Nielegalni (Tom 2). Niewierni - Vincent V. Severski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Uro­czy­stość Naj­święt­szego Serca Pana Jezusa nie wyróż­niała się tego roku niczym spe­cjal­nym. Może tylko pogoda była ład­niej­sza i zro­biło się bar­dzo cie­pło, ale dla Marii Kry­nic­kiej to i tak nie miało więk­szego zna­cze­nia.

Po powro­cie z kościoła jak zwy­kle wzięła się do szy­ko­wa­nia obiadu. Jej mąż Marian, od lat bez pracy, zaległ z butelką piwa w dłoni przed tele­wi­zo­rem. Z dru­giego pokoju docho­dziły głosy chłopca i dziew­czynki wal­czą­cych o dostęp do kom­pu­tera. Całe miesz­ka­nie z ciemną kuch­nią miało led­wie czter­dzie­ści metrów kwa­dra­to­wych, a spra­wiało wra­że­nie jesz­cze mniej­szego. Tak zostało zapro­jek­to­wane w latach sześć­dzie­sią­tych.

Zanim Maria Kry­nicka przy­go­to­wała obiad, Marian zdą­żył już wypić trzy piwa i wypa­lić pięć papie­ro­sów. Nie usły­szała, jak zachrzę­ściła zakrętka od dwu­setki żołąd­ko­wej gorz­kiej scho­wa­nej pod sta­rym fote­lem przy­kry­tym narzutą. Po chwili z bal­konu dru­giego pię­tra domu przy ulicy Orzyc­kiej w War­sza­wie poszy­bo­wała w krzaki pusta bute­leczka.

Papie­ro­sów i piwa Kry­nicki uży­wał w nad­mia­rze kosz­tem dwójki dzieci. I to wła­śnie naj­bar­dziej bolało Marię. Kie­dyś pró­bo­wała pro­te­sto­wać, wal­czyć, ale pię­ści Mariana szybko koń­czyły dys­ku­sję.

Odkąd dostała pracę sprzą­taczki w hotelu Mar­riott, nie mogła sobie pozwo­lić na widoczne sińce, bo to ona utrzy­my­wała dom, Mariana i coraz bar­dziej wyma­ga­jące dzieci.

Instynkt samo­za­cho­waw­czy Kry­nicki miał roz­wi­nięty nad­zwy­czaj dobrze, ale nie tak dobrze, aby hamo­wać popęd sek­su­alny i upodo­ba­nie do bru­tal­no­ści. Dla­tego Maria wie­działa dosko­nale, czym jest gwałt połą­czony z okru­cień­stwem. Pozba­wiona wyboru godziła się na takie życie, cze­ka­jąc nie wia­domo na co. Cza­sami nawet żal jej było Mariana i szcze­rze mu współ­czuła, bo nie mogła ina­czej. Brak współ­czu­cia to też okru­cień­stwo - pod­po­wia­dał jej ksiądz.

Nie bała się Mariana, bała się kon­se­kwen­cji, któ­rych wła­ści­wie nie potra­fiła okre­ślić. Ale naj­bar­dziej bała się pójść do gine­ko­loga, choć orga­nizm od dawna już sygna­li­zo­wał, że może być za późno. A może dla­tego, że było za późno, uwa­żała, iż nie ma już po co iść do leka­rza.

Kie­dyś sta­rała się zatrzy­my­wać dzieci w domu, bo tylko w ten spo­sób mogła unik­nąć natar­czy­wo­ści Mariana. Ale z cza­sem nauczył się wyko­rzy­sty­wać każdą oka­zję i uznała, że lepiej, by dzieci były wtedy poza domem.

W hotelu pra­co­wała na zmiany, więc przy stale obec­nym w domu mężu jej los był nazna­czony cier­pie­niem, więk­szym, niż kto­kol­wiek mógł przy­pusz­czać. Z cza­sem jed­nak uznała, że muszą być prze­cież kobiety, które cier­pią bar­dziej od niej. O wiele bar­dziej! Bo cier­pie­nie nie ma gra­nic - uwa­żała Maria Kry­nicka wsłu­chu­jąca się uważ­nie w Pismo Święte.

Do pracy szła dopiero w ponie­dzia­łek na ósmą rano i od tego dnia, dzięki jej spo­strze­gaw­czo­ści i odpo­wie­dzial­no­ści, miał się tro­chę zmie­nić świat. Ale nie ten w cia­snym miesz­ka­niu na dru­gim pię­trze przy ulicy Orzyc­kiej w War­sza­wie.

10

Szwe­cja ma tysiące wysp i każda jest inna. Wiele jest pry­wat­nych, inne nie. Są duże, małe i bar­dzo małe, cza­sami tak małe, że miej­sca wystar­cza tylko na nie­wielki domek z dwoma łóż­kami i jedno drzewo.

Mają jed­nak coś wspól­nego - skały - są więc nie­za­ta­pialne. Nie­znisz­czalne. Bo woda i skały to fun­da­ment i dusza Szwe­cji. Naj­pięk­niej­sze są ponoć sztok­holm­skie szkiery, które kie­dyś bro­niły serca kraju i żywiły jego miesz­kań­ców. Każda z setek tysięcy wysp na wschod­nim czy na zachod­nim wybrzeżu, nawet taka, którą ledwo widać w wietrzną pogodę, jest naj­praw­dziw­szą czę­ścią pań­stwa. Cho­ciaż w języku szwedz­kim wyspa to tylko jedna litera - ö.

Od dziecka wie o tym każdy Szwed, a może nawet ma to w genach. I ni­gdy się tym nie chwali przed obcymi, gdzieś w głębi czu­jąc nie­po­kój, że ktoś mógłby mu to zabrać. Dwa­dzie­ścia cztery tysiące sztok­holm­skich wysp, zwane dźwięcz­nie skärg?rd, ni­gdy nie star­to­wało w żad­nych kon­kur­sach na cuda świata, bo jakie są, to widać, a Szwe­dom nie star­cza próż­no­ści. Bar­dziej jed­nak dla­tego, że chcą, by pozo­stały takie, jakimi są.

Gdy tylko nad­cho­dzi lato, każda szwedzka sta­cja radiowa, wycho­dząc naprze­ciw potrze­bie serca słu­cha­czy, przy­po­mina pio­senkę Teda Gärdestada Sol, vind och vat­ten. Ktoś, kto nie zna tego kraju, zdzi­wiłby się, że posłów w Riks­dagu do two­rze­nia prawa napawa natchnie­niem nie godło pań­stwowe, lecz ogrom­nych roz­mia­rów kom­po­zy­cja arty­styczna przed­sta­wia­jąca wła­śnie szkiery.

Linda Lund i Olaf Svens­son tak samo kochali słońce, wodę i wiatr jak inni Szwe­dzi. Spę­dzali na wyspach każdą wolną chwilę.

Wujek Lindy, koman­dor Magnus Chri­stian Lund, odszedł ze służby w Szwedz­kiej Mary­narce Wojen­nej ponad trzy­dzie­ści lat temu. W rodzi­nie ojca w każ­dym poko­le­niu był ktoś, kto słu­żył zbroj­nie ojczyź­nie i koro­nie na wodzie, lądzie lub w powie­trzu. Lun­do­wie mogli to z łatwo­ścią udo­wod­nić aż do XVI wieku, ale nikt ich ni­gdy o to nie pytał. Naj­słyn­niej­szy żoł­nierz z rodziny, Daniel, zgi­nął w boju z rąk Rosjan dzie­sią­tego sierp­nia 1808 roku pod Kau­ha­joki. Linda była pierw­szym poko­le­niem, które nie wydało żad­nego woj­sko­wego.

Przez chwilę, po skoń­cze­niu stu­diów praw­ni­czych w Uppsali, myślała nawet, żeby wstą­pić do mary­narki, ale pro­po­zy­cję pracy w służ­bie bez­pie­czeń­stwa uznała za cie­kaw­szą. Nawet wtedy nie przy­pusz­czała, jak bar­dzo ją ta praca zmieni. Jak głę­bo­kie wywrze na niej piętno.

Po ubie­gło­rocz­nych wyda­rze­niach w ?kersberdze, kiedy zgi­nął ofi­cer Säpo i doszło do strze­la­niny z rosyj­skim koman­dem Gar­bi­nowa, Linda jesz­cze przez mie­siąc trzy­mała się dobrze.

Potem któ­re­goś ranka nie­spo­dzie­wa­nie powie­działa Ola­fowi, że nie może się pod­nieść z łóżka, nakryła się koł­drą i zaczęła pła­kać. Gdy nieco się uspo­ko­iła, Olaf mógł wyjść do pracy. Dzwo­nił do niej wie­lo­krot­nie i wyda­wało mu się, że wszystko jest w porządku. Ale kiedy wró­cił, zastał ją w łóżku, w tej samej pozy­cji, wstrzą­saną spa­zmami. Natych­miast wezwał karetkę.

Następne trzy mie­siące Linda spę­dziła na zwol­nie­niu w domu wuja Magnusa Chri­stiana w Ajke­svik na wyspie F?rö. Mimo usil­nych naci­sków, a nawet ukry­tych gróźb, nie zgo­dziła się na opiekę psy­cho­loga, twier­dząc, że pora­dzi sobie sama ze swoim pro­ble­mem. Potrze­buje tylko tro­chę czasu, ciszy i spo­koju.

Od razu wie­działa, że chce jechać do domu wuja nad brze­giem morza. Cisza i jesienny spo­kój na wyspie, która ma szes­na­ście na dzie­więt­na­ście kilo­me­trów i leży nie­mal na środku Bał­tyku, mogłyby się wydać mało wia­ry­godne dla kogoś, kto nie jest Szwe­dem. A jed­nak roz­sza­lałe morze i wiatr szar­piący kar­ło­wa­tymi sosnami budo­wały wprost ide­alną rów­no­wagę psy­chiczną i przy­no­siły wewnętrzny spo­kój. Pozwa­lały się wyci­szyć jak ni­gdzie indziej.

Ponad­dzie­więć­dzie­się­cio­letni koman­dor prze­by­wał w ośrodku opieki w Visby na sąsied­niej Gotlan­dii. Cho­ciaż jego syn, wnu­ko­wie i prawnu­ko­wie roz­bie­gli się po świe­cie w nie­ustan­nym poszu­ki­wa­niu lep­szego życia, to jed­nak pamię­tali o sta­rym Magnu­sie i chcieli go zabrać do sie­bie. Miłość koman­dora do wyspy F?rö, gdzie sta­cjo­no­wała jego nie­ist­nie­jąca już jed­nostka arty­le­rii nabrzeż­nej Gotlands Kustar­til­le­ri­re­ge­mente, KA 3, była jed­nak sil­niej­sza i wszy­scy dosko­nale go rozu­mieli.

Linda posta­no­wiła, że prze­nie­sie się na jakiś czas na wyspę i zaopie­kuje wujem. Uznała, że musi to zro­bić dla niego i dla sie­bie. Żaden psy­cho­log nie był potrzebny, bo uwa­żała, że nikt nie może zro­zu­mieć, dla­czego czło­wiek po dzie­więć­dzie­siątce podej­muje cztery próby samo­bój­cze, a nowo­cze­sna medy­cyna, jak na złość, nie daje mu umrzeć. Jakby się spie­szył na miej­sce, które sobie wybrał - na cmen­ta­rzu przy jedy­nym kościele na wyspie. Nikt też poza Magnu­sem Chri­stia­nem nie był w sta­nie jej pomóc.

Zabie­rała go z ośrodka opieki na każdy week­end, by mógł jak naj­dłu­żej się cie­szyć swoim nad­mor­skim domem. Mieli umowę, że w tym cza­sie nie będzie pró­bo­wał jej uciec. Mógł za to pić ze spodka swoją ulu­bioną kawę Geva­lia. Wysta­wiali na taras stół, okry­wali się kocami i grali w sza­chy, wsłu­chani w szum morza. Roz­ma­wiali o wszyst­kim, tylko nie o śmierci, choć ona sie­działa obok nich jak sędzia, gość hono­rowy, który chci­wie czeka na zbite figury.

Linda czuła, że Magnus Chri­stian jest jedy­nym czło­wie­kiem, który rozu­mie, co to śmierć, i może jej wyja­wić tę tajem­nicę. I gdy tak spo­glą­dał na nią pochy­lony nad sza­chow­nicą, miała wra­że­nie, że sta­rzec dobrze wie, o co ona chce go zapy­tać. Obie­cała sobie, że zrobi to, kiedy wygra z nim pierw­szą par­tię, ale żad­nej ni­gdy nie skoń­czyli, bo Magnus wcze­śniej zasy­piał.

Jakież było jej roz­cza­ro­wa­nie, gdy pod­czas ich ostat­niego spo­tka­nia powie­dział, że Boga nie ma! Dowo­dem na jego brak miał być kształt świata - mówił - zło­żo­nego wyłącz­nie z cier­pie­nia. Tak czy ina­czej wyszło na to, że Magnus Chri­stian nie wie, co jest po dru­giej stro­nie. Może dla­tego tak się tam spie­szył.

Mimo gwał­tow­nego oporu Olaf speł­nił prośbę Lindy i przez trzy mie­siące nie odwie­dzał jej ani do niej nie dzwo­nił.

Wró­ciła odno­wiona i pełna życia. Szczę­śliwa jak ni­gdy dotąd, gotowa do pracy i nowych wyzwań. Olaf momen­tami miał wra­że­nie, że to ktoś inny, że to już nie jest jego Puchatka, że za nią nie nadąża. Ale ta odmie­niona Linda bar­dzo mu odpo­wia­dała, w dzień i jesz­cze bar­dziej w nocy.

W Sztok­hol­mie cze­kała ją miła nie­spo­dzianka. Zastępca szefa Säpo, Kurt Lövenström, zebrał cały per­so­nel Wydziału Wschod­niego w sali kon­fe­ren­cyj­nej i w imie­niu pre­miera prze­ka­zał Lin­dzie Lund, ubra­nej w gra­na­towy kostium z dużym dekol­tem, wyrazy naj­wyż­szego uzna­nia za sprawę Jor­gen­sena. Szcze­remu do bólu Kur­towi star­czyło pięt­na­ście minut na opi­sa­nie wszyst­kich zalet Lindy. Przy oka­zji sko­rzy­stał też tro­chę Olaf.

Brawa, jakie się potem roz­le­gły, i uśmiech­nięte twa­rze nie pozo­sta­wiały złu­dzeń, że Linda cie­szy się sza­cun­kiem kole­gów. Naj­sze­rzej uśmie­chał się Hasan Mar­dan albo tak się Lin­dzie wyda­wało, bo wła­ści­wie patrzyła tylko na niego.

Gdy uci­chły brawa, Lövenström zupeł­nie spo­koj­nie oznaj­mił, że z dniem pierw­szym stycz­nia Linda Lund zostaje zastępcą naczel­nika Wydziału Walki z Eks­tre­mi­zmem. Sze­roko otwarte oczy pra­cow­ni­ków, a u nie­któ­rych rów­nież usta, jasno świad­czyły, że decy­zja kie­row­nic­twa Säpo była praw­dzi­wym zasko­cze­niem. Nie dla Olafa oczy­wi­ście, ale on jak nikt inny wie­dział, że Linda musi przejść do innej jed­nostki, jeżeli chce pra­co­wać w Säpo. Utrzy­my­wał to jed­nak w tajem­nicy przed nią aż do tej chwili.

Po odpra­wie, gdy wszy­scy już wyszli po zło­że­niu gra­tu­la­cji, Linda zwró­ciła się do sym­pa­tycz­nie i szel­mow­sko uśmiech­nię­tego Kurta.

- Rozu­miem, że chcesz mnie zapy­tać, czy jestem zain­te­re­so­wana obję­ciem wspo­mnia­nego sta­no­wi­ska, tak? - ode­zwała się z suro­wym wyra­zem twa­rzy.

Kurt zare­ago­wał jesz­cze szer­szym uśmie­chem, wyraź­nie roz­ba­wiony peł­nym iro­nii i god­no­ści pyta­niem Lindy.

- Więc odpo­wia­dam ci "tak". - Zawie­siła głos, a Ola­fowi wyda­wało się, że jesz­cze ni­gdy nie była taka piękna, taka dumna i twarda. - Po roz­wa­że­niu two­jej pro­po­zy­cji doszli­śmy z Ola­fem do wnio­sku... - znów prze­rwała i po chwili uśmiech roz­ja­śnił jej oczy i roz­lał się na całą twarz - że przyj­muję pro­po­zy­cję! Mam jed­nak waru­nek. - Lövenström uniósł siwe krza­cza­ste brwi. - Zabie­ram ze sobą Hasana. Pół Arab, pół Pers, co on robi w kontr­wy­wia­dzie?

- Nie­źle, Lindo, nie­źle! Będzie z cie­bie dobry naczel­nik. - Kurt był wyraź­nie roz­ba­wiony. - Zała­twiaj to teraz z Ola­fem Svens­so­nem. Tylko się nie pokłóć­cie... hm... jestem teraz poważ­nie zain­te­re­so­wany waszym zgod­nym poży­ciem... Psia­krew! Nie pomy­śla­łem o tym wcze­śniej.

Gdy Kurt wyszedł i zostali sami, Olaf jako ostatni zło­żył Lin­dzie gra­tu­la­cje, po czym chwy­cił ją obu­rącz wpół, przy­cią­gnął mocno do sie­bie i zaczął cało­wać, nie zapo­mi­na­jąc o żad­nym miej­scu od szyi wzwyż. Po raz pierw­szy cało­wał się w sie­dzi­bie szwedz­kich służb spe­cjal­nych przy Polhems­ga­tan, cho­ciaż pra­co­wał tu już pra­wie dwa­dzie­ścia lat.

Kie­dyś Linda za coś takiego z pew­no­ścią wymie­rzy­łaby mu solidny cios otwartą dło­nią, ale teraz zde­cy­do­wa­nie prze­jęła ini­cja­tywę i nawet nie zapy­tała, dla­czego nie powie­dział jej wcze­śniej o awan­sie.

Było też oczy­wi­ste, że Hasan Mar­dan przej­dzie razem z nią.

Późna wio­sna tego roku była wyjąt­kowo piękna. Połu­dniowa Szwe­cja zazie­le­niła się bar­dzo inten­syw­nie. Tem­pe­ra­tura na F?rö docho­dziła do dwu­dzie­stu ośmiu stopni, co przy bez­wietrz­nej pogo­dzie dawało znacz­nie moc­niej­szy efekt. Na wyspie poja­wiło się tak wielu przy­jezd­nych, że nawet Lisa i Bar­bro, córki Sylvi, otwo­rzyły wcze­śniej swoją jedyną na wyspie pie­kar­nię, a wła­ści­wie drugi, obok domu Ing­mara Berg­mana, ośro­dek kul­tury szwedz­kiej.

Linda i Olaf posta­no­wili spę­dzić tydzień w domu Magnusa Chri­stiana, któ­rego mie­siąc wcze­śniej naj­bliż­sza rodzina poże­gnała na maleń­kim cmen­ta­rzu po dru­giej stro­nie wyspy. Tym razem koman­dor prze­chy­trzył pie­lę­gniarki oraz nowo­cze­sną medy­cynę i udało mu się uciec. Pastor w swo­jej mowie poże­gnal­nej pomi­nął ten fakt mil­cze­niem i cie­szył się ze wszyst­kimi, że Magnus Chri­stian osią­gnął w końcu tak upra­gniony spo­kój.

- Olaf! Zde­cy­duj się w końcu! - Linda odło­żyła na sto­lik książkę Daw­kinsa Bóg uro­jony, odcze­kała jesz­cze chwilę i zawo­łała nieco gło­śniej: - Nie sły­szysz?! Olaf!

- Sły­szę - zabrzmiało nie­wy­raź­nie z wnę­trza domu.

Linda, owi­nięta w stary koc z wiel­błą­dziej wełny, sie­działa na dużym drew­nia­nym tara­sie z wido­kiem na dziką kamie­ni­stą plażę i spo­kojne morze. Słońce zbli­żało się do hory­zontu i od morza cią­gnęło już chło­dem.

Olaf przy­szedł z narzu­co­nym na ramiona gru­bym gotlandz­kim swe­trem. Posta­wił na sto­liku tale­rzyk z pach­ną­cymi cyna­mo­nem kanel­bul­lami, które dopiero co przy­wiózł z pie­karni Sylvis Döttrar, i z kub­kiem kawy w dłoni usiadł obok Lindy.

Z wnę­trza domu, nie­zbyt gło­śno, dole­ciał ich dźwięczny głos Marie Fre­driks­son: Jag vill ha ett hus vid havet, där jag kan se p? alla b?terna, som lägger till...

- Nie­sa­mo­wite! Jakby tu była! Ubó­stwiam ją... dobrze wybra­łeś - oznaj­miła Linda z unie­sie­niem.

- To piękne, ale wolę Evę Dahl­gren... - Olaf chciał coś jesz­cze powie­dzieć, gdy roz­legł się dzwo­nek jego tele­fonu. - Nie mogą sobie beze mnie pora­dzić - rzu­cił i wszedł do domu.

Wró­cił na taras i dopiero wtedy ode­brał.

- Witaj, Kon­rad! - ode­zwał się po angiel­sku i po chwili dodał: - Nie... jeste­śmy z Lindą na F?rö... w domu jej wuja... - Zamilkł na chwilę, a potem w ciągu pra­wie dwóch minut powie­dział przy­naj­mniej pięt­na­ście razy yes i na zakoń­cze­nie stwier­dził: - Sprawa może jesz­cze pocze­kać, ale mimo wszystko dobrze byłoby poga­dać... no i... - Znów na moment prze­rwał i zaraz zakoń­czył krótko: - Cze­kamy. Do usły­sze­nia.

Usiadł na leżaku.

- Nie przy­jadą? - Linda zamknęła oczy.

- Mają jakąś pilną robotę. Będą w przy­szłym tygo­dniu.

- Nic im nie mówi­łeś, że prze­szłam do anty­ter­ro­ry­stów?

- Skąd!

- Ale zapro­sisz mnie na kola­cję, jak przy­jadą? - zapy­tała z nutką zadu­fa­nia.

- Jasne, Puchatko! - Pochy­lił się i poca­ło­wał ją w nos.

- Masz już pomysł, jak się dobrać do akty­wów Carla Jor­gen­sena w Kali­nin­gra­dzie?

Słońce było już nisko nad hory­zon­tem i nabrało ostro­ści, oświe­tla­jąc na czer­wono twarz Lindy.

- Nie mam! To, co zro­bi­li­śmy dotąd, pach­nie ama­torsz­czy­zną. Zresztą... - Zamy­ślił się na moment - Teraz to sprawa KSI i zespołu Pera. Ja mam tylko głos dorad­czy.

- No to dla­czego ty zapra­szasz Pola­ków? - zain­te­re­so­wała się Linda i unio­sła powieki. - Chyba nie chcesz powie­dzieć, że Sara wpa­dła ci w oko? Olaf! Popatrz na mnie!

Jej głos zabrzmiał zupeł­nie poważ­nie, aż Olaf spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Nooo... ona jest rze­czy­wi­ście atrak­cyjna, ale blon­dy­nek mamy dosta­tek...

- Nie takich!

- W porządku! - odparł natych­miast, jakby chciał już zakoń­czyć temat.

Linda zręcz­nie pod­cho­dziła Olafa, który w takich sytu­acjach był zakło­po­tany, bez­radny i taki zabawny. Bez trudu mogła go kon­tro­lo­wać.

- Nie wiem dla­czego, ale sprawa tego nie­le­gała, tej Róży Ste­fa­no­wicz, nie daje mi spo­koju...

- To ze sprawy Jor­gen­sena? - prze­rwała mu Linda.

- Tak! Notatki Hansa to kopal­nia infor­ma­cji. Stary wie­dział, co zapi­sy­wać, co jest ważne.

Usia­dła wygod­niej, jakby ocze­ki­wała, że Olaf powie coś cie­ka­wego. Prak­tycz­nie od zakoń­cze­nia sprawy Jor­gen­se­nów w lecie ubie­głego roku nie miała już z nią do czy­nie­nia. Naj­pierw trzy­mie­sięczne zwol­nie­nie lekar­skie, a potem nowe zada­nia odsu­nęły ją od sprawy, którą sama roz­po­częła. W domu Olaf uni­kał roz­mowy na ten temat, bo bał się, że u Lindy może nastą­pić nawrót depre­sji. Bał się, ale w rze­czy­wi­sto­ści to on był słab­szą połową tego związku.

- Kto to jest Róża Ste­fa­no­wicz? - zapy­tała z zacie­ka­wie­niem.

- Nie potra­fię tego racjo­nal­nie wytłu­ma­czyć, ale postać ta w jakiś dziwny spo­sób przy­ciąga moją uwagę. Mam wra­że­nie, że różni się od wszyst­kich pozo­sta­łych, o któ­rych opo­wie­dział nam Jor­gen­sen, jest jakaś inna, tajem­ni­cza...

- To zna­czy?

- No, nie wiem! Spo­śród trzy­dzie­stu ośmiu nie­le­ga­łów KGB i SWZ to była jedyna Polka, wła­ści­wie to był jedyny nie­le­gał z pol­ską toż­sa­mo­ścią czy też pod pol­ską flagą. To była też jedyna kobieta, którą KGB prze­rzu­cało samą. Jeżeli poja­wiały się kobiety, to zawsze w parze z męż­czy­zną. W tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym pierw­szym roku Jor­gen­sen prze­trzy­my­wał ją w swo­jej prze­cho­walni trzy tygo­dnie. Twier­dził, że to była kobieta nie­zwy­kła, piękna. Miała wtedy dwa­dzie­ścia sześć lat i Jor­gen­sen poczuł do niej coś szcze­gól­nego...

- Zauro­cze­nie? Prze­cież kochał swoją żonę... Ingrid.

- Nic z tych rze­czy! - odparł zde­cy­do­wa­nie Olaf. - Jor­gen­sen ma lek­kie odchy­le­nie mistyczne czy coś w tym rodzaju i twier­dzi, że Róża Ste­fa­no­wicz jest teraz gdzieś w pobliżu i ode­gra jesz­cze ważną rolę...

- Gdzie? Co? Jak?! No, rze­czy­wi­ście ma odchy­le­nie! - wtrą­ciła Linda.

- Gdy­bym ci przy­to­czył szcze­góły tego, co nam powie­dział Hans Jor­gen­sen, tobyś nie uwie­rzyła. Wię­cej powścią­gli­wo­ści, Puchatko! - Olaf pomy­ślał przez moment, że Linda może mieć uraz do tej sprawy.

- Niech ci będzie. Co dalej?

- Przy­je­chała do Szwe­cji jako Róża Ste­fa­no­wicz, a wyje­chała jako Róża Biel­ska i wyru­szyła gdzieś w świat. Ma teraz sześć­dzie­siąt jeden lat, czyli jest jesz­cze w sile wieku.

Słońce zni­kło za hory­zon­tem i w dali maja­czyło już tylko halo. Zro­biło się nagle zimno. Linda zamil­kła i wpa­try­wała się przez chwilę w morze. Olaf wło­żył swe­ter. Sie­dzieli tak w ciszy kilka minut i wyglą­dało na to, że oboje myślą o owej tajem­ni­czej Polce.

- Wiesz... może rze­czy­wi­ście coś w tym jest - ode­zwała się nie­spo­dzie­wa­nie Linda. - To o tym chcesz roz­ma­wiać z Kon­ra­dem? Może ona była nie radziec­kim, tylko pol­skim nie­le­ga­łem albo zro­bio­nym w koope­ra­cji z KGB?

- Jor­gen­sen zde­cy­do­wa­nie to wyklu­czył. Zresztą nie­le­ga­łów tak się nie robiło - odpo­wie­dział pew­nie Olaf. - Tak, chcę o tym poroz­ma­wiać z Kon­ra­dem, bo ta sprawa nie daje mi spo­koju. Zara­zi­łem się od Hansa czy co?

- Popatrz, Olaf, jest tyle róż­nych wysp na świe­cie, ale F?rö jest tylko jedna. Prze­szy­wa­jąca swoją atmos­ferą i tajem­nicą. Widzia­łam tu kie­dyś na plaży kro­czącą śmierć w czar­nym stroju... i tu... stra­ci­łam dzie­wic­two. Uwie­rzył­byś? - Olaf spoj­rzał na nią z lek­kim pół­u­śmie­chem. - Zimno już! - dodała po chwili, pod­nio­sła się z leżaka i wcho­dząc do domu, rzu­ciła: - Pój­dziemy do sauny? A potem poczy­tamy Kubu­sia Puchatka albo obej­rzymy Łowcę andro­idów.

- Mmmm... - zamru­czał, wcho­dząc za nią. - To może naj­pierw obej­rzymy, a potem poczy­tamy... sce­na­riu­sze Berg­mana.

- Naj­pierw sauna!

- Trzyyy, cztery...

Zaczęli roz­bie­rać się na wyścigi, roz­rzu­ca­jąc po salo­nie czę­ści gar­de­roby. Jego but poszy­bo­wał tak pre­cy­zyj­nie, że strą­cił lampkę ze sto­lika.

- Zacze­kaj! - zawo­łał Olaf i pobiegł do przed­po­koju. Wró­cił z kaskiem rowe­ro­wym i rzu­cił go nagiej już Lin­dzie. - Załóż! Jestem nasta­wiony dzi­siaj bar­dzo bojowo! - I zaczął nie­mi­ło­sier­nie fał­szo­wać Wal­ki­rię.

11

- Raszid! - rzu­cił krótko Sajed i zro­bił nie­okre­ślony ruch głową.

Ozna­czało to, że chce teraz poroz­ma­wiać z Safi­rem w cztery oczy, a Raszid ma zadbać o ich spo­kój i bez­pie­czeń­stwo.

- Chodź! - Objął gościa ramie­niem i wyszli na obszerny taras, z któ­rego roz­po­ście­rał się widok na nocną Sanę.

Karola zasko­czyło, że mafradż jest aż tak wysoko. Ni­gdy nie widział Sta­rego Mia­sta z góry i teraz poczuł, że jego orien­talne piękno w tej księ­ży­co­wej nocy, tuż po zwrot­ni­ko­wej burzy, tchnie nie­by­wa­łym uro­kiem i pach­nie jak cudowny kamienny kwiat. Wyda­wało mu się, że jeżeli za chwilę roz­łoży ręce, to unie­sie się i poszy­buje nad mia­stem z tysiąca i jed­nej nocy.

- Pięk­nie, prawda? - zapy­tał Sajed i wziął go za rękę. - Tyle świa­tła i ani jed­nego neonu Coca-Coli, Nokii czy Forda. Czy to nie jest sym­bo­liczne?

- Jest! - odpo­wie­dział Karol z auten­tycz­nym prze­ko­na­niem. - I niech tak zosta­nie! Od krzy­żow­ców weź­miemy tyle, ile trzeba. I kiedy trzeba.

- I co trzeba.

Usie­dli na mięk­kich niskich stoł­kach. Karol nawet nie zauwa­żył, kiedy poja­wiły się na tara­sie, bo w cza­sie ulewy z pew­no­ścią ich tam nie było.

Zanim roz­po­częli roz­mowę, siwy, bro­daty Ibra­him w nie­świe­żej gala­bii i z pato­lo­giczną kifozą posta­wił na inkru­sto­wa­nym macicą per­łową i mosią­dzem sto­liku pękate szkla­neczki, miseczkę z cukrem i dzba­nek z her­batą. Nic wię­cej.

- Masz pilną robotę, Safir - oznaj­mił Sajed, gdy tylko zostali sami.

Karol, zajęty mie­sza­niem her­baty, nawet nie zare­ago­wał, bo Sajed zawsze zaczy­nał roz­mowę od tego stwier­dze­nia.

- Posłu­chaj. Są dwie sprawy, które musisz zała­twić... natych­miast! Potem przy­je­dziesz do mnie i zdasz mi rela­cję. - Sajed był roz­luź­niony, mówił cicho, bez wysiłku i patrzył Safi­rowi pro­sto w oczy. - Dzieje się coś dziw­nego!

- Co? - zapy­tał Karol, wyraź­nie zasko­czony, bo ostat­nie słowa Sajeda zde­cy­do­wa­nie odbie­gały od stan­dardu.

- Zapo­mnia­łem, jak on się nazywa... - Sajed zmru­żył oczy i zaczął ner­wowo pocie­rać je pal­cami.

- Kto?

- Ten Irland­czyk, z któ­rym spo­tka­li­śmy się w Kenii... pamię­tasz...

- Oczy­wi­ście! Ted Kelly...

- Wła­śnie! Patrz, Safir, zapo­mnia­łem. Chyba dla­tego, że od dawna nie mie­li­śmy z nimi kon­taktu. - Sajed zamy­ślił się na moment. - Z tymi Irland­czy­kami tak już jest, cho­dzą wła­snymi ścież­kami... Jeden Allah wie, co bul­go­cze w tych tępych irlandz­kich łbach... Whi­sky pew­nie.

- Ja ich rozu­miem! - wtrą­cił Karol.

- Nie wąt­pię. W końcu przez dwa lata byłeś łącz­ni­kiem.

- Ted to legenda! Wspa­niały czło­wiek... Kie­dyś ci o nim opo­wia­da­łem.

- Tak, wy Polacy i Irland­czycy macie coś wspól­nego. Odwiecz­nych wro­gów! Oni Angli­ków, a wy Rosjan. I zami­ło­wa­nie do wódki! Kie­dyś o tym poga­damy, może jak wró­cisz...

- Ale o co cho­dzi? - Karol się zanie­po­koił.

- Kelly prze­ka­zał nam przez Hadżiego, że chce się pil­nie spo­tkać w jakiejś nad­zwy­czaj waż­nej spra­wie.

- Dla­czego kon­tak­tuje się przez Hadżiego? - Karol uniósł nieco głos. - Miał tego nie robić, ma prze­cież stały kon­takt na Abdula... co jest? Zgu­bili numer tele­fonu czy zapo­mnieli? - Roz­ło­żył ręce.

- No wła­śnie! Dla­tego mówię, że masz dwie sprawy do zała­twie­nia. - Sajed poki­wał głową i pogła­dził obu­rącz brodę, co robił tylko wtedy, gdy szu­kał kon­taktu z Alla­hem.

Karol zasta­no­wił się przez moment.

- Myślisz...? - zapy­tał w końcu.

- Na to wygląda - odparł Sajed.

- Muszę to roz­wa­żyć...

- Safir! - cią­gnął Sajed coraz chłod­niej­szym tonem. - To ty wpro­wa­dzi­łeś Abdula i dałeś mu reko­men­da­cję, cho­ciaż wie­dzia­łeś, że nie zno­szę Fran­cu­zów. Ufam ci jed­nak bar­dziej niż komu­kol­wiek i zgo­dzi­łem się na tego Tune­zyj­czyka...

- W porządku, Sajed. W porządku. - Karol poczuł się nie­swojo.

Natych­miast zro­zu­miał, że ma poważny pro­blem do roz­wią­za­nia, a Sajed ocze­kuje od niego kon­kret­nej pro­po­zy­cji. Tu i teraz.

Po raz pierw­szy od jede­na­stu lat coś zazgrzy­tało.

Na taras wszedł Ibra­him, jakby jesz­cze bar­dziej zgar­biony, i posta­wił na sto­liku dak­tyle i figi. Zajęło mu to pra­wie dwie minuty, dokład­nie tyle, ile potrze­bo­wał Karol, by zasta­no­wić się nad odpo­wie­dzią.

- Od cie­bie zależy, którą ścieżką pój­dziesz, i niech ci Allah pomoże wybrać tę jedyną, praw­dziwą. Masz trudny wybór, ale my też. Rozu­miesz? - Sajed skoń­czył i cze­kał na ruch Safira.

- No dobrze - odparł Karol, kry­jąc zanie­po­ko­je­nie. - Tele­fon od Kelly'ego do Hadżiego z pomi­nię­ciem Abdula może świad­czyć o tym, że stra­cili do niego zaufa­nie i woleli ruszyć kanał, któ­rego nie powinni wyko­rzy­sty­wać do łącz­no­ści. Zna­czy, że woleli zary­zy­ko­wać, bo jest pew­niej­szy niż Abdul. - Zamilkł na moment i zoba­czył, że Sajed drugi raz tego wie­czoru pociera rękami brodę. - Wie­dzą, że Abdul zdra­dził!

- Też tak uwa­żam - ode­zwał się Sajed.

- Sądzę jed­nak, że Irland­czycy muszą mieć do nas naprawdę ważną sprawę...

- I pew­nie nie cho­dzi im o Abdula.

- Oczy­wi­ście!

- A co z Abdu­lem? - zapy­tał Sajed, jakby chciał zigno­ro­wać ostat­nie słowa Safira.

- Prze­cież nie spo­tkam się z Irland­czy­kami, dopóki się nie dowiem, o co cho­dzi z tym Abdu­lem. To wszystko jest nie­ja­sne, podej­rzane.

- Safir, bra­cie! - Sajed poło­żył mu rękę na ramie­niu. - Niech cię Allah pro­wa­dzi! Wra­caj jak naj­szyb­ciej. - Popa­trzył mu pro­sto w oczy i dodał: - A teraz odpocz­nij. Ibra­him zapro­wa­dzi cię na kwa­terę.

Na kory­ta­rzu Karol spo­tkał Raszida. Powie­dział mu, że jutro wyjeż­dża, i poże­gnali się ser­decz­nie. Raszid, który naj­wy­raź­niej szedł do Sajeda, nie zapy­tał, kiedy znowu przy­je­dzie, i Karol od razu się domy­ślił, że wie o spra­wie Abdula.

Wszystko wska­zy­wało na to, że musi jak naj­szyb­ciej poroz­ma­wiać z pro­fe­so­rem Ahme­dem. Było źle, a mogło być jesz­cze gorzej.

12

- Bladź! Nic nie poznaję! - ode­zwał się Jagan z tyl­nego sie­dze­nia.

- To dawny pro­spekt Pobiedy, teraz imie­nia Wła­di­mira Wła­di­mi­ro­wi­cza - wyja­śnił bez­na­mięt­nie Gru­zow, a Jagan od razu pomy­ślał o swoim kizly­arze i poczuł, jak smok poru­szył się ner­wowo.

- Dużo się zmie­niło. Mia­sto pra­wie nie do pozna­nia... wiele się buduje - rzu­cił Zaricki.

- Moskwa, Kady­row, mafia... wszy­scy inwe­stują, bo to też jakiś spo­sób na lep­sze jutro dla Cze­cze­nów. Ludzie są zmę­czeni, chcą choć tro­chę nor­mal­no­ści - dodał Gru­zow.

- Ład­nie tu się zro­biło, ale to wciąż Cze­cze­nia - wymam­ro­tał Jagan.

- W Guder­me­sie byłeś? - zapy­tał Zaricki.

- W ubie­głym roku... - Jagan obser­wo­wał szybko prze­su­wa­jące się widoki za oknem samo­chodu. - Ład­nie odbu­do­wany. - Po chwili dodał: - Patrz­cie, jakimi samo­cho­dami tu jeż­dżą! Mała Moskwa czy co?

- Co ty, star­szyna, Cze­cze­nów nie znasz? - zapy­tał Zaricki i wyrzu­cił papie­rosa przez okno. - Rube­lek dla brata, rube­lek dla żony, rube­lek dla dziadka, rube­lek dla mia­sta i sto dla mnie.

- To pry­wa­ty­za­cja po kau­ka­sku... zresztą u nas jest tak samo. I tak te pie­nią­dze kie­dyś gdzieś zain­we­stują - sko­men­to­wał Gru­zow.

- Pies ich jebał! - rzu­cił nie­spo­dzie­wa­nie Jagan. - Nie podoba mi się to. Bladź, prze­cież my za to pła­cimy! A za dwa, trzy lata znów to trzeba będzie roz­wa­lać. Gru­zow! - Wal­nął go dło­nią w ramię. - Dwie smiert­nice wybu­chły nie­dawno w metrze w Moskwie. Oglą­da­li­śmy je. Pamię­tasz?

- Pamię­tam. No i co?

- To my im budu­jemy mia­sta, te ulice i domy, a one przy­jeż­dżają robić u nas fajer­werki!

- Tru­bow! Coś ty się z kija urwał? - smęt­nie, ale kon­kret­nie odparł Gru­zow i wszy­scy zamil­kli.

Jagan był w Gro­znym ostatni raz w 2003 roku, a i to prze­jaz­dem. Nie lubił tego mia­sta. Lubił za to i znał Guder­mes, bo tam sta­cjo­no­wała kie­dyś jego jed­nostka.

Wyni­kało to może z tego, że pamię­tał, jakie klę­ski ponie­śli Rosja­nie w walce z góra­lami, i to w mie­ście. Prze­kro­czyli wtedy nor­malny poziom hańby i na myśl o tym wciąż czuł przy­pływ wście­kło­ści wymie­sza­nej z bez­sil­no­ścią. Naj­gor­szy stan ducha, jaki może się przy­tra­fić rosyj­skiemu żoł­nie­rzowi spec­nazu. Tylko pawia puścić!

A może Jagan w ogóle nie potra­fił sobie wyobra­zić, że musiałby wal­czyć w mie­ście. Tyle ulic, domów, ludzi... jak mógłby w każ­dym z nich wyczuć nie­bez­pie­czeń­stwo?

Nie pró­bo­wał tego dotąd. Wie­dział, że jego nie­zwy­kły dar dema­ska­cji zagro­że­nia, ujaw­nie­nia pla­nów czy­ha­ją­cej w pobliżu śmierci na nic by się nie zdał w mie­ście, szcze­gól­nie takim jak Gro­zny.

Dla­tego posta­no­wił kie­dyś, że w górach musi być lep­szy od górali, i nie­źle mu się to uda­wało, cho­ciaż sam pocho­dził z Omska. Muha­me­dow szybko poznał sier­żanta Andrieja Tru­bowa z imie­nia i nazwi­ska, choć nor­mal­nie nie inte­re­so­wali go pod­ofi­ce­ro­wie.

- Dojeż­dżamy! - ode­zwał się po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu Jura Kosow, który pro­wa­dził samo­chód. - Która godzina? - zapy­tał. - W tym gra­cie nie działa zegar.

- Osiem­na­sta dwa­dzie­ścia pięć - odpo­wie­dział Jagan, nie patrząc na zega­rek.

- To nie żaden grat, tylko dobrze zama­sko­wany samo­chód grupy spe­cjal­nej połą­czo­nych służb spe­cjal­nych Fede­ra­cji Rosyj­skiej - zauwa­żył dow­cip­nie Gru­zow, ale nikt nie zare­ago­wał na jego słowa.

Jechali sze­ro­kim, czy­stym pro­spek­tem mię­dzy nowymi domami o jasnych ele­wa­cjach. Na koń­co­wym odcinku ulica prze­cho­dziła w pro­me­nadę obsa­dzoną mło­dymi drze­wami, które roz­dzie­lały oba pasy ruchu. Po chwili wyje­chali na ogromny plac zaj­mo­wany przez monu­men­talny meczet.

Zaczęło się już ściem­niać i włą­czone zostało oświe­tle­nie budowli przy­po­mi­na­ją­cej Hagię Sophię w Stam­bule. Cztery wyso­kie, wyjąt­kowo smu­kłe mina­rety o ostrych szczy­tach wyra­stały na rogach meczetu, jakby miały go bro­nić przed nie­wi­dzial­nym wro­giem. Tysiące świa­teł doda­wało świą­tyni wię­cej dra­ma­ty­zmu niż maje­statu.

Kosow zwol­nił i wszy­scy jak zacza­ro­wani wpa­try­wali się w ten widok. Jagan pomy­ślał, że mina­rety stoją wbrew pra­wom fizyki i każdy z pew­no­ścią pięk­nie by się zwa­lił od jed­nego cel­nego tra­fie­nia z RPG.

Skrę­cili w lewo, w sze­ścio­pa­smową aleję, i w ciszy minęli meczet po pra­wej stro­nie. Po trzy­stu metrach doje­chali do sto­ją­cego opo­dal skrzy­żo­wa­nia nowego dzie­się­cio­pię­tro­wego apar­ta­men­towca.

- Jeste­śmy na miej­scu - zako­mu­ni­ko­wał Zaricki, bli­sko czter­dzie­sto­letni major. - To ten dom po lewej... naj­wyż­sze pię­tro.

Kosow i Jagan musieli się pochy­lić, żeby spoj­rzeć w górę.

- Ostat­nie trzy okna po pra­wej - dodał Zaricki.

- Ciemno - rzu­cił Kosow.

- Dobrze! Tak miało być!

- No... to co? - wtrą­cił Gru­zow. - Zaczy­namy?

- Dowo­dzi Fie­die­ral­naja Służba Bie­zo­pa­sno­sti. Pano­wie ofi­ce­ro­wie, cze­kamy na sygnał! - Zaricki przy­po­mniał, że od tej chwili gospo­da­rzem sprawy jest wywiad woj­skowy.

- Długo? - zapy­tał Kosow.

- Wysła­łem ese­mesa... i cze­kamy.

Na par­kingu przed domem stało kilka samo­cho­dów. Dwa SUV-y, kilka bmw, mer­ce­des i dalej w rzę­dzie inne, nie mniej oka­załe pojazdy. Stary opel astra z 1998, naj­wy­żej z 1999 roku wyraź­nie się odróż­niał. Jagan wyczuł to natych­miast.

- Spier­da­lamy stąd - rzu­cił cicho.

- Co jest, Tru­bow? - ode­zwał się nieco zasko­czony Gru­zow.

- Spier­da­lamy i już! - powtó­rzył bar­dziej zde­cy­do­wa­nie Jagan. - Sto osiem metrów za nami jest budy­nek admi­ni­stra­cji mia­sta. Wyglą­damy w tym gru­cho­cie, jak­by­śmy chcieli zro­bić jakieś bum, jak nie­do­ro­bieni ama­to­rzy Uma­rowa z Emi­ratu Kau­ka­skiego... Spier­da­lamy!

- Jagan ma rację. Sły­sza­łeś, Zaricki! - Kosow włą­czył sil­nik i wrzu­cił jedynkę, aż zazgrzy­tała skrzy­nia bie­gów.

- Bez ner­wów - zare­ago­wał spo­koj­nie Zaricki. - Wszystko jest pod kon­trolą. Co ty, kurwa, myślisz, Tru­bow, że nie wie­dzie­li­śmy, gdzie stoi ten budy­nek? W tym domu miesz­kają ludzie Kady­rowa i Muha­me­dow wie­dział, gdzie zro­bić swoją kry­jówkę. Pod latar­nią naj­ciem­niej... nie?!

Gru­zow przez całą drogę palił papie­rosy i wyglą­dał, jakby dener­wo­wał się bar­dziej od innych.

Smród papie­ro­sów Marl­boro nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści co do źró­dła ich pocho­dze­nia, ale para­dok­sal­nie to dobrze świad­czyło o Gru­zo­wie, który musiał kupo­wać je taniej na baza­rze. Ory­gi­nalne fajki palili tylko ci ofi­ce­ro­wie, któ­rych było na nie stać. Dla­tego pew­nie Gru­zow mimo swo­ich pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat - choć wyglą­dał na wię­cej - wciąż był majo­rem i musiał ryzy­ko­wać życie, zamiast łowić ryby kijem Mega­bass Dia­blo Slant Bridge z koło­wrot­kiem Stella Shi­mano.

Gru­zow pstryk­nął nie­do­pał­kiem przez okno i o mało nie tra­fił pod­jeż­dża­ją­cego moto­cy­kli­sty bez kasku, w czar­nej skó­rze, który zatrzy­mał się cztery metry dalej, pochy­lił i bez słowa zaj­rzał do wnę­trza samo­chodu. Po chwili pod­je­chał drugi moto­cy­kli­sta w iden­tycz­nej czar­nej skó­rze i sta­nął obok.

Jagan deli­kat­nie, powoli, wciąż patrząc w kie­runku moto­cy­kli­stów, wyjął spod kurtki swo­jego skor­piona model 61, odbez­pie­czył go i poło­żył na kola­nach.

- Nie rób głupstw - wyszep­tał Gru­zow. - Scho­waj to, bo nie wyje­dziemy z Gro­znego żywi...

- Wy kto? - zapy­tał twardo po rosyj­sku z kau­ka­skim akcen­tem pierw­szy moto­cy­kli­sta. - Czego tu?

- Daj poroz­ma­wiać, przy­ja­cielu! - zaczął Gru­zow pojed­naw­czo.

Drugi moto­cy­kli­sta prze­je­chał parę metrów dalej i sta­nął przed samo­cho­dem, naj­wy­raź­niej scho­dząc z moż­li­wej linii strzału.

Zanim Gru­zow zdą­żył otwo­rzyć drzwi samo­chodu, obaj moto­cy­kli­ści bły­ska­wicz­nie roz­pięli kurtki i spraw­nym ruchem wyjęli pisto­lety.

Mimo że było już ciemno, Jagan dostrzegł, że Cze­czeni mają wypa­sione, naj­now­sze dzie­wię­cio­mi­li­me­trowe skor­piony model 91, i od razu pomy­ślał, że coś jest nie w porządku ze spra­wie­dli­wo­ścią na świe­cie, a w każ­dym razie sporo jest na tym polu do zro­bie­nia, przy­naj­mniej w Rosji.

- Nooo... Ruski, tylko bez nume­rów! - krzyk­nął ten, który stał z przodu. - Bo będziemy strze­lać!

- Nie chcemy kło­po­tów. Jeste­śmy z Fede­ral­nej Służby Bez­pie­czeń­stwa. - Gru­zow wysiadł z samo­chodu i pod­niósł ręce. - Teraz się­gnę do kie­szeni po legi­ty­ma­cję, dobrze? - I zaczął powoli opusz­czać jedną rękę.

Jagan obser­wo­wał Gru­zowa i jed­no­cze­śnie odcią­gnął zamek, który cicho zadźwię­czał. Szybko oce­nił, że sytu­acja nie jest dobra, bo Gru­zow zasła­nia mu moto­cy­kli­stę, a drugi Cze­czen stoi przed maską, poza zasię­giem strzału.

- Spo­koj­nie! - powie­dział bar­dzo cicho Zaricki.

Moto­cy­kli­sta wciąż uważ­nie obser­wo­wał samo­chód i Gru­zowa. Po chwili dał mu znak auto­ma­tem, żeby się zbli­żył. Gdy ten był już pół­tora metra przed nim, kazał mu sta­nąć. Gru­zow powoli wyjął swoją legi­ty­ma­cję i wrę­czył moto­cy­kli­ście.

Chciał opu­ścić ręce, ale nie dostał pozwo­le­nia.

- Zadzwoń do Fioł­kina! - zapro­po­no­wał.

- Nie bądź taki mądry, Ruski! Wiem, co mam robić - odparł sucho pewny sie­bie Cze­czen.

Jedną ręką wyjął krót­ko­fa­lówkę, naci­snął przy­cisk i z gło­śnika ode­zwał się skrze­czący, nie­zro­zu­miały głos. Przez chwilę moto­cy­kli­sta, nie spusz­cza­jąc wzroku z samo­chodu i Gru­zowa, roz­ma­wiał z kimś po cze­czeń­sku.

Jagan zro­zu­miał tylko słowa "opel astra" i "Gru­zow". Upły­nęło dokład­nie dwie i pół minuty, zanim ponow­nie ode­zwała się krót­ko­fa­lówka. Cze­czen powie­dział kilka słów, cze­goś wysłu­chał i w końcu się roz­łą­czył. Oddał legi­ty­ma­cję Gru­zowowi, a pisto­let scho­wał pod kurtkę. Wrzu­cił nogą bieg i bez słowa odje­chał. Po kilku sekun­dach ruszył za nim drugi moto­cy­kli­sta.

- No i co teraz?! Kurwa! - zaczął Kosow, gdy tylko Gru­zow wsiadł do samo­chodu. - Zaraz pół Gro­znego będzie wie­działo, że czte­rech face­tów z FSB stoi w tym gra­cie, i to aku­rat pod tym domem. Nie sądzisz, że Kady­rowa zain­te­re­suje, co tu robimy? - cią­gnął spo­koj­nie i logicz­nie. - Czy ta nasza akcja ma jesz­cze sens? Żaden Cze­czen nie ufa dru­giemu...

- Robimy tak, jak było zapla­no­wane! - prze­rwał mu zde­cy­do­wa­nie Jagan i scho­wał swój auto­mat.

W samo­cho­dzie zale­gła cisza. Nie było naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że wszy­scy chcą kon­ty­nu­ować ope­ra­cję, bo namie­rze­nie lokalu kon­spi­ra­cyj­nego Muha­me­dowa kosz­to­wało ich dużo pracy, pie­nię­dzy i czasu. I mogło w końcu dopro­wa­dzić do roz­bi­cia tej naj­nie­bez­piecz­niej­szej, bo naj­in­te­li­gent­niej­szej grupy na Kau­ka­zie, a może i w całej Rosji. Nie mówili o tym, ale każdy z nich wie­dział, że powo­dze­nie akcji może kie­dyś ura­to­wać czy­jeś życie. Rosyj­skie na pewno - pomy­ślał Jagan.

Jura Kosow też tak myślał, ale był ofi­ce­rem wywiadu, czyli dzia­łał w służ­bie, w któ­rej czę­sto forma prze­ra­sta treść, i dla­tego cza­sami, w trud­nych sytu­acjach, sta­wiał nie­po­trzebne pyta­nia. Tru­bow, Zaricki i Gru­zow byli inni. Wie­dzieli, że to misja bojowa i roz­terki Jury, choć może i słuszne, nie popchną sprawy. Oczy­wi­ście wzrósł teraz sto­pień zagro­że­nia, ale w tej pro­fe­sji to nie pierw­szy­zna.

To, co się przed chwilą stało, wyzwo­liło w Jaga­nie znane mu miłe uczu­cie pod­nie­ce­nia bojo­wego. Poczuł, że dwu­głowy smok na jego ple­cach drży i lekko się poru­sza. Odsu­nął się więc od opar­cia, by dać mu wię­cej miej­sca.

- Kazak! Moło­diec Andriej! - Zaricki bez cie­nia dwu­znacz­no­ści sko­men­to­wał decy­zję Jagana i było już oczy­wi­ste, że Jura Kosow jest w mniej­szo­ści. - Czyli co? Zaczy­namy!

13

Kon­rad wró­cił ze spo­tka­nia z sze­fem Agen­cji na Miło­będz­kiej w gor­szym nastroju, niż był rano, kiedy tam jechał. Pro­sił o to spo­tka­nie od kilku dni, bo sprawa pod kryp­to­ni­mem "Zaraza" nabie­rała coraz szyb­szego tempa i nie mógł podej­mo­wać wszyst­kich decy­zji sam. Ale szef wciąż był zajęty, jakby Karol Hamond nie­mal nic nie zna­czył dla Agen­cji Wywiadu. Jakby wszystko inne miało pierw­szeń­stwo. Kon­radowi trudno było to zro­zu­mieć, bo po odej­ściu gene­rała Pęka wyda­wało się, że może być już tylko lepiej.

Nie była to też kwe­stia oso­bi­stego sto­sunku nowego szefa do Kon­rada, bo znali się od kilku lat i cho­ciaż nie było w tej zna­jo­mo­ści ani krzty sym­pa­tii, to nie było też nie­chęci. Wła­ści­wie ich drogi zawo­dowe ni­gdy się ze sobą nie skrzy­żo­wały. Bie­gły rów­no­le­gle, jak drogi wielu innych.

Pod­czas wypro­szo­nego dwu­go­dzin­nego spo­tka­nia szef zadał rap­tem cztery pyta­nia doty­czące Safira, w tym jedno o jakąś datę. Chwi­lami można było pomy­śleć, że ta sprawa po pro­stu go nie obcho­dzi, ale to nie mogło być prawdą.

Naj­waż­niej­szą od lat, prze­ło­mową infor­ma­cję, że part­ne­rzy bry­tyj­scy z SIS pozy­skali do współ­pracy wie­deń­skiego łącz­nika Al-Kaidy, który został włą­czony do struk­tur Bazy z reko­men­da­cji Safira i miał być skrzynką kon­tak­tową z Irland­czy­kami, szef skwi­to­wał pyta­niem, kiedy ten czło­wiek został zwer­bo­wany. Mimo że mil­cze­nie szefa draż­niło Kon­rada do żywego, to jed­nak mogło być też uznane za bło­go­sła­wień­stwo. Dawało prak­tycz­nie wolną rękę w dzia­ła­niu. Tak czy ina­czej Kon­rad nie był przy­zwy­cza­jony do takiego pro­wa­dze­nia spraw i odczu­wał silny dys­kom­fort.

Ten przy­kry stan pogłę­biła druga część roz­mowy, w któ­rej szef nie­zwy­kle się oży­wił, gdy usły­szał o koniecz­no­ści powo­ła­nia Mię­dzy­wy­dzia­ło­wego Zespołu Ana­li­tycz­nego do spraw Oceny Stanu Zagro­żeń Ter­ro­ry­stycz­nych dla Bez­pie­czeń­stwa Publicz­nego Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej. Nagle się oka­zało, że świet­nie włada języ­kiem pol­skim i jest nawet swo­istym eru­dytą.

Wyda­wało się, że to nie uję­cie Safira, lecz ocze­ki­wane przez kie­row­nic­two pań­stwa powo­ła­nie zespołu będzie praw­dzi­wym wkła­dem AW w walkę z mię­dzy­na­ro­do­wym ter­ro­ry­zmem. I tego wła­śnie Kon­rad nie mógł zro­zu­mieć. Podej­rze­wał oczy­wi­ście, co może się za tym kryć, ale ta myśl była tak irra­cjo­nalna, że nie mogła się prze­bić przez jego zawo­dową pro­sto­li­nij­ność.

Naj­gor­sza była jed­nak trze­cia część spo­tka­nia. Bo o ile dwie pierw­sze mie­ściły się w sche­ma­cie dys­funk­cji zawo­do­wych, o tyle ostat­nia doty­kała Kon­rada oso­bi­ście. Po raz kolejny zre­fe­ro­wał sze­fowi sytu­ację Sary i Wydziału Q w związku z pro­wa­dzo­nym docho­dze­niem w spra­wie Tra­visa. Wska­zy­wał, że nie może być tak, by trup w sza­fie gene­rała Pęka nisz­czył - przy pomocy dyżur­nych pro­ku­ra­to­rów - naj­lep­szych ofi­ce­rów.

Począt­kowo, jak zawsze do tej pory, szef zade­kla­ro­wał soli­dar­ność, pomoc i wszystko, co mie­ściło się w jego moż­li­wo­ściach. Tym razem jed­nak zro­bił poważny błąd. Wyra­ził współ­czu­cie. Słowo to, wzmoc­nione bez­barw­nym spoj­rze­niem, było dla Kon­rada wręcz krwawo czy­telne, bo ozna­czało, że sze­fowi jest obo­jętne, co się dalej sta­nie, i że nie zamie­rza anga­żo­wać się w sprawę.

Była za kwa­drans pierw­sza i Kon­rad jechał na dwu­dzie­ste pię­tro. Wyda­wało mu się, że winda poru­sza się wol­niej niż zwy­kle, jakby ją cią­gnęły nie­do­ży­wione osły. Wła­ści­wie nie miał ochoty wra­cać do Wydziału, bo wie­dział, że będzie musiał wszystko opo­wie­dzieć Sarze. A jeśli się z tym spóźni, to Sara będzie miała słuszną pre­ten­sję, że jej nie uprze­dził, i wyj­dzie na to, że jest zbyt miękki.

Kon­rad zalo­go­wał się do kamery, która odczy­tała bio­metr jego twa­rzy, i wszedł do Wydziału. Zanim dotarł do swo­jego gabi­netu, poza­glą­dał przez oszklone drzwi do pokoi po obu stro­nach kory­ta­rza. Sara sie­działa za biur­kiem i zawzię­cie pisała coś na kom­pu­te­rze. Mar­cin prze­cha­dzał się ner­wowo, wyma­chu­jąc jedną ręką, a drugą przy­ci­ska­jąc do ucha tele­fon. U M-Irka były jak zwy­kle opusz­czone żalu­zje. W innych poko­jach można było dostrzec umiar­ko­wany ruch, jakby wszy­scy jesz­cze nie przy­wy­kli do tego, że dzień pracy już dawno się roz­po­czął.

Kon­ra­dowi wyda­wało się, że nikt nie zwró­cił na niego uwagi. Nawet sekre­tarka Ewa spra­wiała wra­że­nie nie­obec­nej. Przez moment pomy­ślał, że biuro opa­no­wał jakiś tajem­ni­czy wirus, a on sam stał się nie­wi­dzialny.

Posta­no­wił jed­nak spraw­dzić praw­dzi­wość swo­ich podej­rzeń i naci­snął na inter­co­mie przy­cisk z napi­sem "Sara".

Na jej tele­fo­nie wyświe­tlił się napis "Kon­rad" i Sara pod­nio­sła głowę znad kom­pu­tera, spoj­rzała przez szyby na Kon­rada i rów­no­cze­śnie zapy­tała jakby nieco zdez­o­rien­to­wana:

- No... co jest?

- Przyjdź do mnie... albo nie, ja przyjdę - rzu­cił i roz­łą­czył się.

Prze­szedł do jej pokoju, usiadł w fotelu i już miał zacząć opo­wia­dać o wizy­cie na Miło­będz­kiej, gdy Sara z gło­śnym trza­skiem zapa­liła papie­rosa.

- Dla­czego uży­wasz takiej nie­wy­god­nej męskiej zapal­niczki? To jakiś szpan czy pamiątka po... nim? - Kon­rad po raz pierw­szy zapy­tał o to, o co chciał ją zapy­tać od zawsze. Zro­bił to tak spon­ta­nicz­nie, że aż się zawsty­dził. - Mogła­byś rzu­cić pale­nie! - dodał świa­domy bez­sensu tego, co powie­dział.

- Co z tobą, Kon­rad? - Sara unio­sła brwi i zało­żyła nogę na nogę. - Coś się stało?

Kurwa! - zaklął w duchu. Że też ona zawsze mnie wyczuje...

- Co się stało?

- Nie, nic! - skła­mał, przy­gryzł dolną wargę i zde­cy­do­wał, że poroz­ma­wia z nią w bar­dziej sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach.

- Gdy­bym cię nie znała, to pomy­śla­ła­bym, że rzu­ciła cię dziew­czyna albo, co gor­sza, ktoś ci pory­so­wał saaba... 900i... turbo. Tak?

Kon­rad zmie­nił zda­nie i chciał już wszystko powie­dzieć, gdy zadzwo­nił jej tele­fon komór­kowy. Znał tę melo­dię - to był jego ulu­biony motyw z pio­senki Cata Ste­vensa i Sara o tym wie­działa. Kie­dyś nawet miał pewne podej­rze­nia, dla­czego ścią­gnęła sobie ten utwór na pry­watną komórkę.

Zdą­żyli wysłu­chać spo­rego kawałka melo­dii, nim odna­la­zła tele­fon w torebce. Kon­rad chciał już wyjść, ale dała mu ręką znak, żeby został.

Była trzy­na­sta pięć­dzie­siąt sześć.

- Cześć, Jacek! Kopę lat! - zaczęła Sara, niby ura­do­wana z tele­fonu.

Kon­rad od razu zro­zu­miał, że to Jacek Mora­wiec, szef ochrony hotelu Mar­riott, były ofi­cer Wydziału Wschod­niego kontr­wy­wiadu ABW i dawny chło­pak Sary. Razem byli w szkole wywiadu w Kiej­ku­tach i potem jesz­cze przez pół roku ze sobą cho­dzili. Roz­sta­nie wymu­siły alko­ho­lowe pro­blemy Jacka, lecz, jak zawsze twier­dziła Sara, pozo­stali przy­ja­ciółmi. Wkrótce odszedł też z ABW, z tych samych powo­dów.

- Pocze­kaj - ode­zwała się do Jacka i zwró­ciła do Kon­rada: - Coś dziw­nego dzieje się w Mar­riot­cie. Jacek? Sły­szysz mnie dobrze? Jest u mnie Kon­rad... prze­łą­czę na gło­śniki... mów.

- Dobrze. - Kon­rad roz­po­znał pod­nie­cony głos Morawca. - Słu­chaj­cie uważ­nie. Minutę temu zadzwo­niła do mnie jedna ze sprzą­ta­czek. Przez przy­pa­dek weszła do pokoju... apar­ta­mentu i zoba­czyła coś dziw­nego. Przy stole sie­działo kilku face­tów, któ­rzy bar­dzo się zde­ner­wo­wali jej nie­spo­dzie­wa­nym wtar­gnię­ciem i zaczęli cho­wać pod stół jakieś papiery. Ale żeby było dziw­niej... trzech face­tów to Azjaci. Spraw­dzi­łem. Pokój jest na Szweda, Gustava Win­klunda. Oni tam teraz są...

- Może to jacyś biz­nes­meni? - zapy­tała zacie­ka­wiona Sara.

- No... może... może nie?! Jed­nak znam tę sprzą­taczkę. Była wyraź­nie prze­ra­żona...

- Może to mafia? - wtrą­cił Kon­rad.

- Słu­chaj­cie! - rzu­cił wyraź­nie pod­nie­cony Jacek. - Coś tu nie gra! Ale jak was to nie inte­re­suje...

- Daj spo­kój - ode­zwała się Sara. - Oczy­wi­ście, że nas inte­re­suje! Co to za Azjaci? Zapy­taj tę sprzą­taczkę. Chiń­czycy, Japoń­czycy...?

- Na głowę upa­dłaś! Ona roz­róż­nia co naj­wy­żej bia­łych, czar­nych i żół­tych...

- Okej! Weź z recep­cji dane tego Szweda i podaj nam jego datę uro­dze­nia i numer pasz­portu...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

2

Minęło już ponad sie­dem mie­sięcy, odkąd wysłał do Zuzy maila z Kijowa. Odpo­wie­działa mu dopiero po trzech tygo­dniach. Póź­niej prze­sy­łała wia­do­mo­ści co dwa dni. Prze­glą­dał swoją skrzynkę moż­li­wie czę­sto. Ale nie mógł odpi­sać, bo wokół niego działy się dziwne rze­czy i oba­wiał się, że może być śle­dzony przez rosyj­ską FSB albo Służbę Bez­pie­czeń­stwa Ukra­iny. Dosko­nale wie­dział, że rosyj­skie służby mają swoje wtyczki w Al-Tak­fir, ale sprawa, którą miał zała­twić, warta była tego ryzyka.

Roz­mowy były tajne i spo­tka­nia odby­wały się za każ­dym razem gdzie indziej, w róż­nych wsiach i chu­to­rach, od Sym­fe­ro­pola do Jałty, więc Karol Hamond nie miał swo­bod­nego dostępu do inter­netu i musiał pole­gać na przy­god­nych kawia­ren­kach. Tele­fonu rów­nież nie mógł uży­wać. Numer, który podał Zuzie we Lwo­wie, był już nie­ak­tu­alny.

Od roz­sta­nia na lwow­skim pero­nie nie mógł prze­stać o niej myśleć. Jej obraz w oknie pociągu i smutne, odda­la­jące się spoj­rze­nie utkwiły w jego pamięci z siłą, jakiej dotąd nie znał.

Chwi­lami wyda­wało mu się, że popadł w jakiś obłęd, że to wszystko jest bez sensu. Skła­mał prze­cież, że nazywa się Alek­san­der Kurtz, i opo­wie­dział jej o sobie zmy­ślone histo­rie. Zuza poznała kogoś innego, więc jak mógł nawet pomy­śleć, że będzie chciała się z nim spo­ty­kać, jeżeli się zorien­tuje, że ją okła­mał. Była na tyle inte­li­gentną dzien­ni­karką, że prę­dzej czy póź­niej by się domy­śliła, że nie jest tym, za kogo pra­gnął ucho­dzić.

Jed­nak ta na pozór tak oczy­wi­sta myśl nie była w sta­nie znisz­czyć marze­nia, by spró­bo­wać wytłu­ma­czyć sens swo­jej misji. Gdyby zro­zu­miała, że poświę­cił się walce o lep­sze jutro, mogłaby się do niego przy­łą­czyć. We dwoje, razem, mie­liby więk­szą szansę przy­bli­żyć tę wizję.

Dla­tego kiedy wró­cił z Krymu do Pol­ski, posta­no­wił przy­go­to­wać się do tej roz­mowy. Naj­pierw musiał usta­lić, gdzie mieszka Zuzanna Wil­ska.

Karol wynaj­mo­wał na obrze­żach Iwicz­nej solidny, muro­wany domek z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Prze­ciętny, nie­wy­róż­nia­jący się niczym szcze­gól­nym, dobrany jed­nak bar­dzo sta­ran­nie, tak by speł­niał wszyst­kie jego nie­ty­powe potrzeby.

Teren pose­sji i dom były zabez­pie­czone mini­ka­me­rami połą­czo­nymi z kom­pu­te­rem ukry­tym pod pod­łogą w kuchni. Tam też miał skrytkę, w któ­rej trzy­mał broń, doku­menty, pie­nią­dze, zestaw note­bo­oków, iPhone'ów, Black­Ber­rych, zdo­by­tych w róż­nych zakąt­kach świata. Dom zabez­pie­czony był dodat­kowo ładun­kami wybu­cho­wymi.

W garażu Karol trzy­mał motor Kawa­saki KX 450F, na któ­rym regu­lar­nie, co tydzień, ćwi­czył jazdę tere­nową. Opa­no­wał ją w stop­niu dosko­na­łym i miał prawo wie­rzyć, że kiedy po niego przyjdą, to nie broń, nie ładunki wybu­chowe, ale wła­śnie ten motor go ura­tuje.

Spę­dzał tutaj led­wie kilka mie­sięcy w roku, lecz uwa­żał ten dom za swoje miej­sce na ziemi, bo czuł się Pola­kiem.

W domu korzy­stał z inter­netu tylko w spra­wach, które nie były zwią­zane z jego dzia­łal­no­ścią w Bazie. Sprawy orga­ni­za­cyjne zała­twiał wyłącz­nie w sie­ciach wi-fi w cen­trach han­dlo­wych.

Nie­ustan­nie stu­dio­wał tech­no­lo­gie infor­ma­tyczne, szcze­gól­nie te wojow­ni­cze, lecz nie tylko po to, by pod­nieść wła­sne umie­jęt­no­ści, ale rów­nież po to, by nawią­zy­wać kon­takty z oso­bami zatrud­nio­nymi w miej­scach, które mogą być przy­datne dla Bazy.

Dla­tego nie miał naj­mniej­szych trud­no­ści ze zdo­by­ciem adresu IP Zuzy Wil­skiej, choć zajęło mu to tro­chę czasu. Jej kom­pu­ter znaj­do­wał się w miesz­ka­niu na trze­cim pię­trze przy placu Wil­sona 2, nad kinem Wisła.

Wcze­śniej przej­rzał w inter­ne­cie wszyst­kie infor­ma­cje na temat Zuzanny Wil­skiej. Osoby o tym imie­niu i nazwi­sku poja­wiały się wie­lo­krot­nie, jed­nak żadna nie paso­wała do jej pro­filu. Nic też nie wyszło, kiedy połą­czył jej nazwi­sko z hasłem "Ukra­ina". Wydało mu się dziwne, że dzien­ni­karka spe­cja­li­zu­jąca się w tym tema­cie nie ma w inter­ne­cie żad­nych publi­ka­cji. Jej nazwi­sko nie poja­wiło się na żad­nym blogu, forum ani cza­cie. Spraw­dzał to długo i sys­te­ma­tycz­nie. Zupeł­nie nic!

Fre­elan­cer musi prze­cież gdzieś ist­nieć, gdzieś publi­ko­wać - zasta­na­wiał się aż do chwili, kiedy zro­zu­miał, że Zuza publi­kuje pod pseu­do­ni­mem. Skoro jeź­dzi tak czę­sto na Ukra­inę, woli pew­nie pozo­stać ano­ni­mowa. Ta myśl stała się nagle dla niego tak oczy­wi­sta, że zaprze­stał dal­szego śledz­twa.

Teraz, gdy znał już jej adres, posta­no­wił spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście tam mieszka.

Wie­lo­krot­nie wyobra­żał sobie, że po pro­stu dzwoni do jej drzwi, wcho­dzi z wiel­kim bukie­tem kwia­tów i bez słowa ją całuje. Od tego momentu wszystko zacznie się od nowa. Im dłu­żej ukła­dał sobie w gło­wie słowa i myśli, tym moc­niej docho­dził do prze­ko­na­nia, że ktoś taki jak ona musi go zro­zu­mieć i zaak­cep­to­wać.

A jeżeli tak się nie sta­nie?! - myślał z nie­po­ko­jem i zaraz sam sobie odpo­wia­dał: Nie! Nie... Osza­la­łeś, czło­wieku! Nie! Na pewno się zgo­dzi!

Prze­słała mu mailem trzy­dzie­ści sie­dem obszer­nych wia­do­mo­ści, w któ­rych dawała wyraźne sygnały, że tak wła­śnie może być, że jej uczu­cie jest silne i trwałe, a wraż­li­wość na krzywdę świata nie mniej­sza niż u niego. Tyle razy już napi­sał "Kocham Cię!", lecz nie mógł się zdo­być na ude­rze­nie w kla­wisz Enter. Teraz tro­chę żało­wał.

Od dwóch mie­sięcy nie miał od niej żad­nej wia­do­mo­ści i poczuł się zagro­żony. Musiał się pospie­szyć i jak naj­szyb­ciej zro­bić to, co sobie zapla­no­wał.

Wcze­śniej, zanim ją poznał, miał chwi­lami wra­że­nie, że walka w Bazie prze­mie­niła go w bez­dusz­nego, pozba­wio­nego uczuć wojow­nika. Zuza tchnęła w niego tak wiele opty­mi­zmu, nadziei, że znów poczuł się czło­wie­kiem peł­nym życia, rewo­lu­cjo­ni­stą. Jej aura spra­wiła, że powrót Mah­diego sta­wał się realny i bli­ski.

Teraz naj­waż­niej­sze było spraw­dzić, czy Zuza jest wolna, czy nie ma przy niej kogoś, czy wciąż mieszka sama. Nawet nie dopusz­czał do sie­bie innej myśli. Wyda­wała mu się tak irra­cjo­nalna, nie­praw­do­po­dobna, że chwi­lami się zasta­na­wiał, czy zamiast spraw­dzać wszystko i przy­go­to­wy­wać się jak do akcji bojo­wej, nie powi­nien wejść po pro­stu na trze­cie pię­tro i zadzwo­nić do drzwi.

Jed­nak instynkt wojow­nika nie pozwa­lał mu ryzy­ko­wać życia. Od niego zale­żało nie tylko powo­dze­nie rewo­lu­cji i bez­pie­czeń­stwo wielu braci, lecz także coś znacz­nie waż­niej­szego.

Na pewno się do mnie przy­łą­czy! Nie będzie miała wyboru, kiedy zro­zu­mie, o co trzeba wal­czyć! - powta­rzał sobie upo­rczy­wie i z głę­bo­kim prze­ko­na­niem, że tak wła­śnie będzie.

Posta­no­wił jed­nak, że zanim się z nią spo­tka, poroz­ma­wia z pro­fe­so­rem Ahme­dem. Czuł, że odkąd ją poznał, tak mocno zawład­nęły nim emo­cje, że chwi­lami traci samo­kon­trolę, błą­dzi i coraz czę­ściej się myli. Uznał więc, że nie powi­nien sam podej­mo­wać decy­zji. Nie mógł prze­cież sprze­nie­wie­rzyć się przy­się­dze. Są sprawy waż­niej­sze niż życie, śmierć czy nawet miłość.

Do domu wcho­dziło się od tyłu. Pod wyso­kimi drze­wami stały zapar­ko­wane samo­chody loka­to­rów. Była jede­na­sta rano i Karol miał nadzieję, że Zuzy nie ma w domu. Dla pew­no­ści jed­nak naci­snął na domo­fo­nie numer jej miesz­ka­nia. Tak jak się spo­dzie­wał, odpo­wie­działo mu mil­cze­nie.

O tej porze, w dzień powsze­dni, pra­wie każdy ma coś do zała­twie­nia w mie­ście albo jest w pracy. W domach są tylko eme­ryci, ren­ci­ści, bez­ro­botni, matki z dziećmi, więc wci­snął dowolny numer. Ode­zwała się star­sza kobieta i na hasło "listo­nosz" otwo­rzyła drzwi klatki numer 2.

Przy­piął sobie pod­ro­biony iden­ty­fi­ka­tor z logo PGNiG ze swoim zdję­ciem. Wziął duży zeszyt i detek­tor gazu, który kupił w inter­ne­cie, i zadzwo­nił do drzwi pię­tro niżej.

Dopiero po trze­cim dzwonku otwo­rzył mu nie­ogo­lony męż­czy­zna po czter­dzie­stce, w majt­kach i brud­nym pod­ko­szulku.

- Dzień dobry panu. Jestem z gazowni. Pro­wa­dzimy kon­trolę insta­la­cji - zaczął Karol pew­nym sie­bie gło­sem. - Można?

- Wchodź pan! - wyrzu­cił z sie­bie męż­czy­zna wraz z alko­ho­lo­wym odo­rem.

Karol prze­szedł bokiem, bo jedy­nie tyle mu zosta­wił miej­sca. Już z przed­po­koju było widać, że ume­blo­wa­nie pocho­dzi z lat sie­dem­dzie­sią­tych, a ostatni remont robiono tu pew­nie jesz­cze wcze­śniej. Miesz­ka­nie skła­dało się z dwóch dużych pokoi i spo­rej kuchni. Mogło mieć jakieś sześć­dzie­siąt metrów.

Wszedł do kuchni i włą­czył detek­tor gazu przy sta­rej kuchence. Choć miała to być zwy­kła przy­krywka do spraw­dze­nia roz­kładu miesz­ka­nia i krót­kiej roz­mowy, ku jego zasko­cze­niu detek­tor zaczął gło­śno pisz­czeć.

- Ma pan silny upływ gazu. To bar­dzo nie­bez­pieczne! - stwier­dził zgod­nie z prawdą Karol i bez pyta­nia usiadł przy stole, roz­ło­żył zeszyt i coś w nim zapi­sał. - Przy­ślę dzi­siaj do pana gazow­ni­ków, żeby to uszczel­nili. Spra­wia pan zagro­że­nie dla wszyst­kich loka­to­rów. - Pomy­ślał, że Zuza nawet nie wie, na jakiej bom­bie mieszka. - Zro­zu­miał pan? W prze­ciw­nym razie grozi panu sąd grodzki...

- Dobra! Dobra! - ode­zwał się nagle męż­czy­zna. - Zała­twimy sprawę, kurwa!

- Nie wie pan, kiedy można zastać tego loka­tora nad panem? - zapy­tał Karol, wciąż coś pisząc w zeszy­cie. - Pan tu pod­pi­sze! - powie­dział po chwili, dał męż­czyź­nie dłu­go­pis i pod­su­nął zeszyt.

- Jaki loka­tor?! Panie! Dupa, i to jaka! - oży­wił się tam­ten.

- To może przyjdę, jak nie będzie męża - odparł Karol z uda­waną iro­nią.

- Gdzie tam, panie! Sama mieszka! Wysoka blon­dyna, ale żad­nego fiuta z nią nie widzia­łem... No... tego... łóżko też nie wali po nocy.

- Długo tu mieszka?

- Parę lat... nie pamię­tam. Kupiła to miesz­ka­nie ze trzy albo cztery lata temu. I zaraz mi, kurwa, zalała całą kuch­nię. Tynk odszedł z sufitu. Patrz pan! - Karol spoj­rzał na zagrzy­biony sufit. - Potem robiła remont. Wszystko wypier­do­liła na śmieci... Ma cipa kasę, ma... Co ja z nią mia­łem, panie!

- Kiedy ją naj­le­piej zastać?

- Nie wiem. Czę­sto wyjeż­dża... wraca raczej późno...

- Dobrze. Dzię­kuję panu. Niech pan czeka na gazow­ni­ków!

- Dobra. Dobra - zakoń­czył męż­czy­zna tym samym tonem, jakim zaczął.

Karol wyszedł na klatkę scho­dową z dziw­nym uczu­ciem, że chęt­nie pchnąłby nożem tego obśli­nio­nego pijaka, ale jed­no­cze­śnie był mu wdzięczny, bo usły­szał to, co chciał, i były to dobre wia­do­mo­ści. Na tyle dobre, że nie musiał się zasta­na­wiać, dla­czego w tym miesz­ka­niu zamel­do­wana jest jakaś Sara Kali­ska. Można było to łatwo wyja­śnić na sto spo­so­bów. Wie­dział o tym aż nadto dobrze.

Następ­nego dnia o siód­mej rano usta­wił samo­chód w miej­scu, z któ­rego miał dosko­nały widok na drzwi klatki numer 2.

Było dosyć cie­pło i sucho. Wie­dział, że roz­po­zna ją z łatwo­ścią. Jej obraz tkwił w jego pamięci, jakby był utrwa­lony w miej­scu wybra­nym wyłącz­nie dla niej.

O siód­mej trzy­dzie­ści zamknęło się okno sypialni, co ozna­czało, że Zuza wkrótce będzie wycho­dzić. Pomy­ślał, że jeżeli codzien­nie wycho­dzi o tej porze, to z pew­no­ścią musi gdzieś pra­co­wać i pewno nie jest już fre­elan­ce­rem. Wolał, żeby była wol­nym czło­wie­kiem, tak jak mówiła we Lwo­wie.

Po chwili otwo­rzyły się drzwi i wyszła Zuza. Karol instynk­tow­nie pochy­lił się w fotelu. Roz­po­znał ją od razu. Słom­ko­wo­złote włosy miała spięte wysoko z tyłu głowy, iden­tycz­nie jak wtedy, gdy widział ją ostatni raz w oknie pociągu do Kijowa.

Zatrzy­mała się na moment przed wej­ściem, jakby chciała się upew­nić, jaka jest pogoda. Pod­nio­sła koł­nierz gra­na­to­wego żakietu w mary­nar­skim stylu, ze zło­tymi guzi­kami. Była w dżin­sach i czar­nych butach na pła­skiej pode­szwie. Na ramie­niu miała dużą czarną torbę spor­tową. Kom­po­zy­cja stroju była tro­chę męska, dosyć pro­sta, a jed­nak dobrana z kobie­cym sma­kiem i sty­lem, wzmoc­niona urodą Zuzy i har­mo­nij­nymi ruchami jej ciała.

Pamię­tał ją tro­chę inną, w waka­cyj­nym oto­cze­niu, ale teraz, gdy patrzył, jak idzie szyb­kim, pew­nym kro­kiem, a spięte włosy koły­szą się w takt jej ruchów, poczuł, jakby coś ści­snęło go za gar­dło, jakby nie­spo­dzie­wa­nie zamarzł i stra­cił kon­trolę nad wła­snym cia­łem. Ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czył podob­nego dozna­nia. Ale to było przy­jemne.

Potrze­bo­wał chwili, by się opa­no­wać. Dopiero teraz się zorien­to­wał, że Zuza nie będzie jechać samo­cho­dem i praw­do­po­dob­nie zmie­rza w kie­runku metra albo tram­waju. Posta­wił koł­nierz kurtki, zało­żył oku­lary i nacią­gnął głę­biej czarną czapkę. Wysko­czył z samo­chodu, gdy Zuza zni­kała za zakrę­tem.

Na placu Wil­sona było już sporo poran­nych prze­chod­niów zmie­rza­ją­cych w róż­nych kie­run­kach. Jemu jed­nak się wyda­wało, że w War­sza­wie jest teraz tylko ich dwoje.

Weszła do metra. Karol musiał skró­cić dystans, ale zacho­wał bez­pieczną odle­głość. Nie był gotowy na przy­pad­kowe spo­tka­nie, nie w takich warun­kach.

Kupił bilet w auto­ma­cie, prze­szedł przez bramkę i zoba­czył ją sto­jącą na pero­nie przy torze w kie­runku Cen­trum. Było dużo ludzi i łatwo mógł się ukryć. Sta­nął na końcu peronu. Rzadko jeź­dził komu­ni­ka­cją miej­ską w War­sza­wie, bo bał się, że ktoś mógłby go roz­po­znać.

Zuza stała bli­żej początku peronu, zatem gdy wysią­dzie, pój­dzie do przed­niego wyj­ścia - pomy­ślał.

Po chwili nad­je­chał pociąg. Karol odcze­kał, aż Zuza wej­dzie do jed­nego z pierw­szych wago­nów, prze­pu­ścił wszyst­kich pasa­że­rów i wsiadł ostatni do koń­co­wego wagonu.

Wysia­dał na każ­dej sta­cji, prze­pusz­cza­jąc pasa­że­rów, i wra­cał ostatni. Manewr ten wyma­gał od niego sporo zde­cy­do­wa­nia i siły, jed­nak Karol radził sobie dobrze. Ta pro­sta tech­nika pozwa­lała mu kon­tro­lo­wać, czy Zuza na­dal jest w pociągu. Wysia­dła z tłu­mem ludzi na sta­cji Cen­trum.

Jej jasne włosy pro­wa­dziły go bez­błęd­nie. Był bar­dzo bli­sko i wyda­wało mu się, że ona wyczuje jego obec­ność, odwróci się i spoj­rzy pro­sto na niego.

Gdy wyszli na zewnątrz, zwięk­szył dystans. Zuza skrę­ciła w prawo i ruszyła w kie­runku Dworca Cen­tral­nego.

Widział dosko­nale, jak prze­szła na drugą stronę ulicy Emi­lii Pla­ter i po chwili znik­nęła w jed­nym z wie­żow­ców. Wszedł za nią wraz z ludźmi spie­szą­cymi do pracy.

Wró­cił do domu w Iwicz­nej i od razu włą­czył inter­net. W budynku, do któ­rego weszła Zuza, było około czter­dzie­stu insty­tu­cji. Skon­sta­to­wał, że praw­do­po­dob­nie musi teraz pra­co­wać dla jakiejś firmy han­dlo­wej albo kon­sul­tin­go­wej. Poczuł lek­kie roz­cza­ro­wa­nie i mocno zatrza­snął pokrywę kom­pu­tera.

Oparł się na fotelu i zało­żył ręce za głowę. Przez chwilę trwał w bez­ru­chu. Dotarło do niego, że po tym wszyst­kim, co go dziś spo­tkało, potrze­buje wewnętrz­nej rów­no­wagi i wymiany ener­gii. Posta­no­wił, że pój­dzie do siłowni w garażu i przez godzinę nad sobą popra­cuje, a potem za domem poćwi­czy Falun Dafa. Zrobi dzi­siaj pełny zestaw ćwi­czeń, ale skupi się na Falun Zhou Tian Fa i Shen Tong Jia Chi Fa.

Gdy już będzie odno­wiony i gotowy, zasią­dzie znowu przy kom­pu­te­rze i spró­buje usta­lić, w któ­rej fir­mie pra­cuje Zuza.

3

Kon­rad Wol­ski, naczel­nik Wydziału Spe­cjal­nego Q Agen­cji Wywiadu, sie­dział w swoim pokoju na dwu­dzie­stym pię­trze war­szaw­skiego wie­żowca i cze­kał. Przed nim na biurku stał zimny już kubek ze zło­tym sym­bo­lem CIA, nie­duże drew­niane pudełko o pięk­nym ciem­no­brą­zo­wym wzo­rze i leżał iPhone 4S.

Minęły już ponad dwie godziny. Nie odbie­rał tele­fo­nów i zabro­nił sekre­tarce Ewie wpusz­cza­nia kogo­kol­wiek aż do odwo­ła­nia. Czas dłu­żył mu się nie­mi­ło­sier­nie, a czarne lusterko tele­fonu wciąż było mar­twe.

- Co się dzieje? - wymam­ro­tał ze zło­ścią i przy­gryzł dolną wargę. Wziął do ręki tele­fon i wci­snął przy­cisk, jakby chciał się upew­nić, czy przy­pad­kiem nie prze­oczył połą­cze­nia. Dobrze wie­dział, że to bez­sen­sowna reak­cja, ale robił tak cza­sami, gdy dener­wo­wał się bar­dziej niż zwy­kle.

Popa­trzył na pamiąt­kowy kubek z oka­zji pięć­dzie­się­cio­le­cia CIA, który kie­dyś poda­ro­wał mu war­szaw­ski rezy­dent, i pomy­ślał, że był to chyba dzie­siąty kubek, jaki dostał od Ame­ry­ka­nów. Wszyst­kie oprócz tego jed­nego roz­dał pra­cow­ni­kom, ale ci ni­gdy ich nie uży­wali do picia kawy, jakby uwa­żali, że nie może ona sma­ko­wać z cze­goś takiego, i prze­cho­wy­wali w nich przy­bory biu­rowe.

Kon­rad jed­nak uży­wał go zgod­nie z prze­zna­cze­niem, bo odpo­wia­dała mu powięk­szona pojem­ność i wygodny uchwyt.

Prze­niósł wzrok na pudełko. Prze­krę­cił srebrny klu­czyk. Wewnątrz, pod spodem, umiesz­czona była mosiężna tabliczka z wygra­we­ro­wa­nym napi­sem: To Kon­rad with best wishes from your friends in Israel. Janu­ary 1998.

Dostał je od Dawida Awnera, star­szego od niego o sie­dem­na­ście lat ofi­cera Mosadu, z któ­rym współ­pra­co­wał przez wiele lat. Reali­zo­wali razem ope­ra­cję "Con­dor" w Ira­nie.

Dawid był praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem i to on nauczył Kon­rada, czym jest świat islamu i kim są Izra­el­czycy. Ale nauczył go też cze­goś znacz­nie waż­niej­szego: moral­no­ści, jaką powi­nien się cecho­wać ofi­cer wywiadu.

Zmarł pięć lat temu po wypa­le­niu miliona papie­ro­sów i wypi­ciu dwu­stu pięć­dzie­się­ciu hek­to­li­trów arab­skiej kawy. Kon­ra­dowi bar­dzo bra­ko­wało jego pro­stej szpie­gow­skiej mądro­ści. Nikt tak jak Dawid nie potra­fił wytłu­ma­czyć spraw trud­nych do zro­zu­mie­nia dla wszyst­kich tych, któ­rzy nie prze­żyli Holo­kau­stu.

Zawsze zacho­wy­wał zimną krew i znaj­do­wał słuszne roz­wią­za­nie. Cier­pli­wość tra­cił jedy­nie wtedy, gdy zaczy­nali roz­ma­wiać o orto­dok­syj­nych żydach, któ­rych uwa­żał za zakałę i praw­dziwe nie­szczę­ście narodu izra­el­skiego. Sam był żydem refor­mo­wa­nym, uro­dzo­nym w Sosnowcu.

Pudełko zostało zro­bione przez Izra­ela Bia­łego, mosa­dow­skiego arcy­mi­strza wyro­bów ręcz­nych, z dwóch dużych kawał­ków drzewa oliw­nego, które po tysiącu lat owo­co­wa­nia uschło któ­re­goś dnia na dzie­dzińcu jakie­goś sta­rego domu w Jaf­fie. "Z jego drewna wytwo­rzono przed­mioty, które otrzy­mali spraw­dzeni przy­ja­ciele Izra­ela - mówił Awner, wrę­cza­jąc pudełko Kon­ra­dowi. - W tym świę­tym drze­wie, które przez setki lat rodziło owoce i które zawsze ktoś ota­czał czu­ło­ścią, zaklęta była istota czło­wie­czeń­stwa. To drzewo rów­nie żar­li­wie kochali Żydzi, jak i Ara­bo­wie". Tak mówił Dawid, który Ara­bów nazy­wał braćmi, a Per­sów uwa­żał za przy­ja­ciół.

Gdy wrę­czał Kon­ra­dowi to pudełko, prze­strze­gał go, by dobrze się zasta­no­wił, co w nim będzie prze­cho­wy­wał. Nie mogły to być jed­nak pie­nią­dze. Do dzi­siaj Kon­rad nic w nim nie trzyma. Nie zna­lazł jesz­cze niczego takiego, co byłoby godne je wypeł­nić.

Otwo­rzyły się drzwi i do pokoju weszła Sara. Od razu ciężko usia­dła w fotelu, zapa­liła papie­rosa i gestem peł­nym zło­ści ude­rzyła zapal­niczką Zippo o ławę.

- No! Mów! - zaczął Kon­rad.

- Pro­ku­ra­tor zapo­wie­dział, że naj­praw­do­po­dob­niej będzie musiał przed­sta­wić mi zarzut prze­kro­cze­nia upraw­nień. Wyobra­żasz sobie?! Prze­kro­cze­nia upraw­nień! On nic nie rozu­mie! Co on może wie­dzieć o pracy wywiadu... To nie jest nor­malny kraj...

- Jak to moż­liwe?! - Kon­rad był mocno poru­szony.

- To młody pro­ku­ra­tor... może chce na tym zro­bić karierę... sama już nie wiem...

- Fuck! Może to jakiś oddany wyznawca sekty Zie­liń­skiego!

- Naj­gor­sze, że jak dostanę zarzuty, to szef będzie musiał mnie zawie­sić w czyn­no­ściach.

- Kiedy to może być?

- Nie wcze­śniej niż za mie­siąc, pół­tora. Tak go przy­naj­mniej zro­zu­mia­łam.

Po powro­cie do Pol­ski i zakoń­cze­niu sprawy archi­wum NKWD Tra­vis zło­żył raport o zwol­nie­nie ze służby w Agen­cji Wywiadu i szcze­gó­łowo opi­sał, jak doszło do zabój­stwa puł­kow­nika Ste­pa­no­wy­cza z bia­ło­ru­skiego KGB.

Aresz­to­wa­nie Ruper­tów, ojca i syna, wstrzą­snęło sceną poli­tyczną w Pol­sce i wymio­tło pre­zy­denta Zie­liń­skiego, który nawet nie pró­bo­wał ubie­gać się o reelek­cję. Ku zasko­cze­niu wszyst­kich wybory wygrał Adam Poław­ski, kan­dy­dat Zjed­no­czo­nej Cen­tro­le­wicy. Wkrótce nastą­piły też przed­ter­mi­nowe wybory par­la­men­tarne i dotych­cza­sowa koali­cja rzą­dowa ledwo utrzy­mała się w Sej­mie. Opo­zy­cja przy wspar­ciu mediów dopro­wa­dziła do głę­bo­kiej wymiany elit w Pol­sce i jesz­cze przed koń­cem roku szybka prze­bu­dowa sceny poli­tycz­nej była zakoń­czona. Powstał chi­me­ryczno-hybry­dowy cen­tro­le­wi­cowy rząd, w któ­rym lewica miała ilu­zo­ryczną wła­dzę opartą na licz­nych trze­cio­rzęd­nych sta­no­wi­skach.

Jed­nak odcho­dząca ekipa, zgod­nie ze swo­imi ide­ałami, zosta­wiła sze­reg puła­pek, w które naiw­nie wpa­dali nowi poli­tycy. Tak czy siak, albo ich nie widzieli, albo nie potra­fili sobie z nimi pora­dzić.

Nie ina­czej było w Agen­cji Wywiadu na Miło­będz­kiej, gdzie gene­rał bry­gady Zdzi­sław Pęk i jego zastępcy, jesz­cze przed odej­ściem, zło­żyli pięć zawia­do­mień do pro­ku­ra­tury o popeł­nie­niu prze­stępstw przez ofi­ce­rów. Oczy­wi­ście sta­ran­nie wyse­lek­cjo­no­wa­nych. Sprawa ofi­cera o pseu­do­ni­mie "Tra­vis" była wręcz ide­alna, by odpo­wied­nio zapła­cić Kon­ra­dowi Wol­skiemu za wtrą­ca­nie się do poli­tyki, jak uwa­żał gene­rał Pęk.

Prze­li­czyli się jed­nak, bo pro­ku­ra­tura wpraw­dzie wsz­częła postę­po­wa­nie, lecz nikomu nie posta­wiła zarzu­tów i wciąż pro­wa­dziła docho­dze­nie. Kon­rad bar­dzo prze­ży­wał to, co się stało, ponie­waż ostrze pro­ku­ra­tury skie­ro­wało się głów­nie prze­ciwko Sarze, która wyszko­liła i obsłu­gi­wała Tra­visa.

Pęk nie znał się na pracy wywia­dow­czej, ale przez lata po mistrzow­sku opa­no­wał pro­stą zasadę - "dziel i rządź". Dosko­nale wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej pro­ku­ra­tura skupi się na Sarze Kor­skiej, zastęp­czyni Kon­rada. I o to cho­dziło! Bo Kon­rad był odporny na wła­sny ból czy upo­ko­rze­nie, ale nie był przy­go­to­wany na jakie­kol­wiek oskar­że­nie wymie­rzone w jego współ­pra­cow­ni­ków, a szcze­gól­nie w Sarę.

Dla­tego Wydział Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego tak skon­stru­ował zawia­do­mie­nie, by odpo­wie­dzial­ność przede wszyst­kim spa­dła na Sarę. Mimo roz­pacz­li­wych ruchów Kon­rada pro­ku­ra­tura nie umiała albo nie chciała zro­zu­mieć, że to on jest odpo­wie­dzialny za sprawę Tra­visa. Pęk i jego zastępca Ciężki, infor­mo­wani regu­lar­nie przez Marka Belika, zastępcę Kon­rada, wie­dzieli aż nadto dobrze, że to, co zaboli twardą Sarę, dzie­się­cio­kroć moc­niej zrani wraż­li­wego i tro­chę naiw­nego Kon­rada.

Zawia­do­mie­nie o spra­wie Tra­visa i Ste­pa­no­wy­cza było oczy­wi­ste, bo takie jest prawo. Jed­nak uza­sad­nie­nie, jakie prze­ka­zała Agen­cja Wywiadu, wska­zy­wało na moż­li­wość popeł­nie­nia prze­stęp­stwa. Kon­rad i Sara byli dodat­kowo sfru­stro­wani zaist­niałą sytu­acją, bo był to pierw­szy przy­pa­dek, kiedy Agen­cja oskar­żała wła­snych ofi­ce­rów. A prze­cież Tra­vis dzia­łał w sta­nie wyż­szej koniecz­no­ści.

Po akcji w twier­dzy brze­skiej i spra­wie Ruper­tów Pęk nie przy­jął raportu Kon­rada o zwol­nie­nie, bo uznał, że musi mieć go na oku, a może dokład­niej - w zasięgu ręki. Przy­naj­mniej do czasu wybo­rów.

Po wybo­rach nowe kie­row­nic­two Agen­cji Wywiadu zapew­niało Kon­rada, Sarę i Tra­visa, że zrobi wszystko, by sprawa jak naj­szyb­ciej została wyja­śniona, wyra­żało sym­pa­tię i pełne popar­cie, ale gołym okiem było widać, że nikt nie chce się w to anga­żo­wać, by nie padło na niego jakie­kol­wiek podej­rze­nie. Po afe­rze Ruperta nowy pre­mier był wyjąt­kowo prze­wraż­li­wiony i naj­pierw doko­ny­wał egze­ku­cji na swo­ich współ­pra­cow­ni­kach, a dopiero potem badał sprawę.

Tra­vis brał na sie­bie całą odpo­wie­dzial­ność i był gotowy ponieść karę, nie mógł więc zro­zu­mieć, dla­czego pro­ku­ra­tor wciąż trak­tuje go jak broń, narzę­dzie, któ­rym miała się posłu­żyć Sara.

- Co będzie, to będzie! Nie ma sensu teraz się tym zamar­twiać - stwier­dziła Sara, bo nie chciała już o tym myśleć.

- Widzia­łaś Mar­cina?

- Nie.

- Nie widzia­łaś jego nowego wcie­le­nia?

Sara spoj­rzała z zain­te­re­so­wa­niem na Kon­rada, bo Mar­cin zawsze dostar­czał im dużo rado­ści i cza­sami trosk. Nie wyobra­żali sobie, by Wydział Spe­cjalny Q mógł bez niego ist­nieć.

- Już nie ma tego daw­nego Mar­cina z pomadą na wło­sach, syn­tezy macho-żigolo... tych jego ciem­nych oku­lar­ków, pod­ko­szul­ków i koszul a la Bahama...

- Chory? - wtrą­ciła z lekką iro­nią Sara.

- Sama idź i zobacz. - Kon­rad ruchem głowy wska­zał na drzwi. - Dziś jego pierw­szy dzień w nowej skó­rze. Dosłow­nie... nowej skó­rze. Pocze­kaj... - prze­rwał na moment. - Zawo­łam go. - Wci­snął inter­kom. - Ewa! Niech przyj­dzie do mnie Mar­cin. I... dwie kawy.

Po jakiejś pół­mi­nu­cie do gabi­netu Kon­rada wszedł Mar­cin, ale Sara, sie­dząc w fotelu, w pierw­szej chwili go nie poznała. Wstała, pode­szła bli­żej i z nie­do­wie­rza­niem obej­rzała go od stóp do głów. Kon­rad przy­siadł na biurku i oglą­dał tę scenę z roz­ba­wie­niem.

- To ty? Mar­cin! Uszczyp­nij mnie, Kon­rad. - Sara z coraz więk­szym roz­ba­wie­niem lustro­wała wzro­kiem Mar­cina. - Tak będziesz cho­dził codzien­nie? To... - dotknęła go ręką - to... jest wygodne? Jestem naprawdę... naprawdę bar­dzo zasko­czona. Ale... skąd ta nie­spo­dzie­wana zmiana?

- Taaak... - zare­ago­wał Mar­cin z wyraź­nym ocią­ga­niem i uda­waną flegmą. - Teraz dopiero jestem sobą.

- Nooo... ja... nic nie mówię... wię­cej... muszę powie­dzieć, że mi się podoba.

Mar­cin zro­bił poważną minę, pod­cią­gnął nogawkę czar­nych skó­rza­nych spodni i poka­zał wysoką cho­lewkę kow­boj­skich butów.

- Tysiąc! - zako­mu­ni­ko­wał.

- Skąd masz takie prze­tarte skó­rzane spodnie? - zapy­tał Kon­rad.

- No... kupi­łem od jed­nego kole­sia...

- A po co ci te rze­mie­nie na bokach? To tak ma być?

- Nooo... jesz­cze dobrze nie wiem, ale są cool.

- Pod­nieś tę kami­zelkę... Frę­dzelki takie tro­chę nie tego... nie­mę­skie - zauwa­żyła z lekką iro­nią Sara.

- Czaszka ze skrzy­dłami w jakichś pło­mie­niach. Cie­kawe! Co to zna­czy? - zapy­tał Kon­rad, oglą­da­jąc czarną koszulkę Mar­cina, który kiwał tylko z poli­to­wa­niem głową nad igno­ran­cją szefa.

Stroju dopeł­niał srebrny sygnet na palcu, kora­liki na szyi, dwu­dniowy zarost i zacze­sane do tyłu włosy.

- Mam nadzieję, że nie masz tatu­aży. Wiesz, że to u nas nie­do­zwo­lone! - dorzu­cił Kon­rad. - Nooo... i nie jesteś chyba w żad­nym gangu?

- Sze­fie, kur­czę, szpieg też potrze­buje tro­chę wol­no­ści! Zawsze chcia­łem mieć motor... no... taki Easy Rider. Każdy praw­dziwy męż­czy­zna mnie zro­zu­mie... Ja dzi­siaj tak tylko. Wczo­raj zda­łem prawo jazdy na motor...

- Jaki masz motor?

- Kupi­łem od kole­sia czar­nego har­leya-david­sona V-Rod VRSC z dwa tysiące pią­tego roku - oży­wił się natych­miast Mar­cin i wyjął zdję­cie. - Oto cacuszko! Pojem­ność tysiąc sto, sto pięć koni... i niech szef patrzy... wydech Scre­aming Eagle, to zna­czy sły­szysz, a nie widzisz... Kupi­łem go już trzy mie­siące temu i wier­nie na mnie cze­kał, aż się nauczę jeź­dzić!

- Podoba mi się twoja meta­mor­foza - wtrą­ciła Sara. - Będziesz teraz musiał zabrać mnie na wycieczkę albo na jakiś zjazd... Goście na takich moto­rach są sexy. Liczę jed­nak, że masz też pod ręką nasz strój służ­bowy?!

- Czuję, że teraz uży­wasz wody po gole­niu Har­ley-David­son. - Kon­rad przy­bli­żył się do Mar­cina i pocią­gnął nosem.

- Szef to ma węch!

- Okej! Obej­rzymy twój motor póź­niej - oznaj­mił Kon­rad. - Teraz odszu­kaj mi raport z naszej wizyty w Säpo we wrze­śniu... ten, który doty­czył nie­le­gała Jor­gen­sena. Pamię­tasz?

- Jakże mógł­bym zapo­mnieć?! Sze­fie! To moja sprawa... naj­lep­sza... A co? Coś nowego?

- Przy­nieś i już!

Mar­cin wykrę­cił gwał­tow­nie na wyso­kim, pod­cię­tym obca­sie i o mało się nie prze­wró­cił.

- Coś nowego? - zapy­tała Sara.

- Przy­szła depe­sza od Olafa Svens­sona. Usta­lili, dla­czego Rosja­nie chcieli zli­kwi­do­wać Hansa Jor­gen­sena i oszczę­dzili jego syna Carla. To może być cie­kawe! Chcą jed­nak roz­ma­wiać w cztery oczy i zapra­szają nas do Sztok­holmu.

- Świet­nie! - zare­ago­wała entu­zja­stycz­nie Sara. - Ta Linda Lund bar­dzo mi przy­pa­dła do serca. Pro­fe­sjo­na­listka, przy tym wraż­liwa. Ma dziew­czyna głowę... i sek­sa­pil... nie?

- Podobna do cie­bie. Macie coś wspól­nego, cho­ciaż to ty bar­dziej wyglą­dasz na Szwedkę niż ona. Masz, prze­czy­taj sobie całą depe­szę ze Sztok­holmu.

- Kiedy jedziemy? Bie­rzemy Mar­cina, jak poprzed­nio?

- Gdyby się dowie­dział, że poje­cha­li­śmy roz­ma­wiać o Jor­gen­se­nie bez niego, mógłby być dla sie­bie nie­bez­pieczny, nie mówiąc już o nas - zażar­to­wał Kon­rad. - Cze­kaj! - Nagle jakby coś sobie przy­po­mniał. - Pamię­tasz tego Hasana Mar­dana z dre­dami... no, tego arab­skiego przy­stoj­niaczka od Olafa... nie pamię­tasz?

- Jasne, że pamię­tam! Co się tak dopy­tu­jesz? Żadna dziew­czyna nie zapo­mni takiego faceta!

- Olaf mówił mi, że to też har­ley­owiec...

W tym momen­cie wszedł Mar­cin i poło­żył na biurku Kon­rada raport. Miał już wyjść, kiedy zatrzy­mała go Sara.

- Jedziemy do Sztok­holmu... w przy­szłym tygo­dniu. - Spoj­rzała na Kon­rada, który potwier­dził ski­nie­niem głowy. - Zaj­mij się wszyst­kimi przy­go­to­wa­niami. Jedziesz z nami, więc odśwież sobie sprawę Jor­gen­sena...

- Pamię­tasz Hasana Mar­dana? - zapy­tał Kon­rad.

- Tak.

- To ten ofi­cer Säpo, pół Irań­czyk, pół Ira­kij­czyk...

- Pamię­tam.

- On też podobno jest har­ley­ow­cem.

- Wiem.

- Skąd?

- Bo te spodnie i motor kupi­łem od niego - odparł Mar­cin tro­chę nie­pew­nym gło­sem.

Sara i Kon­rad popa­trzyli na sie­bie ze zdu­mie­niem, bo Mar­cin ani sło­wem nie zdra­dził, że utrzy­muje kon­takt z Mar­da­nem, na co powi­nien mieć for­malną zgodę prze­ło­żo­nych.

- Hasan to mój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Muszę pro­sić o zgodę na przy­ja­ciela? - zapy­tał z roz­bra­ja­jącą miną.

Odpo­wie­działo mu wymowne mil­cze­nie obojga prze­ło­żo­nych, poko­na­nych jego szcze­ro­ścią.

- Nie masz wra­że­nia, że Mar­cin cza­sami czyta w two­ich myślach? - zapy­tał Kon­rad, gdy zostali sami, ale Sara tylko wzru­szyła ramio­nami i też wyszła z pokoju.

4

Swoje ple­mię zaczął zbie­rać pra­wie jede­na­ście lat temu. W naj­śmiel­szych myślach nie przy­pusz­czał, że sta­nie się ono tak potęż­nym orę­żem.

Karol prze­wo­dził w Zatoce Psów Nie­wier­nych jako Mir­millo i nikt spo­śród dzie­się­ciu braci nie znał jego praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści. Wybrał naj­lep­szych, naj­wa­lecz­niej­szych i naj­wier­niej­szych.

Każdy z nich miał zdol­no­ści i oso­bi­ste doświad­cze­nie porów­ny­walne z bli­znami wete­ra­nów Delta Force, lecz zdo­byte w świe­cie cyber­wojny. Dzie­się­ciu hake­rów zjed­no­czo­nych w ple­mie­niu, któ­rego jedy­nym celem było odna­leźć świę­tego Gra­ala, by z niego czer­pać nie­ogra­ni­czoną niczym wol­ność i prawdę. I oddać je w służbę ludz­ko­ści.

Oni nie wie­rzyli, oni wie­dzieli, że świa­do­mość to jedyna droga do pokoju i pomyśl­no­ści skłó­co­nego i podzie­lo­nego świata, że wol­ność jest pełna albo jej w ogóle nie ma.

Wie­dzieli, że poszu­ki­wa­nie nie jest łatwe i będzie wyma­gać ofiar. Byli na to przy­go­to­wani. Oddani sobie bez­gra­nicz­nie, pozba­wieni jakich­kol­wiek wąt­pli­wo­ści i stra­chu.

Zatoka Psów Nie­wier­nych była ple­mie­niem wyjąt­ko­wym. Idea wol­no­ści i świa­do­mo­ści czło­wieka łączyła ich tak mocno, że dawała siłę nie­po­rów­ny­walną z niczym, co powstało dotąd w sieci. Naj­waż­niej­sze było jed­nak wza­jemne zaufa­nie i służba, a nie pie­nią­dze, które miały zna­cze­nie jedy­nie tech­niczne. Były wła­ści­wie złem koniecz­nym i powinny kie­dyś znik­nąć.

Nie znali takich pojęć jak wiara, Bóg, ojczy­zna, honor. Ich zawo­ła­niem było zapo­mniane już Wol­ność, Rów­ność, Bra­ter­stwo, Wszyst­kiego, Wszyst­kich i Wszę­dzie. Albo Śmierć - jak z peł­nym prze­ko­na­niem doda­wał w duchu Karol.

Karol jako Mir­millo był nie tylko twórcą Zatoki i nie­kwe­stio­no­wa­nym wodzem. Był też jej ban­kie­rem i księ­go­wym. To dzięki wier­no­ści i wza­jem­nemu zaufa­niu ple­mię przez tyle lat, nie­zau­wa­żone przez nikogo, mogło wal­czyć o swój cel, choć naj­więk­sze potęgi współ­cze­snego świata z pew­no­ścią chcia­łyby je znisz­czyć. Nie było na świe­cie pań­stwa, sto­licy, służby czy kon­cernu, które świa­dome moż­li­wo­ści Zatoki Psów Nie­wier­nych nie zro­bi­łyby wszyst­kiego, by wypa­lić ją do żywego, znisz­czyć, wyma­zać albo naj­le­piej zaprząc do wła­snego rydwanu.

Być może nie było to jedyne takie ple­mię na świe­cie, ale z pew­no­ścią naj­po­tęż­niej­sze. Oni sami wie­dzieli o tym dosko­nale i doda­wało im to jesz­cze sił, tak jak poczu­cie, że efekt ich walki jest coraz lepiej widoczny i - wraz z nie­ustan­nym roz­wo­jem świa­do­mo­ści nad­cho­dzą­cych poko­leń - nie­moż­liwy już do powstrzy­ma­nia. Każdy dzień przy­no­sił postęp tech­no­lo­giczny ponad podzia­łami cywi­li­za­cyj­nymi i roz­sze­rzał świat Wol­no­ści, Rów­no­ści i Bra­ter­stwa.

Dla Karola dżi­had i Zatoka to było jedno. Dwie ide­al­nie uzu­peł­nia­jące się czę­ści. Nie wie­dział o tym też pro­fe­sor Ahmed al-Husajn, który od lat pro­wa­dził Hamonda przez świat. Wię­cej, to wła­śnie Ahmed zain­spi­ro­wał go do zało­że­nia Zatoki, choć o tym nie wie­dział.

Pro­fe­sor uwa­żał, że ide­ały rewo­lu­cji fran­cu­skiej są dzi­siaj naj­więk­szym sojusz­ni­kiem islamu i dzięki nim Fran­cja jest obec­nie ojczy­zną ośmiu milio­nów muzuł­ma­nów. Choć twórcy Dekla­ra­cji praw czło­wieka i oby­wa­tela w 1789 roku wcale nie myśleli o Ara­bach, któ­rzy miesz­kają teraz na przed­mie­ściach, na uli­cach, w popraw­cza­kach i wię­zie­niach. Te same ide­ały przy­świe­cały setki lat wcze­śniej Hasa­nowi ibn Sab­ba­howi, który wołał: "Misjo­na­rze dla ludu i mor­dercy dla przy­wód­ców!". - Tak przy­naj­mniej twier­dził pro­fe­sor i Safir podą­żał za jego wska­za­niem, pełen wiary i odda­nia.

Ani Sajed, ani tym bar­dziej Raszid nie byliby w sta­nie tego pojąć. Odrzu­cali wszystko, czego nie rozu­mieli, bo widzieli w tym zagro­że­nie. Nawet Sajed, który świat zachodni znał bar­dzo dobrze, uwa­żał, że ide­ały ple­mion cyber­prze­strzeni są prze­dłu­że­niem żydow­sko-krzy­żo­wej kon­kwi­sty i z zało­że­nia muszą być wro­gie isla­mowi. "I żaden imam pro­rok jesz­cze się nie naro­dził" - zwykł mówić z pewną dozą iro­nii, ale z inter­netu korzy­stał czę­sto i spraw­nie. Dla­tego Karol trzy­mał sprawę Zatoki Psów Nie­wier­nych w tajem­nicy przed kie­row­nic­twem Al-Kaidy, a ono na szczę­ście ni­gdy nie pytało, skąd się bie­rze ta jego nad­zwy­czajna efek­tyw­ność.

Spo­śród braci naj­waż­niej­szy i naj­star­szy jest Retia­rius. Prze­ko­nany liber­ta­ria­nin, oby­wa­tel Nowego Jorku. Kie­dyś był współ­pra­cow­ni­kiem Erica Ste­vena Ray­monda w pro­gra­mie Open Source i miał swój wkład w powsta­nie Linuxa. Dru­gie miej­sce w Wiel­kiej Radzie zaj­muje Pro­vo­ca­tor, Ame­ry­ka­nin z Seat­tle, który wsła­wił się wycią­gnię­ciem z Micro­so­ftu doku­mentu Hal­lo­ween Memo. Wielu uważa, że był ojcem prze­ło­mo­wego momentu w wyzwo­le­niu się spo­łecz­no­ści haker­skiej. Mir­millo cenił go jed­nak naj­bar­dziej za walkę par­ty­zancką z kon­cer­nem IBM.

Pozo­stali jeźdźcy nie mają takiego doświad­cze­nia i nie byli legen­dami śro­do­wi­ska. Byli za to nie­zwy­kle uta­len­to­wani w żeglo­wa­niu mię­dzy chmu­rami i mają nad­zwy­czaj ważne i uży­teczne kon­takty. Wszy­scy to typowe geeki. Gal w Sztok­hol­mie - genialny infor­ma­tyk i były współ­pra­cow­nik Wiki­Le­aks, Anda­bata w Lon­dy­nie - pra­cow­nik ser­wisu bez­pie­czeń­stwa w Citi­bank, i Bestia­rius w Haj­fie - inwa­lida, były ofi­cer Szin Bet. W sumie w Zatoce było dwóch Ame­ry­ka­nów, Nie­miec, Szwed, Anglik, Izra­el­czyk, Arab - naj­lep­szy phre­aker, Chiń­czyk i Polak - wyjąt­kowe black haty, i Rosja­nin wyspe­cja­li­zo­wany w wyszu­ki­wa­niu samu­ra­jów i kon­tak­tach z rosyj­ską mafią kar­der­ską.

Zatoka była zacu­mo­wana na ano­ni­mo­wym ser­we­rze w Kata­rze. Obsłu­gi­wał i zabez­pie­czał go Gal. Sys­tem komu­ni­ka­cji i język opra­co­wał Retia­rius przy pomocy nie­świa­do­mego niczego pra­cow­nika nauko­wego NSA.

O tym wszyst­kim wie­dział tylko Mir­millo. Nato­miast dla braci liczył się tylko cel, wol­ność i zaufa­nie. Nic wię­cej! W Zatoce nie było gra­nic, państw, naro­do­wo­ści, ras, reli­gii ani płci. I mało kto na świe­cie, oprócz nich, mógłby to zro­zu­mieć. Ich śmier­tel­nymi wro­gami byli zarówno wszy­scy ci, któ­rzy nie uzna­wali wol­no­ści total­nej, czyli woj­sko, służby spe­cjalne, poli­tycy, jak i wszystko to, co sank­cjo­no­wało ich prawny i finan­sowy byt.

Miej­sce szcze­gólne w ich sercu zaj­mo­wały Stany Zjed­no­czone Ame­ryki Pół­noc­nej, żan­darm świata i gwa­rant glo­bal­nego pax ame­ri­cana w wyda­niu irac­kim, afgań­skim, kubań­skim i set­kach innych. Naj­więk­szy wróg wol­no­ści.

5

Wyszedł spod prysz­nica i owi­nął się spra­nym, poszar­pa­nym ręcz­ni­kiem frotté.

Dzień jak co dzień... od dwóch mie­sięcy - pomy­ślał, sto­jąc przed lustrem w łazience służ­bo­wego miesz­ka­nia na ulicy Kra­sno­dar­skiej w moskiew­skiej dziel­nicy Lublino.

Prze­tarł ręką zapa­ro­wane szkło, ale jego odbi­cie wciąż było nie­ostre. Otwo­rzył sze­roko drzwi i po chwili lustra nabrały wyrazu.

Deli­kat­nie dotknął policzka, gdzie jesz­cze nie­dawno od nosa do ucha cią­gnęła się sze­roka, szar­pana bli­zna. Przy­zwy­czaił się do niej przez osiem lat. Nawet wię­cej. Polu­bił ją! Była jak jego znak fir­mowy. Doda­wała mu wiary w sie­bie i bojo­wego uroku.

Popro­wa­dził pal­cem po bliź­nie cien­kiej jak cię­cie skal­pela i nie wyczuł żad­nych zgru­bień. Opu­chli­zna zeszła już zupeł­nie. Twarz nabrała teraz dziw­nej syme­trii. Poja­wiło się zupeł­nie nowe obli­cze Andrieja Tru­bowa.

Jed­nak to nie była jedyna ważna odmiana w jego życiu.

Wszystko zaczęło się od tego, że któ­re­goś dnia Tru­bow posta­no­wił zro­bić sobie tatuaż. Tatu­aże nosili wszy­scy jego kole­dzy ze spec­nazu, ale jemu naj­bar­dziej podo­bały się rysunki na ciele Gali, co miała far­bo­wane na zie­lono włosy i paliła camele. Gala była nie­drogą stu­dentką Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych, ni­gdy się nie spie­szyła, nie tar­go­wała i można było z nią poga­dać. I wyraź­nie lubiła go bar­dziej niż innych klien­tów.

On też lubił ją bar­dziej niż inne dziew­czyny, z któ­rymi dotąd obco­wał. Mimo zie­lo­nych wło­sów Gala wyglą­dała nie­mal jak ide­alna kopia Mii Wal­lace. Może miała zbyt duży nos i za krót­kie nogi, ale ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkał kobiety tak bli­skiej ide­ału Mii. Vin­cent Vega był też jedy­nym zagra­nicz­nym wzo­rem, który mógł zaak­cep­to­wać. W Rosji podob­nych do Vin­centa macho było pełno, nawet znacz­nie lep­szych, ale Gala w roli Mii była jedyna. Tytuł filmu, w któ­rym widział Mię i Vin­centa, nic mu nie mówił, więc nawet nie pró­bo­wał go zapa­mię­tać.

Od Gali dowie­dział się sporo o malar­stwie. Dotąd malar­stwo łączyło się dla niego nie­ro­ze­rwal­nie z nazwi­skiem Ajwa­zow­ski, a nazwi­sko Ajwa­zow­ski z malar­stwem, ale teraz wie­dział znacz­nie wię­cej.

Kiedy po raz pierw­szy zoba­czył Galę nagą, od razu pozaz­dro­ścił jej pięk­nej żyrafy z wielką grzywą wykłu­tej na widocz­nej sko­lio­zie, mię­dzy lekko wysta­ją­cymi łopat­kami, i krzy­wego zegara przy­kle­jo­nego do ramie­nia niczym cie­pły blin. Nie podo­bało mu się jedy­nie spo­rych roz­mia­rów jajko tuż nad wzgór­kiem Wenery. Dla­tego od razu zadzwo­nił z reko­men­da­cji pew­nego kolegi do samego Gło­gowa, arty­sty wyjąt­ko­wego na skalę Fede­ra­cji, który miał dom na Rublowce. Przed­sta­wił mu swój pomysł, a ten przy­go­to­wał rysu­nek. Dużo to kosz­to­wało, ale efekt był tak impo­nu­jący, że gdyby Gło­gow zażą­dał za swoją pracę trzy razy wię­cej, Tru­bow też by się nie zawa­hał zapła­cić. Dałby nawet i cztery razy wię­cej!

Arty­sta sam był tak zachwy­cony swoim dzie­łem, że nie mógł pozwo­lić, by klient poszedł do pierw­szego lep­szego salonu. A że było to dzieło sygno­wane, pole­cił Tru­bowa swo­jemu przy­ja­cie­lowi, arty­ście, mistrzowi tatu­ażu z salonu Pri­zim Tatoo na Lublin­skiej 171.

Dzieło zro­biło rów­nie duże wra­że­nie na mistrzu tatu­ażu. Był głę­boko prze­jęty jego roz­mia­rem, szcze­gó­ło­wo­ścią i dra­ma­ty­zmem. Obli­czył, iż potrzeba będzie na nie przy­naj­mniej ośmiu, dzie­się­ciu sesji. Tru­bow jed­nak wolał zapła­cić wię­cej i zakoń­czyć pracę w ciągu czte­rech spo­tkań. Mistrz wąt­pił, czy klient wytrzyma taki ból, ale skoro on sam tego sobie życzył, nie mógł mu odmó­wić. W głębi duszy wie­dział, że i tak nie wytrzyma.

Oczy­wi­ście się pomy­lił! Tru­bow nie tylko wytrzy­mał, ale chwi­lami nawet przy­sy­piał, cho­ciaż nie był pijany jak wielu innych klien­tów. Ale zdzi­wiłby się mistrz jesz­cze bar­dziej, gdyby wie­dział, że tatu­owa­nie spra­wiało mu nawet przy­jem­ność.

Tru­bow posta­no­wił, że obej­rzy dzieło dopiero, kiedy będzie gotowe, i przez te wszyst­kie noce spał w domu na brzu­chu, bo, nie wia­domo dla­czego, bał się, że może je uszko­dzić.

Tego dnia, gdy było już skoń­czone, kupił cztery duże lustra i zawie­sił je w łazience. To był ważny dzień, więc kupił też butelkę wódki i wyłą­czył tele­fon komór­kowy.

Tydzień póź­niej, nim wszedł do łazienki, przy­go­to­wał się psy­chicz­nie i wypił z gwinta pół butelki. Odcze­kał chwilę, aż wyostrzą mu się zmy­sły, i ruszył. Wszedł do pomiesz­cze­nia, które wypeł­niło się jego odbi­ciami. Wyglą­dało, jakby do małej łazienki wkro­czył plu­ton dorod­nych spa­do­chro­nia­rzy.

Powoli roze­brał się do naga, skła­da­jąc każdą część gar­de­roby na tabo­re­cie. Robił to z uwagą i w ści­śle usta­lo­nym porządku. Nie potra­fił zna­leźć na to wła­ści­wego okre­śle­nia, ale czuł, że wła­śnie dzieje się coś nie­zwy­kłego i pięk­nego zara­zem.

Zamknął oczy, nabrał głę­boko powie­trza, pod­niósł w górę ręce i wyprę­żył się tak mocno, jak tylko mógł. Trwał w tej pozy­cji minutę i pięć sekund, po czym powoli wypu­ścił powie­trze i otwo­rzył oczy. Naj­pierw nie­śmiało, potem coraz odważ­niej oglą­dał swoje plecy, które począt­kowo spra­wiały wra­że­nie, jakby wcale nie były jego. Jakby do łazienki wszedł z nim ktoś obcy.

Na całych jego ple­cach wid­niał syme­trycz­nie roz­pla­no­wany dwu­głowy, skrzy­dlaty smok wyprę­żony w śmier­tel­nym star­ciu z nie­wi­dzial­nym wro­giem. Osła­niał się od cio­sów potęż­nymi skrzy­dłami, a zakrzy­wione ostre dzioby zio­nęły ogniem. Nic jed­nak nie doda­wało mu grozy w rów­nym stop­niu co prze­ra­ża­jące oczy pod­kre­ślone czer­woną i zie­loną barwą.

Szcze­gó­ło­wość rysunku i fan­ta­zja kom­po­zy­cji mogły wzbu­dzać nie tylko sza­cu­nek, uzna­nie czy podziw. Ten smok z powo­dze­niem może budzić także strach i zmu­sza do pokory - uznał z dumą Jagan.

Na samym dole kom­po­zy­cji pta­sie szpony smoka scho­dziły aż na pośladki i doty­kały dwóch nie­du­żych blizn. W jed­nym szpo­nie smok trzy­mał obciętą, krwa­wiącą bro­datą głowę z zamknię­tymi oczami, a w dru­giej duży zakrwa­wiony nóż Kizlyar z dedy­ka­cją Putina.

Zarówno arty­sta Gło­gow, jak i mistrz tatu­ażu uznali, że głowa Jana Chrzci­ciela w szpo­nach smoka ma dużą siłę wyrazu i szcze­gólne zna­cze­nie dla wszyst­kich wier­nych na Rusi, toteż umiesz­cze­nie jej wła­śnie na pośladku było tro­chę kon­tro­wer­syjne. Jed­nak Tru­bow nie­wiele wie­dział o Janie Chrzci­cielu, a obcięta bro­data głowa nale­żała do kogoś zupeł­nie innego, bar­dziej real­nego, bo wciąż żywego. Nie­mniej pomysł arty­sty Gło­gowa doty­czący Jana Chrzci­ciela bar­dzo mu się spodo­bał, bo doda­wał mistycz­nej siły prze­sła­niu, jakie chciał w tych sym­bo­lach zawrzeć.

Naro­dził się smok, któ­rego mógłby ktoś przy­rów­nać do bizan­tyj­skiego orła, ale to był jed­nak smok. Praw­dziwy, pięk­nie wyta­tu­owany na sze­ro­kich, umię­śnio­nych męskich ple­cach! Nie jakiś chiń­ski dra­gon, jakich pełno na tłu­stych rękach, nogach, ano­rek­tycz­nych ple­cach i dupach róż­nych socjo­pa­tów i fru­stra­tów na całym świe­cie.

To był naj­praw­dziw­szy rosyj­ski smok na rosyj­skim zdro­wym, sil­nym ciele. Więc wszyst­kie spo­tka­nia z Galą odby­wały się teraz w łazience peł­nej luster i zapa­lo­nych świec. Tru­bow ni­gdy wcze­śniej nie przy­pusz­czał, że obser­wo­wa­nie smoka w lustrach, jak się wije, wykrzy­wia, drży, dostar­czy mu tak nie­zwy­kłych doznań i wyzwoli z niego siłę, jakiej chyba nie ma nikt.

Potem zawsze długo stał pod zim­nym prysz­ni­cem, bo czuł, że roz­pa­lony do osta­tecz­no­ści, spra­gniony smok wła­śnie tego potrze­buje, by się uspo­koić. Nikt jed­nak, oprócz Gali, nie wie­dział o smoku i demo­nicz­nej sile, jaką wyzwa­lał w Tru­bo­wie.

Jagan stał teraz wypro­sto­wany przed lustrem w towa­rzy­stwie kilku swo­ich kopii i pomy­ślał, że może powi­nien odmie­nić się także duchowo.

- Odmie­nić? To zna­czy, co? Zapu­ści­łem włosy. Zro­bi­łem smoka. W zasa­dzie niby dla­czego miał­bym się zmie­niać... z powodu usu­nię­cia tej bli­zny? To chyba wystar­czy... - powie­dział na głos, spoj­rzał sobie pro­sto w oczy i po chwili dodał nie­pew­nie: - Prze­cież nawet nie wiem... nie pamię­tam, co się stało... skąd się wzięła. - I poczuł, jak smok się poru­sza, zanie­po­ko­jony dresz­czem. - Wła­ści­wie to ja już się odmie­ni­łem... i duchowo, i fizycz­nie - rzu­cił zde­cy­do­wa­nie i poki­wał głową.

Wspo­mnie­nie let­niej nocy w zbu­rzo­nym domu na Kau­ka­zie tkwiło w nim nie­złom­nie przez te wszyst­kie lata, bo to był naj­waż­niej­szy dzień w jego życiu. Teraz miał smoka i nie był już sam. Miał z kim dzie­lić sprawę cze­czeń­skiego dia­bel­skiego rodzeń­stwa.

Amina, Rustam i bliź­niacy Sza­mil i Asłan... Bladź! Ni­gdy nie zapo­mnę! - pomy­ślał w przy­pły­wie zło­ści. Bladź! Nie zapo­mnę! Jede­na­ście lat temu to były małe potworki, jak mówił kapral Zorin, co nie miał oczu... Teraz to już pew­nie doro­słe dia­bły. Któ­re­goś dnia dopadnę ich... tego Rustama. To on ma mój nóż! Bli­zna to bli­zna, to aku­rat mógł­bym im daro­wać, ale Zorina...

Zakoń­czył obduk­cję swo­jego nowego obli­cza, ostatni raz rzu­cił okiem na smoka i zga­sił świa­tło. Wziął z tabo­retu zło­żone w kostkę ubra­nie i wyszedł z łazienki.

Jego dziwna przy­pa­dłość unie­moż­li­wia­jąca zapa­mię­ty­wa­nie twa­rzy jakoś dziw­nie nie doty­czyła cze­czeń­skiego rodzeń­stwa. Ich twa­rze utrwa­liły mu się w pamięci, jakby były wyryte w płytce ze stali nie­rdzew­nej. Kiedy więc popro­sił Galę, żeby odtwo­rzyła ich por­trety, wynik był zadzi­wia­jący.

Wyglą­dało to tak, jakby Gala po pro­stu sko­pio­wała tę sta­lową płytkę z jego pamięci i powstały trzy wize­runki, jak żywe. Trzy, bo Asłan i Sza­mil jako bliź­niacy niczym się od sie­bie nie róż­nili. Teraz wisiały w pokoju, gdzie spał, i w kuchni, i w przed­po­koju, nie­mal wszę­dzie. Oczy­wi­ście miał je też w swoim tele­fo­nie.

Wciąż owi­nięty w ręcz­nik, pod­szedł do okna i wyj­rzał z dzie­sią­tego pię­tra na daleki rosyj­ski kra­jo­braz. Tar­cza słońca wisiała gdzieś nad Ura­lem. Docho­dziła szó­sta trzy­dzie­ści. W miesz­ka­niu było już jasno.

Słońce od kilku godzin wędro­wało nad Rosją, budząc kolejne mia­sta i wsie, i było w tym coś nie­lo­gicz­nego, że jed­no­cze­śnie każdy Rosja­nin jest w innym momen­cie swo­jego życia. Cza­sami Tru­bow myślał, że to nie­spra­wie­dliwe, jakby ktoś kogoś oszu­ki­wał.

Zwi­nął z pod­łogi mate­rac, na któ­rym ćwi­czył, i włą­czył naj­now­szy album Lube, Swoi, który od kilku mie­sięcy pusz­czał nie­mal nie­ustan­nie.

Była szó­sta trzy­dzie­ści cztery, gdy zadzwo­niła jego służ­bowa komórka. Ode­brał bez słowa i cze­kał. Ci, któ­rzy znali jego numer, wie­dzieli, że Jagan ma taki zwy­czaj. Nie ufał nawet tele­fo­nom.

- Jedziemy! - usły­szał roz­ra­do­wany głos w słu­chawce.

- To dla­czego dzwo­nisz dopiero dzi­siaj? - zapy­tał.

- Chwilę temu dzwo­nił do mnie Zaricki - odparł spo­koj­nie głos. - Dla­czego rano...? Czort jego zna­jet! Ma swoje powody!

- Kiedy jedziemy?

- Jesz­cze nie wiem. Mamy dzi­siaj o dzie­wią­tej spo­tka­nie z Zaric­kim i Gru­zo­wem, więc bierz dupę w troki i pędem mel­duj się u mnie! - Głos nie brzmiał groź­nie, raczej wesoło.

- Wiesz co, Jura? - rzu­cił Jagan, wpa­tru­jąc się w atra­men­towe niebo. Czuł, jak roz­piera go coś mię­dzy eufo­rią a satys­fak­cją. - Jeżeli nie jedziemy dzi­siaj, to musimy to oblać... ja muszę... to dla mnie dobra wia­do­mość, cze­ka­łem na nią jede­na­ście lat!

- Wcho­dzę, Andriu­sza! - zapew­nił zde­cy­do­wa­nie głos i wyłą­czył się.

Tru­bow stał jesz­cze przy oknie. Nie mógł się ode­rwać od widoku, który teraz, po tym, co usły­szał, uwa­żał za naj­pięk­niej­szy, jaki widział. Wia­do­mość od part­nera, Jury Kosowa, była tym, na co cze­kał od dawna.

Zaricki z GRU i Gru­zow z FSB byli wyjąt­kowo zdol­nymi ofi­ce­rami rosyj­skich służb i nikt w całej Fede­ra­cji nie wie­dział lepiej od nich, co się dzieje na Kau­ka­zie. Nawet sam pre­zy­dent! Zaricki i Gru­zow pro­wa­dzili naj­lep­szą agen­turę wewnątrz orga­ni­za­cji islam­skich na Kau­ka­zie, i nie tylko.

Wia­do­mość, na którą cze­kał, ozna­czała, że zła­pali w końcu kon­takt na Muha­me­dowa, cichego, ale naj­in­te­li­gent­niej­szego ze wszyst­kich cze­czeń­skich komen­dan­tów, który zarzą­dzał kon­taktami z Al-Kaidą. Był dok­to­rem socjo­lo­gii i znał kilka języ­ków, czyli znacz­nie się róż­nił od innych bojow­ni­ków cze­czeń­skich. Wzbu­dzał zaufa­nie i sza­cu­nek także u swo­ich wro­gów. Jagan też go tak trak­to­wał i dla­tego per­spek­tywa uję­cia Muha­me­dowa wykra­czała daleko poza sprawę oso­bi­stą. Sta­wała się misją w imie­niu Fede­ra­cji Rosyj­skiej i roz­li­cze­niem za tych towa­rzy­szy, któ­rzy padli z jego ręki.

Opi­nia publiczna nie wie­działa o nim zbyt wiele, bo nie wsła­wił się żadną akcją ter­ro­ry­styczną w metrze, teatrze czy szkole. Mało kto rów­nież się orien­to­wał, że gdyby nie on, to pło­mień dżi­hadu na Kau­ka­zie wygasłby już dawno. Muha­me­dow stał za finan­so­wym wspar­ciem dla bojow­ni­ków świata islamu. Ludzi dobie­rał z nie­zwy­kłą wni­kli­wo­ścią i intu­icją, więc wpro­wa­dze­nie kon­fi­denta w jego sze­regi było pra­wie nie­moż­liwe.

Mimo że Zaricki i Gru­zow ucho­dzili za dobrych ofi­ce­rów, kie­row­nic­two pod­jęło decy­zję, że sprawę Muha­me­dowa przej­mie Służba Wywiadu Zagra­nicz­nego. Nie tylko dla­tego, że dzia­łal­ność Cze­czena wykra­czała poza gra­nice byłego Sojuzu, ale przede wszyst­kim także dla­tego, że FSB nie była na tyle szczelna, żeby sprawa miała szansę na pozy­tywne zakoń­cze­nie. Wia­domo było od dawna, że Muha­me­dow ma w tych służ­bach swoje wtyczki.

Tru­bow wyraź­nie pamię­tał szarą, ślepą twarz kaprala Zorina. Wyda­wało mu się, że to przez te wyłu­pane oczy. Nie miał pamięci do twa­rzy ani nazwisk, szcze­gól­nie tych, któ­rzy zgi­nęli. Ale te oczy to co innego. Zorin ze swoim cier­pie­niem w ciem­nej komórce pod pod­łogą uosa­biał wszyst­kich pole­głych towa­rzy­szy.

Dla Jagana Muha­me­dow był przede wszyst­kim środ­kiem, drogą, dro­go­wska­zem, pomy­słem na to, jak odna­leźć Aminę, Rustama i bliź­nia­ków. Obie­cał sobie kie­dyś, że zanim ich zabije, nie z oso­bi­stych powo­dów oczy­wi­ście, tylko za Zorina, będzie musiał odzy­skać swój nóż i wyja­śnić, co się stało o świ­cie w zbu­rzo­nej cha­cie w cze­czeń­skich górach osiem­na­stego lipca 2001 roku.

Brał potem udział w akcji na Dubrowce w paź­dzier­niku 2002 roku i dokład­nie obej­rzał wszyst­kie zabite cze­czeń­skie smiert­nice i męskie ścierwo, ale Aminy tam nie było. Ani bra­cisz­ków. W jakimś sen­sie był nawet z tego zado­wo­lony, bo to tylko on miał prawo wymie­rzyć im karę. A tak unik­nę­liby losu, jaki im zapla­no­wał, i byłoby w tym coś nie­spra­wie­dli­wego. Do dzi­siaj Amina nie weszła do pan­te­onu świę­tych, podob­nie jak żaden z jej braci. Jagan spraw­dzał to w FSB za każ­dym razem, gdy zgi­nął jakiś cze­czeń­ski bojow­nik lub wybu­chła smiert­nica.

Jeżeli żyją gdzieś na świe­cie, odnajdę ich. Na pewno! - powta­rzał regu­lar­nie po cichu i na głos.

6

Zaczęła się już pora desz­czowa i nad ostrymi szczy­tami gór Ajban i Dża­bal Nukum ota­cza­ją­cych Sanę zbie­rały się chmury wypię­trzone na kilka kilo­me­trów. Wyglą­dały, jakby były wykute z solid­nego mar­muru.

Karol naj­bar­dziej lubił przy­jeż­dżać do Jemenu wła­śnie w porze desz­czo­wej. Gwał­towne burze jak wodo­spady oczysz­czały wtedy ulice mia­sta i popra­wiały suche zwy­kle powie­trze. Wszy­scy nagle nabie­rali chęci do życia, bo przez następne kilka mie­sięcy wypa­lona dotąd zie­mia obro­dzi wspa­niale, w wielu miej­scach kraj soczy­ście się zazie­leni i oży­wią się ptaki Kau­ka­banu. Można by sądzić, że na Pół­wy­spie Arab­skim tylko Jemeń­czycy mogą mówić, że w ich kraju wystę­pują dwie pory roku. Karol jed­nak uwa­żał to stwier­dze­nie za grubo prze­sa­dzone, bo na pusty­niach ni­gdy nie padał deszcz.

Samo­lot linii Royal Jor­da­nian z Ammanu przy­le­ciał o cza­sie, cho­ciaż roz­kład lotów na tej linii był umowny. Podob­nie zresztą jak kodeks dro­gowy, zwy­cza­jowy i w naj­wyż­szym stop­niu ogólny. Ina­czej mówiąc, zasady ruchu dro­go­wego były formą zale­ce­nia, suge­stii, a nie prawa. Mustafa, kie­rowca tak­sówki, za dwa tysiące riali szybko dowiózł Karola z lot­ni­ska El Rahaba do Bab al-Jaman w pół­noc­nej czę­ści sta­rej Sany. Karol oczy­wi­ście ni­gdy nie pozwo­liłby sobie powie­dzieć tak­sów­ka­rzowi, że Koran ma nie­wiele wspól­nego z zasa­dami ruchu dro­go­wego, ale obec­ność Allaha z pew­no­ścią pomo­gła im doje­chać bez­piecz­nie.

Ostatni raz był w Jeme­nie ponad dwa mie­siące temu, w górach u Sajeda al-Sza­riego. Jed­nak od tego czasu dzia­ła­nia Ame­ry­ka­nów nabrały nie­spo­dzie­wa­nej aktyw­no­ści, a drony coraz czę­ściej krą­żyły po nie­bie, więc szef jemeń­skiej Al-Kaidy musiał cza­sowo zerwać kon­takty z oto­cze­niem.

Dla­tego jego łącz­ni­kiem w Sanie był teraz Raszid z klanu Sajeda. Odważny młody czło­wiek, ale tak zaśle­piony w walce o sprawę islamu, że Karol miał spore wąt­pli­wo­ści, czy jest odpo­wiedni do roli, którą mu powie­rzono. Pla­no­wał poroz­ma­wiać o tym z Saje­dem, jak tylko nada­rzy się oka­zja.

Sajed bar­dzo liczył się ze zda­niem Karola, ale nie dla­tego, że był on Euro­pej­czy­kiem i znał kilka języ­ków, tylko przede wszyst­kim dla­tego, że był jedyny i nie­za­stą­piony. Mógł być tym, kim chciał. Żaden z nich ni­gdy nie zagrałby takiej roli!

Argu­men­to­wał zawsze pro­sto, a jego prag­ma­tyzm był czymś zupeł­nie nie­po­ję­tym w tym śro­do­wi­sku. Nie uzna­wał praw kla­nów i dzięki temu Al-Kaida miała się dobrze i otwie­rały się przed nią cał­kiem cie­kawe per­spek­tywy. Rozu­miał to Sajed, Omar i - co naj­waż­niej­sze - Ajman, który teraz ofi­cjal­nie naj­le­piej wie­dział, co jest dobre dla Bazy.

Wysiadł przy bra­mie Bab al-Jaman. Po jej dru­giej stro­nie zaczy­nało się Stare Mia­sto. U ulicz­nego sprze­dawcy kupił dwa kubki zim­nego soku z limonki i przy­siadł na kamien­nym murku.

Mimo że w Jeme­nie czuł się jak w domu, tym razem tę har­mo­nię zakłó­cały nie­ustanne myśli o Zuzie.

Nie­stety, nie zdą­żył przed wyjaz­dem usta­lić, w któ­rej fir­mie pra­cuje, ale nie miało to więk­szego zna­cze­nia, skoro wie­dział, gdzie mieszka. Był już gotowy z nią poroz­ma­wiać. Prze­pro­wa­dzić naj­waż­niej­szą roz­mowę życia. Szy­ko­wał się do niej przez cały czas. Miał przy­go­to­wane odpo­wie­dzi na jej pyta­nia. Miał też swoje pyta­nia, ale jego wyobraź­nia bie­gła upo­rczy­wie do chwili, kiedy wej­dzie do jej miesz­ka­nia i zanim zaczną roz­ma­wiać, będą się kochać. I ta myśl pozba­wiała go pano­wa­nia nad sobą, wyzwa­lała pod­nie­ce­nie, przez które tra­cił samo­kon­trolę. Potrze­bo­wał potem sporo czasu, by wyzwo­lić się z uści­sku tego marze­nia i zacząć myśleć logicz­nie. Zaczy­nał się bać sam sie­bie.

Gdyby nie to, że Sajed pole­cił mu natych­mia­stowy przy­jazd do Sany, byłby już praw­do­po­dob­nie po roz­mo­wie z Zuzą. A kto wie, może byłaby teraz z nim, tu, w jego Ara­bii.

Było wcze­sne popo­łu­dnie, jakieś dwa­dzie­ścia osiem stopni, bez­wietrz­nie, wil­gotno, z nie­wiel­kim zachmu­rze­niem. Na nie­bie domi­no­wał sło­neczny dysk. Karol lubił taką pogodę. Zimny sok z limonki sma­ko­wał wyśmie­ni­cie. Stare Mia­sto w Sanie było dla niego kwin­te­sen­cją wszyst­kiego co arab­skie, pozba­wione jakie­go­kol­wiek kon­for­mi­zmu, pełne piękna i prawdy o histo­rii Ara­bia Felix. Sana miała to, czego nie miało żadne inne arab­skie mia­sto - Żywą Prze­szłość! Pogoda, archi­tek­tura, ludzie... wła­ści­wie wszystko razem sta­no­wiło nie­ro­ze­rwalną kom­po­zy­cję ozdo­bioną duchem islamu i wonią przy­praw. Parzo­nej po turecku świeżo mie­lo­nej kawy z kar­da­mo­nem, ciem­no­żół­tego curry, bor­do­wego sumaku.

Ruszył wypo­le­ro­wa­nymi przez wieki wąskimi bru­ko­wa­nymi ulicz­kami sta­rej Sany, by dotrzeć do suku Al-Milh, gdzie stra­gan z san­da­łami miał Rama­dan, który od dwóch lat był jego pierw­szym łącz­ni­kiem. Wyłącz­nie jego łącz­ni­kiem.

Aden, Sana to były mia­sta Karola, jego miej­sce na ziemi. Lokalne służby spe­cjalne ofi­cjal­nie z suk­ce­sami wal­czyły z Al-Kaidą, ale w rze­czy­wi­sto­ści robiły tylko to co nie­zbędne, byle nie dopro­wa­dzić do wojny domo­wej, jak w Iraku czy Afga­ni­sta­nie. Bojow­nicy z Jemenu już kilka razy poka­zali, do czego są zdolni.

Al-Kaida Pół­wy­spu Arab­skiego opiera się na związ­kach ple­mien­nych i świę­tym pra­wie gości, a to są więzy znacz­nie sil­niej­sze niż jakie­kol­wiek rela­cje pań­stwowe. Karol, mimo że czuł się bez­piecz­nie, musiał prze­strze­gać zasad kon­spi­ra­cji nawet tutaj, bo był łącz­ni­kiem Al-Kaidy. Naj­waż­niej­szym!

Po spra­wie Nige­ryj­czyka Omara, który spar­to­lił robotę w samo­lo­cie Nor­th­west Air­li­nes, Ame­ry­ka­nie mocno się zde­ner­wo­wali i zaczęli naci­skać na wła­dze jemeń­skie, by ostrzej roz­pra­wiły się z miej­scową Al-Kaidą.

Zawsze uwa­żał, że naj­pierw nazywa się Karol Hamond, a dopiero potem Safir as-Salam ibn Butrus. Uży­wał zresztą tak wielu nazwisk i doku­men­tów, że wła­ści­wie było to obo­jętne, jak się nazywa. Jed­nak imię Karol nadali mu rodzice, a nazwi­sko Hamond otrzy­mał po ojcu i dla­tego miały dla niego szcze­gólne zna­cze­nie. Czuł się Pola­kiem wyzna­nia muzuł­mań­skiego, jak jego prze­wod­nik duchowy Michał Czaj­kow­ski herbu Jastrzę­biec, a nie jakiś Jusuf Islam.

Choć teraz modlił się i cho­dził do meczetu sta­now­czo za rzadko, by zado­wo­lić współ­braci, to miał czy­ste sumie­nie, bo był przede wszyst­kim wojow­ni­kiem Allaha i ważną posta­cią dżi­hadu. Lecz dżi­had Karola Hamonda był obli­czony nie tylko na sze­rze­nie islamu, lecz rów­nież na walkę o wyzwo­le­nie i spra­wie­dli­wość. Skie­ro­waną prze­ciw kapi­ta­li­stom, oli­gar­chom, dyk­ta­to­rom i ame­ry­kań­skiej demo­kra­cji siły, Rosji i Chi­nom i wszyst­kim tym, któ­rzy są z nimi. Prze­ciw glo­ba­li­za­cji wedle ich stan­dar­dów.

Od dawna był prze­ko­nany, że musi się poświę­cić walce. Na świe­cie nikt już nie wal­czył z mono­po­lem na jedyną prawdę jude­oła­ciń­skiego świata, tylko islam, reli­gia ludzi bied­nych, okra­da­nych z toż­sa­mo­ści, god­no­ści i majątku.

Odkąd wypa­liły się komu­ni­styczne ide­ały, zni­kła nadzieja świa­to­wej rewo­lu­cji i upadł Zwią­zek Radziecki, a Chiny już tylko for­mal­nie nazy­wają się Ludową Repu­bliką i bez­względ­nie kolo­ni­zują świat swoim kapi­ta­łem, Koran pozo­stał ostat­nią szansą na wyzwo­le­nie. W Ame­ryce Połu­dnio­wej dawni rewo­lu­cjo­ni­ści, czci­ciele Tupaca Amaru i Che Guevary, zostali demo­kra­tycz­nymi pre­zy­den­tami i pre­mie­rami, ale liczba faweli wcale się przez to nie zmniej­szyła. Chry­stus z kara­bi­nem na ramie­niu strzeże teraz już tylko pól koka­ino­wych.

Mimo że miał wiele wąt­pli­wo­ści, to gdy zro­bił pierw­szy krok na tej dro­dze, wie­dział, że nie może się cof­nąć. I ni­gdy tego nie żało­wał! Nawet przez chwilę! Wie­dział, że zgi­nie, lecz nie bał się śmierci, i nie dla­tego, że uspo­ka­jała go wizja raju i tłumu hurys, ale dla­tego, że warto jest wal­czyć o lep­szy świat, lep­szego czło­wieka, oddać życie za wol­ność i rów­ność, za cier­pią­cych.

Ni­gdy też nie zaak­cep­to­wał tali­bów i waha­bi­tów, bo wie­dział, że to nie­unik­nione zja­wi­sko uboczne trwa­ją­cej rewo­lu­cji. Był prze­ko­nany, że islam pora­dzi sobie z tym pro­ble­mem póź­niej. Jak każda rewo­lu­cja. Na razie są potrzebni. Uwa­żał, że kiedy naród odzy­ska swoje bogac­twa natu­ralne, będzie można edu­ka­cją wal­czyć z zaco­fa­niem w świe­cie islamu i cywi­li­za­cja ta roz­kwit­nie jak przed wie­kami. Pojawi się Mahdi. Znikną tali­bo­wie, waha­bici, sala­fici - jak znik­nęli albi­gensi i kata­rzy - gdy wyznawcy Allaha zaczną czy­tać także inne książki niż tylko Koran i Sunnę i gdy nie będą im potrzebni pośred­nicy, by zro­zu­mieć ten naj­trud­niej­szy prze­wod­nik po życiu czło­wieka.

O tym, jak Safir poj­mo­wał islam­ską rewo­lu­cję, nie wie­dział w Bazie nikt. On sam nie dzie­lił się z nikim swo­imi poglą­dami, cho­ciaż miał je dobrze ukształ­to­wane. Chwi­lami popa­dał w znie­chę­ce­nie, kiedy widział bez­kres wyznaw­ców islamu uni­ka­ją­cych jakiej­kol­wiek próby jego zro­zu­mie­nia i pozba­wio­nych woli odna­le­zie­nia w nim nie tylko wiary, lecz także idei i myśli łączą­cej ludzi. Kiedy jed­nak patrzył na białą masę wier­nych jak mgła­wica galak­tyczna cudow­nie wiru­jącą w Mekce pod­czas hadżu, to czuł, że w tym ruchu jest potężna magiczna siła, jakiej nie ma ni­gdzie na świe­cie.

Nikt ni­gdy nie pokona eks­tre­mi­stów islam­skich, nie ma takiej armii na świe­cie, tylko sami muzuł­ma­nie mogą to zro­bić. Karol dobrze o tym wie­dział i był prze­ko­nany, że kie­dyś tak będzie.

7

Kon­rad wyjął z nie­bie­skiej tek­tu­ro­wej teczki kil­ku­stro­ni­cowy doku­ment spo­rzą­dzony pro­stą bez­sze­ry­fową czcionką. Była to jego wła­sna rela­cja ze spo­tka­nia z part­ne­rami z Säpo, którą spo­rzą­dził we wrze­śniu ubie­głego roku po powro­cie ze Szwe­cji.

Teraz musiał przy­po­mnieć sobie szcze­góły sprawy Hansa Jor­gen­sena, rosyj­skiego nie­le­gała w Szwe­cji, i wszystko, co się wtedy wyda­rzyło. Bo cho­ciaż mogło się wyda­wać, że sprawa zakoń­czyła się wraz z jego śmier­cią, to jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści tak nie było. Toczyła się dalej z nowym impe­tem i dostar­czała wielu war­to­ścio­wych infor­ma­cji. Cza­sami wprost bez­cen­nych!

Przy­nio­sła też nie­za­mie­rzone skutki uboczne. Zro­dziło się coś szcze­gól­nego, więź sym­pa­tii mię­dzy ofi­ce­rami AW i Säpo, przy­pie­czę­to­wana przez Mar­cina Dolskiego i Hasana Mar­dana wspólną miło­ścią do moto­cy­kli Har­ley-David­son.

War­szawa, 2009.09.09

Ści­śle tajne

Egzem­plarz poje­dyn­czy

NOTATKA SŁUŻ­BOWA

dot. wizyty dele­ga­cji Wydziału Q AW w Szwe­cji w dniach 02-04 bm.

Skład dele­ga­cji AW: naczel­nik mjr Kon­rad Wol­ski, z-ca naczel­nika kpt. Sara Kor­ska i inspek­tor por. Mar­cin Dolski.

Strona Säpo: z-ca szefa Säpo Kurt Lövenström, szef Wydziału Rosja KW Olaf Svens­son, ofi­cer Linda Lund, ofi­cer Hasan Mar­dan i ofi­cer KSI Per Gusta­vs­son.

Do Sztok­holmu nasza dele­ga­cja przy­le­ciała o godz. 9.50. Z lot­ni­ska ode­brał nas Olaf Svens­son, któ­rego pozna­łem już wcze­śniej pod­czas jego wizyty w War­sza­wie w związku ze sprawą H. Jor­gen­sena. W samo­cho­dzie poin­for­mo­wał nas o pro­gra­mie wizyty.

Uda­li­śmy się mini­bu­sem Säpo do hotelu Scan­dic Ser­gel Plaza w cen­trum Sztok­holmu. O godzi­nie 13.00 Olaf Svens­son ode­brał nas z hotelu i poje­cha­li­śmy samo­cho­dem na lunch do restau­ra­cji Kung­shol­men.

Sashimi było wyborne - pomy­ślał Kon­rad. To cie­kawe, że taka pro­sta potrawa może w róż­nych miej­scach róż­nie sma­ko­wać... To nie pizza, nie chińsz­czy­zna...

W restau­ra­cji ocze­ki­wali nas wszy­scy ww. ofi­ce­ro­wie szwedzcy.

Ofi­cjal­nie przy­wi­tał nas Kurt Lövenström w imie­niu szefa Säpo Pauls­sona.

Przed­sta­wi­łem człon­ków naszej dele­ga­cji, a Lövenström - ofi­ce­rów Säpo. Następ­nie poin­for­mo­wał krótko, że po lun­chu udamy się do sie­dziby Säpo, gdzie omó­wimy wszyst­kie inte­re­su­jące nas sprawy.

Lunch prze­biegł w nad­zwy­czaj ser­decz­nej i przy­ja­ciel­skiej atmos­fe­rze. Korzystną oko­licz­no­ścią było to, że, jak już wspo­mi­na­łem, Svens­son i Gusta­vs­son byli w Pol­sce wcze­śniej i mie­li­śmy oka­zję poznać się bli­żej. Z uwagi na miej­sce roz­mowy doty­czyły tema­tów poza­służ­bo­wych.

O godz. 14.20 uda­li­śmy się do sie­dziby Säpo na Polhems­ga­tan. Roz­mowy odbyły się w pomiesz­cze­niu spe­cjal­nym.

Roz­po­częły się od wystą­pie­nia Lövenströma, który podzię­ko­wał AW za infor­ma­cje doty­czące Jor­gen­sena, a w szcze­gól­no­ści za opis jego spo­tka­nia z Zeno­nem Ruper­tem w Sopo­cie. Miały one decy­du­jące zna­cze­nie dla pro­wa­dze­nia całego roz­pra­co­wa­nia. W nawią­za­niu do słów L. poin­for­mo­wa­łem, że auto­rem sprawy był por. Mar­cin Dolski.

Mar­cin wyglą­dał wtedy, jakby miał za chwilę eks­plo­do­wać z zadę­cia - przy­po­mniał sobie z roz­ba­wie­niem Kon­rad. Rze­czy­wi­ście! Hasan Mar­dan pod­szedł wtedy do niego, żeby mu pogra­tu­lo­wać. Tak było!

Następ­nie Lövenström poin­for­mo­wał, że sprawa Jor­gen­sena nie dość, że się nie zakoń­czyła, to jesz­cze nabrała nowej dyna­miki i że w ramach szwedz­kich służb spe­cjal­nych, tj. MUST, KSI, Säpo i FRA, powo­łany został spe­cjalny, głę­boko utaj­niony zespół. O wyni­kach jego prac będą suk­ce­syw­nie infor­mo­wane służby part­ner­skie. Lövenström pod­kre­ślił, że ww. służby otrzy­mają infor­ma­cje tylko w takim zakre­sie, jaki nie dopro­wa­dzi do dekon­spi­ra­cji źró­dła.

Kie­row­nic­two pań­stwa, w tym oso­bi­ście pre­mier Szwe­cji, pod­jęło decy­zję, że w dowód uzna­nia dla naszego wkładu w roz­pra­co­wa­nie H. Jor­gen­sena strona pol­ska (Agen­cja Wywiadu) w dro­dze wyjątku otrzyma pełną infor­ma­cję.

Pre­mier rządu szwedz­kiego ma wkrótce podzię­ko­wać oso­bi­ście pre­mie­rowi rządu pol­skiego za wkład pol­skich służb spe­cjal­nych w umac­nia­nie bez­pie­czeń­stwa Szwe­cji.

Pamię­tam, że aż mnie wtedy coś ści­snęło w gar­dle, bo i ja mia­łem poin­for­mo­wać Szwe­dów, że aresz­to­wano nie tylko Ruperta z IPN - pomy­ślał Kon­rad. Jak pre­mier Szwe­cji dowie­dział się o tym od Lövenströma, to pew­nie stra­cił ochotę na roz­mowę ze swoim pol­skim kolegą o wzo­ro­wej współ­pracy służb. Mini­ster obrony Rupert przez kilka lat by­naj­mniej nie umac­niał mię­dzy­na­ro­do­wego bez­pie­czeń­stwa, w tym i Szwe­cji. Wręcz odwrot­nie!

Następ­nie K.L. oddał głos Ola­fowi Svens­so­nowi, który oświad­czył, że wia­do­mość, jaką nam prze­ka­zano za pośred­nic­twem naszego łącz­nika w amba­sa­dzie, nie była kom­pletna. Stwier­dził krótko, że Hans Jor­gen­sen nie zgi­nął w swoim domu w ?kersberdze, tak jak wcze­śniej nas poin­for­mo­wali. Pro­sili o zro­zu­mie­nie, ale sytu­acja po tych dra­ma­tycz­nych wyda­rze­niach była dyna­miczna i musieli naj­pierw upo­rząd­ko­wać sytu­ację u sie­bie.

Głos zabrała Linda Lund, która wraz z Hasa­nem Mar­da­nem i O.S. była uczest­ni­kiem akcji.

Lund potwier­dziła, że prze­ka­zane przez nas infor­ma­cje pozwo­liły Säpo pod­jąć ofen­sywne dzia­ła­nia ope­ra­cyjne wobec Hansa Jor­gen­sena i jego syna Carla Jor­gen­sena, ofi­cera wywiadu szwedz­kiego KSI.

Następ­nie przed­sta­wiła chro­no­lo­gicz­nie prze­bieg wyda­rzeń.

W domu let­ni­sko­wym H.J. w ?., gdzie pla­no­wane było spo­tka­nie J. i jego syna Carla, zain­sta­lo­wana została tech­nika ope­ra­cyjna, pod­gląd i pod­słuch. Säpo miało prze­słanki, żeby przy­pusz­czać, iż będzie w sta­nie uzy­skać tą drogą infor­ma­cje o dzia­łal­no­ści wywia­dow­czej Jor­gen­se­nów na rzecz Rosji. Tym­cza­sem zanim poja­wił się H.J., kamery zare­je­stro­wały w jego domu nie­zna­nego czło­wieka z bli­zną na twa­rzy, mówią­cego po rosyj­sku.

Tego samego dnia ofi­cer poli­cji z dziel­nicy Solna poin­for­mo­wał Säpo, że w tam­tej­szym hotelu zatrzy­mało się dwóch podej­rza­nych rosyj­sko­ję­zycz­nych męż­czyzn. Zamel­do­wał się tylko jeden, o nazwi­sku Gar­bi­now. Posłu­gi­wał się pasz­por­tem łotew­skim. Wie­czo­rem tego samego dnia doszło do strze­la­niny, w któ­rej zgi­nął poli­cjant i jeden pra­cow­nik hotelu, a drugi został ciężko ranny. Póź­niej ranny poli­cjant potwier­dził, że strze­lał do niego męż­czyzna z bli­zną, ujaw­niony wcze­śniej w domu J. Wtedy jed­nakże nasi part­ne­rzy mieli tylko zdję­cie Gar­bi­nowa. Poli­cja roz­po­częła akcję poszu­ki­waw­czą na tere­nie całego kraju. W tym momen­cie sprawa H.J. nie łączyła się jesz­cze ze sprawą Gar­bi­nowa.

Następ­nego dnia rano nasi part­ne­rzy otrzy­mali od SIS infor­ma­cję potwier­dza­jącą, że Gar­bi­now jest odpo­wie­dzialny za doko­nane kilka lat wcze­śniej w Szko­cji zabój­stwo dwóch rosyj­skich nie­le­ga­łów, któ­rzy prze­szli na stronę Bry­tyj­czy­ków. W tym cza­sie usta­lili rów­nież, że czło­wiek z bli­zną, któ­rego zauwa­żono w domu H.J., i ten z hotelu to ta sama osoba. Po ana­li­zie wszyst­kich infor­ma­cji doszli do wnio­sku, że G. i "Bli­zna" to rosyj­skie komando likwi­da­cyjne, które przy­je­chało do Szwe­cji wyeli­mi­no­wać H. Jor­gen­sena i praw­do­po­dob­nie jego syna Carla. Dom H.J. został dodat­kowo zabez­pie­czony przez anty­ter­ro­ry­stów i ukry­tych obser­wa­to­rów, a rów­no­cze­śnie w całym kraju trwały inten­sywne poszu­ki­wa­nia obu Rosjan. Tym­cza­sem do swo­jego domu przy­je­chał H.J., a potem przy­był jego syn z kon­ku­biną (znaną dzien­ni­karką tele­wi­zyjną). Part­ne­rzy sądzili, że do zama­chu może dojść w domu H.J. Nie było wia­domo, jakimi moty­wami mogli kie­ro­wać się Rosja­nie, skoro Jor­gen­se­no­wie dla nich pra­co­wali.

O godz. 23.20 ofi­cer Hasan Mar­dan odna­lazł w zaro­ślach ciało zamor­do­wa­nego ofi­cera z obser­wa­cji. Wkrótce potem oka­zało się, że Gar­bi­now i "Bli­zna" są w domu H.J., który wraz z synem prze­by­wał w piw­nicy, gdzie, jak part­ne­rzy podej­rze­wali, miał urzą­dzoną kry­jówkę. Napast­nicy byli uzbro­jeni w auto­mat MP5 i broń krótką. Mieli też gra­naty. Part­ne­rzy nie mogli dopu­ścić do zabój­stwa Jor­gen­se­nów i wywią­zała się inten­sywna strze­la­nina z oddzia­łem anty­ter­ro­ry­stów. Po pierw­szej wymia­nie ognia dom zaczął się palić. Po ana­li­zie nagra­nego mate­riału part­ne­rzy doszli do wnio­sku, że został pod­pa­lony w piw­nicy. Nastą­piła kolejna wymiana ognia. Napast­nicy użyli dwóch gra­na­tów bły­sko­wych o wyjąt­ko­wej sile raże­nia. Dotych­czas nie­zna­nych. Wymiana ognia trwała kilka minut i zanim dotarło wspar­cie, dom doszczęt­nie spło­nął. Part­ne­rzy zapre­zen­to­wali nam kil­ku­mi­nu­towy film nakrę­cony przez kamery wewnątrz i na zewnątrz domu.

Następ­nie głos zabrał ofi­cer Hasan Mar­dan.

W trak­cie strze­la­niny H.M. prze­by­wał z dru­giej strony domu, pod oknem. "Bli­zna" praw­do­po­dob­nie wysko­czył przez okno i spadł na H.M., który stra­cił przy­tom­ność. Gdy już nie­mal cały drew­niany dom obej­mo­wały pło­mie­nie, H.M. odzy­skał przy­tom­ność i zauwa­żył, że z okienka w pod­piw­ni­cze­niu wysuwa się Hans Jor­gen­sen, a po chwili wyciąga nie­przy­tom­nego Carla. Po kilku minu­tach dotarł heli­kop­ter ze wspar­ciem i straż pożarna, ale dom prak­tycz­nie już spło­nął.

Ponow­nie głos zabrał Olaf Svens­son.

Hans i Carl Jor­gen­se­no­wie nie zgi­nęli. Nie spło­nęły też doku­menty. Obaj zostali natych­miast prze­wie­zieni do taj­nego ośrodka KSI na wyspie w pobliżu Sztok­holmu. Jak się oka­zało po ich prze­słu­cha­niu, Hans Jor­gen­sen w rze­czy­wi­sto­ści nazywa się Andriej Woł­kow­ski. Był rosyj­skim nie­le­ga­łem naj­pierw w Danii, a następ­nie w Szwe­cji. Uro­dził się przed wojną jako oby­wa­tel Pol­ski we wsi Mie­dwiedki pod Grod­nem. Obaj, ojciec i syn, jed­no­znacz­nie przy­znali, że następ­nego dnia miał się oddać w ręce władz szwedz­kich. Nikt oprócz Carla nie wie­dział, że zamie­rza się ujaw­nić. Sam Carl nie był współ­pra­cow­ni­kiem rosyj­skich służb. Nato­miast Rosja­nie praw­do­po­dob­nie wie­dzieli, że jest on ofi­ce­rem szwedz­kiego wywiadu, i Gar­bi­no­wowi kate­go­rycz­nie zaka­zano jego eli­mi­na­cji. Sprawa ta jest obec­nie przed­mio­tem szcze­gó­ło­wego bada­nia, ponie­waż Carl oso­bi­ście pro­wa­dził naj­waż­niej­szą szwedzką agen­turę w obwo­dzie kali­nin­gradz­kim. Ma to szcze­gólne zna­cze­nie, gdyż Hans ni­gdy nie poin­for­mo­wał Moskwy, że jego syn jest ofi­ce­rem szwedz­kiego wywiadu. Wciąż otwarte pozo­staje zatem pyta­nie, dla­czego Rosja­nie chcieli zabić Hansa Jor­gen­sena, cho­ciaż nie wie­dzieli, że ma zamiar zde­zer­te­ro­wać, a posta­no­wili oszczę­dzić jego syna Carla. Part­ne­rzy poin­for­mo­wali nas, że nie wyklu­czają wer­sji, iż Rosja­nie mają agenta wewnątrz szwedz­kich służb i zorien­to­wali się, że Hans jest roz­pra­co­wy­wany. W związku z tym Svens­son spy­tał, czy możemy podobną ana­lizę prze­pro­wa­dzić w naszej służ­bie.

Poin­for­mo­wa­łem wów­czas part­ne­rów, że oczy­wi­ście takiej ana­lizy doko­namy, jed­nakże Jor­gen­se­nem zain­te­re­so­wa­li­śmy się na prośbę strony szwedz­kiej. Ponadto aresz­to­wa­nie agenta Ruperta, z któ­rym się spo­tkał H.J., nastą­piło już po wyda­rze­niach w ?kersberdze. Zatem wyciek z naszej strony jest mało praw­do­po­dobny. O spra­wie Jor­gen­sena wie­działy w AW trzy osoby. Zapew­ni­łem jed­nak part­ne­rów, że sprawę zba­damy dogłęb­nie i o wszyst­kim ich poin­for­mu­jemy.

Olaf Svens­son ujaw­nił, że Hans Jor­gen­sen prze­ka­zał ura­to­wany z pożaru przy pomocy H. Mar­dana zbiór bez­cen­nych doku­men­tów, a w szcze­gól­no­ści notat­nik, który pro­wa­dził skru­pu­lat­nie od lat. W notat­niku tym, nazwa­nym "Ber­ling­ske-Posten 1953", H.J. zapi­sy­wał wszyst­kie czyn­no­ści, które wyko­ny­wał. Ponie­waż był upla­so­wany w Urzę­dzie Imi­gra­cyj­nym, spe­cja­li­zo­wał się w przy­go­to­wy­wa­niu i lega­li­zo­wa­niu prze­rzu­ca­nych na Zachód radziec­kich i rosyj­skich nie­le­ga­łów. Part­ne­rzy pro­wa­dzą w tej chwili szcze­gó­łową ana­lizę tego doku­mentu, ale już wstęp­nie oce­niają, że jest to mate­riał o ogrom­nym zna­cze­niu ope­ra­cyj­nym. Dodat­kowo H.J. mimo pode­szłego wieku ma dosko­nałą pamięć i prze­ja­wia wolę współ­pracy.

W związku z tym part­ne­rzy, za zgodą pre­miera, pod­jęli decy­zję o utaj­nie­niu sprawy Jor­gen­se­nów. Następ­nego dnia zwo­łana została kon­fe­ren­cja pra­sowa, na któ­rej ofi­cjal­nie poin­for­mo­wano o śmierci Hansa Jor­gen­sena, Carla Jor­gen­sena i Igora Gar­bi­nowa oraz nadano wyda­rze­niom w ?kersberdze cha­rak­ter kry­mi­nalny.

Jak się póź­niej oka­zało, Gar­bi­now i "Bli­zna" dotarli do domu Jor­gen­sena skra­dzioną łodzią moto­rową, którą póź­niej odna­le­ziono zato­pioną u wybrzeży Wysp Alandz­kich. Na tej pod­sta­wie part­ne­rzy zakła­dają, że "Bli­zna" wydo­stał się tą łodzią do Rosji przez Fin­lan­dię. Brak bliż­szych danych na temat tego czło­wieka. Wia­domo, że jest bru­talny, bez­względny i wyjąt­kowo nie­bez­pieczny. Zdję­cia z kamer są słabe i znie­kształ­cone efek­tem "rybiego oka", lecz part­ne­rzy pra­cują nad stwo­rze­niem por­tretu "Bli­zny". Nie usta­lono, który z nich zamor­do­wał ofi­cera Säpo. Media zostały poin­for­mo­wane ogól­ni­kowo, że funk­cjo­na­riusz zgi­nął w walce. For­mal­nie pro­ku­ra­tura umo­rzyła śledz­two w związku ze śmier­cią sprawcy, tj. Gar­bi­nowa. W oce­nie part­ne­rów to naj­słab­szy punkt pro­wa­dzo­nej ope­ra­cji, ponie­waż Rosja­nie praw­do­po­dob­nie wie­dzą, że ofi­cer zgi­nął w wyniku pod­cię­cia gar­dła. "Bli­zna" wydo­stał się, ale nie wia­domo, jaką wer­sję wyda­rzeń przed­stawi swoim prze­ło­żo­nym w Moskwie.

Głos zabrała Linda Lund.

Zapy­tana, dla­czego Jor­gen­sen zde­cy­do­wał się przejść na naszą stronę, potwier­dziła, że był to wynik jego głę­bo­kiej prze­miany psy­chicz­nej, na którą miało wpływ wiele czyn­ni­ków. Sprawa ta jest przed­mio­tem głę­bo­kiej ana­lizy psy­cho­lo­gicz­nej i fak­to­gra­ficz­nej. Już teraz jed­nak widać, jakie były dwa zapewne naj­waż­niej­sze czyn­niki. Po pierw­sze, H.J. bał się, że Rosja­nie się zorien­tują, kim jest jego syn (pra­co­wał prze­cież na kie­runku rosyj­skim), i nie­wy­klu­czone, że tak wła­śnie się stało. Po dru­gie, H.J. otrzy­mał od Ruperta kopię doku­mentu (raport pro­fe­sora Bardy), w któ­rym jest mowa o jego rodzin­nej wsi Mie­dwiedki na Gro­dzieńsz­czyź­nie. Jor­gen­sen prze­czy­tał w nim, że mordu na miesz­kań­cach tej wsi doko­nało NKWD w prze­bra­niu pol­skich par­ty­zan­tów. Zgi­nęła wtedy cała jego rodzina. Nie wie­dział o tym i przez całe życie o zbrod­nię obwi­niał Pola­ków. Na tej oso­bi­stej tra­ge­dii zbu­do­wał całe swoje póź­niej­sze życie, które wiódł i tak pełne wąt­pli­wo­ści aż do dnia, kiedy pojął, co się stało w Mie­dwied­kach. Zro­zu­miał, że nazywa się Hans Jor­gen­sen, a nie Andriej Woł­kow­ski.

To zadzi­wia­jące, z jaką swo­bodą Linda poru­szała się w tema­cie - pomy­ślał Kon­rad. Szkoda, że tak sucho stre­ści­łem to, co mówiła. Piękna dziew­czyna! Już gdzieś widzia­łem ten typ urody... Nawet mówiąc o naszych histo­rycz­nych spra­wach, uży­wała wła­ści­wej ter­mi­no­lo­gii... cho­ciaż to Szwedka...

Part­ne­rzy nie wąt­pią w szcze­rość Hansa i Carla. Obaj dwu­krot­nie prze­szli bada­nia na wario­gra­fie z wyni­kiem nega­tyw­nym. Nie­mniej jed­nak w spra­wie pozo­stało tak wiele zna­ków zapy­ta­nia, a mate­riał wywia­dow­czy jest tak szo­ku­jący (wła­ści­wie O.S. użył słowa "prze­ra­ża­jący"), że jesz­cze długo trzeba będzie pra­co­wać nad uwia­ry­god­nie­niem źró­dła jego pocho­dze­nia (H.J.). Part­ne­rzy zdają sobie sprawę, że nie są w sta­nie prze­pro­wa­dzić tego sami. Nie chcą też na razie anga­żo­wać Ame­ry­ka­nów ani Angli­ków, któ­rzy mają wpraw­dzie duże doświad­cze­nie w pracy na kie­runku rosyj­skim, ale to wła­śnie oni byli głów­nym obiek­tem zain­te­re­so­wa­nia H.J.

"Jak zwy­kle pozwo­lił pan sobie zabar­dzo naczel­niku!" - Kon­rad prze­czy­tał na mar­gi­ne­sie adno­ta­cję gene­rała Pęka, zapewne świad­czącą o głę­bo­kiej dys­lek­sji.

Może... może nawet miał rację! - pomy­ślał.

Per Gusta­vs­son (KSI).

Poin­for­mo­wał, że Carl Jor­gen­sen jest wciąż koman­do­rem Szwedz­kiej Mary­narki Wojen­nej i ofi­ce­rem wywiadu. Wszystko to, co się zda­rzyło tam­tego dnia, było dla niego potęż­nym wstrzą­sem. Wciąż jest pod opieką psy­cho­lo­gów, podob­nie jak jego kon­ku­bina Sophie Lund­berg. Mimo to radzi sobie nad­zwy­czaj dobrze. Powstała nie­zwy­kła sytu­acja, z którą part­ne­rzy nie wie­dzą jesz­cze, jak sobie pora­dzić. Carl Jor­gen­sen i Hans wła­ści­wie prze­stali ist­nieć, gdyż ofi­cjal­nie spło­nęli w domu w ?kersberdze i zostali pocho­wani w Jakobs­bergu. Jed­no­cze­śnie Hans Jor­gen­sen nabył swoje nazwi­sko na dro­dze prze­stęp­stwa popeł­nio­nego w Niem­czech. Czy zatem Carl Jor­gen­sen nosi to nazwi­sko zgod­nie z pra­wem? Hans Jor­gen­sen nazywa się Andriej Woł­kow­ski, ale nie ma na to żad­nych dowo­dów, a jego wieś nie ist­nieje. Jak stwier­dził z pew­nym roz­ba­wie­niem P.G., aby ure­gu­lo­wać sta­tus Jor­gen­senów, trzeba by zmie­nić cztery punkty w kon­sty­tu­cji Szwe­cji, pięć ustaw i ogromną liczbę innych prze­pi­sów. To jest z oczy­wi­stych powo­dów nie­moż­liwe. Part­ne­rzy poszu­kują praw­nych moż­li­wo­ści ure­gu­lo­wa­nia tej kwe­stii.

Naj­waż­niej­szym pro­ble­mem pozo­staje wyja­śnie­nie, dla­czego Rosja­nie zde­cy­do­wali się na likwi­da­cję Hansa Jor­gen­sena, a nie mieli tego samego zamiaru wobec Carla. Dodat­kowo przy zwło­kach Gar­bi­nowa zna­le­ziono urzą­dze­nie z nie­zna­nym dotąd szwedz­kim spe­cja­li­stom, co pod­kre­ślił G., środ­kiem che­micz­nym mogą­cym wywo­łać atak serca. Rosja­nie mogli prze­cież wezwać H.J. do Moskwy, mogli też go porwać, a tym­cza­sem zde­cy­do­wali się na jego eli­mi­na­cję w tak spek­ta­ku­lar­nych oko­licz­no­ściach. Według oceny part­ne­rów pośpiech w ich dzia­ła­niu wska­zy­wał, że cze­goś się oba­wiali i nie ufali H.J. Ich deter­mi­na­cja musiała być czymś spro­wo­ko­wana. Naj­bar­dziej praw­do­po­dobna jest wer­sja, że Rosja­nie odkryli, iż Carl jest ofi­ce­rem szwedz­kiego wywiadu, i doko­nali ana­lizy wszyst­kich infor­ma­cji, jakie na jego temat prze­ka­zy­wał H.J. Mogli uznać, że H.J. ukry­wał to z powo­dów oso­bi­stych, bo nie chciał nara­żać syna. Tak czy ina­czej Carl nie byłby uży­teczny dla Rosjan, gdyby Hans nie powie­dział mu o sobie prawdy, a mieli pod­stawy się oba­wiać, że Carl nie prze­szedłby na ich stronę. Wów­czas stra­ci­liby ich obu wraz z całą wie­dzą, jaką posia­dają. Byłoby lepiej, gdyby Hans zmarł na atak serca, bo Rosja­nie zabra­liby swoje doku­menty i dopiero wtedy przy­stą­pili do kontr­ude­rze­nia i wer­bunku Carla, opie­ra­jąc się na mate­ria­łach, jakie mieli na jego ojca. Ta wer­sja ozna­cza zatem, że Carl był roz­pra­co­wy­wany i któ­ryś z jego agen­tów w Kali­nin­gra­dzie jest pod­sta­wiony przez Rosjan. A może nawet nie­je­den. Kolejne pyta­nie, na które usi­łują odpo­wie­dzieć sobie part­ne­rzy, to dla­czego Gar­bi­now i "Bli­zna", mimo że zabili poli­cjanta w hotelu i wie­dzieli, że posta­wili w stan goto­wo­ści całą Szwe­cję, pod­jęli ryzyko dokoń­cze­nia akcji. Naj­wy­raź­niej musieli mieć takie roz­kazy. Ozna­cza to ni mniej, ni wię­cej, tylko koniecz­ność reali­za­cji zada­nia dokład­nie tego dnia, kiedy Säpo roz­po­częło dzia­ła­nia w ?kersberdze. Part­ne­rzy są zatem prze­ko­nani, że Rosja­nie wie­dzieli o pla­no­wa­nych dzia­ła­niach i chcieli uprze­dzić służby szwedz­kie. Zatem - Rosja­nie mają w ich sze­re­gach swo­jego infor­ma­tora. Po "natu­ral­nej" śmierci Jor­gen­sena i wyczysz­cze­niu jego schow­ków nie można by mu nic udo­wod­nić. Wów­czas i Carl byłby poza podej­rze­niem. Ta wer­sja wska­zuje, że Rosja­nie naj­praw­do­po­dob­niej nie wie­dzieli, że nasza służba (AW) usta­liła tajny kon­takt Jor­gen­sena z Ruper­tem w Sopo­cie, gdyż ina­czej musie­liby uznać, że Hans i Carl są spa­leni, więc cała ope­ra­cja w tym kształ­cie nie ma sensu. Part­ne­rzy stoją na sta­no­wi­sku, że prze­ciek nastą­pił w Szwe­cji, a nie w Pol­sce. Ana­liza wyda­rzeń wska­zuje też, że infor­ma­tor nie był w gru­pie bez­po­śred­nio reali­zu­ją­cej zada­nie, ponie­waż nie wie­dział, że w domu Jor­gen­sena zamon­to­wano kamery i mikro­fony. Nie ma naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że gdyby Rosja­nie zostali o tym poin­for­mo­wani, nie weszliby do domu, tylko zre­ali­zo­wali inny sce­na­riusz. Czyli - według roze­zna­nia infor­ma­tora - Säpo nie miało wtedy jesz­cze wystar­cza­ją­cych dowo­dów na to, że H.J. pra­cuje dla Rosjan. W prze­ciw­nym razie ci ostatni nie poku­si­liby się o tak ryzy­kowną akcję.

Linda Lund.

Zgod­nie z jej kon­cep­cją, którą popiera kie­row­nic­two Säpo, należy mówić, że mamy do czy­nie­nia nie z jed­nym, ale z co naj­mniej dwoma infor­ma­to­rami. Pierw­szym, który wie­dział, że Hans Jor­gen­sen zna­lazł się w kręgu zain­te­re­so­wa­nia szwedz­kiego wywiadu, gdyż odwie­dził altanę w Visby, i dru­gim, który wie­dział, że tego dnia zostaną prze­pro­wa­dzone dzia­ła­nia w ?kersberdze. Zatem Rosja­nie praw­do­po­dob­nie mieli nawet dwa, nie­za­leżne źró­dła infor­ma­cji.

Do roz­mowy włą­czył się Hasan Mar­dan.

Part­ne­rzy uwa­żają tę wer­sję za naj­bar­dziej praw­do­po­dobną i, nie­stety, naj­trud­niej­szą do roz­wi­kła­nia, gdyż doty­czy dużej liczby ludzi z róż­nych jed­no­stek szwedz­kich służb i pod­ję­cie próby usta­le­nia infor­ma­to­rów zosta­łoby zapewne dostrze­żone przez Rosjan. Tym samym cały pomysł z "uśmier­ce­niem" Jor­gen­se­nów nie miałby sensu, a Rosja­nie zdą­ży­liby wyczy­ścić to, co H.J. miałby do prze­ka­za­nia, zanim part­ne­rzy zdą­ży­liby ode­brać od niego infor­ma­cje. Na szczę­ście Rosja­nie nie wie­dzą, że H.J. pro­wa­dził notat­nik "Ber­ling­ske-Posten 1953".

I to jest przy­ja­ciel Mar­cina? - przy­po­mniał sobie Kon­rad. Chyba Arab, skoro ma na imię Hasan... Spra­wiał dobre wra­że­nie... nie tylko zawo­dowe. Muszę poroz­ma­wiać teraz z Sarą, żeby mu się nie przy­glą­dała zbyt nachal­nie... Tro­chę mnie to wkur... Cie­kawe! Ofi­cer kontr­wy­wiadu, kie­ru­nek Wschód, Arab, w gar­ni­tu­rze i z dre­dami. Jak on wkłada kask moto­cy­klowy? Zaraz! - zasta­no­wił się nagle. Jak Mar­cin powie­dział? Naj­lep­szy przy­ja­ciel! Kur­czę, czy tu nie roz­kwita jakieś uczu­cie?

Kurt Lövenström.

Podzię­ko­wał jesz­cze raz za pomoc i infor­ma­cję na temat H.J., która zapo­cząt­ko­wała jedną z naj­więk­szych ope­ra­cji szwedz­kich służb spe­cjal­nych. Pro­sił, byśmy ponow­nie przej­rzeli sprawę Jor­gen­sena. Pod­kre­ślił, że prze­ciek nastą­pił naj­praw­do­po­dob­niej w Szwe­cji, zba­dać jed­nak trzeba wszyst­kie oko­licz­no­ści.

Na tym o godz. 18.00 zakoń­czył się pierw­szy dzień roz­mów ze szwedz­kimi part­ne­rami. Wie­czo­rem uda­li­śmy się do restau­ra­cji Den Gyl­dene Fre­den w Gamla Stan. Nie poru­sza­li­śmy już tema­tów służ­bo­wych. W kola­cji, która prze­bie­gła w ser­decz­nej i przy­ja­ciel­skiej atmos­fe­rze, nie uczest­ni­czył Kurt Lövenström.

Kur­czę, "w ser­decz­nej i przy­ja­ciel­skiej", tak... ale Mar­cin i ten Hasan... Cho­lera! - Kon­rad wyraź­nie się zanie­po­koił. Sie­dzieli obok sie­bie i rze­czy­wi­ście... coś tam... nooo... Kur­czę! Nie­moż­liwe! Zauwa­żył­bym wcze­śniej! Fuck!

Kon­rad czuł się nie­swojo.

A jeżeli nawet, to co? Co mnie to może obcho­dzić? Nie można się tatu­ować, ale pre­fe­ren­cje... dla­czego nie?! Muszę poroz­ma­wiać z Sarą. Tak się wpa­try­wała w tego Hasana, że pew­nie coś by zauwa­żyła.

Następ­nego dnia o godz. 9.30 ode­brał nas z hotelu Hasan Mar­dan. Uda­li­śmy się ponow­nie do sie­dziby Säpo. Skład part­ne­rów był taki sam jak poprzed­niego dnia.

Twar­dzi są! - pomy­ślał z roz­ba­wie­niem. Nawet nie można było po nich poznać, że kola­cja prze­cią­gnęła się do pół­nocy, a potem był jesz­cze nocny rajd po kilku klu­bach. Linda prze­biła Sarę! To nie­moż­liwe! Naj­słab­szy był Per... Fajni są! Jeste­śmy tacy podobni do sie­bie...

Ta część roz­mów prze­zna­czona była na pre­zen­ta­cję naszych infor­ma­cji (zgod­nie z rapor­tem zatwier­dzo­nym przez gen. Zdzi­sława Pęka).

Na wstę­pie w imie­niu szefa AW i całego zespołu zło­ży­łem wyrazy ubo­le­wa­nia z powodu śmierci funk­cjo­na­riu­szy pod­czas tej trud­nej i nie­bez­piecz­nej ope­ra­cji. Zapew­ni­łem też, że doko­namy szcze­gó­ło­wej ana­lizy sprawy pod kątem ewen­tu­al­nych zagro­żeń dla kon­spi­ra­cji pro­wa­dzo­nych dzia­łań. W nawią­za­niu do naszego wcze­śniej­szego szy­fro­gramu, w któ­rym dono­si­li­śmy o aresz­to­wa­niu Zenona Ruperta pod zarzu­tem szpie­go­stwa na rzecz Rosji, prze­ka­za­łem part­ne­rom infor­ma­cję, że Z.R. już na początku prze­słu­cha­nia przy­znał się do kon­taktu z Jor­gen­se­nem w Sopo­cie, lecz nie miał naj­mniej­szego poję­cia, kim on jest, jak się nazywa, skąd przy­je­chał i jakiej jest naro­do­wo­ści. Ponadto po spo­tka­niu z H.J. spro­wa­dził sobie do pokoju hote­lo­wego dwie pro­sty­tutki i pił cały następny dzień. Miał w związku z tym poważne zabu­rze­nia pamięci. Ani Rupert, ani Jor­gen­sen nie byli pod obser­wa­cją. Jor­gen­sen spraw­dzał się, ale nic nie usta­lił. Czyli Rosja­nie nie mogli pod­jąć decy­zji o eli­mi­na­cji Jor­gen­sena na pod­sta­wie tego zda­rze­nia. Tym bar­dziej że od tego spo­tka­nia do wyda­rzeń w ?kersberdze było zbyt mało czasu na przy­go­to­wa­nie akcji. Także teraz nasi part­ne­rzy nie mają się czego oba­wiać, bo te sprawy się ze sobą nie łączą, i w naszej oce­nie mogą spo­koj­nie kon­ty­nu­ować dzia­ła­nia.

Szcze­gó­łowo przed­sta­wi­łem oko­licz­no­ści roz­pra­co­wa­nia i aresz­to­wa­nia Zenona Ruperta oraz dotych­cza­sowe wyniki jego prze­słu­chań. Naszych part­ne­rów cie­ka­wiło szcze­gól­nie, jakiego cha­rak­teru infor­ma­cje, uzy­ski­wane z tytułu pracy w Insty­tu­cie Pamięci Naro­do­wej, prze­ka­zy­wał Rosja­nom. Dla­czego ci ostatni tak wielką wagę przy­wią­zy­wali do zaso­bów IPN i jakie nega­tywne skutki przy­nio­sła inte­re­som Pol­ski pene­tra­cja tego ośrodka przez SWZ. Wyja­śni­łem part­ne­rom, że wciąż badamy zakres znisz­czeń. Jesz­cze zbyt wcze­śnie na obiek­tywną ocenę, lecz już na tym eta­pie możemy powie­dzieć, że straty dla pań­stwa pol­skiego są ogromne. Part­ne­rzy pytali, kiedy ofi­cjal­nie poin­for­mu­jemy opi­nię publiczną o aresz­to­wa­niu Ruperta (wydaje się, że zdają sobie sprawę z poli­tycz­nych kon­se­kwen­cji ujaw­nie­nia tego faktu).

Następ­nie powie­dzia­łem, że z upo­waż­nie­nia szefa AW chcę ich powia­do­mić nie­ofi­cjal­nie o zda­rze­niu, które wkrótce będzie upu­blicz­nione, z jed­no­cze­sną prośbą o nie­zwłoczne prze­ka­za­nie tej infor­ma­cji kie­row­nic­twu pań­stwa szwedz­kiego. Cho­dziło o to, że w kilka dni po aresz­to­wa­niu Zenona Ruperta, pra­cow­nika IPN, aresz­to­wany został jego ojciec Zbi­gniew Rupert, mini­ster obrony naro­do­wej RP. Rów­nież pod zarzu­tem współ­pracy z wywia­dem rosyj­skim.

Ale mieli miny! - pomy­ślał bez satys­fak­cji Kon­rad. Kto by nie miał? To prze­cież wstyd! Pew­nie pomy­śleli sobie, że sprawa Jor­gen­sena to pryszcz przy takiej afe­rze... a może się mylę. Inte­li­gentni ludzie zda­wali sobie sprawę z mię­dzy­na­ro­do­wych kon­se­kwen­cji takiego numeru.

Po dłuż­szym waha­niu Kurt Lövenström wyra­ził głę­bo­kie ubo­le­wa­nie z powodu zaist­nia­łej sytu­acji. Stwier­dził, że jesz­cze dzi­siaj poin­for­muje o niej pre­miera. Zapy­tał też, czy nasza służba nie potrze­buje pomocy ze strony Säpo albo innych szwedz­kich insty­tu­cji. Wyra­ził pełną goto­wość pomocy i współ­pracy, jeśli tylko zaist­nieje taka potrzeba. Stwier­dził też, że rozu­mie sytu­ację i nie będzie teraz zada­wać żad­nych pytań. Potwier­dzi­łem, że na razie wstrzy­mu­jemy się z prze­ka­zy­wa­niem naszym part­ne­rom szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji. Sprawa jest w tej chwili w gestii pro­ku­ra­tury. Jed­nakże gdy tylko zaist­nieją odpo­wied­nie oko­licz­no­ści, poin­for­mujemy ich o wszyst­kim...

Kon­rad wła­ści­wie skoń­czył czy­tać swoją notatkę, ponie­waż w dal­szej czę­ści nie było już niczego istot­nego. Dosko­nale wszystko pamię­tał, bo prze­cież sam był jej auto­rem, cho­ciaż zapi­ski pod­czas roz­mów robił Mar­cin. Atmos­fera spo­tka­nia zała­mała się pod cię­ża­rem infor­ma­cji o mini­strze Ruper­cie, bar­dziej nawet ze strony Szwe­dów, któ­rzy praw­do­po­dob­nie uwa­żali, że Polacy prze­ży­wają teraz jakąś traumę.

Od tam­tej pory Kon­rad przez trzy mie­siące nie miał bez­po­śred­niego kon­taktu z kole­gami z Säpo, ale co jakiś czas pisali do sie­bie depe­sze. Olaf i Linda infor­mo­wali go o sta­nie sprawy Jor­gen­sena.

Czę­sto­tli­wość kon­tak­tów wyraź­nie wzro­sła, gdy uci­chła poli­tyczna burza w Pol­sce i przy­gasł mię­dzy­na­ro­dowy skan­dal. Olaf nawet dwu­krot­nie dzwo­nił do Kon­rada i zapra­szał go na narty do Szwe­cji. Wyna­jął z Lindą duży dom w ośrodku spor­tów alpej­skich ?re i było tam miej­sce rów­nież dla gościa z Pol­ski, ale Kon­rad nie mógł przy­je­chać. Czego fak­tycz­nie bar­dzo żało­wał, bo uwiel­biał narty i był pra­wie wszę­dzie w Alpach i Kar­pa­tach, ale ni­gdy nie jeź­dził po sto­kach Skan­dy­na­wii.

Za to Mar­cin w tym cza­sie roz­wi­nął zna­jo­mość z Hasa­nem Mar­da­nem i teraz ma praw­dzi­wego przy­ja­ciela, też miło­śnika H-D.

8

- Salam alej­kum, Safir!

- Alej­kum salam, Raszid!

Objęli się i dotknęli trzy razy policz­kami.

Karol wszedł do mafra­dżu, dużego pomiesz­cze­nia wyło­żo­nego mięk­kim bor­do­wym dywa­nem i podusz­kami. Nie było w nim żad­nych mebli ani tele­wi­zora. Nie było też elek­tro­niki.

Pierw­sze dzie­sięć minut poświę­cili na roz­mowę o rodzi­nie, przy­ja­cio­łach, dzie­ciach przy­ja­ciół, pogo­dzie i naj­now­szych fil­mach. A ponie­waż nie mieli żad­nych wspól­nych zna­jo­mych ani zain­te­re­so­wań, pyta­nia i odpo­wie­dzi były bar­dzo ogól­ni­kowe. I o to cho­dziło w tym nie­mal obo­wiąz­ko­wym zwy­czaju, od któ­rego Ara­bo­wie zaczy­nają spo­tka­nie.

Dopiero po zakoń­cze­niu tej czę­ści wstęp­nej Raszid zadał pierw­sze kon­kretne i jakże ocze­ki­wane przez Karola pyta­nie.

- Zjesz coś?

- Tak - odpo­wie­dział Karol nie­mal natych­miast.

- Zaraz będzie obiad... Chcesz khatu? - Raszid pod­su­nął mu koszyk z zie­lo­nymi liśćmi.

- Nie, dzię­kuję. Czego Sajed chce ode mnie?

- Nie wiem...

- Gdzie on jest?

- Jesz­cze w górach. Będzie tu w nocy.

Karol poki­wał głową i spoj­rzał na zega­rek.

- Kiedy w końcu ude­rzymy? Wiesz coś? - zapy­tał Raszid, wycią­ga­jąc się na dywa­nie. - Naj­wyż­szy czas! Coraz wię­cej tu Ame­ry­ka­nów... - Popra­wił gala­biję.

- Nie wiem. To ty jesteś kuzy­nem Sajeda... powi­nie­neś coś wie­dzieć - odpa­ro­wał tro­chę sar­ka­stycz­nie Karol.

Było oczy­wi­ste, że Raszid nie jest wpro­wa­dzony we wszyst­kie dzia­ła­nia Bazy. Karol podej­rze­wał jed­nak, że Sajed chowa go po pro­stu na przy­nętę dla Ame­ry­ka­nów. W odpo­wied­nim momen­cie ogłosi, że on, Sajed, dowódca Al-Kaidy w Jeme­nie, zgi­nął w walce albo pod­czas ataku drona. Wtedy będzie mógł prze­szu­kać swoje oto­cze­nie i wyło­wić zdraj­ców. Ogłosi Raszida, kuzyna z klanu, następcą i CIA będzie teraz polo­wać na niego, dopóki się nie zorien­tuje, że Sajed jed­nak żyje. Ame­ry­ka­nie stracą pie­nią­dze, czas, a co naj­waż­niej­sze - orien­ta­cję w sytu­acji. Potem może nawet zabiją nie­zbyt roz­gar­nię­tego Raszida, a wtedy on, Sajed, ożyje z woli Allaha i naro­dzi się kolejna z legend, które tak kochają Ara­bo­wie.

Takie jest życie w Bazie. Każdy ma to wkal­ku­lo­wane w swój los i musi być gotowy oddać życie za wiarę czy lep­szą przy­szłość. Nikt nikogo do walki nie zmu­szał, wszy­scy w Bazie są ochot­ni­kami i dla­tego pyta­nia, kiedy, skąd i dla­czego przyj­dzie śmierć, nie miały więk­szego zna­cze­nia. Raszid z pew­no­ścią też tak uwa­żał. Zresztą nie­wielu bojow­ni­ków potra­fiło powie­dzieć, co jest dla nich waż­niej­sze: życie czy śmierć.

- Musimy ude­rzyć! Świat powi­nien o nas usły­szeć! Nie­długo będzie już jede­na­ście lat od ataku na WTC! Co o tym myślisz, Safir?

- Zro­zum, Raszid. Nasza walka to nie tylko samo­loty, bomby, zama­chy... rozu­miesz? Odkąd świat nie­wier­nych wypo­wie­dział nam wojnę, sta­li­śmy się pod­mio­tem, a nie przed­mio­tem świa­to­wej gry...

- Nie rozu­miem - wtrą­cił Raszid. - Jakiej gry? Pro­wa­dzimy prze­cież dżi­had... aż zetrzemy wszyst­kich żydów i krzy­żow­ców...

- Pro­wa­dzimy, pro­wa­dzimy! Spójrz jed­nak na to tak... na przy­kład Japo­nia. Mocar­stwo, prawda? Naj­pierw zaata­ko­wali ame­ry­kań­skie Pearl Har­bor, to było tak jak nasze WTC. Potem była wojna na Pacy­fiku, Ame­ry­ka­nie zrzu­cili dwie bomby ato­mowe. Każda ze stron trak­to­wała prze­ciw­ni­ków jak zwie­rzęta. Dzie­liła ich prze­paść cywi­li­za­cyjna, kul­tu­rowa, no... pra­wie wszystko. Ame­ry­ka­nie nawet inter­no­wali swo­ich wła­snych Japoń­czy­ków. Jed­nak kiedy sta­jesz się wro­giem Ame­ryki, kiedy jej woj­ska idą się z tobą bić, to nastę­puje twoja nobi­li­ta­cja, sta­jesz się pod­mio­tem, liczą się z tobą. Ame­ry­ka­nie są prak­tyczni: jeżeli widzą, że nie mogą cię poko­nać, a koszt walki jest za wysoki, wtedy są gotowi do poro­zu­mie­nia... no wiesz, oni liczą się tylko z sil­nymi.

- Jakiego poro­zu­mie­nia? Safir! - obu­rzył się Raszid. - Ich trzeba znisz­czyć!

- Tak, tak! Na razie jeste­śmy na początku drogi - zare­ago­wał spo­koj­nie Karol. Nawet przez moment nie wie­rzył w siłę swo­jej per­swa­zji i pomy­ślał, że tacy ludzie jak Raszid nie posuną sprawy dżi­hadu naprzód.

Przez chwilę zale­gła cisza i obaj się zamy­ślili, każdy ina­czej, nad swoim spo­so­bem poj­mo­wa­nia islamu.

- "A jeśli oni skło­nią się do pokoju, to i ty się ku niemu skłoń i zaufaj Bogu"1 - Raszid wyre­cy­to­wał wer­set z Koranu.

Sły­sząc po raz pierw­szy z jego ust frag­ment mówiący o pokoju, Karol aż uniósł brwi. Jed­nak jego zdzi­wie­nie było więk­sze niż kie­dy­kol­wiek dotąd, bo wyglą­dało na to, że Raszid jed­nak zro­zu­miał, o co mu cho­dziło w tej opo­wie­ści o Japo­nii.

Otwo­rzyły się drzwi i do mafra­dżu wszedł Ismail, słu­żący Raszida. Usta­wił na pod­ło­dze kilka mise­czek z potra­wami i dużą tacę z pach­ną­cym, cie­płym jesz­cze chle­bem czubz. Po chwili przy­niósł misę i dzban do mycia rąk.

Od tej chwili Raszid i Karol poświę­cali wię­cej uwagi na jedze­nie niż roz­mowę. Tym bar­dziej że warto było, bo fala­fel i sza­łarma były dosko­nałe, cho­ciaż salta już nie i została pra­wie nie­ru­szona. Z oczy­wi­stych wzglę­dów nie potra­fili nawią­zać mię­dzy sobą głęb­szego dia­logu, ale nie można powie­dzieć, żeby czuli do sie­bie jakąś nie­chęć.

Raszid był bez­gra­nicz­nie oddany Saje­dowi, który wyko­rzy­sty­wał jego lojal­ność jak bufor z ota­cza­ją­cym go świa­tem. Nie ufał nikomu tak jak Raszi­dowi, cho­ciaż wcale go nie cenił. Już po krót­kiej roz­mo­wie widać było, że jest on ocię­żały umy­słowo, i z punktu widze­nia potrzeb Sajeda była to praw­do­po­dob­nie jego jedyna zaleta.

Jeżeli Sajed tra­cił kogoś z pola widze­nia choć na jeden dzień, to zakła­dał, że ten ktoś zdra­dził. Wyłą­czeni z tej zasady byli człon­ko­wie jego klanu i ci, któ­rzy nie mieli rodzin. Nie byłoby niczym dziw­nym, gdyby Sajed wcale nie był w górach, lecz sie­dział w pomiesz­cze­niu obok i słu­chał roz­mowy Raszida z Safi­rem. Uznaw­szy, że jakiś szcze­gół mu nie odpo­wiada, że w zacho­wa­niu Safira jest coś dziw­nego, podej­rza­nego, z pew­no­ścią kazałby mu cze­kać do jutra, a może dłu­żej. Mógłby go w ogóle nie przy­jąć albo po pro­stu kazać go zabić. Dużo zale­żało od tego, co w takiej sytu­acji pod­po­wie mu Allah.

Ni­gdy się jed­nak nie zda­rzyło, żeby Karol musiał cze­kać na niego dłu­żej, niż było to przy­jęte. Sajed zresztą nie uma­wiał się na okre­śloną godzinę, nie tylko dla­tego, że w Jeme­nie wyda­wa­łoby się to dziwne i nie­zro­zu­miałe, ale rów­nież dla­tego, że był bar­dzo zajęty spra­wami Bazy. Dużo też się modlił, a jako pobożny muzuł­ma­nin ni­gdy modli­twy nie prze­ry­wał.

Karol nawet nie wie­dział, ile Sajed ma lat. Wyglą­dał na trzy­dzie­ści sie­dem, może czter­dzie­ści dwa. Jak na jemeń­skiego Araba był bar­dzo wysoki, mie­rzył ponad metr osiem­dzie­siąt pięć, i dosyć szczu­pły. Miał wyjąt­kowo jasną kar­na­cję i ładne, regu­larne semic­kie rysy. Cza­sami można było odnieść wra­że­nie, że jest nawet jakąś odmianą Osamy.

Sajed był czło­wie­kiem wykształ­co­nym i dało się to wyczuć już po kilku chwi­lach roz­mowy. Ukoń­czył socjo­lo­gię na Uni­wer­sy­te­cie Al-Azhar w Kairze i zro­bił dok­to­rat w Oks­for­dzie. Wiele lat miesz­kał w Euro­pie i dużo podró­żo­wał. Ni­gdy nie cho­dził do żad­nej medresy i swoje zro­zu­mie­nie islamu czer­pał z samo­kształ­ce­nia i uważ­nego wsłu­chi­wa­nia się w słowa sun­nic­kich duchow­nych meczetu Al-Dżami al-Kabir w Sanie, cho­ciaż odkąd objął dowódz­two jemeń­skiej Bazy, rzadko tam bywał i poświę­cał się głów­nie samo­dziel­nej medy­ta­cji.

W jaki spo­sób i kiedy tra­fił do Bazy, pozo­sta­wało tajem­nicą, a Karol ni­gdy nie pró­bo­wał go o to pytać. Wła­ści­wie nawet się nad tym nie zasta­na­wiał, bo wie­dział, że myśli czło­wieka widać w jego spoj­rze­niu, ruchu, geście i prę­dzej czy póź­niej mógłby powie­dzieć o jedno słowo za dużo. O ile w Euro­pie czy Ame­ryce mało kto zwra­cał na to uwagę, o tyle pustynni Ara­bo­wie potra­fili odczy­ty­wać ten język bez­błęd­nie.

Ismail spraw­nie sprząt­nął z pod­łogi wszyst­kie naczy­nia i znikł tak szybko, jak się poja­wił.

- W Pol­sce są muzuł­ma­nie? - zapy­tał Raszid.

- Oczy­wi­ście. Ale nie tak wielu jak na zacho­dzie Europy czy w Rosji.

- A jak Polacy odno­szą się do islamu?

- Trudno powie­dzieć... Nie znam takich badań - odparł zgod­nie z prawdą Karol.

- Ale jak ty uwa­żasz? - dopy­ty­wał się Raszid.

- Bo ja wiem... Myślę, że w ogóle o isla­mie wie­dzą nie­wiele, tro­chę prze­są­dów, ste­reo­ty­pów... W znacz­nym stop­niu opi­nię kształ­tują medialne wyda­rze­nia. Sporo w tym hipo­kry­zji, ale jed­no­cze­śnie to naród głę­boko kato­licki, więc z sza­cun­kiem pod­cho­dzi do poboż­no­ści innych. Wśród mło­dzieży poja­wia się zain­te­re­so­wa­nie albo zauro­cze­nie isla­mem, ale jest ono płyt­kie, typowe dla mło­dych Euro­pej­czy­ków, któ­rzy bun­tują się prze­ciw obec­nemu porząd­kowi świata... dla anty­glo­ba­li­stów, anar­chi­stów... - wyło­żył Karol z nie­wielką nadzieją, że Raszid cokol­wiek zro­zu­mie.

- Ale to i tak dobrze! To też jacyś sojusz­nicy dżi­hadu! Powinni zabi­jać Żydów i Ame­ry­ka­nów. Jak doro­sną, coś z tego zosta­nie. Prze­cież nasza walka trwa poko­le­nia. - Reak­cja Raszida była mie­sza­niną naiw­no­ści i pozor­nej wni­kli­wo­ści, czyli dokład­nie tym, czego spo­dzie­wał się Karol.

- Zoba­czymy, co będzie z Pale­styną! Młoda Europa i świat soli­da­ry­zują się z Pale­styń­czy­kami, nie z nami...

- Nie sądzisz chyba, że nasi bra­cia w Pale­sty­nie, nawet jak powsta­nie nie­pod­le­głe pań­stwo, pogo­dzą się kie­dy­kol­wiek z ist­nie­niem Izra­ela, tego ame­ry­kań­skiego żan­darma, psa nie­wier­nego!

- Zoba­czymy - powtó­rzył Karol.

Nie zamie­rzał sze­rzej komen­to­wać tej powszech­nej w Bazie opi­nii, którą sam uwa­żał za mało ela­styczną, wie­dząc, że Izra­ela długo nie będzie można poko­nać, o ile w ogóle okaże się to potrzebne. Ale ani Raszid, ani Sajed nie byliby w sta­nie tego zro­zu­mieć.

- Polacy mają swoje doświad­cze­nie z isla­mem. - Karol zmie­nił temat. - Przez kil­ka­set lat wal­czyli z Tur­cją i Tata­rami, ale to nie była wojna reli­gijna... no... nie to było w niej naj­waż­niej­sze... Cho­dziło o wpływy i pano­wa­nie, eks­pan­sję Pol­ski na Ukra­inę, a Tur­cji na Europę. - Raszid zro­bił minę, jakby usły­szał o tym po raz pierw­szy, co z pew­no­ścią było prawdą. - W woj­sku pol­skim też słu­żyli muzuł­ma­nie i wal­czyli ze swo­imi braćmi po dru­giej stro­nie...

- Tata­rzy to kto?

- Sun­nici - wyja­śnił krótko Karol, bo Raszid miałby trud­no­ści ze zro­zu­mie­niem histo­rii Mon­go­lii i Chin. - Przed drugą wojną świa­tową mieli nawet swoją kawa­le­rię w Woj­sku Pol­skim, a na czap­kach pół­księ­życ...

- Cie­kawe! - sko­men­to­wał Raszid i zaczął upy­chać w ustach liście khatu. - Z Taizz... hm? - zachę­cał nie­zo­bo­wią­zu­jąco, zachwa­la­jąc jakość pro­duktu.

Gdy skoń­czył, wycią­gnął się wygod­nie na pod­ło­dze, pod­pie­ra­jąc ręką głowę. Nie wyka­zy­wał już zain­te­re­so­wa­nia pol­skimi Tata­rami, sku­piony w ocze­ki­wa­niu na bli­ski efekt dzia­ła­nia khatu.

W zasa­dzie żucie tej rośliny powo­do­wało roz­luź­nie­nie, pobu­dze­nie i spa­dek ape­tytu, jed­nak w przy­padku Raszida miało tylko ten pierw­szy efekt. Karol, odkąd prze­szedł na islam, nie przyj­mo­wał tej używki, bo uwa­żał, podob­nie zresztą jak Sajed, że jest to sprzeczne z Kora­nem. Pod­cho­dził jed­nak do tego tole­ran­cyj­nie, bo bez khatu Jemen po pro­stu by nie ist­niał.

Kie­dyś zapy­tał pro­fe­sora Ahmeda al-Husajna, jaki wpływ może mieć odwieczne nar­ko­ty­zo­wa­nie się nie­mal całego spo­łe­czeń­stwa jemeń­skiego na kształt kul­tury i sztuki, a szcze­gól­nie wiary. Pro­fe­sor odpo­wie­dział w spo­sób iście salo­mo­nowy: sztuka Jemenu, róż­no­rodna, abs­trak­cyjna i cza­sami sur­re­ali­styczna, jest nie­po­rów­ny­walna z żadną inną, kul­tura - bogata i nie­po­wta­rzalna jak Wadi Hadra­maut czy Sana, a wiara w Allaha gorąca i tak bez­gra­niczna, jak powinna być, choć nie­po­zba­wiona pogań­skiej wol­no­ści. Takie, w jego swo­bod­nej oce­nie, mogłaby mieć skutki kon­sump­cja khatu, sam jed­nak, jak pod­kre­ślał, nale­żał do tej nie­wiel­kiej czę­ści spo­łe­czeń­stwa, która zacho­wuje abs­ty­nen­cję, i to z powo­dów nie tylko reli­gij­nych, lecz także oso­bi­stych.

Karol czę­sto o nim myślał, bo każde jego słowo, które zapa­mię­tał z tam­tej roz­mowy, tchnęło mądro­ścią, ale przede wszyst­kim pro­stą prawdą, o którą nie jest łatwo w świe­cie islamu, a którą jesz­cze trud­niej przy­jąć za swoją, by z prze­ko­na­niem za nią podą­żać. Dla­tego pro­fe­sor Ahmed al-Husajn, star­szy od niego o czter­dzie­ści lat nauczy­ciel histo­rii i języka arab­skiego, a nie żaden pobożny mułła czy mędrzec kora­niczny, potra­fił go prze­ko­nać do islamu, a wła­ści­wie otwo­rzyć drzwi i poka­zać, co jest po dru­giej stro­nie.

Miał wra­że­nie, jakby to było dzi­siaj, gdy szli razem pro­me­nadą nad Zatoką Adeń­ską, wzdłuż sze­ro­kiej piasz­czy­stej plaży opo­dal uni­wer­sy­tetu, a pro­fe­sor opo­wia­dał o poezji Kasima asz-Szab­biego. Zdą­żył wyre­cy­to­wać słowa poety: "Gdy ludzie chcą żyć, los im da odpo­wiedź, znikną ciem­no­ści i spadną kaj­dany", a ciężka oło­wiana chmura zasło­niła słońce na błę­kit­nym nie­bie i gwał­tow­nie wyrzu­ciła z sie­bie stru­mień wody, jakby celowo chciała prze­rwać ich roz­mowę. Led­wie zdą­żyli skryć się przy wej­ściu do pobli­skiego baru, gdy natura z nową deter­mi­na­cją przy­brała na sile i wokół nie było już nic poza ścianą wody i ogłu­sza­ją­cym hukiem cięż­kich jak kamie­nie kro­pli biją­cych o pla­sti­kowe zada­sze­nie. Zamil­kli oszo­ło­mieni bez­względ­no­ścią przy­rody.

- Masz?! - Karol poczuł lek­kie szarp­nię­cie za ramię. - Przy­wio­złeś? - Potrze­bo­wał chwili, by dojść do sie­bie. Wyda­wało mu się, że jesz­cze śni, i nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego zamiast pro­fe­sora widzi uśmiech­nię­tego Sajeda.

Dopiero teraz dotarło do niego, że zasnął i został sam w mafra­dżu. Raszida nie było. Na zewnątrz zapa­dła już ciem­ność. Przez sze­roko otwarte okno sły­chać było, jak na tara­sie gło­śno dudni zwrot­ni­kowy deszcz.

- Masz?

Ponowne pyta­nie Sajeda roz­bu­dziło Karola osta­tecz­nie.

- Mam.

- Dawaj!

Karol rozej­rzał się wokół tro­chę nie­przy­tom­nie, potrzą­snął głową i dostrzegł swój ple­cak w dru­gim kącie pokoju. Wyda­wało mu się przez moment, że kiedy przy­szedł, poło­żył go w innym miej­scu. Wyjął z ple­caka płytę CD i wrę­czył ją Saje­dowi.

- Raszid, dawaj radio! - krzyk­nął ten, zanim jesz­cze dotknął płyty.

Wziął ją w obie dło­nie i ze sku­pie­niem zaczął przy­glą­dać się okładce. Przez moment nie zwra­cał uwagi na oto­cze­nie i zda­wało się, jakby gdzieś odpły­nął.

- Decca... dobra wytwór­nia... taka sama okładka jak na fil­mie... - wymam­ro­tał ni to do sie­bie, ni to do Karola i natych­miast krzyk­nął: - Raszid, gdzie to radio?!

Drzwi otwo­rzyły się nie­mal w tym samym momen­cie i Raszid wniósł ogromne srebrne radio Sony - model, jaki można kupić tylko na suku w Dubaju.

Sajed roz­pa­ko­wał płytę i z nabożną czcią wło­żył ją do sta­cji CD. Raszid usiadł obok Karola. Deszcz na zewnątrz prze­stał padać, jakby posłuszny życze­niu Sajeda. Pokój wypeł­niły dźwięki ledwo sły­szal­nej muzyki. Z początku nie­czy­telne, roz­pły­wa­jące się, po minu­cie zaczęły nabie­rać wyra­zi­sto­ści. Poja­wiło się drże­nie arab­skich smycz­ków. Raszid zamknął oczy i naj­pierw powoli, a po chwili coraz moc­niej zaczął się kiwać w przód i w tył.

- To nie­sa­mo­wite! - rzu­cił po kilku minu­tach, gdy tylko umil­kły dźwięki. - Czwórka to Chant! To naj­lep­szy utwór na tej pły­cie, cho­ciaż wszystko jest świetne. Dzię­kuję, Safir! - Uśmiech­nął się i przy­tu­lił opa­ko­wa­nie CD do piersi jak dziecko misia.

- To prawda! Cała muzyka Zim­mera do Heli­kop­tera w ogniu jest nie­zwy­kła...

- Dla­czego to cię tak bie­rze, Sajed? - ode­zwał się Raszid. - Mało mamy wła­snej muzyki?

- Kie­dyś to zro­zu­miesz, kuzy­nie. Widzia­łeś ten film?

- Widzia­łem. Ame­ry­kań­ska pro­pa­ganda...

- To zna­czy, że nie widzia­łeś! - prze­rwał mu ostro Sajed.

- Obraz i muzyka w tym wypadku to jedno dzieło, ale każde może też żyć oddziel­nie - wtrą­cił pojed­naw­czo Karol, bo zano­siło się na kłót­nię mię­dzy kuzy­nami, a wie­dział dobrze, co o tym fil­mie sądzi Sajed.

- Zasta­nów się, Raszid, bo Safi­rowi nie muszę tego tłu­ma­czyć, co by było, gdyby ran­gersi musieli wal­czyć w Sanie... albo nawet w Ade­nie. Afga­ni­stan, Irak i Soma­lia razem to nic w porów­na­niu z pie­kłem, jakie byśmy im tutaj zgo­to­wali, i dzięki Alla­howi, że natchnął Ridleya Scotta do zro­bie­nia tego filmu. Teraz zasta­no­wią się dwa razy, zanim zde­cy­dują się wysłać woj­sko tutaj.

Sajed spra­wiał wra­że­nie, że trak­tuje swoje słowa nad­zwy­czaj poważ­nie, ale Karol wie­dział aż nadto dobrze, że nie jest tak naiwny i że zwy­czaj­nie indok­try­nuje Raszida. Bo Sajed w tej dzie­dzi­nie był mistrzem, i to nie tylko dla­tego, że stu­dio­wał Koran pil­niej niż inni, ale przede wszyst­kim dla­tego, że lepiej go rozu­miał. Nie mógł się jed­nak powstrzy­mać od indok­try­na­cji, gdzie­kol­wiek był i z kim­kol­wiek pro­wa­dził roz­mowę. Cza­sami Karol się zasta­na­wiał, czy Sajed, czy­ta­jąc święte pisma, medy­tuje, uczy się czy też z zami­ło­wa­niem indok­try­nuje sam sie­bie.

- Masz sporo racji, Raszid - przy­znał nie­zo­bo­wią­zu­jąco Karol, bo rze­czy­wi­ście tak uwa­żał. - W kul­tu­rze łaciń­skiej masy nasta­wione są na bierny odbiór świata. Tele­wi­zja, film, radio, bil­l­bo­ardy, tadży­pao...

- Co to? - wtrą­cił Raszid.

- Nie­ważne... - cią­gnął Karol. - Świat łaciń­ski, wbrew temu, co mówi ofi­cjal­nie, także ustami Kościoła, to świat intro­wer­tyczny...

- Jaki? - znów zapy­tał Raszid, wyraź­nie zain­te­re­so­wany jego sło­wami, pod­czas gdy Sajed wciąż stu­dio­wał okładki płyty. Wyglą­dało na to, że poży­teczna docie­kli­wość Raszida nie odgrywa w jego pla­nach żad­nej roli. Karol mógł tylko domy­ślać się dla­czego.

- Ludzie na Zacho­dzie sądzą, że wojna wygląda tak jak na fil­mach, że można być nie­śmier­tel­nym albo wbrew pra­wom fizyki uno­sić się w powie­trzu. Wehi­kuł czasu, Park Juraj­ski... Widzia­łeś?

- Tak...

- I kon­fron­tują to z baj­kami z Biblii...

Sajed pod­niósł wzrok i spoj­rzał na Karola z mie­sza­niną zain­te­re­so­wa­nia i wycze­ki­wa­nia. Wyda­wało się, że zesta­wie­nie słów "bajka" i "Biblia" nie do końca mu odpo­wiada.

- I tak mają od dziecka - cią­gnął Karol, choć czuł, że powi­nien koń­czyć. - Póź­niej wie­rzą, że taki jest świat i że ludzie żyli współ­cze­śnie z dino­zau­rami, a islam, Chiny, Afryka to Atlan­tyda, która im zagraża i któ­rej nie rozu­mieją. I jest coraz gorzej, cho­ciaż część zachod­nich inte­lek­tu­ali­stów stara się nas zro­zu­mieć... cza­sem z sym­pa­tią... to są nasi sojusz­nicy... ale decy­dują ci, któ­rzy rzą­dzą masami przed tele­wi­zo­rem...

- Raszid, idź i powiedz, żeby Ismail przy­niósł her­batę - prze­rwał Sajed ku zasko­cze­niu i satys­fak­cji Karola. - Potem pil­nuj, żeby nam nikt nie prze­szka­dzał - dorzu­cił zupeł­nie abs­trak­cyj­nie, bo było oczy­wi­ste, że i tak nikt nie mógłby im prze­szko­dzić.

Karol przy­jął pozy­cję sie­dzącą, bo wie­dział, że zaraz się dowie, po co Sajed ścią­gnął go tak pil­nie do Jemenu. I cho­ciaż spo­tka­nia odby­wały się zawsze w luź­nej i nie­wy­mu­szo­nej atmos­fe­rze, to jed­nak Karol znał swoje miej­sce w sze­regu, a dys­cy­plinę cenił ponad wszystko. Kiedy cza­sami odzy­wała się w nim dusza bia­łego czło­wieka, nie mógł wyjść ze zdu­mie­nia, jak przy braku posza­no­wa­nia dla dys­cy­pliny Baza może funk­cjo­no­wać tak spraw­nie.

Pokój wciąż wypeł­niała muzyka z filmu Heli­kop­ter w ogniu. Sajed ści­szył radio i przy­bli­żył się do Karola na odle­głość pozwa­la­jącą posta­wić mię­dzy nimi tacę z szai mas­but, turecką słodką her­batą.

Hamond się­gnął do ple­caka i wyjął jesz­cze jedną płytę CD.

- To pre­zent ode mnie!

- Co to?

- Zobacz...

- Sound­track z Afery Tho­masa Crowna?

- Tak... Nina Simone... Sin­ner­man... pamię­tasz?

- Pew­nie. Do eid jest jesz­cze tro­chę czasu... ale dzię­kuję!

Sajed scho­wał CD pod poduszkę i przez chwilę wyglą­dał na lekko zakło­po­ta­nego. Wyda­wać by się mogło, że to tro­chę nie­od­po­wied­nie zacho­wa­nie jak na cha­ry­zma­tycz­nego przy­wódcę Bazy w Jeme­nie. Ale wła­śnie za to Karol lubił go naj­bar­dziej, bo to był taki ludzki odruch, zupeł­nie inny od tego, co obo­wią­zy­wało wśród pozo­sta­łych braci.

Sajeda poznał cztery lata temu, kiedy ten miesz­kał jesz­cze w lon­dyń­skim Enfield i był odpo­wie­dzialny za struk­tury w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Wynaj­mo­wał typowy angiel­ski sze­re­go­wiec z czer­wo­nej cegły przy Mor­ri­son Ave­nue. Z pew­no­ścią znacz­nie łatwiej byłoby mu miesz­kać w Luton czy też w Bury Park, ale nie chciał być postrze­gany jako tra­dy­cjo­na­li­sta.

I dom, i ulica były tak typowe, że tylko ktoś o nie lada zdol­no­ściach potra­fił odna­leźć je za pierw­szym razem. Wta­jem­ni­czo­nym poma­gała nie­duża cho­rą­giewka Union Jack widoczna już z daleka i ozna­cza­jąca, że jest bez­piecz­nie. Zni­kała tylko wtedy, gdy Sajed wyjeż­dżał na dłu­żej, ale o tym wie­dzieli jedy­nie naj­bar­dziej zaufani.

Karol miesz­kał wtedy u niego i nie­ustan­nie krą­żył mię­dzy Isla­ma­ba­dem a Lon­dy­nem.

Tam­tego pamięt­nego dnia samo­lot spóź­nił się nie­mi­ło­sier­nie i Karol dotarł do Enfield w środku nocy. Przez całą drogę się zasta­na­wiał, jak mu to powie­dzieć, i w końcu doszedł do wnio­sku, że to bez­sen­sowny dyle­mat i że trzeba powie­dzieć tak, jak było naprawdę. Jak zgi­nął jego brat Husam i dwa­dzie­ścia innych osób. Jak rakieta odpa­lona z ame­ry­kań­skiego drona tra­fiła dokład­nie w Husama, tak że jego ciała nie odna­le­ziono. Pew­nie zostało wymie­szane ze szcząt­kami zabi­tych kobiet i dzieci i pocho­wane wraz z nimi w jedy­nym wspól­nym gro­bie.

I o ile śmierć w walce byłaby uznana za męczeń­ską, o tyle takiej sytu­acji Allah nie prze­wi­dział. Powstał poważny pro­blem, bo muzuł­ma­nin nie otrzy­mał duszy, jak krzy­żowcy czy syjo­ni­ści, tylko ciało.

Przez resztę nocy roz­pacz Sajeda pogłę­biał brak moż­li­wo­ści kora­nicz­nego roz­wią­za­nia tego dyle­matu. Nie pomo­gła nawet butelka whi­sky Black & White, którą wypili jako karę za swoje nie dość pobożne życie.

Sajed długo się zasta­na­wiał, który imam może mu odpo­wie­dzieć na drę­czące go pyta­nia, i kiedy wyda­wało się, że wypła­kał już całą whi­sky, a w otwar­tym oknie poja­wił się, jak na złość, piękny lon­dyń­ski pora­nek, usły­szeli nagle skrze­czący głos Niny Simone i jej modli­twę Sin­ner­man. Znali ją już wcze­śniej, ale wtedy wyda­wało im się, że sły­szą ją po raz pierw­szy. Poczuli, jakby Allah zamó­wił tę pieśń spe­cjal­nie dla nich, na tę oka­zję, na ten świt, i chciał im wytłu­ma­czyć coś, nad czym warto się zasta­no­wić. Wtedy Sajed oznaj­mił Karo­lowi, że nie musi już iść do meczetu i roz­ma­wiać z ima­mem, a tę pieśń włą­cza do swo­jego zikr-e chaffi. Na zawsze!

Karol wie­dział, że było to nad­zwy­czaj ważne i bar­dzo oso­bi­ste wyzna­nie, bo Nina Simone nijak się nie nada­wała na kolej­nego pro­roka islamu.

9

Marian Kry­nicki jesz­cze spał. Dzieci były już po śnia­da­niu i pako­wały ple­caki do szkoły. Maria wyj­rzała przez okno, żeby spraw­dzić, jaka jest pogoda, i zde­cy­do­wać, jak się ubrać. Okrą­gły ter­mo­metr za oknem wska­zy­wał trzy­na­ście stopni mrozu. Tak się kie­dyś zatrzy­mał, chyba zimą 1998 albo może 1999 roku.

Do przy­stanku tram­wa­jo­wego na ulicy Mary­nar­skiej miała nie­wiele ponad trzy­sta metrów. Był to dopiero trzeci przy­sta­nek od pętli, więc o tej porze tram­waj był zazwy­czaj pusty. Tym bar­dziej że prze­jeż­dżał przez tak zwany kie­dyś Słu­że­wiec Prze­my­słowy, a teraz "Biu­rowy", więc nie było zbyt wielu pasa­że­rów w tę stronę.

Dzięki temu Maria zawsze miała miej­sce sie­dzące w tram­waju linii 10 lub 17 i cał­kiem poważ­nie trak­to­wała to jak dodat­kowy ważny bonus zwią­zany z jej pracą w hotelu Mar­riott. Przez pół godziny mogła się poświę­cić tylko sobie i dzie­ciom. Tak już było, że w tym cza­sie myślała wyłącz­nie o tym, co spra­wiało jej radość i przy­jem­ność. Cza­sami nawet fan­ta­zjo­wała, bo mimo przy­krych doświad­czeń z Maria­nem widy­wała w tram­waju przy­stoj­nych męż­czyzn, któ­rzy nie musieli być do niego podobni.

W tym tygo­dniu obsłu­gi­wała pię­tro dwu­dzie­ste trze­cie. A na nim miała trzy­dzie­ści sie­dem pokoi stan­dar­do­wych i dwa apar­ta­menty.

Prze­brała się w pomiesz­cze­niu socjal­nym, po czym zaczęła przy­go­to­wy­wać swój wózek. Ręcz­niki, pościel, mydełka, szam­pony i wszystko to, co było potrzebne, by uprząt­nąć pokój hote­lowy i przy­go­to­wać go dla nowego gościa.

Hotel Mar­riott ma pięć gwiaz­dek i ucho­dzi za jeden z naj­lep­szych w War­sza­wie, nie ozna­cza to jed­nak, że może sobie wybie­rać gości.

Maria dzie­liła pokoje do sprzą­ta­nia na trzy rodzaje. Pierw­szy to takie, w któ­rych nikt nie miesz­kał, cho­ciaż były opła­cone. Drugi to te użyte stan­dar­dowo, z roz­grze­ba­nym łóż­kiem, ręcz­ni­kami na pod­ło­dze, zabru­dzo­nym sede­sem i bra­kiem zestawu kąpie­lo­wego. I trzeci - z butel­kami po alko­holu, pre­zer­wa­ty­wami w koszu lub obok niego, krót­kimi wło­sami na prze­ście­ra­dle i wszyst­kimi innymi śla­dami, jakie tylko czło­wiek dowol­nej płci może na nim pozo­sta­wić.

Dopro­wa­dza­jąc taki pokój do porządku, zawsze miała wra­że­nie, że robi coś bar­dzo waż­nego, co spra­wia, że zni­kają brudy i świat staje się lep­szy. Czę­sto widy­wała też na kory­ta­rzu gości klasy trze­ciej, zaj­mu­ją­cych głów­nie apar­ta­menty, któ­rzy rzadko odpo­wia­dali na stan­dar­dowe, ale uprzejme "dzień dobry". Cza­sami się ich bała, bo widziała kilka razy na fil­mach, że zamor­do­wa­nie hote­lo­wej sprzą­taczki w celu - na przy­kład - zdo­by­cia klu­cza jest dzie­cin­nie pro­ste i nawet nie zwraca niczy­jej uwagi.

Docho­dziła za kwa­drans pierw­sza i Maria wła­śnie skoń­czyła sprzą­tać pokój odbie­ga­jący nieco od jej trzy­stop­nio­wej skali. Tak ją zasko­czył, że aż posta­no­wiła spraw­dzić, kto w nim miesz­kał. W koszu na śmieci zna­la­zła obierki z co naj­mniej dwóch kilo­gra­mów ziem­nia­ków i ewi­dentne ślady, że ktoś musiał je goto­wać w umy­walce za pomocą grzałki.

Nieco roz­ba­wiona tym odkry­ciem, prze­pchnęła wózek pod drzwi apar­ta­mentu numer 2313 i spoj­rzała na zega­rek. Była dwu­na­sta pięć­dzie­siąt. Spraw­dziła na wyka­zie. Gość miał opu­ścić pokój o wpół do pierw­szej i nie było żad­nych zmian.

Zastu­kała do drzwi i odcze­kała kilka sekund. Nie usły­szała żad­nego głosu, więc zastu­kała jesz­cze raz. Była pra­wie pewna, że w środku nikogo nie ma, i odru­chowo wło­żyła swoją kartę do zamka. Bo jeżeli gość chciał się zabez­pie­czyć, to jest prze­cież zasuwka - uznała. Pchnęła drzwi do przodu, popy­cha­jąc przed sobą wózek.

Od razu poczuła, że wewnątrz ktoś jest, ale to była tylko jej zawo­dowa intu­icja. Już nie mogła się wyco­fać. Tym bar­dziej że z małego kory­ta­rzyka nie było widać, co się znaj­duje w głębi pokoju.

Trwało to może dwie, trzy sekundy, gdy nagle zoba­czyła nie­ru­chome twa­rze wpa­trzone w nią w spo­sób, jakiego ni­gdy przed­tem nie widziała. Ale to, co miała przed sobą, musiało być wycięte z jakie­goś filmu. Tego aku­rat była pewna, więc prze­ra­żona zamarła w miej­scu, tak jak stała. Dokład­nie w tym momen­cie męż­czyźni gwał­tow­nie poza­my­kali swoje notat­niki, a jeden z nich zrzu­cił jakieś papiery pod stół.

Maria wstrzy­mała bez­wied­nie oddech, spu­ściła oczy i bez słowa "prze­pra­szam" wyco­fała się z pokoju.

Zosta­wiła wózek kilka metrów dalej, po czym poszła szybko do pokoju ser­wi­so­wego. Wzięła słu­chawkę i wybrała numer wewnętrzny szefa ochrony Jacka Morawca, który pod­czas cyklicz­nych szko­leń sta­rał się uwraż­li­wiać per­so­nel hotelu na wszyst­kie dziwne i podej­rzane sytu­acje.

Maria nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że to jest wła­śnie taka sytu­acja. Była dokład­nie dwu­na­sta pięć­dzie­siąt cztery.