Nieludzie. Reportaż z zakładu karnego - Marcin Majchrzak

Kup ebooka

49.99 zł
38.99 zł (38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Wcho­dzę na Face­bo­oka, wyświe­tla mi się arty­kuł doty­czący osa­dzo­nego, który zgi­nął w Zakła­dzie Kar­nym w Płocku. Nie­peł­no­sprawny inte­lek­tu­al­nie męż­czy­zna tra­fił do wię­zie­nia za skle­pową kra­dzież, ale końca wyroku nie docze­kał. Umie­rał mie­sią­cami, umie­rał we wła­snych feka­liach, pomimo bła­gań rodziny o zapew­nie­nie mu pod­sta­wo­wego cho­ciaż lecze­nia. Bity, wyśmie­wany, regu­lar­nie upo­ka­rzany, a nawet pole­wany wrząt­kiem. Win­nych oczy­wi­ście nie ma i naj­praw­do­po­dob­niej nie będzie. Wszystko odbyło się zgod­nie z pro­ce­du­rami. To zda­nie poja­wia się zawsze, gdy docho­dzi do takiej lub podob­nej tra­ge­dii. Ktoś likwi­duje czło­wieka, ale zgod­nie z pro­ce­du­rami, zatem nic się nie stało, można się rozejść. Wię­zienny lekarz kle­pie w papie­rach "zgon z przy­czyn natu­ral­nych", wszy­scy zaan­ga­żo­wani są kryci.

Poni­żej przy­gnę­bia­ją­cego arty­kułu natra­fiam na jesz­cze bar­dziej przy­gnę­bia­jący komen­tarz. "Dobrze mu tak" -?pisze jakiś męż­czy­zna. Na pro­filu autora komen­tarza można zoba­czyć zdję­cia z dziećmi, z pie­skiem, pamiątki z all-inc­lu­sive w Egip­cie, wspo­minki ze ślubu. Wszystko kolo­rowe, piękne. Dla­czego ten uśmiech­nięty, szczę­śliwy facet potrafi spoj­rzeć na czy­jąś śmierć w męczar­niach i napi­sać: "Dobrze mu tak"? Jak to w ogóle moż­liwe? Jaki pro­ces inte­lek­tu­alny pro­wa­dzi do wnio­sku, że można w świe­tle prawa zabić ogra­ni­czo­nego umy­słowo czło­wieka w ramach zemsty za kra­dzież cze­ko­lady i piwa? Jaka potworna magia spra­wia, że umiesz­cze­nie kogoś za murem i kratą ze stali natych­miast dehu­ma­ni­zuje go tak bar­dzo, że inni gotowi są spoj­rzeć na jego tra­giczną śmierć jak na coś nie tylko uspra­wie­dli­wio­nego, ale wręcz ocze­ki­wa­nego, a może nawet zabaw­nego? Innymi słowy: co zamie­nia czło­wieka w nieczło­wieka?

Pisząc tę książkę, sta­ra­łem się zna­leźć odpo­wie­dzi na te i wiele innych pytań doty­czą­cych pol­skiego sys­temu peni­ten­cjar­nego i (nie)czło­wieka w tym sys­te­mie. Aby je odszu­kać, naj­le­piej jest wej­rzeć w machinę od środka, a mnie nie­stety nada­rzyła się ku temu dosko­nała oka­zja. Ska­zany na osiem­na­ście mie­sięcy pozba­wie­nia wol­no­ści za prze­stęp­stwo popeł­nione w warun­kach prze­kro­czo­nej obrony koniecz­nej mia­łem mnó­stwo czasu, by wszyst­kiemu przyj­rzeć się z bli­ska. Efek­tem moich obser­wa­cji jest niniej­sza pozy­cja.

Nie­lu­dzie to książka o eve­ry­ma­nie rzu­co­nym na pożar­cie sys­te­mowi. O jed­no­stce ze wszyst­kimi swo­imi lękami, bólami, poraż­kami i drob­nymi zwy­cię­stwami. O czło­wieku zdol­nym do auto­re­flek­sji, do doko­na­nia głę­bo­kiego wglądu w sytu­ację, w któ­rej się zna­lazł. Całość inter­pre­to­wać należy zatem nie tyle jako porad­nik prze­trwa­nia w wię­zie­niu i nie jako esej powo­łany do ist­nie­nia chę­cią suro­wego skry­ty­ko­wa­nia układu -?choć kry­tyki z pew­no­ścią tu nie zabrak­nie -?lecz jako repor­taż uczest­ni­czący czło­wieka, który wbrew swo­jej woli wpadł w tryby sys­temu i zmu­szony został do pod­ję­cia nie­rów­nej walki, w któ­rej stawką były jego god­ność i czło­wie­czeń­stwo.

Nie ofe­ruję tru­ecrime'owej roz­rywki w for­mule lite­rac­kiej randki z mor­dercą, do któ­rej przy­zwy­cza­jeni są czy­tel­nicy lite­ra­tury popu­lar­nej. Ofe­ruję nato­miast uni­ka­tową moż­li­wość wej­rze­nia w umysł zwy­kłego czło­wieka -?takiego jak ty -?który zna­lazł się w bar­dzo nie­zwy­kłej, mówiąc eufe­mi­stycz­nie, sytu­acji. Zna­le­zie­nie się w niej nie wyma­gało z mojej strony aktyw­nych sta­rań, nie było efek­tem namy­słu, pre­me­dy­ta­cji ani chęci. Wręcz prze­ciw­nie, odbyło się cał­ko­wi­cie wbrew mojej woli.

Więk­szość osób, które nie zetknęły się oso­bi­ście z sys­te­mem peni­ten­cjar­nym, żyje w prze­ko­na­niu, że świat po dobrej i po złej stro­nie krat dzieli jakaś wyraźna gra­nica -?nie tylko fizyczna, lecz także men­talna. Myślimy, że ska­zańcy tra­fia­jący do zakła­dów kar­nych to ludzie zupeł­nie inni niż my sami, że pro­ce­dura wymie­rza­nia spra­wie­dli­wo­ści pozba­wiona jest przy­padku, że aby tra­fić do wię­zie­nia, trzeba doko­nać jakie­goś wyboru, zde­cy­do­wać się na podą­ża­nie prze­stęp­czą drogą, a następ­nie zre­ali­zo­wać swój plan.

W tej książce poka­zuję, że bywa też zupeł­nie ina­czej. Nie robię tego jed­nak poprzez próbę kre­acji wyide­ali­zo­wa­nego obrazu więź­niów, lecz poprzez uka­za­nie bez­wa­run­kowo praw­dzi­wej tezy, że gra­nicę mię­dzy tymi dwoma świa­tami można prze­kro­czyć bar­dzo łatwo.

Tę książkę mógłby napi­sać każdy, gdyby miał w życiu tro­chę wię­cej pecha. Ty, twój mąż czy żona lub wasze dzieci pew­nego dnia może­cie po pro­stu nie wró­cić do domu na noc, ponie­waż cza­sem wystar­czy zna­leźć się w nie­od­po­wied­nim miej­scu o nie­od­po­wied­nim cza­sie.

Wystar­czy, na przy­kład, zostać napad­nię­tym i nie dać się zabić.

Rozdział 1. Orzeł w koronie zagląda ci pod jaja

Roz­dział 1

Orzeł w koro­nie zagląda ci pod jaja

Gad wyciąga mnie z radio­wozu, sku­tego, z ciężką torbą spor­tową dyn­da­jącą na szyi na podo­bień­stwo gigan­tycz­nego kru­cy­fiksu. Za fraki i do pionu, a potem przed sie­bie. Cokol­wiek nastąpi dalej, zapo­wiada się nie­zbyt sym­pa­tycz­nie.

Swada, z jaką pro­wa­dzą mnie dło­nie straż­nika, ta jego nie­sa­mo­wita lek­kość w obcho­dze­niu się z mię­sem, wzbu­dza na równi sza­cu­nek i prze­ra­że­nie, choć głów­nie to dru­gie. Gdy mnie tak popy­cha i szar­pie, myślę sobie, że te ręce nie należą wcale do niego, a przy­naj­mniej nie wyłącz­nie do niego. Przy­na­leżą raczej do funk­cji, do samej czyn­no­ści: pro­wa­dze­nia, zaku­wa­nia, roz­bie­ra­nia, tar­ga­nia, bicia. Te same wprawne w prze­mocy dło­nie pro­wa­dziły wszyst­kich więź­niów w histo­rii świata. Zmie­niają się ludzie, zmie­niają się czasy, ale ubrana w nie­po­trzebną bru­tal­ność metoda pozo­staje ta sama. Dwa tysiące lat temu, sto lat temu i dzi­siaj.

Wcho­dzimy do małego pomiesz­cze­nia ze sto­li­kiem. To zna­czy straż­nik wcho­dzi, ja raczej wpa­dam, wrzu­cony jak worek ziem­nia­ków. Kla­wisz ściąga mi z szyi torbę, wywraca ją na lewą stronę. Wysy­pują się ubra­nia, książki, kosme­tyki.

-?Na chuj to wszystko przy­nio­słeś? Myślisz, że pozwolą ci to zabrać?

-?Prze­pra­szam -?mówię, gdyż nic innego nie przy­cho­dzi mi na myśl. -?Nie wie­dzia­łem.

Ano, nie wie­dzia­łem. W Inter­ne­cie pisali, że do aresztu wolno zabrać te wszyst­kie rze­czy, ale fakty są takie, że nie ma tu żad­nych reguł. Te usta­lane są ad hoc, w zależ­no­ści od kaprysu czło­wieka, który aktu­al­nie zaj­muje się mię­sem. Pierw­sza rzecz, jakiej uczysz się po prze­kro­cze­niu wię­zien­nej bramy -?a uczysz się jej naprawdę szybko -?to że wszystko jest tu bar­dzo względne. Względ­ność polega na tym, że czło­wiek w mun­du­rze ma zawsze rację. Instynk­tow­nie wyczu­wam, że jeśli teraz powiem temu face­towi, że prze­czy­ta­łem coś w regu­la­mi­nie albo że ustawa mówi tak albo siak, to cała moja torba wylą­duje w koszu razem z paroma zębami na dokładkę. Wra­camy zatem do "prze­pra­szam".

-?Roz­bie­raj się -?roz­ka­zuje straż­nik.

-?Mam kaj­danki -?przy­po­mi­nam mu.

Kla­wisz patrzy na mnie jak na debila, po czym wychyla głowę za okno i woła do poli­cjan­tów, któ­rzy przy­wieźli mnie radio­wo­zem:

-?Zapo­mnie­li­ście go, kurwa, roz­kuć!

Sytu­acja wzbu­dza powszechną weso­łość, jak stary, ale ni­gdy nie­nu­dzący się żart. Może to zresztą jest żart. Może pano­wie robią sobie tutaj wła­śnie takie dow­cipy. Urzą­dzają gry w gorą­cego ziem­niaka, tylko zamiast ziem­niaka jest czło­wiek, a wła­ści­wie wię­zień, bo to wcale nie to samo. Teraz już muszę myśleć o sobie jak o więź­niu, bo wiem, że gdy­bym chciał widzieć w sobie istotę ludzką, to praw­do­po­dob­nie dopro­wa­dzi­łoby mnie to do czę­stych zawo­dów.

Roz­bie­ram się zatem, roz­bie­ram się szybko, bo nie ma, kurwa, czasu, a pod­czas tego roz­bie­ra­nia, pod­czas tej pierw­szej w życiu sytu­acji, gdy w spo­sób abso­lutny zostaję odarty z pry­wat­no­ści i god­no­ści, nie mogę wyjść z pod­szy­tego dyso­nan­sem poznaw­czym podziwu -?a może pod­szy­tego podzi­wem dyso­nansu -?bo osoba, która wydaje mi te wszyst­kie pole­ce­nia, ma na gło­wie czapkę z orzeł­kiem. Ten sym­bol, który z reguły widuje się w urzę­dach i budyn­kach uży­tecz­no­ści publicz­nej, w miej­scach, w któ­rych ludzie są po to, by nam poma­gać i słu­żyć, teraz staje się sym­bolem opre­sji. Oka­zuje się, że in hoc signo można nie tylko dostać, ale można też stra­cić, i że orzeł w koro­nie może przy­dep­tać nas swo­imi szpo­nami i zadzio­bać. Do tej pory mogłem spo­dzie­wać się od funk­cjo­na­riu­szy publicz­nych pomocy, teraz muszę spo­dzie­wać się wyłącz­nie pognę­bie­nia.

Już nagi staję na zim­nych kafel­kach, a robot w mun­du­rze przy­gląda mi się, jak­bym był jakimś egzo­tycz­nym zwie­rza­kiem, który zna­lazł się tu przy­pad­kowo. Każe mi kucać i wypi­nać pośladki, zagląda tam, gdzie Cze­sław Miłosz miał socja­lizm. Nie wiem, co spo­dziewa się zna­leźć, ale naj­wy­raź­niej nie znaj­duje niczego, bo zaraz potem pada komenda "ubrać się", co robię bez żad­nej ulgi, bo już po kilku minu­tach jest mi wszystko jedno. Chwilę temu, po dru­giej stro­nie wyso­kiej bramy, byłem panem wła­snego losu, ale parę minut ter­roru zapra­wio­nego groźbą pało­wa­nia wystar­czyło, by ego scho­wało się głę­boko, stało się tak małe, że wręcz nie­wi­dzialne. Zupeł­nie jak jaja.

-?Pakuj torbę.

No to pakuję. Potem znowu zostaję zakuty i idziemy dalej, wąskimi ścież­kami, wśród pło­tów, na które drut kol­cza­sty nawi­nięto tak gęsto, że wydaje się to gro­te­skowe. Jego zwoje kłę­bią się jesz­cze kilka metrów nad ogro­dze­niami, jakby nie był dzie­łem ludz­kiej ręki, lecz raczej pną­czem jakiejś dotknię­tej hiper­tro­fią tru­ją­cej rośliny, która będzie roz­ra­stać się tak długo, aż pochło­nie cały świat. Kla­wisz popy­cha mnie co chwilę, choć nie ma ku temu żad­nych powo­dów, bo prze­cież idę jedyną moż­liwą do obra­nia drogą. Wiem, że popy­cha mnie wyłącz­nie dla­tego, że spra­wia mu to przy­jem­ność, daje wła­dzę, którą może się roz­ko­szo­wać tylko w tego typu sytu­acjach.

Mia­sto w cen­tral­nej Pol­sce, ulica Przy­kra 21. Od zewnątrz areszt śled­czy pre­zen­tuje się jak makieta, jak opusz­czona przed laty ruina, jak prze­strzeń limi­nalna. Wokół ani żywej duszy, tylko samotny przy­sta­nek auto­bu­sowy, który rów­nie dobrze mógłby stać w Pry­peci. Zarówno sam kom­pleks, jak i wszystko dookoła niego wyglą­dają na prze­żarte rdzą, trzy­ma­jące się już wyłącz­nie na słowo honoru. W oko­licy panuje cisza tak doj­mu­jąca, że nie­mal nad­na­tu­ralna.

Mia­łem ten przy­wi­lej, że przed sądami odpo­wia­da­łem z wol­nej stopy, więc na kilka dni przed tra­fie­niem tu wybra­łem się na mały reko­ne­sans. Chcia­łem zoba­czyć to miej­sce, przy­jąć jego ist­nie­nie do świa­do­mo­ści, tak jak ono miało wkrótce przy­jąć mnie. Wtedy jesz­cze to wszystko wyda­wało mi się tro­chę nie­praw­dziwe, tro­chę sur­re­ali­styczne, może nawet zabawne. Naprawdę pójdę do wię­zie­nia? Ja, gość, który ni­gdy nie dostał nawet man­datu za przej­ście na czer­wo­nym świe­tle? Osiem­na­ście mie­sięcy pozba­wie­nia wol­no­ści za prze­kro­cze­nie gra­nic obrony koniecz­nej. Straszna rzecz, tak bym powie­dział, ale poroz­ma­wiamy o tym potem, bo teraz...

Teraz pro­wa­dzą mnie dalej przez labi­rynt pło­tów, sia­tek i murów. Funk­cjo­na­riusz się zmie­nił, ale dło­nie pozo­stały te same: szorst­kie, popy­cha­jące, czer­piące satys­fak­cję z fizycz­nego kon­taktu ze słab­szym. Ja ręce mam oczy­wi­ście za ple­cami, ale sta­ram się iść pro­sto. Wciąż mam nadzieję, że wszystko zaraz się uspo­koi. Może moje ciało i umysł nie zdą­żyły jesz­cze przy­swoić sobie tej prawdy, że tak teraz będzie wyglą­dać moje życie: pro­wa­dze­nie, kucie, wyzwi­ska i pogarda oka­zy­wana przy każ­dej oka­zji, jakby za tę pogardę sukin­sy­nom dawali spe­cjalne pre­mie.

Wresz­cie wyra­stają przede mną jakieś drzwi. Pro­wa­dzą mnie przez wąski kory­tarz o bie­lo­nych ścia­nach; tak wąski, że ocie­ram się o ele­wa­cję. Przy­po­mina piw­nice, w któ­rych bawi­łem się jako dziecko. I podob­nie jak one pach­nie kurzem... i krwią. Kory­tarz koń­czy się małym okien­kiem. Dopro­wa­dza­jący funk­cjo­na­riusz przy nim wła­śnie mnie zosta­wia. Wraca na zewnątrz, wcze­śniej prze­ka­zaw­szy mój dowód oso­bi­sty kolej­nemu mun­du­ro­wemu, któ­rego głowa nagle się przede mną wychyla. Czuję się jak pasa­żer pró­bu­jący kupić bilet na podróż, bo małe okno wygląda jak kasa bile­towa. Tylko dokąd jedzie ten pociąg?

-?Podejdź bli­żej -?naka­zuje kla­wisz w oknie.

Robię, co każe, a wtedy tam­ten z zasko­cze­nia robi mi zdję­cie z fle­szem. Mrużę oczy i zasta­na­wiam się, czy wysze­dłem korzyst­nie. Kil­ka­dzie­siąt dni póź­niej zoba­czę to zdję­cie po raz pierw­szy i dojdę do wnio­sku, że bywało lepiej.

-?Imię, nazwi­sko, imię ojca, data uro­dze­nia.

Pod­czas gdy ja recy­tuję swoje dane oso­bowe, gdzieś obok, za ścianą, roz­le­gają się wrza­ski i trza­ski krat. I po chwili znów: popy­cha­nie, cią­gnię­cie, szar­pa­nie. Idź, stój, w lewo, w prawo, odwróć się. Po jakimś cza­sie czło­wiek zaczyna reago­wać na to samym tylko instynk­tem. Wyko­nuje pole­ce­nia, nie zasta­na­wia­jąc się nawet nad ich celem. Tra­fiam do małego pomiesz­cze­nia o roz­mia­rach metr na dwa. Drew­niana ławka pokryta krwią i wymio­ci­nami, plama juchy na ścia­nie. Kil­ka­dzie­siąt nie­do­pał­ków w rogu, obok wybity ząb i plama szczyn. Pró­buję uło­żyć z tych ele­men­tów jakąś histo­rię, ale zaraz rezy­gnuję z tego pomy­słu, bo dociera do mnie, że prze­cież ja sam też mogę stać się jej boha­te­rem; że już się nim sta­łem.

Sia­dam na ławce, w naj­czyst­szym miej­scu i odru­chowo się­gam po tele­fon. Nie ma, zabrali. Klu­cze? Nie ma, zabrali. Nic nie ma. Panika. Gdzie są moje rze­czy? Utrata każ­dego z tych przed­mio­tów z osobna potra­fi­łaby dopro­wa­dzić mnie do roz­pa­czy. Teraz nie mam niczego. I nikomu nie mogę tego powie­dzieć. Po raz pierw­szy od kil­ku­na­stu lat zosta­łem praw­dzi­wie sam -?w pomiesz­cze­niu o powierzchni dwóch metrów kwa­dra­to­wych, w któ­rym cuch­nie śmier­cią. Nie mam kon­troli nad niczym. Jestem jedy­nie obsza­rem myślą­cego powie­trza, bio­lo­giczną kamerą. Reje­struję wyda­rze­nia, powta­rza­jąc sobie w myślach man­trę z Diuny: "Nie wolno się bać, strach zabija duszę". Lecz to nie­stety nie działa. Gdyby dzia­łało, noga nie pod­ska­ki­wa­łaby jak młot pneu­ma­tyczny, a ręce nie poci­łyby się tak bar­dzo i nie zosta­wia­łyby mokrych plam na wszyst­kim, czego dotkną.

Naprze­ciwko mojej małej celi jest druga, iden­tyczna. W niej jakiś dzie­ciak w zie­lo­nym dre­sie cho­dzi od ściany do ściany, dwa metry kwa­dra­towe ste­reo­ty­pii, ner­wicy, pier­dolca. Wygląda, ten dzie­ciak, jakby bar­dzo chciał już odpo­cząć, ale chyba nie potrafi się zatrzy­mać. Żal mi go pra­wie jak samo jak sie­bie. Od tego całego cho­dze­nia aż robi mi się tro­chę nie­do­brze, to jak cho­roba mor­ska, tylko bez morza. Nieco dalej, gdzieś na lewo, jest więk­sza cela, w któ­rej umiesz­czono kilku gości, a każdy z nich ma roz­miar małej orki. Sądząc po dobie­ga­ją­cych stam­tąd odgło­sach, ekipa bawi się świet­nie. Muszę mocno wychy­lić się poza kraty, żeby coś zoba­czyć i usły­szeć.

-?Jak tylko wyjdę, to od razu w tram­waj i do dupy jadę.

-?Za dwa­dzie­ścia lat będą jesz­cze tram­waje? Myślisz?

Wybu­chają śmie­chem.

-?To chuj, tak­sówką pojadę. Elek­tryczną, kurwa.

-?Albo lata­jącą. Pole­cisz.

Znowu recho­ta­nie.

"Dla­czego ich to bawi?", zasta­na­wiam się. Ich radość jest moim prze­ra­że­niem. Dwa­dzie­ścia lat? Dwa­dzie­ścia? Co trzeba zro­bić, żeby dostać dwa­dzie­ścia lat? To samo, co ty zro­bi­łeś, tylko lepiej. Po ple­cach prze­biega mi dreszcz.

Dla­czego ci goście są tacy rado­śni? Jak mogą tak się cie­szyć? Ja jestem tu od godziny i ledwo daję radę nie zesrać się ze stra­chu. Ryzy­kuję jesz­cze jedno spoj­rze­nie na deli­kwen­tów. Wszy­scy są jak od jed­nego sza­blonu: paste­lowe koszulki polo cia­sno opięte na napom­po­wa­nych tor­sach, niskie czoła, wąsko roz­sta­wione oczy i to coś w wyra­zach twa­rzy, co suge­ruje, że ich posia­da­cze nie­ustan­nie znaj­dują się na gra­nicy furii.

W życiu setki razy usły­szymy, żeby nie oce­niać ludzi po wyglą­dzie, ale fakty są takie, że gdy widzisz podobne mordy, dosko­nale wiesz, czego się po nich spo­dzie­wać. I cie­szysz się, że mię­dzy tobą i ich posia­da­czami znaj­dują się dwie pary krat -?ich i twoje. Powód, dla któ­rego są tacy weseli -?uświa­da­miam sobie -?jest taki, że bar­dziej przy­na­leżą już "tu", do tego świata za kra­tami, niż "tam". Są w domu, w swoim miej­scu na ziemi.

A gdzie jestem ja?

Chwi­lowo przed zie­lo­nymi drzwiami z napi­sem "lekarz". Minuta na każ­dego pechowca takiego jak ja, tyle czasu daje sobie medyk.

-?Nazwi­sko, imię ojca...

Wszę­dzie to samo.

-?Jakieś cho­roby? -?pyta lekarz.

-?Zerwane wię­za­dło w kola­nie, ner­wica i spek­trum auty­zmu, jeśli chcemy to trak­to­wać jak cho­robę.

-?Czyli zdrowy. Pro­szę na wagę.

"Pro­szę" to takie słowo, które nie bar­dzo pasuje do tego miej­sca, więc zwraca na sie­bie uwagę. Choć jestem tu od nie­dawna, to nauczy­łem się już, że czło­wiek w mun­du­rze ni­gdy nie powie­działby "pro­szę". A waga poka­zuje dzie­więć­dzie­siąt dwa kilo­gramy nie­szczę­ścia. Za dwa tygo­dnie, gdy wyślą mnie w dal­szą podróż, będzie już osiem­dzie­siąt. Cał­kiem sku­teczna dieta.

Po chwili wyta­czam się z ambu­la­to­rium. Ktoś wrę­cza mi koce i poduszkę, posyła scho­dami dokądś w górę. Nie mam poję­cia, co się ze mną dzieje, po pro­stu posłusz­nie wyko­nuję pole­ce­nia ludzi z orzeł­kami. Roję sobie, że jeśli będę ich słu­chał, oni będą dla mnie życz­liwsi. To jeden z pierw­szych błę­dów, jakie popeł­niam. Taka zasada wza­jem­no­ści dzia­ła­łaby z pew­no­ścią, gdyby spo­ty­kali się ze sobą rów­no­rzędni part­ne­rzy. W końcu honor, dobre oby­czaje, moral­ność i savoir-vivre powstały po to, by ludzie nie poroz­wa­lali sobie głów. Róż­nica polega na tym, że tych tutaj nic nie powstrzy­ma­łoby przed roz­trza­ska­niem mi czaszki. Nie jeste­śmy sobie równi i nic nie obli­guje mun­du­ro­wych do trak­to­wa­nia mnie z sza­cun­kiem. W ciągu naj­bliż­szych dni sta­nie się to bar­dziej niż oczy­wi­ste.

Zawi­niątko z gry­zą­cych koców, ręcz­ni­ków i naczyń każą mi poło­żyć przy ścia­nie, obok dwóch iden­tycz­nych. Znaj­du­jemy się w kory­ta­rzu dłu­gim na mniej wię­cej trzy­dzie­ści metrów, po któ­rego obu stro­nach cią­gną się drzwi do cel. Na środku wyra­sta zakra­to­wana budka, czyli dyżurka albo gadówa -?jak już wkrótce nauczę się ją nazy­wać -?w któ­rej prze­by­wają straż­nicy i oddzia­łowi. Cały ten kory­tarz zdaje się być jed­nym wiel­kim orga­ni­zmem. Wszel­kie drzwi i furtki nie­ustan­nie otwie­rają się i zamy­kają, wyją alarmy, bły­skają świa­tła, trzesz­czą krót­ko­fa­lówki i gło­śniki.

Hałas jak w cen­trum han­dlo­wym w sobot­nie popo­łu­dnie, tylko ludzi jakoś mniej. Funk­cjo­na­riu­sze SW prze­miesz­czają się z góry okre­ślo­nymi tra­sami w okre­ślo­nych z góry inter­wa­łach. Wyglą­dają jak mrówki albo ter­mity. Jest w nich coś owa­dziego. Może to wła­śnie za sprawą powta­rzal­no­ści ruchów, jed­na­ko­wo­ści uni­for­mów, pozor­nej bez­myśl­no­ści dzia­łań, spoj­rzeń zim­nych i bez­dusz­nych jak wzrok pająka ptasz­nika, a może wszyst­kiego tego naraz?

Ktoś pod­cho­dzi do mnie i szar­pie za kaj­danki jak za koń­ską uzdę lub bydlęcy kol­czyk. Wpy­chają mnie do jakie­goś pomiesz­cze­nia: kom­pu­ter, biurko, żółte pasy na pod­ło­dze. Ktoś każe usiąść przed biur­kiem, no to sia­dam. Oczy zacho­dzą mi mgłą i nie­mal niczego nie widzę. Tak mój orga­nizm reaguje na stres i strach: czę­ściową śle­potą. To jakby na tele­wi­zo­rze pod­krę­cić usta­wie­nie jasno­ści do oporu. Teraz to już naprawdę mogliby zro­bić ze mną wszystko. Pró­buję rozej­rzeć się po pomiesz­cze­niu, zorien­to­wać w sytu­acji, ale z oczami zaszłymi mgłą z tru­dem odróż­niam ściany od sufitu. Za biur­kiem sie­dzi jakaś kobieta. Patrzy na mnie, coś mówi, ale co? Rozu­miem może co trze­cie słowo. Chyba wła­śnie zaczyna do mnie docie­rać -?w pełni i osta­tecz­nie -?jak bar­dzo mam prze­je­bane.

Dają mi do pod­pi­sa­nia jakiś doku­ment, któ­rego nie potra­fię prze­czy­tać. Widzę litery, ale nie widzę słów. Tak czy siak muszę zło­żyć pod­pis. Mogliby mi teraz pod­su­nąć zgodę na wyko­na­nie egze­ku­cji i też bym ją pod­pisał. Jestem słaby, znacz­nie słab­szy, niż sądzi­łem. Ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czy­łem tyle dys­kom­fortu i stresu w tak krót­kim cza­sie. Nie­na­wi­dzę być doty­kany przez obcych, nie zno­szę gło­śnych dźwię­ków i krzy­ków. Każda z tych rze­czy z osobna potrafi mną wstrzą­snąć, teraz zaś wszyst­kie razem sku­tecz­nie rese­tują mój układ ner­wowy, wyłą­czają mnie, jak­bym był huma­no­idal­nym robo­tem. Nastą­piło prze­cią­że­nie, obwody się prze­pa­liły. Sie­dzę i kiwam się przód-tył, jestem wydmuszką, warzy­wem.

Dola­tują do mnie strzępki jakichś słów: "...obser­wa­cję", "...psy­cho­loga". Po chwili udaje mi się uspo­koić na tyle, by zare­je­stro­wać, że do pomiesz­cze­nia wcho­dzi kolejna osoba, też kobieta, krótko ostrzy­żona blon­dynka. Siada przede mną, coś mówi, ale słowa sta­piają się z szu­mem, który mój mózg wyge­ne­ro­wał, by odciąć się od świata. Nie tyle sły­szę jej słowa, co czy­tam z ruchu warg:

-?Tra­fisz na obser­wa­cję na dwa tygo­dnie.

-?Co to zna­czy? -?pytam.

-?Musimy ci zabrać pasek, sznu­rówki i tak dalej. Będziesz czę­ściej kon­tro­lo­wany w celi.

-?Dla­czego?

-?Dla bez­pie­czeń­stwa.

-?Nie zamie­rzam się zabić -?mówię, choć wcale nie jestem prze­ko­nany, że to prawda. Mam jed­nak dla kogo żyć. Przez kolejne mie­siące moje myśli będą orbi­to­wać na zmianę wokół tych dwóch potrzeb: prze­stać ist­nieć i wró­cić do domu.

-?Sta­raj się o bran­so­letkę. -?Psy­cho­lożka, bo to chyba jest psy­cho­lożka, otwiera moją teczkę oso­bową. -?Z tych papie­rów wynika, że się bro­ni­łeś, że nie jesteś jakimś ban­dytą. Może się uda.

Tak bar­dzo jestem jej wdzięczny za te słowa, że mam ochotę roz­pła­kać się jak bóbr. Po kilku godzi­nach prze­rzu­ca­nia mnie z kąta w kąt jak mane­kina ktoś wresz­cie dostrzega we mnie czło­wieka; ktoś wresz­cie zwraca się do mnie peł­nym zda­niem, a nie skła­da­ją­cym się z jed­nego słowa pole­ce­niem, bym przy­brał odpo­wied­nią pozy­cję w prze­strzeni. Mimo to wciąż się zasta­na­wiam: A co, jeśli to gra? Co, jeśli ona jest po pro­stu "dobrym poli­cjan­tem"?

Pew­nie zawsze, gdy oglą­dasz w fil­mach scenę z dobrym i złym gliną, myślisz sobie, że to wyjąt­kowo łatwe do przej­rze­nia oszu­stwo. Pew­nie tak wła­śnie jest, ale gra w dobrego i złego poli­cjanta nie jest wcale roz­grywką inte­lek­tu­alną, lecz wyra­fi­no­waną tor­turą prze­pro­wa­dzaną na zała­ma­nym czło­wieku, któ­rego ciało reaguje instynk­tow­nie. Będziesz czuć wdzięcz­ność wobec osoby, która pogłasz­cze cię, zamiast ude­rzyć, i opa­trzy, zamiast zra­nić, szcze­gól­nie wów­czas, gdy ten zły poli­cjant wcze­śniej dobrze wykona swoje zada­nie.

Dla­tego wła­śnie nie­wiel­kie zna­cze­nie mają dla mnie jej inten­cje, powody, dla któ­rych -?w prze­ci­wień­stwie do swo­ich kum­pli -?zacho­wuje się wobec mnie po ludzku, z respek­tem.

-?Już sta­ra­łem się o bran­so­letkę. Nie wyszło.

-?Dla­czego? -?pyta kobieta.

-?Cha­rak­ter czynu.

-?No tak.

No tak. Dźgnię­cie kogoś nożem nie wygląda dobrze. Sze­ścio­krotne dźgnię­cie kogoś nożem tym bar­dziej. I nie­wiel­kie zna­cze­nie ma tu fakt, że ten, któ­rego dźgną­łeś, w momen­cie zda­rze­nia sie­dział na tobie i pró­bo­wał cię zatłuc, i że ist­nieje pewne nie­ze­rowe praw­do­po­do­bień­stwo, że gdy­byś w klu­czo­wym momen­cie nie się­gnął do kie­szeni po scy­zo­ryk, to teraz twoje ciało żar­łyby robaki. Pol­ska jest kra­jem, w któ­rym nie wolno się bro­nić. Sły­sza­łem to już dzie­siątki razy. Od poli­cjan­tów, od praw­ni­ków, od kura­to­rów. Wszy­scy współ­czu­jąco kiwali gło­wami. "Takie mamy prawo" -?mówili. "Tak to już tutaj jest".

-?Jak to było? Ktoś cię napadł? -?pyta ta pierw­sza kobieta, o któ­rej ist­nie­niu zdo­ła­łem już zapo­mnieć.

Tak wła­śnie było, ale nie mam ochoty znowu opo­wia­dać tej histo­rii. Nie jej, nie teraz, nie w tym pokoju. Opo­wia­da­łem ją już dzie­siątki razy. W tej chwili nie wie­dział­bym już nawet, czy rela­cjo­nuję praw­dziwe wyda­rze­nia, czy też może two­rzę nową nar­ra­cję o nar­ra­cjach. I dla­tego odpo­wia­dam krótko:

-?Tak, ktoś mnie napadł.

Potem patrzę w pod­łogę, na swoje dziu­rawe buty marki Nike, któ­rych od mie­sięcy nie potra­fi­łem się pozbyć. Tro­chę jesz­cze ze mną zostaną. O ile nie roz­padną się po dro­dze.

-?Ale prze­żył, tak? -?pyta psy­cho­log.

-?Prze­żył.

-?To masz szczę­ście.

Nie komen­tuję tego. Naj­wy­raź­niej mamy inne defi­ni­cje szczę­ścia. Lecz jego prze­ży­cie to istot­nie dobra oko­licz­ność. Nie chciał­bym stać się zabójcą. Nie tylko ze względu na wymiar kary. Obrona konieczna czy nie, nie ma niczego przy­jem­nego w świa­do­mo­ści, że wysłało się czło­wieka na tam­ten świat. Nawet sama świa­do­mość wyrzą­dze­nia komuś krzywdy jest nie­zno­śna.

I zaraz wszystko zaczyna się od nowa.

-?Idziemy. -?Znów ktoś szar­pie mnie za rękę, jakiś czło­wiek-mun­dur.

Zanim wyjdę z pokoju, posy­łam jesz­cze bła­galne spoj­rze­nie oddzia­ło­wej psy­cho­lożce. Ona jest już jed­nak zajęta czymś innym. Nie szko­dzi, bo i tak nie wiem, o co miał­bym ją pro­sić, czego od niej chcieć. Ta osoba niczego nie może już dla mnie zro­bić, po pro­stu oka­zała się jedyną względ­nie życz­liwą jed­nostką w tej prze­ra­ża­ją­cej insty­tu­cji. To wystar­cza­jąco wiele, bym mógł szu­kać u niej pomocy, ale niewystar­cza­jąco, bym miał tę pomoc otrzy­mać.

Rozdział 2. Pechowa trzynastka

Roz­dział 2

Pechowa trzy­nastka

Wrzu­cają mnie do celi numer trzy­na­ście. Gdy­bym nie był prze­ra­żony, to może nawet uznał­bym to za zabawne zrzą­dze­nie losu, ale strach sku­tecz­nie odbiera poczu­cie humoru. To jedna z jego pierw­szych ofiar.

Mam ze sobą jedy­nie koce, zestaw zie­lo­nych tale­rzy, papier toa­le­towy, przy­bory do mycia, klapki, mały notat­nik i dwie książki, Cza­ro­dziej­ską górę Manna -?okaże się potem, że to naj­lep­sza lek­tura do pier­dla -?i Sie­dem nauk dla zmar­łych Junga. Można powie­dzieć, że to inte­lek­tu­alny zestaw do survi­valu. Notat­nik w czar­nej skó­rze posłuży mi z cza­sem do stwo­rze­nia zacząt­ków tego tek­stu, ale nie uprze­dzajmy fak­tów.

Pierw­szym, na co pada mój wzrok, kiedy tra­fiam do środka, jest gigan­tyczny beb­zol. Po lewej od wej­ścia, na cadil­lacu, jak więź­nio­wie nazy­wają poje­dyn­cze łóżka, leży facet tak opa­sły, że ma pro­blem z samo­dziel­nym pod­nie­sie­niem się. Kiedy staję w drzwiach, posia­dacz potęż­nego brzu­cha wpada w panikę i pró­buje się spio­ni­zo­wać. Takie przy­naj­mniej odno­szę wra­że­nie, bo na mój widok zaczyna wyma­chi­wać koń­czy­nami jak żuk prze­wró­cony na plecy. Po pra­wej dostrze­gam łóżko pię­trowe. Miej­sce na dole jest wolne, na górze sie­dzi chłop wyglą­da­jący jak król Julian z kre­skówki. Gdy tylko mnie zauważa, natych­miast zeska­kuje na pod­łogę i staje na bacz­ność. Przy­glą­dam mu się zdzi­wiony. Na twa­rzy muszę mieć wypi­sany wyraz cał­ko­wi­tej dez­orien­ta­cji, bo tam­ten w końcu rezy­gnuje z przed­sta­wie­nia i z powro­tem wdra­puje się na swoje wyro.

-?Kurwa, myśla­łem, że jesteś jakimś wycho­wawcą albo kimś takim -?war­czy.

-?Dla­czego? -?pytam.

-?Za porząd­nie wyglą­dasz.

Mam na sobie jed­no­li­cie czarny T-shirt i spodnie typu chi­nos, też czarne. W rękach tylko man­dżur. Facet musi być chyba ślepy albo nie­peł­no­sprytny. A może robi sobie ze mnie jaja. Nie potra­fię tego roz­po­znać. Nie rozu­miem żar­tów innych niż żarty moich bli­skich zna­jo­mych. Nie potra­fię poznać, kiedy ludzie udają. Nie dla­tego, że nie wiem, jak działa żart. Po pro­stu dopusz­czam taką moż­li­wość, że pewne rze­czy mogą się wyda­rzyć nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo absur­dalne by się wyda­wały. Jestem nawet w sta­nie wyobra­zić sobie pro­wa­dzące do nich oko­licz­no­ści. Zaczy­nam je ana­li­zo­wać natych­miast i wikłam się w kolejne i kolejne sylo­gi­zmy. Z reguły w tym momen­cie jest już za późno -?ludzie biorą mnie za idiotę o krót­kim rozumku. Cho­lera wie, może osta­tecz­nie nie są wcale tak daleko od prawdy. Bycie w spek­trum auty­zmu jed­nego dnia może wyglą­dać jak super­moc, innego już nie­ko­niecz­nie.

Roz­glą­dam się po celi. Pomiesz­cze­nie ma wymiary cztery na dwa metry, włą­cza­jąc w to kibel odgro­dzony cienką dziu­rawą dyktą. Wąskie okno, nie dość, że zakra­to­wane, to jesz­cze z zało­żo­nymi pla­sti­ko­wymi blen­dami, które nie pozwa­lają wyj­rzeć na zewnątrz i odci­nają dopływ powie­trza. Do środka sączy się przez nie brud­no­żółte, jakby zaku­rzone świa­tło, sie­dzimy więc w per­ma­nent­nym mroku. Na ścia­nach, z któ­rych tynk odpada gigan­tycz­nymi pła­tami, każdą wolną i jesz­cze trzy­ma­jącą się cało­ści prze­strzeń pokry­wają bazgroły więź­niów: adresy, wypisy z kodeksu kar­nego, daty, nie­śmier­telne kre­ski do odli­cza­nia upły­wa­ją­cego czasu, pozdro­wie­nia, wresz­cie wyzwi­ska i oskar­że­nia o sprze­da­wa­nie ziom­ków na psiarni. Two­rzy to sur­re­ali­styczny obraz. Parzę na niego i czuję się tak, jak­bym zna­lazł się w gło­wie jakie­goś hipo­te­tycz­nego arche­typu więź­nia. Obser­wa­cja całej ota­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści jest obser­wa­cją tre­ści pato­lo­gii. Jestem w tym miej­scu tak obcy, jak to tylko moż­liwe.

Naj­lep­szy jest oczy­wi­ście kibel: znaj­duje się dokład­nie w takim sta­nie, jakiego nale­ża­łoby się spo­dzie­wać po pomiesz­cze­niu, któ­rego nikt ni­gdy nie sprząta. Co nie zostało obsrane, to zostało obrzy­gane, a jedyne, co nie zostało obsrane albo obrzy­gane -?to chyba tylko żarówka smutno zwi­sa­jąca z sufitu na samym kablu. Ta żarówka jest jedy­nym oświe­tle­niem w całej celi, ale nie posiada włącz­nika. Włą­cza się ją i wyłą­cza, sty­ka­jąc ze sobą wyrwane ze ściany kable. Wiele godzin spę­dzę, patrząc na nie z myślą, że to dobrze, że zosta­wiono nam jakieś wyj­ście z tej sytu­acji. Wystar­czy­łoby tylko chwy­cić za obie koń­cówki. Taka wię­zienna opcja na coup de grâce dla tych, któ­rzy przy­cho­dzą tu bez nadziei na to, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek ujrzą niebo.

Pod żarówką jest wyszczer­biona umy­walka, a nad nią wysta­jąca ze ściany rura, która służy za kran. Trzy razy dzien­nie przez pół godziny leci z niej woda: godziny te jakiś uprzejmy wię­zień wypi­sał tuż obok na ścia­nie. Jak prze­ga­pisz wyzna­czony czas, pozo­staje napić się wody ze sra­cza. A sracz? Zerwana deska leży co prawda na pod­ło­dze, ale pokryta grubą war­stwą obrzy­dli­wego brudu muszla stoi, co można już uznać za suk­ces.

Dla­czego to wszystko musi tak wyglą­dać?

Jeste­śmy więź­niami, to prawda, ale chyba wciąż ludźmi, choć pew­nie jest sporo takich, któ­rzy nie zgo­dzi­liby się z tą śmiałą tezą. Trzeba sobie odpo­wie­dzieć na pod­sta­wowe pyta­nie: czy uwa­żamy, że czło­wiek z samego tylko faktu bycia czło­wiekiem zasłu­guje na to, aby móc korzy­stać z nie­ob­sra­nego kibla, umyć się, napić czy­stej wody? Jeśli tak, to w jaki spo­sób wyeg­ze­kwo­wać to w aresz­cie, do któ­rego zde­mo­ra­li­zo­wani zwy­rod­nialcy -?tacy jak ja -?tra­fiają z alko­ho­li­kami w ostat­nim sta­dium deli­rium, z waria­tami goto­wymi zeżreć wła­sne ręce, z nar­ko­ma­nami wydra­pu­ją­cymi sobie dziury w brzu­chu, a jed­no­cze­śnie z pechow­cami, któ­rych prze­stęp­stwa pole­gały na tym, że nie ode­brali na czas jakiejś kore­spon­den­cji albo nie pła­cili ali­men­tów przez trzy mie­siące? Wbrew zapew­nieniom służby wię­zien­nej -?że doko­nuje się selek­cji i segre­ga­cji osa­dzo­nych -?wszy­scy są prze­mie­szani. Ali­men­ciarz obok kil­lera, zło­dziej obok dzie­cio­jebcy; facet, któ­rego zła­pali z pię­cioma gra­mami zioła, obok gościa posa­dzo­nego za to, że maczetą obciął nogi swo­jemu dłuż­ni­kowi.

Mamy tu gorzej niż psy w schro­ni­sku, ale też w porów­na­niu do psów jeste­śmy dużo bar­dziej nie­prze­wi­dy­walni, znacz­nie groź­niejsi i znacz­nie bar­dziej obrzy­dliwi. A przy­naj­mniej nie­któ­rzy z nas.

Man­dżur wsu­wam pod łóżko. By to zro­bić, muszę prze­sta­wić klapki tego gościa na górze, który z początku wziął mnie za wycho­wawcę. Prze­sta­wiam je o dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów w prawo.

-?Nie doty­kaj moich rze­czy -?momen­tal­nie pie­kli się tam­ten.

W tym momen­cie już wiem, że będą z nim pro­blemy. Nie odpo­wia­dam, bo są takie sytu­acje, które komen­ta­rza nie wyma­gają. Poza tym jestem zbyt wystra­szony i zbyt sko­ło­wany, by wymy­ślić jaką­kol­wiek odpo­wiedź na tak bez­sen­sowną uwagę. Nie­udol­nie ścielę łóżko. Ni­gdy dotąd nie widzia­łem zestawu skła­da­ją­cego się z trzech kwa­dra­to­wych mate­ra­ców, które - poło­żone jeden za dru­gim -?wypeł­niają całą ramę łóżka. Moje trzy materki są poprzy­pa­lane papie­ro­sami, dziu­rawe, pokryte poma­rań­czo­wymi pla­mami nie­zna­nej pro­we­nien­cji. Nie wygląda to zbyt sym­pa­tycz­nie, ale wyobraź­nia pod­po­wiada mi, że można tra­fić gorzej. Wkrótce prze­ko­nam się, że mia­łem rację.

Potem wycią­gam się na łóżku z notat­ni­kiem przy­tu­lo­nym do piersi. Wyry­wam jedną kartkę, kre­ślę na niej datę i piszę list do narze­czo­nej. Pierw­szy list napi­sany z wię­zie­nia. Achie­ve­ment unloc­ked.

Każde napi­sane przeze mnie słowo staje się nośni­kiem paniki i skraj­nego neu­ro­ty­zmu, anty­cy­pa­cją tra­ge­dii. Na wewnętrz­nej stro­nie okładki notat­nika kre­ślę "1/544". Tyle potrwa mój wyrok, moja kara za wolę prze­trwa­nia. Wyli­czy­łem to wiele nocy wcze­śniej, ocze­ku­jąc na zatrzy­ma­nie. A potem każ­dej kolej­nej nocy wyli­cza­łem znowu, cał­kiem jak­bym liczył barany prze­ska­ku­jące przez płot. Mie­siąc po mie­siącu, dzień po dniu pozwa­la­łem tym licz­bom, by wzięły sobie moje życie w cał­ko­wite wła­da­nie. Pomno­ży­łem i podzie­li­łem je we wszyst­kich moż­li­wych kom­bi­na­cjach i kon­fi­gu­ra­cjach, uczy­ni­łem swoją reli­gią i modli­łem się do nich, pła­ka­łem przed nimi, nie­na­wi­dzi­łem ich i kocha­łem je na zmianę. Jak to było? "Dzi­siaj jest pierw­szy dzień reszty two­jego życia"? Och, pier­dol­cie się.

-?Za co? -?Król Julian zwisa z gór­nej pry­czy jak nie­to­perz i patrzy na mnie z cie­ka­wo­ścią. W tak zwa­nym mię­dzy­cza­sie dowie­dzia­łem się, że ma na imię Adam. Od teraz będę go tak nazy­wać: Adam.

-?Za prze­kro­cze­nie gra­nic obrony koniecz­nej.

-?Długo?

-?Rok i pół.

-?Coś mu zro­bił?

-?Krzywdę. -?Nie chce mi się wni­kać w detale. -?A ty?

-?Jazda bez prawka.

-?Długo?

-?Rok.

-?Tyle dają? Za jazdę bez papie­rów? -?pytam zdzi­wiony.

-?Za trze­cim razem tyle dają. A ta gruba kurwa ma pięć mie­sięcy za wła­ma­nie.

"Ta gruba kurwa" ma na imię Cza­rek. Wraz z kum­plami napadł na sta­cję ben­zy­nową, choć sam nie brał udziału w akcji i tylko stał na cza­tach. Tak przy­naj­mniej twier­dzi. Nie­trudno w to uwie­rzyć, bio­rąc pod uwagę jego gaba­ryty. Cza­rek nosi koszulkę z czte­rema iksami, która wygląda na nim jak ubranko dla lalek.

-?Jak tu przy­je­chał, to przez dwa dni pła­kał i nie wie­dział, gdzie jest. Był kon­kret­nie naje­bany i tylko modli­łem się, żeby mu zwie­ra­cze wytrzy­mały -?śmieje się Adam, ale mnie to wcale nie bawi.

Nic mnie obec­nie nie bawi i ten stan utrzyma się przez kolejne dwa, trzy mie­siące. Zresztą czemu mia­łoby mnie bawić cudze cier­pie­nie?

Cza­rek nie odpo­wiada na żadną z zacze­pek, leży tylko do góry brzu­chem i wzdy­cha. Nie wiem, czy to z powodu oty­ło­ści, czy też samo­po­czu­cia, ale naj­pew­niej obie odpo­wie­dzi są poprawne. Tym­cza­sem Adam nie milk­nie, po pro­stu się nie zamyka. Połowa jego wypo­wie­dzi składa się z prze­chwa­łek, druga to inwek­tywy kie­ro­wane w stronę Czarka. Jest jak Dr Jekyll i pan Hyde: w jed­nej chwili opo­wiada wesołą histo­ryjkę ze sobą w roli głów­nej, by już po chwili ścią­gnąć brwi, wyszcze­rzyć zęby i zacząć znę­cać się nad nie­szczę­śni­kiem po dru­giej stro­nie celi.

-?Spójrz na tego idiotę -?mówi do mnie, ale na myśli ma Gru­bego. -?On nawet nie wie, co ze sobą zro­bić. Te, Cza­rek, co teraz zro­bisz? Jakie są twoje następne ruchy?

-?Nie wiem -?odzywa się wresz­cie tam­ten. Ma skrze­czący głos, iro­niczną manierę mówie­nia typową dla czło­wieka, który przy­wykł do tego, że nikt nie trak­tuje go poważ­nie. Brzmi jak Toudi z Gumi­siów.

-?Widzisz? -?cią­gnie dalej Adam. -?On nic nie kuma. Mój adwo­kat już zdą­żył zło­żyć wnio­sek o bran­so­letkę. A ty, Mar­cin? Robisz jakieś ruchy?

Odpo­wia­dam mu, że też będę skła­dał taki wnio­sek, ale muszę pocze­kać na ter­min. Trzy mie­siące od poprzed­niego wnio­sku.

-?Poprzed­nio skła­da­łeś z wol­no­ści? -?pyta Adam.

-?Tak.

-?Bla­cha?

-?Co?

-?Nie dali?

-?Nie dali. Jestem zbyt zde­mo­ra­li­zo­wany. Podobno.

Osiem­na­ście mie­sięcy. Wyrok skro­jony pod SDE, czyli sys­tem dozoru elek­tro­nicz­nego. Sąd Okrę­gowy w B. wydał taki, bio­rąc pod uwagę fakt obrony koniecz­nej, mój stan zdro­wia oraz brak demo­ra­li­za­cji. Sąd Ape­la­cyjny w K. utrzy­mał wyrok w mocy. Tym­cza­sem Sąd Peni­ten­cjarny w Ł. zigno­ro­wał oba wyroki i ich uza­sad­nie­nia, okre­ślił mnie mia­nem osoby skraj­nie zde­mo­ra­li­zo­wa­nej i nie zezwo­lił na odby­cie kary w SDE. Dla­czego? Ja tego nie wiem. Za to Adam ma swoją teo­rię.

-?Oni mają odgór­nie narzu­cone limity. W maju muszą dać tyle i tyle, w czerwcu tyle i tyle. Osią­gną limit i każdy kolejny wnio­sek idzie do kosza, choć­byś był, kurwa, święt­szy od papieża. Ale nie mogą cię tak po pro­stu upier­do­lić, muszą wymy­ślić jakiś powód. Naj­ła­twiej powie­dzieć, że ktoś jest zde­mo­ra­li­zo­wany, bo jak to niby... jak to...

-?Zane­gu­jesz? -?pod­po­wia­dam. -?Zwe­ry­fi­ku­jesz?

-?Dokład­nie, kurwa. Nie zro­bisz, bo skoro jesteś karany, to już zde­mo­ra­li­zo­wany. Jesteś na łasce albo nie­ła­sce.

Zasta­na­wiam się, czy Adam może znać Para­graf 22, ale raczej nie wygląda na takiego, co to potrafi czy­tać. W ciągu ostat­nich tygo­dni sam pró­bo­wa­łem zna­leźć jakieś wytłu­ma­cze­nie tej sytu­acji. Jak to moż­liwe, że jeden sąd w wyroku argu­men­tuje, że facet jest osobą nie­zde­mo­ra­li­zo­waną i zaleca odby­cie kary w sys­te­mie dozoru elek­tro­nicz­nego, by zaraz potem inny sąd mógł spoj­rzeć na ten wyrok i odwró­cić kota ogo­nem? Moja praw­niczka, kobieta z dwu­dzie­sto­let­nim sta­żem pracy, też tego nie rozu­mie, choć cza­sem zda­rza jej się w przy­pły­wie szcze­ro­ści przy­znać, że "prawo pra­wem, a sąd i tak zrobi, co zechce". Piękny bon mot, warto go zapa­mię­tać.

Przez cały dzień Adam znęca się nad tym dru­gim, na razie tylko słow­nie. Nie wtrą­cam się, to nie moja sprawa, choć kilka razy muszę ugryźć się w język. Jestem zbyt zmę­czony tym wszyst­kim, sie­dzę jak na szpil­kach. Zasta­na­wiam się, kiedy przyj­dzie kolej na mnie, kiedy to ja stanę się obiek­tem wyzwisk i drwin. Bo w to, że w obec­nym sta­nie umy­słu będę umiał jak­kol­wiek się obro­nić, szcze­rze wąt­pię. Uciec też nie ma jak, w końcu to wię­zie­nie.

Dzień pierw­szy dobiega końca przy akom­pa­nia­men­cie jelit Czarka, który za cienką ścianką oddzie­la­jącą celę od kibla daje popis godny orkie­stry dętej. Chłop brzmi, jakby pró­bo­wał pozbyć się nie tylko stolca, ale też wszyst­kiego, co skry­wają prze­pastne prze­strze­nie jego obro­śnię­tych tłusz­czem wnętrz­no­ści. W prze­rwach mię­dzy kolej­nymi kano­na­dami Gruby cicho pochli­puje. Słu­cham tego zestawu dźwię­ków i dzi­wię się sam sobie, że nie wzbu­dza to we mnie wstydu. W Czarku chyba też nie. W miej­scu takim jak to wszelka pry­wat­ność bar­dzo szybko zanika. To intry­gu­jące, jak prędko ludzie potra­fią adap­to­wać się do sytu­acji, które jesz­cze kilka godzin wcze­śniej byłyby dla nich nie do przy­ję­cia; jak w oka­mgnie­niu pozby­wamy się wszel­kich norm oby­cza­jo­wych, zupeł­nie jakby były one tylko wierzch­nim okry­ciem, lekką pele­rynką zarzu­coną na ramiona.

Pozo­staje jedy­nie smu­tek zwią­zany z ogól­nym sta­nem czło­wie­czym.

Pierw­sza nocka w pier­dlu. Jest koniec maja, cie­pło, może nawet gorąco. Leżę plac­kiem na nie­wy­god­nych, śmier­dzą­cych szczy­nami, roz­jeż­dża­ją­cych się mate­ra­cach. Wokół mnie na łóżku rów­niutko poukła­dane: spodnie, książka, notat­nik. Nawet tu, nawet teraz, daje o sobie znać moja potrzeba porząd­ko­wa­nia prze­strzeni. Choć może wła­śnie tu wręcz nabiera ona zna­cze­nia, staje się próbą odzy­ska­nia choć odro­biny kon­troli nad sytu­acją. Mógł­bym scho­wać te rze­czy do pojem­nika pod łóż­kiem, ale chcę mieć je bli­sko sie­bie, by były bez­pieczne, szcze­gól­nie notat­nik. Co jakiś czas spraw­dzam, czy na­dal znaj­duje się w tym samym miej­scu, w zasięgu ręki. Notat­nik jest naj­waż­niej­szy, ponie­waż dostar­cza mi kar­tek na listy. Mam w nim także kilka kopert i znacz­ków. To będzie od teraz mój jedyny spo­sób komu­ni­ka­cji ze świa­tem, a przede wszyst­kim z moją uko­chaną. Minęły lata, odkąd wysła­łem jaki­kol­wiek list.

Porząd­kuję w myślach wyda­rze­nia z całego dnia, a potem prze­le­wam je na papier w wątłym świe­tle latarni, które z tru­dem prze­nika przez pla­sti­kową blendę. Ledwo widać, ale nie szko­dzi, przy­naj­mniej nikt mi nie prze­szka­dza. Pozo­stali dwaj śpią. Gruby co chwilę pochra­puje i się dusi, nie­mal zapada się pod wła­sną masą. Jak udało im się zasnąć? Ja czuję się tak, jakby za moment ktoś miał strze­lić mi w poty­licę i wrzu­cić ciało do dołu. Prze­ra­żony, ale zre­zy­gno­wany jed­no­cze­śnie. Zmę­czony, ale pobu­dzony. Śpiący, ale nie­zdolny do zaśnię­cia. O tym wszyst­kim piszę w listach. Pierw­szy, drugi, trzeci -?mam tak wiele do powie­dze­nia. Przede wszyst­kim, że się boję, że nie wiem, co teraz ze mną zro­bią. Już pierw­szej nocy two­rzę sobie powie­dze­nie, któ­rego będę uży­wał regu­lar­nie aż do końca odsiadki w róż­nych kon­tek­stach: "Nie wia­domo nic o niczym".

Jakie­kol­wiek próby racjo­nal­nego myśle­nia o tej sytu­acji oka­zują się nie­sku­teczne. Roz­sądne myśli giną w gąsz­czu lęków i para­noi, aż w końcu jedne i dru­gie stają się nie do odróż­nie­nia. Jestem zago­nio­nym do rogu kotem z oczami sze­roko otwar­tymi ze stra­chu.

Wresz­cie zasy­piam na godzinę, może dwie. Budzą mnie trza­ski furt, wycie alar­mów i sygnały krót­ko­fa­ló­wek. Znowu ten prze­klęty zestaw dźwię­ków, jakby zapro­gra­mo­wany do wzbu­dza­nia lęku. Areszt budzi się około czwar­tej nad ranem. Jeden z gadów cho­dzi po celach, zagląda do środka, zapala ostre świa­tło. Spraw­dza, czy na­dal żyjemy. Na odchodne kopie w drzwi, wali sko­blem. Nie ma spa­nia, żało­sne skur­wy­syny. Może wolałby, żeby coś się działo, żeby­śmy jed­nak powie­sili się na kra­cie. Pew­nie wiele razy o tym myślał. Co bym zro­bił, gdyby...? Tak czy siak spa­nie około czwar­tej staje się już nie­moż­liwe, przy­naj­mniej dla mnie. Piszę "czwar­tej", ale godzinę oce­niam na oko, bo nie mam tu prze­cież zegarka. Wnio­skuję po tym, że blenda w oknie powoli zamie­nia się z brud­no­sza­rej w brud­no­żółtą.

Liczę dziurki w bla­sze będą­cej ste­la­żem gór­nego łóżka. Czter­na­ście na trzy­dzie­ści trzy, łącz­nie 462, to wciąż mniej niż 544, czyli liczba dni, jakie przyj­dzie mi spę­dzić w kiciu. Łóżko nie nada­wa­łoby się do odli­cza­nia końca kary, przy­naj­mniej mojej, ale i tak wsa­dzam w dziurę dłu­go­pis i kolo­ruję frag­ment mate­raca pod Ada­mem. Kto wie, może wypusz­czą mnie wcze­śniej? Zasta­na­wiam się, czy Adam wyczuje to, obu­dzi się i spu­ści mi wpier­dol. Męż­czy­zna śpi jed­nak snem spra­wie­dli­wych, zrywa się dopiero na któ­ryś z kolei dźwięk odsu­wa­nego sko­bla.

-?Apel, kurwa! -?drze się. -?Ubie­rać się, szybko!

Ubie­ram się zatem, czyli zakła­dam spodnie. Cza­rek śpi na­dal, więc Adam zaczyna go kopać.

-?Apel, ty gruba kurwo! -?krzy­czy.

Tam­ten sza­mo­cze się znów jak robak prze­wró­cony na grzbiet. Patrzę na niego i wyobra­żam sobie kara­lu­cha o nala­nej ludz­kiej twa­rzy, twa­rzy dziecka. Ude­rze­nia sko­bli są coraz bli­żej, Cza­rek wciąż nie potrafi wstać, ale wresz­cie udaje mu się zebrać i zało­żyć krót­kie "spodenki", które można by z powo­dze­niem prze­ro­bić na żagiel.

Tkwimy wypro­sto­wani jak struny, prę­żąc się w kie­runku drzwi. Na dobrą sprawę nie mam poję­cia, co się dzieje, po pro­stu robię to, co Adam. On prze­żył tu dwa dni dłu­żej, a więc wie trzy razy wię­cej ode mnie.

Wresz­cie szczęka zamek w drzwiach i... tyle. Straż­nik idzie dalej, robi to z całym rzę­dem cel. Naj­pierw dolny sko­bel. Będzie zatem jesz­cze jedna runda. Cała ta panika oka­zała się nie­po­trzebna. Gady wra­cają dopiero za jakiś czas, za godzinę, może wię­cej. Drzwi do celi otwie­rają się, na nasze pogrą­żone w mroku twa­rze pada ostre świa­tło. Czuję się jak wyjęty spod ziemi kret. Trzech mun­du­ro­wych przy­pa­truje się nam z wyra­zem twa­rzy wła­ści­wym komuś, kto pod­niósł wielki kamień i zoba­czył wypeł­za­jące spod niego robac­two. Cela jest otwarta przez dzie­sięć sekund, a potem znów zatrza­śnięta na głu­cho. Żyją? Żyją. To zamy­kamy. Po chwili włą­cza się radio połą­czone z inter­ko­mem, tak zwana beto­niara. Hity Eski, czyli dzie­sięć zapę­tlo­nych kawał­ków pusz­cza­nych na okrą­gło, aż do porzygu. Nie spo­sób tego wyłą­czyć, można tylko ści­szyć.

Myślę, że jakby dali mi tu do celi gościa odpo­wie­dzial­nego za ukła­da­nie tej play­li­sty, to chyba zasłu­żył­bym sobie na swój wyrok.

Rozdział 3. Czy warto iść na spacer i dlaczego tak

Roz­dział 3

Czy warto iść na spa­cer i dla­czego tak

Adam od samego rana ada­muje, a Cza­rek czar­kuje. Zaczy­nam coraz lepiej rozu­mieć, jak działa ten pierw­szy. Cza­sem, gdy wydaje mu się, że nikt nie patrzy, przy­biera na twarz wyraz będący maską czy­stego zła. Ściąga wtedy wargi i obnaża zęby. To trwa dosłow­nie moment, lecz moment wystar­cza­jący, by dało się dostrzec w nim nie­prze­brane pokłady okru­cień­stwa. Jestem prze­ko­nany, że w tych chwi­lach zasta­na­wia się, jak uczy­nić życie Gru­bego jesz­cze bar­dziej żało­snym, lecz... czemu?

Ten czło­wiek jest wam­pi­rem, uświa­da­miam sobie. Wam­pi­rem, który zamiast krwią, żywi się stra­chem. Już od samego rana zaczyna swoje psy­cho­lo­giczne gierki.

"Powi­nie­neś zadzwo­nić do praw­nika. No tak, zapo­mnia­łem, że żad­nego nie masz". "Nie wiem, jak można się dopro­wa­dzić do takiego stanu, jak można być tak gru­bym". "Nie żryj tyle, oddaj nam swoje por­cje, to szyb­ciej schud­niesz". "Wiesz w ogóle, jaki masz wyrok, czy tak sobie rzu­ci­łeś tych pięć mie­sięcy?"

I tak dalej, i tak dalej. Po każ­dym takim zda­niu z Czarka zdaje się ucho­dzić powie­trze. Nie mija pół godziny od apelu, a Gruby wygląda już jak dziu­rawa dętka. Adam zaś pro­mie­nieje ener­gią.

Z nagła beto­niara odzywa się gło­sem oddzia­ło­wego:

-?Spa­cer?

Nie wiem, co mam odpo­wie­dzieć, na szczę­ście oddzia­łowy zaraz wyja­śnia:

-?Idzie­cie, kurwa, na spa­cer czy nie?

-?Idziemy -?odpo­wia­dam za całą trójkę.

W jed­nej ze scen Syme­trii pada stwier­dze­nie, że przez pierw­szy tydzień trzeba cho­dzić na wszyst­kie spa­cery. Nie wiem, czy naprawdę trzeba, ale na wszelki wypa­dek wolę iść. To, że odpo­wia­dam za całą trójkę, jest małym faux pas, które nie ucho­dzi uwagi Adama. Zaczyna coś buczeć, węsząc oka­zję do kon­fliktu, do usta­no­wie­nia nowej strefy swo­jej domi­na­cji na tych kilku metrach kwa­dra­to­wych, ale wystar­czy jedno pyta­nie, aby go uci­szyć:

-?Nie boisz się chyba wyjść na spa­cer, co?

Nie masz chyba powodu, aby uni­kać innych, co, Adam? Podej­rze­wam, że jedy­nym powo­dem, dla któ­rego Adam jesz­cze nie zro­bił sobie ze mnie takiej samej ofiary, jak z Czarka, jest to, że pochwa­li­łem mu się, za co sie­dzę. Jak na razie czuje do mnie respekt. Nie­zbyt duży, bo widzi prze­cież, że chwi­lami trzęsę się na łóżku jak osika, ale naj­wy­raź­niej wystar­cza­jący. To się jed­nak zmieni, gdy do reszty pora­dzi sobie z Czar­kiem, gdy zgnoi go tak bar­dzo, że tam­ten zacznie się do niego łasić i pro­sić o wyba­cze­nie każ­dym sło­wem. Kiedy sta­nie się cał­ko­wi­cie zależ­nym od niego poplecz­ni­kiem, przy­du­pa­sem, cho­wań­cem. Wtedy Adam zabie­rze się za mnie. Jeśli star­czy mu czasu.

Drzwi do celi otwie­rają się ponow­nie o 6:30. Spa­ce­rowy wyciąga nas poje­dyn­czo i zakuwa w kaj­danki, cela po celi. Kaj­danki koń­czą mu się jakoś w poło­wie, resz­cie mówi więc, że mamy trzy­mać ręce razem i uda­wać, że mamy kaj­danki, żeby na kame­rach nie było widać.

-?Kie­dyś wypusz­czali na spa­cer bez biżu­te­rii -?wspo­mina jakiś wete­ran - ale to się zmie­niło, jak facet zaje­bał tę psy­cho­log z Rze­szowa.

Ano, było coś takiego, przy­po­mi­nam sobie.

Spa­ce­rowy wydziera się, że mamy sta­nąć twa­rzą do ściany i nie roz­ma­wiać, więc to robię. Wolał­bym nie dowie­dzieć się ni­gdy, co się dzieje, gdy ktoś nie posłu­cha, ale i tak się nie­stety dowiem, już wkrótce.

Gęsiego na lewo, a potem cze­kamy, aż otwo­rzą się drzwi połą­czone sys­te­mem kon­troli -?gdy otwarte są jedne drzwi pro­wa­dzące na oddział, wszyst­kie inne się blo­kują. Póź­niej będę mógł zaob­ser­wo­wać, jak bar­dzo to wkur­wia wszyst­kich gadów, gdy stoją przy kra­tach i bez­sku­tecz­nie pro­szą przez krót­ko­fa­lówkę swo­ich kum­pli, żeby zechcieli zamknąć te jebane furty. Prze­cho­dzimy przez obite grubą stalą wąskie wrota, a potem przez to samo wąskie przej­ście, któ­rym wczo­raj pro­wa­dzono mnie na oddział. W tym cia­snym kory­ta­rzu zatrzy­mują nas na parę minut, gnie­ciemy się tam jak sar­dynki w puszce. Dwa­dzie­ścia osób na kilku metrach kwa­dra­to­wych dyszy sobie w karki. Smród potu i całej reszty fizjo­lo­gii staje się nie do wytrzy­ma­nia. Myślę o tym, jak dobrze byłoby wziąć kąpiel, ale takich atrak­cji na dziś nie prze­wi­dziano. Prysz­nice są dwa razy w tygo­dniu, tak było napi­sane na ścia­nie w celi. Czy to prawda? Nie wiem, nie­długo się prze­ko­namy.

Wresz­cie otwie­rają się te dru­gie drzwi i nie­mal wypa­damy na zewnątrz. Jest przed siódmą, świa­tło jaskrawe, mocne. Po całym dniu za blen­dami świa­tło wydaje się oszu­stwem, jakąś sztuczką. Obok szu­mią topole. Drzewa, praw­dziwe drzewa. Są piękne, abso­lut­nie cudowne, chciał­bym się do nich przy­tu­lić. Jestem tu dopiero drugi dzień, a już tak bar­dzo tęsk­nię za świa­tem. Nie jest dobrze.

Patrzę na prawo. Cią­gnie się tam sze­roki pas trawy, cią­gnie się aż do samego płotu. Nazy­wają go pasem śmierci. Podobno straż­nicy mają prawo zastrze­lić każ­dego, kto się na nim znaj­dzie. Zna­le­zie­nie się tam byłoby jed­nak trudne, bo mię­dzy nami a pasem śmierci stoją jesz­cze trzy inne płoty, wyso­kie, powle­czone żylet­kami. To potrafi zadzia­łać na wyobraź­nię: wizja samego sie­bie nabi­tego na setki żyle­tek. Nie tylko ja zwra­cam na to uwagę.

-?Trudno będzie stąd spier­do­lić -?mówi jakiś chło­pak w czer­wo­nej polówce i wszy­scy wybu­chają śmie­chem, nawet gad. Dziw­nie brzmi tu śmiech, natu­ral­niej brzmiałby chyba w prze­strzeni kosmicz­nej.

Ktoś mówi, że mało­lat to dobry zawod­nik, ktoś inny, że raczej pier­dol­nięty zawod­nik, a ja nie mogę odwró­cić od niego wzroku. Koleś ma nie­sa­mo­witą twarz, jakby każdy jej ele­ment pocho­dził od innej osoby. Naj­bar­dziej impo­nują mi jego wargi -?wiel­kie, mię­si­ste, czer­wone jak krew. Poza tym chło­pak wygląda jakby dopiero co skoń­czył szkołę pod­sta­wową. Takich już też zamy­kają? A jeśli tak, to za co?

Idziemy na spa­cer­niak i tutaj wresz­cie spa­ce­rowy nas roz­kuwa, także z wyobra­żo­nych kaj­da­nek. Ktoś znowu pyta go, dla­czego muszą nam "zakła­dać" te wymy­ślone kaj­danki, na co spa­ce­rowy reaguje mach­nię­ciem ręki. Nagle przy­cho­dzi mi do głowy myśl, że ten facet spę­dził w wię­zie­niu wię­cej czasu niż więk­szość osa­dzo­nych. Robi mi się go żal, choć nie tak bar­dzo jak samego sie­bie.

No ale skąd te wymy­ślone kaj­danki? Nie mają wystar­cza­jąco dużo praw­dzi­wych na sta­nie? Ktoś nie prze­wi­dział, że będzie aż tylu więź­niów? Euro­pej­ski stan­dard to cztery metry kwa­dra­towe na osobę. W Pol­sce - trzy, żeby dało się upchnąć wię­cej mięsa.

Poje­dyn­czo wcho­dzimy na spa­cer­niak. To pla­cyk o wymia­rach mniej wię­cej sześć na dwa­na­ście metrów, z trzech stron oddzie­lony od świata beto­no­wymi ścia­nami i wian­kami z drutu. Z czwar­tej -?podwójna siatka, straż­nica, mun­dur i kara­bin. Wystar­cza­jąco suge­stywne. Przy pło­cie bie­gnie wydep­tana błot­ni­sta ścieżka, w cen­trum pla­cyku dwie ławki, na jed­nej z nich sie­dzi Adolf Hitler. Co? Co ja wła­śnie zoba­czy­łem?

Innych też tro­chę zamu­ro­wało, ale oko­licz­no­ści nie pozwa­lają stać i się gapić. Idziemy zatem -?po kamie­niach, po bło­cie -?na początku nie­śmiało, potem coraz szyb­ciej. Jedno, dru­gie kółko. Sobo­wtór Hitlera nie znika. Na­dal sie­dzi na ławce, nie przy­wi­dział mi się. Ma iden­tyczny wąsik, tę samą zacze­saną na bok grzywkę. Sia­dam na ławce obok, cze­kam, aż zagadka się roz­wiąże. Co jakiś czas zer­kam ukrad­kiem na faceta, żeby spraw­dzić, czy się nie zde­ma­te­ria­li­zo­wał. W końcu ktoś się do niego dosiada, zaczy­nają gadać. Hitler mówi, że sie­dzi już czter­dzie­ści lat, jeśli zsu­mo­wać wszyst­kie wyroki. Spę­dził za kra­tami wię­cej czasu niż ja na tym świe­cie. Kie­dyś był wię­zien­nym fry­zje­rem, mówi, ale teraz brak mu już sił. Fak­tycz­nie wygląda na bar­dzo wymi­ze­ro­wa­nego, z led­wo­ścią wstaje z ławki, by pod­jąć poranną gim­na­stykę, pole­ga­jącą na drep­ta­niu w miej­scu i pod­no­sze­niu dłoni na wyso­kość oczu. Mam ochotę go popro­sić, żeby zasa­lu­to­wał, tak dla fabuły. Chciał­bym mieć z tym gościem zdję­cie. Odru­chowo się­gam do kie­szeni, ale prze­cież nie mam już tele­fonu. Wszystko zabrali na komen­dzie dwa dni temu. Dwa dni? Cho­lera, to zna­czy, że odbęb­ni­łem już 1/272 swo­jej kary. Nie­zły wynik.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki