Wstęp. Robespieri nati i furor theutonicus
Wstęp
Robespieri nati i furor theutonicus.
Uwagi o rewolucjach i wojnach w dziejach Niemiec
Każden Niemiec jest Robespierus natus -?u Francuzów to był wyjątkowy
człowiek, u Niemców to potoczny -?a to był właśnie nie człowiek, tylko
logika ubrana w kości i mięso [...]. Nic mniej człowieczego, żywotnego.
Idei kazano, gdy wstępuje w człowieka, serce ludzkie przybrać w nim, to
właśnie, czego jej brak. Wolno być jej bez serca, dopóki nie w człowieka
wcielona, ale od tej chwili powinna mieć serce, dopełnić się sercem.
Otóż Niemiec tego nie pojmie i Robespierre tego nie pojmował1.
W ten sposób w 1847 r. stan kultury politycznej naszych zachodnich
sąsiadów oceniał Zygmunt Krasiński. Niemal trzydzieści lat później swego
rodzaju potwierdzenie tej diagnozy sformułował Constantin Frantz -?jeden
z niemieckich myślicieli politycznych i zagorzały krytyk realizowanego
przez Bismarcka jednoczenia Niemiec jako "odgórnej rewolucji", który w monarchii Hohenzollernów widział antytezę politycznego, społecznego i kulturowego konserwatyzmu:
Prusy i konserwatyzm! Wystarczy podstawowa znajomość dziejów powstania
tego państwa, by mieć pełną jasność co do tego, że to są dwa
przeciwieństwa. Czyż państwo to nie rozszerzało się i nie rozszerza się
poprzez drogę od podboju do podboju, albo przynajmniej przez mniej lub
bardziej siłowe naruszenie zastanego ładu? Jakże mogło więc rozwinąć się
w nim konserwatywne nastawienie? W państwie, w którym wszystko było
robione odgórnie i w którym nie istniały organicznie wyrosłe
instytucje2.
Czy nasz wieszcz i niemiecki pisarz polityczny zwyczajnie nie
przesadzali, doszukując się w narodzie niemieckim jakiejś szczególnej
predylekcji ku gwałtownym przewrotom rewolucyjnym i organicznej niechęci
do konserwatywnego ładu? Czy rzeczywiście bardziej niż nad Sekwaną i Loarą to nad Renem i nad Łabą żyje "naród Robespierre'ów"? Przecież w potocznym rozumieniu Niemcy to naród twardo chodzących po ziemi
realistów, dla których takie słowa jak Ordnung (porządek) czy
Realpolitik (polityka realna) są kluczowymi kategoriami opisującymi
nie tylko podejście do problemów życia codziennego, ale i do kultury
politycznej. Gdzie tu szukać "narodu Robespierre'ów"?
Takie spojrzenie na dzieje Niemiec -?kraju bez rewolucji -?występuje
również w historiografii. Hans-Ulrich Wehler, jeden z najwybitniejszych
historyków niemieckich w XX w., swoje opus magnum -?pięciotomową
Społeczną historię Niemiec -?rozpoczął od zdania: "Na początku nie ma
żadnej rewolucji" (Im Anfang steht keine Revolution)3.
Ogólnie panuje opinia wśród tzw. profesjonalnych historyków, że Niemcy
to kraj nieudanych, krótkotrwałych rewolucji (tutaj przytacza się
zazwyczaj rewolucję Wiosny Ludów oraz tę z lat 1918-1919), co z kolei
popchnęło ten kraj na szczególną drogę rozwojową (Sonderweg), której
zakończeniem był totalitarny narodowy socjalizm ze stadium pośrednim w postaci pruskiego militaryzmu4.
Pomocą w rozwikłaniu zagadki "Niemcy -?kraj rewolucji, czy Niemcy -?kraj
bez rewolucji?" może być inne popularne określenie stosowane w odniesieniu do Niemców jako "narodu myślicieli i filozofów".
Rzeczywiście, od epoki nowożytnej aż do naszych czasów powstają w krajach niemieckich prądy religijne oraz intelektualne, które mają
rewolucyjny potencjał o globalnym charakterze. Reformacja, filozofia
idealistyczna, liberalizm ceniący bardziej projekt modernizacyjny niż
wolność, marksizm w różnych odmianach (od socjaldemokracji po szkołę
frankfurcką), narodowy socjalizm, herezja "współcześniactwa" w Kościele
katolickim -?wszystkie te prądy rewolucyjne duchowej i umysłowej natury
zrodziły się w krajach niemieckich, silnie oddziałując przez ponad pięć
stuleci na płaszczyźnie religijnej, politycznej, społecznej i kulturowej
na naród niemiecki oraz w skali międzynarodowej. Ta historia -?co należy
mocno podkreślić -?nie jest historią, która już dobiegła końca.
Już w czasach średniowiecznej christianitas powstało i zaczęło robić
karierę pojęcie furor theutonicus (teutońska furia). Na południe od
Alp i na zachód od Renu zyskało ono popularność od czasu sporu papiestwa
i cesarstwa o inwestyturę w XI i XII w. oraz w czasie kolejnych faz tego
konfliktu, gdy kolejni królowie Niemiec ze swoimi armiami maszerowali w kierunku Wiecznego Miasta, by dokonać tam obrzędu koronacji cesarskiej z rąk papieża lub osadzonego przez siebie antypapieża5.
"Teutońska furia" była synonimem okrucieństwa, przywoływała czasy
Wandalów i Wizygotów zdobywających i plądrujących Rzym -?miasto, symbol
cywilizacji i Kościoła katolickiego. Jednak dla kronikarzy wywodzących
się z królestwa niemieckiego pojęcie to niosło zupełnie inne konotacje.
Było równoznaczne z heroizmem, poświęceniem i lojalnością. To, co dla
kronikarzy z krajów włoskich czy z Francji było synonimem brutalności,
na północ od Alp postrzegano jako inne określenie szlachetnego zapału
niemieckiego rycerstwa wiernego swojemu władcy dopominającego się o swoje "słuszne prawa" (cesarską koronę)6.
Petrarka opisywał różnicę między ludami mieszkającymi po obu stronach
Alp jako zestawienie vertu contra furore. Z kolei dla trzynasto- i czternastowiecznych kronikarzy niemieckich furor theutonicus,
identyfikowany z tym wszystkim, co szlachetne, był tytułem do zajmowania
przez nację germańską naczelnego miejsca w całej
christianitas7. Na uwagę zasługuje fakt, że związek
między szalejącą z mieczem w ręku "furią teutońską" a aspiracjami
niemieckimi do dominowania w sferze ducha i umysłu na skalę uniwersalną
dostrzegany był również przez tych, którzy obawiali się "teutońskiej
furii" jako powtórki z najazdów ludów barbarzyńskich, które na Zachodzie
położyły kres Imperium Romanum.
Wymowne pod tym względem słowa pochodzą z jednego z uczonych traktatów
napisanego przez Jana z Salisbury. Ten dwunastowieczny teolog był
człowiekiem christianitas -?Anglikiem, biskupem Chartres i czołową
postacią tamtejszej szkoły katedralnej, która w XII w. była prężniejszym
ośrodkiem naukowym (także w zakresie nauk ścisłych) niż rodząca się
dopiero paryska Sorbona. Komentując usiłowania władców niemieckich oraz
podporządkowanych im duchownych wpływania na sprawy Kościoła
powszechnego, zadał on serię retorycznych pytań:
Któż może Kościół powszechny poddać sądowi Kościoła lokalnego? Któż
ustanowił Niemców sędziami narodów? Kto nadał tym tępym i gwałtownym
ludziom taką władzę, aby według swego zdania ustanawiali władzę ponad
głowami synów ludzkich?8
Każda wojna i wyzwolone przez nie furie mają charakter rewolucji. Każda
wojna zmienia wszystko, nie tylko tam, gdzie operują zwycięskie armie,
ale również w kraju ją prowadzącym, który z dala od swojego terytorium
trzyma wrogie armie. Ponad sto lat temu profesor Florian Znaniecki,
wybitny polski socjolog, w następujący sposób pisał o związku między
wojną a rewolucją:
Każda wojna, każda rewolucja rozwija, nawet w najlepiej zorganizowanych
grupach społecznych, psychologię tłumu, na skutek której dzieło
zniszczenia prowadzone jest o wiele dalej niż pierwotnie zamierzano je
prowadzić. Wszelkie subtelne wzruszenia społeczne tępieją, samowiedza i panowanie nad sobą słabnie, dążności konstrukcyjne tracą swój wpływ
regulujący. Jeżeli nawet masy i ich nowi przodownicy nie są wrogo
usposobieni względem dawnej cywilizacji, lecz podziwiają ją i są gotowi
ją zachować, nigdy nie zdają sobie sprawy, że przyswajanie i tworzenie
wartości kulturalnych jest powolną i trudną sprawą9.
Ten związek między wojną a rewolucją jest szczególnie widoczny w dziejach Niemiec od epoki nowożytnej. Z jednej strony rewolucja w świecie ducha pociąga za sobą wiele konfliktów zbrojnych (reformacja i seria krwawych wojen religijnych aż do wojny trzydziestoletniej), z drugiej -?wojna, rewolucjonizując społeczeństwo i kulturę niemiecką,
sprzyjała narodzinom nowego prądu rewolucyjnego (por. pierwszą wojnę
światową jako wydarzenie przygotowujące grunt pod narodowosocjalistyczną
"rewolucję nihilizmu").
"Na początku była wojna" -?w ten sposób można określić genezę historii
Niemiec jako zjednoczonego organizmu państwowego10. Państwo
niemieckie jest bytem o bardzo krótkiej historii, krótszej nawet niż
historia Stanów Zjednoczonych. Deklarację niepodległości (1776) od
powstania Rzeszy Niemieckiej (1871) dzieli niemal sto lat. Ciąg
zwycięskich wojen -?przeciw Danii (1864), Austrii i jej niemieckim
sojusznikom (1866) oraz Francji (1870) -?jest doskonałą egzemplifikacją
prawidłowości istniejącej w Europie od epoki nowożytnej, że "wojna
stworzyła państwo, a państwo stworzyło wojnę" (Ch. Tilly)11.
Militarny triumf Prus i sprzymierzonych z nimi państw niemieckich nad
francuskim "odwiecznym wrogiem" w 1870 r. i powstanie Rzeszy Niemieckiej
od początku były postrzegane przez co bardziej przenikliwych
obserwatorów jako prawdziwa rewolucja w stosunkach międzynarodowych.
Warto w tym kontekście przytoczyć słowa, które 2 lutego 1871 r.
wypowiedział w brytyjskiej Izbie Gmin Benjamin Disraeli, wówczas będący
przywódcą torysowskiej opozycji:
Wojna [francusko-pruska] jest niemiecką rewolucją. Jest większym
politycznym wydarzeniem niż rewolucja francuska. Nie mówię: wielkie lub
zgoła większe wydarzenie społeczne. Jej społeczne skutki ujawnią się
dopiero w przyszłości. Dzisiaj nie obowiązuje już żadna z naszych zasad
polityki zagranicznej, które jeszcze pół roku temu były uznawane przez
wszystkich mężów stanu jako linia postępowania. Nie ma takiej tradycji
dyplomatycznej, która by nie została zmieciona. Mamy do czynienia z nowym światem, czynne są nowe wpływy, trzeba się mierzyć z nowymi,
nieznanymi zagrożeniami i zamiarami. [...] Równowaga sił została
całkowicie zniszczona, a krajem, który najbardziej na tym cierpi i który
najbardziej odczuwa skutki tych wielkich przeobrażeń -?jest
Anglia12.
Co ciekawe, rewolucyjny potencjał tkwiący w pruskich zwycięstwach w latach 1866-1871 dostrzegali również liberałowie -?i to zarówno
Niemczech, jak i poza nimi. Na przykład liberalna prasa francuska
przyjęła klęskę Austrii pod Sadową jako zwycięstwo "postępowych" (bo
protestanckich) Prus nad "zacofaną, zmurszałą" (bo katolicką) monarchią
Habsburgów. Rzecz jasna po Sedanie nastroje nad Sekwaną były zgoła
odmienne, jednak kolejny triumf Prus nie przestawał zachwycać liberałów
w innych krajach Europy. Konserwatywny Disraeli widział w tym
rewolucyjny przełom ku gorszemu. Z kolei liberalny dyplomata brytyjski
Robert Morier przyjął wieść o powstaniu Rzeszy Niemieckiej w 1871 r. z entuzjazmem, widząc w tym zwycięstwo "postępu" nad "reakcją", a w powstaniu silnego państwa niemieckiego w środku Europy nie dostrzegał
żadnych geopolitycznych zagrożeń. Wręcz odwrotnie. Widział tutaj raczej
korzyść polegającą na stworzeniu bariery między Francją a Rosją,
postrzeganymi przez niego jako dwa agresywne mocarstwa. Należy w tym
miejscu dodać, że prezentując takie stanowisko, R. Morier nie był wcale
odosobniony w środowisku brytyjskich dyplomatów13.
Opinia o wojnach zjednoczeniowych toczonych przez Prusy jako o liberalnej rewolucji przekroczyła nawet Atlantyk. W amerykańskiej prasie
nie brakowało np. w 1871 r. opinii, że zjednoczenie Niemiec przez
monarchię Hohenzollernów można zestawiać z amerykańską wojną o niepodległość, a Bismarcka nazywać "drugim Waszyngtonem"14.
W samych Niemczech środowiska liberalne przyjęły Sadowę i Sedan jako
dowód na "zwycięstwo ducha Wittenbergi nad Rzymem". Niektórzy wprost
pisali w tym kontekście o nowej, niemieckiej rewolucji, dostrzegając w Bismarcku z gruntu rewolucyjnego polityka. W ten sposób istotę polityki
"żelaznego kanclerza" określał Ludwig Bamberger, w przeszłości związany
z radykalnym skrzydłem niemieckiej Wiosny Ludów, potem bankier, a w przyszłości jeden z najbliższych doradców pruskiego premiera i niemieckiego kanclerza. Zanim jednak awansował do tego grona, pisał
krótko po Sadowie:
Nawet przez moment nie można wątpić, że jest on [Bismarck] urodzonym
rewolucjonistą. [...] Niemcy nigdy nie uczyniły własnej rewolucji.
Zyskały sławę jako ojczyzna protestantyzmu, jako kraj, gdzie rozwinęła
się filozoficzna wolność. Jednak w odniesieniu do politycznego
wyzwolenia nigdy nie uczyniły czegoś oryginalnego, samodzielnego czy
trwałego. Pod tym względem nie mogą się więc równać ani z Ameryką, ani z Francją, Szwajcarią, Holandią czy Belgią Jako naród polityczny pojawiły
się jako ostatnie, a rok 1866 przyniósł im po raz pierwszy wielką,
organiczną zmianę bez impulsu z zewnątrz15.
O Bismarcku jako o rewolucjoniście i o "rewolucji z 1866 r." pisano
zgoła w innym duchu w pruskich środowiskach konserwatywnych (przyznajmy,
dość nielicznych), które zachowywały krytyczny stosunek wobec destrukcji
przez Bismarcka Związku Niemieckiego oraz dokonanych w 1867 r. pruskich
aneksjach, które oznaczały zniknięcie z mapy takich dawnych monarchii
jak Królestwo Hanoweru16.
W ten sposób wydarzenia te oceniał czołowy pruski "ultras" Ernst Ludwig
von Gerlach, który odnosząc się do aneksji z 1867 r., stwierdzał, że
zasada fait accompli [faktu dokonanego] dostarcza każdej rewolucji
perspektywę natychmiastowego uznania. Zasada ta zwiera w sobie silną
pobudkę do rewolucjonizowania i ma tendencję do czynienia ze złotego
cielca sukcesu, boga dla chrześcijaństwa oraz do zastąpienia świętych
przykazań trójjedynego Boga17.
Jednym z pierwszych myślicieli, którzy błyskawicznie pojęli wagę Sadowy,
był Julian Klaczko. 1 maja 1866 r., a więc na dwa tygodnie przed
wybuchem wojny prusko-austriackiej, ukazał się w "Revue des deux mondes"
artykuł polskiego publicysty i pisarza politycznego pod tytułem Kryzys
w Niemczech, konflikt austriacko-pruski i pan Bismarck. Artykuł ten
jest uważany za jeden z najświetniejszych w całym dorobku Klaczki (F.
Hoesick). Nie tylko zawierał zapowiedź nieuchronnej wojny Prus z Austrią, ale również prognozę rychłej zmiany niemieckiego charakteru
narodowego. Dla autora Do niemieckich hegemonów (1848) nie była to
specjalna nowość, ale dla szerszej opinii europejskiej przepowiednia
Klaczki, ubrana przez niego w metaforę Niemiec jako melancholijnego
Hamleta, który nagle zamienia się w sangwinicznego typa, mogła być sporą
nowością. "Nadchodzi chwila -?pisał Klaczko -?gdy wysublimowany
marzyciel opuści swoją inercję i da sygnał do walki".
Nie zapomnijmy -?przestrzegał dalej przenikliwy polski myśliciel -?że
ludy niemieckie są trawione wielką chorobą, że pragną urojeń pełnych
pokus. Nie należy też zbytnio ufać w dobrze znany charakter naszych
sąsiadów zza Renu, w ich naturę znaną jako kontemplacyjna i limfatyczna.
Takie marzycielskie natury czasami budzą się i straszliwie
eksplodują!18
Te słowa polskiego myśliciela politycznego współgrają z diagnozami
występującymi we współczesnych analizach kultury politycznej utworzonej
w 1871 r. Rzeszy Niemieckiej. Zwraca się w nich uwagę na ścisły związek
między wojną a rosnącym w siłę niemieckim nacjonalizmem. Dla Niemców na
przełomie XIX i XX w. "wojna i naród przynależały do siebie", a "kultury
politycznej cesarskiej Rzeszy nie można oddzielić od gotowości jej
przywództwa do wojny i jego decyzji podjętej w 1914 r., by wojnę
prowadzić"19.
Bardzo wymowne pod tym względem słowa padły w 1895 r. z ust Maxa Webera
podczas wykładu na uniwersytecie we Freiburgu Bryzgowijskim: "Nie pokój
i ludzkie szczęście mamy przekazać na drogę naszym potomkom, ale
wieczystą walkę o zachowanie i podniesienie na wyższy poziom naszej
narodowej specyfiki"20.
Skoro wojna, jak głosiły niemieckie elity duchowe i kulturowe przy
okazji wojen zjednoczeniowych lat 1866-1871, była wydarzeniem ze wszech
miar dobroczynnym pod względem kulturowym (zwycięstwo "ducha Wittenbergi
nad Rzymem"), to tym łatwiej było przyjąć "nowoczesne" prądy umysłowe,
głoszące apologię przemocy jako czynu niosącego postęp cywilizacyjny.
Nieprzypadkowo to właśnie wilhelmińskie Niemcy, a nie wiktoriańska
Anglia były miejscem, gdzie głębokie korzenie zapuścił ewolucjonizm
Darwina i związany z nim socjaldarwinizm21.
Nie tylko w świecie niemieckiej Akademii, ale i w całej sieci
powstających jak grzyby po deszczu na przełomie XIX i XX w. instytutów
nominalnie naukowych głoszono tezę, że wehikułem postępu jest twarda
walka o byt, toczona między rasami. A więc upowszechniało się "naukowe"
przekonanie, że o kwestiach ducha (kultury) rozstrzyga materia (krew,
czystość rasy). Znacznie wcześniej, wychodząc z innych przesłanek, do
takiego samego wniosku o prymacie materii nad duchem doszli zwolennicy i propagatorzy marksizmu, innego prądu rewolucyjnego zrodzonego w krajach
niemieckich.
Wojna i naród w zjednoczonych Niemczech były złączone jeszcze w inny
sposób. Chodzi o systematycznie toczone już po powstaniu Rzeszy
Niemieckiej w 1871 r. "wewnętrzne wojny zjednoczeniowe" (D.
Langewiesche), czyli antykatolicki Kulturkampf, i o próbę zdławienia
socjaldemokracji niemieckiej za pomocą praw wyjątkowych
(Sozialistengesetze z lat 1878-1890)22. Prawa wyjątkowe
skierowane przeciw Polakom w zaborze pruskim na początku XX w. coraz
wyraźniej nabierały rewolucyjnego charakteru. Jak udowadniała ustawa z 1908 r. o przymusowym wywłaszczeniu polskich majątków w zaborze pruskim,
furia germanizacji brała górę nad tzw. świętym prawem własności; prawem
w przypadku innych prowincji Rzeszy cenionym na równi przez liberałów,
jak i niemieckich konserwatystów. Moralność miała, jak widać, granice
ściśle określone geograficznie i administracyjnie. A to już sytuacja
rewolucyjna.
Niemiecka Sonderweg nie polegała na tym, że kraje niemieckie uniknęły
daleko idących przemian o charakterze rewolucyjnym, a jeśli już jakieś
rewolucje zaistniały, okazały się efemerydami bez większego wpływu. Było
(i jest) dokładnie odwrotnie. W krajach niemieckich regularnie od XVI w.
powstawały nurty rewolucyjne (religijne, filozoficzne, społeczne,
kulturowe), które nie tylko silnie oddziaływały na rzeczywistość nad
Renem i Łabą, ale miały istotny wpływ na przemiany społeczne, kulturowe
i religijne daleko od Niemiec. Dynamikę tych zmian dodatkowo wzmacniały
wielkie konflikty militarne, o których pisano w państwach niemieckich,
na które się przygotowywano i które inicjowano w Rzeszy Niemieckiej. O tym jest ta książka.
Rozdział I. Reformacja protestancka -?matka wszystkich rewolucji
Rozdział I
Reformacja protestancka -?matka wszystkich rewolucji
Zwołany na 27 stycznia 1521 r. do Wormacji sejm Rzeszy miał nie być -
wiedziano o tym na długo przed tym, zanim się zebrał -?zwykłym
zgromadzeniem stanów Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.
Stanąć miał przed nim ekskomunikowany przez papieża ksiądz Marcin Luter
i przedstawić tam swoją sprawę. Ekstraordynaryjność sejmu wormackiego
wzmacniał dodatkowo fakt, że miał to być pierwszy sejm Rzeszy za
panowania nowego króla Niemiec i cesarza rzymskiego Karola V Habsburga,
który jednocześnie panował w Hiszpanii jako król Karol I23.
W momencie wyboru 25 czerwca 1519 r. na króla Niemiec i cesarza
rzymskiego (od 962 r. te dwie godności były z sobą złączone) wnuk
cesarza Maksymiliana I Habsburga, król Hiszpanii, książę Burgundii oraz
arcyksiążę Austrii miał dziewiętnaście lat. Urodzony w Gandawie, odebrał
staranne katolickie wychowanie24. Przyszły król Niemiec i cesarz rzymski dorastał w Niderlandach, stanowiących część przejętego
przez Habsburgów dziedzictwa burgundzkiego, w których żywe były jeszcze
tradycje późnośredniowiecznej devotio moderna; duchowości, z której
wyrastał m.in. Tomasz a Kempis, autor słynnego traktatu O naśladowaniu
Chrystusa25.
Nie sposób też pominąć wpływu wywieranego na młodego władcę przez jego
hiszpańskie otoczenie. W tych kręgach otaczających młodego Karola V ruch
zapoczątkowany w 1517 r. przez ks. Marcina Lutra był określany mianem
pestis Germaniae -?"niemieckiej zarazy"26. Gdy w lutym 1521 r.
dotarł do Karola V skierowany do niego odręczny list Lutra, młody władca
nawet go nie czytał, tylko w obliczu swojego dworu podarł go na drobne
kawałki. W niderlandzkich posiadłościach Karola pisma niemieckiego
"reformatora" były publicznie palone już wcześniej (np. w październiku
1520 r. w Leodium i Lowanium), a w Rzeszy tego typu "egzekucje" pism
wyklętego księdza urządzano w miejscach, w których akurat przebywał dwór
królewski (np. 12 listopada 1520 r. w Kolonii)27.
Jednym z elektorów, którzy w 1519 r. przyczynili się do wyboru Karola V
na króla Niemiec i cesarza rzymskiego, był władca Saksonii Fryderyk
Wettyn -?protektor Marcina Lutra, z tej racji nazywany potem w tradycji
protestanckiej Fryderykiem Mądrym. Z pewnością należał on do grona tych,
którzy uważali sejm Rzeszy za "najznamienitsze polityczne zgromadzenie
całego chrześcijaństwa" (H. Schilling). Władca Saksonii -?ufny w swój
wpływ jako elektor Świętego Cesarstwa Rzymskiego na młodego władcę -
nalegał na rozpatrzenie sprawy ekskomunikowanego księdza na sejmie
Rzeszy.
Sprawa była poważna, ponieważ poglądy głoszone od 1517 r. przez ks.
Marcina Lutra dotyczyły nie tylko kwestii stricte religijnych czy
kościelnych (sprawa tzw. handlu odpustami), ale właśnie związane były
także z kwestiami bezpośrednio dotyczącymi również ładu politycznego i ustrojowego całej Rzeszy. Krótko mówiąc, zapowiadały w razie ich
akceptacji przez stany Cesarstwa rewolucyjne zmiany zmierzające do
odrzucenia ram ustrojowych, w których funkcjonowała Rzesza od X w.
Świadomość tego miał Karol V i jego dwór. Wymowne były sformułowania,
które znalazły się w piśmie cesarza rzymskiego i króla niemieckiego
zapowiadającym zwołanie sejmu do Wormacji. Habsburg podkreślał w nim, że
cesarską godność objął "nie ku własnemu pożytkowi", ale "dla
podniesienia Świętego Cesarstwa, jak również dla pomnożenia i podniesienia naszej świętej Wiary". Karol V pośrednio odwoływał się do
tego, co od początku -?tj. od odnowienia instytucji Cesarstwa Rzymskiego
na Zachodzie w 800 r., złączonej początkowo z królestwem frankijskim, a od 962 r. z królestwem niemieckim -?stanowiło legitymizację (duchową i polityczną) cesarstwa. To była monarchia universalis, na której czele
stał cesarz namaszczony i koronowany przez papieża -?następcę św.
Piotra28.
Rewolucyjny potencjał -?zarówno w sensie eklezjalnym, jak i polityczno-ustrojowym -?tkwiący w nauczaniu Marcina Lutra zasadzał się
właśnie w jego poglądach na Kościół, które oznaczały ni mniej, ni
więcej, tylko zakwestionowanie tego źródła legitymizacji prawdziwie
chrześcijańskiej, uniwersalnej monarchii, złączonej od ponad pół tysiąca
lat z koroną niemiecką. Skoro bowiem -?jak utrzymywał Luter -?papież nie
jest następcą św. Piotra, ale Antychrystem zarządzającym "gniazdem
diabła" (czytaj: Kościołem katolickim), to trudno traktować związek
między Stolicą Piotrową a de facto stolicą Antychrysta jako wiążące
dla chrześcijan uprawomocnienie godności i władzy cesarzy rzymskich i królów niemieckich. To był krok rewolucyjny29.
Należy pamiętać, że hasło Ecclesia semper reformanda (Kościół
potrzebuje reformy/odnowy) i wołanie o odnowę Kościoła in capita et in
membra (w głowie i w członkach) rozbrzmiewało wewnątrz tej instytucji
przez całe średniowiecze. Słyszane było również na początku XVI w. Jak
zauważa jednak kardynał Walter Brandmüller, wybitny historyk Kościoła
epoki nowożytnej:
gdy za każdym razem mówiono o reformie, rozumiano pod tym pojęciem
starania, by jeszcze sumienniej wypełniać kościelne przepisy, względnie
chodziło o ich dopasowanie do zmienionych warunków, jak również
rozumiano pod tym pojęciem jeszcze bardziej usilne starania o cnotę i pobożność. Tak pojmowana reforma dotyczyła konkretnej zewnętrznej formy
Kościoła, nigdy jednak treści wiary oraz opierającej się na sakramencie
kapłaństwa struktury hierarchicznej, a w ten sposób samej istoty
Kościoła. W istocie reforma nigdy nie może mieć za cel sytuację, w której zreformowany Kościół nie byłby identyczny z Kościołem, który miał
być poddany reformie. Gdyby bowiem tak się stało, Kościół nie pozostałby
sobą, ale stałby się zupełnie inny30.
Twórca niemieckiej reformacji postępował dokładnie odwrotnie. Nie dążył
do reformy Kościoła, ale do reformacji, czyli do stworzenia zupełnie
nowej wspólnoty religijnej, programowo nienawiązującej do Kościoła
sięgającego początkami do czasów apostolskich. Taki jest sens trzech
najważniejszych pism programowych Lutra -?o wiele istotniejszych, jak
podkreśla kardynał Brandmüller, od słynnych 95 tez z 1517 r. -?które
ujrzały światło dzienne w 1520 r.: Do chrześcijańskiej szlachty narodu
niemieckiego, O niewoli babilońskiej Kościoła oraz O wolności
chrześcijanina. Na ich kartach Luter zburzył "trzy mury" oddzielające
go od rewolucyjnego kroku, jakim było wejście na drogę reformacji, a nie
reformy Kościoła, czyli odrzucił sakramentalny charakter kapłaństwa,
Urząd Nauczycielski Kościoła oraz prymat Następców św. Piotra31.
Rewolucyjne konsekwencje tego odrzucenia Kościoła (reformacja, a nie
reforma) trafnie opisuje prof. Ulrike Jureit, która zauważa, że:
gwałtowna krytyka wyrażana przez Lutra wobec handlu odpustami, jego
walka przeciw klerykalnej i papieskiej kurateli, jego teologiczne
rozumienie wolności, jak również nazwana później przez niego "nauka o dwóch królestwach", w sposób nieświadomy, ale jednak radykalnie
zakwestionowała średniowieczne Corpus Christianum. [...] To, że
człowiek nie za pośrednictwem papieża, Kościoła czy kleru, ale
bezpośrednio stał w relacji z Bogiem, oraz to, że w tej relacji zasadza
się jego [człowieka] godność nieuznawana przez świat -?taka teologia w sposób nieodwołalny zniszczyła ówczesny chrześcijański świat32.
Koronacja Karola V na króla Niemiec odbyła się 23 października 1520 r. w Akwizgranie -?miejscu pochówku cesarza Karola Wielkiego, tradycyjnej
lokalizacji koronacji królów Niemiec33. W roku królewskiej
koronacji Habsburga Marcin Luter zdecydował się na ostateczne zerwanie z Kościołem, od którego przyjął święcenia kapłańskie. W opublikowanym w 1520 r. Liście do chrześcijańskiej szlachty narodu niemieckiego ułożył
nawet specjalną modlitwę dla tych, którzy odkryli (ma się rozumieć
dzięki niemu) "prawdziwą Ewangelię": "Ach, Chryste, Panie mój, wejrzyj
na nas, niechaj nastanie Dzień Sądu Twego, a gniazdo diabła w Rzymie
zniszczonym będzie!".
Przesłanie Marcina Lutra nie pozostawiało żadnych wątpliwości: nie
chodziło o takiego czy innego papieża, takie czy inne obyczaje (lub ich
brak) Kurii rzymskiej i dworu papieskiego (o zepsuciu tych obyczajów
powszechnie mówiono w całym Kościele). "Problemem" było samo istnienie
Kościoła, identyfikowanego przez Lutra nie jako dzieło Chrystusa, a tym
bardziej nie jako mistyczne Ciało Chrystusa (św. Paweł), ale jako dzieło
złego ducha.
Odrzucenie przez Lutra Kościoła jako societas perfecta, a więc
doskonałej społeczności; doskonałej, bo założonej przez Boga, który stoi
niezmiennie na jego czele (Jezus Chrystus) i dzięki temu będącej
nieomylnym pośrednikiem w drodze do zbawienia wiecznego, było
"nieodwołalnym zniszczeniem ówczesnego chrześcijańskiego
świata"34. To jest inna nazwa rewolucji. Symboliczną wizualizacją
tego zerwania z Kościołem przez niemieckiego "reformatora" było spalenie
przez niego pod koniec 1520 r. pod murami Wittenbergi bulli papieża
Leona X wzywającej go do opamiętania i grożącej (w razie uporu) karami
kościelnymi.
18 stycznia 1521 r. Stolica Piotrowa ogłosiła całemu światu
chrześcijańskiemu, że na mocy bulli Decet Romanum Pontificem z 3
stycznia 1521 r. Marcin Luter został ekskomunikowany jako zatwardziały w swoich błędach heretyk. W ten sposób causa Lutheri stała się nie tylko
sprawą Kościoła, ale i Cesarstwa, a personalnie króla Niemiec i jednocześnie "wybranego cesarza rzymskiego", który podczas swojej
królewskiej koronacji zaprzysiągł chronienie Kościoła przed wewnętrznymi
i zewnętrznymi wrogami. Ta część professio regis (przysięgi
królewskiej) od wieków była integralną częścią rytu koronacyjnego
wszystkich monarchów w obrębie łacińskiej christianitas, czyli
wspólnoty narodów chrześcijańskich spojonej przez dwie uniwersalne
władze: papiestwo i cesarstwo; christianitas, z którą właśnie zrywał,
ba, kwestionował jej prawomocność, w sposób jak najbardziej
demonstracyjny Marcin Luter.
Wieść o papieskiej ekskomunice nałożonej na "reformatora" rozeszła się
na kilka dni przed początkiem obrad sejmu Rzeszy w Wormacji. Polityczny
protektor Lutra, elektor saski, postarał się o cesarskie gwarancje
bezpieczeństwa (list żelazny) dla wyklętego księdza.
Marcin Luter przybył do Wormacji 16 kwietnia 1521 r. Następnego dnia
miał stanąć w obliczu cesarza i całego sejmu Rzeszy, by bronić swojej
sprawy. Spotkanie z punktu widzenia samego "reformatora" i jego możnego
protektora (elektora saskiego) okazało się całkowitą klapą. Powiedzieć,
iż Luter nie wypadł olśniewająco, to nic nie powiedzieć35.
Karol V skwitował pierwsze spotkanie z "reformatorem" słowami: "Heretyka
to on ze mnie nie zrobi"36. Luter tłumaczył potem swoją
niedyspozycję zmęczeniem po długiej podróży przez całe Niemcy. To nie
pierwszy raz, gdy marnie wypadł w czasie debaty ze swoimi adwersarzami.
W 1519 r. nie olśnił słuchaczy (mówiąc oględnie) w czasie debaty w Lipsku z ks. dr. Johannem von der Eckiem. Ten sam uczony teolog zwrócił
się do Lutra podczas jego pierwszego wystąpienia w Wormacji, by odwołał
swoje poglądy, zawarte w okazanych mu pismach publikowanych od 1517 r.
Luter poprosił o czas do namysłu. I taki czas dostał -?co okazało się
poważnym błędem Karola V.
Gdyby bowiem występ Lutra w Wormacji zakończył się jego mało
przekonującym (mówiąc eufemistycznie) wystąpieniem przed sejmem Rzeszy i stany cesarstwa mogłyby się naocznie przekonać, że autor ostrych,
nieznoszących sprzeciwu filipik przeciw Kościołowi nagle musi sprawę
"jeszcze przemyśleć", to z pewnością efekt wizyty "reformatora" w Wormacji z punktu widzenia zwolenników "prawdziwej Ewangelii" w krajach
niemieckich byłby gorzej niż dyskusyjny. Sam cesarz zaś mógłby pochwalić
się, że przecież dał szansę Lutrowi wytłumaczenia się, dotrzymał słowa
honoru w sprawie osobistego bezpieczeństwa eksksiędza, a że wyszło, jak
wyszło -?to już problem tego, który do niedawna buńczucznie palił
papieskie bulle i rzymskie kodeksy prawa kanonicznego.
Luter jednak dostał drugą szansę i ją wykorzystał. Nie wiemy, co
wydarzyło się w nocy z 17 na 18 kwietnia 1521 r. Jedno jest jednak pewne
-?drugie posłuchanie Lutra, 18 kwietnia 1521 r., przed sejmem Rzeszy i cesarzem w Wormacji przebiegło zgoła inaczej. Między innymi dlatego, że
audytorium było zresztą znacznie większe niż poprzedniego dnia. Przybyło
wielu postronnych obserwatorów i zwykłych gapiów, którzy czekali na
sensację. I doczekali się.
Marcin Luter przemawiał po niemiecku, w języku zrozumiałym dla
zdecydowanej większości słuchaczy, i po łacinie -?do dworu cesarskiego,
złożonego w większości z Hiszpanów i Burgundów, oraz do samego cesarza,
który niemiecki znał bardzo słabo. Karol V uważał zresztą, że niemczyzna
nadaje się najlepiej do tresury wierzchowców. Ekskomunikowany duchowny
nie zamierzał niczego odwoływać. Zręcznie posłużył się argumentem
wyzysku finansowego "niemieckich chrześcijan" przez "papieską tyranię".
Z charakterystyczną dla siebie "skromnością" swoją sytuację w Wormacji
porównał z przesłuchaniem Chrystusa przed Sanhedrynem.
Z tego samego stanu ducha płynęły najsłynniejsze słowa Lutra, które
wypowiedział na sam koniec przemówienia, które były atakiem na całą
tradycję i sam sens istnienia Kościoła:
Jeśli nie przeczą mi świadectwa Pisma ani rozumne argumenta -?albowiem
nie wierzę ani samemu papieżowi, ani soborom, jako że pewnym jest, iż
często błądziły i w sprzeczność popadały -?tedy pozostaję we władzy
przytoczonych przeze mnie słów Pisma. I dopóki sumienie moje przez słowo
Boże jest spętane, dopóty nie mogę i nie chcę niczego odwoływać, gdyż
niebezpieczna to rzecz i dla zbawienia groźna, gdy się cokolwiek wbrew
sumieniu czyni. Tak mi Boże dopomóż. Amen37.
Nie padły wówczas słowa: "Tu stoję, inaczej nie mogę", które znajdują
się na cokole pomnika postawionego Lutrowi w Wormacji i które stały się
jednym z zasadniczych elementów legendy "wielkiego niemieckiego
reformatora", kultywowanej przez jego zwolenników (niekoniecznie
czytających jego pisma) w kolejnych wiekach. Takich nieistniejących
rzeczy budujących wizerunek Lutra jest znacznie więcej. Twórca
reformacji sam dał przykład, jak należy dbać o swój wizerunek,
zmieniając nazwisko z Luder na Luter. Najprawdopodobniej uznał, że nie
przystoi, aby odkrywca i propagator "prawdziwej Ewangelii" nosił
nazwisko, które w języku niemieckim oznacza "łachudrę", "ścierwo" lub w najlepszym wypadku "chytrą sztukę". Ponadto, jeśli iść tropem wskazanym
przez współczesnego biografa niemieckiego reformatora, zmiana nazwiska
służyła "wzbudzeniu w niemieckiej opinii publicznej skojarzeń ze słowem
lauter [czysty, szczery], a dla bardziej wykształconych -
skojarzenia z greckim słowem eleutheros -?wolny"38.
Częścią legendy Lutra, utrzymującą się do dzisiaj, jest twierdzenie, że
"Marcin Luter jako pierwszy przetłumaczył Biblię na język niemiecki",
dając w ten sposób decydujący impuls dla rozwoju literackiej niemczyzny.
Pomijając fakt, że między bajki można włożyć opinię, że Marcin Luter sam
przetłumaczył Biblię na język niemiecki, skoro -?zgodnie ze
współczesnymi ustaleniami -?tłumaczenie ksiąg Starego Testamentu w tzw.
Biblii Lutra było "regularną pracą zespołową wittenberskich
profesorów"39, to należy pamiętać, że już pod koniec XV w. w krajach niemieckich krążyło kilka wersji tłumaczenia Pisma Świętego na
poszczególne odmiany języka niemieckiego. Wbrew bowiem tradycji
protestanckiej (podjętej następnie przez oświeceniowe i liberalne
odmiany antykatolicyzmu) utrzymującej, że w średniowieczu Kościół robił
wszystko, by uniemożliwić lub utrudnić wiernym dostęp do Pisma Świętego,
należy pamiętać o tym, co podkreśla współczesna nauka, że "pod koniec
średniowiecza popieranie lektury Pisma Świętego było jawnie deklarowanym
celem, nie tylko w zakonach, ale wśród ruchów ludzi
świeckich"40.
Nie sposób w tym kontekście nie zwrócić uwagi na największy paradoks
nauki Lutra, głoszącej z jednej strony zasadę sola scriptura (Pismo
Święte jako jedyne źródło wiary chrześcijańskiej), a z drugiej
odrzucającej instytucję Kościoła jako nieomylnego autorytetu
nauczycielskiego, skoro to przecież Kościół zadecydował, które księgi
Pisma Świętego należy uważać za autentyczne (natchnione), a które są
nieautentyczne (apokryfy). Jak można było głosić "powrót do prawdziwej
Ewangelii", głosząc jednocześnie, że Kościół, który wskazał, które
Ewangelie są autentyczne, jest "gniazdem szatana"?
Rewolucyjność nauki Marcina Lutra w materii stricte religijnej
polegała na odrzuceniu przez niego wszystkich sakramentów, za wyjątkiem
chrztu41. Niemiecki reformator zakwestionował Mszę Świętą jako
uobecnienie Ofiary Chrystusa, a przecież Eucharystia jest "źródłem i szczytem wiary Kościoła" (Vaticanum II). Odrzucił również sakramentalny
charakter małżeństwa. W kolejnych swoich pismach od 1520 r. Marcin Luter
odrzucał katolickie nauczanie, że małżeństwo jako sakrament jest
przyczyną, a nie jedynie oznaką (symbolem) łaski Bożej42. Miało to
dalekosiężne skutki, albowiem w ten sposób "obiektywne prawo małżeńskie
zamienia się w subiektywną sprawę sumienia, na podstawie której każdy
może ostatecznie sam sobie udzielić dyspensy"43.
To była zmiana iście rewolucyjna, "zrywająca ze starą chrześcijańską
tradycją" i "wstrząsająca gmachem nienaruszalności
małżeństwa"44. Miała ona również dalekosiężne skutki
społeczne i ustrojowe, które w największym skrócie polegały na
rozciągnięciu kompetencji państwa na kwestie, które dotychczas
pozostawały poza ich zasięgiem. O prawie małżeńskim czy -?szerzej -
rodzinnym decydowały dotąd sądy kościelne, a nie państwowe. Sygnał do
zmiany dał Marcin Luter, twierdząc w 1530 r., że "małżeństwo jest rzeczą
światową, jak ubrania i jedzenie, dom i gospodarstwo" i dlatego "jest
poddane władzy świeckiej" (Von Ehesachen)45.
Rewolucja reformacji protestanckiej zainicjowana przez Marcina Lutra
toczyła się nie tylko na polu eklezjalnym i religijnym, ale ponieważ te
sfery w tamtej epoce ściśle złączone były z życiem politycznym i społecznym, była również przewrotem politycznym i społecznym. Była już
mowa o tym w kontekście uderzenia w legitymizację istniejącego od 962 r.
Cesarstwa Rzymskiego złączonego z królestwem niemieckim.
Jednak najbardziej dalekosiężną zmianą o charakterze rewolucyjnym, którą
przyniosła z sobą reformacja, była destrukcja równowagi (chybotliwej,
kruchej, ale istniejącej) między władzą duchowną (kościelną) a świecką,
którą przez wieki istnienia wypracowała nie bez dramatycznych zwrotów
akcji (por. ciągnące się wiekami walki papiestwa z cesarstwem) łacińska
christianitas.
Jako główny zwycięzca z kryzysu wywołanego reformacją wyszło państwo.
Poszerza ono swoje kompetencje (por. prawo małżeńskie), zwiększa swoje
bogactwo dzięki konfiskacie majątków kościelnych aprobowanego przez
Lutra i przez redystrybucję skonfiskowanych dóbr stwarza społeczną bazę
dla utrwalenia nowego porządku wprowadzonego przez rewolucję reformacji
(istnieje wpływowa grupa ludzi w naturalny sposób zainteresowanych tym,
aby nie było powrotu do sytuacji sprzed 1517 r.).
Trzeba pamiętać, iż poparcie ze strony władzy świeckiej, początkowo
elektora saskiego, a następnie innych władców niemieckich, było
czynnikiem, który sprawił, że Marcin Luter nie podzielił losu Jana Husa
oraz innych heterodoksyjnych duchownych, którzy przed nim przystępowali
do "reformy" Kościoła. Rewolucja reformacji, jak każdy przewrót
rewolucyjny, była narzucana odgórnie przez wąską elitę władzy świeckiej
oraz władzy duchownej. W tym ostatnim przypadku chodziło o katolickich
duchownych -?księży i biskupów -?którzy przechodzili na naukę swojego
ekskomunikowanego konfratra. Obok wsparcia ze strony władców świeckich
to właśnie opuszczanie Kościoła przez tych, którzy z racji wiary i urzędu mieli go bronić, było zasadniczą przyczyną szybkiego
rozprzestrzeniania się reformacyjnej rewolucji.
Pouczającym przykładem jest historia powstania pierwszego w dziejach
państwa luterańskiego, czyli zsekularyzowanego państwa Zakonu
Krzyżackiego w Prusach, które w 1525 r. jako Księstwo Pruskie stało się
lennem Korony Polskiej. Pierwszym księciem pruskim został Albrecht
Hohenzollern, ostatni wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego w Prusach, który
podobnie jak znakomita większość elity krzyżackiej nad Pregołą porzucił
wiarę katolicką i przyjął luteranizm.
Mniej znany, ale jeszcze bardziej znamienny jest fakt odstępstwa od
wiary katolickiej całego episkopatu państwa zakonnego, czyli biskupów
sambijskiego oraz pomezańskiego (Warmia od 1466 r. była w granicach
Korony Polskiej). Obydwaj hierarchowie -?odpowiednio: Georg Polentz i Erhard von Queiss -?nie tylko nie przeciwstawiali się ekspansji
luteranizmu w swoich diecezjach, ale szybko stanęli w awangardzie nowej,
religijnej rewolucji. Zwłaszcza aktywny na tym polu był biskup sambijski
G. Polentz, który już w 1523 r. wygłaszał w Królewcu kazania
zachwalające "czyste Słowo Boże" odkryte przez Marcina Lutra i zezwalał
na głoszenie nauk przez luterańskich herezjarchów. Na początku 1524 r.
ten sam biskup przeprowadził na terenie swojej diecezji "reformę"
liturgiczną, która sprowadzała się do zarzucenia Mszy Świętej na rzecz
całkowicie sprotestantyzowanej wersji Ostatniej Wieczerzy, z której
kompletnie zniknął jej ofiarniczy aspekt. W tym samym czasie podobne
zmiany w swojej diecezji wprowadzał biskup pomezański E. Queiss.
Jeśli w pierwszych dziesięcioleciach trwania rewolucji reformacyjnej
pojawiały się ruchy ludowe o charakterze insurekcyjnym, bynajmniej nie
były to chłopskie powstania domagające się dostępu do Pisma Świętego w językach narodowych (w epoce powszechnego analfabetyzmu byłoby to
całkowicie surrealistyczne) czy likwidacji katolickiej liturgii i sztuki
sakralnej. Nie było takich wystąpień ani w krzyżackich Prusach, ani w innych miejscach, w których władcy świeccy w towarzystwie sporego odłamu
duchowieństwa katolickiego decydowali się na przyjęcie "czystej
Ewangelii" w wersji Marcina Lutra. Udokumentowane są natomiast powstania
ludowe (np. w Anglii i w Szwecji), których celem było przywrócenie
"wiary ojców", łacińskiej liturgii, ołtarzy i Mszy Świętej oraz
zwalczanie z bronią w ręku religijnych "nowinek".
Ujawniała się tutaj kolejna sprzeczność w rewolucji zapoczątkowanej
przez Marcina Lutra. Głoszona przez niego "religia sumienia"
(Gewissensreligion), co w kolejnych wiekach podkreślane było przez
jego zwolenników jako niezaprzeczalny walor duchowy protestantyzmu, w praktyce oznaczała tyle, że to głos władzy politycznej (czytaj: władcy,
który przyjął naukę niemieckiego reformatora) miał rozstrzygać o rzeczach wprost dotyczących ludzkiego sumienia i wyborów, których
należało dokonywać w sumieniu. Władza świecka miała mieć prymat nie
tylko nad władzą kościelną, ale i nad ludzkim sumieniem.
Nic wyraźniej tego nie dokumentuje jak fakt, że w 1555 r. na sejmie
Rzeszy w Augsburgu na wyraźne żądanie protestanckich władców niemieckich
jako zasadę pokoju religijnego w cesarstwie przyjęto formułę opisaną
następnie przez jurystów jako cuius regio, eius religio (czyja władza,
tego religia)46. Jeśli więc władca przyjął protestantyzm, jego
poddani też mieli być "ryczałtowo" traktowani jako protestanci. W tym
samym czasie w Polsce katolicki monarcha, gdy namawiano go, by poszedł
śladem króla Anglii Henryka VIII, który w 1534 r. ogłosił się "Głową
Kościoła" w Anglii, i ogłosił się "Głową Kościoła" w Polsce,
odpowiedział: "Ja nie będę królem waszych sumień!" (Zygmunt August).
Dokonujące się w przyspieszonym tempie dzięki reformacji protestanckiej
wzmocnienie pozycji państwa skłaniało niektórych badaczy do wniosku, że
po 1517 r. doszło w krajach niemieckich do przeniesienia wzorców tzw.
cezaropapizmu znanego z Bizancjum (Feliks Koneczny). Znamienne pod tym
względem jest podobieństwo między słowami cesarza Konstantyna Wielkiego,
który nie tylko zaprzestał prześladowania chrześcijan w Imperium Romanum
(edykt mediolański z 312 r.), ale i czuł się w obowiązku roztoczyć
opiekę nad Kościołem. Do tego stopnia, że tytułował się "biskupem w sprawach zewnętrznych Kościoła".
Z kolei Marcin Luter nazywał tych władców niemieckich, którzy przyjęli
jego naukę (w tym wezwanie do konfiskaty majątków kościelnych),
"biskupami z konieczności" (Notbischöfe). Jako tacy, z pełną
akceptacją ze strony niemieckiego reformatora, przejmowali zwierzchność
nad lokalnymi Kościołami, przyjmując -?tak jak Hohenzollernowie do 1918
r. -?tytuł "najwyższego biskupa" (summus episcopus). Marcin Luter
postarał się o teologiczne umotywowanie tej faktycznej supremacji władzy
świeckiej, głosząc naukę o "dwóch królestwach". Tylko z nazwy
przypominała ona, sięgającą epoki Ojców Kościoła, katolicką naukę o "dwóch mieczach" opisującą właściwe z punktu widzenia nauki Kościoła
relacje między władzą świecką a duchowną.
Pod koniec V w. papież Gelazy II podkreślał, że "cesarz jest synem, a nie zwierzchnikiem Kościoła. W sprawach wiary może się tylko uczyć, a nie nauczać". W liście skierowanym w 494 r. do cesarza bizantyjskiego
Anastazego, który jest uważany za streszczenie katolickiej teorii "dwóch
mieczy", ten sam papież pisał:
Dwie są oczywiście, Cesarzu Auguście, naczelne władze, które rządzą tym
światem: uświęcona powaga biskupów i zwierzchność cesarska, lecz z nich
obu o tyle większe jest brzemię ciążące na kapłanach, że oni mają zdać
sprawę przed sądem Boskim nawet za samych królów rządzących ludźmi [...]
Jeśli bowiem w dziedzinie prawnego porządku publicznego zwierzchnicy
religijni uznając, że władza została Ci dana z woli Najwyższego, sami
także słuchają Twoich praw, żeby nie wydawało się, iż w sprawach
świeckich przeciwstawiają się Twoim kompetentnym decyzjom to, jak
ochoczo -?pytam się Ciebie -?powinno się słuchać tych, którzy zostali
ustanowieni szafarzami czcią otaczanych tajemnic?47
Państwo jako jedna z dwóch "naczelnych władz" ma swój niezaprzeczalny
autorytet, wizualizowany w rycie koronacyjnym monarchów katolickich
(sakra, czyli namaszczenie władcy na Bożego pomazańca). Jednak nie stoi
ponad Kościołem, którego nauczycielski autorytet, pochodzący od samego
Boga, rozciąga się również na samych władców. Jednakowe prawo moralne
obowiązuje wszystkie dzieci Kościoła, bez względu na to, czy są
władcami, czy poddanymi.
Gdy jednak Kościół został odrzucony, zostało państwo (władca) i jego
poddani. Państwo rządzone przez "biskupa z konieczności" miało więc
wszelkie prawo i obowiązek mieć jako jedyne decydujący głos w "królestwie tego świata", czyli szeroko rozumianej sferze publicznej.
Wykonując te obowiązki, nie musiało słuchać się żadnego głosu
korygującego np. nadmierną surowość wobec poddanych. "Królestwo nie z tego świata", a więc kwestia wiary, miało być według nauki Lutra domeną
ludzkiego sumienia, które też pozbawione było na drodze własnej formacji
autorytetu w postaci Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Zarówno więc
władca, jak i poddany był "sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem", ale
tylko w teorii. Ostatecznie decydował argument siły, a ta spoczywała
całkowicie w ręku państwa.
Współczesna niemiecka historyk innymi słowami opisywała to, co polski
uczony nazywał importowaniem do Niemiec wzorców cywilizacji
bizantyjskiej:
W sensie historycznym należy podkreślić, że Luter i paru innych
reformatorów gwarancji dla świeckiego i duchowego ładu upatrywali u książąt. W ten sposób dali oni uzasadnienie na potrzeby przyszłych
konfliktów nowego, brzemiennego w skutki splecenia protestantyzmu i władzy (U. Jureit)48.
Autorka tych słów -?uznana badaczka dziejów Niemiec oraz niemieckiej
kultury politycznej -?zauważa jednocześnie, że wbrew obiegowym opiniom
zapoczątkowany przez Marcina Lutra przewrót o rewolucyjnym charakterze
nie torował drogi ku większej wolności i poszanowaniu godności
"zwykłych" ludzi. Było dokładnie odwrotnie. Jak podkreśla U. Jureit,
reformacja "rozpoczęła w ówczesnej Europie bezprzykładną eskalację
przemocy" w postaci wojen religijnych, które "należą do
najstraszliwszych wojen, jakie widziała Europa"49. W przypadku
krajów niemieckich ostatnią, szczególnie niszczącą odsłoną tego krwawego
cyklu wojen religijnych była wojna trzydziestoletnia (1618-1648), która
aż do czasu dwóch wojen światowych była "wielką traumą Niemców"
odciskającą piętno na ich życiu społecznym, kulturowym, a nawet na
kalkulacjach strategicznych50.
Eskalacja przemocy zapoczątkowana przez reformację nie dotyczyła jedynie
relacji między państwami różniącymi się od siebie pod względem
konfesyjnym (państwa protestanckie versus państwa katolickie). Ta
przemoc rozlewała się również wewnątrz społeczności protestanckich.
Znamienne pod tym względem jest to, że Marcin Luter oczekiwał od władzy
świeckiej (oczywiście tej, która przyjęła głoszoną przez niego "czystą
Ewangelię") nieograniczonego korzystania z monopolu przemocy wobec tych,
których reformator określał jako przeznaczonych do wytępienia. Na
przykład uczestników wielkiej wojny chłopskiej, która w latach 1524-1525
pustoszyła wielkie połacie Rzeszy. To wielkie powstanie chłopskie, na
którego czele stał Tomasz Münzer, reprezentant radykalnego skrzydła
reformacji (anabaptyzmu), niechcącego podporządkować się
nauczycielskiemu autorytetowi Marcina Lutra, miało zostać utopione we
krwi. Twórca reformacji zachęcał w 1525 r. sprzyjających mu władców
świeckich do maksymalnego okrucieństwa wobec chłopów w traktacie
Przeciw morderczym i zbójeckim bandom chłopskim, którego sam tytuł nie
pozostawiał żadnych wątpliwości, po której stronie opowiadał się twórca
reformacji.
Równie znamienne były też słowa, którymi w tym samym traktacie Luter
opisywał swoją teorię "dwóch królestw":
Królestwo z tego świata jest królestwem terroru i bezwzględności. Jest
tu tylko kara, represje, sądy i potępienie. [...] Królestwo ziemskie
służy za pomocnika Boskiego rozgniewania na podłych i jest przedsionkiem
piekła niosącym śmierć. Nie można mieć litości, ale trzeba ściśle,
surowo i przeraźliwie wypełnić to dzieło [eksterminacji uczestników
chłopskiego powstania -?G.K.] i tę powinność [...] Ten, kto łamie
prawo, musi umrzeć bez żadnej litości. [...] Tu pobłażliwość albo
miłosierdzie nie wchodzą w rachubę. Teraz jest czas miecza i gniewu, a nie czas łaski51.
Łaski władza świecka nie powinna również okazywać wobec kobiet
oskarżonych o uprawianie czarów i utrzymywanie kontaktów z demonami.
Należy pamiętać, że Marcin Luter podobnie jak inni przywódcy reformacji
(np. Jan Kalwin) święcie wierzył w istnienie czarownic52. W czasie rozmów przy stole (Tischreden) toczonych w gronie najbliższych
współpracowników i rodziny niemiecki reformator wspominał, jak to jego
matka "dręczona była przez czary, które rzuciła na nią sąsiadka -
czarownica"53.
Być może kierując się tymi dramatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa,
podobnie jak w przypadku powstania chłopskiego, również w odniesieniu do
kobiet oskarżonych o czarownictwo i komitywę z diabłem Marcin Luter
zalecał władzom świeckim maksymalne okrucieństwo. W jednym ze swoich
kazań z 1526 r. mówił, że
jest całkowicie sprawiedliwe prawo, które nakazuje uśmiercać czarownice,
ponieważ powodują one szkody, co do tej pory było ignorowane [przez
Kościół katolicki -?G.K.]. Mogą one bowiem kraść z domów mleko, masło i inne rzeczy. [...] Mogą one zaczarować dziecko, tak że ciągle krzyczy,
nie je i nie śpi. Mogą również spowodować tajemnicze schorzenia w ludzkim kolanie, tak że całe ciało się skręca. [...] Czarownice należy
zabijać, ponieważ są złodziejkami, cudzołożnicami, bandytkami,
morderczyniami. [...] Szkodzą one na wiele sposobów, dlatego mają być
zabite. Nie tylko dlatego, że szkodzą, ale również dlatego, że zadają
się z szatanem54.
Nie tylko czarownice należały do grona "szkodników", wobec których
władza państwowa sprawująca -?jak utrzymywał Luter -?z Bożego
przewidzenia monopol przemocy w "królestwie przemocy i terroru", miała
nie okazywać żadnego pobłażania. Również wobec Żydów niemiecki
reformator nie szczędził słów, które brzmią jako jednoznaczne
nawoływanie do przemocy. W opublikowanym w 1543 r. traktacie O Żydach i o ich kłamstwach twórca reformacji przedstawił zasadnicze punkty
właściwej jego zdaniem polityki władców żyjących nauczaną przez niego
"prawdziwą Ewangelią" wobec swoich żydowskich poddanych.
Przede wszystkim zalecał więc podpalanie żydowskich szkół i synagog, a to, co nie spłonęło, należało "zasypać ziemią, aby człowiek nie zobaczył
kamienia ani żużlu", który pozostał po spalonych obiektach. Zburzone
miały zostać również żydowskie domy, a ich dotychczasowych właścicieli
należałoby "umieścić w jakimś przytułku lub stodole jak Cyganów". Marcin
Luter radził, aby odebrać Żydom wszystkie modlitewniki i księgi Talmudu,
"bo w nich uczy się bałwochwalstwa, przekleństw i bluźnierstw". Władze
powinny zasądzać karę śmierci wobec rabinów nauczających zasad judaizmu,
ponieważ wraz z odrzuceniem Chrystusa prawo do nauczania o prawie Bożym
zostało Żydom na zawsze odebrane.
Luter zalecał również represje ekonomiczne. Władze państwowe powinny
zarządzić konfiskatę wszystkich kosztowności należących do Żydów, jak
również wydać zakaz uprawiania przez nich lichwy. Twórca niemieckiej
reformacji przewidywał natomiast swoistą reedukację Żydów poprzez pracę.
W drodze zarządzeń władza świecka powinna
dać młodym Żydom i Żydówkom do ręki cep, siekierę, motykę, łopatę,
kądziel, wrzeciono i kazać zarabiać im na chleb w pocie czoła. Bo
słusznie gniew Boży nad nimi jest wielki, a przez stosowanie pełnego
łagodności miłosierdzia stają się coraz gorsi, a przez surowość staną
się trochę lepsi. Dlatego precz z nimi na zawsze55.
Nawoływanie twórcy reformacji do przemocy wobec Żydów będzie w XX w.
przywoływane jako swego rodzaju alibi przez tych, którzy w odróżnieniu
od niego nie chcieli "reedukować" Żydów, ale ich wszystkich fizycznie
eksterminować. Będzie o tym jeszcze mowa. Warto jednak skontrastować
słowa duchowego przywódcy reformacji ze stanowiskiem nieuznawanego przez
niego Kościoła katolickiego, które odrzucając judaizm rabiniczny (ale
nie wiarę patriarchów i proroków opisaną na kartach Starego Testamentu,
traktowaną jako zapowiedź przyjścia Chrystusa -?Syna Bożego),
jednocześnie odrzucał przemoc jako metodę przyspieszenia oczekiwanego
nawrócenia na chrześcijaństwo całego narodu żydowskiego.
Próżno szukać w magisterialnych wypowiedziach papieży słów nawet w daleki sposób zbliżonych do podżegających do przemocy deklaracji Lutra.
Znajdują się natomiast słowa, które w 1419 r. znalazły się w jednym z dokumentów opublikowanych przez papieża Marcina V:
Ponieważ Żydzi stworzeni są na obraz i podobieństwo Boże, a ich
potomstwo będzie kiedyś zbawione, postanawiamy tedy, za przykładem
naszych poprzedników, aby nie napadano na nich w synagogach, nie
naruszano ich praw i zwyczajów, nie wleczono przemocą do chrztu, nie
zmuszano do obchodzenia uroczystości chrześcijańskich, do noszenia
nowych odznak żydowskich i nie stawiano przeszkód ich stosunkom
handlowym z chrześcijanami56.
Wytworzona w kolejnych wiekach na zapotrzebowanie aktualnych
ideologicznych potrzeb związanych ze wzrostem nacjonalizmu recepcja
Marcina Lutra kazała widzieć w nim prekursora "narodowego przebudzenia"
w krajach niemieckich (por. niżej). Twierdzenie, że twórca reformacji
był niemieckim nacjonalistą, jest ahistoryczne. Między innymi dlatego,
że nacjonalizm jako ideologia oraz program polityczny miał z gruntu
demokratyczne korzenie. Trudno zaś Marcina Lutra -?przyjaciela książąt i ich niczym nieograniczonej władzy w domenie "królestwa terroru i bezwzględności" -?uznać za demokratę. Należy jednak dostrzec, że jego
wypowiedzi niejednokrotnie charakteryzowały się ksenofobicznymi tonami,
a ich twórca świadomie grał na budzącej się wśród Niemców początku epoki
nowożytnej narodowej dumie57.
Mówiąc o Niemcach, należy mieć na myśli zwolenników reformacji w gronie
ówczesnych elit kulturalnych (humaniści) i politycznych (rycerstwo),
wśród których nastroje nie tylko antypapieskie, ale i antyrzymskie były
dość silne, a walkę uczniów "czystej Ewangelii" z papieskim Rzymem
przedstawiano jako kolejną odsłonę walk Germanów z Imperium Romanum
(Ulrich von Hutten)58. Na tej antyrzymskiej, mocno ksenofobicznej
nucie Marcin Luter umiejętnie grał w Wormacji w 1521 r. oraz we
wszystkich swoich późniejszych wystąpieniach i traktatach. Bardzo
znamienne słowa znalazły się w liście do kurii rzymskiej skierowanym
krótko po zakończeniu wormackiego sejmu przez Girolama Aleandra,
specjalnego nuncjusza papieskiego przy dworze Karola V: "Dziewięć
dziesiątych Niemiec wrzeszczy "Luter", a pozostała jedna dziesiąta
przynajmniej: "śmierć rzymskiemu dworowi", każdy zaś krzykliwie domaga
się soboru"59.
Wystrzegając się ahistoryzmu, który identyfikuje niemieckiego
reformatora jako twórcę ideologii niemieckiego nacjonalizmu, nie należy
pomijać tego, że on sam i cała reformacja w decydujący sposób
przyczyniły się do rozwoju antyrzymskiego syndromu, który w kolejnych
wiekach już w mocno zsekularyzowanej postaci (antyrzymskość przeszła w teorię "specjalnej", czyli lepszej od innych europejskich nacji, drogi
kulturowego rozwoju Niemiec) stał się jednym z filarów niemieckiego
nacjonalizmu.
Wbrew późniejszym apologetom reformacji i Marcina Lutra należy wskazać,
że zapoczątkowany w 1517 r. rewolucyjny wstrząs nie tylko zatrząsł
fundamentami zachodniego świata chrześcijańskiego, ale uderzając w ustrojowe podstawy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego,
osłabiał tę instytucję, która była widomym znakiem -?ułomnym, ale
jedynym w epoce nowożytnej -?jedności kształtującego się narodu
niemieckiego. Nie tylko konflikty religijno-polityczne, ale i powstanie
na skutek reformacji lokalnych (protestanckich) Kościołów krajowych
(Landeskirchen) wydatnie przyczyniło się do utrwalenia politycznych i kulturowych podziałów między krajami niemieckimi60.
Dezintegracyjny skutek reformacji dla historii Niemiec uprawnia nawet
zdaniem niektórych historyków do sformułowania wniosku, że ruch
zainicjowany przez "niemieckiego Herkulesa" "w zdecydowany sposób
opóźnił wykształcenie niemieckiego narodu kulturowego, a może i państwowego, w stosunku do tempa pozostałych krajów Europy
Zachodniej"61.
Rewolucyjny wstrząs dla zachodniej christianitas, którym była
reformacja, przybrał postać potężnej fali dehellenizacji (Benedykt XVI),
czyli zakwestionowania "szczęśliwej syntezy" między wiarą i rozumem.
Impulsem dla jej powstania były kolejne etapy akulturacji
chrześcijaństwa do filozoficznego dziedzictwa klasycznej filozofii
greckiej i rzymskiej: najpierw w epoce Ojców Kościoła (IV-VI w.), a następnie w czasie trwającego w średniowieczu renesansu
arystoteliańskiego (XII-XIII w.).
Twórca reformacji rozerwał tę "szczęśliwą syntezę", twierdząc, że
człowiek wierzący nie może być człowiekiem rozumnym. Autorzy kolejnej
rewolucji w świecie ducha i intelektu, oświeceniowi filozofowie i publicyści o zacięciu filozoficznym, również rozrywali ją, wychodząc co
prawda z odmiennej przesłanki (człowiek rozumny nie może być człowiekiem
wierzącym), ale podobnie jak Luter zamiast "szczęśliwej syntezy"
opowiadali się za "fałszywą dychotomią" między wiarą i rozumem62.
Marcin Luter z pewnością nie podpisałby się pod słowami prologu do
encykliki Fides et ratio św. Jana Pawła II z 1998 r., w którym jest
mowa o tym, że "duch człowieka na dwóch skrzydłach -?wiary i rozumu -
wznosi się ku kontemplacji prawdy". W jednym ze swoich kazań
wygłoszonych w 1546 r. twórca reformacji porównywał ludzki rozum do
"największej diabelskiej k...y, zeżartej przez świerzb i trąd, którą
powinno się zdeptać nogami i zniszczyć ją i jej mądrość". Zalecał, by
"utopić rozum we chrzcie"63.
Równie wysoka amplituda gwałtowności towarzyszyła wyrażanej przez Lutra
krytyce przejmowania przez Kościół wywodzącej się ze starożytnej
(pogańskiej) Grecji filozofii, zwłaszcza metafizyki, która od czasu
wielkiego dzieła św. Tomasza z Akwinu stanowiła i ciągle ma stanowić
podstawę dla katolickiej filozofii oraz teologii. Dla autora Summy
teologicznej Arystoteles był pewnym autorytetem dla konstruowania
katolickiej filozofii bytu, a wywodząca się od Stagiryty filozofia
przyrody stanowiła podstawę dla rozwijanej na europejskich
uniwersytetach w epoce średniowiecza metodologii badań naukowych.
To wszystko Marcin Luter odrzucał z iście rewolucyjnym zapałem.
Arystotelesa nazywał "przeklętym, aroganckim, pogańskim łajdakiem, który
poprzez swoje zwodnicze pisma uwiódł i ogłupił tak wielu z najlepszych
chrześcijan". A przyjęcie przez Kościół terminologii filozoficznej
wywodzącej się od Arystotelesa było jednym z dowodów na to, że Kościół
rzymski stał się "synagogą diabła", skoro -?jak twierdził niemiecki
reformator -?"to sam szatan wprowadził [do Kościoła -?G.K.]
studiowanie Arystotelesa". W charakterystycznym dla siebie stylu Luter
zapewniał: "Przeczytałem Arystotelesa z większym zrozumieniem niż święty
Tomasz z Akwinu lub Duns Szkot"64.
W ten sposób niemiecki reformator zaprezentował sposób myślenia każdego
rewolucjonisty, który jest odwrotnością maksymy wypowiedzianej przez
Bernarda z Chartres, żyjącego na przełomie XI i XII w.: "Jesteśmy jak
karły wspinające się na ramiona gigantów, by widzieć więcej od nich".
Rewolucjonista sądzi, że to on jest gigantem myśli i czynu depczącym po
karłowatym dorobku swoich poprzedników, którzy nie byli nawet w stanie
przez piętnaście wieków odkryć prawdziwej Ewangelii.
Odkrywanie "prawdziwego Lutra" w niemieckiej kulturze (zwłaszcza
kulturze politycznej) kolejnych wieków nie dostarcza frapujących odkryć
nieznanych faktów w jego biografii. Nie jest też recepcją wcześniej
nieznanych myśli ukrytych w jego rozlicznych pismach. Ta afirmatywna
recepcja mówi natomiast sporo o tych, którzy jej dokonywali. W tym także
o ich dążeniu do przeprowadzania rewolucyjnych zmian, przy traktowaniu
protestanckiej reformacji jako matrycy kolejnych rewolucji.
Niemieckie oświecenie utrwaliło "wolnościowy" wizerunek Marcina Lutra i reformacji jako "wyzwolenia z okowów ciemnoty i zabobonu" nałożonych na
ludzki umysł przez Kościół katolicki. Na początku XIX w., po
doświadczeniach antynapoleońskich "wojen wyzwoleńczych" i w związku z pierwszą falą rozwoju niemieckiego nacjonalizmu, doszedł nowy wątek w tej heroizacji reformacji i jej twórcy, akcentujący wyzwolenie nie tylko
na polu duchowym i intelektualnym, ale i narodowym65.
Manifestacją tego nowego wizerunku Marcina Lutra jako niemieckiego
nacjonalisty był ogólnoniemiecki zjazd związków i stowarzyszeń
studenckich (Burschenschaftów), który odbył się w 1817 r. w trzechsetlecie reformacji na zamku w Wartburgu, gdzie korzystając z gościnności elektora saskiego, Marcin Luter zgodnie z protestancką
tradycją miał przetłumaczyć Biblię na język niemiecki. Uczestnicy
Wartburgsfest łączyli postulaty dotyczące liberalizacji ustroju
politycznego (nadanie konstytucji w poszczególnych państwach
niemieckich, zniesienie cenzury, większa autonomia dla uniwersytetów) z żądaniem zjednoczenia Niemiec. Zważywszy na fakt, że zdecydowana
większość państw wchodzących od 1815 r. w skład Związku Niemieckiego
była monarchiami, wyrażane przez akademików dążenie do utworzenia
"wielkiej niemieckiej ojczyzny" było jednocześnie dążeniem do
przeprowadzenia nad Renem i Łabą rewolucji politycznej i ustrojowej.
Programowe przemówienie na zjeździe w Wartburgu wygłosił Heinrich
Arminius Riemann (1793-1872) -?student teologii ewangelickiej na
uniwersytecie w Jenie, uczestnik "wojen wyzwoleńczych" (1813-1815), a w przyszłości pastor. Dziejową rolę Marcina Lutra, która w XIX w. w podzielonych Niemczech zyskiwała zdaniem mówcy coraz bardziej na
aktualności, Riemann stylizował na podobieństwo nadejścia nowego, tym
razem niemieckiego Mesjasza:
Gdy nadeszła pełnia czasu, wzbudził Bóg w ciemnych murach
augustiańskiego klasztoru człowieka, by głosił lepszą naukę; człowieka,
który wywróci stoły lichwiarzy z Kościoła rzymskiego, uwalniając tym
samym świat z najbardziej haniebnych więzów, więzów ducha. Luter
wystąpił, mając wielkie cnoty i przymioty, pełen ufności i bojaźni Boga,
a bez bojaźni wobec człowieka. Potężną siłą wstrząsnął rzymską skałą aż
do jej podstaw, śmiało proklamując zasadę, że wiara jest czymś wolnym,
do czego nie można zmuszać [...] Usuwając wiele poważnych nadużyć,
działał on w sposób dobroczynny dla wszystkich narodów, najbardziej
jednak dla narodu niemieckiego, któremu dał Pismo Święte i nabożeństwo
po niemiecku. Otworzył mu w ten sposób nieprzebrane bogactwa jego
własnego języka. Tylko to osiągnięcie sprawia, że zyskał on
nieśmiertelność. Nie krytykujcie go, jakoby wprowadził on podziały i konflikt wewnątrz narodu [niemieckiego]. To jego adwersarze, którzy
nie rozpoznawali ani boskiego, ani ludzkiego prawa, są temu winni.
Dlatego też powinien on być przez nas chwalony jako pierwszy i największy człowiek swojej epoki, jako mąż Boży i mąż Narodu, którego
imię nieustannie płonie w sercach jego narodu, podobnie jak może zostać
utrwalony w kamieniu i w żelazie66.
Interpretacja dziejowej roli Lutra wygłoszona w 1817 r. przez
niemieckiego studenta po kilkudziesięciu latach zyskała stempel
naukowości z ust Leopolda von Rankego -?wykładowcy historii na
Uniwersytecie Berlińskim, otwierającego poczet "politycznych historyków"
wkraczających w dziewiętnastym stuleciu do niemieckich
uczelni67. W 1875 r. orzekł on, że reformacja była "czynem
niemieckiego ducha, poprzez który naród [niemiecki] udokumentował
najwyraźniej swoją wewnętrzną jedność"68.
Przez cały XIX w. niemiecki liberalizm i niemiecki nacjonalizm zgodnie
pracowały nad utrwaleniem Janusowego konterfektu Lutra jako
oswobodziciela i prekursora budowy "jednej, wielkiej niemieckiej
ojczyzny"69. Ta synergia nie powinna dziwić, zważywszy na fakt,
że niemiecki liberalizm od swoich początków w epoce "wojen
wyzwoleńczych" aż po proklamowaną przez polityków tego kierunku w okresie Wiosny Ludów zasadę "zdrowego egoizmu narodowego" (najpierw do
zastosowania wobec Polaków w zaborze pruskim) i współdziałanie z Bismarckiem w walce z "ultramontańskim zagrożeniem" w latach
Kulturkampfu, traktował nacjonalizm (a więc również poczucie wyższości
wobec takich nacji "mniej kulturowo zaawansowanych" jak Polacy) jako
naturalny wyraz "niemieckiej wolności" i cywilizacyjnego postępu
realizowanego przez deutsches Kulturvolk (niemiecki naród
kultury)70.
Swojego Lutra i swoją reformację odkrywali również przedstawiciele
kolejnych wielkich rewolucji w świecie ducha i polityki, które rodziły
się nad Renem i Łabą. Georg Wilhelm Hegel, najwybitniejszy obok
Immanuela Kanta przedstawiciel niemieckiej filozofii idealistycznej,
który traktował dziewiętnastowieczne państwo pruskie jako ucieleśnienie
"ducha dziejów", stwierdzał, że największą zasługą reformacji jest to,
iż "u nas [w krajach niemieckich -?G.K.] przykazania religii, którą
wyznajemy, pokrywają się z tym, co jest słuszne w państwie"71.
W afirmatywnym tonie o Lutrze i reformacji wypowiadali się twórcy
ideologii komunistycznej (tzw. socjalizmu naukowego). Karol Marks
doceniał zasługi Lutra w "zniszczeniu duchowo skostniałego społeczeństwa
feudalnego". Fryderyk Engels, nie szczędząc słów krytyki pod adresem
twórcy reformacji (ani nie oczyścił wiary chrześcijańskiej, ani nie
przysłużył się dla sprawy "wolności ludu"), wysoko oceniał napisany
przez Lutra chorał Eine feste Burg ist unser Gott (słowa pochodzą z psalmu w tłumaczeniu reformatora) jako "Marsyliankę
reformacji"72.
W Marcinie Lutrze "religijnego Dantona" widział Heinrich Heine -?poeta
niekryjący swoich demokratycznych sympatii politycznych. W opublikowanej
w 1834 r. Historii religii i filozofii w Niemczech Heine wychwalał
Lutra jako "męża opatrznościowego, przez którego wielkie rzeczy dokonały
się w narodzie niemieckim". Atutem twórcy reformacji było również to, że
głoszona przez niego "czysta Ewangelia" wyrażała "starogermański
panteizm"73. Zważywszy na fakt, że taką opinię wyrażał
niemiecki poeta żydowskiego pochodzenia, miało to swoją zupełnie
nieoczywistą wymowę.
Następcą Leopolda von Rankego na berlińskim uniwersytecie był Heinrich
Treitschke -?pod względem politycznym sympatyzujący z ruchem liberalnym,
a jako "nadworny" historyk politycznego mainstreamu (tj. konserwatyzmu
oraz kierunku narodowo-liberalnego) utworzonej w 1871 r. Rzeszy
Niemieckiej łączył w swoim pisarstwie skrajny nacjonalizm (dla
niemieckiego liberała nic nadzwyczajnego) z antysemityzmem,
antypolonizmem i antykatolicyzmem. Niemcy zjednoczone przez Prusy "krwią
i żelazem" weszły na ścieżkę przyspieszonego poszukiwania postaci i wydarzeń mających charakter symbolicznej integracji74.
Ścieżka już dawno była przetarta, a na jej końcu była protestancka
reformacja i Marcin Luter.
W ciągu dwudziestu kilku lat między Wiosną Ludów a utworzeniem Rzeszy
Niemieckiej w prasie liberalnej i protestanckiej ukazującej się w państwach niemieckich na równi podkreślano zasługi Lutra i reformacji
dla uczynienia z Niemców "narodu kulturowego" oraz kulturową odmienność
(niższość) katolików od tego wzorca kształtowanego od 1517 r. Przy
okazji odsłonięcia w 1868 r. pomnika Marcina Lutra w Wormacji
porównywano po stronie protestanckiej tę statuę do "sztandaru, którego
germański duch, niemiecko-ewangelicki naród nie może dać sobie wyrwać z rąk i złożyć w ręce wroga"75.
A "wróg" był jasno określony (czytaj: katolicyzm) i -?jak alarmował w tym samym 1868 r. Daniel Schenkel, profesor teologii ewangelickiej na
uniwersytecie w Heidelbergu
znowu podnosi swoją głowę. Naigrywa się on i pogardza wolnością ducha,
ponieważ nie ma oręża, by ją zwalczać. Chce on ponownie pogrążyć
niemiecki naród w stare ciemności. Nienawidzi on edukacji ludu, a szkołę
chce mieć taką, by tańczyła, jak on zagra. Gardzi on wolnym słowem i wolnym państwem76.
Jeśli prawdą jest to, że "autoportret Rzeszy Niemieckiej" po 1871 r.,
rozumiany jako poszukiwanie (a właściwie: wytwarzanie) symbolicznej
integracji, polegał na "wielkim zaklinaniu zmarłych"77, to
jedna z najważniejszych odsłon tego spektaklu miała miejsce w 1883 r.
Przypadła wówczas czterechsetna rocznica urodzin Marcina Lutra, co stało
się okazją do ogólnoniemieckich obchodów upamiętniających okrągły
jubileusz przyjścia na świat twórcy reformacji. Heinrich Treitschke za
sprawą swojego artykułu Luter i naród niemiecki, opublikowanego na
łamach "Preussische Jahrbücher" -?periodyku będącego nieformalnym
organem prasowym dominującej w państwie Hohenzollernów
protestancko-konserwatywno-narodowoliberalnej elity kulturowej i politycznej -?nadał tym obchodom rangę "symbolu państwowej religii
politycznej, która w dużej mierze definiowała niemiecki nacjonalizm w II
Rzeszy"78.
Wśród wielu zasług Marcina Lutra dla berlińskiego profesora na czoło
wybijało się to, że twórca reformacji "ogłosił pełnoletność państwa".
Dzięki temu, iż Luter "zniszczył silny mur romanistów", czyli tezę
głoszoną (wg Treitschkego) przez Kościół katolicki, że "władza duchowa
jest ponad władzą świecką", w krajach niemieckich, w których zwyciężyła
reformacja, doszło do "właściwego ułożenia relacji państwo-Kościół".
Luter wpoił swoim rodakom jak najbardziej słuszne przekonanie, że "to
państwo jest ładem Bożym, który jest uprawniony i zobowiązany do
podążania -?niezależnie od Kościoła -?za własnymi celami
moralnymi"79.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki