Przedmowa
Przedmowa
Thore D. Hansen
Brunhilde Pomsel to jedna z nielicznych osób dopuszczonych bezpośrednio
do jednego z największych zbrodniarzy w historii. Była stenotypistką i sekretarką Josepha Goebbelsa w Ministerstwie Propagandy. Wkrótce po
przejęciu władzy przez Adolfa Hitlera wstąpiła do NSDAP, aby zapewnić
sobie posadę w państwowym radiu. W 1942 r. podjęła pracę w Ministerstwie
Propagandy i Oświecenia Publicznego i aż do kapitulacji Berlina, w maju
1945 r., pracowała w sekretariacie hitlerowskiego ministra propagandy
wśród kierowniczej elity narodowego socjalizmu. Jeszcze w ostatnich
dniach wojny, gdy sowieckie wojska zajęły już Berlin, zamiast skorzystać
z okazji ucieczki, wystukiwała na maszynie w bunkrze urzędowe pisma, a nawet uszyła flagę oznajmiającą oficjalną kapitulację Berlina. Dopiero
siedemdziesiąt lat po wojnie zdecydowała się przerwać milczenie i opowiedzieć o swoim życiu.
Filmowcy: Christian Krönes, Olaf S. Müller, Roland Schrotthofer i Florian Weigensamer, w dokumentalnym filmie Ein deutsches Leben
(Niemieckie życie), zaprosili Brunhilde Pomsel do opowiedzenia
historii swojego życia przed kamerą, w efektownym czarno-białym
oświetleniu. Opowieść dojrzałej kobiety jest jednocześnie osobliwa i fascynująca. Niniejsza książka powstała na podstawie wspomnień
zapisanych w 2013 r. W celach wydawniczych autor uporządkował je
chronologicznie i delikatnie skorygował niezręczności językowe
towarzyszące zazwyczaj słowu mówionemu.
Swoją opowieść Brunhilde Pomsel zaczyna od dzieciństwa w Berlinie, gdzie
urodziła się w 1911 r. Kobieta wspomina wybuch I wojny światowej i małomównego ojca, który w 1918 r. cały i zdrowy powrócił z Rosji. Surowe
wychowanie, którego doświadczyła, będąc starszą siostrą czterech
chłopców, na zawsze odcisnęło piętno na jej życiu. Ojciec był
człowiekiem zamkniętym, a tematów politycznych nie poruszało się w domu.
Brunhilde Pomsel dorastała w bogatszej dzielnicy Berlina. Rodzina nie
cierpiała głodu i uniknęła nędzy, podczas gdy w pozostałej części
miasta, jak i w całych Niemczech, większość ludzi żyła na skraju
ubóstwa. Atmosfera w kraju była napięta, na ulice wychodzili
protestujący komuniści i naziści o skrajnie przeciwnych poglądach
politycznych, coraz częściej dochodziło też do mniej lub bardziej
brutalnych bójek. Ale w willowej dzielnicy Südende życie płynęło swoim
codziennym, spokojnym rytmem.
Z perspektywy lat decydujący dla kariery Brunhilde Pomsel wydaje się
jej obojętny stosunek do nowo powstałego ruchu, NSDAP. Heinz, jej
wakacyjna miłość, poznał ją pod koniec 1932 r. z zasłużonym oficerem,
weteranem I wojny światowej. Spotkanie okazało się dla młodej kobiety
ważne: zaopiekował się nią Wulf Bley, późniejszy reporter radiowy,
członek partii od jej założenia. To on po zwycięstwie NSDAP w marcu 1933
r. jako sprawozdawca w obecności całej nazistowskiej elity wzniośle
komentował marsz z pochodniami. Wkrótce po przejęciu władzy przez
Hitlera Wulf Bley zaproponował Brunhilde pracę w Deutsche Theater.
Niestety, zawiódł tam jako dramaturg, ale będąc członkiem NSDAP, dostał
kolejną propozycję pracy i zasugerował Pomsel wstąpienie do partii, żeby
móc zatrudnić ją w państwowym radiu jako swoją sekretarkę. Radio już od
dawna było w rękach nazistów - wszyscy żydowscy dyrektorzy zostali
zwolnieni i otrzymali zakaz wykonywania zawodu.
Wkrótce Wulf Bley został ponownie przeniesiony, ale dla Brunhilde Pomsel
spotkanie z nim było początkiem kariery, której efektem była praca w centralnym kręgu władzy, oraz rozpoczęciem niezwykłego życia, o którym
bohaterka opowiedziała dopiero w sędziwym wieku.
Chociaż przez siedemdziesiąt lat wiele wspomnień się zatarło, kluczowe
wydarzenia i punkty zwrotne pozostały w jej pamięci. Te fragmenty
burzliwego życia, ale też sposób, w jaki Brunhilde Pomsel traktuje swoje
doświadczenia w radiu, a potem w Ministerstwie Propagandy, nie są wolne
od kontrowersji. Wciąż zauważamy, że bohaterka chce ukryć pewne
informacje, aby jednak potem przyznać się do różnych sytuacji, i na tym
polega urok jej opowieści.
Opowieść o Brunhilde Pomsel nie dostarcza nowej historycznej wiedzy, ale
umożliwia wejrzenie w osobowość ówczesnego biernego uczestnika wydarzeń
historycznych, stając się automatycznie ostrzeżeniem dla współczesnych -
dla nas wszystkich. Nie da się zaprzeczyć, że teraz, podobnie jak
kiedyś, tendencje antydemokratyczne i prawicowy populizm osiągnęły
poziom niebezpieczny dla społeczeństwa i systemu demokratycznego.
Analitycy polityczno-socjologiczni od 2015 r. z niepokojem zadają sobie
pytanie, jak mogło dojść do tego, że w Europie, a także w Stanach
Zjednoczonych znowu toleruje się wygłaszanie jedynie prawicowych
poglądów, traktuje się pewne grupy społeczne gorzej i akceptuje się
ataki na mniejszości narodowe, np. uchodźców. Wybór Donalda Trumpa na
45. prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki ożywił europejskich
populistów, ponieważ potrafił on zmobilizować hasłami i obietnicami
swoich wyborców mimo wielu różnic społecznych, podczas gdy ponad 40
procent Amerykanów w ogóle nie wzięło udziału w wyborach.
W wielu zachodnich państwach znów mówi się o konieczności silnej władzy
kierowniczej i nie spotyka się to z powszechną dezaprobatą. Czy
populiści i faszyści znów posłużą się biernymi uczestnikami, milczącą
masą, aby zniszczyć demokrację?
Brunhilde Pomsel nie interesowała się polityką. Dla niej ważniejsza była
praca, zabezpieczenie materialne, lojalność wobec zwierzchników,
potrzeba przynależności i awansu społecznego. Obrazowo i szczerze
opisuje swoją karierę. Odrzuca osobistą winę za zbrodnie nazistowskiego
systemu.
Po premierach filmu w Izraelu i San Francisco rzadko było słychać
pogardliwe głosy albo oskarżenia. "Chapeau bas! przed tym, kto z pewnością może powiedzieć o sobie, że nie brał w tym udziału" -
stwierdza korespondentka "Frankfurter Rundschau".
Widzowie nie osądzali Brunhilde Pomsel, lecz zastanawiali się nad
współczesnością i obecną sytuacją. Czy powtórzą się mroczne lata
trzydzieste? Czy jako lękliwi i bierni obywatele ponosimy
odpowiedzialność za wzmocnienie się nowej prawicy? Przez kilka dekad
myśleliśmy, że widmo faszyzmu zostało pokonane. Ale Brunhilde Pomsel
uświadamia nam, że tak nie jest. W filmie zadziwiająco klarownym opisom
niewinnej codzienności czasu wojny, karierze Pomsel jako "dziewczyny
apolitycznej", jej emocjonalnemu dystansowi do rzeczywistości
przeciwstawione są cytaty Goebbelsa, ludzkie zwłoki, wychudzeni Żydzi
oswobodzeni z obozów koncentracyjnych, materiały propagandowe i inne
demaskujące aspekty nazistowskiej Rzeszy. Wszystko to bez komentarza
jako ostry kontrast do spostrzeżeń i wspomnień bohaterki.
Skojarzenia widzów, nieuchronne porównania ze współczesnością stały się
dla mnie bodźcem do skonfrontowania w niniejszej książce doświadczeń
Pomsel z dzisiejszymi dążeniami. Czy obawy, że historia może się
powtórzyć, są przesadzone? A może już doszliśmy do momentu, w którym
nowej epoki faszyzmu albo autorytaryzmu nie da się zatrzymać? Czy
historia Brunhilde Pomsel może być wskazówką, jak dążenie do osobistych
korzyści pozwala lekceważyć procesy społeczne i polityczne?
Aby przez biografię Brunhilde Pomsel zbliżyć się do współczesności,
trzeba też się zastanowić, jaką odpowiedzialność za aktualne wydarzenia
ponoszą elity demokratyczne i czy sytuacja nie jest analogiczna do tej z lat trzydziestych XX wieku.
Wyzwania nowoczesności, takie jak: kryzysy finansowe, fale uchodźców,
przemiany klimatyczne, warunki socjalne różnych grup społecznych na
całym świecie, i wynikające z tego obawy przed degradacją i obcymi
wpływami u niektórych prowadzą do wycofania się z życia społecznego,
obywatelskiego w sferę wyłącznie prywatną, a nawet wiodą do radykalizmu.
Pozornie Brunhilde Pomsel ponad siedemdziesiąt lat temu żyła w zupełnie
innym świecie niż my obecnie. Bohaterka opowiada o swoich kolejnych
wyborach, dla odbiorcy z pozoru dość logicznych, rozsądnych i zrozumiałych. Dochodzimy jednak do tego momentu w jej życiu, w którym
zadajemy sobie pytanie: czy i ja nie pracowałbym wtedy w sekretariacie
Goebbelsa? Jak wiele cech z osobowości Brunhilde Pomsel ma każdy z nas?
Albo, jak prowokująco spytał jeden z redaktorów wkrótce po premierze
filmu, czy my wszyscy trochę nie przypominamy głównej bohaterki?
Miliony osób takich jak Brunhilde Pomsel, myślących tylko o swojej
karierze, materialnym zabezpieczeniu, a przy tym akceptujących
niesprawiedliwość społeczną i dyskryminację mniejszości, to solidny
fundament dla każdego manipulacyjnego, autorytarnego systemu, i są oni
bardziej niebezpieczni niż wierni radykalni wyborcy ekstremalnych
partii. Brunhilde Pomsel ostatecznie sama dostrzegła, że jej kraj
pogrążył w mroku cały kontynent i doprowadził do jego cywilizacyjnego
upadku.
Zanim historia się powtórzy, dostrzeżenie i analiza podobieństw między
przeszłością a teraźniejszością są dla nas szansą na refleksję o własnej
moralności i bodźcem do działania, gdy trzeba się będzie zbuntować i otwarcie przeciwstawić radykalizacji. Jakże lekkomyślnie obchodzimy się
wszyscy z naszym wewnętrznym miernikiem moralnym! Dla jakże
prymitywnych, krótkotrwałych i banalnych celów bądź pozornych sukcesów
poświęcamy nasze zasady! Są pytania, na które historia Brunhilde Pomsel
nie może nam dać wyczerpującej, zawsze aktualnej odpowiedzi. Za każdym
razem potrzebna jest indywidualna refleksja.
W wielu krajach Europy i w USA do coraz większej władzy dochodzą
populiści. Niektóre kierownictwa państw środkowoeuropejskich, jak w Polsce i na Węgrzech, dezintegrują demokratyczne systemy. W Turcji nie
obowiązują zasady państwa prawa i wolność sumienia, a masowe
aresztowania i fale czystek wśród dziesiątek tysięcy domniemanych
przeciwników stały się czołowym przykładem mechanizmów rodzącej się
dyktatury. Na tym nie koniec - warto również dostrzec fenomen Donalda
Trumpa w USA z najostrzejszą w historii Stanów Zjednoczonych walką
wyborczą przeciwko mniejszościom i migrantom, establishmentowi oraz
kampanię wyborczą prowadzoną za pomocą kłamstw i rasistowskich haseł,
dzięki którym urząd prezydenta zapewnił sobie biznesmen zajmujący się
handlem nieruchomościami.
Ta sytuacja i coraz wyraźniejsze głosy populistów z Europy są
zwiastunami nowej epoki autorytarnych dążeń, które zagrażają podstawom
wolności i demokracji. Na tym tle historia Brunhilde Pomsel jest
emocjonalną matrycą konfrontującą czytelnika z nadal aktualną kwestią
własnej odpowiedzialności za wydarzenia polityczne - jest ostrzeżeniem
przeciw bierności i wskazaniem miejsca, w którym znajdujemy się wszyscy
jako społeczeństwo oraz każdy indywidualnie.
Brunhilde Pomsel opowiada też o swoim dzieciństwie, pracy u żydowskiego
adwokata, wstąpieniu do partii, pracy w państwowym radiu i Ministerstwie
Propagandy aż do końca wojny, internowaniu w sowieckim obozie specjalnym
oraz o powrocie do normalnego życia na wolności. Poznajemy również los
jej żydowskiej przyjaciółki, Evy Löwenthal, która jako młoda dziewczyna
ledwo utrzymywała się w Berlinie z pisania felietonów, a w 1943 r.
została wywieziona do Auschwitz i tam zamordowana.
Z opowieści Pomsel wynika, że przyczyną awansu i sukcesów nazistów jest
brak w społeczeństwie zainteresowania polityką oraz brak empatii i solidarności, nawet jeśli ona sama tego nie zauważa albo nie potrafi
zauważyć.
Podsumowanie całego życia skłania główną bohaterkę do refleksji na temat
swoich wyborów i ich skutków. Mówiąc słowami polskiego pisarza Andrzeja
Stasiuka: "Im bardziej się boimy, tym większych tchórzy wybieramy.
Poświęcą oni wszystko, by władzy nie utracić. Poświęcą nas, poświęcą
kraj, poświęcą kontynent".
Czy będziemy żyć tchórzliwie w ukryciu, czy przeciwstawimy się złu?
Thore D. Hansen, styczeń 2017
Nie interesowaliśmy się polityką
Nie interesowaliśmy się polityką
Młodość w Berlinie lat trzydziestych
Wspomnienia Brunhilde Pomsel zaczynają się mgliście wybuchem I wojny
światowej w sierpniu 1914 r., Brunhilde ma wtedy trzy lata. Matka
niespodziewanie dostaje telegram, że ojciec jako jeden z pierwszych
został powołany do wojska. Jadą niezwłocznie dorożką na berliński
Potsdamer Bahnhof, żeby pożegnać ojca. Po czterech latach wojny, w listopadzie 1918 r., wróci on cały i zdrowy.
Moje wspomnienia są dla mnie bardzo ważne. Prześladują mnie. Nigdy mnie
nie opuszczają. Chociaż zapominam nazwiska i pewne wydarzenia, których
już nie potrafię opisać słowami. Ale poza tym jest wszystko jak w dużym
leksykonie albo książce z obrazkami. Cofam się w myślach do czasów,
kiedy byłam małą dziewczynką. Wiem też, że samym swoim istnieniem
sprawiłam radość wielu ludziom. To całkiem miła myśl.
Pamiętam dokładnie, jak ojciec wrócił z wojny. Pytaliśmy wtedy matkę:
"Mamusiu, co robi ten obcy człowiek w naszym mieszkaniu?". A potem
zaczęły się trudne czasy. Był głód. Pod koniec I wojny światowej
organizowano jadłodajnie. Chociaż matka zawsze dla nas gotowała, kiedyś
powiedziała: "Spróbujmy", i poszła z nami, dziećmi, do takiej
jadłodajni, gdzie zjedliśmy obiad. A kiedy wyszliśmy, powiedziała:
"Nigdy więcej tego nie zrobię".
W drodze powrotnej często prosiłam matkę: "Chciałabym wbić gwóźdź w Hindenburga"1. Na placu Królewskim stała olbrzymia,
niewykończona drewniana figura, przedstawiająca feldmarszałka
Hindenburga. I za pięć fenigów - berlińczycy mówili na pięć fenigów
"szóstak" - za szóstaka dostawało się do ręki młotek i gwóźdź i wolno
było go wbić gdzieś w określone miejsce. To było... to trzeba było zrobić.
Matka pozwalała mi wydać na to pieniądze, żeby sprawić mi przyjemność.
Ojciec miał szczęście. Był w Rosji, zawsze w Rosji, mimo to nie został
ranny ani zabity. Ale wojna pozostawiła inne ślady. Stał się człowiekiem
jeszcze cichszym i być może dlatego w domu o polityce się nie mówiło.
Póki nie nadeszli naziści, wtedy zaczęto mówić, ale też tylko ogólnie.
W tym czasie wielodzietnej rodzinie nie było łatwo. Było nas pięcioro
dzieci. Na świat miała przyjść jeszcze dziewczynka, ale ciągle rodzili
się tylko chłopcy. Wówczas jeszcze nie potrafiono kontrolować "tych
spraw", zawsze więc pozostawiano to przypadkowi. Jako najstarsza i na
dodatek jedyna dziewczynka byłam trochę za bardzo obciążana.
Odpowiadałam za wszystko, co robili chłopcy. Zawsze się mówiło:
"Powinnaś była uważać!". Według moich dzisiejszych obserwacji wtedy
niewłaściwie wychowywano dzieci. Przychodziły na świat, zapewniano im
byt, karmiono i dawano też jakieś zabawki, piłkę albo lalkę, ale nic
więcej. Musieliśmy o wszystko pytać i byliśmy wychowywani bardzo surowo.
Od czasu do czasu dostawało się też klapsa. Ciągle się coś działo.
Byliśmy prawdziwą normalną niemiecką rodziną.
Ja, jako najstarsza, dźwigałam niejeden ciężar. Tak było także później,
gdy dziecko podrosło i miało jakieś życzenia czy marzenia, było w tym
też troszkę złośliwości, w sensie: "Jakie masz zachcianki?". Nie było
się traktowanym poważnie.
Żyliśmy bardzo skromnie, ale byliśmy zawsze najedzeni. Nie przypominam
sobie głodu, a to nie było oczywiste przy takiej liczbie ludzi
bezrobotnych i biednych.
Wszystkim rządził ojciec, był proszony o wiele rzeczy, które często
próbowaliśmy daremnie przepchnąć u matki, a ona nie dawała się nabrać.
Na ogół mówiła: "Zapytaj ojca". Później ojciec został dobrym kumplem,
ale gdy byliśmy mali, musieliśmy być posłuszni.
Człowiek uczył się, co mu wolno, a czego nie wolno. I uczył się, że za
to, czego robić nie wolno, czeka kara. A tych spraw było dużo. Na
przykład od czasu do czasu kupowano drogie jabłka. Leżały policzone na
paterze na bufecie. Raptem jednego brakowało. "Kto wziął jabłko? Nikt?
Wszyscy do mnie! Ty, ty?". Każdy z osobna został odpytany, ja nie. "A więc jeżeli nikt ich nie ruszał, to jabłek nie ma w ogóle". Wtedy któreś
mogło powiedzieć: "Widziałam, jak Gerhard bawił się paterą". W ten
sposób podburzano nas, dzieci, przeciwko sobie.
Albo też matka miała zwyczaj odkładać drobne do filiżanki w kuchennym
kredensie. Kusiło, żeby sięgnąć do środka i wyjąć sobie jeden grosz albo
dwadzieścia fenigów. Ktoś to kiedyś zrobił i zdradził się tym, że nagle
biegał z olbrzymim cukierkiem. Dzieci są przecież głupie. Takie rzeczy
były karane choćby dla przykładu. Wtedy dostaliśmy wszyscy troje
trzepaczką po tyłku. Nieźle bolało. I już był znowu spokój w rodzinie,
ojciec był szczęśliwy, że spełnił swój obowiązek, a my, dzieci,
uznaliśmy, że nie było tak strasznie i że kiedyś może znowu to zrobimy.
W życiu rodzinnym kierowano się posłuszeństwem; miłością i wyrozumiałością niewiele by osiągnięto. Być posłusznym i troszkę przy
tym oszukiwać, a do tego kłamać albo zrzucać winę na drugą osobę. W ten
sposób budzono w dzieciach cechy, których właściwie nie miały.
W każdym razie nie zawsze wśród wielu osób przebywających w jednym
mieszkaniu panowała tylko miłość. Wszyscyśmy dostawali za swoje. Ja,
jako dziewczynka, trochę mniej, ale często mówiono: "Akurat ty, ponieważ
jesteś duża, powinnaś być mądrzejsza i to wiedzieć" - wytykano mi wciąż
pogardliwie. Zawsze to ja ponosiłam odpowiedzialność za wszystko, co
zrobili chłopcy.
Później, gdy mieliśmy dziesięć, jedenaście lat, chcieliśmy zawsze
wiedzieć, jakie były wybory polityczne naszych rodziców. Oni nam tego
nigdy nie powiedzieli. Do dziś nie wiem dlaczego. To była tajemnica.
Polityka w ogóle w domu nie istniała. To nas nie interesowało. Ojciec i bez tego był bardzo dyskretny, także na temat swojej młodości. On też
pochodził z wielodzietnej rodziny. Wiele lat później, gdy już dawno nie
żył, dowiedziałam się, że jego ojciec odebrał sobie życie. I że mój
ojciec z braćmi i jedyną siostrą wychowywał się w drezdeńskim
sierocińcu. Dowiedziałam się o tym przypadkiem, dopiero około
czterdziestu lat temu. Wtedy matka jeszcze żyła. Zapytałam ją: "Mamo,
wiedziałaś?". Powiedziała: "Tak". "A dlaczego nam nigdy nie
powiedziałaś?". "Tata nie chciał". Tata nie chciał i tego się trzymała.
Jego ojciec był nadwornym ogrodnikiem Królestwa Saksonii, miał nawet
tytuł. Wyhodował truskawkę, dostał za nią dyplom i zapewne również spory
majątek. Potem spekulował na amsterdamskiej giełdzie kwiatowej i utracił
całą swoją posiadłość, bardzo ładny dom z ogrodem, a potem, rzucając się
w Dreźnie z mostu pod nadjeżdżający pociąg, zostawił żonę i pięcioro
dzieci. Wkrótce potem umarła matka. Tej tragedii ojciec bardzo się
wstydził. Mieliśmy się o tym nigdy nie dowiedzieć, ale po wielu, wielu
latach jednak poznałam prawdę od pewnej kuzynki.
Pamiętam jeszcze, że u nas zawsze się mówiło: "Nie mamy pieniędzy". Tata
był dekoratorem i miał robotę, co samo w sobie było już w owych czasach
luksusem. Dzięki temu zawsze starczało nam pieniędzy. Nigdy nie
głodowaliśmy, tak jak wielu ludzi po przegranej I wojnie światowej.
Zawsze mieliśmy co jeść. Było prosto i skromnie, ale można się było
najeść do syta. Dużo jarzyn. Matka potrafiła robić cudowne warzywne
eintopfy, jeszcze dzisiaj czasem do nich tęsknię. Czy to była brukselka,
czy biała kapusta z kminkiem albo fasolka z pomidorami, z pomidorami to
był już luksus. Bez pomidorów też było dobre. I zawsze jeszcze starczyło
na gęś na Boże Narodzenie, to po prostu musiało być. I zawsze musiało
być piwo dla taty. A mama dostawała jeszcze na Wielkanoc coś ładnego do
ubrania.
Gdy miałam jakieś czternaście lat, moje przyjaciółki dostawały już
kostium albo palto. Ja nie. Ja otrzymywałam znoszone rzeczy, które dla
mnie przerabiano. Po prostu dopasowywano je do mnie, nie byłam bardzo
rozpieszczana. Wiedziałam, że mamy mało pieniędzy. Jednak człowiek z natury pragnie tego, co mają inni, więc zazdrościłam ubrań koleżankom.
Mówiło się wciąż, że nie ma pieniędzy, ale zawsze mogliśmy zapłacić
czynsz, a gdy potem po podstawówce nauczycielka powiedziała o mnie:
"Dziecko musi koniecznie iść wyżej, ona jest zdolna", to i na to
znalazły się pieniądze. Matka z trudem wyciągała od ojca fundusze na
szkołę średnią. Myślę, że musieli wydać miesięcznie na ten cel pięć
marek. Zatem poszłam do szkoły średniej i chodziłam do "rocznego". To
było zakończenie szkoły średniej. Kto chciał robić maturę, musiał pójść
do liceum2.
To w ogóle nie wchodziło w grę. Studia? Kto w ogóle studiował
dziewięćdziesiąt lat temu? To byli rzeczywiście tylko wybrańcy. W każdym
razie nie my.
Gdy byłam jeszcze w szkole, chciałam zostać śpiewaczką operową albo
nauczycielką. Byłam tak dobra w szkole, że pewna bogata pani zapytała
moją matkę: "Pani Pomsel, czy pani córka nie mogłaby odrabiać lekcji u nas, z moją Ilse? Ja nie potrafię, a dziewczynka nie robi postępów,
potrzebuję pomocy".
Ilse była moją przyjaciółką, zrobiłam to więc chętnie. Razem z nią
odrabiałam lekcje, co nie znaczy, że dawałam jej przepisywać,
rzeczywiście pomagałam i tłumaczyłam. Poprawiła się znacznie tylko
dlatego, że miałam do niej cierpliwość i chętnie tam chodziłam. To była
bardzo bogata rodzina, od razu po przyjściu dostawałam kawę albo herbatę
i oczywiście coś słodkiego, jej matka była Włoszką, dawną śpiewaczką
operową. Mieli cudowny fortepian, ona zawsze śpiewała... śpiewała nam arie
operowe, a my siedziałyśmy oczarowane i słuchałyśmy. To był piękny czas,
mnie też tam było lepiej, bo w naszym mieszkaniu było zawsze głośno i gwarno. Nigdy nie mogłam w spokoju odrobić lekcji. I wtedy chciałam
zostać śpiewaczką operową, ale na to pewnie nie starczyło pieniędzy.
A przy naszej szkole średniej można było jeszcze uczęszczać do szkoły
gospodarstwa domowego. Ale ojciec powiedział: "Dosyć tego. Jeszcze za to
płacić nie będę. Gospodarstwa domowego nauczy się w domu, nie w szkole.
Koniec ze szkołą". A więc po rocznym kursie opuściłam szkołę średnią.
Najpierw zostałam u matki za pomoc domową. Ale to nie mogło się dobrze
skończyć. To było okropne. Pracę w kuchni uważałam za straszną, a mama
była szczęśliwa, zlecając mi wycieranie kurzu w mieszkaniu, bo w kuchni
i tak robiłam wszystko źle, było więc bardzo niewesoło. Matka zawsze
chciała, żebym podjęła prawdziwą naukę zawodu. A ja chciałam wówczas jak
najszybciej pracować po prostu w biurze, obojętne gdzie, byle w biurze.
Dla mnie panie idące do biura, a więc sekretarki, urzędniczki albo
agentki pracujące w towarzystwie ubezpieczeniowym, były bardzo
atrakcyjne, wydawało mi się to zdecydowanie warte poświęcenia i trudu.
A potem sama znalazłam dla siebie posadę, przeglądając "Berliner
Morgenpost", ta gazeta wtedy już wychodziła: "Młoda, pilna
wolontariuszka poszukiwana na dwa lata". Przyjrzałam się dokładniej
ogłoszeniu: miejsce - Hausvogteiplatz, to była wówczas bardzo elegancka
okolica. Wiedziałam, nobliwa okolica, tam mieszka elita kraju. Zgłosić
się mogłam do godziny 13.00. Natychmiast wsiadłam do S-Bahnu i pospieszyłam do firmy Kurt Gläsinger i Co. To było na Mohrenstrasse.
Wszystko bardzo eleganckie, wspaniały dom z czerwonymi dywanami i windą.
Weszłam schodami po tych miękkich dywanach. Wkroczyłam do bardzo
ładnego, dużego biura, a tam siedział pan Bernblum, żydowski prokurent,
surowy, ale prawdziwa osobowość. I jeszcze trzy, cztery panie. Jedna z nich miała być zastąpiona. W każdym razie najpierw on zaczął ze mną
rozmawiać. Pytał o wiele spraw i nagle powiedział: "W porządku, tutaj ma
pani umowę wolontariacką, tylko musi ją podpisać któreś z rodziców,
ponieważ pani nie jest pełnoletnia. Czy może pani przyjść jeszcze raz z ojcem albo matką?".
Poruszona pojechałam do domu i po pierwsze poinformowałam rodzinę. Na
początku nasłuchałam się wielu narzekań: "Bezczelność... bez pytania... a kto dał ci pieniądze na bilet?". Ale potem mama pojechała ze mną i podpisała kontrakt na dwa lata. Za królewskie pobory wolontariackie
miesięcznie dostawałam dwadzieścia pięć marek.
Potem u Kurta Gläsingera i Co. robiłam wszystko to, co było trzeba:
stenografia, pisanie na maszynie, a wieczorem jeszcze uczęszczałam na
kursy w Wyższej Szkole Handlowej i uczyłam się podstaw księgowości.
Akurat moje umiejętności stenograficzne, które później umożliwiły mi
pracę w radiu i Ministerstwie Propagandy, tam nie były bardzo potrzebne.
Już przed wolontariatem umiałam wspaniale stenografować, kończyłam
zawsze pierwsza tylko dlatego, że w czasach szkolnych byłam śmiertelnie
zakochana w nauczycielu. Ale on we mnie nie...
Pracowałam tam dwa lata. Najprzyjemniejsza była zawsze droga do pracy.
S-Bahnem z Südende do Potsdamer Ringbahnhof. Potem pieszo do Leipziger
Platz. To był zawsze półgodzinny spacer. A jeśli poszłam Leipziger
Strasse zamiast Mohrenstrasse, mijałam wiele pięknych sklepów. Wspaniałe
wystawy z modnymi, ładnymi i nieosiągalnymi rzeczami, o których
myślałam, że nigdy nie będę mogła ich kupić. Mimo to zawsze było miło
obejrzeć te suknie i pomarzyć.
A firma, a więc codzienna praca, też była całkiem przyjemna. Poza tym
wszystkiego się dzielnie uczyłam i prawdopodobnie także przyzwoicie.
Mogłam również przejąć obsługę telefoniczną. Od pewnego czasu mieliśmy
nawet w domu telefon - dla nas, dzieci, najsurowiej zakazany. Nie wolno
było nawet do niego podchodzić. Ale też do kogo mielibyśmy dzwonić? Nie
wiedzieliśmy nawet, jak i do kogo się dzwoni. Któż miał w tych czasach
telefon? Pan Bernblum mówił do mnie: "Panno Pomsel, proszę mnie połączyć
z firmą Schulze i Menge". Wtedy musiałam najpierw pod jego kontrolą
poszukać kontaktu, aż go znalazłam, drżącymi rękami wykręcałam numer,
wtedy ktoś się zgłaszał: "Tu Urząd Südring". Wtedy ja mówiłam:
"Chciałabym Urząd Nordring, bardzo proszę". Wtedy znowu ktoś się
zgłaszał: "Jaki numer?". Ja mówiłam numer i w pewnej chwili zgłaszała
się firma. A potem musiałam jeszcze powiedzieć: "Chciałabym mówić z panem takim a takim, dla pana takiego a takiego". Dla kogoś, kto nigdy z czymś takim nie miał do czynienia, było to bardzo trudne. Dzisiaj nie
sposób sobie tego wyobrazić. Teraz trudno mi uporać się z komórką.
Ale wówczas byłam bardzo pilna. Zawsze. To mi pozostało. To coś
pruskiego, to poczucie obowiązku. Trochę też to podporządkowanie się. To
wyniosłam z domu rodzinnego, tam trzeba było się zawsze dostosować,
inaczej się nie dało. Wówczas rzeczywiście konieczna była pewna
surowość. Trzeba było pytać o wszystko, nie dysponowało się też
pieniędzmi. Kieszonkowe wtedy jeszcze nie istniało. Dziś dzieci od
pewnego wieku dostają pieniądze. Czasem coś nam dawano. Ja dostawałam
coś tylko dlatego, że codziennie po obiedzie zmywałam naczynia, i to po
dużej rodzinie. Dawniej to nie było takie proste, że odkręcało się wodę
i spłukiwało naczynia. Musiałam grzać ciężkie kociołki wody i były dwie
miednice. W jednej zmywało się naczynia w wodzie z sodą, druga służyła
do płukania i potrzebne było jeszcze miejsce do odstawienia umytych
naczyń. To dużo roboty. I za to dostawałam kieszonkowe. Wydaje mi się,
że były to nawet dwie marki miesięcznie. Dlatego pierwsza praca -
wolontariacka - i pierwsze pieniądze były dla mnie bardzo ważne.
U pana Bernbluma pracowałam dwa lata. Potem zaproponowano mi, żebym
pozostała z pensją dziewięćdziesiąt marek miesięcznie, ale to musiałam
omówić z rodzicami, bo ciągle jeszcze nie miałam dwudziestu jeden lat. A ojciec powiedział: "dziewięćdziesiąt - nie, to za mało. Musisz zażądać
stu".
Następnego dnia powiedziałam panu Bernblumowi, że ojciec nalega na sto.
"Przykro nam, ale musimy wymówić". I wymówili mi pracę. Ojciec
powiedział: "W porządku, ona poszuka sobie czegoś nowego".
Musiałam po raz pierwszy pójść do Urzędu Pracy, zostałam zarejestrowana
jako bezrobotna i dostałam do ręki adresy, gdzie powinnam się udać.
Wtedy krótko pracowałam w księgarni. Bardzo lubiłam czytać. Wprawdzie
jeszcze niewiele przeczytałam, ale czytanie było szalenie przyjemne. I oni bez problemu płacili sto marek. To była ta niezwykle ostra zima 1929
r., skończyłam osiemnaście lat. To była okropna posada. W pomieszczeniach było zimno. Dopiero później palono, a pracownicy byli
prostaccy i niesympatyczni. Byłam bardzo nieszczęśliwa.
Ale potem ojciec spotkał na ulicy sąsiada, pana doktora praw Hugona
Goldberga, żydowskiego maklera ubezpieczeniowego. Zagadał ojca, co
słychać, jak idzie interes, co robią dzieci. Ojciec powiedział: "Hilde
jest już duża, pracuje". "A co ona robi?" - spytał pan Goldberg i powiedział: "Wie pan co? Moja sekretarka wkrótce wychodzi za mąż, musi
tak czy owak rzucić pracę. Niech mi pan przyśle swoją córkę, to była
przecież rozgarnięta dziewczynka".
Następnego dnia poszłam do pana doktora praw Goldberga do sąsiedniego
domu i przedstawiłam się jak osoba dorosła. Nigdy go wcześniej nie
widziałam, a jeśli nawet, to kłaniałam mu się, dygając. Nie wiedziałam,
że mnie pamięta. On powiedział: "Możemy spróbować. Ubezpieczenia są
bardzo interesujące. Wszystkiego się pani nie dowie, ale dużo się pani
nauczy". I w połowie 1929 r. zaczęłam u niego pracę. U pana doktora
Goldberga.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki