Nielegalni (Tom 1). Nielegalni - Vincent V. Severski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

8

Moskwa, paź­dzier­nik 1939

Wyj­ście Berii tro­chę zdez­o­rien­to­wało Zaru­bina, wybiło go z rytmu. Przez chwilę nie wie­dział, od czego zacząć, lecz wtedy ode­zwał się Fitin.

- Przejdź­cie, towa­rzy­szu Zaru­bin, do omó­wie­nia pracy Jury i Lany.

- Jura, towa­rzysz Jakub Szulc, do roku tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego pią­tego peł­nił w nie­le­gal­nej rezy­den­tu­rze w War­sza­wie funk­cje zabez­pie­cza­jące i pomoc­ni­cze. Wystę­po­wał pod legendą austriac­kiego ary­sto­kraty, miał też papiery węgier­skie. Latem tego roku Saxon prze­ka­zał infor­ma­cję o majo­rze, obec­nie pod­puł­kow­niku Zdzi­sła­wie Kor­na­cie-Ciszew­skim, uro­dzo­nym w tysiąc dzie­więć­setnym roku, pseu­do­nim "Wareg".

Mówiąc to, Zaru­bin raz po raz zaglą­dał do nota­tek.

- Wareg, szlach­cic z Pomo­rza, cały czas słu­żył w Komen­dzie Gar­ni­zonu War­szawa. Wdał się w ojca, który str­wo­nił mają­tek na hazar­dzie. Typ bawi­damka, bywa­lec war­szaw­skich salo­nów, poli­tyczny dyle­tant, ukryty mor­fi­ni­sta. Zwer­bo­wany przez Jurę w grud­niu trzy­dzie­stego pią­tego roku na bazie finan­so­wej, pod flagą nie­miecką. Do współ­pracy wcią­gany stop­niowo, aż do peł­nego uza­leż­nie­nia od naszych pie­nię­dzy i mor­finy. Prze­ka­zy­wał infor­ma­cje woj­skowe, dosyć frag­men­ta­ryczne. Miał za to dobre roz­po­zna­nie kadry Woj­ska Pol­skiego. Spo­rzą­dził liczne oceny i cha­rak­te­ry­styki wyż­szych ofi­ce­rów, pozy­tyw­nie oce­nione przez Cen­tralę. Nie­które z nich zostały prze­zna­czone do dal­szego roz­pra­co­wa­nia. Wareg był nad­zwy­czaj przy­datny do wery­fi­ka­cji danych uzy­ski­wa­nych od Saxona. Dobry kon­spi­ra­tor, przez lata z powo­dze­niem ukry­wał swoje uza­leż­nie­nie od mor­finy, co mogło kosz­to­wać go karierę w woj­sku. Mistrz kamu­flażu i pozo­rów ukształ­to­wa­nych przez podwójne życie, z łatwo­ścią zatem zaak­cep­to­wał jesz­cze jedną rolę. Brak pod­staw do podej­rzeń o nie­lo­jal­ność. - Zaru­bin mówił krót­kimi, jasnymi zda­niami, które zwięźle opi­sy­wały Warega. - Miesz­kał z matką w małym domu na war­szaw­skim Żoli­bo­rzu, kupio­nym za jej oszczęd­no­ści i zadłu­żo­nym. Pomo­gli­śmy mu czę­ściowo go spła­cić. Miał z tego powodu chwi­lowe pro­blemy z żan­dar­me­rią, która zaczęła się inte­re­so­wać pocho­dze­niem pie­nię­dzy. Sprawę zatu­szo­wała matka, zaśle­piona miło­ścią do jedy­naka. Wie­działa o jego uza­leż­nie­niu od mor­finy i kryła go. Można powie­dzieć, że Wareg jest kla­sycz­nym typem goto­wym na współ­pracę z każ­dym, przy­pusz­czam, że nawet z nami. Dobrze, że byli­śmy pierwsi.

Zaru­bin poka­zał surowy, służ­bowy uśmiech.

- Ostat­nie spo­tka­nie Jury z Ware­giem miało miej­sce w sierp­niu trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku. Usta­lony został wów­czas sys­tem łącz­no­ści na wypa­dek wojny, pro­sty, przez matkę Warega. Jura został wyco­fany razem z Sosną we wrze­śniu.

Zawa­hał się na chwilę.

- Refe­ru­jąc sprawę Saxona, zapo­mnia­łem powie­dzieć, że zarówno on, jak i Wareg otrzy­mali kate­go­ryczny zakaz samo­wol­nego nawią­zy­wa­nia kon­taktu z wła­dzami nie­miec­kimi, bo mogłoby ich to dopro­wa­dzić do dekon­spi­ra­cji. Wydaje się, że dobrze zro­zu­mieli powagę chwili. Taką mam nadzieję. Zatem pod­ję­cie kon­taktu z Saxo­nem i Ware­giem będzie obcią­żone pew­nym ryzy­kiem. To zada­nie powie­rzymy Sośnie, a potem oce­nimy, jaki przy­jąć kie­ru­nek dal­szego postę­po­wa­nia. Zasad­ni­czo w rezer­wie mamy Lanę, która pozo­stała w War­sza­wie, ale nie znamy jej sytu­acji po wkro­cze­niu Niem­ców. Jest to zgodne z przy­ję­tym pla­nem dzia­ła­nia na okres wojny. Sosna wznowi z nią kon­takt natych­miast po powro­cie do Pol­ski.

Znowu prze­rzu­cił notatki.

- W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym czwar­tym roku Jura zwer­bo­wał do współ­pracy Hen­ryka Zło­tow­skiego, pseu­do­nim "Marek", zna­nego opo­zy­cyj­nego publi­cy­stę, poetę, dzia­ła­cza spo­łecz­nego i poli­tycz­nego. Uro­dzony w tysiąc osiem­set osiem­dzie­sią­tym pią­tym roku, mieszka pod War­szawą we wła­snym domu. Żonaty z Marią Wik­to­rią Sobań­ską, pocho­dzącą z ary­sto­kra­tycz­nej rodziny. Troje dzieci w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu, osiem­na­stu i dzie­się­ciu lat. Sytu­acja mate­rialna dobra. Marek wywo­dzi się z zamoż­nej zeświec­czo­nej rodziny żydow­skiej, która w poło­wie dzie­więt­na­stego wieku prze­szła na chrze­ści­jań­stwo i po powsta­niu tysiąc osiem­set sześć­dzie­sią­tego trze­ciego roku osie­dliła się w Pol­sce. Pierw­szą infor­ma­cję na temat Marka prze­ka­zali nam towa­rzy­sze z KPP w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym trze­cim roku. Wyni­kało z niej, że Marek jest ukry­tym sym­pa­ty­kiem par­tii komu­ni­stycz­nej. Doko­nali rów­no­cze­śnie wstęp­nych spraw­dzeń i obser­wa­cji Marka, który w Pol­sce jest dobrze znany i cie­szy się dużym auto­ry­te­tem w śro­do­wi­skach opo­zy­cyj­nych wobec rzą­dów woj­skowo-faszy­stow­skich. W trzy­dzie­stym dru­gim roku, pobity przez "nie­zna­nych spraw­ców", spę­dził dwa mie­siące w szpi­talu. Utrzy­muje bli­skie oso­bi­ste kon­takty z przy­wód­cami wszyst­kich par­tii opo­zy­cyj­nych, oprócz skraj­nych nacjo­na­li­stów. Przed rewo­lu­cją Marek stu­dio­wał w Peters­burgu prawo i obra­cał się w śro­do­wi­sku komu­ni­zu­ją­cych stu­den­tów. Nie nale­żał do żad­nej orga­ni­za­cji, był zbyt nie­za­leżny, ale cie­szył się peł­nym zaufa­niem tych grup. Inte­re­so­wała się nim car­ska ochrana, a jej zacho­wane mate­riały dają mu dobre świa­dec­two. Zastępca prze­wod­ni­czą­cego NKWD w Lenin­gra­dzie, towa­rzysz Andriej Gri­gor­je­wicz, był w tam­tym cza­sie jego przy­ja­cie­lem i wysta­wił mu bar­dzo pozy­tywną opi­nię.

- Czy są na to jakieś doku­menty? - zapy­tał Fitin.

Zaru­bin spo­dzie­wał się tego pyta­nia, gdyż Andriej Gri­gor­je­wicz sam już niczego nie mógł potwier­dzić, roz­strze­lany w pierw­szej turze dwa lata temu.

- Tak, jest szcze­gó­łowy raport w tej spra­wie - odpo­wie­dział szybko Zaru­bin i kon­ty­nu­ował: - W związku z powyż­szym Cen­trala zaak­cep­to­wała wer­bu­nek Marka na bazie ide­owej. Doko­nał tego, jak już mówi­łem, Jura w trzy­dzie­stym czwar­tym roku, bez więk­szego wysiłku. Marek, roz­cza­ro­wany rzą­dami woj­sko­wych i faszy­za­cją życia w Pol­sce, sytu­acją we Wło­szech i w Niem­czech oraz upad­kiem zachod­niej demo­kra­cji, jed­no­znacz­nie zade­kla­ro­wał goto­wość współ­pracy z Kra­jem Rad. To nad­zwy­czaj inte­li­gentny i ide­owy czło­wiek. Myślę też, że wspo­mnie­nia z okresu peters­bur­skiego pozo­sta­wiły w nim głę­bo­kie ślady, tym bar­dziej że prze­ży­wał w tym cza­sie swoją pierw­szą wielką miłość.

Zaru­bin, uro­dzony wywia­dowca, czuł oso­bi­stą satys­fak­cję, kiedy przed­sta­wiał Marka. Cho­ciaż ta sprawa wpa­dła im sama w ręce i nie była wyni­kiem trud­nego, wyma­ga­ją­cego naj­wyż­szego kunsztu ope­ra­cyj­nego roz­pra­co­wa­nia, jak w wypadku Saxona czy Warega, ani nie dawała tak waż­nych infor­ma­cji woj­sko­wych, to jed­nak udo­wad­niała, że są ludzie, któ­rzy wie­rzą w świa­tową rewo­lu­cję. Bo Zaru­bin też w nią wie­rzył. Szcze­rze.

Oprócz tego nie­le­galna rezy­den­tura w War­sza­wie mogła się pochwa­lić umie­jęt­no­ścią sto­so­wa­nia róż­no­rod­nych tech­nik ope­ra­cyj­nych, a co za tym idzie - wywia­dow­czą wraż­li­wo­ścią, i cho­ciaż Zaru­bin nie był auto­rem tych suk­ce­sów, to jed­nak splen­dor spły­wał teraz także na niego.

Otwo­rzyły się drzwi i do sali wró­cił Beria. Zaru­bin zamilkł, wsłu­chu­jąc się w krót­kie kroki na skrzy­pią­cej cicho pod­ło­dze. Poczuł wyraźną woń alko­holu. Beria zamknął okno i usiadł na swoim miej­scu, wyda­jąc dziwne, głę­bo­kie wes­tchnie­nie, jakby mu to spra­wiało trud­ność.

Zaru­bin, nie cze­ka­jąc na pozwo­le­nie, kon­ty­nu­ował:

- Przez cały okres współ­pracy Marek prze­ka­zał nam ponad dwa tysiące stron infor­ma­cji. Zre­ali­zo­wał trzy ope­ra­cje o cha­rak­te­rze inspi­ra­cyj­nym i dwie dez­in­for­ma­cyjne. Cen­trala, w zależ­no­ści od okresu, oce­niała pracę Marka bar­dzo dobrze lub dobrze. Można stwier­dzić, że jeżeli cho­dzi o kie­ru­nek wywiadu poli­tycz­nego, Marek zaspo­ka­jał prak­tycz­nie wszyst­kie nasze potrzeby, wyka­zu­jąc także dużo wła­snej ini­cja­tywy.

Zaru­bin spo­dzie­wał się, że Beria czy Fitin zare­agują na te słowa, prze­czące zasa­dzie, że wywiad nie może być syty. Odpo­wie­działo mu jed­nak mil­cze­nie, cho­ciaż zawie­sił głos jakby w ocze­ki­wa­niu na ich komen­tarz.

Poczuł się dobrze i miał wra­że­nie, że kon­tro­luje sytu­ację. Odczu­wał już jed­nak zmę­cze­nie.

- W czerwcu bie­żą­cego roku Marek za naszą zgodą wyje­chał wraz z żoną i naj­star­szą córką do Fran­cji, dokąd zapro­sili go przy­ja­ciele. Prze­bywa tam do chwili obec­nej. Wiemy, gdzie jest, i w naj­bliż­szym cza­sie nasza pary­ska rezy­den­tura pionu S zamie­rza pod­jąć z nim kon­takt. W Pol­sce pozo­stał u rodziny jego naj­młod­szy syn.

9

Wydział Spe­cjalny Q od nie­dawna mie­ścił się na dwu­dzie­stym pię­trze jed­nego z war­szaw­skich wie­żow­ców, pod legendą firmy kon­sul­tin­go­wej Vigo.

Zada­nia, jakie reali­zo­wał, ich szcze­gólna deli­kat­ność, koniecz­ność zacho­wa­nia nad­zwy­czaj­nych środ­ków bez­pie­czeń­stwa i kon­spi­ra­cji spo­wo­do­wały, że został prze­nie­siony z Cen­trali na Miło­będz­kiej w ano­ni­mowe i dobrze zabez­pie­czone miej­sce, tro­chę na zasa­dzie, że naj­ciem­niej pod latar­nią.

Wydziału strze­gły naj­no­wo­cze­śniej­sze urzą­dze­nia elek­tro­niczne i wła­sne roz­wią­za­nia tech­ni­ków wywia­dow­czych. Naj­waż­niej­sza jed­nak była dys­cy­plina i zaufa­nie do pra­cu­ją­cych w nim ofi­ce­rów. Nikt spoza czter­na­sto­oso­bo­wego zespołu Wydziału i ści­słego kie­row­nic­twa AW nie wie­dział, co się kryje pod nazwą firmy Vigo. Krąg wta­jem­ni­czo­nych był ści­śle ogra­ni­czony i kon­tro­lo­wany przez Wydział Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego.

Kon­rad zosta­wił samo­chód w pod­ziem­nym garażu, zła­pał windę i klu­czem włą­czył przy­cisk dwu­dzie­stego pię­tra.

Potem wszedł do śluzy bez­pie­czeń­stwa i usta­wił twarz do kamery, która po chwili zie­lo­nym świa­tłem potwier­dziła jego iden­ty­fi­ka­cję i otwo­rzyła zamek.

Led­wie prze­stą­pił próg Wydziału, natknął się na Mar­cina o korzyst­nie zmie­nio­nym wyglą­dzie. Pod­władny, sto­jąc z kub­kiem kawy na kory­ta­rzu, wyraź­nie go ocze­ki­wał.

- Sze­fie, wiem, że po powro­cie szef ma mnó­stwo spraw na gło­wie i że zaraz jedzie do Cen­trali, ale gdyby szef był tak miły i przed wyj­ściem zna­lazł dla mnie pięć minut... - powie­dział takim tonem, jakby mu na tym bar­dzo zale­żało.

- Dobrze... po odpra­wie. Bądź w pobliżu.

Kon­rad klep­nął Mar­cina w plecy i ruszył dalej. Całe biuro było poprze­dzie­lane szkla­nymi ścia­nami, więc wszy­scy zauwa­żyli jego przy­by­cie.

Wszedł do swo­jego pokoju, natych­miast pod­krę­cił kli­ma­ty­za­cję i otwo­rzył sejf.

W tym samym momen­cie zja­wił się Marek Belik, a zaraz po nim Sara. Przy­wi­tali się krót­kim "cześć", bez poda­wa­nia ręki. Taki już mieli zwy­czaj i zawsze go prze­strze­gali. Może chcieli się w ten spo­sób odciąć od prze­sad­nej dba­ło­ści o formy, jakiej hoł­do­wało kie­row­nic­two AW, a może uwa­żali, że w Wydziale są jak rodzina - w rodzi­nie prze­cież nikt się nie wita przez poda­nie ręki.

Sara ubrana była pogod­nie, lekko. Jak zawsze w spodniach, z dłu­gimi zło­to­blond wło­sami spię­tymi wysoko z tyłu, wyglą­dała atrak­cyj­niej niż zwy­kle. Cho­ciaż co pewien czas zaska­ki­wała Kon­rada, to jed­nak ni­gdy nie dawał po sobie poznać, że robi na nim wra­że­nie. Zresztą nie tylko na nim, bo więk­szość dziew­czyn pra­cu­ją­cych w AW pró­bo­wała ją naśla­do­wać, i w stylu, i w pracy.

Usia­dła w głę­bo­kim fotelu i oczy­wi­ście zapa­liła papie­rosa, nawet nie pro­sząc o zbędne w tym wypadku pozwo­le­nie.

Muszę ją w końcu zapy­tać, dla­czego używa zapal­niczki Zippo. Ni­gdy nie widzia­łem, by jaka­kol­wiek dziew­czyna korzy­stała z takiej cięż­kiej i dużej maszynki... jak ame­ry­kań­scy koman­dosi, nie przy­mie­rza­jąc - prze­le­ciało Kon­ra­dowi przez myśl.

Belik oparł się o stół i zało­żył ręce na piersi, jak zwy­kle zagi­na­jąc kra­wat gry­zący się z koszulą.

Jak żona wypusz­cza go tak z domu? - pomy­ślał Kon­rad, patrząc na jego kra­wat i zapuch­niętą twarz. Powinna też poży­czyć mu tro­chę pudru.

Marek nie pro­wa­dził żad­nych agen­tów, więc nie musiał "poświę­cać się dla ojczy­zny", jak mówiło się w Wydziale o dłu­gich noc­nych roz­mo­wach z ludźmi zza wschod­niej gra­nicy. Zatem było oczy­wi­ste, że pił z dyrek­to­rem, pod­puł­kow­ni­kiem Cięż­kim, który agenta też ni­gdy nie spo­tkał.

Kon­rad zauwa­żył przez szybę, że przy­szła już Ewa, jego sekre­tarka. Poma­chał jej ręką na powi­ta­nie i wyko­nał gest ozna­cza­jący trzy kawy.

- Sia­daj, Marek... - powie­dział i wska­zał fotel obok Sary, a sam przy­siadł na swoim biurku. - Ewa zaraz poda kawę, a do tego czasu powiedz­cie mi... czym mnie dzi­siaj zmar­twi­cie - zaczął żar­to­bli­wie. - Ja zmar­twię was tylko tym, że Safir, pseu­do­nim "Karol"... lub odwrot­nie... znów nam się wyśli­zgnął. W Jeme­nie zebra­li­śmy z Wil­lia­mem sporo cie­ka­wych i nowych infor­ma­cji na jego temat, ale ślad nam się urwał na gra­nicy z Oma­nem. Wil­liam przy­je­dzie do nas za tydzień. Do tego czasu musimy upo­rząd­ko­wać wszystko, co zgro­ma­dzi­li­śmy w tej spra­wie przez ostat­nie dwa mie­siące.

Sara i Marek słu­chali go w mil­cze­niu. Tym­cza­sem Ewa spraw­nie, pra­wie nie­zau­wa­żal­nie podała kawę.

- Jutro - kon­ty­nu­ował Kon­rad - skrzyk­niemy zespół i przed­sta­wię wam wyniki moich dzia­łań, które porów­namy z tym, co przez ten czas udało się wam uzy­skać. Dzi­siaj chcę zająć się wyłącz­nie spra­wami orga­ni­za­cyj­nymi Wydziału. Muszę odświe­żyć swoją bie­żącą wie­dzę.

- Chcesz robić zebra­nie Wydziału? - zapy­tał Marek tro­chę nie­pew­nie. - Sporo ludzi nie ma, są na wyjaz­dach, więc nie wiem... czy jest sens. Lutek jutro wycho­dzi ze szpi­tala. - Kon­rad spoj­rzał nań z nie­po­ko­jem, więc Marek pospie­szył z wyja­śnie­niem: - Zła­pał w Zim­ba­bwe jakąś tro­pi­kalną cho­robę i prze­le­żał trzy tygo­dnie w szpi­talu w Harare. Wszystko już jest w porządku, zaopie­ko­wała się nim nasza amba­sada. Robotę wyko­nał na piątkę z plu­sem - cią­gnął. - Będzie z tego chleb i dla nas, i dla naszych part­ne­rów. Lutek ląduje w War­sza­wie w pią­tek. Odbiorę go z lot­ni­ska.

- Co to za cho­roba?

- Nie pamię­tam. Ale mam gdzieś zapi­sane... - odparł nie­pew­nie Marek. - Poszu­kać?

- Nie. Nie teraz. Potem - uciął Kon­rad, cho­ciaż zanie­po­koił się sprawą Lutka. - Nie, nie będę robił zebra­nia. Pocze­kam, aż zbie­rze się kwo­rum - zażar­to­wał. - Pew­nie czeka mnie dzi­siaj jesz­cze wizyta w Cen­trali, u pana numer dwa. Spo­tkamy się w ponie­dzia­łek! - zde­cy­do­wał krótko i zapy­tał: - Czy są M-Irek?

- Nie ma ich. Buszują na jakichś tar­gach w Szan­ghaju - odpo­wie­działa Sara. - Wciąż szu­kają tej mitycz­nej cyfrówki, którą można robić zdję­cia i zoba­czyć, co jest pod bie­li­zną. Obie­ca­łam im, że pokażę im się na żywo, jeżeli znajdą ten apa­rat. - Uśmiech­nęła się figlar­nie.

M-Irek to duma, chluba, nadzieja i Bóg wie co jesz­cze Wydziału i Kon­rada, bo są jego two­rem. M-Irek to Miro­sław i Ire­ne­usz, zwani też Q2. Dwu­krot­nie lepsi od Bonda, bo jest ich dwóch - jak się mówiło w Wydziale.

Na pierw­szy rzut oka obaj byli ofi­ce­rami ope­ra­cyj­nymi, tak jak inni, róż­nili się jed­nak od całej reszty odmien­nym spo­so­bem postrze­ga­nia świata.

Ich żywioł to cyfry, czą­steczki, herce, bity, stru­mie­nie, luksy i cała masa innych słów i zja­wisk, na które prze­kła­dali ota­cza­jącą ich rze­czy­wi­stość, jakby żyli w innym wymia­rze, nie­po­ję­tym dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków.

M-Irek cie­szyli się w Wydziale Q mitycz­nym sza­cun­kiem, bli­skim temu, jaki oddaje się bóstwom, bo też krą­żyli w innym świe­cie, nie­zro­zu­mia­łym, ale potrzeb­nym. Dla­tego ofi­ce­ro­wie zwra­cali się do nich z proś­bami o roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów nie­moż­li­wych, zda­wa­łoby się, do roz­wią­za­nia. Naj­czę­ściej wyni­ka­ją­cych z dość sła­bej, nie­stety, zna­jo­mo­ści obsługi kom­pu­te­rów, co M-Irkowi szcze­gól­nie dzia­łało na nerwy. Wyjąt­kiem w Wydziale był Mar­cin, któ­rego M-Irek trak­to­wali jak mlecz­nego brata.

Kon­rad bez ogra­ni­czeń pozwa­lał im na poszu­ki­wa­nie nowych roz­wią­zań tech­nicz­nych, naj­lep­szych, naj­cie­kaw­szych, wszę­dzie tam na świe­cie, gdzie tylko uznał, że jest to moż­liwe.

Efekty ich pracy zna­la­zły szcze­rych i gorą­cych, ale czę­sto też zazdro­snych zwo­len­ni­ków w CIA, NSA i kilku innych nie mniej pro­fe­sjo­nal­nych orga­ni­za­cjach.

- Z pil­nych spraw, Kon­ra­dzie, mam wła­ści­wie tylko jedną - powie­działa Sara. Pod­nio­sła się i swoim zwy­cza­jem odsta­wiła fili­żankę na sto­jący przy drzwiach bufet. - Tra­vis prosi o pilne spo­tka­nie. Myślę, że trzeba mu natych­miast odpi­sać, by chło­pak się nie dener­wo­wał. Pew­nie nie wiesz, ale sytu­acja na Bia­ło­rusi jest jesz­cze bar­dziej napięta niż w cza­sie, kiedy wyjeż­dża­łeś. - Sara powie­działa to tak, jakby wkrótce miało tam wybuch­nąć powsta­nie.

Kon­rad zda­wał sobie sprawę, że do spraw bia­ło­ru­skich Sara pod­cho­dzi bar­dzo emo­cjo­nal­nie, bo to był teren jej łowów, pierw­szych poważ­nych suk­ce­sów, a ofi­cer linii S, kryp­to­nim Tra­vis, oka­zał się jej praw­dzi­wym arcy­dzie­łem.

To ona wypa­trzyła go wśród stu­den­tów w Bia­łym­stoku, namó­wiła do pracy w wywia­dzie, wycho­wała, wykształ­ciła i wyszko­liła na kogoś wię­cej niż dobrego nie­le­gal­nego ofi­cera. Poświę­ciła na to kilka lat, znacz­nie wię­cej, niż nor­mal­nie od niej wyma­gano. Przy­go­to­wa­nie dla niego "histo­rii" wyda­wało się zada­niem ponad moż­li­wo­ści Sary i całego Wydziału. W końcu jed­nak Tra­vis został prze­rzu­cony na Bia­ło­ruś i dzi­siaj jest mło­dym, dobrze zapo­wia­da­ją­cym się porucz­ni­kiem KGB w Miń­sku, jed­nym z waż­niej­szych nie­le­ga­łów Wydziału Spe­cjal­nego Q. Jego praw­dziwą toż­sa­mość znało zale­d­wie trzech ofi­ce­rów, a twarz - tylko Sara i Kon­rad. Myśleli o nim zawsze jak o jed­nym z nich i tak go trak­to­wali.

- Pro­po­nuję wywo­łać moje spo­tka­nie z Tra­vi­sem za tydzień w Moskwie, zgod­nie z zatwier­dzo­nym pla­nem łącz­no­ści. W obec­nej sytu­acji poli­tycz­nej War­szawa ani Wilno nie wcho­dzą w grę, cho­ciaż byłoby to bar­dziej bez­pieczne. Patrz­cie, do czego doszło! Pro­stata Łuki ma wpływ na sytu­ację wywia­dow­czą terenu - powie­działa z iro­nią zmie­szaną pół na pół z nie­na­wi­ścią do Łuka­szenki. - To moje trze­cie spo­tka­nie z Tra­vi­sem w Moskwie, więc sądzę, że wystar­czy, jak będzie mnie zabez­pie­czać tylko Tadek... dobrze spraw­dził się pod­czas ostat­niego wyjazdu do Turk­me­ni­stanu... i pro­po­nuję daro­wać mu panikę pod­czas poprzed­niej roboty w Moskwie - zapro­po­no­wała Sara na pozór służ­bowo, bo wie­działa, że w tej spra­wie i tak ona decy­duje.

Kon­rad chciał zapy­tać o szcze­góły wywo­ła­nia spo­tka­nia przez Tra­visa, gdy roz­legł się dzwo­nek tele­fonu na jego biurku. Odru­chowo spoj­rzał na Ewę, która prze­łą­czała roz­mowy, i zoba­czył jej gest, bez wąt­pie­nia sygna­li­zu­jący, że na linii jest Ciężki. Rzu­cił okiem na zegar i ze zdzi­wie­niem zauwa­żył, że jest ósma czter­dzie­ści. Szef ni­gdy nie roz­po­czy­nał pracy przed dzie­wiątą pięt­na­ście. Od razu go tknęło, że stało się coś waż­nego.

- Szef! Cie­kawe co? - rzu­cił krótko do Sary i Marka, a oni zro­bili prze­sad­nie zdzi­wione miny.

- Witam, sze­fie! - Kon­rad ode­brał roz­mowę na inter­ko­mie.

- Witam w kraju, panie naczel­niku Wol­ski! Jak udała się wycieczka? Coś już do mnie dotarło... od pani Sary. Upał panu nie zaszko­dził?

Ciężki był bar­dzo for­malny i łatwo dało się wyczuć, że dzwoni w zupeł­nie innej spra­wie. Użył słowa "wycieczka", bo wie­dział, że to dener­wuje Kon­rada. Ciężki był igno­ran­tem, który ni­gdy nie reali­zo­wał zadań za gra­nicą. A mówiąc w ten spo­sób, zło­śli­wie depre­cjo­no­wał jego pracę, suge­ru­jąc, że taki wyjazd do Jemenu to czy­sta przy­jem­ność. W rze­czy­wi­sto­ści kryła się za tym zwy­kła zazdrość.

- Wszystko w porządku, sze­fie! Tro­chę scho­dzi mi skóra z ple­ców, ale już się osku­ba­łem. Wła­śnie mam krótką naradę z zastęp­cami...

Nie dokoń­czył, bo Ciężki mu prze­rwał.

- Panie naczel­niku, pro­szę, żeby pan do mnie jak naj­szyb­ciej przy­je­chał. Mamy tutaj taką nie­zwy­kłą i pilną sprawę, pro­sto z pałacu. Jak pan przy­je­dzie, wszystko panu wytłu­ma­czę... Za ile może pan być?

- Zaraz wyjeż­dżam - odpo­wie­dział Kon­rad i Ciężki roz­łą­czył się bez słowa. - Sami sły­sze­li­ście - zwró­cił się do Sary i Marka.

Oboje pod­nie­śli się bez słowa i ruszyli do wyj­ścia.

- Saro, zacze­kaj! - rzu­cił, gdy Marek już znik­nął za drzwiami. - Mar­cin chciał ze mną roz­ma­wiać... mówił coś, że koniecz­nie przed moim wyjaz­dem do Cen­trali. Pew­nie się bał, że to w jego spra­wie... Powiedz mu, co sły­sza­łaś. Uspo­kój go. Poga­dam z nim, gdy wrócę.

10

Moskwa, paź­dzier­nik 1939

- Przejdę teraz do omó­wie­nia ostat­niego punktu mojego refe­ratu - kon­ty­nu­ował Zaru­bin. - Lana, towa­rzyszka Mira Ski­bi­niecka, włą­czona została w skład nie­le­gal­nej rezy­den­tury w War­sza­wie z zada­niami pomoc­ni­czymi. Zakła­da­li­śmy, że pod kie­run­kiem Sosny i Jury wycho­wamy dobrego nie­le­gała, z per­spek­tywą prze­rzu­ce­nia dalej, do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Lana ma wybitne zdol­no­ści języ­kowe, jest zdy­scy­pli­no­wana, inte­li­gentna, pomy­słowa i całym ser­cem oddana spra­wie. Jeżeli dorzu­cić do tego młody wiek... ma teraz dwa­dzie­ścia sześć lat i wyróż­nia się sło­wiań­ską urodą... to jej moż­li­wo­ści są nie­ogra­ni­czone.

Beria wyraź­nie się oży­wił. Zaru­bin spo­dzie­wał się tego i wycią­gnął już przy­go­to­wane, lekko wyre­tu­szo­wane zdję­cie Lany. Pod­niósł się sprę­ży­ście i pod­szedł do Berii, który zapa­lił zie­loną lampkę i zbli­żył do jej świa­tła foto­gra­fię. Wpa­try­wał się w nią nie­na­tu­ral­nie długo.

- Praw­dziwa pięk­ność! - powie­dział, wciąż się uśmie­cha­jąc wąskimi, jakby pozba­wio­nymi warg ustami i zabaw­nie prze­rzu­ca­jąc wzrok z Lany na Zaru­bina i z powro­tem.

Po chwili oddał mu zdję­cie i Zaru­bin wró­cił na miej­sce.

- Lana bar­dzo dobrze się spi­sy­wała, zabez­pie­cza­jąc Sosnę i Jurę i reali­zu­jąc zada­nia usta­le­niowe. Na wnio­sek rezy­denta otrzy­mała kil­ka­krot­nie pochwały Cen­trali. Jej inte­li­gen­cja i wraż­li­wość ope­ra­cyjna przy­nio­sły nie­spo­dzie­wane efekty. Pomógł nam też tro­chę przy­pa­dek. Prze­rzu­ca­jąc Lanę do Pol­ski, przy­go­to­wa­li­śmy dla niej legendę dzien­ni­karki. Na miej­scu jed­nak się oka­zało, że są poważne trud­no­ści, by tę legendę wła­ści­wie ugrun­to­wać i zabez­pie­czyć.

Prze­rwał na chwilę, jakby chciał zazna­czyć, że prze­cho­dzi do nowego roz­działu.

- Od dziecka jej zami­ło­wa­niem było śpie­wa­nie. Lana ma nie­po­wta­rzalny talent muzyczny.

Beria, wyraź­nie pobu­dzony, wier­cił się nie­na­tu­ral­nie. Na twa­rzy Fitina po raz pierw­szy poja­wił się nie bar­dzo służ­bowy uśmiech.

- Jura rów­nież ma talent muzyczny i w wol­nych chwi­lach lubił pisać pio­senki. Miał też pry­watne kon­takty z war­szaw­skimi arty­stami, co było jed­nym z ele­men­tów budo­wa­nia jego legendy. Skąd­inąd uzy­ski­wał w tym śro­do­wi­sku bar­dzo cie­kawe infor­ma­cje. Ale do rze­czy!

Zaru­bin powie­dział to spe­cjal­nym tonem, żeby wyba­dać sto­pień zain­te­re­so­wa­nia komi­sji tą sprawą.

- Nie, nie! To bar­dzo cie­kawe, pro­szę kon­ty­nu­ować - zare­ago­wał natych­miast Beria, jakby się oba­wiał, że to już koniec.

Zaru­bin miał satys­fak­cję, że dobrze się przy­go­to­wał. Nie spo­dzie­wał się nawet, że tak łatwo przyj­dzie mu ste­ro­wać komi­sją. W końcu jest Wiel­kim Mani­pu­la­to­rem!

- Jura napi­sał dla Lany pio­senkę, a ją samą zare­ko­men­do­wał swo­jemu zna­jo­memu, wła­ści­cie­lowi kaba­retu Złota Żaba... - Zaru­bin zawie­sił głos i żeby jesz­cze tro­chę pod­grzać atmos­ferę, zaj­rzał do nota­tek. - Pio­trowi Wikow­skiemu. Lana poszła na prze­słu­cha­nie i tak bar­dzo spodo­bała się Wikow­skiemu, że ten posta­no­wił wyko­nać z nią w duecie pio­senkę Sierdce, która była w tym cza­sie praw­dzi­wym szla­gie­rem w War­sza­wie...

- Mówi­cie o tej pio­sence z filmu? - Beria prze­rwał mu w pół zda­nia.

- Tak jest! Z filmu Wie­sio­łyje rie­biata, który w Pol­sce był wyświe­tlany pod tytu­łem Świat się śmieje i zdo­był wielką popu­lar­ność.

- Nie tylko tam - wtrą­cił Fitin. - Dobra muzyka Duna­jew­skiego i świetna paro­dia ame­ry­kań­skiego kina...

- Lana ma nawet coś z Lubow Orło­wej... - ode­zwał się ponow­nie Beria i dodał pew­nym gło­sem: - Towa­rzysz Sta­lin bar­dzo lubi ten film.

Zaru­bin odcze­kał około trzy­dzie­stu sekund i dopiero wtedy zaczął mówić dalej. Zauwa­żył, że histo­ria Lany wyraź­nie się spodo­bała, a to był dobry znak, który zna­cząco mu popra­wił i tak już dobre samo­po­czu­cie.

- Lana zaczęła wystę­po­wać w Zło­tej Żabie trzy razy w tygo­dniu, z coraz więk­szym powo­dze­niem. Uzy­ski­wała z tego nawet pewien dochód. Był rok tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­sty siódmy. Kaba­ret znaj­do­wał się nie­da­leko pol­skiego MSZ i odwie­dzany był przez dyplo­ma­tów, a także przez bia­łych emi­gran­tów, głów­nie Rosjan i Gru­zi­nów. W mie­siąc po roz­po­czę­ciu wystę­pów Lana otrzy­mała kosz kwia­tów z wizy­tówką hra­biego Tar­now­skiego, dalej pseu­do­nim "Larry". Po kilku dniach ponow­nie, ale tym razem hra­bia przy­szedł oso­bi­ście do jej gar­de­roby. Oka­zało się, że jest to młody, przy­stojny ary­sto­krata i, co naj­cie­kaw­sze, radca mini­ster w MSZ. Spra­wiał wra­że­nie zauro­czo­nego Laną.

Teraz Zaru­bin mówił płyn­nie z pamięci, patrząc w wyraź­nie pobu­dzone twa­rze.

- Spo­ty­kali się przez dwa mie­siące nie­mal codzien­nie, a Tar­now­ski obsy­py­wał Lanę kwia­tami i dro­gimi pre­zen­tami. Spra­wiał wra­że­nie zaśle­pio­nego, przy­cho­dził na każdy jej występ. Nie­stety, muszę to wyraź­nie powie­dzieć, Lana nie poin­for­mo­wała rezy­denta o swoim kon­tak­cie z Tar­now­skim. Zro­biła to dopiero na początku trzy­dzie­stego siód­mego roku. Sosna natych­miast wysłał infor­ma­cję do Cen­trali i prze­pro­wa­dził z nią roz­mowę. W jego oce­nie Lana była zaan­ga­żo­wana emo­cjo­nal­nie w ten zwią­zek, wyra­ziła jed­nak pełną dys­po­zy­cyj­ność do reali­za­cji zadań. Sosna uznał jej wyja­śnie­nia za wia­ry­godne i szczere, a ponie­waż Moskwa w tym cza­sie nie prze­sy­łała instruk­cji - Zaru­bin wyraź­nie pod­kre­ślił to tonem głosu, ale i tak był pewien, że wszy­scy wie­dzieli dla­czego - pod­jął decy­zję o pasyw­nym kon­ty­nu­owa­niu tego związku, czyli de facto romansu Lany z Tar­now­skim. Ona sama zapew­niała, że nie doszło do kon­tak­tów intym­nych.

- Zuch dziew­czyna! - ode­zwał się Fitin ku zasko­cze­niu Zaru­bina. - Bar­dzo dobrze roze­grała sprawę, zacho­wała nie tylko war­to­ściowy kon­takt z Tar­now­skim, lecz także rów­no­wagę emo­cjo­nalną i psy­chiczną. A wszystko to z pożyt­kiem dla służby. Musimy pamię­tać, że natu­ral­ność tego związku ma swoją war­tość, oczy­wi­ście dopóki jest on pod naszą kon­trolą. W tym wypadku chyba nie mamy wąt­pli­wo­ści? - zapy­tał na koniec, zaska­ku­jąc Zaru­bina dość ela­stycz­nym podej­ściem do sprawy, nie­ty­po­wym, nie tak pryn­cy­pial­nym, jak to było prak­ty­ko­wane dotych­czas.

Było to dziwne o tyle, że Zaru­bin nie skoń­czył jesz­cze oma­wiać sprawy, więc przed­wcze­sna dekla­ra­cja Fitina była pew­nie na coś obli­czona. Zaru­bin miał nie­od­parte wra­że­nie, że Fitin jest inny niż wszy­scy jego poprzed­nicy. Co to zna­czy? - zaczął się zasta­na­wiać.

Beria nie reago­wał.

- Osta­tecz­nie Cen­trala zaak­cep­to­wała sta­tus quo i zgo­dziła się na roz­wi­ja­nie kon­taktu z Tar­now­skim "we wszyst­kich korzyst­nych dla sprawy kie­run­kach, z zasto­so­wa­niem wszel­kich nie­zbęd­nych środ­ków i metod". W związku z tym Lana zamiesz­kała z Tar­now­skim i wkrótce została przed­sta­wiona rodzi­nie hra­biego. Nie spo­tkała się z dobrym przy­ję­ciem, jed­nakże w naj­mniej­szym stop­niu nie wpły­nęło to na ich rela­cje, a nawet wię­cej, pogłę­biło jego zaan­ga­żo­wa­nie i deter­mi­na­cję. Lana o wszyst­kim infor­mo­wała Sosnę i skru­pu­lat­nie reali­zo­wała pole­ce­nia, które tak kon­stru­owano, aby były też zgodne z jej emo­cjami i potrze­bami, o czym ona oczy­wi­ście nie wie­działa. Po jakimś cza­sie poja­wił się pro­blem z rodziną Lany, któ­rego prak­tycz­nie nie roz­wią­za­li­śmy do dzi­siaj. Zresztą Tar­now­ski, typ kosmo­po­lity, nie nale­gał, nie dopy­ty­wał się nie­po­trzeb­nie i w pew­nym sen­sie nie utrud­niał nam pracy. Przez te lata Lana dobrze się zaadap­to­wała w śro­do­wi­sku, miała licz­nych zna­jo­mych i przy­ja­ciół. Od trzy­dzie­stego siód­mego roku uzy­skała od Tar­now­skiego, w spo­sób kap­tu­rowy, sze­reg bar­dzo cie­ka­wych infor­ma­cji, głów­nie doty­czą­cych poli­tyki zagra­nicz­nej Pol­ski. Larry mówił jej wszystko, a pra­co­wał w Wydziale Nie­miec­kim MSZ. Dwu­krot­nie spę­dzali razem waka­cje we Fran­cji. Larry dużo podró­żo­wał służ­bowo do Nie­miec, Fran­cji, Włoch i Wiel­kiej Bry­ta­nii, a potem o wszyst­kim jej opo­wia­dał, z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami. Na początku bie­żą­cego roku ofi­cjal­nie się oświad­czył, a stan jego zaan­ga­żo­wa­nia emo­cjo­nal­nego sil­nie się pogłę­biał, z okre­sami cho­ro­bli­wej wręcz zazdro­ści włącz­nie. Głów­nie po jego powro­tach z zagra­nicy. Zgod­nie z decy­zją Cen­trali Lana oświad­czyny przy­jęła, ale daty ślubu nie wyzna­czyli. Sta­nę­li­śmy wobec pro­blemu: jak dalej pro­wa­dzić sprawę? Czy pod­jąć próbę wer­bunku Larry'ego, a jeżeli tak, to w jakiej kon­wen­cji, pod jaką flagą? Pytań było wiele, ale na żadne nie mie­li­śmy satys­fak­cjo­nu­ją­cej odpo­wie­dzi. Bra­ko­wało prze­ko­nu­ją­cego modus ope­randi. Dla­tego Cen­trala w poro­zu­mie­niu z Sosną i Laną pod­jęła decy­zję o cza­so­wym wstrzy­ma­niu się od aktyw­nych dzia­łań, tym bar­dziej że uzysk infor­ma­cyjny od Larry'ego był dobry, a sytu­acja mię­dzy­na­ro­dowa szybko się zmie­niała. Na początku sierp­nia Larry został zmo­bi­li­zo­wany jako porucz­nik rezerwy z przy­dzia­łem do Sztabu Naczel­nego Wodza. Od tego czasu prze­by­wał poza domem. Nie wiemy, gdzie dokład­nie. Ni­gdy wcze­śniej nie mówił, że jest ofi­ce­rem rezerwy, a Lana nie miała pre­tek­stu do zgłę­bie­nia tematu. Na początku wrze­śnia poin­for­mo­wał, że wyjeż­dża z War­szawy wraz ze Szta­bem Naczel­nego Wodza na wschód. Był w złym sta­nie psy­chicz­nym, bar­dzo bole­śnie prze­ży­wał rozsta­nie. Obie­cał, że zrobi wszystko, by wró­cić. Od tego czasu brak jest o nim infor­ma­cji, zresztą nie mamy też łącz­no­ści z Laną, o czym mówi­łem.

Zaru­bin koń­czył już swoje wystą­pie­nie. Zamknął teczkę, kła­dąc na niej dło­nie, by dys­kret­nie spoj­rzeć na zega­rek.

- Przed­sta­wi­łem naj­waż­niej­sze sprawy pro­wa­dzone przez naszą nie­le­galną rezy­den­turę w War­sza­wie. Trzeba jed­nak dodać, że cała trójka zbie­rała też infor­ma­cje kap­tu­rowo, wspie­ra­jąc reali­za­cję przed­się­wzięć podej­mo­wa­nych przez jed­nostki spe­cjalne kie­ro­wane do Pol­ski bez­po­śred­nio ze Związku Radziec­kiego. Od początku, to zna­czy od przy­by­cia do Pol­ski, aż do tego roku nasi agenci uczest­ni­czyli w dobrze zna­nej towa­rzy­szom ope­ra­cji "Mołodcy". Wydat­nie przy­czy­nili się do jej suk­cesu, szcze­gól­nie Jura, który w naj­go­ręt­szym okre­sie kie­ro­wał naszymi ofi­ce­rami wewnątrz Orga­ni­za­cji Ukra­iń­skich Nacjo­na­li­stów, co dopro­wa­dziło do jej rady­ka­li­za­cji i w efek­cie do wzro­stu napię­cia na zachod­niej Ukra­inie. Przy­czy­niło się to w poważ­nym stop­niu do zała­ma­nia ofi­cjal­nej współ­pracy pol­sko-ukra­iń­skiej i nasi­le­nia pacy­fi­ka­cji pro­wa­dzo­nych przez woj­sko pol­skie na tych tere­nach...

- Już dobrze, towa­rzy­szu Zaru­bin - wszedł mu w słowo Beria - wystar­czy, ten temat jest nam dosko­nale znany. Tro­chę wyol­brzy­mia­cie rolę waszych nie­le­ga­łów w tej spra­wie, ale niech wam będzie. Myślę, że i tak wszy­scy tu obecni możemy zgod­nie oce­nić, że wyniki pracy waszej rezy­den­tury w War­sza­wie są dobre.

Zaru­bin miał uczu­cie, że za chwilę unie­sie się w powie­trze, tym bar­dziej że Fitin słu­żal­czo kiwał głową w takt słów Berii.

- Rze­czy­wi­ście pion wywiadu nie­le­gal­nego zro­bił ogromne postępy od tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego roku i muszę was pochwa­lić za rze­telne wyko­na­nie dyrek­tywy Polit­biura.

Zaru­bin nie wie­rzył wła­snym uszom.

- Pole­cam przy­go­to­wa­nie cało­ścio­wego raportu - kon­ty­nu­ował Beria - także z naszych poprzed­nich spo­tkań. Macie na to tydzień. Zosta­nie on przed­sta­wiony na posie­dze­niu Polit­biura i oso­bi­ście towa­rzy­szowi Sta­li­nowi. Wojna wrze­śniowa cał­ko­wi­cie zmie­niła sytu­ację poli­tyczno-woj­skową w Euro­pie. Znik­nął naresz­cie jeden aktor, Pol­ska jako pań­stwo, ale sprawa pol­ska jesz­cze się nie zakoń­czyła i w zgod­nej oce­nie kie­row­nic­twa par­tii będzie miała istotne zna­cze­nie dla poli­tyki ZSRR. Nie ma pań­stwa, ale są Polacy. Z histo­rii wiemy, że jest im obo­jętne, czy jeste­śmy biali, czy czer­woni, bo i tak będą z nami wal­czyć. Zakoń­czy­li­śmy z suk­ce­sem pewien etap i roz­po­czy­namy przy­go­to­wa­nia do następ­nego, a potem... do następ­nego. Odbi­li­śmy Bia­ło­ruś i Ukra­inę i mamy w końcu gra­nicę z Niem­cami. Nasze armie sta­nęły twa­rzą w twarz, i to wła­śnie w Pol­sce. Rozu­mie­cie prze­cież, towa­rzy­szu Zaru­bin, że nie będą one tak stały wiecz­nie. - Beria był bar­dzo prze­ko­nu­jący, cho­ciaż mówił o rze­czach oczy­wi­stych. Po chwili zasta­no­wie­nia dodał: - Czeka nas dużo pracy, towa­rzy­sze. Pole­cam zatem pod­jąć natych­mia­stowe dzia­ła­nia, przy wyko­rzy­sta­niu wszyst­kich naszych moż­li­wo­ści, w celu okre­śle­nia, jaki jest aktu­alny stan sprawy pol­skiej, gdzie jeste­śmy. Udało nam się wpły­nąć, razem z Niem­cami, na Rumu­nów, by zatrzy­mali i inter­no­wali rząd pol­ski. Jed­nak wiemy, że do Fran­cji spły­wają rze­sze uchodź­ców z Pol­ski, a w szcze­gól­no­ści elit woj­sko­wych i poli­tycz­nych. Należy natych­miast prze­ka­zać zada­nia naszym ludziom we Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Nie muszę oczy­wi­ście mówić o odbu­do­wa­niu kon­tak­tów z naszą pol­ską agen­turą...

Nagle Berii prze­rwał Fitin.

- Infor­mo­wa­łem już, że poju­trze przy­jeż­dża do nas dele­ga­cja Gestapo i będziemy poru­szali ten temat.

Beria poki­wał tylko głową i kon­ty­nu­ował:

- Towa­rzy­szu Zaru­bin, pro­szę się spie­szyć z przy­go­to­wa­niem raportu. Natych­miast po jego zakoń­cze­niu uda­cie się do obo­zów dla pol­skich jeń­ców, które wła­śnie zakoń­czy­li­śmy orga­ni­zo­wać. Dobie­rze­cie sobie zespół współ­pra­cow­ni­ków. Oczy­wi­ście nie będzie­cie wystę­po­wać jako INO. Trzy­mamy tam wzię­tych do nie­woli ofi­ce­rów i innych bia­łych Pola­ków. Prze­by­wają oni w obo­zach Sta­ro­bielsk, Kozielsk i Ostasz­ków. Doko­na­li­śmy wstęp­nej selek­cji i w obo­zie w Ostasz­ko­wie trzy­mamy mię­dzy innymi ofi­ce­rów Oddziału Dru­giego, choć pew­no­ści nie ma, bo Polacy nie chcą współ­pra­co­wać i są do nas wrogo nasta­wieni. Co jest zro­zu­miałe.

Beria uśmiech­nął się szy­der­czo.

- Zwy­kli cze­ki­ści nie mogą nawią­zać z nimi kon­taktu - cią­gnął w tym samym tonie. - Nie rozu­mieją ich psy­chiki, nie mają poję­cia o Pol­sce, brak im ele­men­tar­nych umie­jęt­no­ści i Polacy nimi mani­pu­lują. Musi­cie się tym pil­nie zająć. Wie­rzę, że ze swoją zna­jo­mo­ścią Zachodu i języ­ków potra­fi­cie umie­jęt­nie pozy­skać ich zaufa­nie i wejść w to śro­do­wi­sko. Oddziel­cie ziarno od plew, ustal­cie, które osoby mogą być dla nas przy­datne. Może przy oka­zji dowie­cie się cze­goś o Saxo­nie i Waregu. To trudne zada­nie, ale wie­rzę, że podo­ła­cie. - Beria zachę­cał Zaru­bina łagod­nym gło­sem z odro­biną wyczu­wal­nej sym­pa­tii. - Wasza żona też jest ofi­ce­rem wywiadu? - zapy­tał ni stąd, ni zowąd, cho­ciaż dobrze o tym wie­dział.

- Tak jest, towarz...

- Towa­rzy­szu Zaru­bin... - ode­zwała się po raz pierw­szy trze­cia postać komi­sji, Wsie­wo­łod Niko­ła­je­wicz Mier­ku­łow, pierw­szy zastępca Berii. - Znam was dobrze i cenię jako odda­nego spra­wie cze­ki­stę.

Zaru­bin zdał sobie sprawę, że był tak skon­cen­tro­wany na Berii i Fiti­nie, iż zupeł­nie o nim zapo­mniał. O ist­nie­niu Mier­ku­łowa, wciąż popi­ja­ją­cego wodę, przy­po­mi­nało jedy­nie stu­ka­nie karafki o szklankę. Po pro­stu nie mie­ścił się w sce­na­riu­szu Zaru­bina. Nie można mówić do trzech osób. Nie obej­muje tego stan­dard tech­niki ofi­cera wywiadu.

Tym­cza­sem Mier­ku­łow przy­brał poważny ton.

- Towa­rzy­szu Zaru­bin, wydam dys­po­zy­cje, by udzie­lono wam wszel­kiej nie­zbęd­nej pomocy, otrzy­ma­cie spe­cjalne peł­no­moc­nic­twa, ale spiesz­cie się, bo macie czas tylko do wio­sny.

Fitin ze zdzi­wie­niem spoj­rzał na Mier­ku­łowa, ale zaraz się opa­no­wał.

- Rozu­mie­cie?! - nie­mal wysy­la­bi­zo­wał znany z aktor­skiego talentu Mier­ku­łow. - Potem już takich moż­li­wo­ści nie będzie.

Zapa­dła cisza. Zaru­bin dużo widział, dużo wie­dział, jesz­cze wię­cej sły­szał, toteż dosko­nale zro­zu­miał, o czym mówił Mier­ku­łow. Przez chwilę nie potra­fił upo­rząd­ko­wać myśli. W tym kraju zda­rzyło się wiele, ale tego nie mógł pojąć, był na to za inte­li­gentny. Czuł, że to błąd, ogromny błąd, za który przyj­dzie kie­dyś drogo zapła­cić.

Popa­trzył na Berię i Mier­ku­łowa. Kau­ka­ski styl - pomy­ślał. Czy oni w ogóle wie­dzą, jak myśli i wygląda reszta świata poza fil­mami i rapor­tami wywiadu? Otrzą­snął się jed­nak, bo ni­gdy nie zawiódł się na swo­jej intu­icji i wro­dzo­nej mimi­krze, waż­nej umie­jęt­no­ści pozwa­la­ją­cej cze­ki­ście prze­żyć.

- Rozu­miem, towa­rzy­szu zastępco prze­wod­ni­czą­cego - zamel­do­wał dobit­nie.

- Jesz­cze jedna sprawa - powie­dział Mier­ku­łow. - Na tere­nach zachod­nich prze­ję­li­śmy pol­skiego majora, Jerzego Nałę­cza-Sosnow­skiego. Jest ranny. Kon­wo­jenci, pol­scy żan­darmi, praw­do­po­dob­nie chcieli go roz­strze­lać. Został prze­wie­ziony do naszego szpi­tala na Łubiance. Wie­cie, o kogo cho­dzi? - zapy­tał.

- Oczy­wi­ście! - odpo­wie­dział natych­miast Zaru­bin. - To as wywiadu pol­skiego w Niem­czech, barwna postać, znana w całej Euro­pie. Byłem aku­rat w Niem­czech, kiedy został aresz­to­wany... chyba w trzy­dzie­stym czwar­tym roku. W pew­nym stop­niu kon­tro­lo­wa­li­śmy jego sprawę przez naszych agen­tów w nie­miec­kim kontr­wy­wia­dzie. W trzy­dzie­stym szó­stym Niemcy wymie­nili go na sied­miu agen­tów Abwehry. W Pol­sce został tuż przed wojną aresz­to­wany i ska­zany. Sprawę znamy dosyć dobrze, infor­mo­wał o tym Wareg, który miał dobre kon­takty w pro­ku­ra­tu­rze woj­sko­wej.

- Sosnow­skim zaj­muje się teraz nasza Zoja Woskrie­sien­ska, ale chciał­bym, żeby­ście i wy włą­czyli się do sprawy - powie­dział Mier­ku­łow.

- Tak jest! - odpo­wie­dział Zaru­bin.

- Jak widzi­cie, nie prze­sa­dza­łem, kiedy mówi­łem, że czeka was dużo pracy. Liczymy na was i wasz Wydział! - dorzu­cił Beria.

- Jest jesz­cze jedna sprawa, zupeł­nie nowa - zwró­cił się Fitin do Berii. - Odby­li­śmy wstępne kon­sul­ta­cje z towa­rzy­szem Zaru­bi­nem i Wydzia­łem Pol­skim. Całość pro­jektu zosta­nie wkrótce przed­sta­wiona w spe­cjal­nym rapor­cie, który jest w trak­cie przy­go­to­wa­nia.

Na twa­rzy Berii poja­wiło się zain­te­re­so­wa­nie.

- Pro­jekt prze­wi­duje utwo­rze­nie na bazie Wydziału Pol­skiego roz­sze­rzo­nego oddziału spe­cjal­nego i prze­nie­sie­nie go w pobliże gra­nicy nie­miec­kiej, na przy­kład do Brze­ścia Litew­skiego. Pro­wa­dze­nie dzia­łań ope­ra­cyjno-wywia­dow­czych z tej pozy­cji powinno w znacz­nym stop­niu zwięk­szyć efek­tyw­ność naszej pracy, a także roz­wi­nąć, z wyko­rzy­sta­niem pol­skiego ele­mentu, roz­po­zna­nie wywia­dow­cze sił i ruchów Niem­ców po dru­giej stro­nie gra­nicy. Da nam to rów­nież moż­li­wość bliż­szej współ­pracy z Gestapo i jed­no­cze­śnie ich roz­pra­co­wa­nia. Z Brze­ścia do War­szawy jest prze­cież nie­spełna dwie­ście kilo­me­trów... Przed­się­wzię­cie ryzy­kowne, ale moż­liwe do reali­za­cji. Wymaga oczy­wi­ście odpo­wied­nich przy­go­to­wań - zakoń­czył Fitin pyta­ją­cym tonem.

Beria, który cały czas słu­chał uważ­nie, spoj­rzał na Mier­ku­łowa.

- A co ty o tym myślisz, Siewa? - zapy­tał. - Odważne, jesz­cze tak nie dzia­ła­li­śmy, ale cóż, czasy są trudne i mogą być jesz­cze trud­niej­sze.

- Trzeba szu­kać nowych roz­wią­zań - oznaj­mił Mier­ku­łow.

- Cie­kawe... Cze­kam na raport - powie­dział Beria, wsta­jąc.

11

Pokój wypeł­niały kłęby dymu papie­ro­so­wego wymie­szane z opa­rami wódki, piwa i uryny z zepsu­tej toa­lety. W rogu pokoju stał tele­wi­zor włą­czony na MTV bez głosu.

Puł­kow­nik Andriej Ole­go­wicz Ste­pa­no­wycz z miń­skiego KGB czuł, że jeżeli zosta­nie dłu­żej, to za chwilę urwie mu się film. Pod­jął już decy­zję: naj­wyż­szy czas iść do domu, zwłasz­cza że mieszka nie­da­leko.

Wyda­wało mu się, że głosy pię­ciu pija­nych męż­czyzn zle­wają się w jeden potężny ryk. W żad­nym wypadku nie mógł zasnąć, bo miał nie­od­parte wra­że­nie, że kole­dzy ze Służby Cel­nej, nie mniej pijani od niego, tylko cze­kają, żeby ode­brać mu jego zasłu­żone pięć tysięcy dola­rów.

Póź­niej powie­dzą, że gdzieś zgu­bi­łem. To skur­wy­syny... Takim ni­gdy nie można ufać! - pomy­ślał z wysił­kiem.

Co prawda nie napra­co­wał się zbyt­nio, by zasłu­żyć na te pie­nią­dze, bo i nie było przy czym, zabez­pie­czał jedy­nie trans­port papie­ro­sów do Pol­ski, ale piątka mu się nale­żała, bo jest naj­star­szy stop­niem. Już dawno nie dostał takiej kasy, więc cią­gle odru­chowo wsu­wał rękę do kie­szeni, spraw­dza­jąc, czy pie­nią­dze są na swoim miej­scu. I po każ­dej takiej kon­troli było mu coraz przy­jem­niej.

- Cisza! - krzyk­nął chyba ciut za gło­śno i opie­ra­jąc się o chy­bo­tliwy stół, spró­bo­wał wstać. - Bacz­ność! Towa­rzysz puł­kow­nik wycho­dzi do domu - powie­dział nie­zbyt wyraź­nie do zamil­kłych nagle kom­pa­nów. - Nie spro­wa­dzać mi tu żad­nych kurew, jak pójdę. To jest... kurwa... przy­zwo­ite miesz­ka­nie kon­spi­ra­cyjne Komi­tetu Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego Repu­bliki Bia­ło­ruś. Zro­zu­miano?! - Z tru­dem utrzy­my­wał się w pio­nie. - Nie trzeba mi tu żad­nych awan­tur. Nie dzi­siaj, kiedy wszy­scy są przy kasie. A z kur­wami zawsze są kło­poty! Zro­zu­miano?! - Mimo że mówił beł­ko­tli­wie, sta­rał się być poważny.

Nawet w tym sta­nie dosko­nale wie­dział, że Służba Bez­pie­czeń­stwa Pre­zy­denta tylko czeka, by przy­wa­lić chłop­com z KGB, i jego kasa poszłaby nie­chyb­nie na wczasy w Egip­cie dla jakie­goś wałka Łuka­szenki.

Patrzył na czer­wone twa­rze pię­ciu męż­czyzn sie­dzą­cych wokół stołu i nie był pewny, czy dotarło do nich to, co powie­dział.

- Wasia! Chodź tu... chło­pie! Odpo­wia­dasz za zakoń­cze­nie tej imprezy. - Zachły­snął się powie­trzem i odbiło mu się nie­bez­piecz­nie. Po chwili dokoń­czył: - Pil­nuj tych cel­ni­ków, to ama­to­rzy, i żeby nie skoń­czyło się jak poprzed­nio. Zro­zu­mia­łeś, dur­niu?! - rzu­cił do kapi­tana Krupy, naj­młod­szego w towa­rzy­stwie i, jak mu się wyda­wało, w miarę trzeź­wego.

- Odpro­wa­dzę was do domu... towa­rzy­szu pułk... niku! - Kapi­tan pode­rwał się tak gwał­tow­nie, że aż upa­dło za nim krze­sło. Sta­nął na bacz­ność, wychy­la­jąc się do tyłu wbrew pra­wom fizyki, ale nikt nie zwró­cił na to uwagi.

- Idź w cho­lerę, Wasia! Mam do domu... może... dwie­ście metrów! Może mniej. Masz mi dopil­no­wać tej imprezy. Zro­zu­mia­łeś, dur­niu?! - Ste­pa­no­wycz nie­pew­nym kro­kiem posu­wał się w kie­runku drzwi.

- Tak jest! Towa...szu... niku! - odpo­wie­dział kapi­tan Krupa, jakimś cudem pro­stu­jąc się w posta­wie zasad­ni­czej.

- Idź, chłop­cze, do kuchni, tam na stole są ogórki... tylko weź te zamknięte. I flaszkę daj. - Ste­pa­no­wycz radził sobie teraz zupeł­nie dobrze. - Jest tam też rekla­mówka... No idź, Wasia! Włóż to do niej i przy­nieś.

Krupa, chwy­ta­jąc się fra­mugi drzwi, ruszył do kuchni.

- Jutro też jest dzień! - reflek­syj­nie rzu­cił puł­kow­nik i zaraz dodał: - Daj moje fajki ze stołu... Jutro trzeba jakoś prze­żyć! Nie?!

Zna­le­zie­nie ogór­ków, wódki, papie­ro­sów i torby Media Markt zajęło kapi­ta­nowi dużo czasu.

Ste­pa­no­wycz stał oparty ple­cami o drzwi i wyglą­dał, jakby zasnął.

- Wszystko gotowe, tow...szu puł...niku! - zamel­do­wał zado­wo­lony Krupa, wycią­ga­jąc przed sie­bie czer­woną rekla­mówkę.

- Chodź tu, Wasia! - Puł­kow­nik ock­nął się, bru­tal­nie przy­cią­gnął Krupę za kark i z wolna wyszep­tał mu do ucha: - Pil­nuj swo­jej kasy! Ci cel­nicy to zło­dzieje i jak im pozwo­lisz, to cię opier­dolą. I tak zaro­bili dwa razy wię­cej na tych faj­kach, niż mówią. Ale ja to ustalę, Wasia! I wszystko odda­dzą z pro­cen­tem. Zoba­czysz! - Wciąż nie zdej­mo­wał mu ręki z karku. - Ty jesteś dobry chło­pak, Wasia! Trzy­maj się mnie, a dobrze na tym wyj­dziesz. - Poluź­nił uścisk, ale Krupa wciąż stał w posta­wie zasad­ni­czej, z zamknię­tymi oczami.

Ste­pa­no­wycz z tru­dem zszedł z trze­ciego pię­tra, nie odry­wa­jąc dłoni od porę­czy. Brak żaró­wek na klatce scho­do­wej nie uła­twiał mu zada­nia.

Wyszedł przed budy­nek i poczuł cie­płe, świeże nocne powie­trze. Wyjął papie­rosa i zaczął inten­syw­nie szu­kać w kie­sze­niach zapal­niczki. Ruchy krę­po­wała mu torba z ogór­kami i wódką.

Po chwili zacią­gnął się mocno dar­mo­wym papie­ro­sem z ostat­niego trans­portu i jak pędzący paro­wóz wypu­ścił w górę dym.

Czuł się dobrze, jak czło­wiek suk­cesu i wła­dzy.

- The sky is the limit - powie­dział gło­śno po angiel­sku swoje ulu­bione zda­nie, jedyne zresztą, jakie znał w tym języku, i ruszył w kie­runku domu gęsto zadrze­wioną asfal­tową alejką.

Blade świa­tło nie­licz­nych latarni wska­zy­wało kie­ru­nek. Była sobota i na osie­dlu, mimo cie­płej nocy, pano­wała nie­na­tu­ralna o tej porze cisza. Szedł powoli, pró­bu­jąc, ze zmien­nym szczę­ściem, trzy­mać się ścieżki.

Nagle przy­sta­nął, odwró­cił się i spoj­rzał do tyłu. Miał wra­że­nie, że ktoś za nim idzie. Czuł czy­jąś obec­ność.

Wytę­żył wzrok, lecz słabe świa­tło i bujne zaro­śla nie pozwa­lały mu nic dostrzec. Nie bał się. Czuł się pew­nie. Na ofi­cer­skim osie­dlu nikt by go nie tknął, cho­ciaż i tu cza­sami zda­rzały się drobne awan­tury.

W pew­nym momen­cie zauwa­żył, że kilka metrów od niego nie­na­tu­ral­nie poru­szyły się liście. Chwy­cił ręką za mary­narkę na piersi, gdzie miał grubą kopertę z pie­niędzmi.

Tam ktoś jest! - pomy­ślał i poża­ło­wał, że nie wziął broni.

- Wasia? To ty, bał­wa­nie?! - powie­dział gromko, by dodać sobie odwagi. - Wyłaź, bo cię zastrzelę! - Udał, że sięga po ukryty pisto­let.

Zda­wał sobie sprawę, że w tym sta­nie jest bez­bronny. Wie­dział też, że to nie może być Wasi­lij Krupa. Stał jesz­cze chwilę, obser­wu­jąc przez zmru­żone oczy zaro­śla. Znów mu się wydało, że ktoś tam jest. Nie był pewny, czy to złu­dze­nie, czy rze­czy­wi­ście widzi kształt postaci i jaśniej­szą twarz zato­pioną w ciem­nej zie­leni.

Czuł, jak pul­suje mu krew w skro­niach i mocno bije napę­dzone wódką serce.

Skur­wy­syny! Chcą mnie oczy­ścić z kasy! - dotarło do niego nagle z całą siłą.

Wypeł­nił go nie­po­kój, jakiego dotąd nie znał, a prze­cież nic nie widział. Pew­nie mu się tylko zda­wało, że ktoś go śle­dzi. Im bar­dziej nie rozu­miał, co się z nim dzieje, tym więk­szą czuł panikę.

Przy­spie­szył kroku. Wyostrzone zmy­sły dzia­łały jak nowe. Już widział bramę swo­jego domu.

Ener­gicz­nie otwo­rzył mocno sfa­ty­go­wane, skrzy­piące drzwi. Po omacku prze­cią­gnął lewą ręką i odszu­kał skrzynki na listy, za któ­rymi był włącz­nik świa­tła. Zna­lazł go bez­błęd­nie i naci­snął, ale świa­tło zapa­liło się tylko na wyż­szych pię­trach, rzu­ca­jąc na dół zale­d­wie słabą poświatę.

Teraz już poczuł się bez­piecz­nie. Był w domu. Zro­bił pierw­szy krok po scho­dach i zatrzy­mał się.

Kątem oka dostrzegł zarys wyso­kiej postaci. Stała nie­ru­chomo po pra­wej stro­nie, w ciem­nej wnęce, przy wej­ściu do piw­nicy. Andriej Ole­go­wicz nie ucie­kał, znie­ru­cho­miał jak oło­wiany posąg. Chciał tam spoj­rzeć, ale się bał!

Minęły dwie, trzy sekundy. I nagle poczuł potężne, bez­bo­le­sne ude­rze­nie w plecy i rów­no­cze­śnie na twa­rzy silny uścisk czy­jejś dłoni. Po chwili spa­dły na niego dwa następne ude­rze­nia. Zro­biło mu się gorąco na całym ciele. Jego noz­drza podraż­nił słodki, dziwny zapach, ugięły się pod nim nogi i cie­pła, wil­gotna plama roz­lała mu się po ple­cach.

- To nóż! Nóż... - usły­szał wła­sny głos, ucie­ka­jący i meta­liczny.

Zawi­ro­wało mu w oczach. Chciał zwy­mio­to­wać. Zoba­czył, jak w zwol­nio­nym tem­pie prze­suwa się nad nim zna­joma twarz. Zro­zu­miał, że leży, i chciał coś powie­dzieć, ale nie mógł wydo­być z sie­bie głosu.

Dwie mocne dło­nie spraw­nie prze­szu­ki­wały mu kie­sze­nie, wycią­ga­jąc kopertę z pie­niędzmi, port­fel i pęk klu­czy. Jesz­cze przez chwilę moco­wały się z pla­sti­kową torbą, która owi­nęła się wokół nad­garstka. Potem usły­szał trza­śnię­cie drzwi wyj­ścio­wych i szybko odda­la­jące się kroki.

Było cicho i coraz zim­niej.

12

- Panie pre­ze­sie, przy­szedł pro­fe­sor Kazi­mierz Barda - zaanon­so­wała przez tele­fon sekre­tarka.

Dok­tor Hen­ryk Małecki wstał z fotela i z ledwo zauwa­żal­nym ocią­ga­niem wyszedł z gabi­netu.

- Ser­decz­nie witam, panie pro­fe­so­rze, w sie­dzi­bie Insty­tutu Pamięci Naro­do­wej. To dla nas i dla mnie oso­bi­ście zaszczyt gościć twórcę pol­skiej cyber­ne­tyki i infor­ma­tyki. Bar­dzo prze­pra­szam, że musiał pan tak długo cze­kać na to spo­tka­nie, ale sam pan rozu­mie, jak bar­dzo jestem teraz zajęty. - Pre­zes ści­skał rękę wyso­kiego, dys­tyn­go­wa­nego pana po osiem­dzie­siątce.

- Nic nie szko­dzi. Mam teraz sporo wol­nego czasu, cho­ciaż moja macie­rzy­sta uczel­nia we Wro­cła­wiu na­dal powie­rza mi jakieś zada­nia i nie pozwala osta­tecz­nie się zesta­rzeć. Wciąż mam kon­takt ze stu­den­tami. - Głos pro­fe­sora brzmiał dźwięcz­nie, wręcz mło­dzień­czo.

Prze­szli do gabi­netu pre­zesa i usie­dli w głę­bo­kich fote­lach przy przy­go­to­wa­nym wcze­śniej sto­liku.

- Czym mogę panu słu­żyć, panie pro­fe­so­rze? Może odro­binę koniaku, pora jest już wła­ściwa, lecz może tem­pe­ra­tura na zewnątrz zbyt wysoka? - zapy­tał Małecki ofi­cjal­nie.

- Z przy­jem­no­ścią, panie pre­ze­sie. Myślę, że dobrze mi to zrobi po podróży, tym bar­dziej że leka­rze nie zabra­niają mi tego trunku mimo moich osiem­dzie­się­ciu ośmiu lat.

- Nie­praw­do­po­dobne! Świet­nie pan wygląda, panie pro­fe­so­rze! - Małecki był auten­tycz­nie zasko­czony.

- Panie pre­ze­sie, ile czasu może mi pan poświę­cić? - zapy­tał Barda pro­sto z mostu.

- Ile będzie trzeba! Nie mam już dzi­siaj żad­nych spo­tkań - skła­mał Małecki, bo kolejka inte­re­san­tów ni­gdy się nie koń­czyła, ale miał nadzieję, że pro­fe­sor to zro­zu­mie i nie będzie prze­cią­gał roz­mowy.

- Sprawa, z którą do pana przy­cho­dzę, jest, jak mi się wydaje, dosyć nie­ty­powa. Pew­nie z racji pia­sto­wa­nego urzędu ma pan cały sze­reg nie­ty­po­wych spraw... albo może wyłącz­nie nie­ty­powe... zresztą za chwilę sam pan oceni. Muszę jed­nak bar­dzo wyraź­nie pod­kre­ślić, że ta roz­mowa ma dla mnie oso­bi­ście ogromne zna­cze­nie. Mógł­bym nawet śmiało powie­dzieć, że to naj­waż­niej­szy dzień w moim życiu, co pew­nie pana zdziwi, panie pre­ze­sie.

I rze­czy­wi­ście Małecki był zdzi­wiony tym, co usły­szał. Prak­tycz­nie nie spo­ty­kał się z oso­bami, które figu­ro­wały w kata­lo­gach IPN. Zanim zgo­dził się na roz­mowę z Bardą, spraw­dził go we wszyst­kich moż­li­wych reje­strach. Wydało mu się nie­po­jęte, że ktoś taki jak pro­fe­sor, który wykła­dał prze­cież na zagra­nicz­nych uczel­niach, ni­gdy nie zain­te­re­so­wał służb spe­cjal­nych PRL. Cho­ciaż zda­rzały się takie przy­padki... Ale to tylko zwięk­szało jego zdzi­wie­nie tym, co przed chwilą usły­szał.

Pro­fe­sor zawie­sił głos i przy­cią­gnął do sie­bie fili­żankę z kawą i koniak. Małecki miał wra­że­nie, że jego gość zasta­na­wia się, czy dobrze zro­bił, przy­cho­dząc tutaj. Był coraz bar­dziej cie­kaw, co ma do powie­dze­nia.

- Pro­szę mi wyba­czyć, panie pre­ze­sie, że zapy­tam tak bez­po­śred­nio. Rozu­miem, że nasza roz­mowa... nie jest reje­stro­wana? Zga­dzam się na robie­nie nota­tek, ale nie na nagry­wa­nie. - Pro­fe­sor był uprzej­mie sta­now­czy.

- Ależ, panie pro­fe­so­rze! - Małecki zro­bił minę, jakby się lekko obra­ził, cho­ciaż czę­sto nagry­wał spo­tka­nia. - Może w takim razie popro­szę mojego asy­stenta Zenona Ruperta, by spo­rzą­dzał notatki? - zapy­tał.

Pro­fe­sor ski­nął głową i się­gnął po kie­li­szek. W tym cza­sie Małecki popro­sił przez tele­fon asy­stenta, by przy­szedł do jego gabi­netu. Zauwa­żył, że pro­fe­sor pocią­gnął duży łyk koniaku, jakby chciał dodać sobie odwagi.

- Pan Rupert jest bar­dzo zdol­nym mło­dym naukow­cem, jed­no­cze­śnie moim dok­to­ran­tem. Mam do niego pełne zaufa­nie, gdyż znam go od dziecka. Jego ojciec to mój naj­bliż­szy przy­ja­ciel, jesz­cze z cza­sów dzia­łal­no­ści pod­ziem­nej.

- Sły­sza­łem gdzieś to nazwi­sko... - powie­dział Barda.

- Tak, to syn naszego mini­stra obrony Zbi­gniewa Ruperta. Cha­rak­te­ry­styczne, nie da się pomy­lić, prawda? - Małecki się­gnął po swój kie­li­szek.

Rupert wszedł do pokoju gwał­tow­nie, bez puka­nia. Pod­szedł do pro­fe­sora z wycią­gniętą ręką i sztucz­nym uśmie­chem na twa­rzy.

- Witam pana pro­fe­sora - rzu­cił krótko.

Widać było, że już wcze­śniej wie­dział, kogo zasta­nie w gabi­ne­cie.

Od razu zro­bił na Bar­dzie bar­dzo złe wra­że­nie - zbyt pew­nego sie­bie, aro­ganc­kiego mło­dego czło­wieka - i cho­ciaż pro­fe­sor pra­wie całe życie spę­dził z mło­dzieżą, rzadko spo­ty­kał się z takim bra­kiem sza­cunku.

- Panie pro­fe­so­rze - powie­dział Małecki - przed­sta­wiam panu magi­stra Zenona Ruperta.

Barda podał mu rękę, nie wsta­jąc z fotela, ale odniósł wra­że­nie, że Rupert nie zro­zu­miał tego gestu.

- Zenek - zwró­cił się Małecki do Ruperta - usiądź, będziesz robił notatki z naszej roz­mowy.

- Prawdę mówiąc, wszystko to, co pano­wie za chwilę usły­szą, powinno być objęte klau­zulą "ści­śle tajne". Tak to się mówi? - zapy­tał Barda, choć dobrze wie­dział, co ten ter­min ozna­cza. - Rzecz doty­czy mojego życia i spraw, które nie powinny być zapo­mniane.

Słowa "życia i spraw" zabrzmiały mocno, groź­nie. I chciał, żeby tak wła­śnie zostały ode­brane.

- Roz­ma­wia­łem nie­dawno z moim synem, który od dwu­dzie­stu lat jest wykła­dowcą na Mas­sa­chu­setts Insti­tute of Tech­no­logy. Jemu pierw­szemu opo­wie­dzia­łem tę histo­rię i to wła­śnie on mi dora­dził, bym zwró­cił się z tą sprawą do Insty­tutu Pamięci Naro­do­wej. Przy­znam szcze­rze, panie pre­ze­sie, że nie jest to naj­lep­szy spo­sób zakoń­cze­nia mojej ody­sei, ale nie mam wyboru. - Na chwilę zawie­sił głos. - A może jest to jed­nak jedyny wybór, jakiego teraz mogę doko­nać, bo, jak mówią mi leka­rze, muszę się szybko decy­do­wać.

Pro­fe­sor mówił spo­koj­nie, dobie­ra­jąc słowa, i nie zwra­cał uwagi na reak­cje pre­zesa, a tym bar­dziej sie­dzą­cego za biur­kiem wyły­sia­łego przed­wcze­śnie dok­to­ranta. Miał wra­że­nie, że kręci mu się tro­chę w gło­wie od koniaku, że jesz­cze nie jest gotowy, że może jed­nak nie powi­nien nic mówić.

- Zda­rzyło się to w lipcu czter­dzie­stego trze­ciego roku w lasach na Pole­siu, na połu­dniowy wschód od Grodna. Teraz to jest Bia­ło­ruś. Oddział nasz, wcho­dzący w skład Zgru­po­wa­nia AK na Gro­dzieńsz­czyź­nie, był jed­nostką do zadań spe­cjal­nych. Dowo­dził nim major Sta­ni­sław Wasz­czy­kow­ski, pseu­do­nim "Broda". Wraz z bra­tem zosta­li­śmy wów­czas przy­dzie­leni do tego oddziału, z bez­po­śred­nią pod­le­gło­ścią Bro­dzie. Mój nie­ży­jący już dzi­siaj brat Jan, star­szy ode mnie o cztery lata, był ofi­ce­rem zawo­do­wym WP. Do wrze­śnia trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku słu­żył w Oddziale Dru­gim Sztabu Gene­ral­nego Woj­ska Pol­skiego, Refe­rat Wschód, w War­sza­wie. W chwili wybu­chu wojny był już kapi­ta­nem, ja nato­miast mło­dym pod­cho­rą­żym. Nie będę wcho­dził teraz w szcze­góły, powiem jedy­nie, że zgod­nie z pla­nami ope­ra­cyj­nymi na wypa­dek wojny prze­szli­śmy pod koniec wrze­śnia trzy­dzie­stego dzie­wią­tego, z dobrymi papie­rami, do strefy sowiec­kiej, gdzie mie­li­śmy ocze­ki­wać w ukry­ciu na dal­sze instruk­cje. Miesz­ka­li­śmy w sta­rym domku na przed­mie­ściach Grodna. Gdzieś na prze­ło­mie stycz­nia i lutego tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego roku nawią­zał z nami kon­takt łącz­nik z War­szawy. Od tej chwili do wybu­chu wojny sowiecko-nie­miec­kiej zaj­mo­wa­li­śmy się roz­po­zna­niem i budową orga­ni­za­cji wywia­dow­czej na zaple­czu Rosjan. W szcze­gól­no­ści inte­re­so­wała nas współ­praca nie­miecko-sowiecka, stan przy­go­to­wań ZSRR do wojny i tym podobne sprawy.

Pro­fe­sor mówił płyn­nie, ze swo­bodą. Rupert dokład­nie wszystko noto­wał, ale Małecki już sły­szał takie histo­rie.

- Byli­śmy wtedy pod­ko­mend­nymi Oddziału Dru­giego Komendy Głów­nej ZWZ. Jed­nym z waż­niej­szych zadań, jakie wypeł­nia­li­śmy do chwili wybu­chu wojny, była iden­ty­fi­ka­cja i jeśli zaszła potrzeba - Barda zawa­hał się przez moment - likwi­da­cja współ­pra­cow­ni­ków NKWD oraz wszel­kiego rodzaju rene­ga­tów i dono­si­cieli w naszych sze­re­gach. Pro­wa­dze­nie dzia­łal­no­ści kon­spi­ra­cyj­nej i wywia­dow­czej w tych cza­sach i na tym tere­nie było nad­zwy­czaj trudne, NKWD bowiem miało bar­dzo sprawną i dobrze zor­ga­ni­zo­waną struk­turę oraz liczne grono gor­li­wych współ­pra­cow­ni­ków. Uda­wało nam się unik­nąć pro­wo­ka­cji i aresz­to­wa­nia, gdyż pra­co­wa­li­śmy z bra­tem sami, a naszą łącz­niczką była Hania. Wyjąt­kowa, nie­zwy­kła osoba...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Pomruk czte­rech wiru­ją­cych sil­ni­ków potęż­nego air­busa 340 zapo­wia­dał bli­ski start.

Wraz z grupą spóź­nio­nych pasa­że­rów jako ostatni wszedł na pokład Kon­rad Wol­ski. Ste­war­desa Lufthansy w nie­na­gan­nym gra­na­to­wym kostiu­mie wska­zała mu drogę do prze­działu klasy biz­nes.

Wrzu­cił ple­cak do luku baga­żo­wego i ciężko opadł na fotel przy oknie. Wszyst­kie miej­sca oprócz sąsied­niego były zajęte. Po pra­wej stro­nie, w środ­ko­wym rzę­dzie, sie­dział męż­czy­zna około trzy­dziestki, w bia­łej koszuli, bez kra­wata, i z wyraź­nym zaan­ga­żo­wa­niem pisał na lap­to­pie. Kon­rad przy­glą­dał mu się przez chwilę i pomy­ślał, że jest prze­cież trze­cia w nocy. Będzie tak stu­kał do rana?

- Nie­ważne... - mruk­nął do sie­bie, nieco zre­zy­gno­wany. Nie był w dobrym nastroju, czuł skutki alko­holu wypi­tego przez ostat­nie dwa dni.

Miał nadzieję, że szybko się roz­luźni i zaśnie, że napię­cie i roz­cza­ro­wa­nie bez­owocną akcją w górach Jemenu ustą­pią cho­ciaż na jakiś czas. Od początku wie­dział, że szanse powo­dze­nia są nie­wiel­kie, a nie była to prze­cież jego pierw­sza misja wywia­dow­cza, mimo to obwi­niał się o jej fia­sko.

Przez całą poprzed­nią noc, w miarę roz­bra­ja­nia mini­baru w pokoju 347 hotelu Al Bustan Rotana, Wil­liam Sten­ton sta­rał się mu wytłu­ma­czyć, że to nie jego wina, taki po pro­stu mają zawód. Jed­nakże wraz z upły­wem czasu Kon­rad coraz bar­dziej się roz­rzew­niał, a Wil­liam popa­dał w coraz więk­szą deter­mi­na­cję. Każdy z nich bro­nił swo­jej opi­nii do tego stop­nia, że następ­nego dnia zgod­nie zre­zy­gno­wali ze śnia­da­nia.

Kon­rad lubił pra­co­wać z Wil­lia­mem. Widział, że jest on zupeł­nie inny niż pozo­stali ofi­ce­ro­wie Secret Intel­li­gence Service, a w końcu znał ich wielu - od her­bo­wych ary­sto­kra­tów, walij­skich gór­ni­ków, Irland­czy­ków, Żydów do zadzi­wia­ją­cych lon­dyń­czy­ków, jakich można spo­tkać mię­dzy Bri­xton, Soho a East Endem. Jed­nym z nich był wła­śnie Sten­ton, tro­chę młod­szy od Kon­rada, ale z dużym szpie­gow­skim talen­tem, bez­błędną zna­jo­mo­ścią arab­skiego, pol­skim cwa­niac­twem, odpor­no­ścią Rosja­nina i urodą fiń­skiego chłopa.

To już nasza kolejna wspólna robota, a che­mia wciąż się zga­dza - pomy­ślał. No i dobrze... bo lubię tego Bry­tola!

Miał totalny zamęt w gło­wie. Osą­dził, że sta­now­czo prze­sa­dzili z ilo­ścią czer­wo­nego wina i bur­bona, wypitą pod­czas dwu­go­dzin­nego ocze­ki­wa­nia na lot­ni­sku w Dubaju.

Bill wyle­ciał godzinę wcze­śniej do Lon­dynu - pomy­ślał z zazdro­ścią - a mnie czeka jesz­cze prze­siadka we Frank­fur­cie. W War­sza­wie będę dopiero o jede­na­stej.

Spoj­rzał na zega­rek.

Naj­gor­sza godzina! Reszta dnia stra­cona.

Przez moment mu zaświ­tało, że po dro­dze z lot­ni­ska mógłby wpaść do Agen­cji na Miło­będzką, ale natych­miast zro­zu­miał, że wła­ści­wie nie ma powodu i że takie myśli to zwy­kły odruch Paw­łowa.

Cie­kawe, czy w Wydziale udało się uzy­skać coś nowego w spra­wie tego cho­ler­nego Karola, Safira as-Salama.

Zadzi­wia­jący przy­pa­dek, ten Karol! Po raz kolejny Kon­rad ana­li­zo­wał sprawę i cho­ciaż znał ją tak dobrze jak sie­bie samego, to wciąż nie mógł zna­leźć odpo­wie­dzi na wiele pytań, w tym na naj­waż­niej­sze: Dla­czego? Dla­czego Polak kon­wer­tyta, dwa fakul­tety, pięć języ­ków: arab­ski, fran­cu­ski, angiel­ski, nie­miecki i wło­ski, mistrz walk wschod­nich, został łącz­ni­kiem mię­dzy Al-Kaidą w Jeme­nie i Paki­sta­nie a resztą świata? Co zro­bił, że powie­rzono mu ważną i deli­katną funk­cję zaufa­nego współ­pra­cow­nika Sajeda al-Sza­riego? Musiał udo­wod­nić swoje odda­nie dżi­ha­dowi i Kora­nowi, prze­le­wa­jąc krew nie­wier­nych! To jasne! Ta myśl napa­wała Kon­rada wście­kło­ścią.

Trudno to teraz zwe­ry­fi­ko­wać, ale praw­do­po­dob­nie to on pomógł lokal­nym ter­ro­ry­stom porwać naszego amba­sa­dora w Jeme­nie w 2000 roku. Może to wła­śnie była jego prze­pustka do Al-Kaidy.

Roz­ma­wia­li­śmy ze wszyst­kimi, któ­rzy go znają, i nikt nie potra­fił zna­leźć roz­sąd­nej odpo­wie­dzi. Kim on jest? Dla­czego napi­sał do swo­jej para­fii w Ursu­sie, że wystę­puje z Kościoła kato­lic­kiego? Już tyle mie­sięcy Kon­rad powta­rzał sobie te same pyta­nia. Gdyby znał na nie odpo­wiedź, już dawno dopadłby Karola.

A tu cią­gle to męczące, idio­tyczne "dla­czego?". Przy­pa­dek nie do wyja­śnie­nia, cho­ciaż wszy­scy myślą, że wie­dzą, w czym rzecz. Jak ten mój szef, gene­rał szpie­go­stwa! On też zawsze wszystko wie... Dla­czego kana­dyj­ski geniusz Gerald Bull budo­wał super­działo dla babi­loń­skiego geniu­sza Sad­dama? Dla­czego został zamor­do­wany? Pro­ste pyta­nia, trudne odpo­wie­dzi. Gene­rał zawsze odpo­wiada na pyta­nie "dla­czego?" zda­niami wie­lo­krot­nie zło­żo­nymi i nie jest to odpo­wiedź zaczy­na­jąca się od "nie wiem, ale..." czy "bo to jest tak...". Kon­rad wciąż czuł nie­smak po nie­uda­nym pościgu za Safi­rem bez­dro­żami Sza­bwy i roz­pie­rała go wście­kłość towa­rzy­sząca porażce.

Musi wie­dzieć, że go ści­gamy, ma to prze­cież wkal­ku­lo­wane w swój los, to jego ryzyko! Cóż, sam sobie wybrał... Co też mi cho­dzi po łbie! - obru­szył się. Prze­cież dla­tego znowu zwiał, że wie, iż jest dla nas bez­cenny.

Leżał w opusz­czo­nym fotelu, przy­mknąw­szy powieki, gdy ktoś deli­kat­nie szarp­nął go za ramię.

Ste­war­desa z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem przy­po­mniała o pod­nie­sie­niu fotela i zapię­ciu pasów. Poczuł ulgę, gdy prze­rwała mu te męczące myśli.

Zapiął pas i dopiero teraz zauwa­żył, że tygo­dnie spę­dzone w górach Jemenu i Omanu zdjęły z niego kilka kilo­gra­mów. Jesz­cze przez chwilę się moco­wał, by roz­sz­nu­ro­wać i zdjąć buty trek­kin­gowe, po czym oparł głowę o szybę i obser­wo­wał, jak samo­lot toczy się po pły­cie lot­ni­ska. Przy­ga­sło świa­tło i ciężki air­bus roz­po­czął swój długi roz­bieg, by wresz­cie pode­rwać się do spo­koj­nego, mia­ro­wego lotu.

Prze­le­cia­łem w swoim życiu już chyba na Księ­życ i z powro­tem, ale do star­tów ni­gdy się nie przy­zwy­czaję. Z wyjąt­kiem air­busa 340! - pomy­ślał, wciąż wyglą­da­jąc przez okno w nadziei, że w końcu zoba­czy słynną pal­mową wyspę i mapę świata. Samo­lot jed­nak dopiero się wzno­sił i z tej wyso­ko­ści nie­wiele było widać. Wpa­trzony w widok za oknem, Kon­rad nawet nie zauwa­żył, kiedy zgasł sygnał "zapiąć pasy" i zapa­liło się świa­tło.

Roz­ło­żył fotel, który wychy­lił się nie­mal hory­zon­tal­nie. Lubił latać klasą biz­nes, bo przy jego wzro­ście, pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt, zapew­niała mu odpo­wiedni kom­fort.

Ste­war­desa podała kartę posił­ków. Bez zasta­no­wie­nia zamó­wił rybę i podwójną whi­sky, mając nadzieję, że szybko zaśnie. Obie­cał sobie, że zaraz po powro­cie weź­mie tydzień wol­nego i poje­dzie poże­glo­wać na Mazury. Myśl o jezio­rach i soczy­stej zie­leni bez czter­dzie­sto­stop­nio­wego upału spra­wiła mu wyraźną przy­jem­ność. Poczuł, jak popra­wia się jego nastrój.

Włą­czył moni­tor kina pokła­do­wego i przej­rzał zestaw tytu­łów. Wybrał na chy­bił tra­fił film 300. Tym­cza­sem ste­war­desa przy­nio­sła mu szkla­neczkę whi­sky z brzę­czą­cym lodem. Zało­żył słu­chawki i włą­czył film. Posta­no­wił zacze­kać na posi­łek, a potem oglą­dać tak długo, aż zaśnie.

Nie zasnął. Obej­rzał do końca i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że film zro­bił na nim wra­że­nie. Zaczął się inten­syw­nie zasta­na­wiać, co go tak poru­szyło. Czy to, że komik­sowa, barwna i tan­detna histo­ria trzy­stu Spar­tan nie odbie­gała tak bar­dzo od świata, w któ­rym żył? Świata szpie­gów, wywia­dów, peł­nego kłam­stwa i hipo­kry­zji, choć także przy­jaźni i boha­ter­stwa. Świata, w któ­rym nic nie jest tym, na co wygląda, świata, w któ­rym nie ist­nieją słowa "wiem" i "nie wiem", kolory zaś są kwe­stią umowy. Nie ma nazwisk, tylko imiona, a praw­dziwe są może jedy­nie twa­rze.

Ale w tym fil­mie wszystko wydaje się takie jasne, szczere... Chciał­bym, żeby takie było moje życie, chciał­bym być takim Leoni­da­sem.

Odbie­rał film zmy­słami wyostrzo­nymi przez alko­hol. Odre­ago­wy­wał w ten spo­sób ostat­nie cięż­kie mie­siące. Był to natu­ralny odruch obronny, który pozwa­lał cho­ciaż na krótko wie­rzyć, że świat jest prost­szy i ludzie są lepsi. Że ist­nieją honor, god­ność i zasady. Jak żona, to taka jak Gorgo, jak zdrajca, to taki jak Efial­tes, jak zwierzch­nicy, to tacy jak efo­ro­wie, a moral­ność i poli­tyka, które w fil­mie uosa­biał Teron, oparte na jasnych, pro­stych regu­łach.

Ale tak nie jest i ni­gdy nie będzie. W tym zawo­dzie naprawdę trudno zna­leźć jakiś wyraźny punkt odnie­sie­nia. Trudno więc wie­rzyć także w Boga, o ile to w ogóle moż­liwe. A w zasa­dzie lepiej nie wie­rzyć. Widać zresztą, jak poboż­ność ofi­ce­rów maleje wraz ze wzro­stem ich doświad­cze­nia.

Jeśli szpieg w cokol­wiek wie­rzy, to tylko w to, że może mu się uda - myślał Kon­rad, leżąc w fotelu przy­kryty kocem, i nagle zorien­to­wał się, że nie pamięta, czy zjadł już posi­łek, czy nie. Na oczach miał opa­skę i czuł, że oło­wiane ręce odmó­wi­łyby mu posłu­szeń­stwa, gdyby kazał im się ruszyć.

2

Obu­dził się, lecz pozo­stał jesz­cze w łóżku. Pokój wypeł­niało blade świa­tło roz­po­czy­na­ją­cego się dnia.

Nazy­wam się Hans Jor­gen­sen - pomy­ślał.

- Nazy­wam się Hans Jor­gen­sen - powie­dział pół­gło­sem, akcen­tu­jąc nie­na­tu­ral­nie mocno "H" i "J". - Jestem Duń­czy­kiem i miesz­kam w Szwe­cji.

Zapa­lił lampkę i spoj­rzał na zegar: docho­dziła piąta trzy­dzie­ści. Usły­szał gło­śne trza­śnię­cie meta­lo­wej klapki w drzwiach, gdy dorę­czy­ciel wrzu­cił do środka gazetę. Lubił ten dźwięk, poranny sygnał dnia zapo­wia­da­jący nowe wyda­rze­nia.

W miesz­ka­niu uno­sił się wyraźny aro­mat kawy.

Auto­mat też już się obu­dził - pomy­ślał i poczuł przy­pływ dobrego nastroju.

Jakiś czas leżał jesz­cze w łóżku i myślał o Ingrid, która przez tyle lat parzyła mu kawę dokład­nie o pią­tej trzy­dzie­ści. Odkąd ode­szła, jej rolę prze­jęło to bez­duszne urzą­dze­nie.

Pode­rwał się żwawo, zado­wo­lony, że mimo osiem­dzie­siątki na karku wciąż jest w dobrej for­mie. Wie­dział, że osią­gnął to nie bez wysiłku.

Wyko­nał kilka ćwi­czeń, by roz­luź­nić stę­żałe po nocy mię­śnie. Przy­po­mniał sobie, że nie wyku­pił jesz­cze kar­netu na basen, na który uczęsz­czał regu­lar­nie przez ostat­nie trzy­dzie­ści sie­dem lat.

Wło­żył szla­frok i zaczął przy­go­to­wy­wać śnia­da­nie. Z lodówki wyjął tubkę pasty ryb­nej Kal­les. Przyj­rzał się bli­żej opa­ko­wa­niu i stwier­dził, że wczo­raj upły­nął ter­min przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Sporo jesz­cze zostało, więc wyci­snął tubkę do końca. Wystar­czyło na dwie kromki ciem­nego chleba.

- Jak typowy stary Szwed - powie­dział, cho­ciaż rzadko myślał o sobie w ten spo­sób.

Pod­szedł do drzwi, pod­niósł z pod­łogi gazetę "Sven­ska Dag­bla­det" i jak codzien­nie pod­czas śnia­da­nia zaczął ją prze­glą­dać. Naj­pierw rzu­cił okiem na pierw­szą stronę i tytuły arty­ku­łów. Szybko jed­nak prze­sko­czył do stron z ogło­sze­niami. W dziale "sprze­dam", sunąc pal­cem po tek­ście, przej­rzał uważ­nie anonse na literę "Z". Nie potrze­bo­wał oku­la­rów.

Czyn­ność tę wyko­ny­wał dzień w dzień od czter­dzie­stu trzech lat i ani razu jej nie zanie­dbał. Mimo że z nie­ma­łym tru­dem opa­no­wał obsługę inter­netu, wolał posłu­gi­wać się gazetą.

Prze­pra­co­waw­szy ponad czter­dzie­ści lat jako naczel­nik wydziału Urzędu Imi­gra­cyj­nego w Sztok­hol­mie, odszedł na eme­ry­turę tuż przed kolejną kom­pu­te­ry­za­cją. Wie­dział aż nazbyt dobrze, że nie pora­dziłby sobie w nowych warun­kach. Był jed­nak dumny ze swo­jego przy­wią­za­nia do cze­goś, co nazy­wał tra­dy­cją i zasa­dami Hansa.

Na ostat­nim miej­scu w kolum­nie "sprze­dam" dostrzegł ogło­sze­nie: "Zain­te­re­so­wani szki­cem E. Dahl­ber­gha, Ryga, tel. 0859011678".

Drgnął, poczuł nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Zawsze tak reago­wał, gdy czy­tał ten anons, choć ostat­nio nie zda­rzało się to czę­sto. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, który to już raz.

Nie jestem pewien - pomy­ślał - ale chyba co naj­mniej pięć­dzie­siąty.

Pod­szedł do biblio­teki, wyjął książkę, w któ­rej zazna­czał numery stron odpo­wia­da­jące kolej­nym ogło­sze­niom. Obli­czył, że to jest pięć­dzie­siąte piąte, i aż się zdzi­wił, stwier­dziw­szy, że poprzed­nie uka­zało się zale­d­wie dwa mie­siące wcze­śniej. A był czas, że nie uka­zy­wało się przez dwa lata.

Sta­nął przed lustrem w przed­po­koju i uśmiech­nął się do sie­bie. Miał poczu­cie, jakby satys­fak­cja mie­szała się z mło­dzień­czym wigo­rem. Ten stan, któ­rego doświad­czał cał­kiem czę­sto, koja­rzył mu się zawsze z pega­zem. Nie wie­dział wła­ści­wie dla­czego, ale darzył sym­pa­tią to niby-zwie­rzę, któ­rego tan­detna figurka stała na regale. Ingrid kupiła ją wiele lat temu na targu sta­roci na Skärholmen.

Prze­szedł do salonu. Spoj­rzał na zdję­cie uśmiech­nię­tej Ingrid, obej­mu­ją­cej wysoką syl­wetkę ich syna Carla w gra­na­to­wym mun­du­rze ofi­cera Szwedz­kiej Mary­narki Wojen­nej. Przez chwilę się zasta­na­wiał, gdzie on teraz może być. Od wielu dni nie miał z nim kon­taktu. Ale tak jest zawsze, gdy Carl wyjeż­dża na ćwi­cze­nia.

Musiał zająć się ogło­sze­niem. Wie­dział, że ma na to tylko dwa­na­ście godzin. Nie oba­wiał się żad­nych kom­pli­ka­cji. Był pro­fe­sjo­na­li­stą i ni­gdy się nie pomy­lił.

Spo­koj­nie dokoń­czył śnia­da­nie, powta­rza­jąc w pamięci numer tele­fonu. Przy­cho­dziło mu to z łatwo­ścią dzięki wyćwi­czo­nej zasa­dzie sko­ja­rzeń. Umie­jęt­ność zapa­mię­ty­wa­nia fak­tów, obra­zów, a cyfr w szcze­gól­no­ści, opa­no­wał już dawno i mimo upływu pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat wciąż dosko­nale sobie radził. Był prze­ko­nany, że pomy­lić się nie może. Waż­niej­sze było jed­nak to, że znów zdał swój egza­min z alzhe­imera. Bał się tej cho­roby bar­dziej niż jakiej­kol­wiek innej. Znał ją dobrze, bo zma­gała się z nią Ingrid.

Mimo że od wielu lat był na eme­ry­tu­rze, czuł ogromną potrzebę aktyw­no­ści. Nie prze­szka­dzało mu, że jest teraz wyko­rzy­sty­wany w mniej­szym stop­niu niż daw­niej. Tak czy owak wciąż cie­szył się zaufa­niem i był potrzebny.

- Życie w samot­no­ści wymaga szcze­gól­nego hartu. I ja go mam. Taka samot­ność dłu­go­dy­stan­sowca - mruk­nął pod nosem.

Kolejny raz przy­ła­pał się na tym, że coraz czę­ściej mówi do sie­bie. Znów pomy­ślał o Carlu. Odkąd ode­szła Ingrid, tęsk­nił za nim jesz­cze bar­dziej i tro­chę dał się ponieść emo­cjom.

No pro­szę, zabra­kło mleka do kawy. Ona ni­gdy by o tym nie zapo­mniała - pomy­ślał. Więc co? Mam dzi­siaj dwie sprawy do zała­twie­nia: kupić mleko i odpo­wie­dzieć na ogło­sze­nie.

- Jestem cza­sami tro­chę za bar­dzo cyniczny - powie­dział do sie­bie i stwier­dze­nie to spra­wiło mu przy­jem­ność.

Wziął prysz­nic i ubrał się.

Stał teraz na środku salonu. Lubił go, choć wielu mógł się wyda­wać sta­ro­modny i nie­prak­tyczny. Ni­gdy nie prze­ko­nał się do pro­duk­tów Ikei, bo zawsze odrzu­cała go myśl, że będzie musiał je skrę­cać. Żało­wał jedy­nie, że po odej­ściu Carla z domu sprze­dał wszyst­kie jego meble, tak jakby chciał wyrzu­cić go z pamięci, a to prze­cież nie­prawda.

Nie ma to jak moja przed­wo­jenna komoda - pomy­ślał, patrząc na ponury mebel, który Ingrid kupiła gdzieś na pchlim targu. Prze­cho­dząc obok, prze­je­chał pal­cem po bla­cie, żeby spraw­dzić poziom kurzu.

W przed­po­koju wło­żył zie­loną kurtkę Bar­bo­ura, którą miał od pięt­na­stu lat, i sto­jąc już z klu­czami w ręku, spoj­rzał jesz­cze raz na pokój i kuch­nię. Utrwa­lił ten widok w umy­śle jak na foto­gra­fii. Sta­rał się zapa­mię­tać usta­wie­nie wszyst­kich przed­mio­tów do naj­drob­niej­szego szcze­gółu. Odkąd został sam, zawsze tak robił, kiedy opusz­czał miesz­ka­nie na dłu­żej. Może nie­po­trzeb­nie, ale pod­świa­do­mość nie pozwa­lała mu o tym zapo­mnieć.

Zamknął za sobą drzwi, dwu­krot­nie się upew­nia­jąc, czy zamek zasko­czył. To bar­dziej intu­icja niż prze­zor­ność, ale od czasu wła­ma­nia do sąsia­dów stał się jesz­cze ostroż­niej­szy.

Zszedł z pierw­szego pię­tra i wyszedł na pustą ulicę. Poczuł silne szarp­nię­cie wia­tru. Było już oczy­wi­ste, że tego dnia nie będzie ład­nej pogody. Zaczerp­nął głę­boko powie­trza i poczuł się wyraź­nie oży­wiony.

Pod­szedł do swo­jego wysłu­żo­nego volvo 245, które stało na par­kingu za domem, cho­ciaż nieco dalej miał garaż. Wie­lo­krot­nie myślał o zmia­nie samo­chodu, ale z tym pojaz­dem wią­zały się jego naj­waż­niej­sze wspo­mnie­nia.

Ingrid była znacz­nie lep­szym kie­rowcą niż ja - skon­sta­to­wał i zła­pał się na tym, że coraz czę­ściej ją ide­ali­zuje. To takie typowe dla samot­nego czło­wieka...

Wsiadł do zim­nego samo­chodu, włą­czył sil­nik, ogrze­wa­nie i na końcu radio. Roz­le­gły się dźwięki Sta­bat Mater Vival­diego. Lubił tę kom­po­zy­cję. Wcze­śniej słu­chali jej zawsze z dużej płyty winy­lo­wej pod­czas wiel­ka­noc­nego śnia­da­nia. Przy­po­mniał sobie małego Carla, z opa­da­jącą na oczy jasną czu­pryną, i pogodną Ingrid krzą­ta­jącą się wokół świą­tecz­nego stołu.

Nie sły­szał tego utworu od jej śmierci.

Teraz musiał jechać do swo­jego let­niego domu nad brze­giem morza, kilka kilo­me­trów od miej­sco­wo­ści ?kersberga, na pół­noc od Sztok­holmu.

Gdy uci­chła muzyka, zdał sobie sprawę, że sie­dział w samo­cho­dzie kil­ka­na­ście minut. Miał jesz­cze czas na spraw­dze­nie numeru tele­fonu zamiesz­czo­nego w ogło­sze­niu, ale był zły na sie­bie, że przy­po­mniał sobie o tym tak późno. Wła­ści­wie nic się nie stało, nie­mniej potrak­to­wał to jako ostrze­że­nie: powi­nien być bar­dziej skon­cen­tro­wany.

Jest wcze­śnie rano, muszę się roz­ru­szać - pomy­ślał, odrzu­ca­jąc w ten spo­sób podej­rze­nie, że się sta­rzeje.

Zje­chał na sta­cję ben­zy­nową Shella na Värmevägen, kupił kartę tele­fo­niczną za dwa­dzie­ścia pięć koron i zadzwo­nił z auto­matu. Ode­brała zaspana kobieta, zasko­czona pyta­niem o sztych Dahl­ber­gha. Po chwili, żeby się upew­nić, wyko­nał jesz­cze jeden, tym razem głu­chy tele­fon na ten sam numer. Od początku wie­dział, że nie ma się czym nie­po­koić, ale teraz poczuł się jesz­cze lepiej.

Dojazd do ?kersbergi zajął mu o tej porze trzy­dzie­ści minut.

Wszedł do domu. Rozej­rzał się i od razu nabrał pew­no­ści, że wszystko jest w takim samym porządku jak trzy tygo­dnie temu, kiedy stąd wycho­dził.

Otwo­rzył okna, by wpu­ścić tro­chę świe­żego powie­trza. Wyszedł na taras i ode­tchnął głę­boko. Wsta­wał dzień. Cisza, prze­pla­tana wia­trem i nie­wy­raź­nym odgło­sem mor­skich fal, dzia­łała kojąco.

Po chwili zro­biło mu się zimno. Wszedł do domu, zdjął kurtkę i wło­żył grub­szą, któ­rej uży­wał do pracy w ogro­dzie. Bar­dziej jed­nak nie chciał pobru­dzić swo­jego sta­rego bar­bo­ura, który nie nada­wał się do pra­nia. Był z nim zwią­zany jak z naj­bliż­szym towa­rzy­szem i wcale nie uwa­żał, że to może być śmieszne.

Pod­szedł do włazu w pod­ło­dze, obok wej­ścia do kuchni, i z pew­nym tru­dem go otwo­rzył. Poczuł zna­jomą lekką woń stę­chli­zny.

Czy to może być zapach sta­ro­ści?

- Co za idio­tyzm! - powie­dział do sie­bie po cichu.

Nie lubił słowa "sta­rość" i szybko odpę­dził tę coraz bar­dziej natrętną myśl. Teraz ma się czym zająć, czymś waż­nym, waż­niej­szym niż tak pro­za­iczna sprawa jak sta­rość.

Stał przez chwilę przed ciem­nym i wil­got­nym wej­ściem do piw­nicy. Zszedł jede­na­ście stopni w dół po pra­wie stu­let­nich schod­kach. Potknął się na uszko­dzo­nym dzie­wią­tym stop­niu, ale szybko odzy­skał rów­no­wagę. Zapa­lił świa­tło, cho­ciaż i bez niego tra­fiłby bez­błęd­nie. Przy świe­tle czuł się jed­nak pew­niej. Znowu zapo­mniał ręka­wi­czek. Owi­nął dłoń ręka­wem kurtki i zaczął roz­gar­niać narzę­dzia ogro­dowe.

Nagle odsko­czył. Czarny kosmaty pająk tkwił w bez­ru­chu na ogrom­nej sza­rej paję­czy­nie.

Zawa­hał się tylko sekundę i wymie­rzył sta­ranny cios butem.

- Chyba ni­gdy się z tego nie wyle­czę - wyszep­tał.

Wyda­wało mu się, że już dawno poko­nał tę sła­bość, ale lekka gorycz w ustach wska­zy­wała, że jed­nak nie do końca. Jak przez mgłę zoba­czył nie­bie­ski, nie­do­świe­tlony pokój z dzie­ciń­stwa i pra­wie usły­szał prze­raź­liwy krzyk chłopca sto­ją­cego naprze­ciw bru­nat­nej zasłony, po któ­rej powoli sunął tłu­sty pająk... i śmiech dziew­czynki z war­ko­czami. Olga... Ale nie­wy­raźny obraz szybko się roz­pły­nął.

Powró­cił do pracy. Odsta­wił narzę­dzia i otwo­rzył dobrze zama­sko­wane przej­ście do dru­giego, nie­du­żego, wąskiego pomiesz­cze­nia. Zga­sił świa­tło w piw­nicy i zamknął za sobą drzwi. Teraz mógł włą­czyć świa­tło w bun­krze.

Powiódł ręką po murze, wyczuł nie­zau­wa­żalne dla innych zgru­bie­nie i deli­kat­nie prze­su­nął w prawo kamienną narośl. Kiedy usły­szał zgrzyt, pew­nym ruchem przy­cią­gnął do sie­bie wysta­jący kawa­łek ściany.

Cie­kawe - pomy­ślał - tyle lat, a mecha­nizm działa bez zarzutu. Muszę go jed­nak naoli­wić.

Był dumny ze swo­jego pomy­słu, a jesz­cze bar­dziej z jego reali­za­cji. Poprzed­nia, kla­syczna skrytka, mimo że wyko­nana przez fachow­ców, była, jak się póź­niej oka­zało, bar­dziej zawodna. Słu­żyła mu tylko dzie­sięć lat.

Teraz jest dobrze. Bar­dzo dobrze - pomy­ślał.

Scho­wek miał co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów głę­bo­ko­ści i tyle samo sze­ro­ko­ści. Był za to dość niski.

Z wnę­trza wyjął gruby notat­nik w skó­rza­nej opra­wie i z mosięż­nym zam­kiem szy­fro­wym. Usiadł na krze­śle przy stole, nad któ­rym wisiała meta­lowa lampa ze stu­wa­tową żarówką. Otwo­rzył notat­nik na pierw­szej stro­nie. Od góry, w pię­ciu pierw­szych wier­szach, bie­gły grupy pię­cio­cy­fro­wych odręcz­nych zapi­sów, pozo­stała część kartki była jesz­cze nie­za­peł­niona. Z pojem­nika na stole wybrał zwy­kły, dobrze zaostrzony ołó­wek. Wpi­sał numer tele­fonu z ogło­sze­nia w "Sven­ska Dag­bla­det" i dodał do niego pierw­sze dzie­sięć cyfr zapi­sa­nych powy­żej.

Przy­su­nął się do stołu, opu­ścił lampę i zaczął nasłu­chi­wać odgło­sów z zewnątrz.

Po zsu­mo­wa­niu powstał dwu­krot­nie dłuż­szy nowy zestaw cyfr. Na wyklejce okładki notat­nika znaj­do­wał się tezau­rus, który pozwo­lił odczy­tać tekst poprzez przy­pi­sa­nie kolej­nym dwóm cyfrom odpo­wied­niej litery. Powoli wyło­nił się tekst: "5 dni, miej­sce 12".

Szybko prze­rzu­cił kartki do czer­wo­nej zakładki i spraw­dził, czy pamięć go nie zawo­dzi, choć dobrze pamię­tał miej­sce numer 12 w Visby na Gotlan­dii, które sam przy­go­to­wał.

- Naresz­cie! - wes­tchnął w poczu­ciu zado­wo­le­nia.

Od dłuż­szego już czasu nie otrzy­my­wał ofen­syw­nych zadań ope­ra­cyj­nych, jedy­nie usta­le­niowe czy zabez­pie­cza­jące, choć cza­sami dość skom­pli­ko­wane. Dla­tego już dwu­krot­nie pro­sił Cen­tralę o przy­sła­nie nowych doku­men­tów lega­li­za­cyj­nych. Swoje duń­skie papiery wyko­rzy­sty­wał już wie­lo­krot­nie, toteż za każ­dym kolej­nym razem zwięk­szało się nie­bez­pie­czeń­stwo wpadki.

Się­gnął głę­biej do ciem­nego schowka i wyjął zawi­nięty w naoli­wioną szmatkę pisto­let Wal­ther PP. Roz­wi­nął go, poło­żył na stole i pomy­ślał, że może trzeba go wyczy­ścić. Nie pamię­tał, kiedy robił to ostatni raz. Ni­gdy z niego nie strze­lał. Nie miał emo­cjo­nal­nego sto­sunku do broni. Nawet nie był pewien, czy amu­ni­cja po tylu latach może się jesz­cze do cze­goś przy­dać.

A wła­ści­wie do czego? Cie­kawe, że też się tym nie inte­re­sują - pomy­ślał z prze­ką­sem.

Zawi­nął pisto­let i wło­żył z powro­tem do skrytki. Jed­no­cze­śnie wyjął her­me­tyczną kopertę ze swo­imi doku­men­tami. Spraw­dził je i stwier­dził po raz kolejny, że pasz­port stra­cił już waż­ność. Zaklął. Był pra­wie pewien, że naresz­cie wysłu­chano jego bła­gań i że na Gotlan­dii odbie­rze nowe doku­menty. Od jakie­goś czasu ta sprawa dziw­nie go dener­wo­wała, cho­ciaż zda­rzały się i gor­sze sytu­acje w rela­cjach z Cen­tralą.

No tak! Zro­bił się już ze mnie typowy zgryź­liwy Svens­son! - pomy­ślał z auto­iro­nią.

Tak jak zwy­kle kartkę z roz­szy­fro­waną wia­do­mo­ścią wyrwał z notat­nika i spa­lił w dużej kamien­nej misce. Teraz naj­waż­niej­sza była reali­za­cja zada­nia. Lubił to uczu­cie, wra­że­nie prze­pro­gra­mo­wa­nia. Sta­wał się jakby auto­ma­tem, nie­za­wod­nie pra­cu­jącą maszyną, mecha­nicz­nym cudem daw­nych rze­mieśl­ni­ków, a nie jakimś zapi­sem w pro­gra­mie kom­pu­te­ro­wym.

3

Samo­lot wylą­do­wał w War­sza­wie pięt­na­ście minut przed cza­sem. Pilot poże­gnał się z pasa­że­rami, infor­mu­jąc, że na zewnątrz jest trzy­dzie­ści stopni cie­pła. Roz­wiało się marze­nie Kon­rada o desz­czu i chło­dzie.

Zanim zga­sły sil­niki, w samo­lo­cie zabrzmiały róż­no­barwne sygnały tele­fo­nów komór­ko­wych.

Kon­rad miał dwa ese­mesy. Pierw­szy od Mar­cina - "Cze­kamy" - i drugi od Wil­liama - "W porządku? Ni­gdy wię­cej mie­szanki! Będę za tydzień. OK?". Zdał sobie sprawę, że zapo­mniał o usta­le­niach, jakie zro­bili z Wil­lia­mem w Dubaju. O koniecz­no­ści pil­nego pod­su­mo­wa­nia sprawy Safira i wypra­co­wa­nia jakiejś nowej kon­cep­cji dal­szego dzia­ła­nia.

Myśl o wyjeź­dzie na Mazury, jesz­cze przed chwilą tak miła, stała się nagle nie­re­alna.

Prze­cież muszę napi­sać raport z wyjazdu, co w opty­mi­stycz­nym warian­cie zaj­mie mi przy­naj­mniej tydzień. Nie zdążę się przy­go­to­wać do dys­ku­sji z Wil­lia­mem, a jesz­cze cze­kają na mnie sprawy bie­żące. Z pew­no­ścią w Wydziale nagro­ma­dziło się ich mnó­stwo... ale dzięki Bogu Sara czuwa nad tym wszyst­kim.

W holu przy­lo­tów nowego ter­mi­nalu na Okę­ciu, w sta­łym, dys­kret­nym miej­scu, cze­kał Mar­cin.

Wysoki, w ciem­nych oku­la­rach za mini­mum pół­tora tysiąca zło­tych, z wło­sami zacze­sa­nymi do tyłu za pomocą potęż­nej dawki żelu i kil­ku­dnio­wym zaro­stem, w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze i bia­łym pod­ko­szulku, wyglą­dał jak gro­te­skowy szpieg macho z kosz­mar­nego snu reży­sera pol­skich seriali sen­sa­cyj­nych. Tak się ubrać potra­fił tylko on.

Swoim wido­kiem roz­ba­wił Kon­rada, tym bar­dziej że on sam przy­po­mi­nał teraz Jeffa Cor­wina, poszu­ki­wa­cza przy­gód z kanału Ani­mal Pla­net. Ni­gdy się głę­biej nie zasta­na­wiał, czy to arty­styczna dusza zmu­sza Mar­cina do tych meta­mor­foz, czy też pró­buje on w ten spo­sób wabić kobiety, co prze­cież i tak przy­cho­dziło mu łatwo.

- Witam w ojczyź­nie, sze­fie - rzu­cił Mar­cin na powi­ta­nie i zało­żył oku­lary na czoło jak wło­ski żigo­lak. Wziął od Kon­rada ple­cak i skie­ro­wał się pro­sto do wyj­ścia. - Sara czeka przed ter­mi­na­lem... wia­domo, tu jest zakaz pale­nia - dodał, co było oczy­wi­ste, bo Sara paliła nie­ustan­nie, jed­nak w miarę moż­no­ści sta­rała się prze­strze­gać zaka­zów.

Na zewnątrz było wyjąt­kowo duszno.

Sara stała przy popiel­niczce. Na widok Kon­rada uśmiech­nęła się pogod­nie.

- Naresz­cie jesteś! Stę­sk­ni­li­śmy się za tobą... Jak lot? - zapy­tała z teatral­nym gry­ma­sem, gdy Kon­rad objął ją po przy­ja­ciel­sku. - Czuję i widzę, że tro­chę męczący... Szkoda, że nie dopa­dli­ście tego Safira, ale nie martw się, mamy nowe infor­ma­cje na jego temat. Nie prze­sła­łam ich, bo wyma­gają wery­fi­ka­cji. Sam zresztą oce­nisz. Poza tym to nie takie pilne... ale cie­kawe! - mówiła z szyb­ko­ścią kara­binu maszy­no­wego. - Schu­dłeś! Ładna opa­le­ni­zna! - dorzu­ciła, tak­su­jąc go wzro­kiem.

Wsie­dli do gra­na­to­wego volks­wa­gena touarega zapar­ko­wa­nego w garażu.

- Jedziemy do domu... Kabaty? - zapy­tał Mar­cin z waha­niem.

- A ty myśla­łeś, że dokąd, do roboty? Jedziemy do domu! - odpo­wie­dział Kon­rad.

- Sorry, sze­fie, ale Sara mówiła, że numer dwa od rana dopy­tuje się o szefa. Czy już szef przy­le­ciał... i takie tam. Dla­tego pomy­śla­łem, że... - Urwał w pół zda­nia.

- O co cho­dzi, Saro? - zapy­tał spo­koj­nie Kon­rad. - Prze­cież zna­li­ście ter­min mojego powrotu. Nie poin­for­mo­wa­łaś go?

Był abso­lut­nie pewny, że Sara powia­do­miła numer dwa, czyli zastępcę szefa Agen­cji do spraw ope­ra­cyj­nych, pod­puł­kow­nika Lecha Zabłoc­kiego, z powodu zwa­li­stej syl­wetki powszech­nie zwa­nego Cięż­kim. Od razu zro­zu­miał, że ten chce go widzieć - choć raczej nie w spra­wie Karola - bo jak zwy­kle ma kło­poty z pod­ję­ciem jakiejś decy­zji. Przy­zwy­czaił się już do tego, ale ukry­wał cha­rak­ter i nie­kom­pe­ten­cję Cięż­kiego przed młod­szymi ofi­ce­rami, by nie szko­dzić dodat­kowo i tak już zszar­ga­nemu auto­ry­te­towi służb spe­cjal­nych.

- Oczy­wi­ście, że go poin­for­mo­wa­łam! - odpo­wie­działa sucho Sara, patrząc przez okno. - Jak wrócę do Cen­trali, to zadzwo­nię i powiem, że jesteś zmę­czony po podróży i będziesz jutro o dzie­sią­tej. No, chyba że Ciężki wyzna­czy inny ter­min... A może sam teraz do niego zadzwoń i zamel­duj, że już jesteś - dodała tro­chę ofi­cjal­nie, choć dobrze wie­działa, że tego nie zrobi.

Przez sie­dem lat prze­ko­pała z nim świat od Kam­czatki do Bośni, od Archan­giel­ska do Mom­basy i znała go na tyle dobrze, by mieć pew­ność, że jego sza­cu­nek dla cią­gle zmie­nia­ją­cych się i cza­sem przy­pad­ko­wych prze­ło­żo­nych był w isto­cie sza­cun­kiem dla kraju, przy­ja­ciół i sie­bie samego.

Kon­rad nie zare­ago­wał i było to dla niej oczy­wi­ste.

Mar­cin ostro pro­wa­dził potęż­nego touarega z widoczną rado­ścią dużego dziecka. Kon­rad nie lubił takiej zabawy, ale mu na nią pozwa­lał, przy­naj­mniej do pierw­szego upo­mnie­nia. Teraz jed­nak sta­nęli w nie­koń­czą­cym się korku na skrzy­żo­wa­niu Poleczki i Puław­skiej i Mar­cin cier­piał.

- Byłam dwa tygo­dnie temu w twoim miesz­ka­niu. Umy­łam lodówkę, bo jak zwy­kle zapo­mnia­łeś ją opróż­nić przed wyjaz­dem. Trzeba było wie­trzyć całe miesz­ka­nie po makreli, która wyglą­dała, jakby ją ktoś ubrał we wło­chaty zie­lony kożuch. Smród nie­mi­ło­sierny! - Sara zmie­niła temat. - Mar­cin wysa­dzi mnie przy skle­pie, a cie­bie zawie­zie do domu. Ja tym­cza­sem zro­bię zakupy. Co chcesz do jedze­nia? - zapy­tała.

- Cokol­wiek! - odpo­wie­dział.

Czuł się tro­chę nie­swojo za każ­dym razem, gdy inni, a w szcze­gól­no­ści pod­władni, wyświad­czali mu jaką­kol­wiek przy­sługę. Ale godził się na to. Tłu­ma­czył sobie, że żyją w związku, który nie jest tylko zwy­kłą przy­jaź­nią, i takie gesty są czymś natu­ral­nym, co wiąże ich emo­cjo­nal­nie, bo prze­cież w tym zawo­dzie nie można rzą­dzić za pomocą roz­ka­zów i pole­ceń. Może to tro­chę cyniczne - jak uwa­żał - ale wszy­scy świa­do­mie się na to godzą. Wię­cej! Chcą i potrze­bują tego, bo to odruch samo­obronny przed ciemną stroną ich codzien­nego życia w Wydziale Spe­cjal­nym Q Agen­cji Wywiadu.

To lek­kie, podobne do wstydu skrę­po­wa­nie czuł zawsze wtedy, gdy Sara robiła dla niego o jeden krok wię­cej, niż było to nor­mal­nie potrzebne.

Uczu­cie to towa­rzy­szyło mu od czasu, gdy wyszedł ze szpi­tala w Sara­je­wie i zro­zu­miał, że żyje dzięki niej. Do dzi­siaj nie potra­fił pojąć, jak ta dziew­czyna zdo­łała wycią­gnąć go nie­przy­tom­nego z pło­ną­cego domu, z kulą w nodze, i dowieźć do odle­głego o pięć­dzie­siąt kilo­me­trów Sara­jewa. Ile­kroć pro­sił ją o szcze­góły tam­tych wyda­rzeń, odpo­wia­dała z uśmie­chem: "Zanio­słam cię na rękach, sze­fie".

Za tę i za wiele innych akcji Sara cie­szyła się uzna­niem wszyst­kich ofi­ce­rów, któ­rzy z nią pra­co­wali i znali jej doro­bek. Dla­tego tak naprawdę to ona liczyła się naj­bar­dziej w Wydziale Q, a nie kapi­tan Marek Belik, któ­rego przy­niósł jeden z zakrę­tów histo­rii.

Sara paliła kolej­nego papie­rosa, wydmu­chi­wała dym przez lekko uchy­lone okno samo­chodu i nie widziała, że Kon­rad na nią patrzy. Nie widziała, ale zawsze potra­fiła wyczuć na sobie czyjś wzrok.

Wró­ciła z zaku­pami i wło­żyła je do lodówki. Mar­cin sie­dział w kuchni i prze­glą­dał stary numer "Poli­tyki".

- Zaraz jedziemy! Musisz odpo­cząć - zarzą­dziła zde­cy­do­wa­nie, wcho­dząc do pokoju, gdzie roz­pa­ko­wy­wał się Kon­rad. - Zapalę jesz­cze papie­rosa... na bal­ko­nie... chodź ze mną! Chcę ci coś powie­dzieć - mówiąc to, spoj­rzała na Mar­cina.

Usie­dli w słońcu na bal­ko­nie, a Kon­rad opu­ścił mar­kizę.

- Posłu­chaj... - zaczęła - dzieje się coś dziw­nego. Wydział Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego pro­wa­dzi docho­dze­nie, praw­do­po­dob­nie w spra­wie Mar­cina. Nie mam naj­mniej­szego poję­cia, o co cho­dzi, wiem tylko, że wzy­wali go już kilka razy. Pró­bo­wa­łam z nim roz­ma­wiać, ale unika odpo­wie­dzi i baga­te­li­zuje sprawę. Jestem pewna, że dostał pole­ce­nie, by nic nam nie mówić. To go męczy! Widać jak na dłoni... znasz Mar­cina... Mam też wra­że­nie, że od pew­nego czasu tro­chę się zmie­nił, jakby się cze­goś wsty­dził. Zaczyna mnie to wszystko iry­to­wać, wiesz prze­cież, w jakich ope­ra­cjach w tej chwili uczest­ni­czy. Koń­czy przy­go­to­wa­nia przed wyjaz­dem do Afga­ni­stanu, a to trudna i nie­bez­pieczna akcja, wymaga kon­cen­tra­cji i opa­no­wa­nia. To ja ją nad­zo­ruję, to mój pomysł, moja kon­cep­cja i moje decy­zje. - Sara mówiła szybko, cicho i z głę­boką deter­mi­na­cją. - Mar­cin jest w wyraź­nym stre­sie... i boję się, że może popeł­nić błąd. Nie powinno być żad­nych nie­do­po­wie­dzeń! Ale nie chcia­łam na niego naci­skać i pomy­śla­łam, że zacze­kam na cie­bie.

Nagle zmie­niła ton i zaczęła mówić spo­koj­nie, Kon­rad jed­nak zda­wał sobie sprawę, że takie dwu­znaczne sytu­acje dzia­łają na nią wyjąt­kowo iry­tu­jąco.

- I jesz­cze coś - kon­ty­nu­owała. - Roz­ma­wia­łam z Beli­kiem, pyta­łam go wprost, o co cho­dzi z Mar­ci­nem. Zupeł­nie zlek­ce­wa­żył sprawę, a prze­cież wiesz, że szef WBW jest jego kum­plem. I wła­śnie to mnie zasta­no­wiło! On musi wie­dzieć, o co cho­dzi, ale ukrywa to przede mną, mimo że jestem prze­ło­żoną Mar­cina. - Zga­siła nie­do­pa­lo­nego papie­rosa, co jasno ozna­czało, że jest wście­kła.

- Nie dener­wuj się. Jutro zajmę się tą sprawą - powie­dział uspo­ka­ja­jąco Kon­rad.

Sara zawsze prze­ja­wiała nad­wraż­li­wość na punk­cie lojal­no­ści i zaufa­nia - i nic dziw­nego, bo sama była uczciwa wobec firmy i przy­ja­ciół. Ale nie do końca rozu­miała - lub nie chciała tego zaak­cep­to­wać - że ist­nieje też szara strefa życia wywiadu. Kon­rad takie sprawy zawsze brał na sie­bie, bo chciał chro­nić Wydział przed demo­ra­li­za­cją, teraz jed­nak zro­zu­miał, że na dłuż­szą metę to nie ma sensu. Sara jest zbyt inte­li­gentna, by tego nie widzieć, i już na tyle doświad­czona, że powinna sama się zmie­rzyć z tymi pro­ble­mami - pomy­ślał Kon­rad.

- Jeżeli jest tak, jak mówisz, to naj­praw­do­po­dob­niej sprawa nie doty­czy Mar­cina, tylko Wydziału... może jakiejś naszej sprawy lub kogoś z kie­row­nic­twa. - Zasta­no­wił się przez moment. - Pew­nie mnie, bo, jak widzisz, zajęli się Mar­ci­nem pod­czas mojej nie­obec­no­ści, a szef prze­cież powi­nien o wszyst­kim wie­dzieć... Mogli na mnie zacze­kać. - Zro­bił krótką prze­rwę i po chwili zasta­no­wie­nia rzu­cił już bar­dziej zde­cy­do­wa­nie: - Czuję, o co tu cho­dzi! Ludzie z WBW są wię­cej niż lojalni wobec kie­row­nic­twa, to wia­domo, ale mają zero doświad­cze­nia i kom­pe­ten­cji. Naj­lep­szy dowód, że od razu wyczu­łaś, że coś się dzieje. Może to wła­śnie w tej spra­wie numer dwa chce mnie pil­nie widzieć... Jed­nego jestem pewien: to nie doty­czy cie­bie... nie doty­czy też Belika, z oczy­wi­stych powo­dów. W spra­wach zawo­do­wych Belik jest na przy­zwo­itym pozio­mie, ale ni­gdy nie będzie jed­nym z nas i dobrze o tym wie. Jest już u nas rok, nic sam nie zro­bił, nic nie wymy­ślił i cały czas cho­dzi za naszymi ple­cami do Cięż­kiego... Wiem o tym! Prze­cież muszą o czymś roz­ma­wiać! O czym?! - Kon­rad zdał sobie sprawę, że chyba się zaga­lo­po­wał. - Nie dener­wuj się, Saro. My wiemy dobrze, że nie mamy nic do ukry­cia i że nie popeł­ni­li­śmy żad­nych błę­dów, a błąd w sztuce jest zawsze do obrony.

W rze­czy­wi­sto­ści Kon­rad wie­dział, że nowe kie­row­nic­two Agen­cji Wywiadu, zgod­nie zresztą z panu­jącą w kraju atmos­ferą i nowymi wzo­rami, używa WBW jako oręża do zała­twia­nia swo­ich spraw.

Zawsze tak było, ale tak źle jak teraz to jesz­cze ni­gdy. Wśród kie­row­nic­twa poja­wiają się pierw­sze symp­tomy kom­pleksu Angle­tona1, a to zaczyna już być groźne - pomy­ślał Kon­rad.

Wie­dział, że mimo ofi­cjal­nych zapew­nień Gene­rała, jakoby liczyły się tylko kom­pe­ten­cje zawo­dowe, trzy lata jego służby w wywia­dzie PRL dys­kwa­li­fi­kują wszyst­kie następne i to, co w tym cza­sie zro­bił. Nie czuł żalu, wie­dział, że będzie musiał wkrótce odejść. To jedna z naszych pol­skich para­noi i doty­czy nie tylko wywiadu. Miał poczu­cie zawo­dowego speł­nie­nia i satys­fak­cję, że przy­go­to­wał takich ofi­ce­rów jak Sara, Lutek czy Mar­cin, któ­rzy są nadzieją pol­skich służb spe­cjal­nych, a co naj­waż­niej­sze - jego towa­rzy­szami broni i jedy­nymi przy­ja­ciółmi.

Geh­len2 miał wię­cej szczę­ścia - pomy­ślał z sar­ka­zmem.

- Będziesz roz­ma­wiał z Mar­ci­nem? - zapy­tała Sara, wsta­jąc.

- Nie! Po co? - ock­nął się Kon­rad. - Nie teraz... nie chcę go sta­wiać w nie­zręcz­nej sytu­acji. Zoba­czymy, co sam zrobi - odpo­wie­dział bez emo­cji, bo nie pierw­szy raz spo­ty­kał się z podobną sytu­acją.

- Zbie­raj się, Mar­cin. Jedziemy! Trzeba dać sze­fowi odpo­cząć! - powie­działa Sara gło­śno, sto­jąc już w przed­po­koju.

Mar­cin pode­rwał się tak gwał­tow­nie, że aż prze­wró­cił krze­sło.

- Zacze­kaj, Saro. O czymś zapo­mnia­łem. - Kon­rad wró­cił do pokoju i wyjął z ple­caka nie­dużą paczkę. - To pre­zent! Dla cie­bie... kupi­łem go na suku w Sanie. Ręczna robota. Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Wyjęła z opa­ko­wa­nia inkru­sto­wany mie­dziany dzba­nu­szek.

- Piękny! Dzię­kuję! Pamię­ta­łeś o mnie... to miłe! - powie­działa to tak ser­decz­nie, jak tylko potra­fiła, i poca­ło­wała go w poli­czek.

Gdy wycho­dzili, Kon­rad wyszep­tał Mar­ci­nowi do ucha:

- Zrób coś ze sobą, to nie jest twój styl!

Zmru­żył oko, pokrę­cił głową i wło­żył mu do kie­szeni wore­czek z her­batą imbi­rową.

4

Drogę do Visby prze­ćwi­czył wcze­śniej wie­lo­krot­nie, więc nie musiał się spe­cjal­nie przy­go­to­wy­wać. Prawdę mówiąc, znał ją na pamięć.

Do Nynäshamn, skąd odcho­dził prom na Gotlan­dię, udał się kolejką pod­miej­ską z prze­siadką w Västerhaninge. Zajęło mu to pół­to­rej godziny. Mógł oczy­wi­ście jechać samo­cho­dem, ale trwa­łoby to znacz­nie dłu­żej.

Może gdyby... Ingrid! Przy oka­zji poje­cha­li­by­śmy na F?rö, na spa­cer wzdłuż rau­ków3 - prze­mknęło mu przez myśl.

Cza­sami zabie­rał ją na takie wyjazdy. Dla niej to były tylko jego dele­ga­cje albo mniej lub bar­dziej spon­ta­niczne wycieczki. Ni­gdy niczemu się nie dzi­wiła i przyj­mo­wała wszyst­kie jego pomy­sły jak coś natu­ral­nego.

Do Visby dopły­nął szyb­kim pro­mem SF 1500 linii Desti­na­tion Gotland w ciągu trzech godzin i dwu­dzie­stu minut. Pod­czas podróży obej­rzał film, lecz nie pró­bo­wał nawet wczuć się w jego akcję i teraz nie potra­fiłby nawet powie­dzieć, o co w nim cho­dziło. Morze było sil­nie wzbu­rzone, więc po pół­go­dzi­nie pomruk sil­ni­ków zaczął dzia­łać usy­pia­jąco.

Nie lubił szyb­kich pro­mów.

W bufe­cie, gdzie za jedyne towa­rzy­stwo miał ponu­rego har­ley­owca, zjadł klop­siki z sałatką ziem­nia­czaną. Zanim wcze­snym popo­łu­dniem zszedł z promu, krótko podzi­wiał z gór­nego pokładu piękny widok śre­dnio­wiecz­nego Visby, któ­rego mury miej­skie zawsze koja­rzyły mu się z Car­cas­sonne, gdzie był z Ingrid w 1963 albo 1964 roku.

Z promu zszedł wprost na ulicę Färjeleden. Minął po lewej stro­nie port jach­towy, nad któ­rym koły­sało się na sil­nym wie­trze kil­ka­dzie­siąt meta­lo­wych masz­tów. Wokół niósł się ostry dźwięk ude­rza­ją­cych o nie sta­lo­wych linek.

Skrę­cił lekko w prawo i jesz­cze przez chwilę szedł wąskimi ulicz­kami. Porywy sie­ką­cego desz­czem zim­nego wia­tru, zupeł­nie nie­ty­po­wego dla Gotlan­dii o tej porze roku, pró­bo­wały wyrwać mu z ręki duży czarny para­sol.

Szedł pro­sto do dobrze zna­nego mu hotelu Cla­rion Wisby na Strand­ga­tan 6, który stał tuż obok portu, lecz już w obrę­bie murów miej­skich, i utrzy­many był w stylu śre­dnio­wiecz­nego zajazdu.

Dostał jed­no­oso­bowy pokój z oknem wycho­dzą­cym na port widoczny nad pej­za­żem stro­mych czer­wo­nych dachów oko­licz­nych kamie­ni­czek.

Wziął szybki prysz­nic. Wło­żył koszulę i spodnie, po czym wycią­gnął się na łóżku przy­kry­tym szarą narzutą. Potrze­bo­wał teraz kilku minut relaksu, zanim pój­dzie na spa­cer. Do miej­sca, które zawsze odwie­dzał, kiedy był na Gotlan­dii.

Nie­da­leko od murów obron­nych, na wschód, stoi nie­duży kamienny krzyż. Z tru­dem już można odczy­tać wykuty na nim napis: "Roku Pań­skiego 1361 Goci wpa­dli w ręce Dunów. Świeć, Panie, nad ich duszą". Ten napis i to miej­sce maso­wego mordu doko­na­nego na miesz­kań­cach Gotlan­dii miały dla niego szcze­gólne zna­cze­nie.

Zło­żył pod krzy­żem kupioną po dro­dze czer­woną gotlandzką różę i wyszep­tał: "Pamię­tam o tobie, Olgo". Spę­dził tam dwie, może trzy minuty i tą samą drogą wró­cił do hotelu.

W restau­ra­cji zjadł lekką kola­cję i resztę dnia spę­dził w pokoju, czy­ta­jąc kolejną książkę Petera Englunda - tym razem był to Nie­zwy­cię­żony. Nawet nie zauwa­żył, kiedy zasnął.

Rano wstał w wyjąt­kowo dobrym nastroju, jak zwy­kle o pią­tej trzy­dzie­ści, i przed szó­stą był już gotowy. Wło­żył sto­no­wane pista­cjowe spodnie chino, pod­ko­szu­lek, grubą białą koszulę z koł­nie­rzy­kiem na guziki i żeglar­skie buty firmy Green-Red. Wia­trówkę na zamek bły­ska­wiczny wziął w rękę.

Miał jesz­cze czas do hote­lo­wego śnia­da­nia, wysta­wia­nego o szó­stej. Posta­no­wił zatem obej­rzeć miej­sce, które było celem jego przy­jazdu. Wcze­śniej pla­no­wał, że zrobi to po śnia­da­niu, ale pro­gnoza pogody na ten dzień, zamiesz­czona w "Sven­ska Dag­bla­det", nie zapo­wia­dała niczego dobrego.

Zanim ruszył, posie­dział jesz­cze chwilę, wygod­nie roz­party, w sty­lowo urzą­dzo­nym ogro­dzie zimo­wym, pró­bu­jąc dostrzec niebo przez szklany dach.

Miej­sce, które miał odwie­dzić, odda­lone było od hotelu o zale­d­wie trzy­sta metrów. Szło się tam sze­roką jak na Visby Strand­ga­tan lub labi­ryn­tem wąskich zauł­ków i przejść, by dotrzeć w końcu do roz­le­głego parku, gdzie tutejsi miesz­kańcy i tury­ści obcho­dzą czerw­cowy Mid­som­mar. O tej porze dnia było to jesz­cze odludne miej­sce.

Nie­zwy­kłe... jak dobrze pamię­tali o wybo­rze odpo­wied­niej pory roku - pomy­ślał z zado­wo­le­niem Hans Jor­gen­sen.

Więk­szą część parku zaj­mo­wał ogród bota­niczny, a w nim, obok ruin małego romań­skiego kościoła Świę­tego Olafa, stała nie­duża altana spo­wita gęstym listo­wiem dzi­kiego wina. Było szaro i mimo że słońce już dawno wze­szło, nie dawało się okre­ślić, która może być godzina.

Na pobli­skiej Stu­den­tal­len, bie­gną­cej wzdłuż wewnętrz­nej strony murów, poja­wili się nie­liczni prze­chod­nie. Pomy­ślał, że na pro­me­na­dzie nad morzem musi wiać jesz­cze moc­niej. Uważ­nie obser­wo­wał oko­licę i sta­rał się zacho­wy­wać jak typowy star­szy pan na poran­nym spa­ce­rze.

Intu­icja, a może raczej suma zespo­lo­nych zmy­słów, pod­po­wia­dała mu, że wszystko jest w porządku. Nie zauwa­żył niczego nie­po­ko­ją­cego.

Spo­koj­nym, wyraź­nie zre­lak­so­wa­nym kro­kiem wró­cił do hotelu tą samą drogą, nie­znacz­nie tylko ją mody­fi­ku­jąc.

Coraz licz­niejsi prze­chod­nie przy­po­mi­nali, że dzień wstał już na dobre. I cho­ciaż słońca nie było, to deszcz rów­nież prze­stał padać.

Wyszedł z hotelu koło połu­dnia. Na początku krą­żył wąskimi, krę­tymi ulicz­kami sta­rego mia­sta. Impro­wi­zo­wał, potra­fił to robić, czuł, jakby miał to we krwi. Doświad­cze­nie i pew­ność sie­bie budo­wały w nim spo­kój i wewnętrzną rów­no­wagę. Był skon­cen­tro­wany jak sza­chi­sta, który ma przed sobą słab­szego prze­ciw­nika i wie, że wygra.

Przy­sta­wał przed witry­nami, zatrzy­mał się, by zawią­zać but lub wyrzu­cić chu­s­teczkę. Wyko­rzy­sty­wał każde natu­ralne miej­sce, które pozwa­lało mu na obser­wa­cję oto­cze­nia. Nie­liczni prze­chod­nie nie wzbu­dzali jego podej­rzeń. Mecha­nizm wewnętrz­nej samo­kon­troli pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach, ryt­micz­nie i pew­nie.

Od wyj­ścia z hotelu minęło około czter­dzie­stu pię­ciu minut. Nie musiał się spie­szyć ani tym bar­dziej spraw­dzać czasu, by wła­ści­wie zre­ali­zo­wać to, co zapla­no­wał. Musiał jed­nak być pewny, że zrobi to bez­piecz­nie.

Wyszedł z wąskiej uliczki na Store Torg i wszedł do kawiarni, jed­nej z nie­licz­nych czyn­nych o tej porze w mie­ście.

Był jedy­nym gościem, wybrał miej­sce przy oknie, z któ­rego miał widok na cały duży plac, kamienny szkie­let kościoła po lewej, schod­kową fasadę śre­dnio­wiecz­nego budynku z napi­sem "Gutekällaren" i rząd zapar­ko­wa­nych samo­cho­dów. Zawsze go dener­wo­wało, że wła­dze mia­sta godzą się na par­ko­wa­nie wozów na naj­ład­niej­szym placu.

Zaczął padać deszcz. Prze­je­chał zmok­nięty rowe­rzy­sta i prze­szła para sta­rusz­ków sku­lona pod wiel­kim sza­rym para­so­lem. Przez następne dwa­dzie­ścia minut na placu poja­wiło się kilka naj­wy­raź­niej zupeł­nie przy­pad­ko­wych osób.

Poczuł się pew­nie. Wie­dział już, że nikt go nie śle­dzi. Posta­no­wił, że prze­czeka deszcz i dopiero potem ruszy dalej. Wypił dwie fili­żanki kawy i poroz­ma­wiał ze śnia­dym wła­ści­cie­lem lokalu.

Po pół­go­dzi­nie prze­stało padać i nie­mal od razu poja­wiły się słabe pro­mie­nie słońca. Wyszedł z kawiarni i skrę­cił w lewo, stromo pod górę, w Sant Drot­tens­ga­tan. Zatrzy­mał się na chwilę przed wystawą jubi­lera, skąd miał dobry widok w dół na drogę, którą prze­szedł.

- Czy­sto, czy­sto, czy­ściu­teńko - powie­dział pół­gło­sem z wyraź­nym zado­wo­le­niem.

Robiło się coraz sło­necz­niej i zza chmur prze­świe­cały już inten­syw­nie nie­bie­skie frag­menty mor­skiego nieba. Klu­czył jesz­cze chwilę ulicz­kami w pobliżu murów i oglą­dał wystawy skle­pów, coraz bar­dziej skra­ca­jąc odle­głość od miej­sca prze­zna­cze­nia. Ściany domów ginęły wśród cięż­kich kiści czer­wo­nych gotlandz­kich róż.

Poczu­cie bez­pie­czeń­stwa spo­wo­do­wało, że przez chwilę pozwo­lił sobie na mimo­wolne roz­luź­nie­nie i utratę czuj­no­ści. Skar­cił się natych­miast za ten prze­jaw bez­tro­ski. Wolał nie myśleć, jak jego brak pro­fe­sjo­na­li­zmu mógł się odbić na karie­rze Carla.

Dotarł do Bramy Wschod­niej. Na placu, przed wej­ściem na stare mia­sto, krę­ciło się już wielu tury­stów. Wszedł do pobli­skiego lokalu Ali's Kiosk & Grill.

O tej porze roku w Visby mało kto tu zaglada. Świet­nie! - pomy­ślał.

Był sam. Usiadł w rogu sali, by mieć na oku wej­ście do lokalu. Zjadł sałatkę z rukoli i wypił lek­kie piwo. Zajęło mu to trzy­dzie­ści minut i w tym cza­sie nikt nie wszedł do środka. Uznał, że sytu­acja doj­rzała już na tyle, że powi­nien przy­stą­pić do reali­za­cji zada­nia.

Ścieżką wzdłuż murów obron­nych udał się do Bramy Pół­noc­nej, przez którą mógł wejść do parku, a potem do ogrodu bota­nicz­nego. Nie pomy­ślał jed­nak, że po desz­czu ścieżka będzie grzą­ska, i mocno zabło­cił buty. Był za to tro­chę zły na sie­bie, ale szedł dalej. Zaczął nawet przy­spie­szać kroku, chciał mieć to już za sobą, jak naj­szyb­ciej, a może bar­dziej chciał wie­dzieć, co tam jest!

Napię­cie i stres ostat­nich kil­ku­na­stu godzin dawały już o sobie znać i przez moment pomy­ślał, że nie może nad sobą zapa­no­wać.

- To prze­cież nor­malne - uspo­koił się.

Poczuł dreszcz prze­bie­ga­jący po ple­cach. Miał wra­że­nie, że myśli mu ucie­kają. Frag­menty wspo­mnień i wra­żeń zaczęły się mie­szać. Prze­stra­szył się, że za chwilę zacznie biec, a prze­cież nie mógł tego zro­bić.

Przy­po­mniał sobie, jak mały Carl, w krót­kich spoden­kach i ze łzami w oczach, nie chciał się usta­wić do zdję­cia.

Prze­szedł przez Bramę Pół­nocną i znów zna­lazł się w obrę­bie murów. Po kil­ku­dzie­się­ciu metrach przez niską żela­zną furtkę wszedł do parku. Spo­koj­nym, wyćwi­czo­nym kro­kiem prze­mie­rzał asfal­towe alejki. Minął młodą kobietę z wóz­kiem, pochło­niętą roz­mową przez tele­fon komór­kowy. Nikogo wię­cej nie zauwa­żył.

Po kil­ku­na­stu minu­tach zbli­żył się do altany. Jesz­cze raz się zatrzy­mał, pod­cią­gnął skar­petkę i zlu­stro­wał oto­cze­nie. Czuł lek­kie stę­że­nie mię­śni. Wszedł do środka i po pra­wej stro­nie, na wyso­ko­ści głowy, zoba­czył zawie­szoną żółto-zie­loną kulę, która wyglą­dała jak pokarm dla pta­ków.

Dooobrze! Wszystko w porządku! Teraz szybko i dokład­nie... - pomy­ślał, nieco uspo­ko­jony tym wido­kiem.

Wycią­gnął z kie­szeni kurtki czarne skó­rzane ręka­wiczki i szybko je wło­żył. Zde­cy­do­wa­nym ruchem, może tro­chę zbyt ner­wowo, zerwał kulę. Roz­darł ją i wyjął ze środka małą czarną tulejkę, którą zaci­snął mocno w dłoni.

Nagle po dru­giej stro­nie altany usły­szał zbli­ża­jące się szybko kroki. Poczuł ucisk w żołądku i na chwilę znie­ru­cho­miał. Nic nie widział. Deli­kat­nie roz­su­nął gęste liście pokry­wa­jące altanę i zauwa­żył syl­wetkę śmie­cia­rza w nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie. To był zły znak i Hans nie mógł opa­no­wać wście­kło­ści.

Wró­cił do hotelu, naru­sza­jąc zasady bez­pie­czeń­stwa, ale to nie­spo­dzie­wane spo­tka­nie wytrą­ciło go z rów­no­wagi, czym sam był zasko­czony.

Zamknął drzwi od wewnątrz i zabez­pie­czył łań­cusz­kiem. Usiadł za biur­kiem. Ostroż­nie zła­mał u nasady szklaną tulejkę. Wyjął z niej cen­ty­me­trowy papie­rowy rulo­nik i roz­wi­nął deli­kat­nie.

Kartkę w cało­ści wypeł­niały pię­cio­cy­frowe liczby wyso­ko­ści dwóch mili­me­trów. Kan­tem dłoni roz­pro­sto­wał papier i poło­żył na nim szybkę, którą przy­wiózł ze sobą. Tezau­rus znał na pamięć i mógł roz­szy­fro­wać tekst prędko i bez­błęd­nie. W miarę jak zesta­wiał litery, na jego twa­rzy coraz wyraź­niej poja­wiało się zdu­mie­nie. Cze­goś podob­nego już dawno nie robił!

Zdzi­wił się nawet tro­chę, dla­czego on, ale poczu­cie satys­fak­cji i roz­luź­nie­nie z łatwo­ścią stłu­miły te myśli. Cze­kała go prze­cież cie­kawa podróż.

Nauczył się pro­stego tek­stu na pamięć, ale dla pew­no­ści zro­bił kilka kodo­wa­nych nota­tek. Dopiero potem zdał sobie sprawę, że w instruk­cji nie ma ani słowa o jego nowych doku­men­tach.

Zaklął.

5

Posta­no­wiła, że dzi­siaj położy się wcze­śniej. Była zmę­czona kie­ro­wa­niem Wydzia­łem pod nie­obec­ność Kon­rada. Dla­tego tro­chę ją dotknęło, że wyra­ził się pozy­tyw­nie o umie­jęt­no­ściach Belika. Ona naj­le­piej wie­działa, że ten facet nie ma zie­lo­nego poję­cia o ofen­syw­nym wywia­dzie ope­ra­cyj­nym, o ope­ra­cjach spe­cjal­nych. Przy­cho­dził do niej ze wszyst­kim, z każ­dym pyta­niem, z każdą sprawą, a doku­menty trzeba było po nim cią­gle popra­wiać. Ale był kum­plem Cięż­kiego, zastępcy szefa Agen­cji!

Sara ukry­wała tro­chę nie­kom­pe­ten­cję Belika, żeby chro­nić Kon­rada. Miał tyle spraw na gło­wie. Cza­sami był tak wybu­chowy i nie­obli­czalny, że mógł nawet nie zauwa­żyć, iż szko­dzi sobie samemu.

Kon­rad Wol­ski - mniej­sza o to, jak brzmiało jego praw­dziwe nazwi­sko - był naj­waż­niej­szą osobą w jej życiu, które, jeśli nie liczyć krót­kiego dzien­ni­kar­skiego epi­zodu, zwią­zała z wywia­dem. Rok wcze­śniej zakoń­czyła luźny zwią­zek z pochop­nie odświe­żoną sym­pa­tią ze szkoły śred­niej. Od tego czasu nie miała życia pry­wat­nego, a jej cały świat kon­cen­tro­wał się wokół pracy i dzie­lił na swo­ich i obcych.

W wywia­dzie ope­ra­cyj­nym słu­żyła już trzy­na­ście lat i też nie nazy­wała się Kor­ska. Nie miało to zresztą żad­nego zna­cze­nia. Nazwi­sko to ostat­nia rzecz, jaka iden­ty­fi­kuje ofi­cera wywiadu.

Kiedy roz­po­czy­nała współ­pracę z Kon­ra­dem, miała już swoje osią­gnię­cia, poważne wer­bunki agen­tury na Wscho­dzie. Dopiero jed­nak przy nim poczuła smak odpo­wie­dzial­no­ści za trudne i nie­bez­pieczne ope­ra­cje. W gro­nie naj­bliż­szych opo­wia­dała cza­sami, jak to wszystko się zaczęło.

Sie­dem lat temu, gdy wró­cił do Pol­ski po kilku latach pracy gdzieś za wschod­nią gra­nicą, Wydział Q jesz­cze nie ist­niał. Ni stąd, ni zowąd Kon­rad poja­wił się w ówcze­snym Wydziale XX, który uzna­wała za obszar swo­jej wyłącz­nej domi­na­cji.

Czę­sto widy­wali się na kory­ta­rzu. Ale Kon­rad ni­gdy nie mówił jej "dzień dobry" ani nie zwra­cał na nią spe­cjal­nej uwagi. Uznała go więc za zaro­zu­mia­łego gbura i palanta. I nie pomo­gło mu nawet to, że był naj­przy­stoj­niej­szy, nie tylko na tym kory­ta­rzu. Któ­re­goś dnia wezwał ją ówcze­sny szef Wydziału, który znał Kon­rada jesz­cze z nie­słusz­nych cza­sów PRL, i zapy­tał, czy chcia­łaby z nim pra­co­wać. Odpo­wie­działa, nie­mal krzy­cząc: "Ni­gdy! Z takim cha­mem?!".

Szef zapro­po­no­wał jej wtedy układ: "Popra­cuj mie­siąc z Kon­ra­dem. Jeśli po tym cza­sie na­dal będziesz uwa­żała, że to palant i gbur, wyco­fam cię natych­miast".

- Ni­gdy już do niego nie przy­szłam - koń­czyła zwy­kle swoją histo­ryjkę, któ­rej nie znał tylko Kon­rad.

Podo­bał jej się także jako męż­czy­zna, cho­ciaż potra­fiła to zręcz­nie masko­wać. Musiał się podo­bać rów­nież innym kobie­tom. Miał swój ory­gi­nalny styl, i w stroju, i w zacho­wa­niu, nie­moż­liwy do sko­pio­wa­nia. Wysoki, może nawet za bar­dzo, o wyćwi­czo­nej szczu­płej syl­wetce, z czar­nymi wło­sami z nie­znaczną domieszką sre­bra i sinym zaro­ście, nawet rano.

Sara widziała jego zdję­cia z cza­sów, gdy miał dwa­dzie­ścia pięć, trzy­dzie­ści lat, i ni­gdy nie zamie­ni­łaby go na tę wcze­śniej­szą wer­sję. Podo­bało jej się też samo imię. Nie wie­dzieć czemu dosko­nale paso­wało do jego śród­ziem­no­mor­skiej urody, cho­ciaż miała uza­sad­nione powody, by uwa­żać, że to raczej semicki typ. To był jedyny Kon­rad, jakiego kie­dy­kol­wiek spo­tkała, i cza­sem bała się, że może natra­fić na innego.

Ufała mu bez­gra­nicz­nie, bo po latach znała go lepiej, niż on sam sie­bie, i wie­działa, jaki jest naprawdę. Spra­wiało jej satys­fak­cję, że pra­cuje z czło­wie­kiem, któ­rego ofi­ce­ro­wie darzą praw­dzi­wym sza­cun­kiem.

W spra­wach zawo­do­wych był zdolny do nie­zwy­kłych czy­nów, pomy­słowy i nie zawsze wystar­cza­jąco cier­pliwy. W spra­wach oso­bi­stych, małych spra­wach dnia codzien­nego, nie­za­radny jak dziecko. Zupeł­nie tego nie zauwa­żał. Zawsze wyglą­dał na skon­fun­do­wa­nego, gdy zorien­to­wał się, że mu poma­gała. A ona prze­cież zarzą­dzała całym sys­te­mem "opieki spe­cjal­nej nad sze­fem", który obej­mo­wał pra­wie wszyst­kich ofi­ce­rów Wydziału Spe­cjal­nego Q, o czym Kon­rad rów­nież nie miał poję­cia. Robili to z przy­jem­no­ścią i peł­nym odda­niem, bo każdy z nich zali­czył już z sze­fem ostrą robotę za gra­nicą i wie­dział, że może na niego liczyć, na jego doświad­cze­nie i przy­jaźń. Dla nich nie miało zna­cze­nia, że był w wywia­dzie PRL, cho­ciaż wszy­scy przy­szli do służby już po 1990 roku.

Sara Kor­ska miała za sobą początki dobrze zapo­wia­da­ją­cej się kariery dzien­ni­kar­skiej. Począt­kowo w pra­sie niszo­wej, która szybko oka­zała się tubą pol­skich nacjo­na­li­stów. Współ­pracę zakoń­czyła, nie pobie­ra­jąc nawet wyna­gro­dze­nia. Potem pra­co­wała przez rok w "Rzecz­po­spo­li­tej" i jakiś czas w "Gaze­cie Wybor­czej". Szybko jed­nak zorien­to­wała się, że ten zawód nie daje ocze­ki­wa­nej satys­fak­cji, nie sta­wia przed nią wyzwań, a była wtedy znacz­nie bar­dziej naiwną ide­alistką, niż jest teraz. Zgło­siła się wów­czas jako wolon­ta­riuszka do pracy w obo­zach dla uchodź­ców w Suda­nie. Otrzy­mała już przy­dział, gdy prze­czy­tała w gaze­cie ogło­sze­nie o nabo­rze do Agen­cji Wywiadu.

Praca w wywia­dzie była jak przej­ście do świata nowych war­to­ści, praw­dzi­wej przy­jaźni. Mimo że na co dzień obcu­jesz tam z bru­dami, sam musisz pozo­stać czy­sty.

Zaufała po raz pierw­szy męż­czyź­nie, star­szemu o dzie­więć lat. Powie­działa mu o sobie wszystko już na samym początku zna­jo­mo­ści, kiedy czuła, że potrze­buje opieki, i ni­gdy potem się na nim nie zawio­dła.

Tyle lat! Cza­sami ogar­niał ją strach, gdy pomy­ślała, że może go zabrak­nąć. Wtedy, jak na fil­mie w HD, prze­wi­jały się w jej pamięci obrazy z Bośni, kiedy przez pięć kilo­me­trów cią­gnęła go w nocy, nie­przy­tom­nego, na spa­ce­rówce do pierw­szego poste­runku wojsk ONZ w Zenicy i nikt nie chciał jej pomóc. Pamię­tała strach, omdle­wa­jące od wysiłku ręce i wła­sny krzyk odbi­ja­jący się od pustych domów.

Teraz była zła na sie­bie, że znów przy­wo­łała te wspo­mnie­nia przed snem, i zła­pała się na tym, że zda­rza jej się to coraz czę­ściej. Jak jakiś zły znak, zła wróżba.

6

Moskwa, paź­dzier­nik 1939

- Towa­rzy­szu Zaru­bin, przy­stąp­cie do refe­ro­wa­nia. Ocze­ku­jemy od was jasnego przed­sta­wie­nia sprawy. Jeste­ście doświad­czo­nym, inte­li­gent­nym ofi­ce­rem wywiadu, więc liczymy, że wasza infor­ma­cja pozwoli nam wycią­gnąć wła­ściwe wnio­ski. Nie muszę wam chyba mówić, że sprawa pol­ska ma teraz dla kie­row­nic­twa par­tii i oso­bi­ście towa­rzy­sza Sta­lina nad­zwy­czajne zna­cze­nie. Zawsze miała, ale teraz ma szcze­gól­nie! - zakoń­czył swoje lekko pate­tyczne przy­wi­ta­nie Ław­rien­tij Beria.

Nie ocze­ki­wał na reak­cję Zaru­bina. Znał go słabo i trudno mu było pole­gać na opi­nii Jeżowa, ale krą­żące na Łubiance opo­wie­ści o wyjąt­ko­wym pro­fe­sjo­na­li­zmie i stos dono­sów, które nazy­wały go bez­względ­nym, gru­biań­skim i nie­obli­czal­nym karie­ro­wi­czem, w zupeł­no­ści wystar­czały. Lubił wła­śnie takich, nie zno­sił ide­owych cze­ki­stów.

Beria sie­dział za dłu­gim sto­łem, nakry­tym zie­lo­nym suk­nem, pośrodku trzy­oso­bo­wej komi­sji kie­row­nic­twa NKWD. Patrzył Zaru­bi­nowi pro­sto w oczy i obra­cał w pal­cach ostro zatem­pe­ro­wany ołó­wek.

W sali wisiała chmura papie­ro­so­wego dymu i cho­ciaż nie było to małe pomiesz­cze­nie, Zaru­bin, kiedy tylko wszedł, zdał sobie sprawę, że pierw­sze trzy mózgi NKWD musiały tutaj spę­dzić już dłuż­szy czas.

Sądzą, że wie­dzą, co trzeba robić! - pomy­ślał pewny sie­bie. Zoba­czymy, jak poznają szcze­góły. Prze­cież ani Beria, ani kie­row­nic­two INO4 nie mieli nawet czasu zapo­znać się szcze­gó­łowo z tema­tem. I to jesz­cze potrwa. Zaję­cie zachod­niej Ukra­iny i Bia­ło­rusi pla­no­wane było prze­cież od dawna. Plan awa­ryjny, nad któ­rym tak się napra­co­wa­łem, po odej­ściu Jeżowa i jego ludzi zagi­nął. Stało się zatem bar­dzo... bar­dzo... dobrze, nie ma doku­men­tów! - roz­wa­żał z poczu­ciem satys­fak­cji. Jeżow jesz­cze żyje, ale to już pew­nie tylko kwe­stia dni. Czyli... towa­rzy­sze... teraz ja będę pocią­gał za sznurki, a to w tych cza­sach i przy tym sze­fie prze­pustka do prze­trwa­nia. Obu­dzili się nagle! I to oso­bi­ście towa­rzysz Sta­lin! A więc? Dosko­nale! - skon­sta­to­wał ze szcze­rym sza­cun­kiem dla sie­bie major bez­pie­czeń­stwa pań­stwo­wego Wasi­lij Michaj­ło­wicz Zaru­bin, cze­ki­sta z dzie­więt­na­sto­let­nim sta­żem i ręką wręcz stwo­rzoną do nagana.

Sie­dział teraz na krze­śle wypro­sto­wany, tak by poka­zać wzo­rowo skro­jony i dopa­so­wany mun­dur. Dbał o wygląd i wyma­gał tego samego od pod­wład­nych.

Ostre jesienne słońce wpa­dało przez duże brudne okno i świe­ciło Zaru­bi­nowi pro­sto w oczy. Z tru­dem powstrzy­my­wał gry­mas i nie mógł dostrzec twa­rzy człon­ków komi­sji, sie­dzą­cych sze­re­giem, ple­cami do okna - trzech postaci, które spra­wiały wra­że­nie ponu­rego sądu gra­ni­to­wych, bez­dusz­nych cieni.

Jak sąd trój­kowy - pomy­ślał Zaru­bin i zasta­no­wił się, czy to może być śmieszne. Nie wąt­pił, że jest obser­wo­wany, ale nie widział tego. Widział nato­miast Berię, a przede wszyst­kim jego pince-nez, jakby pokryte mgłą, poru­sza­jące się nie­zau­wa­żal­nie w takt odde­chu, i krą­żący w pal­cach ołó­wek.

Czuł się jak aktor na sce­nie i ta rola bar­dzo mu odpo­wia­dała. Jako ofi­cer wywiadu miał to we krwi. Umie­jęt­ność odgry­wa­nia spon­ta­nicz­nych i zapla­no­wa­nych maestrii, jak to okre­ślał, była jego mocną stroną i sły­nął z tego wśród ofi­cerów i prze­ło­żo­nych. Z powo­dze­niem wyko­rzy­sty­wał tę swoją tajną broń, reali­zu­jąc zada­nia dla dobra Kraju Rad, ale rów­nież na wła­sne potrzeby. Trudno nawet powie­dzieć, co było waż­niej­sze, bo w obu przy­pad­kach stawką było prze­trwa­nie.

Wstęp Berii Zaru­bin przy­jął z satys­fak­cją i potrak­to­wał jako dobry znak. Sam jed­nak ni­gdy się nie zasta­na­wiał, czy jest inte­li­gentny. To sztuka mani­pu­la­cji i inspi­ra­cji były jego naj­moc­niej­szymi atu­tami. Spraw­dziły się szcze­gól­nie w 1937 roku. Naj­in­te­li­gent­niejsi jako pierwsi dostali kulę w łeb. Jemu się udało, lecz od tego czasu musiał się mieć na bacz­no­ści, choć nie­okre­ślony, wiszący w powie­trzu zapach nad­cho­dzą­cej wojny odsu­wał to ryzyko coraz bar­dziej. Tacy jak on są teraz na wagę złota, a nie­wielu ich zostało!

Jako Wielki Mani­pu­la­tor zawsze potra­fię zna­leźć wła­ściwą drogę i wyjść z kło­po­tów - powta­rzał w głębi duszy Zaru­bin i miał pod­stawy, by tak o sobie myśleć.

Po chwili mil­cze­nia, jak aktor przed dekla­ma­cją, otwo­rzył leżącą przed nim czer­woną teczkę i wyjął z niej plik zapi­sa­nych odręcz­nie kar­tek.

- Towa­rzy­szu prze­wod­ni­czący, towa­rzy­sze - roz­po­czął spo­koj­nym, wyraź­nym, dobrze akcen­to­wa­nym gło­sem, sie­dząc sztywno w pozy­cji służ­bo­wej. - Sytu­acja ope­ra­cyjna na kie­runku pol­skim po pierw­szym wrze­śnia jest trudna, jak to można okre­ślić, albo ina­czej, trudna do okre­śle­nia... Wymaga szcze­gó­ło­wych obja­śnień i, jak sądzę, naj­le­piej będzie... towa­rzy­szu prze­wod­ni­czący... jeśli zacznę refe­ro­wać sprawę od powsta­nia Wydziału Pol­skiego Depar­ta­mentu S i przed­sta­wię pro­ces budo­wa­nia jego modus ope­randi aż do chwili obec­nej. Pozwoli to na lep­sze zro­zu­mie­nie, z jakimi pro­ble­mami i wyzwa­niami, nie pomi­ja­jąc natu­ral­nie nie­wąt­pli­wych suk­ce­sów, spo­tkał się radziecki wywiad nie­le­galny w byłej bia­łej Pol­sce. Poru­szać będę, z oczy­wi­stych powo­dów, przede wszyst­kim te aspekty naszej aktyw­no­ści, które doty­czą tere­nów zaję­tych obec­nie przez Rze­szę Nie­miecką.

Zaczerp­nął powie­trza.

- Wkro­cze­nie Armii Czer­wo­nej na zachod­nią Ukra­inę i Bia­ło­ruś prak­tycz­nie zakoń­czyło dzia­łal­ność wywia­dow­czą na tym tery­to­rium, i to, muszę wyraź­nie pod­kre­ślić, z powo­dze­niem. W związku z wzię­ciem do nie­woli masy pol­skich ofi­ce­rów, urzęd­ni­ków, inte­li­gen­tów i opa­no­wa­niem waż­nych ośrod­ków admi­ni­stra­cyj­nych otwie­rają się przed nami ogromne, choć trudne jesz­cze do jed­no­znacz­nej oceny, moż­li­wo­ści na przy­szłość - kon­ty­nu­ował Zaru­bin tro­chę sztyw­nym i urzę­do­wym języ­kiem. - Powrócę do tej kwe­stii w dal­szej czę­ści swo­jego refe­ratu.

Nie posłu­gi­wał się notat­kami, mówił płyn­nie z pamięci.

- Na posie­dze­niu Polit­biura trzy­dzie­stego stycz­nia tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego roku przed­sta­wiony został znany towa­rzy­szom raport kie­row­nic­twa INO, rela­cjo­nu­jący i jed­no­cze­śnie oce­nia­jący stan pro­wa­dzo­nych wów­czas dzia­łań wywia­dow­czo-ope­ra­cyj­nych. Wyraźne wytyczne Polit­biura i oso­bi­ście towa­rzy­sza Sta­lina zobo­wią­zy­wały nas, ówcze­sne OGPU5, do zde­cy­do­wa­nego zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia pracy wywia­dow­czej. Doty­czyły mię­dzy innymi państw sąsia­du­ją­cych, w tym oczy­wi­ście bia­łej Pol­ski. Byłem wów­czas mło­dym ofi­ce­rem i prze­by­wa­łem we Fran­cji, gdzie orga­ni­zo­wa­łem naszą nie­le­galną rezy­den­turę, ale dzięki zaufa­niu par­tii i kie­row­nic­twa od początku uczest­ni­czy­łem w opra­co­wa­niu pro­gramu pionu S, mają­cego reali­zo­wać dyrek­tywę - powie­dział Zaru­bin bez cie­nia skrom­no­ści. - Kie­row­nic­two INO pod­jęło decy­zję, by w celu mak­sy­mal­nie efek­tyw­nej reali­za­cji wytycz­nych towa­rzy­sza Sta­lina zde­cy­do­wa­nie roz­bu­do­wać pracę z pozy­cji rezy­den­tur nie­le­gal­nych, o czym towa­rzy­sze wie­dzą.

Zaru­bin pró­bo­wał skra­cać dystans, jaki dzie­lił go od komi­sji, a szcze­gól­nie od Berii.

- Dotych­cza­sowe wyniki pracy wywia­dow­czej, pro­wa­dzo­nej z pozy­cji naszych przed­sta­wi­cielstw czy bez­po­śred­nio z pozy­cji ZSRR, pod­dane zostały przez towa­rzy­sza Sta­lina uza­sad­nio­nej kry­tyce. Zatem cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści spadł na nas, czyli pion S, który poka­zał już wcze­śniej, że ta nowa metoda pracy wywia­dow­czej ma przy­szłość. Daje nad­zwy­czaj dobre rezul­taty, ale wymaga sto­sun­kowo dużej pracy, którą trzeba wło­żyć w przy­go­to­wa­nie nie­le­gała... Co naj­waż­niej­sze, bur­żu­azyjne służby spe­cjalne, w szcze­gól­no­ści kontr­wy­wiad, wciąż pra­cują na pozio­mie z okresu Wiel­kiej Wojny... może z wyjąt­kiem Nie­miec i w jakimś sen­sie byłej Pol­ski. Brak im ela­stycz­no­ści i otwar­to­ści na nowe idee, dla­tego tę walkę wygry­wamy - cią­gnął Zaru­bin.

- Towa­rzy­szu majo­rze, do rze­czy! - ode­zwał się zde­cy­do­wa­nie szef INO NKWD Paweł Michaj­ło­wicz Fitin, ale Zaru­bin się tym nie prze­jął, bo wie­dział, że Beria lubi poli­tyczne wstępy.

- Idea świa­to­wej rewo­lu­cji, uzna­nie świata pracy i postępu dla Kraju Rad - kon­ty­nu­ował - spo­wo­do­wały masowy napływ rewo­lu­cjo­ni­stów goto­wych oddać życie w walce z bur­żu­jami i kapi­ta­li­zmem. Tajne oddziały w par­tiach komu­ni­stycz­nych, kie­ro­wane przez znaną nam jed­nostkę w Komin­ter­nie, spraw­dziły się dosko­nale, dostar­cza­jąc kan­dy­da­tów na nie­le­ga­łów. Spo­śród nich wybra­li­śmy bry­lanty, które, jak to się mówi, pod­le­gały dal­szej obróbce. Z dzie­się­ciu kan­dy­da­tów warunki speł­niał jeden, a wyma­ga­nia wciąż pod­no­si­li­śmy. Wyniki pracy Depar­ta­mentu S od tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego roku do dzi­siaj są wię­cej niż zachę­ca­jące. Doty­czy to pla­so­wa­nia ofi­ce­rów tego pionu i roz­bu­dowy rezy­den­tur na tere­nie Anglii, Fran­cji, Nie­miec, Włoch i wielu innych kra­jów. Nasze dzia­ła­nia w tym zakre­sie refe­ro­wa­łem szcze­gó­łowo poprzed­nio, ale w wielu wąt­kach, któ­rych wów­czas nie poru­szy­łem, wiążą się one ze sprawą pol­ską.

Zaru­bin zaj­rzał do swo­ich nota­tek. Zauwa­żył, że Fitin otwiera leżący przed nim zeszyt i zaczyna coś noto­wać. Nie znał go jesz­cze dobrze, cho­ciaż znał pra­wie wszyst­kich cze­ki­stów, żywych i mar­twych, jak mówił. Fitin był czło­wie­kiem z zewnątrz, nowym. Miał dopiero trzy­dzie­ści dwa lata, o jede­na­ście mniej niż Zaru­bin, i jesz­cze się uczył. Rezul­tat swo­ich dotych­cza­so­wych spo­tkań z Fiti­nem Zaru­bin oce­nił jako pozy­tywny. Ostroż­nie dodatni, bo nie wie­dział jesz­cze, jak ułożą się rela­cje nowego szefa INO z Berią, który znał się dobrze na służ­bach, ale słabo na wywia­dzie, a Fitin był inte­li­gentny i szybko robił postępy.

Wygląda na to, że Paweł Michaj­ło­wicz ma przed sobą przy­szłość - zasta­na­wiał się Zaru­bin, nie prze­ry­wa­jąc wystą­pie­nia. Po czy­stce sprzed dwóch lat i w obli­czu nie­ja­snych per­spek­tyw jego nomi­na­cja musiała być głę­boko prze­my­ślana. Z pew­no­ścią była to decy­zja Sta­lina, nie ma wąt­pli­wo­ści, ale jaka naprawdę jest pozy­cja Berii, nikt nie wie. Ozna­cza to mimo wszystko, że Beria nie powi­nien już czuć się tak pew­nie. Fitin to zupeł­nie nowa postać, nie­mal zni­kąd, jakiś redak­tor pisma dla koł­choź­ni­ków... a ma zaufa­nie Polit­biura. Będzie więc potrze­bo­wał doświad­czo­nego i lojal­nego współ­pra­cow­nika, towa­rzy­sza Zaru­bina! Myśl ta spra­wiła mu nie­spo­dzie­waną przy­jem­ność.

Uznał, że skoń­czył ostrożny występ dla Berii. Teraz musi się skon­cen­tro­wać. Będzie mówił do Fitina.

- Plan budowy nie­le­gal­nej rezy­den­tury pionu S w Pol­sce uzna­li­śmy za jedno z prio­ry­te­to­wych zadań. Kraj ten miał i zawsze będzie mieć szcze­gólne zna­cze­nie dla naszych inte­re­sów stra­te­gicz­nych. Sytu­acja wewnętrzna w Pol­sce po woj­nie dwu­dzie­stego roku i budowa pań­stwa bur­żu­azyj­nego to czas budze­nia się sil­nego anty­bol­sze­wi­zmu. Kle­ry­kalny nacjo­na­lizm Pola­ków sta­no­wił poważną prze­szkodę w roz­woju par­tii komu­ni­stycz­nej. Musie­li­śmy się zatem oprzeć na mniej­szo­ściach naro­do­wych, co de facto było pół­środ­kiem i w pew­nym stop­niu obró­ciło się prze­ciwko nam. Nie doce­ni­li­śmy anty­se­mi­ty­zmu Pola­ków. Woj­skowo-bur­żu­azyjne rządy w Pol­sce skie­ro­wały ostrze swo­ich służb spe­cjal­nych przede wszyst­kim prze­ciwko ZSRR. I trzeba obiek­tyw­nie przy­znać, że stwo­rzyły, w porów­na­niu z innymi pań­stwami, nad­zwy­czaj sprawne służby, tak zwany Oddział Drugi Sztabu Gene­ral­nego.

Zaru­bin tylko dla pozoru zaglą­dał do nota­tek.

- Jeżeli dodać do tego jesz­cze fakt, że Pol­ska stała się sie­dzibą wszel­kiej maści rene­ga­tów bia­łej Rosji, to sytu­acja w tym kraju jest szcze­gólna i wciąż stwa­rza zagro­że­nie dla naszego bez­pie­czeń­stwa. Pol­skie służby bli­sko współ­pra­co­wały z Fran­cu­zami i Bry­tyj­czy­kami, miały kon­takty nawet z Japoń­czy­kami, wiemy o tym. Kie­runki naszego zain­te­re­so­wa­nia Pol­ską od tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego dru­giego roku ule­gały zmia­nie. Do tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego czwar­tego udało nam się w wystar­cza­ją­cym stop­niu spe­ne­tro­wać śro­do­wi­ska bia­łych emi­gran­tów i tym samym zneu­tra­li­zo­wać ich wyko­rzy­sta­nie przez pol­ski wywiad, zwłasz­cza że Polacy musieli skon­cen­tro­wać się w więk­szym stop­niu na sytu­acji w Niem­czech, co trwało aż do wybu­chu wojny.

Fitin zaczął się krę­cić na krze­śle, więc Zaru­bin pomy­ślał, że lepiej przejść do kon­kre­tów.

- Nasze rezy­den­tury nie­le­galne w Euro­pie Zachod­niej osią­gnęły nad­zwy­czaj dobre rezul­taty w uzy­ski­wa­niu dostępu do kodów i szy­frów dyplo­ma­tycz­nych, co pozwo­liło naszemu radio­wy­wia­dowi na kon­trolę kore­spon­den­cji więk­szo­ści państw zachod­nich. Nie­stety, tak dobrych wyni­ków nie udało się osią­gnąć wzglę­dem Nie­miec i Pol­ski.

- Towa­rzy­szu Zaru­bin - ode­zwał się nagle dziw­nym, nie­na­tu­ral­nym gło­sem Beria i nie pod­no­sząc wzroku, mówił dalej: - Rozu­miem, że jeste­ście zaprzy­jaź­nieni z Andrie­jem. Czy to, co powie­dzie­li­ście przed chwilą, ma na celu jego obronę?

Zaru­bin zdrę­twiał. Nie spo­dzie­wał się takiej reak­cji, ale ton głosu Berii nie paso­wał do pyta­nia. Stra­cił na chwilę orien­ta­cję. Nie mógł zro­zu­mieć, o co cho­dzi.

- As naszego wywiadu nie­le­gal­nego, Andriej, czyli Dmi­trij Alek­san­dro­wicz Bystro­lo­tow, prze­cho­dzi od pew­nego czasu pro­ce­durę spraw­dze­niową - cią­gnął Beria. - Myślę, że komi­sja wery­fi­ka­cyjna, która ma oce­nić jego dzia­łal­ność na Zacho­dzie, zain­te­re­suje się rów­nież waszą opi­nią. Dobrze, że już przy­naj­mniej znamy jej zarys. Nie­zwy­kłe suk­cesy Andrieja w spra­wie ofe­ren­tów Gio­van­niego de Ry, Erne­sta Oldhama i innych wyma­gają szcze­gó­ło­wego zba­da­nia. To prawda, że uzy­skane od nich szy­fry oraz kody wło­skie i bry­tyj­skie oka­zały się nie­zwy­kle pomocne w pracy naszego dekryp­tażu. Andriej nie jest jed­nak ofi­ce­rem i ma dosyć pokrętną oso­bo­wość, zatem trudno oce­nić, gdzie zaczy­nają się u niego fan­ta­zjo­wa­nie i impro­wi­za­cja i czy przy­pad­kowo nie gra­ni­czą jesz­cze z naiw­no­ścią - pro­wa­dził spo­koj­nie swój wywód Beria.

Zaru­bin od razu zro­zu­miał, że szef NKWD zna dobrze sprawę Bystro­lo­towa, a jego cichy, uspo­ka­ja­jący ton nie wróży niczego złego, tym bar­dziej że Andriej sie­dzi już od ponad roku. Ina­czej dawno byłoby po nim - pomy­ślał.

- Naiwny fan­ta­sta, agent natursz­czyk - cią­gnął Beria. - Nawet gdyby był naj­in­te­li­gent­niej­szy i na śmierć oddany spra­wie Związku Radziec­kiego, w star­ciu z Bry­tyj­czy­kami ma małe szanse. Anglicy, obok Niem­ców, są naszym głów­nym prze­ciw­ni­kiem, wie­cie o tym dobrze. Sztukę inspi­ra­cji i dez­in­for­ma­cji opa­no­wali per­fek­cyj­nie i Andriej może być ich ofiarą. Są też bez­względni, a to nie wszyst­kim tak dobrze wycho­dzi... - powie­dział z prze­ką­sem, a Fitin lekko obró­cił głowę i spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem - jak nam! - dokoń­czył Beria z pełną powagą i dodał: - Ale naj­le­piej wycho­dzi nam inspi­ra­cja i dez­in­for­ma­cja. Zada­niem komi­sji jest wyja­śnić, czy Bystro­lo­tow kie­ro­wał Oldha­mem, czy też Bry­tyj­czycy kie­ro­wali Bystro­lo­towem, czy błąd popeł­nił Andriej, czy może Cen­trala, a może było jesz­cze ina­czej. Nie zakła­damy winy umyśl­nej, nato­miast wina nie­umyślna ma w zawo­dzie wywia­dowcy tak wiele odmian, że mało kto z zewnątrz zdaje sobie z tego sprawę, i jest nie mniej, a cza­sami bar­dziej nie­bez­pieczna niż umyślna. Nie­praw­daż? - Spoj­rzał z zacie­ka­wie­niem na Fitina. - Sprawą Bystro­lo­towa inte­re­suje się oso­bi­ście towa­rzysz Sta­lin - zakoń­czył krótko.

Zaru­bin był zasko­czony, że Beria wypo­wiada się o Andrieju w tak łagodny spo­sób. Miał dziwne uczu­cie, że Dmi­trij prze­żyje. Był nawet zado­wo­lony, że Beria sam roz­wi­nął wątek Bystro­lo­towa, bo w swoim wystą­pie­niu chciał się powo­łać na uzy­skane od niego infor­ma­cje. Zatem ma roz­wią­zane ręce, bo, jak widać, śledz­two naj­praw­do­po­dob­niej zmie­rza do wyka­za­nia inspi­ra­cji Angli­ków, a jego sprawa się z tym nie łączy.

Lubił i sza­no­wał Dmi­trija za jego nie­by­wały natu­ralny szpie­gow­ski talent, dzięki któ­remu nie musiał koń­czyć spe­cjal­nych szkół, by zre­ali­zo­wać zada­nie. Nie był prze­cież ofi­ce­rem, lecz agen­tem, inte­li­gent­nym i eks­cen­trycz­nym, a to bar­dzo czę­sto nie podoba się sze­fom z par­tyj­nej nomi­na­cji, bez ele­men­tar­nej zna­jo­mo­ści języ­ków i kul­tury Zachodu.

Zaru­bin myślał tak też o sobie, ale w odróż­nie­niu od szcze­rego i tro­chę naiw­nego Dmi­trija potra­fił posłu­gi­wać się swo­imi umie­jęt­no­ściami jak nie­bez­piecz­nym orę­żem. Był prze­cież ofi­ce­rem. Zachę­cony teraz postawą Berii, posta­no­wił nieco zmie­nić sche­mat swo­jego wystą­pie­nia.

- Tajna sek­cja Komu­ni­stycz­nej Par­tii Pol­ski, zgod­nie z wytycz­nymi Komin­ternu, wyty­po­wała w tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym ósmym roku trzech towa­rzy­szy do pracy w pio­nie wywiadu nie­le­gal­nego. Wszy­scy ukoń­czyli z dobrymi wyni­kami Uni­wer­sy­tet Mniej­szo­ści Naro­do­wych imie­nia Mar­chlew­skiego i zostali skie­ro­wani do OGPU pod pseu­do­ni­mami: "Sosna", towa­rzysz Arnold Krantz, "Jura", towa­rzysz Jakub Szulc, i "Lana", towa­rzyszka Mira Ski­bi­niecka. Dwaj pierwsi są pocho­dze­nia żydow­skiego, Lana - bia­ło­ru­skiego. Dobór naro­do­wo­ściowy był efek­tem uzgod­nień taj­nej sek­cji Komin­ternu i kie­row­nic­twa OGPU. Rów­nież w mojej oce­nie należy mieć ogra­ni­czone zaufa­nie do osób naro­do­wo­ści pol­skiej - stwier­dził Zaru­bin.

- Czy nie zapo­mnie­li­ście o czymś, towa­rzy­szu Zaru­bin? - wtrą­cił z prze­ką­sem Beria. - Zapo­mnie­li­ście, kto jest ojcem zało­ży­cie­lem naszej służby?!

Zaru­bin spu­ścił wzrok, ale Beria nie cze­kał na jego reak­cję. Wie­dział, co Zaru­bin miał na myśli, i uwa­żał dokład­nie tak samo.

- Na prze­ło­mie tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego ósmego i dwu­dzie­stego dzie­wią­tego roku cała trójka została prze­rzu­cona do Pol­ski - cią­gnął major. - Dla Sosny i Jury spo­rzą­dzono doku­menty na oby­wa­teli pol­skich pocho­dze­nia nie­miec­kiego. Obaj rze­czy­wi­ście pocho­dzą z zachod­niej Pol­ski, nie­gdyś pod pano­wa­niem Nie­miec. Legenda dla nich została opra­co­wana w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach: Sosna przed­się­biorca, Jura ary­sto­krata, nato­miast Lana, Polka, dzien­ni­karka. Pochwa­lić trzeba tajną sek­cję KPP za dobre przy­go­to­wa­nie legendy dla naszych ludzi i pomoc w ich adap­ta­cji śro­do­wi­sko­wej w Pol­sce - pod­kre­ślił Zaru­bin. - Głów­nym zada­niem Sosny i Jury było dotar­cie do krę­gów woj­sko­wych Pol­ski, nato­miast Lana miała się zająć sfe­rami poli­tycz­nymi. W szcze­gól­no­ści zale­żało nam na uzy­ska­niu dostępu do Oddziału Dru­giego Sztabu Gene­ral­nego.

Zaru­bin zaczął teraz czę­ściej zaglą­dać do nota­tek.

- W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pierw­szym roku Sosna zwer­bo­wał do współ­pracy Wła­dy­sława Koliń­skiego, wów­czas kapi­tana Woj­ska Pol­skiego. Otrzy­mał on kryp­to­nim "Saxon". Był szlach­ci­cem, można nawet powie­dzieć, że ary­sto­kratą. Pocho­dził z rodziny o sil­nych anty­ro­syj­skich tra­dy­cjach. Jego dzia­dek został powie­szony w cza­sie pol­skiego powsta­nia tysiąc osiem­set sześć­dzie­sią­tego trze­ciego roku, Saxon uczest­ni­czył w woj­nie tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego roku w tak zwa­nych puł­kach wiel­ko­pol­skich, zna­nych ze zbrodni prze­ciw żoł­nie­rzom radziec­kim. Koliń­ski był zago­rza­łym zwo­len­ni­kiem soju­szu pol­sko-nie­miec­kiego prze­ciw ZSRR i pod­czas spo­tkań pry­wat­nych dosyć swo­bod­nie wyra­żał swoje poglądy.

Prze­rwał na chwilę.

- No tak, Koliń­ski pocho­dzi z Pozna­nia - powie­dział pół­gło­sem, prze­glą­da­jąc notatki, po czym już gło­śno kon­ty­nu­ował: - Był agre­sywny, aro­gancki, próżny, bez­kom­pro­mi­sowy, miał prze­rost ambi­cji, duże długi oraz sła­bość do kobiet. Brał udział w zama­chu majo­wym i nale­żał potem do bli­skiego grona mar­szałka Pił­sud­skiego.

Zaru­bin poczuł, że jest jakby w tran­sie. Nie widział roz­mów­ców, tylko myśli, jak obrazy, w ide­al­nym porządku prze­su­wały mu się przed oczami.

- Sosna zwer­bo­wał go pod flagą nie­miecką nad­zwy­czaj łatwo. Do dzi­siaj zapewne Koliń­ski jest prze­ko­nany, że pra­cuje dla Niem­ców. Wrócę do tej sprawy nieco póź­niej - powie­dział.

- Co to zna­czy "nad­zwy­czaj łatwo", towa­rzy­szu Zaru­bin? Może­cie to wyja­śnić? - zapy­tał Fitin.

Zaru­bin spo­dzie­wał się tego pyta­nia.

- Saxon przed wer­bun­kiem został wyjąt­kowo dobrze roz­pra­co­wany. Wie­dzie­li­śmy o nim pra­wie wszystko. Zresztą otwar­cie pro­nie­miec­kie poglądy wypo­wia­dało w tym cza­sie wielu ofi­ce­rów z krę­gów zwią­za­nych z Pił­sud­skim. Pod­su­mo­wu­jąc, można w skró­cie powie­dzieć, że Saxon jakby cze­kał na wer­bu­nek, choć oczy­wi­ście nie był ofe­ren­tem. Już po dru­gim spo­tka­niu z Sosną zade­kla­ro­wał ide­owe podej­ście do soju­szu z Niem­cami, oczy­wi­ście wsparte poważną kwotą pie­nię­dzy. W rze­czy­wi­sto­ści jest on zwy­czaj­nym hipo­krytą. Licząc się z moż­li­wo­ścią pod­sta­wie­nia nam Saxona przez pol­ski kontr­wy­wiad, prze­pro­wa­dzi­li­śmy wobec niego dwie... - Zaru­bin spoj­rzał w notatki - nie, trzy dobrze zapla­no­wane kom­bi­na­cje spraw­dze­niowe, które dały jed­no­znacz­nie nega­tywny wynik. Po ugrun­to­wa­niu wer­bunku Sosna pole­cił Saxo­nowi zde­cy­do­wane wyci­sze­nie jego otwar­cie pro­nie­miec­kich zacho­wań i gene­ral­nie powstrzy­ma­nie się od dekla­ra­cji poli­tycz­nych, co ten wyko­nał bez zastrze­żeń. Prze­szedł różne szcze­ble kariery woj­sko­wej. Ostat­nie sta­no­wi­sko pia­sto­wał w Głów­nym Inspek­to­ra­cie Woj­ska Pol­skiego jako kon­tro­ler w stop­niu puł­kow­nika, stan na sier­pień tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku. Przy­dział mobi­li­za­cyjny: Sztab Naczel­nego Wodza.

Zaru­bin był auten­tycz­nie prze­ko­nu­jący i spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego z przej­rzy­sto­ści swo­ich słów.

- W ciągu ośmiu lat Saxon prze­ka­zał nam sze­reg waż­nych danych doty­czą­cych pla­nów mobi­li­za­cyj­nych, dys­lo­ka­cji jed­no­stek, uzbro­je­nia Woj­ska Pol­skiego i innych. Szcze­gól­nie war­to­ściowe były infor­ma­cje o sta­nie armii pol­skiej w pasie wschod­nim, wysoko oce­nione przez nasz Sztab Gene­ralny i oso­bi­ście towa­rzy­sza Sta­lina. Sosna otrzy­mał za to spe­cjalne podzię­ko­wa­nia kie­row­nic­twa par­tii.

- Jak rozu­miem, Saxon przez tyle lat nie zorien­to­wał się, dla kogo pra­cuje - wtrą­cił spo­koj­nie Fitin. - Jeżeli tak było, to chwała dla Sosny, ale jak uza­sad­nia­li­śmy nasze zain­te­re­so­wa­nie infor­ma­cjami doty­czą­cymi ZSRR? I dru­gie pyta­nie: czy ist­nieje moż­li­wość odkry­cia przed Saxo­nem, kto jest rze­czy­wi­ście jego part­ne­rem?

Beria się oży­wił i wpa­try­wał w Zaru­bina przez swoje pince-nez.

- Nie sądzę, byśmy w ogóle mogli sta­wiać sprawę w ten spo­sób - odparł szybko, zde­cy­do­wa­nym gło­sem Zaru­bin, bo od razu zauwa­żył, że Fitin jesz­cze słabo rozu­mie, na czym polega filo­zo­fia wywiadu. - Może nie powie­dzia­łem tego wyraź­nie - cią­gnął - ale Saxon jest ide­owym anty­ko­mu­ni­stą i pol­skim nacjo­na­li­stą. Gdy­by­śmy się odkryli, byłoby to szo­kiem nawet dla takiego hipo­kryty jak on. Trudno prze­wi­dzieć jego reak­cję, ale w mojej oce­nie roz­ło­ży­łoby to naszą współ­pracę. Saxon prze­ka­zy­wał infor­ma­cje woj­skowe z pasa wschod­niego, gdyż uwa­żał, że armia pol­ska jest nie­do­sta­tecz­nie przy­go­to­wana do star­cia z ZSRR, a zbyt wiele inwe­stuje w przy­go­to­wa­nia do wojny z Niem­cami. Ostat­nie spo­tka­nie odbyło się prze­cież... w lipcu trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku - odczy­tał z nota­tek. - Doj­ście Hitlera do wła­dzy i zaostrze­nie sto­sun­ków pol­sko-nie­miec­kich nie zła­go­dziło jego podej­ścia do soju­szu anty­so­wiec­kiego. Nie ma zatem potrzeby, byśmy zmie­niali for­mułę współ­pracy z Saxo­nem i zdej­mo­wali nie­miecką flagę.

To ostat­nie stwier­dze­nie Zaru­bin wygło­sił z peł­nym prze­ko­na­niem.

- Saxon wyko­rzy­sty­wany był w jed­nym z naszych naj­waż­niej­szych przed­się­wzięć ope­ra­cyj­nych w Euro­pie, obec­nie nabie­ra­ją­cym szcze­gól­nego zna­cze­nia stra­te­gicz­nego dla bez­pie­czeń­stwa ZSRR. Towa­rzy­sze znają w ogól­nych zary­sach sprawę kryp­to­nim "Krab" - powie­dział Zaru­bin, myśląc, że nie zaszko­dzi tro­chę się zabez­pie­czyć. - Sprawa "Krab" doty­czy nie­miec­kiego sys­temu szy­fro­wa­nia opar­tego na maszy­nie Enigma, naj­no­wo­cze­śniej­szego i prak­tycz­nie nie do zła­ma­nia. Tak oce­niają go nasi spe­cja­li­ści. W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym roku Andriej przy pomocy towa­rzy­szy fran­cu­skich zwer­bo­wał mło­dego ofi­cera woj­sko­wej służby wywia­dow­czej Deuxi?me Bureau o kryp­to­nimie "François". Rok póź­niej został on odde­le­go­wany do radio­wy­wiadu fran­cu­skiego i współ­pra­co­wał przez pewien czas bli­sko z puł­kow­ni­kiem Gustave'em Ber­tran­dem, kryp­to­nim "Orieł", sze­fem tej jed­nostki. Mimo że nie miał bez­po­śred­niego dostępu do inte­re­su­ją­cych nas źró­deł, na pod­sta­wie jego infor­ma­cji mogli­śmy usta­lić nastę­pu­jące fakty...

Zaru­bin znów pochy­lił się nad swoim notat­ni­kiem i odli­czyw­szy pięć głę­bo­kich odde­chów, kon­ty­nu­ował:

- Pod koniec lat dwu­dzie­stych, w bli­żej nie­zna­nych oko­licz­no­ściach, Polacy prze­jęli egzem­plarz nie­miec­kiej maszyny szy­fru­ją­cej Enigma i powo­łali w Biu­rze Szy­frów Oddziału Dru­giego spe­cjalny zespół naukow­ców mają­cych roz­pra­co­wać sys­tem. Począt­kowo nasi kryp­to­lo­dzy nie mogli uwie­rzyć, by przed­się­wzię­cie to miało jakie­kol­wiek szanse powo­dze­nia, tym bar­dziej że było pro­wa­dzone przez Pola­ków, ale w miarę napływu nowych infor­ma­cji od naszych źró­deł sytu­acja wyglą­dała coraz poważ­niej. W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dru­gim roku na pod­sta­wie szcząt­ko­wych infor­ma­cji od François usta­li­li­śmy, że znany nam dobrze agent fran­cu­ski Rodol­phe Lemo­ine, pseu­do­nim "Joseph", praw­do­po­dob­nie doko­nał wer­bunku nie­miec­kiego szy­franta. Sprawę zle­ci­li­śmy naszym ludziom w Ber­li­nie. Nasze źró­dło w nie­miec­kim kontr­wy­wia­dzie nie miało żad­nych kon­kret­nych infor­ma­cji, jed­nak na pod­sta­wie ana­lizy wyty­po­wa­li­śmy, że Lemo­ine zwer­bo­wał szy­franta Hansa-Thilo Schmidta. Nie chcie­li­śmy zbyt inten­syw­nie cho­dzić koło Schmidta, żeby go nie przy­pa­lić, bo przy­ję­li­śmy zało­że­nie, że wcze­śniej czy póź­niej uzy­skamy przez Fran­cu­zów lub Pola­ków dostęp do Enigmy, a im wcze­śniej, tym lepiej, więc Schmidta trzeba było chro­nić. Para­dok­sal­nie korzystne było, że nie­miecki kontr­wy­wiad nic o tym nie wie­dział.

Zaru­bin dostał zadyszki, mówiąc szybko i bez prze­rwy. Krew napły­nęła mu do twa­rzy i poczuł kłu­jący ból w oku. Zupeł­nie nie zwra­cał uwagi na trzy posta­cie, ale czuł, że słu­chają go uważ­nie. Teraz naj­bar­dziej liczył na Fitina.

- W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pierw­szym roku kon­takt z Rodol­phe'em Lemo­ine'em, czyli Jose­phem, od Andrieja prze­jął Ludwig, wystę­pu­jący pod ame­ry­kań­ską flagą...

- Czyli Ignacy Reiss - wtrą­cił nie­spo­dzie­wa­nie Fitin.

Zaru­bin spo­dzie­wał się w tym miej­scu reak­cji, ale nie mógł pomi­nąć roli Ludwiga w spra­wie "Krab".

- Na szczę­ście - cią­gnął - udało się zli­kwi­do­wać tego zdrajcę jesz­cze w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym siód­mym roku. Trudno jed­nak oce­nić, jakich doko­nał szkód. Wciąż to badamy... Pró­bo­wa­li­śmy wymie­niać z Fran­cu­zami mate­riały doty­czące szy­frów i kodów róż­nych państw, ale po ana­li­zie oka­zało się, że pró­bują nas dez­in­for­mo­wać.

- Nie możemy wyklu­czyć, że był to wła­śnie sku­tek zdrady Reissa, choć dowo­dów bez­po­śred­nich brak - ode­zwał się znów Fitin, wyraź­nie zwra­ca­jąc się do Berii.

- Posta­no­wi­li­śmy sfi­na­li­zo­wać kon­takt z Jose­phem i pod­jąć próbę jego wer­bunku - kon­ty­nu­ował Zaru­bin spo­koj­nym gło­sem. - Nie­stety, bez powo­dze­nia. Utrzy­my­wa­li­śmy ten kon­takt jesz­cze przez jakiś czas. Liczy­li­śmy, że uda nam się usta­lić, jaki jest zakres pene­tra­cji nie­miec­kich szy­frów przez Deuxi?me Bureau, ale to, co uzy­ska­li­śmy, miało nie­wielką war­tość. Nie dowie­dzie­li­śmy się zbyt dużo o pol­sko-fran­cu­skiej współ­pracy nad Enigmą.

- Towa­rzy­szu Zaru­bin - ode­zwał się Fitin - wer­bu­nek Jose­pha z góry był ska­zany na nie­po­wo­dze­nie, to prze­cież oczy­wi­ste.

Zaru­bin nie prze­jął się kry­tyką, bo nie on pro­wa­dził tę ope­ra­cję, a jej auto­rzy już nic nie mogli powie­dzieć na swoją obronę. Zresztą nastały inne czasy i trzeba agre­syw­nie iść do przodu - pomy­ślał.

- W tym samym cza­sie - kon­ty­nu­ował - François infor­mo­wał o czę­stych wyjaz­dach Orieła do War­szawy i przy­jaz­dach pol­skich kryp­to­lo­gów do Paryża. Nasi spe­cja­li­ści przy­jęli zało­że­nie, że Polacy musieli doko­nać zna­czą­cego postępu w roz­pra­co­wa­niu sys­temu Enigma, nato­miast Fran­cuzi mieli przez Schmidta dostęp do kodów. Razem dało to przy­pusz­cze­nie, że Polacy czy­tają nie­miec­kie szy­fry Enigmy. Szcząt­kowa infor­ma­cja o fran­cu­sko-pol­skiej współ­pracy poja­wiła się też w rapor­cie naszego mło­dego wów­czas agenta z Lon­dynu... - Zaru­bin poszu­kał w notat­kach. - Tak, Harolda Philby'ego... Nie zapi­sa­łem jego pseu­do­nimu, prze­pra­szam... W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dru­gim roku Saxon dostał zada­nie zbli­że­nia się do ofi­ce­rów Oddziału Dru­giego. To było trudne zada­nie dotrzeć do tego her­me­tycz­nego śro­do­wi­ska, a musie­li­śmy przy­kła­dać szcze­gólną wagę do bez­pie­czeń­stwa Saxona. Łatwo było go przy­pa­lić, a nie był w tym cza­sie jesz­cze wystar­cza­jąco prze­szko­lony i przy­go­to­wany. Pra­co­wał nad sprawą "Krab" przez sie­dem lat i spi­sał się nad­zwy­czaj dobrze, za co został sowi­cie wyna­gro­dzony. Oczy­wi­ście mogli­śmy wyko­rzy­stać go bar­dziej ofen­syw­nie, pod­jąć ryzyko, może nawet go poświę­cić, ale w ciągu ostat­nich dwóch lat jego infor­ma­cje woj­skowe miały duże zna­cze­nie w związku z przy­go­to­wy­wa­nym zaję­ciem Pol­ski.

Beria pod­niósł głowę i deli­kat­nie przy­tak­nął, jakby potwier­dzał słowa Zaru­bina.

- Od strony fran­cu­skiej dotar­cie do "Kraba" stra­ci­li­śmy wraz z prze­nie­sie­niem François do Algie­rii. Zasta­na­wia­li­śmy się nad prze­wer­bo­wa­niem Schmidta, ale Cen­trala oświad­czyła, że nie wyrazi na to zgody, dopóki nie uzy­skamy dostępu do Enigmy, a przede wszyst­kim do wyni­ków pracy Pola­ków. Z począt­kiem tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego trze­ciego roku nastą­piła inten­sy­fi­ka­cja współ­pracy z Fran­cu­zami. Wyczu­le­nie kontr­wy­wiadu pol­skiego wobec wszyst­kich inte­re­su­ją­cych się komórką kryp­to­ana­lizy Biura Szy­frów Cztery Oddziału Dru­giego daleko wykra­czało poza normę. BS Cztery otrzy­mało prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czone środki finan­sowe, a jego nowa sie­dziba w Pyrach pod War­szawą była szczel­nie zabez­pie­czona. Pewną dez­orien­ta­cję w naszych dzia­ła­niach wpro­wa­dziła infor­ma­cja od agenta Karla z Abwehry, według któ­rej Niemcy wie­dzieli o pra­cach Pola­ków, ale byli pewni, że sys­tem Enigmy jest nie do zła­ma­nia. Ośro­dek w Pyrach jesz­cze we wrze­śniu trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku, przed wej­ściem Niem­ców do War­szawy, został opróż­niony. Nie wiemy dokład­nie, kiedy i co się z nim stało. Trzeba zało­żyć, że został odpo­wied­nio wcze­śnie ewa­ku­owany. Naj­cen­niejsi są ludzie, ich wie­dza. Nie znamy nazwisk, nie wiemy zatem, kogo i gdzie szu­kać.

- Co się dzieje z Saxo­nem? - zapy­tał krótko Fitin.

- Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa kon­takt z nim utrzy­my­wał tylko Sosna, który zgod­nie z pla­nem w poło­wie wrze­śnia prze­szedł do strefy zaję­tej przez Armię Czer­woną. Łącz­ność z Saxo­nem jest sto­sun­kowo pro­sta i bez­pieczna. Pry­wat­nie Sosna zna dobrze jego żonę i obu synów. Prę­dzej czy póź­niej Saxon ode­zwie się do rodziny - powie­dział Zaru­bin, nie pod­no­sząc wzroku. - Sosna przy­go­to­wuje się w tej chwili do powrotu do Pol­ski pod legendą szwaj­car­skiego biz­nes­mena i szli­fuje akcent. Powi­nien zna­leźć się w War­sza­wie jak naj­szyb­ciej, gdyż bra­kuje nam infor­ma­cji o tym, co się dzieje w nie­miec­kiej stre­fie.

W tym momen­cie otwo­rzyły się drzwi i do sali wszedł młody, wysoki enka­wu­dzi­sta. Prze­ma­sze­ro­wał prze­pi­sowo kil­ka­na­ście metrów, tro­chę nie­na­tu­ral­nie stu­ka­jąc wyso­kimi butami, zamel­do­wał się służ­bi­ście i zwra­ca­jąc się do Berii, powie­dział:

- Towa­rzy­szu prze­wod­ni­czący...

Nie dokoń­czył, gdyż szef NKWD pod­niósł się z krze­sła i uci­szył go zna­kiem dłoni, zdej­mu­jąc jed­no­cze­śnie swoje pince-nez.

Wszy­scy wstali. Beria odwró­cił się, otwo­rzył okno i prze­cho­dząc obok Zaru­bina, rzu­cił krótko:

- Kon­ty­nu­uj­cie.

Prze­wod­ni­czą­cego NKWD odpro­wa­dziło do drzwi jesz­cze moc­niej­sze stu­ka­nie butów podą­ża­ją­cego za nim ofi­cera.

7

Kon­rad spał pra­wie dwa­na­ście godzin w swo­jej dobrze zaciem­nio­nej i wyci­szo­nej sypialni.

Obu­dził się już o pią­tej rano, zapuch­nięty, z bólem głowy i odci­śniętą na policzku fałdą poduszki. Czuł silne odrę­twie­nie w lewej nodze, spo­wo­do­wane uszko­dze­niem nerwu przez pocisk. Bolało go zawsze rano, dopóki się nie roz­ru­szał. Cią­gle sobie obie­cy­wał, że podda się ope­ra­cji, ale ni­gdy nie miał na to czasu.

Przej­rzał się w lustrze i uznał, że nie jest jesz­cze w zado­wa­la­ją­cym sta­nie.

Muszę pójść do fry­zjera! Zadbać jakoś o sie­bie! Wkrótce będę miał czter­dzie­ści cztery lata! - pomy­ślał, patrząc na swoją nie­ogo­loną twarz i prze­krwione oczy.

Dokoń­czył roz­pa­ko­wy­wa­nie ple­caka i torby, wrzu­ca­jąc ubra­nie od razu do pralki. Wypił z butelki obo­wiąz­kowy poranny kefir Robico, jedyny, który mu sma­ko­wał jak jego ulu­biony rosyj­ski.

Wło­żył stary, sprany baweł­niany dres i zbiegł po scho­dach. Zro­bił kilka przy­sia­dów i ruszył w prawo. Naj­pierw do ulicy Wil­czy Dół, póź­niej znów w prawo, wzdłuż bazy metra, do skraju Lasu Kabac­kiego. Poko­nał pra­wie dwa kilo­me­try mię­dzy torami a skra­jem lasu, minął Moczy­dłow­ską i nie­mal dotarł do Żołny.

Teraz poczuł się dobrze. Skrę­cił w lewo i potem pro­sto, sze­roką aleją, przez bogaty, wysoki las, pobiegł do Pyr, gdzie obok tablicy upa­mięt­nia­ją­cej mate­ma­ty­ków, któ­rzy zła­mali kod Enigmy, odpo­czął chwilę, zanim Leśną wró­cił do Kabat.

Po biegu czuł, że żyje, że ma siłę, że jest wytrwały i zdrowy.

Docho­dziła już szó­sta, gdy usiadł w swo­jej kuchni urzą­dzo­nej dopiero mie­siąc przed wyjaz­dem do Dubaju i zaczął cze­kać, aż jajko ugo­tuje się na twardo. Widok słońca nad Lasem Kabac­kim, jak obraz wypeł­nia­jący kuchenne okno, zapo­wia­dał piękny dzień.

W tej kame­ral­nej eufo­rii wyda­wało mu się, że sły­szy meta­liczny głos Cata Ste­vensa zmie­szany z for­te­pia­nem i gitarą. Tak mu to paso­wało do widoku z okna, że zaczął gło­śno śpie­wać, za gło­śno jak na tę porę dnia:

Mor­ning has bro­ken like the first mor­ning,

Black­bird has spo­ken like the first bird.

Pra­ise for the sin­ging, pra­ise for the mor­ning,

Pra­ise for them sprin­ging fresh from the world...

Zorien­to­wał się, że zapo­mniał dru­giej zwrotki, więc powtó­rzył pierw­szą kilka razy, cie­sząc się jej sło­wami.

W pew­nym momen­cie dotarło do niego, że nic nie wie o sytu­acji w kraju. Minęły prze­cież dwa mie­siące, a to wystar­cza­jąco dużo jak na dyna­mikę pol­skiego życia poli­tycz­nego, nawet w okre­sie waka­cji.

Włą­czył kuchenny tele­wi­zor i od razu na ekra­nie poja­wił się Mar­cin Kamiń­ski, czło­wiek o twa­rzy klowna, zwany powszech­nie wice­pre­zy­den­tem. Kamiń­ski był sze­fem kan­ce­la­rii pre­zy­denta Sta­ni­sława Zie­liń­skiego i ucho­dził za drugą osobę w pań­stwie, ale byli tacy, któ­rzy uwa­żali, że to wła­śnie on jest pre­zy­den­tem RP, a jeżeli nie, to wkrótce nim będzie. Bez­względny, aro­gancki, inte­li­gentny, o nie­ja­snym rodo­wo­dzie, znie­na­wi­dzony przez inte­li­gen­cję, ale uko­chany przez post­pe­ere­low­ski kato­licki elek­to­rat. Kon­rad znał go oso­bi­ście i wie­dział, że te opi­nie są bli­skie prawdy.

Gdy nie było w pobliżu dzien­ni­ka­rzy, Kamiń­ski lubił powta­rzać, że jest poli­ty­kiem, co zna­czy, że jest oszu­stem i kłamcą i jak nie całuje dzieci w główkę, to krad­nie im lizaki, ale ni­gdy nie pali za sobą mostów. Kon­rad zapy­tał go kie­dyś, czy czy­tał Toma Clancy'ego, ale on z upo­rem twier­dził, że nie ma czasu na takie głu­poty.

Prze­płu­kał jajko zimną wodą i zaczął przy­go­to­wy­wać sobie śnia­da­nie - mleko, tost i miód. Sły­szał głos Kamiń­skiego docho­dzący gdzieś zza ple­ców, ale jakoś nie mógł się sku­pić na jego sło­wach. Nagle przy­po­mniał sobie z roz­ba­wie­niem, jak ktoś nazwał obecną ekipę rzą­dzącą Par­tią Brzyd­kich w Bor­do­wych Kra­wa­tach.

- Rze­czy­wi­ście - powie­dział do sie­bie - w tej eki­pie nie ma chyba ani jed­nego przy­stoj­nego męż­czy­zny. Wszy­scy muszą rów­nać do Kamiń­skiego. Jakby wszyst­kie oso­bli­wo­ści urody RP zwarły sze­regi w poczu­ciu zagro­że­nia swej odmien­no­ści. Kom­pleks karła i dzwon­nika z Notre Dame w jed­nym. Tacy mogą się poszczy­cić dużym, sta­łym elek­to­ra­tem.

Kon­rad miał zdrowy dystans do poli­tyki i poli­ty­ków, cho­ciaż był z tym świa­tem nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany. Dla niego życie pań­stwa i spo­łe­czeń­stwa toczyło się w dwóch wymia­rach, które łączą jedy­nie suche infor­ma­cje z klau­zulą "ści­śle tajne".

Ale tylko my wiemy, ile nas kosz­tuje ich zdo­by­wa­nie i jakimi meto­dami to robimy - myślał, patrząc na Kamiń­skiego. Za to nie wiemy, czy tacy jak on potra­fią je czy­tać i podej­mo­wać na ich pod­sta­wie decy­zje dla dobra tego kraju. Czło­wiek by zwa­rio­wał, gdyby cią­gle zaprzą­tał sobie tym głowę. Szkoda, że dzien­ni­ka­rze, nasi "młodsi bra­cia w zawo­dzie", tak słabo się orien­tują w isto­cie funk­cjo­no­wa­nia pań­stwa i tak łatwo pozwa­lają poli­ty­kom na kru­sze­nie jego pod­staw...

Zasta­no­wił się przez moment, czy nie za bar­dzo fan­ta­zjuje, ale uznał, że jed­nak nie. W Pol­sce tak naprawdę dzien­ni­ka­rze i poli­tycy żyją w sym­bio­zie, żywiąc się sobą wza­jem­nie... no... może nie wszy­scy...

Skoń­czył śnia­da­nie, wyłą­czył tele­wi­zor i poszedł wziąć prysz­nic.

Wło­żył jasno­be­żowy spor­towy gar­ni­tur, nie­bie­ską koszulę bez kra­wata i buty typu oxford. Spraw­dził, czy ma przy­go­to­wane wszyst­kie doku­menty z podróży. Był w dobrym, pogod­nym nastroju.

Zje­chał windą do garażu i pod­szedł do swo­jego dwu­dzie­sto­pię­cio­let­niego czar­nego saaba 900 cabrio. Z nie­za­do­wo­le­niem stwier­dził, że maskę pokrywa cienka, pra­wie nie­wi­doczna war­stwa kurzu. Ten samo­chód nale­żał do niego już ponad dzie­sięć lat i jesz­cze do nie­dawna był to jedyny taki model w War­sza­wie. Z każ­dym rokiem, gdy sta­wał się coraz star­szy, nabie­rał też coraz więk­szej szla­chet­no­ści, zupeł­nie ina­czej niż pozo­stałe marki. Tylko kie­rowcy saabów pozdra­wiają się wza­jem­nie, bo uwa­żają, że o samo­cho­dach wie­dzą wię­cej niż wszy­scy inni.

Zaczy­nał się cie­pły, sło­neczny dzień, więc Kon­rad zło­żył dach. Wyje­chał z garażu, skrę­cił w prawo w Wąwo­zową, potem w KEN i ruszył pro­sto w kie­runku cen­trum.