Rozdział I Szklane domy
Wertował kolejne strony książki. Światło nocnej lampki grzało go po policzku. Zmęczony ledwo już siedział na rozklekotanym krześle. Rozmarzonym wzrokiem spojrzał przez szybę. Małe grupki ludzi przemierzały ulicę, z trudem brnąc przez zaspy. Śnieg prószył drobnymi płatkami, wirując w powietrzu. Wziął głęboki oddech. - Okno uchylone, a mi jak w ukropie. - pomyślał i przetarł dłonią spocone czoło. Pisanie magisterki szło mu jak krew z nosa. Dlatego też postanowił zawiesić na czas nieokreślony: imprezowanie, szalone eskapady po mieście, spotkania z dziewczyną i postawił na naukę. Jedyną odskocznią od żmudnej pracy były cykliczne wyjścia ze znajomymi - Alvaro i Em, na które zwykł się spóźniać. Opisywanie dzieł wybitnych grafików oraz ich dokonań zabierało mu większość czasu.
Po kilku godzinach miał już dosyć ślęczenia przed komputerem i stukania w klawiaturę. Był to jego pierwszy tak poważny projekt i miał obawy, czy po nim napisze jeszcze jakiś inny. Sama myśl o takiej możliwości przyprawiała go o gęsią skórkę. Potrząsnął głową, tak jakby wybudził się z koszmaru nocnego i wstał od biurka. Spojrzał pogardliwie na stos książek leżących na blacie. Większość z nich okazała się zupełnie nieprzydatna przy pisaniu pracy. Poza jedną. Reszta posiadała tylko strzępki potrzebnych informacji. Już żałował, że taszczył te opasłe tomiska przez całe Aleje Racławickie aż do domu. Z chęcią rozpaliłby nimi w kominku, ale go nie miał. Tak więc scena pokazowa, która pozwoliłaby mu, wyżyć się na nich odpadała. Nie ma palenia na stosie. Jedyna rzecz, która, choć w symbolicznym stopniu przypominała ognisko, była małą świeczką na nocnym stoliku.
Wyciągnął saszetkę herbaty z opakowania. Był to ziołowy napar, lubelskiej wytwórni. Torebka naparu kręciła się jak tancerka na parkiecie w rytm za łyżeczką. Niespodziewanie ktoś wpadł do mieszkania. Zdziwiony Żak powoli wyjrzał na korytarz. Nim zdążył odejść od blatu, wysoka i smukła jak tyczka postać już złapała go w mocnym uścisku. Wyzuty z energii Żak, popatrzył nieprzytomnym wzrokiem na gościa. Ten, machając rękami jak spasły gołąb, który ratuje się spod nóg przechodniów, powiedział coś naprędce i szybkim ruchem zarzucił na Żaka kurtkę. Pchnął Studentowi pod nogi buty i prawie zaczął go ubierać, byle by ten szybko z nim wyszedł na miasto. Gdy zbiegali po schodach, ten pokrótce opowiedział mu o nowych znajomych, których poznał na karaoke przy Saskim.
Wsiedli do trajtka, jadącego przez aleję Kraśnicką. Szybko dotarli na miejsce. Przed wejściem do lokalu, Alvaro na pomknął Studentowi o dość osobliwym sposobie bycia jego nowej kompanii. Student zaciekawiony przytaknął, że rozumie i weszli do środka.
Dym papierosowy, unosił się w powietrzu. Ci wytrwalsi w nałogu, pokaszliwali tak mocno, jak gdyby sam Lucyfer przyzywał demony piekieł. Powoli przedzierali się przez gęsto rozstawione stoliki. Wymalowane dziewczyny uśmiechały się nieśmiało do nich. Krążyli tak w kółko, aż Alvaro zaczepiła niska blondynka i pokierowała ich w odpowiednim kierunku. Sprawiała dosyć niepozorne wrażenie jak na osobę o ekscentrycznych poglądach.
Zza smug dymu wyłonił się stolik i siedzący przy nim ludzie. Ubrani w czarne eleganckie ubrania, wyglądali jak całkiem niezła podróbka mafiosów. Tyle że tutaj trudniej było, domyślić się kto tutaj jest szefem. Takim Al Capone. W końcu, w każdej grupie jest przecież jakiś przywódca. Po krótkim zapoznaniu się pierwsza seria kamikadze wjechała na stół. Już nie tak młody Żak z zaciekawieniem przysłuchiwał się rozmowie na zupełnie nowe dla niego tematy. Spojrzał na długowłosego jegomościa z koszulką w czaszki, zapychającego się solonymi orzeszkami jak chomik. W końcu postanowił dołączyć do dyskusji i zadał pytanie.
- Czyli uważasz, że przy odpowiednim pokierowaniu moją drogą życiową jest sposób, aby przy małym nakładzie własnej energii, czasu i zaangażowania uschłych komórek mózgowych, do końca grudnia napisał swoją pracę magisterską? - Żak roześmiał się.
- Tak. Jest to kwestia zmiany stylu życia i wsparcia osób o wyższym poziomie metafizycznym. Ma to na celu osiągnięcie czegoś na wzór,,destylacji życiowej" Jak chcesz, to mogę ci dać namiary na mojego mentora.
- A kto to ten twój opiekun, chyba niańka Ci już nie jest raczej potrzebna? - zażartował Żak.
- To tak jakby nauczyciel, mędrzec, psycholog i psychiatra w jednym i to do tego na NFZ - cie. Nawet gabinecik ma w kamienicy. Takiej nie byle jakiej, ładnie odnowionej. Widok zapiera tak dech w piersi, że wynurzenia same się z człowieka wylewają na wizycie.
- Jeśli dzięki niemu napiszę, choć pół magisterki, będę bił przed nim pokłony! - skwitował Żak.
Kamikadze atakowali z coraz większą siłą. Na koniec, aby dopełnić zniszczenia, na stół wjechała Bloody Mary. Gdy godzina pokazała wpół do dwudziestej Alvaro i Student uznali, że pora już wracać. Dawno się nie widzieli i mieli wiele tematów do obgadania. Postanowili więc przewietrzyć głowy i wybrać się skrótem na osiedle. Za galerią handlową susłem skręcili za bramę cmentarza. Nocą to miejsce wyglądało jak labirynt. Wspólnie uzgadniając najszybszą trasę, weszli w ciemność. Szli powoli, zaciekle dyskutując na różne tematy. W pewnym momencie Żak dostrzegł coś kątem oka. W oddali pomiędzy nagrobkami siedział jakiś mężczyzna. Przygarbiony, otoczony mrokiem, wyglądał jak umęczona dusza z filmów grozy, która tuła się po świecie i szuka zemsty na żywych. Przerażony Student szarpnął za ramię kolegę i pokazał palcem na tę przedziwną postać, tak jakby zobaczył tam ducha lub psychopatę. Ten tylko wzruszył ramionami, mówiąc, że nie dostrzega tam nic poza kilkoma sypiącymi się nagrobkami. Przecież ON tam jest. - powiedział przerażony.
- Pewnie siedzi tam i czeka, aż ktoś podejdzie, by jednym ruchem zaciągnąć go w głąb grobu. Długo by tak stał i popadał w paranoję, gdyby nie wspaniałomyślny pomysł Alvaro. Uznał, że Żak powinien wreszcie zmierzyć się ze swoim strachem. Złapał go za ramię i pociągnął za sobą. Z każdym krokiem z otchłani wyłoniły się kolejne rzeźby płaczących aniołów, dawno zmarli ludzie ze znudzeniem spoglądali na nich kątem oka, a zza szyb starego grobowca, słychać było ciche stukanie.
- Pewnie jakiś duch kotlety klepie. - Alvaro zażartował i poklepał go po ramieniu. Może i rzeczywiście trząsł się jak galaretka. Kolega nie mogąc sobie odpuścić okazji, zaczął opowiadać historię nawiedzonych domów. Student na początku udawał, że go to nie rusza. W końcu emocje wzięły górę i zwolnił kroku. Jego oddech stał się cięższy, a plus podskoczył mu do granic możliwości. Nie mógł pojąć, po co zgodził się na pójście tym skrótem. Jeśli jeszcze raz zobaczy ducho podobne stworzenie, sam wyzionie ducha.
Długo nie musiał czekać. Z daleka usłyszał czyjś bieg. Dźwięk był coraz głośniejszy i przypominał galopujące stado koni. Spojrzał w mrok za sobą i czekał aż czterej jeźdźcy apokalipsy, na swych przerażających rumakach wyjadą mu na przywitanie i skapitulują. Miał wrażenie, że za mogiłami we mgle spostrzegł jakby widmo kobiety. Bał się. Coś zaszeleściło mu koło nogi. Na grobie obok pękł znicz.
- To musi być znak. - stwierdził i się przeżegnał. Tętent stawał się coraz głośniejszy, a do orszaku czterech trupów dołączyły głosy potępionych dusz, krążących za nimi po świecie. Lament stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu jak chmara owadów, wypadła na nich grupka przerażonych licealistów. Jeden z nich się zatrzymał. Szarpnął Studenta za ramię i pociągnął w kierunku ucieczki. Ten zaś się potknął. Świat zawirował mu przed oczami. Kątem oka zobaczył, jak głowa jego przyjaciela odbija się głucho od betonowego grobu. Martwe oczy Alvaro spojrzały na niego. Jeszcze kilka minut wcześniej śmiał się nieświadom tego, co go zaraz spotka. Żak spojrzał w górę. Czarne korony drzew przecinały niebo. Powoli oparł się na niskim kamiennym nagrobku. Kobieta, którą wcześniej zauważył znikła. Zacisnął usta. Szum miasta powoli zastępował ciszę. Podniósł się, otrzepując spodnie. Chciał zadzwonić na policję, ale gdzieś po drodze zgubił swój telefon. Chciał się stamtąd oddalić, bo wiedział, że sam tutaj nic nie zdziała. Uznał, że nie ma wyboru i musi wrócić się do klubu. Pluł sobie w brodę, że zostawia ciało przyjaciela. Mijając kolejne mogiły, przyśpieszył kroku. Rozgoryczenie zalewało jego serce. Życie kolegi to nie była jedyna rzecz, którą zabrała tamta poczwara. Na świecie jest pełno skurczybyków. Zastanawiał się, jaki ma sens wybierać sobie na ofiary takich ludzi jak oni? Żaden z nich nie miał okazji popełnić żadnych dużych błędów w swoim życiu, którego tak naprawdę wcale jeszcze nie poznali. To tak jakby jeść cały czas tylko kawałek ciasta, który nam akurat smakuje, a nigdy nie mieć okazji spróbować innego deseru.
Już był blisko bramy, gdy usłyszał krzyk. Ktoś był za nim. To jego martwy kolega stał na drugim końcu alei. Żak cofnął się o krok. Nie był w stanie uwierzyć w to, co widzi. Druh uśmiechnął się i machał ręką, wołając go do siebie. Żak splunął w bok i powoli podążył w jego kierunku. Dzieliła ich tylko sypiąca się mogiła. Lustrowali się wzrokiem. Student, zauważył dziwne zmiany w jego wyglądzie. Nie dał po sobie poznać, ale strach paraliżował go od środka. Zastanawiał się, czy tam w głębi nadal jest jego dozgonny przyjaciel, czy już tylko potwór. Jaką głupotą wydała im się nienawiść względem siebie, a jednak czuli jak świat narzuca im ją. Gdy Alvaro miał już odejść, zrobił zwrot i rzucił Żakowi kluczyk. Ten przez chwilę przekręcał go w dłoni dłuższą chwilę. Piekące płatki lodowatego deszczu opadały na twarz Studenta. Żak podniósł wzrok do góry. Sylwetka przyjaciela powoli zlewała się z szarugą.
Niejednokrotnie później próbował znaleźć zamek pasujący do tego przeklętego klucza. Był nawet w domu Alvaro, ale tam też nic nie znalazł. Poruszony filmem, z którego wracał, niesiony odwagą wrócił w to miejsce, gdzie spotkali się po raz ostatni. Usiadł na ławeczce i przypomniał sobie, jak kiedyś rozmawiali o wędrówce duszy w zaświaty w antycznych religiach i licznych symbolach, które jego nowi znajomi znaleźli na tym cmentarzu. Szedł od drzwi do drzwi, od szybki do szybki, zerkając czy wewnątrz nie ma miejsca na klucz. Zafrasowany zagadką przyjaciela, nawet nie zauważył, gdy przeszedł przez dwa spacerujące duchy. Oburzone zaczęły mu się wygrażać, pokazując mu wała. Już prawie się poddał, ale przypomniał sobie o okrągłej budowli, która jak uroboros drewnianą paszczą łapała zamek w drzwiach. Kluczyk oczywiście nie pasował, ale widniały na nim te same wzory co na klamce. Pchnął mocno drzwi, naciskając na klamkę. Otworzyły się.
- Ot co przypadek. - skwitował i wszedł do środka. Chmura kurzu uniosła się w górę, a wirujące w powietrzu drobinki opalizowały. Czarne trumny zapełniały grobowiec. Pomiędzy nimi dostrzegł zamkniętą na kłódkę klapę w podłodze. Złapał ją w ręce, włożył kluczyk i otworzył właz. Ostrożnie zszedł po cementowych schodkach, świecąc sobie telefonem. Gdy stał już obiema nogami na dole, złapał się pod boki i przywitał z pustką. Poza kurzem niczego tam nie było. Jad popłynął z jego ust.
- No bo jak to, dał kluczyk i nic? To mi żarcik wywinął trup jeden! - powiedział Żak i gdyby tak rozeźlony nie wymachiwał telefonem, jak szalona nastolatka na koncercie, pewnie zauważyłby osobliwie szybko poruszające się promienie światła na ścianach. Jedno pasmo z niebywałą prędkością zastępowało następne. Znużony staniem w opustoszałym miejscu, wrócił na górę, otworzył drzwi i... zastał zupełnie inny świat, cały ze szkła. Osobliwie ubrana kobieta podeszła do niego, obrzucając go pogardliwym spojrzeniem.
- No tak - pomyślał, patrząc na swoje ubrania. Czasy inne, ale ludzie ci sami.
Rozdział III Tyle słońca... we wszechświecie
Wiedzieli, że nie ma na co czekać. Nie mając przy sobie zbyt wielu rzeczy, szybko zebrali się i ruszyli w drogę przeczesać okolice. Gorąca temperatura dawała im się we znaki. Krople potu opalizowały promieniami słońca na ich ciałach. Brunatny piach owiewał ich ciała. Jak drobne fale wokół małych łódek na jeziorze. Usta zaciskały im się obolałe od spiekoty, a dłonie smagane piaszczystym wiatrem zginały w pięści z bólu. Wydma za wydmą. Noga za nogą. Człowiek za człowiekiem. Szli przed siebie. Nie mieli już sił, ale szli dalej. To była ich jedyna szansa na przeżycie. Student zwolnił. Zaczął słaniać się na nogach. Tarzan złapał go pod ramię.
- Spowalniam Cię stary. Idź dalej sam, beze mnie. - powiedział Student wsparty o towarzysza. Kapsułki wodne, które mieli schowane po kieszeniach kombinezonów, już dawno zużyli. Gdy prawie opuściła ich nadzieja, pomiędzy unoszącymi się drobinkami piasku, zobaczyli na niebie dwa wirujące zwierzęta o czarnych długich ogonach.
- Albo to kolejny zagubiony kosmita jak my na tej gorącej planecie, który właśnie się smaży na słoneczku ku uciesze ptaków albo jesteśmy uratowani - stwierdził Tarzan.
- Nie uwierzę, będziemy żyli! - wykrzyczał Student i jak porażony piorunem zerwał się naprzód.
- Żaczuś, co ty pierwszy raz w życiu na oczy strumyk widzisz? - zaśmiał się Tarzan i przyśpieszył kroku.
Strumień wody chlupotał delikatnie pomiędzy połyskującymi kamieniami. Bujna roślinność mieniła się wieloma barwami kwiatów. Nie wierzyli własnym oczom. Spragnieni szybko pochylili się nad strumieniem wody, łapczywie nabierając ją dłońmi.
- No to teraz pora coś upichcić - stwierdził Tarzan i rzucił się w kierunku najbliższego ptaka. Już był pewien, że go dorwie, gdy zamiast skrzydełek na grilla uściskał w ramionach niebieskiego kosmitę.
- Tarzan coś tu jest nie tak, o kurczę niebieskie! - wykrzyknął. Nim zerwał się na nogi. Hologram znikł. Nie otaczał ich jeden kosmita, ale cała grupa niebieskich stworków o skośnych oczach i trzech palcach u każdej ręki. - Cholera, Tarzan i co teraz? - zapytał przerażony Student.
- Nie wiem, może spróbujmy się dogadać. To pewnie jakaś pomyłka - nie zdążył. Jeden z Obcych wystrzelił w jego kierunku strzał ostrzegawczy.
- Chyba jednak nie mają ochoty z nami rozmawiać. - odrzekł Tarzan, wyciągając ręce do góry.
Niebieskie światło neonowych pasów oświetleniowych umieszczonych na suficie pomieszczenia układało się na skulonych sylwetkach. Ciężkie buty kosmitów dudniły o podłogę, odbijając się echem po korytarzu. Czasami tylko jakiś wartownik, przechodząc koło ich celi, przystawał, podnosił klapę i z zainteresowaniem przyglądał się obcym. Żak wziął głęboki oddech. Obolały powoli zaczął się rozglądać po ciemnym pomieszczeniu. Pół mrok spowijał każdy centymetr. Nie znalazł tam nic, co by go zaciekawiło lub pomogło im w ucieczce. Gdy zły na siebie za swoją naiwność złorzecząc, podniósł głowę do góry, na górnej pryczy przeciwnego łóżka zobaczył człekopodobny kształt. Wstał i wspiął się na górę. Podniósł koc i zobaczył tam starca kurczowo trzymającego się za brzuch. Ciekawy tego, czy postać jeszcze żyje, sprawdził mu tętno - szlag by to! - Zaklął i splunął na podłogę. Spojrzał w dół na Tarzana. Ten jeszcze spał. Nie chcąc martwić przyjaciela, cicho nachylił się nad zwłokami. Zatykając nos przed smrodem, który zaczął wydobywać się z ciała, drżącymi dłońmi zlustrował posłanie. - Ten mężczyzna musiał umrzeć niedługo przed naszym przybyciem, skoro ufoki tego nie zauważyły. - Powiedział cicho, gdy jego wzrok spoczął na ciele zmarłego.
- Ciekawe, jak długo siedział tu sam zamknięty w tej ciupie. W sumie to nawet nie chcę tego wiedzieć. Żebyśmy my tylko jak najszybciej się stąd wynieśli, bo nie chciałbym skończyć jak ten staruszek - pomyślał i niechętnie, ale zmuszony sytuacją zaczął przeglądać kieszenie nieboszczka. Sięgnął do lewej kieszeni, nic tam nie znalazł poza opakowaniem po cukierku, zaopatrzonego w dziwne powykrzywiane znaczki, nawet trochę podobne do alfabetu. - To pewnie ruski był.
- Stwierdził i wyrzucił papierek za siebie. Chwilę potem zauważył małą kieszonkę w koszuli i wyciągnął z niej zdjęcie legitymacyjne. Ze względu na słabe światło, nic na nim nie widział. Wyciągnął się do listwy oświetleniowej, żeby przyjrzeć się fotografii. Obejrzał ją z obu stron. Na jednej z nich ujrzał małą dziewczynkę z długimi włosami, o okrągłej dziecięcej buzi i śmiejących się oczach. Odwrócił fotografię i znalazł tam podpis. Nie znał zbytnio rosyjskiego, ale co nieco pamiętał z zajęć na uczelni "dla lubimowo dziadzia - wnućka".
- I właśnie tego nie chciałem się o tobie dowiedzieć. Cholera. Teraz jeszcze bardziej mi cię szkoda starcze, a wcale mi to nie pomaga podnieść się na duchu. Jesteś dowodem na to, że... możemy się stąd już nigdy nie wydostać żywi. Cholera nie chcę umrzeć jak jakaś małpa w zoo. Zamknięta przez to bydło na górze - Student spojrzał z politowaniem na zmarłego. Przykucnął i sięgnął do prawej kieszeni spodni nieboszczyka.
- Auć! - coś ukłuło go w palec. Sięgnął do kieszeni jeszcze raz i wyciągnął z niej długopis,
a z nim zmiętą kartkę. Już miał cisnąć ją ze złością na podłogę jak opakowanie o cukierku, gdy światło neonu padło na napisany na niej tekst.
- A to, co to... List? Ciekawe do kogo go napisał - zainteresowany Żak wstał na posłaniu, znowu kuląc się pod neonową rurą. Powoli, rozczytując tekst napisany cyrylicą, sylaby po sylabie, składając słowa i przypominając sobie ich znaczenie, Żak próbował odczytać tekst zapisany długopisem przez zmarłego mężczyznę.
- "Jeśli... ktokolwiek to czyta, to... wiedz, że musisz... dokończyć to, co zacząłem... od długich miesięcy usiłowałem się stąd wydostać... i już byłem blisko, gdy jedna z tych obślizgłych pokrak... wstrzyknęła i coś. Nie wiem co to... poza tym, że ból staje się coraz większy, a rana po zastrzyku rozjątrza się, puchnie i zaczyna śmierdzieć coraz bardziej... nie zostało mi zbyt wiele czasu... tobie pewnie też... ale przejdźmy do sedna... na rosyjskiej stacji badawczej, coś w stylu strefy 61, byłem naukowcem... przywieziono do nas znalezionego na Syberii wrak statku z załogą, którą znaleziono w zamkniętych kapsułach... gdy po kilku miesiącach udało nam się przypadkiem uruchomić system pokładowy statku... nocą obcy wyszli z kapsuł, porywając przy tym stacjonujących na bazie naukowców, w tym i mnie... jeśli macie w sobie choć trochę nadziei, której mi już zabrakło na wydostanie się z tego gówna... pod dolną pryczą... schowałem plany statku i ogólną specyfikację Obcych, którą udało mi się sobie przypomnieć... nie jest to wiele, ale zawsze to coś... nie wiem, kim jesteś... ale życzę ci powodzenia... nie liczę na prawosławny pochówek i wiem, że to nierealne, ale wiem, że Bóg mi wybaczy i liczę na to, że przyjmie mnie do siebie... Dmitrij Pietrowic".
Żak zamknął oczy zmarłego, do kieszeni koszuli z powrotem włożył zdjęcie. Nakrył zwłoki szczelnie kocem. Potem zeskoczył z góry i zaczął przeszukiwać podłogę pod pryczą. Na początku niczego nie wyczuwał pod dłonią, lecz gdy sięgnął głębiej, poczuł jak koniuszki palców, zderzyły się z czymś. Złapał mocno za schowany przedmiot i przyciągnął go do siebie. Gdy zorientował się co to, od razu zerwał się na równe nogi, by wybudzić ze snu Tarzana.
- Słyszysz mnie, no wstawaj wreszcie! - powiedział, szarpiąc Tarzanem coraz mocniej.
- Co? - Tarzan nagle ocknął się, wyrwany ostro ze snu.
- Patrz, możemy uciec. Już wiem jak! - pochwalił się Żak, machając mu przed oczyma kartką.
- Co to jest i skąd to wytrzasnąłeś? - zapytał zdziwiony Tarzan.
- Nie wiem, jak Ci to powiedzieć, ale po drugiej stronie, na górnej pryczy nie leży sterta koców, zostawiona przez zmartwionych ufoludków... tylko zwłoki. Naukowca. - Tarzan otworzył szeroko oczy. Spojrzał w górę, a potem znowu na towarzysza.
- Pokaż te plany - Powiedział, siadając na posłaniu.