2
Powinien być martwy. Ale nadal żył. Ta myśl nieustannie pojawiała się z każdym powrotem świadomości. Była niczym automatyczne przypomnienie, którego nie da się wyłączyć, jak slogan wnikający w umysł tak głęboko, że mimowolnie powtarza się go pod nosem. I chociaż słyszał tę myśl już nie dziesiątki czy setki, ale tysiące razy, nie potrafił się do niej przyzwyczaić.
Leżał z zamkniętymi oczami, a dookoła niego trwała martwa cisza. Ten krótki moment zawieszenia i uśpienia świata tuż po przebudzeniu lubił najbardziej. Po chwili poczuł jednak przez przymknięte powieki pierwsze promienie słońca i usłyszał, jak nieme dotąd królestwo natury budzi się do życia za oknem jego chatki. Jak zwykle zastanawiał się, czy jest sens wstawać, w końcu nie miał żadnych planów, żadnych obowiązków i mógł przeżyć kolejny dzień, nie wychodząc z domu. Ale wiedział też doskonale, że mimo to jak co dzień zejdzie z hamaka i wykona serię rutynowych, nie do końca potrzebnych czynności, bo to właśnie rutyna zapewniała mu w miarę normalne funkcjonowanie. Inna sprawa, czy ktokolwiek byłby skłonny oceniać jego życie w kategoriach normalności. Miał to jednak gdzieś, jak wszystkich ludzi.
Ostatecznie wstał, bo nigdy nie potrafił ponownie zasnąć po przebudzeniu. Raz przerwany sen już nie wracał. Zastanawiał się intensywnie, co ma do zrobienia. Czekało go jednak to, co zwykle - śniadanie, pranie, poszukiwanie opału, może jakieś polowanie i ewentualnie drobny remont chatki. Remonty, no właśnie... Zeskakując z hamaka, w ostatniej chwili uniknął przewrócenia stojącej na środku pustego pokoju drewnianej misy wypełnionej po brzegi wodą. Nawyki mają też negatywną stronę - każda, nawet najdrobniejsza zmiana może zburzyć codzienny porządek. Zupełnie zapomniał o naczyniu, w którym zebrał się deszcz z przeciekającego dachu. Sądząc po ilości wody, w nocy musiało mocno padać. Wydawało mu się, że przez sen słyszał nawet grzmoty, ale jeśli już spał, to jak zabity, więc równie dobrze za oknem mogła trwać apokalipsa, a on i tak obudziłby się dopiero wraz z pierwszymi promieniami słońca. Dziura w dachu była tyleż problemem, co zbawieniem - dzięki niej miał świeżą wodę, którą mógł przemyć twarz. Mimo wszystko dachem trzeba było się zająć, podobnie jak przygotowaniem nowych strzał, bo poprzedniego dnia złamał kolejną w czasie polowania. Ale wszystko to po rozgrzewce. Zrobił trzydzieści pompek, następnie chwycił z dębowej deski leżącej na podłodze kawałek pieczeni z zeszłego wieczora i wyszedł przed chatę.
W pobliżu jak na zawołanie poruszyły się zarośla, a zza nich wyłonił się biały wilk. Pamiętał ich pierwsze spotkanie i wymianę spojrzeń gdzieś w samym środku Bieszczadów. Mimo początkowego strachu i nieufności od razu poczuł, że będą przyjaciółmi. O ile oczywiście jest możliwa przyjaźń między człowiekiem a wilkiem. Nie wiedział zresztą, co tak naprawdę ich łączyło, ale coś na pewno. Obaj byli wyrzutkami - zwierzętami stadnymi, które z różnych względów stroniły od innych przedstawicieli swojego gatunku. Samotnikami, którzy chodzą własnymi ścieżkami. Czasami miał wrażenie, że dobrze czują się jedynie w swoim towarzystwie, choć - podobnie jak wilk - nie był skłonny albo nie potrafił tego okazać. Kilka lat temu, kiedy jeszcze czytał książki i gazety, wpadł mu w ręce poradnik surwiwalowy napisany przez kobietę. Od dziecka lubił tego typu lektury, a ta była wyjątkowa. Autorka opisywała w niej, jak zamieszkała w chatce w środku lasu z dzikiem i rysiem. Wtedy uznał to za niewarty uwagi szczyt dziwactwa i zamiast dokończyć lekturę, sprawdził rubrykę sportową. Teraz, kiedy jego jedynym przyjacielem był wilk-albinos, który wprawdzie nie był jego współlokatorem, ale codziennie rano przychodzi go odwiedzić i spojrzeć mu głęboko w oczy, zrozumiał, że uznanie czegoś za dziwactwo to tylko kwestia perspektywy i często przychodzi moment, w którym to, co wydawało się dziwactwem, okazuje się czymś nie tylko normalnym, ale i pożądanym. A z miejsca, z którego teraz spoglądał, wilk wydawał mu się bliższy od wszystkich ludzi, jakich poznał w życiu. Człowiek człowiekowi wilkiem, a wilk człowiekowi człowiekiem? Pytanie, czy on sam był jeszcze człowiekiem...
Z rozmyślań wyrwał go pomruk przyjaciela. Odruchowo rzucił mu pozostały kawałek pieczeni. Na ogół nie przechowywał jedzenia w chacie, bo zapach mięsa mógł sprowadzić nieproszonych gości. Wilk takim nie był.
Patrzył, jak jego przyjaciel dostojnie podchodzi do mięsa, dokładnie je obwąchuje i pożera jednym kęsem, a potem ruszył truchtem przed siebie. Świeżego zapachu lasu o poranku nie dało się porównać z niczym innym. Był dla niego jak narkotyk, który sprawiał, że krew zaczynała szybciej krążyć w żyłach, oddech przyspieszał, a ciało odzyskiwało energię. Podkręcił tempo do pełnego biegu, stąpając lekko po leśnym runie. Błyskawicznie mijał kolejne drzewa, zagłębiając się w puszczę.
Nagle zastygł w miejscu. Minęła chwila, zanim umysł przekazał informację, dlaczego nogi zesztywniały, zmysły się wyostrzyły, a mięśnie napięły. To był głos. Ludzki. A może tylko mu się zdawało? W zasadzie nie powinno go to dziwić, w końcu i tu mieszkają ludzie, ale omijał ich szerokim łukiem i nie pamiętał już, kiedy ostatnio kogoś widział. Wyostrzył słuch. Teraz był pewien, że kilkaset metrów dalej grupka ludzi prowadzi rozmowę, budzącą spore emocje szczególnie u kobiety. By uniknąć spotkania, ruszył sprintem w lewo, zmieniając standardową trasę biegu.
Kiedy wrócił do chatki, wilka już nie było. Oddychając ciężko, usiadł na progu. Odczuwał irracjonalny niepokój, a może nawet panikę. Zdawał sobie sprawę, że przyjdzie taki dzień, gdy znów usłyszy ludzki głos albo nawet spotka na swojej drodze człowieka. Wiedział o tym, ale mimo wszystko teraz, po raz pierwszy od miesięcy, a może nawet lat, dotarło do niego, że jego ucieczka od ludzkości może dobiec końca. Że go znaleźli i nic już nie będzie takie jak wcześniej. Jak w przypadku plemion odkrywanych w lasach Amazonii, tropikach czy na wyspach, a następnie wyniszczanych przez odkrywców. Martwił się, że to właśnie spotka jego mikrokosmos, który z taką pieczołowitością ukrywał w puszczy. Na dobrą sprawę nic nie wskazywało na to, by spotkani ludzie mogli dotrzeć w pobliże jego chatki, ale sam powrót świadomości ich istnienia napawał go mieszaniną lęku i wstrętu.
Oddech szybko się ustabilizował, co z pociągnęło za sobą jasność umysłu. Uśmiechnął się z politowaniem, myśląc o tym, czego właśnie niedawno doświadczył. Dookoła znów panowała cisza, przerywana od czasu do czasu buczeniem owada lub świergotem ptaków. Podniósł się i wszedł do środka. Z deski leżącej na ziemi zniknęła reszta pieczeni. Widocznie wilkowi przypadł do gustu jego nowy przepis, co mu schlebiało, bo jego przyjaciel był jak na dzikie zwierzę wyjątkowo wybredny. Niemniej zaistniała sytuacja zmuszała go do udania się na polowanie. To była kolejna rzecz, która łączyła go z wilkiem - obaj byli drapieżnikami, a ich dieta wymagała mięsa.
Trudno powiedzieć, czy to nagły głód, czy chęć zagłuszenia czającego się w nim niepokoju, zrodziły pragnienie natychmiastowego udania się na łowy, mimo że wciąż jeszcze odczuwał trudy porannego biegu. Polowanie pomogłoby mu wyłączyć myślenie, a tego dnia tego właśnie potrzebował. Chwycił stojący w rogu pokoju cisowy łuk i kołczan ze strzałami. Był szczególnie dumny z tego pierwszego. Miał wiele rodzajów broni, żadna jednak nie wydawała mu się tak doskonała jak ten zwykły łuk. Poświęcił jego wykonaniu więcej czasu niż jakiejkolwiek innej rzeczy, która wyszła spod jego rąk. A było ich naprawdę wiele.
Przed polowaniem należało sprawdzić wnyki. Miał ich kilka - zarówno prostych pętli, jak i wnyków napinanych, ale wszystkie były puste. Obszedł kilka miejsc, w których zazwyczaj polował, jednak las jakby opustoszał - miał wrażenie, że nie tylko on, ale i zwierzęta przestraszyły się niepożądanej obecności człowieka i skryły się przed jego spojrzeniem. Nie miał jednak w zwyczaju odpuszczać, dlatego ruszył poza swoje stałe tereny łowieckie. Przez te kilka lat puszcza stała się jego domem i świetnie się w niej orientował - wiedział, gdzie jest, i miał świadomość, że coraz bardziej oddala się od tego, co uważał za swoją strefę bezpieczeństwa. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz zapuszczał się w te rejony, o ile w ogóle kiedykolwiek tu dotarł.
Ale opłaciło się. Kątem oka dostrzegł ruch po swojej prawej stronie i zamarł. To był zając. Wprawnym, spokojnym ruchem założył strzałę na cięciwę i wymierzył w szaraka. Ten zastrzygł uszami i spojrzał w jego stronę. Patrzył teraz w oczy zająca, jak niegdyś spoglądał w oczy białego wilka. Ale to było inne spojrzenie - zając przeczuwał, że jest ofiarą, a on wiedział, że jest drapieżnikiem. Cięciwa napięła się, a oddech unormował...
I wtedy usłyszał krzyk. Nie, to nie był krzyk - to był wrzask. Znał ten dźwięk. To odgłos agonii, umierania. Zając uciekł spłoszony, a on rozejrzał się dookoła. Ryk doszedł zza jego pleców. To był młody mężczyzna, może nawet dziecko. Oddech znów galopował w jego piersi, a dłoń mocno zacisnęła się na cisowym łuku. Co miał zrobić? Ktoś konał w pobliżu, a on mógł mu pomóc. Ale nie chciał. Zagryzł wargę i przymknął oczy, próbując się uspokoić. Wolnym krokiem ruszył przed siebie, wypatrując zająca. Cokolwiek działo się za jego plecami, nie była to jego sprawa. Tym bardziej że tego typu wrzask zwiastował kłopoty.
Zatrzymał go kolejny krzyk - tym razem dziewczyny. Po chwili powtórzył się jeszcze raz. Choć stawiał opór całym sobą, coś kazało mu rzucić się pędem w stronę, z której dochodził skowyt. Od dawna nie czuł tego czegoś, myślał, że to w nim już umarło, a jednak nadal było silne, silniejsze od niego. Biegł, ile miał sił w nogach, przedzierając się przez gęsty las. Jedna z gałęzi zraniła go do krwi. Zatrzymał się dopiero na skraju niewielkiej polany. Przez chwilę myślał, że śni.
Na środku polany płonęło ognisko, a właściwie stos o kilkumetrowych płomieniach. W znacznej odległości od niego stały dwie osoby w długich, zielonobrązowych szatach przypominających szaty liturgiczne nieokreślonego obrządku religijnego. Nie sposób było stwierdzić, czy byli to mężczyźni, czy kobiety, ich twarze ukryte były bowiem pod kapturami. Pewne było jedynie to, że patrzyli na trzecią postać - postawnego mężczyznę odzianego w łachmany, który stał zwrócony do niego plecami. Mężczyzna trzymał młodą dziewczynę, jeszcze nastolatkę. Dziewczyna, na wpół żywa, resztką sił próbowała tamować upływ rubinowej krwi płynącej z jej szyi, krew jednak nieubłaganie sączyła się spod palców na jej ubranie i trawę. Dopiero teraz zauważył, że ciemna krew spływa także z jej rozciętego przedramienia. Jedna z postaci w szatach zbliżyła się do dziewczyny i chwyciła ją za ramię, jakby chciała jej dodać otuchy, ale zamiast tego nacięła nożem jej ramię. Obok nich na ziemi leżał martwy chłopak z szeroko otwartymi oczami. Jego szyja była poszarpana, jakby dopadło go wygłodniałe dzikie zwierzę.
Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że na polanie jest jeszcze ktoś. To była kolejna dziewczyna, najmłodsza z całej trójki. Ku jego przerażeniu, przyglądała się ze spokojem, jak mężczyzna rzuca ciało drugiej ofiary niemal u jej stóp. Zamiast uciekać, zrobiła krok w jego stronę, ufnie patrząc mu w oczy. Jej milczenie i brak strachu wydawały się czymś potwornym, do momentu, kiedy mężczyzna odwrócił się na tyle, by mógł dostrzec jego twarz. Zrozumiał, że niesłusznie bał się jedynie ludzi, bo istnieje coś jeszcze gorszego od nich. Mężczyzna bowiem jedynie przypominał człowieka - jego wychudzone ciało i zdeformowana twarz pogrążone były w rozkładzie, a w martwym spojrzeniu czaiła się pustka. Nieporadnymi ruchami, przypominającymi działanie robota we wczesnych stadiach testów, nieubłaganie zbliżał to, co kiedyś było jego rękami, do twarzy dziewczyny.
Nawet nie zauważył, kiedy napiął łuk. Strzała mierzyła już w serce kreatury, kiedy powietrze przeszył strzał z karabinu snajperskiego. Pocisk świsnął tuż obok niego. Usłyszał za plecami głuchy łoskot. Obejrzał się. Na ziemi, tuż za nim, leżała inna rozkładająca się kreatura z roztrzaskaną czaszką. Zanim zdążył to zanalizować, usłyszał szelest dobiegający z krzaków. Odruchowo zasłonił się łukiem, w ostatniej chwili dostrzegając kolejnego potwora, który rzucił się na niego, kłapiąc zajadle szczęką. Próbował go odepchnąć, ale ten napierał na niego z nieludzką siłą. Zęby kreatury były tuż przy jego szyi, gdy z impetem coś odrzuciło ją na kilka metrów. Zrozumiał, że to coś, to jego przyjaciel - wilk. Kolejny pocisk przeszył powietrze, tym razem trafiając w drzewo. Nie zastanawiał się jednak nad tym, bo nie było chwili do stracenia. Ruszył biegiem w stronę dziewczyny, zanim ktokolwiek na polanie zorientował się, co się dzieje.
Postacie w szatach chciały zareagować, podobnie jak dziewczyna, ale było za późno. Rzucił się na nią i przewrócił na ziemię. Upadła bezwładnie na trawę. Kątem oka dostrzegł błysk noża w dłoni odzianego w szaty napastnika. Przeturlał się, unikając ciosu, odruchowo złapał strzałę i wbił jej grot głęboko w szyję atakującego. Z jego ust dobył się przeraźliwy ryk, a gdy upadł w konwulsjach na ziemię, opadający kaptur ujawnił twarz mężczyzny przed trzydziestką. Jego towarzysz stał jak sparaliżowany. Nie ruszył się, podobnie jak dziewczyna, która najprawdopodobniej straciła przytomność, uderzając głową o twarde podłoże. Po chwili ocknęła się, a kiedy zrozumiała, że nie może już pomóc swojemu kompanowi, pobiegła w stronę lasu. Potknęła się jednak i przewróciła, ale natychmiast zerwała się na równe nogi. Zanim zdążył zareagować, zniknęła za zasłoną drzew.
Chciał za nią biec, gdy poczuł, że coś miażdży mu bark. Obrócił wzrok i zobaczył, że rozkładająca się kreatura, o której zapomniał, trzyma go za ramię i nachyla się, by go ugryźć. Napiął mięśnie, szykując się do ciosu i w tym momencie usłyszał kolejny wystrzał. Chwycił leżący na ziemi zakrwawiony nóż i zanim napastnik, chwilowo odrzucony w tył siłą wystrzału, ponowił atak, zatopił ostrze w samym środku jego czoła. Potwór runął bez życia na ziemię.
Rozejrzał się dookoła, dysząc ciężko. Odruchowo chwycił łuk i strzałę. Wzdrygnął się na widok ciał leżących wokół stosu. Powróciły wspomnienia, które dawno już wyparł z pamięci. A przynajmniej tak mu się zdawało. Ci, którzy chcieli zrobić krzywdę dziewczynie, albo nie żyli, albo uciekli. Gdzieś w pobliżu musi być też ktoś, kto ma dobre intencje i chce pomóc. Ale czy na pewno? - pomyślał. "Piekło wybrukowane jest dobrymi intencjami", mówili jedni, "podobno piekło to inni", mówili drudzy. Okazało się, że i jedni, i drudzy mieli rację. A potwory, z którymi się zetknął, oraz ta polana i wciąż buchające na niej płomienie, jak najbardziej kojarzyły się z czeluściami piekielnymi.
Zarośla po przeciwnej stronie polany poruszyły się, a zaraz potem wyłoniły się spomiędzy nich dwie postacie pędzące w jego stronę. Niski, tęgi mężczyzna, a za nim młoda, wysoka brunetka z karabinem snajperskim w dłoniach. Kobieta szybko wyprzedziła mężczyznę.
Podbiegł do dziewczyny leżącej na trawie bez życia. Oddychała, choć, tak jak podejrzewał, straciła przytomność. Nadbiegająca kobieta coś do niego wołała. Kątem oka dostrzegł, że zatrzymuje się i kieruje broń w jego stronę. Dzieliło ją od niego jeszcze dobre kilkadziesiąt metrów. Błyskawicznie napiął łuk i wypuścił strzałę, która zagłębiła się w ramieniu kobiety. Karabin upadł na trawę, a ona sama przewróciła się z krzykiem. Mężczyzna biegnący za nią zatrzymał się i przypadł do niej. Kobieta wiła się, krzycząc wściekle.
Myślał gorączkowo. Nie rozumiał, co się wydarzyło na polanie, ale jednego był pewien - dziewczyna nie była tu bezpieczna. Starał się odsuwać od siebie myśl, że mógłby ją wziąć do siebie. Nie był na to ani przygotowany, ani gotowy. Nigdy nie będzie. Coś jednak musiał zrobić. Cokolwiek. A jeśli nie on, to coś, co w przeszłości przejmowało nad nim kontrolę w chwilach zawahania. To coś właśnie zaczynało działać. Podniósł z ziemi nieprzytomną dziewczynę i przerzucił ją sobie przez ramię. Już się nie zastanawiał. Biegł, ile miał sił w nogach w stronę swej chaty.