Przedmowa
Wchodzę na Facebooka, wyświetla mi się artykuł dotyczący osadzonego,
który zginął w Zakładzie Karnym w Płocku. Niepełnosprawny intelektualnie
mężczyzna trafił do więzienia za sklepową kradzież, ale końca wyroku nie
doczekał. Umierał miesiącami, umierał we własnych fekaliach, pomimo
błagań rodziny o zapewnienie mu podstawowego chociaż leczenia. Bity,
wyśmiewany, regularnie upokarzany, a nawet polewany wrzątkiem. Winnych
oczywiście nie ma i najprawdopodobniej nie będzie. Wszystko odbyło się
zgodnie z procedurami. To zdanie pojawia się zawsze, gdy dochodzi do
takiej lub podobnej tragedii. Ktoś likwiduje człowieka, ale zgodnie z procedurami, zatem nic się nie stało, można się rozejść. Więzienny
lekarz klepie w papierach "zgon z przyczyn naturalnych", wszyscy
zaangażowani są kryci.
Poniżej przygnębiającego artykułu natrafiam na jeszcze bardziej
przygnębiający komentarz. "Dobrze mu tak" -?pisze jakiś mężczyzna. Na
profilu autora komentarza można zobaczyć zdjęcia z dziećmi, z pieskiem,
pamiątki z all-inclusive w Egipcie, wspominki ze ślubu. Wszystko
kolorowe, piękne. Dlaczego ten uśmiechnięty, szczęśliwy facet potrafi
spojrzeć na czyjąś śmierć w męczarniach i napisać: "Dobrze mu tak"? Jak
to w ogóle możliwe? Jaki proces intelektualny prowadzi do wniosku, że
można w świetle prawa zabić ograniczonego umysłowo człowieka w ramach
zemsty za kradzież czekolady i piwa? Jaka potworna magia sprawia, że
umieszczenie kogoś za murem i kratą ze stali natychmiast dehumanizuje go
tak bardzo, że inni gotowi są spojrzeć na jego tragiczną śmierć jak na
coś nie tylko usprawiedliwionego, ale wręcz oczekiwanego, a może nawet
zabawnego? Innymi słowy: co zamienia człowieka w nieczłowieka?
Pisząc tę książkę, starałem się znaleźć odpowiedzi na te i wiele innych
pytań dotyczących polskiego systemu penitencjarnego i (nie)człowieka w tym systemie. Aby je odszukać, najlepiej jest wejrzeć w machinę od
środka, a mnie niestety nadarzyła się ku temu doskonała okazja. Skazany
na osiemnaście miesięcy pozbawienia wolności za przestępstwo popełnione
w warunkach przekroczonej obrony koniecznej miałem mnóstwo czasu, by
wszystkiemu przyjrzeć się z bliska. Efektem moich obserwacji jest
niniejsza pozycja.
Nieludzie to książka o everymanie rzuconym na pożarcie systemowi. O jednostce ze wszystkimi swoimi lękami, bólami, porażkami i drobnymi
zwycięstwami. O człowieku zdolnym do autorefleksji, do dokonania
głębokiego wglądu w sytuację, w której się znalazł. Całość interpretować
należy zatem nie tyle jako poradnik przetrwania w więzieniu i nie jako
esej powołany do istnienia chęcią surowego skrytykowania układu -?choć
krytyki z pewnością tu nie zabraknie -?lecz jako reportaż uczestniczący
człowieka, który wbrew swojej woli wpadł w tryby systemu i zmuszony
został do podjęcia nierównej walki, w której stawką były jego godność i człowieczeństwo.
Nie oferuję truecrime'owej rozrywki w formule literackiej randki z mordercą, do której przyzwyczajeni są czytelnicy literatury popularnej.
Oferuję natomiast unikatową możliwość wejrzenia w umysł zwykłego
człowieka -?takiego jak ty -?który znalazł się w bardzo niezwykłej,
mówiąc eufemistycznie, sytuacji. Znalezienie się w niej nie wymagało z mojej strony aktywnych starań, nie było efektem namysłu, premedytacji
ani chęci. Wręcz przeciwnie, odbyło się całkowicie wbrew mojej woli.
Większość osób, które nie zetknęły się osobiście z systemem
penitencjarnym, żyje w przekonaniu, że świat po dobrej i po złej stronie
krat dzieli jakaś wyraźna granica -?nie tylko fizyczna, lecz także
mentalna. Myślimy, że skazańcy trafiający do zakładów karnych to ludzie
zupełnie inni niż my sami, że procedura wymierzania sprawiedliwości
pozbawiona jest przypadku, że aby trafić do więzienia, trzeba dokonać
jakiegoś wyboru, zdecydować się na podążanie przestępczą drogą, a następnie zrealizować swój plan.
W tej książce pokazuję, że bywa też zupełnie inaczej. Nie robię tego
jednak poprzez próbę kreacji wyidealizowanego obrazu więźniów, lecz
poprzez ukazanie bezwarunkowo prawdziwej tezy, że granicę między tymi
dwoma światami można przekroczyć bardzo łatwo.
Tę książkę mógłby napisać każdy, gdyby miał w życiu trochę więcej pecha.
Ty, twój mąż czy żona lub wasze dzieci pewnego dnia możecie po prostu
nie wrócić do domu na noc, ponieważ czasem wystarczy znaleźć się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie.
Wystarczy, na przykład, zostać napadniętym i nie dać się zabić.
Rozdział 1. Orzeł w koronie zagląda ci pod jaja
Rozdział 1
Orzeł w koronie zagląda ci pod jaja
Gad wyciąga mnie z radiowozu, skutego, z ciężką torbą sportową dyndającą
na szyi na podobieństwo gigantycznego krucyfiksu. Za fraki i do pionu, a potem przed siebie. Cokolwiek nastąpi dalej, zapowiada się niezbyt
sympatycznie.
Swada, z jaką prowadzą mnie dłonie strażnika, ta jego niesamowita
lekkość w obchodzeniu się z mięsem, wzbudza na równi szacunek i przerażenie, choć głównie to drugie. Gdy mnie tak popycha i szarpie,
myślę sobie, że te ręce nie należą wcale do niego, a przynajmniej nie
wyłącznie do niego. Przynależą raczej do funkcji, do samej czynności:
prowadzenia, zakuwania, rozbierania, targania, bicia. Te same wprawne w przemocy dłonie prowadziły wszystkich więźniów w historii świata.
Zmieniają się ludzie, zmieniają się czasy, ale ubrana w niepotrzebną
brutalność metoda pozostaje ta sama. Dwa tysiące lat temu, sto lat temu
i dzisiaj.
Wchodzimy do małego pomieszczenia ze stolikiem. To znaczy strażnik
wchodzi, ja raczej wpadam, wrzucony jak worek ziemniaków. Klawisz ściąga
mi z szyi torbę, wywraca ją na lewą stronę. Wysypują się ubrania,
książki, kosmetyki.
-?Na chuj to wszystko przyniosłeś? Myślisz, że pozwolą ci to zabrać?
-?Przepraszam -?mówię, gdyż nic innego nie przychodzi mi na myśl. -?Nie
wiedziałem.
Ano, nie wiedziałem. W Internecie pisali, że do aresztu wolno zabrać te
wszystkie rzeczy, ale fakty są takie, że nie ma tu żadnych reguł. Te
ustalane są ad hoc, w zależności od kaprysu człowieka, który aktualnie
zajmuje się mięsem. Pierwsza rzecz, jakiej uczysz się po przekroczeniu
więziennej bramy -?a uczysz się jej naprawdę szybko -?to że wszystko
jest tu bardzo względne. Względność polega na tym, że człowiek w mundurze ma zawsze rację. Instynktownie wyczuwam, że jeśli teraz powiem
temu facetowi, że przeczytałem coś w regulaminie albo że ustawa mówi
tak albo siak, to cała moja torba wyląduje w koszu razem z paroma
zębami na dokładkę. Wracamy zatem do "przepraszam".
-?Rozbieraj się -?rozkazuje strażnik.
-?Mam kajdanki -?przypominam mu.
Klawisz patrzy na mnie jak na debila, po czym wychyla głowę za okno i woła do policjantów, którzy przywieźli mnie radiowozem:
-?Zapomnieliście go, kurwa, rozkuć!
Sytuacja wzbudza powszechną wesołość, jak stary, ale nigdy nienudzący
się żart. Może to zresztą jest żart. Może panowie robią sobie tutaj
właśnie takie dowcipy. Urządzają gry w gorącego ziemniaka, tylko zamiast
ziemniaka jest człowiek, a właściwie więzień, bo to wcale nie to samo.
Teraz już muszę myśleć o sobie jak o więźniu, bo wiem, że gdybym chciał
widzieć w sobie istotę ludzką, to prawdopodobnie doprowadziłoby mnie to
do częstych zawodów.
Rozbieram się zatem, rozbieram się szybko, bo nie ma, kurwa, czasu, a podczas tego rozbierania, podczas tej pierwszej w życiu sytuacji, gdy w sposób absolutny zostaję odarty z prywatności i godności, nie mogę wyjść
z podszytego dysonansem poznawczym podziwu -?a może podszytego podziwem
dysonansu -?bo osoba, która wydaje mi te wszystkie polecenia, ma na
głowie czapkę z orzełkiem. Ten symbol, który z reguły widuje się w urzędach i budynkach użyteczności publicznej, w miejscach, w których
ludzie są po to, by nam pomagać i służyć, teraz staje się symbolem
opresji. Okazuje się, że in hoc signo można nie tylko dostać, ale
można też stracić, i że orzeł w koronie może przydeptać nas swoimi
szponami i zadziobać. Do tej pory mogłem spodziewać się od
funkcjonariuszy publicznych pomocy, teraz muszę spodziewać się wyłącznie
pognębienia.
Już nagi staję na zimnych kafelkach, a robot w mundurze przygląda mi
się, jakbym był jakimś egzotycznym zwierzakiem, który znalazł się tu
przypadkowo. Każe mi kucać i wypinać pośladki, zagląda tam, gdzie
Czesław Miłosz miał socjalizm. Nie wiem, co spodziewa się znaleźć, ale
najwyraźniej nie znajduje niczego, bo zaraz potem pada komenda "ubrać
się", co robię bez żadnej ulgi, bo już po kilku minutach jest mi
wszystko jedno. Chwilę temu, po drugiej stronie wysokiej bramy, byłem
panem własnego losu, ale parę minut terroru zaprawionego groźbą
pałowania wystarczyło, by ego schowało się głęboko, stało się tak małe,
że wręcz niewidzialne. Zupełnie jak jaja.
-?Pakuj torbę.
No to pakuję. Potem znowu zostaję zakuty i idziemy dalej, wąskimi
ścieżkami, wśród płotów, na które drut kolczasty nawinięto tak gęsto, że
wydaje się to groteskowe. Jego zwoje kłębią się jeszcze kilka metrów nad
ogrodzeniami, jakby nie był dziełem ludzkiej ręki, lecz raczej pnączem
jakiejś dotkniętej hipertrofią trującej rośliny, która będzie rozrastać
się tak długo, aż pochłonie cały świat. Klawisz popycha mnie co chwilę,
choć nie ma ku temu żadnych powodów, bo przecież idę jedyną możliwą do
obrania drogą. Wiem, że popycha mnie wyłącznie dlatego, że sprawia mu to
przyjemność, daje władzę, którą może się rozkoszować tylko w tego typu
sytuacjach.
Miasto w centralnej Polsce, ulica Przykra 21. Od zewnątrz areszt śledczy
prezentuje się jak makieta, jak opuszczona przed laty ruina, jak
przestrzeń liminalna. Wokół ani żywej duszy, tylko samotny przystanek
autobusowy, który równie dobrze mógłby stać w Prypeci. Zarówno sam
kompleks, jak i wszystko dookoła niego wyglądają na przeżarte rdzą,
trzymające się już wyłącznie na słowo honoru. W okolicy panuje cisza tak
dojmująca, że niemal nadnaturalna.
Miałem ten przywilej, że przed sądami odpowiadałem z wolnej stopy, więc
na kilka dni przed trafieniem tu wybrałem się na mały rekonesans.
Chciałem zobaczyć to miejsce, przyjąć jego istnienie do świadomości, tak
jak ono miało wkrótce przyjąć mnie. Wtedy jeszcze to wszystko wydawało
mi się trochę nieprawdziwe, trochę surrealistyczne, może nawet zabawne.
Naprawdę pójdę do więzienia? Ja, gość, który nigdy nie dostał nawet
mandatu za przejście na czerwonym świetle? Osiemnaście miesięcy
pozbawienia wolności za przekroczenie granic obrony koniecznej. Straszna
rzecz, tak bym powiedział, ale porozmawiamy o tym potem, bo teraz...
Teraz prowadzą mnie dalej przez labirynt płotów, siatek i murów.
Funkcjonariusz się zmienił, ale dłonie pozostały te same: szorstkie,
popychające, czerpiące satysfakcję z fizycznego kontaktu ze słabszym. Ja
ręce mam oczywiście za plecami, ale staram się iść prosto. Wciąż mam
nadzieję, że wszystko zaraz się uspokoi. Może moje ciało i umysł nie
zdążyły jeszcze przyswoić sobie tej prawdy, że tak teraz będzie wyglądać
moje życie: prowadzenie, kucie, wyzwiska i pogarda okazywana przy każdej
okazji, jakby za tę pogardę sukinsynom dawali specjalne premie.
Wreszcie wyrastają przede mną jakieś drzwi. Prowadzą mnie przez wąski
korytarz o bielonych ścianach; tak wąski, że ocieram się o elewację.
Przypomina piwnice, w których bawiłem się jako dziecko. I podobnie jak
one pachnie kurzem... i krwią. Korytarz kończy się małym okienkiem.
Doprowadzający funkcjonariusz przy nim właśnie mnie zostawia. Wraca na
zewnątrz, wcześniej przekazawszy mój dowód osobisty kolejnemu
mundurowemu, którego głowa nagle się przede mną wychyla. Czuję się jak
pasażer próbujący kupić bilet na podróż, bo małe okno wygląda jak kasa
biletowa. Tylko dokąd jedzie ten pociąg?
-?Podejdź bliżej -?nakazuje klawisz w oknie.
Robię, co każe, a wtedy tamten z zaskoczenia robi mi zdjęcie z fleszem.
Mrużę oczy i zastanawiam się, czy wyszedłem korzystnie. Kilkadziesiąt
dni później zobaczę to zdjęcie po raz pierwszy i dojdę do wniosku, że
bywało lepiej.
-?Imię, nazwisko, imię ojca, data urodzenia.
Podczas gdy ja recytuję swoje dane osobowe, gdzieś obok, za ścianą,
rozlegają się wrzaski i trzaski krat. I po chwili znów: popychanie,
ciągnięcie, szarpanie. Idź, stój, w lewo, w prawo, odwróć się. Po
jakimś czasie człowiek zaczyna reagować na to samym tylko instynktem.
Wykonuje polecenia, nie zastanawiając się nawet nad ich celem. Trafiam
do małego pomieszczenia o rozmiarach metr na dwa. Drewniana ławka
pokryta krwią i wymiocinami, plama juchy na ścianie. Kilkadziesiąt
niedopałków w rogu, obok wybity ząb i plama szczyn. Próbuję ułożyć z tych elementów jakąś historię, ale zaraz rezygnuję z tego pomysłu, bo
dociera do mnie, że przecież ja sam też mogę stać się jej bohaterem; że
już się nim stałem.
Siadam na ławce, w najczystszym miejscu i odruchowo sięgam po telefon.
Nie ma, zabrali. Klucze? Nie ma, zabrali. Nic nie ma. Panika. Gdzie są
moje rzeczy? Utrata każdego z tych przedmiotów z osobna potrafiłaby
doprowadzić mnie do rozpaczy. Teraz nie mam niczego. I nikomu nie mogę
tego powiedzieć. Po raz pierwszy od kilkunastu lat zostałem prawdziwie
sam -?w pomieszczeniu o powierzchni dwóch metrów kwadratowych, w którym
cuchnie śmiercią. Nie mam kontroli nad niczym. Jestem jedynie obszarem
myślącego powietrza, biologiczną kamerą. Rejestruję wydarzenia,
powtarzając sobie w myślach mantrę z Diuny: "Nie wolno się bać, strach
zabija duszę". Lecz to niestety nie działa. Gdyby działało, noga nie
podskakiwałaby jak młot pneumatyczny, a ręce nie pociłyby się tak bardzo
i nie zostawiałyby mokrych plam na wszystkim, czego dotkną.
Naprzeciwko mojej małej celi jest druga, identyczna. W niej jakiś
dzieciak w zielonym dresie chodzi od ściany do ściany, dwa metry
kwadratowe stereotypii, nerwicy, pierdolca. Wygląda, ten dzieciak, jakby
bardzo chciał już odpocząć, ale chyba nie potrafi się zatrzymać. Żal mi
go prawie jak samo jak siebie. Od tego całego chodzenia aż robi mi się
trochę niedobrze, to jak choroba morska, tylko bez morza. Nieco dalej,
gdzieś na lewo, jest większa cela, w której umieszczono kilku gości, a każdy z nich ma rozmiar małej orki. Sądząc po dobiegających stamtąd
odgłosach, ekipa bawi się świetnie. Muszę mocno wychylić się poza kraty,
żeby coś zobaczyć i usłyszeć.
-?Jak tylko wyjdę, to od razu w tramwaj i do dupy jadę.
-?Za dwadzieścia lat będą jeszcze tramwaje? Myślisz?
Wybuchają śmiechem.
-?To chuj, taksówką pojadę. Elektryczną, kurwa.
-?Albo latającą. Polecisz.
Znowu rechotanie.
"Dlaczego ich to bawi?", zastanawiam się. Ich radość jest moim
przerażeniem. Dwadzieścia lat? Dwadzieścia? Co trzeba zrobić, żeby
dostać dwadzieścia lat? To samo, co ty zrobiłeś, tylko lepiej. Po
plecach przebiega mi dreszcz.
Dlaczego ci goście są tacy radośni? Jak mogą tak się cieszyć? Ja jestem
tu od godziny i ledwo daję radę nie zesrać się ze strachu. Ryzykuję
jeszcze jedno spojrzenie na delikwentów. Wszyscy są jak od jednego
szablonu: pastelowe koszulki polo ciasno opięte na napompowanych
torsach, niskie czoła, wąsko rozstawione oczy i to coś w wyrazach
twarzy, co sugeruje, że ich posiadacze nieustannie znajdują się na
granicy furii.
W życiu setki razy usłyszymy, żeby nie oceniać ludzi po wyglądzie, ale
fakty są takie, że gdy widzisz podobne mordy, doskonale wiesz, czego się
po nich spodziewać. I cieszysz się, że między tobą i ich posiadaczami
znajdują się dwie pary krat -?ich i twoje. Powód, dla którego są tacy
weseli -?uświadamiam sobie -?jest taki, że bardziej przynależą już "tu",
do tego świata za kratami, niż "tam". Są w domu, w swoim miejscu na
ziemi.
A gdzie jestem ja?
Chwilowo przed zielonymi drzwiami z napisem "lekarz". Minuta na każdego
pechowca takiego jak ja, tyle czasu daje sobie medyk.
-?Nazwisko, imię ojca...
Wszędzie to samo.
-?Jakieś choroby? -?pyta lekarz.
-?Zerwane więzadło w kolanie, nerwica i spektrum autyzmu, jeśli chcemy
to traktować jak chorobę.
-?Czyli zdrowy. Proszę na wagę.
"Proszę" to takie słowo, które nie bardzo pasuje do tego miejsca, więc
zwraca na siebie uwagę. Choć jestem tu od niedawna, to nauczyłem się
już, że człowiek w mundurze nigdy nie powiedziałby "proszę". A waga
pokazuje dziewięćdziesiąt dwa kilogramy nieszczęścia. Za dwa tygodnie,
gdy wyślą mnie w dalszą podróż, będzie już osiemdziesiąt. Całkiem
skuteczna dieta.
Po chwili wytaczam się z ambulatorium. Ktoś wręcza mi koce i poduszkę,
posyła schodami dokądś w górę. Nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje, po
prostu posłusznie wykonuję polecenia ludzi z orzełkami. Roję sobie, że
jeśli będę ich słuchał, oni będą dla mnie życzliwsi. To jeden z pierwszych błędów, jakie popełniam. Taka zasada wzajemności działałaby z pewnością, gdyby spotykali się ze sobą równorzędni partnerzy. W końcu
honor, dobre obyczaje, moralność i savoir-vivre powstały po to, by
ludzie nie porozwalali sobie głów. Różnica polega na tym, że tych tutaj
nic nie powstrzymałoby przed roztrzaskaniem mi czaszki. Nie jesteśmy
sobie równi i nic nie obliguje mundurowych do traktowania mnie z szacunkiem. W ciągu najbliższych dni stanie się to bardziej niż
oczywiste.
Zawiniątko z gryzących koców, ręczników i naczyń każą mi położyć przy
ścianie, obok dwóch identycznych. Znajdujemy się w korytarzu długim na
mniej więcej trzydzieści metrów, po którego obu stronach ciągną się
drzwi do cel. Na środku wyrasta zakratowana budka, czyli dyżurka albo
gadówa -?jak już wkrótce nauczę się ją nazywać -?w której przebywają
strażnicy i oddziałowi. Cały ten korytarz zdaje się być jednym wielkim
organizmem. Wszelkie drzwi i furtki nieustannie otwierają się i zamykają, wyją alarmy, błyskają światła, trzeszczą krótkofalówki i głośniki.
Hałas jak w centrum handlowym w sobotnie popołudnie, tylko ludzi jakoś
mniej. Funkcjonariusze SW przemieszczają się z góry określonymi trasami
w określonych z góry interwałach. Wyglądają jak mrówki albo termity.
Jest w nich coś owadziego. Może to właśnie za sprawą powtarzalności
ruchów, jednakowości uniformów, pozornej bezmyślności działań, spojrzeń
zimnych i bezdusznych jak wzrok pająka ptasznika, a może wszystkiego
tego naraz?
Ktoś podchodzi do mnie i szarpie za kajdanki jak za końską uzdę lub
bydlęcy kolczyk. Wpychają mnie do jakiegoś pomieszczenia: komputer,
biurko, żółte pasy na podłodze. Ktoś każe usiąść przed biurkiem, no to
siadam. Oczy zachodzą mi mgłą i niemal niczego nie widzę. Tak mój
organizm reaguje na stres i strach: częściową ślepotą. To jakby na
telewizorze podkręcić ustawienie jasności do oporu. Teraz to już
naprawdę mogliby zrobić ze mną wszystko. Próbuję rozejrzeć się po
pomieszczeniu, zorientować w sytuacji, ale z oczami zaszłymi mgłą z trudem odróżniam ściany od sufitu. Za biurkiem siedzi jakaś kobieta.
Patrzy na mnie, coś mówi, ale co? Rozumiem może co trzecie słowo. Chyba
właśnie zaczyna do mnie docierać -?w pełni i ostatecznie -?jak bardzo
mam przejebane.
Dają mi do podpisania jakiś dokument, którego nie potrafię przeczytać.
Widzę litery, ale nie widzę słów. Tak czy siak muszę złożyć podpis.
Mogliby mi teraz podsunąć zgodę na wykonanie egzekucji i też bym ją
podpisał. Jestem słaby, znacznie słabszy, niż sądziłem. Nigdy wcześniej
nie doświadczyłem tyle dyskomfortu i stresu w tak krótkim czasie.
Nienawidzę być dotykany przez obcych, nie znoszę głośnych dźwięków i krzyków. Każda z tych rzeczy z osobna potrafi mną wstrząsnąć, teraz zaś
wszystkie razem skutecznie resetują mój układ nerwowy, wyłączają mnie,
jakbym był humanoidalnym robotem. Nastąpiło przeciążenie, obwody się
przepaliły. Siedzę i kiwam się przód-tył, jestem wydmuszką, warzywem.
Dolatują do mnie strzępki jakichś słów: "...obserwację", "...psychologa". Po
chwili udaje mi się uspokoić na tyle, by zarejestrować, że do
pomieszczenia wchodzi kolejna osoba, też kobieta, krótko ostrzyżona
blondynka. Siada przede mną, coś mówi, ale słowa stapiają się z szumem,
który mój mózg wygenerował, by odciąć się od świata. Nie tyle słyszę jej
słowa, co czytam z ruchu warg:
-?Trafisz na obserwację na dwa tygodnie.
-?Co to znaczy? -?pytam.
-?Musimy ci zabrać pasek, sznurówki i tak dalej. Będziesz częściej
kontrolowany w celi.
-?Dlaczego?
-?Dla bezpieczeństwa.
-?Nie zamierzam się zabić -?mówię, choć wcale nie jestem przekonany, że
to prawda. Mam jednak dla kogo żyć. Przez kolejne miesiące moje myśli
będą orbitować na zmianę wokół tych dwóch potrzeb: przestać istnieć i wrócić do domu.
-?Staraj się o bransoletkę. -?Psycholożka, bo to chyba jest psycholożka,
otwiera moją teczkę osobową. -?Z tych papierów wynika, że się broniłeś,
że nie jesteś jakimś bandytą. Może się uda.
Tak bardzo jestem jej wdzięczny za te słowa, że mam ochotę rozpłakać się
jak bóbr. Po kilku godzinach przerzucania mnie z kąta w kąt jak manekina
ktoś wreszcie dostrzega we mnie człowieka; ktoś wreszcie zwraca się do
mnie pełnym zdaniem, a nie składającym się z jednego słowa poleceniem,
bym przybrał odpowiednią pozycję w przestrzeni. Mimo to wciąż się
zastanawiam: A co, jeśli to gra? Co, jeśli ona jest po prostu "dobrym
policjantem"?
Pewnie zawsze, gdy oglądasz w filmach scenę z dobrym i złym gliną,
myślisz sobie, że to wyjątkowo łatwe do przejrzenia oszustwo. Pewnie tak
właśnie jest, ale gra w dobrego i złego policjanta nie jest wcale
rozgrywką intelektualną, lecz wyrafinowaną torturą przeprowadzaną na
załamanym człowieku, którego ciało reaguje instynktownie. Będziesz czuć
wdzięczność wobec osoby, która pogłaszcze cię, zamiast uderzyć, i opatrzy, zamiast zranić, szczególnie wówczas, gdy ten zły policjant
wcześniej dobrze wykona swoje zadanie.
Dlatego właśnie niewielkie znaczenie mają dla mnie jej intencje, powody,
dla których -?w przeciwieństwie do swoich kumpli -?zachowuje się wobec
mnie po ludzku, z respektem.
-?Już starałem się o bransoletkę. Nie wyszło.
-?Dlaczego? -?pyta kobieta.
-?Charakter czynu.
-?No tak.
No tak. Dźgnięcie kogoś nożem nie wygląda dobrze. Sześciokrotne
dźgnięcie kogoś nożem tym bardziej. I niewielkie znaczenie ma tu fakt,
że ten, którego dźgnąłeś, w momencie zdarzenia siedział na tobie i próbował cię zatłuc, i że istnieje pewne niezerowe prawdopodobieństwo,
że gdybyś w kluczowym momencie nie sięgnął do kieszeni po scyzoryk, to
teraz twoje ciało żarłyby robaki. Polska jest krajem, w którym nie wolno
się bronić. Słyszałem to już dziesiątki razy. Od policjantów, od
prawników, od kuratorów. Wszyscy współczująco kiwali głowami. "Takie
mamy prawo" -?mówili. "Tak to już tutaj jest".
-?Jak to było? Ktoś cię napadł? -?pyta ta pierwsza kobieta, o której
istnieniu zdołałem już zapomnieć.
Tak właśnie było, ale nie mam ochoty znowu opowiadać tej historii. Nie
jej, nie teraz, nie w tym pokoju. Opowiadałem ją już dziesiątki razy. W tej chwili nie wiedziałbym już nawet, czy relacjonuję prawdziwe
wydarzenia, czy też może tworzę nową narrację o narracjach. I dlatego
odpowiadam krótko:
-?Tak, ktoś mnie napadł.
Potem patrzę w podłogę, na swoje dziurawe buty marki Nike, których od
miesięcy nie potrafiłem się pozbyć. Trochę jeszcze ze mną zostaną. O ile
nie rozpadną się po drodze.
-?Ale przeżył, tak? -?pyta psycholog.
-?Przeżył.
-?To masz szczęście.
Nie komentuję tego. Najwyraźniej mamy inne definicje szczęścia. Lecz
jego przeżycie to istotnie dobra okoliczność. Nie chciałbym stać się
zabójcą. Nie tylko ze względu na wymiar kary. Obrona konieczna czy nie,
nie ma niczego przyjemnego w świadomości, że wysłało się człowieka na
tamten świat. Nawet sama świadomość wyrządzenia komuś krzywdy jest
nieznośna.
I zaraz wszystko zaczyna się od nowa.
-?Idziemy. -?Znów ktoś szarpie mnie za rękę, jakiś człowiek-mundur.
Zanim wyjdę z pokoju, posyłam jeszcze błagalne spojrzenie oddziałowej
psycholożce. Ona jest już jednak zajęta czymś innym. Nie szkodzi, bo i tak nie wiem, o co miałbym ją prosić, czego od niej chcieć. Ta osoba
niczego nie może już dla mnie zrobić, po prostu okazała się jedyną
względnie życzliwą jednostką w tej przerażającej instytucji. To
wystarczająco wiele, bym mógł szukać u niej pomocy, ale
niewystarczająco, bym miał tę pomoc otrzymać.
Rozdział 2. Pechowa trzynastka
Rozdział 2
Pechowa trzynastka
Wrzucają mnie do celi numer trzynaście. Gdybym nie był przerażony, to
może nawet uznałbym to za zabawne zrządzenie losu, ale strach skutecznie
odbiera poczucie humoru. To jedna z jego pierwszych ofiar.
Mam ze sobą jedynie koce, zestaw zielonych talerzy, papier toaletowy,
przybory do mycia, klapki, mały notatnik i dwie książki, Czarodziejską
górę Manna -?okaże się potem, że to najlepsza lektura do pierdla -?i Siedem nauk dla zmarłych Junga. Można powiedzieć, że to intelektualny
zestaw do survivalu. Notatnik w czarnej skórze posłuży mi z czasem do
stworzenia zaczątków tego tekstu, ale nie uprzedzajmy faktów.
Pierwszym, na co pada mój wzrok, kiedy trafiam do środka, jest
gigantyczny bebzol. Po lewej od wejścia, na cadillacu, jak więźniowie
nazywają pojedyncze łóżka, leży facet tak opasły, że ma problem z samodzielnym podniesieniem się. Kiedy staję w drzwiach, posiadacz
potężnego brzucha wpada w panikę i próbuje się spionizować. Takie
przynajmniej odnoszę wrażenie, bo na mój widok zaczyna wymachiwać
kończynami jak żuk przewrócony na plecy. Po prawej dostrzegam łóżko
piętrowe. Miejsce na dole jest wolne, na górze siedzi chłop wyglądający
jak król Julian z kreskówki. Gdy tylko mnie zauważa, natychmiast
zeskakuje na podłogę i staje na baczność. Przyglądam mu się zdziwiony.
Na twarzy muszę mieć wypisany wyraz całkowitej dezorientacji, bo tamten
w końcu rezygnuje z przedstawienia i z powrotem wdrapuje się na swoje
wyro.
-?Kurwa, myślałem, że jesteś jakimś wychowawcą albo kimś takim -?warczy.
-?Dlaczego? -?pytam.
-?Za porządnie wyglądasz.
Mam na sobie jednolicie czarny T-shirt i spodnie typu chinos, też
czarne. W rękach tylko mandżur. Facet musi być chyba ślepy albo
niepełnosprytny. A może robi sobie ze mnie jaja. Nie potrafię tego
rozpoznać. Nie rozumiem żartów innych niż żarty moich bliskich
znajomych. Nie potrafię poznać, kiedy ludzie udają. Nie dlatego, że nie
wiem, jak działa żart. Po prostu dopuszczam taką możliwość, że pewne
rzeczy mogą się wydarzyć niezależnie od tego, jak bardzo absurdalne by
się wydawały. Jestem nawet w stanie wyobrazić sobie prowadzące do nich
okoliczności. Zaczynam je analizować natychmiast i wikłam się w kolejne
i kolejne sylogizmy. Z reguły w tym momencie jest już za późno -?ludzie
biorą mnie za idiotę o krótkim rozumku. Cholera wie, może ostatecznie
nie są wcale tak daleko od prawdy. Bycie w spektrum autyzmu jednego dnia
może wyglądać jak supermoc, innego już niekoniecznie.
Rozglądam się po celi. Pomieszczenie ma wymiary cztery na dwa metry,
włączając w to kibel odgrodzony cienką dziurawą dyktą. Wąskie okno, nie
dość, że zakratowane, to jeszcze z założonymi plastikowymi blendami,
które nie pozwalają wyjrzeć na zewnątrz i odcinają dopływ powietrza. Do
środka sączy się przez nie brudnożółte, jakby zakurzone światło,
siedzimy więc w permanentnym mroku. Na ścianach, z których tynk odpada
gigantycznymi płatami, każdą wolną i jeszcze trzymającą się całości
przestrzeń pokrywają bazgroły więźniów: adresy, wypisy z kodeksu
karnego, daty, nieśmiertelne kreski do odliczania upływającego czasu,
pozdrowienia, wreszcie wyzwiska i oskarżenia o sprzedawanie ziomków na
psiarni. Tworzy to surrealistyczny obraz. Parzę na niego i czuję się
tak, jakbym znalazł się w głowie jakiegoś hipotetycznego archetypu
więźnia. Obserwacja całej otaczającej mnie rzeczywistości jest
obserwacją treści patologii. Jestem w tym miejscu tak obcy, jak to tylko
możliwe.
Najlepszy jest oczywiście kibel: znajduje się dokładnie w takim stanie,
jakiego należałoby się spodziewać po pomieszczeniu, którego nikt nigdy
nie sprząta. Co nie zostało obsrane, to zostało obrzygane, a jedyne, co
nie zostało obsrane albo obrzygane -?to chyba tylko żarówka smutno
zwisająca z sufitu na samym kablu. Ta żarówka jest jedynym oświetleniem
w całej celi, ale nie posiada włącznika. Włącza się ją i wyłącza,
stykając ze sobą wyrwane ze ściany kable. Wiele godzin spędzę, patrząc
na nie z myślą, że to dobrze, że zostawiono nam jakieś wyjście z tej
sytuacji. Wystarczyłoby tylko chwycić za obie końcówki. Taka więzienna
opcja na coup de grâce dla tych, którzy przychodzą tu bez nadziei na
to, że jeszcze kiedykolwiek ujrzą niebo.
Pod żarówką jest wyszczerbiona umywalka, a nad nią wystająca ze ściany
rura, która służy za kran. Trzy razy dziennie przez pół godziny leci z niej woda: godziny te jakiś uprzejmy więzień wypisał tuż obok na
ścianie. Jak przegapisz wyznaczony czas, pozostaje napić się wody ze
sracza. A sracz? Zerwana deska leży co prawda na podłodze, ale pokryta
grubą warstwą obrzydliwego brudu muszla stoi, co można już uznać za
sukces.
Dlaczego to wszystko musi tak wyglądać?
Jesteśmy więźniami, to prawda, ale chyba wciąż ludźmi, choć pewnie jest
sporo takich, którzy nie zgodziliby się z tą śmiałą tezą. Trzeba sobie
odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy uważamy, że człowiek z samego
tylko faktu bycia człowiekiem zasługuje na to, aby móc korzystać z nieobsranego kibla, umyć się, napić czystej wody? Jeśli tak, to w jaki
sposób wyegzekwować to w areszcie, do którego zdemoralizowani
zwyrodnialcy -?tacy jak ja -?trafiają z alkoholikami w ostatnim stadium
delirium, z wariatami gotowymi zeżreć własne ręce, z narkomanami
wydrapującymi sobie dziury w brzuchu, a jednocześnie z pechowcami,
których przestępstwa polegały na tym, że nie odebrali na czas jakiejś
korespondencji albo nie płacili alimentów przez trzy miesiące? Wbrew
zapewnieniom służby więziennej -?że dokonuje się selekcji i segregacji
osadzonych -?wszyscy są przemieszani. Alimenciarz obok killera,
złodziej obok dzieciojebcy; facet, którego złapali z pięcioma gramami
zioła, obok gościa posadzonego za to, że maczetą obciął nogi swojemu
dłużnikowi.
Mamy tu gorzej niż psy w schronisku, ale też w porównaniu do psów
jesteśmy dużo bardziej nieprzewidywalni, znacznie groźniejsi i znacznie
bardziej obrzydliwi. A przynajmniej niektórzy z nas.
Mandżur wsuwam pod łóżko. By to zrobić, muszę przestawić klapki tego
gościa na górze, który z początku wziął mnie za wychowawcę. Przestawiam
je o dwadzieścia centymetrów w prawo.
-?Nie dotykaj moich rzeczy -?momentalnie piekli się tamten.
W tym momencie już wiem, że będą z nim problemy. Nie odpowiadam, bo są
takie sytuacje, które komentarza nie wymagają. Poza tym jestem zbyt
wystraszony i zbyt skołowany, by wymyślić jakąkolwiek odpowiedź na tak
bezsensowną uwagę. Nieudolnie ścielę łóżko. Nigdy dotąd nie widziałem
zestawu składającego się z trzech kwadratowych materaców, które -
położone jeden za drugim -?wypełniają całą ramę łóżka. Moje trzy
materki są poprzypalane papierosami, dziurawe, pokryte pomarańczowymi
plamami nieznanej proweniencji. Nie wygląda to zbyt sympatycznie, ale
wyobraźnia podpowiada mi, że można trafić gorzej. Wkrótce przekonam się,
że miałem rację.
Potem wyciągam się na łóżku z notatnikiem przytulonym do piersi. Wyrywam
jedną kartkę, kreślę na niej datę i piszę list do narzeczonej. Pierwszy
list napisany z więzienia. Achievement unlocked.
Każde napisane przeze mnie słowo staje się nośnikiem paniki i skrajnego
neurotyzmu, antycypacją tragedii. Na wewnętrznej stronie okładki
notatnika kreślę "1/544". Tyle potrwa mój wyrok, moja kara za wolę
przetrwania. Wyliczyłem to wiele nocy wcześniej, oczekując na
zatrzymanie. A potem każdej kolejnej nocy wyliczałem znowu, całkiem
jakbym liczył barany przeskakujące przez płot. Miesiąc po miesiącu,
dzień po dniu pozwalałem tym liczbom, by wzięły sobie moje życie w całkowite władanie. Pomnożyłem i podzieliłem je we wszystkich możliwych
kombinacjach i konfiguracjach, uczyniłem swoją religią i modliłem się do
nich, płakałem przed nimi, nienawidziłem ich i kochałem je na zmianę.
Jak to było? "Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty twojego życia"? Och,
pierdolcie się.
-?Za co? -?Król Julian zwisa z górnej pryczy jak nietoperz i patrzy na
mnie z ciekawością. W tak zwanym międzyczasie dowiedziałem się, że ma na
imię Adam. Od teraz będę go tak nazywać: Adam.
-?Za przekroczenie granic obrony koniecznej.
-?Długo?
-?Rok i pół.
-?Coś mu zrobił?
-?Krzywdę. -?Nie chce mi się wnikać w detale. -?A ty?
-?Jazda bez prawka.
-?Długo?
-?Rok.
-?Tyle dają? Za jazdę bez papierów? -?pytam zdziwiony.
-?Za trzecim razem tyle dają. A ta gruba kurwa ma pięć miesięcy za
włamanie.
"Ta gruba kurwa" ma na imię Czarek. Wraz z kumplami napadł na stację
benzynową, choć sam nie brał udziału w akcji i tylko stał na czatach.
Tak przynajmniej twierdzi. Nietrudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę
jego gabaryty. Czarek nosi koszulkę z czterema iksami, która wygląda na
nim jak ubranko dla lalek.
-?Jak tu przyjechał, to przez dwa dni płakał i nie wiedział, gdzie jest.
Był konkretnie najebany i tylko modliłem się, żeby mu zwieracze
wytrzymały -?śmieje się Adam, ale mnie to wcale nie bawi.
Nic mnie obecnie nie bawi i ten stan utrzyma się przez kolejne dwa, trzy
miesiące. Zresztą czemu miałoby mnie bawić cudze cierpienie?
Czarek nie odpowiada na żadną z zaczepek, leży tylko do góry brzuchem i wzdycha. Nie wiem, czy to z powodu otyłości, czy też samopoczucia, ale
najpewniej obie odpowiedzi są poprawne. Tymczasem Adam nie milknie, po
prostu się nie zamyka. Połowa jego wypowiedzi składa się z przechwałek,
druga to inwektywy kierowane w stronę Czarka. Jest jak Dr Jekyll i pan
Hyde: w jednej chwili opowiada wesołą historyjkę ze sobą w roli głównej,
by już po chwili ściągnąć brwi, wyszczerzyć zęby i zacząć znęcać się nad
nieszczęśnikiem po drugiej stronie celi.
-?Spójrz na tego idiotę -?mówi do mnie, ale na myśli ma Grubego. -?On
nawet nie wie, co ze sobą zrobić. Te, Czarek, co teraz zrobisz? Jakie są
twoje następne ruchy?
-?Nie wiem -?odzywa się wreszcie tamten. Ma skrzeczący głos, ironiczną
manierę mówienia typową dla człowieka, który przywykł do tego, że nikt
nie traktuje go poważnie. Brzmi jak Toudi z Gumisiów.
-?Widzisz? -?ciągnie dalej Adam. -?On nic nie kuma. Mój adwokat już
zdążył złożyć wniosek o bransoletkę. A ty, Marcin? Robisz jakieś ruchy?
Odpowiadam mu, że też będę składał taki wniosek, ale muszę poczekać na
termin. Trzy miesiące od poprzedniego wniosku.
-?Poprzednio składałeś z wolności? -?pyta Adam.
-?Tak.
-?Blacha?
-?Co?
-?Nie dali?
-?Nie dali. Jestem zbyt zdemoralizowany. Podobno.
Osiemnaście miesięcy. Wyrok skrojony pod SDE, czyli system dozoru
elektronicznego. Sąd Okręgowy w B. wydał taki, biorąc pod uwagę fakt
obrony koniecznej, mój stan zdrowia oraz brak demoralizacji. Sąd
Apelacyjny w K. utrzymał wyrok w mocy. Tymczasem Sąd Penitencjarny w Ł.
zignorował oba wyroki i ich uzasadnienia, określił mnie mianem osoby
skrajnie zdemoralizowanej i nie zezwolił na odbycie kary w SDE.
Dlaczego? Ja tego nie wiem. Za to Adam ma swoją teorię.
-?Oni mają odgórnie narzucone limity. W maju muszą dać tyle i tyle, w czerwcu tyle i tyle. Osiągną limit i każdy kolejny wniosek idzie do
kosza, choćbyś był, kurwa, świętszy od papieża. Ale nie mogą cię tak po
prostu upierdolić, muszą wymyślić jakiś powód. Najłatwiej powiedzieć, że
ktoś jest zdemoralizowany, bo jak to niby... jak to...
-?Zanegujesz? -?podpowiadam. -?Zweryfikujesz?
-?Dokładnie, kurwa. Nie zrobisz, bo skoro jesteś karany, to już
zdemoralizowany. Jesteś na łasce albo niełasce.
Zastanawiam się, czy Adam może znać Paragraf 22, ale raczej nie
wygląda na takiego, co to potrafi czytać. W ciągu ostatnich tygodni sam
próbowałem znaleźć jakieś wytłumaczenie tej sytuacji. Jak to możliwe, że
jeden sąd w wyroku argumentuje, że facet jest osobą niezdemoralizowaną i zaleca odbycie kary w systemie dozoru elektronicznego, by zaraz potem
inny sąd mógł spojrzeć na ten wyrok i odwrócić kota ogonem? Moja
prawniczka, kobieta z dwudziestoletnim stażem pracy, też tego nie
rozumie, choć czasem zdarza jej się w przypływie szczerości przyznać, że
"prawo prawem, a sąd i tak zrobi, co zechce". Piękny bon mot, warto go
zapamiętać.
Przez cały dzień Adam znęca się nad tym drugim, na razie tylko słownie.
Nie wtrącam się, to nie moja sprawa, choć kilka razy muszę ugryźć się w język. Jestem zbyt zmęczony tym wszystkim, siedzę jak na szpilkach.
Zastanawiam się, kiedy przyjdzie kolej na mnie, kiedy to ja stanę się
obiektem wyzwisk i drwin. Bo w to, że w obecnym stanie umysłu będę umiał
jakkolwiek się obronić, szczerze wątpię. Uciec też nie ma jak, w końcu
to więzienie.
Dzień pierwszy dobiega końca przy akompaniamencie jelit Czarka, który za
cienką ścianką oddzielającą celę od kibla daje popis godny orkiestry
dętej. Chłop brzmi, jakby próbował pozbyć się nie tylko stolca, ale też
wszystkiego, co skrywają przepastne przestrzenie jego obrośniętych
tłuszczem wnętrzności. W przerwach między kolejnymi kanonadami Gruby
cicho pochlipuje. Słucham tego zestawu dźwięków i dziwię się sam sobie,
że nie wzbudza to we mnie wstydu. W Czarku chyba też nie. W miejscu
takim jak to wszelka prywatność bardzo szybko zanika. To intrygujące,
jak prędko ludzie potrafią adaptować się do sytuacji, które jeszcze
kilka godzin wcześniej byłyby dla nich nie do przyjęcia; jak w okamgnieniu pozbywamy się wszelkich norm obyczajowych, zupełnie jakby
były one tylko wierzchnim okryciem, lekką pelerynką zarzuconą na
ramiona.
Pozostaje jedynie smutek związany z ogólnym stanem człowieczym.
Pierwsza nocka w pierdlu. Jest koniec maja, ciepło, może nawet gorąco.
Leżę plackiem na niewygodnych, śmierdzących szczynami, rozjeżdżających
się materacach. Wokół mnie na łóżku równiutko poukładane: spodnie,
książka, notatnik. Nawet tu, nawet teraz, daje o sobie znać moja
potrzeba porządkowania przestrzeni. Choć może właśnie tu wręcz nabiera
ona znaczenia, staje się próbą odzyskania choć odrobiny kontroli nad
sytuacją. Mógłbym schować te rzeczy do pojemnika pod łóżkiem, ale chcę
mieć je blisko siebie, by były bezpieczne, szczególnie notatnik. Co
jakiś czas sprawdzam, czy nadal znajduje się w tym samym miejscu, w zasięgu ręki. Notatnik jest najważniejszy, ponieważ dostarcza mi kartek
na listy. Mam w nim także kilka kopert i znaczków. To będzie od teraz
mój jedyny sposób komunikacji ze światem, a przede wszystkim z moją
ukochaną. Minęły lata, odkąd wysłałem jakikolwiek list.
Porządkuję w myślach wydarzenia z całego dnia, a potem przelewam je na
papier w wątłym świetle latarni, które z trudem przenika przez
plastikową blendę. Ledwo widać, ale nie szkodzi, przynajmniej nikt mi
nie przeszkadza. Pozostali dwaj śpią. Gruby co chwilę pochrapuje i się
dusi, niemal zapada się pod własną masą. Jak udało im się zasnąć? Ja
czuję się tak, jakby za moment ktoś miał strzelić mi w potylicę i wrzucić ciało do dołu. Przerażony, ale zrezygnowany jednocześnie.
Zmęczony, ale pobudzony. Śpiący, ale niezdolny do zaśnięcia. O tym
wszystkim piszę w listach. Pierwszy, drugi, trzeci -?mam tak wiele do
powiedzenia. Przede wszystkim, że się boję, że nie wiem, co teraz ze mną
zrobią. Już pierwszej nocy tworzę sobie powiedzenie, którego będę używał
regularnie aż do końca odsiadki w różnych kontekstach: "Nie wiadomo nic
o niczym".
Jakiekolwiek próby racjonalnego myślenia o tej sytuacji okazują się
nieskuteczne. Rozsądne myśli giną w gąszczu lęków i paranoi, aż w końcu
jedne i drugie stają się nie do odróżnienia. Jestem zagonionym do rogu
kotem z oczami szeroko otwartymi ze strachu.
Wreszcie zasypiam na godzinę, może dwie. Budzą mnie trzaski furt, wycie
alarmów i sygnały krótkofalówek. Znowu ten przeklęty zestaw dźwięków,
jakby zaprogramowany do wzbudzania lęku. Areszt budzi się około czwartej
nad ranem. Jeden z gadów chodzi po celach, zagląda do środka, zapala
ostre światło. Sprawdza, czy nadal żyjemy. Na odchodne kopie w drzwi,
wali skoblem. Nie ma spania, żałosne skurwysyny. Może wolałby, żeby coś
się działo, żebyśmy jednak powiesili się na kracie. Pewnie wiele razy o tym myślał. Co bym zrobił, gdyby...? Tak czy siak spanie około czwartej
staje się już niemożliwe, przynajmniej dla mnie. Piszę "czwartej", ale
godzinę oceniam na oko, bo nie mam tu przecież zegarka. Wnioskuję po
tym, że blenda w oknie powoli zamienia się z brudnoszarej w brudnożółtą.
Liczę dziurki w blasze będącej stelażem górnego łóżka. Czternaście na
trzydzieści trzy, łącznie 462, to wciąż mniej niż 544, czyli liczba dni,
jakie przyjdzie mi spędzić w kiciu. Łóżko nie nadawałoby się do
odliczania końca kary, przynajmniej mojej, ale i tak wsadzam w dziurę
długopis i koloruję fragment materaca pod Adamem. Kto wie, może
wypuszczą mnie wcześniej? Zastanawiam się, czy Adam wyczuje to, obudzi
się i spuści mi wpierdol. Mężczyzna śpi jednak snem sprawiedliwych,
zrywa się dopiero na któryś z kolei dźwięk odsuwanego skobla.
-?Apel, kurwa! -?drze się. -?Ubierać się, szybko!
Ubieram się zatem, czyli zakładam spodnie. Czarek śpi nadal, więc Adam
zaczyna go kopać.
-?Apel, ty gruba kurwo! -?krzyczy.
Tamten szamocze się znów jak robak przewrócony na grzbiet. Patrzę na
niego i wyobrażam sobie karalucha o nalanej ludzkiej twarzy, twarzy
dziecka. Uderzenia skobli są coraz bliżej, Czarek wciąż nie potrafi
wstać, ale wreszcie udaje mu się zebrać i założyć krótkie "spodenki",
które można by z powodzeniem przerobić na żagiel.
Tkwimy wyprostowani jak struny, prężąc się w kierunku drzwi. Na dobrą
sprawę nie mam pojęcia, co się dzieje, po prostu robię to, co Adam. On
przeżył tu dwa dni dłużej, a więc wie trzy razy więcej ode mnie.
Wreszcie szczęka zamek w drzwiach i... tyle. Strażnik idzie dalej, robi to
z całym rzędem cel. Najpierw dolny skobel. Będzie zatem jeszcze jedna
runda. Cała ta panika okazała się niepotrzebna. Gady wracają dopiero za
jakiś czas, za godzinę, może więcej. Drzwi do celi otwierają się, na
nasze pogrążone w mroku twarze pada ostre światło. Czuję się jak wyjęty
spod ziemi kret. Trzech mundurowych przypatruje się nam z wyrazem twarzy
właściwym komuś, kto podniósł wielki kamień i zobaczył wypełzające spod
niego robactwo. Cela jest otwarta przez dziesięć sekund, a potem znów
zatrzaśnięta na głucho. Żyją? Żyją. To zamykamy. Po chwili włącza się
radio połączone z interkomem, tak zwana betoniara. Hity Eski, czyli
dziesięć zapętlonych kawałków puszczanych na okrągło, aż do porzygu. Nie
sposób tego wyłączyć, można tylko ściszyć.
Myślę, że jakby dali mi tu do celi gościa odpowiedzialnego za układanie
tej playlisty, to chyba zasłużyłbym sobie na swój wyrok.
Rozdział 3. Czy warto iść na spacer i dlaczego tak
Rozdział 3
Czy warto iść na spacer i dlaczego tak
Adam od samego rana adamuje, a Czarek czarkuje. Zaczynam coraz lepiej
rozumieć, jak działa ten pierwszy. Czasem, gdy wydaje mu się, że nikt
nie patrzy, przybiera na twarz wyraz będący maską czystego zła. Ściąga
wtedy wargi i obnaża zęby. To trwa dosłownie moment, lecz moment
wystarczający, by dało się dostrzec w nim nieprzebrane pokłady
okrucieństwa. Jestem przekonany, że w tych chwilach zastanawia się, jak
uczynić życie Grubego jeszcze bardziej żałosnym, lecz... czemu?
Ten człowiek jest wampirem, uświadamiam sobie. Wampirem, który zamiast
krwią, żywi się strachem. Już od samego rana zaczyna swoje
psychologiczne gierki.
"Powinieneś zadzwonić do prawnika. No tak, zapomniałem, że żadnego nie
masz". "Nie wiem, jak można się doprowadzić do takiego stanu, jak można
być tak grubym". "Nie żryj tyle, oddaj nam swoje porcje, to szybciej
schudniesz". "Wiesz w ogóle, jaki masz wyrok, czy tak sobie rzuciłeś
tych pięć miesięcy?"
I tak dalej, i tak dalej. Po każdym takim zdaniu z Czarka zdaje się
uchodzić powietrze. Nie mija pół godziny od apelu, a Gruby wygląda już
jak dziurawa dętka. Adam zaś promienieje energią.
Z nagła betoniara odzywa się głosem oddziałowego:
-?Spacer?
Nie wiem, co mam odpowiedzieć, na szczęście oddziałowy zaraz wyjaśnia:
-?Idziecie, kurwa, na spacer czy nie?
-?Idziemy -?odpowiadam za całą trójkę.
W jednej ze scen Symetrii pada stwierdzenie, że przez pierwszy tydzień
trzeba chodzić na wszystkie spacery. Nie wiem, czy naprawdę trzeba, ale
na wszelki wypadek wolę iść. To, że odpowiadam za całą trójkę, jest
małym faux pas, które nie uchodzi uwagi Adama. Zaczyna coś buczeć,
węsząc okazję do konfliktu, do ustanowienia nowej strefy swojej
dominacji na tych kilku metrach kwadratowych, ale wystarczy jedno
pytanie, aby go uciszyć:
-?Nie boisz się chyba wyjść na spacer, co?
Nie masz chyba powodu, aby unikać innych, co, Adam? Podejrzewam, że
jedynym powodem, dla którego Adam jeszcze nie zrobił sobie ze mnie
takiej samej ofiary, jak z Czarka, jest to, że pochwaliłem mu się, za co
siedzę. Jak na razie czuje do mnie respekt. Niezbyt duży, bo widzi
przecież, że chwilami trzęsę się na łóżku jak osika, ale najwyraźniej
wystarczający. To się jednak zmieni, gdy do reszty poradzi sobie z Czarkiem, gdy zgnoi go tak bardzo, że tamten zacznie się do niego łasić
i prosić o wybaczenie każdym słowem. Kiedy stanie się całkowicie
zależnym od niego poplecznikiem, przydupasem, chowańcem. Wtedy Adam
zabierze się za mnie. Jeśli starczy mu czasu.
Drzwi do celi otwierają się ponownie o 6:30. Spacerowy wyciąga nas
pojedynczo i zakuwa w kajdanki, cela po celi. Kajdanki kończą mu się
jakoś w połowie, reszcie mówi więc, że mamy trzymać ręce razem i udawać,
że mamy kajdanki, żeby na kamerach nie było widać.
-?Kiedyś wypuszczali na spacer bez biżuterii -?wspomina jakiś weteran -
ale to się zmieniło, jak facet zajebał tę psycholog z Rzeszowa.
Ano, było coś takiego, przypominam sobie.
Spacerowy wydziera się, że mamy stanąć twarzą do ściany i nie rozmawiać,
więc to robię. Wolałbym nie dowiedzieć się nigdy, co się dzieje, gdy
ktoś nie posłucha, ale i tak się niestety dowiem, już wkrótce.
Gęsiego na lewo, a potem czekamy, aż otworzą się drzwi połączone
systemem kontroli -?gdy otwarte są jedne drzwi prowadzące na oddział,
wszystkie inne się blokują. Później będę mógł zaobserwować, jak bardzo
to wkurwia wszystkich gadów, gdy stoją przy kratach i bezskutecznie
proszą przez krótkofalówkę swoich kumpli, żeby zechcieli zamknąć te
jebane furty. Przechodzimy przez obite grubą stalą wąskie wrota, a potem przez to samo wąskie przejście, którym wczoraj prowadzono mnie na
oddział. W tym ciasnym korytarzu zatrzymują nas na parę minut, gnieciemy
się tam jak sardynki w puszce. Dwadzieścia osób na kilku metrach
kwadratowych dyszy sobie w karki. Smród potu i całej reszty fizjologii
staje się nie do wytrzymania. Myślę o tym, jak dobrze byłoby wziąć
kąpiel, ale takich atrakcji na dziś nie przewidziano. Prysznice są dwa
razy w tygodniu, tak było napisane na ścianie w celi. Czy to prawda? Nie
wiem, niedługo się przekonamy.
Wreszcie otwierają się te drugie drzwi i niemal wypadamy na zewnątrz.
Jest przed siódmą, światło jaskrawe, mocne. Po całym dniu za blendami
światło wydaje się oszustwem, jakąś sztuczką. Obok szumią topole.
Drzewa, prawdziwe drzewa. Są piękne, absolutnie cudowne, chciałbym się
do nich przytulić. Jestem tu dopiero drugi dzień, a już tak bardzo
tęsknię za światem. Nie jest dobrze.
Patrzę na prawo. Ciągnie się tam szeroki pas trawy, ciągnie się aż do
samego płotu. Nazywają go pasem śmierci. Podobno strażnicy mają prawo
zastrzelić każdego, kto się na nim znajdzie. Znalezienie się tam byłoby
jednak trudne, bo między nami a pasem śmierci stoją jeszcze trzy inne
płoty, wysokie, powleczone żyletkami. To potrafi zadziałać na
wyobraźnię: wizja samego siebie nabitego na setki żyletek. Nie tylko ja
zwracam na to uwagę.
-?Trudno będzie stąd spierdolić -?mówi jakiś chłopak w czerwonej polówce
i wszyscy wybuchają śmiechem, nawet gad. Dziwnie brzmi tu śmiech,
naturalniej brzmiałby chyba w przestrzeni kosmicznej.
Ktoś mówi, że małolat to dobry zawodnik, ktoś inny, że raczej
pierdolnięty zawodnik, a ja nie mogę odwrócić od niego wzroku. Koleś ma
niesamowitą twarz, jakby każdy jej element pochodził od innej osoby.
Najbardziej imponują mi jego wargi -?wielkie, mięsiste, czerwone jak
krew. Poza tym chłopak wygląda jakby dopiero co skończył szkołę
podstawową. Takich już też zamykają? A jeśli tak, to za co?
Idziemy na spacerniak i tutaj wreszcie spacerowy nas rozkuwa, także z wyobrażonych kajdanek. Ktoś znowu pyta go, dlaczego muszą nam "zakładać"
te wymyślone kajdanki, na co spacerowy reaguje machnięciem ręki. Nagle
przychodzi mi do głowy myśl, że ten facet spędził w więzieniu więcej
czasu niż większość osadzonych. Robi mi się go żal, choć nie tak bardzo
jak samego siebie.
No ale skąd te wymyślone kajdanki? Nie mają wystarczająco dużo
prawdziwych na stanie? Ktoś nie przewidział, że będzie aż tylu więźniów?
Europejski standard to cztery metry kwadratowe na osobę. W Polsce -
trzy, żeby dało się upchnąć więcej mięsa.
Pojedynczo wchodzimy na spacerniak. To placyk o wymiarach mniej więcej
sześć na dwanaście metrów, z trzech stron oddzielony od świata
betonowymi ścianami i wiankami z drutu. Z czwartej -?podwójna siatka,
strażnica, mundur i karabin. Wystarczająco sugestywne. Przy płocie
biegnie wydeptana błotnista ścieżka, w centrum placyku dwie ławki, na
jednej z nich siedzi Adolf Hitler. Co? Co ja właśnie zobaczyłem?
Innych też trochę zamurowało, ale okoliczności nie pozwalają stać i się
gapić. Idziemy zatem -?po kamieniach, po błocie -?na początku nieśmiało,
potem coraz szybciej. Jedno, drugie kółko. Sobowtór Hitlera nie znika.
Nadal siedzi na ławce, nie przywidział mi się. Ma identyczny wąsik, tę
samą zaczesaną na bok grzywkę. Siadam na ławce obok, czekam, aż zagadka
się rozwiąże. Co jakiś czas zerkam ukradkiem na faceta, żeby sprawdzić,
czy się nie zdematerializował. W końcu ktoś się do niego dosiada,
zaczynają gadać. Hitler mówi, że siedzi już czterdzieści lat, jeśli
zsumować wszystkie wyroki. Spędził za kratami więcej czasu niż ja na tym
świecie. Kiedyś był więziennym fryzjerem, mówi, ale teraz brak mu już
sił. Faktycznie wygląda na bardzo wymizerowanego, z ledwością wstaje z ławki, by podjąć poranną gimnastykę, polegającą na dreptaniu w miejscu i podnoszeniu dłoni na wysokość oczu. Mam ochotę go poprosić, żeby
zasalutował, tak dla fabuły. Chciałbym mieć z tym gościem zdjęcie.
Odruchowo sięgam do kieszeni, ale przecież nie mam już telefonu.
Wszystko zabrali na komendzie dwa dni temu. Dwa dni? Cholera, to znaczy,
że odbębniłem już 1/272 swojej kary. Niezły wynik.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki