Nielat - Piotr Kościelny

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wro­cław, 15 lipca 1998 r.

Komi­sarz Andrzej Nawrocki, przez współ­pra­cow­ni­ków nazy­wany Char­tem, spoj­rzał na zwłoki leżące na sta­rym oszcza­nym mate­racu. Znał denata z ekra­nów tele­wi­zyj­nych i kino­wych.

Był to Janusz Mar­kie­wicz, popu­larny aktor gra­jący w wielu seria­lach i fil­mach. Z tego, co Nawrocki się orien­to­wał, ostat­nia pro­duk­cja z jego udzia­łem otrzy­mała nomi­na­cję do kilku pre­sti­żo­wych nagród. Krą­żyły nawet pogło­ski, że Mar­kie­wicz miał być nomi­no­wany do Oscara, ale czy tak było naprawdę, Chart nie wie­dział. Nie inte­re­so­wał się zbyt­nio kinem. Tele­wi­zji też nie oglą­dał. Nie był pasjo­na­tem tego rodzaju roz­rywki.

Miał zale­d­wie kilka zain­te­re­so­wań, z któ­rych naj­waż­niej­sze doty­czyły roz­wią­zy­wa­nia. Uwiel­biał roz­wią­zy­wać krzy­żówki i sprawy zabójstw. Od dzie­się­ciu lat był człon­kiem wydziału zabójstw komendy miej­skiej we Wro­cła­wiu. Mógł się pochwa­lić wykry­wal­no­ścią na pozio­mie bli­sko dziewięćdzie­się­ciu pro­cent i opi­nią bez­kom­pro­mi­so­wego, zawsze dążą­cego do celu gli­nia­rza.

Ksywę zawdzię­czał swo­jej nie­ustę­pli­wo­ści. Nadał mu ją dawny part­ner Mirek Tyczyń­ski. Twier­dził, że Nawrocki jest niczym chart lub inny pies myśliw­ski. Jak zła­pie trop, będzie dążył do celu, czyli do zła­pa­nia sprawcy. Nie miało zna­cze­nia, jakie trud­no­ści wystą­pią po dro­dze, Nawrocki szedł przed sie­bie, nie zwa­ża­jąc na nic. Ksywa się przy­jęła.

Przez ostat­nie lata miał dwóch part­ne­rów. Po odej­ściu Tyczyń­skiego na eme­ry­turę przez pół roku pra­co­wał z Kac­prem Gór­skim. Ich współ­praca od samego początku się jed­nak nie ukła­dała, co chwilę docho­dziło mię­dzy nimi do spięć. Gór­ski był for­ma­li­stą, bez­kry­tycz­nie prze­strze­ga­ją­cym prze­pi­sów. Twier­dził, że nic nie uspra­wie­dli­wia łama­nia pro­ce­dur. Metody pracy Nawroc­kiego mu nie paso­wały, kilka razy pisał nawet skargi do naczel­nika, komi­sa­rza Jerzego Konopki. Wystar­czyło pół roku i Gór­ski wyle­ciał z wydziału. Naczel­nik nie zamie­rzał tole­ro­wać dono­si­ciela w rzą­dzo­nej przez sie­bie komórce. Nawrocki za part­nera dostał aspi­ranta Wal­de­mara Tom­czyka ksywa Waldi. Od razu sobie pod­pa­so­wali.

Waldi tak jak Chart miał wła­sne zasady i kodeks moralny. Potra­fił cza­sem moc­niej przy­ci­snąć prze­słu­chi­wa­nego, aby uzy­skać potrzebne infor­ma­cje. Podob­nie jak Nawrocki umiał zaszan­ta­żo­wać lub zmu­sić deli­kwenta do powie­dze­nia prawdy. Dosko­nale się uzu­peł­niali.

W wydziale oprócz nich i naczel­nika było jesz­cze czworo gli­nia­rzy pra­cu­ją­cych w dwóch mie­sza­nych parach. Sier­żant Agnieszka "Mrówa" Mrów­czyń­ska pra­co­wała razem z aspi­ran­tem Grze­go­rzem Kło­skiem zwa­nym Griszką. Druga poli­cjantka, aspi­rant Mał­go­rzata "Mar­got" Konieczna za part­nera miała pocho­dzą­cego z Zako­pa­nego sier­żanta Pawła Jasicę. Młody góral miał ksywę Pablo.

Gdy Nawrocki pierw­szy raz zoba­czył Pawła w drzwiach wydziału, zdzi­wił się, że komenda wyra­ziła zgodę, aby jakieś liceum przy­szło do nich na wycieczkę. Pablo miał dwa­dzie­ścia pięć lat, a wyglą­dał na sie­dem­na­ście. Miał prysz­cze na twa­rzy i wręcz komiczny zarost. Dopiero jak się przed­sta­wił, Nawrocki zro­zu­miał, to ich nowy kolega. Mimo wszystko spy­tał naczel­nika, czy ten pla­nuje zatrud­niać w zabój­cach coraz młod­szych ludzi. Nie chciał za jakiś czas, zamiast zaj­mo­wać się tru­pem, niań­czyć dzie­cia­ków. Konopka wyja­śnił, że nowy miał dobre wyniki w komen­dzie w Zako­pa­nem, a że prze­pro­wa­dził się do Wro­cła­wia, posta­no­wiono przy­dzie­lić go do nich.

Z cza­sem jed­nak Chart przy­znał, że Pablo ide­al­nie do nich pasuje. Miał spe­cy­ficzne poczu­cie humoru, a jak zaczy­nał gadać gwarą, roz­ba­wiał wszyst­kich do łez. Nawet Nawrocki kilka razy uśmiech­nął się pod nosem, cho­ciaż nie chciał się do tego przy­znać. Dziś nie wyobra­żał już sobie wydziału bez tego mło­dego górala.

Pod­szedł teraz do zwłok i wyjął z kie­szeni dżin­sów papie­rosy. Zapa­lił jed­nego i spoj­rzał na zbie­ra­ją­cego ślady tech­nika.

-?Co myślisz? -?spy­tał, wydmu­chu­jąc dym.

Pra­cu­jący z pędzel­kiem męż­czy­zna pod­niósł na niego wzrok.

-?Facet zgi­nął jakieś dwa­dzie­ścia godzin temu. Został ude­rzony cięż­kim przed­mio­tem w tył głowy. Bar­dzo mocno. W mojej oce­nie już to ude­rze­nie mogło spo­wo­do­wać zgon. Ale dla pew­no­ści sprawca pod­ciął mu jesz­cze gar­dło.

Nawrocki wsa­dził papie­rosa do ust i wło­żył ręka­wiczki. Pochy­lił się i odwró­cił w bok głowę denata. Na poty­licy poja­wił się już siniak. Czaszka była uszko­dzona, widoczne były jej kości. Rze­czy­wi­ście już cios mógł być śmier­telny. Wypro­sto­wał głowę męż­czy­zny i wziął macha. Przód pod­ko­szulka męż­czy­zny zna­czyła bru­natno-brą­zowa plama.

-?Widzia­łem go w tele­wi­zji -?rzu­cił sto­jący przy regale z książ­kami Waldi.

Nawrocki spoj­rzał na part­nera.

-?Nie wie­dzia­łem, że oglą­dasz tele­wi­zję. A co to było?

-?Pegaz.

Chart zaga­sił papie­rosa na leżą­cej na stole pod­stawce pod szklankę.

-?Ty oglą­dasz takie pro­gramy? -?spy­tał zasko­czony.

-?Nie leciało nic cie­ka­wego, a spać nie mogłem.

Nawrocki pod­szedł do pozo­sta­wio­nej przy jed­nej ze ścian cięż­kiej mosięż­nej popiel­nicy. Pochy­lił się nad nią i zoba­czył kilka kro­pli krwi i dwa włosy. Wie­dział już, że to nią ude­rzono aktora.

-?Maciek, zabez­piecz­cie to -?powie­dział do tech­nika, wska­zu­jąc na przed­miot. -?Jestem pewny, że to tym obez­wład­niono faceta.

Tech­nik się­gnął do dużej walizki po torebkę z zapię­ciem stru­no­wym. W drugą dłoń wziął apa­rat foto­gra­ficzny. Zamie­rzał dokład­nie obfo­to­gra­fo­wać narzę­dzie zbrodni.

Chart pod­szedł do part­nera i spy­tał:

-?A ty co myślisz?

-?Nie wiem. -?Waldi wzru­szył ramio­nami. -?Dziwne miej­sce jak na tak zna­nego aktora. Wygląda bar­dziej jak melina, a nie miesz­ka­nie, do któ­rego taka gwiazda chcia­łaby w ogóle przyjść.

-?Może ktoś go tu ścią­gnął?

-?Może. Pyta­nie tylko pod jakim pozo­rem. Może dupa?

Nawrocki się rozej­rzał. Był pewny, że raczej nie cho­dziło o roman­tyczną schadzkę. Miesz­ka­nie wyglą­dało jak typowa melina i pew­nie jesz­cze nie­dawno taką funk­cję peł­niło. Żadna porządna dziew­czyna by się tu nie poja­wiła. A z takimi o wąt­pli­wej opi­nii raczej gwiaz­dor się nie zada­wał.

-?Raczej nie. Prę­dzej bym uwie­rzył, że znany aktor chciał się napić bim­bru z nie­le­gal­nego źró­dła, niż że poja­wił się w takim miej­scu dla rucha­nia. Zobacz ten mate­rac. Uje­bany i wali od niego potem, rzy­gami i szczo­chami. Nie. Nikt by na tym się nie legnął z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli.

-?Może ten Mar­kie­wicz był świr­nięty i krę­ciły go takie atrak­cje. Sły­sza­łem kie­dyś o typie, co lubił się walić z kale­kami. Ponoć im bar­dziej oka­le­czona panna, tym lepiej.

-?I uwa­żasz, że nasz denat też tak miał? Nie. Teo­ria nacią­gana jak majtki uty­tej strip­ti­zerki.

Waldi wzru­szył ramio­nami.

-?Trzeba się dowie­dzieć, czyja to chata i kto tu na stałe mieszka. A potem przyj­rzeć się pry­wat­nemu życiu Mar­kie­wi­cza -?stwier­dził Nawrocki i wyjął z kie­szeni papie­rosy.

Skie­ro­wał paczkę w stronę part­nera, ale ten pokrę­cił głową. Chart zapa­lił i przez chwilę patrzył na sto­jące na regale książki. Nie było tu nic cie­ka­wego. Kilka sta­rych kry­mi­na­łów, około trzy­dzie­stu nie­wiel­kich tomi­ków powie­ści wojen­nych z serii "Biblio­teka Żół­tego Tygrysa". Były też porad­niki doty­czące robie­nia prze­two­rów i gruba ency­klo­pe­dia PWN. To tomi­sko zasko­czyło go naj­bar­dziej. Nie spo­dzie­wał się, że wła­ści­ciel miesz­ka­nia kie­dy­kol­wiek trzy­mał ją w rękach, nie licząc momentu, gdy posta­wił ją na półce. Chart wie­dział jed­nak, że cza­sem pozory mogą mylić. Musieli usta­lić, kto jest tu zamel­do­wany i do kogo ofi­cjal­nie należy miesz­ka­nie. Zda­wał sobie sprawę, że czeka ich kupa roboty. Miał nie­ja­sne prze­czu­cie, że to będzie trudne śledz­two.

* * *

Karo­lina Misz­czak była mocno zanie­po­ko­jona fak­tem, że jej ośmio­letni syn znik­nął z podwórka. Oba­wiała się naj­gor­szego. W zeszłym tygo­dniu w tele­wi­zji widziała repor­taż o zabój­stwie kil­ku­latka. W jej gło­wie z miej­sca poja­wiły się czarne sce­na­riu­sze. Zaczęła żało­wać, że w ogóle pozwo­liła synowi wyjść z domu. Pro­sił ją jed­nak tak bar­dzo, że nie miała serca mu odmó­wić. Wyda­wało jej się, że z synem sąsia­dów będzie bez­pieczny. Sama też miała zamiar co jakiś czas zer­kać przez okno, spraw­dza­jąc, czy wszystko jest w porządku. Wolała dmu­chać na zimne. Syn był jej oczkiem w gło­wie i nie wyobra­żała sobie, żeby coś mu się stało.

Zale­d­wie kwa­drans temu widziała, jak bie­gał z Kami­lem i jesz­cze jed­nym chłop­cem. Całą trójką bawili się w wojnę i co chwilę któ­ryś z nich teatral­nie uda­wał postrze­lo­nego. Zabawa im się podo­bała, bo Karo­lina widziała, jak Woj­tuś cią­gle się uśmie­chał. Cie­szyło ją to, zwłasz­cza że ostat­nio nie było im do śmie­chu. Ojciec Wojtka zosta­wił ich mie­siąc temu i wypro­wa­dził się do jakiejś kobiety, prak­tycz­nie z dnia na dzień. Po pro­stu któ­re­goś razu wró­cił do domu i stwier­dził, że ma już tego wszyst­kiego dość. Awan­tu­ro­wał się, że wciąż on haruje, a ona tylko sza­sta jego pie­niędzmi. Karo­lina była w szoku. Nie żyli może na wyso­kim pozio­mie, ale też nie przy­mie­rali gło­dem. Wie­działa, że z jed­nej pen­sji ciężko było się utrzy­mać, ale Jarek wcze­śniej nie miał o to pre­ten­sji. Rze­czy­wi­ście ostat­nio nie dokła­dała się do domo­wego budżetu. Ale nie z wła­snego wyboru. W fir­mie, w któ­rej pra­co­wała, nastą­piła reduk­cja zatrud­nie­nia i ona, jako osoba z krót­kim sta­żem, została zwol­niona w pierw­szej kolej­no­ści. Roz­sy­łała sys­te­ma­tycz­nie CV, ale ni­gdzie nie było wol­nych eta­tów. Jarek począt­kowo dekla­ro­wał, że jej bez­ro­bo­cie to nie pro­blem. Sam nie­źle zara­biał i był pewny, że utrzyma rodzinę. Ale w końcu u niego w pracy także zaczęło się dziać źle. Miał do wyboru - obniżka wyna­gro­dze­nia lub zie­lona trawka. Wybrał obniżkę. Z cza­sem zaczął wra­cać do domu coraz póź­niej. Mówił, że musi pra­co­wać wię­cej, by nad­ro­bić to, co tra­cił, zga­dza­jąc się na mniej­sze pobory. Uwie­rzyła mu. Dopiero jak sta­nął przed nią i stwier­dził, że ma już dość, dotarło do niej, że ją zdra­dzał. Gdy spa­ko­wał torbę i trza­snął drzwiami, całą noc prze­pła­kała. Nie mogła uwie­rzyć, że jej ślubny posta­no­wił zosta­wić rodzinę. Musiała wytłu­ma­czyć Woj­tu­siowi, dla­czego tata się wypro­wa­dził. Przez następne dni nie umiała zna­leźć sobie miej­sca. W jej gło­wie poja­wiły się samo­bój­cze myśli. Jedy­nie syn trzy­mał ją przy życiu. Musiała dla niego prze­trwać.

Spoj­rzała kolejny raz przez okno. Na­dal ni­gdzie nie widziała Woj­tu­sia. Drżą­cymi pal­cami zdjęła z sie­bie kuchenny far­tuch i poszła do przed­po­koju. Pełna obaw, posta­no­wiła poszu­kać syna.

* * *

Nawrocki wyszedł na klatkę, wyjął z kie­szeni paczkę LM-ów i zapa­lił jed­nego. Zasta­na­wiał się, kto pozba­wił życia zna­nego aktora. Miej­sce zna­le­zie­nia zwłok nie paso­wało do wize­runku denata. Żaden sza­no­wany aktor nie poja­wiałby się w takiej meli­nie.

Spoj­rzał przez okno i zoba­czył bawiące się przy śmiet­niku dzieci. Obok nich poży­wiał się szczur. Dwa kolejne gry­zo­nie masze­ro­wały po niskim murku. Wcze­śniej nie zwró­cił uwagi na ich ciche popi­ski­wa­nie. Jak wcho­dził z Wal­dim do klatki, obej­rzeli tylko znisz­czone, zapewne przez mło­dzież, schody i poba­zgrane ściany. Teraz dopiero uważ­niej przyj­rzał się kamie­nicy. Ludzie miesz­kali tu w bar­dzo cięż­kich warun­kach. Sam wycho­wał się w ponie­miec­kim domu na Psim Polu. Nie mieli luk­su­sów, ale nie narze­kali. Ojciec pra­co­wał w Pola­rze, a matka była szkolną sprzą­taczką. W domu miesz­kała jesz­cze bab­cia, ale jej eme­ry­tura nie star­czy­łaby nawet na zor­ga­ni­zo­wa­nie więk­szej imprezy. Wła­dza ludowa uwa­żała, że ta była więź­niarka nie­miec­kiego obozu kon­cen­tra­cyj­nego w Oświę­ci­miu nie jest zbyt pew­nym ogni­wem socja­li­stycz­nego spo­łe­czeń­stwa. Ni­gdzie nie zatrud­niali jej na dłuż­szy okres. Raz pra­co­wała kilka lat w PGR-ze jako osoba odpo­wie­dzialna za doje­nie krów. Reszta jej kariery zawo­do­wej to kil­ku­mie­sięczne okresy zatrud­nie­nia. Na ten stan rze­czy miało wpływ jej pocho­dze­nie. Dla UB córka kapi­tana przed­wo­jen­nego woj­ska to gor­sze niż meli­niara lub zwy­kła pro­sty­tutka. Dla­tego bab­cia nie miała wypra­co­wa­nej zbyt wyso­kiej eme­ry­tury. W domu zawsze jakoś sobie jed­nak radzili.

Po skoń­cze­niu liceum Andrzej posta­no­wił, że pój­dzie na stu­dia. Był rok osiem­dzie­siąty pierw­szy. Miał dzie­więt­na­ście lat i całe życie przed sobą. Nie wie­dział tylko, jaki wybrać kie­ru­nek. Matka uwa­żała, że powi­nien się zde­cy­do­wać na stu­dio­wa­nie cze­goś, co pozwoli mu poma­gać ludziom. W grę wcho­dziły więc prawo lub medy­cyna. Dzięki nie­by­wa­łemu szczę­ściu egza­miny na stu­dia praw­ni­cze zdał i dostał się na listę stu­den­tów. Nie­stety nie było mu dane stu­dio­wać dłu­żej niż mie­siąc. W poło­wie listo­pada otrzy­mał wezwa­nie na komi­sję woj­skową. Jakiś major stwier­dził, że ojczy­zna potrze­buje ludzi w armii, a nie na uczel­niach. Nie chciał słu­chać, że Nawrocki jest na pierw­szym roku. Powie­dział, że stu­dia można robić, odby­wa­jąc zasad­ni­czą służbę woj­skową.

Na szczę­ście zanim Andrzej tra­fił w kama­sze, spo­tkał kum­pla, który miał ojca w mili­cji. Pamię­tał, jak Rysiek Godlew­ski wiele razy opo­wia­dał, że jego ojciec czę­sto jeź­dzi na polo­wa­nia z wyso­kimi człon­kami par­tii i ofi­ce­rami woj­ska. Obie­cał pomóc. Dwa tygo­dnie póź­niej Nawrocki został wezwany przed obli­cze ojca Ryśka. Pamię­tał to, jakby miało miej­sce wczo­raj. Był pią­tek jede­na­stego grud­nia tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego pierw­szego roku. Puł­kow­nik Godlew­ski wysłu­chał jego argu­men­tów, po czym stwier­dził, że nie­stety biletu tak łatwo nie da się cof­nąć. Zapro­po­no­wał jed­nak Andrze­jowi wstą­pie­nie do mili­cji. Stwier­dził, że w prze­ci­wień­stwie do zasad­ni­czej służby woj­sko­wej w mili­cji fak­tycz­nie można się kształ­cić. Pole­cił, by Nawrocki poja­wił się w ponie­dzia­łek.

W nie­dzielę na ulicę wyje­chały czołgi i zaczął się naj­trud­niej­szy okres w powo­jen­nej histo­rii Pol­ski.

Nawrocki zamiast o ojczyź­nie w pierw­szej kolej­no­ści myślał jed­nak o sobie. Poja­wił się w komen­dzie i usły­szał, że w środę ma się sta­wić ponow­nie. Jakiś kapi­tan stwier­dził, że będzie odby­wał służbę woj­skową w mili­cji. Andrzej był w szoku. Chciał zapro­te­sto­wać, ale widok dwóch mili­cjan­tów biją­cych jakie­goś nasto­latka w pokoju na wprost sku­tecz­nie odwiódł go od tego zamiaru. Stwier­dził, że będąc mili­cjan­tem, także może poma­gać ludziom.

W końcu tra­fił do szkoły mili­cji w Szczyt­nie. Sta­rał się niczym powo­jenny przo­dow­nik pracy. Czuł się jak Talar z serialu Dom. Trzy­sta pro­cent normy. Chciał wygrać każde zawody. Każdy egza­min zdać z jak naj­lep­szym wyni­kiem. Po skoń­cze­niu szkoły zaczął słu­żyć w komi­sa­ria­cie na Jawo­ro­wej. Tam przez dwa lata był w wydziale kry­mi­nal­nym. W osiem­dzie­sią­tym siód­mym został prze­nie­siony do komendy miej­skiej, też do wydziału kry­mi­nal­nego. Rok póź­niej był już człon­kiem wydziału zabójstw.

Przez te wszyst­kie lata wiele razy odwie­dzał podobne miej­sca jak to. Ni­gdy dotąd jed­nak nie widział takiej koeg­zy­sten­cji dzieci i gry­zoni.

* * *

Woj­tek nie chciał pod­cho­dzić do zruj­no­wa­nej rudery z powy­bi­ja­nymi oknami. Bał się, że w niej stra­szy. Patrzył w stronę budynku i liczył, że kole­dzy zre­zy­gnują z wej­ścia do środka. Kamil i Tomek upar­cie stali jed­nak przed wej­ściem, cze­ka­jąc, aż do niech dołą­czy. Nabrał powie­trza i ruszył.

Po prze­kro­cze­niu progu zasło­nił nos. Nie pach­niało tu ład­nie. Spoj­rzał na leżące na pod­ło­dze puste butelki i jakieś szmaty. Tomek scho­wał się za mur­kiem i strze­lił w ich stronę. Kamil odpo­wie­dział mu ogniem. Znowu zaczęła się zabawa. Woj­tek pod­niósł kara­bin i scho­wał się za ścianą. Cze­kał na odpo­wiedni moment, by wypu­ścić serię.

-?Tra­ta­ta­ta­tata! -?sły­szał krzyk Kamila.

Wysko­czył ze swo­jej kry­jówki i zoba­czył, jak kole­dzy bie­gną po scho­dach na pię­tro. Wie­dział, że jeśli na­dal chce być w ich ban­dzie, musi podą­żyć za nimi. Kamila znał od dawna, Tomka, star­szego od nich o rok, poznał dopiero dzi­siaj. Był dumny z tej nowej zna­jo­mo­ści. Nie chciał go zawieść.

Ostroż­nie sta­wiał kroki pośród wala­ją­cych się wszę­dzie śmieci. Wszedł na pierw­szy sto­pień i się zawa­hał. Coś mu mówiło, że powi­nien zawró­cić. Z góry sły­szał odgłosy strze­la­niny. Zda­wał sobie sprawę, że musi wziąć się w garść i wejść po scho­dach. Posta­wił nogę na kolej­nym stop­niu.

-?Tra­ta­tata! -?dobie­gło z pię­tra.

Zro­bił kolejny krok. Serce biło mu szyb­ciej.

-?Już nie żyjesz! -?usły­szał głos Kamila.

Pod­niósł wzrok i zoba­czył kolegę sto­ją­cego u szczytu scho­dów. Kamil uśmie­chał się do niego.

Woj­tek stwier­dził, że musi wejść na pię­tro. Nabrał powie­trza i ruszył.

-?Co tak długo? -?spy­tał Tomek.

-?A może poba­wimy się w cho­wa­nego? -?zapro­po­no­wał Kamil.

Woj­tek popa­trzył na niego prze­ra­żo­nym wzro­kiem. Nie chciał się w to bawić. Bał się, że zosta­nie sam i dorwą go duchy. To, że dotąd się nie poja­wiły, nie ozna­czało prze­cież, że nie wysko­czą nagle, jak będzie sie­dział w kry­jówce. Miał nadzieję, że Tomek nie pod­chwyci pomy­słu Kamila. Nie zamie­rzał ni­gdzie się cho­wać ani nikogo szu­kać.

-?Eee tam... Cho­wa­nego jest dla dziew­czyn -?powie­dział Tomek.

Woj­tek ode­tchnął z ulgą. Naj­chęt­niej wyszedłby już z tej rudery i wró­cił na podwórko. W ogóle nie powi­nien odda­lać się od domu. Mama prze­cież mówiła mu, żeby był na widoku. Żało­wał, że jej nie posłu­chał.

-?A może by pod­pa­lić te śmieci? -?zapro­po­no­wał nagle Tomek. Wyjął z kie­szeni paczkę zapa­łek i potrzą­snął nimi.

Woj­tek wolał już to niż zabawę w cho­wa­nego. Patrzył, jak star­szy kolega pod­cho­dzi do sterty szmat. Miał złe prze­czu­cie. Tomek pod­niósł jakąś deskę i po chwili odsko­czył.

-?Co to... -?powie­dział drżą­cym gło­sem.

Woj­tek czuł, jak serce mu przy­spie­sza. Zro­bił ostrożny krok do przodu. Patrzył jak zahip­no­ty­zo­wany na wysta­jącą spod szmat osmo­loną dłoń.

Kamil zaczął wrzesz­czeć.

* * *

Po wyj­ściu z domu Karo­lina prze­szła całą oko­licę. Ni­gdzie jed­nak nie zna­la­zła Woj­tu­sia. Spoj­rzała w stronę widocz­nego sto metrów dalej budynku. Ta rudera ją prze­ra­żała. Dzi­wiła się, że nikt jesz­cze nie zde­cy­do­wał się jej wybu­rzyć lub choćby wyre­mon­to­wać. Stra­szyła powy­bi­ja­nymi szy­bami i poma­zaną sprayem ele­wa­cją. Było to miej­sce, w któ­rym nar­ko­mani wdy­chali klej lub wstrzy­ki­wali sobie nar­ko­tyki. Nie chciała, aby jej syn się tam bawił. Wiele razy mówiła mu, że ma się nie zbli­żać do tego budynku. Miała nadzieję, że jej posłu­chał i znaj­do­wał się teraz w innym miej­scu. Bez­piecz­niej­szym i bar­dziej odpo­wied­nim dla chłopca w jego wieku.

Prze­cież nie zro­biłby nic tak głu­piego, pomy­ślała, patrząc na pusto­stan.

Budy­nek jed­nak wabił ją w jakiś magiczny spo­sób, przy­cią­gał, hip­no­ty­zo­wał. Miała wra­że­nie, że w jego murach czai się zło. Otrzą­snęła się z tej myśli. Nie. Woj­tek z Kami­lem i tym nie­zna­nym jej chłop­cem na pewno są teraz na innym podwórku albo poszli bawić się do jakie­goś kolegi. Zamie­rzała poważ­nie poroz­ma­wiać z synem, jak ten wróci do domu. Nie­stety będzie zmu­szona go uka­rać. Da mu szla­ban na wyj­ścia na podwórko. Zasta­na­wiała się, czy nie powia­do­mić Jarka o tej sytu­acji. Mógłby przy­kła­dać się do wycho­wa­nia syna. Rozu­miała, że im nie wyszło i posta­no­wił zna­leźć sobie inną kobietę, ale Woj­tek prze­cież na­dal jest jego synem.

Spoj­rzała znowu na ruderę. Pod­jęła decy­zję, że nie będzie zawra­cać głowy Jar­kowi. Niech sobie układa życie u boku innej. Ona z Woj­tu­siem pora­dzą sobie sami. Do tej pory jesz­cze nie wytłu­ma­czyła syn­kowi, dla­czego ojciec wypro­wa­dził się z domu. Nie chciała mie­szać dziecku w gło­wie.

Odwró­ciła się ple­cami od zruj­no­wa­nego budynku, gdy nagle roz­legł się wrzask. Poczuła, jak włosy na karku stają jej dęba. Ni­gdy jesz­cze nie sły­szała tak prze­ra­ża­ją­cego krzyku. Był niczym wydo­by­wa­jący się z pie­kiel­nych cze­lu­ści sko­wyt.

Spoj­rzała w stronę budynku i zoba­czyła wybie­ga­ją­cych ze środka chłop­ców.

Cała trójka krzy­czała, ale ten pie­kielny sko­wyt wydo­by­wał się z ust jej Woj­tu­sia.

* * *

Nawrocki zatrzy­mał służ­bowe vento przed sta­rym zruj­no­wa­nym budyn­kiem. Dyżurny prze­ka­zał im, że jakieś dzie­ciaki zna­la­zły w środku zwę­glone ludz­kie zwłoki. Wysiadł z auta i zoba­czył zapar­ko­waną przy jed­nej ze ścian karetkę pogo­to­wia. Obok niej stała jakaś kobieta i pła­kała.

-?Naj­pierw poga­damy z tą babką, a potem pój­dziemy zoba­czyć skwarka - powie­dział do part­nera, po czym skie­ro­wał się w stronę karetki, wycią­ga­jąc z kie­szeni spodni bla­chę. -?Komi­sarz Nawrocki, a to aspi­rant Tom­czyk. Komenda miej­ska -?zwró­cił się do kobiety.

Widział, że ta jest mocno zde­ner­wo­wana. W jej oczach błysz­czało prze­ra­że­nie. Nie miał poję­cia, czy wywo­łał je widok spa­lo­nego ciała, ale liczył, że zaraz wszyst­kiego się dowie.

-?To pani zna­la­zła zwłoki? -?spy­tał, cho­ciaż z infor­ma­cji uzy­ska­nych od dyżur­nego wie­dział, że trupa odkryły jakieś dzie­ciaki. Ni­gdzie jed­nak żad­nych nie widział. Zasko­czyło go to. Będzie musiał usta­lić, dokąd się udały.

Ponad ramie­niem kobiety zoba­czył par­ku­jący z tyłu samo­chód tech­ni­ków. Po chwili wysie­dli i skie­ro­wali się do wnę­trza pusto­stanu.

-?Nie. Mój syn Woj­tuś -?odparła kobieta. -?Jest teraz w karetce. Wpadł w taki szok, że nie mogli­śmy go uspo­koić.

-?Syn był w budynku sam? -?spy­tał Waldi.

-?Nie, z kole­gami.

-?A gdzie oni teraz są?

Kobieta zaczęła się roz­glą­dać dookoła. Przy ogro­dze­niu usta­wił się już nie­wielki tłum gapiów.

-?Ni­gdzie ich nie widzę. Nie mam poję­cia... Może poszli do domu? - Wzru­szyła ramio­nami.

-?Dobrze. Póź­niej jesz­cze z panią poroz­ma­wiamy -?powie­dział Chart i skie­ro­wał się do budynku.

W środku było już kilku mun­du­ro­wych. W pomiesz­cze­niu, gdzie znaj­do­wało się spa­lone ciało, pra­co­wali tech­nicy.

-?Mocno go zja­rało -?skwi­to­wał komi­sarz, gdy razem z Wal­dim pode­szli bli­żej.

-?Ktoś oblał go czymś łatwo­pal­nym, praw­do­po­dob­nie ben­zyną -?powie­dział tech­nik, zdej­mu­jąc z szyi denata osmo­lony łań­cu­szek z meda­li­kiem.

Nawrocki patrzył, jak wkłada go do woreczka stru­no­wego i opi­suje dowód.

-?Jak myślisz, kiedy ciało spło­nęło? -?zapy­tał Waldi.

-?Na moje oko tydzień, może dwa temu. Ciężko okre­ślić tak na miej­scu. Jakby było całe, nie­zwę­glone, byłoby łatwiej, sam zresztą wiesz. Po pla­mach opa­do­wych lub roz­kła­dzie można by podać jakąś dokład­niej­szą datę. A tutaj to jak wró­że­nie z fusów.

Nawrocki pochy­lił się nad cia­łem. Ogień poczy­nił mocne spu­sto­sze­nie. Skóra twa­rzy była zwę­glona. Sto­pione usta odsło­niły zęby i dzią­sła. Całe ciało było czarne. Ubra­nie prak­tycz­nie się nie ucho­wało.

-?Jakiś taki mały ten denat -?powie­dział, wsta­jąc.

-?Nie pił mleka, to nie urósł. -?Waldi wycią­gnął z kie­szeni papie­rosy.

Nawrocki ledwo się powstrzy­mał, by nie par­sk­nąć śmie­chem.

-?Obsta­wiam nasto­latka -?wtrą­cił tech­nik.

Wstał, zdjął ręka­wiczki i wziął papie­rosa z paczki, którą czę­sto­wał Tom­czyk. Ode­szli kawa­łek dalej i w trójkę zapa­lili. Dwóch tech­ni­ków zbie­rało ślady w pomiesz­cze­niu. Chart widział, jak wkła­dają do worecz­ków nie­do­pałki i puste strzy­kawki.

Był pewny, że nic nie wynik­nie z dowo­dów. Mogły tu już być, zanim ciało zostało pod­pa­lone. Nie widział zbyt­niego sensu, by zabez­pie­czać te mate­riały, ale wie­dział, że muszą to zro­bić. Nie chcieli, aby pro­ku­ra­tor zarzu­cił im nie­do­kładne wypeł­nie­nie obo­wiąz­ków.

-?Powiem ci, że straszna śmierć -?powie­dział Waldi, wydmu­chu­jąc dym.

-?No fakt, cho­ciaż ja jestem skłonny przy­jąć wer­sję, że pod­pa­le­nie miało zatrzeć ślady, a nie było bez­po­śred­nią przy­czyną zgonu. Zobacz twarz denata. Nie ma na niej gry­masu bólu, a taki ogień, który powstaje przy obla­niu ben­zyną i pod­pa­le­niu, ma kurew­sko wysoką tem­pe­ra­turę. To prze­cież musiało nie­wy­obra­żal­nie boleć -?powie­dział Nawrocki i strzep­nął popiół.

Tech­nik ski­nął głową.

-?Też tak myślę. Pyta­nie tylko, gdzie doszło do zbrodni i w jaki spo­sób ciało tra­fiło tutaj. Ale to już wasza działka. Ja wra­cam do swo­jej roboty.

Rzu­cił nie­do­pa­łek na pod­łogę i zdep­tał butem. Następ­nie pod­niósł go i poło­żył na leżą­cym kawa­łek dalej pustaku.

-?Tu wyzna­czam palar­nię i tu można gasić pety. Nie chcę potem mieć bur­dla w mate­riale dowo­do­wym -?powie­dział i zaczął wkła­dać latek­sowe ręka­wiczki.

* * *

Aspi­rant Kło­sek powoli wcho­dził po scho­dach kamie­nicy. Dwa metry za nim szła Mrówa. Kilka minut temu dostali infor­ma­cję, że przej­mują sprawę zabój­stwa jakie­goś zna­nego aktora. Chart i Waldi poje­chali na miej­sce odna­le­zie­nia kolej­nego ciała, a on z Mrów­czyń­ską mieli się zająć tym śledz­twem. Nie uśmie­chało im się to. Woleli pra­co­wać przy zwło­kach zwy­kłych ludzi, a nie tych z pierw­szych stron gazet. Każdy patrzył wtedy śled­czym na ręce.

Nie lubił takich sytu­acji. W przy­padku pomyłki od razu szu­kano win­nych, a naj­ła­twiej kogoś takiego zna­leźć wśród poli­cjan­tów pro­wa­dzą­cych sprawę.

Prze­ci­snęli się przez tłu­mek gapiów i weszli do meliny. Mrówa zasło­niła nos. W miesz­ka­niu śmier­działo moczem i stę­chli­zną. Kło­sek pod­szedł do zwłok i przez chwilę na nie patrzył. Zaraz miały zostać zabrane do zakładu medy­cyny sądo­wej. Tech­nicy skoń­czyli już swoją pracę i zaczęli się szy­ko­wać do wyj­ścia. Teraz oni musieli się dowie­dzieć dla­czego znany aktor poja­wił się w tym miej­scu.

-?Macie jego port­fel? -?spy­tał Kło­sek tech­ni­ków.

-?Tak.

-?Coś cie­ka­wego w nim było? Kasa?

-?Pusty. Ledwo kilka para­go­nów ze sklepu. Jakiś bilet do kina. Nic wię­cej.

-?Czyli zabój­stwo mogło mieć motyw rabun­kowy -?powie­działa Mrówa.

Tech­nicy unie­śli dło­nie na poże­gna­nie i wyszli. Kło­sek prze­szedł się po miesz­ka­niu. Wyda­wało mu się dziwne, że ktoś taki jak Mar­kie­wicz poja­wił się w tym miej­scu.

-?Dobra. Myślę, że tutaj niczego się nie dowiemy. Musimy przejść się po sąsia­dach -?zade­cy­do­wał.

-?A myślisz, że coś powie­dzą? Griszka, pamię­tasz gdzie jeste­śmy? W tej dziel­nicy panuje zmowa mil­cze­nia. Przy­po­mi­nasz sobie sprawę zabój­stwa tego nowo­rodka?

Kło­sek ski­nął głową. Nie mógł cze­goś takiego zapo­mnieć. Śmierć nowo naro­dzo­nego dziecka i próba samo­bój­cza matki potra­fią odci­snąć piętno na ludz­kiej psy­chice. Kobieta była opóź­niona inte­lek­tu­al­nie i miała trud­no­ści z poj­mo­wa­niem tego, co się wokół niej dzieje. Na doda­tek była kato­wana przez kon­ku­benta i jego brata. Obaj znę­cali się nad nią nie tylko fizycz­nie, ale też psy­chicz­nie. Była przy­kuta łań­cu­chem do grzej­nika w kuchni. Zała­twiała się do sto­ją­cego obok wia­dra. Spała na brud­nym mate­racu. Obaj bra­cia ją gwał­cili, aż w końcu zaszła w ciążę. Opraw­ców nie było stać na skro­bankę, więc kobieta uro­dziła. Po poro­dzie, który odbył się na kuchen­nej pod­ło­dze, kobieta wzięła leżący na bla­cie nóż i wbiła go dziecku pro­sto w klatkę pier­siową. Nowo­ro­dek zmarł po kilku minu­tach. Następ­nie tym samym nożem dzie­cio­bój­czyni pod­cięła sobie żyły. Gdy bra­cia wró­cili do domu i zoba­czyli, co się stało, ucie­kli. Jedna z sąsia­dek, widząc otwarte na roz­cież drzwi, posta­no­wiła zaj­rzeć do miesz­ka­nia. W kuchni zna­la­zła dwa ciała leżące w kałuży krwi. Powia­do­miła pogo­to­wie.

Matkę udało się ura­to­wać. Po wyj­ściu ze szpi­tala tra­fiła do szpi­tala psy­chia­trycz­nego. Śledz­two pro­wa­dził ich wydział. Chart uwa­żał, że należy się sku­pić na poszu­ki­wa­niu braci i wyja­śnie­niu oko­licz­no­ści oraz powo­dów zbrodni. Po trzech tygo­dniach, po wyko­na­niu ogromu pracy, zła­pano zwy­rod­nial­ców. Kło­sek pamię­tał, że zanim to się stało, cho­dzili po sąsia­dach, ale nikt nie chciał im nic powie­dzieć. Na temat braci pano­wała zmowa mil­cze­nia. Każdy twier­dził, że nie widział w ich zacho­wa­niu niczego nie­po­ko­ją­cego.

Z cza­sem od jed­nej ze star­szych miesz­ka­nek kamie­nicy Waldi usły­szał przy­pad­kiem, że kilku sąsia­dów wie­działo, że bra­cia mają w miesz­ka­niu nie­wol­nicę. Ponoć nawet poka­zali ją paru zna­jo­mym. Nikt jed­nak nie został za to uka­rany. Nie przy­znali się do wie­dzy o tra­ge­dii, która roz­gry­wała się za ścianą. Znie­czu­lica spo­łeczna i strach przed zemstą ze strony zwy­rod­nial­ców spra­wiły, że nie­winne dziecko stra­ciło życie, a jego matka do końca swo­ich dni nie wyj­dzie ze szpi­tala dla osób psy­chicz­nie cho­rych.

-?Jak nie spy­tamy, to się nie dowiemy -?powie­dział teraz Kło­sek, spo­glą­da­jąc na Mrówę.

W tym samym cza­sie do miesz­ka­nia weszło dwóch mun­du­ro­wych, a tuż za nimi dwóch face­tów z noszami. Wyjęli z torby duży worek na zwłoki i pode­szli do ciała.

-?Przy­pil­nuj­cie tu wszyst­kiego -?rzu­cił do nich Kło­sek i ruszył w stronę drzwi.

* * *

Nawrocki patrzył na chłopca, który wła­śnie opu­ścił karetkę. Widać było, że wciąż jest w szoku po odkry­ciu spa­lo­nych zwłok. Każdy by był, a co dopiero taki dzie­ciak. Posta­no­wił, że nie będzie go teraz męczył. Jutro albo poju­trze wezwie matkę z chłop­cem do komendy albo sam przyj­dzie do nich z psy­cho­lo­giem.

-?Na dzi­siaj jest pani wolna. Może pani iść do domu. Jutro ktoś się do pani zgłosi -?powie­dział i wyjął z kie­szeni papie­rosa. -?Może nawet ja z part­ne­rem przy­jadę. Zoba­czymy.

-?Dzię­kuję. Chyba za dużo wra­żeń jak na jeden dzień. Nie dała­bym rady roz­sąd­nie mówić -?powie­działa i objęła syna.

Chart patrzył na nich i zasta­na­wiał się, jak dzie­ciak zaśnie dzi­siej­szej nocy. Czy będzie miał kosz­mary, czy w ogóle zmruży oko? On sam, choć był poli­cjan­tem, przez takie doświad­cze­nia wiele razy miał pro­blemy ze snem.

Pamię­tał jedną sprawę, po któ­rej długo budził się z krzy­kiem. Grzy­biarz zna­lazł zwłoki nasto­latki w lesie na skraju mia­sta. Gdy jechali z Wal­dim na miej­sce, podej­rze­wali, że jakiś zbo­cze­niec napadł na dziew­czynę, zgwał­cił ją i zamor­do­wał. Ale wystar­czył im jeden rzut oka, by stwier­dzić, że źle typo­wali. To, co ujrzeli, prze­ra­ziło ich i spra­wiło, że na rękach poja­wiła im się gęsia skórka. Ciało denatki nie nosiło śla­dów gwałtu ani innej prze­mocy na tle sek­su­al­nym. Nie miało także... głowy. Ktoś odciął ją i praw­do­po­dob­nie ze sobą zabrał.

Poli­cjanci zaczęli prze­szu­ki­wać las. W końcu zna­leźli głowę w pobli­skim gospo­dar­stwie rol­nym. Stała na półce za szybą meblo­ścianki w sypialni męż­czy­zny. Oczy­wi­ście gdyby nie prze­wod­nik z psem, który dopro­wa­dził ich do tej cha­łupy na skraju lasu, pew­nie zabójca zdą­żyłby ją lepiej ukryć. Sprawcą oka­zał się sześć­dzie­się­cio­letni, lekko opóź­niony inte­lek­tu­al­nie rol­nik. Nie potra­fił powie­dzieć, z jakiego powodu zaata­ko­wał nasto­latkę i dla­czego pozba­wił ją życia. Prze­szu­ka­nie pose­sji ujaw­niło jesz­cze dwa ciała, a wła­ści­wie szkie­lety. Oka­zało się, że męż­czy­zna wyko­pał je ze sta­rego ponie­miec­kiego cmen­ta­rza w sąsied­niej wsi. Przy­niósł szczątki do domu i scho­wał je w sta­rym tap­cza­nie. Tego też nie potra­fił wytłu­ma­czyć.

Funk­cjo­na­riu­sze musieli usta­lić, czy nie miał na kon­cie innych zbrodni. Prze­świe­tlali każdą zagad­kową śmierć w ciągu ostat­nich lat, która mogła paso­wać do spo­sobu dzia­ła­nia rol­nika. Wery­fi­ko­wali różne tropy. Wszy­scy w wydziale byli pewni, że facet musiał już kie­dyś popeł­nić mor­der­stwo. Nie­stety nie udało się go dopaso­wać do żad­nej z nie­wy­ja­śnio­nych spraw. Nie udało się też go ska­zać. Zanim tra­fił przed obli­cze sądu, zmarł w aresz­cie na zawał serca.

To wtedy Charta przez kilka tygo­dni męczyły kosz­mary. W każ­dym z nich widział głowę nasto­latki patrzącą na niego nie­wi­dzą­cym wzro­kiem, niemo oskar­ża­jącą go o opie­sza­łość. Zawsze wtedy budził się z krzy­kiem.

Teraz miał prze­czu­cie, że ten dzie­ciak też będzie widział w snach spa­lone ludz­kie szczątki.

Pod­szedł do vento, otwo­rzył drzwi i się­gnął po sta­cję.

-?Zero dwa do zero dwa­dzie­ścia pięć dwa­na­ście zgłoś -?powie­dział.

-?Zgła­sza zero dwa.

-?Chart z tej strony. Prośbę mam. Sprawdź­cie, czy jakiś nie­lat nie jest poszu­ki­wany. Może ktoś nawiał z popraw­czaka lub jest na gigan­cie.

-?Ale wiesz, że to roboty od pyty?

-?No wiem. Dla­tego was o to pro­szę.

-?Dobra. Zoba­czymy, co da radę ogar­nąć. Bez odbioru -?powie­dział dyżurny.

Nawrocki odło­żył sta­cję i zapa­lił papie­rosa, patrząc na idą­cego w jego stronę part­nera.

-?Trzeba będzie ogar­nąć moni­to­ring -?powie­dział Waldi.

-?Wiem. Zaraz wydzwo­nimy Mar­got i Pabla. Niech przejdą się po oko­licy i spraw­dzą, czy jakaś kamera nie zare­je­stro­wała podej­rza­nego auta.

-?Zakres nagrań?

-?Jak naj­więk­szy. Nie mamy poję­cia, kiedy pod­pa­lono ciało. Trzeba się będzie też przejść po oko­licz­nych kamie­ni­cach. Może ktoś widział pożar.

Waldi zano­to­wał w notat­niku słowa part­nera.

-?Straż?

-?Myślę, że nie ma sensu. Jakby ktoś ich powia­do­mił o ogniu, zna­leź­liby ciało.

-?No to czeka nas roboty od pyty.

-?Do eme­ry­tury powin­ni­śmy się wyro­bić -?powie­dział Chart i rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię.

* * *

Sta­nęli przed miesz­ka­niem na wprost meliny, w któ­rej zna­le­ziono ciało aktora. Gapie, wcze­śniej z zacie­ka­wie­niem sta­ra­jący się coś doj­rzeć, teraz w magiczny spo­sób znik­nęli. Griszka wie­dział, że tak będzie. Dobrze znali z Mrówą takie miej­sca -?z reguły nikt nie chce w nich odpo­wia­dać na pyta­nia śled­czych.

Zapu­kali do drzwi i przez chwilę nasłu­chi­wali panu­ją­cej w środku ciszy. Wie­dzieli, że w lokalu ktoś prze­bywa, ale stara się nie ujaw­nić.

-?Chyba nie otwo­rzy -?powie­działa Mrówa.

-?Dajmy jej lub jemu szansę. -?Kło­sek uśmiech­nął się do part­nerki.

Zapu­kał jesz­cze raz. Tym razem zde­cy­do­wa­nie moc­niej. Kilka sekund póź­niej usły­szeli odgłos prze­krę­ca­nego w zamku klu­cza.

-?Mówi­łem? -?Griszka puścił do Mrów­czyń­skiej oko.

W progu sta­nęła kobieta z wał­kami na gło­wie i w sta­rym pożół­kłym szla­froku frotte. Na oko miała jakieś sie­dem­dzie­siąt pięć lat. Patrzyła na nich zasko­czona.

-?Co jest? -?spy­tała. -?Co to za wale­nie w drzwi jak gestapo?

Kło­sek nie sko­men­to­wał słów kobiety. Wyjął z kie­szeni legi­ty­ma­cję i pod­su­nął jej pod nos.

-?Poli­cja.

-?A co mi pan tak to pod­sta­wia? Może jesz­cze do ust mi pan to włoży? Co za ludzie... Kogo oni teraz do tej mili­cji biorą? -?zaczęła narze­kać.

-?Prze­pra­szam. Jeste­śmy z poli­cji i mamy do pani kilka pytań -?pró­bo­wała rato­wać sytu­ację Mrówa.

-?Ja tam, pani, nic nie wiem. Nie inte­re­suję się niczym i nic mnie nie obcho­dzi.

-?Może jed­nak widziała pani kogoś, kto w ostat­nim cza­sie wcho­dził do miesz­ka­nia naprze­ciwko?

-?Głu­cha? Ja mówiła, że nic nie wiem.

Kło­sek miał ochotę wal­nąć kobietę. Nie dość, że nie chciała im pomóc, to jesz­cze miała się za Bóg wie kogo. Była opry­skliwa i zło­śliwa. Nie mógł jej jed­nak nic zro­bić. Miała prawo twier­dzić, że nic nie wie. Nawet gdyby w przy­szło­ści została wezwana do sądu jako świa­dek, pomimo że powinna zezna­wać prawdę, zawsze może zasło­nić się nie­pa­mię­cią. Sąd jej uwie­rzy, zwłasz­cza gdy weź­mie pod uwagę jej wiek.

-?Trudno. Skoro pani nic nie wie, to nie będziemy zaj­mo­wać pani cen­nego czasu -?powie­dział i dał znak part­nerce, że dal­sza roz­mowa nie ma sensu.

Mrów­czyń­ska ski­nęła kobie­cie głową i ruszyła na wyż­sze pię­tro. Mieli zamiar poroz­ma­wiać ze wszyst­kimi miesz­kań­cami kamie­nicy. Zda­wali sobie sprawę, że to pew­nie bez­ce­lowe, bo nikt nic im nie powie, ale musieli wyko­nać swoją pracę.

-?Cze­kajta -?powie­działa sta­ruszka, po czym rozej­rzała się uważ­nie po klatce, spraw­dza­jąc, czy ktoś nie pod­słu­chuje. Gdy się upew­niła, ści­szyła głos: -?Ten tam, co go zaciu­kali, to co jakiś czas tu przy­ła­ził. Zawsze zasła­niał mi juda­sza.

Kło­sek wyjął notat­nik, ale kobieta zastrze­gła:

-?Pan nic nie pisze, bo ja nie chcę potem po sądach łazić. -?Pocze­kała, aż poli­cjant schowa notat­nik i pod­jęła: -?On miał to miesz­ka­nie wyna­jęte od tego Zdziśka.

-?A ten Zdzi­siek to?

-?No on tu miesz­kał z matką. Jak ta zeszła, to się wyniósł. Ponoć do Leśnicy, ale kto tam go wie.

-?Rozu­miem.

-?Zdzi­siek to miesz­ka­nie wyna­jął i mówił, że kasy dosta­nie tyle, że głowa mała. Powie­dział, że facet, co tu zamieszka, to jest bogaty. Panie, ja tam w te baj­du­rze­nie Zdziśka to nie wie­rzyła. Kto by chciał w takim chle­wie miesz­kać, i to jak ma kasę?

-?No może nie spo­dzie­wał się aż tak tra­gicz­nych warun­ków -?zary­zy­ko­wała Mrówa.

Kobieta popa­trzyła na nią i popu­kała się w głowę.

-?Trzeba mieć kuku na muniu. Ja myślała, że Zdzi­siek kła­mie, ale potem kilka razy sły­szała, jak ktoś tam wcho­dził. Nie mogła jed­nak zer­k­nąć, bo judasz był zasło­nięty.

-?To nie widziała pani, czy ten nowy loka­tor wcho­dził sam czy z kimś? - spy­tał Kło­sek.

-?No jak? Przeca judasz zasło­nięty był, mówię! Ty słu­chał w ogóle?

Kło­sek zbył jej pyta­nie. Wie­dział, że dys­ku­sja nie ma sensu. Będą musieli spraw­dzić, do kogo dokład­nie należy miesz­ka­nie i kiedy zostało wyna­jęte. Może się oka­zać, że aktor poja­wiał się tu przed śmier­cią czę­ściej.

* * *

Sier­żant Paweł Jasica zapar­ko­wał służ­bo­wego polo­neza i zga­sił sil­nik. Mieli za zada­nie przejść się po oko­licy i spraw­dzić, czy jakaś kamera nie uwiecz­niła sprawcy pod­pa­le­nia ciała zna­le­zio­nego w sta­rym budynku. Pablo zda­wał sobie sprawę, że czeka ich sporo pracy. Z tego, co się dowie­dzieli, wyni­kało, że ciało ktoś spa­lił już jakiś czas temu. Będą musieli zabez­pie­czyć nagra­nia z dłuż­szego okresu i wyko­nać mrów­czą robotę.

-?Powiem ci, że cza­sem krew mnie zalewa, jak widzę takie mar­no­wa­nie czy­jejś pracy -?powie­dział, patrząc na ruderę.

Mar­got wyjęła z kie­szeni papie­rosy i wło­żyła jed­nego do ust.

-?To zna­czy? Bo nie jarzę.

-?Cho­dzi mi o takie pusto­stany. Szkoda tego. Kie­dyś jecha­łem pocią­giem z Zakopca do Kra­kowa. Po dro­dze widzia­łem budynki nale­żące do PKP. Wszystko stało puste i tylko nisz­czało. Powiem ci, że serce mi się kra­jało.

-?A niby czemu? Prze­cież to nie twoje.

-?No wła­śnie. Każdy mówi, że jak pań­stwowe, to niczyje. A prze­cież to kosz­tem pracy naszych ojców i dzia­dów te budynki sta­wiano. Zobacz na Wro­cław i inne mia­sta. Po woj­nie tu roz­bie­rano budynki i cegły wie­ziono do War­szawy. Odbu­do­wa­nie sto­licy było prio­ry­te­tem, i to nie tylko pro­pa­gan­do­wym. Wszyst­kie ręce na pokład i te sprawy. I się udało. Potem zajęto się resztą kraju. Ludzie naprawdę wyko­nali od zaje­ba­nia roboty, by to wszystko wybu­do­wać A teraz co? Nisz­czeje.

-?Prze­sa­dzasz.

-?Wcale nie. Zobacz takie PGR-y. Kie­dyś wła­dza przej­mo­wała pała­cyki i robiła z nich gospo­dar­stwa rolne. Ludzie mieli pracę i mogli zaro­bić na kawa­łek chleba.

Mar­got zapa­liła papie­rosa i wydmuch­nęła dym.

-?W PGR-ach kra­dli -?mruk­nęła.

-?Tak, ale wszy­scy. A teraz to zostało roz­kra­dzione przez tych, co rzą­dzili. Widzia­łem ostat­nio repor­taż o tym, jak jakiś facet kupił dawny PGR za uła­mek jego war­to­ści. Po kilku mie­sią­cach sprze­dał to jakiejś spółce z Nie­miec. Teraz tam jakiś nie­mia­szek będzie miał pała­cyk i sie­dzibę firmy.

-?Jeśli kupił, to okej. Każdy orze jak może. Nie masz się co przej­mo­wać.

-?Ale po co likwi­do­wano ten PGR? Ponoć przy­no­sił korzy­ści.

Mar­got strzep­nęła popiół i uśmiech­nęła się do part­nera.

-?Jak wró­cimy, ustalę adres mini­ster­stwa prze­kształ­ceń czy co tam się zaj­muje pry­wa­ty­za­cją. Napi­szesz do nich, może ci odpo­wie­dzą. Ja jestem za głu­pia na takie roz­k­miny.

-?A goń się... -?Jasica mach­nął ręką.

Aspi­rant Konieczna par­sk­nęła śmie­chem i rzu­ciła nie­do­pa­łek na zie­mię.

-?Dobra, chło­paku. Idziemy wyko­nać od groma nikomu nie­po­trzeb­nej roboty -?stwier­dziła i skie­ro­wała się w stronę budynku po dru­giej stro­nie ulicy.

* * *

Chart i Waldi weszli do wydziału. Przy swo­ich biur­kach sie­dzieli Kło­sek i Mrówa. Nawrocki był zasko­czony ich wido­kiem. Myślał, że oboje są jesz­cze w meli­nie, w któ­rej zna­le­ziono zwłoki aktora.

-?Już ogar­nę­li­ście temat? -?spy­tał.

-?W kamie­nicy tak -?odparł Kło­sek. -?Wiesz, jak jest. Nikt nie współ­pra­cuje.

-?Jak nikt? A ta z wał­kami? -?wtrą­ciła się Mrówa.

-?No fakt. Jedna babka powie­działa, że miesz­ka­nie należy do nie­ja­kiego Zdziśka. Spraw­dzi­li­śmy w sys­te­mie i rze­czy­wi­ście wła­ści­cie­lem lokalu jest Zdzi­sław Pio­tro­wicz. Facet był noto­wany za drobne kra­dzieże. Z tego, co udało nam się usta­lić, nie pra­cuje, ale nie mamy wie­dzy, czym się zaj­muje.

-?Sąsiadka mówiła, że ten Zdzi­siek się chwa­lił, że miesz­ka­nie od niego będzie wynaj­mo­wał jakiś bogacz. Podej­rze­wam, że ten aktor. Pyta­nie tylko, po kiego mu taka melina.

-?Może chciał tam krę­cić jakiś film -?zasu­ge­ro­wał Waldi.

-?Film? -?zdzi­wił się Nawrocki. -?Jaki film?

-?Denat był akto­rem, co nie? Może chciał też być reży­se­rem albo zle­cono mu poszu­ka­nie jakie­goś kwa­dratu, który nadałby się do zdjęć.

Chart przez chwilę roz­my­ślał nad tą teo­rią. W końcu się­gnął do kie­szeni po papie­rosy. Zapa­lił i zwró­cił się do Griszki i Mrówy:

-?Trzeba to spraw­dzić. Jutro poga­da­cie z kole­gami Mar­kie­wi­cza z planu, całą obsługą. Może się oka­zać, że rze­czy­wi­ście melina była potrzebna do jakie­goś filmu. My z Wal­dim zaj­miemy się poszu­ki­wa­niem w bazach danych naszego dru­giego denata.

-?A wła­śnie. Sły­sze­li­śmy, że mocno zwę­glony -?powie­dział Kło­sek.

-?Nie­stety. Nie ma szans na wrzu­ce­nie foty w media.

Gdy jechali z Wal­dim do komendy, Nawrocki się zasta­na­wiał, czy uda im się usta­lić, kim jest denat. Ciało było zbyt mocno spa­lone, by prze­ka­zać mediom jego zdję­cie z prośbą o pomoc w usta­le­niu toż­sa­mo­ści zmar­łego. Jeśli to był nasto­la­tek, który nawiał z domu gdzieś na dru­gim końcu Pol­ski, usta­le­nie jego per­so­na­liów może potrwać. Będą musieli wyko­nać ogrom pracy, by choć tro­chę ruszyć śledz­two do przodu. Był jesz­cze meda­lik. Może on w jakiś spo­sób im pomoże. Pablo i Mar­got roz­po­częli już czyn­no­ści na miej­scu zbrodni.

-?To mamy dwie sprawy na tape­cie -?powie­działa Mrówa.

-?I nad obiema musimy się mak­sy­mal­nie sku­pić -?dopo­wie­dział Chart.

Kło­sek wstał od biurka i pod­szedł do stołu, na któ­rym stał czaj­nik elek­tryczny. Włą­czył go i spy­tał:

-?A te dzie­ciaki, co ujaw­niły ciało? Jak to znio­sły?

-?Chło­pie, współ­czuję im tego widoku. Podej­rze­wam, że będzie im się śnił przez kilka tygo­dni -?powie­dział Nawrocki.

-?Podobno jeden z nich był w takim szoku, że dosłow­nie wył jak wilk. To musiało być straszne -?stwier­dził Waldi, wyj­mu­jąc z szu­flady butelkę wódki. Posta­wił ją na stole i chwilę patrzył na pozo­sta­łych.

Nawrocki ski­nął głową. Rzadko pili w komen­dzie, ale dzi­siaj czuł, że muszą wychy­lić po jed­nym. Czasy, kiedy upi­jali się po służ­bie do utraty nie­przy­tom­no­ści, ode­szły do lamusa. Teraz otwie­rali butelkę tylko w przy­padku, gdy zda­rzało im się wyjąt­kowo trudne śledz­two. Pili, żeby się odstre­so­wać.

Waldi wyjął kilka kie­lisz­ków i zaczął roz­le­wać alko­hol

* * *

Jasica wszedł do warsz­tatu samo­cho­do­wego i ruszył w stronę pochy­la­ją­cego się nad sil­ni­kiem mecha­nika. Wcze­śniej obe­szli kil­ka­na­ście róż­nych lokali -?w więk­szo­ści jed­nak nie było moni­to­ringu. Ten warsz­tat mieli sobie odpu­ścić, ale w ostat­niej chwili Konieczna dostrze­gła kamerę umiesz­czoną na słu­pie. Była skie­ro­wana na nie­wielki par­king przy warsz­ta­cie, ale mogła też objąć swoim zasię­giem kawa­łek drogi.

-?Dzień dobry -?powie­dział, wyj­mu­jąc legi­ty­ma­cję służ­bową.

Mecha­nik zer­k­nął na doku­ment, wypro­sto­wał się i się­gnął po leżącą na błot­niku szmatę.

-?Dobry.

Wytarł ręce i wyjął z kie­szeni kom­bi­ne­zonu robo­czego paczkę popu­lar­nych. Skie­ro­wał ją w stronę Jasicy, ale poli­cjant pokrę­cił głową.

-?Jeśli cho­dzi o tego opla, to on już miał te uszko­dze­nia. -?Mecha­nik zapa­lił i wydmuch­nął dym. -?Nie dam sobie wmó­wić, że to stało się na moim par­kingu. Mam kamerę i wszystko się nagrywa. Jak trzeba będzie, znajdę moment, jak dziad sta­wia tego kadetta.

-?Nie przy­szli­śmy w tej spra­wie, ale fakt, że ma pan moni­to­ring, nas cie­szy.

Mar­got, która wła­śnie do nich pode­szła, uśmiech­nęła się do mecha­nika.

-?Tak jak kolega powie­dział, my wła­śnie w spra­wie kamery. Nagrywa tylko par­king czy także drogę?

-?Tylko jeden pas, ale szału nie ma. To sła­bej jako­ści sprzęt.

-?Okej. Może nam to wystar­czy. Potrze­bo­wa­li­by­śmy, aby zabez­pie­czył pan nagra­nia z ostat­nich dwóch tygo­dni. Pode­ślemy po nie mun­du­ro­wego.

-?Kiedy?

-?Myślę, że jutro.

-?Posta­ram się to zro­bić, ale nie wiem, jak mi pój­dzie. Ni­gdy nie zgry­wa­łem nic z reje­stra­tora.

Mecha­nik zacią­gnął się ostatni raz papie­ro­sem. Jasica widział, że żar parzy go już w opuszki pal­ców, męż­czy­zna jed­nak nic sobie z tego nie robił. Widać było, że jest przy­zwy­cza­jony.

-?A mamy jesz­cze pyta­nie. Kawa­łek dalej stoi taki pusto­stan...

-?Ano stoi.

-?Czy widział pan może w ostat­nim cza­sie, żeby coś się w środku paliło?

-?Cho­dzi wam o tego trupa, co się sfaj­czył?

Mar­got ski­nęła głową.

-?Cała oko­lica o tym mówi. Powiem wam nie­ofi­cjal­nie, bo nie jestem pewny, ale to było chyba siód­mego. Wycho­dzi­łem wtedy po pół­nocy. Mia­łem do naprawy merola. Uszczelka była do wymiany, a klient stały, więc trzeba było to ogar­nąć w miarę szybko.

Jasica miał ochotę pona­glić męż­czy­znę.

-?No więc wyla­złem i wsia­dłem do swo­jego poldka. Jecha­łem koło tego budynku i widzia­łem, że stał tam samo­chód. Nie wiem dokład­nie jaki, ale kątem oka zoba­czy­łem, że stoi.

-?I to było siód­mego? -?upew­nił się Pablo.

-?Tak. W nocy z szó­stego na siód­mego.

Jasica spoj­rzał na part­nerkę. Mieli jakiś punkt zacze­pie­nia. Musieli się jesz­cze dowie­dzieć, jakie to było auto. A do tego trzeba było przej­rzeć nagra­nia i to usta­lić.

* * *

Nawrocki wró­cił do domu i poszedł do kuchni, gdzie na krze­śle sie­działa jego part­nerka. Z Izą byli parą od pół­tora roku i wciąż jesz­cze potra­fili ze sobą roz­ma­wiać. Dotych­czas wszyst­kie jego związki koń­czyły się zale­d­wie po kilku mie­sią­cach. Zda­wał sobie sprawę, że tu może być podob­nie.

Zawsze gdy zaczy­nał zna­jo­mość z jakąś kobietą, ta począt­kowo była zafa­scy­no­wana fak­tem, że spo­tyka się z gli­nia­rzem, który roz­wią­zuje naj­trud­niej­sze sprawy zabójstw. Po kilku tygo­dniach sie­lanki zaczy­nały się pierw­sze tar­cia. Pro­ble­mem sta­wały się późne powroty do domu. Cią­żyły dni, kiedy był sku­piony na śledz­twie i na nic innego nie miał czasu. Naj­gor­sze jed­nak było to, że przy­no­sił robotę do domu. Jedna z jego byłych powie­działa mu kie­dyś, że czuć od niego tru­pem. On cze­goś takiego nie zauwa­żył.

Do pracy z reguły dojeż­dżał służ­bo­wym autem, w robo­cie także się nim poru­szał. Nie miał oka­zji spraw­dzić, czy Marta miała rację. Pew­nego dnia posta­no­wić to zwe­ry­fi­ko­wać. Wsiadł do tram­waju i prze­je­chał się dwa przy­stanki. Kilka osób deli­kat­nie się od niego odsu­nęło. Miał świeże ubra­nie, a mimo to ludzie sta­rali się zacho­wać dystans. Był w szoku. Zda­wał sobie jed­nak sprawę, że nic na to nie pora­dzi. Ktoś musiał wyko­ny­wać tę pracę. Ktoś musiał łapać ludzi, któ­rzy nie prze­strze­gali pią­tego przy­ka­za­nia.

Wie­dział, że z Izą też za jakiś czas może im się popsuć. Jak dotąd był to jego naj­dłuż­szy zwią­zek. Miał nadzieję, że minie jesz­cze sporo czasu, zanim zacznie się pie­przyć.

Iza cero­wała jego skar­petki.

-?Cześć, kocha­nie. -?Poca­ło­wał ją w poli­czek.

-?Piłeś.

-?Dwa kie­liszki w fabryce.

Pod­szedł do kuchenki, pod­niósł pokrywkę i uniósł cho­chelkę. Nabrał zupy jarzy­no­wej i wziął łyk.

-?Na talerz sobie nalej. Nie jedz w taki spo­sób.

-?Uwiel­biam jarzy­nową. Jesz­cze jak jest bruk­selka, to mógł­bym zjeść i pięć tale­rzy.

Iza odło­żyła skar­petkę z wbitą igłą na stół. Pode­szła do szafki, wyjęła z niej talerz i posta­wiła go na bla­cie. Nawrocki wlał sobie dwie cho­chle zupy, po czym usiadł przy stole.

-?A jaki był powód picia? -?spy­tała Iza, wra­ca­jąc do cero­wa­nia.

-?Dwie cięż­kie sprawy. Jedna trud­niej­sza od dru­giej.

-?Maka­bryczne? Jeśli tak, oszczędź mi szcze­gó­łów.

-?Co dzi­siaj robi­łaś, jak wró­ci­łaś z pracy? -?zmie­nił temat.

-?Ugo­to­wa­łam obiad, popra­so­wa­łam ciu­chy i zaczę­łam prze­glą­dać twoje skar­pety. Jak ty to robisz, że co druga para ma dziury na pal­cach?

-?Nie mam poję­cia. -?Uśmiech­nął się. -?Od dzie­ciaka tak mia­łem. Matka co chwila sie­działa z igłą i cero­wała.

Iza pokrę­ciła z nie­do­wie­rza­niem głową. Znów odło­żyła skar­petkę i spoj­rzała mu w oczy.

Czuł, że zaraz powie mu to, co wiele razy już sły­szał. Spo­dzie­wał się nad­cho­dzą­cego roz­sta­nia.

-?Okres mi się spóź­nia -?powie­działa.

Zasko­czony odło­żył łyżkę i ujął jej dłoń.

-?Może coś źle poli­czy­łaś?

-?Nie. Zro­bi­łam test. Jestem w ciąży.

2

Wro­cław, 16 lipca 1998 r.

Nawrocki wstał o pią­tej rano. Nie mógł zasnąć. Cały wie­czór zasta­na­wiał się, co będzie dalej. Infor­ma­cja o ciąży Izy cał­ko­wi­cie go zasko­czyła. Nie miał poję­cia, co robić w tej sytu­acji. Przede wszyst­kim czy stać ich na dziecko.

On jako gli­niarz nie zara­biał koko­sów. Iza pra­co­wała na pół etatu jako kadrowa. Dostała tę posadę po zna­jo­mo­ści i tylko dzięki temu mogła się poszczy­cić stałą pracą. Galo­pu­jące bez­ro­bo­cie spra­wiało, że trzeba było się trzy­mać tego, co się ma. Pamię­tał, jak Iza opo­wia­dała mu, że w jej fir­mie zwol­niła się dziew­czyna. Niby gdzie indziej dostała lep­sze warunki. Po jej odej­ściu ogło­sili nabór i na to jedno miej­sce przy­szło ponad stu kan­dy­da­tów. Każdy z nich miał wykształ­ce­nie wyż­sze i odpo­wied­nie kwa­li­fi­ka­cje. Po dwóch mie­sią­cach tamta kole­żanka wró­ciła z pod­ku­lo­nym ogo­nem. Wspa­niałe warunki oka­zały się kłam­stwem, a nowy pra­co­dawca zwy­kłym oszu­stem. Nie­stety jej miej­sce było już zajęte i dziew­czyna zasi­liła sta­ty­styki bez­ro­bot­nych w kraju.

Nawrocki miał świa­do­mość, że teraz jesz­cze bar­dziej będą musieli zaci­snąć pasa, by utrzy­mać sie­bie i dziecko. Zasta­na­wiał się, czy nie powi­nien się Izie oświad­czyć. Nie wie­dział w sumie, czy ona chce ślubu, czy może woli żyć na kocią łapę, jak do tej pory. Nie miał jesz­cze nawet oka­zji poznać jej rodzi­ców. Jakoś się nie zło­żyło. Teraz będzie musiał to nad­ro­bić. Jego rodzice poznali Izę i stwier­dzili, że fajna z niej babka. Był pewny, że ucie­szą się z wia­do­mo­ści, że zostaną dziad­kami.

Sie­dział w kuchni i koń­czył kawę. Zaraz zamie­rzał jechać do komendy i zająć się spra­wami, które w ciągu ostat­niej doby tra­fiły do wydziału.

-?Dzień dobry -?usły­szał od drzwi.

Iza sta­nęła w progu, zaspana i roz­czo­chrana. Miała na sobie cie­niutką podomkę.

Uśmiech­nął się do niej.

-?Cześć. Prze­pra­szam, że cię obu­dzi­łem.

-?I tak mia­łam już wsta­wać. Dzi­siaj mam na ósmą, ale nie mogę się wyle­gi­wać.

-?Czemu?

-?Bo jak się roz­le­ni­wię, to zaśpię.

Odsta­wił kubek, pod­szedł do niej i odgar­nął jej z czoła kosmyk wło­sów.

-?Mówi­łem ci już, że cię kocham? -?spy­tał.

Popa­trzyła na niego zasko­czona.

-?Nie. Pierw­szy raz to od cie­bie sły­szę. -?Puściła do niego oko.

Poca­ło­wał ją w usta i mocno objął. Nie wie­dział, czy Iza w swoim sta­nie może się z nim kochać, nie przej­mo­wał się tym jed­nak. Wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni.

* * *

Wro­cław, 27 listo­pada 1994 r.

Spoj­rza­łem na matkę śpiącą przy stole z twa­rzą w tale­rzu, na któ­rym leżały pozo­sta­ło­ści po sal­ce­so­nie. Kolejny raz się upiła. Wró­ci­łem ze szkoły i zna­la­złem ją w takim sta­nie. Gdy rano wycho­dzi­łem, nic nie zapo­wia­dało, że w miesz­ka­niu będzie impreza. Mogłem się jej jed­nak spo­dzie­wać. Od roku prak­tycz­nie każ­dego dnia rodzice pili. Nie pamię­ta­łem już, jak to jest, gdy są trzeźwi.

Spoj­rza­łem na wala­jące się pod sto­łem puste butelki po piwie. Na bla­cie kuchen­nym stała opróż­niona flaszka po wódce. Otwo­rzy­łem szafkę, gdzie mie­li­śmy kubeł, i wsta­wi­łem ją tam. W tym samym momen­cie usły­sza­łem odgłos otwie­ra­nych drzwi. Wie­dzia­łem, że wraca ojciec. Poło­ży­łem ple­cak przy stole i zaczą­łem zbie­rać brudne naczy­nia. Tra­dy­cyj­nie to do mnie nale­żało zmy­wa­nie i sprzą­ta­nie w miesz­ka­niu.

-?Już przy­la­złeś? -?spy­tał ojciec, wcho­dząc do kuchni.

Odwró­ci­łem się w jego stronę i zoba­czy­łem, że nie jest sam. Za jego ple­cami stał wujek Romek.

-?Dzi­siaj mia­łem mniej lek­cji -?powie­dzia­łem cicho i wsta­wi­łem do zlewu dwie puste szklanki.

Matka unio­sła lekko głowę i coś wybeł­ko­tała. Nikt jej nie zro­zu­miał. Poto­czyła wokół męt­nym wzro­kiem i po chwili ponow­nie jej głowa opa­dła na talerz.

-?A do któ­rej ty już klasy cho­dzisz? -?spy­tał wujek.

-?Do pią­tej.

-?To ile masz już lat? Dzie­sięć?

-?Jede­na­ście -?odpo­wie­dzia­łem cicho.

-?To ty kawał chłopa już jesteś.

Pod­szedł do mnie i poczo­chrał mnie po wło­sach. Potem usiadł przy stole. Ojciec wyjął z rekla­mówki butelkę wódki i posta­wił ją na bla­cie. Wie­dzia­łem, że zaraz zaczną pić. Wujek rzadko do nas przy­cho­dził, z reguły rodzice pili z sąsia­dem z par­teru.

Wzią­łem ple­cak, posze­dłem do swo­jego pokoju i zaczą­łem odra­biać lek­cje. Nie mogłem się jed­nak sku­pić. Co chwila sły­sza­łem gło­śne śmie­chy. Z każdą minutą ojciec w wuj­kiem byli coraz bar­dziej pijani.

* * *

Wro­cław, 16 lipca 1998 r.

Kiedy Nawrocki wszedł do wydziału, Kło­sek, Mrówa i Waldi sie­dzieli już na swo­ich miej­scach. Ski­nął im głową i pod­szedł do biurka.

W dro­dze do komendy cią­gle myślał o ciąży Izy i o tym, czy sobie pora­dzą. Na­dal nie wie­dział, jak to wszystko się poto­czy. Nie miał dzieci z wcze­śniej­szych związ­ków. W jego bli­skim oto­cze­niu nie było też nikogo, kto miałby nie­mow­laka. Nie wie­dział nawet, kogo pod­py­tać, jak to jest, na co zwró­cić uwagę. Oczy­wi­ście było jesz­cze za wcze­śnie na kon­kretne przy­go­to­wa­nia, ale zda­wał sobie sprawę, że czas szybko leci i wkrótce będzie musiał zdo­być choćby pod­sta­wową wie­dzę, jak opie­ko­wać się takim dzie­cia­kiem.

-?Gdzie reszta? -?spy­tał.

-?W sali kon­fe­ren­cyj­nej -?powie­dział Waldi. -?Zaczęli prze­glą­dać nagra­nia z moni­to­ringu, które udało się zabez­pie­czyć na miej­scu zna­le­zie­nia skwarka. Powiem ci, że od groma będzie roboty. Jak zoba­czy­łem, ile tego, to zaczą­łem im współ­czuć. A to tylko część.

-?Prawo sta­rego zwa­lać naj­gor­szy syf na mło­dego. -?Chart pod­szedł do sto­lika, na któ­rym stał czaj­nik, i zaczął zasy­py­wać swoją szklankę kawą.

-?Niby tak, ale jak nie dostaną wspar­cia, to przej­rze­nie tego wszyst­kiego zaj­mie im co naj­mniej rok.

-?A skąd im wezmę wspar­cie? -?spy­tał Nawrocki, odwra­ca­jąc się w stronę part­nera.

Waldi wzru­szył ramio­nami.

-?Można poga­dać z naczel­ni­kiem -?zapro­po­no­wał Kło­sek.

-?I myślisz, że on kogoś znaj­dzie? Chło­pie, w całej komen­dzie bra­kuje eta­tów i nie ma kogo do nas wci­snąć. Roboty coraz wię­cej, a ludzi coraz mniej. Zobacz, ile spraw leży na półce -?powie­dział Chart.

Mieli pięć zale­głych spraw, które cze­kały na swoją kolej. W kilku z nich utknęli w miej­scu. W dwóch zro­bili wszystko, co mogli, i cze­kali na jakiś cynk od infor­ma­tora lub szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści. Na doda­tek doszły te dwie nowe, nad któ­rymi musieli się sku­pić. Naj­waż­niej­sza teraz była sprawa aktora. Była medialna i to utrud­niało im zada­nie.

Każdy ich krok będzie bacz­nie obser­wo­wany przez dzien­ni­ka­rzy. Chart już sły­szał, jak w gaze­tach i radiu mówili, że śmierć aktora jest zwią­zana z jakąś sektą. Ponoć kilka lat temu Mar­kie­wicz nale­żał do wspól­noty reli­gij­nej i pokłó­cił się z jej guru. Aktor rze­komo odszedł z grupy, a wtedy lider sekty rzu­cił na niego jakąś klą­twę i obie­cał mu śmierć w męczar­niach. Więk­szej bzdury Nawrocki dawno nie sły­szał, ale zmu­szeni byli ten trop także zwe­ry­fi­ko­wać.

-?Poga­dam z Konopką i zoba­czymy, co da radę zro­bić -?powie­dział, zale­wa­jąc kawę.

Wyjął z kie­szeni papie­rosy i zapa­lił jed­nego.

-?Pablo na tę chwilę będzie sobie musiał radzić sam -?powie­dział, wydmu­chu­jąc dym. -?My mamy też swoją robotę do wyko­na­nia. Ja i Waldi spraw­dzimy trop, który od rana lan­sują media.

-?Z sektą? Prze­cież zemsta guru to jakieś bzdury.

-?Ty to wiesz, ja to wiem, ale media nie. Trzeba to spraw­dzić, aby potem nikt nam nie pie­przył, że coś nie zostało zro­bione. Wy -?Nawrocki wska­zał na Kło­ska i Mrówę -?prze­je­dzie­cie się na adres Mar­kie­wi­cza i poga­da­cie z sąsia­dami.

-?Musimy jesz­cze usta­lić, gdzie teraz mieszka wła­ści­ciel meliny, na któ­rej zna­leź­li­śmy ciało.

-?No to macie tro­chę roboty. Mówi­li­ście, że to Leśnica?

-?Tak ta stara wska­zała -?powie­działa Mrówa.

-?To zleć­cie to lokal­som. Niech spraw­dzą. Może kie­dyś legi­ty­mo­wali tego... Jak mu tam?

-?Zdziśka -?pod­po­wie­dział Kło­sek.

-?No. Może go legi­ty­mo­wali na jakimś kwa­dra­cie. Może wie­dzą, gdzie się buja. Mają prze­cież swo­ich ucholi. Niech się wykażą ope­ra­cyj­nie i wspo­mogą miej­ską -?dokoń­czył Chart.

Kło­sek ski­nął głową. Nawrocki wziął macha i zamie­szał kawę łyżeczką.

-?Jak spraw­dzimy z Wal­dim trop sekty, prze­je­dziemy się do teatru. Może śro­do­wi­sko denata wie coś wię­cej. Wia­domo, jak to jest. W twarz nic nie powie­dzą, ale za ple­cami obro­bią dupę.

-?Jak w pio­sence Kazika -?zaśmiała się Mrówa.

-?Jakiego Kazika?

-?No Sta­szew­skiego. "Wszy­scy arty­ści to pro­sty­tutki, w opa­rach lep­szych fajek, w opa­rach wódki" -?zacy­to­wała.

Nawrocki też uniósł kąciki ust, bo w jego oce­nie cytat ide­al­nie odzwier­cie­dlał to, co działo się w Pol­sce, nie tylko wśród arty­stów.

-?Dobra. Nie ma co mar­no­wać czasu. Pijemy kawy, dopa­lamy faje i zasu­wamy do roboty.

* * *

Jasica prze­glą­dał kolejny plik z nagra­niami. Miał już dość. Wci­snął przy­cisk pauzy i roz­ma­so­wał kark. Spo­dzie­wali się z Mar­got, że dostaną jesz­cze co naj­mniej pięć razy tyle nagrań.

-?Powiem ci, że wolę łazić od domu do domu i roz­py­ty­wać ludzi, niż patrzeć na te nagra­nia.

-?Ktoś musi to zro­bić.

-?Wiem, tylko czemu zawsze wypada na nas.

Mar­got zatrzy­mała odtwa­rza­nie i wzięła dłu­go­pis. Spi­sała numer reje­stra­cyjny bia­łego busa, który prze­je­chał w pobliżu opusz­czo­nego budynku pięć dni temu. Co prawda kolor i typ auta nie paso­wały do tego, co widział mecha­nik, ale brała pod uwagę, że oso­bówka mogła nie mieć związku z pro­wa­dzo­nym przez nich śledz­twem.

-?Nie narze­kaj -?powie­działa, uśmie­cha­jąc się. -?Zawsze można tra­fić gorzej.

-?Nie wydaje mi się. Wiesz, co mi się marzy?

-?Nie inte­re­sują mnie twoje sek­su­alne fan­ta­zje.

-?Nie o to cho­dzi. Oglą­da­łem ostat­nio ame­ry­kań­ski film. Taki sen­sa­cyjny, z Seaga­lem. Był tam gli­niarz, któ­rego wpro­wa­dzono do mafii pod fał­szywą toż­sa­mo­ścią. Wiesz, taj­niak, co miał ich roz­wa­lić od środka. Takie coś mi się marzy u nas.

-?Chcesz być przy­kryw­kow­cem?

-?Tak. To byłoby coś. Adre­na­lina, cią­głe zagro­że­nie. A tu -?wska­zał na ekran, gdzie zatrzy­mane było nagra­nie -?nuda i same bzdety.

-?Ale dzięki tym bzde­tom możemy się dowie­dzieć, kto spa­lił denata.

Jasica się­gnął do kie­szeni po papie­rosy. Zapa­lił jed­nego i pod­szedł do okna, żeby otwo­rzyć je na oścież.

-?Tu nie wolno jarać. Jakby cię jakiś "stoł­ko­trzym" zoba­czył, to nie został­byś przy­kryw­kow­cem, a zwy­kłym kra­węż­ni­kiem -?zauwa­żyła Mrów­czyń­ska.

-?I tak by to było cie­kaw­sze niż prze­glą­da­nie tych taśm -?odparł Pablo, gasząc papie­rosa na para­pe­cie. Wyj­rzał przez okno i wyrzu­cił na zewnątrz nie­do­pa­łek.

-?Na łeb nikomu nie spad­nie? -?spy­tała Mrówa.

-?Patrzy­łem, czy nikt nie lezie.

Poli­cjant wró­cił przed ekran i ponow­nie uru­cho­mił nagra­nie.

* * *

Nawrocki wysiadł z vento i spoj­rzał na znaj­du­jącą się przed nim dużą mosiężną bramę.

To pod tym adre­sem mie­ściła się sie­dziba sekty Droga do zba­wie­nia. Oczy­wi­ście ni­gdzie nie było widać żad­nego szyldu. Nad sto­ją­cym przy bramce domo­fo­nem wisiała kamera. Na kilku słu­pach także widzieli moni­to­ring. Kawa­łek dalej traw­ni­kiem szedł facet z rot­twe­ile­rem na smy­czy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki