Nielegalni (Tom 3). Nieśmiertelni - Vincent V. Severski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Czer­wony auto­bus hybry­dowy linii numer 47 kur­so­wał mię­dzy Bel­l­man­sro a Karl­ber­giem, czyli prze­ci­nał Sztok­holm dokład­nie ze wschodu na zachód, krą­żąc po uli­cach ary­sto­kra­tycz­nego Östermalm i miesz­czań­skiego Vasa­stan. Wypro­du­ko­wany w Pol­sce, długi na pra­wie dwa­na­ście metrów i sze­roki na ponad dwa i pół, ważył dzie­sięć ton. Karo­se­rię wyko­nano z alu­mi­nium, więc był znacz­nie lżej­szy, niż na to wyglą­dał.

Nad Sztok­hol­mem od kilku dni wisiały oło­wiane chmury, które wraz z nasta­niem nocy zbi­jały się w jed­no­litą czarną masę i wyrzu­cały z sie­bie gęste strugi zim­nego desz­czu zmie­sza­nego z lodo­wymi krysz­tał­kami. Przez mia­sto pły­nęły w róż­nych kie­run­kach rzeczki i stru­mie­nie, two­rzyły się jeziorka i małe oce­any, które szybko zni­kały w pod­ziem­nych kana­łach.

Wiel­kie wycie­raczki mia­rowo zbie­rały masy wody nacie­ra­jące jak potężny wodo­spad na przed­nią szybę auto­busu numer 47, który jechał samot­nie wzdłuż wyso­kich nagich klo­nów. Minął wylud­nioną Karlbergsvägen i po chwili zatrzy­mał się na czer­wo­nych świa­tłach.

Kie­rowca, Ali Farudi, wes­tchnął.

- Uff, na Allaha... jesz­cze czter­dzie­ści pięć minut - powie­dział po arab­sku.

Zmę­czony całym dniem jazdy w desz­czu, odle­ciał myślami do bied­nego sło­necz­nego domku w brud­nym mie­ście An-Nasi­rijja w połu­dnio­wym Iraku.

Ali nie­ustan­nie latał w myślach mię­dzy Ira­kiem a Sztok­hol­mem i z tego już tylko powodu nie nada­wał się na kie­rowcę, a auto­busu miej­skiego w szcze­gól­no­ści. Zda­wał sobie sprawę, że powi­nien zre­zy­gno­wać z tej pracy, nim zabije sie­bie albo kogoś, ale lata­nie było waż­niej­sze. Wciąż więc jeź­dził, tak jak inni jego kole­dzy z Iraku zatrud­nieni w zakła­dzie trans­portu miej­skiego SL, któ­rzy też cią­gle gdzieś latali.

Śmierć nie była mu ni­gdy straszna ani obca, ale kiedy na podwó­rzu swo­jego domu zna­lazł sta­ran­nie posie­kane kulami ciało żony, czte­rech córe­czek i pozo­sta­łych człon­ków trzy­po­ko­le­nio­wej rodziny, już nawet nie zapła­kał. Odwró­cił się i poszedł, i szedł tak długo, aż dotarł do Szwe­cji. Po dro­dze omi­nął poziom ludz­kiego cier­pie­nia i prze­sko­czył od razu na naj­wyż­szy etap, zawie­szony gdzieś tro­chę poni­żej nadziei na śmierć.

I pew­nie dla­tego, że chciał omi­nąć przy­pi­saną mu drogę, na któ­rej cier­pie­nie jest obo­wiąz­kowe, Allah za pokutę posłał go do Szwe­cji, a pro­wa­dze­nie auto­busu w desz­czu załą­czył jako karę dodat­kową.

Było trzy po dwu­dzie­stej trze­ciej trzy­na­stego listo­pada 2013 roku, kiedy Har­riet Ber­ghen z FRA i Hasan Mar­dan z KSI wra­cali z Kró­lew­skiego Insty­tutu Tech­no­lo­gicz­nego do domu pustym auto­bu­sem linii 47, który pro­wa­dził wła­śnie Ali z An-Nasi­riji, a teraz chwi­lowo z Hal­lon­ber­gen.

- Dwa­na­ście cyfr, a wła­ści­wie liczb natu­ral­nych nastę­pu­ją­cych po sobie, od zera do trzech, dwa zera, dwie dwójki, cztery jedynki i cztery trójki - zauwa­żyła Har­riet, wpa­tru­jąc się w swój zega­rek. - Ooo... już się skoń­czyło... - oświad­czyła po chwili. - Teraz jest już cztery po dwu­dzie­stej trze­ciej. - Zacią­gnęła rękaw kurtki nad dło­nią i wtu­liła się w ramię Hasana, który w mil­cze­niu patrzył w per­spek­tywę pustego auto­busu.

Sie­dzieli na ostat­niej kana­pie, w sza­rym mroku, i Hasa­nowi wyda­wało się, że podró­żują w prze­stwo­rzach tajem­ni­czym stat­kiem kosmicz­nym. Ich dwoje i prze­wod­nik Rid­dick, który potrafi prze­chy­trzyć śmierć.

- Popatrz, Hasan, może to jakiś znak od Boga i teraz... przed chwilą gdzieś na świe­cie zda­rzyło się coś, na co ktoś cze­kał, aż cyfry usta­wią się w takim porządku, a może nawet nie wie­dział, że wybił jego czas... a tu łup... Hasan? Nie sądzisz, że coś w tym jest? - Har­riet czuła dziwny mistyczny nastrój, ewi­dent­nie wymie­szany z czer­wo­nym winem, które hoj­nie ser­wo­wał Anton Młot, i pomy­ślała, że alko­hol uła­twia kon­takt z bogami, choć utrud­nia logiczne myśle­nie, czyli na odwrót niż nor­mal­nie. - Hasan... jesteś tam?

- Co, skar­bie? - ock­nął się z ocią­ga­niem, bo nie nadą­żał za Har­riet, która po czer­wo­nym winie zawsze miała inten­sywne wizje, a po bia­łym żad­nych, tylko ciąg na łóżko i seks. Zda­niem Hasana mogło to suge­ro­wać jej hebraj­skie korze­nie, bo islam­skich z pew­no­ścią nie. Tego jestem pewny - prze­le­ciało mu bez­sen­sow­nie przez myśl.

- To musi być jakaś kabała. Naj­wy­raź­niej - nie dawała za wygraną. - Zobacz! Sami w tym auto­bu­sie, nawet kie­rowcy nie widać... Cie­kawe. To kobieta czy męż­czy­zna... i jakiej jest naro­do­wo­ści?

- Męż­czy­zna, skar­bie, z Bli­skiego Wschodu...

- Ooo... a skąd wiesz?

- Bo widzia­łem, jak wsia­da­li­śmy.

- Aaaa... no rze­czy­wi­ście! Mądry chłop­czyk.

- Dobrze się czu­jesz, Harry? - zapy­tał z tro­ską, przy­bli­żył się i spoj­rzał jej w twarz.

Uśmiech­nęła się miło, filu­ter­nie, może tro­chę sexy, otwo­rzyła sze­roko oczy, pod­nio­sła wysoko brwi, aż zro­biły jej się na czole dwie deli­katne zmarszczki. Źre­nice miała wyraź­nie powięk­szone, a na policz­kach rumieńce okrą­głe jak dwa pomi­dory. Włócz­kowy beret prze­su­nął się daleko na tył głowy i wisiał reszt­kami sił na fran­cu­skim war­ko­czu. Widać było, że w tym sta­nie Harry mogła swo­bod­nie kon­tak­to­wać się ze wszyst­kimi bogami świata.

Hasan poca­ło­wał ją, a ona gło­śno czknęła.

- A w isla­mie jest kabała? - zapy­tała i znów czknęła.

- Okul­tyzm wystę­puje w pra­wie każ­dej reli­gii, o ile wiem... U nas w sufi­zmie, ale słabo to znam. Wielu Cze­cze­nów to sufi.

- Musisz poczy­tać takiego jed­nego Rosja­nina... hm... pisa­rza... - Har­riet wyraź­nie się zacięła. - Aaaa... na początku jego powie­ści dia­beł tłu­ma­czy dwóm Rosja­nom, że siła wyż­sza kie­ruje naszym losem... no, Boga miał wtedy na myśli, a oni, że nie, bo są ate­istami i sami kie­rują swoim losem. - Har­riet z zadumą poki­wała głową i czknęła po raz trzeci. - To jak to jest?

- Wszystko jest w porządku. Nie ma czym się mar­twić. Jest Bóg wysoki i są tacy, co sami kie­rują swoim losem. A pośrodku są tacy żydzi od kabały i sufi... i... jesz­cze ktoś tam jest. - Hasan chciał odpo­wie­dzieć Har­riet naj­le­piej, jak potrafi, ale zaplą­tał się i poża­ło­wał, że dał jej się wcią­gnąć. Misty­cyzm, reli­gie, kabały to nie była jego mocna strona, w odróż­nie­niu od Har­riet, szcze­gól­nie gdy wypiła wię­cej wina.

- To jak taki mądry jesteś, skar­beczku, koteczku, to powiedz mi, czy Judasz, San­he­dryn i ten Piłat dzia­łali z woli Boga. Jeżeli tak, to mają swój wielki udział w powsta­niu chrze­ści­jań­stwa i powinni być czczeni jako święci. A bez woli Boga nie mogli prze­cież dzia­łać, bo wszystko się dzieje z Jego woli. Nie? Za Jego przy­zwo­le­niem. Jak sza­tan wytłu­ma­czyłby to ruskim ate­istom? Ot i zagadka! - Har­riet unio­sła palec wska­zu­jący, ale powagę tego gestu zni­we­czyło kolejne czknię­cie. - Dla­czego Bóg zabił swo­jego syna... No!

- Poświę­cił - wtrą­cił Hasan cicho. - Poświę­cił - powtó­rzył.

- To tak się nazywa? Poświę­cił? - Har­riet pozwo­liła sobie na czy­stą iro­nię. - A waszego pro­roka Maho­meta ten sam Bóg wziął żyw­cem do nieba i jest dobrze. Nie musiał go drę­czyć? Co? Obie­cy­wał Bóg, że przez swo­ich pro­ro­ków, Chry­stusa i Maho­meta, udo­sko­nali rodzaj ludzki, mie­li­śmy stać się lepsi... i co, Hasan? Udo­sko­na­lił czło­wieka, ale w broni i zabi­ja­niu. Cze­kaj! Jak Koran tłu­ma­czy to, że Allah wziął Maho­meta żywego do nieba? Coś mi tu nie gra. - Har­riet wtu­liła się jesz­cze moc­niej w ramię Hasana, obej­mu­jąc je obu­rącz, i zamknęła oczy. Czuła, że kręci jej się w gło­wie, ści­ska w gar­dle i zaraz zacznie pła­kać.

Wła­ści­wie wcale jej nie obcho­dziło, co robią na ziemi pro­rocy i komu potrzebna jest kabała. Następ­nego dnia Hasan Mar­dan, jej przy­ja­ciel, kocha­nek, naj­pięk­niej­szy męż­czy­zna współ­cze­snego i antycz­nego świata, od nie­dawna ofi­cer szwedz­kiego wywiadu KSI, wyjeż­dżał z tajną misją do Iranu, ale Har­riet nie wie­działa, jaki jest jej cel, i nawet nie pytała.

Ta świa­do­mość bez­sil­no­ści, nie­wie­dzy, utraty wła­dzy nad czę­ścią swo­jego ist­nie­nia i kon­troli nad jego losem roz­draż­niała ją bole­śnie, depre­syj­nie. Har­riet nie była w sta­nie pora­dzić sobie z psy­chicz­nym klin­czem, w któ­rym uwię­zła, bo nie mogła o nic zapy­tać, a on nie mógł powie­dzieć prawdy. Dotąd jej się wyda­wało, że posiada tę zwy­czajną moc wypeł­nia­jącą każdą miłość, moc nie­śmier­tel­no­ści, ale teraz nie potra­fiła z niej sko­rzy­stać, jakby ktoś zło­śli­wie ją wyłą­czył.

Ostatni wie­czór spę­dzili razem z naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem Anto­nem Mło­tem i teraz Har­riet żało­wała, że nie zostali w domu, by nako­chać się na zapas, napa­trzeć na sie­bie i...

Nie zdą­żyła dokoń­czyć myśli, przy­wo­łać obrazu nagiego Hasana, bo potężny huk, a z nim wstrząs, rzu­cił auto­bu­sem w prawo, pod­niósł go mocno do góry i prze­chy­lił na bok. Nie­wi­dzialna siła porwała ich w powie­trze i z impe­tem rzu­ciła na boczną szybę, która szczę­śli­wie uchro­niła oboje przed obra­że­niami.

Przez dobrą chwilę byli oszo­ło­mieni i czuli się, jakby w Sztok­holm ude­rzył meteor. Wszystko działo się tak szybko i nie­spo­dzie­wa­nie.

Hasan pod­niósł się z tru­dem i deli­kat­nie dotknął Har­riet, która sie­działa na pod­ło­dze.

- Żyjesz, Har­riet? - ode­zwał się idio­tycz­nie.

- Jesz­cze nie wiem - odpo­wie­działa rów­nie bez­sen­sow­nie i po paru sekun­dach już cał­kiem logicz­nie zapy­tała: - Co się stało?

Oboje jak na komendę spoj­rzeli na przód auto­busu. Z lewej strony, na wyso­ko­ści szo­ferki, stał wbity w nich pod kątem dzie­więć­dzie­się­ciu stopni inny auto­bus. Przody obu pojaz­dów były ze sobą zespo­lone i wyglą­dały jak roze­rwane potęż­nym wybu­chem wnętrz­no­ści prze­ra­ża­ją­cego stwora z filmu grozy.

Zakrwa­wione ciało kie­rowcy, nie­na­tu­ral­nie wygięte do tyłu, z wycią­gnię­tymi w dół rękami, osu­wało się z przed­niego okna. Gdyby Ali nie wisiał głową w dół, wyglą­dałby jak żoł­nierz, który pod­dał się wła­śnie w nadziei na litość.

Wciąż padał rzę­si­sty deszcz, czuć było silny zapach eta­nolu, a powie­trze zasnuła mgła.

Następ­nego dnia inspek­tor Rolf Uggla z poste­runku na Vasa­stan napi­sał w poli­cyj­nym rapor­cie, że na skrzy­żo­wa­niu Sankt Eriks­ga­tan i Karlbergsvägen o godzi­nie dwu­dzie­stej trze­ciej zero sześć doszło do zde­rze­nia dwóch auto­bu­sów linii 47 i 66, w któ­rym zgi­nęli obaj kie­rowcy, Ali Farudi, lat pięć­dzie­siąt pięć, i Saleh al-Zadani, lat pięć­dzie­siąt trzy.

Praw­do­po­dobne jest - odno­to­wał inspek­tor Uggla - że przy­czyną wypadku mogła być nie­ostroż­ność jed­nego z kie­row­ców, śli­ska nawierzch­nia z powodu wyjąt­kowo sil­nych opa­dów lub awa­ria sygna­li­za­cji świetl­nej. Przy­czyny okre­śli szcze­gó­łowe docho­dze­nie w tej spra­wie - zakoń­czył stan­dar­dowo. Odkąd roz­po­czął służbę w poli­cji dro­go­wej, kie­rowca auto­busu Ali Farudi był jego dwu­dzie­stym trze­cim śmier­tel­nym przy­pad­kiem.

2

Kon­rad prze­wró­cił się na prawy bok i pocią­gnął dło­nią po policzku.

Trzy­dniowy! Kur­czę, nie mam noży­ków! Stary tępy już jak cho­lera! Jak ja będę wyglą­dał... jak dziad, pija­czyna jakiś. A tam w She­ra­to­nie Żor­żyk wypi­to­lony i wypach­niony... już pew­nie po śnia­danku czyta sobie "Timesa". Jak­bym teraz wstał i poszedł pobie­gać, to zdą­żył­bym kupić nożyk w skle­pie na dole. Przy­jemne z poży­tecz­nym - pomy­ślał bez prze­ko­na­nia i prze­wró­cił się z powro­tem na plecy, ale ręce zło­żył na piersi.

Otwo­rzył oczy i zoba­czył szary sufit, potem spoj­rzał na pla­kat Olbiń­skiego do Otella, jesz­cze raz na sufit i znów zamknął oczy.

Ja pier... jaki gnu­śny typ się ze mnie zro­bił! Zaraz zacznę tyć. Jaaa... pier...

Zaci­snął szczęki.

- Nie... idziesz... pobie­gać... Raduś? - cicho wysy­la­bi­zo­wała Sara spod koł­dry.

- Nie zdążę... chyba... - odparł i pomy­ślał: Skąd ona wie, że już nie śpię? Czyta w moich myślach? Zara­ziła się od Mar­cina czy co?

- Strasz­nie się roz­le­ni­wi­łeś... kotku... - Jej głos powoli nabie­rał lek­kiej iro­nii. - Zaczniesz tyć. - Wes­tchnęła, aż unio­sła się koł­dra. - Gruby szpieg... Okro­pień­stwo! Jak Belik, nie przy­mie­rza­jąc...

Zadała celny cios, przy­rów­nu­jąc go do Marka Belika, gnu­śnego i oty­łego naczel­nika WBW, a nie­gdyś jego zastępcy, ale Kon­rad nie mógł się nie zgo­dzić, że utrzy­ma­nie formy przy­cho­dzi mu coraz trud­niej, szcze­gól­nie odkąd zamiesz­kali razem.

Przy­jął postawę obronną.

- Jakoś nie tyję. Wszystko pod kon­trolą. - Poma­cał się po brzu­chu.

- To wstaw kawę.

Sara wysu­nęła się spod koł­dry, pod­cią­gnęła wyżej i na wpół sie­dząc, poło­żyła ręce na roz­czo­chra­nych rudych wło­sach. Jesz­cze zaspana, uśmiech­nęła się nie­wy­raź­nie. Zmru­żyw­szy oczy, Kon­rad odpo­wie­dział jej ledwo zauwa­żal­nym ski­nie­niem głowy i dosad­nym głę­bo­kim wes­tchnie­niem.

- Nooo... tak... - zamru­czał i po raz kolejny upew­nił się, że warto było cze­kać na ten widok, zgo­dzić się na zdję­cie rolety w sypialni i odpu­ścić sobie poranne bie­ga­nie, nie mówiąc o grun­tow­nym prze­me­blo­wa­niu miesz­ka­nia na ulicy Wil­czy Dół.

Nie­zmien­nie rachu­nek współ­ży­cia z Sarą pod jed­nym dachem wycho­dził mu na plus, z dużym zapa­sem. Ale naj­wy­żej Kon­rad cenił sobie jej poranne cie­pło i wła­śnie zamie­rzał z niego sko­rzy­stać, wbrew jej żąda­niu kawy. Kefir Robico i Geo­rge Gor­don mogli jesz­cze zacze­kać. Taka miała być jego ofiara dla Sary, która też ceniła sobie jego poranne cie­pło. Rów­nie mocno jak trzy­dniowy ostry zarost.

Gdy w War­sza­wie, Sztok­hol­mie, Lon­dy­nie i Moskwie prze­brzmiały już wszyst­kie echa nie­uda­nego zama­chu Safira as-Salama na fiń­skie promy, gdy ode­brano już wszyst­kie nagrody i odzna­cze­nia, spo­rzą­dzono setki taj­nych nota­tek i napi­sano jesz­cze wię­cej mądrych i bzdur­nych arty­ku­łów, gdy wydano i zaro­biono miliony na pia­rze - mogło się wyda­wać, że do życia Wydziału Q Agen­cji Wywiadu powinna wró­cić nor­malna szpie­gow­ska codzien­ność. Ope­ra­cje spe­cjalne, kolejne wer­bunki agen­tury, noce i dnie. I teo­re­tycz­nie tak było, z tą tylko róż­nicą, że bez Sary. A bez niej to tak, jakby tego wszyst­kiego nie było. Wydział Spe­cjalny Q na dwu­dzie­stym pię­trze war­szaw­skiego wie­żowca to był jej pomysł. To ona wymy­śliła nazwę - Vigo sp. z o.o., która wciąż wid­niała na drzwiach wej­ścio­wych.

Wkrótce po powro­cie ze Szwe­cji dowie­dzieli się, że pro­ku­ra­tura posta­wiła Sarze zarzut prze­kro­cze­nia obo­wiąz­ków służ­bo­wych w spra­wie Tra­visa i zmie­niła jej sta­tus ze świadka na podej­rzaną. W związku z tym szef Agen­cji zawie­sił ją w czyn­no­ściach służ­bo­wych. Nie mogła zaznać więk­szego bólu niż oskar­że­nie przez pań­stwo, któ­remu wier­nie słu­żyła.

Zarzut był tak absur­dalny, że Sara nie wytrzy­mała i par­sk­nęła śmie­chem, kiedy w sądzie w Mła­wie trzy­dzie­sto­pa­ro­letni pro­ku­ra­tor w unie­sie­niu odczy­ty­wał uza­sad­nie­nie i wycie­rał twarz ręka­wem. Słusz­nie podej­rze­wała, że to była jego pierw­sza ważna sprawa, ale nie wie­działa, jak bar­dzo ważna. Po prze­gra­nej w pro­ce­sie o kra­dzież trzech krów we wsi Lolki Kościelne doj­rzał w spra­wie Sary szansę na prze­nie­sie­nie do woje­wódz­twa.

Gdy wró­ciła do War­szawy, podzie­liła się swo­imi przy­pusz­cze­niami z Kon­ra­dem i zgod­nie uznali, że jej przy­szłość wisi na wło­sku i że bez sądu się nie obej­dzie. Ambitny pro­ku­ra­tor już się o to postara. Tym samym, przy obo­jęt­no­ści obec­nego szefa Agen­cji, gene­rał Pęk osią­gnął swój cel i wyłą­czył Sarę ze służby, nokau­tu­jąc jed­no­cze­śnie Kon­rada.

Zawie­sze­nie w obo­wiąz­kach i oskar­że­nie zaowo­co­wało głę­bo­kim roz­go­ry­cze­niem, które po tylu latach służby w stre­sie i stra­chu z łatwo­ścią dobrało się do duszy. Już od kilku mie­sięcy Sara sie­działa w domu i zaj­mo­wała się sobą w ocze­ki­wa­niu na kolejne wezwa­nie do pro­ku­ra­tury. Ani razu nie zatę­sk­niła za papie­ro­sem, za to coraz czę­ściej myślała o dziecku.

Mniej wię­cej tyle samo czasu potrze­bo­wał Kon­rad, by otrzą­snąć się i zebrać siły do pracy. Z zami­ło­wa­niem oglą­dał pro­gramy kuli­narne na wszyst­kich dostęp­nych kana­łach. Upodo­bał sobie szcze­gól­nie kon­kursy w stylu "dzi­siaj odpa­dasz ty" i oglą­dał nawet wer­sję albań­ską. Prze­szło mu, gdy tylko uznał, że jest już dobrze przy­go­to­wany do zawo­dów w goto­wa­niu maka­ronu na czas. Skoń­czył też pole­gi­wać w swoim saabie z piwem Warka w dłoni.

Podły nastrój udzie­lił się całemu zespo­łowi i wlazł we wszyst­kie zaka­marki Wydziału. Brak Sary był nie­wy­tłu­ma­czalny i nawet Kon­rad nie mógł z tym nic zro­bić. Ofi­ce­ro­wie po raz pierw­szy zwąt­pili w sens służby i cho­ciaż nikt o tym nie mówił, czuć to było w każ­dym ich sło­wie czy geście.

Po powro­cie z Bia­ło­rusi kapi­tan Igor Sza­niaw­ski, czyli Tra­vis lub Oleg Popow, prze­szedł solidną kura­cję i wyda­wało się, że zmora puł­kow­nika Ste­pa­no­wy­cza bez­pow­rot­nie zni­kła. Psy­chia­trzy orze­kli w końcu, że znów jest zdolny do służby, któ­rej potrze­bo­wał teraz bar­dziej niż jakie­go­kol­wiek innego lekar­stwa.

Pro­ku­ra­tor z Mławy uznał go za dowód w spra­wie, przed­miot, a nie pod­miot, i wię­cej się nim nie inte­re­so­wał, a wszel­kie podej­mo­wane przez Tra­visa próby wyja­śnień zby­wał ostro, zarzu­ca­jąc mu, że utrud­nia poważne śledz­two. Igor uznał w końcu, że jedyne, co może zro­bić dla Sary, to wziąć się w garść i oddać pod roz­kazy Kon­rada.

Popro­sił o przy­dział na naj­trud­niej­szy odci­nek i po dłu­gich deba­tach taki wła­śnie dostał w ramach ope­ra­cji "Mer­kury".

Za gra­nicę wyje­chał razem z Wasi­li­jem Krupą, który przed odlo­tem stwier­dził uro­czy­ście, że jest teraz pol­skim Bia­ło­ru­si­nem i zrobi wszystko, by jego ojczy­zna była w końcu wolna i demo­kra­tyczna. Jak­kol­wiek uto­pijne było to pra­gnie­nie, to jed­nak pły­nęło pro­sto z serca. Wyko­pa­nie archi­wum NKWD w Brze­ściu wcale nie zaspo­ko­iło jego ambi­cji i teraz gotowy był do nowych zadań. Jako współ­pra­cow­nik wywiadu nie do wszyst­kich infor­ma­cji miał dostęp, ale był na tyle inte­li­gentny, a może nawet prze­bie­gły - jak twier­dził Mar­cin - by zauwa­żyć, że w zespole jest ponuro, i wię­cej nie pytał, gdzie jest pani towa­rzysz major Sara. Wkrótce i tak nie miał już po temu oka­zji, bo wraz z Tra­vi­sem wyje­chał z Pol­ski. A wyje­chali daleko.

Mar­cin odpa­lił ostro służ­bo­wym touare­giem, aż na śniegu zabuk­so­wały koła. Zamiast powi­tal­nego "dzień dobry, sze­fie" od razu zapro­po­no­wał, że chęt­nie nad­robi czas, który stra­cił, cze­ka­jąc pod domem na ulicy Wil­czy Dół, jeśli tylko szef, oczy­wi­ście, da zie­lone świa­tło.

Zanim Kon­rad zamiesz­kał z Sarą, rzadko się spóź­niał, a rano - ni­gdy.

Doje­chali do hotelu She­ra­ton, nad­ra­bia­jąc led­wie pięć minut i wysłu­chu­jąc w dro­dze zestawu tych samych kolęd, które w stu odmia­nach od kilku dni do bólu wypeł­niały wszyst­kie sta­cje radiowe.

Dla­czego pol­skie kolędy są takie smutne? - pomy­ślał Kon­rad. Prze­cież to rado­sne święto...

Zadzwo­nił do sekre­tarki szefa Agen­cji i prze­zor­nie poin­for­mo­wał, że dele­ga­cja bry­tyj­ska spóźni się pół godziny.

Szef olewa Sarę, to my jego - stwier­dził w duchu z nutką satys­fak­cji. Niech sobie poczeka. Kon­tro­le­rowi Geo­rge'owi Gor­do­nowi prze­cież nie pod­sko­czy. Swoją drogą mają Bry­tole par­cie na pęcherz, skoro chcą się nara­dzać na dwa dni przed świę­tami.

Touareg z faso­nem zaje­chał pod samo wej­ście do hotelu. Kon­rad wysiadł bez pośpie­chu. Boy w gru­bych oku­la­rach, gra­na­to­wym sur­du­cie i okrą­głej czapce ze zło­tym napi­sem nasu­nię­tej na oczy zasa­lu­to­wał mu prze­pi­sowo i wszedł do środka, spraw­dza­jąc się wyjąt­kowo pry­mi­tyw­nie.

Mar­cin aż otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia.

Kurde! - pomy­ślał. Nie odzwy­czai się nawet w domu. Ale żeby spraw­dzać się tak nie­ele­gancko, wła­ści­wie po cham­sku? No nieee...

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie - uda­jąc zadyszkę, Kon­rad rzu­cił gromko do Gor­dona, który sie­dział w kawiarni i prze­glą­dał gazetę.

Anglik odwró­cił się gwał­tow­nie, a wraz z nim jesz­cze kilka osób. Fakt, że bry­tyj­ski ofi­cer wywiadu sie­dzi tyłem do wej­ścia, był aż nadto wymowny i Kon­rad od razu zro­zu­miał, co Gor­don chce mu w ten spo­sób zako­mu­ni­ko­wać, ale jakoś się nie prze­jął.

- Ależ dro­biazg... - Geo­rge uśmiech­nął się i osten­ta­cyj­nie spoj­rzał na zega­rek. Było dwa­dzie­ścia pięć po dzie­wią­tej. Wzru­szył ramio­nami. - Czas to poję­cie względne, w naszej pro­fe­sji szcze­gól­nie, choć może nie zawsze i nie dla wszyst­kich.

- To co, zabie­rzemy jesz­cze Guya z amba­sady? - zapy­tał Kon­rad, nawet nie pró­bu­jąc się tłu­ma­czyć ze spóź­nie­nia.

- Już czeka - odparł zja­dli­wie Gor­don.

Na zewnątrz przy samo­cho­dzie stał Mar­cin w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze. Na widok Kon­rada i Geo­rge'a bły­ska­wicz­nie otwo­rzył przed­nie i tylne drzwi, jakby w życiu nie robił nic innego.

- Sir! - rzu­cił tonem, jakim mógłby się zwró­cić do kró­lo­wej, zmru­żył oczy i w wier­no­pod­dań­czym geście wska­zał dło­nią wnę­trze samo­chodu. - Sze­fie! - dodał zaraz w stronę Kon­rada, opu­ścił głowę jak aktor w ocze­ki­wa­niu na brawa publicz­no­ści i wciąż trzy­ma­jąc rękę na klamce tyl­nych drzwi, zakoń­czył wznio­śle: - Pano­wie!

Geo­rge i Kon­rad spoj­rzeli po sobie zdzi­wieni i jak zahip­no­ty­zo­wani zajęli wska­zane przez Mar­cina miej­sca. Anglik z tyłu, Wol­ski z przodu, cho­ciaż zamie­rzali usiąść razem, żeby poroz­ma­wiać w dro­dze.

Jin­gle bells, jin­gle bells, jin­gle all the way... - roz­legł się w samo­cho­dzie miękki głos Franka Sina­try i Kon­ra­dowi zro­biło się tro­chę lepiej. Nim pio­senka dobie­gła końca, Mar­cin skrę­cił już ze Szwo­le­że­rów w Kawa­le­rii i zaje­chał pod amba­sadę bry­tyj­ską, gdzie na kra­węż­niku prze­stę­po­wał z nogi na nogę zsi­niały z zimna Guy Peter­son, nie­spełna trzy­dzie­sto­letni łącz­nik MI6 w War­sza­wie.

Wsko­czył do samo­chodu, usiadł obok Gor­dona i potęż­nie pocią­gnął zapcha­nym nosem, aż wszy­scy spoj­rzeli na niego z nie­sma­kiem.

- Co z tobą, Guy? - ode­zwał się Mar­cin po angiel­sku. - Tyle czasu jesteś w War­sza­wie i nie wiesz, jak się ubrać? Coś ty wło­żył na sie­bie? Sur­du­cik jakiś?

- Długo cze­ka­łem - odparł nie­pew­nie Anglik i zaczął szu­kać cze­goś w kie­sze­niach.

- Trzeba było się scho­wać. Zasmar­kany lord - zamru­czał Mar­cin cicho, ale nie na tyle, żeby Kon­rad go nie dosły­szał.

- Nie pozwa­laj sobie! To sojusz­nik... nawet jeśli jest zasmar­kany - odparł rów­nie cicho. - I praw­dziwy młody lord. Nie ma wielu takich w War­sza­wie. - Mimo­wol­nie udzie­lił mu się iro­niczny nastrój Mar­cina.

- Niech szef tylko na niego popa­trzy! - Mar­cin nie dawał za wygraną. - Mieszka w zamku w Szko­cji, a tu cho­dzi obsmar­kany... cho­ciaż to fajny kum­pel... jak jest zdrowy, oczy­wi­ście.

Z tyl­nego sie­dze­nia dole­ciał ich odgłos czysz­czo­nego solid­nie nosa i trwał z małymi prze­rwami aż do końca jazdy, unie­moż­li­wia­jąc jaką­kol­wiek wymianę zdań we wnę­trzu samo­chodu.

Na Miło­będz­kiej cze­kał już przy wej­ściu kie­row­nik gabi­netu szefa. Wszy­scy razem wje­chali szybką windą na siódme pię­tro i udali się wprost do sali kon­fe­ren­cyj­nej, która z uwagi na brak okien, słabą wen­ty­la­cję, pół­mrok i śmier­tel­nie poważne tematy, jakie zwy­kle w niej oma­wiano, zwana była kryptą Fara­daya.

Zanim weszli do środka, wszy­scy zde­po­no­wali w szafce swoje tele­fony komór­kowe i zegarki.

Szef jako gospo­darz spo­tka­nia pierw­szy powi­tał Geo­rge'a Gor­dona, obej­mu­jąc go nie­zdar­nie za ramiona, co przy dzie­lą­cej ich róż­nicy wzro­stu doda­wało sce­nie komi­zmu, a zaraz potem, znacz­nie mniej wylew­nie, podał rękę Peter­so­nowi, cho­ciaż młody Anglik był wyżej noto­wany w szla­chec­kiej hie­rar­chii niż Gor­don. W prze­ciw­le­głym rogu skrom­nie ocze­ki­wała Magda Arendt, naczel­nik Wydziału Roz­po­zna­nia Ope­ra­cyj­nego, oraz jej zastępca, świeży trans­fer szefa z ABW.

Gdyby nie miły zapach kawy, którą z ser­cem zapa­rzyła Mał­go­sia, atmos­fera byłaby taka, jaka zwy­kle panuje w kryp­cie. Tym bar­dziej że spo­tka­nie roz­po­częło się z ponad­pół­go­dzin­nym opóź­nie­niem.

Przez chwilę trwały jesz­cze powi­ta­nia i uści­ski, uśmie­chy i pokle­py­wa­nia, po czym wszy­scy usie­dli, gdzie kto chciał, a miejsc do wyboru było dwa­dzie­ścia. Jedy­nie szef Agen­cji zasiadł na miej­scu prze­zna­czo­nym dla mistrza cere­mo­nii, w czar­nym skó­rza­nym fotelu z wyso­kim opar­ciem.

Kie­row­nik gabi­netu pospiesz­nie zamknął drzwi, spraw­nie roz­lał wszyst­kim kawę, z wyjąt­kiem szefa, który pił tylko her­batę jabł­kową, i jed­nym ude­rze­niem w kla­wisz Enter włą­czył kom­pu­ter. Na ścia­nie roz­ja­śnił się ekran.

Na początku szef wygło­sił ofi­cjalną w takich sytu­acjach for­mułkę powi­talną, mało fine­zyjną i tro­chę drę­twą, ale w jego stylu, po czym zale­gło mil­cze­nie. Gor­don przez chwilę prze­glą­dał notatki i cicho o coś pytał Peter­sona, który odpo­wia­dał mu uśmie­chami i ski­nie­niami, a następ­nie wska­zał pal­cem leżący przed nim doku­ment i znów pokrę­cił głową. Na koniec pocią­gnął nosem z nieco więk­szą sub­tel­no­ścią niż w samo­cho­dzie i popra­wił się ele­gancko na krze­śle.

Na wprost wej­ścia sie­dział szef Agen­cji, obok kie­row­nik jego gabi­netu, Gor­don i Peter­son po prze­ciw­nej stro­nie, Kon­rad i Mar­cin po lewej, a Magda z zastępcą z pra­wej strony. Nisko zawie­szone reflek­tory punk­towe rzu­cały silne świa­tło na blat stołu, kła­dąc mocne pół­cie­nie na twa­rze zebra­nych i zaciem­nia­jąc wszystko, co było za nimi. Mógłby ktoś pomy­śleć, że to sabat jakiejś sekty, która za chwilę zacznie radzić nad przy­szło­ścią ludz­ko­ści, roz­sy­pu­jąc runy na środku stołu i recy­tu­jąc tajemne zaklę­cia.

Ten cudowny kicz prze­rwał Geo­rge Gor­don, swoim zim­nym mato­wym gło­sem pyta­jąc, czy może roz­po­czy­nać.

Szef odpo­wie­dział mu głę­bo­kim, peł­nym sza­cunku ski­nie­niem głowy, maje­sta­tycz­nie uno­sząc dłoń. Istny August z Prima Porta - pomy­ślał Kon­rad.

- Jak rozu­miem, nasze spo­tka­nie jest reje­stro­wane? - zapy­tał Gor­don.

- Oczy­wi­ście! - odparł kie­row­nik gabi­netu.

- Będziemy też reje­stro­wać na swój nośnik - oznaj­mił Gor­don i dał znak Peter­so­nowi, który wyjął z teczki dyk­ta­fon i poło­żył go na środku stołu.

Mógł­byś przy­naj­mniej popro­sić o zgodę, co, Geo­rge? - pomy­ślał Kon­rad i spoj­rzał na Magdę. Na jej twa­rzy było wypi­sane dokład­nie to samo pyta­nie.

- Panie gene­rale - zwró­cił się Gor­don do szefa Agen­cji - sprawa, o któ­rej chcemy roz­ma­wiać, doty­czy szcze­gól­nie wraż­li­wego tematu...

Uuuu... coś się dzieje! Gadaj, z czym przy­je­cha­łeś, Bry­tolu.

- Tak, wiemy.

- Nie wszystko. W ciągu ostat­nich dwóch dni sytu­acja ule­gła zde­cy­do­wa­nej zmia­nie... Zmia­nie na gor­sze! - Ton Gor­dona stał się twardy, tak by nikt nie mógł wąt­pić w to, co zaraz usły­szy.

- To zna­czy? - zapy­tał szef.

- To będzie infor­ma­cja wyłącz­nie dla osób mają­cych dostęp do cosmic top secret.

W kryp­cie zapa­dła cisza.

- Aaaau­uueee... - Szef wydał z sie­bie cichy nie­okre­ślony dźwięk ozna­cza­jący głę­bo­kie zasko­cze­nie i koniecz­ność pod­ję­cia decy­zji.

- CTS... - wtrą­cił Kon­rad. - Naj­wyż­szy sto­pień taj­no­ści NATO.

- Prze­cież wiem - odparł szef pode­ner­wo­wany.

- Zna­czy, że zostać mogą tylko ci, któ­rzy mają naj­wyż­szy natow­ski sto­pień poświad­cze­nia bez­pie­czeń­stwa...

- Oczy­wi­ście, tak, wszystko jasne.

- Doty­czy broni ato­mo­wej - dorzu­cił jesz­cze Kon­rad.

- Kto nie ma dostępu, pro­szony jest o opusz­cze­nie pomiesz­cze­nia - zarzą­dził szef.

Pierw­szy pod­niósł się zastępca Magdy, a po nim kie­row­nik gabi­netu szefa. Mar­cin wciąż sie­dział obok Kon­rada, nie­po­ru­szony, jakby go to nie doty­czyło. Dostęp do CTS miało w Agen­cji tylko kilka osób i na pewno nie było wśród nich Mar­cina. Nawet Sara nie była upo­waż­niona do takich tajem­nic.

- No! Co jest? - Kon­rad trą­cił go kola­nem.

- A co, sze­fie? - Mar­cin uda­wał nie­zo­rien­to­wa­nego.

- Wypa­daj!

- No kur­czę! - Ści­szył głos. - I tak beze mnie szef z tymi tajem­ni­cami nic nie zrobi. Ja to ja... nie? - Pod­niósł się ocię­żale. - Zresztą czuć na kilo­metr, o co biega Angli­kom. Jak­bym ich nie znał... przy­szli po pomoc, jak zawsze. Taka mi CTS taj­nota...

- Pospiesz się.

W sali zostało pięć osób, Szef roz­po­czął pro­ce­durę zatwier­dze­nia taj­no­ści spo­tka­nia.

- Jest dwu­dzie­sty trzeci grud­nia dwa tysiące trzy­na­stego roku, godzina dzie­siąta dwa­dzie­ścia trzy, sie­dziba Agen­cji Wywiadu RP - mówił gło­śno i wyraź­nie. - W spo­tka­niu uczest­ni­czą: ze strony MI6 Geo­rge Gor­don i Guy Peter­son, ze strony pol­skiej szef Agen­cji i... - Spoj­rzał na lewo.

- Magda Arendt, poświad­cze­nie bez­pie­czeń­stwa do poziomu CTS numer trzy dwa jeden jeden sie­dem sześć zero pięć cztery cztery, seria KD - wyre­cy­to­wała z pamięci.

- Kon­rad Wol­ski, poświad­cze­nie bez­pie­czeń­stwa do poziomu CTS... - Zaczął szu­kać cze­goś w kie­sze­niach i po chwili wyjął pla­sti­kową kartę, z któ­rej odczy­tał: - Trzy cztery jeden osiem dwa dwa pięć cztery zero zero cztery, seria ZZ.

- No to co? - rzu­cił szef. - Możemy, Gor­don?

- Oczy­wi­ście, panie gene­rale. - Anglik popa­trzył w notatki. - Pod koniec lutego zbiera się w Bruk­seli Grupa Pla­no­wa­nia Nukle­ar­nego NATO. Zamie­rzamy przed­sta­wić wów­czas infor­ma­cje, które jeśli się potwier­dzą, mogą... - zawie­sił na moment głos - mogą dopro­wa­dzić do... nie waham się użyć tego słowa... do wojny, w naj­gor­szym wypadku. Tym razem, pano­wie... i pani - spoj­rzał na Magdę - sprawa jest bar­dzo poważna i nie mamy zbyt wiele czasu. Wkrótce roz­pocz­niemy kon­sul­ta­cje z part­ne­rami NATO, ale wcze­śniej chcie­li­by­śmy poroz­ma­wiać z wami. O naszym dzi­siej­szym spo­tka­niu poin­for­mo­wany jest pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii John Colo­nel i jak rozu­miem, pan, gene­rale, poin­for­muje póź­niej pre­miera Pol­ski.

Mówił zwy­czaj­nie, spo­koj­nie, bez widocz­nej emo­cji. Pew­nie takim samym tonem lokaj powia­do­mił Cham­ber­la­ina o napa­ści Hitlera na Pol­skę. "Sir, niech się pan obu­dzi! Wła­śnie Niemcy naje­chali Pol­skę. Czy podać szkla­neczkę, sir?" "Tak, Geo­rge, ale naj­pierw umyję zęby". Geo­rge Gor­don był prze­cież Kon­tro­le­rem MI6, jed­nej z naj­lep­szych służb wywia­dow­czych świata, i jedno słowo, które padło z jego ust - "wojna" - wystar­czyło, by Kon­rad poża­ło­wał swo­jej wcze­śniej­szej małost­ko­wo­ści i spóź­nie­nia.

Wojna i miłość to dwie różne rze­czy. Pomy­ślał o Sarze. Wszystko wyda­wało się teraz takie nierze­czywiste, Polacy, Anglicy i Grupa Pla­no­wa­nia Nukle­ar­nego, jakby to już kie­dyś było. Patrzył na Gor­dona i zasta­na­wiał się przez moment, czy nie powi­nien się już zwol­nić ze służby i zostać w domu na ulicy Wil­czy Dół. Niech Bond, James Bond, sam ratuje świat. Ma doświad­cze­nie i swoją wierną publicz­ność.

3

"Reak­tor" huczał, mru­czał, wyda­wał nie­zwy­kłe dźwięki podobne do zgiełku ula na wio­snę albo sta­dionu przed meczem. Brzmiał jak wielka orkie­stra, która stroi instru­menty przed spek­ta­klem. W końcu wszyst­kie tony zaczęły się spla­tać w jeden kosmiczny szum, który to pod­no­sił się, to opa­dał, chwi­lami zani­kał, by zaraz powró­cić z nową siłą i nowym brzmie­niem. Tę muzykę prze­peł­niało jakieś magiczne napię­cie, które zawsze dogłęb­nie poru­sza wraż­li­wych słu­cha­czy. Wia­domo już było, że zaraz coś się zacznie, coś nie­zwy­kłego, coś bar­dzo waż­nego.

Za chwilę miał się roz­po­cząć wielki mię­dzy­na­ro­dowy haka­ton, ostatni tego roku, orga­ni­zo­wany w sztok­holm­skim Kró­lew­skim Insty­tu­cie Tech­no­lo­gicz­nym przez Antona Pete­riusa, zna­nego lepiej jako Anton Młot.

Pra­wie dwu­stu hake­rów i geeków zgro­ma­dzo­nych w sztolni po daw­nym reak­to­rze ato­mo­wym cze­kało na sygnał do ataku. Ich pod­nie­cone głosy odbi­jały się od gra­ni­to­wych skał i potę­go­wały wra­że­nie, jakby było ich sto razy wię­cej, doda­jąc wszyst­kim bojo­wego ani­mu­szu i deter­mi­na­cji.

"Reak­tor", zwany potocz­nie R1, był świą­ty­nią hake­rów z całego świata i żył teraz wła­snym życiem. Przed laty naukowcy zain­spi­ro­wani mocą atomu pro­wa­dzili w tym miej­scu bada­nia. Dzi­siaj to wir­tu­alny świat cyber­prze­strzeni był tym, co decy­duje o losach ludz­ko­ści i co może ją znisz­czyć rów­nie dotkli­wie jak bomba ato­mowa.

Anton Młot miał trzy­dzie­ści pięć lat, był dok­to­ran­tem i szarą emi­nen­cją uczelni, ojcem wszyst­kich hake­rów i guru geeków. Znał każ­dego na KTH i każdy znał jego. Był też taj­nym funk­cjo­na­riu­szem FRA, jed­nak o tym na uczelni nie wie­dział pra­wie nikt.

Insty­tut należy do naj­lep­szych uczelni na świe­cie, jest więc dumą Szwe­cji i kuź­nią kadr dla nauki i prze­my­słu. Przy Valhallavägen powstają naj­no­wo­cze­śniej­sze tech­no­lo­gie, które wzbu­dzają zazdrość wielu państw, a to jest wystar­cza­jący powód, by był rów­nież wysoko noto­wany na liście celów szpie­gów.

Szwedz­kie wła­dze dosko­nale o tym wie­działy i Młot był jed­nym z tych, któ­rzy pil­no­wali, żeby do skarbca wie­dzy KTH nie dobrał się nikt nie­upraw­niony. Robił to dobrze i kilka chiń­skich, rosyj­skich, irań­skich i izra­el­skich prób wdar­cia się do sejfu uczelni przez cyber­mur skoń­czyło się nie­po­wo­dze­niem.

- Pro­szę pań­stwa! - roz­legł się głos Antona wzmoc­niony gło­śni­kami i odbił z pogło­sem od gra­ni­to­wych skał. - Pro­szę o ciszę! Zaczy­namy! Syjon wita swo­ich obroń­ców.

Anton, w zie­lo­nym swe­trze od Har­riet zro­bio­nym ści­słym ście­giem fran­cu­skim, w wypcha­nych na kola­nach spodniach Dylan Cord i tyta­no­wych oku­la­rach Sil­ho­uette, roz­czo­chrany, uśmiech­nięty, roz­luź­niony, pewny sie­bie, z wiel­kim mikro­fo­nem w dłoni, wyglą­dał dokład­nie tak, jak powi­nien wyglą­dać ktoś, kto gotów jest popro­wa­dzić wier­nych na drugą stronę rzeki marzeń. Stał na pod­wyż­sze­niu, góru­jąc o dobry metr nad tłu­mem, który na dźwięk jego głosu zamilkł jak zacza­ro­wany.

- Jest teraz... - Anton spoj­rzał na zega­rek - za pięt­na­ście dwu­dzie­sta trze­cia. Za moment rusza nasz ostatni w tym roku wielki haka­ton. - Prze­rwał na chwilę i krzyk­nął z lek­kim zaśpie­wem: - Witam was wszyst­kich! Ura­aaaa...

- Ura­aaaa... - odpo­wie­działo mu prze­cią­gle pra­wie dwu­stu hake­rów, jakby stali w szyku na placu Czer­wo­nym, i można było odnieść wra­że­nie, że zako­ły­sały się wiszące nad nimi prze­my­słowe haki i łań­cu­chy.

- Jak wszy­scy wie­cie, tema­tem naszego ostat­niego w tym roku wyścigu jest... - Anton zaczy­nał swój show - jak wy-sadzić o-bronę ban-ku na-rodo­wego i ze-mścić się sie-kierą na ban-koma­cie - wypo­wia­dał poszcze­gólne słowa, akcen­tu­jąc teatral­nie każdą pierw­szą sylabę. - Szcze­góły i zasady haka­tonu są takie same jak zawsze i może­cie je sobie przy­po­mnieć... Jeśli ktoś chce je omi­nąć, to o spo­so­bach ich omi­nię­cia może prze­czy­tać na naszej stro­nie.

- Anton! - krzyk­nął ktoś z głębi sali. - Wysadźmy Fed! Dla dobra ludz­ko­ści!

- Chcesz, żeby bied­nym ludziom zostało tylko euro, juan i rubel? - odpo­wie­dział mu inny głos.

- Okej, okej! - uspo­koił ich Anton. - My tu, w tym zim­nym kraju, mamy korony szwedz­kie i niech nikt nie pró­buje przy­pad­kiem eks­pe­ry­men­to­wać na Riks­banku, bo nie będzie kasy na następny haka­ton. Dobra... teraz jak zawsze przed­sta­wię zespoły. Brawa! Brawa! Dla boha­te­rów, kani­bali i roz­bit­ków...

W sali roz­le­gło się zgodne kla­ska­nie. Anton ude­rzał rękami nad głową, a wielki mikro­fon trzy­mał mię­dzy nogami, co wzbu­dzało dodat­kową weso­łość. Gdy wrzawa nieco się wyci­szyła, roz­po­czął pre­zen­ta­cję zespo­łów.

- Witamy gości zakonu od lewej do pra­wej... - Wska­zał ręką. - Powi­taj­cie gromko Kościół Świę­tego Steve'a z Lon­dynu... - Roz­le­gły się brawa. - Powi­taj­cie Wyznaw­ców Wie­leb­nego Juliena z Oslo... - Brawa wciąż trwały. - Powi­taj­cie Bia­łych Rasi­stów z Ala­bamy i Czar­nych Rasi­stów z Pre­to­rii... - Okla­ski zaczęły się nasi­lać. - Powi­taj­cie Chiń­ski Wywiad w Prze­bra­niu Tybe­tań­skich Mni­chów i Rosyj­ski w Czer­kie­skach... - Po sali prze­szedł śmiech, a okla­ski jesz­cze się wzmo­gły. - Czy w tym roku znowu nie ma nikogo z Lan­gley?

- Ja jestem! - ode­zwał się chło­pak z pierw­szego rzędu.

- Za stary jesteś! - Anton mach­nął ręką. - Nie ma? No... to ja znowu będę? Trudno.

- Za młody jesteś, Anton - rzu­cił ktoś z boku i został nagro­dzony śmie­chem.

- W porzą­dalu! Jeśli kogoś nie wymie­ni­łem... to teraz na wszelki wypa­dek, żeby nikogo nie pomi­nąć, witam wszyst­kich hake­rów, geeków, świ­rów, szpie­gów, ter­ro­ry­stów, odszcze­pień­ców, trans­we­sty­tów oraz innych popa­prań­ców, a naj­cie­plej wśród nich szpie­gów naszego kocha­nego rek­tora Hansa Erics­sona - cią­gnął powoli Anton, wszy­scy jed­nak dosko­nale wie­dzieli, że nie ma żad­nych zespo­łów haker­skich, a każdy kom­pu­ter pra­cuje tylko na sie­bie, i to za darmo. - Club-mate, kawa z podwójną kofe­iną, cola eks­tra strong i inne afro­dy­zjaki są do waszej dys­po­zy­cji. - Spoj­rzał na zega­rek. - Kanapki i zupa w bie­żą­cej dosta­wie... Sauna tam gdzie zawsze i... uwaga! Nowość w tym roku! Ogród zimowy na zapisy.

Okla­ski zaczęły już wyga­sać i dało się wyczuć wyraźne roz­luź­nie­nie.

Anton spoj­rzał po sali i zauwa­żył, że zebrani stoją wpa­trzeni w niego, ocze­ku­jąc naj­wy­raź­niej sygnału do roz­po­czę­cia wyścigu. Zda­wało mu się, że wszyst­kie twa­rze, roz­ba­wione, wesołe, z wyra­zem nie­cier­pli­wo­ści, a cza­sem i zacie­trze­wie­nia, są do sie­bie podobne. Tylko jedna, gdzieś z pra­wej strony, wyglą­dała zupeł­nie ina­czej.

Twarz smutna i... zna­joma. Po chwili dopiero zdał sobie sprawę, że to Har­riet Ber­ghen.

- Do boju! Dwu­dzie­sta trze­cia! - rzu­cił nieco spe­szony i zanie­po­ko­jony spoj­rze­niem, które go dosię­gło. - Bijemy się do ponie­działku... do ósmej rano... - Nie zdą­żył dokoń­czyć, bo po sali prze­szedł pomruk i wszy­scy zaczęli się roz­cho­dzić, jakby już opa­dła kur­tyna, a on nie zdą­żył jesz­cze skoń­czyć swo­jej roli, i zamru­czał ni stąd, ni zowąd: - Wycho­dzą, uno­sząc zwłoki, po czym huk dział sły­szeć się daje. - I zszedł z pod­wyż­sze­nia.

- Co robimy z sek­cją trze­cią? Stru­mień wciąż jest słaby - zagad­nął go jakiś wyraź­nie zanie­po­ko­jony młody czło­wiek z przy­piętą tabliczką z napi­sem "Jörg".

- Poga­daj z Tor­ste­nem, on w tym sie­dzi. Powi­nien być teraz u sie­bie - rzu­cił Anton, nawet nie spoj­rzaw­szy na roz­mówcę, i prze­ci­ska­jąc się mię­dzy ludźmi pokle­pu­ją­cymi go po ramio­nach i ple­cach, ruszył zde­cy­do­wa­nie w kie­runku Har­riet.

- Co się stało? - zapy­tał natych­miast po puss och kram. - Co się dzieje, śliczna Afro­dyto? Nim­fetko prze­słodka...

- Możemy poroz­ma­wiać?

Już wcze­śniej zauwa­żył, że Har­riet jest w dziw­nym nastroju, ale dopiero gdy wypo­wie­działa te dwa słowa, zoba­czył, jak bar­dzo zły to nastrój.

- Chodź, pój­dziemy do mnie, tu nie ma warun­ków. - Objął ją ramie­niem i zaczęli się prze­py­chać do rogu sali, gdzie miał swoje małe biuro.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi i znikł męczący gwar gra­ni­to­wej sztolni, pokój wypeł­niła gęsta cisza. Zro­biło się zbyt cicho jak na prze­ra­żone oczy Har­riet i Anton poczuł nie­po­kój.

Wziął od niej kurtkę, powie­sił i usie­dli w sta­rych skó­rza­nych fote­lach. Przez kil­ka­na­ście sekund Har­riet krą­żyła bez­ład­nie wzro­kiem po pomiesz­cze­niu i z wysił­kiem prze­pla­tała sine palce, jakby się nad nimi znę­cała. Przy­szła bez torby, bez torebki, z pustymi rękami. To nie­zwy­kłe, pomy­ślał Anton. Jakby przed czymś ucie­kała.

To nie była jego Afro­dyta try­ska­jąca kobiecą mocą, peł­nią mitycz­nych fero­mo­nów i antycz­nego seksu. W wytar­tym fotelu z lat pięć­dzie­sią­tych nie sie­działa nie­złomna Tri­nity, tylko prze­stra­szona pie­go­wata dziew­czynka w gru­bych oku­la­rach, która przy­szła po pomoc. Anton był tego pewny i wie­dział, że musi zacząć pierw­szy, deli­kat­nie.

- Hasan? Tak? - Pyta­nie na moment zawi­sło w ciszy. - Boże, co się stało, Har­riet? Mów! - roz­ka­zał, bo wie­dział prze­cież, że przy­szła pro­sić o pomoc, a on musi się nią zaopie­ko­wać.

- Popro­sił mnie dzi­siaj do sie­bie Her­mans­son... a wła­ści­wie to poszli­śmy na kawę do bufetu. Było już późno... - Har­riet spoj­rzała na zega­rek. - Gdzieś koło wpół do ósmej. Koń­czy­łam pewien pro­jekt...

- Do rze­czy, Har­riet - pona­glił Anton znie­cier­pli­wiony.

- Her­mans­son powie­dział mi tylko, że Hasan nie odzywa się od ponad dwóch tygo­dni i w wywia­dzie, zna­czy KSI, nie wie­dzą, co się z nim dzieje. - Ści­szyła głos i dorzu­ciła: - Nie daje żad­nego znaku życia.

- Prze­cież musiał mieć alter­na­tywną łącz­ność...

- Nic wię­cej nie wiem! - wtrą­ciła gło­śniej, wyraź­nie zde­ner­wo­wana.

- Musiał mieć bikon sate­li­tarny i tele­fon bez­pie­czeń­stwa... nie mówiąc już o sieci. - Anton z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową. - Prze­cież to pod­stawy ope­ra­tywy... - Zaci­snął usta i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. - Nie­moż­liwe, żeby wszystko naraz zawio­dło. Nooo... kurwa, nie­moż­liwe! - wyrzu­cił z sie­bie w końcu. - Prze­cież to my zro­bi­li­śmy te sys­temy dla KSI. Chyba że...

- Anton? - Pod­nio­sła wzrok. - Anton, co jest grane? Ty coś wiesz?

- Uff... - wes­tchnął głę­boko i od razu było dla niej jasne, że wie.

- To dla­tego przed jego wyjaz­dem chcie­li­ście się jesz­cze spo­tkać? Tak? Ty w tym jesteś? - Har­riet patrzyła na Antona, który zer­kał jak nie­letni zło­dzie­ja­szek, i poczuła się oszu­kana, skrzyw­dzona, zra­niona.

Znała Antona od lat i zawsze był jej naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem, a Hasan jej męż­czy­zną na całe życie. Wyda­wało się, że po spra­wie Safira as-Salama ich zwią­zek sce­men­to­wało wszystko to, co naj­lep­sze mię­dzy ludźmi - prawda, przy­jaźń, wier­ność, zaufa­nie i miłość. A tu nagle oka­zuje się, że tak nie jest i ni­gdy nie było, a ona nie uczest­ni­czy w tym związku, tylko stoi z boku, na innych pra­wach, jak mniej war­to­ściowa część.

Anton coś mówił, ale jego głos był obcy i nie­zro­zu­miały. Har­riet czuła, jak zie­mia faluje jej miękko pod nogami, a w środku wzbiera jakaś potężna siła, która za chwilę się uwolni i roze­rwie jej gar­dło. Powstrzy­my­wała się reszt­kami sił, pozwa­la­jąc sobie tylko na łzy dające chwi­lowe uko­je­nie.

Ten wypa­dek auto­bu­sowy... wtedy... kiedy wra­cali od Antona, w przed­dzień wyjazdu Hasana do Iranu, pomy­ślała przez moment. Pod­pro­gowa kata­stro­ficzna kabała?

- Har­riet, uspo­kój się. Nie płacz - dotarł do niej głos Antona, który wstał z fotela i przy­klęk­nąw­szy, objął ją ramio­nami. - Wiem, co czu­jesz. Wasza miłość i nasza przy­jaźń jest inna, nie jest taka sama jak u wszyst­kich nor­mal­nych ludzi. Jak­kol­wiek paskud­nie by to zabrzmiało. Żeby mogła prze­trwać, trzeba być wytrzy­ma­łym i zro­zu­mieć, że prawda nie zawsze jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem...

- Nie pieprz! - Har­riet powoli odzy­ski­wała pew­ność sie­bie. - Wie­dzia­łeś od początku, po co on tam jedzie. Wie­dzie­li­ście obaj, że to nie­bez­pieczne...

- Taki zawód szpiega.

- Ale dla­czego nic mi nie powie­dzie­li­ście? Uwa­żasz, że kto ja jestem?

- Takie zasady. Wola­ła­byś wie­dzieć?

- Oczy­wi­ście! - odparła pew­nym sie­bie tonem, wycie­ra­jąc nos, ale wcale nie była prze­ko­nana, że chcia­łaby to wie­dzieć.

Prze­grza­łam czy co? - pomy­ślała. Bab­skie fobie! Cho­lera jasna. Ale faceci i tak są popie­przeni...

- To bar­dzo poważna sprawa i myślę, że nie­bez­pieczna, co pewno spe­cjal­nie cię nie pocie­szy - zaczął Anton sztywno, bo ni­gdy sobie nie radził z kobie­cymi łzami. Z powro­tem usiadł na fotelu. - Nie licz, Afro­dyto, że zła­miesz mnie łzami i dowiesz się szcze­gó­łów. Nie wyko­rzy­stuj swo­jej prze­wagi...

- Nie marudź! Mów, co możesz. - Wydmu­chała do końca nos i z odle­gło­ści dwóch metrów tra­fiła białą kulką do kosza.

Dobry znak! Atena i Apollo widać czu­wają - pomy­ślała i zro­biło jej się tro­chę lepiej.

- No dobrze - zaczął. - Od pew­nego czasu pro­wa­dzi­li­śmy tu, na KTH, we współ­pracy z KSI i Säpo, pewną ope­ra­cję... z nada­nia zaprzy­jaź­nio­nej służby... no i Hasan poje­chał do Iranu w związku z tą sprawą...

- To dla­tego prze­szedł do KSI? Ale co to za sprawa? - zapy­tała bez prze­ko­na­nia i rów­no­cze­śnie w jego kie­szeni ode­zwał się tele­fon.

- Tak, dla­tego - odparł Anton, nim ode­brał.

Rze­czy­wi­ście, teraz sobie przy­po­mniała, Hasan jakiś czas temu jej mówił, że z uwagi na zna­jo­mość farsi i arab­skiego robi pewne sprawy dla KSI. Cho­ciaż znał jesz­cze rosyj­ski i kilka innych języ­ków, to jed­nak jako powód przej­ścia wymie­nił wła­śnie tamte dwa. Nie sko­ja­rzyła wów­czas, że może cho­dzić o pracę wywia­dow­czą w Ira­nie. Myślała naiw­nie, że ma to pole­gać na tłu­ma­cze­niu albo innej pomocy języ­ko­wej. Jakby zapo­mniała, że KSI to ope­ra­cyjny wywiad agen­tu­ralny. Teraz było już jasne, dla­czego to wła­śnie on poje­chał do Iranu.

Tępa, głu­pia zako­chana gęś - pomy­ślała o sobie.

- Tak... tak... - Anton trzy­mał słu­chawkę lewą ręką, a prawą szu­kał cze­goś w kie­sze­niach. - Nie... nie mam - odparł nie­pew­nie. - Cze­kaj! Spraw­dzę jesz­cze w szafce... - Wstał i pod­szedł do rogu pokoju, gdzie stał zie­lony bufet, i przez chwilę przy czymś mani­pu­lo­wał. - Mam - dodał po chwili poszu­ki­wań. - Posłu­chaj, Lasse... Jestem teraz zajęty... Lasse! Przyjdź do mnie, to ci dam. - Pokrę­cił głową, jakby się cze­muś dzi­wił, i spoj­rzał ze skru­chą na Har­riet. - Obyś się nie mylił! Dobrze. Zaraz tam przyjdę. Cze­kaj na mnie!

- Dokąd idziesz? - zapy­tała pode­ner­wo­wa­nym tonem.

- Zaraz wrócę... nic takiego... - odparł spo­koj­nie. - Lasse nie może się dostać do naszego maga­zynu na górze. Jego karta magne­tyczna nie działa. Dziwne tro­chę. - Anton poka­zał nie­bie­ską pla­sti­kową kartę. - Będę za pięć minut. Cze­kaj. Jak wrócę, to coś ci powiem... może nie powi­nie­nem, ale... powiem. Nikomu jesz­cze tego nie mówi­łem. Pal to sześć! - Uśmiech­nął się nie­wy­raź­nie, zarzu­cił kurtkę na rękę i ruszył w kie­runku drzwi, ale po chwili się zatrzy­mał i z dło­nią na klamce dodał: - Bar­dzo mar­twię się o Hasana, ale coś mi teraz przy­szło do głowy... coś mi się przy­po­mniało... może wiem, dla­czego znik­nął. Ktoś tu nie gra czy­sto i czuję ich paluszki w tej spra­wie... - zawa­hał się. - CIA? Eee... chyba nie­moż­liwe! Pew­nie mi odwala. Ale gość zaczął nagle siać tak dziw­nymi sygna­łami... Uff... Nie uwie­rzy­ła­byś... - rzu­cił już zza progu i zamknął za sobą drzwi, zosta­wia­jąc w pokoju zasko­czoną Har­riet.

4

Była dzie­wiąta trzy­dzie­ści rano. Jagan nie spał już od pół godziny i stał nago w oknie swo­jego miesz­ka­nia na dzie­wią­tym pię­trze bloku przy ulicy Kra­sno­dar­skiej w dziel­nicy Lublino. Cze­kał, aż nad Ura­lem wznie­sie się czer­wona tar­cza słońca.

Jagan uwa­żał, że słońce, mimo iż jest cia­łem nie­bie­skim, to jed­nak jest też czę­ścią Fede­ra­cji Rosyj­skiej i cza­sami warto zło­żyć mu hołd. I cho­ciaż było poma­rań­czowe, on uwa­żał, że jest czer­wone, i trwał w tym prze­ko­na­niu, bo czer­wień jest bar­dziej rosyj­ska. W końcu nad żad­nym kra­jem nie świeci tyle czasu co nad naszym - uwa­żał - wystar­czy spoj­rzeć na mapę i zegar.

Nad Moskwą od dwóch tygo­dni zawisł potężny sybe­ryj­ski zimowy wyż i błę­kitne niebo wyglą­dało wyjąt­kowo pięk­nie. Zda­wało się, że jest wyma­lo­wane ultra­ma­ryną i wystar­czy pod­nieść rękę, by go dotknąć, urwać kawa­łek i spraw­dzić, że sma­kuje jak wyśmie­nite rosyj­skie lody.

Więc Jagan stał i cze­kał.

Żoł­nierz spec­nazu musi mieć jakieś zaję­cie, bo ina­czej ulega demo­ra­li­za­cji i wtedy łatwo go poko­nać, a to w przy­padku Jagana nie wcho­dziło w grę. I wcale nie miał na myśli ćwi­czeń, bo tych mu nie bra­ko­wało, tylko utrwa­la­nie w rosyj­skim czło­wieku rosyj­skiej duszy i rosyj­skiej wiary. Dla­tego rosyj­skie słońce było dobrym obiek­tem hołdu. Żadna Cer­kiew przy takiej potę­dze nie miała szans, nie mówiąc o bogach.

Od powrotu z okrop­nej Szwe­cji i śmierci dia­bel­skich Boga­je­wów Jagan cho­dził na ćwi­cze­nia do fit­ness klubu i utrwa­lał swoją wiarę w rosyj­skiego czło­wieka. Był w tym cza­sie z Galą dwa razy w kinie na jakichś fil­mach, spo­tkał się pięć razy ze swoją "piątką" na pię­ciu cmen­ta­rzach i wła­ści­wie mógłby powie­dzieć, że wszystko jest w porządku. Miał swój nóż, miał złoty pisto­let, na Kau­ka­zie ban­dy­tyzm osłabł na tyle, że nawet kana­łowi Ros­sija zaczy­nało bra­ko­wać tema­tów. Wyda­wać się mogło, że wystar­czy tylko wytrwale cze­kać na jakieś nowe zada­nie, które w takim kraju jak Rosja prę­dzej czy póź­niej powinno się poja­wić. W rze­czy­wi­sto­ści było zupeł­nie ina­czej.

Kau­kaz ni­gdy nie śpi, Kau­kaz tylko drze­mie, a to nie to samo - uwa­żał cał­kiem roz­trop­nie Jagan.

Już dawno prze­szła mu złość, że Boga­je­wo­wie padli od kul jakichś fiń­skich czy szwedz­kich ple­mień­ców, a nie z jego moc­nej, suro­wej rosyj­skiej ręki. A wszystko przez jakąś nadętą szwedzką poli­cjantkę, co nie chciała dać mu pisto­letu.

Wciąż jed­nak miał coś, co nada­wało głę­boki sens jego życiu i wzmac­niało wiarę w rosyj­skiego czło­wieka i słońce na hory­zon­cie.

Gdzieś tam, pew­nie na Kau­ka­zie, ukry­wała się wojow­ni­cza dia­blica Amina Boga­jewa i Jagan wie­dział, że dopóki jej nie dopad­nie, ojczy­zna nie zazna spo­koju, a on na pewno. Nikomu o swo­ich prze­my­śle­niach nie mówił, bo i tak nikt by tego nie zro­zu­miał. Tym bar­dziej że nikogo nie obcho­dziła ta dzika cze­czeń­ska dziwka, a faceci z Jasie­niewa wciąż powta­rzali, że mają waż­niej­sze sprawy do zała­twie­nia. Jedy­nie wyta­tu­owany smok na ple­cach drżał na samo brzmie­nie jej imie­nia, więc dla Jagana było jasne, że sprawę Aminy należy zała­twić.

Ludzie są głupi i nic nie rozu­mieją, powta­rzał ostat­nio coraz czę­ściej. Czer­wo­no­włosa Gala utwier­dzała go w tym prze­ko­na­niu i powta­rzała mu wie­lo­krot­nie, że nie tylko w pełni się z nim zga­dza, ale też uważa, że ta myśl jest wyjąt­kowo głę­boka w swo­jej mądro­ści i wymaga szcze­gól­nej uwagi wszyst­kich wąt­pią­cych. Głup­ców szcze­gól­nie - mówiła.

Sło­neczna poświata wze­szła już nad Rosją i za chwilę miała się poja­wić boska tar­cza, więc Jagan pomy­ślał, że czas zacząć się duchowo przy­go­to­wy­wać na jej powi­ta­nie.

- Jest minus dwa­dzie­ścia sie­dem - zdą­żył jesz­cze wymam­ro­tać, cho­ciaż ni­gdy nie trzy­mał ter­mo­me­tru w ręce.

Dokład­nie tyle, ile lubię naj­bar­dziej - pomy­ślał z przy­pły­wem zado­wo­le­nia i pocią­gnął wzro­kiem po dale­kim moskiew­skim kra­jo­bra­zie, nad któ­rym gdzie­nie­gdzie, nad komi­nami elek­tro­cie­płowni, widać było białe, waciane pió­ro­pu­sze.

Cie­pło jest teraz w rosyj­skich domach. Przy­jem­nie i bez­piecz­nie. Ale już czas do pracy, rodacy. Wsta­waj, strana ogrom­naja - prze­szło mu przez myśl. Aaaaa... Jelena Wajenga, jak ona ryk­nie! To jakby cała armia rosyj­ska dała głos, a świat przed nią klęk­nął. Eeee... dzi­siaj może lepiej będzie Wsta­waj­tie, ludi ruskije - zamru­czał jakby na próbę i spoj­rzał na odkryte nagie ciało Gali, która spała na brzu­chu, poka­zu­jąc wyta­tu­owaną na ple­cach żyrafę. Leżała ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, roz­rzu­co­nymi ramio­nami, prze­krzy­wiona lekko w prawo, więc nie było widać jej sko­liozy. Pew­nie dla­tego żyrafa się wypro­sto­wała - pomy­ślał.

No, nie jest to Jelena, praw­dziwa rosyj­ska kobieta... no, nie jest, a szkoda. Przyj­rzał się uważ­niej. Cie­kawe, Gala ni­gdy nie śpi na brzu­chu - zadu­mał się, splótł dło­nie na ple­cach, wygiął ręce do tyłu, aż zatrzesz­czały mu stawy, postał tak chwilę i w ocze­ki­wa­niu na wschód słońca wró­cił do roz­my­ślań o Ami­nie.

Naj­pierw poja­wił się wyraźny, pło­nący sło­neczny kawa­łek i Jagan wie­dział już, że dzi­siaj będzie wyjąt­kowo piękny dzień i że powi­nien go god­nie przy­wi­tać. Nabrał powie­trza w płuca aż do ostat­niego pęche­rzyka, roz­ło­żył ręce w chry­stu­so­wym geście, uniósł wysoko pod­bró­dek, jakby stał w parad­nym szyku na placu Czer­wo­nym, i wydał z sie­bie prze­raź­liwy gar­dłowy krzyk skła­da­jący się z mocno prze­cią­gnię­tych i powta­rza­nych samo­gło­sek a, e, u i naj­dłu­żej wytrzy­ma­nej samo­gło­ski iiiiiii. Smok na ple­cach zje­żył się i wyprę­żył dziko, zado­wo­lony z poran­nej modli­twy i dumny z kolej­nego dnia straży nad świętą Rusią, w bra­ter­skim uści­sku z nie­śmier­tel­nym Jaga­nem...

- Andriu­sza! - Gala prze­rwała jego okrzyk na samo­gło­sce e. - Andriu­sza! Na litość boską! Ochu­ja­łeś? Jest sobota! Zoba­czysz, że cię zamkną w domu waria­tów, a ja wię­cej nie zostanę na noc...

Urwała, bo w tym samym momen­cie ode­zwało się co naj­mniej pięć pię­ter w bloku, infor­mu­jąc kalo­ry­fe­ro­wym tele­gra­fem, iden­tycz­nym na całym świe­cie: "Ciiiii­sza, kurwa", a za moment zza cien­kiej ściany jakiś ochry­pły męski głos cał­kiem wyraź­nie powtó­rzył tę frazę, akcen­tu­jąc mocno roz­cią­gniętą samo­gło­skę iiiii.

- Wsta­waj­tie, ludi ruskije - zamru­czał Jagan po swo­jemu z lekką zło­ścią i jak zbity pies wró­cił do łóżka. - Ludzie są głupi i nic nie rozu­mieją - stwier­dził z głę­bo­kim prze­ko­na­niem i wycią­gnął się obok Gali, zakła­da­jąc ręce pod głowę.

- Ależ oczy­wi­ście, Andriu­sza! - Pogła­dziła go deli­kat­nie po ogo­lo­nej na łyso gło­wie. - Oczy­wi­ście, że są głupi, tylko o tym nie wie­dzą, ale w taki spo­sób im tego nie wytłu­ma­czymy, staną się tylko jesz­cze głupsi, mój ty wojow­niku.

Pod­cią­gnęła się tro­chę wyżej, poło­żyła na nim swo­imi pier­siami a la Milla Jovo­vich i deli­kat­nie zaczęła cało­wać go po gło­wie, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, od lewej strony nad uchem i dalej w kie­runku czoła. Robiła to po raz pierw­szy, bo Jagan dopiero nie­dawno zde­cy­do­wał się na nowy wize­ru­nek, bez wło­sów.

Przy­jemne. Hm... chce mnie uspo­koić czy co? - pomy­ślał nie­pew­nie i zamknął oczy, ale wbrew temu, co pomy­ślał, poczuł, że smok sprę­żył się wyjąt­kowo mocno, jak jesz­cze ni­gdy wcze­śniej, więc nie miał wyj­ścia i podą­żył za jego wezwa­niem. Naj­pierw wes­tchnął głę­boko i zaraz potem wyszep­tał na wstrzy­ma­nym wde­chu: Uch żesz ty, Galuszka moja... - pro­sto w jej ucho, bo wła­śnie prze­miesz­czała się z poca­łun­kami do jego pra­wej skroni, którą miał bar­dziej wraż­liwą.

Rosyj­skie słońce wysu­nęło się już całe znad Uralu i zatrzy­mało w oknie pokoju na dzie­wią­tym pię­trze domu przy ulicy Kra­sno­dar­skiej, wypeł­nia­jąc wnę­trze inten­sywną czer­wie­nią, jak jakiś luk­su­sowy bur­del. Jagan i Gala, sple­ceni w miło­snym uści­sku, nawet tego nie zauwa­żyli, ale na pewno spodo­bałby im się ten obraz, cho­ciaż był nie­praw­dziwy. Gali pew­nie bar­dziej, prze­cież stu­dio­wała malar­stwo.

5

- Mamy poważne prze­słanki, by uznać, że ostat­nia pod­ziemna próbna eks­plo­zja ładunku ato­mo­wego w Korei Pół­noc­nej... w isto­cie - Gor­don wyraź­nie daw­ko­wał napię­cie - była tech­niczną próbą małego ładunku... ale nie kore­ań­skiego, tylko irań­skiego.

- Ta z szes­na­stego? - zapy­tał Kon­rad z nie­do­wie­rza­niem.

- Tak. Wła­śnie ta.

- No to ład­nie! Zna­czy, że mają już bombę? - sko­men­to­wał wia­do­mość szef. - Ale dla­czego w Korei? Prze­cież mogli u sie­bie...

- Przy­go­to­wa­nia do prób­nej eks­plo­zji w Ira­nie nie dałyby się ukryć przed Mosa­dem i ozna­cza­łoby to de facto natych­mia­stowe ude­rze­nie Izra­ela, a tak kon­tro­lo­wany prze­ciek agen­tu­ralny wkom­po­no­wuje się w ich stra­te­gię prze­cią­ga­nia sprawy, jak to robią dotąd z Szóstką i MAEA, aż do momentu, kiedy będą mogli ogło­sić, że posia­dają broń jądrową i zamie­rzają doko­ny­wać wła­snych prób. Wtedy będzie już za późno - tłu­ma­czył Gor­don.

- Inte­li­gentni Irań­czycy, nie­bez­pieczny prze­ciw­nik, można było ich o to podej­rze­wać - włą­czył się Kon­rad. - Czyli komu­ni­kują światu: "Nie mamy bomby, ale tak jak­by­śmy ją mieli. Co teraz zro­bi­cie, zależy od was". Chiń­czycy i Rosja­nie przy­kle­pią sta­tus quo...

- Wła­ści­wie to tylko jedno mocar­stwo ato­mowe wię­cej w regio­nie, mógłby ktoś powie­dzieć, i z punktu widze­nia Rosjan nic się nie zmieni. Dla nich ważne jest utrzy­ma­nie sank­cji na Iran, wtedy rosyj­ski gaz ma mniej­szą kon­ku­ren­cję w Euro­pie.

- Zresztą jeżeli my wiemy, jak mówisz, Geo­rge, to Rosja­nie wie­dzą o tym już dawno i nic nie zro­bili, by powstrzy­mać Irań­czy­ków... prze­rwać ich współ­pracę z KRL-D.

- Takiej pew­no­ści nie mamy - odpo­wie­dział wezwany do tablicy Gor­don. - Brak jest też danych wywia­dow­czych z Moskwy na ten temat. Oczy­wi­ście, że rosyj­ski wywiad ma naj­więk­sze moż­li­wo­ści w Ira­nie, ale co Kreml wie, pew­no­ści nie mamy. Nasz pre­mier nie zrobi nic prze­ciwko Rosja­nom bez twar­dych dowo­dów, że wie­dzieli o irań­skiej broni ato­mo­wej. Pra­cu­jemy nad tym mocno i CIA też, ale wole­li­by­śmy, żeby Rosja zacho­wała dzie­wic­two, bo ina­czej skru­szy się obecny porzą­dek poli­tyczny i trzeba będzie pod­jąć dzia­ła­nia repre­syjne wobec Moskwy. Komu to potrzebne?

- Skąd wie­cie, że to nie dez­in­for­ma­cja? Wspólna zagrywka Kore­ań­czy­ków i Irań­czy­ków? - zapy­tał szef.

- Ależ oczy­wi­ście, że to może być wspólna zagrywka, tyle że nie dez­in­for­ma­cja, lecz inspi­ra­cja. Korea z bro­nią ato­mową w zasięgu Japo­nii, a być może nie­długo i USA, to poważny pro­blem dla świata, a jesz­cze Iran na doda­tek - to już kata­strofa. Dla Pjon­gjangu irań­ska bomba ato­mowa ozna­cza ratu­nek dla reżimu, bo odsuwa zagro­że­nie od ich pro­gramu i gra­nic. Bez wspar­cia Rosji i Chin nic nie zro­bimy, nie mamy tyle sił. Oni nic by nie stra­cili, a musia­łoby nastą­pić nowe roz­da­nie kart na świe­cie i legi­ty­mi­za­cja obu reżi­mów. A co potem...? Bóg raczy wie­dzieć!

- Z jakiego źró­dła pocho­dzi ta infor­ma­cja? - zapy­tała Magda.

- Infor­ma­cja pocho­dzi od podwój­nego agenta irań­skiego, któ­rego pro­wa­dzimy od kilku lat i dosko­nale wiemy, że jest nie­ofi­cjal­nym kana­łem łącz­no­ści z gene­ra­łem Sawa­hem...

- Sze­fem wywiadu Straż­ni­ków Rewo­lu­cji - wtrą­cił Kon­rad.

- Wła­śnie z nim - potwier­dził Gor­don. - Dosko­nale wiemy, co chciał nam powie­dzieć, prze­ka­zu­jąc tę infor­ma­cję, i dla­czego. Wię­cej, według naszej oceny Irań­czycy mają praw­do­po­dob­nie wystar­cza­jącą ilość wzbo­ga­co­nego uranu, by zbu­do­wać dwa kolejne małe ładunki...

- O kurwa! - wyrwało się Mag­dzie, ale wszy­scy pomy­śleli to samo i zale­gła cisza.

- Nie­moż­liwe! - zaczął Kon­rad. - Skąd wzię­liby tyle wzbo­ga­co­nego uranu, prze­cież nie z Natanz. Nie­moż­liwe, Geo­rge! - zakoń­czył ude­rze­niem dłoni w stół.

- Podaj mi ten doku­ment, Guy... - Gor­don się­gnął po kartkę leżącą przed Peter­so­nem, zało­żył oku­lary i przez chwilę czy­tał, po czym zdjął je, poło­żył równo przed sobą i spoj­rzał na Kon­rada. - Prze­kaz od gene­rała Sawaha to jedno i przy odro­bi­nie nie­fra­so­bli­wo­ści mogli­by­śmy potrak­to­wać go jako dez­in­for­ma­cję. MOIS i służby Straż­ni­ków Rewo­lu­cji mają wyjąt­kowo zdol­nych ofi­ce­rów wywiadu i pra­wie trzy tysiące lat doświad­cze­nia, nauki i tra­dy­cji. Hm... - Gor­don uśmiech­nął się tajem­ni­czo. - Per­so­wie... Ale wyciek od Sawaha plus coś jesz­cze i mamy dzi­siej­szy pro­blem, z któ­rym przy­je­cha­łem. Pamię­tasz tę infor­ma­cję, którą uzy­ska­li­śmy w ramach "Mer­ku­rego" od Tra­visa i Vegi w ubie­głym mie­siącu? - zwró­cił się do Kon­rada. - O zamó­wie­niach wzmoc­nio­nych pro­fili beto­no­wych na Ukra­inie i w Chi­nach do budowy metra tehe­rań­skiego...

- Nie bar­dzo... było tego sporo... Aaaa... cze­kaj! Te infor­ma­cje z firmy Ghu­zbeh, pod­wy­ko­nawcy Tehe­ran Metro Com­pany? Pamię­tam, ale to stare zamó­wie­nia... z dwa tysiące pią­tego roku bodaj - wtrą­cił natych­miast Kon­rad, lecz już się domy­ślał, do czego Gor­don zmie­rza. - Więc?

- To, o czym powiem, wie tylko MI6 i... teraz Agen­cja Wywiadu, ale wkrótce trzeba będzie poin­for­mo­wać o tym wszyst­kich sojusz­ni­ków w NATO. Przy odro­bi­nie wyobraźni i swo­bod­nej oce­nie dowo­dów infor­ma­cja o pro­fi­lach ze spe­cjal­nie utwar­dza­nej stali może być naj­waż­niej­sza od czasu pierw­szej próby jądro­wej ZSRR. Wygląda na żart, jed­nak nim nie jest. To infor­ma­cja prze­ło­mowa i jeśli się potwier­dzi, świat już nie będzie taki sam. - Gor­don oparł się na przed­ra­mio­nach i wychy­lił głę­boko do przodu. Jego podłużna, tro­chę koń­ska głowa wysu­nęła się z cie­nia, jakby reży­ser chciał powie­dzieć: patrz­cie, oto boha­ter dra­matu, słu­chaj­cie go teraz uważ­nie.

- Ach... to przy­pa­dek! - ode­zwał się szef. - Mamy takich nie­spo­dzia­nek pew­nie wię­cej w sza­fach. Trzeba tylko poszu­kać - dodał z mie­sza­niną iro­nii i skry­tego zawsty­dze­nia, bo długo sprze­ci­wiał się pro­jek­towi "Mer­kury", a szcze­gól­nie wysła­niu do Iranu Tra­visa i Krupy, uzna­jąc jed­nego za nie­zrów­no­wa­żo­nego psy­chicz­nie, dru­giego za gro­te­sko­wego Bia­ło­ru­sina, a obu razem za nie­szczę­ście i zagro­że­nie dla Pol­ski.

W grun­cie rze­czy miał tro­chę racji, bo fak­tycz­nie było to mocno ryzy­kowne przed­się­wzię­cie, a szef sta­rał się bar­dzo gor­li­wie reali­zo­wać inten­cje pre­miera i nie stwa­rzać kra­jowi nie­po­trzeb­nych pro­ble­mów. Dla dobra pre­miera i swo­jego wła­snego, jak uwa­żał.

- Tra­vis i Vega spi­sali się wyśmie­ni­cie. - Gor­don zigno­ro­wał gene­rała. - To wybitni ofi­ce­ro­wie i to oni pierwsi zazna­czyli w mate­ria­łach z firmy Ghu­zbeh, że liczba zamó­wio­nych i dostar­czo­nych pro­fili jest mocno zasta­na­wia­jąca. Wska­zali nam kie­ru­nek i dzięki ich pro­fe­sjo­na­li­zmowi i wraż­li­wo­ści wie­dzie­li­śmy, gdzie szu­kać, a to naj­waż­niej­sze, bo "pod latar­nią naj­ciem­niej" - dorzu­cił po pol­sku. - Panie gene­rale! - zwró­cił się do szefa. - Panie gene­rale! Myślę, że powin­ni­śmy im podzię­ko­wać w imie­niu obu naszych służb, a wkrótce pew­nie całej naszej spo­łecz­no­ści, choć odkry­cie samo w sobie jest smutne. - Gor­don zawsze trzy­mał klasę i wie­dział, co i kiedy powie­dzieć, ale tym razem miał szcze­gólny inte­res, by dwu­krot­nie użyć ulu­bio­nego zwrotu szefa "panie gene­rale". - Mie­li­śmy rów­nież infor­ma­cje z innego źró­dła, które moni­to­ro­wało budowę schro­nów pod Tehe­ra­nem przy oka­zji prac nad nową linią metra numer sie­dem. Oka­zało się po szcze­gó­ło­wych obli­cze­niach, że budowa schro­nów i samego metra nie mogła pochło­nąć wię­cej niż połowę dostar­czo­nych ele­men­tów. Przy­po­mi­nam, że były to spe­cjalne pro­file do kon­struk­cji pod­ziem­nych, odporne na wstrząsy tek­to­niczne. Na Ukra­inie uzy­ska­li­śmy szcze­gó­łowe dane tech­niczne tych pro­fili. Nasi spe­cja­li­ści wyli­czyli, że można byłoby z nich zbu­do­wać tunel o dłu­go­ści około trzech kilo­me­trów. Taka boczna linia miała być pro­jek­to­wana, ale w dwa tysiące pią­tym roku zni­kła z pla­nów metra, cho­ciaż prace w linii głów­nej są pro­wa­dzone. W takim tunelu można usta­wić trzy tysiące wiró­wek. Od koń­co­wej sta­cji tej linii do pod­nóża gór są tylko dwa kilo­me­try. Dziel­nica nazywa się Kan, a sta­cja Szah­ran.

- Rze­czy­wi­ście. - Kon­rad poki­wał głową, a szef poszedł za jego przy­kła­dem. Magda sie­działa nie­po­ru­szona. - I łatwo ukryć zasi­la­nie - dodał.

- Co wię­cej! Na budo­wie linii numer sie­dem pra­cuje bar­dzo nowo­cze­sna maszyna TBM. Czyli Irań­czycy byliby w sta­nie wybu­do­wać oddzielny tunel znacz­nie szyb­ciej i zatrud­nia­jąc mniej ludzi... ergo utrzy­mu­jąc to przed­się­wzię­cie w tajem­nicy - cią­gnął Gor­don. - Gdyby tunel został wyko­pany odpo­wied­nio głę­boko, to nasze pomiary drgań ziemi spo­wo­do­wa­nych przez trzy tysiące nowo­cze­snych wiró­wek IR-3mn nic by nie dały, bo natu­ralne zakłó­ce­nia tła w Tehe­ra­nie są tak wyso­kie, że sej­smo­somy nic by nie wyka­zały. Obser­wa­cja sate­li­tarna w gęsto zabu­do­wa­nym mie­ście z cią­głym smo­giem też na nie­wiele się zda. Docho­dzi do tego dobra obrona prze­ciw­lot­ni­cza na wypa­dek nie­spo­dzie­wa­nego ataku i ele­ment psy­cho­lo­giczny...

- Obawy przed bom­bar­do­wa­niem w gęsto zalud­nio­nym i ści­śle zabu­do­wa­nym mie­ście - dopo­wie­działa Magda.

- Genial­nie pro­ste! - włą­czył się szef. - Czy to moż­liwe?

- To wcale nie jest nowy pomysł - ode­zwał się Kon­rad. - Kon­cep­cję mogli pod­su­nąć Irań­czy­kom Kore­ań­czycy albo ją po pro­stu sko­pio­wali. Pod Pjon­gjan­giem sporo jest takich insta­la­cji. Ile tuneli wyko­pali pod gra­nicą z Połu­dniem? Zresztą Kore­ań­czy­kom pomysł sprze­dali kie­dyś Rosja­nie.

- Tak... tak, wiemy i o tym... - Gor­don nie dokoń­czył, bo szef rzu­cił kolejne pyta­nie.

- A jak z wstrzą­sami sej­smicz­nymi w Tehe­ra­nie?

- To mia­sto cią­gle drży, a Irań­czycy już dawno opa­no­wali tech­no­lo­gię budowy insta­la­cji pod­ziem­nych. Cho­ciażby metro... prze­cież działa bez zakłó­ceń - wyja­śnił jakby na odczep­nego, bo szef wywiadu powi­nien takie rze­czy wie­dzieć, i dodał: - Irań­ska Orga­ni­za­cja Dzie­dzic­twa Naro­do­wego od dawna twier­dzi, że wibra­cje, jakie powo­duje metro, nisz­czą zabytki w Tehe­ra­nie.

- No dobrze, Geo­rge! - Kon­rad uniósł lekko głos. - Ale gdzie ta wojna, z którą przy­je­cha­łeś? - Spoj­rzeli na sie­bie. - My oczy­wi­ście też sporo wiemy, cho­ciaż jeste­śmy małą służbą wywia­dow­czą. Dużo dowia­du­jemy się od was i innych naszych przy­ja­ciół, ale mamy swój rozum i roze­zna­nie. Jeste­śmy w sta­nie wyobra­zić sobie, co dla świata ozna­cza fakt, że dwa archa­iczne i sprzę­żone w stra­chu reżimy nagle mają dostęp do broni ato­mo­wej. Byli­by­śmy w sta­nie wam uwie­rzyć, nawet gdy­by­ście twier­dzili, że zbliża się armada zie­lo­nych lud­ków, wrogo do nas nasta­wiona. My nie wiemy, czy świat jest dobry, czy zły. To nie nasza sprawa. Musimy rze­tel­nie infor­mo­wać swo­ich poli­ty­ków, co się dzieje. Może u was to jest łatwiej­sze z uwagi na tak zwane oko­licz­no­ści, ale u nas nie tak bar­dzo. Takie pro­ste słowo jak "wojna" nie zna­czy tego samego nad Tamizą i nad Wisłą, a jesz­cze zupeł­nie coś innego w Moskwie czy Tehe­ra­nie. - Kon­rad pró­bo­wał dyplo­ma­tycz­nie zasy­gna­li­zo­wać, że pol­ski rząd może mieć pro­blemy ze ziden­ty­fi­ko­wa­niem stanu zagro­że­nia, za to pol­ski Sejm w ogóle nic z tego nie zro­zu­mie i znaj­dzie oka­zję do wojny, ale tylko pol­sko-pol­skiej.

Wła­ści­wie to i tak pro­blem pana gene­rała, by poin­for­mo­wać pre­miera o dzi­siej­szym spo­tka­niu - pomy­ślał. No... i w tym pew­nie, kurwa, naj­więk­szy pro­blem.

- Więc o jakiej woj­nie mówisz, Geo­rge? - Pod­niósł głos w taki spo­sób, aby Gor­don zro­zu­miał, że powi­nien teraz mówić do szefa, i to takim języ­kiem, by ten mógł póź­niej powtó­rzyć wszystko pre­mie­rowi, nie­ko­niecz­nie o wstrzą­sach sej­smicz­nych w Tehe­ra­nie. - Spo­tka­nie jest nagry­wane, więc warto mówić języ­kiem pre­cy­zyj­nym i pryn­cy­pial­nym, zarówno dla histo­rii, jak i... dla pro­ku­ra­tora. - Od razu pomy­ślał o Sarze, więc uniósł się jesz­cze bar­dziej. - Więc co, do kurwy nędzy, rząd Jej Kró­lew­skiej Mości chce nam zako­mu­ni­ko­wać? Jaką wojnę?

Gor­don uśmiech­nął się sze­roko i szcze­rze. Zresztą Kon­rad nie ocze­ki­wał niczego innego, bo wie­dział, że Geo­rge rozu­mie, o co cho­dzi, ina­czej nie użyłby mało angiel­skiego, ale bar­dzo pol­skiego zwrotu "panie gene­rale".

- Zaufa­nie mię­dzy naszymi wywia­dami jest ważne... nawet bar­dzo ważne - zaczął Gor­don. - Ale na końcu zawsze trzeba powie­dzieć: spraw­dzam. I jak rozu­miem i znam cię, po pro­stu spraw­dzasz! Czy tak? - Prze­rwał i spoj­rzał na szefa, który chrząk­nął i wydął usta na znak, że on też spraw­dza. - To bar­dzo pro­fe­sjo­nalne, jeśli mogę tak powie­dzieć w tym gro­nie, nikogo nie obra­ża­jąc. - Gor­don tra­fił jed­nym strza­łem szefa i Kon­rada, bo wytknął im brak zaufa­nia i małost­ko­wość, co w obli­czu takiego pro­blemu jak Iran wyda­wało się jesz­cze bar­dziej niepro­fe­sjo­nalne.

Wła­ści­wie Kon­rad mógł zacze­kać z tym pyta­niem i nie wpla­tać w nie jed­no­cze­śnie "kurwy nędzy" i "Jej Kró­lew­skiej Mości". Żaden wywiad na świe­cie nie wyciąga prze­cież trąbki bojo­wej tylko dla­tego, że uzy­skał infor­ma­cje od podwój­nego agenta, a ana­li­tycy wykryli jakieś braki w pro­fi­lach beto­nowo-sta­lo­wych. Mimo to dla Kon­rada było jasne, że Anglik musi jesz­cze uzu­peł­nić obraz stanu zagro­że­nia, by szef mógł łatwiej wyja­śnić sprawę, komu trzeba. W końcu inte­res Pol­ski jest naj­waż­niej­szy, cza­sem waż­niej­szy niż angiel­ska galan­te­ria - wytłu­ma­czył sobie Kon­rad.

- Ależ, Geo­rge! Prze­cież mamy do sie­bie zaufa­nie... pełne... - wtrą­cił pryn­cy­pial­nie, szcze­rze i naiw­nie szef.

Gor­don nie zare­ago­wał, tylko od razu prze­szedł do rze­czy.

- Uzy­ska­li­śmy potwier­dzoną infor­ma­cję, cho­ciaż sygnały mie­li­śmy już wcze­śniej, że firmy przy­kry­ciowe MOIS i Pas­da­ranu od ponad roku inten­sy­fi­kują wypro­wa­dza­nie kapi­tału z Iranu i... na całym świe­cie sku­pują w mniej­szych par­tiach ogromne ilo­ści leków i środ­ków opa­trun­ko­wych z typo­wego pakietu wojen­nego... w tym środki neu­tra­li­za­cji skut­ków dzia­ła­nia broni bio­lo­gicz­nej i che­micz­nej

- Jasne! - prze­rwał mu Kon­rad. - Przy­go­to­wują się na wojnę...

- Raczej na ude­rze­nie powietrzne... Rodzaj gro­ma­dzo­nych medy­ka­men­tów świad­czy o oba­wie dużych strat wśród lud­no­ści cywil­nej. Jed­nostki Straż­ni­ków Rewo­lu­cji i armii są dobrze zabez­pie­czone od strony medycz­nej. Podob­nie jak infor­ma­cje, które uzy­skali Tra­vis i Vega w spra­wie pod­ziem­nego ośrodka wzbo­ga­ca­nia uranu, to kolejny dowód... pośredni... na to, gdzie są ulo­ko­wane ich naj­bar­dziej wraż­liwe obiekty.

- Zakła­dają, że pew­nie dużo wiemy - włą­czyła się Magda. - Prze­cież nikt nie będzie ata­ko­wał Iranu bro­nią abc... chyba że cho­dzi o skutki ude­rze­nia na ich ośrodki badaw­cze i składy... zakłady che­miczne w zachod­nim Tehe­ra­nie.

- Otóż to! - pod­su­mo­wał Geo­rge. - Tehe­ran to pięt­na­ście milio­nów ludzi i ude­rze­nie z powie­trza w jakiś skład, powiedzmy, tabunu będzie przed­sta­wione jako uży­cie broni che­micz­nej przez napast­nika. Cały świat to zoba­czy... resztę wie­cie... media, opi­nia publiczna i Rosja po pro­stu nas roz­szar­pią.

Zale­gła cisza. Jak w praw­dzi­wej kryp­cie.

- I sprawa ostat­nia. Naj­waż­niej­sza - ode­zwał się Gor­don. - Jeżeli te infor­ma­cje, które przed­sta­wi­łem, uzy­ska Izrael... o ile już ich nie ma, a tak czy ina­czej to tylko kwe­stia czasu... to wiemy, że dokona nalotu na Iran, a Biały Dom już to zaak­cep­to­wał. Pre­zy­dent uza­leż­nił swoją decy­zję od twar­dego dowodu i teraz ten dowód leży na ziemi... trzeba go tylko pod­nieść i Izra­el­czycy zro­bią to bez wąt­pie­nia. Wkrótce. Ude­rzą też oczy­wi­ście na Hezbol­lah i Hamas, a od strony Syrii nic im chwi­lowo nie grozi.

- Prze­cież Dagan i inni byli sze­fo­wie Mosadu są prze­ciwni akcji zbroj­nej wymie­rzo­nej w Iran - wtrą­cił szef.

- Rząd Jej Kró­lew­skiej Mości też uważa, że naloty na Iran niczego nie roz­wiążą, jedy­nie pogor­szą sytu­ację i dopro­wa­dzą do nasi­le­nia kon­fliktu w całym regio­nie, prak­tycz­nie do stanu wojny... wystar­czy, że zablo­kują Ormuz, i mamy gotowy kry­zys świa­towy. Nie poin­for­mo­wa­li­śmy jesz­cze Ame­ry­ka­nów o naszych, tak to nazwijmy, odkry­ciach, ale na luto­wym posie­dze­niu w Bruk­seli nie będziemy mogli tego dłu­żej ukry­wać. Ważne jest przy tym, żeby wypra­co­wać w ramach soju­szu wspólne sta­no­wi­sko poli­tyczne o powstrzy­ma­niu się od jakiej­kol­wiek zewnętrz­nej akcji zbroj­nej wobec Iranu, wpły­nąć na Izrael i pozwo­lić służ­bom spe­cjal­nym dzia­łać od środka. Wielka Bry­ta­nia liczy na Pol­skę - zakoń­czył pro­sto i czy­tel­nie swoje prze­sła­nie Geo­rge Gor­don i było już jasne, po co przy­je­chał do Pol­ski, i to na dwa dni przed Bożym Naro­dze­niem.

- Jak wywiady dobrze pra­cują, to wojny są nie­po­trzebne - dorzu­cił Kon­rad, uzu­peł­nia­jąc myśl Geo­rge'a. - Mamy ude­rzyć od środka? Czy dobrze cię zro­zu­mia­łem? - I z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową.

- Tak - odparł Gor­don.

- Jak? - zapy­tał Kon­rad, ale pomy­ślał o czymś zupeł­nie innym. - Geo­rge, cała wasza poli­tyka wobec Iranu jest do dupy. Dla­czego nie chce­cie ich zro­zu­mieć? Spro­wa­dzi­cie nie­szczę­ście na ten kraj i na nas wszyst­kich. Nie wolno poni­żać dum­nego narodu, który ma swoje ambi­cje.

- Mamy gotową kon­cep­cję, wyjąt­kowo nie­kon­wen­cjo­nalną. Zaraz po świę­tach, ale jesz­cze przed Nowym Rokiem, nasz pre­mier chciałby zapro­sić do swo­jego domu pod Lon­dy­nem pre­miera Pol­ski, pana, panie gene­rale, i mini­stra spraw zagra­nicz­nych na kon­sul­ta­cje i omó­wie­nie szcze­gó­łów. Ważne, by spo­tka­nie odbyło się bez wie­dzy naszych amba­sad i z zacho­wa­niem ści­słej tajem­nicy. - Zawie­sił na moment głos, spoj­rzał na Kon­rada i rzu­cił z deli­kat­nym uśmie­chem: - Cie­bie chyba nie musimy spe­cjal­nie zapra­szać? - I znów zwró­cił się do szefa: - Chcie­li­by­śmy, by Pol­ska i Wielka Bry­ta­nia na posie­dze­niu Grupy Pla­no­wa­nia Nukle­ar­nego wspól­nie zapre­zen­to­wały pro­gram dzia­łań wobec Iranu. Mamy zatem czas do początku lutego i stąd ten pośpiech.

- Za chwilę skon­tak­tuję się z pre­mie­rem i mini­strem spraw zagra­nicz­nych. - Szef wyda­wał się auten­tycz­nie poru­szony.

- Przy­szedł czas dla wywia­dów... może naj­waż­niej­szy od upadku Związku Sowiec­kiego - oświad­czył spo­koj­nie Geo­rge Gor­don i nie było w tym żad­nego patosu, wszy­scy czuli tak samo, to było oczy­wi­ste. - Jeżeli my nie damy rady, to będzie... wojna.

W kryp­cie po raz drugi zale­gła mar­twa cisza. Spo­śród zebra­nych Kon­rad znał Geo­rge'a naj­le­piej i wie­dział, że Union Jack, JKM i jej mary­narka to znaki towa­rowe, dla któ­rych ten gotów był poświę­cić życie, i to bez zwłoki, zarówno wła­sne, jak i innych. Kon­rad też miał swoje pol­skie znaki towa­rowe, dla któ­rych bez waha­nia gotów był poświę­cić Geo­rge'a i sie­bie. To nie była spe­cjal­nie skom­pli­ko­wana i kar­ko­łomna szpie­gow­ska etyka, to było oczy­wi­ste, ale na co dzień nikt nie zaprzą­tał sobie tym głowy.

Geo­rge jest pod pre­sją, to widać... źle go oce­ni­łem - pomy­ślał Kon­rad i gło­śno dodał:

- Jeste­śmy ofi­ce­rami wywiadu i to my musimy infor­mo­wać poli­ty­ków, jak ten świat wygląda, nawet jeśli trzeba im tłu­ma­czyć, aż zro­zu­mieją... choć wszy­scy wiemy, że z ich per­cep­cją jest bar­dzo róż­nie. Według infor­ma­cji od naszych z Tehe­ranu Al-Kuds ma w Euro­pie i Ame­ryce ponad pięć tysięcy uśpio­nych dywer­san­tów samo­bój­ców. Niech tylko połowa ruszy do akcji. Iran to nie będzie ani Afga­ni­stan, ani Irak, ani nawet jeden i drugi razem wzięte.

- O nie! Nie chcemy wojny i musimy jej unik­nąć za wszelką cenę. Nie wolno nam powtó­rzyć błędu irac­kiego - wtrą­cił twardo Gor­don. - I tym razem nie możemy pozwo­lić, by nami mani­pu­lo­wano. Nasze infor­ma­cje ni­gdy nie są stu­pro­cen­towo pewne, ale są praw­dziwe, nawet jeśli nie­pełne, nie­do­koń­czone. Taki para­doks. Dla­tego infor­ma­cję wywia­dow­czą można popra­wiać i uzu­peł­niać w nie­skoń­czo­ność, choćby po to, by stwier­dzić, jak dalece jest nie­praw­dziwa. Para­doks numer dwa. - Geo­rge wyraź­nie się roz­luź­nił.

Dopiero teraz wszy­scy w kryp­cie zdali sobie sprawę, o czym tak naprawdę mówią, a wła­ści­wie - o czym mówi Gor­don.

- To co robimy, Geo­rge? Od czego zaczy­namy? - Kon­rad instynk­tow­nie wyszedł z ini­cja­tywą, pró­bu­jąc się zre­ha­bi­li­to­wać za swoje poranne zacho­wa­nie.

- Poroz­ma­wiamy o ope­ra­cji "Mer­kury", póź­niej o pew­nej spra­wie w Szwe­cji, którą przy oka­zji trzeba pil­nie zała­twić. Mamy z kole­gami ze Sztok­holmu pewien deli­katny pro­blem - odparł Gor­don. - Ale naj­pierw poroz­ma­wiajmy o naszych boha­te­rach, Tra­vi­sie i Vedze. To teraz naj­waż­niej­sze. Oni nawet nie zdają sobie jesz­cze sprawy, co zro­bili, i nie wie­dzą, co ich czeka. Dużo... bar­dzo dużo od nich będzie zale­żało. Uru­cho­mi­li­śmy już całą naszą agen­turę na kie­runku irań­skim, ale klu­czową rolę w nad­cho­dzą­cym mie­siącu powinni ode­grać wła­śnie Tra­vis i Vega. W nich nadzieja. - Ostat­nie słowa wypo­wie­dział z lek­kim pato­sem, ale nie było w nich żad­nego fał­szu.

Cza­sami aż trudno uwie­rzyć, jak patos może być auten­tyczny w naszym biz­ne­sie - pomy­ślała Magda, która miała za sobą nie­jedną ostrą robotę w Afga­ni­sta­nie, więc o pato­sie wie­działa sporo i wcale jej nie śmie­szył.

- W takim razie zróbmy prze­rwę przed drugą czę­ścią spo­tka­nia - zako­mu­ni­ko­wał szef i pod­niósł się z fotela. - Pójdę zadzwo­nić do pre­miera. Wydaje się, że nie mamy dużo czasu. Czyż nie, Geo­rge?

Wszy­scy wstali i szef opu­ścił salę. Kon­rad dotknął fili­żanki i stwier­dził, że jest zimna.

Zadzi­wia­jące. Nikt nie tknął kawy, tylko szef wypił swoją her­batę jabł­kową - pomy­ślał.

Gor­don poło­żył mu rękę na ramie­niu.

- Będziemy mieć dużo pracy, Radeczku - powie­dział po pol­sku. - Co z Sarą? Bez niej nie damy chyba rady, co? - zapy­tał z wyraźną tro­ską w gło­sie. - Mam poroz­ma­wiać... z nim? - wska­zał głową na pusty fotel.

- Nie, Geo­rge! - odparł Kon­rad. - Jeżeli sam tego nie zro­zu­mie i nie powie jej, że popeł­nił błąd, to Sara nie wróci. I nie wystar­czy zamie­ce­nie sprawy pod dywan tylko dla­tego, że świat może zapło­nąć i aku­rat ona jest potrzebna. Została zra­niona nie­od­wra­cal­nie, ale wie, komu służy... Oni... - spoj­rzał na pusty fotel - przy­cho­dzą i odcho­dzą, a my zosta­jemy...

- I razem z nami wszyst­kie pro­blemy tego świata - wtrą­cił Gor­don.

- Eeech... Geo­rge! Daj już spo­kój, to nie Pall Mall.

Kon­rad uśmiech­nął się pogod­nie, bo zro­zu­miał, że Sara rze­czy­wi­ście musi wró­cić. I nie jest ważne, czy dosta­nie satys­fak­cję od szefa, prze­pro­siny pod krysz­ta­ło­wym żyran­do­lem od pre­zy­denta i pre­miera albo nawet awans. Taka rana zosta­nie już na zawsze, ofi­cera wywiadu wła­sne pań­stwo nie może bez­kar­nie skrzyw­dzić. Sara jed­nak wróci, bo nikt za nią nie wykona tej roboty, a Tra­vis i Vega gotowi są pod­pa­lić dla niej świat, Tehe­ran też. Nawet jeśli na ten temat nie roz­ma­wiali, to wszy­scy tak czuli. Kon­rad wie­dział o tym naj­le­piej, bo znał swo­ich ludzi. W końcu sam ich wybrał. Choć w przy­padku Sary nie był już taki pewny, kto kogo wybrał, bo nie­któ­rzy uwa­żali, że to ona wybrała jego.

- Czy dobrze cię zro­zu­mia­łem? Co to za deli­katna sprawa do zała­twie­nia w Szwe­cji? - zapy­tał, żeby zmie­nić temat. - Znowu Szwe­cja? To nie­sa­mo­wite, nie sądzisz? Jakieś fatum... prze­zna­cze­nie czy co?

I obaj się roze­śmiali. Po raz pierw­szy tego dnia.

6

Inspek­tor Gun­nar Selan­der ze sztok­holm­skiej poli­cji przy­je­chał dwa­dzie­ścia pięć po dru­giej.

W "reak­to­rze" haka­ton nabrał już peł­nego roz­pędu. Wokół sły­chać było stu­ka­nie setek pal­ców po kla­wia­tu­rach, a w powie­trzu wyczu­wało się wir­tu­alne napię­cie mię­dzy ludźmi i kom­pu­te­rami.

Nie było w tej chwili dru­giego takiego miej­sca na świe­cie i wła­śnie takie wra­że­nie odno­sił Selan­der, który w towa­rzy­stwie dwóch potęż­nych poli­cjan­tów w mun­du­rach prze­ci­skał się mię­dzy sto­li­kami, krze­słami, leża­kami i mate­ra­cami, oku­po­wa­nymi przez wypo­sa­żo­nych w lap­topy hake­rów. Widok mun­du­ro­wych na uła­mek sekundy wyry­wał ich z transu, nie­któ­rzy pod­no­sili znad moni­to­rów zamglony wzrok, palce zamie­rały w powie­trzu, lecz po chwili wszy­scy znów zanu­rzali się w matrik­sie. Poli­cjanci tutaj nie mogli być realni.

Funk­cjo­na­riu­sze zostali przed drzwiami, a Selan­der wszedł do biura Antona.

- Nazy­wam się Gun­nar Selan­der i jestem inspek­to­rem sztok­holm­skiej poli­cji. Har­riet Ber­ghen? - zapy­tał, wycią­ga­jąc dłoń.

- Tak, to ja - odparła z widoczną ulgą.

- Mógł­bym zoba­czyć jakiś dowód toż­sa­mo­ści? Niech pani usią­dzie - zamru­czał i sam usiadł pierw­szy.

- Oczy­wi­ście... tak, tak...

Zaczęła nie­zdar­nie prze­szu­ki­wać kie­sze­nie, zanim po pra­wie minu­cie drżą­cymi pal­cami podała mu dowód.

- A pan kim jest? - zwró­cił się do niskiego blon­dyna przed trzy­dziestką, w oku­la­rach, sto­ją­cego obok niej.

- Tove Hult­svik - odparł zapy­tany i natych­miast wrę­czył poli­cjan­towi swój dowód. - Jestem współ­or­ga­ni­za­to­rem tego haka­tonu i przy­ja­cie­lem Antona.

- Niech pan zaczeka za drzwiami. - Inspek­tor spra­wiał wra­że­nie ocię­ża­łego i zaspa­nego.

Gun­nar Selan­der nale­żał do naj­by­strzej­szych poli­cjan­tów w woje­wódz­twie sztok­holm­skim. Kula wystrze­lona dwa lata wcze­śniej przez pew­nego Rosja­nina w hotelu w Sol­nie uszko­dziła mu krę­go­słup i od tej pory miał kło­poty z lewą nogą, która wyraź­nie opóź­niała się za prawą, i skład­nym wysła­wia­niem, choć wszy­scy sądzili, że stał się po pro­stu mało­mówny. Natura jed­nak nie zna próżni i tamte braki wyrów­nała wyostrze­niem zmy­słów i inte­li­gen­cji.

Pobyt w szpi­talu spra­wił, że Gun­nar wyglą­dał teraz na sześć­dzie­siąt lat, cho­ciaż dopiero dobie­gał pięć­dzie­siątki, co było odwrot­no­ścią powszech­nej w Szwe­cji zasady, że czło­wiek wygląda na mniej, niż ma. Na doda­tek ode­szła od niego żona, która ocią­gała się z decy­zją przez ostat­nie pięć lat. Z powo­dów zdro­wot­nych prze­stał marzyć o łodzi i rej­sie na Lofoty oraz na zawsze zre­zy­gno­wał z gry w poli­cyj­nej dru­ży­nie uni­ho­keja, ale nie z kibi­co­wa­nia.

Cier­piał na bez­sen­ność, mało mówił, nie pił kawy, mógł się poszczy­cić suk­ce­sami w zakła­dach V75 na wyści­gach kłu­sa­ków i chęt­nie brał nocne dyżury. Wszy­scy go lubili za kole­żeń­stwo, siłę woli, dobre typy w obsta­wia­niu gonitw i wyjąt­ko­wego nosa do roz­wią­zy­wa­nia naj­trud­niej­szych spraw. Selan­der stał się nie­za­stą­pio­nym poli­cjan­tem.

Sprawa, w jakiej przy­je­chał teraz na KTH, była wła­śnie jedną z tych, do któ­rych potrzeba poli­cjanta o spe­cjal­nych pre­dys­po­zy­cjach śled­czych, kogoś na wzór Becka, Wal­lan­dera i Falka w jed­nym. I Gun­nar Selan­der wła­śnie taki był, a wła­ści­wie był od nich lep­szy, bo praw­dziwy.

Dotąd sądził, że po spra­wie Gar­bi­nowa już nic gor­szego nie może mu się przy­da­rzyć, ale był w błę­dzie. Ta przed­świą­teczna, mroźna noc miała stać się wyjąt­kowa w całej histo­rii jego poli­cyj­nej służby.

- Jest pani ofi­ce­rem FRA? - zapy­tał, nawet nie patrząc na Har­riet, jakby wcale go nie inte­re­so­wało, z kim roz­ma­wia.

- Tak.

- To pani zło­żyła zawia­do­mie­nie?

- Tak.

- Musi pani wie­dzieć, że poli­cja nie przyj­muje zawia­do­mień o zagi­nię­ciu osób doro­słych od osób postron­nych wcze­śniej niż po dwóch dniach...

- Ale... - Har­riet pró­bo­wała coś powie­dzieć.

- Ależ oczy­wi­ście! - prze­rwał jej mało uprzej­mie. - Sprawa jest wyjąt­kowa, bo doty­czy ofi­ce­rów FRA. Bez­pie­czeń­stwo pań­stwa. Wiem, wiem... - Pod­niósł wyżej głowę i spoj­rzał na Har­riet sen­nym wzro­kiem. - Pro­szę opo­wie­dzieć wszystko po kolei, od początku. Co się stało?

- Anton Młot... zna­czy Anton Pete­rius to mój przy­ja­ciel i kolega z pracy we FRA - zaczęła nie­pew­nie. - Przy­je­cha­łam tu... do niego... pora­dzić się w pew­nej oso­bi­stej spra­wie...

- O któ­rej pani przy­je­chała i w jakiej spra­wie? - prze­rwał jej.

- Mogło być przed dwu­dzie­stą trze­cią... myślę... Aaaa... wła­śnie zaczy­nał się haka­ton.

- Spraw­dzimy. Pro­szę dalej - mru­czał Selan­der. - W jakiej spra­wie pani przy­je­chała?

- Czy to ważne? - obru­szyła się Har­riet. - Szu­kaj­cie Antona! - pod­nio­sła głos. - Coś musiało się stać!

- To ważne! - stwier­dził sucho poli­cjant. - Musimy wie­dzieć, od czego zacząć, nim ścią­gniemy tu poli­cję z całego mia­sta. - Zawie­sił głos, uznaw­szy, że prze­sa­dził z iro­nią, i po chwili dodał: - Chcemy pomóc, ale musimy wszystko wie­dzieć.

- Nie mogę ujaw­nić, w jakiej spra­wie przy­je­cha­łam - odparła zde­cy­do­wa­nie.

- Mówiła pani, że to sprawa oso­bi­sta.

- Nooo tak... - Har­riet zaczęła się wahać. Poczuła się tro­chę zastra­szona, choć zupeł­nie nie­słusz­nie, bo Selan­der musiał zadać to pyta­nie. - I tak, i nie - ode­zwała się nie­pew­nie. - Ale o tym mogę mówić tylko przy swoim prze­ło­żo­nym. To, w jakiej spra­wie przy­je­cha­łam, nie ma prze­cież żad­nego związku ze znik­nię­ciem Antona. Mylę się?

- Tego nie wiem. Ale rozu­miem. To mi wystar­czy - wymru­czał bez prze­ko­na­nia Selan­der. - Zatem co się stało? Znik­nął Anton Pete­rius.

- Dostał tele­fon od jakie­goś Las­sego, że tam­ten zgu­bił swoją kartę do jakie­goś maga­zynu... a może o niej zapo­mniał - zaczęła tro­chę nie­skład­nie. - Pod­szedł tam... - wska­zała ręką. - Do tej szafki, o tam... cze­goś szu­kał, wyjął jakiś nie­bie­ski kar­to­nik...

- O któ­rej to było? Cały czas roz­ma­wiał z tym Las­sem przez tele­fon?

- Mogło być około wpół do dwu­na­stej... może za dwa­dzie­ścia. Tak. Trzy­mał słu­chawkę przy uchu. Chciał, żeby on tu przy­szedł, i nie był zado­wo­lony, że musi jechać na górę... Wziął kurtkę i wyszedł.

- Wziął kurtkę i wyszedł - powtó­rzył Gun­nar i rozej­rzał się wokół. - Czy ktoś zaglą­dał do tej szafki? - Wska­zał na zie­lony bufet. - Czy ktoś jej doty­kał? Pani prze­bywa w tym pomiesz­cze­niu cały czas, nie wycho­dziła pani stąd?

- Nikt nie doty­kał - odparła z prze­ko­na­niem. - Jestem tu cały czas. Nie wycho­dzi­łam stąd ani na chwilę. Tove przy­szedł pół godziny temu i też niczego nie doty­kał. On także nie wie, kto to jest Lasse. To nikt z orga­ni­za­to­rów haka­tonu. Panie inspek­to­rze, coś się musiało stać, ja to wiem... Coś złego!

- Skąd pani wie?

- Jego tele­fon nie tylko nie odpo­wiada, ale też nie ma sygnału. Spraw­dzi­łam to u nas, we FRA. Nasze tele­fony wypo­sa­żone są w spe­cjalne iden­ty­fi­ka­tory, które potra­fią zlo­ka­li­zo­wać apa­rat, nawet kiedy ma wyłą­czone zasi­la­nie...

- Tak, wiem. - Selan­der poki­wał głową, patrząc pod nogi. - Gdy tu jecha­łem, roz­ma­wia­łem z dyrek­to­rem Her­mans­so­nem i wszystko mi powie­dział. Anton Pete­rius nad­zo­ro­wał bez­pie­czeń­stwo na uczelni i kilka taj­nych pro­gra­mów nauko­wych. Sporo powo­dów, by znik­nąć. Za chwilę przy­je­dzie tu Linda Lund z Säpo. Zna ją pani?

- Tak, oczy­wi­ście! - ucie­szyła się Har­riet.

- To dobrze - odparł Selan­der sucho i nie dał po sobie poznać, że Linda to jego bli­ska przy­ja­ciółka i że to on ją ścią­gnął, od razu podej­rze­wa­jąc, iż może to być sprawa wykra­cza­jąca poza kom­pe­ten­cje poli­cji. Już przez tele­fon Linda opi­sała Har­riet jako odpo­wie­dzialną osobę, która jed­nak nie była wta­jem­ni­czona w zada­nia, jakie reali­zo­wał Anton.

Selan­der pod­niósł się ciężko i dopiero teraz zdjął zie­loną puchową kurtkę, odsła­nia­jąc przy­pięty do pasa stan­dar­dowy pisto­let Sig-Sauer P226. Daw­niej, przed postrza­łem, tem­pe­ra­turę odczu­wał nor­mal­nie, tak jak wszy­scy inni, ale po wyj­ściu ze szpi­tala cią­gle mu było zimno i nawet latem nosił grubą bie­li­znę. Leka­rze mówili, że ma uszko­dzony jakiś nerw, lecz z cza­sem ta dole­gli­wość powinna ustą­pić.

Powoli skie­ro­wał się do drzwi i wyszedł na zewnątrz. Har­riet widziała przez szybę, jak chwilę roz­ma­wiał z Tovem i poli­cjan­tem, po czym mun­du­rowy szybko się odda­lił. Pomy­ślała, że naresz­cie coś się dzieje. Przez moment wyda­wało jej się, że wszystko wokół jest jakieś nie­re­alne, a ona nie­po­trzeb­nie pod­nio­sła alarm, bo naj­bar­dziej nie­sa­mo­wite wypadki naj­czę­ściej mają bar­dzo pro­ste wytłu­ma­cze­nie. Poczuła nawet lekki nie­po­kój, że wszyst­kie kon­se­kwen­cje tego alarmu spadną na nią, a Anton będzie miał do niej pre­ten­sje, ale na widok wra­ca­ją­cego zgar­bio­nego inspek­tora Selan­dera i jego smut­nej twa­rzy pomy­ślała z prze­ra­że­niem, że Anton nie żyje, i sama nie wie­działa, skąd jej to nagle przy­szło do głowy.

Coś dziw­nego działo się wokół niej, ale nie potra­fiła zro­zu­mieć co, mimo to była nie­mal pewna, że znik­nię­cia Hasana w Ira­nie i Antona tu, w Sztok­hol­mie, muszą mieć ze sobą coś wspól­nego. Tajem­ni­cze znik­nię­cie dwóch bli­skich przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków nie może być przy­pad­kowe. Doszła do tego wnio­sku bez pomocy kabały, tylko na pod­sta­wie pro­stej oceny, zło­że­nia kilku fak­tów, ale przede wszyst­kim roz­pa­mię­tu­jąc słowa, które Anton rzu­cił, kiedy stał już w drzwiach. Chciał prze­cież powie­dzieć jej coś bar­dzo waż­nego. Wie­działa o tym dobrze.

Selan­der usiadł z tru­dem na fotelu i cicho jęk­nął, a Har­riet zaczęła się zasta­na­wiać, czy napo­mknąć mu o podej­rze­niach Antona co do znik­nię­cia Hasana, czy pocze­kać na Lindę. Zde­cy­do­wała, że poczeka, zwłasz­cza że Anton nie powie­dział wła­ści­wie niczego kon­kret­nego poza tym, że ma pewne podej­rze­nia, i wspo­mniał coś o CIA. W końcu Har­riet nie była już pewna, co dokład­nie usły­szała, i poczuła lekki zawrót głowy. To było ponad jej siły.

- Har­riet - ode­zwał się inspek­tor Selan­der - myślę, że sprawa, z którą pani przy­je­chała do Antona Pete­riusa, ma jakiś zwią­zek z jego znik­nię­ciem, ale pani oso­bi­ście może nie mieć z tym nic wspól­nego i ja to rozu­miem. Sprawa jest na pewno ważna, więc zacze­kamy na Lindę. Dobrze? Czuję w tym małym, pro­stym zda­rze­niu ogrom­nie dużo emo­cji. Jeżeli Pete­rius znikł nie z wła­snej woli, co w tych oko­licz­no­ściach jest bar­dzo praw­do­po­dobne, to z czy­jej? Aku­rat teraz, kiedy przy­szła pani w nocy z nie­cier­piącą zwłoki sprawą oso­bi­stą? On, orga­ni­za­tor tej imprezy?

Zadzi­wia­jące! - pomy­ślała Har­riet. Skąd on to wie? Czuję iden­tycz­nie.

Nagle otwo­rzyły się drzwi i do biura weszła z impe­tem Linda Lund, a za nią jakby zacią­gnęło śnie­giem. W zie­lo­nej czapce uszatce zapię­tej pod brodą, bia­łej pucho­wej kurtce, dżin­sach, czer­wo­nych weł­nia­nych ręka­wi­cach i żół­tych butach na wibra­mie wyglą­dała, jakby wra­cała z zimo­wego spa­ceru po Kiru­nie, a nie wcho­dziła do cie­płego pokoju w "reak­to­rze". Dziwny był to widok, bo Linda przy­je­chała prze­cież poli­cyj­nym radio­wo­zem.

- Jest minus dwa­dzie­ścia pięć na zewnątrz - od razu odpo­wie­działa na pyta­nie, które według niej powinno było paść, i zaczęła zdej­mo­wać czapkę.

Gdy została już tylko w gru­bym brą­zo­wym swe­trze z wiel­błą­dziej wełny, Selan­der pod­su­nął jej krze­sło i usia­dła naprze­ciwko Har­riet. Popa­trzyła jej pro­sto w twarz, na chwilę spu­ściła wzrok, zda­wało się, że wstrzy­mała oddech.

- Powie­dzia­łaś Anto­nowi o Hasa­nie? - zapy­tała bez­na­mięt­nie, ale Har­riet jakby nagle zmro­ziło. - Roz­ma­wia­łam z Her­mans­so­nem i wiem, że ci powie­dział. Nie dener­wuj się, nie ma czym. Dobrze zro­bił, bo wła­ści­wie to ja powin­nam cię poin­for­mo­wać. - Linda zauwa­żyła jej zdzi­wioną minę. - Wszystko w porządku. Nie dener­wuj się... - Nie dokoń­czyła i pogła­dziła Har­riet po dłoni. - Gdzie on może być? Czy Anton wyszedł w związku z tym, co usły­szał od cie­bie?

- O Boże! Ja nie wiem... - Har­riet była zasko­czona, że Linda pyta o takie szcze­góły, i od razu zro­zu­miała, że wszystko, co powie­działa przez tele­fon Her­mans­so­nowi, dotarło zaraz do Lindy Lund, a pew­nie i do Selan­dera, który z jakie­goś powodu pró­bo­wał z nią grać. - Nie, chyba nie... nie wiem... - plą­tała się zupeł­nie nie­po­trzeb­nie. - Na pewno nie. Skąd znowu?! - Nabrała nieco pew­no­ści sie­bie. - To był tele­fon od jakie­goś Las­sego. Mówi­łam to już panu inspek­to­rowi. Po tym tele­fonie Anton wyszedł, ale w jego zacho­wa­niu nie było niczego szcze­gól­nego.

- Powie­dzia­łaś mu, że Hasan znikł?

- Tak.

- A kiedy?

- Jak usły­sza­łam o tym od Her­mans­sona, kilka dni temu. - Pokrę­ciła deli­kat­nie głową, jakby cze­goś nie zro­zu­miała. - Co w tym...

- Anton był zasko­czony?

- Tak. Bar­dzo... bar­dzo się prze­jął... - Prze­rwała, bo otwo­rzyły się drzwi i do biura wszedł potężny poli­cjant w mun­du­rze.

- Gotowe, Gun­nar - oznaj­mił z zawo­dową obo­jęt­no­ścią.

- Dzię­kuję, Sten. - Inspek­tor pod­niósł się ciężko z fotela. - Idziemy do cen­trum moni­to­ringu KTH. To nie­da­leko stąd. Cały teren uczelni jest dobrze moni­to­ro­wany przez Secu­ri­tas i zaraz zoba­czymy, co się rze­czy­wi­ście stało. W pani cała nadzieja, Har­riet, i w tym mło­dym czło­wieku... tym... Tove, tak?

- Jak się czu­jesz, Gun­nar? - zapy­tała Linda, widząc gry­mas bólu na jego twa­rzy.

- Dobrze... jak śpię - odpo­wie­dział z lekką iro­nią.

Była za dzie­sięć trze­cia, kiedy wyszli z biura Antona. Pod drzwiami został drugi poli­cjant, a Linda, Har­riet, Gun­nar i Tove, pro­wa­dzeni przez olbrzyma, wyje­chali powolną starą windą na powierzch­nię. W Sztok­hol­mie było tej nocy rze­czy­wi­ście bar­dzo zimno i nad­zwy­czaj sucho. Piękna jasna noc, krysz­ta­łowe powie­trze, gwiaź­dzi­ste niebo i miło skrzy­piący śnieg pod nogami.

- Będzie dobra widocz­ność na nagra­niach - sko­men­to­wał Gun­nar, spo­glą­da­jąc w niebo, i nacią­gnął na czoło weł­nianą cza­peczkę, którą dzie­sięć lat wcze­śniej zro­biła mu była żona.

7

Amina sie­działa na desce wspar­tej na dwóch gła­zach i miękko opie­rała się o ścianę uło­żoną z ostrych gór­skich kamieni. Wysta­wiła twarz do gru­dnio­wego słońca, które w wyso­kim Kau­ka­zie miło przy­pie­kało.

Unio­sła głowę, zamknęła oczy i roz­pięła zie­loną ocie­planą woj­skową kurtkę, tak żeby pro­mie­nie sło­neczne mogły się pod nią wśli­zgnąć. Włosy spięła wysoko, ciemne oku­lary pod­cią­gnęła na czoło. Ręce oparła o spo­czy­wa­jący na jej kola­nach auto­mat AKS z celow­ni­kiem optycz­nym.

Z ławeczki pod domem można było zaj­rzeć na kilka kilo­me­trów w głąb wąwozu Huram i widzieć wszystko jak na dłoni. Strome zbo­cza zamy­kały per­spek­tywę i dawały pew­ność, że nikt nie­zau­wa­żony nie podej­dzie do aułu. Tu, na pogra­ni­czu Dage­stanu i Cze­cze­nii, byli u sie­bie w domu i zda­wało się, że sprzyja im każdy głaz, stru­mień, słońce i wiatr, jakby wybrał je dla nich sam Imam Sza­mil za dobrą radą Allaha.

W rze­czy­wi­sto­ści wybrał je Muha­me­dow, bo pocho­dził z pobli­skiej wsi Tar­han, więc wszy­scy oko­liczni górale to byli jego krewni z tego samego tejpu. We wsi pozo­stały kobiety i dumni starcy w bara­nich papa­chach, któ­rzy dla Muha­me­dowa i każ­dego bojow­nika byli solą, histo­rią, sym­bo­lem miło­ści do Kau­kazu i god­no­ści Waj­na­chów. To było jego tery­to­rium i nikt nie miał tutaj wstępu bez jego zgody. Słusz­nie mógłby ktoś pomy­śleć, że chce zacho­wać to miej­sce takim, jakie jest, wyłącz­nie dla sie­bie, zazdro­sny o jego piękno i histo­rię. Muha­me­dow wie­dział jak wszy­scy, że wraz ze star­cami z Tar­hanu na zawsze znik­nie to jedno miej­sce, które tylko Allah uko­chał bar­dziej od niego.

Sytu­acja mogła się jed­nak zmie­nić w każ­dej chwili, bo to był prze­cież śro­dek Kau­kazu. Tu, w górach, o wszyst­kim decy­do­wały zawsze związki kla­nowe, ale od pew­nego czasu inte­resy finan­sowe w Gro­znym czy Machacz­kale były jesz­cze waż­niej­sze. Dla­tego naj­lep­szą ochroną w razie nie­spo­dzie­wa­nej zmiany sytu­acji będzie jesz­cze przez jakiś czas dobrze nasma­ro­wany rosyj­ski auto­mat AKS z celow­ni­kiem optycz­nym i bez­pieczne miej­sce, takie jak auł Tar­han.

- Jedzie - ode­zwał się Isa, rzu­cił nie­do­pa­lo­nego papie­rosa i podał lor­netkę Ami­nie, która ospale wycią­gnęła rękę, wciąż wysta­wia­jąc twarz do słońca, jakby miała korzy­stać z niego ostatni raz.

Dwa kilo­me­try od nich, u wylotu doliny, poja­wiły się w bia­łym kadrze dwa ciemne punkty. Amina przy­ło­żyła lor­netkę do oczu i przez dłuż­szą chwilę obser­wo­wała jadące z dużą pręd­ko­ścią samo­chody.

- Daj im znać - zwró­ciła się do towa­rzy­sza, pod­nio­sła się z ławeczki i zaczęła zapi­nać kurtkę.

Isa zarzu­cił auto­mat na ramię i wyjął krót­ko­fa­lówkę.

- Jedzie. Wszy­scy w goto­wo­ści na swo­ich sta­no­wi­skach. Pil­no­wać mi każ­dego barana i kozy. Zro­zu­mieli?

Puścił przy­cisk i z gło­śnika wydo­był się cha­rak­te­ry­styczny szum, a w nim głosy:

- Tak, koman­dir! Zro­zu­mia­łem. Tak jest.

Amina popra­wiła ubra­nie i nie­dbale prze­wie­siła auto­mat przez ramię.

- Jak z tobą, Isa? W porządku? - zapy­tała i pchnęła go lekko pię­ścią w pierś.

- Jestem gotowy - odparł.

- Kocham cię, ale to, co się sta­nie dzi­siaj, mój miły, jest ponad to, co do sie­bie czu­jemy. Rozu­miesz? - Amina spoj­rzała na Isę z odro­biną miłej, szel­mow­skiej zło­śli­wo­ści w oczach.

- Naj­pierw zosta­łem twoim mężem, wcze­śniej niż... - pró­bo­wał sko­men­to­wać jej pyta­nie.

- Mia­łam rodzi­ców, któ­rych stra­ci­łam, mia­łam trzech braci, któ­rych kocha­łam nad życie... dwóch zgi­nęło, a Rustam sie­dzi w szwedz­kim wię­zie­niu...

- Amino... - prze­rwał jej. - Moja uko­chana... ja prze­cież też za nimi tęsk­nię...

- Mia­łam swo­jego dai-kabira, któ­remu ofia­ro­wa­łam życie. A jed­nak są sprawy waż­niej­sze niż miłość i śmierć. Oni wszy­scy już nie żyją, a ja? A ty? Jeste­śmy tu dla naszej misji i ta odro­bina miło­ści, jaką do podziału dał nam Allah, jest tylko ziem­skim złu­dze­niem. Więc korzy­stajmy z niej... póki czas. - Pode­szła do Isy, szczu­płego męż­czy­zny około trzy­dziestki, w polo­wym mun­du­rze, o sil­nych kau­ka­skich rysach, szkli­stych oczach i sil­nym zaro­ście, unio­sła się na pal­cach i poca­ło­wała go w usta.

Objęli się mocno, aż ich auto­maty ude­rzyły o sie­bie z głu­chym chrzę­stem, jaki może wydać tylko kałasz­ni­kow. Amina wie­działa, że gdy Isa złoży przy­sięgę, nie będzie już miała na niego wyłącz­no­ści. Ani nawet pierw­szeń­stwa. Isa wstąpi do Braci Czy­sto­ści, a to droga bez powrotu. Zro­biło się jej żal Isy Doga­jewa, uko­cha­nego męża i dziel­nego wojow­nika, który prze­szedł naj­cięż­sze boje z nie­wier­nymi, a któ­rego teraz wypa­trzył sobie Allah. I kiedy trzy­mał ją tak mocno, iż ledwo doty­kała sto­pami ziemi, pomy­ślała, że chcia­łaby zgi­nąć pierw­sza.

Nie zasłu­ży­łam na takie cier­pie­nie... po raz trzeci.

Poczuła, że do oczu cisną się jej łzy.

- Oby Naj­wyż­szy zli­to­wał się nade mną. Inszal­lah - wyszep­tała i nie bez trudu wyzwo­liła się z uści­sku Isy.

Za chwilę miał się zja­wić Muha­me­dow, dai-kabir Wyso­kich Gór, i nie powi­nien zauwa­żyć u niej nawet naj­mniej­szego śladu sła­bo­ści czy nie­pew­no­ści. Podej­rze­nia ozna­czają śmierć, a prze­cież nie ma takiej kobiety, która potra­fi­łaby ukryć w swo­ich oczach blask miło­ści. Tym bar­dziej przed kimś takim jak Muha­me­dow.

Dwa bliź­nia­cze gra­na­towe fordy expe­di­tion z ciem­nymi szy­bami i bez nume­rów reje­stra­cyj­nych zaje­chały z impe­tem przed dom, zata­cza­jąc koła w prze­ciwne strony, jakby to było jakieś auto­ro­deo. Kiedy się zatrzy­mały, wysko­czyli z nich czte­rej ochro­nia­rze z auto­ma­tami. Wyglą­dali pro­fe­sjo­nal­nie i bojowo.

W 2001 roku oddział rosyj­skiego spec­nazu wybił w górach pra­wie całą rodzinę Muha­me­dowa i więk­szość jego oddziału. Od tego czasu nikt obcy nie miał szans nawet się do niego zbli­żyć. Tak to wyglą­dało z zewnątrz, ale wszy­scy w oddziale, Amina i Isa też, wie­dzieli, że Muha­me­dow ma teraz z Rosja­nami spe­cjalne rela­cje. Mimo to jeź­dził dwoma samo­cho­dami, bo w każ­dej chwili rakieta z drona mogła nie­po­strze­że­nie zakoń­czyć tę współ­pracę. Wojna o Kau­kaz prze­szła na inny poziom i Muha­me­dow to rozu­miał, podob­nie jak Kady­row i kilku waż­nych ziom­ków w Moskwie. Pozor­nie pro­sty układ kau­ka­ski był w rze­czy­wi­sto­ści nie do roz­gry­zie­nia dla nikogo, kto nie uro­dził się Waj­na­chem.

- Salam alej­kum - powie­dział Muha­me­dow, wysia­da­jąc z samo­chodu.

Ubrany był jak zawsze w gra­na­towy gar­ni­tur i białą koszulę bez kra­wata. Spra­wiał raczej wra­że­nie wło­skiego mafiosa niż bojow­nika o sprawę, ale nikt nie mógł zaprze­czyć, że pre­zen­to­wał się dobrze. Nie nosił już broni ani polo­wego mun­duru, w któ­rym wyglą­dał dostoj­nie i bojowo. Sta­ran­nie ogo­lony, włosy zacze­sy­wał mod­nie do tyłu. To był jego nowy strój masku­jący, nikt jed­nak nie wąt­pił, że jeśli zaj­dzie potrzeba, natych­miast powróci do swo­jej praw­dzi­wej wer­sji.

- Alej­kum salam - odpo­wie­działa Amina, a Isa zaraz po niej.

Muha­me­dow naj­pierw przy­wi­tał się z Aminą, obej­mu­jąc ją jak męż­czy­znę, a dopiero potem z Isą. W słońcu było cie­pło, ale i tak za zimno, żeby nie zmarzł w samym gar­ni­tu­rze. Mimo to nie skie­ro­wał się do domu, lecz wyjął z kie­szeni papie­rosy i poczę­sto­wał Isę. Przy­pa­lił jemu pierw­szemu, a potem sobie. Prze­chy­lił głowę na prawą stronę i zmru­żył lewe oko, jakby mie­rzył z pisto­letu. Widać było, że jest w dobrym nastroju.

- Jak poszło, Amino? - zapy­tał.

- Wła­ści­wie bez pro­ble­mów - odparła.

- Wła­ści­wie?

- Było tro­chę kło­po­tów na gra­nicy, ale potem wszystko poszło dobrze.

- Tro­chę kło­po­tów?

- Na gra­nicy syryj­skiej zgi­nął mały Ami. - Spu­ściła pokor­nie głowę.

- A reszta?

- Dotar­li­śmy do Ram Dża­bal bez prze­szkód. Samir cze­kał na nas w umó­wio­nym miej­scu... tam gdzie poprzed­nio - cią­gnęła ze wzro­kiem utkwio­nym we wła­snych sto­pach. - Po przej­ściu na drugą stronę mały Ami się odda­lił i zgi­nął od zabłą­ka­nej kuli. Tak mówili... Nawet nie wiemy, kiedy i jak to się stało. Przy­nie­śli go jacyś chłopcy z oko­licy. Twier­dzili, że zna­leźli ciało na dro­dze. Nie mam poję­cia, skąd wie­dzieli, że był z nami...

- Oni tam u sie­bie wszystko wie­dzą - wtrą­cił Isa.

- Ami dostał w czoło z sie­dem sześć­dzie­siąt dwa i wywa­liło mu tył głowy.

- Miej­scowi czy rzą­dowi?

- Samir twier­dził, że woj­ska tam nie było... - zaczęła Amina.

- Nie­ważne już - prze­rwał jej Muha­me­dow. - Nie usta­limy tego. - Zacią­gnął się głę­boko, przy­trzy­mał dym w płu­cach i po chwili wypu­ścił go cienką strużką w dół. - Chodźmy. Opo­wiesz mi wszystko po kolei... - Spoj­rzał na Isę. - Potem będzie twoja kolej. Jesteś gotowy, żoł­nie­rzu? - Uśmiech­nął się lekko, rzu­cił papie­rosa pod nogi i poło­żył Isie rękę na ramie­niu. - Jest gotowy? Jak z nim, Amino?

- To mój mąż... efendi - odpo­wie­działa z nie­ukry­waną pokorą, dając jasno do zro­zu­mie­nia, że fidai taka jak ona nie mogła wziąć sobie part­nera nie­god­nego czci Braci Czy­sto­ści.

Nim weszli do domu, Isa oddał swoją krót­ko­fa­lówkę dowódcy ochrony. Pię­trowy kamienny budy­nek z zada­szo­nym tara­sem, kryty bla­chą fali­stą poma­lo­waną na nie­bie­sko, nie wyróż­niał się niczym szcze­gól­nym wśród innych sto­ją­cych w aule Tar­han.

Wewnątrz roz­grzany meta­lowy pie­cyk lekko kop­cił z nie­szczel­nego komina, ale nie było nic czuć, bo dym ucie­kał przez dach. Usie­dli za sto­łem przy­kry­tym starą ceratą w kwia­towe nie­gdyś wzory. Muha­me­dow prze­cią­gnął po niej dło­nią i stwier­dził, że jest ide­al­nie czy­sta, ani śladu brudu i kurzu.

To dobrze! Fidai musi dbać o porzą­dek myśli i uczuć, tylko wtedy można mu zaufać - pomy­ślał z ledwo odczu­walną satys­fak­cją.

Amina zdjęła ciemne oku­lary, a kurtkę rzu­ciła na tabo­ret. Posta­wiła na stole dwie szklanki w tan­det­nych rosyj­skich niklo­wych koszycz­kach i stary meta­lowy czaj­nik z miej­scową zio­łową her­batą.

Isa usiadł na ławie pod ścianą, zdjął weł­nianą czapkę, roz­piął kurtkę i poło­żył na kola­nach swój auto­mat. Amina posta­wiła szklankę na ławie obok niego. Sama usia­dła na skrzy­pią­cym ze sta­ro­ści krze­śle po lewej stro­nie dai-kabira, tak by widzieć jed­no­cze­śnie Isę. Muha­me­dow poło­żył przed sobą papie­rosy Marl­boro, a na nich złotą zapal­niczkę, przy­su­nął bli­żej sie­bie popiel­niczkę zro­bioną z kawałka lot­ni­czego alu­mi­nium, z krzy­wym napi­sem "CCCP" na ran­cie i wydra­paną nie­zdar­nie twa­rzą czło­wieka pod­pi­saną cyry­licą - "Гагарин".

Zapa­dła cisza i wyda­wać się mogło, że sły­chać było tylko mocne, równe ude­rze­nia trzech serc i spo­kojne, mia­rowe odde­chy. Jakby za chwilę miał wejść Timur Mucu­ra­jew i wykrzy­czeć swój Kau­kaz, cho­ciaż Isa wolałby pew­nie Uwa­żaj, Rosjo, idziemy!, którą nie­ustan­nie fał­szo­wał.

Amina wie­działa, czuła całym swoim pora­nio­nym ser­cem, że w cze­czeń­skich pie­śniach jest wielka siła, groźna jak surowe góry, nie­złomna jak wojow­nicy Kau­kazu, ale wie­działa też, że moc zwy­cię­stwa kryje się wyłącz­nie w modli­twie, walce i bez­względ­nym poświę­ce­niu. Dla­tego naj­czę­ściej lubiła nucić Modli­twę mudża­he­dina, choć robiła to tak, by nikt jej nie usły­szał.

W Cze­cze­nii w grun­cie rze­czy nie jest ważne, co śpiewa Mucu­ra­jew, ważne, żeby śpie­wał.

- Do gra­nicy libań­sko-syryj­skiej dotar­li­śmy bez naj­mniej­szych prze­szkód. Szejk Ahmed z dzie­więć­set dru­giego oddziału oka­zał się nie­zwy­kle pomocny, cho­ciaż nasza dzie­siątka mocno rzu­cała się w oczy. Dostar­czył nas na czas w umó­wione miej­sce, ale nie mogli­śmy przejść na drugą stronę, bo aku­rat roz­ło­żył się tam oddział wojsk syryj­skich i musie­li­śmy cze­kać do zmroku.

- Dosta­li­ście od Ahmeda broń? - zapy­tał Muha­me­dow.

- Tak. Pięć AK... jeden nie­sprawny, i po cztery zapasy amu­ni­cji...

- Skąpy Ahmed! - skwi­to­wał. - I jak tu pra­co­wać z wywia­dem Hezbol­lahu! - Uśmiech­nął się i zapa­lił papie­rosa. - Dalej!

- Prze­szli­śmy na drugą stronę i wtedy Ami odda­lił się od oddziału. Cze­ka­li­śmy na niego do świtu i chcie­li­śmy już iść, bo Samir się nie­cier­pli­wił... i tak byli­śmy mocno spóź­nieni, wtedy go przy­nie­śli... - Prze­rwała na chwilę i dodała: - Pocho­wali go miej­scowi w Ram Dża­bal.

Muha­me­dow odło­żył tlą­cego się papie­rosa na twarz Gaga­rina, wstał i zło­żył dło­nie do modli­twy, a za nim Amina i Isa, któ­remu z łosko­tem upadł na zie­mię auto­mat.

- Allah akbar - powie­dział z zamknię­tymi oczami i wygło­sił pięć­dzie­siąty szó­sty wer­set z sury Jonasz: - "On daje życie i spro­wa­dza śmierć, i do Niego zosta­nie­cie spro­wa­dzeni". Inszal­lah.

Amina i Isa powtó­rzyli za nim Inszal­lah i wszy­scy usie­dli, a Muha­me­dow z powro­tem wziął papie­rosa.

To nie była typowa modli­twa za zmar­łego muzuł­ma­nina, ale Muha­me­dow, cho­ciaż był dai-kabi­rem, słabo orien­to­wał się w zasa­dach islamu, a Amina nie śmiała mu prze­ry­wać. Ni­gdy nie potra­fił dobrać wer­setu odpo­wied­niego do sytu­acji, dla­tego jego poboż­ność przy­bie­rała cza­sami mało dostojny cha­rak­ter, momen­tami nawet śmieszny, a Koran wcale nie jest śmieszny, jest piękny. Draż­niło to Aminę, była jed­nak jego fidai, a on jej dai-kabi­rem. Ale może wła­śnie z tego powodu tak czę­sto wspo­mi­nała Safira as-Salama, swo­jego poprzed­niego prze­wod­nika, który tak pięk­nie pro­wa­dził modli­twę, cho­ciaż był pol­skim kon­wer­tytą.

- Samir zabrał nas pół­cię­ża­rówką. Do Ar-Rastan jecha­li­śmy cały dzień, cho­ciaż to było mniej niż pięć­dzie­siąt kilo­me­trów, ale musie­li­śmy omi­nąć Hims, gdzie sie­działo woj­sko, i korzy­stać z bocz­nych dróg. Dwa razy ktoś nas ostrze­lał z dużej odle­gło­ści, ale nie wie­dzie­li­śmy kto i nie reago­wa­li­śmy. Raz zatrzy­mali nas ludzie Ahrar asz-Szam, ale prze­pu­ścili bez prze­szkód. - Amina wyraź­nie zaczęła się roz­krę­cać, mówiła powoli, jasno, bez zbęd­nych słów i emo­cji. - Samir miał przy­go­to­wany dla nas noc­leg w Ar-Rastan, gdzieś na skraju mia­sta. Rano przy­szedł z pię­cioma bojow­ni­kami zakry­tymi kefi­jami i ich dowódcą, jakimś Uda­jem. Ten powie­dział, że jest komen­dan­tem w Ar-Rastan. Nie byli do nas dobrze nasta­wieni. Samir wytłu­ma­czył mi, że sytu­acja się zmie­niła i w mie­ście rzą­dzi teraz Bry­gada Al-Hakk z Hims. Komen­dant w ogóle nie chciał gadać z kobietą. Kiedy powie­działam mu, że jestem tylko prze­wod­ni­kiem, zro­bił się bar­dziej roz­mowny...

- Co? Myślał, że jesteś dowódcą oddziału? - wtrą­cił Muha­me­dow. - To sala­fici prze­cież.

- Samir powie­dział mi na boku, że Husajn zgi­nął dzień wcze­śniej i teraz dowo­dzi Udaj. Wyja­śni­łam mu wtedy, że jeste­śmy cze­czeń­skim oddzia­łem spe­cjal­nym, przy­sła­nym na pod­sta­wie poro­zu­mie­nia mię­dzy Syryj­ską Armią Powstań­czą a Emi­ra­tem Kau­kazu, i pro­szę o kon­takt ze szta­bem, z gene­ra­łem Azi­zem. Zaczął mnie wypy­ty­wać... kto... co i takie tam, ale powie­działam mu, żeby się pospie­szył, i jakby się zre­flek­to­wał. Wziął krót­ko­fa­lówkę i zaczął kogoś wywo­ły­wać... wyszedł na zewnątrz.

- Dali wam jeść... napić się?

- Tak. Samir jest w porządku. Oddany spra­wie...

- Fidai. - Muha­me­dow uśmiech­nął się zna­cząco.

- Nie wie­dzia­łam.

- To dobrze.

- Oczy­wi­ście... oczy­wi­ście - powtó­rzyła, ale poczuła się tro­chę nie­swojo. Mógł mi prze­cież powie­dzieć, pomy­ślała. - Koło połu­dnia przy­je­chał z ludźmi od Aziza ten sam... ten... - zawa­hała się. - No, nie pamię­tam...

- Nie­ważne.

- Ten sam co poprzed­nio... wiesz, ten bez dwóch pal­ców... no ten, co mówi po rosyj­sku.

- Wiem... Ahmad.

- Zabrał wszyst­kich naszych do busa. Podzię­ko­wał. Pro­sił, żeby cię pozdro­wić, powie­rzył nas opiece Allaha, i tyle. Do Bej­rutu wró­ci­łam bez prze­szkód. To wszystko - zakoń­czyła rela­cję z trze­ciego trans­portu kau­ka­skich bojow­ni­ków do Syrii.

Odkąd Muha­me­dow zgo­lił brodę, zdjął mun­dur polowy i wło­żył gar­ni­tur, wszy­scy w oko­licy wie­dzieli już, że walka o wol­ność Kau­kazu przy­brała nową formę, ale nie każ­demu się to podo­bało. Wielu bojow­ni­ków nie potra­fiło zaadap­to­wać się do nowej rze­czy­wi­sto­ści i Muha­me­dow dobrze to rozu­miał, więc wysy­łał ich tam, gdzie trwał jakiś dżi­had, gdzie byli potrzebni i mogli zaro­bić. Dobrze też wie­dział, że nie wszy­scy jechali tam tylko z misją duchową. Nie trzeba być spe­cjal­nie zdol­nym, by jedną rzecz sprze­dać dwa razy, a zaro­bić nawet trzy - uwa­żał Muha­me­dow i był w tym dobry, nawet lep­szy niż w strze­la­niu z gra­nat­nika RG-6. Ten talent odkrył w sobie, odkąd zaczął się spo­ty­kać i robić inte­resy z puł­kow­ni­kiem Wia­cze­sła­wem Anto­no­wi­czem Rublo­wem z jed­nostki Ługa 52 GRU, która nie ist­niała nawet na papie­rze. Choćby z tego tylko powodu nie było lep­szego part­nera do biz­nesu.

- Okej! - ode­zwał się po chwili mil­cze­nia. - Czyli wszystko w porządku - skon­sta­to­wał sam do sie­bie. - Dobrze... bar­dzo dobrze... no to świet­nie... - Ostat­nie słowa wymru­czał i z nie­za­pa­lo­nym papie­ro­sem w pal­cach odpły­nął myślami gdzieś daleko poza szczyty Kau­kazu.

Amina widziała to w jego oczach, ale Isa już nie, bo sie­dział na ławie przy oknie i zawzię­cie skro­bał pal­cem po maga­zynku auto­matu, jakby chciał wydra­pać na nim swoje imię.

- Dobrze - ode­zwał się w końcu Muha­me­dow i przy­pa­lił papie­rosa. - Mam dla was zada­nie spe­cjalne. Dzi­siaj Isa... - na dźwięk swo­jego imie­nia bojow­nik natych­miast się oży­wił - zosta­nie przy­jęty jako fidai do Braci Czy­sto­ści i od tego momentu sta­nie się czę­ścią naszej jed­no­ści i bra­tem w ocze­ki­wa­niu na Mah­diego. - Muha­me­dow wstał, a Amina i Isa pode­rwali się w ślad za nim. - Obrońcą Ala­mutu. Zasłu­żył? - skie­ro­wał pyta­nie do Aminy, uno­sząc zabaw­nie brwi i prze­chy­la­jąc na bok głowę. - No jak... Amina? Zasłu­żył?

Wie­działa, że Muha­me­dow się z nią dro­czy, i wcale jej się to nie podo­bało, bo walka w sze­re­gach Braci Czy­sto­ści wyma­gała cał­ko­wi­tego poświę­ce­nia życia i nie było miej­sca na żarty. Safir dobrze to rozu­miał, a Muha­me­dow jakby cza­sami zapo­mi­nał, kim jest.

- Prze­cież wiesz, dai-duacie, że Isa i ja... - wydu­siła z sie­bie z tru­dem, bo peszył ją swoim zacho­wa­niem - że znamy się od dziecka... jest moim mężem... z woli Naj­wyż­szego.

- Wiem, wiem... Amino. - Poło­żył jej rękę na ramie­niu jak sta­remu żoł­nie­rzowi i chciał coś jesz­cze powie­dzieć, ale prze­rwał, jakby celowo zgu­bił wątek, zawa­hał się. - Oczy­wi­ście. Oczy­wi­ście, że tak - powtó­rzył chłodno. - Zacze­kaj­cie tutaj - dodał, pocią­gnął mocno papie­rosa i wyszedł z domu, wypusz­cza­jąc za sobą dym.

Amina i Isa stali na środku pomiesz­cze­nia, tak jak ich zosta­wił, trzy metry od sie­bie, i nie wie­dzieli, czy mają usiąść, czy stać, robić coś, roz­ma­wiać ze sobą, cze­kać na niego... Zacho­wa­nie Muha­me­dowa było dla Aminy depry­mu­jące i czuła, że jej ocze­ki­wa­nia i emo­cje roz­mi­jają się z tym, co chciał jej prze­ka­zać. A może to ona nie potra­fiła wła­ści­wie odczy­tać jego prze­sła­nia... o ile w ogóle jakieś było.

Patrzyła teraz na Isę, pogod­nego i nie­świa­do­mego jej roz­te­rek, który stał dum­nie wypro­sto­wany, jak wykuty w gra­ni­to­wej skale, wierny Muha­me­do­wowi i pełen miło­ści do Allaha. Widząc go takim roz­bra­ja­jąco pięk­nym, doszła do wnio­sku, że jest jed­nak prze­wraż­li­wiona albo przy­naj­mniej nie powinna myśleć w ten spo­sób. Muha­me­dow był prze­cież jej dai-kabi­rem.

Minęło pół minuty, kiedy otwo­rzyły się drzwi i do domu wszedł Muha­me­dow ze sporą skrzynką w rękach. Była nieco mniej­sza niż skrzynka na gra­naty, zie­lona, zro­biona z jakie­goś two­rzywa, i musiała ważyć co naj­mniej pięć kilo. Na bokach miała ruchome sta­lowe uchwyty, oku­cia na kan­tach i zamknięta była na dwa dziwne, rolowe zatrza­ski. Amina ni­gdy takiej nie widziała.

Muha­me­dow posta­wił skrzynkę ostroż­nie na stole i poło­żył na niej obie ręce, jakby chciał spraw­dzić, czy jest cie­pła. Miał natchniony wyraz twa­rzy. Amina i Isa przy­bli­żyli się do stołu.

- To jest archi­wum naszej misji... - zaczął spo­koj­nie, bez żad­nej emfazy. - Może powi­nie­nem nawet powie­dzieć, że to nasze serce... Braci Czy­sto­ści, i testa­ment Raszida ad-Din Sinana, niech Allah ma go w swo­jej opiece...

- Allah akbar - powtó­rzyli.

- W tej skrzyni znaj­dują się doku­menty, które, jeśli Bóg pozwoli, pomogą nam w wiel­kiej syn­te­zie i poru­szą świat, usta­wią go na wła­ści­wym miej­scu... i... - Widząc zasko­czone twa­rze Aminy i Isy, Muha­me­dow uśmiech­nął się tajem­ni­czo. - Nie. Nie ma w niej żad­nych magicz­nych przed­mio­tów, lampy Ala­dyna ani haseł dla Ali Baby... cho­ciaż? - Prze­chy­lił głowę. - W tych doku­men­tach uwię­zione są dusze poko­leń wojow­ni­ków Ala­mutu i nadzieja na powrót Mah­diego.

Amina patrzyła, zasko­czona jego unie­sie­niem i ład­nym, poetyc­kim, pra­wie kora­nicz­nym języ­kiem, i poczuła, że Muha­me­dow, mimo wyglądu kau­ka­skiego żigo­laka, wyzwo­lił w niej wła­śnie jakieś nowe, nie­znane jej dotąd uczu­cie. Wcze­śniej­sze obawy zro­biły się nagle śmieszne, nie­do­rzeczne i zni­kły gdzieś w prze­szło­ści.

- Znaj­dują się tu doku­menty. Niby zwy­kłe papiery, ale zapi­sane są na nich infor­ma­cje, które dadzą Bra­ciom Czy­sto­ści wspar­cie w ich wiel­kiej misji i, jeśli Bóg pozwoli, pomogą wyzwo­lić narody Kau­kazu. - Prze­rwał i po chwili dodał: - Albo pogrążą nas w otchłani pie­kiel­nej i po tysiącu lat zginą na zawsze Ichwan as-Safa. Dla­tego... Amino, nie będziesz na razie jeź­dzić do Syrii, bo wraz z Isą i waszym oddzia­łem musisz chro­nić tę skrzy­nię. Będzie­cie straż­ni­kami dzie­dzic­twa Ala­mutu. - Uśmiech­nął się na widok coraz sze­rzej otwie­ra­ją­cych się oczu Aminy i ust Isy. - Ona nie może dostać się w obce ręce, a nikt nie ochroni jej lepiej niż wy, przy­ja­ciele i kochan­ko­wie, fidai Braci Czy­sto­ści.

- Dai-kabi­rze... - ode­zwał się nie­pew­nie Isa. - Wszystko jasne, ale kiedy mamy ją znisz­czyć...? I kto jest obcy? Skąd będziemy to wie­dzieć? - zadał oczy­wi­ste, prak­tyczne pyta­nia, jakie powi­nien zadać każdy roz­tropny straż­nik.

- Skrzy­nię mogę otwo­rzyć tylko ja. Trzeba mieć do tego... to! - Wyjął z kie­szeni urzą­dze­nie podobne do tele­fonu komór­ko­wego. - W skrzyni znaj­duje się ładu­nek zapa­la­jący, który znisz­czy całą zawar­tość, jeśli nie zosta­nie wcze­śniej wyłą­czony... tym wła­śnie pilo­tem. Każda nie­upraw­niona próba spo­wo­duje eks­plo­zję ter­miczną. W środku jest też nadaj­nik GPS, który pozwala śle­dzić tę skrzy­nię na całym świe­cie, jeśli się przy­pad­kiem zagubi, i zdal­nie zde­to­no­wać wewnętrzny ładu­nek.

- Ożeż ty... - Isa wes­tchnął głę­boko jak dziecko i z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową, ale trudno było się zorien­to­wać, czy zro­bił to z uzna­nia dla nie­zwy­kłego urzą­dze­nia, dumy z powie­rzo­nej mu roli straż­nika, czy też zwy­kłego prze­ję­cia.

- To jest tele­fon sate­li­tarny do naszej łącz­no­ści. - Muha­me­dow poło­żył na stole słu­chawkę z łado­warką. - Uży­waj­cie go bar­dzo oszczęd­nie, bo Rosja­nie mogą namie­rzyć sygnał wycho­dzący z gór.

Poki­wali gło­wami, bo dosko­nale wie­dzieli, jak nie­bez­pieczny może być w górach tele­fon.

Amina od razu zro­zu­miała, jakie jest prze­sła­nie misji, którą powie­rzył im dai-kabir, i z całą mocą uzmy­sło­wiła sobie, że będzie musiała zgi­nąć ostat­nia, bo nikt oprócz niej tej skrzyni nie ochroni. Było oczy­wi­ste, że Muha­me­dow przy­wiózł ją do Tar­hanu, żeby ukryć w swoim matecz­niku. Naj­bez­piecz­niej­szym miej­scu na ziemi.

I cho­ciaż nie wie­działa, co jest w środku, to nie wąt­piła, że dostała naj­waż­niej­sze i ostat­nie zada­nie. Przy­szłość Braci Czy­sto­ści, ich tysiąc­let­nia misja zostały szczę­śli­wie i bez­piecz­nie zło­żone w jej ręce.

Mój dai-kabir wie­dział, kogo wybiera - pomy­ślała z dumą i smut­kiem jed­no­cze­śnie.

- Pamię­tam o Rusta­mie. Oczy­wi­ście, że pamię­tam - rzu­cił nie­spo­dzie­wa­nie Muha­me­dow, jakby przy­mu­szony dziw­nym spoj­rze­niem Aminy. - On nie tylko jest twoim bra­tem, to także nasz fidai i Waj­nach. Dobrze wiesz, że Bra­cia nie zosta­wiają swo­ich wojow­ni­ków w potrze­bie. - Pod­szedł bli­żej, poło­żył jej ręce na ramio­nach, zro­bił gry­mas podobny do uśmie­chu i nie­mal oświad­czył: - Rustam już wkrótce będzie tu z nami, w górach. Obie­cuję.

Amina przy­tu­liła głowę do jego piersi.

- Inszal­lah - wyszep­tała. - Inszal­lah.

8

Prze­szli na drugą stronę ulicy Drot­t­ning Kri­sti­nas, prze­ci­na­ją­cej KTH na dwie równe czę­ści, i ruszyli w lewo, wzdłuż małego par­kingu, by po pięć­dzie­się­ciu metrach skrę­cić w prawo i zejść z nie­wy­so­kiej skarpy do pię­tro­wego cegla­nego budynku z lat czter­dzie­stych. Posu­wali się sze­re­giem wydep­taną w śniegu ścieżką. Pro­wa­dził poli­cjant olbrzym, za nim, lekko uty­ka­jąc, szedł Selan­der, a pochód zamy­kał mały Tove w kap­tu­rze na gło­wie.

Na dole, przy drzwiach, ocze­ki­wał na nich stary Lars Gumme, szef ochrony Secu­ri­tasu na KTH i były poli­cjant. Znali się z Selan­de­rem od lat, cho­ciaż ni­gdy razem nie pra­co­wali i poza zwy­kłą poli­cyjną zna­jo­mo­ścią, jakich wiele, nic ich nie łączyło. Dzi­siaj Selan­der musiałby się długo zasta­na­wiać, żeby sobie przy­po­mnieć, w jakiej jed­no­stce słu­żył Gumme.

- Wszystko gotowe, Gun­nar - powie­dział Lars, ści­ska­jąc po kolei każ­demu rękę. - Na górę pro­szę i w lewo.

Cen­trum moni­to­ringu wyglą­dało dość typowo i mimo że miało zapew­niać nad­zór nad bez­pie­czeń­stwem jed­nej z naj­bar­dziej nowo­cze­snych uczelni świata, nie nale­żało do szcze­gól­nie zaawan­so­wa­nych tech­nicz­nie. Kil­ka­na­ście moni­to­rów, kon­sola z mnó­stwem przy­ci­sków i świa­te­łek, trzech pra­cow­ni­ków, atmos­fera jak w imi­ta­cji promu kosmicz­nego dla dzieci.

- Mamy przy­go­to­wany obraz z kamer w cza­sie, który was inte­re­suje. Czyli od dwu­dzie­stej trze­ciej pięt­na­ście - zaczął Lars. - Wszystko zoba­czy­cie na tym moni­to­rze - wska­zał dwu­dzie­sto­pię­cio­ca­lowy ekran sto­jący na oddziel­nym stole. - Przy­po­mi­nam, że jest pią­tek i życie stu­denc­kie jest w szczy­cie aktyw­no­ści. Cza­sami, nie­stety, tu i tam widać to na naszych moni­to­rach. Dzie­ciaki czę­sto nie mają wstydu, ale jest zima, więc... - Ciężki dow­cip poli­cyjny nie zro­bił na nikim wra­że­nia. - Oprócz haka­tonu mamy kilka innych imprez... cho­ciażby kon­cert roc­kowy w K?ren, pięć­dzie­siąt metrów dalej, zawody w tańcu towa­rzy­skim w sali szkoły bale­to­wej tuż obok i coś tam jesz­cze... - Pokrę­cił głową jakby z nie­do­wie­rza­niem. - Czyli ruch jest jak na Ser­gels Torg, nie przy­mie­rza­jąc... sami widzi­cie... i mogą być pro­blemy z iden­ty­fi­ka­cją.

Sta­nęli pół­ko­lem wokół moni­tora, na któ­rym po chwili poja­wiło się nagra­nie z kamery usta­wio­nej na wprost wej­ścia do "reak­tora", obej­mu­ją­cej swoim zasię­giem dom z lewej i przej­ście przez jezd­nię. Na obra­zie dosko­na­łej jako­ści wid­niał numer kamery, obiektu, data i czas. Była 23.15. Har­riet i Tove wysu­nęli się do przodu, by lepiej widzieć, a Lars pilo­tem prze­su­wał nagra­nie do przodu. Co jakiś czas ktoś wcho­dził do "reak­tora" lub z niego wycho­dził, więc Lars raz po raz musiał zatrzy­my­wać obraz, by Har­riet i Tove mogli się dokład­nie każ­demu przyj­rzeć.

W pra­wym gór­nym rogu ekranu poja­wiły się cyfry 23.37.

- To on! - wykrzyk­nęli jed­no­cze­śnie Har­riet i Tove na widok wycho­dzą­cego Antona.

Ubrany w kurtkę, bez czapki, prze­szedł kilka kro­ków do przodu i zatrzy­mał się na skraju chod­nika, dobrze widoczny pod latar­nią. Rozej­rzał się, wyraź­nie kogoś wypa­tru­jąc. Minęło go kilka osób, z kimś zamie­nił parę słów i wciąż stał w tym samym miej­scu. Spoj­rzał na zega­rek. Na moni­to­rze była 23.40.

- Czeka na Las­sego - ode­zwała się Har­riet.

- Bar­dzo dziwne... - wymam­ro­tał Gun­nar. - Gdzie ten Lasse? I kim on w ogóle jest?

Anton prze­stę­po­wał z nogi na nogę. Poma­chał komuś ręką, wciąż się roz­glą­da­jąc. Cze­kał.

Była 23.43, kiedy pod­je­chał do niego volks­wa­gen trans­por­ter z napi­sem "Secu­ri­tas" i zasło­nił go tak, że Anton znikł z pola widze­nia.

- To wasz? - zapy­tał Gun­nar.

- Wygląda... - Lars nie dokoń­czył, bo samo­chód po kilku sekun­dach ruszył i oka­zało się, że Anton znikł. - Co jest grane? Wsiadł?

Wszy­scy spoj­rzeli po sobie ze zdzi­wie­niem.

- Czy to wasz samo­chód? - ostrym tonem powtó­rzył Gun­nar.

- Wygląda, że nasz, ale... - Lars cof­nął pilo­tem obraz i zatrzy­mał kadr. - Numer boczny wozu... - Przyj­rzał się uważ­niej. - Dwa­na­ście? Tak... dwa­na­ście!

- Co się dzieje? - włą­czyła się zanie­po­ko­jona Linda. - Nic nie rozu­miem.

Lars pod­szedł do kon­soli.

- Dwu­nastka... dwu­nastka!

- Dwu­nastka... słu­cham... - ode­zwał się głos w radio­sta­cji.

- O dwu­dzie­stej trze­ciej czter­dzie­ści trzy zabra­li­ście męż­czy­znę z Drot­t­ning Kri­sti­nas...

- Skąd? - zapy­tał męż­czy­zna.

- KTH...

- Nikogo nie zabie­ra­li­śmy - odparł. - Jeste­śmy od dzie­sią­tej na patrolu w Täby, przy spa­lo­nym domu.

- Dwu­nastka? - Lars pod­szedł do moni­tora.

- Dwu­nastka - odparł spo­koj­nie głos. - Jakaś pomyłka? O co cho­dzi?

- W porządku, dzię­kuję. Bez odbioru - zakoń­czył Lars i wszy­scy przez chwilę wpa­try­wali się w ekran.

- Co się dzieje? - pierw­sza ode­zwała się Linda, mocno zanie­po­ko­jona i zasko­czona jak wszy­scy.

Selan­der wyjął z kie­szeni tele­fon komór­kowy i odszedł na bok. Linda wyjęła swój i ruszyła w prze­ciw­nym kie­runku. Har­riet czuła, jak po ple­cach spływa jej pot, i to nie dla­tego, że cały czas miała na sobie zimową kurtkę i czapkę, a w pomiesz­cze­niu było cie­pło. Ta kro­pelka potu była zma­te­ria­li­zo­wa­nym przez jej ciało stra­chem i roz­pa­czą jed­no­cze­śnie. Dozna­nie, jakiego ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czyła, skłę­bione w jej wnę­trzu, pró­bo­wało teraz wydo­stać się na zewnątrz. Cały czas, jak w foto­pla­sty­ko­nie, klatka za klatką, poja­wiały się w jej pamięci ostat­nie słowa Antona. Har­riet już wie­działa, że musi natych­miast poin­for­mo­wać o tym Lindę.

- Lindo... - zaczęła, ale ta roz­ma­wiała przez tele­fon i dała znak ręką, żeby zacze­kała.

- Lars - ode­zwał się za jej ple­cami Gun­nar - połącz się z tą dwu­nastką i zapy­taj, jaki mają samo­chód. Jaki typ?

- Dwu­nastka! Zgłoś się. Dwu­nastka?

- Zgła­szam się - odpo­wie­dział ten sam głos co poprzed­nio.

- Jaki macie samo­chód... podaj typ.

- Volvo 60, a o co cho­dzi?

- To wszystko. Dzię­kuję - zakoń­czył Lars.

- Wygląda na to, że miała pani rację, Har­riet - powie­dział do niej Selan­der. - Coś się stało. Lars! - Odwró­cił się do Gum­mego. - Natych­miast przej­rzyj­cie dokład­nie wszyst­kie nagra­nia z waszych kamer, ten samo­chód musi się gdzieś jesz­cze poja­wiać. Prze­cież nie wysko­czył spod ziemi ani się pod nią nie zapadł. Potrzebne nam numery reje­stra­cyjne, choć pew­nie tablice i tak są skra­dzione. Podaj dane na nasz moni­to­ring miej­ski - pole­cił umun­du­ro­wa­nemu olbrzy­mowi i zna­cząco kiw­nął głową.

- Porwa­nie? - zapy­tała wyraź­nie poru­szona Linda.

- Nie­wy­klu­czone - odparł. - W domu go nie ma, spraw­dzi­li­śmy już. Wygląda to wszystko bar­dzo podej­rza­nie. Gdzie jest jego biuro? Tove, wiesz?

- Biuro? Nooo... w "reak­to­rze", prze­cież dopiero co tam byli­śmy... - plą­tał się zdez­o­rien­to­wany Tove. - Aaaa... cho­dzi o jego pra­cow­nię naukową, tak? No oczy­wi­ście, jest w Quan­tum.

- Czyli gdzie? - Selan­der pod­niósł głos.

- No w 4S...

- Czyli gdzie? - nie­mal krzyk­nął.

- Na wydziale elek­tro­niki - wtrą­ciła Har­riet. - Sto pięć­dzie­siąt metrów stąd. Ma pra­cow­nię w czę­ści, która teraz jest zamknięta z uwagi na... pro­gramy badaw­cze. Anton nad­zo­ro­wał bez­pie­czeń­stwo. Już tam kilka razy dzwo­ni­łam, ale nikt nie odbiera.

- Spraw­dzimy...

- Coś mamy! - krzyk­nął Lars. - Chodź tu szybko, Gun­nar! Zobacz!

Wszy­scy jak na komendę ruszyli w kie­runku kon­soli, gdzie stał Lars Gumme z dwoma pra­cow­ni­kami. Usta­wili się za jego ple­cami, na wprost rzędu moni­to­rów. Selan­der prze­pchnął się do przodu i bez­ce­re­mo­nial­nie prze­su­nął ręką jed­nego z pra­cow­ni­ków, który na moment stra­cił rów­no­wagę, ale bez pro­te­stu ustą­pił na bok.

- Dawaj!

- Tu... na tym moni­to­rze... to nagra­nie z sie­dem­nastki, na dachu wydziału che­mii.

Na iden­tycz­nym jak poprzed­nio moni­to­rze widać było zaśnie­żoną per­spek­tywę ulicy Drot­t­ning Kri­sti­nas i roz­ba­wioną grupkę stu­den­tów z pusz­kami piwa w dło­niach. Po chwili z pra­wego dol­nego rogu wysu­nął się dach samo­chodu i na ekra­nie poja­wił się volks­wa­gen numer 12 z napi­sem "Secu­ri­tas" o wyraź­nie widocz­nych nume­rach reje­stra­cyj­nych. Była 23.43. Prze­je­chał około stu pięć­dzie­się­ciu metrów i skrę­cił w prawo za dwu­pię­trowy długi budy­nek z jasnej cegły, po czym znikł z ekranu.

- To wydział elek­tro­niki! - ode­zwała się pod­nie­cona Har­riet.

- Tu jest wię­cej - wtrą­cił Lars. - Na tym moni­to­rze. To z kamery usta­wio­nej z dru­giej strony budynku elek­tro­niki... mamy par­king.

Widać było, jak samo­chód wyjeż­dża zza rogu i bar­dzo powoli sunie wzdłuż budynku. Po kil­ku­dzie­się­ciu metrach zatrzy­mał się przed tyl­nym wej­ściem. Otwo­rzyły się drzwi po stro­nie pasa­żera i wysiadł męż­czy­zna w mun­du­rze firmy Secu­ri­tas. Twarz, słabo widoczną w noc­nym świe­tle, dodat­kowo prze­sła­niała nacią­gnięta głę­boko weł­niana czapka. Zaczął się roz­glą­dać, naj­wy­raź­niej spraw­dza­jąc oto­cze­nie, po czym okrą­żył samo­chód, popa­trzył w okna budynku i pod­szedł do drzwi. Wyglą­dał jak typowy ochro­niarz pod­czas ruty­no­wego obchodu. Po chwili dał ręką znak i otwo­rzyły się prze­su­wane drzwi volks­wa­gena. Wysiadł kolejny ochro­niarz w czapce, potem skuty z tyłu Anton, a za nim trzeci ochro­niarz, z bro­nią prze­dłu­żoną o tłu­mik. Weszli do środka, a ten pierw­szy został przy drzwiach.

- O Boże! - wyszep­tała Har­riet.

Selan­der natych­miast wycią­gnął krót­ko­fa­lówkę z kie­szeni.

- Inspek­tor Gun­nar Selan­der do sta­no­wi­ska ope­ra­cyj­nego - powie­dział z wyraź­nym napię­ciem. - Jestem na KTH w spra­wie zagi­nię­cia Antona Pete­riusa. Zacho­dzi podej­rze­nie prze­stęp­stwa z uży­ciem broni. Co naj­mniej czte­rech uzbro­jo­nych męż­czyzn w mun­du­rach Secu­ri­tasu na wydziale elek­tro­niki. Pro­szę o natych­mia­stowe wspar­cie! Podej­muję inter­wen­cję... Lars i ty! Macie broń? - rzu­cił krótko do Gum­mego i jed­nego z ochro­nia­rzy.

Obaj ski­nęli gło­wami i ruszyli do otwar­tej szafy pan­cer­nej.

- Ty zosta­jesz tutaj! - zwró­cił się do dru­giego ochro­nia­rza. - I uwa­żaj na wszystko! Linda? Pomo­żesz nam? Weź broń ochro­nia­rza.

Wyda­wał roz­kazy szybko i wyraź­nie. Wszystko trwało led­wie kil­ka­dzie­siąt sekund i cho­ciaż było oczy­wi­ste, że nagra­nie, które widzieli, zostało utrwa­lone kilka godzin wcze­śniej, to jed­nak nale­żało dzia­łać. Czte­rech męż­czyzn z bro­nią wysiada z fał­szy­wego wozu Secu­ri­tasu z uwię­zio­nym pra­cow­ni­kiem FRA i wcho­dzi na wydział, gdzie pro­wa­dzi się tajne pro­gramy - ten obraz w wyćwi­czo­nym na takich łami­głów­kach umy­śle Selan­dera uru­cho­mił wodo­spad dopa­miny i syn­drom psa tro­pią­cego.

- Wy... - Gun­nar wska­zał głową na Har­riet, ochro­nia­rza i Tovego - pil­nu­je­cie moni­to­rów. Sprawdź­cie wszyst­kie nagra­nia i infor­muj­cie - rzu­cił w drzwiach, gdy Linda i ochro­niarz zaczęli już zbie­gać po scho­dach. - Zacze­kaj­cie! - zawo­łał znie­cier­pli­wiony, bo nie mógł biec tak szybko jak oni. - Lars, pro­wadź!

Budy­nek wydziału elek­tro­niki stał sto metrów dalej i był dosko­nale widoczny, cho­ciaż z lewej strony tro­chę zasła­niały go zimowe drzewa. W trzech oknach na pierw­szym pię­trze paliło się świa­tło. Żeby się dostać do tyl­nego wej­ścia, musieli przejść przez zadrze­wiony teren, gdzie zale­gał wysoki śnieg. Było już późno i na KTH pano­wała cisza, wytłu­miona gru­bym śnież­nym kożu­chem. Pierw­szy po kolana wpadł Lars, stra­cił rów­no­wagę i pole­ciał na twarz, trzy­ma­jąc pisto­let w dłoni. Ochro­niarz i Linda pomo­gli mu się wydo­stać, gdy tym­cza­sem Gun­nar, poko­naw­szy odśnie­żony par­king, pod­biegł z dru­giej strony budynku. Prze­su­nął się wzdłuż ściany i trzy­ma­jąc obu­rącz broń, wyj­rzał zza rogu. Dosko­nale wie­dział, że samo­chodu już tam nie ma, ale musiał zacho­wać ostroż­ność. Po chwili dołą­czyli do niego pozo­stali. Zasa­pany Lars ner­wowo czy­ścił ze śniegu pisto­let, chu­cha­jąc na niego i ude­rza­jąc nim o dłoń.

- Linda i ty, idź­cie od dru­giej strony - zarzą­dził Gun­nar. - Sprawdź­cie, czy na śniegu są ślady samo­chodu. My z Lar­sem spró­bu­jemy od tej strony.

Z oddali, gdzieś od Valhallavägen, dobie­gła go syrena zbli­ża­ją­cego się radio­wozu i po chwili druga, od strony uni­wer­sy­tetu.

Tak jak przy­pusz­czał, samo­chodu przed wej­ściem już nie było. Drzwi wyglą­dały na zamknięte. Nikogo w zasięgu wzroku. Z trzech okien na końcu budynku padał na drzewa i par­king wewnętrzny snop sil­nego żół­tego świa­tła.

Inspek­tor Gun­nar Selan­der miał tak wyro­biony instynkt poli­cyjny, że wystar­czył mu jeden głę­boki haust mroź­nego powie­trza, żeby wyczuć prze­stęp­stwo i krew. Wycią­gnął broń i prze­ła­do­wał.

- Har­riet, ode­zwij się - powie­dział do radio­sta­cji, którą wziął od Larsa.

- Tak, inspek­to­rze? - zgło­siła się nie­mal natych­miast.

- Pra­cow­nia Antona to pierw­sze pię­tro, pół­nocna część, prawa strona, trzy ostat­nie okna?

- Tak.

- Dzię­kuję.

Ruszyli powoli wzdłuż ściany, uważ­nie sta­wia­jąc stopy, tak by nie zadep­tać śla­dów.

Dobrze, że nie pada śnieg - pomy­ślał Gun­nar.

Lars szedł za nim. Gdy nawią­zał kon­takt wzro­kowy z Lindą, dał jej znak, by została na swoim miej­scu. Dwa radio­wozy na świa­tłach sta­nęły po dru­giej stro­nie budynku, blo­ku­jąc główną ulicę. Tym­cza­sem Lars i Gun­nar dotarli do drzwi.

- Powiedz im, żeby zabez­pie­czyli cały teren i nie ważyli się zbli­żać, dopóki nie popro­szę o pomoc - powie­dział do Larsa, nawet się nie odwra­ca­jąc. - Niech ścią­gają ekipę SKL, a ty pil­nuj wyj­ścia. Zobacz! - wska­zał pisto­le­tem odci­śnięte na śniegu ślady opon. - Pil­nuj tego! - dodał i ostroż­nie wśli­zgnął się do wnę­trza.

W budynku pano­wała cisza. Świa­tło na scho­dach było mocne i pozwa­lało wyraź­nie dostrzec wszyst­kie szcze­góły. Selan­der patrzył uważ­nie pod nogi i sta­rał się stą­pać ich zewnętrzną stroną, by nie zatrzeć ewen­tu­al­nych śla­dów. Zupeł­nie zapo­mniał, że jego lewa noga nie nadąża za prawą.

Wyce­lo­wał swo­jego sig-sau­era P226 w górę i ruszył po scho­dach, spięty, gotowy do strzału. Wszyst­kie zmy­sły pra­co­wały jak ide­al­nie zestro­jona apa­ra­tura. Nic nie mogło ujść jego uwagi, żaden szcze­gół, impre­sja, déja vu, żadne wra­że­nie. Zare­je­stro­wać je był w sta­nie tylko teraz, ten jeden raz, bo gdy wejdą kry­mi­na­li­stycy, poli­cjanci, sze­fo­wie, znik­nie bez­pow­rot­nie aura miej­sca i o wszyst­kim decy­do­wać będzie już tylko bez­duszna nauka. A to za mało - uwa­żał Gun­nar. Prze­stępca na­dal mógł być na miej­scu, a jeśli nie, to w prze­strzeni, jak ekto­pla­zma, wciąż trwało jego wspo­mnie­nie.

Selan­der wszedł na pierw­sze pię­tro. Rozej­rzał się i skrę­cił w prawo, do uchy­lo­nych drzwi z nume­rem 1009. Zbli­żył się i wtedy poczuł silny, słodki zapach krwi, dobrze znany każ­demu poli­cjan­towi, ale ten wyda­wał się wyjąt­kowo inten­sywny, jak jesz­cze ni­gdy wcze­śniej. Wie­dział, co za chwilę zoba­czy, i przez moment nie był pewien, czy chce wejść. Lufą pisto­letu popchnął szklane drzwi, które swo­bod­nie się uchy­liły, skrzy­piąc cicho.

Trzy metry za nimi, po lewej, w rogu pokoju, leżał na ple­cach chło­pak z jedną ręką zło­żoną na piersi, a drugą wycią­gniętą, jakby miał za chwilę roz­po­cząć recy­ta­cję. Sze­roko otwarte, wyschnięte oczy na bia­łej jak papier twa­rzy patrzyły w kie­runku wej­ścia. Zasty­gły uśmiech na sinych ustach i prze­su­nięte na czoło oku­lary nada­wały mu żar­to­bliwy wyraz mane­kina ze skle­po­wej wystawy, prze­ra­ża­jąco kon­tra­stu­jący z maje­sta­tem śmierci.

Ogromna kałuża ciem­nej, gęstej krwi odcięła drogę i Selan­der zatrzy­mał się nie­pew­nie. By przejść dalej, musiałby wdep­nąć w krew, a o skoku nie było mowy.

Bar­dzo dużo krwi... z takiego deli­kat­nego chło­paka - ude­rzyło go od razu. Dziwne. Tyle krwi? Potrze­buję jakie­goś krze­sła... tabo­retu, po któ­rym mógł­bym przejść...

Przyj­rzał się ciału uważ­niej i zauwa­żył, że chło­pak zaci­ska w dłoni uchwyt od dzbanka do kawy. Kawałki szkła w kałuży tłu­ma­czyły jej roz­miar.

Kawa zmie­szana z krwią - pomy­ślał, a serce biło mu tak szybko, że przez moment oba­wiał się, że zemdleje.

Cof­nął się o krok i wtedy dostrzegł w głębi kory­ta­rza, w odle­gło­ści jakichś dzie­się­ciu metrów, wysta­jące z pokoju po pra­wej stopy w spor­to­wym obu­wiu.

- Dru­gie ciało - powie­dział na głos i wycią­gnął krót­ko­fa­lówkę, by wezwać pomoc.

9

Na drzwiach od szafy wisiały dwie gar­sonki. Pierw­sza kla­syczna wie­czo­rowa jed­no­rzę­dówka z tafty ze spodniami w kolo­rze ciem­no­sta­lo­wym, druga czarna jedwabna dwu­rzę­dówka z sukienką o wyra­zi­stym dekol­cie. Obok wisiały dwie białe jedwabne bluzki z żabo­tami i man­kie­tami. Na pod­ło­dze stały trzy pary butów wie­czo­ro­wych na obca­sie, dwie gra­na­towe i jedna ciem­no­zie­lona. Wszystko roz­miaru 38.

A powinno być 40... co naj­mniej - pomy­ślała ze smut­kiem Sara, sie­dząc na fotelu w rogu pokoju, z ręcz­ni­kiem zawi­nię­tym na mokrych wło­sach.

- Tylko buty pasują - powie­działa na głos i spoj­rzała na czarną gar­sonkę.

Ostatni raz mia­łam ją na spo­tka­niu u pre­miera po spra­wie Safira... Nic dziw­nego, że nawet taki zbój jak on zako­chał się w Zuzi. W końcu miała wtedy roz­miar 38. A teraz przez tego Radeczka nie mam co na sie­bie wło­żyć. Boże drogi!

Wes­tchnęła głę­boko i powoli wstała z fotela. Pode­szła do szafy, żeby wło­żyć zie­lone buty na szpil­kach. Sta­nęła przed lustrem i zrzu­ciła szla­frok. Została nago, tylko w ręcz­niku i butach. Przez chwilę dokład­nie lustro­wała swoje ciało, dotknęła piersi i zje­chała dłońmi na brzuch.

- Bo ja wiem... - powie­działa i pokrę­ciła głową ni to ze zdzi­wie­niem, ni to z nie­do­wie­rza­niem.

Sta­nęła bokiem i dotknęła poślad­ków.

Eeee... nie jest tak źle - pomy­ślała i uśmiech­nęła się do sie­bie. Nooo... wysoki obcas tro­chę wyszczu­pla, ale i tak... Rad­kowi się prze­cież podoba... Tylko czy mnie to wystar­cza?

Spoj­rzała na zegar. Było pięt­na­ście po szó­stej. O siód­mej miał po nią przy­je­chać Mar­cin.

Wła­ści­wie to od razu powin­nam była odmó­wić udziału w kola­cji z Geo­rge'em i zająć się przy­go­to­wa­niami do świąt. Może jesz­cze zdążę zadzwo­nić i jakoś się wykręcę.

Rozej­rzała się w poszu­ki­wa­niu tele­fonu.

W końcu Gor­don dosko­nale wie o mojej spra­wie, a taki lord jak on nawet nie zapyta, czy coś się zmie­niło.

Kiedy tylko o tym pomy­ślała, znów poczuła zimny kamień w brzu­chu, choć dosko­nale wie­działa, że kto jak kto, ale Geo­rge dosko­nale rozu­miał jej ból, bo całą sprawę Ste­pa­no­wy­cza uwa­żał za typowy pol­ski idio­tyzm, mimo że wspo­mniał o tym tylko raz. Wie­działa też, że jak przy­stało na ofi­cera zaprzy­jaź­nio­nej służby, nie powi­nien komen­to­wać spraw wewnętrz­nych Agen­cji ani tym bar­dziej pol­skiego porządku. Mógłby powie­dzieć o jedno słowo za dużo i miałby pro­blem. A jed­nak roz­go­ry­cze­nie spra­wiało jej chwi­lami fizyczny ból i przy­sła­niało racjo­nalną ocenę. Zda­wało jej się nawet, że wszy­scy dookoła nie­udol­nie skry­wają swoją satys­fak­cję z cier­pie­nia, jakiego dozna­wała.

Czter­dzie­ści pięć minut... - pomy­ślała z nie­po­ko­jem, spoj­rzała na sie­bie w lustrze i zdjęła z głowy ręcz­nik.

- Tro­chę mało czasu? - zapy­tała z lekką iro­nią, puściła do sie­bie oko i zaraz dorzu­ciła: - Pocze­kają. - Pod­nio­sła szla­frok i poszła do łazienki.

Przed domem na ulicy Wil­czy Dół stał touareg, a w nim od kil­ku­na­stu minut sie­dział Mar­cin. W lewej dłoni trzy­mał iPhone'a, a jego kciuk wisiał nie­ru­chomo, wyce­lo­wany w kla­wisz z napi­sem "Sze­fowa". Cze­kał, aż na zega­rze tele­fonu pojawi się liczba 19, dwie kropki i liczba 15. Co chwila rzu­cał wzro­kiem na drzwi wej­ściowe, licząc, że pojawi się w nich Sara i nie będzie musiał znów do niej dzwo­nić. Kiedy zro­bił to po raz drugi, była wyjąt­kowo nie­przy­jemna, dla­tego posta­no­wił, że teraz zabawi się po pro­stu w głu­chy tele­fon, co, jak uwa­żał, powinno dać efekt roz­ża­rzo­nej szpilki.

Powinna zro­zu­mieć, że jest już bar­dzo późno - myślał pode­ner­wo­wany. A pre­mier to w końcu pre­mier, nawet jeśli znów ma nogę w gip­sie.

Gdy tylko Kon­rad powie­dział mu, że ma ode­brać Sarę z domu punk­tu­al­nie o dzie­więt­na­stej i przy­wieźć ją na kola­cję do pała­cyku na Fok­sal nie póź­niej niż przed dzie­więt­na­stą trzy­dzie­ści - doda­jąc z emfazą, że pre­mier i mini­ster Tadek ni­gdy się nie spóź­niają, choć nie było to prawdą - Mar­cin aż nadto dobrze się zorien­to­wał, co kryje się za tymi sło­wami. Wizyta Geo­rge'a Gor­dona tuż przed świę­tami, długa narada w kryp­cie, zapach pro­chu zmie­sza­nego z kar­da­mo­nem uno­szący się w Agen­cji i na koniec Kon­rad nała­do­wany emo­cjami - wszystko to razem świad­czyło, że wkrótce zacznie się jakaś nowa, ostra robota. Mar­cin takie histo­rie wyczu­wał na kilo­metr. A kiedy Kon­rad pole­cił mu przy­wieźć Sarę na spo­tka­nie, w któ­rym uczest­ni­czyć będą pre­mier i mini­ster spraw zagra­nicz­nych, to było już jasne, że Sara wraca do roboty, bo bez niej żadna akcja na serio nie ma sensu. Przy­naj­mniej dla mnie - pomy­ślał Mar­cin i spoj­rzał na tele­fon. Było pięt­na­ście po siód­mej i jego kciuk opadł twardo na napis "Sze­fowa".

W tym samym momen­cie z bramy wyszła Sara w czar­nym płasz­czu i bor­do­wym szalu zarzu­co­nym na ramiona. Stą­pa­jąc ostroż­nie po oblo­dzo­nym chod­niku, z coraz więk­szym tru­dem posu­wała się do przodu i ner­wowo szu­kała cze­goś w torebce. Mar­cin roz­łą­czył się szybko, bo pomy­ślał, że jeśli jesz­cze chwilę dłu­żej będzie szu­kała tele­fonu, z pew­no­ścią się prze­wróci, i rów­no­cze­śnie dotarło do niego: No kurde! Sze­fowa nie umie cho­dzić na szpil­kach. Jak Boga kocham! Ale... ja pier... babeczka z niej na sto dwa­dzie­ścia dwa!

- Co tak patrzysz? - To były jej pierw­sze słowa, które od razu zlały się z suchym trza­śnię­ciem drzwi samo­chodu i miłym zefi­rem aro­matu Escen­tric Mole­cu­les, któ­rych Sara użyła tego dnia dopiero po raz drugi w życiu. - Coś nie tak? Zamknij usta, bo wyglą­dasz jak bejbi bez smoka, i ruszaj, chło­pie... ruszaj!

Mar­cin puścił więc gwał­tow­nie sprzę­gło i wci­snął gaz, aż rzu­ciło samo­cho­dem do przodu. Z pośli­zgiem skrę­cił w Miel­czar­skiego i za chwilę byli już na Wąwo­zo­wej.

Pro­wa­dził, jakby był w tran­sie, ale pro­wa­dził dobrze, bez typo­wej dla sie­bie non­sza­lan­cji, fan­fa­ro­nady i szpanu. Wiózł Sarę na spo­tka­nie, które powinno odmie­nić jej los, a więc i los Kon­rada, co z pew­no­ścią prze­ło­ży­łoby się też na jego przy­szłość i przy oka­zji całego Wydziału Q. Nie mogło być teraz waż­niej­szej rze­czy. Roz­ma­rzył się na dobre. Nie miał naj­mniej­szego poję­cia, o jaką sprawę może cho­dzić, ale czuł, że coś się dzieje, coś super­ek­stra z zapa­chem chili i palo­nej kawy, jak mówił w takich sytu­acjach.

Sara w ogóle nie reago­wała na jego wyczyny dro­gowe. Wyglą­dała przez boczną szybę, jakby nic jej nie obcho­dziło. Pocią­gała z elek­tro­nicz­nego papie­rosa, pusz­cza­jąc dymek przed sie­bie.

- Gdzie jedziesz, chło­pie?! - wykrzyk­nęła nagle i odwró­ciła się do tyłu. - To spo­tka­nie nie jest w Stajni? - zapy­tała, mocno zdzi­wiona, kiedy Mar­cin minął ulicę Pła­sko­wic­kiej.

Od razu zro­zu­miał, że Sara nie wie, dokąd jedzie.

Staj­nia rze­czy­wi­ście była ulu­bio­nym loka­lem Kon­rada i Gor­dona, ale z pew­no­ścią nie byłoby to dobre miej­sce na spo­tka­nie pre­miera z kon­tro­le­rem MI6. Mar­cin przez moment nie potra­fił zro­zu­mieć, dla­czego Kon­rad nie powie­dział Sarze, z kim i gdzie się spo­tka.

Tym razem szef zasko­czył i mnie, i Sarę. A sądzi­łem, że potra­fię czy­tać w jego myślach. Muszę jesz­cze nad sobą popra­co­wać.

- Jedziemy do pała­cyku MSZ na Fok­sal - odparł po chwili i cze­kał na reak­cję Sary, która jed­nak zamil­kła i nie ode­zwała się już ani sło­wem, aż doje­chali na miej­sce.

Była dzie­więt­na­sta trzy­dzie­ści pięć, mroź­nie, bez­wietrz­nie, sucho. Na pod­jeź­dzie do neo­re­ne­san­so­wego pała­cyku Prze­zdziec­kich stało kilka gra­na­to­wych bmw, audi i tere­nowy mer­ce­des. Roz­sta­wieni wokół funk­cjo­na­riu­sze BOR w roz­pię­tych krót­kich gra­na­to­wych kurt­kach fachowo lustro­wali oto­cze­nie.

Po spraw­dze­niu nume­rów reje­stra­cyj­nych touarega i legi­ty­ma­cji służ­bo­wych pozwo­lono Mar­ci­nowi wje­chać na pod­jazd.

- Pan pre­mier czeka, pani naczel­nik - rzu­cił, widząc nie­zde­cy­do­waną minę Sary. - A ja zostaję w samo­cho­dzie - dodał.

Sara scho­wała elek­tro­nicz­nego papie­rosa do torebki, pod­cią­gnęła ją na ramie­niu, wes­tchnęła głę­boko i rzu­ciła niby do sie­bie: "Cze­kaj, Radeczku, już ja się z tobą roz­pra­wię" - po czym z wła­ściwą sobie dyna­miką wysia­dła z samo­chodu.

Wspięła się ener­gicz­nie po kil­ku­na­stu odśnie­żo­nych schod­kach, zbli­żyła do drzwi, które otwo­rzył jej ofi­cer ochrony, przy­sta­nęła, jakby się waha­jąc, czy powinna wejść, i po kilku sekun­dach zni­kła wewnątrz.

Gdy tylko weszła do holu, w jej stronę odwró­ciło się natych­miast kilka osób w ciem­nych ubra­niach. Sara nie mogła roz­po­znać, czyje to oczy, brwi, usta, co wyra­żają, czuła jedy­nie świ­dru­jące spoj­rze­nia raniące jej intym­ność.

- Popro­szę o pani płaszcz - usły­szała jakiś męski głos z boku i pospiesz­nie, z pew­nym tru­dem roz­pięła pasek i guziki.

Dopiero teraz zoba­czyła uśmie­chy na wpa­tru­ją­cych się w nią twa­rzach i poczuła, że jed­nak ema­nuje z nich życz­li­wość.

Ruszyła w stronę zebra­nych. Dostrze­gła Kon­rada i zaraz potem prze­wyż­sza­ją­cego wszyst­kich o pół głowy Geo­rge'a Gor­dona. Tuż obok stali mini­ster Tadek i pre­mier z usztyw­nioną nogą, zza jego ple­ców wychy­lała się twarz szefa Agen­cji. Zauwa­żyła też Magdę, któ­rej towa­rzy­szył jakiś młody męż­czy­zna. Wszy­scy trzy­mali w pra­wej ręce, na wyso­ko­ści pierw­szego guzika od mary­narki, krysz­ta­łowe szkla­neczki, jedy­nie Magda miała kie­li­szek.

Sarę dzie­liło od nich tylko osiem metrów, ale wyda­wało jej się, że przej­ście tych kilku kro­ków cią­gnie się nie­mi­ło­sier­nie i - co gor­sza - odno­siła wra­że­nie, że wszy­scy się zasta­na­wiają, jak udało jej się wci­snąć w ten kostium.

Magda musiała zauwa­żyć, że przy­ty­łam - pomy­ślała na widok jej gro­te­skowo unie­sio­nych brwi i poczuła kłu­cie w dołku. No... to mam entrée! Zaraz jed­nak dorzu­ciła: Fuck it!

Z grupy wysu­nął się z wycią­gniętą ręką mini­ster Tadek.

- Witam ser­decz­nie w pała­cyku MSZ! Naj­lep­szego pol­skiego szpiega w spód­nicy, pogrom­czy­nię Al-Kaidy. Panią... Bond?

Co za sek­si­sta porą­bany! - pomy­ślała Sara i gło­śno, tak by wszy­scy usły­szeli, powie­działa:

- Chyba pomy­liło się panu mini­strowi z dziew­czyną Bonda... czyż nie? Nazy­wam się Sara Kor­ska i jestem kapi­ta­nem pol­skiego wywiadu, chwi­lowo zawie­szo­nym w czyn­no­ściach służ­bo­wych.

Kel­ner pod­su­nął jej tacę i Sara celowo wzięła szkla­neczkę z whi­sky, cho­ciaż było jesz­cze wino musu­jące. Chciała, żeby Magda została sama z kie­lisz­kiem. Potem rzu­ciła Kon­ra­dowi kar­cące spoj­rze­nie.

- Witam ser­decz­nie, pani Saro - włą­czył się pre­mier, prze­kła­da­jąc szkla­neczkę do dru­giej ręki. - Do dzi­siaj jestem pod wra­że­niem sprawy tego ter­ro­ry­sty... Safira... tak? - Z uzna­niem pokrę­cił głową. - Ale... co to zna­czy, że jest pani zawie­szona w czyn­no­ściach? Nie rozu­miem. - Wymow­nie zmarsz­czył czoło.

- Ja panu pre­mie­rowi wszystko potem wyja­śnię - zapew­nił pospiesz­nie szef Agen­cji. - To nie­ak­tu­alne, ale pani kapi­tan jesz­cze o tym nie wie - strze­lał sło­wami, jakby miał odli­czony czas, po czym z miną zbi­tego psa zwró­cił się do Sary: - Witam panią ser­decz­nie, Saro.

Nie potra­fią użyć innego słowa niż "ser­decz­nie"? Prze­cież może być "miło" - pomy­ślała Sara. Faceci zawsze tak bez wysiłku... i cią­gle "ser­decz­nie" i "ser­decz­nie"... Komu­nały.

- Miło cię widzieć - dole­ciało z góry i kiedy się odwró­ciła, zoba­czyła gdzieś wysoko nad sobą koń­ską głowę Geo­rge'a Gor­dona. - Jak się masz? Wyglą­dasz uro­czo. Trudno uwie­rzyć, że odpo­czy­wasz od szpie­go­wa­nia. A może to Kon­rad? - Geo­rge wyre­cy­to­wał for­mułkę z angiel­ską galan­te­rią. W rze­czy­wi­sto­ści miał na myśli opięty żakiet Sary, który wyjąt­kowo wydat­nie pod­kre­ślał jej kształty.

Po chwili dołą­czył do nich Kon­rad i cała trójka dys­kret­nie usu­nęła się na bok. Sara trzy­mała szkla­neczkę, ale nie piła. Whi­sky to była ostat­nia rzecz, na jaką miała teraz ochotę. Za chwilę usiądą do kola­cji i zaczną obo­wią­zy­wać inne zasady. Dla­tego musiała pil­nie usta­lić, o co cho­dzi, co się dzieje, skąd pre­mier, mini­ster i cała ta szopka w pała­cyku MSZ. A przede wszyst­kim dla­czego Kon­rad nic jej nie powie­dział. I wła­ści­wie to było jedyne pyta­nie, na które potrze­bo­wała odpo­wie­dzi.

Reszta jest mil­cze­niem - pomy­ślała i od razu zro­biło jej się raź­niej.

- Kon­rad! Ty... - wyszep­tała przez zaci­śnięte zęby. - Ja cię... ty...

Jej spoj­rze­nie mówiło jed­nak znacz­nie wię­cej i Kon­rad dobrze znał ten ton i te oczy, ale tym razem nie czuł stra­chu.

- Wra­casz do gry, pani kapi­tan - włą­czył się nie­spo­dzie­wa­nie Gor­don i Sara zdała sobie sprawę, że prze­cież on cały czas jest gdzieś tam w górze. - Mamy poważny pro­blem do roz­wią­za­nia... wyjąt­kowo pilny... - Urwał, bo Sara spoj­rzała na niego takim wzro­kiem, jakby podej­rze­wała pod­stęp, i zmru­żyła oczy w ocze­ki­wa­niu na jedno słowo.

- Iran - rzu­cił Kon­rad i wszy­scy zamil­kli.

To słowo od lat spę­dzało sen z powiek szpie­gów na całym świe­cie i nikt nie zasta­na­wiał się dla­czego, tak oczy­wi­sta była odpo­wiedź.

Sara ze zro­zu­mie­niem poki­wała głową. W tym momen­cie poczuła, że ktoś deli­kat­nie dotknął jej łok­cia. Obej­rzała się przez ramię. Tuż obok, nie­mal za jej ple­cami, stał szef Agen­cji.

- Mogę panią naczel­nik pro­sić na chwi­leczkę... - Zro­bił nie­okre­ślony ruch głową.

Zdą­żyli odejść led­wie kilka metrów, kiedy mini­ster Tadek uro­czy­ście zapro­sił wszyst­kich na kola­cję.

- Pani Saro - zaczął szef z wyraź­nym pośpie­chem - chcia­łem pani oso­bi­ście powie­dzieć... zako­mu­ni­ko­wać, że jest pani odwie­szona, i bar­dzo pro­szę, by jutro rano przy­szła pani do mnie. Wtedy wszystko pani wyja­śnię... bar­dzo dokład­nie...

- Ale prze­cież jutro jest Wigi­lia - prze­rwała mu Sara.

- W tym roku, nie­stety, chyba nie będziemy mieli świąt. - Szef zabrzmiał tak auten­tycz­nie jak jesz­cze ni­gdy dotąd i Sara wszystko zro­zu­miała. Spoj­rzała na Kon­rada, który poki­wał głową i przy­gryzł wargę, zupeł­nie jakby sły­szał słowa szefa. - I bar­dzo pro­szę nic nie mówić pre­mie­rowi o spra­wie... o pani zawie­sze­niu... nooo... o spra­wie Ste­pa­no­wy­cza i Tra­visa. Ja się tym zajmę, to wyjąt­kowo deli­katna kwe­stia.

Szef sta­rał się zabrzmieć zde­cy­do­wa­nie i poważ­nie, ale wypadł wyjąt­kowo żało­śnie. Sara od dawna na to cze­kała. Nie była mściwa ani małost­kowa, jedy­nie pamię­tliwa.

Przez kilka ostat­nich mie­sięcy oprócz męczą­cych myśli miała też swoje marze­nia. I teraz ta krótka roz­mowa, choć była led­wie namiastką tego, czego potrze­bo­wała, dawała jej wystar­cza­jąco słodką satys­fak­cję. Sara poczuła, że żakiet jesz­cze bar­dziej ją uci­ska, lecz nie było to nie­miłe uczu­cie. Przez moment pomy­ślała, że może zbyt łatwo odpu­ściła, ale usły­szaw­szy magiczne słowo "Iran", gotowa była na każdy kom­pro­mis, nawet z samą sobą. W końcu w Tehe­ra­nie byli Igor i Krupa.

Kon­rad wziął ją za rękę, tak zwy­czaj­nie jak zawsze, i ruszyli w kie­runku jadalni.

- Pani Saro, czy mogę usiąść koło pani? - ode­zwał się z lewej strony miłym, tro­chę śmiesz­nie ści­szo­nym gło­sem pre­mier. - Pan Wol­ski chyba nie będzie miał nic prze­ciwko temu... w końcu jestem pre­mierem. - Uśmiech­nął się, zdra­dza­jąc jed­no­cze­śnie, że jej życie pry­watne jest tema­tem komen­ta­rzy w krę­gach rzą­do­wych, co bar­dziej ją roz­śmie­szyło, niż znie­sma­czyło, bo w rzą­dzie nie było ani jed­nego faceta z jajami. - A pani szefa biorę na sie­bie. - I zupeł­nie nie­zau­wa­żal­nie, jak sądził, zacią­gnął się głę­boko aro­ma­tem Escen­tric Mole­cu­les. Trzy­krot­nie.

Tego mroź­nego wie­czoru w War­sza­wie, na kola­cji w pała­cyku MSZ przy ulicy Fok­sal, obsługa była na świa­to­wym pozio­mie, wszyst­kie dania ele­gancko ser­wo­wane, menu pro­ste, lecz inte­li­gent­nie uło­żone. Czy jest jed­nak takie danie, które może sma­ko­wać pod­czas roz­mowy o woj­nie?

Kola­cja w pała­cyku Prze­zdziec­kich miała czy­sto kur­tu­azyjny cha­rak­ter i siłą rze­czy przy stole nie mówiono o spra­wach ope­ra­cyj­nych. Pre­mier i mini­ster spraw zagra­nicz­nych podej­mo­wali Geo­rge'a Gor­dona, kon­tro­lera MI6, który przy­był do War­szawy z misją spe­cjalną. Pod­kre­ślali w ten spo­sób nie tylko wagę, jaką wła­dze pol­skie przy­wią­zują do przed­sta­wio­nego im pro­blemu, ale rów­nież szcze­gólną przy­jaźń łączącą Pol­skę i Wielką Bry­ta­nię. Pre­mier potwier­dził goto­wość spo­tka­nia w każ­dej chwili ze swoim angiel­skim odpo­wied­ni­kiem. Joh­nem, "moim przy­ja­cie­lem", jak pod­kre­ślił, wzno­sząc toast.

Geo­rge Gor­don podzię­ko­wał za zapro­sze­nie i poświę­cony mu czas, a w szcze­gól­no­ści za wraż­li­wość rządu pol­skiego na wyzwa­nia, przed jakimi stoją Europa i świat. Wyra­ził się z naj­wyż­szym uzna­niem o pol­skim wywia­dzie, pro­fe­sjo­na­li­zmie i kom­pe­ten­cjach jego ofi­ce­rów. Przy­po­mniał dow­cip­nie, że to on i Kon­rad Wol­ski w 1989 roku nawią­zali współ­pracę mię­dzy służ­bami, która zaczęła się od nie­uda­nego wer­bunku Kon­rada przez wywiad bry­tyj­ski, a dzi­siaj prze­ro­dziła w oso­bi­ste przy­jaź­nie mię­dzy ofi­ce­rami, utrwa­lone we wspól­nych ope­ra­cjach. Pod­kre­ślił z lekką emfazą, że rola Wydziału Q jest nie do prze­ce­nie­nia, i nazwał go "perłą w wywia­dow­czej spo­łecz­no­ści". Dodał też, że bez Kon­rada Wol­skiego i Sary Kor­skiej ta perła nie byłaby pew­nie tak szla­chetna. W tym miej­scu uniósł kie­li­szek wina, spoj­rzał na Sarę, która sie­działa obok pre­miera, i na dowód sza­cunku ski­nął deli­kat­nie głową w jej stronę, a potem ten sam gest powtó­rzył w kie­runku Kon­rada sie­dzą­cego obok mini­stra. Na zakoń­cze­nie zacy­to­wał słowa Chur­chilla, które w jego oce­nie - co stwier­dził z wyjąt­kowo poważ­nym i prze­ko­nu­ją­cym wyra­zem twa­rzy - ide­al­nie pasują do Wydziału Q: "Ni­gdy tak wielu nie zawdzię­czało tak wiele tak nie­wielu".

- Dzię­kuję w imie­niu wywiadu Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa - zakoń­czył, pod­no­sząc wysoko kie­li­szek z czer­wo­nym izra­el­skim winem Yar­den.

Kon­rad pomy­ślał, że Anglicy uży­wają tego wyświech­ta­nego cytatu przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji, jakby miał jakąś magiczną moc. I wła­ści­wie ma, bo wszy­scy cią­gle dają się na niego nabie­rać, ale korzyść czer­pie wyłącz­nie Jej Kró­lew­ska Wyso­kość.

Docho­dziła jede­na­sta i w pała­cyku na Fok­sal aura przy­jaźni się­gała zenitu. Kon­rad pomy­ślał, że jesz­cze chwila, a wszy­scy poszliby się modlić do kaplicy MSZ, gdyby taka tutaj była.

Geo­rge Gor­don, wycho­wany i wyćwi­czony w Tra­vel­lers Club na Pall Mall, roze­grał spo­tka­nie po mistrzow­sku, ze sma­kiem i dokład­nie tak, jak przy­stało na pro­ta­go­ni­stę sztuki szpie­gow­skiej. Kon­rad widział go w tej roli pierw­szy raz i nie mógł wyjść z podziwu, jak dobrze zna i czuje pol­ską duszę. Zasta­na­wiał się przez chwilę, czy Geo­rge musiał się spe­cjal­nie przy­go­to­wy­wać, czy też zostało mu to z cza­sów, kiedy pra­co­wał na kie­runku pol­skim. W końcu doszedł do wnio­sku, że to jego gene­tyczne modus ope­randi i w Buda­pesz­cie, Madry­cie czy Paryżu pew­nie zagrałby podob­nie. Nie bez powodu został kon­tro­le­rem - pomy­ślał i uśmiech­nął się do Geo­rge'a na tyle wymow­nie, że ten od razu zro­zu­miał, co się pod tym kryje.

Przed pół­nocą Sara i Kon­rad byli już w domu. Nad War­szawę zaczął nad­cią­gać cie­pły niż i napa­dało mnó­stwo świe­żego śniegu. Zro­biło się miło i przy­tul­nie, a mia­sto jakby się wyci­szyło i usnęło. Naza­jutrz była Wigi­lia, a Sara nic nie przy­go­to­wała, cho­ciaż zapro­sili do sie­bie na wie­czór ojca Kon­rada.

To był wyjąt­kowo wyczer­pu­jący dzień i Kon­rad nie miał naj­mniej­szej chęci po raz kolejny roz­ma­wiać z Sarą o Ira­nie, ale musiał. Stre­ścił jej to co naj­waż­niej­sze i powie­dział, jakie zapa­dły decy­zje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki