Rozdział 1
21 kwietnia 1938 - 24 stycznia 1939
11. Pułk Pancerny został sformowany 12 października 1937 roku w miejscowości Sennelager pod dowództwem Oberstleutnanta Diplomingenieura[1] Philippsa w ramach rozbudowy armii. Był to pierwszy pułk czołgów stacjonujący w Westfalii od zajęcia Nadrenii przez wojska niemieckie. Ze względu na rozporządzenia planu czteroletniego i tymczasowe powszechne braki surowców nowe koszary jednostki w Paderborn nie zostały jeszcze ukończone, w związku z czym konieczne było przeniesienie jej na poligon w Sennelager. Ośrodek ten słabo nadawał się dla pułku czołgów, ponieważ pierwotnie został stworzony dla wojsk kawaleryjskich. Do Sennelager przeniesiono żołnierzy z różnych zakątków Niemiec, którzy stworzyli trzon nowego oddziału. 27 października w Hanowerze feldmarszałek Werner von Blomberg, minister wojny Rzeszy, wręczył nowemu pułkowi sztandary, które następnie uroczyście przywieziono do Sennelager. Cztery tygodnie później przybyli tam pierwsi rekruci, w tym Friedrich Wilhelm Sander, by odbyć dwuletnią służbę. Rozpoczynające się szkolenie miało na celu zapoznanie młodych żołnierzy z ich bronią: czołgiem. Na początku brakowało jednak niemal wszystkiego, w tym pojazdów i materiałów, a zakwaterowanie było niewystarczające, co znacznie utrudniało całe przedsięwzięcie.
Rekruci rozpoczynali typowy dzień szkolenia o 5.30 od porannych ćwiczeń, po których mieli czas na higienę osobistą (bez ciepłej wody), a następnie jedli śniadanie. O 7.00 zaczynały się prowadzone przez oficerów pułku lekcje teorii, podczas których omawiano takie tematy jak: przysięga wojskowa, obowiązki żołnierza, dowodzenie i karność, kartografia, struktura armii, działania kontrwywiadowcze czy zasady dyscypliny. Potem przychodził czas na zajęcia pod nadzorem podoficerów, którzy uczyli właściwego zachowania względem przełożonych, salutowania, rozpoznawania dystynkcji, obsługi broni, zasad ubioru, strzelania, używania wyposażenia i podobnych zagadnień, a także prowadzili pierwsze szkolenia techniczne. Po krótkiej przerwie nadchodziła pora na musztrę z karabinkami Kar98k lub bez nich, ćwiczenia z bronią, zajęcia na strzelnicy, ogólne ćwiczenia z działań piechoty, marsze i ćwiczenia terenowe. Te zadania, realizowane na placu musztry lub na terenie obozu, były przerywane wyłącznie na 90-minutowy obiad i trwały do 16.00 lub 17.00. Później, już w koszarach, żołnierze zajmowali się czyszczeniem broni i sprzętu oraz drobnymi naprawami, a ich przełożeni przeprowadzali wielokrotne inspekcje pomieszczeń, mundurów i szafek, które z reguły kończyły się między 18.00 a 20.00.
Po pierwszych pięciu tygodniach przystąpiono do ćwiczeń na czołgach, w trakcie których rekruci zdobywali umiejętności potrzebne kierowcom, działonowym i radiooperatorom. Ten ciężki etap zakończył się w marcu 1938 roku finałową inspekcją, po której codzienne nękanie i nielubiane obowiązki formalne dobiegły końca. Żołnierze rozpoczęli regularną służbę jako Panzermänner[2], a wraz z nią szkolenia w roli działonowych, radiooperatorów i kierowców w ramach półplutonów[3] i plutonów, a także w roli łącznościowców, sanitariuszy, zaopatrzeniowców lub członków kompanijnych warsztatów. Ci, którzy mieli zostać podoficerami lub kandydatami na oficerów, uczestniczyli w dodatkowych ćwiczeniach ze strzelania, lekcjach taktyki i ogólnych zajęciach poświęconych różnym tematom. Lekcje taktyki były prowadzone przez dowódców kompanii lub innych oficerów tych pododdziałów i obejmowały między innymi kartografię, przygotowywanie raportów i szkiców, strzelanie z czołgu na poligonie, prowadzenie ognia podczas jazdy, metody walki opancerzonych wozów bojowych, współdziałanie różnych rodzajów wojsk, ćwiczenia z użyciem map plastycznych, techniki dowodzenia i dodatkowe zajęcia terenowe. Oprócz tego kandydaci na podoficerów przeszli ogólne szkolenie z zakresu polityki, historii, spraw partyjnych, ideologii rasowej oraz innych zagadnień, a co tydzień odbywały się specjalne, 15-minutowe wykłady poświęcone właściwemu zachowaniu w obecności towarzyszy broni i przełożonych.
Na początku kwietnia 1938 roku rozpoczęto przenoszenie pułku do nowego garnizonu w Paderborn, gdzie wciąż trwały prace budowlane. Wnętrza wielu budynków nie zostały jeszcze wykończone i brakowało ogrzewania, elektryczności oraz bieżącej wody. Ponieważ o tej porze roku - szczególnie nocą - wciąż panowały niskie temperatury, sprowadzono parowe lokomobile, by ogrzać część mieszkalną. Drogi były niebrukowane, garaże dla czołgów nie miały dachów, a pomieszczenia kuchenne nie nadawały się do użytku, w związku z czym posiłki przygotowywano na świeżym powietrzu na kuchniach polowych. Prace budowlane dobiegły końca dopiero na początku 1939 roku.
W Paderborn zintensyfikowano szkolenie techniczne i dopilnowano, by jak największa liczba żołnierzy ukończyła zajęcia z prowadzenia pojazdów. W owym czasie niemieckie wojskowe kursy nauki jazdy należały do najlepszych i najbardziej drobiazgowych na całym świecie, a ich uczestnicy uczyli się naprawiania pojazdów z użyciem przewożonych materiałów i bez pomocy plutonu remontowego. Umiejętności te miały się okazać bardzo cenne podczas błyskawicznych ofensyw niemieckiej armii w pierwszych latach wojny. Po przenosinach zwiększono także ilość czasu poświęcanego na ćwiczenia fizyczne - codziennie odbywały się treningi piłki nożnej i ręcznej, atletyki oraz pływania, a ponadto przeprowadzono pierwsze ćwiczenia w terenie i manewry pułku, które miały miejsce w rejonie Paderborn i poza nim.
Pierwszy z zachowanych dzienników zaczyna się 21 kwietnia 1938 roku.
* * *
21 kwietnia 1938, Sennelager
Pięć minut temu Unteroffizier Behle powiedział mi, że mamy zostać w naszych koszarach w "Neues Waldlager"[4] aż do czerwca. Od naszego przyjazdu minęło już ponad sześć miesięcy, więc jeszcze jeden nam nie zaszkodzi. Ma to też pozytywną stronę, otrzymujemy dodatkowe 10 fenigów za każdy dzień! To dopłata deserowa! Żarty na bok - obóz jest bardzo przyjemny. Podoba mi się tutaj, w środku lasu, pośród budzącej się przyrody. Drogi i ulice są utrzymywane w dobrym stanie. Niestety nasze nowe baraki nie zostały jeszcze wykończone, nie wszędzie podłączono wodę, a jedzenie można pobierać tylko z kuchni polowych. Wolałbym zostać tutaj, w Sennelager, na kolejny miesiąc.
Ledwie minęła Wielkanoc i nie ma tu jeszcze zbyt dużo do roboty. Zapewne jest tak dlatego, że żołnierze, którzy regularnie tu stacjonują, wciąż są na przepustkach, a wielu poborowych pracuje przy mistrzostwach Wehrmachtu w sportach motorowych. Tego ranka, gdy wysłano naszą trójkę do magazynu węgla, pooglądaliśmy przez moment zmagania. Całkiem ciekawe.
Wieczorem polecono nam przemeblować pokoje w bloku Leutnantów. Podczas pracy widzieliśmy motocykle i samochody pędzące niedaleko, przy budynku szpitala. Całe były pokryte pyłem i błotem - kierowcy również. Niestety trzy pojazdy naszego pułku nie uczestniczyły w tym konkretnym wyścigu, bo nasi zbyt dobrze znali tę okolicę, co dałoby im przewagę podczas przejazdu orientacyjnego. Było nam ich żal, szczególnie Feldwebla Johna, który kilka tygodni temu zdobył srebrny medal. Jego numer startowy, wymalowany na białym płótnie, zdobi obecnie ścianę naszego warsztatu remontowego.
Teraz, kiedy to piszę, siedzę w kantynie, podziwiając ilości piwa wypijanego przez trepów z 64. Pułku Piechoty. My tyle nie chlejemy, co moim zdaniem jest zaletą naszego rodzaju wojsk. Kierowcy, załogi, radiotelegrafiści - zawsze musimy być przytomni. Wszyscy towarzysze zachowują się należycie i rzadko dochodzi do jakichkolwiek ekscesów. A jeśli nawet się zdarzą, cóż, pewnie awanturnicy chcieli utopić to samo uczucie, które towarzyszyło mi, gdy parę dni temu przyszło mi opuścić Osnabrück. Choć wypiłem mnóstwo kawy, wciąż byłem spragniony. Tak, kawy! Najpierw w domu, a potem - kiedy mój stary ojciec wrócił już do Hamburga - w Cafe Laer, gdzie czekałem na Ruth. Bardzo chciałem odbyć z nią rozmowę, której nikt by nam nie zakłócał. Znalazłem stolik w rogu, z dala od innych klientów, i pewnie dlatego nie znalazła mnie, gdy przyszła do lokalu. Czekałem na Ruth pół godziny, a po wyjściu wpadłem na nią po drodze na stację. Mieliśmy czas tylko na kilka pustych słów i wyrażenie naszego rozczarowania, że nie odnaleźliśmy się w kawiarni. Może nasza relacja faktycznie jest stratą czasu. Chyba muszę poczekać i zobaczyć. Jeśli człowiek uczy się czegoś w wojsku, z pewnością jest to cierpliwość.
22 kwietnia 1938
Dziś znów mieliśmy przyjemną robótkę. Rankiem ja i Wahlberg, drobny Nadreńczyk, "pracowaliśmy" w piwnicach. Wieczorem musiałem przekazać dwa pokoje w Baraku oficerskim 11 Leutnantowi ze 109. Pułku Piechoty (Ettlingen). Potem trzech z nas pomagało dwóm dusigroszom[5] z naszego batalionu w przenosinach. Jeden z nich, Zahlmeister Mohle, też pochodzi z Osnabrücku i uczęszczał do naszej szkoły podstawowej. To miły gość. Podczas pakowania pudeł dużo rozmawialiśmy o życiu w naszym mieście.
W Sennelager odbywa się ostatni etap mistrzostw armii w sportach motorowych. Oglądanie przygotowań do startu i działań po zakończeniu zmagań jest bardzo interesujące. W zawodach uczestniczą przedstawiciele wszystkich trzech rodzajów sił zbrojnych. Gdy o 19.00 uruchamiali silniki swoich motocykli, samochodów i ciężarówek, widok był fascynujący. Zebrało się tam wiele osób. Przy jednośladach kręciło się paru ważnych przedstawicieli firmy Bosch, którzy nosili pudełka świec i pomagali, gdzie tylko mogli. Niektórzy mieli na sobie szerokie prochowce - Boże, te lekkie płaszcze wyglądały niesamowicie, są idealne do zadawania szyku. Koledzy powiedzieli mi, że ci ludzie byli dyrektorami Boscha! Nic mnie to nie obchodziło - najlepsze dziś były te płaszcze. Pewnego dnia muszę sobie taki sprawić.
Kilku radiooperatorów z naszego pokoju zostało wybranych do pracy w stacji kierowania wyścigiem i w dwóch Panzerbefehlswagen[6], co wywołało nie lada ekscytację. Emocje budzą nie tylko same zawody, lecz także liczni dziennikarze i reporterzy Wochenschau[7], którzy tłoczyli się wokół czarnych mundurów, czołgów i radiostacji. Niechybnie wszyscy zostali sfilmowani, a głos naszego kolegi Ericha Lammersa uwieczniono na woskowym walcu. Poproszono go, by wypowiedział kilka słów - technicznych terminów używanych w naszym fachu - przez swój laryngofon, a potem całe nagranie zostało odtworzone w Reichssender Köln[8]. Wiese mocno mu zazdrościł. Chełpił się tym, że zrobiono mu wiele zdjęć, ale zakładam, że Lammers nie odczuwa zawiści z powodu tego drobnego zaszczytu.
Doszły nas wieści, że wszyscy członkowie plutonu łącznościowego, którzy odbywają właśnie drugi rok służby, mają zostać przeniesieni do nowego pułku formowanego w Harburgu. Do Harburga! To byłoby idealne miejsce dla mnie. Ale na razie mamy zostać na tym poligonie do czerwca. Od 3 do 8 czerwca będę na przepustce na Zielone Świątki, a potem jedziemy na cztery tygodnie do Jüterborga na ćwiczenia z ostrą amunicją. Niezależnie od tego, co się stanie - czy zostanę tutaj, czy trafię do Harburga - będzie dobrze.
26 kwietnia 1938
Wczoraj dwóch naszych Gefreiterów wróciło z urlopów ojcowskich. Gadatliwy Moser jak zwykle z przodu. Dobry Boże, jakie niestworzone historie opowiadał o swoich dokonaniach na przepustce! Hähnlein, ze Schweinfurtu, od razu zaczął jedną ze swoich monotonnych pieśni. Gdy wyraziłem żal, że podczas wywczasów nie stracił umiejętności śpiewania, rozzłościł się, kazał mi się zamknąć i stwierdził, że liczba piegów na mojej twarzy wzrosła i teraz przypominam mu kołocz.
Teraz moje powieki są tak ciemne, że wyglądam, jakbym miał makijaż, zupełnie jak jedna z dam pracujących w wesołym miasteczku. To wszystko przez pył, który wznieśliśmy wczoraj w nocy podczas przerzucania węgla. Gdy wreszcie dotarliśmy tu naszym dieslem z 200 kilogramami węgla z tyłu, wyglądaliśmy jak Murzyni. Jednak ogólnie nie mamy tu nic do roboty - zajęć jest jeszcze mniej niż na budowie, na której pracowałem, gdy byłem w Reichsarbeitsdienst.
W sobotę wraz z pięcioma żołnierzami ze sztabu musieliśmy pełnić funkcję służby w kantynie oficerskiej, gdzie zorganizowano wieczorek towarzyski dla uczestników wyścigów i wielu zaproszonych gości, łącznie około 650 osób. Nie musiałem obsługiwać żadnych stolików; powieszono mi natomiast na szyi tackę z cygarami i papierosami, które miałem sprzedawać na salach. O 1.00 w nocy podliczyłem mój dochód - 5,50 reichsmarek w napiwkach! Udało mi się tyle zarobić, bo byłem czujny niczym jastrząb. Niektórzy koledzy musieli pokryć straty z własnej kieszeni po tym, jak paru oficerów wzięło od nich tytoń i odeszło bez płacenia. Dobrze się bawiłem tego wieczora. Nie byłem na służbie, więc piłem wszystko, co tylko wpadło mi w ręce: wino, piwo, sznapsa, szampana, likier, sok jabłkowy i lemoniadę. Jak dobrze, że panienka z kuchni podała mi suty obiad, inaczej mógłbym tej nocy wpakować się w kłopoty. Wróciliśmy do naszego pokoju po 3.00 rano. Gdy weszliśmy, przywitał nas widok gołej, bladej dupy Wiesego lśniącej w świetle księżyca. Spał głęboko, ale we trzech wybuchnęliśmy tak donośnym śmiechem, że obudziliśmy całe piętro. O 3.30 położyliśmy się spać, a zaledwie 90 minut później musieliśmy wstawać, by z ciężkim kacem udać się na kolejny trening strzelecki. Zgadza się, trening strzelecki w niedzielę. Tak go zaplanowano w naszym pułku, gdy w tygodniu odbywały się wyścigi. Wyniki były do przewidzenia. Nie ma się czym chwalić.
Wróćmy jeszcze do wieczorka zapoznawczego. Cała zabawa zaczęła się o 18.00, a na liście gości znalazło się dziesięciu generałów wojsk lądowych, jeden z Luftwaffe, kilku admirałów i mnóstwo starszych oficerów. Nasza pułkowa orkiestra w czarnych mundurach wykonała parę pierwszorzędnych marszów. Główną atrakcją były marsze z fanfarami zagrane o 23.00. Nasi trębacze fanfarowi i bębniarze spisali się doskonale i otrzymali mnóstwo oklasków. Na zabawie było tyle szych, nie tylko wojskowych, lecz także przedstawicieli partii i cywilów pracujących w przemyśle na najwyższych stanowiskach, że mogliśmy właściwie ignorować młodszych oficerów - w takim towarzystwie Leutnant znaczył niewiele. Przyszyli też dyrektorzy Boscha, których widziałem wcześniej. Członkowie Kriegsmarine, żwawi i ubrani w znakomite mundury, zrobili wyjątkowo dobre wrażenie. Mocno odróżniali się od obecnej tam dzikiej zgrai oficerów Luftwaffe. Niemal od razu zauważyłem, że nawet najwyżsi stopniem lotnicy byli dość młodzi i nie tak sterani wiekiem jak ich koledzy z armii. Zarówno przedstawiciele marynarki, jak i lotnictwa śpiewali wiele świetnych piosenek, a gdy nasza orkiestra zagrała szczególnie dobrą melodię, chłopaki z Kriegsmarine dały niespodziewany, wspaniale zgrany występ wokalny, który obejmował nawet gwizdy. Marynarze to świetni goście, a na dodatek wygrali część wyścigów.
5 maja 1938, Paderborn
Dziś w końcu znalazłem czas, by coś tutaj napisać. Leżę w łóżku i patrzę, jak dwóch naszych chłopaków zamiata pokój, a ze stojącego na szafce Mosera Volksempfängera[9] płyną w stronę pustego korytarza grzmiące dźwięki włoskiego hymnu. Tak, mamy maj, Hitler jest na wizycie państwowej we Włoszech i od kilku dni nasz zepsuty radioodbiornik dostarcza nam różnego rodzaju doniesień i utworów z przepięknej krainy po drugiej stronie Alp, nadawanych oczywiście przez niemieckie kanały. A każdego wieczora do późnych godzin nocnych - po ostatnim obchodzie dyżurującego Unteroffiziera - słuchamy muzyki tanecznej, prawdziwych przebojów, które każdy z nas podśpiewuje i pogwizduje w czasie służby i po jej zakończeniu. Obecnie nasza ulubiona piosenka to Im Mai, da sind die Frauen nicht treu. Jej tekst idzie mniej więcej tak: "W maju kobiety nie są wierne, wówczas ich serca kochają dwóch lub nawet trzech. Tak! Z jednym wychodzą, drugiego zapraszają do domu. Ale taki jest już zwyczaj w maju!".
Ćwiczenia z obsługi radia! Co tydzień uczestniczymy w nich osiem albo dziesięć razy. Uwielbiamy je, ponieważ odbywają się na terenach otaczających Paderborn. Nasi przełożeni są fantastyczni; nierzadko podczas zajęć nie robimy nic prócz cieszenia się słońcem, a do baraków wracamy zdecydowanie zbyt późno. Ale dowódcy zawsze dokładnie nas instruują: "Byliśmy w wygwizdowie, a potem niespodziewanie popsuł nam się silnik. Zrozumiano?" - a tak naprawdę urządziliśmy sobie przejażdżkę po 50-kilometrowej strefie. Takich zwierzchników jak stary Feldwebel Metzen, Unteroffizier Schulze, znany jako "Mały Muck"[10] i Unteroffizier Reimer to ze świecą szukać.
We wtorek pojechaliśmy wraz z Uffz. Behlem do Nieder- i Obermarsbergu, gdzie odwiedził swoją "dziewczynę" Hilde. Ależ z niego cudzołożnik! Thomas musiał założyć jego pierścionek zaręczynowy, oczywiście na prawą dłoń. Ale mieliśmy ubaw. W Obermarsbergu ścigaliśmy się po ulicach tak, że miejscowym włosy stawały dęba. Miejscowość jest wspaniale położona, znajduje się na szczycie góry pełnej tuneli pradawnych kopalni miedzi. Weszliśmy do jednego z nich, ale nie zawędrowaliśmy daleko. Tak na marginesie Behle, który nie ma teraz żadnego konkretnego stanowiska, chętnie dołączyłby do naszego plutonu. Dobrze się z nami dogaduje, szczególnie z Małym Muckiem. Później tego wieczora, gdy odpoczywaliśmy, ci dwaj zaczęli się wygłupiać i oczywiście w trakcie "walki" Mały Muck rzucił termosem pełnym kawy w plecy Behlego tak mocno, że prawie go przewrócił. Potem Behle starał się złapać Mucka, gdy nagle odezwała się jego rwa kulszowa. Przez to jeszcze bardziej się zezłościł.
6 maja 1938
Dziś cały dzień spędziliśmy poza koszarami. Rankiem byliśmy w Weine, za Büren, by odwiedzić RAD-Abteilung 5/161[11] "Wewelsburg". Przejechaliśmy też koło właściwego Wewelsburga. W drodze do Weine jechaliśmy przez trudny teren i musiałem kierować nas z użyciem mapy, co nie było łatwe. Metzen ciągle się o coś wykłócał, czym doprowadzał mnie do szału. Gdy dotarliśmy do Niederntudorfu, strasznej dziury, poprosiłem kierowcę, by zatrzymał się na chwilę, żebym mógł się zorientować. To był błąd, bo wszyscy zaczęli sobie ze mnie żartować: "Niczego cię nie nauczyli w SS?". Odparłem, że dowiedziałem się przynajmniej, jak czytać mapę. W Weine zabraliśmy się do roboty. Zaczęliśmy od miejscowych instalacji na hakach przyczepionych do drzew, a potem przeszliśmy do prac podziemnych. Przyszło mi dźwigać na plecach ciężką ramę. Bieganie z nią za Küblem[12] przez 4 kilometry było prawdziwą mordęgą. Wzdłuż drogi musiałem przykrywać przewody kawałkami darni, a na zakrętach wszystko wiązać. Gdy ostatecznie dotarłem do stacji końcowej, byłem zlany potem. A cała ta praca poszła na marne. Co więcej, nikogo to nie obchodziło - Metzen i Mały Muck odjechali już na zakupy, żebyśmy nie umarli z głodu.
W drodze powrotnej przejechaliśmy obok damskiego obozu Reichsarbeitsdienst położonego blisko Büren, na prawo od górskiego wierzchołka, z którego rozciąga się wspaniały widok. Metzen kazał nam się zatrzymać i zaczął rozmawiać z paroma dziewczętami z RAD. Ponieważ przyjechaliśmy tam z rykiem silników, okna baraków szybko zapełniły się głowami Arbeitsmaiden, które słyszały ten raban. Po krótkiej chwili, w trakcie której Metzen zdał sobie sprawę, że nic tu nie osiągnie, wznowiliśmy nasz dziki gon. Dowiedzieliśmy się, że dziewczęta rzadko opuszczały obóz, bo przyjechały do niego zaledwie w kwietniu. Mogły przyjmować gości tylko w niedzielę. Widać było, że stacjonowały tam dopiero od miesiąca, bo nie zdążyły się jeszcze zaokrąglić od pysznego jedzenia.
Po ciężkiej podróży przyjechaliśmy na lunch spóźnieni, ale nie przejęliśmy się tym za bardzo. Kilka godzin później znów ruszyliśmy w teren, tym razem ku Bad Driburg. Unteroffiziere Langer, Marx i Mały Muck, a także Feldwebel Metzen byli zaskoczeni liczbą ładnych dziewcząt w mieście. Podjechaliśmy do wieży ciśnień przy górze Kreuzberg, wykonaliśmy pojazdami kilka mrożących krew w żyłach sztuczek, z rykiem silników popędziliśmy wąskim, krętym i bardzo stromym zjazdem, a na koniec przejechaliśmy przez kamieniołom. Po drugiej stronie trafiliśmy na mnóstwo pensjonariuszy, którzy kręcili głowami z dezaprobatą. Potem ruszyliśmy drogą na Rosenberg przez uzdrowiska do położonego tam obozu RAD, gdzie spędziłem półtorej godziny na rozmowach z dawnymi towarzyszami. Weissert wciąż tam był, podczas gdy Bohn i Schwarze - obaj awansowani na dowódców drużyn - wrócili ze szkoły, gdzie pisali egzaminy końcowe. Jörgens, który niedawno został wujkiem, leżał na łóżku, nonszalancki leń. Przedstawili mi podchorążego piechoty z rezerwy, który zeszłej zimy tymczasowo, acz regularnie zadowalał Lisbeth Bulling. Miły z niego gość, mam nadzieję, że mu się to podobało. Weissert powiedział mi, że pierwszy przegląd poszedł fatalnie. Prastary generał odpowiedzialny za ich szkolenie, któremu z nogawek sypała się kreda[13], powiedział im, że nie wyszkolili należycie swoich podwładnych i w ramach kary przez cztery tygodnie będzie ich obowiązywał zakaz opuszczania obozu. Gnając ulicami Driburga z powrotem do koszar, Mały Muck postanowił popisać się umiejętnościami jazdy, przez co prawie narobiłem w spodnie. Potem zatrzymaliśmy się przy jednym z gospodarstw, by kupić jajka. Rolnik zapakował prawie wszystkie do pudełka - z wyjątkiem dwóch, które się już nie mieściły. Oczywiście to ja musiałem je nieść, gdy dotarliśmy do naszego obozu. Nietrudno wyobrazić sobie gwizdy, okrzyki i uwagi, gdy wysiadłem z Kübla, trzymając w dłoniach dwa jajka.
10 maja 1938
Zostałem przeniesiony do dowództwa pułku jako radiooperator. Wczoraj musiałem zgłosić się do Leutnanta Ehrenberga. Nie jestem pewien, czy mi się tu podoba, w sztabie II batalionu było spokojniej. W zeszłą sobotę poszedłem na przepustkę na weekend. Ależ to była rozczarowująca strata czasu - szczególnie jeśli chodzi o pewną młodą damę. Gdy do niej zatelefonowałem, powiedziała, że w niedzielę musi iść do kościoła. Potem spotkaliśmy się na spacer; rozmawialiśmy o nic nieznaczących sprawach, przez większość czasu w ogóle się nie rozumiejąc. Cholera, powinienem posłuchać matki - teraz, gdy służę w wojsku, nie muszę już prowadzić tak porządnego życia, jakbym chciał zostać popem. To zupełny bezsens. Powtarzam sobie: "Weź się w garść i zachowuj się. Nie bądź jak koledzy i Unteroffiziere" - w końcu mam w domu ukochaną i jestem jej to winien! Ukochaną? Raczej znajomą. Takie rozmowy mogę prowadzić z każdą wykształconą dziewczyną. Najgorsze jest to, że ona nie podziela moich poglądów politycznych, a w tej kwestii nie może być kompromisu.
13 maja 1938
Nie nadaję się na radiooperatora, bo ciągle dopada mnie choroba lokomocyjna. Tu, w sztabie pułku, aby nie stracić porządnie wyszkolonego łącznościowca, posadzili mnie w Kfz. 17, w którym dzięki dobremu zawieszeniu nudności nie powinny dopadać człowieka tak często. Ale potem wybrali drogi, które nie zasługują już na to miano, i nieomal zwymiotowałem na radio. Rany, co to był za wyścig! Ten ośmiocylindrowy Horch ma wspaniałe osiągi. Hörsting nie radził sobie za kółkiem, więc zastąpił go Leutnant Wilts. Niedługo później poczułem się tak źle, że musiałem zamienić się miejscami z Hörstingiem, by chociaż patrzeć w kierunku jazdy. Mimo to praca przy radioodbiornikach poszła bardzo dobrze. Uffz. Pohle był głównym operatorem i obsługiwał klucz telegraficzny, a ja, w roli drugiego operatora, pisałem, szyfrowałem i odkodowywałem wiadomości. Pracowałem też przy Zielvier Tafel[14]. Byłem nieco podenerwowany, ale wszystko potoczyło się całkiem nieźle, choć czułem się paskudnie.
16 maja 1938
"Dziś o 20.00 zgłosisz się do swojego Korporalschaftsführera[15] z wypraną czapką polową" - te słowa usłyszałem przed chwilą od Jonny'ego Meyera, złotowłosego Spießa[16] ze sztabu pułku. Dziś mamy poniedziałek, dość typowy jak dla takiego małego Landsera jak ja. Rozpoczął się od inspekcji mundurów i godziny odparowywania alkoholu, a zakończył kolejnym przeglądem wszystkich elementów umundurowania, które nie spodobały się Spießowi. Wczoraj byłem na przepustce w domu i dzisiejszego ranka moje tłuste niczym boczek nakrycie głowy przyciągnęło uwagę szefa. Teraz wróciłem od Unteroffiziera Pohlego, któremu zaprezentowałem wyczyszczoną czapkę. Przeszła inspekcję i pozwolono mi odejść.
W dowództwie pułku inaczej podchodzą do przeglądów. Czas zapomnieć o "Towarzysze, zadbajcie o to, by wasze mundury były czyste i kompletne, wkrótce będę musiał przeprowadzić inspekcję". Tutaj Spieß otwiera z hukiem drzwi, a potem krzyczy: "Kapralu, macie to zdjąć!".
Dziś byliśmy na szkoleniu czołgowym auf der Lieth[17], które nie poszło najlepiej - a przynajmniej nie spełniliśmy oczekiwań Uffz. Pohlego. Ale kogo to obchodzi... Był tu przed chwilą Gefreiter Rübsam i zabronił mi pisać więcej. Kwestie związane ze służbą są objęte tajemnicą i takie tam. Lepiej, żebym teraz skończył.
18 maja 1938
Dziś mamy środę i zakończyliśmy służbę o 16.00. Siedzę teraz i czekam, aż ktoś z tej leniwej hałastry zacznie robić kawę. Tu w sztabie mamy wyjątkowych nicponi - a najgorsi są Hörsting, Beyhoff i Michaelis. Oczywiście wszyscy mieszkają w naszym pokoju. Wieczorami mieliśmy zajęcia sportowe. Mecz piłki ręcznej, drużyna z plutonu łączności kontra reprezentacja plutonu lekkiego. Nasi sromotnie przegrali. Ale w zeszłym tygodniu to my wygraliśmy. Potem graliśmy w dwa ognie, co zawsze sprawia nam mnóstwo frajdy. Część kompanów nie znała tej gry. Dostałem prosto w twarz 3-kilogramową piłką lekarską rzuconą przez Beyhoffa z maksymalną siłą. Przyjemne uczucie.
Dziś wypełniliśmy wnioski o przepustki na Zielone Świątki. Trzeba to załatwiać zgodnie z przepisami. Na tablicy przyczepiono przykładowe pismo, które każdy z nas ma dokładnie skopiować. Później Leutnant Ehrenberg powiedział mi, że osoby nieumiejące pływać będą musiały pozostać w jednostce. To wydaje mi się poważnym problemem. Wczoraj wieczorem mieliśmy dodatkowe zajęcia pływackie na zamkniętym basenie, ale mało kto do niego wszedł. Wszyscy obawiali się zimnej wody. O północy wszczęto alarm i wyrzucono nas z łóżek. Następnie jeździliśmy naszym Kfz. 17 aż do 4.00, kiedy to mieliśmy nadać kilka wiadomości. Wszystko poszło dobrze i o 4.15 zebraliśmy się w Benhausen na odprawę.
21 maja 1938
Mamy sobotę. Wczoraj i dziś dużo się krzątaliśmy: sprzątaliśmy pomieszczenia i szafki, a potem przyszła pora na inspekcję pokoi. To zawsze świetna zabawa - cała kompania zabiera się do schodów i korytarzy, a w trakcie pracy wszyscy śpiewają lub pogwizdują. Często robimy porządki do melodii Badonviller-Marsch albo piosenki Schön ist's bei den Soldaten. Sprzątanie w ten sposób sprawia mi dużo frajdy. To byłaby ładna scena filmowa: sześciu gwiżdżących mężczyzn rytmicznie myje podłogę. Teraz wszystko jest czyste i błyszczące. Dokładnie tak wyobrażałem sobie wojskową schludność przed powołaniem. Krzesła są idealnie białe, jak kwiaty licznych jabłoni, które rosną wokół koszar. Nie pozostała ani jedna drobinka kurzu. A szafki! Marzenie! Gefreiter Rübsam udekorował swoje chustki i pranie kolorowymi jedwabnymi tasiemkami. Fitzer poszedł w jego ślady i tak samo przystroił zawartość własnej szafki. Nawet Beyhoff i Hörsting zajęli się swoimi! Zupełnie jakby sam Leutnant miał przeprowadzać inspekcję!
Staliśmy przed swoimi szafkami przez jakieś pół godziny, zanim przyszedł Spieß z pięcioma Unteroffizierami. Wówczas w pokoju było nas tylko trzech. Rübsam towarzyszył Oberstowi, Makowsky był z Oberleutnantem Thölkem, a Michaelis z Egonem - wszyscy w roli ordynansów. Ponieważ jestem nowy w kompanii sztabowej, Meyer poświęcił mojej szafce więcej czasu, a od wyniku inspekcji wiele zależało. Ucieszyłem się, gdy szef skinął głową w stronę Unteroffizierów i powiedział "Dobrze!". Potem przyjrzał się moim spodniom, kurtkom i płaszczowi, ale znów nie dostrzegł żadnych niedociągnięć. Następnie zabrał się do szafki Hörstinga. Nie było w niej większych uchybień, ale tak wprawny Oberfeldwebel jak Meyer wypatrzył dość drobnych szczegółów, by zakrzyknąć: "Niech cię cholera! Nie ma się czym chwalić - trzeba uporządkować jeszcze raz". Zaraz potem Spieß i jego świta opuścili nasz pokój, nie mówiąc ani słowa więcej.
1 czerwca 1938
Po raz pierwszy, od kiedy wzięto mnie do wojska, pełnię służbę wartowniczą. Pilnuję sztabu pułku. Przynajmniej mam dzięki temu czas na pisanie. Jutro będziemy na przepustce! Mam już bilet i liczę na to, że uda mi się stąd wydostać dostatecznie wcześnie. Urlop kończy się 8 czerwca. Już otrzymaliśmy diety, co zawsze jest miłe. W dowództwie II batalionu dostawaliśmy tylko 4,95 reichsmarek. Teraz chcą, żebym zapłacił 15 RM za słuchawki, które zostały mi skradzione, gdy służyłem z nimi w Altes Waldlagerze. Muszę zwrócić pieniądze albo "zorganizować" nową parę ze sztabu pułku. Zbliża się wolne, a ja mam płacić 15 marek, cholera. Będę musiał skombinować te słuchawki.
Dzisiejszego ranka biegliśmy na 5 kilometrów w ramach zawodów garnizonowych. Całe wyzwanie wygrał szwadron cyklistów z 15. Pułku Kawalerii. Drugie miejsce zajęła 7. kompania 11. Pułku Pancernego. Ja musiałem wystartować w drużynie sztabu II batalionu. Zawsze byłem w czołówce, choć obiecałem sobie, że nie będę się starał. Ale gdy rozległ się sygnał do startu, głupio mi było wlec się z tyłu, więc zacząłem biec naprzód. Trasa okazała się całkiem przyjemna, była cały czas zacieniona i przebiegała obok olbrzymich stawów rybnych w Neuhaus. Zaczynała się i kończyła przy siedzibie klubu strzeleckiego, gdzie co niedzielę organizowane są potańcówki. Przychodzą na nie okoliczne służące, więc spotkania te cieszą się dużym zainteresowaniem ze strony żołnierzy. Na dodatek wokół rośnie wielki las z licznymi ścieżkami i ławeczkami. Mnóstwem ławeczek. "Są bardzo użyteczne", jak uważa Wollberg. Pomijając te zabawy, sam budynek jest naprawdę ładny. Po co chodzić w każdą niedzielę do kina, kiedy można spędzić ten czas na łonie natury?
We wcześniejszych dniach mieliśmy sporo zajęć na świeżym powietrzu. Cały piątek byliśmy w terenie i po wielu godzinach ze słuchawkami na uszach dopadł mnie straszliwy ból głowy. Pełniłem funkcję drugiego radiotelegrafisty w Kfz. 17 Egona. Nasz dowódca był w paskudnym nastroju i pędziliśmy po okolicy jak szaleni. Przez większość czasu prędkościomierz pokazywał 80 kilometrów na godzinę, a nierzadko od 95 do 100. A przecież Egon wcześniej zabronił Hörstingowi i Michaelisowi przekraczać 55 kilometrów na godzinę po tym, jak szwadron łączności rozbił swojego Kfz. 15/1 przez karkołomną jazdę. Dowództwo pułku nie ma już ani jednego sprawnego pojazdu łączności. Wszystkie zostały uszkodzone, więc sztab musi wykonywać wiele zadań pieszo. Dźwigają ciężkie kable przez 3 kilometry do Benhausen, podłączają linię telefoniczną, wykonują ćwiczenia, a potem pakują to wszystko i wracają do koszarów kompletnie wykończeni. Jedno trzeba przyznać: nauczyli się pokonywać marszem długie dystanse! Efekty mogliśmy zobaczyć podczas dzisiejszego biegu przez las.
W poniedziałek wstaliśmy o 4.00 na manewry kompanii, w ramach których ćwiczyliśmy współdziałanie trzech plutonów: plutonu lekkiego, plutonu łączności i plutonu gońców. Było to całkiem ciekawe. Przydzielono mnie do Kfz. 17 plutonu gońców. Obszar, na którym odbywały się manewry, rozciągał się od Dahl, Dringenbergu i Schmechten do Gut Danhausen i Bad Driburg. Jeździliśmy szaleńczo tam i z powrotem. Nasz pluton udawał "oddziały pancerne nieprzyjaciela", a łącznościowcy mieli nawiązać z nim walkę z użyciem karabinków i granatów dymnych. My też mieliśmy parę "butelek z dymem". Dzięki temu całemu strzelaniu dzisiejszy dzień był bardzo przyjemny. Na koniec zebraliśmy się wszyscy przy gospodarstwie rodziny Löhr koło Danhausen. Pomagałem tam przy żniwach w 1937 roku, gdy byłem w RAD! Pan Löhr i jego żona bardzo się ucieszyli, gdy się z nimi przywitałem. Gospodyni obdarowała mnie olbrzymią kanapką z szynką, którą podzieliłem się z Uffz. Rueterem ze szwadronu motocykli. Löhrowie dali mi też naręcze kwiatów lilaku, abyśmy udekorowali nimi nasze pokoje. Kanapka smakowała wyśmienicie - zresztą cały obóz znał panią Löhr i wiedział, że jest doskonałą kucharką.
Kiedy przejeżdżaliśmy przez Driburg, wyjrzałem przez okna samochodu, by zobaczyć, czy wypatrzę jakichś starych znajomych, ale nikogo nie zauważyłem. Unteroffizier Pohle obiecał nam, że po Pięćdziesiątnicy wrócimy do Bad Driburga. Mam nadzieję, że tak się stanie.
Tak, jutro będę na przepustce. Pewnie czeka mnie to, co zwykle, czyli fala zmartwień i obaw, które nękają tylko cywilów. A potem, po kilku dniach nudy, nie będę się mógł doczekać powrotu do wojska. Czas znaleźć sobie żonę, wtedy człowiek ma kogoś, kto naprawdę cieszy się na jego powrót do domu. I jest z kim spędzać czas - a tak wszystko zależy od szczęścia i ilości gotówki w kieszeni. Nie podoba mi się łażenie z chmarą dziewcząt, jak robią to niektórzy koledzy albo ten dandys Vigier. Swoją drogą trafiłem na niego w sobotni wieczór przed Cafe Wiemuth, gdzie rozmawiał z Eisenhofenem i Gläserem. Wcześniej wszyscy, w tym także Furlkröger i Arntz, siedzieli w środku i dokazywali. W rezultacie narazili się Unteroffizierowi z 15. Pułku Kawalerii, który kazał im natychmiast się wynieść. Taki obrót spraw doprowadził Vigiera do białej gorączki. To jego jedyna zaleta - mało pije, w związku z czym nigdy nie traci nad sobą kontroli i nie rozrabia.
Wracając do tematu nadchodzącej przepustki, zastanawiam się, czy dalej będę się spotykał z moją "prawdziwą miłością", która stale działa mi na nerwy, czy jakoś znajdę sobie inną młodą damę. Może trafię na kogoś znajomego - ale już wiem, że ten urlop skończy się tak jak wszystkie poprzednie. Taki młody żołnierz jak ja powinien z kimś romansować! Koledzy, z którymi dzielę pokój, już mają mnie za starego durnia. Może nim jestem, jak Chico z tego amerykańskiego filmu Siódme niebo. Swoją drogą to było naprawdę dobre kino, nawet jeśli większość chłopaków z naszego pokoju go nie zrozumiała.
Szlag! Parę cholernych chrabąszczy majowych i tłustych ciem przeszkadza mi w pisaniu. Wcześniej zbierałem te chrząszcze i kładłem Schwegmannowi na twarzy, ale nawet trzy takie bestie łażące mu po gębie go nie obudziły! Schwegmann pełni wartę razem ze mną i pochrapuje na jednym z łóżek w stróżówce. Na drugim leży Tiggemann, który chrapie tak, że aż się ściany trzęsą. Powinienem wcisnąć mu jednego z chrząszczy do gardła, wtedy by ucichł. Chyba że jest jak Jürgen Rothert, który zjada te owady, gdy ktoś postawi mu kufel piwa. Chrabąszcze, ćmy, chrapiący towarzysze... By to wszystko znieść, trzeba mieć żelazne nerwy.
2 czerwca 1938
Trzy czwarte okresu szkolenia mamy już za sobą, a ja jestem na najlepszej drodze, by stać się tak głupim i upartym jak Petermann. Naprawdę nazywa się Peter Schürmann, a przeniesiono go tu z 16. Batalionu Łączności. Powiadają, że jego rodzice musieli spłodzić go po pijaku. Dobry Boże, on nawet wygląda na durnia! Odstające uszy, wielki nochal pod wąskimi brwiami, małe, świńskie oczka, delikatny garb i nienaturalnie długie ramiona. Imbecyl służy teraz jako radiooperator i doprowadza nas do szału całkowitą nieznajomością ortografii. Oto jeden przykład: ładną nazwę "Bad Driburg" zapisuje jako "Batterienburg"!
[wyrwana strona]
Gdy moja przepustka dobiegła końca, nie byłem szczególnie szczęśliwy, ale też zanadto się nie smuciłem. Po pierwszych ćwiczeniach poczułem się tak, jakbym wcale nie opuścił jednostki. W niedzielę po Pięćdziesiątnicy udałem się do Bad Driburga w moim czarnym mundurze. Tamtejsze termy są bardzo przyjemne. Będę je odwiedzał częściej. Kolejnej niedzieli nasz pułk oficjalnie wmaszerował do Paderborn. Zrobiliśmy niezłe widowisko - chyba wszyscy mieszkańcy wyszli na ulice, by zobaczyć naszą paradę. Szedłem pieszo, wszystkie pojazdy obsadzili oficerowie i podoficerowie. Wieczorem zorganizowano w siedzibie klubu strzelców bal dla pułku. Przyszło wiele dziewcząt, ale żadna nie była w moim typie. Siedziałem z grupą kolegów ze szkoły podstawowej, Juppem Wellinghoffem, Fritzem Burgiem i Leutnantem Adolfem von Knoblauchem z RR15.
Wszyscy mieli wrócić do koszar o 3.00, ale 162 żołnierzy tego nie zrobiło i przybyło później. Nie otrzymali ciężkich kar. Poniedziałkowa służba była nie najgorsza. Schuhknecht i ja pracowaliśmy wewnątrz czołgu z działkiem 2 cm. W czwartek ponownie odwiedziłem Bad Driburg, gdzie po raz pierwszy od opuszczenia RAD ponownie spotkałem dwie piękności, Paulę i Liesbeth. Goście uzdrowiska zrobili wielkie oczy, gdy zobaczyli, z jaką radością Liesbeth mnie powitała! Wieczorem spotkałem siostry Elli i Theę Thöne, z którymi kiedyś spacerowałem po Kreuzbergu. Chciałem zjeść obiad z batalionem, ale się spóźniłem - poszedłem zatem do Cafe Börger. Później, po wydaniu ostatniego feniga, znów wpadłem na Elli i Theę, które szły potańczyć do Cafe Stute. Bardzo chciały, żebym poszedł z nimi, więc przyjąłem ich zaproszenie i rozmawialiśmy w miłej atmosferze aż do 22.00, gdy musiałem wracać do Paderborn. Liesbeth odprowadziła mnie do Stellbergu, skąd popędziłem dalej na rowerze, który zabrałem ze sobą z przepustki. Wziąłem też niebieski szlafrok. Oba te przedmioty mi się przydadzą. Zeszłej niedzieli byłem w Osnabrücku. Wszystko odbyło się jak zwykle. Herbert udał się do Bielefeld na jakieś wydarzenie organizowane przez SS, a ja postanowiłem popływać. Musiałem złapać pociąg o 21.16, więc cały wieczór miałem dla siebie.
W poniedziałek cała jednostka pojechała do Sauerlandu na duże manewry. Osłupiałem na widok wielkiej liczby pojazdów łączności ze wszystkich oddziałów, które zgromadzono tam przy jeziorze Möhnesee. Pomimo paru drobnych usterek w naszym Kfz. 17 wszystko poszło dobrze; więcej - na koniec zespół Sander-Ernsting otrzymał pochwałę. Manewry zakończyły się ćwiczeniami terenowymi w pobliżu Vellinghausen. Byłem już tam wcześniej, nocowałem wtedy w miejscowym schronisku młodzieżowym podczas 900-lecia miasta. Zatrzymała się tam też pewna młoda dama, wtedy jeszcze uczęszczająca do szkoły podstawowej. Spotkała tam młodego żołnierza, o którym często wspominała. Może czas napisać kartkę do Ruth?
Pollmannskrug okazał się zbyt drogi i stać mnie było tylko na dwie szklanki mleka. Wieczorem pojechaliśmy nad piękne Möhnesee i z powrotem, przez Sauerland, do Paderborn, dokąd dotarliśmy o 21.00. A jak miło zaskoczył nas harmonogram na następny dzień - służba techniczna rano, a potem wyjazd do Bad Lippspringe na pływanie! Życie żołnierza potrafi być bardzo miłe, nawet jeśli nie codziennie.
15 lipca 1938, Paderborn
Niech to szlag! Pióro mi się popsuło, a nie mogę kupić nowego. Od kilku tygodni jestem ciągle bez grosza. Musiałem już pożyczyć 2 marki od Michaelisa na naprawę roweru - rama pękła i trzeba ją było zespawać.
Wciąż nie mam pewności, jak długo powinienem pozostać w wojsku. Czas płynie zbyt szybko i człowiek ani się obejrzał, a już stał się stary. Zeszłej niedzieli byłem w domu i nic się tam nie zmieniło. Matce ledwie wystarcza na życie, więc nie ma tam dużo do jedzenia, nie mówiąc o zabraniu czegoś ze sobą do jednostki. Ojcu nieźle się żyje w Hamburgu, ma samochód i codziennie wypala papierosy warte co najmniej 1 markę. A ja nie mogę nawet wyjechać na prawdziwy urlop. Herbert zamierza odwiedzić ojca, więc wczoraj wysłałem mu swoją walizkę, bo jego się popsuła. Mam nadzieję, że przywiezie z Hamburga moją skórzaną walizkę, bardzo mi się tu przyda.
W tej chwili uczestniczymy w kursie nauki jazdy, w ramach którego uczymy się prowadzić samochody ciężarowe. Szkolenie trwa już drugi tydzień, a my świetnie się bawimy. Jest nas sześciu, a uczy nas Feldwebel Flachsbarth z pododdziału remontowego. Wszyscy robimy duże postępy, a najlepiej idzie Hürtgenowi, który ma już uprawnienia do prowadzenia czołgu. Oprócz niego w kursie biorą udział jeszcze Unteroffizier Morawsky, Klusner, Schwegmann i Grauler ze szwadronu motocykli - ci trzej ostatni są strasznie gadatliwi, a przy tym niezwykle głupi! Ja radzę sobie najlepiej, bo umiałem prowadzić samochód jeszcze przed pójściem do wojska, a niedawno też zakończyłem naukę jazdy czołgiem.
W ramach kursu dużo podróżujemy. Pewnego ranka w ulewnym deszczu udaliśmy się do Horn, gdzie wypiliśmy kawę w małym pensjonacie. Obok był niewielki hotel, a w jego oknie stała śliczna blondynka, która trochę sobie z nami pożartowała. Gdy odjeżdżaliśmy, zauważyłem, że długo za nami machała. Powinienem wrócić do Horn i poznać ją bliżej czy też w ogóle się z nią zapoznać. Bardzo mi się spodobała.
31 października 1938, Paderborn
Tak, od 15 lipca wiele wody upłynęło w Renie. Od zdania egzaminu na prawo jazdy do ogłoszenia alarmu mobilizacyjnego Rübsamen nie pozwolił mi wyciągnąć mojego dziennika, który w rezultacie trafił do domowej przechowalni i pozostał w niej aż do teraz. Rübsamen, podła świnia, jest teraz Unteroffizierem, a ja wciąż zwykłym działonowym. Gdy przechodzi obok, muszę stukać obcasami - ale to nie dzieje się już często. Od kampanii sudeckiej zostałem przeniesiony z powrotem do dowództwa II batalionu.
Dzisiaj obsługuję pułkową łącznicę telefoniczną w garnizonie. Robiłem to już wielokrotnie w warunkach polowych, w Kraju Sudetów, podczas wszystkich ćwiczeń i na manewrach, ale po raz pierwszy siedzę przy urządzeniu stacjonarnym. W terenie zadanie to jest nieco bardziej skomplikowane, bo trzeba je wykonywać w stodołach i starych szopach, ale tu mam znacznie więcej pracy. Stoją przede mną dwa pudełka połączone istną plątaniną przewodów. Na szczęście teraz, o 21.00, robi się spokojniej i mam czas na pisanie. Przygotowałem kartkę dla matki, w której wyjaśniłem, dlaczego nie odwiedziłem jej w sobotę. Wysłałem też kolejny list do Herberta. Może czas napisać do Kurta Schwarza? Poinformowałbym go, że mogę się z nim zobaczyć w Schweinfurcie za jakiś tydzień. Wciąż nie mam jednak co do tego pewności, więc lepiej oszczędzać papier. Mógłbym też napisać do pewnej młodej damy z Osnabrücku, ale niech jeszcze poczeka. Sama długo zwlekała, nim wysłała mi w miarę porządne zdjęcie, kolejne więc mogę od niej dostać jako swego rodzaju pamiątkę dopiero na następnej przepustce. Muszę tu napomknąć, że ona ma już co najmniej kilka moich fotografii. Ale to nieistotne.
Ważniejsze jest to, że wkrótce mogę zostać podchorążym rezerwy, co będzie miało wpływ na moją przyszłość. Nie wiem, jakie mam szanse. Dziś batalion przekaże dalej nazwiska kandydatów. Nie mam pojęcia, czy mnie wybrali. Informacje o awansach zostaną podane 3 listopada, ale półoficjalnie ktoś już narysował palcem szewron na moim rękawie.
Właśnie wszedł kolega, śpiewając pod nosem ułożoną przez nas piosenkę:
Śnij o Sudetach, o Czechosłowacji O panu Benešu i jego bandzie zbirów O piwie z Pilzna i ślicznotkach z Pragi Z tobą tej nocy chcę śnić o Wełtawie Silnik nuci swą niezmienną melodię Czołgi wjeżdżają do Czechosłowacji Gdy barwy Hitlera zawisną nad tą krainą Działonowy wróci do swojej ukochanej Silnik nuci swą niezmienną melodię Czołgi wjeżdżają do Czechosłowacji
Gdy byliśmy w Czechosłowacji, napisaliśmy kilka takich piosenek, w tym jedną szczególnie dobrą i rubaszną o kierowcy starego czołgu Kruppa.
1 listopada 1938
Zostaniemy w końcu awansowani czy nie? To pytanie spędza nam sen z oczu. Wczoraj przeniesiono mnie na kurs instruktorów dla rekrutów. Zawsze coś, ale wciąż zastanawiam się, kiedy dowiem się więcej o podchorążym Sanderze. W armii trzeba być cierpliwym i mieć nerwy jak koń na biegunach. Możliwe, że to mój ostatni dyżur przy łącznicy. Co ciekawe, o tej porze, po godzinach pracy, dzwonią wszystkie skąpe narzeczone - z Lippspringe, Geseke, Senne, ze wszystkich stron świata, a przede wszystkim oczywiście z Paderborn.
Pozwolę sobie na drobne obliczenia. Mieszkańcy Paderborn niespecjalnie przepadają za żołnierzami, ale co te nieboraki by powiedziały, gdyby wojsko się stąd wyprowadziło i przestało płacić podatek meldunkowy? Podoficer po trzech latach służby (w pierwszym roku służby podoficerskiej) płaci miesięcznie 2,5 reichsmarki, czyli 30 marek rocznie. Mamy osiem kompanii i trzy sztaby, a w każdym z tych pododdziałów jest 20 podoficerów. Lekko licząc, daje to 6600 RM, a nie uwzględniłem jeszcze wszystkich oficjeli i pracowników. Oficerowie płacą znacznie więcej. Zatem mieszkańcy Paderborn powinni siedzieć cicho!
Matka przysłała mi dzisiaj paczkę, w której było moje pranie, pół bochenka białego chleba i pół bochenka czarnego. Biały zdążyłem już zjeść. Żadnych pieniędzy. Nie mam wyboru, muszę zapłacić za spodnie munduru wyjściowego z własnej kieszeni. Mogę to zrobić wyłącznie na raty - dałem już 10 marek, a pełny koszt ma wynosić 42 RM. Oprócz tego muszę jeszcze opłacić lekcje tańca. W ten sposób daleko w życiu nie zajdę.
7 listopada 1938
Nie dla mnie ten kurs szkoleniowy. Mam już serdecznie dosyć musztry w drugim roku służby. Teraz jestem jednak podchorążym rezerwy i muszę znosić to wszystko jeszcze przez kilka dni. Miałem sporo szczęścia, bo zostałem podchorążym i instruktorem rekrutów. Wkrótce powinienem dostać awans na Gefreitera, a wraz z nim żołd naliczony od 1 października. Pieniądze otrzymam zapewne w czwartek 10 listopada, czyli w dniu inspekcji naszego kursu. "Pilny" ma przeprowadzić kontrolę, a kierujący naszym szkoleniem Oberleutnant Streger obiecał nam kilka dni przepustki - choć musi je jeszcze zatwierdzić dowódca. Mam nadzieję, że to zrobi.
Chciałbym wkrótce wrócić do Osnabrücku. Szlag, od kiedy widziałem Ruth kilka tygodni temu, nie mogę przestać o niej myśleć. Szczerze mówiąc, jestem skończonym idiotą i powinienem się z nią rozstać. Znam ją już od pięciu lat i nic się przez ten czas nie zmieniło. To już zbyt długo. Ale pora zakończyć ten temat - za kolejne dwa czy trzy lata będę widywał dziewczęta tylko z daleka, a poza tym wpierw muszę nauczyć się tańczyć. Zimowe półrocze w Paderborn, które jest tu stosunkowo spokojne, byłoby do tego idealne, gdybym nie został instruktorem rekrutów.
Zabawne, zaledwie tydzień temu byłem zrozpaczony, bo wydawało się, że przez brak matury nie mam szans na zostanie podchorążym rezerwy. A dziś, gdy wszystko udało się załatwić i poprawnie odpowiedziałem na wszystkie pytania, zupełnie mnie to nie obchodzi.
10 listopada 1938
Dziś mamy czwartek. Niezwykle pracowity. Otrzymaliśmy awanse i teraz jestem Gefreiterem oraz instruktorem rekrutów. Zgaduję, że będę musiał trochę poczekać, nim zostanę oficjalnie powiadomiony o mianowaniu na podchorążego. Oprócz tego nasz kurs instruktorów został skontrolowany przez Herr Majora Kolla. Inspekcja poszła dobrze, tak, jak się spodziewaliśmy, i w zamian otrzymaliśmy parę dni urlopu. Jutro mogę pojechać do domu, skąd muszę wrócić dopiero w środę, gdy przybędą nowi poborowi. Spora niespodzianka.
Wszyscy podchorąży rezerwy musieli się dzisiaj pokazać dowódcy pułku, Dipl.Ing. Oberstowi Phillipsowi. Przedstawiał nas Fähnrichsvater[18] Leutnant Schmidt. Szybko go opiszę: para nieskazitelnie czystych butów, 80-konne spodnie, nadzwyczajne nogi "jak z romansu" (czyli takie, które z początku wyglądają, jakby miały się nie spotkać, ale w końcu się schodzą - niczym w powieści). Ma talię osy i barki Maxa Schmelinga. A jaki jest mocny w gębie! Ryczał na nas jak lew, powiedział, że nie potrafimy się porządnie ubrać, nazwał nas słabeuszami, którzy nie umieją się zachować. Ale po przyjściu Obersta stał się łagodny jak baranek. Cały ten przegląd był dość męczący, ale miał jeden cel - o czym wszyscy dobrze wiemy. Chodziło o sprawdzenie, czy wciąż roztacza się wokół nas zapach robotników czy też jesteśmy stworzeni do wyższych celów.
Po inspekcji otrzymałem z powrotem moją rozprawkę o edukacji. Leutnant Engelhardt z 5. kompanii omówił z nami wszystkie prace podczas poprzednich zajęć i podkreślił, że moja była najprzydatniejsza. Nieźle jak na kogoś bez matury. Dziś wypastowałem podłogę w pokoju. Chcę zrobić dobre wrażenie na nowych rekrutach, gdy przyjadą w środę i czwartek. Z innych sal dobiega śmiech byłych działonowych, którzy teraz są Gefreiterami. Wszyscy nagle poczuli się wszechwładni. Nie jestem z nimi, ponieważ Germuth, nowy Unteroffizier, którego nazywamy "Guggim", wchodził wcześniej schodami po ciemku, a ja go nie zauważyłem i nie zasalutowałem mu. Niech mu będzie, wkrótce sam zostanę Unteroffizierem.
24 listopada 1938
Minęło czternaście dni wartych odnotowania. W zeszłym tygodniu od piątkowego wieczora do środy rano przebywałem w domu. Większość czasu przeleżałem w łóżku ze strasznym przeziębieniem, gorączką, bólami żołądka i głowy. Nie było to przyjemne, ale i tak nie miałem nic do roboty. Muszę nauczyć się tańca, bo nie wiem, jak inaczej spędzać wolny czas poza chodzeniem do kina, a większość filmów widziałem już w Paderborn.
W czwartek wieczorem przybyli moi rekruci. Czterech młodych cherlaków, dwóch z Kolonii nad Renem, jeden z Wuppertalu i ostatni z Halle w Westfalii. Z Nadreńczykami trzeba się odpowiednio obchodzić, by był z nich jakiś pożytek. Jestem dla nich zdecydowanie zbyt poważny. Co gorsza, zostałem już zrugany z powodu moich czterech podwładnych. Palanty poszły na ćwiczenia bez podkołnierzyków, a na dodatek dwóch z nich nie ogoliło się odpowiednio. To wszystko dlatego, że nie mogłem mieć ich cały czas na oku, bo pełniłem funkcję dyżurnego Gefreitera. W rezultacie nie mogę wystąpić o przepustkę na niedzielę. Obrywa nam się ze wszystkich stron. Cholera, nieźle nas musztrowali przez te pierwsze dni. Wszystko robiliśmy nieprawidłowo. Każą nam stać godzinami w deszczu i zimnie, a nasi rekruci mogą oglądać nas w tym mało imponującym stanie. Nie dziwota, że gdy zamarzaliśmy na śmierć, nie mogliśmy wiele zdziałać. Jedyny plus jest taki, że po tych torturach obiad smakuje znacznie lepiej.
Mogę się też pochwalić, że Ruth Wiemann w końcu przysłała mi porządne zdjęcie. Widziałem się z nią kilka razy i tylko tyle mogę na ten temat powiedzieć. Spotkałem się też z Anneliese i jej siostrą. Annie sporo przytyła i chce koniecznie wyjść za faceta, który służy w oldenburskim RAD. Życzę jej wszystkiego dobrego.
Moich czterech żołnierzy radzi sobie naprawdę dobrze, a ich zachowanie wobec mnie jest akceptowalne. Wczoraj pod moją nieobecność Guggi dokonał inspekcji szafek dwóch moich podkomendnych. W obu znalazł uchybienia. Codziennie osobiście sprawdzam każdą szafkę, więc nie mogło być bardzo źle - ale dobrze wiem, jaki jest Guggi, sam miałem z nim do czynienia. W każdym razie moi podwładni niespecjalnie się tym przejmują, zwłaszcza Reiss, gruby piłkarz z Wuppertalu. Wszyscy się starają i nie szczędzą wysiłków, więc nie będę ich dodatkowo karał.
25 listopada 1938
Dziś dostaliśmy burę w trakcie ćwiczenia musztry. Rekruci po raz pierwszy nosili hełmy stalowe. Garnki na głowach utrudniały im śpiewanie i wszystko skończyło się paroma dodatkowymi godzinami musztry. Trochę mi ich szkoda. Jeśli mam być szczery, niektórzy - na przykład Goldhorn i Arntz - przeszli jeszcze cięższe i uciążliwsze szkolenie, a i tak zostali kiepskimi żołnierzami. Wczoraj pokazałem moim czterem bohaterom, jak wygląda prawdziwa inspekcja szafek w wojsku. Tylko w szafce Reissa znalazłem jakieś uchybienia, pozostałe były całkiem schludne. Mimo to skotłowałem im całą zawartość i wyrzuciłem połowę na podłogę, by mieć pewność, że następnym razem przyłożą się jeszcze bardziej.
Szczerze mówiąc, moja nowa rola zupełnie mi się nie podoba. Kiedyś dni mijały błyskawicznie, a teraz stoję na placu apelowym i krzyczę na żołnierzy, podczas gdy moi przełożeni krzyczą na mnie. Czas strasznie się wlecze. Cała radość, którą czułem rok temu po wstąpieniu do armii, gdzieś wyparowała. A gdy patrzę na zdjęcie Ruth, myślę jedynie o tym, że już jest po wszystkim. Gdyby tylko u mego boku stała kobieta, która dawałaby mi poczucie stabilności. Mam tylko matkę i Herberta, ale nieszczególnie mnie obchodzą. Nie mam pojęcia, co będę robił później, gdzie będę pracował. Powiem wprost: nie mam celu w życiu. A to paskudna postawa. Kiedyś dokładałem starań, by zostać podchorążym rezerwy, a podczas służby w RAD za wszelką cenę chciałem awansować na Truppführera[19]. Ale tu, w domu, prywatnie, brakuje mi motywacji. Nawet perspektywa zostania Feldweblem przestała mnie cieszyć, od kiedy zdałem sobie sprawę, ile niedogodności wiąże się z tą rolą. Później mam przejąć sklep ojca, ale nie zawracam sobie tym głowy. Cóż mam począć?
Na razie kurczowo trzymam się myśli, że wkrótce moi rekruci przestaną wymagać ciągłego nadzorowania. Wówczas będę mógł zaglądać do miasta, gdy tylko najdzie mnie ochota. A jak trudne może być znalezienie w miarę atrakcyjnej ukochanej? Z drugiej strony to też mnie szczególnie nie interesuje. Nie potrafię tego wytłumaczyć - pora zmienić temat!
Kilka tygodni temu zamówiłem u krawca parę spodni do munduru wyjściowego, ale kiedy niedawno je odebrałem, okazało się, że są do niczego. Przy rozporku mają mnóstwo fałd, a nogawki nie leżą właściwie po bokach. Boże, ależ jestem wściekły! Wydałem skromny żołd na tę parę, a ona nie pasuje. Na dodatek materiał jest tandetny. Mam nauczkę na przyszłość! To nie pierwszy raz, gdy przekonuję się, jak się kończy korzystanie z usług tanich krawców - ostatecznie nie warto. Krój i materiał nigdy nie wyglądają szykownie. Ostatni raz dałem się złapać w tę pułapkę.
Poszedłem dziś jako wolny słuchacz na salę wykładową. Katastrofa! Ci wszyscy rzemieślnicy i robotnicy, którzy nie potrafią dobrze pisać w normalnych warunkach, łamali sobie palce podczas ćwiczeń szybkiego pisania.
8 grudnia 1938
Minął dzień św. Mikołaja, a ja nie dostałem od matki ani paczki, ani nawet listu. No nic. We wtorek poszedłem do siedziby klubu strzeleckiego na występ zorganizowany przez SS. Miejscowa grupa teatralna wystawiła sztukę o nazwie "Ostatni rolnik", która wszystkim bardzo się spodobała. Po jej zakończeniu inżynier przejeżdżający przez tę okolicę podwiózł mnie do koszar po 23.00! Wspaniały człowiek. Choroba, jestem zmęczony, a moje pismo wygląda potwornie. Idę się położyć!
9 grudnia 1938
Jutro wypłata. Dostanę 7,50 marki, a do tego dietę w wysokości 8,80 RM. Przeznaczę te pieniądze na nową walizkę. Nie pojadę teraz na narty, bo szkolę rekrutów, więc lepiej wydać zarobki na coś praktycznego. Pensja ledwo starczy mi na życie, głównie przez to, że ciągle chodzę głodny jak wilk. Dają nam tu zbyt małe porcje. Dziś przyszedł list od matki. Wciąż jest w Hamburgu. Pisze, że przeprowadzimy się tam w lipcu. Wielkie miasto ją zachwyciło. Jeśli o mnie chodzi, mogą się przenieść wcześniej - mnie i tak trudno gdziekolwiek pojechać podczas urlopu.
Każdego ranka rekruci mają godzinę zajęć teoretycznych oraz dwie i pół godziny ćwiczeń fizycznych. Między 11.00 a 13.35 jedzą obiad, następnie od 14.00 do 16.00 kontynuują trening albo uczestniczą w szkoleniu strzeleckim. Później przez godzinę uczą się nadawania wiadomości alfabetem Morse'a, a przez kolejną czyszczą broń. Potem otrzymują jednocześnie kawę i kolację. Od 19.00 do 23.00 jest czas na sprzątanie. Każdy dzień wygląda tak samo: "Danz, otwieraj gębę, kiedy śpiewasz!", "Danz! Trzymaj pewniej karabin, jesteś żołnierzem, a nie cholernym myśliwym!", "Wciągnij brzuch, grubasie!", "Ręce prosto, ośle!", "Co, nie macie już ochoty śpiewać? Przebierajcie kulasami i śpiewajcie dalej, kulawce!", "Dalej! Szybciej, wy, ciepłe kluchy!", "Trzymaj karabin w pionie! Jesteś zbyt głupi, żeby chodzić, Danz?", "Addau, to karabin, a nie kula, przestań się nim podpierać!", "Danz! Raz, dwa, raz, dwa, półobrót, stop! Prezentuj broń!", "Co? Kto pozwolił ci się ruszyć, Förster!", "Pluton, w prawo zwrot, marsch, marsch! Dwanaście okrążeń wokół placu! Podziękujcie Försterowi!", "Sonnenschein, łachudro! Co ty sobie myślisz?", "Do szeregu, marsch, marsch!", "Linning! To cud, że potrafisz chodzić z tymi wielkimi płetwami!", "Tędy, panowie, tędy! Spróbujcie iść w tym samym kierunku, to nie takie trudne! Na wprost, tak jak sika byk! Deiss, wciągnij brzuch! Schmitz, plecy prosto! Wypnij tyłek! Wiemy, że lubisz to robić! Patrzcie, jak stoi Schmacht! Jak wyruchana niedawno wiewiórka! Gralla, zawrzyj gębę, robi ci się przeciąg!". Zazwyczaj tak to się zaczyna i trwa przez jakieś dwie godziny z kwadransem. Działonowy Schmaldt zgłosił mi następujący pomysł: chce zamontować głośniki na samochodzie, by można było jeździć wzdłuż placu apelowego i odtwarzać nagrane wyzwiska, żeby Unteroffizierowie i Gefreiterzy nie musieli zdzierać sobie gardeł. Oprócz tego proponuje, by pod dachem sali sportowej umieścić mikrofon i papugę, która powtarzałaby w kółko najczęstsze okrzyki i polecenia: "W tył zwrot, ofermy, w tył zwrot, marsch, marsch!".
Trzeba jednak przyznać, że niektórzy żołnierze są strasznymi obibokami. A gdy chcę nieco zmienić harmonogram i zarządzić jakieś inne ćwiczenia niż bieganie - na przykład coś na wzmocnienie mięśni ramion - dostaję burę od Feldwebla! Kazałem Danzowi zrobić parę pompek i zostałem zrugany za maltretowanie! A to nie był jedyny taki przypadek. Kiedy poleciłem rekrutom biec jak piechurzy, z karabinami w wyciągniętych rękach, przełożeni zagrozili, że wsadzą mnie za to do paki! Innym razem kazałem Weissowi podnieść z ziemi pocisk zębami, bo drań niedbale go upuścił i udawał, że tego nie zauważył. Aż trudno sobie wyobrazić, ile miałem przez to kłopotów. Od teraz Gefreiter Sander nie będzie się już więcej starał.
11 grudnia 1938
Jeśli chodzi o mnie i kobiety, wszystko po staremu. Moja sytuacja finansowa się poprawiła, ale dalej nie umiem tańczyć. "Chłopcze, to grzech, że ktoś o twojej budowie tego nie potrafi!". Zapisałbym się na lekcje tańca, ale przez moich smarkaczy to niemożliwe. Wczoraj sprawdzałem ich broń i szafki do 23.00!
15 grudnia 1938
W poniedziałek Herbert wysłał mi zegarek, który ma być prezentem na Gwiazdkę. Bardzo mi się przyda - będę mógł sobie przypominać, ile jeszcze nudy przede mną.
24 grudnia 1938
Dziś Wigilia. W niedzielę chciałbym pójść na przepustkę - ale koza chciała mieć długi ogon, a dostała krótki. W armii nie wolno oczekiwać, że coś się zdarzy, inaczej człowieka czeka rozczarowanie. Teraz mam nadzieję, że uda mi się dostać urlop na Nowy Rok. Siedzę przy łącznicy telefonicznej wraz z Obergefreiterem Otto Schulzem. Z okazji świąt każdy z nas dostał sześć kuponów na piwo i talerz z tabliczką czekolady, sześcioma zielonymi papierosami Atikah, paczką fig, dwoma jabłkami, orzechami i piernikiem. Później zorganizowaliśmy skromne spotkanie bożonarodzeniowe z paroma kolegami z II batalionu, którzy tu jeszcze byli. Zaczęliśmy od piwa i dwóch kolęd. Nie podniosło nas to na duchu. Dowódca wygłosił krótką przemowę, ale to też nie dodało nam otuchy. Potem Backenecker wszedł na scenę i w ramach improwizowanego występu zaczął sypać kawałami i śmiesznymi anegdotami. Z jego talentem nie dziwota, że wcielił się też w Ruprechta[20] i wręczył "specjalne prezenty". Leutnant Glässgen, szef sztabu, otrzymał butelkę środka na porost włosów, by mógł walczyć z zakolami. Charlie Zangenmeister dostał celuloidowy monokl do noszenia na lewym oku. Prezentem dla Feldwebla Middelmanna był telefon, którego dotąd brakowało w jego biurze. Rusznikarzowi Streckowi wręczono blaszany pistolet ze stoma kapiszonami. Na tym etapie osiągnęliśmy stan całkowitego upojenia, którego chciałem uniknąć, więc postanowiłem pójść spać. Wybrałem dobry moment, bo żarty zaczynały się robić sprośne.
25 grudnia 1938
W pierwszy dzień Bożego Narodzenia przyszedł list od Ruth, a w nim małe zdjęcie. Bardzo mnie to ucieszyło. Wczoraj jeden z wartowników postrzelił się w udo. Musiał strasznie cierpieć, bo krzyczał niezwykle głośno i na początku pomyśleliśmy, że postrzelił się w mosznę. Gdyby tak się stało, byłoby nam go żal pomimo tego, że ewidentnie jest idiotą. Ale rana uda to jeszcze nic takiego. Z pewnością wypadek nie był tak zły jak to, co spotkało Roberta Gläsera zeszłego lata. Stał na czołgu i wyjmował z wieżyczki zacięte 2-centymetrowe działko KWK-30, gdy nagle wystrzelił zaklinowany w zamku nabój ćwiczebny. Gläser stracił mały palec lewej dłoni i kilka ścięgien, a drzazgi z drewnianego pocisku poharatały mu uda - i niestety coś więcej. Miał jednak szczęście, bo lekarze zdołali go pozszywać. Pechowiec, który postrzelił się zeszłej nocy, od razu trafił na stół operacyjny, gdzie wyjęto mu pocisk pistoletowy z kolana. Pozostaje tylko życzyć mu wesołych świąt.
Nasze drugie małe spotkanie bożonarodzeniowe wypadło nieco lepiej od wczorajszego - nawet pomimo tego, że Zera odwiedził wcześniej kantynę i utopił tam smutki, a Hornke i pozostali poszli później jego śladem. Zjedliśmy kiełbasę i sałatkę ziemniaczaną, a każdy z nas dostał paczkę papierosów North State albo Overstolz i małe ciastko marcepanowe. Potem rekruci musieli podawać nam grzane wino. Po wypiciu jakichś dwóch i pół litra rozegrałem partię młynka z Unteroffizierem Ebenerem, a potem poszedłem się położyć. Wino zabarwiło mi zęby na kolor ciemnoczerwony, niemal czarny. Będę musiał dobrze je wyszczotkować przed pójściem na przepustkę, choć i tak są już wszystkie ułamane.
24 stycznia 1939
Dyżur pełni Gefreiter Sander - cóż za miła zmiana! Co prawda nie mogę się w nocy wyspać, ale przynajmniej mam czas na pisanie listów i dodanie paru linijek w tym głupim dzienniku. Bardzo wiele się wydarzyło od mojego ostatniego wpisu.
[1] Podpułkownik magister inżynier (przyp. I.K.).
[2] Czołgiści (przyp. I.K.).
[3] Gruppe albo Halbzug to pododdział będący częścią plutonu (Zug), w wojskach pancernych zazwyczaj złożony z dwóch czołgów (przyp. I.K.).
[4] Nowy obóz leśny (przyp. I.K.).
[5] Płatnicy (przyp. R.S.).
[6] Czołgi dowodzenia (przyp. I.K.).
[7] Kronika filmowa (przyp. I.K.).
[8] Lokalna stacja radiowa z Kolonii (przyp. I.K.).
[9] Rodzaj taniego radioodbiornika stworzony na polecenie Josepha Goebbelsa, ministra propagandy III Rzeszy (przyp. I.K.).
[10] Postać z bajki Wilhelma Hauffa (przyp. I.K.).
[11] Nazewnictwo jednostek RAD odbiegało od terminologii używanej w siłach zbrojnych. Termin RAD-Abteilung oznaczał oddział w sile kompanii, a w tym konkretnym przypadku mowa o 5. kompanii 161. Arbeitsgruppe, czyli "grupy roboczej" wielkości batalionu (przyp. I.K.).
[12] Kübelwagen (lub Kübelsitzwagen) to ogólna nazwa lekkich wojskowych samochodów terenowych. Najsłynniejszym z nich był Volkswagen typ 82 (przyp. I.K.).
[13] Nawiązanie do niemieckiego powiedzenia, że ktoś ma zwapniały mózg. Mózg tego generała był tak zwapniały, że kreda sypała mu się z nogawek (przyp. R.S.).
[14] Celuloidowy szablon do map (przyp. R.S.).
[15] Dowódca pododdziału. Termin Korporalschaft pochodzi z czasów I wojny światowej i nie był już oficjalne stosowany w 1938 roku, ale starsi żołnierze mogli dalej go używać (przyp. I.K.).
[16] Szef pododdziału, podoficer odpowiedzialny za sprawy administracyjno-gospodarcze (przyp. I.K.).
[17] Poligon koło Paderbornu (przyp. R.S.).
[18] Oficer opiekujący się podchorążymi (przyp. I.K.).
[19] Stopień odpowiadający Unteroffizierowi w Wehrmachcie (przyp. I.K.).
[20] W niemieckiej tradycji bożonarodzeniowe prezenty rozdaje Knecht (pachołek) Ruprecht (przyp. I.K.).