niewychowane.

Ewentualnie: Pola, wredna jędzo. Obiecałaś załatwić mi próbki kosmetyczne i jak zwykle zawiodłaś, chamico bez empatii.

Nie jestem jeszcze gotowa na takie mentalne doświadczenie, ale biorę pod uwagę taką opcję. A może ja jednak nie istnieję? Lecz nie przypominam sobie, abym umarła. Szczypię się kilka razy w nogę i policzek, odczuwam wszystkie bodźce. Wkładam słuchawki na uszy i słyszę muzykę. Słyszę wyraźnie, widzę doskonale. A może tylko ja widzę i słyszę. Inni mają inne zmysły.

Oszalałaś, Violka! Co za idiotyczne opinie mi przysyłasz! Nie noszę czerwonych miniówek! Masz chyba halucynacje! - Hurra! Miśka odpisała - ucieszyłam się.

Z Krzyśkiem nie widziałam się od roku i nie mam zwyczaju "macać się" (jak to niewybrednie określiłaś) z kimkolwiek na ulicy. Zwariowałaś, Violka! - Super! I Mimi dała znak, że żyje oraz odbiera SMS-y.

Próbki kosmetyczne czekają na ciebie, Violu, w moim gabinecie. Wiem, że chcesz poderwać jakiegoś chłopaka, więc życzę ci tego serdecznie wraz z zestawem upiększającym. Dorzucę nawet tubkę kremu, abyś nie nazywała mnie chamicą bez empatii. A tak w ogóle, na pewno dobrze się czujesz? - No i Pola zareagowała! Miałam dzisiaj dzień triumfu i sukcesów! Oczywiście adekwatnych do wymagań. Bo chciałam tylko z kimś pogadać... ale to i tak nie było to, o czym marzyłam. Tyle że cieszę się, że nie mam halucynacji, nie zwariowałam i w rezultacie czuję się... jak należy w świecie, w którym żyję naprawdę?

- Jestem!

- Co? Nie pisałam nic do ciebie ani nie dzwoniłam.

- To co? - Waleria stała w drzwiach mojego pokoju i przyglądała mi się z niepokojem. - Jakoś dziwnie wyglądasz - stwierdziła.

- No tak, zrobiłam sobie makijaż. Trochę szczególny, dla ukrycia defektów urody.

- Wyszło, że nie masz w ogóle urody. - Waleria się zasmuciła. I te ciuchy... - dodała zmartwiona. - Idziesz na randkę? Ten chłopak chyba nie jest zbyt wymagający.

- No wiesz... - oburzyłam się. - Nie idę na randkę, może bym chciała. Ale jeszcze nie teraz.

- Dlaczego? W czym problem? - pyta zdziwiona Waleria.

- Za dużo złych wspomnień, a za mało pewności siebie - odpowiadam bez udawania, że jestem jakąś bojowniczką.

- Chyba rozumiem.

- Tylko tyle? - chciałam powiedzieć, że też rozumiem i co z tego. Jednak przemilczałam tę uwagę. Waleria i tak została, przegadałyśmy wieczór. Nawet nie wiem, o czym rozmawiałyśmy, tylko błahe sprawy, było miło. Komputera nie włączałam, nikt e-maila ani SMS-a mi nie przysłał. Chociaż chyba jedna osoba mnie lubi na Facebooku. Sukces! To we współczesnych czasach jakby żart, radość z jednego lajka. Nie było żadnego lajka ani polubienia. Faktycznie żartowałam.

[1] L. Staff, Deszcz jesienny.

[2] J. Tuwim, Dyzio Marzyciel.

[3] M. Ferreri, Wielkie żarcie.

3.

Gest wydał mi się wystarczający

Piosenki Grechuty filozofią życia

Pejzaż niesentymentalny

Choć deszcz znowu padał

Więc jakimś czułym gestem

Otuliłam swoje refleksje

Nie były już tak bezbronne

Naiwne

Pejzaż sentymentalny

A nastrój romantyczny

Zorganizowane kolory

W słowach

- Dlaczego chciałaś oddać mi brata?

- Ja? - Waleria była bardzo zdziwiona lub udawała zdziwioną.

- Przecież prosiłaś, aby trochę u mnie pomieszkał. Zupełnie tego nie rozumiałam. Nie przekonałaś mnie, a właściwie nawet specjalnie nie próbowałaś. Odmówiłam.

- I dobrze. Gówniarz jest wyjątkowo złośliwy i arogancki, więc nie jestem pewna, czy byś sobie z nim poradziła. Ale ja u ciebie z nim nie byłam. - Waleria wydawała się absolutnie szczera. Jej oczy lśniły jakimś chabrowym blaskiem, który emanował na cały pokój.

Cholera mam halucynacje czy co? - pomyślałam.

- Przypomnij sobie - nalegałam.

- Owszem, sprawia problemy. Nie rozumiem go i może chętnie komuś bym oddała... ale nie naprawdę. - Uśmiechnęła się. - Któregoś dnia mi uciekł... - Waleria się zamyśliła. - Goniłam go pomiędzy budynkami i gdy byłam bardzo tym zmęczona, przestałam gonić, usiadłam na ławce. Wrócił i znów zaczął prowokować.

- Taki maluch? - zapytałam.

- Jaki maluch?

- Wydawało mi się, że jest mały.

- W ogóle ci się wydawało. Nie przejmuj się. Zdarza się najbardziej racjonalnym.

- W każdym razie nie jestem gotowa adoptować dziecka, nawet na kilka dni - powiedziałam chyba zbyt stanowczo, bo Waleria jakby się przestraszyła. - Mogę pomóc albo coś w tym rodzaju, ale nie wywieraj na mnie presji.

- Ja? - Waleria znowu się zdziwiła. - Wysłałam ci SMS-a, że rozumiem twoje nie najlepsze samopoczucie, bo ta deszczowa pogoda i samotność robią swoje z psychiką człowieka. Przecież wiesz, że też to mam. Za dużo myślenia, za mało robienia. - Waleria się roześmiała. Tym razem jej usta lśniły niepokojącą czerwienią. Jest piękna, zmysłowa. Wielkie chabrowe oczy, naturalnie karminowe wargi. Jakby ktoś ją namalował oraz tu i ówdzie użył za dużo farby. I taka dziewczyna miewa depresje? Już spojrzenie w lustro powinno ją cieszyć, poprawiać nastrój.

- Czasem gdzieś z nim idę albo coś mu czytam, opowiadam, poświęcam swój czas na gadanie, zajmowanie się gówniarzem, który i tak nic nie rozumie. I do tego żadnej wdzięczności.

- Ale to twój brat - powiedziałam cicho.

- No właśnie. Więc znoszę to wszystko, choć mam dość. Chyba oddam go rodzicom.

- Jak to oddasz rodzicom?

- To tak ogólnie brat. Precyzując, uosabia jedynie problem. Miałaś rację, że nie zgodziłaś się go przejąć ode mnie.

- Przecież mówiłaś, że mi się wydawało... - Byłam zupełnie zdezorientowana.

- Czy to ważne? Ważne jaką podjęłaś decyzję. To ciebie określa. 100 punktów ode mnie.

- Jakie sto punktów? - Byłam coraz bardziej zagubiona.

- To taka gra. Kto lepiej przewiduje i ocenia sytuację. Masz intuicję i dobrze oceniasz dane.

- Więc jednak u mnie byłaś z...

- Figo to wredny brzdąc, ale niektórzy bardzo go kochają, na przykład jego rodzice. - Waleria znów się roześmiała. Z jej pięknych złocistych loków spadła aksamitka i włosy opadły jej na ramiona. Przechyliła głowę, jakby chciała strząsnąć z niej jakiś pył. - Już im go oddałam - dodała. - Nie przejmuj się - powtórzyła.

Nie rozumiałam jak można tak cynicznie zabawiać się czyimś kosztem. Ja, niby specjalistka od ludzkich zachowań, dałam się naiwnie wkręcić w jakąś zależność, dodatkowo nieznanej mi osobie. Wielkie chabrowe, kocie oczy, patrzyły na mnie z niewinnością dziecka. Chichot dobiega z miauczących kocich gardeł. Niby nie ma nikogo. Za ile punktów mam rozeznać sytuację, czy dzieje się to naprawdę, czy nie? Waleria idzie daleko ulicą. Do pewnego momentu widzę ją z perspektywy mojego pokoju. Następnie rozmaite kolory zamieniają się w precyzyjnie określonych ludzi... też idących ulicą. Nie przypominają Walerii.

- Takich Walerii jest więcej - stwierdziła Pola. - Nie mam na myśli jej dziwnej urody, bo tę można zrobić. Może życzysz sobie, Violu?

- Dziękuję - odpowiedziałam sucho.

- W rezultacie nie narzekaj. Uświadomiła ci co nieco. Żeś naiwna jak dziecko, Violetto.

Zaswędziała na twarzy mikstura, którą Pola nałożyła, aby odświeżyć mi cerę. Wzbraniałam się przed jej zastosowaniem, ale Pola była nie do pokonania, gdy przestąpiło się próg jej świątyni, czyli gabinetu kosmetycznego zwanego Akademią Urody.

- Zmyj w końcu ze mnie to mazidło - poprosiłam błagalnie.

- Jeszcze chwilę, poczekaj, kotku. Jeżeli choć odrobinę chcesz dorównać urodzie Walerii, to bądź cierpliwa.

- Ale ja nie chcę w niczym dorównywać Walerii. Pojmujesz, Pola?

Pola, jakby zrezygnowana nieudaną perswazją, usiadła koło rozkładanego fotela, na którym bardziej wisiałam, niż leżałam, i zaczęła mi się przyglądać.

- O co chodzi, Violka, że ty taka "na nie" we wszystkim jesteś? Rozumiem, że nie lubisz tych ceregieli z poprawianiem urody, ale żeby tak w ogóle być przeciwko wszystkiemu?

Następna rozumiejąca - pomyślałam. I do tego znowu to "w ogóle" bez szczegółów. Ja jestem, do cholery, tym szczegółem w ogóle, i nie zależy mi, aby traktować mnie wyjątkowo, ale aby traktować mnie przyzwoicie. Ja jestem! - chciałam krzyknąć. Jestem, a jakby mnie nie było - dodałam w myślach.

- Czy to wszystko dzieje się naprawdę? - zapytałam Polę.

- Jak najbardziej - Pola skwapliwie przytaknęła.

- Daj mi lusterko.

- Może nie teraz. Gdy skończę, możesz sobie popatrzeć.

- Chcę teraz.

Pola podała mi spore zwierciadełko. Nie zapytam, kto jest najpiękniejszy na świecie, bo oczywiste, że nie ja... i do tego ta maska.

- Jest dobrze - oddałam jej lusterko, tym razem bez żadnych rozterek i uwag. - Tylko mnie nie przekoloryzuj - musiałam jednak coś powiedzieć, bo nie byłabym sobą, tym bardziej z tą maską na twarzy.

Pola krzątała się po olśniewająco białym pomieszczeniu, ozdobionym jedynie zdjęciami efektów, jakie można osiągnąć, gdy pracuje się nad swoją urodą. Nie bardzo rozumiałam, czemu tę ciężką pracę reklamują kilkunastoletnie dziewczyny o nieskazitelnych cerach, które niewiele muszą włożyć pracy, aby wyglądać tak jak na fotografiach. Co innego babki 40 plus. I ten fakt stanowił wątpliwość, czy na pewno to nie jest znowu jakaś gra.

- Ile byś dała punktów za moją urodę przed wejściem do ciebie i po wyjściu z Akademii Urody? - Uśmiechnęłam się.

- A ty w co grasz, Violka? - zaniepokoiła się Pola.

- W skalę swoich możliwości. Więc?

- Violka, nie jesteś żadną skalą. Nie chcę rozmowy w kontekście sytuacji z Walerią, zresztą ty podobno też tego nie chcesz.

- Więc? - powtórzyłam.

- Sama oceń. - I Pola znowu podała mi lusterko. Tym razem było bez maski.

- Jest okey - stwierdziłam. Na moje potrzeby wystarczy. Egocentryczne?

- W tej kwestii nie potrzeba więcej, chyba że wrzucisz swoją fotkę na Instagram - zaproponowała Pola.

Rozprzestrzenię się wtedy jak tysiąc słów, którymi kiedyś zrecenzowałam jakąś sytuację. Chyba nikt ich nie przeczytał, bo tyle było innych recenzji, sytuacji. Lecz miałam wielkie wirtualne towarzystwo. Domyślam się, że tak było. Siedziałam przed ekranem komputera i popijałam kawę. Tylko tyle. Na skali satysfakcji: zero. Więc po co?

W pomieszczeniu obok Pola otulała nadzieją na piękno twarz nieznajomej mi kobiety. Zatem nie wiem, czy słyszała, co do niej mówiłam, zajęta układaniem pachnącej papki na jej policzkach. Więc zostawiłam Poli karteczkę z narysowanym serduszkiem i napisałam: Dzięki! Może przeczyta. A może lepiej gdybym wysłała SMS-a lub e-maila? Wszystko jedno.

Historia moja lub twoja

Rozprzestrzenia się

Słowami domysłów

Wyobrażeń

Aby przekonać się

Jakie są te dni opisane

4.

Śmiać się czy nie śmiać - oto jest pytanie...

Bez motywacji nawet wizyta w Akademii Urody wydaje się czasem straconym. Co z tego, że wyglądam na mniej zmęczoną, skoro czuję się znużona i zmęczona. Przeglądam oferty pracy, dużo tego, ale w dziedzinach, które zawodowo mnie nie dotyczą. Muszę jednak coś zmienić w swoim życiu. Piszę CV takie, że teoretycznie powinni mnie zatrudnić w każdej korporacji. Umiejętności mienią się kolorami, wyretuszowane zdjęcie nadaje się prawie na okładkę magazynu dla pań. Ślę w kilkadziesiąt miejsc swoją aplikację. Czuję się jak robot, naciskając kolejny raz przycisk "wyślij". Żadnej odpowiedzi na super CV, tylko informacja od operatora dotycząca opłaty za Internet. Czyżby zbyt naciągnęłam zestaw swoich możliwości zawodowych? Czyżby jasnowidzów zatrudniali przy odbiorze CV? Co mogę zatem jeszcze zmienić poza pracą? Mieszkanie, kolor włosów albo chociaż dywan w pokoju. Właśnie bardzo intensywnie zastanawiałam się nad rozmaitymi zmianami, których mogę dokonać, gdy ktoś powiedział mi: dzień dobry. Nie spojrzałam nawet kto to taki, tylko odpowiedziałam klasykiem: dla kogo dobry to dobry, a następnie od niechcenia zerknęłam na optymistę, który tak dobrze mi życzył. Widok, jak to się mówi, był powalający. Piękno ze stylem plus inteligencja emanująca z całokształtu wizerunku. To zapewne nie dzieje się naprawdę - pomyślałam i uszczypnęłam się w policzek, tak pracowicie zrewitalizowany przez Polę.

- Coś nie tak? - piękno przemówiło męskim, aksamitnym, upajającym głosem, z niepokojem patrząc na moje nerwowe szczypanie się w policzek.

- Ależ nie, wszystko dobrze, tylko sprawdzam, czy prawidłowo odbieram bodźce.

- I jaka diagnoza? - zapytało piękno.

- Pobudzenie adekwatne do sytuacji - odpowiedziałam napakowana taką ilością endorfin, która starczyłaby do uzdrowienia ciężkich depresji całego oddziału szpitalnego.

Skinął głową ze zrozumieniem, chociaż wyraz jego twarzy wskazywał, że obserwuje mnie z dystansem. Ale okazało się, że tym razem źle oceniłam sytuację. On się zastanawiał, skąd mnie zna. Banał, prawda? Piękny facet zaczepia mnie na ulicy i zmaga się z przypomnieniem sobie jakiegoś epizodu, który kojarzy z moją osobą raczej do niego niepasującą.

- Pewnie ci się przyśniłam - zaryzykowałam sugestię i natychmiast sobie uświadomiłam, że dziewczyny czy kobiety takie jak ja nie śnią się mężczyznom. My po prostu istniejemy, a gdy którąś z nas przy okazji jakiś rodzaj męski zauważy, to może również się zdarzyć, że zapyta o godzinę, jak dojść do sklepu monopolowego lub gdzie jest klub, w którym można nieźle się zabawić... i poinformowany, osiągając satysfakcję intelektualną, odchodzi. Ten jednak nie odszedł, tylko wciąż z zagadkową miną przyglądał się, jak mi oznajmił, coraz bardziej rozprzestrzeniającej się na moim policzku czerwonej plamie, powstałej prawdopodobnie w wyniku nadmiernego szczypania.

- Lubisz zadawać sobie ból? - zapytał znowu.

- Chyba wciąż go sobie zadaję niewłaściwymi myślami. Jakoś nie mogę wpłynąć na to, abym miała tylko fajne myśli. Raczej nawiedzają mnie te wywołujące gorszy nastrój i nic nie mogę zrobić, aby powstrzymać ten ponury myślowy proces - westchnęłam. Westchnęłam dlatego, ponieważ sądziłam, że już sobie poszedł, a on wciąż stał naprzeciwko mnie i nad czymś się zastanawiał.

- Co ty poeta jesteś, żeś taki refleksyjny? - powiedziałam nieco ironicznie, czując, że faktycznie przesadziłam z uciskiem policzka. - Chyba puchnie - dodałam.

- No tak, nie najlepiej wygląda. - I Piękny wpatrywał się w ten mój puchnący policzek. Gdyby wiedział, że był to test na realność sytuacji...

- Też czasem się szczypię, szczególnie wtedy, gdy nie jestem pewien, że coś dzieje się naprawdę.

- Naprawdę? - zagaiłam głupio.

- Ale zawsze robię to z wyczuciem - dokończył prezentację swojej wrażliwości.

- Ja też się staram wszystko robić z wyczuciem, ale nie zawsze mi się to udaje. Zazwyczaj przeważają uczucia nad wyczuciem.

- Zauważyłem - ocenił z wnikliwością. Natomiast mnie jego wpatrywanie się w mój mieniący odcieniami czerwieni policzek zaczęło irytować.

- Przepraszam, ale się śpieszę, muszę iść.

- Dokąd?

- Najpierw do apteki, może otrzymam jakiś kompres na urazy. Potrzebuję więc odpowiedniej porady farmaceutycznej. A później się okaże, co z sobą zrobię.

- Czy ty przypadkiem nie przysłałaś swojego CV do KRESU?

- Możliwe. Przypominam sobie, że nazwa firmy zrobiła na mnie wrażenie. Idealnie wpisywała się w mój stan kresu wytrzymałości.

- No właśnie. To zdjęcie sobie przypominam. Jest jakieś podobieństwo.

- Zdjęcie? Ach tak. Czytałeś, co było pod zdjęciem?

- Nie. Zdjęcie mnie zaciekawiło. Masz dobrego fotoshopa.

- Ale nie odpowiedziałeś na moją aplikację.

- Więc teraz odpowiadam, a właściwie opowiadam to i owo. Nie traktuj tego jako rozmowy kwalifikacyjnej. Szukasz pracy?

- A jak myślisz, po co przysłałam CV?

- No tak - przyznał z oszałamiającą inteligencją, która, wydawało mi się, tak od niego emanowała. - Więc jeszcze raz przejrzę twoją ofertę i może z niej skorzystam. - Uśmiechnął się, jakby reklamował pastę do zębów, a nie chciał być miły. O, mój autobus! Przyjemnie było pogadać! - Rzucił się w pogoń za solarisem, który otworzył przed nim drzwi. Nic jednak ta rozmowa nie zmieniła w moim życiu poza kilkuminutową nadzieją na zmianę. Piękny też miał nadzieję, że bardziej pasuję do potrzeb jego firmy, o czym mnie powiadomił. Ale pozazawodowo miał dla mnie propozycję.

- Mam przyjaciółkę, która jest dermatologiem. Chcesz z nią porozmawiać? Masz bardzo wrażliwą skórę. Może trzeba jakoś ją wzmocnić?

- Dziękuję. Mam przyjaciółkę, która jest kosmetologiem i już odbywam terapię wzmacniania skóry - uprzejmie go poinformowałam.

- Aha! - ucieszył się.

Uczucie czy wyczucie było jego motywacją? Uczucia nie wyczułam, a wyczucie chłopak ma, bo przecież mógł mi zaproponować wizytę u psychiatry, a nie u dermatologa w sprawie nadmiernych odruchów bezwarunkowych, takich jak na przykład szczypanie policzka.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

2.

A te śnieżki takie śnieżne

Deszcz deszczowy

A my w zależności od pogody

W igloo albo na tratwie

Podobno zmienia się coś w klimacie. Raz dowiaduję się, że będzie coraz cieplej, a innym razem, że nadchodzi epoka lodowcowa. Osobiście wolałbym ocieplenie klimatu, bo lodowato czuję się od dawna. Właściwie po co ma klimat się ochładzać, skoro i tak ludziom jakby zlodowaciały serca. Choć niekiedy wydaje się inaczej. Wzajemne deklaracje o miłości i solidarności nie mają końca, a gdy dochodzi do momentu: "sprawdzam!", nigdzie ani miłości, ani solidarności. Ale za to ile ciepłych kolorów tu i tam, ile uśmiechów, obietnic o spełnieniu marzeń, zapewnień, że wystarczy tylko chcieć. A może właśnie problemy zaczynają się od marzeń, gdy po lekturze celebryckich wyznań oraz rozmaitych książek zaczynamy wierzyć, że i nam uda się to i owo. Więc zaczynamy marzyć. Aha! W każdym poradniku psychologicznym jest dodatkowa informacja, że nie należy tylko marzyć, ale jeszcze coś robić, aby te marzenia się spełniły. Najlepiej zatem uwierzyć w bajki albo zafundować sobie czarodzieja, ponieważ nie należy zniechęcać się już na początku, lecz aspirować. Zatem zaczynamy od wiary w marzenia, w siebie, w innych oraz w to, że wystarczy pracować i bardzo chcieć, aby marzenia się spełniły. Gdy nie zaczynają się spełniać, specjaliści od niespełnionych marzeń informują, że widocznie za mało pracy włożyliśmy, albo talent mierny, a marzenia wielkie. I tak na przykład z marzeń o przystojnym blondynie: Miśka wychodzi za mąż za krępego szatyna, a ja z marzeń o pracy pedagoga w szkole średniej - otrzymałam zatrudnienie jako opiekunka do rocznego malucha, któremu pedagogicznie zmieniam pampersy i podaję kolorowe papki do jedzenia. Pewnie, jedno i drugie prawie się spełniło, bo coś robiłyśmy na niwie spełnienia. Miśka przecież była zakochana i już prawie miała pierścionek zaręczynowy od przystojnego blondyna, a ja gorliwie studiowałam i nawet otrzymałam za tę gorliwość stypendium. Ale zarówno miłość, jak i pracowitość nie wystarczą, aby marzenia się spełniły. Ponieważ niektórym marzenia jednak się spełniają, więc trzeba wziąć pod uwagę jeszcze jakiś dodatkowy czynnik sprawczy. Na przykład przypadek albo zestaw cech charakteru, właściwy epoce, w jakiej żyjemy.

- Moja sprawa była typowa. Nie robię z niej tragedii romantycznej, tym bardziej że czasy, w których żyjemy, nie są zbyt romantyczne - westchnęła Miśka po tym, gdy rozstała się z Dominikiem. Najpierw nie chciała mówić, dlaczego się rozstali, ale gdy zapytałam, gdzie ma tę fantastyczną bransoletkę, którą tak lubiła, a dostała ją od Dominika właśnie, spokojnie stwierdziła, że Dominik to już przeszłość i obecnie rozdaje bransoletki innym dziewczynom.

- Co on sklep jubilerski otworzył z opcją charytatywną? - zapytałam, myśląc, że opinia Miśki to jedynie chwilowa złośliwość wynikająca z jakiegoś nieporozumienia między nimi. - Pogodzicie się i znów bransoletka nabierze magicznej mocy i uroku - powiedziałam, uśmiechając się.

- Nie ma się z czego śmiać, Violka. Owszem, było nieporozumienie, ale efekt tego nieporozumienia jest jak najbardziej zrozumiały i wymierny. Dominik założył się o "przespanko" z jakąś laską prominentnego tatusia, a laska zapomniała o tym, że to XXI wiek i używa się środków antykoncepcyjnych wtedy, gdy nie planuje się macierzyństwa.

- Ale może planuje małżeństwo - dodałam niezbyt fortunnie, ale na Miśce ta uwaga nie zrobiła wrażenia. Wzruszyła ramionami i widać było, że potok łez już wylała kilka dni temu, natomiast obecna Miśka to skała uczuć oraz emocji.

No cóż, dowiedziałam się, że bliźniaczki dziewczynki będą inicjacją ojcostwa Dominika. Zatem rozumiesz, że będzie miał komu kupować bransoletki. I do tego w szpitalu, gdzie mam staż, ta larwa ma swojego lekarza, a ja swoją koleżankę, która życzliwie poinformowała mnie, co nosi w brzuchu dziewczyna Dominika.

- Doigrał się - stwierdziłam beznamiętnie.

- Rzecz w tym, że on nie należy do tych chłopaków, którzy nie przepuszczą żadnej, która na nich spojrzy. Tak czy inaczej, fakt, że brał udział w jakimś zakładzie o du...ę, wszystko jedno czyją, to świństwo. Wiesz, nawet gdyby dziewczyna nie zaszła w ciążę, a ja dowiedziałbym się o tym pomyśle, to pogoniłabym go precz. W rezultacie chyba są siebie warci. Ona to podobno dziwka bez skrupułów, a on? Nawet nie wiem, jak nazwać takie cyniczne bzykanko. Fee! - Miśka wyraźnie była zdegustowana.

- Ale za to tatusia będzie miał Dominik wpływowego. Może w końcu uda mu się zrealizować ten projekt, o którym marzy.

- O tak! - przytaknęła Miśka, chyba jednak smutna. - Uda mu się na pewno.

- A ty skupisz się na swojej specjalizacji - podsumowałam.

- Pewnie - znowu przytaknęła Miśka i znowu jakby smutna. Nie wiedziałam wtedy jednak, że miała profesjonalne wsparcie. Nieco krępe, średnio ładne, ale empatyczne, czułe i wierne. Nie psa mam na myśli, ale Łukasza. Psychologa, z którym Miśka zaprzyjaźniła się i wciąż tylko przyjaźni - jak twierdziła po roku ślubu, który wzięli, ponieważ Łukasz się jej oświadczył. Ona zgodziła się bez emocji, uważając, że emocjonalna inwestycja w Łukasza to dobra inwestycja... tyle że wielkich emocji poza przyjaźnią w ich związku nie było, oczywiście ze strony Miśki. Co Łukasz czuje? - Miśkę niespecjalnie interesowało. "Jest psychologiem, więc ogarnia nasz związek" - uzasadniała. - Zatem, Violu, nic romantycznego, tylko prozaiczność i racjonalizm.

Moja historia jest jak ocean altruizmu, emocji i romantyzmu. Marzenia o pomaganiu innym, wielkiej miłości i ekstremalnych pozytywnych uczuciach, wszystko z całego serca, po przyjacielsku. Każdy gest, słowo, uczucie, przeczucie, całym sercem wydawane. Zamiast rogalika Viola na tacy poda kilogram nadziei, optymizmu, poczucia wartości. A na deser inspiracja plus komplement. Cukier wydaje się solą w kontekście Violi cukierniczki. Uśmiech, empatia na tony i żadnych zobowiązań za uczynność. To nie dobroć, ale naiwność - stwierdziłam, gdy zaczęłam się uśmiechać sama do siebie, a inni patrzyli na mnie z nienawiścią, a nie sympatią. Za co? - zastanawiałam się.

- Jesteś jakaś dziwna. O co właściwie ci chodzi, żeś wciąż taka milusia? To nienormalne i nieracjonalne w rezultacie - dowiedziałam się od normalniejszych i bardziej racjonalnych ode mnie. - Ludzie nie ufają ci, podejrzewają, że coś knujesz lub chcesz coś ich kosztem zyskać.

- Co zyskać? Nic nie zyskałam na tym, że jestem taka, jaka jestem.

- To się zmień. Współczesne czasy wymagają innych charakterów - pouczyli mniej lepiej przystosowani i ci, którzy dużo zyskali z tego, że są takimi, jakimi są. Może gdybym miała dużo pieniędzy...

- Faktycznie, pieniądze świadczą o tym, czy ktoś kupuje cię taką, jaką jesteś, czy nie. W rezultacie nieważne, jaka jesteś naprawdę, ważne, czy się dobrze sprzedajesz - poinformowali mnie ci, którzy sprzedają się świetnie.

- Rozumiem - przytaknęłam. I te wszystkie doskonałe oceny w indeksie wydały mi się bezużyteczne, jak i ja czuję się bezużyteczna ze swoim charakterem.

- Przecież możesz się zakochać. Takie milusie znajdą chętnych do zagospodarowania na służącą. - Miśka się roześmiała. Popatrzyłam na nią zdziwiona. Aż tak bardzo stała się cyniczna?

- Żartowałam - powiedziała Miśka. - Nie chciałam cię obrazić niestosownym skojarzeniem. Po prostu denerwuję się przed zabiegiem, który pierwszy raz mam sama wykonać.

- Iść z tobą? A może zrobię ci jajecznicę na szynce, którą tak uwielbiasz? Zresztą jak zwykle, wszystko ci się uda, bo masz taki charakter jak potrzeba do tego, co robisz, czyli masz predyspozycje - podsumowałam zestaw swoich propozycji i rad.

Miśka jednak w tym momencie nie wyglądała na pewną siebie profesjonalistkę.

- Co ci się stało, straciłaś pewność siebie czy wiarę?

- I jedno, i drugie. Nagle wszystko jakby ze mnie wyszło. I pewność siebie, i wiara. Zjadła jednak jajecznicę na szynce, którą jej podałam, a następnie razem poszłyśmy pod szpital, gdzie za godzinę w sali zabiegowej będzie czekał na nią pacjent.

- Co ja bym bez ciebie zrobiła, Violka? - Miśka cmoknęła mnie w policzek i wbiegła po schodach do szpitalnego holu. Pomachałam jej jeszcze i pokazałam, że trzymam za nią kciuki. Wróciłam do domu, a później powlokłam się do Kacperka, aby zmotywować go do zjedzenia obiadku oraz wypowiedzenia jakiegoś słowa, gdy mnie zobaczy, a może także i emocjonalnej reakcji w postaci uśmiechu. Następnie zmienię mu pampersa i razem tego dnia osiągniemy wielki pedagogiczny sukces. Ze względu na mój charakter nie czułam się jednak usatysfakcjonowana, ale na pocieszenie nie miał mi kto zrobić ulubionego kakao ani powiedzieć coś miłego. I wtedy znów pojawiła się Waleria.

- Jestem!

- Co? Nie pisałam nic do ciebie ani nie dzwoniłam.

- To co? - Waleria stała w drzwiach mojego pokoju i przyglądała mi się z niepokojem. - Jakoś dziwnie wyglądasz - stwierdziła.

- Daj spokój! Nie mam tym razem zrobionego makijażu ani nie zmieniłam fryzury, więc o co ci chodzi?

- Tak w ogóle.

- Tak w ogóle to zbyt ogólnie. Sprecyzuj.

- Dobra. Jesteś mi potrzebna.

- Pewnie. Ja wszystkim jestem potrzebna. Ogólnie i wirtualnie.

- Ale mam na myśli real i konkretnie.

- To znaczy?

- Możesz się nim zaopiekować?

Zza pleców Walerii wyszedł kilkulatek, trochę zaniedbany, ale to zaniedbanie wynikało raczej z tego, że dzieciak chyba nie lubi się przebierać, natomiast bardzo lubi się bawić na podwórku. Ciuchy na sobie miał drogie i porządne.

- Nie, sorry. Nie jestem przedszkolanką, zresztą mam dosyć już jednego szkraba. I tak ledwo wytrzymuję opiekę nad nim. Nie, nie mogę.

- O! To już coś! Violka odmówiła, powiedziała "nie". - Waleria jakby się ucieszyła, ale jednocześnie spochmurniała. - To mój brat - przedstawiła wyraźnie niezadowolonego z sytuacji chłopca.

- Co się dzieje, że nie może mieszkać u ciebie w domu?

- A u ciebie nie może? - odpowiedziała pytaniem Waleria.

- Nie - powtórzyłam zdecydowanym głosem.

- Więc nie. Więc nie jesteś taka szlachetna i empatyczna, jak o sobie mówiłaś - dodała zawiedziona.

- Rozczarowałam cię?

- Nie. Jestem do tego przyzwyczajona. W każdym razie nie jesteś taka milusia, jak o sobie myślisz.

- To zależy.

- To zbyt ogólnie. - Waleria się uśmiechnęła. - Sprecyzuj.

Dzieciak w tym czasie rozsiadł się na kanapie, włączył telewizor i zjadł wszystkie owoce z patery. Zachowywał się bardzo swobodnie, a nawet arogancko. Podbiegł do komputera i bez problemu go włączył. Wykrzywił się, oceniając mojego laptopa jako złom i zażądał fotelika, takiego w sam raz dla niego.

- Zaradny - skwitowałam ironicznie.

Waleria wzięła malca za rękę i wyszła. Nie zatrzymywałam ich. Zrobiłam sobie kakao i odetchnęłam. Nareszcie wykazałam się asertywnością. Tyle się o tym uczyłam... więc jednak studia się przydały. Co za sukces to stwierdzić - znowu ironicznie doprecyzowałam refleksję, tym razem na swój temat.

Pogoda jakby się poprawiła. Błękitne niebo rozpłynęło się jak ocean gdzieniegdzie przetykany białymi obłokami fal. Nie dostrzegałam jeszcze promieni słońca, ale miałam nadzieję, że te wkrótce rozświetlą to i owo, aby poczuć jego energię. To niby namiastka zasilającej baterii słonecznej. Niezależnie od pory roku jest jak przypływ dobrego nastroju. Dlatego tak lubię wyjeżdżać tam, gdzie dużo słońca, a ludzie wydają się nieustannie szczęśliwi. Wydają się... bo nie ma się pewności, co ktoś myśli naprawdę. Naprawdę jest pogoda jakaś, choć nie zawsze można ją przewidzieć. Białe obłoki zamieniły się w szare, puszyste waciki nasączone kroplami rosy. Wrzosy ozdobione koralami rosy wyglądają przepięknie na moim tarasie. Tego dnia deszcz nie padał, więc nie miałam poetyckiego nastroju na recytowanie wierszy. Poza tym nie było Walerii, a solo nie chciało mi się być romantyczną. Waleria po tym, gdy nie zechciałam, aby jej brat u mnie pomieszkał, nie pogniewała się. Przysłała mi SMS-a, że mnie rozumie. Tym razem, w kwestii brata, ja nie rozumiałam Walerii. Ale sprawę wyjaśnię i to wystarczyło jako substytut promieni słonecznych. Zrobiłam sobie śródziemnomorską sałatkę (niektórzy nazywają ją "bałkańską") i sentymentalnie rozmarzyłam o czymś, co dorówna widokom wybrzeży mórz Europy Południowej. Północ nastraja mnie byronowsko[4], południe nostalgicznie, gdy jestem tu, gdzie jestem.

[4] Określenie pochodzi od nazwiska lorda George'a Byrona (1788-1824) angielskiego poety, jednego z twórców europejskiego romantyzmu.