1. WYZWOLICIEL
Bolało, ale nie tak jak sobie wyobrażał, ponieważ sobie nie wyobrażał.
Trochę swędzi, przeczytał w internecie. Nie, nie swędziało. Jakbyś się poparzył. Nigdy się nie poparzył. Jakby cię obdzierano ze skóry... Coś było na rzeczy, w pewnym sensie właśnie poddawał się obdzieraniu, a jednak nie, nie, obdzieranie ze skóry kojarzyło mu się z rozbieraniem martwego zwierzaka na mięso, z wielkim obdzieraniem z wielkiej skóry, jak gdyby nigdy nie obdzierano zajęcy czy królików, tylko od razu słonie; w dzieciństwie był pewien, że słonina to mięso słonia, choć wcale nie myślał, że najpierw trzeba obedrzeć go ze skóry. Nie wiedział więc także, jak boli takie obdzieranie, zwłaszcza że przecież dotyczyło żywych. Jego, żywego, niedużego.
Boli, jakbyście się cięli! Wykrzyknik w komentarzu był żyletką, ale przecież nie ciął się, też coś, to inni się cięli, gdzieś daleko, daleko, przez długi czas tylko w więzieniach, pani Pomianowska, sąsiadka z czwartego, przyszła kiedyś do matki i płacząc, wyszeptała, że pociął się syn, w więzieniu, całą rękę. Usłyszał ją przez drzwi dziecięcego pokoju, uchylone dla bezpieczeństwa, choć to właśnie było niebezpieczne, bo gdy usłyszał, wyobraził sobie rękę zamaszyście ciętą w plasterki przez sprzedawczynię w spożywczaku i matkę przed ladą: dwadzieścia deka krakowskiej parzonej poproszę. Dopiero później, znacznie później, cięcie się odnalazł w gazetach, w telewizji i oczywiście w sieci. Ludzie cięli się, tak jak się pije albo łyka tabletki, nieuwięzieni w więzieniu jak syn pani Pomianowskiej, a w sobie. Aktorka słynna nawet się cięła, gwiazda, bogata, śliczna Jolie, śliczna. Śliczna. Dziwne, jakoś dziwniejsze od cięcia się przez brzydką i biedną.
- Boli?
- Nie. Trochę. Ale nie wiem, do czego to porównać.
- Każdego boli inaczej - orzekła zza blatu.
Aforystka, pomyślał z pogardą i od razu się wycofał. Ona to wiedziała, nie wymądrzała się jak matka, kolekcjonerka Biblioteczki Aforystów, malutkich tomików pełnych wielkich mądrości na każdą okazję, a przede wszystkim bez. Cała historia ludzkości to cierpliwe czekanie na triumf człowieka poniżonego. Rabindranath Tagore, chyba Hindus. Zapamiętał, bo pamięć do lekarstw ma przecież zawodową, ćwierć wieku pracuje w fabryce leków, a ten mądrala nazywał się jak lek. Rabindranath Tagore. Rocuronium Kabi. Na co to było? Chyba na zwiotczenie mięśni, tak, bo śmiał się, że jemu nie ma co wiotczeć.
Zatem dziewczyna zza blatu nie paplała jak matka, w końcu pracowała przy bólu. Który swędział, parzył, obdzierał ze skóry, ciął, a także gryzł (jakby cię ktoś gryzł, przeczytał, lecz nikt go nigdy nie ugryzł), szczypał (taka szczypawka, oświadczyła internautka) albo wżerał się jak jakiś kwas. Bo każdego boli inaczej.
- Ojej, ale nie ruszaj ręką!
Spojrzał wreszcie na tę rękę, jakby wzrokiem mógł ją z powrotem najlepiej unieruchomić.
- Ojej.
- Podoba się?
Esy-floresy oplatały mu przedramię od dłoni po łokieć, a taki podniecająco skręcony nie poczuł się nawet dotknięty nową bezosobowością, która od jakiegoś czasu zgrzytała mu w uszach: podoba s i ę ? Zadowolony? Kto? Komu? Lecz nic już go nie pomniejszy: czyż nie przyszedł tu właśnie po osobowość? Tak, podobało m u się, jasne, b y ł zadowolony. I zdumiony, coraz bardziej zdumiony. Ojej!
- No to powoli kończymy. - Uznała westchnienie za "s i ę podoba".
Kończymy? Dopiero zaczynamy, żyć zaczynamy!
Ojej. Naprawdę przyszedł tu z własnej woli? Postanowił znaleźć salon, wejść, wydukać, o co mu chodzi, przed jakimś od stóp do głów kibolem w recepcji, który najspokojniej w świecie, a nawet z uśmiechem, skierował go do poczekalni? Naprawdę usiadł wśród tych dziwnych dziewczyn, trzech Amy Winehouse w rysunkowe pejzaże jak trzy ściany pełne graffiti, niezwracających na niego uwagi w podrygach do rytmów z własnych słuchawek lub z palców wystukujących esemesy w błyskawicznym tempie, w jakim teraz próbuje się istnieć?
Ojej! I naprawdę nie wstał i nie uciekł, gdy nie wiadomo skąd pojawili się nad nim dwaj mięśniacy, całkiem jak z pornosów, i to w chwili, gdy doznał czegoś na kształt ulgi, że czeka z samymi dziewczynami, kobiet bał się tylko w łóżku, a tu nagle oni, lepsi niż z pornosów, bo przez ekran nie czuć, a tu nagle oni i ich drobinki potu podłączające powietrze do prądu, na ramieniu smok, na innym wilk wyjący do księżyca, usłyszał to wycie z samego swego środka, licząc już płytki na podłodze, nie podnosząc wzroku, skazaniec na komisariacie, co z własnej woli przyszedł się przyznać... Ojej, przecież przyszedł się przyznać do życia, do chęci życia! Więc podniósł oczy, a raczej podnosił i podnosił, niezauważony przez smoka, zlekceważony przez wilka, no po prostu niewidoczna drobinka potu lśniąca od perfekcyjnie wycieniowanego księżyca. Czy zawyłby w głos, gdyby nagle nie został wywołany i zabrany tu, gdzie tkwi już chyba trzecią godzinę? Nie, wtedy jeszcze nie.
Który z was to Irek, spytała po prostu i nie zdziwiła się, gdy wstał, mały, chuderlawy wujek, pewnie w wieku jej ojca, w wieku ojca ich wszystkich, a najgorsze, że goły, taki goły, bez jednego wzorku na sobie czuł się tutaj jak bez majtek, całkiem jakby oni urodzili się już tacy wzorzyści, jakby żaden początek, czysta tablica przed lekcją, nigdy nie istniał. Który z was to Irek Szczęściarz, powinna była spytać, lecz nie mogła wiedzieć, jakie to szczęście, że była dziewczyną, w końcu kobiet bał się tylko w łóżku, jakie to szczęście, że nie wywołał go ktoś jak ten kibol w recepcji lub ci ze smokiem albo z wilkiem, facet od stóp do głów. Nie, już by nie uciekł, zabrnął za daleko, ale poszedłby za takim jak skazaniec na komisariacie, może nawet zapominając na chwilę, że przecież nie przyszedł przyznać się do zbrodni, a do chęci ży...
- Tu jeszcze wydziarałabym kreskę, bo całość się chwieje. Zobacz!
Się chwieje? Przecież się podoba, bardzo! Ręka była piękna, nie jego, mógłby ją całować, lizać jak pies, wbić zęby, aż swędzące, by zatopić się w rozkoszy. Raz przyłożył do tej ręki wargi. Znaczy nie do tej, ta była j e g o , choć trudno mu było uwierzyć. Do podobnej przyłożył, tylko oczywiście szerszej, masywniejszej, każda była masywniejsza, i w inne, jeszcze bardziej kunsztowne wzory.
Mandala, przypomniał sobie wtedy i teraz sobie przypomniał, że westchnął w okrągłe, podkolorowane broszki pełne ornamentów, w rozgwiazdy z rafy koralowej, lśniące, a jakże, od pożądanego potu, i szepnął: mandala!
Nie żeby znał się na filozofii Wschodu, coś podobnego było na okładce książki "Mandala życia", którą kiedyś przez kilka godzin jazdy pociągiem czytała pani naprzeciwko. Podczas tamtej podróży tylko raz spojrzała na niego i niespytana sucho wyjaśniła: tak właśnie jest, proszę pana, wszystko łączy się ze wszystkim, zmieniając chaos w harmonię! Więc: mandala, szepnął wtedy z wargami w cudzej skórze, lecz właściciel ręki nie usłyszał, uwijając się nad nim i posapując, a potem, jak to z reguły w takich okolicznościach, nie było już żadnej rozmowy, tamten zrobił swoje i poszedł, zabierając rękę, rozkosz, umówione sto pięćdziesiąt złotych, a może tylko sto, wszystko, co łączy się ze wszystkim.
- No? Dajemy tę kreskę? - Jej palec nad pustym, bladym poletkiem pod łokciem poruszał się jak samochodowa wycieraczka.
- Tak. - Usłyszał nie swój ćwierk, nie tenorek. Niższy, gardłowy głos zaskoczył go, więc jeszcze dwa razy powtórzył: - Tak. Tak.
Podobał mu się ten nowy, pewny swego ton i znów odwrócił głowę. Przecież już wiedział, nowy głos należał do nowej ręki, ba, pochodził z niej. Że nowa ręka należy do niego, tego jeszcze do wiadomości ostatecznie nie przyjął. Ale zdąży, przecież będzie ją miał, taką nową, już zawsze! Na razie chciał jeszcze raz się usłyszeć, więc nagle się rozgadał.
- A ta skrzynka tu? Ta metalowa, z mojej prawej strony - dodał, choć innej nie było, jakby nie wiedziała, że nie jest drewniana i z której strony, ale tak bardzo chciał się dłużej posłuchać. - Do czego służy ta tajemnicza skrzynka? - Ta-jem-ni-cza wypowiadało się i wypowiadało, śmiało i dobitnie wybrzmiewała każda z czterech sylab.
- Laser do usuwania tatuaży.
Kamień przytkał mu krtań, jakby ów nowy głos miał się już nigdy zeń nie wydobyć.
Tego się nie spodziewał. Nie naklejał sobie kalkomanii do zerwania nazajutrz, nie przyszedł na malowanie henną utrzymujące się dwa, góra trzy tygodnie, jeśli rzadko się myjesz, nie interesował go tatuaż tymczasowy, znikający po roku, jakby nic się nie stało. Miało się coś stać, miało się coś wreszcie stać na zawsze, po wsze czasy, na wieki wieków, amen! Ten tatuaż miał istnieć do końca jego życia, a potem w ziemi, choćby cała reszta zgniła, gdyby nie zdążył zastrzec, że chce być spalony, a jeśliby jednak dokonano kremacji, wzór na skórze miał się nie spopielić, miał unieść się w powietrze i trwać jak każda ostateczna konsekwencja nieodwracalnej decyzji, może w postaci jakiejś chmury wijącej się w esy-floresy? Nie, nie, chmura nie jest wieczna, kulą w płot, w każdym razie w postaci wiecznej kuli w wieczny płot.
- To można go usunąć? Tak, by nie został żaden ślad? - Głos nie brzmiał już tak zasadniczo, chrypa nie była tak głęboka, najważniejsze słowo: ślad, chwiało się w intonacji, obawiał się, że gdyby coś jeszcze powiedział, dośpiewałby znienawidzonym tenorkiem.
- Można - padło wśród bzyczenia czarodziejskiej maszynki, którą dorysowywała ostatnią kreskę.
- Tak, by nie został żaden ślad? - Musiał się upewnić, choć brzmiał już niepokojąco wysoko.
Ustało bzyczenie, więc niemal automatycznie się do niej odwrócił, spojrzała na niego jak na małego, chuderlawego wujka, kogoś bez znaczenia, kogoś, kto więcej ma za niż przed, i kogoś, komu można bez żadnych konsekwencji wyznać prawdę, jeśli to nie to samo. Bo przecież nie chodziło o żadną komitywę.
- Szef nie pozwala o tym mówić, ale tobie powiem - niemal wyszeptała nad wciąż niedokończonym rysunkiem. - Zawsze zostaje ślad, jakieś minimalne zgrubienia, przebarwienia, skóra już nigdy nie będzie taka sama.
Odetchnął z ulgą.
Więc jednak już nigdy nie będzie taki sam, choćby wróciły jakieś mroczne czasy i nakazano by usunąć wszystkie tatuaże, jak usuwa się niewygodne fakty i ludzi. Zostanie zgrubienie, przebarwienie... Ha, więc jednak czegoś dokonał, ostatecznego wyboru dokonał, przewalczył zmorę, ciągłą asekurację, wicie się jak piskorz, choć nigdy nie widział wijącego się piskorza, zawierzając powiedzonku.
Nie będzie już taki sam. Nie utonie w powodzi nieustannej udręki, jak przechytrzyć świat, żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. To niemożliwe, mieć i zjeść, to wbrew życiu, wbrew fizyce i psychice, bo wtedy ani się do końca nie ma, ani nie zjada. No i wbrew matce i jej idolowi: cholernemu, pokornemu cielęciu, które rzekomo dwie matki ssie. Jedną miał matkę, wystarczy. Wysysała go i wyżerała przez pięćdziesiąt lat, cofając, gdy chciał zrobić jakiś ważny krok, bo może to nie najlepszy kierunek, może jeszcze poczekać. Z wyprowadzką, aż zdarzy się tańsze mieszkanie, z powiedzeniem w pracy, co sądzi o reorganizacji, bo może najpierw go awansują, z ożenkiem, bo może to jednak nie ta panna.
Z ożenkiem akurat miała rację, ale przypadkowo.
Szczęście to decyzja, szczęśliwi to zdecydowani, nawet jeśli błędnie. Powietrze, które pozwala najszerzej oddychać, składa się z kilkunastu gazów, pary wodnej i popełnianych błędów. Unikanie ich to dwutlenek węgla, w dużych stężeniach duszący.
Tatuaż jest. I pozostanie. Nawet usunięty pozostanie w postaci potajemnego szyfru zgrubień i przebarwień. Klamka zapadła. Drzwi zamknięte, czyli otwarte, zrobił wreszcie coś nieodwołalnego! Tym bardziej zaintrygowali go pokrętni odkręcacze korzystający z lasera w metalowej skrzynce i usiłujący zawrócić bieg niezawracalnej rzeki.
- A kto sobie to... usuwa? - Pewnym, niskim głosem bez trudu przebił się przez znowu włączoną maszynkę.
- Głównie kochliwi faceci. - Chyba zachichotała. - Dziarają sobie imię ukochanej, a potem, gdy się odkochują, przychodzą je wymazać. No rozumiem raz, bo na tobie Aśka, a przy tobie Ewka, głupia sprawa, nie? Ale mam recydywistów, rekordzista przychodził do mnie sześć razy w ciągu roku, ledwie zagoiła się poprzednia, już chciał następną. I to w tym samym miejscu, co za palant!
- I... dało się tak?
- Nie do końca, zawsze trochę nad albo pod, Andżelikę wydziarałam mu już na drugim ramieniu, za długie imię miała, a skóra jest tak samo wieczna jak miłość, czyli wreszcie pęka. - Teraz zachichotała na pewno. - A powiedz takiemu, że może henna albo inna tymczasówka, to jeszcze obraża się i pyskuje, że przecież kocha na zabój, nie na chwilę!
Skóra ci pękła w kącikach, palec matki z maścią trafiający wprost na krańce warg. Skóra ci pękła, ten sam namaszczony palec idealnie w środek kolana rozkwaszonego na prostej drodze. Skóra ci pękła, mówiłam, żebyś się smarował, plecy, któreś wspólne lato, zawsze wspólne lato, plaża... Matka nie wiedziała tylko, kiedy pękał tyłek. Czy zauważała popękane serce? To często szło w parze, serce w prologu, tyłek w epilogu. Zawsze przygodą był tylko, najczęściej zawstydzającą, po pijaku, przecież wiedział, brali go dlatego, że wlał w nich dwa drinki za dużo, za chudy, za mały, potem nagle za stary, bez ramion i z nosem, teraz jeszcze większym, i uszami, teraz już zupełnie jak u sło...
- No i zetkapy przychodzą.
- Zetkapy?
- Z zakładów karnych. Usuwają poprzednie życie, można ich zrozumieć.
Nie rozumiał. Usunąć poprzednie życie znaczyło przecież wytatuować się, a nie wymazać! Wreszcie zaistnieć, a nie niknąć aż do zniknięcia!
I znów przypomniał mu się syn Pomianowskiej, który ciął się w więzieniu. Zetkap. Widywał go potem pod blokiem, wygrażał jej wydziaraną ręką, spluwał na chodnik, a im bardziej odrażający, tym bardziej... Krzyż pański z nim ma, wzdychała matka. On też miał z nim krzyż pański, walił gruszkę w łazience z wydziaranym prostactwem pod czaszką, choć krzyż nie był wstydem, że trzepie, tylko odkryciem, że chciałby być tym oplutym kawałkiem chodnika. Jakoś wkrótce nauczycielka pytała ich w klasie, kim chcieliby być, wstał i nie wydukał słowa, stał i milczał mimo ponawianego pytania: no? no? język ci ucięli?, aż kazała mu podać dzienniczek i wpisała, że jest arogancki. Naprawdę? Matka nie dowierzała. Czy uwierzyłaby w chodnik?
- To wszystko. - Brzęk maszynki ustał. - Dodałam jeszcze taki ornamencik, zobacz.
Odwrócił się w stronę stołu, ojej!
- Nie tak. - Obróciła go na kółkach krzesła w stronę lustra. - A najlepiej wstań, bo wtedy ręka do ciała układa się inaczej.
Posłusznie podniósł się, ojej, ręka, jego i nie jego! Faktycznie do ciała układała się inaczej, czyli nie układała się, więc gdy usłyszał "zaraz wracam" i upewnił się w lustrze, że czarodziejka od esów-floresów zniknęła, jego ciałko zniknęło również. Nie żeby też był czarodziejem, po prostu przestał się pilnować i nowe ciało samo się zobaczyło, automatycznie, samo się dokleiło do tej jego ręki ciało herosów z kina, komiksów i pornosów, którzy zresztą dawno już z nich wyszli, by paradować po ulicach, czyż nie siedzieli w poczekalni ze smokiem i wilkiem? Teraz z kolei ręka była za wątła, więc zmrużył oczy, by zrównać proporcje.
Po Irku Pornoherosie, oczywiście całym wytatuowanym, jak węże najróżniejszego kroju i wielkości snuły się wzory - imiona. Nie, nigdy by nie usunął jednego, by wpisać następne, jak tamten wiecznie zakochany klient, może dlatego, że nigdy tak się nie zakochał, w ogóle nigdy się nie zakochał, popękane serce pękało łatwo od młotka zadurzeń.
Przez szyję, niewprawnymi kulfonami, szło wyraźnie: KRZYCHU, z Y na grdyce. Wiedział, że Krzychu, choć syn sąsiadki nawet nigdy nie zaszczycił go wzrokiem, nie był przecież, niestety, chodnikiem do oplucia. Z prawego ramienia, eleganckimi literami w pionie jak w neonie jakiejś restauracji, spływał AREK, pierwszy, który go tryknął, w Lesie Kabackim, na mrozie. Tu była katastrofa samolotu, w której zginęła Anna Jantar, wydyszał mu za plecami. Stare przeboje Jantarki w radiu i jakieś szczątki w telewizji przyprawiały go już zawsze o dreszcz nostalgicznej rozkoszy. Wtedy, gdy przez wiele dni pokazywali tylko szczątki, nic innego tylko szczątki, czuł się taki nabuzowany, że do Skaryszaka na bzyki wymykał się codziennie, zawstydzająca ruja przeszła mu dopiero po pogrzebach. Za Arkiem, niemal jednym ciągiem, szedł BOGDAN, tak stłukł mu serce, że straciło kształt, może dlatego, że spotkali się aż trzykrotnie? W tym bezkształcie chciał się zabić, lecz co pomyślałaby matka, znajomi, sąsiedzi, szef, zastanawiał się, jakby jeszcze miało go to dotyczyć. Ostatecznie nawet nie spróbował.
Drugie ramię pocięte było w poprzek, w plasterki imion albo czystej skóry, bo co było tłem, a co plasterkami? I ze dwadzieścia deka krakowskiej parzonej poproszę... Czysta skóra była tłem, w tle jest zawsze oczekiwanie, a na plasterkach życie.
RYSIEK, ach, Rysiek, z barami jak gdańska szafa ciotki Edyty, trochę niedorozwinięty, dorozwinięty do wyżycia się poszukałby sobie dziewczyny, nie jego. KAMIL, okradł go, portfel, zegarek, komórka, matka była w sanatorium, dobrze, że z jakichś tajemniczych powodów zamknęła swój pokój na klucz. MIREK, nie okradł, wycisnął z niego siódme poty, a potem z siebie łzy, że nie ma na czynsz, więc nie okradł, wyłudził i zniknął. Jeśli naprawdę był Mirkiem, a Kamil Kamilem. A jednak życie to było najszczersze, najosobistsze i najpiękniejsze. DAREKMAREKSTEFANJAREK, w wucetach, autach, krzakach, na plażowych wydmach, a teraz na udach, łydkach, brzuchu, biodrach, to było jedyne, co lubił wspominać.
Gdy wróciła, w lustrze odbijał się cały, bajecznie kolorowy Times Square, wczoraj mu mignął w dzienniku, w tej chwili z nim, tym najwyższym słupem reklamowym, pośrodku. Rozświetlony imionami jak samsungami i brodłejami, reklamował niemożliwy sukces: uzbierane przez dekady dziesiątki chwil, mistrzostwo świata w dążeniu do celu upijanego, wyżebranego, opłaconego, zawsze tak samo słodkiego, bo cel uświęca środki. Imponujące jak na kogoś, kto tylko prosił, przepraszał i wycofywał się. Zamknąwszy oczy, by to wszystko jak najszybciej teraz znikło, stracił równowagę i opadł na krzesło.
- Słabo ci?
- Nie, nie...
- Bez krępacji! Wielkie byki mi tu mdlały, to w końcu duża rana, ingerencja w organizm. Powiem, co masz z nią dalej robić, teraz wyschnij trochę, zaraz wra...
Rana? W takim razie to, co właśnie ujrzał w lustrze jeszcze raz, już bez Times Square, a ze sobą. jaki jest, było najpiękniejszą raną, jaką kiedykolwiek widział. Esy-floresy wiły się od dłoni do łokcia, tworząc... Zauważył dopiero teraz, to przecież prawie Klimt był, "Drzewo życia", bez pnia, same gałęzie, a jednak miał na sobie kawałek domowej kuchni. I matki. To mój K i m t , mawiała z dumą, o l e j o d r u k , gdy któraś z koleżanek raz na pół roku pytała ją o złotobrązowe kółka w kółkach, całkiem jakby tandetną reprodukcję usmażył na oleju któryś ze strasznych koreańskich Kimów. Ale gdy zdejmie w domu obrazek, nie będzie już kawałkiem kuchni, tak jak nieodwołalnie przestał być kawałkiem matki. Zresztą drzewo jego nowego życia jest ciemnogranatowe.
I od podjęcia kolejnej nieodwracalnej decyzji aż zakołysał się na krzesełku w hiphopowe rytmy wdzierające się do pokoiku przez niezamknięte drzwi wprost z dużej sali na sześć albo osiem stanowisk, do której miał szczęście nie trafić, Irek Szczęściarz, pełnej chłopaków o żenującej go młodości i sile i dziewczyn, których bałby się tylko w łóżku. I zrobiło mu się naprawdę wesoło, jeśli wiedział, co to w ogóle znaczy, czym jest prawdziwa, nieskrępowana wesołość. Ingerencja w organizm zaczynała coraz bardziej działać: podniósł ozdobioną rękę, wymachując nią jak czarne dzieciaki rapujące w teledyskach, tak samo, no może prawie tak samo wesoło i groźnie zarazem.
Esy-floresy przestały się wić, zastygły, po prostu skamieniały, gdy w progu stanął umięśniony półgolas z twarzą Marilyn Monroe na wypukłym torsie, majstersztyk! Lecz przecież nie mógł już sobie pozwolić na skamienienie i nie zamierzał.
- Podoba się? - Niemal zaatakował Merlina nowym, zdecydowanym głosem.
- Luz! - odparł, zaszczycając spojrzeniem jego secesyjną rękę.
- Klimt!
- Klimt? - Zawahał się, bo nowe słowo w slangu. - No, fajne tribale - mruknął wreszcie pojednawczo. - Luz - powtórzył po swojemu i odszedł.
Oni, ci z innej planety, po której chodzą brodaci i w przyciasnych kalesonach, przynajmniej mają luz, choć może gdy człowiek je tylko pasztet fasolowy albo coś w tym guście, to jedyne wyjście?
Zobacz, czy masz luz, nakazywała matka przy kupowaniu butów. Luz mi się zrobił, jeździła językiem po resztkach zębów, gdy wypadała jej plomba, aaa, i w pracy miała czasem luzy, czyli chwile przestoju. Innego luzu nie znała i nie życzyła sobie znać. Należało zawsze trzymać się w ryzach i mieć na baczności, robić dobrą minę do złej gry, lawirować między interesami większych i zwyczajami mniejszych, by nie stać się ich ofiarą, najlepiej bez własnego zdania, znaczy publicznie, od wyrażania własnych opinii był ekran telewizora, do którego gadała bezkarnie, czasem krzycząc, a nawet wygrażając, no i on, skarbiec bez dna na wszystkie jej opinie. Luz to wróg ludu był. W wiecznym pilnowaniu się, które zarządziła, w rozdygotanym dyganiu, by na wszelki wypadek wszystkim się podobać, nie dało się mieć przyjaciół.
A tu proszę: luz, czyli spoko, szczerze, nie ma sprawy, to właśnie tamten powiedział, czyli: jest okej. I może nawet mogliby się zaprzyjaźnić? Wydziarani proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!
W każdym razie półgolas trafił w samo sedno. Tribale, a wiedział już, że esy-floresy to tribale, dawały luz! Pomachał ręką, jakąś większą niż dotychczasowa rączka, do lustra. Zagadał mięśniaka. A przecież nawet jeszcze nie wyschły! I wystraszył się na myśl, co się może zdarzyć, gdy stąd wyjdzie. Przyjemny to był strach, dreszcz zaszurał identyczny jak wówczas, gdy łapał swoje chwile, lecz teraz, dzięki tribalom, będzie łapał całe dnie, noce, całe doby, wszystko złapie, co od ostatnich, pięćdziesiątych urodzin umykało mu w tempie do kwadratu.
Tatuaż wymyślił sobie jako prezent właśnie na okrągłe urodziny i co? Zdawałoby się, że minęło najwyżej kilka tygodni, nim uporał się z szokiem, że w ogóle o tym pomyślał, nim tak przewalczył konfuzję, by już nie powracała, a przeszły, przebiegły, przepędziły miesiące, rok prawie i tribale stały się prezentem na pięćdziesiąte pierwsze.
W drzewie życia korzeń sechł, pień już karlał, ale gałęzie... Gałęzie miały się rozrosnąć jeszcze raz. Pierwszy raz.
- No jak tam? O, ładnie wyschło!
Otarł z czoła pot.
- Zawinę ci rękę w folię, kupisz sobie potem taką, zwykła folia spożywcza, i przez dwa dni...
Widział na ulicy wiele razy te kosmiczne ręce i nogi w przezroczystej folii jak kwiaty w celofanie na Dzień Kobiet albo Dzień Matki. Matka nie życzyłaby sobie dostać takich kwiatów. Rozmawiali o tym ostatniego dnia, minęła ich umięśniona, zafoliowana łapa, gdy szli do szpitala, niemal tuż przed bramą. Wzięła to za opatrunek, dziwne, taki kolorowy. To świeży tatuaż, wyjaśnił. Leczniczy? Roześmiał się. Nie, ozdobny. Ozdobny?! Aż przystanęła i złapała go za guzik. Okropne! Przysięgnij, że nigdy nie zrobisz sobie takiej krzywdy! Pamiętasz tego bandziora, syna Pomianowskiej? Ale co ja opowiadam, zbyt dobrze cię wychowałam, nie jesteś taki... Przysiągł, przysięgał jej wszystko, co chciała, od zawsze, kilka razy dziennie, i dotrzymywał, nieobciążony tym dotrzymywaniem, bo przecież tak dobrze go wychowała. Nie przypuszczali, że ze szpitala nie wyjdzie, lecz i tak by przysiągł, choć to właśnie wtedy po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że mógłby coś takiego zrobić, że "okropne!" mogłoby być cudowne, że jeśli czegoś chce, to tak, swojej krzywdy.
I aż go ta głowa rozbolała, więc oboje szli z bolącymi głowami, matka wolała spacerem, nie taksówką, nieludzko piękna jesień, orzekła. Może jesień, choć bardziej wąż w kieszeni, a najbardziej wiara niewierzącej w świeże powietrze, że sprawi, iż jednak jej przejdzie, choć jakoś nie sprawiało i na lekarza zdecydowała się dopiero po miesiącu nieustannego ucisku skroni aż do mdłości. Guz cisnął, dwa tygodnie leżała nieprzytomna, a on całą zimę potem leżał. Niby wstawał, szedł do pracy, do sklepu, do domu, a przecież leżał w zdumieniu, jak można iść do szpitala i nie wrócić, jak można tak nagle przestać gderać, i niepewny, czy aby nie wróci właśnie wtedy, gdy on wreszcie sobie kogoś zaprosi.
Nie zaprosił, bał się tej nagle zwolnionej przestrzeni, powierzchni mieszkalnej i mentalnej, bezpieczniej czuł się w parkowo-wucetowej, a jednak z miesiąca na miesiąc, niezagderany, przesuwał się w stronę swojej wolności, jakby otworzył omszały słoik konfitur, schowany w piwnicy i zapomniany. Jeszcze dobre? Słodkie? Niespleśniałe? Do wykorzystania? I jak, jak je wykorzystać?
Zaczęło się od koszuli, któregoś ranka po prostu niezapiętej pod szyją, więc rozchełstanej, okropnej i cudownie niepoprawionej już w przedpokoju przez matkę. Luz, to był luz, jego luz, bo kalesoniarze z planety Broda w luzackich celach właśnie zaczęli swe koszule znów ciasno dopinać na ostatni guzik, jak niegdyś ich ojcowie. Nie zamierzał się z nimi ścigać, siebie chciał doścignąć. A potem prześcignąć. Zbliżały się okrągłe urodziny, pierwsze bez niej. Czuł się, jakby zatoczył koło. Pięćdziesiątka, przynajmniej dwie trzecie losu, nic optymistycznego. Lecz najgorsze, że nie swoje koło. Matki. I choć już jej nie było, by się z niego wyrwać, by tu dziś wejść i wyjść jako ktoś inny, potrzebował jeszcze roku, obecnie wartego już pięciolatkę.
- Gotowe!
Gotowy popatrzył na zafoliowanego Klimta. Ojej.
- Krem do pielęgnacji kupisz w recepcji u szefa. - Podała mu zadrukowaną karteczkę. - A to, żebyś nie musiał wydzwaniać, jak zapomnisz, co masz robić, choć wszystko ci powiedziałam... Ale pewnie i tak zadzwonisz.
- Słuchałem, zrozumiałem - zadudnił całkiem jak do wiecznie podejrzliwej matki, czyli nie całkiem, bo nowym głosem.
- Jasne. - Zachichotała. - Zadzwonisz, bo będziesz chciał więcej. Na przykład półrękawek. - Spojrzała na esy-floresy. - Byłoby cool, tak naokoło.
Półrękawek, naokoło, ha, i to już by było wyłącznie jego koło, luz, kul, klimt!
- Jak... u Beckhama? - Znalazł właściwy przykład, bo przecież żaden z tych doskonałych, wytatuowanych samców wchodzących w niego wprost z ekranu komputera, gdy matka była na zakupach lub u koleżanek, nie nadawał się na przykład, nawet jeśliby znał ich pseudonimy.
- Beckham to już jest prawie cały ubrany, rękawki, rękawy, koszulki, zupełnie jak ja. - Rozłożyła ręce w geście prezentującym ciało upstrzone detalami, jakby ktoś wielokrotnie odbijał na niej krzywe kółka, gwiazdki, buźki i skrzydła aniołków, całą menażerię z bożonarodzeniowego łańcucha. - No, on może trochę lepiej, bo ja się pieczętuję przypadkowo, gdy akurat z Dyziem czy Goliatem nie mamy klienta. Wpadamy na siebie w korytarzu i krótka piłka: dziaramy? Dziaramy! Dobra, więc - otworzyła drzwi, by już sobie poszedł - będziesz chciał, to dzwoń!
- Nie wiem jeszcze.
- Spoko, sam zobaczysz, to wciąga bardziej niż dragi. - Wyszczerzyła zęby. - Na większe freski zawsze jest promocja!
Sam zobaczy... Na razie, w nagłośnionym hiphopowo korytarzu do recepcji, zobaczył męskie plecy, szerokie i inkrustowane jak brama do renesansowego zamku, a gdy odwrócił głowę, by nikt nie przyłapał go na pełnym podziwu spojrzeniu, gdy odwrócił głowę, w otwartej salce naprzeciwko... Ojej, mimochodem przystanął, bo... Tak, mamo, to kwiaty, których byś nie ulubiła, choć twoje ulubione, czerwone tulipany! Wystawały z... ojej, no stamtąd, przechylając się na prawy, nabity pośladek, jakby z lewego wiał wiatr, rozsypujący trzy czerwone tulipany o zielonych łodygach i liściach z żółtym światłem, jak słoneczne, w tle.
- Zajebiście, co? - Odbity w lustrze chłopak przyłapał go na zachwycie.
Przyłapany, z tej nagłości pewnie poczułby się dawnym sobą, lecz nie było czasu, by nogi wypełniły się watą, bo w tej samej chwili on też tamtego przyłapał i też na zachwycie nad... jego zachwytem, oczywiście nad tulipanami, nie nad pośladkami, tak przynajmniej wolał myśleć.
- Luz - wybąkał, opuszczając wzrok na swe świeżo zafoliowane tribale.
Wtedy, pod szpitalem, gdy matka zapytała, czy tatuaże leczą, roześmiał się, a przecież było to źródło tajemniczej siły: spojrzał na swe esy-floresy i bez wstydu znów na ukwiecony pośladek, a potem, ojej, potem spojrzenie jeszcze raz poszybowało na całość tamtego i ponownie stali oko w oko.
- Zajebiście! - ocenił nowy, niski głos nigdy niewypowiedzianym, przechwyconym słowem.
Chłopak uśmiechnął się szeroko.
- Nie wiem jeszcze, co tu będzie. - Klepnął się po lewym, zarośniętym jak dzika plaża pośladku. - Może paszcza krokodyla? Goliat trzepnąłby jak żywą!
I zakręcił półkolorowym tyłasem niczym karuzelą, aż Irkowi zakręciło się w głowie, więc czmychnął w stronę recepcji, mijając dwie wydziarane dziewczyny, bez paniki, przecież kobiet bał się tylko w łóżku.
Ledwie stanął przy kontuarze, ktoś złapał go za rękę nad folią.
- Sorka, można?
Było ich dwoje, dwudziestoparoletni typ osiedlowy, w za dużych, szarosrebrnych dresach, nie różnili się nawet biustami, ona miała z biologii, on z siłowni, ogólnie ładno-brzydcy. Złapał go on.
- A może coś takiego? - mruknął do niej, nie czekając na potwierdzenie zgody, którego i tak by się nie doczekał od zaskoczonego właściciela wzoru.
Irek Szczęściarz, dzisiaj już któryś raz! Żaden osiedlowy nie złapał go jeszcze nigdy za rękę, ot tak, w biały dzień, przy innych. Owszem, raz kiedyś w parku, lecz po ciemku i nie za rękę. Więc uchwyt, zachwyt, coraz cieplejsze miejsce na skórze, ojej, musiał odczuwać teraz to samo ciepło co dziewczyna, na pewno tamten czasem ją tak łapał... Już puścił? Ale tylko po to, by chwycić od spodu, jak gdyby relikwię zafoliowaną jakąś podtrzymywał.
I przyglądali się jego ręce we troje niczym osiedlowi znajomi, co o północy na boisku rzucają kurwami i rechoczą w głos, wolni, wolni, godni podziwu i zazdrości w nieliczeniu się z nikim i z niczym. Znajomi? W tłumionej euforii pomyślał nawet: kochankowie, w trójkącie! Przy osiedlowym, w łóżku, nie bałby się osiedlowej, byleby ich tamten nie zostawił sam na sam, a zresztą leżałaby przecież u drugiego boku ich samca.
- Miało być moje imię, a nie bazgroły - oświadczyła z przekąsem.
Bazgroły? Nie, jednak nie lubił kobiet, nawet jeśli nie zauważali go oboje.
- Magda, spokojnie, będzie, ale wyżej!
Magda? To on był Magdą. Magdaleną. Przypomniał sobie, że parę lat temu wożono po Polsce rękę Marii Magdaleny, ale ile tej ręki, do ramienia, łokcia czy może tylko dłoń? I czy też w folii? Spożywczej? Ktoś pogłośnił hip-hop, relikwia zachwiała się i opadła, ostatecznie porzucona, choć w rwetesie chyba usłyszał od niego: dzięki... I para osiedlowych przeszła dalej, zostawiając go z ręką świętej z tribalami. Czyż nie miał drobnej, kobiecej rączki? Nawet jeśli esy-floresy czyniły ją po męsku masywniejszą, a zresztą trudno o pewność, że Maria Magdalena nie była grubszej kości, jak ulubiona prezenterka telewizyjna mamy, pani Wellman.
Na lubiane mama mówiła "pani", nielubiane były "te", ta Młynarska, nie wiedzieć czemu. A gdy wracała z zakupów, bez względu na to, czy przyniosła bułki, czy buty, mawiała nieodmiennie: jestem lżejsza o... O osiemdziesiąt groszy, droższych bułek nie kupowała. Osiemdziesiąt złotych, droższego obuwia też nie. Płacąc kibolowi w recepcji, poczuł się lekki podwójnie. Jestem lżejszy o... O siedem i pół pary butów mamy, wyliczył skrupulatnie horrendalny rachunek, na który zresztą wcześniej się zgodził. A potem oszacował w swojej walucie, choć kurs bywał różny. Był lżejszy o trzech lepszych, czterech niezłych, sześciu zwykłych i nawet o dwunastu chaszczowo-wucetowych obwiesiów, robiących mu dobrze za pięć dyszek. Ale co tam, teraz zrobił sobie jeszcze lepiej, najlepiej, był lekki, lżejszy, najlżejszy, niemal wyfrunął z zakładu jak piórko.
Niemal wyfrunął, a potem już frunął na pewno.
W sierpniowym słońcu złocącym zafoliowaną relikwię, między spojrzeniami przechodniów ściąganymi w lewy bok, na świętą rękę, a potem prostowanymi na dumnego właściciela, frunęło mu się miękko, pastelowo i bezproblemowo. Ojej, był wreszcie widoczny i nie tylko się nie bał, życzył sobie być, więc nawet obok ławki z kilkoma młodymi podchmielakami wykrzykującymi do ludzi, którą do dzisiejszego poranka ominąłby szerokim łukiem, przefrunął blisko, powoli i z twardą gracją komiksowego bohatera zapewniającą mu ciszę, a może nawet i szacun?
Po freshu fruwał ostrożniej, musiał przecież znaleźć folię do wieczornego opatrunku, a i spojrzeń w jego lewy bok było mniej, klienci skupiali się na tym, co na półkach. Gdyby tak mógł na chwilę postawić swoje przedramię na półce, o, na tej pustej, przy serach, i obserwować z ukrycia, jakie robi wrażenie... Oczywiście tylko przez kilka minut, nie dłużej, taka próbka, chwila ponapawania się detalem, bo przecież dość już ukrywania się w ogóle, w całości! Ukrywał się przez całe życie, ukrywał się przed sobą i przed matką, która z kolei ukryła go przed światem, i to jak sprytnie, ukryła, z upodobaniem pokazując: chodź, kochanie, wypijesz z nami herbatkę, słodziła, podając cukiernicę którejś z trzech przyjaciółek, zupełnie jakby to były także i jego przyjaciółki!
Och, tak, uwielbiały go, pracował przecież w fabryce leków, z upodobaniem mylonej przez nie z apteką, by móc rozkręcić kolejną rozmowę o lekarstwach, pytać o medykamenty na to i na tamto, całkiem jakby był farmaceutą, jakby się na nich znał, stojąc w białym kitlu przy taśmie w fabryce! Wszystko przez ten cholerny kitel. Kochanie, wyprasowałam ci na jutro świeżutki kitel, oświadczała matka zawsze, ilekroć gościła przyjaciółki, wskazując kitel wyprostowany na baczność na wieszaku zahaczonym o drzwi, ale nie w jego pokoju, tylko demonstracyjnie w stołowym, a wtedy przyjaciółki, z wiszącym nad nimi odprasowanym farmaceutą, nabierały w żagle wiatru, silnego jak żal za utraconym i wciąż wytracanym zdrowiem, zarzucając go pytaniami i same sobie nawzajem odpowiadając, i dobrze, bo co miałby im powiedzieć?
Kiedyś nie wytrzymał, wygarnął to wszystko matce, cały ten cyrkoteatr, całą idiotyczną inscenizację. Spojrzała na niego, udając, że głęboko i boleśnie wzdycha.
- Przynajmniej nie pytają nas, kiedy się ożenisz!
Nigdy się nie dowiedział, czy w głębi jej tonu pobrzmiewało jedynie jego starokawalerstwo, czy także DAREKMAREKSTEFANJAREK... Lecz skąd? Jak? Nie miał żadnej malowniczej wpadki do opisania na gejowskim blogu. Więc nigdy się nie dowiedział i nigdy nie próbował dociec.
Teraz też nie dociekał, jak to możliwe, że jego najcenniejszy, zafoliowany kawałek zapiekł i zaswędział, owszem, według instrukcji miało go piec i swędzić, ale później, tymczasem mrowienie wyraźnie dawało mu znak, że ktoś patrzy, nie że zerknął, ale intensywnie się wpatruje. I rzeczywiście: młoda pracowniczka sklepu, w kucki obok, nad najniższą półką, aż przestała rozkładać towar, ściskając w rękach jakieś pudło. Nie zdziwił się. Te jej ręce, ale i ramiona, nogi, a przynajmniej łydki, które widział, pokryte były zielonkawymi śladami po ospie albo trądzie i jednocześnie zanurzone w zblakłej, koralowej rafie, która wniknęła w skórę fragmentami roślin oraz podwodnych żyjątek: wydziarane ciało wyglądało jak próba dopisania kolejnej baśni z tysiąca i jednej nocy.
Dziewczyna oderwała wreszcie pełen podziwu wzrok od świeżutkich tribali, podniosła głowę, dwie sekundy oka w oko, i żachnęła się. Skryte porozumienie prysło, rozprysło się na wszystkie kropki, kreski, gwiazdki, muszelki i wirujące ukwiały. Spoważniała jak poważnieją oszukani. To prawie dziadek, zdążyło powiedzieć szybko urwane spojrzenie, a może nawet bez "prawie", może ostatecznie przesunęła go, małego, chudego, siwiejącego i łysiejącego, do trzeciego pokolenia wstecz, choć tak naprawdę (gdyby nie bał się kobiet w łóżku) mógł być najwyżej jej ojcem.
W gardle ugrzęzło mu pytanie o miejsce, gdzie stoi regał z chemią kuchenną, tam musiała być folia, sam znajdzie. Szybko ruszył dalej, atak chemiczny, który rozpylił w powietrzu rozczarowanie, lekceważenie, a nawet pogardę dziewczyny, był nie do wytrzymania. Poczuł niezamierzoną śmieszność swoją i swego zaklejonego przedramienia. Osłabiony, niemal zbombardowany nieprzewidzianym wrażeniem próbował schować rękę, ale w kieszeni zmieściła się tylko dłoń, a rękaw miał krótki. Spanikowany, rozejrzał się wokół, czy nikt na niego nie patrzy, matka już rechotała pod czołem jak jakaś czarownica, a nie mówiłam, najważniejsze to nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, nie wymagać za dużo, by potem nie było przykro, wtopić się, stopić się, pokorne cielę dwie matki ssie, dwie matki ssie... Jedna mu wystarczyła za dwie, za trzy, za dziesięć, za wszystkie matki świata chcące jak najlepiej i robiące swoim synom jak najgorzej, gdzie ta pieprzona folia, musi ją kupić, musi zrobić opatrunek, bo mu ta ręka zgnije, a może niech zgnije, w końcu nie da się tego cholerstwa usunąć do końca, zostanie ślad, na zawsze, na zawsze, zarzewie wiecznej, niezamierzonej śmieszności!
Dostrzegł wreszcie szukany regał i o mało nie przewrócił się na zgrzewki wody, pewnie przypadkiem pchnięty przez kogoś w czarnej koszulce. Nie była zupełnie czarna, z tła na plecach wyłaniały się wielkie torsy z wydziaranymi łapami. Szybcy i wściekli, przeczytał pod grafiką. Niżej już była tylko jego ręka, ta lewa, jak u każdego niemańkuta zawsze naturalnie słabsza od prawej, a teraz nadnaturalnie silniejsza. Esem-floresem znad nadgarstka szybko i wściekle chwycił za czarną koszulkę.
- Uważaj trochę! - Nowy głos brzmiał w pełnej mocy.
Czarna Koszulka odwrócił się.
- Sorka, nie chciałem...
- Nie ma sprawy - warknął groźnie, konstatując, że, no tak, młokos nie miał żadnego tatuażu, tylko na koszulce. - I pamiętaj: pokorne cielę nie ssie żadnej matki! Zdycha z głodu! Zapamiętasz?
- Oczywiście! - odpowiedział jak odpowiada się świrom spadającym z nieba wprost na środek sklepu.
I już go nie było. Pozostała satysfakcja. Ulga, że jednak nie dał się pogrążyć pracowniczce z rafy koralowej, że czarodziejski Klimt ma znacznie większą moc. Ba, wesołość go ogarnęła. Przecież tamten odpowiedział mu jak odpowiada się świrom spadającym z nieba wprost na środek sklepu! Ubawiony i upojony sukcesem nawet nie zauważył, kiedy stanął przed mydłami, ludwikami, gąbkami i foliami.
Staruszki też nie zauważył. Mikra była, nawet w stosunku do niego. Błękitne włosy, którymi zdziwił się po chwili, kąt oka mógł wziąć za pudełko chusteczek, leżących w rogu, na półce niżej. Nie wyczuł też mrowienia w ręce, choć na nią patrzyła, może dlatego, że sygnał płynął jakiś mętny. Najpierw usłyszał pod lewym ramieniem:
- Dawno nie było wojny, zapomnieliście...
Łagodny ton wdzierał się w trzewia i wzbudzał agresję, bo to był specyficzny ton, właściwy starym ludziom, z zaśpiewem upartej pewności: jest oczywiste, że wszyscy się mylicie, cokolwiek byście nie powiedzieli! Co więc odpowiedzieć? Jak dyskutować? I jakiej wojny? Ciągle tamtej wojny? Swoją miał i dzisiaj wygrał najważniejszą bitwę, ale ona przecież nie mogła o tym wiedzieć.
- Zapomnieliście - powtórzyła z rozbawieniem, wkurzającym dowodem na absolutne przekonanie, i zadarła nań wysuszoną główkę.
Błękit włosów był jeszcze błękitniejszy wobec rozwodnionej z czasem niebieskości oczu, która teraz bladą magmą usiłowała nieomylnie wylać się na niego.
- A wy... Wy zapomnieliście, że człowiek żyje, by żyć! Żyć, a nie zdychać z głodu życia lub ciągle pamiętać najgorsze - wyrzucił z siebie na jednym oddechu, a choć mówił nowy on, bo stary by tak nie przemówił, brzmiał niepokojąco wysoko.
Do Błękitnej i pozostałych staruszek świata, z matką na czele, która myślała dokładnie w ten sposób, gderających, że starczyć powinno minimum istnienia, cokolwiek miało znaczyć, a cała reszta to zbędna dekoracja, całkiem jakby zaspokojenie głodu życia ograniczało się niemal wyłącznie do napchania żołądka. Oczywiście jeśli ta tu drobinka przeżyła wojnę i głodowała, współczuje, a przynajmniej próbuje, bo nigdy nie głodował, lecz to nie powód, by uważać całą resztę za... O, doskonale wiedział, o co jej chodzi, posądziła go o niepotrzebną do niczego najpróżniejszą próżność, o fanabe...
By nie zacząć jej wygrażać, jedyny pozytywny aspekt wychowania matki, samej wygrażającej tylko do telewizora, uchwycił się regału. Tribale rozciągnęły się przed pomarszczonym noskiem niczym powiększona porcja sushi z ulotki reklamowej pobliskiego baru. Chwilę przyglądała się im, po czym podniosła wskazujący palec i powoli, niemal metodycznie, przesunęła nim wzdłuż folii od jego dłoni po łokieć, jakby sprawdzała, czy dobrze wytarł z półki kurz, więc aż się wzdrygnął, jeden z negatywnych aspektów wychowania matki: zobaczymy, czy dokładnie posprzątałeś... To, co zrobiła, było jednak tak zaskakujące, że Irek Szczęściarz zaskoczył sam siebie. Jako człowiek wreszcie wolny postanowił po nowemu uznać, że... niech będzie, że staruszka przesuwa opuszką jak po klawiaturze, niczego nie sprawdzając, a tylko napawając się gładkością klawiszy, jakby za chwilę miała na nich zagrać coś staroświeckiego. Czyż dając sobie szansę, nie powinien był dać jej innym, a życie nie miało być wreszcie piękne? Klawiatura to przecież coś pięknego.
Lecz Błękitna podniosła nagle palec z jego łokcia jak zwodzony most w obronie przed barbarzyńcami i wycofała wprost pod lewy rękaw swego cienkiego sweterka, zadzierając go na tyle wysoko, by zobaczył... Ojej. I wówczas faktycznie rozbrzmiała w nim staroświecka muzyka, inna niż chciałby, odpowiednia do okoliczności, nawet dwie, fortepianowe, wiadomo co: najwznioślejszy z polonezów nałożony na żałobny marsz, najbanalniejsza ścieżka dźwiękowa, nieodmiennie towarzysząca filmom i zdjęciom, na których...
- Mojego nie zapakowali - stwierdziła, jakby tylko o to miała do nich żal.
A może jednak z niego kpiła?
Ze sklepowych głośników popłynęło disco polo, realne, idiotyczne tło idiotycznej sytuacji.
Przy wyblakłym seledynie niegdyś pewnie granatowego numeru rozwodniona niebieskość jej oczu zdawała się intensywna jak sierpniowe niebo. Nie chciał patrzeć, ani na tatuaż, ani w te oczy, nie wiedział, co powiedzieć. Drugą ręką chwycił za rulon folii, by po prostu zwiać. I wówczas staruszka wykonała następny zdumiewający ruch: ciach! I przykleiła swoją rączkę do jego tribali, nadal zwisających z półki. Na szerokiej, męskiej łapie, stworzonej z ich dwóch, rachitycznych, numer wydał mu się jeszcze jednym ornamentem Klimta, szlaczkiem z wiosennych listków. A jej? Czy mógł jej się w ogóle wydać czymś ponad to, czym był? Przyglądała się w milczeniu osobliwej zbitce i niczego nie potrafił z jej twarzy wyczytać.
- Przepraszam - miauknął jak poprzedni on, cieniutko i na wszelki wypadek.
- Głos do impostacji - orzekła, nie podnosząc wzroku.
Nie znał tego słowa, lecz jeśli impostacja oznaczała kasację, to ten głos już został skasowany, powrócił, by przeprosić, jak nakazywała matka. Nie musisz mówić za co, wystarczy, że przeprosisz. Lecz tamto życie miał już za sobą, teraz będzie przepraszał tylko za coś, konkretnie, nie za jakieś swoje ogólne istnienie. Więc za co? Że musi iść, choć nie musiał? Że dawno nie było wojny i zapomniał, choć nie zapomniał? Że nastąpiło żenujące i tragiczne pomylenie intencji? Za dużo by wyjaśniać, oderwał więc rękę od półki i tym samym od rączki staruszki.
Tribale zastygły w powietrzu niczym ozdobny miecz, a raczej szabelka, z którą niemal w tym samym momencie skrzyżował się sztylecik, bo w mgnieniu oka, ojej, jaki refleks, starsza pani przystawiła doń swą rączkę prostopadle, tak, że numer, jeśli wciąż był numerem, zdawał się przechodzić po jego wzorze jak seledynowa gąsienica, wbrew Klimtowi i w poprzek zdrowemu rozsądkowi.
- Tak też - stwierdziła krótko.
Tak też obraził jej uczucia? Czy może jednak pod błękitnymi włosami nie wszystko już pracowało jak należy, ścichapęk było, jak to w tym wieku, normalnie i nagle komedia, bo umysł z cicha pękł.
- Nie chciałem, przepraszam. - Otóż to, przepraszał, bo nie chciał, konkretnie, nie za abstrakcyjny i poniżający całokształt. - Do widzenia! - zapiszczał tyleż pojednawczo, ile grzecznie, unikając jej wzroku, i przerwał pojedynek, a wyplątując rękę, sprawdził, czy ona aby nie ma ze sobą ciężkiego koszyka lub torby z zakupami, zupełnie jakby za przykrość, jaką jej sprawił, wystarczyłoby pomóc w niesieniu tego koszyka lub tej torby.
Nie miała żadnych bagaży, za to chyba jeszcze coś do powiedzenia, ponieważ otworzyła usta. Nie mógł do tego dopuścić, to miał być niezapomniany dzień, lecz nie dlatego, że odbył w sklepie nieoczekiwaną rozmowę o obozach, a może i o Holokauście. Odwrócił się i ruszył przed siebie, rozpędzając się jak Szewińska, pędziłam do autobusu jak Szewińska kończąca sztafetę, mawiała przecież matka, zawsze za późno wychodząca do pracy. I z tą sztafetą było mu teraz dosłowniej niż matce, czyż nie biegł do kasy z pałeczką w postaci rulonu folii spożywczej, niemal slalomem gigantem?
Sprawdzić, co to ta impostacja, nakazał sobie w drodze do domu, jeśli od czapy lub w ogóle nie istnieje, znaczy: kuku na muniu, mamuniu. I żeby więcej o tym nie myśleć, zatrzymał się jeszcze przy kwiatach na targu. Zrobi to wreszcie, kupi, dziś jest idealny moment, śliczne, świeżo ucięte, choćby miał je postawić w butelce, bo w domu nie było żadnego wazonu. Nie mogło być, matka nigdy nie wróciłaby z targu lżejsza o parę złotych za coś tak nietrwałego. Jemu też nie pozwalała ani przyjaciółkom.
Co innego doniczki, doniczuszki, doniczeńki, uwielbiała je, ukochane czerwone tulipanki z cebuleczek, jakkolwiek by patrzeć, były nietrwałe trwalej, a odkąd za doniczki, doniczuszki, doniczeńki robiły tandetne, plastikowe kubki, w tej samej cenie co cięte albo tańsze. Parapety wyglądały jak grobowce, o tym, że człowiek musi oddychać, przypominały mikroskopijne lufciki, też nieczęsto uchylane, bo po co, skoro z ulicy dochodzi tylko smród? Jeden z grobowców przeniósł w całości na prawdziwy grób, wokół płyty zmieściło się akurat dwanaście doniczuszek, nie musiał robić się lżejszy na przycmentarnym straganie. Dwa pozostałe uprzątał wiele miesięcy, aż w krokusach chyba wybuchło szambo, begonie zmieniły się w szubieniczki, a tulipanki w wenerycznie chore penisy, jakie niechcący obejrzał na antypornograficznej stronie, która wskoczyła mu w ekran i długo nie chciała zniknąć. Tak więc matka, zgodnie z własną doktryną i wpajaną mu nauką, znikała powoli, niezauważenie, bez rewolucji, przepraszając na wszelki wypadek, nie zmieniając nic, póki nie zmieni się samo w coś, co będzie nieodwołalnie czym innym.
- Wybrał pan? Może w doniczce?
- Nie! - Wystraszył się i tubalnego głosu, który powrócił w pełnej krasie, i ostrego, rewolucyjnego sprzeciwu. - Tulipany wezmę. Żywe! Trzy!
Żywe, żywe, zżymała się matka za plecami, żywe to właśnie w doniczce są, martwe, ucięte kwiaty są martwe! Martwe to są sztuczne, podjęła kiedyś jedna z przyjaciółek. Sztuczne to w ogóle nie kwiaty, oświadczyła, cała nieprawdziwa.
- Żółte. - Zawsze najbardziej podobały mu się żółte. - Nie, czerwone proszę. - I wskazał je władczo t ą ręką, jakby kwiaciarka nie rozumiała po polsku.
Gdy wszedł wreszcie do mieszkania, zaintonował coś, co wydało mu się hip-hopem, wymachując rulonem folii w stronę ściany starych fotografii w sposób też, jego zdaniem, hiphopowy. Je-je-je u-u-u!
Hip! Do matki, która powiesiła się w przedpokoju z brzuchem, z którego miał się niebawem wydobyć na ten, od dziś piękniejszy świat. Hop! Do ojca, niezapamiętanego, lecz nigdy niewyciętego z ciążowego zdjęcia, choć odgrażała się ciągle, że to zrobi, ale ramkę miało cenną i rzeźbioną, więc bała się, że przy operacji kastracji wykastruje także antyk. Czy gdyby to jednak zrobiła, gdyby nie wchodził codziennie do domu wprost na ich troje w jedynym wspólnym ujęciu, gdyby nie szeptało mu od małego, że źródłem ucieczki ojca był ów brzuch, czy wówczas byłby innym człowiekiem? Hip! Może niewinien, umiałby postawić się matce. Hop! Powiedzieć jej: ty to ty, a ja to ja, nawet gdyby odrzekła: ty to ja!
Teraz im powie, teraz im wszystkim powie. Nie wie jeszcze co, ale powie, wygarnie!
Je-je-je u-u-u!, wyrapował nad kanapę w stołowym, w stronę czterolatka z mamusią pomagającą mu stawiać babki w piaskownicy, czternastolatka przy stole z mamą liczącą z nim jakieś zadanie, czterdziestolatka z matką, Ciechocinek wita, wciąż liczącą, choć już nie z nim, lecz na niego... Ramki tandetne, tekturowe, pół wieku życia w kartonie. Hop! Rzucił rulon na kanapę. Od miesięcy mógł wszystko rzucać, gdzie chciał, lecz dopiero dziś był do tego zdolny, mimo że natychmiast, chyba z którejś ramki, zagderała: lepiej od razu na miejsce, czyli folia kuchenna do kuchni, pomyśl, kochanie, po co potem przekładać, szkoda czasu! Ba, może dlatego mieli zawsze tyle czasu, że aż wstyd?
A teraz ma go tak mało, tak mało, coraz mniej, jeszcze mniej niż mniej, ponieważ dobry czas jest szybszy niż zły, pędzi na złamanie karku, póki ci go nie połamie, i nawet jeśli z tribali płynęło tyle siły, nie zatrzymają nic.
Czym właściwie były? Dziaraczka wyjęła smartfon i pokazała mu kilka wzorów, o, właśnie takie coś widziałem pod szpitalem, pisnął na właściwy widok. Tribale?, roześmiała się, trochę przestarzałe... Też nie jestem młody, wszedł jej w słowo. Ale spoko, zaczynają wracać, dokończyła, więc i on powrócił do idealnej wizji siebie nieprzestarzałego. Zaraz się dowie, czym są te cudowne tribale. Włączył komputer, przedpotopową stacjonarkę z dużym ekranem, do której znów chętnie siadywał od chwili, gdy nie musiał już chować swego życia w komórce z internetem, której matka by nie obsłużyła.
Jeśli coś chował, to niewiele, rzadkie i głównie nieudane negocjacje z czatowymi dziwkami, choć czy jeśli dziwka kręci nosem i wybiera sobie klientów, pozostaje dziwką? Na wysłaną podobiznę podwyższali cenę albo przestawali pisać, łatwiej było mu dorwać kogoś w realności, upić i szepnąć, że jeszcze dostanie parę groszy. Z niewyglądem, niewiekiem i bez specjalnych atutów, za grosz nie posiadał sprytu, by komuś, kto na seksportalu nawiązał z nim niehandlowy kontakt, wysłać cudze zdjęcie, a potem, na spotkaniu, błagać o litość, o jeden malutki, szybciutki sztosik, wykorzystując ślepe napalenie delikwenta, tak więc sieć nie była mu szczególnie pomocna.
Tribale, wpisał w Google i wyskoczyły mu dziesiątki linków.
Czego oczekiwał? Poza tym, czego zaczynał doświadczać, oczekiwał magii, bo skoro jego żywiołem pozostawały parki po zmroku i wucekwadranse w cieniu, niezbyt da się dziarą wabić przeciwnika, nawet w ciepłe dni. Magia miała działać tak, by nigdy już nie było cieniutko. Nie ma nic straszniejszego niż okres kompletnej posuchy. Po dwóch, trzech tygodniach pecha na całej linii zdychał jak afrykańskie zwierzęta bez deszczu, wydawało mu się, że jeszcze dzień, dwa bez wywąchania i wylizania, a zwyczajnie oszaleje, nie będzie mógł żyć, czyli potakiwać w pracy i w domu. Z samym wystawieniem się ostatecznie sobie radził, lecz smaku i zapachu żywego ciała nie dało się zastąpić niczym, nawet ulubioną nogą od nigdy nienaprawionego taboretu: najbezpieczniejszym dildem świata, bo niewidocznym.
Trzymał ją za tapczanem, matka znajdowała te nogę wielokrotnie, pytając, kiedy naprawi taboret, tak jak wszędzie znalazłaby dildo, gdyby zdecydował się je kupić w raz po raz obwieszczanej w jego komórce promocji. Noga zza tapczanu, higieniczny, plastikowy woreczek spożywczy wykradziony z kuchni, idealnie mieszczący mniej więcej jej dwadzieścia wystarczających centymetrów, ciut kremu Nivea i... byle cicho, najciszej, choćby miał się pod kołdrą udusić i setny raz odpowiadać na pytanie, dlaczego znów pudełko Nivea nie leży w łazience. I choć wraz z domowym potakiwaniem odpadły wszelkie pytania, a z pośmiertnego ubezpieczenia matki starczyło na luksusowe, końskie dildo, którego nie musiał ukrywać, reszta pozostawała bez zmian. Prawie, bo do Skaryszaka na razie nie pójdzie, podobno znowu biją, ale za Muzeum Wojska wciąż atrakcyjnie.
Magia sprawiająca, by nigdy już nie było cieniutko, by nie zdychał jak afrykańskie zwierzę z drewnianą nogą lub elegancko wyrzeźbionym dildem, jeden czort, naprawdę tylko tyle oczekiwał? Przecież magia zmieniała dynie w karoce, a obojętność, ba, nawet wrogość, w mi... Spojrzał na tulipany rzucone na stolik, wstawić musi do wody, nim padną. Tamte w doniczuszce matki zmieniły się bezpowrotnie w chore peniski po kilku tygodniach niepodlewania. W co zmienił się on po półwieczu, że nawet by nie pomyślał o prawdziwej miłoś... A jednak pomyślał, że by nie pomyślał, więc zachwycony i przerażony, jak najszybciej kliknął w pierwszy z linków.
Tribal - chaotycznie ślizgał się to po wyrazach, to po swych zaokrągleniach, zawijasach, zapętleniach i zamaszystych zawirowaniach, bo nie zdążył im się jeszcze dobrze przyjrzeć - połączenie... flamenco... taniec brzucha... w Indiach... północnoafrykańskie... wymyślony w... popularny od... American Tribal Style...
Zaraz, więc nie hip-hop? A flamenco to nie to samo co taniec brzucha? Tak czy siak, widocznie tribal, jak niemal wszystko, miał co najmniej dwa znaczenia. W końcu nawet "matka" nie była tylko matką, ale także "osobą zbijającą piłkę z zewnątrz podczas gry w dwa ognie", co odkryli kiedyś wspólnie, rozwiązując krzyżówkę. Co to znaczy zbić piłkę z zewnątrz, zastanawiała się, nie rozumiem. Nie umiał wytłumaczyć. Nigdy niczego przecież nie zbijali, omijali. Obchodzili świat jak zgniłe jajo, uprzejmie się uśmiechając.
Do tego z wąsami z piątego, który szedł w miasto z transparentem KARZDYDONOSNAŻYDASIEPSZYDA, bo wąsaci będą niedługo rządzić, a wtedy nie spali nam wycieraczki. Do rudej z trzeciego, nie gap się tak, jakże ta świnia może mieć cyce na wierzchu nawet zimą, bo była właścicielką knajpy i gdy zabraknie w sklepach jedzenia, zawsze coś będzie miała. Do lokalnego pośmiewiska, pana Antoniego, eksbaletmistrza płynącego na skwerek z trzema pieskami na trzech czerwonych smyczach, spójrz, jak on może hodować te kudłate szczury, bo może najpierw będą jednak rządzić ci płynący, czyż nie ostrzegają przed nimi w telewizji? Do płynącego Antoniego to i on niechętnie się uśmiechał, za blisko, było za blisko.
Albo do tej, co koty karmiła w piwnicy, blokując kijem wejście, by mogły swobodnie cuchnąć w całym bloku. Śmierdzielka, mruczała matka jak kot, wdzięcząc się do niej z kici, kici na ustach, pytając, jak się mają podopieczni, bo nie tacy śmierdziele nagle zaczynali coś znaczyć, może dostanie spadek, wykupi cały blok i wtedy tym, których nie lubi, podniesie czynsze, słyszałam o tych czynszach, ależ mamo, to chodzi o kamienice, ależ Ireczku, nic nas to nie kosztuje, za długo żyję, kochanie, za wiele systemów, za mało pewności jutra! To od kociary dowiedział się kiedyś, że się nie ożenił, ponieważ chciał być księdzem, lecz go nie przyjęli, bo zbyt podobały mu się kobiety...
O, to zaokrąglenie, niemal czarne na nieopalonej, przywiędłej skórze, nie pozwoli mu już zaokrąglać wszystkiego głupawym uśmiechem. Łuk przechodził w zawijasy: o, zawijać się wokół życia, nie tkwić jak kołek, przynajmniej wokół własnego, jeśli brak temperamentu do wchodzenia na barykady. Docenić urodę zapętleń, czyż nie są piękne te trzy esy-floresy pod łokciem, właśnie dlatego, że na siebie naszły, nie omijając się?
Tribal - odnalazł drugie znaczenie - popularny wzór tatuażu, wywodzący się z kultur prymitywnych...
U-u-u je-je-je! Jeszcze raz spojrzał na esy-floresy, jakby się bał, że znikną. Nie bądź prymitywny, synku, słyszał, ilekroć zapatrzył się przed telewizorem na mecz, to znaczy ona myślała, że na mecz, choć przecież podziwiał tylko gibkość i urodę futbolistów. Będzie prymitywny jak wiara w magię seksu! Już się stał! Hip, hop, istnienie, instynkt prymitywny, prymitywnie nieprzepraszający za to, że się jest, że ma się szczęście tu być, bo jest się tylko raz, tylko raz, luz, ze wszystkimi obawami, bez przykrości i rutyny!
...symbolizuje obrzęd przejścia, czyli zmianę jakiejś właściwości poddanego mu człowieka... służy do zaznaczenia przełomowych okresów w życiu jednostki związanych z przechodzeniem z jednej fazy życia do kolejnej...
Zdumiony, że wzór trafił w sedno, co za przypadek, poczuł się tak uroczyście, że ledwie powstrzymał się, by nie ukłonić się swej lewej ręce.
PRZEJŚCIE, najprawdziwsze, najważniejsze, z dowodem wymalowanym czarnym tuszem, nie do wyprania, bo zawsze zostanie ślad. Nie jakieś durne: kochanie, uważaj na PRZEJŚCIU! (nigdy tamtędy nic nie jeździło). Albo: Ireczku, PRZEJDŹ tu, puść pana (był dawno dorosły, a pan młodszy, on zaś wcale nie stał na środku). Albo: ej, ty, tu przez krzaki jest PRZEJŚCIE, właź, chwyć się drzewa i jazda (był bardzo dawno dorosły, a pan znów młodszy). Ani nawet okropne: panie Irku, PRZEJDZIE pan z selekcji do działu opakowań, bo były pomyłki (nigdy się nie pomylił, ale nie spytał kierowniczki dlaczego, choć selekcja leków jest lżejsza i lepiej płatna).
Obrzęd przejścia składa się z trzech faz - znów biegł po tekście jak Szewińska. - Faza wyłączenia... z dotychczasowej grupy... jednostka... oznaczana jest poprzez pomalowanie lub okaleczenie ciała... Nie okaleczył się, nie pociął jak śliczna Jolie ani jak ślicznie plujący na chodnik syn Pomianowskiej. Potem faza marginalna... Jednostka jest zawieszona, straciła poprzednią rolę społeczną, ale jeszcze nie nabywa nowej... Trwa to od kilku minut do wielu lat... Machnął zafoliowaną ręką, starczyło mu kilka minut, może kilkanaście, bo we freshu przecież kryzys miał, lecz do domu wszedł już jako ktoś inny, Irek Szczęściarz: na lata w zawieszeniu, znów na jakimś marginesie, nie miałby już szans! I faza trzecia... włączenie... nadanie nowego statusu...
Statusu? Ale jakiego?
Nikim był, bo nikim nie był, klasa półśrednia, waga piórkowa i nie chciałby być nawet swoją panią Basią, najniższą z kierowniczek. Ona jednak musiała decydować, on najwyżej zdegradowałby samego siebie, gdyby w ogóle jeszcze było w nim coś do pomniejszenia, a do innych tylko głupawo by się uśmiechał jak do sąsiadów. Bo pokorne cielę dwie matki... To nie brak ambicji, ale na nadmiar matek. Status pracowy: kierownik, wykluczał pokorne ssanie, w przeciwieństwie do statusu wuce-parkowego: uległa suka, tam i tylko tam uległość była na miejscu. Nadanie nowego statusu? Na gejportalu się nadaje, wchodząc, trzeba się oznaczyć. Za każdym razem klikał w seks, mając jeszcze do wyboru: czat, znajomi, randka, związek, zajęty, nieobecny, niewidoczny, nic. Trzy ostatnie wklikał sobie w życie. Wklikał, nie wytatuował, więc może da się je usunąć?
Nowy, potrójny status brzmiał: OBECNY, WIDOCZNY, COŚ.
I z ulgą dostrzegł, że tribale spełniały funkcję ochronną. O tak, będzie ich ochrony bardzo potrzebował, bardzo. Włączenie się do życia to nie byle co! Najpierw jednak sam musi je ochronić. Czas zmienić opatrunek. Delikatnie zdjął z ręki przezroczystość, z całego siebie ją dzisiaj zdjął. Mydło, woda, krem, jak odważnie prezentowała się ta widoczność gotowa do starcia ze światem! Teraz rozpakuje nową folię, przytnie kawałek i przykle...
Co było najpierw: jajko czy kura? Niespodziewanie srebrny blik folii aluminiowej z rulonu czy rechot matki z fotografii?
Szybko podszedł do ściany i zdjął je, wszystkie, ze sobą cztero-, czternasto- i czterdziestoletnim, zawsze z nią, jego świętą, jego świętą krową. Z zaskakującą, wręcz wuce-parkową przyjemnością precyzyjnie opakowywał w nieszczęsne sreberko każdą po kolei. Po chwili nad kanapą wisiał cały rząd ni to kafli, ni lusterek, czułych na światło, kolory i kształty, lecz nie na tyle, by dało się z nich opisać rzeczywistość.
Została jeszcze tamta, najważniejsza, w przedpokoju. Gdy jego nie było, choć już był. Gdy ojca nie było, choć jeszcze był. I gdy matka już i jeszcze, i zdawało się, że zawsze, choć na szczęście nie. Irek Szczęściarz! Delikatnie opakował, by nie rozpadła się antyczna ramka, i powiesił znów nad lustrem naprzeciwko wejścia. Na niepowieszenie, schowanie, a może wręcz wyrzucenie do śmieci wciąż jeszcze nie był gotowy. I popatrzył na swe dzieło, nadal widząc, co zasłonił, tkwiące nad jego odbiciem niczym zbłąkana asteroida, okruch przeszłości, która i tak mogłaby zniknąć jedynie ze ściany.
Lecz teraz musiał się pospieszyć. Tribale nie powinny się zakurzyć, zapaskudzić, trzeba wrócić do fresha po właściwą, niealuminiową folię. Chyba że dostanie w budce nieopodal, z mydłem, powidłem i "Gościem Niedzielnym". Już otworzył drzwi, gdy dostrzegł porzucone tulipany, więc wszedł do kuchni po jakąś butelkę, kupić wazon, kupić wazon, w tym domu będą teraz cięte kwiaty, ale butelki nie znalazł, tylko słoik po ogórkach. I znów się zagapił, nad lodówką wisiał przecież olejodruk Kimta.
Tamto "Drzewo życia" było stare, nie tylko dlatego, że powstało ze sto lat temu, naddarte z boku, z biała łatą przyklejoną niemal pośrodku, świeciło się odpryskami tłuszczu, jak to w kuchni, faktycznie olejodruk. Jedna z przyjaciółek matki, nie wiedzieć skąd wykształcona, zrobiła im kiedyś o tym "Drzewie" cały wykład. Śmiali się, bo wyszło, że Klimt rzeczywiście namalował je do jedzenia, na ścianie sali jadalnej jakiegoś pałacu w Belgii. To dzięki niej w wielości ornamentów dostrzegli tego ptaka, którego być może nigdy by nie zauważyli. Widzicie te kropeczki? Na drzewie życia siedzi czarny ptak, to śmierć! Matka jak zwykle uśmiechnęła się głupawo i wyprowadziła ich do stołowego na serniczek własnego wypieku. Nazajutrz, przy śniadaniu, zamiast ptaka tkwiła biała łata, równo przycięty kartonowy prostokącik. Co zrobiłaś? Matka zaczęła jakoś szybciej mieszać owsiankę. A na co nam to?, mruknęła znad garnka, nie polubiłam go, tego ptaka.
Na jego nowe drzewo, świeżutkie gałęzie oplatające przedramię, też nakleiłaby łatę, biały kartonik nie utrzymałby się, ale z pewnością znalazłaby sposób. Może obudziłby się bez połowy ręki? Nie polubiłam go, westchnęłaby przy owsiance... Roześmiał się. Po ponad roku niebytu i wciąż kręcącej się karuzeli wspomnień matka, zamiast niknąć w swych wadach, rozrastała się w potwora. Inaczej niż gałęzie nad jego dłonią, naprawdę podobne do tych na ścianie. Wyciągnął łapkę nad lodówkę, by utwierdzić się w podobieństwie. Wyciągnął i przyłożył do Klimta całkiem jak ta staruszka błękitna we freshu, jakie to słowo miał sprawdzić? A, impostacja, powiedziała mu, że głos do impostacji. Czyli do czego? Wspaniały miał teraz głos. La, la, la, la, la, zanucił na próbę na jednej nucie barytonem bez jednego pisku.
Słowo sprawdzi, gdy wróci, jeszcze tylko kwiaty. W słoiku po ogórkach nawet na haftowanej serwecie nie wyglądały idealnie. I nagle zrobił się przeciąg, drzwi wejściowe były wciąż otwarte, a lufcików demonstracyjnie nie zamykał, jakby dało się wywietrzyć przeszłość. Wir powietrza przechylił tulipany w lewo, wtuliły się w siebie i w promień słońca, i wyglądały zupełnie jak na tamtym wytatuowanym pośladku... Owszem, czerwone jak ulubione matki, ale piękne, cięte, wyzłocone i ze zgrabnego tyłka. Właśnie w ten sposób będzie się jej pozbywał.
Z nowym rulonem, odpowiednio przezroczystym i faktycznie kupionym w kiosku nieopodal, usiadł na ławce. Tak, opatrunek, lecz nie mógł się powstrzymać. W popołudniowym letnim wietrze, który teraz przegonił słońce szkodzące świeżym tatuażom, znowu szczęście, nie musiał chować ręki. Inaczej by nie usiadł. Esy-floresy zaskwierczały, ktoś patrzył, ludzie mają oczy po to, żeby się w nie rzucać! Życie jest po to, żeby się w nie rzucać! I właśnie się rzucał, proszę, oto ja, panisko, na ławce, w nic nieukrywającym świetle godzin szczytu. Status: OBECNY, WIDOCZNY, COŚ.
Sierpniowy wiatr nasilał się, powiewało jesienią. O ławkę zahaczył kawałek gazety. Nie podniósłby, gdyby nie zdjęcie nagiego torsu jakiegoś lekkoatlety, kiedy ostatnio czytał cokolwiek poza tytułami w sieci i tym dziś, o magii tribali? Przez lata się naczytał, nim z działu ulotek do leków trafił na selekcję, a potem do poniżających opakowań, więc odwróciwszy kawałek gazety, zerknął zawodowo. Kursywa, jakiś cytat, może fragment recenzji?
Dzięki ci, Boże - pomyślała Marie, gdy lexus mknął przez pole kukurydzy. Tyle mi dałeś: kłopoty i siłę potrzebną do radzenia sobie z nimi. Obdarzasz mnie łaską i nie skąpisz okazji, żebym codziennie mogła dzielić się nią z innymi. I zaśpiewała w duchu, jak to nieraz robiła, kiedy czuła, że świat jest dobry, a ona znalazła na nim wreszcie miejsce dla siebie: ho, HO, ho, HO! *
Ho, ho, ho, ho. Jeśli dziękował naprawdę szczerze, to najwyżej parkowym bożkom za obdarzenie laską. Czym miałby podzielić się z innymi? Mamo, dlaczego my nigdy nie pomagamy? Ależ pomagamy, kochanie, od rana do wieczora pomagamy przecież sobie!
Skwerek, bezkresne pole kukurydzy. Rzucił się w nie i ojej! Mknął przez miękką, upajającą żółć sięgającą ramion, aż przypomniał sobie, że to nie to pole, że to rzepak jest, uprawiany przez wujostwo, do którego kiedyś jeździł na wakacje, leżał w nim nieraz, może dziesięcioletni, czując, że świat jest dobry i jeszcze lepszy. Kukurydza była gęstym, twardym, wyższym od człowieka lasem, więc przystanął i nie miał jak się ruszyć, i nie było go z niej widać, i on nic nie widział. Ho, ho, ho, ho, chciał zaśpiewać, ale na jaką melodię?
__________
* G. Saunders, Szczeniak, [w:] 10 grudnia. Opowiadania, przeł. M. Kłobukowski, W.A.B. 2016.
2. SZUTNICZKA MIMI
No i wystraszyłam go! Uciekł ode mnie z tym rulonem, biegnąc przez cały sklep, jakbym była jakaś...
Głupi, głupi jeździec to, co pogardzić może mną,
ty, dziewczyno, szalej, a on jedzie dalej,
hopla, hopla, hopla, ho!
Rulon jak batuta... Kto mi wtedy dyrygował? Potrząsał siwą czupryną...
- Dziewiętnaście dziewięćdziesiąt dziewięć!
- Co sprzedajecie w tych rulonach?
- W jakich rulonach? Dała mi pani tylko dyszkę. Znaczy dziesięć złotych...
Czy ona myśli, że w moim wieku nie rozumie się, co znaczy "dyszkę"? Muszę sprzątnąć w portmonetce, człowiek myśli, że to banknot, a to stary rachunek, o, mam...
- Więc co sprzedajecie w tych rulonach?
- Nie wiem. Sery topione są w rulonach...
Zabawna jest ta kasjerka.
- Takich? - Rozkładam ręce, by unaocznić jej wielkość rulonu, chyba że to jakiś ser rodzinny, na pół roku, teraz wszystko rodzinne, hopla, hopla, hopla, ho!
Cmokanie, stukanie, szuranie, nogą o posadzkę, ręką o blat, dźwięki z okropnych przedstawień, które śpiewałam dla szkół. Niecierpliwość. Tyle że nie przede mną, lecz za mną. Cóż, gdy rozkładam ręce, z których prawa się nieco trzęsie, łatwo potrącić odłożoną portmonetkę... Proszę, jednak schylił się po nią ten nerwus.
- Dziękuję - mówię, choć nie zrobił tego z uprzejmości, tylko żeby było szybciej, i wracam do rozmowy. - Taki wielki ser w rulonie?
- Proszę spytać na stoisku... Jeden grosz reszty!
Na stoisku. Przecież nie będę się teraz przepychać pod prąd. Zabieram z lady pieczywo, masło, szyneczkę, słodki twarożek i mydełko. A! Z tamtego regału brałam przecież mydełko...
- To nie był rulon jadalny!
Lecz kasjerka już mnie nie słyszy, choć głos mam wciąż świetnie postawiony, nie spostrzega mnie, nikt mnie już nie spostrzega, nic nowego. Intensywnie gapiono się na mnie przez trzydzieści lat, wpatrywano się w każdy mój gest, miłość i śmierć pod wiecznym obstrzałem, po czym na następnych trzydzieści przestano, zupełnie jakby należało mi odebrać ten nadmiar gapienia, którego zebrałam więcej niż inni, w końcu nie każdy haruje na scenie.
Zabieram swój jeden grosz i zabieram się ze sklepu, by zabrać się za powrót do domu. Z nóżkami z waty to wyzwanie, w sumie też nic nowego. Na scenę zawsze wychodziłam, czując, jak wata wypełnia mi łydki, tremy nie przewalczysz, tak samo jak starości, można tylko nieco wyłagodzić.
Moja pierwsza główna rola, "Cyganeria"... Toż ledwie weszłam do pokoiku Rudolfa! Całe szczęście, że reżyser szybko kazał mi usiąść i wielką arię śpiewałam już z fotelika. Najpierw on, Rudolf:
Ta rączka taka zimna...
A ślizgała mu się w dłoni ta moja rączka, spocona i gorąca jak wystraszona mysz! Potem ja:
Nazywają mnie Mimi...
Zimna rączka nigdy nie była zimna, choć z czasem przestałam się aż tak pocić. Zimna to ona jest teraz, przez cały rok, nawet w upały.
Nazywają mnie Mimi... Maaam już dziewięć-dziesiąt la-tek!
Tak by to musiało brzmieć, bo dziewięćdziesiąt dwa nie zmieściłyby się we frazie, choć przecież od dawna nie śpiewa się po polsku, tylko w oryginałach, których nikt nie rozumie...
A. Ławeczka. Wolna. Ale jeszcze nie muszę. Ta przy piaskownicy, gdy wata w nogach zacznie chrupać, będzie zapewne zajęta... No nic, byle do przodu, jakoś ciągle bez kuli i tego strasznego chodzika. Waldorff chodził o kuli i mawiał, że na starość Pan Bóg daje ludziom po głowie albo po nogach, więc on już woli po nogach. Pełna zgoda, choć nigdy nie napisał o mnie ani słowa, w końcu śpiewałam najwyżej drugie premiery i zwykłe spektakle. Słynny pan krytyk przyjeżdżał tylko na gale, a na gale byłam za cienka.
Tłumaczyłam sobie, że to właśnie przez cholerną tremę, ale głos miałam tyleż ładny, ile nieporywający, jak stwierdziły kiedyś inicjały na trzeciej stronie u dołu "Dziennika Bałtyckiego" w podsumowaniu kulturalnego tygodnia. Nie byłam Kostrzewską, Słonicką, Fołtynówną, niech im ziemia lekko akompaniuje, i chciałam wierzyć, że to przez tremę. Przez to samo, co teraz nie pozwala mi wyjść z domu o kuli lub z chodzikiem, choćbym miała paść. Kula runie na chodnik, ja runę, bo chodzik nagle odjedzie, zapomnę tekst... nazywają mnie... nazywają mnie... jak mnie nazywają?, albo skupiwszy się na górnym ce, pomylę wejścia i wyjścia.
Trema przed chodzikiem? Co ty, babciu, opowiadasz, śmiała się Izunia, której powierzyłam sekret, przecież na ulicy są zawsze jacyś ludzie! Prawda, a w budce suflera sufler i żeby pomylić wejścia czy wyjścia, to ślepym trzeba było być. Wszędzie jakiś fotel, sofka, krzesło, stół i trzy falbanki w tle, robiące w "Traviacie" za salon, a w "Baterflai" za morskie fale... Bogaciej scenograficznie to było w stolicy, ale gdzie mi do stolicy, marzenie ściętej głowy! Ziściło się, gdy przestało być marzeniem, gdy już nie śpiewałam, na emeryturze... Jak to się mówi? Chichot losu!
Ja się śmieję, a ha, ha! Pan się śmieje, a ha, ha!
Rechot tremy. Fałszywy i nieuleczalny. Że sobie człowiek nie poradzi. Że wysunie mu się kula z ręki. Przecież tekstu nigdy nie zapomniałam, ani słowa, sufler przy mnie sobie ziewał! Do dziś wszystkie pamiętam.
Głupi, głupi jeździec to, co pogardzić może mną,
ty, dziewczyno, szalej, a on jedzie dalej,
hopla, hopla, hopla, ho!
Przecież śpiewałam to ledwie parę razy, gdzieś za Gomułki! I proszę, mój wytatuowany jeździec z tajemniczym rulonem ucieka mi dziś nagle spod regału z mydełkami, jedzie dalej, a ja od razu mogę całą "Wesołą wdówkę"! Wiem, wiem, co twierdzą różni mądrale, że potem, czyli teraz, pamięta się doskonale wierszyk wyuczony w szkole, choć z własnym adresem jest kłopot, ale tę dziwną rozmowę ze sklepu mogę wyrecytować calutką i dokładnie, zupełnie jak swój adres.
Zdenerwowałam go tą wojną. Jak powiedziałam? A. Że dawno nie było wojny i że zapomnieli... Co, nieprawda? Zdenerwowałam go, bo sama się zdenerwowałam. Dlatego zaczęłam ględzić wbrew sobie, no, przyznaj, wyskoczyłaś jak wdowa narodowa po wszystkich powstaniach i obozach jednocześnie, a powinnaś była zatrajkotać jak Wesoła Wdówka! To nie miał być żaden zarzut, a tylko zagajenie. Dostrzegłam przecież na tej jego ręce coś, co... Niestety, zagadała ta oficjalna, wojenna weteranka, jeden z ostatnich świadków gehenny, naznaczona Tragedią córka, żona, matka, babka i prababka. I cóż tego, że mówiła ta druga ja? Ta najpierw skrzętnie ukrywana, a potem uśpiona przeze mnie na dziesiątki lat, wydawałoby się, na zawsze, gdyby nie te urodziny, na które Wiciu i Aldonka zaprosili mnie do Opery i...
Co on właściwie miał na tej ręce? Półksiężyce zawinięte w siebie jak na tunice w "Kwiecie Hawaii"? Gdzie mnie tak ubrano? Czy był to może wieniec laurowy, a raczej kilka zaplątanych wieńców, ale też coś jak ozdobna kratka z bramy w naszym domu przed... Ozdoba! W każdym razie to była ozdoba, elegancka, o d p o w i e d n i a !
Przyłożyłam rękę do jego ręki, bo chciałam sprawdzić... Bo się ozdobił! Jeździec z Rulonem nie był jak ten gruby rzeźnik, do którego posyłała mnie mamusia, szłam na miękkich nogach, z waty, całkiem takich jak te na scenie i te dzisiejsze, wiecznie na nogach z waty, tak okropnie bojąc się, co zaraz zobaczę, tak okropnie bojąc się tego wielkiego świńskiego łba łypiącego na mnie świńskimi oczyskami spod podwiniętego rękawa rzeźnickiego fartucha, bo rzeźnik na łapie się przecież nie ozdobił, rzeźnik się oszpecił!
Więc ja, ta pierwsza ja, weteranka z monopolem na Najgorsze Przeżycie Świata i odpowiedni do kwestii szacunek:
- Dawno nie było wojny, zapomnieliście...
Choć przecież chciałam powiedzieć, że mnie to zaskoczyło, wcale nie zażenowało.
I powtórzyłam:
- Zapomnieliście...
Choć chciałam przecież powiedzieć, że... że to na jego ręku... zachwyciło mnie!
Wtedy on, króciutki recytatyw:
- A wy...
I dalej na jednym oddechu, legato:
- Wy zapomnieliście, że człowiek żyje, by żyć! Żyć, a nie zdychać z głodu życia lub ciągle pamiętać najgorsze!
Tak powiedział, pamiętać najgorsze. Kto wie, co dla kogo jest najgorsze. No, nieprzyjemne to było legato, w treści i w wykonaniu, popiskiwał w kilku rejestrach, zwróciłam mu uwagę, głos do impostacji, ale jakie miało być? Agresja wobec staruszki z pewnością niewłaściwa, lecz czy staruszka nie sama sobie winna? I w ogóle czy nie należałoby im trochę współczuć? Tym dwóm pokoleniom przekarmionym wojną po wszystkie dziurki, naszą wojną, nie ich, w szkole, w książkach, w filmach, w kalendarzach pełnych rocznic, czy nie mają prawa mieć dość?
Gdy Izunia wpadła się pokazać, jak to się elegancko przebrała za sanitariuszkę z Powstania na rocznicę, dałabym głowę, że tak samo przeżywałaby przebranie się za Baterflaję! No ale to już trzecie pokolenie, moja piękna, piętnastoletnia prawnuczka, dla niej wszystkie wojny to może nie "Kwiat Hawaii", ale jedna wielka operetka... I czy tak nie jest lepiej? W końcu ludzie nie uczą się na własnych błędach. Ha, nawet pytała, czy może mam w szafie kostium z jakiejś roli w wojennej operze.
Kostium! Nie mówiłam jej, że własne kostiumy miały tylko gwiazdy, bo uważa mnie za gwiazdę. I to nie zawsze miały, a takim jak ja dopasowywało się coś, czasem prując, by wlazło jakieś tłuste brzuszysko, a kiedy indziej zwężając. Violettę śpiewałam kilka razy spięta agrafkami, za chuda na suknię, choć biedna kurtyzana umiera przecież na suchoty, więc lepiej, gdyby nie ważyła tyle co nosorożec po kolacji. Ale to wszystko nic. Przede wszystkim Izunia nie wiedziała, bo i skąd, że nie ma żadnych znanych oper o tej wojnie: pieśni na akademie, piosenki do Kołobrzegu, symfonia o oblężonym Leningradzie, jakieś kantaty okolicznościowe, oratoria są nawet, ale opera?
Jedna była. I dowiedziałam się o niej, już siedząc na widowni między Wiciem a Aldonką. I...
O, teraz też sobie siądę, jeśli dobrze widzę, że to fotel. Nieźle się ludziom powodzi, skoro wyrzucają takie fotele... O, nawet się nie chwieje... Patrzcie sobie, diva na śmietniku, w punktowym reflektorze słońca! Na pewno jakąś operę wystawiono już na śmietniku, robią teraz takie rzeczy, że gdyby nie telewizja, nie uwierzyłabym. Przecież ostatnio jakieś barokowe cacuszko działo się w lodówce! Pasterka jako kostka żółtego wyśpiewywała koloratury na pięterku, które okazało się półką przy wielkich drzwiach lodówki z wystającą butelką mleka! Myślałam najpierw, że to reklama!
Zdjęcia, których pokazanie wymogłam na Wiciu, gdy oświadczył, że zapraszają mnie z Aldonką na "coś fajnego" do Opery, też wprowadzały w błąd. No prawda, zerknęłam szybko, bo inaczej się nie dało, podstawił mi tego swojego smar... smarka pod nos i o mało oka nie wydłubał, wciskając coś ciągle i jednocześnie odbierając dwa telefony. Jak można w ten sposób żyć? Mignęły mi panie i panowie w bieli, toczki, koronki, wachlarze, rękawiczki, smokingi, kelner, szampan, jakieś tańce, francjaelegancja... Zgodziłam się. I znów spytałam o tytuł, i wtedy znów rozjęczał się ten jego smark, uo, uo, uo, uo, całkiem jakby ktoś ćwiczył tryle przed występem, choć może raczej jak straż pożarna, bo okazało się, że mu się w firmie coś pali i popędził, w końcu dyrektor. Głuchy na muzykę, ślepy na teatr, wspomina czasem tylko jakieś kabarety, ale Ktoś!
A może by tak ten twarożek zjeść tu, na słoneczku? Tylko czym? Jeśli doczekam wiosny, będę brała ze sobą łyżeczkę.
Więc Wiciu popędził i zostawił mnie lekko ogłupiałą, lecz zadowoloną. Wszystko w mojej ulubionej bieli, toczki, koronki, wachlarze, jak za najlepszych lat. I zresztą mogłam iść na to przedstawienie albo wcale, bo następny wolny wieczór miał za trzy miesiące, a w moim wieku, który rzekomo tak bardzo oboje z Aldonką chcieli uhonorować... Nazajutrz po spektaklu, osobliwym zbiegiem okoliczności, zagadali mnie przecież, czy nie przepisałabym mieszkania na Izunię. Oczywiście najpierw, że jeszcze raz przepraszają za niefortunny wieczór w Operze, że gdyby wiedzieli, to nigdy... Że chcieli jak najlepiej, psieprasiamy, sepleniła po swojemu Aldonka...
Niefortunny wieczór? Nawet chyba się uśmiechnęłam. Musiałam się uśmiechnąć na myśl, że może wręcz powinnam im podziękować.
Bo nazajutrz to ja byłam kimś innym. Tą drugą, uśpioną i wybudzoną.
Mieszkanie i tak bym przepisała na ukochaną prawnuczkę. A życie? Co zrobić z życiem, którego na nowo przepisać już się nie da?
Gdyby nie korek, w ogóle nie zasiadłabym na widowni, za żadne skarby! Ale dotarliśmy w ostatniej chwili, pół rzędu stanęło na baczność, byśmy zajęli swoje miejsca, i nawet nie kupiliśmy programu. Jaki tytuł?, spytałam jeszcze raz, bo wreszcie przestali się kłócić. Mam wciąż idealny słuch, to Aldonka sepleni, w każdym razie usłyszałam wyraźnie: Paryżanka.
A to Niemka była.
Rozpoznałabym od razu. Nawet gdyby orkiestra zagrała tango milonga, nie bombardując nas na wstępie złowieszczym tremolo kotłów. Tak, wszystko było w bieli, elegancjafrancja, pani, pan, przy balustradzie na statku, chichot losu, Ja się śmieję, a ha, ha... Niemal identycznie jak w kadrach słynnego niedokończonego filmu.
Wiciu już zdążył przysnąć, usłyszałam lekkie chrapanie. Aldonka, z mojej prawej, wychyliła się do przodu, jakby próbowała lepiej pojąć tę dziwną zbitkę ponurej muzyki i salonowych kostiumów. Może nawet jeszcze nie zorientowała się, że to statek? Nigdy w niczym, poza okazjami kupna czegoś za bezcen, nie była zorientowana. Za to ja mogłam tę historię już opowiedzieć do końca, choć jeszcze się nie zaczęła. Znałam ją doskonale, mimo że nie czytałam książki i nie widziałam filmu. Bo przecież robiłam wszystko, żeby nie mieć z tym nic wspólnego, żeby mnie Temat nawet nie musnął.
Gdy reżyser... Munch? Nie, nie malarz... Munk? W każdym razie, gdy zginął w wypadku samochodowym z tą znaną szansonistką, nawet się ucieszyłam! Wiadomo, nie z tragedii, tylko właśnie wtedy kręcił ów film. Sądziłam, że to załatwia sprawę, ale obrobili go jakoś, fotosy ze statku posklejali z powstałymi już scenami w... no... TAM... i puścili do kin. Nikt nie mówił o niczym innym, ta historia była wszędzie. A wraz z nią znów mnóstwo innych, w końcu minęło wówczas ledwie kilkanaście lat.
Brakowało tylko mojej. Zasypanej, zaryglowanej, zamkniętej. Lecz niewymazanej. Wymazana byłaby... Wymazanej nie byłoby.
Paryżanka. Pasażerka.
Patrzyłam na piękną panią i pana na scenie, jakbym widziała słynny fotos ze Śląską i Kreczmarem, a wkrótce przed nimi, jeśli jeszcze miałabym jakieś wątpliwości, wyrosła postać tytułowa: ona lub tylko ktoś podobny do więźniarki, na którą uwzięła się Niemra przechadzająca się w gęstej woalce na twarzy, widmo i fatum jednocześnie.
I nie miałam głowy, by zżymać się, jak to możliwe, że powstała opera o... i kto do tego dopuścił? Verdi, Puccini, Bizet, Moniuszko, przecież oni wszyscy musieli przewrócić się w grobach! Lecz już nie mogłam wstać i wyjść, tak jak teraz sobie po prostu wstanę i pójdę spod tego śmietnika, bo mimo słońca czuć po nogach koniec sierpnia, już w moją watę wwiewa się jesień... Więc nie mogłam wstać i wyjść, i wcale nie dlatego, że nie byłam w stanie ani że siedziałam między Wiciem a Aldonką i nie chciałam im zrobić przykrości, w końcu zaprosili, kupili najdroższe bilety, przywieźli... Zrobiłabym to, należało się im, ignorantom, wówczas byłam jeszcze o tym przekonana. I nie dlatego nie wstałam i nie wyszłam, że pół rzędu musiałoby przerwać oglądanie, cóż mnie oni wszyscy w tej chwili obchodzili...
Nie mogłam, bo takich rzeczy nie robi się artystom!
Tak właśnie pomyślałam, choć teraz już wiem: nie mogłam tego zrobić sobie.
Nie zdziwiłam się, gdy niebawem rozświetlił się dół sceny i oko w oko ze mną stanęła esesmanka. Spodziewałam się jej. I nie jej... Nie zacisnęłam powiek, z zamkniętymi oczami zobaczyłabym to samo, nie próbowałam zatkać uszu, mimo że w torebce zawsze przecież mam zatyczki, czymże była teraz muzyka?
Za to Aldonka się nie spodziewała. Gdy na placu apelowym stanęły dziewczyny w pasiakach, złapała mnie za rękę i ścisnęła. Tak, wyrwałam dłoń, nie życzyłam sobie żadnej trzymanki i ściskanki. Czy zresztą wreszcie dotarło do niej, na co mnie przyprowadzili, czy raczej sama poczuła się źle, zawsze odwrócona od biedy, okrucieństwa i całej plugawości świata, jakby nie istniały? Po chwili jednak dotarło, bo upierścieniona łapka rozdzwoniła się bransoletkami, frunąc nad moimi kolanami, by obudzić Wicia. Przebudzony, gdy zorientował się, że zafundował mi na urodziny Temat, szepnął: ojezu, wybacz, wychodzimy! I już oboje niemal podnosili się, by mnie podnieść, po osiemdziesiątce stałam się dla nich workiem kartofli, gdy na scenę zaczęły wjeżdżać prycze... Rozłożyłam ręce, szlabany, wciskając oboje w fotele. Takich rzeczy nie robi się nie tylko artystom.
Sama, niewciśnięta, odnalazłam się gdzieś wysoko, pod plafonem sali, w której nigdy nie dane mi było zaśpiewać, albo i jeszcze wyżej. Ale i tam dochodził mnie upiorny walczyk, a potem lament na żeńskie głosy unisono i wszechobecna perkusja, wielogłosowe cymbałki, jakby ktoś grał na ogromnych zębach szczerzących się w ironicznym grymasie.
Zamknęłam oczy dopiero wtedy, gdy zaczęli bić.
Nikt mnie Tam nigdy nie uderzył.
Byłam krótko. Ruscy przyszli. Miałam szczęście.
Które wzięłam potem za nieszczęście.
No, czas iść na twarożek... Jeśli doczekam wiosny, będę brała ze sobą łyżeczkę... Pod warunkiem że nic nie da mi mocniej po nogach, bo to tylko kości, mięśnie, żyły, tylko Nic, nie żaden Bóg, jak mawiał krytyk Waldorff, który nigdy o mnie nie napisał...
A wtedy, w Operze, po nogach dała mi głowa. Gdy nastała przerwa, były mnie dwie. Tamta, siedemnastoletnia, wciąż pod plafonem albo i gdzieś ponad, tak, stłamszona, wystraszona, lecz przede wszystkim... przede wszystkim... nieoczekiwanie pełna! I ta druga, sędziwa, nigdy już niewypełniona, zasypana, zaryglowana, zamknięta, w fotelu w czwartym rzędzie parteru, z którego teraz faktycznie nie byłam w stanie się ruszyć. Oczywiście co to dla Wicia, sto kilo żywej wagi, wziąć na plecy taki kruchy woreczek kartofli, nawet Aldonka dałaby radę, gdyby nie sukienka, wcięta w talii i wrośnięta w jej żebra jak wrzód. Gdy znów wyciągnęli po mnie ręce, powiedziałam: nie! Chciałam, musiałam zostać, z nimi albo bez nich, choć oczywiście nie ośmielili się mnie zostawić na resztę wieczoru. Zgody, by poszli na kawkę, skoro przerwa, udzieliłam jak najchętniej. Ale na pewno?, dobze się cujes?, sepleniła Aldonka, przebierając nóżkami, by znaleźć się choć na chwilę w holu, w bufecie, w swoim żywiole, mozze coś ci psssynieść?
Ba. Nie czułam się dobrze ani jako ta pod plafonem albo i gdzieś ponad, ani ta w fotelu. Jak miałam się czuć, znowu rozdwojona? Co mogła mi przynieść z bufetu głupawa, próżna żona wnuka? Co mógł mi przynieść ktokolwiek i skądkolwiek, by scalić te dwie mnie, wchodzącą w życie i przedśmiertną, która przeżyła to życie nie tak, jak powinna, ale nie myślała o tym, bo zasypała, zaryglowała, zamknęła tę młodą na zawsze?
Zbudzić się z ułudnych snów,
Stłumić jęk, co w sercu wre!
Wplotła mi się ta aria z "Hrabiny", śpiewana spod albo sponad plafonu, w rozdzierającą muzykę drugiego aktu, w którym więzień grał na skrzypcach na żydowską nutę. To zyd napisał, ocywiście!, rzuciła triumfalnie Aldonka po powrocie z bufetu, wachlując się programem i niechętnie zajmując swoje miejsce, jakby to wszystko wyjaśniało, również fakt, że zabrali staruszkę z numerem na ręku na jego dzieło, obiecując milutki, urodzinowy wieczór. Ten zyd, a nie Żyd, brzmiał w jej seplenieniu jak wstyd.
Przeczytałam potem program, nie znałam kompozytora Weinberga, zruszczonego Polaka, który uciekł do Sowietów, gdy wybuchła wojna i stracił rodzinę w getcie, a "Pasażerkę" napisał w sześćdziesiątym ósmym. Musiał, nietrudno to zrozumieć, choć nikt nie chciał jej wystawić i przeleżała w szufladzie prawie czterdzieści lat...
Ja przeleżałam w szufladzie siedemdziesiąt.
A raczej w szafie. Czy nie tak się teraz mówi? Wyszedł z szafy. Wiem, bo spytałam raz Izuni, o co chodzi z tą szafą, ależ się śmiała.
Więc wyszłam z szafy. Niedaleko, tylko przed lustro, w prywatnej garderobie, jakiej zresztą nigdy nie miałam, bo tylko gwiazdy... Ale wyszłam.
Najpierw jednak wyszliśmy z Opery. Owszem, ledwie się dowlokłam do auta, uczepiona Wicia i Aldonki, jakbym właśnie obchodziła setkę. Lecz przecież w ostatniej chwili spod plafonu spadła mi na plecy tamta druga, znaczy pierwsza, ważyłam więc nagle podwójnie, a z zaokrąglonych pleców garb się zrobił, który mi Wiciu usiłował rozmasować na parkingu. Spodziewałam się tego i nie spodziewałam, gdzieś w kącie kąta, na dnie żołądka, czułam, że nie wyjdę sama, a jednocześnie pocieszałam się, że wszystko zostanie po staremu, po bardzo staremu, że nic nie jest w stanie zmącić mojego skamieniałego spokoju, już nie, nie teraz, gdy podsumowałam, co miałam podsumować i tylko sobie dożywam...
No i te brawa po opadnięciu kurtyny. Też zgięły mnie wpół. Próbowałam klaskać, artystom zawsze trzeba klaskać, nikt nie wie lepiej ode mnie, ile wysiłku kosztuje nas, nawet jeśli się nie udaje. Ale gdy do ukłonów wyszli hitlerowcy w mundurach, dłoń nie umiała trafić w dłoń. Oczywiście artyści artystom, zawsze trzeba, kiedyś po "Rigoletcie" największe brawa zebrał zbir Sparafucile, a przecież pociął mnie, niewinną, na kawałki i wsadził do worka, z którego śpiewałam jeszcze wzruszający duet, no, basicho to było wykwintne, lecz... klaskać hitlerowcom?
- A, dzień dobry!
Machnę mu tylko. Oj, niech już nie ściąga kapelusza. Dobry, dobry! Gdzież to się zapędził, mieszka za parkiem... Chodzi coraz wolniej, a wycinał hołubce, wywijał ciupagą, gdy tylko wchodził na scenę, szumiały jodły, że ho, ho! Więc nie utniemy sobie pogawędki, bo nim podejdzie, będę już parę metrów dalej, a nie zatrzymam się, ponieważ wata w prawej nodze chrupie coraz mocniej i jak stanę, mogę nie ruszyć, a przecież czas na twarożek. Idź sobie, idź w swoją stronę, daj spokój, macham jeszcze raz gestami rozpaczy ze swoich tragicznych finałów, pasują idealnie, zmieniając sens, gdy się próbuję uśmiechnąć... Czy widzi ten uśmiech, co w ogóle widzi, skoro mimo to lezie wprost na mnie ze zdjętym kapeluszem? Trudno, stanę.
- Witam szanowną koleżankę! Co pani tu robi?
- No przecież mieszkam, widzieliśmy się niedawno...
- Tu?
- Tak, z szafy wyszłam...
- Z szafy?
- Ze sklepu.
- Ale ciągle piękna! Jak nieludzko piękna jesień!
- Jesień? Lato jeszcze mamy.
- Lato? Ostatnie lato było w trzydziestym dziewiątym.
No i konwersuj tu.
- A widział pan może po drodze mężczyznę z rulonem?
- Z rulonem?
- Biegnącego, tak... Uciekł mi.
- A mi pies uciekł, o już dawno, parę lat...
- Nie widział pan?
- A pani... Wciąż można by nas oklaskiwać!
- A klaskałby pan hitlerowcom?
- A niech mi pani coś zanuci!
- Panie Wojciechu...
- Jerzy, ja Jerzy... No, bardzo panią proszę...
Nabieram powietrza, dlaczego nie?
- Zbudzić się z ułudnych snów, stłumić jęk, co w sercu wre!
Uśmiecha się, chwyta mnie za dłoń i otwiera usta.
- Ta rączka taka zimna...
Ściskam go mocniej.
- Nazywają mnie Mimi... Maaam już dzie-więć-dzie-siąt la-tek...
Chichoczemy. Przeponę zawsze warto wymasować, od razu człowiek czuje się lepiej. Chcę mu jeszcze powiedzieć, że jeśli doczekam wiosny, będę brała ze sobą łyżeczkę, ale puszcza moją dłoń i macha drugą, tą z kapeluszem, który po chwili, gdy już jest kawałek za mną, haczy o wielkie, odstające uszy.
Podobno uszy rosną nam do końca. Ile mu jeszcze podrosną? Z tego wszystkiego, a głównie dzięki masażowi przepony, udaje mi się zrobić pierwszy krok i następne, jakbym w ogóle nie przystawała, a nawet idę szybciej. No i jestem już prawie pod domem, śmiech to jednak wielka energia, tak mało się w życiu szczerze śmiałam. Ja się śmieję, a ha, ha było przecież zawsze udawane jak woda zamiast szampana w kieliszku... Nawet wtedy, gdy jeden kolega się ożenił, akurat przed "Zemstą nietoperza", i potajemnie lali prawdziwe szampanskoje podczas spektaklu, zadziałało z opóźnieniem, więc głupawo wybuchłam niekontrolowanym śmiechem dopiero w garderobie...
A teraz klucz i dziurka. Niegdyś wysokie ce, przynajmniej ha, albo fermata, albo przebranie się w ciągu minuty. Teraz dziurka i klucz. Wyzwanie.
Już czwarta? Ale i tak zdążę jeszcze podrzemać, nabrać sił, nim przyjdzie Wiktoria... Czy ona musi tak ciągle zrzędzić? I wyglądać tak staro? Stara, zapuszczona, gruba baba! Zupełnie jakby nie była moją córką, jakby genów moich nie miała! No chyba że zestarzała się jak jej ojciec, ale się nie dowiemy, połowę przeżył tego co ja, umarł szczupły i całkiem przystojny, tyle dobre... Nie, jednak trochę więcej dobrego. Dobry był z niego człowiek. I dobrze, że opuścił mnie w miarę szybko, choć żal, że przy okazji i cały ten świat.
A... Może wyjmę też drugą łyżeczkę i od razu wrzucę do torebki? Nie wiem, dlaczego lubię ten smak, nie wykwintnych serników, nie wiejskiego twarożku ze świeżą wanilią, jaki kiedyś zaserwowała mi Izunia, nie tego w naleśnikach ani z drożdżówek, musi być zwykły, homogenizowany, w plastikowym pudełku i wyłącznie t a k waniliowy.
Nie umiem tego wyjaśnić. Ktoś umie? Nikt nie umie! Prędzej dolecimy kiedyś na Marsa, niż dowiemy się najważniejszego o nas samych. Dlaczego Izunia uwielbia śledzie, na zapach których Aldonka wybiega do łazienki? Czemu Bożenka, nasza korepetytorka, nawet po ciemku wybrałaby w sklepie garsonkę z czerwonej krempliny, od której można było dostać oczopląsu? Skąd radocha mojego męża przy płycie Mazowsza czy Śląska, przecież wychował się w mieście. Arie operowe znosił tylko w moim wykonaniu i nic z miłością do opery nie miało to wspólnego. Ha, ha! Właśnie: dlaczego jednych zawsze rozśmieszy ślizg na skórce od banana, a drugich nigdy? Nie wiadomo. Niewytłumaczalne, bo...
O ja niezdara, ha, ha, skutki jedzenia na łóżku. Łyżeczka pac, oczywiste, grawitacja, wytłumaczalne, ale czemu mnie rozbawiło? Kto inny by się wściekł. Przecież teraz kłopot, lepka plama na kocu, należałoby wstać po ściereczkę... Nie mam sił...
To. Wtedy. TAM. Było jak twarożek waniliowy, t e n twarożek.
Ale nie że słodkie. Dla Izuni pewnie jechałoby śledziem, a dla Bożenki byłoby krwistoczerwone.
Tak się muszę przykryć, by nie wysmarować się we śnie od plamy, jeśli w ogóle zasnę...
Ale jest jeszcze coś, równie tajemniczego. Jak w tym wywiadzie, którego udzieliła, która to go udzieliła? Przyjechała do nas na jedną "Traviatę", z Warszawy, a jakże, podobno była przeziębiona, więc mnie wezwano, bym w razie czego dokończyła. Snułam się za kulisami jak uboga krewna, wszyscy latali koło niej jak ten kot z pęcherzem, nikt nie zagadywał, skoro przeziębiona, a ona tylko uprzejmie się uśmiechała. Dośpiewała. Mało tego, ostatni akt, Addio del passato, pożegnanie z przeszłością i śmierć faktycznie brzmiały rozdzierająco. Ktoś nawet orzekł , że przeziębienie jej pomogło, lecz to niemożliwe. Musiała być zdrowa jak rybka, jak całe akwarium, by koloratury, a nawet kaszel suchotnicy przy czytaniu listu od ukochanego brzmiały tak cudownie. Magia sceny. Potem przyjechało radio, na wywiad. Przycupnęłam sobie za koszem kwiatów wielkim jak katafalk. To, co dostawałam, było przy nim jak bukiecik polnych stokrotek. Lecz to, co usłyszałam, było jeszcze mniejsze. Zwłaszcza że dziennikarz spytał uroczyście i kwieciście, stawiając ze słów drugi katafalk, jak ona to robi, że ach, jest taka nadzwyczajna, prawdziwa, wzruszająca... No gadał i gadał, jak nakręcony. I wtedy nasza gwiazda, już przebrana na prywatnie, w coś, przy czym czerwona garsonka Bożenki z krempliny była szczytem dobrego smaku, już swoim niescenicznym głosem, którym na bazarze mogłaby zachęcać do kupowania ziemniaków, zagulgotała: Eeeee, jakoś tak samo wychodzi...
Mnie też samo wyszło.
W szopie na narzędzia. Zawołała mnie po imieniu. Znała, zapamiętała. Spektakl był niemy i bez świateł. Czasem słońce prześwitywało przez ściany szopy, ale wówczas nie. W takiej szarudze, która równie dobrze zagrałaby zmierzch i świt, i północ, śpiewałam kiedyś Lizę. Źle, krzykliwie, "Dama pikowa" była nie dla mnie. Najlepiej wychodził mi skok do Newy, o północy. Samobójczy. W szczęście.
To. Wtedy. TAM. Było jak twarożek waniliowy i skok do Newy.
I trwało może właśnie tyle. Jak długo wciągały Lizę newskie wiry? Minutę? Dwie? Trzy?
Wargi do warg, dłonie w dłonie, a potem do... Wilgoć, ale nie ta z rzeki. Siła wiru. Nie broniłam się, wskoczyłam. Samobójczo, w szczęście. Minuta, dwie, trzy. I nagły koniec. Liza pod wodę, a ja, ona, my dwie, bo jakiś hałas, a może ktoś wszedł do szopy, odskoczyłyśmy od siebie, nie potrafiąc wyrównać oddechu.
Moja Niemra.
Nigdy jej już nie widziałam, wcześniej nie przyglądałam się, nie patrzyłyśmy im w oczy. Duża kobieta, szczegóły utopione w Newie... Przenieśli ją? Dostała urlop, z którego nie wróciła, bo nas wyzwolili? Raz pomyślałam, że może szlag ją trafił tuż po wyjściu z szopy. Nie za to, kim i gdzie była. Za to, co mi zrobiła. W co wciągnęła. Co otworzyła...
Moja maestra latami ćwiczeń otworzyła mi gardło, bym mogła śpiewać pełnym głosem. Uwielbiałam to. A moja Niemra? Bez ćwiczeń, od razu samo wyszło. Jakbym... jakbym się gotowa urodziła do... Nie chciałam tego lubić. Ani nie lubić. Żeby nie istniało, chciałam, a przynajmniej nic o tym nie wiedzieć.
Ten numer, którego już prawie nie widać, coś, co najpierw wzbudzało współczucie, a potem sprawiało, że zapadała niezręczna cisza, co przykrywałam długim rękawem, a idąc do teatru, zalepiałam fluidem Celii, bo jak cement był i do twarzy się nie nadawał, ten numer, który naznaczył mnie jako ofiarę wszystkiego najgorszego, co potrafi człowiek człowiekowi, ten numer, przez który do dziś zapraszają na różne uroczystości omijane przeze mnie jak pożar... ten numer... wykręcił mi numer! Oznaczał przecież zupełnie co innego.
Krysia była wiecznie głodna, wszystkie byłyśmy, ale ona najgłodniejsza. Gdy po latach przyszła do mnie za kulisy po spektaklu, niestety łatwo mnie było odnaleźć, ledwie zmieściła się w drzwi, odbiła sobie. Margit strasznie marzła, wszystkie marzłyśmy, ale ona najbardziej. Na zdjęciu, które pokazała mi Krysia, siedziała sobie na leżaku pod palmami, z upodobaniem grzejąc się w egzotycznym słońcu, też sobie odbiła. Lenka straciła włosy, wypadały jej garściami, Krysia miała i jej fotografię, tropiła nas wszystkie z niewiarygodnym samozaparciem, bo wszystkie, z którymi byłam przez te trzy miesiące, przeżyły. Lenka siedziała przy kawie z idiotycznie długimi lokami, prawie topiły się w filiżance. Może peruka, może odrosły. W każdym razie miała je. Jak Krysia pełny żołądek, jak Margit upragnione ciepło. Odzyskały siebie na tyle, na ile to było możliwe, na ile pozwoliła głowa, z której przecież całego zła nie da się wykaso...
Ja nie odzyskałam nic, bo odzyskać znaczyłoby w moim przypadku kontynuować.
Jak, gdzie, z kim miałam kontynuować? Moje zło to były te dwie, trzy minuty. Niezapomniane, niestety, a tylko przysypane nieskutecznym uporem niepamięci. Duet w szopie, wyjęty, a raczej wyrwany z całej partytury, bez początku tej historii i bez zwieńczenia, choć przecież z dalszym ciągiem.
Właściwie wszystko nim było, tym dalszym ciągiem. Za szybkie małżeństwo i za wczesne dziecko, które nie wiedzieć kiedy stało się starą, grubą babą i pewnie niedługo przyjdzie, by pozrzędzić pod pretekstem, że niby sama sobie nie radzę... A brak koleżanek, nie mówiąc o przyjaciółkach? Czyż nie dlatego ich unikałam, by przypadkiem nie poczuć się jak w drugim akcie "Baterflai"?
Tam, na wschodniej stronie...
No, kulminacji to już dzisiaj bym nie dała rady.
Lubiłam śpiewać tę arię i jednocześnie nie znosiłam, dostawałam po niej największe oklaski i najlepsze recenzje, jeśli już w ogóle raczono mnie zauważyć. Że wielki żar i tęsknota... Nie wychodziła mi sama z siebie, a z tego, co miało nadejść za chwilę, w następnej scenie, gdy Baterflaja z wierną Suzuki przystraja dom kwiatami na przyjazd ukochanego. We wszystkich inscenizacjach było identycznie. My: dwie kobiety, krzątanina, uśmiechy, obejmowanie się... I zawsze kończyłam drugi akt rozmiękczona o kilka nut czegoś pomiędzy euforią a dojmującym smutkiem, których nie grała orkiestra. Nastawał świt, rybacy nucili swoją rzewną pieśń, Baterflaja zasypiała w ramionach Suzuki, ukochany nie pojawiał się, a ja... ja właśnie chciałam, by się nie pojawił, by tak pozostało. Zapadała kurtyna. Trzeba się było przygotować do finałowego samobójstwa. Popełniałam je po japońsku, za każdym razem pamiętając, że na swój sposób już je dawno popełniłam.
Przez tę całą krzątaninę z Suzuki rozważałam nawet rezygnację z roli, ale musiałabym chyba zmienić zawód, bo wszystko szło z rozdzielnika, odmówić mogłam tylko teoretycznie. A potem przyszła ta propozycja...
Ha, jaką idiotkę zrobiłam z siebie, gdy się dowiedziałam! To w Mińsku Mazowieckim jest Opera?, spytałam zdziwiona i nawet zadowolona, w końcu pod Warszawą, niedaleko od wymarzonego Teatru Wielkiego, całkiem jakby odległość w kilometrach przekładała się na szczebel w karierze. Nie żartuj!, dyrektor pobladł i ściszył głos. Dostałaś zaproszenie z prawdziwego, radzieckiego Mińska, pojedziesz na Białoruś! Tak powiedział. Wtedy z tej prawdy nie można było żartować. I równie poważnie oznajmił, że spodobałam się radzieckiemu pułkownikowi z delegacji, która kilka miesięcy wcześniej gościła u nas na "Baterflai". Spodobałaś się artystycznie!, dodał głośno i uroczyście, bo za ścianą siedziała kolejna nowa sekretarka, przysłana z urzędu wojewódzkiego, co się z nią stało?
Tam, na wschodniej stronie, przyjęli mnie jak angielską królową. Porzekadło, że kura nie ptica, Polsza nie zagranica, nie sprawdziło się. Najdroższy hotel, najlepszy pokój, goździki na przywitanie, czerwone jak papuśna twarz pułkownika, którego nigdy wcześniej nie widziałam, bo podczas delegacji nawet nie przyszedł do mnie za kulisy, oni się u nas chyba nawzajem pilnowali... Za to u siebie pułkownik czuł się jak u siebie. To on zarządził bankiet po pierwszym spektaklu, choć wolałam po trzecim, ostatnim. Zawtra budziet i na finał toże budziet!, zapewnił mnie, salutując jak do samego Stalina. Mogłam przez tych kilka dni, przynajmniej przez tych kilka, raz w życiu poczuć się gwiazdą, być Stalinem i carycą Katarzyną jednocześnie, wkraczającą dumnie na bankiet przy uroczystym polonezie jak u Czajkowskiego, a weszłam tam...
Nie wiem, jak tam weszłam, przecież wcale nie miałam nóg, i to nie z powodu tremy, bo tym razem wyjątkowo mnie nie dopadła. Pierwszy wieczór prześpiewałam jak w transie, mimo że najpierw chciałam uciekać.
Wcześniej była próba, pokazano mi wejścia, wyjścia, zupełnie jak u nas, dyrygent przy fortepianie podegrał mi najważniejsze tempa, nie różniły się od moich. Poznałam tenora, mały grubasek, oni z reguły są amantami tylko z głosu, przeproszono mnie za nieobecność Suzuki, nie szkodzi, wiadomo, krzątanina, uśmiechy, obejmowanie się, nawet kwiaty, którymi miałyśmy ozdabiać dom, okazały się takie same, ot, papierowe chryzantemy.
Suzuki też okazała się taka sama: duża kobieta o krótkich, jasnych włosach jak za ciasna czapka, jakby lekko przechylająca się w lewo, tego samego wzrostu, o takich samych krótkich palcach, które...
Zobaczyłam ją tuż przed spektaklem. Wiera Jakaśtam Cośtamowna, przedstawiła się takim samym, niskim, zupełnie nieśpiewnym głosem. Skinęłam głową, próbowałam się uśmiechnąć, próbowałam... i nie byłam w stanie wydać z siebie najmniejszego dźwięku, bezradnie wskazałam na gardło, co ona wzięła za informację, że tak je oszczędzam, bo wzruszyła ramionami, takimi samymi, za szerokimi i nagle opadającymi nie wiadomo gdzie, i z pobłażaniem skwitowała: wy, Poliaki, delikatne! Delikatnie oparłam się o ścianę, czując, jak w plecy wrzynają mi się krzywe deski szopy i szarzeje światło...
Nagle usłyszałam dzwonek, teatralny, ale pierwszy, drugi czy już trzeci? Ktoś coś do mnie mówił, to już nie była Wiera Jakaśtam, prowadzono mnie, a może szłam sama i tylko wskazywano mi drogę? Na szczęście byłam już w kostiumie i umalowana... Nie wiem, jak wydałam z siebie początkowe nuty i następne, nie spuszczając wzroku z mojej Niemry, przebranej z niezrozumiałych powodów w kimono, choć czasem musiałam patrzeć gdzie indziej, aż zeszła ze sceny, a ja usłyszałam własne ce, pewnie i lekko jak nigdy przykrywające kozowatego tenorka w miłosnym uniesieniu, za co wyszedł do braw, zasłaniając mnie plecami tura i rozłożonymi łapami niedźwiedzia i kłaniając się, jakby były tylko dla niego.
Ale co mi tam brawa, zaraz rozpoczynałam drugi akt. Ten, w którym mierzyłam się z życiem, do jakiego nigdy nawet nie próbowałam się przymierzyć. I obok krzątała się nie po prostu Kobieta, obejmowała mnie nie Suzuki, będąca ucieleśnieniem ich wszystkich, ale nagle Ona, konkretna, ze znajomą, przekrzywioną, za ciężką sylwetką...
Przy tym, co zdarzyło mi się w Mińsku, bal z "Zemsty nietoperza", na którym nie wiadomo, kto jest kim, był dziecinną maskaradą! U Straussa ostatecznie postaci zostały rozpoznane i rzecz skończyła się happy endem, a u mnie? Chór rybaków zawodził i zawodził, a ja nie wiedziałam, kim jestem. Kto chwycił mnie za dłoń? Przecież nie moja Niemra i nie japońska służka! Kto zebrał huraganowe oklaski jak dla samej primadonny Nieżdanowej? Kto utonął w kwiatach i w fontannie szampanskowo na bankiecie? Kto potem poszedł do łóżka z ruskim pułkownikiem, byle zapomnieć, co mi idiotycznym przypadkiem przypomniano, ale także dlatego, że z rozchełstanej koszuli przy stole wystawały mu nieobrośnięte, duże, babskie cycki? Przecież nie ja!
Czy gdyby mój mąż nie był szczuplakiem owłosionym jak małpiszon, pożycie układałoby się nam lepiej? Co za bzdury. Musiałby być...
A wtedy, ha! Miałam więcej szczęścia niż rozumu.
Nazajutrz pułkownik zniknął. Kamień w wodę. Radzieccy znikali i jedyne, co należało w takiej sytuacji zrobić, to nie pytać. Może ktoś doniósł, że spędził z Polką noc? Czy to podchodziłoby pod szpiegostwo? Niby bratnie narody, ale siostrą jego nie byłam. A może musiał pilnie wyjechać i nic mu się jednak nie stało? Nie wiem, bo nie spytałam. Zniknął razem ze swymi prawie babskimi cyckami i całą żenadą sytuacji, a ja zostałam z gulą w gardle, która rosła mi na myśl o następnym występie w towarzystwie skądinąd bardzo miłej Wiery. Okazało się jednak, że w ramach socjalistycznej demokracji będą ze mną występować wszystkie Suzuki, jakie mieli na składzie, a były jeszcze akurat dwie. Nie wiem, czy znów przy Wierze w ogóle wydobyłabym głos, ale ani z tą malutką, drobną, a mezzosopran to był jak dzwon, ani z egzotyczną Buriatką o skośnych, choć zupełnie niejapońskich oczach nie śpiewałam już tak dobrze, a właściwie źle.
Nigdy więcej nie zaśpiewałam Baterflai, choć była to moja najlepsza rola. Wróciłam i powiedziałam dyrektorowi: NIE!, żebym nawet miała zostać garderobianą albo bileterką. Brzmiało mocno, nieodwołalnie, zdziwił się, sama się zdziwiłam, ale przecież to NIE! było przede wszystkim do mnie. Żadnych sytuacji, w których ktoś by mi przypomniał, coś, przypomniało, przypomniałoby mi... Całkiem jakby można to było przewidzieć, jakbym tamtą siebie mogła zakopać ostatecznie na cmentarzu z przeznaczeniem do szybkiego zaorania, nie mówiąc o tamtej Tamtej i jej podobnych.
Miałam być matką, żoną i artystką, nawet jeśli nie przez największe A. I koniec, kropka. Lecz wcześniej, nim wykrzyczałam NIE! dyrektorowi, padło inne NIE!, znaczy nie padło, tylko uniosło się w powietrzu, na peronie, gdy wysiadłam z pociągu z Mińska. Mąż. Córka. Przyjechali po mnie specjalnie do Warszawy. Wciąż ich widzę. Biegną w moją stronę, mała Wiktoria o mało co nie upada, tak się cieszy i spieszy, więc Tomasz bierze ją na ręce, spadają mu kwiaty, schyla się, podnosi, wreszcie są, oboje, przy mnie, koło mnie, na mnie, stoimy tak razem i... i chłód się jakiś unosi, choć przecież ciepły kwiecień. Mój chłód. Coś, na co nie mam wpływu, choć ją obcałowuję, jego głaszczę...
Czy dlatego, że szybko umarł, nigdy się nie zorientował, że nie mogłabym mu wyznać tak najszczerzej, jak Anna Eliza Paganiniemu:
Nikt nie kocha cię jak ja!
Chcę z tobą być każdego dnia!
La, la, la, la, ta ra, ra, ra, la, la, la, jaka to piękna melodia... A ona, moja córka? Czy nie stałaby się starą wiedźmą, gdybym... Starałam się. Miała wszystko. Wtedy z Mińska przywiozłam jej... Co ja jej przywiozłam? Ale coś na pewno.
Za to sobie zwiozłam tylko Wielkie Pomieszanie. I rozpaczliwie szukałam wyjścia, a znalazłam jedynie ujście.
Może nie tropiłam ich jak ów Żyd, który gdzieś na końcu świata dorwał nawet tego, co mu proces zrobili i powiesili w Izraelu, ale miałam oko i ucho... Gdy tylko wyczuwałam coś niemieckiego, chowałam się do kokonu z jeszcze jednym NIE!, nie i koniec, zupełnie jakby moje małe "nie" mogło podstawić nogę całemu narodowi, bo przecież nie jego konkretnym przedstawicielom. Co taką Dietrich miałoby obchodzić, że nie życzę sobie oglądać jej filmów? Wiem, wiem, niby antytego, "Lili Marlene", alianci, Hamerykanka!, a jednak stamtąd, wychowywana wśród tamtych, przesiąknięta tamtym. No i jej słynny smoking, jeszcze gorszy niż niemieckość... Cała, od stóp do głów, byłam na nie. Słodka Doris też. Kto nie nucił "Que sera, sera"? Nawet ja. Dopóki nie wyczytałam gdzieś, że naprawdę, z tą szeroką twarzą i aryjskimi włosami, jak mogłam się nie zorientować, to ona jest Tempelhof... Nie, zaraz, to lotnisko... Kappelhoff!
Jedno i drugie jak dziwaczne nazwiska z operetek Lehára, w których przyszło mi śpiewać, bo po Baterflai nie mogłam już niczego odmówić. Poszłaby fama, że ze mnie kapryśnica, i koniec. Kaprysić to sobie mogła Callas... Dobrze, że wtedy nie grało się u nas Wagnera, choć kto by chciał taki głosik jak mój do Wagnera? Ale z Lehárem też miałam kłopot. Niby Madziar, lecz przecież ukochany kompozytor tamtych. I co, że dzięki ich uwielbieniu uratował swą żonę Żydówkę? Do niemieckich librett pisał. "Die lustige Witwe"!
Lehára nie lubisz?, zdziwił się któryś dyrektor, bo zamiast się ucieszyć z propozycji, zrobiłam głupią minę, choć zawsze tak bardzo uważałam, by nikt nie odkrył mej niechęci, bym nie musiała niczego wyjaśniać, ani kłamiąc, ani tym bardziej mówiąc prawdę. Zresztą jaką prawdę? Tę, której nawet sama przed sobą za żadne skarby nie chciałam rozpracować? Tę w czarnym smokingu? Więc kołysałam się dziesiątki razy w finałowym duecie, w przeboju nad przebojami:
Usta milczą, dusza śpiewa...
Tyle że było dokładnie odwrotnie.
A jednak "Wesoła wdówka" musiała mi nieźle wychodzić, skoro pewnego dnia pojawił się ten Szwab i zaproponował kontrakt, trzy lata za niebotyczne pieniądze, dla mnie, nie dla niego, bo to ja, nie on, mogłabym żyć jak królowa z wymiany marek na złotówki po czarnorynkowym kursie. Trzy lata na scenach nazistów! I wtedy puściła tama. Nein!, krzyknęłam, jakby próbował mnie zgwałcić. Szwab spojrzał mi głęboko w oczy zza tych ich ulubionych okularków w cieniutkich drucianych oprawkach i spytał najuprzejmiej twahhdą polszczyzną: Co pani hhobiła w czasie wojna? Ma pani z nami phhoblem?
On jeden, Szwab, był najbliżej tajemnicy. Nawet jeśli oznaczała dla niego tylko obóz, bez szopy.
Bo moja krawcowa nie mogła się nadziwić. Naprawdę nie chcesz, kochaniutka, żadnej sukienki z najnowszej "Burdy"? I podtykała mi cudem zdobyty szwabski album z wykrojami.
Dobrze, że nie byłam konsekwentna, a nie byłam z niewiedzy. Przecież przez lata niemal wszystko, co dobre, trwałe i wygodne, od robota kuchennego i magnetofonu po okulary przeciwsłoneczne, pochodziło stamtąd, od nich, nieważne, wschodnich czy zachodnich, jeden nazistowski diabeł. No i samochody. O samochodach akurat wiedziałam.
Kiedyś, w słabszy dzień, gdy w tamtą mnie, zasypaną, dmuchnęła nagle wiosna i coś w środku musnęło, akurat wychodziłam z teatru po próbie i otworzyły się czarne drzwiczki samochodu, więc uskoczyłam, gadało się przecież, że czarne wołgi porywają ludzi, ale ze środka uśmiechnął się do mnie wiceminister, a może to był nawet sam minister, no wierchuszka jakaś, goszczący u dyrektora, i poznał mnie, bo na chwilę wszedł na naszą próbę... Więc uśmiecha się i pyta, czy może mnie podwieźć, odpowiadam, że z przyjemnością, bo zaczyna padać, i już podnoszę nogę, gdy widzę, że to nie żadna wołga, to najprawdziwszy, stary mercedes! I cofam nogę, lecz swojego "z przyjemnością" cofnąć już nie daję rady, więc oni obaj, bo przecież jeszcze kierowca, patrzą na mnie jak na wariatkę, na gwiazdę, której się przewróciło w głowie, a minister próbuje obrócić wszystko w żart: o, widzę, że rols rojsa by się chciało! To ja wtedy najprzytomniej, że wypadek miałam w mercedesie i od tamtego czasu...
Wracałam w deszczu, z którego zrobiła się ulewa, zupełnie nieprofesjonalnie, takie jak ja nie mają prawa do dwóch rzeczy, do spóźniania się i do chorowania. Do domu wróciła topielica i jeśli się wtedy nie przeziębiłam, to przez ten "wypadek w mercedesie", całkiem jakby mnie rozgrzało znalezienie nazwy, którą mogłabym się posługiwać, by zmniejszyć konsternację, gdyby w tamtą mnie znów dmuchnęła wiosna.
A na następną, jeśli dożyję, będę brała ze sobą łyżeczkę, do twarożku... Que sera, sera... La, la, la... la, la... la, la... Doris Day, taka urocza, z dołeczkami, nawet jeśli Tempelhof... Zawsze w czystych kolorach, zielony, żółty, niebieski, zawsze wiosenna... O... i chyba idzie... do mnie... po mnie... na obcasikach drobi kroczki...
Wiktoria, moja stara, ociężała córka, nie drobiłaby kroczków.
- Halo?
- Doris?
- Babciu?
- Doris?
- Iza!
- Izunia?
- Ja, bo babcia Wika źle się...
- Ona zawsze źle się... A gdzie Doris?
- Doris?
- Que sera, sera... La, la, la... la, la... la, la... Pamiętasz, kochanie?
- Przecież wiesz, że nie znam się na tych twoich operetkach... Dlaczego leżysz w butach? Rzucałaś łyżeczką? I co tu się klei...
- Wypadek miałam.
- Wypadek?
- Tak, w mercedesie.
- Dziś?
- Nie, ponad siedemdziesiąt lat temu.
- I... śnił ci się teraz?
- Jeszcze by tego brakowało! Na szczęście nigdy mi się nie śnił. Choć czasem się odsypywał.
- Odsypywał?
- No, gdy coś zasypujesz i wiosenny podmuch to rozdmucha.
- Co rozdmucha? Oj, to serek się klei waniliowy...
- A z której strony przyszłaś? Od sklepu czy od restauracji?
- Zawsze od sklepu... Potrzebujesz czegoś?
- Więc może widziałaś mężczyznę z rulo...
Tak. Potrzebuję!
- Tak, potrzebuję! - mówię swojej ślicznej prawnuczce, niepodobnej ani do swego tłustego, wiecznie zajętego ojca, ani do tępej, rzeczolubnej matki, ani do gderającej, małostkowej babki, i gramolę się, by przysiąść na brzegu łóżka.
Chcę jej tyle powiedzieć, że nawet nie czuję zimnych stóp, choć zdjęła mi buty. Na brzegu życia zawsze jesteś bez butów.
***
Mówią: przyzwyczajenie druga natura. Od wieków nikt mi się nie przyglądał, a głowa do ukłonów od razu schodzi sama, nawet bez braw... No gapcie się, choć nie rozumiem, nikt z was nie ma w rodzinie staruszki? Poczekalnia jak u lekarza, ale sami młodzi. I już tak porysowani! Ręce, nogi, jeśli dobrze widzę, chłopak ma jakieś trójkąty na szyi! Zupełnie jakby uciekli z naszego albumu zdjęć, do którego kiedyś dorwała się mała Wiktoria z długopisem i zanim zdążyłam jej go wyrwać, pogryzmoliła, kogo się dało i gdzie się dało. Ten chłopak ma nawet chyba też coś na czole! Dlaczego je sobie tak uhonorował? Kto pocałował go w czoło, że postanowił utrwalić ślad?
Dobrze, że ustał ten łomot, jak to możliwe, że wszędzie coś budują, mimo że miasto zostało dawno odbudowane?
- Gdzie byłaś, kochanie?
Na moją Izunię też się gapią, choć oczywiście inaczej.
- Trzeba jeszcze poczekać. Ale masz szczęście, że zepsuła się muzyka.
- Jesteśmy za wcześnie? Nic nie grało...
- Nie słyszałaś?
- Tylko młot pneumatyczny!
- No właśnie.
Ona się tak ślicznie śmieje, całą sobą, za nas obie, ja za mało się w życiu śmia... Gdy siada obok, szepczemy jak przyjaciółeczki, czyż zresztą nimi nie jesteśmy? Zapewne właśnie tak musi wyglądać przyjaźń.
- Widzisz tamtego? - Dyskretnie podnoszę nos. - Co ma na czole? Co chciał uhonorować?
- Nie wiem, wygląda jak kropla. Albo łza... Uhonorować? Co masz na myśli? Ojej, pewnie dla draki! Tak jak ty...
Łza dla draki. Ja dla draki. To jej słowo. Draka. I moje... może nie kłamstwo, ale niedomówienie. Machałam nogami na krawędzi łóżka, ostatecznie wyrzucając z siebie, co chcę, ale już nie dlaczego. Choć jeśli ktoś miałby to pojąć, tak po prostu przyjąć, jak jest, to tylko ona, z oczywistością swych piętnastu lat... Dla draki? I roześmiała się ślicznie, jak to ma w zwyczaju, całą sobą. Potwierdziłam. Więc jednak kłamstwo. Taka ze mnie przyjaciółka, ha! Lecz bez draki i konfidencji, które ją zachwyciły jak każdą nastolatkę i zmusiły do szybkiego działania, nie siedziałabym tu teraz.
Ani nigdy.
Dwa dni od objawienia we freszu, tempo odpowiednie na mój wiek! W dodatku tak blisko, doszłyśmy spacerkiem, a sklep tuż za rogiem... I bynajmniej nie niemiecki jak te wielkie drogerie.
Kto by pomyślał, że na tyłach fresza można uratować resztki resztek własnej godnoś...