Niemiecki czołgista na froncie wschodnim. Dziennik dowódcy - Friedrich Sander

Kup ebooka

59.99 zł
47.99 zł (27,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Ko­lejne strony tej książki za­wie­rają wy­jąt­kowy do­ku­ment hi­sto­ryczny. Jego au­tor, po­rucz­nik Frie­drich San­der, był do­wódcą czołgu w 11. Pułku Pan­cer­nym We­hr­machtu, który w 1939 roku uczest­ni­czył w kam­pa­nii pol­skiej, rok póź­niej w in­wa­zji na Fran­cję i kraje Be­ne­luksu, a la­tem 1941 roku - w skła­dzie Grupy Ar­mii Pół­noc - w ataku na Zwią­zek Ra­dziecki. Pod­czas nie­miec­kich ofen­syw w kie­runku Le­nin­gradu i Mo­skwy jed­nostka brała udział w naj­cięż­szych bo­jach, ja­kie sto­czono w tym roku na nowo po­wsta­łym fron­cie wschod­nim.

Sam po­rucz­nik San­der nie był po­sta­cią szcze­gólną. Przy­szedł na świat w trak­cie I wojny świa­to­wej na zie­miach, które póź­niej stały się "ko­ry­ta­rzem pol­skim". W trak­cie po­wo­jen­nej za­wie­ru­chy prze­niósł się wraz z ro­dziną na za­chód i do­ra­stał w sto­sun­kowo spo­koj­nym Osna­brücku. Być może to ko­niecz­ność opusz­cze­nia ro­dzin­nych stron we wcze­snym dzie­ciń­stwie spra­wiła, że Frie­dri­chowi udzie­lił się na­cjo­na­li­styczny duch epoki i dla­tego na­le­żał do róż­nych "pa­trio­tycz­nych" or­ga­ni­za­cji, a na­stęp­nie do­łą­czył do par­tii na­zi­stow­skiej i do SS w 1934 roku, na fali pierw­szego za­chwytu Hi­tle­rem i III Rze­szą. Gdy w 1937 roku po­wo­łano go do woj­ska, naj­wy­raź­niej oka­zało się, że ma ta­lent do żoł­nierki, bo dwa lata póź­niej, w przeded­niu wojny, zo­stał ofi­ce­rem.

Do­tąd syl­wetka San­dera może się wy­da­wać zło­wiesz­czo zna­joma. Po­rucz­nik wy­róż­nia się jed­nak kil­koma ce­chami: był nie tylko uważ­nym ob­ser­wa­to­rem oto­cze­nia - sy­tu­acji, w któ­rych się znaj­do­wał, i lu­dzi, z któ­rymi miał do czy­nie­nia - lecz także uta­len­to­wa­nym pi­sa­rzem, który przed­sta­wił swoje do­świad­cze­nia kla­row­nie, a na­wet z pewną dozą hu­moru. To wła­śnie te atry­buty w mo­jej oce­nie czy­nią dzien­nik San­dera szcze­gól­nie cen­nym do­ku­men­tem hi­sto­rycz­nym.

Oprócz krót­kiego wstępu, opi­su­ją­cego po­byt w obo­zie w Sen­ne­la­ger obok Pa­der­born, więk­szość dzien­nika San­dera re­la­cjo­nuje prze­bieg ope­ra­cji Bar­ba­rossa, nie­miec­kiego ataku na Zwią­zek Ra­dziecki, roz­po­czę­tego 22 czerwca 1941 roku. In­wa­zja ta - któ­rej na­zwa po­cho­dzi od przy­domku XII-wiecz­nego ce­sa­rza Nie­miec Fry­de­ryka I - była de­cy­du­jącą kam­pa­nią II wojny świa­to­wej w Eu­ro­pie, choćby ze względu na to, że czte­rech na pię­ciu nie­miec­kich żoł­nie­rzy po­le­głych w trak­cie tego kon­fliktu zgi­nęło w walce z Ar­mią Czer­woną. Miała znacz­nie więk­szą skalę od wcze­śniej­szych ope­ra­cji i przy­ćmie­wała kam­pa­nie w Pol­sce, Skan­dy­na­wii i Fran­cji pod wzglę­dem liczby za­an­ga­żo­wa­nych lu­dzi i ma­szyn: po­nad 3 mi­liony żoł­nie­rzy Osi i 6 ty­sięcy po­jaz­dów pan­cer­nych prze­kro­czyło mie­rzącą około 2,5 ty­siąca ki­lo­me­trów gra­nicę, która cią­gnęła się od Bał­tyku po Mo­rze Czarne.

Wśród tych po­jaz­dów pan­cer­nych był Pan­zer 35(t) do­wo­dzony przez Frie­dri­cha San­dera. Pro­jek­tanci tego czołgu lek­kiego, pro­du­ko­wa­nego przed wojną w Cze­cho­sło­wa­cji przez firmę Škoda - San­der czule na­zy­wał swój wóz "Škodą Su­per Sport" - za­czerp­nęli pewne roz­wią­za­nia z po­pu­lar­nego bry­tyj­skiego Vic­kersa Mark E, który zo­stał opra­co­wany w 1928 roku. Po in­wa­zji na Cze­chy i Mo­rawy, która miała miej­sce wio­sną 1939 roku, Niemcy zdo­byli po­nad 200 czoł­gów tego typu. Choć były już prze­sta­rzałe, przy­jęto je do służby i wy­ko­rzy­stano pod­czas in­wa­zji na Pol­skę i Fran­cję.

Prze­sta­rzały sprzęt nie był ni­czym nie­zwy­kłym w nie­miec­kiej ar­mii - w 1941 roku We­hr­macht uży­wał wielu rów­nie sta­rych Pan­zer I i II - ale mógł sta­no­wić nie­bez­pie­czeń­stwo dla ob­słu­gu­ją­cych go żoł­nie­rzy. Nie dość, że liczba spraw­nych Pan­zer 35(t) w pułku San­dera szybko spa­dała ze względu na czę­ste awa­rie i brak czę­ści za­mien­nych, to jesz­cze po­jazdy te można było ła­two po­my­lić z ra­dziec­kimi T-26, które rów­nież wy­wo­dziły się od wspo­mnia­nych Vic­ker­sów. Co gor­sza, pod wzglę­dem uzbro­je­nia cze­cho­sło­wac­kie wozy zna­cząco ustę­po­wały naj­now­szym ra­dziec­kim czoł­gom, w szcze­gól­no­ści T-34. Nie po­winno za­tem dzi­wić, że już w li­sto­pa­dzie 1941 roku San­der na­rze­kał na cał­ko­wity brak spraw­nych po­jaz­dów w swo­jej kom­pa­nii. Wszyst­kie zo­stały wy­eli­mi­no­wane w boju, po wje­cha­niu na miny lub w wy­niku awa­rii. Póź­niej, pod­czas na­tar­cia na Mo­skwę, San­der i jego żoł­nie­rze wal­czyli w roli zwy­kłych pie­chu­rów - można by po­wie­dzieć, że jako Pan­zer-Re­gi­ment zu Fuß[1].

Tego roku siły zbrojne III Rze­szy zo­stały wy­sta­wione na naj­cięż­szą z do­tych­cza­so­wych prób; jed­no­cze­śnie pró­bom pod­da­wane były ide­olo­giczne prze­ko­na­nia nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Czę­sto za­kłada się - z igno­ran­cji lub w wy­niku eks­tra­po­la­cji wy­da­rzeń z re­la­tyw­nie cy­wi­li­zo­wa­nej kam­pa­nii we Fran­cji - że zbrod­nie po­peł­nione pod­czas wojny nie­miecko-ra­dziec­kiej wy­ni­kały z na­ra­sta­ją­cej bar­ba­ry­za­cji, sa­mo­na­krę­ca­ją­cej się spi­rali ze­msty. Dzien­nik San­dera po­ka­zuje jed­nak, że wielu nie­miec­kich żoł­nie­rzy już przed wkro­cze­niem na te­ry­to­rium Związku Ra­dziec­kiego miało w pełni ukształ­to­wany na­ro­do­wo­so­cja­li­styczny świa­to­po­gląd. Sam au­tor jest tego do­brym przy­kła­dem. Gdy przy­glą­dał się miej­sco­wym chło­pom albo oce­niał wolę walki nie­przy­ja­ciela, wy­raź­nie pa­trzył na świat przez znie­kształ­ca­jący pry­zmat na­zi­stow­skiej teo­rii ras. Pa­mię­tał o niej na­wet w po­god­niej­szych chwi­lach, na przy­kład wtedy, gdy na wi­dok pięk­nej dziew­czyny sam so­bie udzie­lał re­pry­mendy, bo prze­cież nie mógł "za­ko­chać się w Ro­sjance".

Uwaga ta może wy­da­wać się przy­ziemna, lecz po­ka­zuje, jak głę­boko za­gnieź­dziła się ra­si­stow­ska ide­olo­gia. W tek­ście nie bra­kuje in­nych, bar­dziej zło­wro­gich przy­kła­dów. Czer­wo­no­ar­mi­ści byli re­gu­lar­nie wy­śmie­wani przez San­dera jako pry­mi­tywni i nie­cy­wi­li­zo­wani, a także kry­ty­ko­wani za tchó­rzow­skie "uda­wa­nie mar­twych" w celu za­ata­ko­wa­nia wroga z tyłu. Z dru­giej strony au­tor nie­chęt­nie przy­zna­wał, że wal­czyli wy­trwale pod ostrza­łem i nie byli sko­rzy do od­da­wa­nia się do nie­woli. Na­leży też pa­mię­tać, że wspo­mniane pod­stępy - uda­wa­nie mar­twych lub po­zo­ro­wa­nie pod­da­wa­nia się - czę­sto słu­żyły Niem­com za uspra­wie­dli­wie­nie mor­dów na jeń­cach, któ­rych do­pusz­czali się po­wo­do­wani prze­ko­na­niem o swej mo­ral­nej i ra­so­wej wyż­szo­ści.

Nie­za­leż­nie od sil­nych prze­ko­nań San­der wkrótce za­czął mieć wąt­pli­wo­ści co do po­wo­dze­nia ope­ra­cji. Już zimą 1941 roku był prze­ra­żony wy­so­ko­ścią nie­miec­kich strat i cha­osem to­wa­rzy­szą­cym od­wro­towi spod Mo­skwy. Je­sie­nią roku 1942, gdy jego jed­nostka brała udział w pró­bie prze­ła­ma­nia ra­dziec­kiego okrą­że­nia Sta­lin­gradu, ostro kry­ty­ko­wał ru­muń­skich so­jusz­ni­ków. Na­zy­wał ich "świ­nio­pa­sami" i wspo­mi­nał, że kom­plet­nie bra­ko­wało im dys­cy­pliny i z byle po­wodu ucie­kali ze swo­ich po­zy­cji. Pod ko­niec tego roku San­der od­no­to­wał po­nuro: "Wróg miał nie tylko ol­brzy­mią prze­wagę li­czebną, lecz pod wie­loma wzglę­dami także tech­niczną. (...) Ro­sja­nie nas wy­cień­czają". Krótko po za­pi­sa­niu tych słów zo­stał ranny i osta­tecz­nie tra­fił do oj­czy­zny, gdzie roz­po­czął długą ho­spi­ta­li­za­cję.

Pod pew­nymi wzglę­dami prze­ży­cia San­dera nie od­bie­gają od do­świad­czeń nie­zli­czo­nych in­nych żoł­nie­rzy bio­rą­cych udział we współ­cze­snych kon­flik­tach - łą­czy je nuda, wi­siel­czy hu­mor, marne je­dze­nie, psu­jący się sprzęt, re­zy­gna­cja i po­go­dze­nie z lo­sem. Mimo to mamy do czy­nie­nia z tek­stem nie­zwy­kłym. Po pierw­sze ni­niej­sza książka jest pełna cie­ka­wych spo­strze­żeń i nad­zwy­czaj do­brze na­pi­sana. Au­tor ob­ser­wuje ota­cza­jący go świat z taką prze­ni­kli­wo­ścią, że aż na­suwa się myśl, czy w in­nych oko­licz­no­ściach San­der nie zo­stałby dzien­ni­ka­rzem lub po­wie­ścio­pi­sa­rzem.

Na tle in­nych tek­stów dzien­nik San­dera wy­róż­nia także po­zy­cja au­tora. Na rynku do­stępne są wspo­mnie­nia nie­miec­kich do­wód­ców wyż­szego szcze­bla - na przy­kład Hansa von Lucka czy He­inza Gu­de­riana - lecz punkt wi­dze­nia do­wódcy czołgu w stop­niu po­rucz­nika jest kom­plet­nie inny. San­der był wy­sta­wiony na bez­po­śred­nie nie­bez­pie­czeń­stwo, otrzy­my­wał ra­cje ni­skiej ja­ko­ści i na co dzień sty­kał się z po­nurą, bru­talną rze­czy­wi­sto­ścią żoł­nier­skiego ży­wota.

Po­rucz­nik San­der do­świad­czył eks­cy­ta­cji i okrop­no­ści walk pan­cer­nych. W swo­ich za­pi­skach stale przy­po­mi­nał o po­le­głych to­wa­rzy­szach, któ­rych znał oso­bi­ście. Wal­czył z nimi ra­mię w ra­mię, spał w tych sa­mych oko­pach i zno­sił te same drobne nie­do­god­no­ści. Pod tym wzglę­dem jego dzien­nik sta­nowi coś za­ska­ku­jąco rzad­kiego - to rze­czowy, zaj­mu­jący i wni­kliwy opis bru­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści walk na fron­cie wschod­nim II wojny świa­to­wej. Z tego wła­śnie po­wodu pu­bli­ka­cja jest warta na­szej uwagi.

Roger Moorhouse Tring, sierpień 2022 roku

[1] Pie­szy pułk pan­cerny (przyp. I.K.).

Wstęp

Oprócz tego stwier­dzono, że dzien­niki ode­brane poj­ma­nym nie­miec­kim żoł­nie­rzom za­wie­rały cza­sami in­for­ma­cje, które po­winny po­zo­stać ta­jem­nicą. Ta­kie za­pi­ski mogą sta­no­wić po­ważne nie­bez­pie­czeń­stwo, gdy tra­fią w ręce nie­przy­ja­ciela.

Żoł­nie­rze, któ­rzy za­bie­rają ze sobą li­sty i dzien­niki w po­bliże pierw­szej li­nii frontu, mogą do­pu­ścić się zdrady przez za­nie­dba­nie; je­śli zaj­dzie taka ko­niecz­ność, zo­staną po­cią­gnięci do od­po­wie­dzial­no­ści po za­koń­cze­niu wojny.

Oberkommando des Heeres[1], 8 grudnia 1939 roku

Pierw­szym, co przy­kuło moją uwagę, był nu­mer za­pi­sany nie­bie­skim ołów­kiem ko­pio­wym na okładce no­tat­nika, który le­żał na sa­mej gó­rze stosu sfa­ty­go­wa­nych, po­strzę­pio­nych ze­szy­tów. Pięć cyfr skła­dało się na Feld­post­num­mer, kod iden­ty­fi­ka­cyjny uży­wany przez nie­miecką pocztę po­lową. Po bliż­szych oglę­dzi­nach na­li­czy­łem je­de­na­ście ksią­żek i zbiór luź­nych kar­tek spię­tych za­rdze­wia­łym spi­na­czem. Gdy prze­wró­ci­łem parę stron i przyj­rza­łem się no­tat­kom wy­ko­na­nym sta­ran­nym cha­rak­te­rem pi­sma, wie­dzia­łem, że mam do czy­nie­nia z wo­jen­nymi dzien­ni­kami nie­miec­kiego ofi­cera, Leut­nanta Frie­dri­cha Wil­helma San­dera z 11. Pułku Pan­cer­nego. Prze­sze­dłem do krót­kich ne­go­cja­cji ze sprze­dawcą mi­li­ta­riów i kilka dni póź­niej wspo­mnie­nia le­żały bez­piecz­nie na biurku w moim biu­rze.

Po do­kład­niej­szym zba­da­niu oka­zało się, że zna­la­złem wy­jąt­kowe dzien­niki: ich au­tor był by­strym, a na­wet nieco ob­se­syj­nym ob­ser­wa­to­rem i uta­len­to­wa­nym pi­sa­rzem, a na do­da­tek nie przej­mo­wał się za­sa­dami, któ­rych po­winni prze­strze­gać żoł­nie­rze spi­su­jący wspo­mnie­nia w trak­cie uczest­nic­twa w kam­pa­niach wo­jen­nych. Obec­nie wiele osób uważa, że w ar­mii nie­miec­kiej obo­wią­zy­wał ka­te­go­ryczny za­kaz pro­wa­dze­nia pa­mięt­ni­ków. W rze­czy­wi­sto­ści zwy­czaj ten był w Niem­czech bar­dzo po­wszechny, a szczyt po­pu­lar­no­ści osią­gnął w XX wieku, szcze­gól­nie w okre­sie obu wo­jen świa­to­wych. W cza­sie gwał­tow­nych zmian, oso­bi­stych kry­zy­sów, re­wo­lu­cyj­nych za­wie­ruch i bru­tal­nych dzia­łań wo­jen­nych pro­wa­dze­nie dzien­nika lub pa­mięt­nika sta­no­wiło wy­jąt­kowy, pry­watny spo­sób ra­dze­nia so­bie z rze­czy­wi­sto­ścią i słu­żyło za an­ti­do­tum na sa­mot­ność oraz roz­pacz. Co wię­cej, pi­sa­nie pa­mięt­ni­ków lub li­stów w trak­cie kon­flik­tów zbroj­nych miało w Niem­czech długą tra­dy­cję. Po za­koń­cze­niu I wojny świa­to­wej opu­bli­ko­wano nie­prze­li­czone wspo­mnie­nia, które w la­tach 40. zo­stały za­stą­pione mnó­stwem po­pu­li­styczno-na­cjo­na­li­stycz­nych dzien­ni­ków opie­wa­ją­cych wojnę i nie­miecki czyn zbrojny. Na­ro­dowi so­cja­li­ści nie tylko go­rąco wspie­rali pi­sa­nie pa­mięt­ni­ków, lecz także w co­raz więk­szym stop­niu wy­ko­rzy­sty­wali je do ce­lów pro­pa­gan­do­wych. Na­wet mel­dunki z frontu przy­go­to­wy­wane przez od­działy pro­pa­gan­dowe czę­sto przyj­mo­wały formę wpi­sów z dzien­nika, a na po­czątku ko­lej­nej wojny nie­mieccy żoł­nie­rze byli za­chę­cani do pro­wa­dze­nia oso­bi­stych pa­mięt­ni­ków. Przy­kła­dowo w 1941 roku wy­daw­nic­two Gau­ver­lag der NSDAP[2] opu­bli­ko­wało spe­cjal­nie przy­go­to­wany Krieg­sta­ge­buch[3], który - zgod­nie z tre­ścią re­klam - za­wie­rał "miej­sca na fo­to­gra­fie, dru­ko­waną kro­nikę wojny i ka­len­darz na wła­sne wpisy; 60 pu­stych stron z pa­pieru naj­lep­szej ja­ko­ści i ru­bryki na ad­resy do­mowe to­wa­rzy­szy".

Na­ro­do­wo­so­cja­li­styczny apel o spi­sy­wa­nie oso­bi­stych, au­to­bio­gra­ficz­nych wspo­mnień w celu stwo­rze­nia bo­ha­ter­skiej hi­sto­rio­gra­fii II wojny świa­to­wej zmo­ty­wo­wał do opi­sy­wa­nia kam­pa­nii w dzien­ni­kach ty­siące nie­miec­kich żoł­nie­rzy, któ­rzy sami do­ra­stali, czy­ta­jąc pa­mięt­niki, au­to­bio­gra­fie i li­sty swo­ich oj­ców i dziad­ków. Na­le­żało jed­nak prze­strze­gać pew­nych pi­sa­nych i nie­pi­sa­nych za­sad, szcze­gól­nie je­śli au­tor wal­czył na fron­cie. Obo­wią­zy­wał su­rowy za­kaz za­bie­ra­nia dzien­nika lub ja­kich­kol­wiek pry­wat­nych za­pi­sków na pierw­szą li­nię, gdzie mo­głyby wpaść w ręce nie­przy­ja­ciela. Nie wolno było wspo­mi­nać na­zwisk ani miej­sco­wo­ści, opi­sy­wać szcze­gó­łowo kwe­stii woj­sko­wych ani kry­ty­ko­wać re­żimu czy sił zbroj­nych. Ewi­dent­nie jed­nak Frie­drich Wil­helm San­der nie przej­mo­wał się tymi za­sa­dami. Jako Pan­zer­mann[4] wal­czył za­zwy­czaj na li­nii frontu lub da­leko za nią, w głębi te­ry­to­rium wroga. Nie po­wstrzy­my­wało go to przed opi­sy­wa­niem wła­snych prze­żyć i no­to­wa­niem prze­my­śleń w dzien­niku, gdy tylko zna­lazł na to czas. Ro­bił to nie­mal co­dzien­nie, pod­czas od­po­czynku, w spo­koj­niej­szych chwi­lach, a na­wet w wieży swo­jego czołgu w cza­sie na­tarć, gdy w po­bliżu to­czyły się walki. Nie miał też opo­rów przed kry­ty­ko­wa­niem to­wa­rzy­szy, bez­po­śred­nich prze­ło­żo­nych czy ogól­nego prze­biegu wojny - zda­rzało mu się na­wet nie­przy­chyl­nie ko­men­to­wać kwe­stie po­li­tyczne. Jest to tym cie­kaw­sze, że sam był na­ro­do­wym so­cja­li­stą, który do­bro­wol­nie wspie­rał re­żim.

Frie­drich San­der uro­dził się w 1916 roku w nie­miec­kich Pru­sach Za­chod­nich, w le­żą­cym nad brze­giem Wi­sły mie­ście Grau­denz. Gdy 23 stycz­nia 1920 roku we­szły w ży­cie po­sta­no­wie­nia trak­tatu wer­sal­skiego i miej­sco­wość - te­raz no­sząca na­zwę Gru­dziądz - zo­stała włą­czona do od­ro­dzo­nego pań­stwa pol­skiego, ro­dzina San­de­rów, po­dob­nie jak więk­szość nie­miec­kich miesz­kań­ców, po­sta­no­wiła opu­ścić dom. Prze­nie­śli się do Osna­brücku w pro­win­cji Ha­no­wer (obec­nie le­żą­cej w ob­rę­bie Dol­nej Sak­so­nii). San­der uczęsz­czał tam do słyn­nego Ca­ro­li­num, naj­star­szej szkoły śred­niej w Niem­czech, która zo­stała za­ło­żona w 804 roku przez króla Fran­ków Ka­rola Wiel­kiego. Mu­siał jed­nak zre­zy­gno­wać z na­uki w tej pla­cówce - naj­praw­do­po­dob­niej ze względu na sy­tu­ację fi­nan­sową ro­dziny, co w tam­tych cza­sach zda­rzało się dość czę­sto - i roz­po­czął ter­mi­no­wa­nie u han­dla­rza w Osna­brücku. W dzie­ciń­stwie San­der na­le­żał do na­cjo­na­li­stycz­nego Bün­di­sche Ju­gend[5], a póź­niej do Hi­tler­ju­gend, przy czym nie jest pewne, czy prze­szedł do HJ przed tym, jak roz­wią­zano Bün­di­sche Ju­gend i za­ka­zano jej dal­szej dzia­łal­no­ści, czy do­piero po tym wy­da­rze­niu. Nie­długo po osiem­na­stych uro­dzi­nach San­der do­łą­czył do Al­l­ge­me­ine-SS[6] i tym sa­mym do NSDAP. Gdy za­koń­czył służbę w Re­ich­sar­be­its­dienst[7], 1 paź­dzier­nika 1937 roku zo­stał po­wo­łany do od­by­cia obo­wiąz­ko­wej służby woj­sko­wej i mniej wię­cej mie­siąc póź­niej roz­po­czął kurs ra­dio­te­le­gra­fi­sty w nowo sfor­mo­wa­nym 11. Pułku Pan­cer­nym w Pa­der­born. Po przej­ściu kur­sów na kie­rowcę czołgu i dzia­ło­no­wego San­der otrzy­mał awans na Ge­fre­itera i po­sta­no­wił zo­stać ofi­ce­rem re­zerwy We­hr­machtu, co udało mu się osią­gnąć w 1939 roku. Uczest­ni­czył w anek­sji Kraju Su­de­tów w paź­dzier­niku 1938 roku, ale nie wziął udziału w in­wa­zji na Pol­skę w 1939 roku, po­nie­waż wów­czas - ku swo­jemu nie­za­do­wo­le­niu - słu­żył w ba­ta­lio­nie uzu­peł­nień pułku. San­der nie wal­czył też pod­czas kam­pa­nii w kra­jach Be­ne­luksu i we Fran­cji w 1940 roku; po­zo­sta­wał wtedy w gar­ni­zo­nie w Niem­czech.

Za­cho­wało się je­de­na­ście dzien­ni­ków San­dera, ale oprócz nich ist­niał jesz­cze co naj­mniej je­den, który zo­stał spi­sany w 1944 roku pod­czas po­bytu w Ni­szu w Ser­bii, gdzie au­tor peł­nił rolę in­struk­tora w Kamp­fschule[8]. Z ostat­niego pa­mięt­nika za­cho­wały się je­dy­nie po­je­dyn­cze strony. Wy­daje się jed­nak, że San­der wy­ko­rzy­sty­wał swoje umie­jęt­no­ści ob­ser­wa­cji i pi­sa­nia głów­nie wtedy, gdy uczest­ni­czył w kam­pa­niach, po­czy­na­jąc od in­wa­zji na Zwią­zek Ra­dziecki w czerwcu 1941 roku. W spo­koj­niej­szych okre­sach, kiedy prze­by­wał na prze­pu­stce lub wy­po­czy­wał na te­re­nie oku­po­wa­nej Fran­cji - na przy­kład wio­sną 1942 roku, gdy 11. Pułk Pan­cerny uzu­peł­niał tam stan - au­tor milkł. W ten spo­sób San­der dał nam znać, że dzien­niki two­rzył w kon­kret­nym celu, a opi­sy­wa­nie nud­nego ży­cia co­dzien­nego, cy­wil­nego czy woj­sko­wego, nie słu­żyło jego re­ali­za­cji. Pan­zer­mann do­ku­men­to­wał do­nio­słe wy­da­rze­nia, któ­rych był świad­kiem i w któ­rych uczest­ni­czył, ale naj­wy­raź­niej je­dy­nym czy­tel­ni­kiem miał być on sam. Gdy 14 stycz­nia 1942 roku pod Tre­tia­kową jego od­dział do­stał "cięgi" od Ar­mii Czer­wo­nej i San­der za­sta­na­wiał się, czy po­wi­nien da­lej "opi­sy­wać (...) roz­gry­wa­jące się tu dra­ma­tyczne wy­da­rze­nia dla przy­szłych po­ko­leń", two­rzyć do­ku­ment dla ja­kie­goś nie­zna­nego czy­tel­nika, wy­raź­nie za­da­wał py­ta­nie re­to­ryczne. Jego dzien­niki nie tylko są pełne kry­tycz­nych uwag na te­mat in­nych ofi­ce­rów, jego prze­ło­żo­nych, nie­miec­kiej stra­te­gii i tak­tyki, a na­wet Adolfa Hi­tlera i "Juppa"[9] Göb­belsa, lecz także za­wie­rają ob­ra­zowe opisy prze­mocy i cier­pie­nia do­zna­wa­nego przez obie strony w trak­cie tej kam­pa­nii, licz­nych nie­miec­kich strat oraz zbrodni po­peł­nia­nych przez nie­miecką ar­mię na ra­dziec­kich jeń­cach i cy­wi­lach. Oczy­wi­ście San­der wie­dział, że nie mógłby ni­gdy za­pre­zen­to­wać swo­ich za­pi­sków szer­szemu gronu od­bior­ców, a jego ce­lem nie było do­ku­men­to­wa­nie nie­miec­kiej walki z bol­sze­wi­zmem.

Tylko raz, w no­wym dzien­niku roz­po­czy­na­ją­cym się wpi­sem z 15 li­sto­pada 1942 roku, pod­czas po­dróży po­cią­giem z sie­lan­ko­wej Fran­cji na ogar­nięty wal­kami front wschodni, San­der za­czął pi­sać z za­mia­rem po­dzie­le­nia się kie­dyś "opi­sami wy­da­rzeń, któ­rych je­ste­śmy świad­kami, walk, które to­czymy, i trud­no­ści, z któ­rymi się tu bo­ry­kamy" ze swoją świeżo po­ślu­bioną żoną Ruth. Szybko jed­nak wró­cił do swego zwy­cza­jo­wego stylu i znów do­ku­men­to­wał swoje prze­ży­cia wy­łącz­nie dla sie­bie, by w ten spo­sób roz­ła­do­wać silne emo­cje. W dniu 28 grud­nia 1942 roku za­no­to­wał: "Trudno mi do­brać słowa, któ­rymi mógł­bym opo­wie­dzieć to, co wy­da­rzyło się przez ten czas. Czy jest to w ogóle moż­liwe? Nie wiem, ale spró­buję - choćby tylko po to, by wy­rzu­cić to z sie­bie i sa­memu nieco le­piej zro­zu­mieć te wy­da­rze­nia". W prze­ci­wień­stwie do zna­czą­cej więk­szo­ści wspo­mnień, au­to­bio­gra­fii i pa­mięt­ni­ków nie­miec­kich żoł­nie­rzy opu­bli­ko­wa­nych po za­koń­cze­niu wojny, dzien­niki San­dera nie po­wstały w żad­nym okre­ślo­nym celu i nie zo­stały na­pi­sane ani prze­re­da­go­wane tak, aby pa­so­wały do kon­kret­nych re­aliów po­li­tycz­nych lub spo­łecz­nych czy też prze­ma­wiały do kon­kret­nych czy­tel­ni­ków. Za­pi­ski te dają nam wgląd w szczere prze­my­śle­nia i au­ten­tyczny świat mło­dego, za­an­ga­żo­wa­nego po­li­tycz­nie ofi­cera nie­miec­kich wojsk pan­cer­nych z pierw­szej po­łowy II wojny świa­to­wej - i to czyni je cał­ko­wi­cie uni­ka­to­wymi.

Pod­czas wojny Frie­drich Wil­helm San­der otrzy­mał Od­znakę za Walkę Pan­cerną, Od­znakę za Znisz­cze­nie Czołgu (za wła­sno­ręczne wy­eli­mi­no­wa­nie czołgu nie­przy­ja­ciela ręcz­nym ła­dun­kiem wy­bu­cho­wym), Krzyże Że­la­zne I i II klasy, a 23 lu­tego 1943 roku Złoty Krzyż Nie­miecki. Nie wiemy zbyt wiele o jego lo­sach po roz­wią­za­niu Kamp­fschule w Ni­szu ani na­wet o jego po­by­cie w tej pla­cówce. Naj­praw­do­po­dob­niej znów tra­fił do jed­nostki bo­jo­wej, bo wia­domo, że w 1945 roku zo­stał wzięty do nie­woli przez ar­mię ame­ry­kań­ską. Prze­żył wojnę. Po jego śmierci pa­mięt­niki naj­pew­niej po­zy­skał je­den z człon­ków sto­wa­rzy­sze­nia we­te­ra­nów 11. Pułku Pan­cer­nego. Frag­menty wspo­mnień San­dera zo­stały opu­bli­ko­wane w 1987 roku przez hi­sto­ryka jed­nostki Obe­rstleut­nanta Mi­cha­ela Scha­de­witza, który zy­skał do­stęp do fo­to­ko­pii nie­któ­rych dzien­ni­ków.

Pod­czas tłu­ma­cze­nia dzien­ni­ków za­cho­wa­łem uży­wane przez San­dera nie­miec­kie na­zwy miej­sco­wo­ści, choć wpro­wa­dzi­łem pewne zmiany w ich pi­sowni dla za­cho­wa­nia spój­no­ści[10]. Aby tekst brzmiał au­ten­tycz­nie, po­sta­no­wi­łem po­zo­sta­wić w nim zwroty, które obec­nie są ob­raź­liwe. Do­da­łem też przy­pisy z krót­kimi wy­ja­śnie­niami ter­mi­nów i zwro­tów, które mogą być obce czy­tel­ni­kom.

[1] Na­czelne Do­wódz­two Wojsk Lą­do­wych (przyp. I.K.).

[2] Wy­daw­nic­two Okrę­gowe Na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej Nie­miec­kiej Par­tii Ro­bot­ni­ków (przyp. I.K.).

[3] Dzien­nik wo­jenny (przyp. I.K.).

[4] Czoł­gi­sta (przyp. R.S.).

[5] Dosł. "Mło­dzież Związ­kowa", kon­ser­wa­tywny ruch mło­dzie­żowy po­wstały po I woj­nie świa­to­wej (przyp. I.K.).

[6] "Ogólne SS", główna część or­ga­ni­za­cji pa­ra­mi­li­tar­nej Schutz­staf­fel ("od­dział ochronny"), wy­dzie­lona w 1934 roku (przyp. I.K.).

[7] Służba Pracy Rze­szy, or­ga­ni­za­cja ma­jąca kształ­to­wać po­stawy oby­wa­tel­skie przez pracę (przyp. I.K.).

[8] Szkoła woj­skowa (przyp. R.S.).

[9] Cho­dzi oczy­wi­ście o mi­ni­stra pro­pa­gandy III Rze­szy - "Jupp" to zdrob­nie­nie od imie­nia "Jo­seph" (przyp. I.K.).

[10] Z ra­cji tego, że nie­miecka pi­sow­nia ro­syj­skich, ukra­iń­skich, a także pol­skich nazw może być nie­in­tu­icyjna dla pol­skiego od­biorcy, zde­cy­do­wa­łem się ko­rzy­stać z pol­skiej trans­kryp­cji (przyp. I.K.).

Rozdział 1

21 kwietnia 1938 - 24 stycznia 1939

11. Pułk Pan­cerny zo­stał sfor­mo­wany 12 paź­dzier­nika 1937 roku w miej­sco­wo­ści Sen­ne­la­ger pod do­wódz­twem Obe­rstleut­nanta Di­plo­min­ge­nieura[1] Phi­lip­psa w ra­mach roz­bu­dowy ar­mii. Był to pierw­szy pułk czoł­gów sta­cjo­nu­jący w West­fa­lii od za­ję­cia Nad­re­nii przez woj­ska nie­miec­kie. Ze względu na roz­po­rzą­dze­nia planu czte­ro­let­niego i tym­cza­sowe po­wszechne braki su­row­ców nowe ko­szary jed­nostki w Pa­der­born nie zo­stały jesz­cze ukoń­czone, w związku z czym ko­nieczne było prze­nie­sie­nie jej na po­li­gon w Sen­ne­la­ger. Ośro­dek ten słabo nada­wał się dla pułku czoł­gów, po­nie­waż pier­wot­nie zo­stał stwo­rzony dla wojsk ka­wa­le­ryj­skich. Do Sen­ne­la­ger prze­nie­siono żoł­nie­rzy z róż­nych za­kąt­ków Nie­miec, któ­rzy stwo­rzyli trzon no­wego od­działu. 27 paź­dzier­nika w Ha­no­we­rze feld­mar­sza­łek Wer­ner von Blom­berg, mi­ni­ster wojny Rze­szy, wrę­czył no­wemu puł­kowi sztan­dary, które na­stęp­nie uro­czy­ście przy­wie­ziono do Sen­ne­la­ger. Cztery ty­go­dnie póź­niej przy­byli tam pierwsi re­kruci, w tym Frie­drich Wil­helm San­der, by od­być dwu­let­nią służbę. Roz­po­czy­na­jące się szko­le­nie miało na celu za­po­zna­nie mło­dych żoł­nie­rzy z ich bro­nią: czoł­giem. Na po­czątku bra­ko­wało jed­nak nie­mal wszyst­kiego, w tym po­jaz­dów i ma­te­ria­łów, a za­kwa­te­ro­wa­nie było nie­wy­star­cza­jące, co znacz­nie utrud­niało całe przed­się­wzię­cie.

Re­kruci roz­po­czy­nali ty­powy dzień szko­le­nia o 5.30 od po­ran­nych ćwi­czeń, po któ­rych mieli czas na hi­gienę oso­bi­stą (bez cie­płej wody), a na­stęp­nie je­dli śnia­da­nie. O 7.00 za­czy­nały się pro­wa­dzone przez ofi­ce­rów pułku lek­cje teo­rii, pod­czas któ­rych oma­wiano ta­kie te­maty jak: przy­sięga woj­skowa, obo­wiązki żoł­nie­rza, do­wo­dze­nie i kar­ność, kar­to­gra­fia, struk­tura ar­mii, dzia­ła­nia kontr­wy­wia­dow­cze czy za­sady dys­cy­pliny. Po­tem przy­cho­dził czas na za­ję­cia pod nad­zo­rem pod­ofi­ce­rów, któ­rzy uczyli wła­ści­wego za­cho­wa­nia wzglę­dem prze­ło­żo­nych, sa­lu­to­wa­nia, roz­po­zna­wa­nia dys­tynk­cji, ob­sługi broni, za­sad ubioru, strze­la­nia, uży­wa­nia wy­po­sa­że­nia i po­dob­nych za­gad­nień, a także pro­wa­dzili pierw­sze szko­le­nia tech­niczne. Po krót­kiej prze­rwie nad­cho­dziła pora na musz­trę z ka­ra­bin­kami Ka­r98k lub bez nich, ćwi­cze­nia z bro­nią, za­ję­cia na strzel­nicy, ogólne ćwi­cze­nia z dzia­łań pie­choty, mar­sze i ćwi­cze­nia te­re­nowe. Te za­da­nia, re­ali­zo­wane na placu musz­try lub na te­re­nie obozu, były prze­ry­wane wy­łącz­nie na 90-mi­nu­towy obiad i trwały do 16.00 lub 17.00. Póź­niej, już w ko­sza­rach, żoł­nie­rze zaj­mo­wali się czysz­cze­niem broni i sprzętu oraz drob­nymi na­pra­wami, a ich prze­ło­żeni prze­pro­wa­dzali wie­lo­krotne in­spek­cje po­miesz­czeń, mun­du­rów i sza­fek, które z re­guły koń­czyły się mię­dzy 18.00 a 20.00.

Po pierw­szych pię­ciu ty­go­dniach przy­stą­piono do ćwi­czeń na czoł­gach, w trak­cie któ­rych re­kruci zdo­by­wali umie­jęt­no­ści po­trzebne kie­row­com, dzia­ło­no­wym i ra­dio­ope­ra­to­rom. Ten ciężki etap za­koń­czył się w marcu 1938 roku fi­na­łową in­spek­cją, po któ­rej co­dzienne nę­ka­nie i nie­lu­biane obo­wiązki for­malne do­bie­gły końca. Żoł­nie­rze roz­po­częli re­gu­larną służbę jako Pan­zer­män­ner[2], a wraz z nią szko­le­nia w roli dzia­ło­no­wych, ra­dio­ope­ra­to­rów i kie­row­ców w ra­mach pół­plu­to­nów[3] i plu­to­nów, a także w roli łącz­no­ściow­ców, sa­ni­ta­riu­szy, za­opa­trze­niow­ców lub człon­ków kom­pa­nij­nych warsz­ta­tów. Ci, któ­rzy mieli zo­stać pod­ofi­ce­rami lub kan­dy­da­tami na ofi­ce­rów, uczest­ni­czyli w do­dat­ko­wych ćwi­cze­niach ze strze­la­nia, lek­cjach tak­tyki i ogól­nych za­ję­ciach po­świę­co­nych róż­nym te­ma­tom. Lek­cje tak­tyki były pro­wa­dzone przez do­wód­ców kom­pa­nii lub in­nych ofi­ce­rów tych pod­od­dzia­łów i obej­mo­wały mię­dzy in­nymi kar­to­gra­fię, przy­go­to­wy­wa­nie ra­por­tów i szki­ców, strze­la­nie z czołgu na po­li­go­nie, pro­wa­dze­nie ognia pod­czas jazdy, me­tody walki opan­ce­rzo­nych wo­zów bo­jo­wych, współ­dzia­ła­nie róż­nych ro­dza­jów wojsk, ćwi­cze­nia z uży­ciem map pla­stycz­nych, tech­niki do­wo­dze­nia i do­dat­kowe za­ję­cia te­re­nowe. Oprócz tego kan­dy­daci na pod­ofi­ce­rów prze­szli ogólne szko­le­nie z za­kresu po­li­tyki, hi­sto­rii, spraw par­tyj­nych, ide­olo­gii ra­so­wej oraz in­nych za­gad­nień, a co ty­dzień od­by­wały się spe­cjalne, 15-mi­nu­towe wy­kłady po­świę­cone wła­ści­wemu za­cho­wa­niu w obec­no­ści to­wa­rzy­szy broni i prze­ło­żo­nych.

Na po­czątku kwiet­nia 1938 roku roz­po­częto prze­no­sze­nie pułku do no­wego gar­ni­zonu w Pa­der­born, gdzie wciąż trwały prace bu­dow­lane. Wnę­trza wielu bu­dyn­ków nie zo­stały jesz­cze wy­koń­czone i bra­ko­wało ogrze­wa­nia, elek­trycz­no­ści oraz bie­żą­cej wody. Po­nie­waż o tej po­rze roku - szcze­gól­nie nocą - wciąż pa­no­wały ni­skie tem­pe­ra­tury, spro­wa­dzono pa­rowe lo­ko­mo­bile, by ogrzać część miesz­kalną. Drogi były nie­bru­ko­wane, ga­raże dla czoł­gów nie miały da­chów, a po­miesz­cze­nia ku­chenne nie nada­wały się do użytku, w związku z czym po­siłki przy­go­to­wy­wano na świe­żym po­wie­trzu na kuch­niach po­lo­wych. Prace bu­dow­lane do­bie­gły końca do­piero na po­czątku 1939 roku.

W Pa­der­born zin­ten­sy­fi­ko­wano szko­le­nie tech­niczne i do­pil­no­wano, by jak naj­więk­sza liczba żoł­nie­rzy ukoń­czyła za­ję­cia z pro­wa­dze­nia po­jaz­dów. W owym cza­sie nie­miec­kie woj­skowe kursy na­uki jazdy na­le­żały do naj­lep­szych i naj­bar­dziej dro­bia­zgo­wych na ca­łym świe­cie, a ich uczest­nicy uczyli się na­pra­wia­nia po­jaz­dów z uży­ciem prze­wo­żo­nych ma­te­ria­łów i bez po­mocy plu­tonu re­mon­to­wego. Umie­jęt­no­ści te miały się oka­zać bar­dzo cenne pod­czas bły­ska­wicz­nych ofen­syw nie­miec­kiej ar­mii w pierw­szych la­tach wojny. Po prze­no­si­nach zwięk­szono także ilość czasu po­świę­ca­nego na ćwi­cze­nia fi­zyczne - co­dzien­nie od­by­wały się tre­ningi piłki noż­nej i ręcz­nej, atle­tyki oraz pły­wa­nia, a po­nadto prze­pro­wa­dzono pierw­sze ćwi­cze­nia w te­re­nie i ma­newry pułku, które miały miej­sce w re­jo­nie Pa­der­born i poza nim.

Pierw­szy z za­cho­wa­nych dzien­ni­ków za­czyna się 21 kwiet­nia 1938 roku.

* * *

21 kwietnia 1938, Sennelager

Pięć mi­nut temu Unte­rof­fi­zier Behle po­wie­dział mi, że mamy zo­stać w na­szych ko­sza­rach w "Neues Wal­dla­ger"[4] aż do czerwca. Od na­szego przy­jazdu mi­nęło już po­nad sześć mie­sięcy, więc jesz­cze je­den nam nie za­szko­dzi. Ma to też po­zy­tywną stronę, otrzy­mu­jemy do­dat­kowe 10 fe­ni­gów za każdy dzień! To do­płata de­se­rowa! Żarty na bok - obóz jest bar­dzo przy­jemny. Po­doba mi się tu­taj, w środku lasu, po­śród bu­dzą­cej się przy­rody. Drogi i ulice są utrzy­my­wane w do­brym sta­nie. Nie­stety na­sze nowe ba­raki nie zo­stały jesz­cze wy­koń­czone, nie wszę­dzie pod­łą­czono wodę, a je­dze­nie można po­bie­rać tylko z kuchni po­lo­wych. Wo­lał­bym zo­stać tu­taj, w Sen­ne­la­ger, na ko­lejny mie­siąc.

Le­d­wie mi­nęła Wiel­ka­noc i nie ma tu jesz­cze zbyt dużo do ro­boty. Za­pewne jest tak dla­tego, że żoł­nie­rze, któ­rzy re­gu­lar­nie tu sta­cjo­nują, wciąż są na prze­pust­kach, a wielu po­bo­ro­wych pra­cuje przy mi­strzo­stwach We­hr­machtu w spor­tach mo­to­ro­wych. Tego ranka, gdy wy­słano na­szą trójkę do ma­ga­zynu wę­gla, po­oglą­da­li­śmy przez mo­ment zma­ga­nia. Cał­kiem cie­kawe.

Wie­czo­rem po­le­cono nam prze­me­blo­wać po­koje w bloku Leut­nan­tów. Pod­czas pracy wi­dzie­li­śmy mo­to­cy­kle i sa­mo­chody pę­dzące nie­da­leko, przy bu­dynku szpi­tala. Całe były po­kryte py­łem i bło­tem - kie­rowcy rów­nież. Nie­stety trzy po­jazdy na­szego pułku nie uczest­ni­czyły w tym kon­kret­nym wy­ścigu, bo nasi zbyt do­brze znali tę oko­licę, co da­łoby im prze­wagę pod­czas prze­jazdu orien­ta­cyj­nego. Było nam ich żal, szcze­gól­nie Fel­dwe­bla Johna, który kilka ty­go­dni temu zdo­był srebrny me­dal. Jego nu­mer star­towy, wy­ma­lo­wany na bia­łym płót­nie, zdobi obec­nie ścianę na­szego warsz­tatu re­mon­to­wego.

Te­raz, kiedy to pi­szę, sie­dzę w kan­ty­nie, po­dzi­wia­jąc ilo­ści piwa wy­pi­ja­nego przez tre­pów z 64. Pułku Pie­choty. My tyle nie chle­jemy, co moim zda­niem jest za­letą na­szego ro­dzaju wojsk. Kie­rowcy, za­łogi, ra­dio­te­le­gra­fi­ści - za­wsze mu­simy być przy­tomni. Wszy­scy to­wa­rzy­sze za­cho­wują się na­le­ży­cie i rzadko do­cho­dzi do ja­kich­kol­wiek eks­ce­sów. A je­śli na­wet się zda­rzą, cóż, pew­nie awan­tur­nicy chcieli uto­pić to samo uczu­cie, które to­wa­rzy­szyło mi, gdy parę dni temu przy­szło mi opu­ścić Osna­brück. Choć wy­pi­łem mnó­stwo kawy, wciąż by­łem spra­gniony. Tak, kawy! Naj­pierw w domu, a po­tem - kiedy mój stary oj­ciec wró­cił już do Ham­burga - w Cafe Laer, gdzie cze­ka­łem na Ruth. Bar­dzo chcia­łem od­być z nią roz­mowę, któ­rej nikt by nam nie za­kłó­cał. Zna­la­złem sto­lik w rogu, z dala od in­nych klien­tów, i pew­nie dla­tego nie zna­la­zła mnie, gdy przy­szła do lo­kalu. Cze­ka­łem na Ruth pół go­dziny, a po wyj­ściu wpa­dłem na nią po dro­dze na sta­cję. Mie­li­śmy czas tylko na kilka pu­stych słów i wy­ra­że­nie na­szego roz­cza­ro­wa­nia, że nie od­na­leź­li­śmy się w ka­wiarni. Może na­sza re­la­cja fak­tycz­nie jest stratą czasu. Chyba mu­szę po­cze­kać i zo­ba­czyć. Je­śli czło­wiek uczy się cze­goś w woj­sku, z pew­no­ścią jest to cier­pli­wość.

22 kwietnia 1938

Dziś znów mie­li­śmy przy­jemną ro­bótkę. Ran­kiem ja i Wahl­berg, drobny Nad­reń­czyk, "pra­co­wa­li­śmy" w piw­ni­cach. Wie­czo­rem mu­sia­łem prze­ka­zać dwa po­koje w Ba­raku ofi­cer­skim 11 Leut­nan­towi ze 109. Pułku Pie­choty (Et­tlin­gen). Po­tem trzech z nas po­ma­gało dwóm du­si­gro­szom[5] z na­szego ba­ta­lionu w prze­no­si­nach. Je­den z nich, Za­hl­me­ister Mohle, też po­cho­dzi z Osna­brücku i uczęsz­czał do na­szej szkoły pod­sta­wo­wej. To miły gość. Pod­czas pa­ko­wa­nia pu­deł dużo roz­ma­wia­li­śmy o ży­ciu w na­szym mie­ście.

W Sen­ne­la­ger od­bywa się ostatni etap mi­strzostw ar­mii w spor­tach mo­to­ro­wych. Oglą­da­nie przy­go­to­wań do startu i dzia­łań po za­koń­cze­niu zma­gań jest bar­dzo in­te­re­su­jące. W za­wo­dach uczest­ni­czą przed­sta­wi­ciele wszyst­kich trzech ro­dza­jów sił zbroj­nych. Gdy o 19.00 uru­cha­miali sil­niki swo­ich mo­to­cy­kli, sa­mo­cho­dów i cię­ża­ró­wek, wi­dok był fa­scy­nu­jący. Ze­brało się tam wiele osób. Przy jed­no­śla­dach krę­ciło się paru waż­nych przed­sta­wi­cieli firmy Bosch, któ­rzy no­sili pu­dełka świec i po­ma­gali, gdzie tylko mo­gli. Nie­któ­rzy mieli na so­bie sze­ro­kie pro­chowce - Boże, te lek­kie płasz­cze wy­glą­dały nie­sa­mo­wi­cie, są ide­alne do za­da­wa­nia szyku. Ko­le­dzy po­wie­dzieli mi, że ci lu­dzie byli dy­rek­to­rami Bo­scha! Nic mnie to nie ob­cho­dziło - naj­lep­sze dziś były te płasz­cze. Pew­nego dnia mu­szę so­bie taki spra­wić.

Kilku ra­dio­ope­ra­to­rów z na­szego po­koju zo­stało wy­bra­nych do pracy w sta­cji kie­ro­wa­nia wy­ści­giem i w dwóch Pan­zer­be­fehl­swa­gen[6], co wy­wo­łało nie lada eks­cy­ta­cję. Emo­cje bu­dzą nie tylko same za­wody, lecz także liczni dzien­ni­ka­rze i re­por­te­rzy Wo­chen­schau[7], któ­rzy tło­czyli się wo­kół czar­nych mun­du­rów, czoł­gów i ra­dio­sta­cji. Nie­chyb­nie wszy­scy zo­stali sfil­mo­wani, a głos na­szego ko­legi Eri­cha Lam­mersa uwiecz­niono na wo­sko­wym walcu. Po­pro­szono go, by wy­po­wie­dział kilka słów - tech­nicz­nych ter­mi­nów uży­wa­nych w na­szym fa­chu - przez swój la­ryn­go­fon, a po­tem całe na­gra­nie zo­stało od­two­rzone w Re­ichs­sen­der Köln[8]. Wiese mocno mu za­zdro­ścił. Cheł­pił się tym, że zro­biono mu wiele zdjęć, ale za­kła­dam, że Lam­mers nie od­czuwa za­wi­ści z po­wodu tego drob­nego za­szczytu.

Do­szły nas wie­ści, że wszy­scy człon­ko­wie plu­tonu łącz­no­ścio­wego, któ­rzy od­by­wają wła­śnie drugi rok służby, mają zo­stać prze­nie­sieni do no­wego pułku for­mo­wa­nego w Har­burgu. Do Har­burga! To by­łoby ide­alne miej­sce dla mnie. Ale na ra­zie mamy zo­stać na tym po­li­go­nie do czerwca. Od 3 do 8 czerwca będę na prze­pu­stce na Zie­lone Świątki, a po­tem je­dziemy na cztery ty­go­dnie do Jüter­borga na ćwi­cze­nia z ostrą amu­ni­cją. Nie­za­leż­nie od tego, co się sta­nie - czy zo­stanę tu­taj, czy tra­fię do Har­burga - bę­dzie do­brze.

26 kwietnia 1938

Wczo­raj dwóch na­szych Ge­fre­ite­rów wró­ciło z urlo­pów oj­cow­skich. Ga­da­tliwy Mo­ser jak zwy­kle z przodu. Do­bry Boże, ja­kie nie­stwo­rzone hi­sto­rie opo­wia­dał o swo­ich do­ko­na­niach na prze­pu­stce! Hähn­lein, ze Schwe­in­furtu, od razu za­czął jedną ze swo­ich mo­no­ton­nych pie­śni. Gdy wy­ra­zi­łem żal, że pod­czas wy­wcza­sów nie stra­cił umie­jęt­no­ści śpie­wa­nia, roz­zło­ścił się, ka­zał mi się za­mknąć i stwier­dził, że liczba pie­gów na mo­jej twa­rzy wzro­sła i te­raz przy­po­mi­nam mu ko­łocz.

Te­raz moje po­wieki są tak ciemne, że wy­glą­dam, jak­bym miał ma­ki­jaż, zu­peł­nie jak jedna z dam pra­cu­ją­cych w we­so­łym mia­steczku. To wszystko przez pył, który wznie­śli­śmy wczo­raj w nocy pod­czas prze­rzu­ca­nia wę­gla. Gdy wresz­cie do­tar­li­śmy tu na­szym die­slem z 200 ki­lo­gra­mami wę­gla z tyłu, wy­glą­da­li­śmy jak Mu­rzyni. Jed­nak ogól­nie nie mamy tu nic do ro­boty - za­jęć jest jesz­cze mniej niż na bu­do­wie, na któ­rej pra­co­wa­łem, gdy by­łem w Re­ich­sar­be­its­dienst.

W so­botę wraz z pię­cioma żoł­nie­rzami ze sztabu mu­sie­li­śmy peł­nić funk­cję służby w kan­ty­nie ofi­cer­skiej, gdzie zor­ga­ni­zo­wano wie­czo­rek to­wa­rzy­ski dla uczest­ni­ków wy­ści­gów i wielu za­pro­szo­nych go­ści, łącz­nie około 650 osób. Nie mu­sia­łem ob­słu­gi­wać żad­nych sto­li­ków; po­wie­szono mi na­to­miast na szyi tackę z cy­ga­rami i pa­pie­ro­sami, które mia­łem sprze­da­wać na sa­lach. O 1.00 w nocy pod­li­czy­łem mój do­chód - 5,50 re­ich­sma­rek w na­piw­kach! Udało mi się tyle za­ro­bić, bo by­łem czujny ni­czym ja­strząb. Nie­któ­rzy ko­le­dzy mu­sieli po­kryć straty z wła­snej kie­szeni po tym, jak paru ofi­ce­rów wzięło od nich ty­toń i ode­szło bez pła­ce­nia. Do­brze się ba­wi­łem tego wie­czora. Nie by­łem na służ­bie, więc pi­łem wszystko, co tylko wpa­dło mi w ręce: wino, piwo, sznapsa, szam­pana, li­kier, sok jabł­kowy i le­mo­niadę. Jak do­brze, że pa­nienka z kuchni po­dała mi suty obiad, ina­czej mógł­bym tej nocy wpa­ko­wać się w kło­poty. Wró­ci­li­śmy do na­szego po­koju po 3.00 rano. Gdy we­szli­śmy, przy­wi­tał nas wi­dok go­łej, bla­dej dupy Wie­sego lśnią­cej w świe­tle księ­życa. Spał głę­boko, ale we trzech wy­buch­nę­li­śmy tak do­no­śnym śmie­chem, że obu­dzi­li­śmy całe pię­tro. O 3.30 po­ło­ży­li­śmy się spać, a za­le­d­wie 90 mi­nut póź­niej mu­sie­li­śmy wsta­wać, by z cięż­kim ka­cem udać się na ko­lejny tre­ning strze­lecki. Zga­dza się, tre­ning strze­lecki w nie­dzielę. Tak go za­pla­no­wano w na­szym pułku, gdy w ty­go­dniu od­by­wały się wy­ścigi. Wy­niki były do prze­wi­dze­nia. Nie ma się czym chwa­lić.

Wróćmy jesz­cze do wie­czorka za­po­znaw­czego. Cała za­bawa za­częła się o 18.00, a na li­ście go­ści zna­la­zło się dzie­się­ciu ge­ne­ra­łów wojsk lą­do­wych, je­den z Luft­waffe, kilku ad­mi­ra­łów i mnó­stwo star­szych ofi­ce­rów. Na­sza puł­kowa or­kie­stra w czar­nych mun­du­rach wy­ko­nała parę pierw­szo­rzęd­nych mar­szów. Główną atrak­cją były mar­sze z fan­fa­rami za­grane o 23.00. Nasi trę­ba­cze fan­fa­rowi i bęb­nia­rze spi­sali się do­sko­nale i otrzy­mali mnó­stwo okla­sków. Na za­ba­wie było tyle szych, nie tylko woj­sko­wych, lecz także przed­sta­wi­cieli par­tii i cy­wi­lów pra­cu­ją­cych w prze­my­śle na naj­wyż­szych sta­no­wi­skach, że mo­gli­śmy wła­ści­wie igno­ro­wać młod­szych ofi­ce­rów - w ta­kim to­wa­rzy­stwie Leut­nant zna­czył nie­wiele. Przy­szyli też dy­rek­to­rzy Bo­scha, któ­rych wi­dzia­łem wcze­śniej. Człon­ko­wie Krieg­sma­rine, żwawi i ubrani w zna­ko­mite mun­dury, zro­bili wy­jąt­kowo do­bre wra­że­nie. Mocno od­róż­niali się od obec­nej tam dzi­kiej zgrai ofi­ce­rów Luft­waffe. Nie­mal od razu za­uwa­ży­łem, że na­wet naj­wyżsi stop­niem lot­nicy byli dość mło­dzi i nie tak ste­rani wie­kiem jak ich ko­le­dzy z ar­mii. Za­równo przed­sta­wi­ciele ma­ry­narki, jak i lot­nic­twa śpie­wali wiele świet­nych pio­se­nek, a gdy na­sza or­kie­stra za­grała szcze­gól­nie do­brą me­lo­dię, chło­paki z Krieg­sma­rine dały nie­spo­dzie­wany, wspa­niale zgrany wy­stęp wo­kalny, który obej­mo­wał na­wet gwizdy. Ma­ry­na­rze to świetni go­ście, a na do­da­tek wy­grali część wy­ści­gów.

5 maja 1938, Paderborn

Dziś w końcu zna­la­złem czas, by coś tu­taj na­pi­sać. Leżę w łóżku i pa­trzę, jak dwóch na­szych chło­pa­ków za­miata po­kój, a ze sto­ją­cego na szafce Mo­sera Volks­emp­fän­gera[9] płyną w stronę pu­stego ko­ry­ta­rza grzmiące dźwięki wło­skiego hymnu. Tak, mamy maj, Hi­tler jest na wi­zy­cie pań­stwo­wej we Wło­szech i od kilku dni nasz ze­psuty ra­dio­od­bior­nik do­star­cza nam róż­nego ro­dzaju do­nie­sień i utwo­rów z prze­pięk­nej kra­iny po dru­giej stro­nie Alp, nada­wa­nych oczy­wi­ście przez nie­miec­kie ka­nały. A każ­dego wie­czora do póź­nych go­dzin noc­nych - po ostat­nim ob­cho­dzie dy­żu­ru­ją­cego Unter­o­ffi­ziera - słu­chamy mu­zyki ta­necz­nej, praw­dzi­wych prze­bo­jów, które każdy z nas pod­śpie­wuje i po­gwiz­duje w cza­sie służby i po jej za­koń­cze­niu. Obec­nie na­sza ulu­biona pio­senka to Im Mai, da sind die Frauen nicht treu. Jej tekst idzie mniej wię­cej tak: "W maju ko­biety nie są wierne, wów­czas ich serca ko­chają dwóch lub na­wet trzech. Tak! Z jed­nym wy­cho­dzą, dru­giego za­pra­szają do domu. Ale taki jest już zwy­czaj w maju!".

Ćwi­cze­nia z ob­sługi ra­dia! Co ty­dzień uczest­ni­czymy w nich osiem albo dzie­sięć razy. Uwiel­biamy je, po­nie­waż od­by­wają się na te­re­nach ota­cza­ją­cych Pa­der­born. Nasi prze­ło­żeni są fan­ta­styczni; nie­rzadko pod­czas za­jęć nie ro­bimy nic prócz cie­sze­nia się słoń­cem, a do ba­ra­ków wra­camy zde­cy­do­wa­nie zbyt późno. Ale do­wódcy za­wsze do­kład­nie nas in­stru­ują: "By­li­śmy w wy­gwiz­do­wie, a po­tem nie­spo­dzie­wa­nie po­psuł nam się sil­nik. Zro­zu­miano?" - a tak na­prawdę urzą­dzi­li­śmy so­bie prze­jażdżkę po 50-ki­lo­me­tro­wej stre­fie. Ta­kich zwierzch­ni­ków jak stary Fel­dwe­bel Met­zen, Unte­rof­fi­zier Schulze, znany jako "Mały Muck"[10] i Unte­rof­fi­zier Re­imer to ze świecą szu­kać.

We wto­rek po­je­cha­li­śmy wraz z Uffz. Beh­lem do Nie­der- i Obe­r­mars­bergu, gdzie od­wie­dził swoją "dziew­czynę" Hilde. Ależ z niego cu­dzo­łoż­nik! Tho­mas mu­siał za­ło­żyć jego pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy, oczy­wi­ście na prawą dłoń. Ale mie­li­śmy ubaw. W Obe­r­mars­bergu ści­ga­li­śmy się po uli­cach tak, że miej­sco­wym włosy sta­wały dęba. Miej­sco­wość jest wspa­niale po­ło­żona, znaj­duje się na szczy­cie góry peł­nej tu­neli pra­daw­nych ko­palni mie­dzi. We­szli­śmy do jed­nego z nich, ale nie za­wę­dro­wa­li­śmy da­leko. Tak na mar­gi­ne­sie Behle, który nie ma te­raz żad­nego kon­kret­nego sta­no­wi­ska, chęt­nie do­łą­czyłby do na­szego plu­tonu. Do­brze się z nami do­ga­duje, szcze­gól­nie z Ma­łym Muc­kiem. Póź­niej tego wie­czora, gdy od­po­czy­wa­li­śmy, ci dwaj za­częli się wy­głu­piać i oczy­wi­ście w trak­cie "walki" Mały Muck rzu­cił ter­mo­sem peł­nym kawy w plecy Beh­lego tak mocno, że pra­wie go prze­wró­cił. Po­tem Behle sta­rał się zła­pać Mucka, gdy na­gle ode­zwała się jego rwa kul­szowa. Przez to jesz­cze bar­dziej się ze­zło­ścił.

6 maja 1938

Dziś cały dzień spę­dzi­li­śmy poza ko­sza­rami. Ran­kiem by­li­śmy w We­ine, za Büren, by od­wie­dzić RAD-Ab­te­ilung 5/161[11] "We­wels­burg". Prze­je­cha­li­śmy też koło wła­ści­wego We­wels­burga. W dro­dze do We­ine je­cha­li­śmy przez trudny te­ren i mu­sia­łem kie­ro­wać nas z uży­ciem mapy, co nie było ła­twe. Met­zen cią­gle się o coś wy­kłó­cał, czym do­pro­wa­dzał mnie do szału. Gdy do­tar­li­śmy do Nie­dern­tu­dorfu, strasz­nej dziury, po­pro­si­łem kie­rowcę, by za­trzy­mał się na chwilę, że­bym mógł się zo­rien­to­wać. To był błąd, bo wszy­scy za­częli so­bie ze mnie żar­to­wać: "Ni­czego cię nie na­uczyli w SS?". Od­par­łem, że do­wie­dzia­łem się przy­naj­mniej, jak czy­tać mapę. W We­ine za­bra­li­śmy się do ro­boty. Za­czę­li­śmy od miej­sco­wych in­sta­la­cji na ha­kach przy­cze­pio­nych do drzew, a po­tem prze­szli­śmy do prac pod­ziem­nych. Przy­szło mi dźwi­gać na ple­cach ciężką ramę. Bie­ga­nie z nią za Küblem[12] przez 4 ki­lo­me­try było praw­dziwą mor­dęgą. Wzdłuż drogi mu­sia­łem przy­kry­wać prze­wody ka­wał­kami darni, a na za­krę­tach wszystko wią­zać. Gdy osta­tecz­nie do­tar­łem do sta­cji koń­co­wej, by­łem zlany po­tem. A cała ta praca po­szła na marne. Co wię­cej, ni­kogo to nie ob­cho­dziło - Met­zen i Mały Muck od­je­chali już na za­kupy, że­by­śmy nie umarli z głodu.

W dro­dze po­wrot­nej prze­je­cha­li­śmy obok dam­skiego obozu Re­ich­sar­be­its­dienst po­ło­żo­nego bli­sko Büren, na prawo od gór­skiego wierz­chołka, z któ­rego roz­ciąga się wspa­niały wi­dok. Met­zen ka­zał nam się za­trzy­mać i za­czął roz­ma­wiać z pa­roma dziew­czę­tami z RAD. Po­nie­waż przy­je­cha­li­śmy tam z ry­kiem sil­ni­ków, okna ba­ra­ków szybko za­peł­niły się gło­wami Ar­be­it­sma­iden, które sły­szały ten ra­ban. Po krót­kiej chwili, w trak­cie któ­rej Met­zen zdał so­bie sprawę, że nic tu nie osią­gnie, wzno­wi­li­śmy nasz dziki gon. Do­wie­dzie­li­śmy się, że dziew­częta rzadko opusz­czały obóz, bo przy­je­chały do niego za­le­d­wie w kwiet­niu. Mo­gły przyj­mo­wać go­ści tylko w nie­dzielę. Wi­dać było, że sta­cjo­no­wały tam do­piero od mie­siąca, bo nie zdą­żyły się jesz­cze za­okrą­glić od pysz­nego je­dze­nia.

Po cięż­kiej po­dróży przy­je­cha­li­śmy na lunch spóź­nieni, ale nie prze­ję­li­śmy się tym za bar­dzo. Kilka go­dzin póź­niej znów ru­szy­li­śmy w te­ren, tym ra­zem ku Bad Dri­burg. Unte­rof­fi­ziere Lan­ger, Marx i Mały Muck, a także Fel­dwe­bel Met­zen byli za­sko­czeni liczbą ład­nych dziew­cząt w mie­ście. Pod­je­cha­li­śmy do wieży ci­śnień przy gó­rze Kreu­zberg, wy­ko­na­li­śmy po­jaz­dami kilka mro­żą­cych krew w ży­łach sztu­czek, z ry­kiem sil­ni­ków po­pę­dzi­li­śmy wą­skim, krę­tym i bar­dzo stro­mym zjaz­dem, a na ko­niec prze­je­cha­li­śmy przez ka­mie­nio­łom. Po dru­giej stro­nie tra­fi­li­śmy na mnó­stwo pen­sjo­na­riu­szy, któ­rzy krę­cili gło­wami z dez­apro­batą. Po­tem ru­szy­li­śmy drogą na Ro­sen­berg przez uzdro­wi­ska do po­ło­żo­nego tam obozu RAD, gdzie spę­dzi­łem pół­to­rej go­dziny na roz­mo­wach z daw­nymi to­wa­rzy­szami. We­is­sert wciąż tam był, pod­czas gdy Bohn i Schwa­rze - obaj awan­so­wani na do­wód­ców dru­żyn - wró­cili ze szkoły, gdzie pi­sali eg­za­miny koń­cowe. Jör­gens, który nie­dawno zo­stał wuj­kiem, le­żał na łóżku, non­sza­lancki leń. Przed­sta­wili mi pod­cho­rą­żego pie­choty z re­zerwy, który ze­szłej zimy tym­cza­sowo, acz re­gu­lar­nie za­do­wa­lał Lis­beth Bul­ling. Miły z niego gość, mam na­dzieję, że mu się to po­do­bało. We­is­sert po­wie­dział mi, że pierw­szy prze­gląd po­szedł fa­tal­nie. Pra­stary ge­ne­rał od­po­wie­dzialny za ich szko­le­nie, któ­remu z no­ga­wek sy­pała się kreda[13], po­wie­dział im, że nie wy­szko­lili na­le­ży­cie swo­ich pod­wład­nych i w ra­mach kary przez cztery ty­go­dnie bę­dzie ich obo­wią­zy­wał za­kaz opusz­cza­nia obozu. Gna­jąc uli­cami Dri­burga z po­wro­tem do ko­szar, Mały Muck po­sta­no­wił po­pi­sać się umie­jęt­no­ściami jazdy, przez co pra­wie na­ro­bi­łem w spodnie. Po­tem za­trzy­ma­li­śmy się przy jed­nym z go­spo­darstw, by ku­pić jajka. Rol­nik za­pa­ko­wał pra­wie wszyst­kie do pu­dełka - z wy­jąt­kiem dwóch, które się już nie mie­ściły. Oczy­wi­ście to ja mu­sia­łem je nieść, gdy do­tar­li­śmy do na­szego obozu. Nie­trudno wy­obra­zić so­bie gwizdy, okrzyki i uwagi, gdy wy­sia­dłem z Kübla, trzy­ma­jąc w dło­niach dwa jajka.

10 maja 1938

Zo­sta­łem prze­nie­siony do do­wódz­twa pułku jako ra­dio­ope­ra­tor. Wczo­raj mu­sia­łem zgło­sić się do Leut­nanta Eh­ren­berga. Nie je­stem pe­wien, czy mi się tu po­doba, w szta­bie II ba­ta­lionu było spo­koj­niej. W ze­szłą so­botę po­sze­dłem na prze­pustkę na week­end. Ależ to była roz­cza­ro­wu­jąca strata czasu - szcze­gól­nie je­śli cho­dzi o pewną młodą damę. Gdy do niej za­te­le­fo­no­wa­łem, po­wie­działa, że w nie­dzielę musi iść do ko­ścioła. Po­tem spo­tka­li­śmy się na spa­cer; roz­ma­wia­li­śmy o nic nie­zna­czą­cych spra­wach, przez więk­szość czasu w ogóle się nie ro­zu­mie­jąc. Cho­lera, po­wi­nie­nem po­słu­chać matki - te­raz, gdy służę w woj­sku, nie mu­szę już pro­wa­dzić tak po­rząd­nego ży­cia, jak­bym chciał zo­stać po­pem. To zu­pełny bez­sens. Po­wta­rzam so­bie: "Weź się w garść i za­cho­wuj się. Nie bądź jak ko­le­dzy i Unte­rof­fi­ziere" - w końcu mam w domu uko­chaną i je­stem jej to wi­nien! Uko­chaną? Ra­czej zna­jomą. Ta­kie roz­mowy mogę pro­wa­dzić z każdą wy­kształ­coną dziew­czyną. Naj­gor­sze jest to, że ona nie po­dziela mo­ich po­glą­dów po­li­tycz­nych, a w tej kwe­stii nie może być kom­pro­misu.

13 maja 1938

Nie na­daję się na ra­dio­ope­ra­tora, bo cią­gle do­pada mnie cho­roba lo­ko­mo­cyjna. Tu, w szta­bie pułku, aby nie stra­cić po­rząd­nie wy­szko­lo­nego łącz­no­ściowca, po­sa­dzili mnie w Kfz. 17, w któ­rym dzięki do­bremu za­wie­sze­niu nud­no­ści nie po­winny do­pa­dać czło­wieka tak czę­sto. Ale po­tem wy­brali drogi, które nie za­słu­gują już na to miano, i nie­omal zwy­mio­to­wa­łem na ra­dio. Rany, co to był za wy­ścig! Ten ośmio­cy­lin­drowy Horch ma wspa­niałe osiągi. Hör­sting nie ra­dził so­bie za kół­kiem, więc za­stą­pił go Leut­nant Wilts. Nie­długo póź­niej po­czu­łem się tak źle, że mu­sia­łem za­mie­nić się miej­scami z Hör­stin­giem, by cho­ciaż pa­trzeć w kie­runku jazdy. Mimo to praca przy ra­dio­od­bior­ni­kach po­szła bar­dzo do­brze. Uffz. Po­hle był głów­nym ope­ra­to­rem i ob­słu­gi­wał klucz te­le­gra­ficzny, a ja, w roli dru­giego ope­ra­tora, pi­sa­łem, szy­fro­wa­łem i od­ko­do­wy­wa­łem wia­do­mo­ści. Pra­co­wa­łem też przy Zie­lvier Ta­fel[14]. By­łem nieco po­de­ner­wo­wany, ale wszystko po­to­czyło się cał­kiem nie­źle, choć czu­łem się pa­skud­nie.

16 maja 1938

"Dziś o 20.00 zgło­sisz się do swo­jego Kor­po­ral­scha­fts­füh­rera[15] z wy­praną czapką po­lową" - te słowa usły­sza­łem przed chwilą od Jonny'ego Mey­era, zło­to­wło­sego Spießa[16] ze sztabu pułku. Dziś mamy po­nie­dzia­łek, dość ty­powy jak dla ta­kiego ma­łego Land­sera jak ja. Roz­po­czął się od in­spek­cji mun­du­rów i go­dziny od­pa­ro­wy­wa­nia al­ko­holu, a za­koń­czył ko­lej­nym prze­glą­dem wszyst­kich ele­men­tów umun­du­ro­wa­nia, które nie spodo­bały się Spie­ßowi. Wczo­raj by­łem na prze­pu­stce w domu i dzi­siej­szego ranka moje tłu­ste ni­czym bo­czek na­kry­cie głowy przy­cią­gnęło uwagę szefa. Te­raz wró­ci­łem od Unte­rof­fi­ziera Po­hlego, któ­remu za­pre­zen­to­wa­łem wy­czysz­czoną czapkę. Prze­szła in­spek­cję i po­zwo­lono mi odejść.

W do­wódz­twie pułku ina­czej pod­cho­dzą do prze­glą­dów. Czas za­po­mnieć o "To­wa­rzy­sze, za­dbaj­cie o to, by wa­sze mun­dury były czy­ste i kom­pletne, wkrótce będę mu­siał prze­pro­wa­dzić in­spek­cję". Tu­taj Spieß otwiera z hu­kiem drzwi, a po­tem krzy­czy: "Ka­pralu, ma­cie to zdjąć!".

Dziś by­li­śmy na szko­le­niu czoł­go­wym auf der Lieth[17], które nie po­szło naj­le­piej - a przy­naj­mniej nie speł­ni­li­śmy ocze­ki­wań Uffz. Po­hlego. Ale kogo to ob­cho­dzi... Był tu przed chwilą Ge­fre­iter Rüb­sam i za­bro­nił mi pi­sać wię­cej. Kwe­stie zwią­zane ze służbą są ob­jęte ta­jem­nicą i ta­kie tam. Le­piej, że­bym te­raz skoń­czył.

18 maja 1938

Dziś mamy środę i za­koń­czy­li­śmy służbę o 16.00. Sie­dzę te­raz i cze­kam, aż ktoś z tej le­ni­wej ha­ła­stry za­cznie ro­bić kawę. Tu w szta­bie mamy wy­jąt­ko­wych nic­poni - a naj­gorsi są Hör­sting, Bey­hoff i Mi­cha­elis. Oczy­wi­ście wszy­scy miesz­kają w na­szym po­koju. Wie­czo­rami mie­li­śmy za­ję­cia spor­towe. Mecz piłki ręcz­nej, dru­żyna z plu­tonu łącz­no­ści kon­tra re­pre­zen­ta­cja plu­tonu lek­kiego. Nasi sro­mot­nie prze­grali. Ale w ze­szłym ty­go­dniu to my wy­gra­li­śmy. Po­tem gra­li­śmy w dwa ognie, co za­wsze spra­wia nam mnó­stwo frajdy. Część kom­pa­nów nie znała tej gry. Do­sta­łem pro­sto w twarz 3-ki­lo­gra­mową piłką le­kar­ską rzu­coną przez Bey­hoffa z mak­sy­malną siłą. Przy­jemne uczu­cie.

Dziś wy­peł­ni­li­śmy wnio­ski o prze­pustki na Zie­lone Świątki. Trzeba to za­ła­twiać zgod­nie z prze­pi­sami. Na ta­blicy przy­cze­piono przy­kła­dowe pi­smo, które każdy z nas ma do­kład­nie sko­pio­wać. Póź­niej Leut­nant Eh­ren­berg po­wie­dział mi, że osoby nie­umie­jące pły­wać będą mu­siały po­zo­stać w jed­no­stce. To wy­daje mi się po­waż­nym pro­ble­mem. Wczo­raj wie­czo­rem mie­li­śmy do­dat­kowe za­ję­cia pły­wac­kie na za­mknię­tym ba­se­nie, ale mało kto do niego wszedł. Wszy­scy oba­wiali się zim­nej wody. O pół­nocy wsz­częto alarm i wy­rzu­cono nas z łó­żek. Na­stęp­nie jeź­dzi­li­śmy na­szym Kfz. 17 aż do 4.00, kiedy to mie­li­śmy nadać kilka wia­do­mo­ści. Wszystko po­szło do­brze i o 4.15 ze­bra­li­śmy się w Ben­hau­sen na od­prawę.

21 maja 1938

Mamy so­botę. Wczo­raj i dziś dużo się krzą­ta­li­śmy: sprzą­ta­li­śmy po­miesz­cze­nia i szafki, a po­tem przy­szła pora na in­spek­cję po­koi. To za­wsze świetna za­bawa - cała kom­pa­nia za­biera się do scho­dów i ko­ry­ta­rzy, a w trak­cie pracy wszy­scy śpie­wają lub po­gwiz­dują. Czę­sto ro­bimy po­rządki do me­lo­dii Ba­do­nvil­ler-Marsch albo pio­senki Schön ist's bei den Sol­da­ten. Sprzą­ta­nie w ten spo­sób spra­wia mi dużo frajdy. To by­łaby ładna scena fil­mowa: sze­ściu gwiż­dżą­cych męż­czyzn ryt­micz­nie myje pod­łogę. Te­raz wszystko jest czy­ste i błysz­czące. Do­kład­nie tak wy­obra­ża­łem so­bie woj­skową schlud­ność przed po­wo­ła­niem. Krze­sła są ide­al­nie białe, jak kwiaty licz­nych ja­błoni, które ro­sną wo­kół ko­szar. Nie po­zo­stała ani jedna dro­binka ku­rzu. A szafki! Ma­rze­nie! Ge­fre­iter Rüb­sam ude­ko­ro­wał swoje chustki i pra­nie ko­lo­ro­wymi je­dwab­nymi ta­siem­kami. Fit­zer po­szedł w jego ślady i tak samo przy­stroił za­war­tość wła­snej szafki. Na­wet Bey­hoff i Hör­sting za­jęli się swo­imi! Zu­peł­nie jakby sam Leut­nant miał prze­pro­wa­dzać in­spek­cję!

Sta­li­śmy przed swo­imi szaf­kami przez ja­kieś pół go­dziny, za­nim przy­szedł Spieß z pię­cioma Unte­rof­fi­zie­rami. Wów­czas w po­koju było nas tylko trzech. Rüb­sam to­wa­rzy­szył Obe­rstowi, Ma­kow­sky był z Obe­rleut­nan­tem Thöl­kem, a Mi­cha­elis z Ego­nem - wszy­scy w roli or­dy­nan­sów. Po­nie­waż je­stem nowy w kom­pa­nii szta­bo­wej, Meyer po­świę­cił mo­jej szafce wię­cej czasu, a od wy­niku in­spek­cji wiele za­le­żało. Ucie­szy­łem się, gdy szef ski­nął głową w stronę Unte­rof­fi­zie­rów i po­wie­dział "Do­brze!". Po­tem przyj­rzał się moim spodniom, kurt­kom i płasz­czowi, ale znów nie do­strzegł żad­nych nie­do­cią­gnięć. Na­stęp­nie za­brał się do szafki Hör­stinga. Nie było w niej więk­szych uchy­bień, ale tak wprawny Obe­rfel­dwe­bel jak Meyer wy­pa­trzył dość drob­nych szcze­gó­łów, by za­krzyk­nąć: "Niech cię cho­lera! Nie ma się czym chwa­lić - trzeba upo­rząd­ko­wać jesz­cze raz". Za­raz po­tem Spieß i jego świta opu­ścili nasz po­kój, nie mó­wiąc ani słowa wię­cej.

1 czerwca 1938

Po raz pierw­szy, od kiedy wzięto mnie do woj­ska, peł­nię służbę war­tow­ni­czą. Pil­nuję sztabu pułku. Przy­naj­mniej mam dzięki temu czas na pi­sa­nie. Ju­tro bę­dziemy na prze­pu­stce! Mam już bi­let i li­czę na to, że uda mi się stąd wy­do­stać do­sta­tecz­nie wcze­śnie. Urlop koń­czy się 8 czerwca. Już otrzy­ma­li­śmy diety, co za­wsze jest miłe. W do­wódz­twie II ba­ta­lionu do­sta­wa­li­śmy tylko 4,95 re­ich­sma­rek. Te­raz chcą, że­bym za­pła­cił 15 RM za słu­chawki, które zo­stały mi skra­dzione, gdy słu­ży­łem z nimi w Al­tes Wal­dla­ge­rze. Mu­szę zwró­cić pie­nią­dze albo "zor­ga­ni­zo­wać" nową parę ze sztabu pułku. Zbliża się wolne, a ja mam pła­cić 15 ma­rek, cho­lera. Będę mu­siał skom­bi­no­wać te słu­chawki.

Dzi­siej­szego ranka bie­gli­śmy na 5 ki­lo­me­trów w ra­mach za­wo­dów gar­ni­zo­no­wych. Całe wy­zwa­nie wy­grał szwa­dron cy­kli­stów z 15. Pułku Ka­wa­le­rii. Dru­gie miej­sce za­jęła 7. kom­pa­nia 11. Pułku Pan­cer­nego. Ja mu­sia­łem wy­star­to­wać w dru­ży­nie sztabu II ba­ta­lionu. Za­wsze by­łem w czo­łówce, choć obie­ca­łem so­bie, że nie będę się sta­rał. Ale gdy roz­legł się sy­gnał do startu, głu­pio mi było wlec się z tyłu, więc za­czą­łem biec na­przód. Trasa oka­zała się cał­kiem przy­jemna, była cały czas za­cie­niona i prze­bie­gała obok ol­brzy­mich sta­wów ryb­nych w Neu­haus. Za­czy­nała się i koń­czyła przy sie­dzi­bie klubu strze­lec­kiego, gdzie co nie­dzielę or­ga­ni­zo­wane są po­tań­cówki. Przy­cho­dzą na nie oko­liczne słu­żące, więc spo­tka­nia te cie­szą się du­żym za­in­te­re­so­wa­niem ze strony żoł­nie­rzy. Na do­da­tek wo­kół ro­śnie wielki las z licz­nymi ścież­kami i ła­wecz­kami. Mnó­stwem ła­we­czek. "Są bar­dzo uży­teczne", jak uważa Wol­l­berg. Po­mi­ja­jąc te za­bawy, sam bu­dy­nek jest na­prawdę ładny. Po co cho­dzić w każdą nie­dzielę do kina, kiedy można spę­dzić ten czas na ło­nie na­tury?

We wcze­śniej­szych dniach mie­li­śmy sporo za­jęć na świe­żym po­wie­trzu. Cały pią­tek by­li­śmy w te­re­nie i po wielu go­dzi­nach ze słu­chaw­kami na uszach do­padł mnie strasz­liwy ból głowy. Peł­ni­łem funk­cję dru­giego ra­dio­te­le­gra­fi­sty w Kfz. 17 Egona. Nasz do­wódca był w pa­skud­nym na­stroju i pę­dzi­li­śmy po oko­licy jak sza­leni. Przez więk­szość czasu pręd­ko­ścio­mierz po­ka­zy­wał 80 ki­lo­me­trów na go­dzinę, a nie­rzadko od 95 do 100. A prze­cież Egon wcze­śniej za­bro­nił Hör­stin­gowi i Mi­cha­eli­sowi prze­kra­czać 55 ki­lo­me­trów na go­dzinę po tym, jak szwa­dron łącz­no­ści roz­bił swo­jego Kfz. 15/1 przez kar­ko­łomną jazdę. Do­wódz­two pułku nie ma już ani jed­nego spraw­nego po­jazdu łącz­no­ści. Wszyst­kie zo­stały uszko­dzone, więc sztab musi wy­ko­ny­wać wiele za­dań pie­szo. Dźwi­gają cięż­kie ka­ble przez 3 ki­lo­me­try do Ben­hau­sen, pod­łą­czają li­nię te­le­fo­niczną, wy­ko­nują ćwi­cze­nia, a po­tem pa­kują to wszystko i wra­cają do ko­sza­rów kom­plet­nie wy­koń­czeni. Jedno trzeba przy­znać: na­uczyli się po­ko­ny­wać mar­szem dłu­gie dy­stanse! Efekty mo­gli­śmy zo­ba­czyć pod­czas dzi­siej­szego biegu przez las.

W po­nie­dzia­łek wsta­li­śmy o 4.00 na ma­newry kom­pa­nii, w ra­mach któ­rych ćwi­czy­li­śmy współ­dzia­ła­nie trzech plu­to­nów: plu­tonu lek­kiego, plu­tonu łącz­no­ści i plu­tonu goń­ców. Było to cał­kiem cie­kawe. Przy­dzie­lono mnie do Kfz. 17 plu­tonu goń­ców. Ob­szar, na któ­rym od­by­wały się ma­newry, roz­cią­gał się od Dahl, Drin­gen­bergu i Schmech­ten do Gut Dan­hau­sen i Bad Dri­burg. Jeź­dzi­li­śmy sza­leń­czo tam i z po­wro­tem. Nasz plu­ton uda­wał "od­działy pan­cerne nie­przy­ja­ciela", a łącz­no­ściowcy mieli na­wią­zać z nim walkę z uży­ciem ka­ra­bin­ków i gra­na­tów dym­nych. My też mie­li­śmy parę "bu­te­lek z dy­mem". Dzięki temu ca­łemu strze­la­niu dzi­siej­szy dzień był bar­dzo przy­jemny. Na ko­niec ze­bra­li­śmy się wszy­scy przy go­spo­dar­stwie ro­dziny Löhr koło Dan­hau­sen. Po­ma­ga­łem tam przy żni­wach w 1937 roku, gdy by­łem w RAD! Pan Löhr i jego żona bar­dzo się ucie­szyli, gdy się z nimi przy­wi­ta­łem. Go­spo­dyni ob­da­ro­wała mnie ol­brzy­mią ka­napką z szynką, którą po­dzie­li­łem się z Uffz. Ru­ete­rem ze szwa­dronu mo­to­cy­kli. Löh­ro­wie dali mi też na­rę­cze kwia­tów li­laku, aby­śmy ude­ko­ro­wali nimi na­sze po­koje. Ka­napka sma­ko­wała wy­śmie­ni­cie - zresztą cały obóz znał pa­nią Löhr i wie­dział, że jest do­sko­nałą ku­charką.

Kiedy prze­jeż­dża­li­śmy przez Dri­burg, wyj­rza­łem przez okna sa­mo­chodu, by zo­ba­czyć, czy wy­pa­trzę ja­kichś sta­rych zna­jo­mych, ale ni­kogo nie za­uwa­ży­łem. Unte­rof­fi­zier Po­hle obie­cał nam, że po Pięć­dzie­siąt­nicy wró­cimy do Bad Dri­burga. Mam na­dzieję, że tak się sta­nie.

Tak, ju­tro będę na prze­pu­stce. Pew­nie czeka mnie to, co zwy­kle, czyli fala zmar­twień i obaw, które nę­kają tylko cy­wi­lów. A po­tem, po kilku dniach nudy, nie będę się mógł do­cze­kać po­wrotu do woj­ska. Czas zna­leźć so­bie żonę, wtedy czło­wiek ma ko­goś, kto na­prawdę cie­szy się na jego po­wrót do domu. I jest z kim spę­dzać czas - a tak wszystko za­leży od szczę­ścia i ilo­ści go­tówki w kie­szeni. Nie po­doba mi się ła­że­nie z chmarą dziew­cząt, jak ro­bią to nie­któ­rzy ko­le­dzy albo ten dan­dys Vi­gier. Swoją drogą tra­fi­łem na niego w so­botni wie­czór przed Cafe Wie­muth, gdzie roz­ma­wiał z Eisen­ho­fe­nem i Gläse­rem. Wcze­śniej wszy­scy, w tym także Furl­kröger i Arntz, sie­dzieli w środku i do­ka­zy­wali. W re­zul­ta­cie na­ra­zili się Unte­rof­fi­zie­rowi z 15. Pułku Ka­wa­le­rii, który ka­zał im na­tych­miast się wy­nieść. Taki ob­rót spraw do­pro­wa­dził Vi­giera do bia­łej go­rączki. To jego je­dyna za­leta - mało pije, w związku z czym ni­gdy nie traci nad sobą kon­troli i nie roz­ra­bia.

Wra­ca­jąc do te­matu nad­cho­dzą­cej prze­pustki, za­sta­na­wiam się, czy da­lej będę się spo­ty­kał z moją "praw­dziwą mi­ło­ścią", która stale działa mi na nerwy, czy ja­koś znajdę so­bie inną młodą damę. Może tra­fię na ko­goś zna­jo­mego - ale już wiem, że ten urlop skoń­czy się tak jak wszyst­kie po­przed­nie. Taki młody żoł­nierz jak ja po­wi­nien z kimś ro­man­so­wać! Ko­le­dzy, z któ­rymi dzielę po­kój, już mają mnie za sta­rego dur­nia. Może nim je­stem, jak Chico z tego ame­ry­kań­skiego filmu Siódme niebo. Swoją drogą to było na­prawdę do­bre kino, na­wet je­śli więk­szość chło­pa­ków z na­szego po­koju go nie zro­zu­miała.

Szlag! Parę cho­ler­nych chra­bąsz­czy ma­jo­wych i tłu­stych ciem prze­szka­dza mi w pi­sa­niu. Wcze­śniej zbie­ra­łem te chrząsz­cze i kła­dłem Schweg­man­nowi na twa­rzy, ale na­wet trzy ta­kie be­stie ła­żące mu po gę­bie go nie obu­dziły! Schweg­mann pełni wartę ra­zem ze mną i po­chra­puje na jed­nym z łó­żek w stró­żówce. Na dru­gim leży Tig­ge­mann, który chra­pie tak, że aż się ściany trzęsą. Po­wi­nie­nem wci­snąć mu jed­nego z chrząsz­czy do gar­dła, wtedy by ucichł. Chyba że jest jak Jür­gen Ro­thert, który zjada te owady, gdy ktoś po­stawi mu ku­fel piwa. Chra­bąsz­cze, ćmy, chra­piący to­wa­rzy­sze... By to wszystko znieść, trzeba mieć że­la­zne nerwy.

2 czerwca 1938

Trzy czwarte okresu szko­le­nia mamy już za sobą, a ja je­stem na naj­lep­szej dro­dze, by stać się tak głu­pim i upar­tym jak Pe­ter­mann. Na­prawdę na­zywa się Pe­ter Schür­mann, a prze­nie­siono go tu z 16. Ba­ta­lionu Łącz­no­ści. Po­wia­dają, że jego ro­dzice mu­sieli spło­dzić go po pi­jaku. Do­bry Boże, on na­wet wy­gląda na dur­nia! Od­sta­jące uszy, wielki no­chal pod wą­skimi brwiami, małe, świń­skie oczka, de­li­katny garb i nie­na­tu­ral­nie dłu­gie ra­miona. Im­be­cyl służy te­raz jako ra­dio­ope­ra­tor i do­pro­wa­dza nas do szału cał­ko­witą nie­zna­jo­mo­ścią or­to­gra­fii. Oto je­den przy­kład: ładną na­zwę "Bad Dri­burg" za­pi­suje jako "Bat­te­rien­burg"!

[wy­rwana strona]

Gdy moja prze­pustka do­bie­gła końca, nie by­łem szcze­gól­nie szczę­śliwy, ale też za­nadto się nie smu­ci­łem. Po pierw­szych ćwi­cze­niach po­czu­łem się tak, jak­bym wcale nie opu­ścił jed­nostki. W nie­dzielę po Pięć­dzie­siąt­nicy uda­łem się do Bad Dri­burga w moim czar­nym mun­du­rze. Tam­tej­sze termy są bar­dzo przy­jemne. Będę je od­wie­dzał czę­ściej. Ko­lej­nej nie­dzieli nasz pułk ofi­cjal­nie wma­sze­ro­wał do Pa­der­born. Zro­bi­li­śmy nie­złe wi­do­wi­sko - chyba wszy­scy miesz­kańcy wy­szli na ulice, by zo­ba­czyć na­szą pa­radę. Sze­dłem pie­szo, wszyst­kie po­jazdy ob­sa­dzili ofi­ce­ro­wie i pod­ofi­ce­ro­wie. Wie­czo­rem zor­ga­ni­zo­wano w sie­dzi­bie klubu strzel­ców bal dla pułku. Przy­szło wiele dziew­cząt, ale żadna nie była w moim ty­pie. Sie­dzia­łem z grupą ko­le­gów ze szkoły pod­sta­wo­wej, Jup­pem Wel­lin­ghof­fem, Frit­zem Bur­giem i Leut­nan­tem Adol­fem von Kno­blau­chem z RR15.

Wszy­scy mieli wró­cić do ko­szar o 3.00, ale 162 żoł­nie­rzy tego nie zro­biło i przy­było póź­niej. Nie otrzy­mali cięż­kich kar. Po­nie­dział­kowa służba była nie naj­gor­sza. Schuhk­necht i ja pra­co­wa­li­śmy we­wnątrz czołgu z dział­kiem 2 cm. W czwar­tek po­now­nie od­wie­dzi­łem Bad Dri­burg, gdzie po raz pierw­szy od opusz­cze­nia RAD po­now­nie spo­tka­łem dwie pięk­no­ści, Paulę i Lies­beth. Go­ście uzdro­wi­ska zro­bili wiel­kie oczy, gdy zo­ba­czyli, z jaką ra­do­ścią Lies­beth mnie po­wi­tała! Wie­czo­rem spo­tka­łem sio­stry Elli i Theę Thöne, z któ­rymi kie­dyś spa­ce­ro­wa­łem po Kreu­zbergu. Chcia­łem zjeść obiad z ba­ta­lio­nem, ale się spóź­ni­łem - po­sze­dłem za­tem do Cafe Bör­ger. Póź­niej, po wy­da­niu ostat­niego fe­niga, znów wpa­dłem na Elli i Theę, które szły po­tań­czyć do Cafe Stute. Bar­dzo chciały, że­bym po­szedł z nimi, więc przy­ją­łem ich za­pro­sze­nie i roz­ma­wia­li­śmy w mi­łej at­mos­fe­rze aż do 22.00, gdy mu­sia­łem wra­cać do Pa­der­born. Lies­beth od­pro­wa­dziła mnie do Stel­l­bergu, skąd po­pę­dzi­łem da­lej na ro­we­rze, który za­bra­łem ze sobą z prze­pustki. Wzią­łem też nie­bie­ski szla­frok. Oba te przed­mioty mi się przy­da­dzą. Ze­szłej nie­dzieli by­łem w Osna­brücku. Wszystko od­było się jak zwy­kle. Her­bert udał się do Bie­le­feld na ja­kieś wy­da­rze­nie or­ga­ni­zo­wane przez SS, a ja po­sta­no­wi­łem po­pły­wać. Mu­sia­łem zła­pać po­ciąg o 21.16, więc cały wie­czór mia­łem dla sie­bie.

W po­nie­dzia­łek cała jed­nostka po­je­chała do Sau­er­landu na duże ma­newry. Osłu­pia­łem na wi­dok wiel­kiej liczby po­jaz­dów łącz­no­ści ze wszyst­kich od­dzia­łów, które zgro­ma­dzono tam przy je­zio­rze Möh­ne­see. Po­mimo paru drob­nych uste­rek w na­szym Kfz. 17 wszystko po­szło do­brze; wię­cej - na ko­niec ze­spół San­der-Ern­sting otrzy­mał po­chwałę. Ma­newry za­koń­czyły się ćwi­cze­niami te­re­no­wymi w po­bliżu Vel­lin­ghau­sen. By­łem już tam wcze­śniej, no­co­wa­łem wtedy w miej­sco­wym schro­ni­sku mło­dzie­żo­wym pod­czas 900-le­cia mia­sta. Za­trzy­mała się tam też pewna młoda dama, wtedy jesz­cze uczęsz­cza­jąca do szkoły pod­sta­wo­wej. Spo­tkała tam mło­dego żoł­nie­rza, o któ­rym czę­sto wspo­mi­nała. Może czas na­pi­sać kartkę do Ruth?

Pol­l­man­n­skrug oka­zał się zbyt drogi i stać mnie było tylko na dwie szklanki mleka. Wie­czo­rem po­je­cha­li­śmy nad piękne Möh­ne­see i z po­wro­tem, przez Sau­er­land, do Pa­der­born, do­kąd do­tar­li­śmy o 21.00. A jak miło za­sko­czył nas har­mo­no­gram na na­stępny dzień - służba tech­niczna rano, a po­tem wy­jazd do Bad Lip­p­springe na pły­wa­nie! Ży­cie żoł­nie­rza po­trafi być bar­dzo miłe, na­wet je­śli nie co­dzien­nie.

15 lipca 1938, Paderborn

Niech to szlag! Pióro mi się po­psuło, a nie mogę ku­pić no­wego. Od kilku ty­go­dni je­stem cią­gle bez gro­sza. Mu­sia­łem już po­ży­czyć 2 marki od Mi­cha­elisa na na­prawę ro­weru - rama pę­kła i trzeba ją było ze­spa­wać.

Wciąż nie mam pew­no­ści, jak długo po­wi­nie­nem po­zo­stać w woj­sku. Czas pły­nie zbyt szybko i czło­wiek ani się obej­rzał, a już stał się stary. Ze­szłej nie­dzieli by­łem w domu i nic się tam nie zmie­niło. Matce le­d­wie wy­star­cza na ży­cie, więc nie ma tam dużo do je­dze­nia, nie mó­wiąc o za­bra­niu cze­goś ze sobą do jed­nostki. Ojcu nie­źle się żyje w Ham­burgu, ma sa­mo­chód i co­dzien­nie wy­pala pa­pie­rosy warte co naj­mniej 1 markę. A ja nie mogę na­wet wy­je­chać na praw­dziwy urlop. Her­bert za­mie­rza od­wie­dzić ojca, więc wczo­raj wy­sła­łem mu swoją wa­lizkę, bo jego się po­psuła. Mam na­dzieję, że przy­wie­zie z Ham­burga moją skó­rzaną wa­lizkę, bar­dzo mi się tu przyda.

W tej chwili uczest­ni­czymy w kur­sie na­uki jazdy, w ra­mach któ­rego uczymy się pro­wa­dzić sa­mo­chody cię­ża­rowe. Szko­le­nie trwa już drugi ty­dzień, a my świet­nie się ba­wimy. Jest nas sze­ściu, a uczy nas Fel­dwe­bel Flachs­barth z pod­od­działu re­mon­to­wego. Wszy­scy ro­bimy duże po­stępy, a naj­le­piej idzie Hürt­ge­nowi, który ma już upraw­nie­nia do pro­wa­dze­nia czołgu. Oprócz niego w kur­sie biorą udział jesz­cze Unte­rof­fi­zier Mo­raw­sky, Klu­sner, Schweg­mann i Grau­ler ze szwa­dronu mo­to­cy­kli - ci trzej ostatni są strasz­nie ga­da­tliwi, a przy tym nie­zwy­kle głupi! Ja ra­dzę so­bie naj­le­piej, bo umia­łem pro­wa­dzić sa­mo­chód jesz­cze przed pój­ściem do woj­ska, a nie­dawno też za­koń­czy­łem na­ukę jazdy czoł­giem.

W ra­mach kursu dużo po­dró­żu­jemy. Pew­nego ranka w ulew­nym desz­czu uda­li­śmy się do Horn, gdzie wy­pi­li­śmy kawę w ma­łym pen­sjo­na­cie. Obok był nie­wielki ho­tel, a w jego oknie stała śliczna blon­dynka, która tro­chę so­bie z nami po­żar­to­wała. Gdy od­jeż­dża­li­śmy, za­uwa­ży­łem, że długo za nami ma­chała. Po­wi­nie­nem wró­cić do Horn i po­znać ją bli­żej czy też w ogóle się z nią za­po­znać. Bar­dzo mi się spodo­bała.

31 października 1938, Paderborn

Tak, od 15 lipca wiele wody upły­nęło w Re­nie. Od zda­nia eg­za­minu na prawo jazdy do ogło­sze­nia alarmu mo­bi­li­za­cyj­nego Rüb­sa­men nie po­zwo­lił mi wy­cią­gnąć mo­jego dzien­nika, który w re­zul­ta­cie tra­fił do do­mo­wej prze­cho­walni i po­zo­stał w niej aż do te­raz. Rüb­sa­men, podła świ­nia, jest te­raz Unte­rof­fi­zie­rem, a ja wciąż zwy­kłym dzia­ło­no­wym. Gdy prze­cho­dzi obok, mu­szę stu­kać ob­ca­sami - ale to nie dzieje się już czę­sto. Od kam­pa­nii su­dec­kiej zo­sta­łem prze­nie­siony z po­wro­tem do do­wódz­twa II ba­ta­lionu.

Dzi­siaj ob­słu­guję puł­kową łącz­nicę te­le­fo­niczną w gar­ni­zo­nie. Ro­bi­łem to już wie­lo­krot­nie w wa­run­kach po­lo­wych, w Kraju Su­de­tów, pod­czas wszyst­kich ćwi­czeń i na ma­new­rach, ale po raz pierw­szy sie­dzę przy urzą­dze­niu sta­cjo­nar­nym. W te­re­nie za­da­nie to jest nieco bar­dziej skom­pli­ko­wane, bo trzeba je wy­ko­ny­wać w sto­do­łach i sta­rych szo­pach, ale tu mam znacz­nie wię­cej pracy. Stoją przede mną dwa pu­dełka po­łą­czone istną plą­ta­niną prze­wo­dów. Na szczę­ście te­raz, o 21.00, robi się spo­koj­niej i mam czas na pi­sa­nie. Przy­go­to­wa­łem kartkę dla matki, w któ­rej wy­ja­śni­łem, dla­czego nie od­wie­dzi­łem jej w so­botę. Wy­sła­łem też ko­lejny list do Her­berta. Może czas na­pi­sać do Kurta Schwa­rza? Po­in­for­mo­wał­bym go, że mogę się z nim zo­ba­czyć w Schwe­in­fur­cie za ja­kiś ty­dzień. Wciąż nie mam jed­nak co do tego pew­no­ści, więc le­piej oszczę­dzać pa­pier. Mógł­bym też na­pi­sać do pew­nej mło­dej damy z Osna­brücku, ale niech jesz­cze po­czeka. Sama długo zwle­kała, nim wy­słała mi w miarę po­rządne zdję­cie, ko­lejne więc mogę od niej do­stać jako swego ro­dzaju pa­miątkę do­piero na na­stęp­nej prze­pu­stce. Mu­szę tu na­po­mknąć, że ona ma już co naj­mniej kilka mo­ich fo­to­gra­fii. Ale to nie­istotne.

Waż­niej­sze jest to, że wkrótce mogę zo­stać pod­cho­rą­żym re­zerwy, co bę­dzie miało wpływ na moją przy­szłość. Nie wiem, ja­kie mam szanse. Dziś ba­ta­lion prze­każe da­lej na­zwi­ska kan­dy­da­tów. Nie mam po­ję­cia, czy mnie wy­brali. In­for­ma­cje o awan­sach zo­staną po­dane 3 li­sto­pada, ale pół­ofi­cjal­nie ktoś już na­ry­so­wał pal­cem szew­ron na moim rę­ka­wie.

Wła­śnie wszedł ko­lega, śpie­wa­jąc pod no­sem uło­żoną przez nas pio­senkę:

Śnij o Sudetach, o Czechosłowacji O panu Benešu i jego bandzie zbirów O piwie z Pilzna i ślicznotkach z Pragi Z tobą tej nocy chcę śnić o Wełtawie Silnik nuci swą niezmienną melodię Czołgi wjeżdżają do Czechosłowacji Gdy barwy Hitlera zawisną nad tą krainą Działonowy wróci do swojej ukochanej Silnik nuci swą niezmienną melodię Czołgi wjeżdżają do Czechosłowacji

Gdy by­li­śmy w Cze­cho­sło­wa­cji, na­pi­sa­li­śmy kilka ta­kich pio­se­nek, w tym jedną szcze­gól­nie do­brą i ru­baszną o kie­rowcy sta­rego czołgu Kruppa.

1 listopada 1938

Zo­sta­niemy w końcu awan­so­wani czy nie? To py­ta­nie spę­dza nam sen z oczu. Wczo­raj prze­nie­siono mnie na kurs in­struk­to­rów dla re­kru­tów. Za­wsze coś, ale wciąż za­sta­na­wiam się, kiedy do­wiem się wię­cej o pod­cho­rą­żym San­de­rze. W ar­mii trzeba być cier­pli­wym i mieć nerwy jak koń na bie­gu­nach. Moż­liwe, że to mój ostatni dy­żur przy łącz­nicy. Co cie­kawe, o tej po­rze, po go­dzi­nach pracy, dzwo­nią wszyst­kie skąpe na­rze­czone - z Lip­p­springe, Ge­seke, Senne, ze wszyst­kich stron świata, a przede wszyst­kim oczy­wi­ście z Pa­der­born.

Po­zwolę so­bie na drobne ob­li­cze­nia. Miesz­kańcy Pa­der­born nie­spe­cjal­nie prze­pa­dają za żoł­nie­rzami, ale co te nie­bo­raki by po­wie­działy, gdyby woj­sko się stąd wy­pro­wa­dziło i prze­stało pła­cić po­da­tek mel­dun­kowy? Pod­ofi­cer po trzech la­tach służby (w pierw­szym roku służby pod­ofi­cer­skiej) płaci mie­sięcz­nie 2,5 re­ich­smarki, czyli 30 ma­rek rocz­nie. Mamy osiem kom­pa­nii i trzy sztaby, a w każ­dym z tych pod­od­dzia­łów jest 20 pod­ofi­ce­rów. Lekko li­cząc, daje to 6600 RM, a nie uwzględ­ni­łem jesz­cze wszyst­kich ofi­cjeli i pra­cow­ni­ków. Ofi­ce­ro­wie płacą znacz­nie wię­cej. Za­tem miesz­kańcy Pa­der­born po­winni sie­dzieć ci­cho!

Matka przy­słała mi dzi­siaj paczkę, w któ­rej było moje pra­nie, pół bo­chenka bia­łego chleba i pół bo­chenka czar­nego. Biały zdą­ży­łem już zjeść. Żad­nych pie­nię­dzy. Nie mam wy­boru, mu­szę za­pła­cić za spodnie mun­duru wyj­ścio­wego z wła­snej kie­szeni. Mogę to zro­bić wy­łącz­nie na raty - da­łem już 10 ma­rek, a pełny koszt ma wy­no­sić 42 RM. Oprócz tego mu­szę jesz­cze opła­cić lek­cje tańca. W ten spo­sób da­leko w ży­ciu nie zajdę.

7 listopada 1938

Nie dla mnie ten kurs szko­le­niowy. Mam już ser­decz­nie do­syć musz­try w dru­gim roku służby. Te­raz je­stem jed­nak pod­cho­rą­żym re­zerwy i mu­szę zno­sić to wszystko jesz­cze przez kilka dni. Mia­łem sporo szczę­ścia, bo zo­sta­łem pod­cho­rą­żym i in­struk­to­rem re­kru­tów. Wkrótce po­wi­nie­nem do­stać awans na Ge­fre­itera, a wraz z nim żołd na­li­czony od 1 paź­dzier­nika. Pie­nią­dze otrzy­mam za­pewne w czwar­tek 10 li­sto­pada, czyli w dniu in­spek­cji na­szego kursu. "Pilny" ma prze­pro­wa­dzić kon­trolę, a kie­ru­jący na­szym szko­le­niem Obe­rleut­nant Stre­ger obie­cał nam kilka dni prze­pustki - choć musi je jesz­cze za­twier­dzić do­wódca. Mam na­dzieję, że to zrobi.

Chciał­bym wkrótce wró­cić do Osna­brücku. Szlag, od kiedy wi­dzia­łem Ruth kilka ty­go­dni temu, nie mogę prze­stać o niej my­śleć. Szcze­rze mó­wiąc, je­stem skoń­czo­nym idiotą i po­wi­nie­nem się z nią roz­stać. Znam ją już od pię­ciu lat i nic się przez ten czas nie zmie­niło. To już zbyt długo. Ale pora za­koń­czyć ten te­mat - za ko­lejne dwa czy trzy lata będę wi­dy­wał dziew­częta tylko z da­leka, a poza tym wpierw mu­szę na­uczyć się tań­czyć. Zi­mowe pół­ro­cze w Pa­der­born, które jest tu sto­sun­kowo spo­kojne, by­łoby do tego ide­alne, gdy­bym nie zo­stał in­struk­to­rem re­kru­tów.

Za­bawne, za­le­d­wie ty­dzień temu by­łem zroz­pa­czony, bo wy­da­wało się, że przez brak ma­tury nie mam szans na zo­sta­nie pod­cho­rą­żym re­zerwy. A dziś, gdy wszystko udało się za­ła­twić i po­praw­nie od­po­wie­dzia­łem na wszyst­kie py­ta­nia, zu­peł­nie mnie to nie ob­cho­dzi.

10 listopada 1938

Dziś mamy czwar­tek. Nie­zwy­kle pra­co­wity. Otrzy­ma­li­śmy awanse i te­raz je­stem Ge­fre­ite­rem oraz in­struk­to­rem re­kru­tów. Zga­duję, że będę mu­siał tro­chę po­cze­kać, nim zo­stanę ofi­cjal­nie po­wia­do­miony o mia­no­wa­niu na pod­cho­rą­żego. Oprócz tego nasz kurs in­struk­to­rów zo­stał skon­tro­lo­wany przez Herr Ma­jora Kolla. In­spek­cja po­szła do­brze, tak, jak się spo­dzie­wa­li­śmy, i w za­mian otrzy­ma­li­śmy parę dni urlopu. Ju­tro mogę po­je­chać do domu, skąd mu­szę wró­cić do­piero w środę, gdy przy­będą nowi po­bo­rowi. Spora nie­spo­dzianka.

Wszy­scy pod­cho­rąży re­zerwy mu­sieli się dzi­siaj po­ka­zać do­wódcy pułku, Dipl.Ing. Obe­rstowi Phil­lip­sowi. Przed­sta­wiał nas Fähn­rich­sva­ter[18] Leut­nant Schmidt. Szybko go opi­szę: para nie­ska­zi­tel­nie czy­stych bu­tów, 80-konne spodnie, nad­zwy­czajne nogi "jak z ro­mansu" (czyli ta­kie, które z po­czątku wy­glą­dają, jakby miały się nie spo­tkać, ale w końcu się scho­dzą - ni­czym w po­wie­ści). Ma ta­lię osy i barki Maxa Schme­linga. A jaki jest mocny w gę­bie! Ry­czał na nas jak lew, po­wie­dział, że nie po­tra­fimy się po­rząd­nie ubrać, na­zwał nas sła­be­uszami, któ­rzy nie umieją się za­cho­wać. Ale po przyj­ściu Obe­rsta stał się ła­godny jak ba­ra­nek. Cały ten prze­gląd był dość mę­czący, ale miał je­den cel - o czym wszy­scy do­brze wiemy. Cho­dziło o spraw­dze­nie, czy wciąż roz­ta­cza się wo­kół nas za­pach ro­bot­ni­ków czy też je­ste­śmy stwo­rzeni do wyż­szych ce­lów.

Po in­spek­cji otrzy­ma­łem z po­wro­tem moją roz­prawkę o edu­ka­cji. Leut­nant En­gel­hardt z 5. kom­pa­nii omó­wił z nami wszyst­kie prace pod­czas po­przed­nich za­jęć i pod­kre­ślił, że moja była naj­przy­dat­niej­sza. Nie­źle jak na ko­goś bez ma­tury. Dziś wy­pa­sto­wa­łem pod­łogę w po­koju. Chcę zro­bić do­bre wra­że­nie na no­wych re­kru­tach, gdy przy­jadą w środę i czwar­tek. Z in­nych sal do­biega śmiech by­łych dzia­ło­no­wych, któ­rzy te­raz są Ge­fre­ite­rami. Wszy­scy na­gle po­czuli się wszech­władni. Nie je­stem z nimi, po­nie­waż Ger­muth, nowy Unte­rof­fi­zier, któ­rego na­zy­wamy "Gug­gim", wcho­dził wcze­śniej scho­dami po ciemku, a ja go nie za­uwa­ży­łem i nie za­sa­lu­to­wa­łem mu. Niech mu bę­dzie, wkrótce sam zo­stanę Unte­rof­fi­zie­rem.

24 listopada 1938

Mi­nęło czter­na­ście dni war­tych od­no­to­wa­nia. W ze­szłym ty­go­dniu od piąt­ko­wego wie­czora do środy rano prze­by­wa­łem w domu. Więk­szość czasu prze­le­ża­łem w łóżku ze strasz­nym prze­zię­bie­niem, go­rączką, bó­lami żo­łądka i głowy. Nie było to przy­jemne, ale i tak nie mia­łem nic do ro­boty. Mu­szę na­uczyć się tańca, bo nie wiem, jak ina­czej spę­dzać wolny czas poza cho­dze­niem do kina, a więk­szość fil­mów wi­dzia­łem już w Pa­der­born.

W czwar­tek wie­czo­rem przy­byli moi re­kruci. Czte­rech mło­dych cher­la­ków, dwóch z Ko­lo­nii nad Re­nem, je­den z Wup­per­talu i ostatni z Halle w West­fa­lii. Z Nad­reń­czy­kami trzeba się od­po­wied­nio ob­cho­dzić, by był z nich ja­kiś po­ży­tek. Je­stem dla nich zde­cy­do­wa­nie zbyt po­ważny. Co gor­sza, zo­sta­łem już zru­gany z po­wodu mo­ich czte­rech pod­wład­nych. Pa­lanty po­szły na ćwi­cze­nia bez pod­koł­nie­rzy­ków, a na do­da­tek dwóch z nich nie ogo­liło się od­po­wied­nio. To wszystko dla­tego, że nie mo­głem mieć ich cały czas na oku, bo peł­ni­łem funk­cję dy­żur­nego Ge­fre­itera. W re­zul­ta­cie nie mogę wy­stą­pić o prze­pustkę na nie­dzielę. Ob­rywa nam się ze wszyst­kich stron. Cho­lera, nie­źle nas musz­tro­wali przez te pierw­sze dni. Wszystko ro­bi­li­śmy nie­pra­wi­dłowo. Każą nam stać go­dzi­nami w desz­czu i zim­nie, a nasi re­kruci mogą oglą­dać nas w tym mało im­po­nu­ją­cym sta­nie. Nie dzi­wota, że gdy za­ma­rza­li­śmy na śmierć, nie mo­gli­śmy wiele zdzia­łać. Je­dyny plus jest taki, że po tych tor­tu­rach obiad sma­kuje znacz­nie le­piej.

Mogę się też po­chwa­lić, że Ruth Wie­mann w końcu przy­słała mi po­rządne zdję­cie. Wi­dzia­łem się z nią kilka razy i tylko tyle mogę na ten te­mat po­wie­dzieć. Spo­tka­łem się też z An­ne­liese i jej sio­strą. An­nie sporo przy­tyła i chce ko­niecz­nie wyjść za fa­ceta, który służy w ol­den­bur­skim RAD. Ży­czę jej wszyst­kiego do­brego.

Mo­ich czte­rech żoł­nie­rzy ra­dzi so­bie na­prawdę do­brze, a ich za­cho­wa­nie wo­bec mnie jest ak­cep­to­walne. Wczo­raj pod moją nie­obec­ność Guggi do­ko­nał in­spek­cji sza­fek dwóch mo­ich pod­ko­mend­nych. W obu zna­lazł uchy­bie­nia. Co­dzien­nie oso­bi­ście spraw­dzam każdą szafkę, więc nie mo­gło być bar­dzo źle - ale do­brze wiem, jaki jest Guggi, sam mia­łem z nim do czy­nie­nia. W każ­dym ra­zie moi pod­władni nie­spe­cjal­nie się tym przej­mują, zwłasz­cza Re­iss, gruby pił­karz z Wup­per­talu. Wszy­scy się sta­rają i nie szczę­dzą wy­sił­ków, więc nie będę ich do­dat­kowo ka­rał.

25 listopada 1938

Dziś do­sta­li­śmy burę w trak­cie ćwi­cze­nia musz­try. Re­kruci po raz pierw­szy no­sili hełmy sta­lowe. Garnki na gło­wach utrud­niały im śpie­wa­nie i wszystko skoń­czyło się pa­roma do­dat­ko­wymi go­dzi­nami musz­try. Tro­chę mi ich szkoda. Je­śli mam być szczery, nie­któ­rzy - na przy­kład Gol­dhorn i Arntz - prze­szli jesz­cze cięż­sze i uciąż­liw­sze szko­le­nie, a i tak zo­stali kiep­skimi żoł­nie­rzami. Wczo­raj po­ka­za­łem moim czte­rem bo­ha­te­rom, jak wy­gląda praw­dziwa in­spek­cja sza­fek w woj­sku. Tylko w szafce Re­issa zna­la­złem ja­kieś uchy­bie­nia, po­zo­stałe były cał­kiem schludne. Mimo to sko­tło­wa­łem im całą za­war­tość i wy­rzu­ci­łem po­łowę na pod­łogę, by mieć pew­ność, że na­stęp­nym ra­zem przy­łożą się jesz­cze bar­dziej.

Szcze­rze mó­wiąc, moja nowa rola zu­peł­nie mi się nie po­doba. Kie­dyś dni mi­jały bły­ska­wicz­nie, a te­raz stoję na placu ape­lo­wym i krzy­czę na żoł­nie­rzy, pod­czas gdy moi prze­ło­żeni krzy­czą na mnie. Czas strasz­nie się wle­cze. Cała ra­dość, którą czu­łem rok temu po wstą­pie­niu do ar­mii, gdzieś wy­pa­ro­wała. A gdy pa­trzę na zdję­cie Ruth, my­ślę je­dy­nie o tym, że już jest po wszyst­kim. Gdyby tylko u mego boku stała ko­bieta, która da­wa­łaby mi po­czu­cie sta­bil­no­ści. Mam tylko matkę i Her­berta, ale nie­szcze­gól­nie mnie ob­cho­dzą. Nie mam po­ję­cia, co będę ro­bił póź­niej, gdzie będę pra­co­wał. Po­wiem wprost: nie mam celu w ży­ciu. A to pa­skudna po­stawa. Kie­dyś do­kła­da­łem sta­rań, by zo­stać pod­cho­rą­żym re­zerwy, a pod­czas służby w RAD za wszelką cenę chcia­łem awan­so­wać na Trup­p­füh­rera[19]. Ale tu, w domu, pry­wat­nie, bra­kuje mi mo­ty­wa­cji. Na­wet per­spek­tywa zo­sta­nia Fel­dwe­blem prze­stała mnie cie­szyć, od kiedy zda­łem so­bie sprawę, ile nie­do­god­no­ści wiąże się z tą rolą. Póź­niej mam prze­jąć sklep ojca, ale nie za­wra­cam so­bie tym głowy. Cóż mam po­cząć?

Na ra­zie kur­czowo trzy­mam się my­śli, że wkrótce moi re­kruci prze­staną wy­ma­gać cią­głego nad­zo­ro­wa­nia. Wów­czas będę mógł za­glą­dać do mia­sta, gdy tylko naj­dzie mnie ochota. A jak trudne może być zna­le­zie­nie w miarę atrak­cyj­nej uko­cha­nej? Z dru­giej strony to też mnie szcze­gól­nie nie in­te­re­suje. Nie po­tra­fię tego wy­tłu­ma­czyć - pora zmie­nić te­mat!

Kilka ty­go­dni temu za­mó­wi­łem u krawca parę spodni do mun­duru wyj­ścio­wego, ale kiedy nie­dawno je ode­bra­łem, oka­zało się, że są do ni­czego. Przy roz­porku mają mnó­stwo fałd, a no­gawki nie leżą wła­ści­wie po bo­kach. Boże, ależ je­stem wście­kły! Wy­da­łem skromny żołd na tę parę, a ona nie pa­suje. Na do­da­tek ma­te­riał jest tan­detny. Mam na­uczkę na przy­szłość! To nie pierw­szy raz, gdy prze­ko­nuję się, jak się koń­czy ko­rzy­sta­nie z usług ta­nich kraw­ców - osta­tecz­nie nie warto. Krój i ma­te­riał ni­gdy nie wy­glą­dają szy­kow­nie. Ostatni raz da­łem się zła­pać w tę pu­łapkę.

Po­sze­dłem dziś jako wolny słu­chacz na salę wy­kła­dową. Ka­ta­strofa! Ci wszy­scy rze­mieśl­nicy i ro­bot­nicy, któ­rzy nie po­tra­fią do­brze pi­sać w nor­mal­nych wa­run­kach, ła­mali so­bie palce pod­czas ćwi­czeń szyb­kiego pi­sa­nia.

8 grudnia 1938

Mi­nął dzień św. Mi­ko­łaja, a ja nie do­sta­łem od matki ani paczki, ani na­wet li­stu. No nic. We wto­rek po­sze­dłem do sie­dziby klubu strze­lec­kiego na wy­stęp zor­ga­ni­zo­wany przez SS. Miej­scowa grupa te­atralna wy­sta­wiła sztukę o na­zwie "Ostatni rol­nik", która wszyst­kim bar­dzo się spodo­bała. Po jej za­koń­cze­niu in­ży­nier prze­jeż­dża­jący przez tę oko­licę pod­wiózł mnie do ko­szar po 23.00! Wspa­niały czło­wiek. Cho­roba, je­stem zmę­czony, a moje pi­smo wy­gląda po­twor­nie. Idę się po­ło­żyć!

9 grudnia 1938

Ju­tro wy­płata. Do­stanę 7,50 marki, a do tego dietę w wy­so­ko­ści 8,80 RM. Prze­zna­czę te pie­nią­dze na nową wa­lizkę. Nie po­jadę te­raz na narty, bo szkolę re­kru­tów, więc le­piej wy­dać za­robki na coś prak­tycz­nego. Pen­sja le­dwo star­czy mi na ży­cie, głów­nie przez to, że cią­gle cho­dzę głodny jak wilk. Dają nam tu zbyt małe por­cje. Dziś przy­szedł list od matki. Wciąż jest w Ham­burgu. Pi­sze, że prze­pro­wa­dzimy się tam w lipcu. Wiel­kie mia­sto ją za­chwy­ciło. Je­śli o mnie cho­dzi, mogą się prze­nieść wcze­śniej - mnie i tak trudno gdzie­kol­wiek po­je­chać pod­czas urlopu.

Każ­dego ranka re­kruci mają go­dzinę za­jęć teo­re­tycz­nych oraz dwie i pół go­dziny ćwi­czeń fi­zycz­nych. Mię­dzy 11.00 a 13.35 je­dzą obiad, na­stęp­nie od 14.00 do 16.00 kon­ty­nu­ują tre­ning albo uczest­ni­czą w szko­le­niu strze­lec­kim. Póź­niej przez go­dzinę uczą się nada­wa­nia wia­do­mo­ści al­fa­be­tem Morse'a, a przez ko­lejną czysz­czą broń. Po­tem otrzy­mują jed­no­cze­śnie kawę i ko­la­cję. Od 19.00 do 23.00 jest czas na sprzą­ta­nie. Każdy dzień wy­gląda tak samo: "Danz, otwie­raj gębę, kiedy śpie­wasz!", "Danz! Trzy­maj pew­niej ka­ra­bin, je­steś żoł­nie­rzem, a nie cho­ler­nym my­śli­wym!", "Wcią­gnij brzuch, gru­ba­sie!", "Ręce pro­sto, ośle!", "Co, nie ma­cie już ochoty śpie­wać? Prze­bie­raj­cie ku­la­sami i śpie­waj­cie da­lej, ku­lawce!", "Da­lej! Szyb­ciej, wy, cie­płe klu­chy!", "Trzy­maj ka­ra­bin w pio­nie! Je­steś zbyt głupi, żeby cho­dzić, Danz?", "Ad­dau, to ka­ra­bin, a nie kula, prze­stań się nim pod­pie­rać!", "Danz! Raz, dwa, raz, dwa, pół­ob­rót, stop! Pre­zen­tuj broń!", "Co? Kto po­zwo­lił ci się ru­szyć, För­ster!", "Plu­ton, w prawo zwrot, marsch, marsch! Dwa­na­ście okrą­żeń wo­kół placu! Po­dzię­kuj­cie För­ste­rowi!", "Son­nen­schein, ła­chu­dro! Co ty so­bie my­ślisz?", "Do sze­regu, marsch, marsch!", "Lin­ning! To cud, że po­tra­fisz cho­dzić z tymi wiel­kimi płe­twami!", "Tędy, pa­no­wie, tędy! Spró­buj­cie iść w tym sa­mym kie­runku, to nie ta­kie trudne! Na wprost, tak jak sika byk! De­iss, wcią­gnij brzuch! Schmitz, plecy pro­sto! Wy­pnij ty­łek! Wiemy, że lu­bisz to ro­bić! Pa­trz­cie, jak stoi Schmacht! Jak wy­ru­chana nie­dawno wie­wiórka! Gralla, za­wrzyj gębę, robi ci się prze­ciąg!". Za­zwy­czaj tak to się za­czyna i trwa przez ja­kieś dwie go­dziny z kwa­dran­sem. Dzia­ło­nowy Schmaldt zgło­sił mi na­stę­pu­jący po­mysł: chce za­mon­to­wać gło­śniki na sa­mo­cho­dzie, by można było jeź­dzić wzdłuż placu ape­lo­wego i od­twa­rzać na­grane wy­zwi­ska, żeby Unte­rof­fi­zie­ro­wie i Ge­fre­ite­rzy nie mu­sieli zdzie­rać so­bie gar­deł. Oprócz tego pro­po­nuje, by pod da­chem sali spor­to­wej umie­ścić mi­kro­fon i pa­pugę, która po­wta­rza­łaby w kółko naj­częst­sze okrzyki i po­le­ce­nia: "W tył zwrot, ofermy, w tył zwrot, marsch, marsch!".

Trzeba jed­nak przy­znać, że nie­któ­rzy żoł­nie­rze są strasz­nymi obi­bo­kami. A gdy chcę nieco zmie­nić har­mo­no­gram i za­rzą­dzić ja­kieś inne ćwi­cze­nia niż bie­ga­nie - na przy­kład coś na wzmoc­nie­nie mię­śni ra­mion - do­staję burę od Fel­dwe­bla! Ka­za­łem Dan­zowi zro­bić parę pom­pek i zo­sta­łem zru­gany za mal­tre­to­wa­nie! A to nie był je­dyny taki przy­pa­dek. Kiedy po­le­ci­łem re­kru­tom biec jak pie­chu­rzy, z ka­ra­bi­nami w wy­cią­gnię­tych rę­kach, prze­ło­żeni za­gro­zili, że wsa­dzą mnie za to do paki! In­nym ra­zem ka­za­łem We­is­sowi pod­nieść z ziemi po­cisk zę­bami, bo drań nie­dbale go upu­ścił i uda­wał, że tego nie za­uwa­żył. Aż trudno so­bie wy­obra­zić, ile mia­łem przez to kło­po­tów. Od te­raz Ge­fre­iter San­der nie bę­dzie się już wię­cej sta­rał.

11 grudnia 1938

Je­śli cho­dzi o mnie i ko­biety, wszystko po sta­remu. Moja sy­tu­acja fi­nan­sowa się po­pra­wiła, ale da­lej nie umiem tań­czyć. "Chłop­cze, to grzech, że ktoś o two­jej bu­do­wie tego nie po­trafi!". Za­pi­sał­bym się na lek­cje tańca, ale przez mo­ich smar­ka­czy to nie­moż­liwe. Wczo­raj spraw­dza­łem ich broń i szafki do 23.00!

15 grudnia 1938

W po­nie­dzia­łek Her­bert wy­słał mi ze­ga­rek, który ma być pre­zen­tem na Gwiazdkę. Bar­dzo mi się przyda - będę mógł so­bie przy­po­mi­nać, ile jesz­cze nudy przede mną.

24 grudnia 1938

Dziś Wi­gi­lia. W nie­dzielę chciał­bym pójść na prze­pustkę - ale koza chciała mieć długi ogon, a do­stała krótki. W ar­mii nie wolno ocze­ki­wać, że coś się zda­rzy, ina­czej czło­wieka czeka roz­cza­ro­wa­nie. Te­raz mam na­dzieję, że uda mi się do­stać urlop na Nowy Rok. Sie­dzę przy łącz­nicy te­le­fo­nicz­nej wraz z Obe­rge­fre­ite­rem Otto Schul­zem. Z oka­zji świąt każdy z nas do­stał sześć ku­po­nów na piwo i ta­lerz z ta­bliczką cze­ko­lady, sze­ścioma zie­lo­nymi pa­pie­ro­sami Ati­kah, paczką fig, dwoma jabł­kami, orze­chami i pier­ni­kiem. Póź­niej zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy skromne spo­tka­nie bo­żo­na­ro­dze­niowe z pa­roma ko­le­gami z II ba­ta­lionu, któ­rzy tu jesz­cze byli. Za­czę­li­śmy od piwa i dwóch ko­lęd. Nie pod­nio­sło nas to na du­chu. Do­wódca wy­gło­sił krótką prze­mowę, ale to też nie do­dało nam otu­chy. Po­tem Bac­ke­nec­ker wszedł na scenę i w ra­mach im­pro­wi­zo­wa­nego wy­stępu za­czął sy­pać ka­wa­łami i śmiesz­nymi aneg­do­tami. Z jego ta­len­tem nie dzi­wota, że wcie­lił się też w Ru­prechta[20] i wrę­czył "spe­cjalne pre­zenty". Leut­nant Gläss­gen, szef sztabu, otrzy­mał bu­telkę środka na po­rost wło­sów, by mógł wal­czyć z za­ko­lami. Char­lie Zan­gen­me­ister do­stał ce­lu­lo­idowy mo­nokl do no­sze­nia na le­wym oku. Pre­zen­tem dla Fel­dwe­bla Mid­del­manna był te­le­fon, któ­rego do­tąd bra­ko­wało w jego biu­rze. Rusz­ni­ka­rzowi Strec­kowi wrę­czono bla­szany pi­sto­let ze stoma ka­pi­szo­nami. Na tym eta­pie osią­gnę­li­śmy stan cał­ko­wi­tego upo­je­nia, któ­rego chcia­łem unik­nąć, więc po­sta­no­wi­łem pójść spać. Wy­bra­łem do­bry mo­ment, bo żarty za­czy­nały się ro­bić spro­śne.

25 grudnia 1938

W pierw­szy dzień Bo­żego Na­ro­dze­nia przy­szedł list od Ruth, a w nim małe zdję­cie. Bar­dzo mnie to ucie­szyło. Wczo­raj je­den z war­tow­ni­ków po­strze­lił się w udo. Mu­siał strasz­nie cier­pieć, bo krzy­czał nie­zwy­kle gło­śno i na po­czątku po­my­śle­li­śmy, że po­strze­lił się w mosznę. Gdyby tak się stało, by­łoby nam go żal po­mimo tego, że ewi­dent­nie jest idiotą. Ale rana uda to jesz­cze nic ta­kiego. Z pew­no­ścią wy­pa­dek nie był tak zły jak to, co spo­tkało Ro­berta Gläsera ze­szłego lata. Stał na czołgu i wyj­mo­wał z wie­życzki za­cięte 2-cen­ty­me­trowe działko KWK-30, gdy na­gle wy­strze­lił za­kli­no­wany w zamku na­bój ćwi­czebny. Gläser stra­cił mały pa­lec le­wej dłoni i kilka ścię­gien, a drza­zgi z drew­nia­nego po­ci­sku po­ha­ra­tały mu uda - i nie­stety coś wię­cej. Miał jed­nak szczę­ście, bo le­ka­rze zdo­łali go po­zszy­wać. Pe­cho­wiec, który po­strze­lił się ze­szłej nocy, od razu tra­fił na stół ope­ra­cyjny, gdzie wy­jęto mu po­cisk pi­sto­le­towy z ko­lana. Po­zo­staje tylko ży­czyć mu we­so­łych świąt.

Na­sze dru­gie małe spo­tka­nie bo­żo­na­ro­dze­niowe wy­pa­dło nieco le­piej od wczo­raj­szego - na­wet po­mimo tego, że Zera od­wie­dził wcze­śniej kan­tynę i uto­pił tam smutki, a Hornke i po­zo­stali po­szli póź­niej jego śla­dem. Zje­dli­śmy kieł­basę i sa­łatkę ziem­nia­czaną, a każdy z nas do­stał paczkę pa­pie­ro­sów North State albo Over­stolz i małe ciastko mar­ce­pa­nowe. Po­tem re­kruci mu­sieli po­da­wać nam grzane wino. Po wy­pi­ciu ja­kichś dwóch i pół li­tra ro­ze­gra­łem par­tię młynka z Unte­rof­fi­zie­rem Ebe­ne­rem, a po­tem po­sze­dłem się po­ło­żyć. Wino za­bar­wiło mi zęby na ko­lor ciem­no­czer­wony, nie­mal czarny. Będę mu­siał do­brze je wy­szczot­ko­wać przed pój­ściem na prze­pustkę, choć i tak są już wszyst­kie uła­mane.

24 stycznia 1939

Dy­żur pełni Ge­fre­iter San­der - cóż za miła zmiana! Co prawda nie mogę się w nocy wy­spać, ale przy­naj­mniej mam czas na pi­sa­nie li­stów i do­da­nie paru li­ni­jek w tym głu­pim dzien­niku. Bar­dzo wiele się wy­da­rzyło od mo­jego ostat­niego wpisu.

[1] Pod­puł­kow­nik ma­gi­ster in­ży­nier (przyp. I.K.).

[2] Czoł­gi­ści (przyp. I.K.).

[3] Gruppe albo Halb­zug to pod­od­dział bę­dący czę­ścią plu­tonu (Zug), w woj­skach pan­cer­nych za­zwy­czaj zło­żony z dwóch czoł­gów (przyp. I.K.).

[4] Nowy obóz le­śny (przyp. I.K.).

[5] Płat­nicy (przyp. R.S.).

[6] Czołgi do­wo­dze­nia (przyp. I.K.).

[7] Kro­nika fil­mowa (przyp. I.K.).

[8] Lo­kalna sta­cja ra­diowa z Ko­lo­nii (przyp. I.K.).

[9] Ro­dzaj ta­niego ra­dio­od­bior­nika stwo­rzony na po­le­ce­nie Jo­se­pha Go­eb­belsa, mi­ni­stra pro­pa­gandy III Rze­szy (przyp. I.K.).

[10] Po­stać z bajki Wil­helma Hauffa (przyp. I.K.).

[11] Na­zew­nic­two jed­no­stek RAD od­bie­gało od ter­mi­no­lo­gii uży­wa­nej w si­łach zbroj­nych. Ter­min RAD-Ab­te­ilung ozna­czał od­dział w sile kom­pa­nii, a w tym kon­kret­nym przy­padku mowa o 5. kom­pa­nii 161. Ar­be­its­gruppe, czyli "grupy ro­bo­czej" wiel­ko­ści ba­ta­lionu (przyp. I.K.).

[12] Kübel­wa­gen (lub Kübel­sit­zwa­gen) to ogólna na­zwa lek­kich woj­sko­wych sa­mo­cho­dów te­re­no­wych. Naj­słyn­niej­szym z nich był Volks­wa­gen typ 82 (przyp. I.K.).

[13] Na­wią­za­nie do nie­miec­kiego po­wie­dze­nia, że ktoś ma zwap­niały mózg. Mózg tego ge­ne­rała był tak zwap­niały, że kreda sy­pała mu się z no­ga­wek (przyp. R.S.).

[14] Ce­lu­lo­idowy sza­blon do map (przyp. R.S.).

[15] Do­wódca pod­od­działu. Ter­min Kor­po­ral­schaft po­cho­dzi z cza­sów I wojny świa­to­wej i nie był już ofi­cjalne sto­so­wany w 1938 roku, ale starsi żoł­nie­rze mo­gli da­lej go uży­wać (przyp. I.K.).

[16] Szef pod­od­działu, pod­ofi­cer od­po­wie­dzialny za sprawy ad­mi­ni­stra­cyjno-go­spo­dar­cze (przyp. I.K.).

[17] Po­li­gon koło Pa­der­bornu (przyp. R.S.).

[18] Ofi­cer opie­ku­jący się pod­cho­rą­żymi (przyp. I.K.).

[19] Sto­pień od­po­wia­da­jący Unte­rof­fi­zie­rowi w We­hr­mach­cie (przyp. I.K.).

[20] W nie­miec­kiej tra­dy­cji bo­żo­na­ro­dze­niowe pre­zenty roz­daje Knecht (pa­cho­łek) Ru­precht (przyp. I.K.).

Stopnie wojskowe w Wehrmachcie

Stopień w siłach lądowych

Zwyczajowe tłumaczenie

Mannschaften (korpus szeregowych)

Soldat

Szeregowy

Obersoldat

Starszy szeregowy

Gefreiter

Kapral

Obergefreiter

Starszy kapral

Stabsgefreiter

Kapral sztabowy

Unteroffiziere (korpus podoficerów)

Unteroffiziere ohne Portepee (młodsi podoficerowie)

Unteroffizier

Plutonowy

Unterfeldwebel

Starszy plutonowy

Unteroffiziere mit Portepee (starsi podoficerowie)

Feldwebel

Sierżant

Oberfeldwebel

Starszy sierżant

Stabsfeldwebel

Sierżant sztabowy

Offiziere (korpus oficerów)

Leutnante (porucznicy)

Leutnant

Podporucznik

Oberleutnant

Porucznik

Hauptleute (kapitanowie)

Hauptmann

Kapitan

Stabsoffiziere (oficerowie sztabowi)

Major

Major

Oberstleutnant

Podpułkownik

Oberst

Pułkownik

Generale (generałowie)

Generalmajor

Generał major / generał brygady

Generalleutnant

Generał porucznik / generał dywizji

General

Generał broni

Generaloberst

Generał pułkownik / generał

Generalfeldmarschall

Marszałek polowy