Niemiecki bękart - Camilla Läckberg

-
Proszę czekać

2Fjällbac­ka 1943

"Czy ta woj­na nig­dy się nie skończy?".

Elsy gryzła ołówek, za­sta­na­wiając się, co jesz­cze na­pi­sać. Jak ująć myśli o woj­nie, której tu nie było, choć była sta­le obec­na? Nig­dy dotąd nie pro­wa­dziła pamiętni­ka i nie wie­działa, skąd jej przy­szedł do głowy ten po­mysł. Ale po­czuła po­trzebę za­pi­sa­nia swo­ich prze­myśleń na te­mat tej niby nor­mal­nej, a mimo to dziw­nej rze­czy­wi­stości. Pra­wie nie pamiętała czasów sprzed woj­ny. Miała dzie­więć lat, gdy woj­na wy­buchła, te­raz ma trzy­naście, wkrótce skończy czter­naście.

Z początku woj­ny nie było widać, można ją było wy­czuć tyl­ko w za­cho­wa­niu do­rosłych. Pod­nie­ce­nie, z ja­kim śle­dzi­li wia­do­mości w ga­ze­tach i w ra­diu. Napięta syl­wet­ka, uszy przy ra­diu w sa­lo­nie, lęk, a jed­no­cześnie ożywie­nie. Bo na świe­cie działy się bar­dzo cie­ka­we rze­czy, nie­bez­piecz­ne, a za­ra­zem pod­nie­cające. Poza tym życie to­czyło się po sta­re­mu. Łodzie wypływały i wra­cały. Raz połów był do­bry, raz zły. Na lądzie ko­bie­ty robiły to co za­wsze, jak kie­dyś ich mat­ki i bab­ki. Ro­dziły dzie­ci, robiły pra­nie i sprzątały domy. Na­tu­ral­ny, nie­kończący się bieg rze­czy. Woj­na mogła za­chwiać tym wszyst­kim, co tak do­brze zna­ne. To­wa­rzyszące jej napięcie wy­czuwała już wcześniej. Te­raz woj­na była tuż-tuż.

- Elsy! - do­biegł z dołu głos mat­ki.

Szyb­ko za­mknęła ze­szyt i włożyła go do górnej szu­fla­dy stojącego pod oknem biu­recz­ka. Prze­sie­działa przy nim wie­le go­dzin nad lek­cja­mi, ale szkol­ne lata miała za sobą i biur­ko właści­wie nie było już po­trzeb­ne. Wstała, wygładziła su­kienkę i zeszła na dół.

- Elsy, mogłabyś mi pomóc przy­nieść wodę?

Twarz mat­ki była sza­ra ze zmęcze­nia. Całe lato prze­miesz­ka­li w małym po­miesz­cze­niu w su­te­re­nie, bo wszyst­kie po­ko­je wy­najęli let­ni­kom. Opłata za wy­najem obej­mo­wała również sprząta­nie w po­ko­jach, go­to­wa­nie i usługi­wa­nie gościom, a te­go­rocz­ni byli szczególnie wy­ma­gający. Ad­wo­kat z Göte­bor­ga z żoną i trójką roz­bry­ka­nych dzie­ciaków. Mat­ka Elsy, Hil­ma, była na no­gach od świtu do zmierz­chu. Prała im, szy­ko­wała ka­nap­ki na wy­ciecz­ki łodzią i sprzątała po nich. A prze­cież miała jesz­cze własne go­spo­dar­stwo.

- Mama usiądzie na chwilę - po­wie­działa miękko Elsy, z wa­ha­niem kładąc rękę na jej ra­mie­niu.

Mat­ka drgnęła. Nie miały w zwy­cza­ju się do­ty­kać. Ale po chwi­li położyła rękę na dłoni córki i po­zwo­liła się po­sa­dzić na krześle.

- W samą porę wy­je­cha­li. Co za wy­ma­gający lu­dzie. Może Hil­ma ze­chce... Czy Hil­ma mogłaby... Może by Hil­ma... - prze­drzeźniała uprzej­my sposób wyrażania się gości, ale na­gle za­kryła usta ręką. Kto to wi­dział oka­zy­wać państwu taki brak sza­cun­ku! Trze­ba znać swo­je miej­sce.

- Musi mama być zmęczo­na. Trud­no im do­go­dzić.

Elsy wlała resztkę wody do ron­dla i po­sta­wiła go na płycie. Do za­go­to­wa­nej wody wsy­pała coś, co miało uda­wać kawę. Jedną filiżankę po­sta­wiła przed matką, drugą przed sobą.

- Za­raz pójdę po wodę, ale przed­tem na­pij­my się kawy.

- Do­bre z cie­bie dziec­ko.

Hil­ma wypiła łyk lury. Przy uro­czy­stych oka­zjach piła kawę ze spodka, trzy­mając w zębach kostkę cu­kru. Te­raz trze­ba było oszczędzać cu­kier. Zresztą sub­sty­tut to nie to samo.

- Czy oj­ciec mówił, kie­dy wróci do domu?

Elsy spuściła wzrok. W tych wo­jen­nych cza­sach to py­ta­nie miało zupełnie inną wagę niż daw­niej. Nie tak daw­no stor­pe­do­wa­no ku­ter "Öckerö". Cała załoga zginęła2. Od tam­tej pory każde pożegna­nie przed wypłynięciem na mo­rze mogło być ostat­nim. Ale trze­ba było pra­co­wać. Nie było wy­bo­ru. Ładu­nek mu­siał być do­star­czo­ny, a połów przy­wie­zio­ny na ląd. Taka była rze­czy­wi­stość, i w cza­sie woj­ny, i w cza­sie po­ko­ju. Należało się cie­szyć, że w ogóle ze­zwo­lo­no na utrzy­ma­nie lo­kal­nych połączeń han­dlo­wych z Nor­we­gią. Ucho­dziły za bez­piecz­niej­sze od tak zwa­nych połączeń gwa­ran­to­wa­nych poza blo­kadą3. Łodzie z Fjällbac­ki mogły nadal wypływać na połowy, choć ryb było mniej niż daw­niej. Dało się to uzu­pełnić frach­tem do portów Nor­we­gii i z po­wro­tem. Oj­ciec Elsy najczęściej przy­wo­ził z Nor­we­gii lód, a przy odro­bi­nie szczęścia miał ładu­nek również, kie­dy płynął w tamtą stronę.

- Wolałabym jed­nak... - Hil­ma umilkła, a po­tem podjęła na nowo: - ...wolałabym tyl­ko, żeby był trochę ostrożniej­szy.

- Kto? Oj­ciec? - spy­tała Elsy, cho­ciaż do­brze wie­działa, kogo mat­ka ma na myśli.

- Tak... - Hil­ma wypiła łyk i skrzy­wiła się. - Tym ra­zem za­brał ze sobą chłopa­ka od dok­to­ra... To się nie może do­brze skończyć, tyle ci po­wiem.

- Axel jest odważny, a oj­ciec chce pomóc, na ile po­tra­fi.

- Ale to nie­bez­piecz­ne. - Hil­ma potrząsnęła głową. - Ten chłopak na pokładzie i ci jego przy­ja­cie­le... Boję się, że ściągnie nieszczęście na ojca i na tam­tych.

- Mu­si­my robić, co się da, żeby pomóc Nor­we­gom - ci­cho po­wie­działa Elsy. - A gdy­by nas to spo­tkało? Też ocze­ki­wa­li­byśmy od nich po­mo­cy. Axel i jego przy­ja­cie­le robią wie­le do­bre­go.

- Dość tego. Idziesz wresz­cie po tę wodę? - burknęła Hil­ma, wstając, aby przy zle­wie prze­trzeć filiżankę.

Elsy nie czuła się urażona. Ro­zu­miała, że mat­ka bur­czy, bo się nie­po­koi. Rzu­ciła okiem na jej przed­wcześnie zgar­bio­ne ple­cy, wzięła wia­dro i poszła do stud­ni.

1

W po­ko­ju pa­no­wała ci­sza, słychać było tyl­ko brzęcze­nie wście­kle trze­poczących skrzydłami much. Mężczy­zna od dłuższe­go cza­su tkwił nie­ru­cho­mo w fo­te­lu. W za­sa­dzie nie był już istotą ludzką, jeśli ro­zu­mieć przez to kogoś, kto żyje, od­dy­cha i czu­je. Zo­stał zre­du­ko­wa­ny do roli po­kar­mu dla owadów i schro­nie­nia dla larw.

Wokół nie­ru­cho­mej po­sta­ci krążyły roje much. Co chwi­la sia­dały, pożywiały się i od­la­ty­wały. Po­tem znów krążyły, szu­kając no­we­go miej­sca i zde­rzając się ze sobą. Naj­bar­dziej pociągająca wy­da­wała się oko­li­ca rany na głowie. Me­ta­licz­ny za­pach krwi już daw­no się ulot­nił, zastąpiła go słod­ka­wa woń rozkładu.

Krew za­krzepła. Spłynęła w dół po kar­ku, po­tem po opar­ciu, tworząc na podłodze kałużę, początko­wo czer­woną, pełną żywych czer­wonych krwi­nek. Po­tem kałuża sczer­niała i w ni­czym już nie przy­po­mi­nała gęste­go płynu ustro­jo­we­go wypełniającego ludz­kie żyły. Była tyl­ko lepką czarną masą.

Część much próbowała się wy­do­stać z po­ko­ju. Najadły się, złożyły jaja, dzięki ssaw­kom za­spo­koiły głód. I chciały już wy­le­cieć. Biły skrzydłami o szybę, usiłując się prze­do­stać przez nie­wi­dzialną ba­rierę. Po pew­nym cza­sie dawały za wy­graną. Znów czuły głód i ciągnęły do góry mięsa, która kie­dyś była ludz­kim ciałem.

Eri­ka przez całe lato krążyła wokół tego te­ma­tu. Nie­ustan­nie zaj­mo­wał jej myśli. Roz­ważała wszyst­kie za i prze­ciw. Wie­le razy już miała iść na górę, ale do­cho­dziła tyl­ko do schodów na strych. Mogłaby się oczy­wiście tłuma­czyć natłokiem pra­cy w ostat­nich mie­siącach, przy or­ga­ni­za­cji we­se­la, albo za­mie­sza­niem w domu, po­nie­waż nadal miesz­kała z nimi Anna z dziećmi. Nie była to jed­nak cała praw­da. Eri­ka się bała. Bała się tego, na co mogłaby się na­tknąć. Bała się, że jeśli za­cznie szpe­rać, wyjdą na jaw rze­czy, o których wolałaby nie wie­dzieć.

Zda­wała so­bie sprawę, że Pa­trik już kil­ka razy miał ją o to za­py­tać. Wi­działa po jego mi­nie, że się dzi­wi, że jesz­cze nie zaczęła czy­tać zna­le­zio­nych na stry­chu pamiętników. Ale nie spy­tał. Zresztą i tak nie wie­działaby, co od­po­wie­dzieć. Chy­ba naj­bar­dziej bała się tego, że będzie mu­siała zre­wi­do­wać swój pogląd na rze­czy­wi­stość. Wpraw­dzie jej wy­obrażenie o mat­ce, o tym, ja­kim była człowie­kiem i jak się od­no­siła do córek, nie było zbyt po­chleb­ne, ale trak­to­wała je jak nie­pod­ważalną prawdę. Może jej prze­ko­na­nia się po­twierdzą, a może nie. A co, jeśli będzie się mu­siała skon­fron­to­wać z inną prawdą? Do tej pory nie miała od­wa­gi zro­bić tego kro­ku.

Po­sta­wiła nogę na pierw­szym stop­niu. Z dołu do­cho­dził ra­do­sny śmiech Mai. Pa­trik bawił się z nią w sa­lo­nie. Te odgłosy ją uspo­koiły, mogła wejść na następny sto­pień. Po­tem jesz­cze pięć. Pchnęła do góry klapę i zna­lazła się na stry­chu. W po­wie­trze uniósł się tu­man ku­rzu. Roz­ma­wia­li z Pa­trikiem o tym, żeby w przyszłości, gdy Maja będzie star­sza, urządzić so­bie tu­taj pry­wat­ny kącik. Ale na ra­zie był to naj­zwy­klej­szy strych z podłogą z de­sek i spa­dzi­stym da­chem z odsłoniętym bel­ko­wa­niem. I z mnóstwem roz­ma­itych ru­pie­ci, za­ba­wek na cho­inkę i ubra­nek, z których wy­rosła Maja, pudeł z przed­mio­ta­mi nie dość ład­ny­mi, żeby je trzy­mać w domu, lecz na tyle cen­ny­mi jako pamiątki, żeby ich nie wy­rzu­cać.

W głębi, przy krótszej ścia­nie, stała sta­ra drew­nia­na skrzy­nia, wzmoc­nio­na blachą. Eri­ka pomyślała, że ta­kie skrzy­nie na­zy­wa­no chy­ba ku­fra­mi ame­ry­kański­mi1. Po­deszła i usiadła obok na podłodze. Prze­sunęła dłonią po skrzy­ni, za­czerpnęła tchu i pod­niosła wie­ko. Zmarsz­czyła się, gdy buchnął za­pach stęchli­zny. Co wywołuje ten wyraźny, duszący odór sta­rzy­zny? Pew­nie pleśń, pomyślała, i od razu zaczęła ją swędzieć skóra na głowie.

Miała jesz­cze w pamięci, jak to było, gdy zna­leźli skrzy­nię i przej­rze­li jej za­war­tość, wyj­mując sztu­ka po sztu­ce. Ry­sun­ki jej i Anny, przed­mio­ty wy­ko­na­ne na pra­cach ręcznych w szko­le. Wszyst­ko za­cho­wała mat­ka, Elsy, cho­ciaż wy­da­wała się taka obojętna, gdy jako dzie­ci wręczały jej to wszyst­ko, zro­bio­ne z ta­kim tru­dem. Eri­ka znów wszyst­ko wyjęła, odkładając po ko­lei na podłogę. To, co ją in­te­re­so­wało naj­bar­dziej, leżało na sa­mym dnie. Wy­ma­cała pal­ca­mi i ostrożnie wyjęła. Ka­fta­nik, nie­gdyś biały, te­raz pożółkły ze sta­rości. W świe­tle dnia było to widać wyraźnie. Eri­ka nie mogła ode­rwać wzro­ku od brązo­wych plam. Początko­wo wzięła je za rdzę, ale po­tem uświa­do­miła so­bie, że to za­schnięta krew. Przej­mujący był zwłasz­cza kon­trast między roz­mia­ra­mi ka­fta­ni­ka a pla­ma­mi krwi. Skąd się tu wziął? Do kogo należał i dla­cze­go mat­ka go za­cho­wała?

Eri­ka de­li­kat­nie odłożyła ka­fta­nik. Kie­dy go z Pa­tri­kiem zna­leźli, był w nim scho­wa­ny pe­wien przed­miot. Te­raz już go nie było. Za­brała tyl­ko tę jedną rzecz. W po­pla­mioną ko­szulkę za­wi­nięty był hi­tle­row­ski me­dal. Sama się zdzi­wiła, że ten wi­dok wzbu­dził w niej ta­kie sil­ne emo­cje. Ser­ce zabiło jej szyb­ciej, w ustach zaschło, przed oczy­ma prze­sunęły się sce­ny z kro­nik fil­mo­wych i do­ku­mentów z czasów dru­giej woj­ny świa­to­wej. Jak hi­tle­row­ski me­dal tra­fił do Fjällbac­ki? Do jej domu? Jak się zna­lazł wśród rze­czy jej mat­ki? Wy­da­wało się to zupełnie nie­praw­do­po­dob­ne. Najchętniej włożyłaby go z po­wro­tem do skrzy­ni i za­mknęła wie­ko, ale Pa­trik na­le­gał, żeby go za­nieść komuś, kto się na tym zna, i do­wie­dzieć się cze­goś więcej. Zgo­dziła się, choć niechętnie, jak­by jakiś wewnętrzny głos ją ostrze­gał, kazał scho­wać me­dal i za­po­mnieć o nim. W końcu zwy­ciężyła cie­ka­wość i na początku czerw­ca Eri­ka poszła z me­dalem do spe­cja­li­sty od dru­giej woj­ny świa­to­wej. Przy odro­bi­nie szczęścia wkrótce do­wiedzą się o jego po­cho­dze­niu cze­goś więcej.

Naj­bar­dziej jed­nak za­in­te­re­so­wało Erikę coś, co leżało na sa­mym dnie skrzy­ni: czte­ry nie­bie­skie ze­szy­ty. Spoj­rzała na jedną z okładek i roz­po­znała pi­smo mat­ki. Ele­ganc­kie, po­chyłe, w sta­rej, okrąglej­szej wer­sji. Eri­ka wyjęła ze­szy­ty i prze­sunęła pal­cem wska­zującym po okładce leżącego na wierz­chu. Na wszyst­kich wid­niał na­pis "Pamiętnik". Słowo to wzbu­dziło w niej mie­sza­ne uczu­cia. Cie­ka­wość, pod­nie­ce­nie, a za­ra­zem lęk i wa­ha­nie: miała wtargnąć w czyjąś pry­wat­ność. Czy wol­no jej czy­tać pamiętni­ki mat­ki, po­znać jej naj­taj­niej­sze myśli i uczu­cia? Z na­tu­ry rze­czy pamiętnik nie jest prze­zna­czo­ny dla cu­dzych oczu. Może Elsy nie życzyłaby so­bie, żeby go czy­tała jej córka. Ale mat­ka już nie żyła, Eri­ka nie mogła jej za­py­tać. Sama mu­siała zde­cy­do­wać, co zro­bić.

- Eri­ka! - prze­rwał jej głos Pa­tri­ka.

- Co ta­kie­go?

- Goście idą!

Spoj­rzała na ze­ga­rek. Ojej, już trze­cia! Pierw­sze uro­dzi­ny Mai, przy­szli naj­bliżsi krew­ni i przy­ja­cie­le. Pa­trik pew­nie pomyślał, że zasnęła na stry­chu.

- Już idę!

Otrze­pała się z ku­rzu, chwilę się za­sta­no­wiła, a po­tem wzięła pamiętni­ki i ka­fta­nik i ru­szyła stro­my­mi scho­da­mi na dół. Słyszała gwar głosów.

- Wi­ta­my ser­decz­nie! - Pa­trik stał w drzwiach i wpusz­czał pierw­szych gości, Jo­ha­na i Eli­sa­beth. Po­zna­li ich, bo mie­li syn­ka w wie­ku Mai. Mały Wil­liam da­rzył Maję rzad­ko spo­ty­ka­nym uwiel­bie­niem, chwi­la­mi aż na­zbyt na­ma­cal­nym. Te­raz na jej wi­dok ru­szył do przo­du jak czołg i zbo­dicz­ko­wał ją ze zręcznością li­go­we­go ho­ke­isty. Maja, o dzi­wo, nie do­ce­niła tego ma­new­ru. Wil­liama, choć pro­mie­niał radością, trze­ba było szyb­ko usunąć z zajętej po­zy­cji, to zna­czy zdjąć z leżącej na podłodze i wrzeszczącej wnie­bogłosy Mai.

- Słuchaj, sta­ry, tak nie można. Z dziew­czyn­ka­mi trze­ba de­li­kat­nie! - upo­mniał syn­ka Jo­han, po­wstrzy­mując za­ko­chaną la­to­rośl przed ko­lej­nym na­tar­ciem.

- Zda­je mi się, że on sto­su­je tę samą tech­nikę pod­ry­wu co ty kie­dyś - zaśmiała się Eli­sa­beth, a mąż rzu­cił jej pełne ura­zy spoj­rze­nie.

- No już, maleńka, nie było aż tak źle! Chodź na ręce. - Pa­trik pod­niósł zapłakaną córeczkę i tulił, dopóki wrzask nie prze­szedł w łka­nie, a po­tem po­sta­wił na podłodze i lek­ko po­pchnął w stronę Wil­lia­ma. - Zo­bacz, co ci przy­niósł Wil­liam. Jaka piękna pacz­ka!

To ma­gicz­ne słowo przy­niosło za­mie­rzo­ny sku­tek. Wil­liam uro­czyście i z wielką po­wagą wyciągnął obwiązaną ozdob­ny­mi sznur­ka­mi paczkę. Żadne z nich nie opa­no­wało jesz­cze w stop­niu do­sta­tecz­nym tech­ni­ki cho­dze­nia. Jed­no­cze­sne cho­dze­nie i wręcza­nie pre­zen­tu oka­zało się dla Wil­liama na tyle trud­ne, że upadł na pupę. Zo­ba­czył, że Maja aż się roz­pro­mie­niła na wi­dok pacz­ki, i za­po­mniał o bólu. Przy­czy­niła się do tego również gru­ba pie­lu­cha.

- Iiii! - za­pisz­czała pod­nie­co­na Maja i zaczęła szar­pać za sznur­ki. Już po se­kun­dzie na jej buzi po­ja­wił się wy­raz roz­drażnie­nia, więc Pa­trik rzu­cił się z po­mocą. Wspólnie upo­ra­li się z opa­ko­wa­niem i Maja wyciągnęła sza­re­go plu­szo­we­go słonia. Z miej­sca zdo­był jej ser­ce. Moc­no go przy­tu­liła, przestępując z nogi na nogę. Sku­tek był taki, że i ona wylądowała na pu­pie. Wil­liam chciał pogłaskać słonia. Nadąsana mina Mai i mowa jej ciała nie po­zo­sta­wiały wątpli­wości. Mały wiel­bi­ciel uznał to chy­ba za zachętę do dal­szych wysiłków, ale ro­dzi­ce domyślili się, że szy­ku­je się ko­lej­ny kon­flikt.

- Pora na kawę - po­wie­dział Pa­trik. Wziął Maję na ręce i ru­szył do sa­lo­nu. Za nim Wil­liam z ro­dzi­ca­mi. Chłopiec stanął przed wiel­kim pudłem z za­baw­ka­mi i na­gle za­pa­no­wał spokój. Przy­najm­niej na jakiś czas.

- Cześć! - Eri­ka zeszła ze schodów i uści­skała goś-ci. Wil­lia­ma pogłaskała po główce.

- Kto pije kawę? - roz­legł się z kuch­ni głos Pa­tri­ka. W od­po­wie­dzi usłyszał trzy­krot­ne: "Ja!".

- Jak się czu­jesz w małżeńskim sta­nie? - spy­tał z uśmie­chem Jo­han, obej­mując żonę.

- Dziękuję, nie widzę większej różnicy. Poza tym że Pa­trik cia­gle mówi do mnie "ślub­na". Może mi pod­po­wiesz, jak go tego od­uczyć? - Eri­ka mrugnęła do Eli­sa­beth.

- E, nie zwra­caj uwa­gi. Po­tem ze ślub­nej zro­bi kie­row­niczkę, więc nie na­rze­kaj. A w ogóle gdzie jest Anna?

- U Dana. Za­miesz­ka­li ra­zem... - Eri­ka znacząco uniosła brwi.

- Coś ta­kie­go... szyb­ko się uwinęli. - Eli­sa­beth zro­biła taką samą minę.

Roz­legł się dzwo­nek, Eri­ka się ze­rwała.

- To na pew­no oni. Albo Kri­sti­na.

Imię teścio­wej wy­po­wie­działa to­nem, w którym pobrzękiwały kost­ki lodu. Od we­se­la ich wza­jem­ne sto­sun­ki jesz­cze się ochłodziły. Głównie dla­te­go, że Kri­sti­na z wręcz ob­se­syj­nym upo­rem po­wta­rzała, że mężczy­zna dbający o ka­rierę za­wo­dową nie po­wi­nien brać czte­ro­mie­sięczne­go urlo­pu opie­kuńcze­go na dziec­ko. Ku jej zgor­sze­niu Pa­trik nie ustąpił ani na krok. Prze­ciw­nie - to on się upie­rał, że je­sie­nią zaj­mie się Mają.

- Halo... Za­sta­liśmy małą ju­bi­latkę? - Z przed­po­ko­ju do­biegł głos Anny. Erikę prze­szedł dreszcz: od tylu lat nie słyszała w głosie młod­szej sio­stry ta­kiej radości. Słychać było, że Anna jest sil­na, szczęśliwa i za­ko­cha­na.

Z początku Anna bała się, że Eri­ce może prze­szka­dzać, że związała się z Da­nem. Ale Eri­ka wyśmiała jej oba­wy. Na­wet gdy­by po­czuła się trochę nie­swo­jo, to od cza­su, gdy była z Da­nem, minęło tyle lat, że prędko przeszłaby nad tym do porządku dzien­ne­go. Cie­szyła się, że Anna wresz­cie jest szczęśliwa.

- Gdzie moja ulu­bie­ni­ca? - Dan, ja­snowłosy i po­staw­ny, rozglądał się za Mają, z którą łączyła go szczególnie ser­decz­na więź.

Na dźwięk jego tu­bal­ne­go głosu na­tych­miast przy­drep­tała z wyciągniętymi rączka­mi.

- Paćka? - za­py­tała. Już się zo­rien­to­wała, o co cho­dzi z tymi uro­dzi­na­mi.

- Oczy­wiście, że mam dla cie­bie paczkę. - Dan skinął na Annę, a ona podała Mai dużą różową paczkę obwiązaną srebr­nym sznur­kiem. Maja wy­do­stała się z objęć Dana i z nie­cier­pli­wością zaczęła się do­bie­rać do za­war­tości. Tym ra­zem po­ma­gała jej Eri­ka. Ra­zem wy­do­były dużą lalkę z za­my­ka­ny­mi ocza­mi.

- Lala - po­wie­działa radośnie Maja i przy­tu­liła ją moc­no do pier­si. Po­tem ru­szyła do Wil­lia­ma, żeby mu po­ka­zać swój naj­now­szy skarb, i na wszel­ki wy­pa­dek powtórzyła: - Lala.

Znów roz­legł się dzwo­nek. Drzwi się otwo­rzyły i weszła Kri­sti­na. Eri­ka za­cisnęła zęby. Nie zno­siła tego na­wy­ku teścio­wej, tego wcho­dze­nia za­raz po dzwon­ku. Nig­dy nie cze­kała, aż jej ktoś otwo­rzy.

Maja znów za­brała się do otwie­ra­nia pacz­ki, ale tym ra­zem nie oka­zała en­tu­zja­zmu. Ze zdzi­wie­niem wyjęła ka­fta­ni­ki. Jesz­cze raz zaj­rzała do środ­ka, spraw­dziła, czy na pew­no nie ma żad­nej za­baw­ki, i spoj­rzała wiel­ki­mi ocza­mi na bab­cię.

- Ostat­nio wi­działam, że miała na so­bie za mały ka­fta­nik, więc gdy się zo­rien­to­wałam, że w Lin­dek­sie można kupić trzy w ce­nie dwóch, od razu kil­ka kupiłam. Na pew­no się przy­dadzą. - Uśmiechnęła się z za­do­wo­le­niem, nie zwra­cając uwa­gi na za­wie­dzioną minę Mai.

Eri­ka już chciała po­wie­dzieć, że da­wa­nie rocz­ne­mu dziec­ku w pre­zen­cie ka­fta­ni­ka to idio­tyzm. Miała to na końcu języka. Nie dość, że Maja była roz­cza­ro­wa­na, to Kri­sti­nie udało się jak zwy­kle wbić szpilę jej. Oka­zu­je się, że nie po­tra­fi na­wet dziec­ka porządnie ubrać.

- Idzie tort! - zawołał Pa­trik. Włączył się w od­po­wied­nim mo­men­cie, od­wra­cając uwagę wszyst­kich. Eri­ka przełknęła złość i wszy­scy ra­zem prze­szli do sa­lo­nu.

Nad­szedł czas na uro­czy­ste zdmuch­nięcie świecz­ki. Maja sku­piła się na dmu­cha­niu tak bar­dzo, że aż opry­skała tort śliną. Pa­trik dys­kret­nie pomógł jej zga­sić świeczkę, a goście odśpie­wa­li Sto lat. Eri­ka nad jasną główką Mai spoj­rzała mężowi w oczy i po­czuła, że ją ści­ska w gar­dle. Wi­działa, że Pa­trik też się wzru­szył. Rok. Ich maleństwo ma rok. Ta mała dziew­czyn­ka umie już się sa­mo­dziel­nie prze­miesz­czać, klasz­cze w rączki, gdy słyszy sy­gnał Bo­li­bom­py, te­le­wi­zyj­ne­go pro­gra­mu dla dzie­ci, sama je, roz­da­je naj­wil­got­niej­sze całusy w tej części Eu­ro­py i da­rzy miłością cały świat. Eri­ka uśmiechnęła się do Pa­tri­ka, od­po­wie­dział uśmie­chem. Życie było wyjątko­wo piękne.

Mel­l­berg wes­tchnął ciężko. Ostat­nio często mu się to zda­rzało. Nadal psuła mu hu­mor porażka po­nie­sio­na ostat­niej wio­sny, ale na­wet spe­cjal­nie się nie dzi­wił. Po­zwo­lił so­bie na swo­bod­ny lot: po pro­stu być, czuć. To nie ucho­dzi bez­kar­nie. Po­wi­nien był o tym wie­dzieć. Można powie­dzieć, że zasłużył na to, co go spo­tkało, i uznać to za na­uczkę. Trud­no, od­ro­bił lek­cje i jed­no jest pew­ne: na pew­no nie należy do lu­dzi, którzy dwa razy popełniają ten sam błąd.

- Ber­til! - do­biegł go roz­ka­zujący głos An­ni­ki.

Zręcznym ru­chem od­garnął pożyczkę, która mu się zsunęła z czub­ka głowy, i wstał z ociąga­niem. Nie miał zwy­cza­ju słuchać roz­kazów ko­biet, ale An­ni­ka Jans­son należała do wyjątków. Z bie­giem lat, niechętnie, ale na­brał dla niej pew­ne­go sza­cun­ku. Nie mógłby tego po­wie­dzieć o żad­nej in­nej ko­bie­cie. Wes­tchnął jesz­cze raz. Dla­cze­go tak trud­no o fa­cetów w tej pra­cy? Na miej­sce Ern­sta Lund­gre­na ciągle mu przy­syłają dziew­czy­ny. Zupełna roz­pacz.

Zmarsz­czył się, bo w re­cep­cji roz­legło się szczek­nięcie. Czyżby An­ni­ka przy­pro­wa­dziła do pra­cy któregoś ze swo­ich czwo­ro­nogów? Prze­cież do­sko­na­le wie, co on sądzi o psach. Chy­ba będzie mu­siał z nią po­roz­ma­wiać.

Oka­zało się jed­nak, że to nie żaden z la­bra­dorów An­ni­ki, tyl­ko psiak nie­określo­nej rasy i bar­wy, ciągnący smycz, którą trzy­mała drob­na ciem­nowłosa ko­bie­ta.

- Zna­lazłam go na dwo­rze, przed ko­mi­sa­ria­tem - po­wie­działa z wyraźnym sztok­holm­skim ak­cen­tem.

- A jak wszedł do środ­ka? - rzu­cił opry­skli­wie Mel­l­berg, od­wra­cając się na pięcie. Chciał wrócić do ga­bi­ne­tu.

- To jest Pau­la Mo­ra­les - pośpiesz­nie wtrąciła An­ni­ka.

Mel­l­berg przy­stanął. Praw­da, ta dziu­nia, którą mu mie­li przysłać, nosiła ja­kieś z hisz­pańska brzmiące na­zwi­sko. Kur­de, ale mała. Ni­ska, drob­na. Za to spoj­rze­nie by­najm­niej nie łagod­ne. Podała mu rękę.

- Miło mi. Pies bie­gał przed bu­dyn­kiem. Sądząc po wyglądzie, jest bez­pański. A już z pew­nością nie jest własnością ni­ko­go, kto by po­tra­fił się nim opie­ko­wać.

Wyrażała się w sposób ka­te­go­rycz­ny. Mel­l­berg był cie­kaw, do cze­go zmie­rza. Py­tającym to­nem po­wie­dział:

- To może proszę go gdzieś oddać?

- Tu­taj nie ma schro­ni­ska dla psów. An­ni­ka zdążyła mnie już po­in­for­mo­wać.

- Nie ma? - zdzi­wił się Mel­l­berg.

An­ni­ka potrząsnęła głową.

- W ta­kim ra­zie... Będzie pani mu­siała go za­brać do domu - po­wie­dział Mel­l­berg, usiłując od­go­nić łaszącego mu się do nóg psa. Nie zważając na to, pies usiadł mu na pra­wej sto­pie.

- To nie­możliwe. My już mamy psa. Sukę. Nie lubi to­wa­rzy­stwa - spo­koj­nie od­parła Pau­la, nadal patrząc na nie­go prze­szy­wającym wzro­kiem.

- A ty, An­ni­ka? Nie mógłby... zo­stać z two­imi psa­mi? - spy­tał co­raz bar­dziej stra­pio­ny Mel­l­berg. Z ja­kiej ra­cji ma się zaj­mo­wać ta­ki­mi dro­bia­zga­mi? W końcu jest tu sze­fem!

An­ni­ka zde­cy­do­wa­nie potrząsnęła głową.

- Moje psy ak­cep­tują tyl­ko sie­bie. Nig­dy by się nie po­go­dziły z obec­nością in­ne­go psa.

- Musi pan go wziąć - po­wie­działa Pau­la i podała mu smycz.

Mel­l­berg był tak zdu­mio­ny jej bez­czel­nością, że wziął smycz. Pies za­skom­lał i jesz­cze moc­niej przy­warł do jego nóg.

- Wi­dzi pan, że on pana lubi.

- Ale ja nie mogę... ja nie mam... - jąkał się Mel­l­berg. Pierw­szy raz nie wie­dział, co po­wie­dzieć.

- Nie masz w domu żad­nych zwierząt - po­wie­działa An­ni­ka. - Obie­cuję, że po­py­tam, może ktoś go szu­ka. W prze­ciw­nym ra­zie trze­ba będzie mu zna­leźć dom. Nie można go puścić sa­mo­pas, bo go roz­je­dzie sa­mochód.

Mel­l­berg wbrew so­bie po­czuł, że mięknie. Spoj­rzał na psa, a on od­po­wie­dział błagal­nym spoj­rze­niem wil­got­nych oczu.

- Kur­de, no do­brze. Wezmę tego kun­dla, sko­ro wam tak zależy. Ale tyl­ko na kil­ka dni. I żebyś mi go wykąpała, za­nim go za­biorę do domu.

Po­gro­ził pal­cem An­ni­ce, a jej wyraźnie ulżyło.

- Wykąpię go w ko­mi­sa­ria­cie. Nie ma pro­ble­mu - od­parła z zapałem. A po­tem dodała: - Wiel­kie dzięki, Ber­til.

- Ma być wy­pu­co­wa­ny! Bo go nie wpuszczę za próg! - burknął Mel­l­berg.

Wy­szedł na ko­ry­tarz. Widać było, że jest zły. Trzasnął drzwia­mi ga­bi­ne­tu.

An­ni­ka i Pau­la wy­mie­niły uśmie­chy. Kun­del za­skom­lał i radośnie za­mer­dał ogo­nem.

- Miłego dnia. - Eri­ka po­ma­chała Mai, ale Maja to zi­gno­ro­wała. Siedząc na podłodze, wpa­try­wała się w pod­ska­kujące na ekra­nie te­le­wi­zo­ra Te­le­tu­bi­sie.

- Będzie bar­dzo faj­nie. - Pa­trik pocałował Erikę w po­li­czek. - Będzie­my so­bie świet­nie ra­dzić przez parę naj­bliższych mie­sięcy.

- Można by pomyśleć, że wyjeżdżam za mo­rze - zaśmiała się Eri­ka. - Zejdę do was na lunch.

- Jak myślisz, uda ci się pra­co­wać w domu?

- Spróbuję. A ty spróbuj uda­wać, że mnie nie ma.

- Nie ma pro­ble­mu. Dla mnie prze­sta­niesz ist­nieć z chwilą, gdy za­mkniesz drzwi ga­bi­ne­tu. - Pa­trik mrugnął do niej.

- To się jesz­cze zo­ba­czy. - Eri­ka weszła na scho­dy. - W każdym ra­zie war­to spróbować. Może nie będę mu­siała wy­naj­mo­wać biu­ra.

Weszła do ga­bi­ne­tu i z mie­sza­ny­mi uczu­cia­mi za­mknęła za sobą drzwi. Po roku, który spędziła w domu, opie­kując się Mają, bar­dzo cze­kała na tę chwilę. Ma­rzyła o tym, żeby prze­ka­zać pałeczkę Pa­tri­ko­wi i zająć się zwy­czaj­ny­mi do­rosłymi spra­wa­mi. Znu­dziły ją śmier­tel­nie pla­ce za­baw, pia­skow­ni­ce i te­le­wi­zyj­ne pro­gra­my dla dzie­ci. Trze­ba to wyraźnie stwier­dzić: per­fek­cyj­ne wy­ko­na­nie bab­ki z pia­sku nie było dla niej wy­star­czającym wy­zwa­niem in­te­lek­tu­al­nym. Czuła, że choćby nie wiem jak ko­chała swoją córeczkę, wkrótce za­cznie rwać so­bie włosy z głowy, jeśli ko­lej­ny raz będzie mu­siała śpie­wać pio­senkę o pajączku. Ko­lej na Pa­tri­ka.

Uro­czyście za­siadła przed kom­pu­te­rem i włączyła go. Roz­ko­szo­wała się zna­jo­mym szu­mem. Ter­min złożenia w wy­daw­nic­twie no­wej książki o au­ten­tycz­nej zbrod­ni upływał do­pie­ro w lu­tym, ale już mogła zacząć pisać. La­tem zdążyła zgro­ma­dzić część ma­te­riału. Kliknęła w Wor­da i otwo­rzyła do­ku­ment za­ty­tułowa­ny "Eliasz". Tak miała na imię pierw­sza ofia­ra mor­der­cy. Położyła pal­ce na kla­wia­tu­rze i na­gle prze­rwało jej ci­che pu­ka­nie.

- Prze­pra­szam, że ci prze­szka­dzam. - Pa­trik nieśmiało wsunął głowę. - Chciałem tyl­ko spy­tać, gdzie po­wie­siłaś kom­bi­ne­zon Mai.

- Jest w su­szar­ce.

Pa­trik kiwnął głową i za­mknął drzwi.

Eri­ka znów położyła pal­ce na kla­wia­tu­rze i za­czerpnęła tchu. Znów pu­ka­nie.

- Jesz­cze raz prze­pra­szam. Za­raz dam ci spokój, tyl­ko mu­sisz mi coś po­wie­dzieć: jak mam ją dzi­siaj ubrać? Jest dość chłodno. Z dru­giej stro­ny, Maja łatwo się poci, a wte­dy jesz­cze łatwiej o prze­ziębie­nie... - Pa­trik uśmie­chał się z głupią miną.

- Pod kom­bi­ne­zon włóż jej tyl­ko cien­ki swe­te­rek i spoden­ki. Na główkę wkładam jej bawełnianą cza­peczkę. In­a­czej się zgrze­je.

- Dziękuję.

Pa­trik znów za­mknął drzwi. Eri­ka już miała zacząć pisać pierw­szy wiersz, gdy z dołu zaczął do­bie­gać co­raz głośniej­szy wrzask. Po dwóch mi­nu­tach nasłuchi­wa­nia wes­tchnęła, od­sunęła się na krześle od biur­ka i zeszła na dół.

- Po­mogę ci. Ubie­ra­nie jej to kosz­mar.

- Dzięki, właśnie widzę. - Pa­trik aż się spo­cił, zma­gając się ze złoszczącą się i co­raz sil­niejszą Mają.

Pięć mi­nut później Maja była mar­kot­na, ale ubra­na. Eri­ka dała oboj­gu bu­zia­ka i lek­ko wy­pchnęła za drzwi.

- Idźcie na długi spa­cer, żeby mama mogła spo­koj­nie po­pra­co­wać - po­wie­działa.

Pa­trik się za­wsty­dził.

- Prze­pra­szam... pew­nie będę po­trze­bo­wał paru dni, żeby się wdrożyć, ale obie­cuję, że po­tem będziesz miała spokój.

- W porządku - od­parła i zde­cy­do­wa­nym ru­chem za­mknęła za nimi drzwi. Nalała so­bie spo­ry ku­bek kawy i wróciła do ga­bi­ne­tu. Wresz­cie będzie mogła przystąpić do pi­sa­nia.

- Ćśśś... Nie hałasuj tak!

- E, mat­ka mówi, że chy­ba obaj wy­je­cha­li. Przez całe lato nikt nie od­bie­rał pocz­ty. Nie do­pil­no­wa­li tego, więc mat­ka już od czerw­ca opróżnia ich skrzynkę. Spo­ko, możemy hałaso­wać do woli.

Mat­tias zaśmiał się, ale Adam był nie­uf­ny. Sta­ry dom bu­dził w nim grozę. Ci sta­rzy fa­ce­ci też. Mat­tias może so­bie mówić, co chce. On za­mie­rza się za­cho­wy­wać jak naj­ci­szej.

- Jak się do­sta­nie­my do środ­ka? - spy­tał z nie­po­ko­jem. Wie­dział, że to za­brzmiało płacz­li­wie. Trud­no. Często myślał, że chciałby być taki jak Mat­tias. Odważny, wręcz zu­chwały. Nic dziw­ne­go, że lecą na nie­go wszyst­kie dziew­czy­ny.

- To się okaże. Zwy­kle którędyś daje się wejść.

- Wiesz to z własne­go doświad­cze­nia, co? Często się włamu­jesz? - Adam zaśmiał się, ale nie za głośno.

- Robiłem mnóstwo rze­czy, o których nie masz bla­de­go pojęcia - od­parł wy­niośle Mat­tias.

A jakże, pomyślał Adam, ale nie odważył się za­prze­czyć. Mat­tias cza­sem lubił zgry­wać twar­dzie­la, niech mu będzie. W każdym ra­zie nie ma co się wda­wać w dys­kusję.

- Jak myślisz, co on tam trzy­ma?

Mat­tia­so­wi zaświe­ciły się oczy. Skra­da­li się wokół domu w po­szu­ki­wa­niu okna czy kla­py, przez którą można by wejść.

- Nie wiem.

Adam rozglądał się nie­spo­koj­nie. Co­raz mniej mu się to po­do­bało.

- Może ja­kieś za­je­bi­ste rze­czy na­ziol­skie. Mun­du­ry i tak da­lej - mówił w pod­nie­ce­niu Mat­tias.

Zupełnie go opętało, od kie­dy ka­za­no mu na­pi­sać wy­pra­co­wa­nie o SS. Czy­tał wszyst­ko, co mu wpadło w ręce, na te­mat dru­giej woj­ny świa­to­wej i Trze­ciej Rze­szy. I co­raz bar­dziej in­try­go­wał go sąsiad, o którym wszy­scy wie­dzie­li, że jest znawcą Nie­miec i na­zi­zmu.

- Może on wca­le nie ma nic ta­kie­go - prze­ko­ny­wał Adam, cho­ciaż z góry wie­dział, że nie po­wstrzy­ma Mat­tia­sa. - Tata mówił, że przed eme­ry­turą był na­uczy­cie­lem hi­sto­rii. Pew­nie ma tyl­ko mnóstwo książek. Nie­ko­niecz­nie co­oler­skie rze­czy z tam­tych czasów.

- Za­raz się prze­ko­na­my. - Mat­tia­so­wi oczy zalśniły i z trium­fem wska­zał pal­cem okno w krótszej ścia­nie domu. - Patrz. Tam­to okno jest trochę uchy­lo­ne.

Adam mu­siał z żalem stwier­dzić, że Mat­tias ma rację, cho­ciaż w du­chu miał na­dzieję, że nie uda im się do­stać do środ­ka.

- Po­trze­bu­je­my cze­goś, żeby po­sze­rzyć szparę.

Mat­tias ro­zej­rzał się. Zna­lazł roz­wiąza­nie: na zie­mi leżał ha­czyk. Wi­docz­nie od­padł z okna.

- Do­bra, za­raz zo­ba­czy­my. - Mat­tias z nie­mal chi­rur­giczną pre­cyzją wcisnął ko­niec ha­czy­ka w róg okna. Nic z tego. Okno ani drgnęło. - Kur­de, musi się otwo­rzyć!

Spróbował jesz­cze raz. Trzy­ma­nie ha­czy­ka nad głową i jed­no­cze­sne pod­ważanie okna kosz­to­wało spo­ro wysiłku. Mat­tias sapał, wy­sunął ko­niec języka. W końcu udało mu się wcisnąć ha­czyk nie­co głębiej.

- Będzie widać, że ktoś się włamał! - ci­cho per­swa­do­wał Adam, ale Mat­tias jak­by nie słyszał.

- Za­raz otworzę to cho­ler­stwo!

Na czoło wystąpiły mu kro­pel­ki potu. Pchnął jesz­cze moc­niej i okno się otwo­rzyło.

- Yes! - Za­cisnął pięść w geście zwy­cięstwa i odwrócił się do Ada­ma. - Pomóż mi wejść.

- Może znaj­dzie­my jakąś dra­binę albo co...

- A po co? Pod­sadź mnie, a po­tem cię wciągnę.

Adam posłusznie stanął pod ścianą i splótł ręce. Mat­tias stanął na nich jedną stopą. Adam skrzy­wił się, gdy but ucisnął mu rękę, ale nie zważając na ból, pod­niósł ko­legę. Mat­tias chwy­cił się pa­ra­pe­tu. Pod­ciągnął się, po­sta­wił na pa­ra­pe­cie jedną nogę, po­tem drugą. Zmarsz­czył nos. Fuj, ale smród. Okrop­ny. Od­sunął ro­letę i zaj­rzał do po­ko­ju. To chy­ba bi­blio­te­ka, ale ro­lety są spusz­czo­ne, całe wnętrze spo­wi­ja mrok.

- Ty, strasz­nie tu śmier­dzi.

Odwrócił się do Ada­ma, za­ci­skając nos.

- No to daj so­bie spokój - od­po­wie­dział z dołu Adam. Zaświtała mu na­dzie­ja.

- Mowy nie ma. Te­raz, jak już się do­sta­liśmy do środ­ka? Te­raz do­pie­ro będzie się działo! Da­waj rękę.

Puścił nos i przy­trzy­mując się lewą ręką ramy okna, prawą wyciągnął do Ada­ma.

- Dasz radę?

- No pew­nie. Chodź.

Adam chwy­cił jego rękę, Mat­tias pociągnął z całej siły. Już się wy­da­wało, że nic z tego nie będzie, kie­dy Adam dosięgnął pa­ra­pe­tu, chwy­cił się, a Mat­tias zro­bił mu miej­sce, ze­ska­kując na podłogę. Za­trzesz­czało mu pod sto­pa­mi. Spoj­rzał. Coś tam leżało, ale w ciem­nościach nie wi­dział co. Pew­nie su­che liście.

- Kur­de, co to jest? - po­wie­dział Adam, kie­dy i on ze­sko­czył na podłogę. On też się nie domyślał, co tak trzesz­czy. - Ja pier­dolę, ale smród - dodał. Wyglądał, jak­by mu się zro­biło nie­do­brze.

- Prze­cież mówiłem - od­parł po­god­nie Mat­tias. Już zaczął się przy­zwy­cza­jać. - Za­raz spraw­dzi­my, co ten dziad tu ma. Pod­ciągnij ro­letę.

- A jak nas ktoś zo­ba­czy?

- Kto ma nas zo­ba­czyć?! Pod­ciągnij wresz­cie tę ro­letę.

Adam zro­bił, jak mu Mat­tias kazał. Ro­le­ta ze świ­stem pod­je­chała do góry, wpusz­czając do po­ko­ju ostre światło.

- Ale su­per­o­wy pokój - z po­dzi­wem po­wie­dział Mat­tias, rozglądając się po wnętrzu, od podłogi po su­fit za­sta­wio­nym regałami z książkami.

W rogu po­ko­ju obok okrągłego sto­li­ka stały dwa skórza­ne fo­te­le. W dru­gim, dal­szym rogu królowało ol­brzy­mie biur­ko, a przed nim odwrócony do nich tyłem sta­roświec­ki fo­tel biu­ro­wy z wy­so­kim opar­ciem. Adam zro­bił krok w tym kie­run­ku, ale trzask pod sto­pa­mi skłonił go do spoj­rze­nia pod nogi. Oby­dwaj zo­ba­czy­li, po czym chodzą.

- Co jest...

Podłogę po­kry­wały mu­chy. Czar­ne, obrzy­dli­we, mar­twe. Również na pa­ra­pe­cie leżały całe ster­ty much. Obaj od­ru­cho­wo wy­tar­li ręce o spodnie.

- Kur­de, ale obrzy­dli­stwo. - Mat­tias się skrzy­wił.

- Skąd tu tyle much?

Adam ze zdu­mie­niem pa­trzył na podłogę i na­gle w jego umyśle, wy­tre­no­wa­nym na se­ria­lach CSI, coś się nie­przy­jem­nie sko­ja­rzyło. Mar­twe mu­chy. Smród. Od­sunął od sie­bie tę myśl, ale jego wzrok nie­ubłaga­nie wędro­wał do stojącego tyłem fo­te­la.

- Mat­tias?

- Co? - po­wie­dział Mat­tias z roz­drażnie­niem, usiłując stanąć tak, żeby nie dep­tać po mar­twych mu­chach.

Adam nie od­po­wie­dział. Po­wo­li, z wa­ha­niem, ru­szył w kie­run­ku fo­te­la. Coś mu mówiło, żeby zawrócić, wyjść tak, jak we­szli, ucie­kać jak naj­da­lej. Zwy­ciężyła cie­ka­wość. Nogi same go po­niosły.

- O co cho­dzi? - spy­tał Mat­tias, ale umilkł, widząc napięcie w ru­chach Ada­ma.

W od­ległości pół me­tra od fo­te­la Adam wyciągnął przed sie­bie rękę. Drżała, sam to wi­dział. Bar­dzo po­wo­li wyciągał ją w stronę opar­cia. Słychać było tyl­ko trzesz­cze­nie much pod jego sto­pa­mi. Pod pal­ca­mi po­czuł chłodne opar­cie. Napiął mięśnie i prze­su­wając opar­cie w lewo, obrócił fo­tel. Cofnął się o krok. Fo­tel ob­ra­cał się po­wo­li, stop­nio­wo uka­zując drugą stronę. Stojący za Ada­mem Mat­tias zwy­mio­to­wał.

Wo­dził za każdym, naj­mniej­szym jego ru­chem wiel­ki­mi wil­got­ny­mi ocza­mi. Mel­l­berg sta­rał się go igno­ro­wać, ale bez po­wo­dze­nia. Pies kleił się do nie­go, wpa­try­wał się w nie­go z uwiel­bie­niem. W końcu Mel­l­berg zmiękł. Z naj­niższej szu­fla­dy wyjął ko­ko­sową kulkę i rzu­cił na podłogę, pod nos psa. W ułamku se­kun­dy było po kul­ce. Mel­l­berg odniósł wrażenie, że kun­del się do nie­go uśmiechnął. Na pew­no mu się przy­wi­działo. W każdym ra­zie pies był już czy­sty. An­ni­ka go wykąpała. Na­prawdę do­brze się spi­sała. Mimo to Mel­l­berg po­czuł nie­smak, gdy obu­dził się rano i od­krył, że w nocy pies wsko­czył mu do łóżka. Szam­pon chy­ba nie za­bi­ja pcheł i in­nych ta­kich. A jeśli jego sierść roi się od małych pełzających be­stii, które tyl­ko cze­kają, żeby prze­sko­czyć na jego ob­fi­te ciało? Dro­bia­zgo­wa in­spek­cja sierści nie ujaw­niła żywych or­ga­nizmów, a An­ni­ka za­kli­nała się, że kie­dy go kąpała, nie wi­działa żad­nych pcheł. Ale, do cho­le­ry, to jesz­cze nie zna­czy, że pies ma spać w jego łóżku! Są gra­ni­ce.

- Jak my cię na­zwie­my, co? - ode­zwał się Mel­l­berg i na­tych­miast zro­biło mu się głupio, że roz­ma­wia z czwo­ro­no­giem.

Ale kun­dli­sko musi się jakoś wabić. Mel­l­berg zaczął się za­sta­na­wiać i rozglądać za jakąś pod­po­wie­dzią. Do głowy przy­cho­dziły mu same głupie psie imio­na: Fido, Lud­de... Nie, to do ni­cze­go. Na­gle za­chi­cho­tał. Przy­szedł mu do głowy fan­ta­stycz­ny po­mysł. Mu­siał przy­znać, że bra­ku­je mu Lund­gre­na. Ale prze­cież mu­siał go wy­rzu­cić. Nie od­czu­wał do­tkli­we­go bra­ku, ale za­wsze. A może na­zwać psa Ernst? Niezły dow­cip. Za­chi­cho­tał jesz­cze raz.

- Ernst. Co ty na to, sta­ry? Może być, co?

Znów sięgnął do szu­fla­dy po ko­ko­sową kulkę. Należy się Ern­sto­wi. Nie jego pro­blem, jeśli pies się roz­ty­je. Za kil­ka dni An­ni­ka na pew­no znaj­dzie mu jakiś dom, więc nie szko­dzi, jeśli przed­tem zeżre jedną czy dwie ko­ko­sowe kul­ki.

Obaj z Ern­stem drgnęli, słysząc prze­ni­kli­wy dzwo­nek te­le­fo­nu.

- Ber­til Mel­l­berg, słucham. - W pierw­szej chwi­li nie zro­zu­miał głośnego hi­ste­rycz­ne­go traj­ko­ta­nia. - Mów wol­niej. Coś ty po­wie­dział?

Słuchał w sku­pie­niu i aż uniósł brwi, gdy do nie­go do­tarło, o co cho­dzi.

- Zwłoki, mówisz? Gdzie?

Wy­pro­sto­wał się na krześle. Kun­del na­zwa­ny Ern­stem również usiadł i za­strzygł usza­mi. Mel­l­berg za­pi­sał ad­res w no­te­sie i zakończył roz­mowę po­le­ce­niem: - Proszę się stamtąd nie ru­szać. - Ze­rwał się z krzesła, a Ernst ru­szył za nim jak cień.

- Zo­stań - po­wie­dział Mel­l­berg wład­czym to­nem i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że pies stanął w miej­scu, jak­by cze­kał na dal­sze roz­ka­zy. - Na miej­sce. - Wska­zał mu kosz, który An­ni­ka po­sta­wiła w rogu ga­bi­ne­tu. Ernst niechętnie posłuchał. Powlókł się na le­go­wi­sko, położył łeb na łapach i obrażony spoj­rzał na swe­go tym­cza­so­we­go pana. Ber­til Mel­l­berg był nad­zwy­czaj za­do­wo­lo­ny, że wresz­cie ktoś go słucha. Po­czuł się tak umoc­nio­ny w roli władcy, że wy­biegł na ko­ry­tarz, oznaj­miając wszem wo­bec: - Do­sta­liśmy zgłosze­nie o zna­le­zie­niu zwłok.

Z trzech po­koi wy­sunęły się trzy głowy: ruda, należąca do Mar­ti­na Mo­li­na, siwa Gösty Fly­ga­re­go i czar­na Pau­li Mo­ra­les.

- Zwłoki? - ode­zwał się Mar­tin i jako pierw­szy wy­szedł na ko­ry­tarz.

Od stro­ny re­cep­cji na­deszła An­ni­ka.

- Dzwo­nił przed chwilą chłopak, na­sto­la­tek. Dla za­ba­wy włama­li się do ja­kiejś wil­li, gdzieś między Fjällbacką i Ham­burg­sund. W środ­ku zna­leźli tru­pa.

- Właści­cie­la wil­li? - spy­tał Gösta.

Mel­l­berg wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Nie wiem nic więcej. Kazałem chłopa­kom zo­stać na miej­scu, za­raz tam je­dzie­my. Mar­tin, ty z Paulą jed­nym sa­mo­cho­dem, ja z Göstą dru­gim.

- Może za­dzwo­nić po Pa­tri­ka... - ostrożnie po­wie­dział Gösta.

- Kto to jest Pa­trik? - spy­tała Pau­la, patrząc to na Göstę, to na Mel­l­ber­ga.

- Pa­trik Hedström - ode­zwał się Mar­tin. - Pra­cu­je u nas, ale od dziś jest na urlo­pie oj­cow­skim.

- Do cho­le­ry, do cze­go nam Hedström? - prychnął z obu­rze­niem Mel­l­berg. - Prze­cież ja tu je­stem. - Nadął się i po­gnał do garażu.

- Hura! - mruknął Mar­tin, gdy Mel­l­berg już nie mógł go usłyszeć. Pau­la py­tająco uniosła brew. - Nie przej­muj się - zaczął się tłuma­czyć Mar­tin. I dodał: - Z cza­sem zro­zu­miesz.

Pau­la była wyraźnie zdez­o­rien­to­wa­na, ale po­sta­no­wiła nie drążyć. Niedługo na pew­no się zo­rien­tu­je, jak się spra­wy mają w no­wym miej­scu pra­cy.

Eri­ka wes­tchnęła. W domu zro­biło się ci­cho. Aż za bar­dzo. Przez ostat­ni rok przy­zwy­czaiła się nasłuchi­wać naj­mniej­sze­go mruk­nięcia, nie mówiąc o płaczu. Te­raz było ci­cho jak na pust­ko­wiu. Kur­sor mru­gał do niej z pierw­sze­go wier­sza do­ku­men­tu Wor­da. Od pół go­dzi­ny nie na­pi­sała ani jed­nej li­te­ry. W głowie miała całko­witą pustkę. Przej­rzała no­tat­ki i ar­ty­kuły, które sko­pio­wała la­tem. Po wie­lu li­stach z prośbą o spo­tka­nie w końcu udało jej się umówić z główną po­sta­cią dra­ma­tu, mor­der­czy­nią, ale spo­tka­nie miało nastąpić do­pie­ro za trzy ty­go­dnie. Na ra­zie to, co zgro­ma­dziła, musi wy­star­czyć, posłużyć za punkt wyjścia. Pro­blem po­le­gał na tym, że nie mogła ru­szyć z tego punk­tu, nie przy­cho­dziło jej do głowy ani jed­no słowo. Ogarnęły ją wątpli­wości, jak każdego au­to­ra. Że już nie po­tra­fi zna­leźć od­po­wied­nich słów i ułożyć z nich zda­nia, że wy­czer­pała swoją pulę i już nie ma w głowie ma­te­riału na żadną książkę. Tłuma­czyła so­bie, że tak samo jest na początku pra­cy nad każdą nową książką, ale lo­gi­ka nie miała tu nic do rze­czy. Za każdym ra­zem przeżywała tę samą udrękę. Przy­po­mi­nało to poród. Ale dziś wyjątko­wo jej nie szło. Z roz­tar­gnie­niem włożyła do ust iry­sa, na po­cie­sze­nie. Zerknęła na nie­bie­skie ze­szy­ty leżące przy kom­pu­te­rze. Po­chyłe pi­smo mat­ki jak­by do­ma­gało się jej uwa­gi. Była roz­dar­ta między py­ta­niem, czy wol­no jej po­znać za­pi­ski mat­ki, a cie­ka­wością, co w nich jest. Z wa­ha­niem sięgnęła po pierw­szy ze­szyt i przez chwilę trzy­mała go w ręce. Cien­ki, taki jak te, w których pi­sa­li w pod­stawówce. Prze­sunęła pal­ca­mi po okładce. Pod­pi­sa­no go atra­men­tem, ale z bie­giem lat atra­ment zblakł. Elsy Moström, tak brzmiało na­zwi­sko pa­nieńskie mat­ki. Na­zwi­sko Falck przy­brała po ślu­bie. Eri­ka ostrożnie otwo­rzyła ze­szyt. Kart­ki w cien­kie nie­bie­skie li­nie. U góry wid­niała data: 3 września 1943 roku. Prze­czytała pierw­szy wiersz:

"Czy ta woj­na nig­dy się nie skończy?".