Wydaje się, że kilka godzin stoję na deszczu. Diamentowe krople
spływają na moje ciało, chociaż jestem ubrana. Jak one przenikają
pod piękny wełniany płaszcz w kolorze soczystej zieleni? Czuję
jak osacza mnie fala lubieżnego deszczu, chociaż to tylko deszcz.
Obojętne krople, beznamiętnie spływające nie wiadomo gdzie
i jak, płyną po twarzy, rozmywając delikatność makijażu. Włosy,
przesiąknięte strugami wody, oplatają jak szarańcza wodorostów,
a dłonie są zbyt mokre, aby włosy poprawić i znów przypominać tę,
którą byłam, zanim stanęłam na przystanku "Kaskady Róż",
czekając nie wiadomo na co i po co. Jakby tysiące godzin minęło
pomiędzy mną a deszczem, który obojętnie spływa mi po ciele, choć
przecież jestem ubrana. Po co ten przenikający dotyk, w rezultacie nic
nie znaczący, niepotrzebny. Deszcz nie potrzebuje mnie, a ja nie
potrzebuję jego... na tym przystanku donikąd. Przyglądam się sobie
w lustrze stworzonym z diamentowych kropli wody... na coś się
przydały. Ale nie poznaję siebie. Za długo w deszczu, obojętnym
deszczu, więc zobojętniałam. To co, że rozkwitają kwiaty,
a czółnem można przepłynąć każdą wodę. Te walory i metody nie mogą
pocieszyć zmarzniętej, przemoczonej dziewczyny. Zaproszona do
ciepłej garderoby, wybieram suche ubrania i wychodzę jeszcze
bardziej zmieniona. Deszcz nieustannie pada, a ja, obojętna, idę
przed siebie. Obojętny deszcz i obojętna ja na deszcz, sobie
niepotrzebni i co z tego? Mijamy się wzajemnie, omijamy. Prognoza
pogody przewiduje inną opcję. Nie cieszysz się?
A jak to jest się cieszyć, gdy nie jest ważne i radosne
przebywanie w obojętnych godzinach, na deszczu na przykład.
- Hałas! Hałas! - krzyczy Waleria. Zwinięta w kłębek wełny, jest
jakby kotom na pożarcie. Dostrzegły jej barwne nitki i pędzą, aby
rozbawić je do czerwoności.
- Chcę pozostać śliwkowo-lila! - woła zrozpaczona. Ale
rozentuzjazmowane koty nic nie przyjmują do wiadomości. Kłębek to
kłębek, nic więcej.
- Hałas mu przeszkadza, więc niech się rozkręci w coś bardziej
konkretnego! - Chichot dobiega z miauczących kocich gardeł.
- Hałas! Hałas! - krzyczy Waleria.
Wędrując w stroju nie do poznania, wyrywam kotom kłębek.
Przygląda mi się Waleria.
- Skąd jesteś? - pyta.
Nie odpowiem jej, bo po co. Jakie ma znaczenie moje
pochodzenie. Ale kogoś zainteresowało, więc sukces. Tam, skąd pochodzę,
to dla mnie sukces, pytanie od Walerii. Lecz może w jej świecie to
zwyczajne takie emocje. Oba światy, jej i mój, nie podobają mi się.
- Piękny ten twój płaszcz w kolorze soczystej zieleni -
stwierdza Waleria.
- Kiedyś był piękny, dopóki nie przemókł - odpowiadam.
I muszę iść dalej, mimo że Waleria wydaje się sympatyczna.
Natomiast ja już sympatyczna nie jestem, choć może uczynna. To jednak
za mało, aby zapomnieć o deszczu i polubić Walerię.
Chmury skłębione w czarne balony, wydają się unosić ponure
nastroje. Tyle tego smutnego? - myślę. Nic banalniejszego niż
rozważania o pogodzie, ale to ona mnie przenika i określa dokąd mogę iść,
co robić. Nastrój czarnych, skłębionych chmur zamyka mnie
w ciemnym pokoju, aby jedynie przy świetle ekranów poznawać świat.
Kolorowy świat albo jest taki, jaki ktoś stworzy lub ja stworzę, pisząc
e-maila do X, Y, Z. Odpowiedzą albo nie odpowiedzą, ktoś da lajka
albo nie da lajka, więc już wiem, co tego dnia jest ważne, a co nie.
Opisałam historię Walerii. Nie otrzymałam ani jednego lajka. Ale
postanowiłam odszukać Walerię pomiędzy barwami, które ona lubi.
Wiem, że nie zmieni swojego gustu z dnia na dzień, więc to już jakiś
drogowskaz ku Walerii. Może znów powie mi coś miłego. A ja tak
potrzebuję miłych słów, bo wydaje się, jakby nie było nikogo w moim
świecie, kto wypowiada miłe słowa bez interesu dla lajka albo
sondażowego rankingu. W rezultacie nie znamy się, tylko opowiadamy
o sobie, co chcemy. Czasem lepiej poznajemy sytuacje albo pogodę
właśnie. Bo wtedy trzeba dokonać jakiegoś wyboru, jaka sytuacja
lub czy potrzebny gruby szal, czy tylko cienka koszula. Zatem aż
tyle ode mnie zależy! W co się ubiorę lub co przeczytam, lub
zobaczę. Na ekranie rozświetlającym mój ciemny pokój dawka
celebrytów na dziś, polityków na dziś, sytuacji, o których trzeba wiedzieć
dziś i... pogoda na dziś. Znowu tyle ode mnie zależy! Komu dam
lajka, a komu nie, co zrobię z wiedzą, którą dzisiaj otrzymałam jak
kroplówkę. Wyrywam tę kroplówkę z żyły, niech moja krew będzie
moja. Nie potrzebuję sztucznego wspomagania. Bo może
wspomaganie by się przydało, ale nie sztuczne - pomyślałam. Dlatego
postanowiłam odszukać Walerię. Powiem jej na powitanie: Jak miło cię
znowu spotkać! Ale włożę inny płaszcz. Może morelowy. Nie tak
bardzo rzuca się w oczy, ale go lubię. Czy i Waleria polubi mnie
w morelowym płaszczu? Bo ja jednak chyba lubię Walerię. Nie
pozwoliła pożreć się drapieżnym kotom, nie wpadła w ich ekstazę...
i powiedziała mi coś miłego. Bezinteresownie chyba.
- To nie twój interes! - krzyczy Waleria, gdy dostrzegam ją
pomiędzy kolorami śliwkowo-lila. Znowu domaga się
niezależności, szacunku dla siebie, czy jest z jakichś powodów oburzona? Tyle
pytań i tylko jedna Waleria.
- Nie narzucaj mi, draniu, swojej opinii! - krzyczy. - Mam swoje
prawa! - krzyczy jeszcze bardziej.
- Uspokój się, Waleria - podchodzę do niej i biorę za rękę, aby
poczuła, że ktoś ją utrzyma w tym chaosie.
- A, to ty! Tym razem masz piękny morelowy płaszcz! -
szepnęła zachwycona.
Zawstydziłam się, bo chciałam, aby doceniła nie płaszcz, ale mnie.
- Cieszę się, że znowu się spotkałyśmy - dodała Waleria.
- Ja też. Wyjdźmy z tego chaosu. Nie warto okazywać emocji
tym, którzy nie są tego warci - powiedziałam spokojnie.
- Ten hałas, wydawało się, że obowiązuje wszędzie - Waleria
znowu szepnęła, jakby zastraszona.
Więc znowu biorę ją za rękę, choć za nami ktoś krzyczy: - Lesby
zboczone - i oddalamy się coraz bardziej i bardziej.
- Nie jestem lesbijką - informuję Walerię, która trochę ze
zdziwieniem przygląda się mojej czule zaciśniętej dłoni na jej
delikatnym nadgarstku.
- Wiem - uśmiecha się Waleria. - Jak mnie znalazłaś, przecież
nie mam konta na Facebooku ani Instagramie.
- Wiem - tym razem ja się uśmiecham i wzruszam ramionami.
Ich ponury nastrój grzęźnie na niebie i skłóca tych, którzy
pozwolą się skłócić. Tacy słabi czy tacy samotni? Gdy rozmawiam
z Walerią, złowieszcze chmury nabierają poświaty romantycznego
granatu i błękitu. Na ich nowym tle, wydajemy się niezależne od
pogody. - Nie narzucą nam, dranie, swoich nastrojów! -
Roześmiałam się, patrząc na krople deszczu, które popłynęły po szybie, nie
wiadomo dokąd.
- Jest mi smutno - powiedziała Waleria.
Przestałam się śmiać. - Mnie chyba też jest smutno, choć przez
chwilę myślałam inaczej - stwierdziłam. Wzruszyłam także
ramionami, jakby nie była to ważna sprawa.
- Ale to jest istotne! - Waleria patrzyła na mnie szeroko
otwartymi oczami, prosząc o zrozumienie.
- Rozumiem - zapewniłam ją o swojej empatii.
- Tylko tyle, że rozumiesz? - zapytała zdziwiona. - Ja też
rozumiem i co z tego?
Wzruszenie ramionami byłoby niestosowną ripostą, więc krople
deszczu płynęły po szybie, a ja jedyne co potrafiłam, to zarecytować:
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...[1]
Dalej z Walerią recytowałyśmy ten wiersz. Popiłyśmy kawą
obrazy wyobraźni.
Gdy niebo zmienia kolor - kalejdoskop. Paleta barw uświadamia
mi mój nastrój.
Czerwień - czuję się energiczna, odważna
Róż - skłonna do wzruszeń, uczuciowa
Burgund - zmysłowa, towarzyska może trochę nadwrażliwa
Pomarańcz - aktywna i zorganizowana
Brzoskwinia - subtelna, litościwa
Żółty - rozmowna, zwrócona ku ludziom
Blada zieleń - skromna, obdarzona intuicją
Zieleń jasna - nowatorska, skłonna do zmian
Zieleń ciemna - życzliwa
Błękit morski - wierna, sentymentalna
Błękit - spostrzegawcza, pełna wyobraźni
Granat - przywódcza, odpowiedzialna
Wrzos - delikatna, wrażliwa
Fiolet - wielkoduszna
Brąz - uczciwa, praktyczna
Czerń - niezależna
Biel - samotna
Szary - smutna
Srebrny - romantyczna
Złoty - szlachetna
- I to wszystko zapisane na niebie? - pyta Waleria.
Poniekąd, czasami - odpowiadam niejednoznacznie, ponieważ
każdy inaczej określa barwę nieba. Widzimy, co chcemy zobaczyć
w danym momencie, a na niebie w szczególności. Przypomniał mi
się wierszyk "Dyzio Marzyciel"[2]:
Położył się Dyzio na łące,
Przygląda się niebu błękitnemu
I marzy:
"Jaka szkoda, że te obłoczki płynące
Nie są z waniliowego kremu...
A te różowe -
Że to nie lody malinowe...
A te złociste, pierzaste -
Że to nie stosy ciastek
I szkoda, że całe niebo
Nie jest z tortu czekoladowego" (...)
- Wiersz się kończy marzeniem o wielkim żarciu -
podsumowuje bez specjalnej euforii Waleria.
To tylko marzenia, w realu może chłopak woli inne menu.
Jednocześnie, jak chmury, napłynęło mi skojarzenie dotyczące filmu pt. "Wielkie żarcie"[3] właśnie. Jednak nie chciałam psuć idyllicznego nastroju, dlatego nie rozpoczęłam rozmowy na temat przejedzenia
i do tego bardzo obrazowo pokazanego przez Marca Ferreriego.
Zatem tylko tajemniczo się uśmiechnęłam, natomiast Waleria dalej
snuła swoje myśli.
- Przypuszczasz, że na talerzu można układać sobie kolorami
marzenia?
- Czemu nie? Jeżeli masz fantazję i wyobraźnię.
Waleria się zamyśliła. - Chciałabyś mieć taki magiczny talerz
albo magicznego chłopaka? - zapytała.
- Czemu nie? - powtórzyłam. Popatrzyłam na niebo. Było
błękitne, więc byłam pełna wyobraźni.
Muszę koniecznie porozmawiać z Mimi. O chłopakach, o poezji,
o barwach mojego nastroju, o kolorach wnętrz, o których marzę.
Inna sprawa, że aby zadowolić swoje nastroje, potrzebowałabym
wielkiego domu, z taką liczbą pokoi, aby każdy mógł być
pomalowany na inny kolor. Wtedy wybierałabym sobie danego dnia dany
pokój w odpowiednim odcieniu i... byłabym szczęśliwa. Tylko tyle
potrzebuję do szczęścia? Może nie do szczęścia, ale aby poczuć się
dobrze. Do szczęścia jeszcze potrzebna mi Mimi, zajęcie dające
satysfakcję i chłopak.
Nikt ci tego nie poda na tacy, a tym bardziej na talerzu -
zakpiłam z siebie. Owszem, świadomość swoich potrzeb mam, ale poza
zakupami, które mogę wykonać tak, jak sobie życzę, reszta wydaje
się poza zasięgiem. W przenośni i dosłownie. Dzwonię i dzwonię do Mimi. Ślę i ślę SMS-y, a ona nie reaguje nawet jednym
wyrazem, przysłanym jako odpowiedź. Jakby nie istniała, jakbym i ja
nie istniała naprawdę. Zastanawiam się, czy ją obraziłam, czy może
zmieniła numer telefonu, napisałam coś, o czym nie chce
dyskutować, a może ma depresję? Więc tym bardziej próbuję się z nią
skontaktować. Może potrzebuje życzliwości? Ale natręctwa nie
potrzebuje - pomyślałam i zrezygnowałam z prób dodzwonienia
się do Mimi. Liczę, że może jeszcze któraś z dwóch osób, które
mam w kontaktach jako ulubione, odpisze na mój SMS.
Następnie następny SMS i następny. Nikt nie odpisał. A starałam się być
miła. Może za bardzo miła? Napisać arogancko i bezczelnie, to
może zmotywuję do odpowiedzenia na mój SMS lub telefon. Więc:
Miśka, dziwko, widziałam cię wczoraj w ohydnej czerwonej miniówie. Wyglądałaś jak zdzira. Czy już ci ktoś o tym powiedział lub napisał?
Albo: Mimi, małpo. Podobno macałaś się na ulicy z Krzyśkiem. Wkładał ci łapę pod kurtkę i gorszyliście ludzi, wy, świnie
niewychowane.
Ewentualnie: Pola, wredna jędzo. Obiecałaś załatwić mi próbki kosmetyczne i jak zwykle zawiodłaś, chamico bez empatii.
Nie jestem jeszcze gotowa na takie mentalne doświadczenie, ale
biorę pod uwagę taką opcję. A może ja jednak nie istnieję? Lecz nie
przypominam sobie, abym umarła. Szczypię się kilka razy w nogę
i policzek, odczuwam wszystkie bodźce. Wkładam słuchawki na
uszy i słyszę muzykę. Słyszę wyraźnie, widzę doskonale. A może
tylko ja widzę i słyszę. Inni mają inne zmysły.
Oszalałaś, Violka! Co za idiotyczne opinie mi przysyłasz! Nie noszę czerwonych miniówek! Masz chyba halucynacje! - Hurra!
Miśka odpisała - ucieszyłam się.
Z Krzyśkiem nie widziałam się od roku i nie mam zwyczaju "macać się" (jak to niewybrednie określiłaś) z kimkolwiek na ulicy. Zwariowałaś, Violka! - Super! I Mimi dała znak, że żyje oraz
odbiera SMS-y.
Próbki kosmetyczne czekają na ciebie, Violu, w moim
gabinecie. Wiem, że chcesz poderwać jakiegoś chłopaka, więc życzę ci tego serdecznie wraz z zestawem upiększającym. Dorzucę nawet tubkę kremu, abyś nie nazywała mnie chamicą bez empatii. A tak w ogóle, na pewno dobrze się czujesz? - No i Pola zareagowała!
Miałam dzisiaj dzień triumfu i sukcesów! Oczywiście adekwatnych
do wymagań. Bo chciałam tylko z kimś pogadać... ale to i tak nie
było to, o czym marzyłam. Tyle że cieszę się, że nie mam
halucynacji, nie zwariowałam i w rezultacie czuję się... jak należy
w świecie, w którym żyję naprawdę?
- Jestem!
- Co? Nie pisałam nic do ciebie ani nie dzwoniłam.
- To co? - Waleria stała w drzwiach mojego pokoju
i przyglądała mi się z niepokojem. - Jakoś dziwnie wyglądasz - stwierdziła.
- No tak, zrobiłam sobie makijaż. Trochę szczególny, dla
ukrycia defektów urody.
- Wyszło, że nie masz w ogóle urody. - Waleria się zasmuciła.
I te ciuchy... - dodała zmartwiona. - Idziesz na randkę? Ten
chłopak chyba nie jest zbyt wymagający.
- No wiesz... - oburzyłam się. - Nie idę na randkę, może bym
chciała. Ale jeszcze nie teraz.
- Dlaczego? W czym problem? - pyta zdziwiona Waleria.
- Za dużo złych wspomnień, a za mało pewności siebie -
odpowiadam bez udawania, że jestem jakąś bojowniczką.
- Chyba rozumiem.
- Tylko tyle? - chciałam powiedzieć, że też rozumiem i co z tego.
Jednak przemilczałam tę uwagę. Waleria i tak została,
przegadałyśmy wieczór. Nawet nie wiem, o czym rozmawiałyśmy, tylko
błahe sprawy, było miło. Komputera nie włączałam, nikt e-maila
ani SMS-a mi nie przysłał. Chociaż chyba jedna osoba mnie lubi
na Facebooku. Sukces! To we współczesnych czasach jakby żart,
radość z jednego lajka. Nie było żadnego lajka ani polubienia.
Faktycznie żartowałam.
[1] L. Staff, Deszcz jesienny.
[2] J. Tuwim, Dyzio Marzyciel.
[3] M. Ferreri, Wielkie żarcie.